Zostawić łóżko, ciebie, szafę

Fajne przedpołudnie z apetyczną, która akurat zajechała na Śląsk. Kawa, piwo za pięć złotych wśród rozkrzyczanej studenterii zakuwającej zbiorowo do sesji, pogaduszki bardzo niezobowiązujące. Poprosiłam ją o to zresztą – żeby o nic nie pytała, żebyśmy po prostu poplotkowały o kosmetykach, filmach i planach na wakacje. To i plotkowałyśmy – o wszystkim, od oleju arganowego po Ojca w Teatrze Słowackiego. Muszę zobaczyć, bo nazwisko pani reżyser powoduje u mnie skoki ciśnienia opisywane w notce poniżej.
Zamierzamy też wybrać się na koncert do Guido. Coś dla mnie, przepadam za nieco industrialnymi klimatami, lubię takie scenografie (wyobraźcie sobie tylko – 320 metrów pod ziemią). Niedawno przejeżdżałam obok potężnych ruin cementowni w Grodźcu i pomyślałam, że powinni w tym miejscu wystawiać opery. Wiem, że istnieją nieśmiałe plany zagospodarowania tego upiora w kulturalny sposób – oby się udało. Kolejne centra handlowe i luksusowe lofty ziejące później pustką nie są potrzebne.
Gdy spędzam parę dni na Śląsku, jestem zdumiona tempem życia, szybkimi zmianami i mam wrażenie, że mój Kraków, niby kulturalna stolica Polski, jest przereklamowany. Trochę zgnuśniał. Owszem, coś ostatnio się rusza dzięki jurodiwym, którzy robią kluby muzyczne i teatry w zlikwidowanych zakładach przemysłowych poza muzealnym centrum. Kraków jakby na nowo nabiera powietrza w płuca, ale ciągle ostrożnie. Śląsk za to postawił wszystko na jedną kartę i gwałtownie stał się bardzo bogaty we wrażenia, w miejsca, w których warto się pokazać. Nie wypiera się swojej szarej, robotniczej przeszłości, tylko na niej buduje. Czerpie z bardzo różnorodnych korzeni mieszkańców – bo tu naprawdę niczym dziwnym nie jest to, ktoś miał jednego dziadka Niemca, a drugiego Czecha (dla przykładu, ojciec i mama mojej babci byli Niemcami, ale już drugi mąż tejże mamy, ojciec mojej ciotecznej babci, był Jugosłowianinem). Nie patrzy wstecz, jak ciągle zagapiony w CK i Piwnicę pod Baranami Krakówek, tylko ostro prze naprzód. I chociaż Katowice mają ostrych rywali w walce o status europejskiej stolicy kultury w 2016 – życzę im jak najlepiej, a gdyby cała aglomeracja mogła startować wspólnie, wygrałaby w cuglach.

Dołączyła do nas znajoma, z którą rzadko się spotykamy – ona ma trzyletniego synka i drugą niespodziankę w drodze, my jak to my. Spodziewałam się apoteozy stanu małżeńskiego, a tymczasem koleżanka niemal na dzień dobry poinformowała, że nam zazdrości i drugi raz w to samo nie dałaby się wpakować. Zwątpiłam. Siedzi przede mną promienna kobieta z brzuszkiem, z bardzo uporządkowanym życiem, z sympatycznym mężem zarabiającym krocie, który stara się przekonać ją do zostania w domu już na dobre – i mówi mi, że chciałaby się ze mną zamienić.
Powiedziała, że chyba się pośpieszyli. Mamy naciskały. Znajome już lulały zawiniątka. Preferencyjny kredyt był do wzięcia. Dostała szału na punkcie pierścionka i dalej samo poszło.
Powiedziała, że romantycznie już było. Że czuje się, jakby to był projekt z kolejnymi punktami do odfajkowania – jeden bobas, większe mieszkanie, drugi bobas, w dni powszednie tylko buzi na dobranoc, w soboty supermarket, w niedziele obiad u teściów. Uciechę z wicia gniazda zastąpiła powtarzalność do wyrzygu. A dziewczyna doszła do dość koszmarnego wniosku, że nigdy tak naprawdę tego nie chciała.
Powiedziała, że ogarnęło ją przerażenie, gdy uświadomiła sobie, że koleżanki ze spacerów do piaskownicy wszystkie postarały się o kolejne dzieci w tym samym czasie.

Spojrzałyśmy po sobie z apetyczną. Dla nas to jednak, cokolwiek państwo sobie teraz pomyślą, opowieść z innej planety.
Ale – my też nie jedziemy od przygody do przygody. Owszem, możemy wyjść z domu nie mówiąc nikomu, kiedy wrócimy. Możemy spędzić jeden weekend w Sopocie, a drugi w Bieszczadach, czemu nie. Możemy przepuścić pół pensji na buty i nic nikomu do tego. Liczba naszych zobowiązań wobec kogokolwiek wynosi równe, krągłe zero. Nie powiem, że nie lubię mojej wolności i że nie jestem do niej bardzo przywiązana, ale czy ona taka znowu cudowna?… Też ma swoją cenę, no. Czasami nieproporcjonalnie wysoką. Nie ma cudów. Nie zapisuję się do klubu singli dorabiających niepotrzebne ideolo do występowania pojedynczo. Lubię to, ale nie powiedziałabym, że jest czego zazdrościć. Nie żyję wcale lepiej od niej, tylko inaczej. Zresztą wielkie nieba – nie do końca chyba o to chodzi, czy jest się zamężną, czy solistką, czy w trójkącie. Można być dzieciatą mężatką z fascynującym życiem i niebieskim ptakiem-nudziarzem.

Żyją na tym łez padole ludzie, którzy nie zostali stworzeni do stałych związków, a już nie daj Boże – do zakładania rodziny. No i dobrze, obowiązku przecież nie ma. Szkopuł w tym, że część z nich doznaje tego oświecenia za późno albo pokornie ulega presji.
Trochę nieswojo zrobiło mi się po usłyszeniu gorzkich żali tej dziewczyny. Nie wiedziałam, co jej na to odpowiedzieć. Czytaj dalej

Reklamy

Watch the birdie

Jak to przyjemnie, gdy telefon ma się spuchnięty od świństw, które można sobie ukradkiem czytać i oglądać podczas bardzo poważnych spotkań.
Oczywiście trudno zachować spokój umysłu i służbowy chłód, trzymając pod stołem taką kolekcję perwersji. Chce się zabrać torebkę, wyjść do domu i z marszu rzucić się w pościel.

Mit jakiś, że kobiety nie są wzrokowcami. Ja tam jestem bardzo. Tym bardziej, gdy obiekt jest istotą nadzwyczaj harmonijnie zbudowaną i pięknie wygląda nago.

Rany julek. Sto lat temu, żeby zobaczyć ukochanych ust korale, trzeba było wsiadać w kolej żelazną, a dzisiaj wystarczą milisekundy, żeby zobaczyć znacznie więcej niż usta…
Gdy rodzice postanowili mnie obdarować pierwszym telefonem komórkowym, wzbraniałam się bardzo. Mój pierwszy ‚prawdziwy’ chłopak nawet nie marzył o takim luksusie. Żeby umówić się z nim na wieczór, musiałam dzwonić do Collegium Medicum, gdzie wówczas pracował. Nienawidziłam tego, bo zawsze się bałam, że odbierze ktoś obcy.
A teraz noszę w kieszeni ulubioną muzykę, zdjęcia, wyuzdane filmiki, mogę zrobić tym przelew, znaleźć w tym adres austriackiego hotelu i rozkład jazdy szwedzkich autobusów. To małe pudełko jest gwarantem ciągłości mojego życia zawodowego, towarzyskiego i erotycznego. Mimo wszystko bardzo lubię je wyłączać.

Weekend cudny. Udało się przetrwać rodzinny najazd, choć w pewnym momencie pomyślałam, że oszaleję, jeśli jeszcze raz usłyszę pytanie: A czemu ty tak nic nie mówisz?…
Po Front Porch Blues mam wielki niedosyt. Jestem zachwycona tą imprezą i za rok wybieram się znowu. Polecam. Gdyby nie falangi odpornych na wszelkie repelenty komarów, byłoby idealnie. Bezchmurne niebo, urokliwa sceneria – ostatni raz byłam w Skansenie jako dziecko i zdążyłam zapomnieć, jak tam ładnie i jakie to nieprawdopodobne, że w centrum wielkiej aglomeracji leży sobie sielska, dziewiętnastowieczna wioska. A w tej wiosce na stopniach drewnianych chałup przesiadują panie i panowie z gitarami – i grają dla wylegującej się na trawie publiczności. Piknikowa atmosfera, zimne piwo w zachodzącym słońcu, świetna muzyka (jeśli ktoś lubi oczywiście). Można sobie nóżką pokiwać.
No i mój zakoch w Janie Skrzeku jeszcze większy – nie dość, że to muzyk bardzo autentyczny, który rzeczywiście czuje tę muzykę, ba!, on cały nią jest, to jeszcze ma ujmujący dystans do siebie. Natomiast dziewczynie, która z tą kapelą śpiewa, będę długo zazdrościć oszałamiającego głosu.

O wiele bardziej podoba mi się spędzanie weekendów w taki sposób; snucie się po zadymionych knajpach i płacenie 8 złotych za browar z wolna przestaje mnie bawić. A i towarzystwo milsze, choć momentami czułam się jak na zlocie sobowtórów Gandalfa… Liczba długonogich blondynek towarzyszących tym siwowłosym luzakom nie zdziwiła mnie zanadto. Większość to pewnie córki – ja też byłam z tatą.
A jeśli nawet nie córki, to cóż – daj im Boże zdrowie.

Księżyc mi tak zalotnie w okno świeci, że zaraz wyjdę z siebie.