Brak tlenu osłabia przekonania

Często czytam, że artyści nie powinni mieszać się do polityki. Lub też spraw społecznych w ogóle. Nie powinni też o nich mówić, bo przecież nie od tego są. Oni są od siedzenia na chmurce, wyglądania ładnie i wygłaszania tego, co dobrze brzmi albo z czego da się przyciąć chwytliwy tytuł.
Czytam, że teatr powinien być ucieczką od „bieżączki”. Nie powinien komentować rzeczywistości. Ludzie przychodzą, kultury wysokiej (cokolwiek to jest) chcą zażyć. Dość mają szumu informacyjnego, pasków w telewizorze.

Ale widzicie, ja się z tym głęboko nie zgadzam.

Moim zdaniem teatr jak najbardziej powinien robić to wszystko. Nie powinien być miejscem, do którego przychodzi się posiedzieć wygodnie w klimatyzacji, wśród ładnie pachnących ludzi, i w którym słucha się grzecznych deklamacji z akcentem położonym gdzie należy. On nie po to jest. On jest po to, żeby nas czasami wytrącić z bezpiecznej równowagi. Żebyśmy wracali do domu z pewnym niepokojem pod kopułą, z natłokiem myśli, z refleksją, że to wszystko może jednak nie do końca tak, jak nam się wydawało.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko czystej rozrywce. Ani przeciwko edukowaniu czy tam umacnianiu wartości (czymkolwiek one są, że się powtórzę). Ale musi być w nim miejsce na prowokację, na rozróbę, na zgagę od nadmiaru gorzkich myśli, na niewesołość. Na poświecenie widzowi po oczach, jakby chciało mu się powiedzieć: „nie, stary, ty nie przyszedłeś tu sobie posiedzieć wygodnie w klimatyzacji, my w tym jesteśmy razem”.

Wróg ludu jest spektaklem bardzo cynicznym. W warstwie tekstu Ibsena i w warstwie adaptacji.
Oto bowiem jest lekarz, który odkrywa, że w uzdrowisku woda zatruta. Pechowo burmistrzem uzdrowiska jest jego brat. Za lekarzem stoi murem jego rodzina (poza bratem, rozkochanym w sławie wielbionego wodzusia) i pewien dziennikarz, za burmistrzem reszta świata, bo wiadomo, władzy się nie podskakuje. I zaczyna się osobliwa gra. Ogłosić prawdę czy pozwolić ludziom żyć w błogiej nieświadomości? Kto o tym zdecyduje? Jakie konsekwencje poniesie?
Wiele w tym przedstawieniu momentów zaskakujących – choćby scenografia, którą możecie podziwiać, moszcząc się wygodnie na widowni, a która… nieważne; choćby dziadzio-metal, ale to trzeba zobaczyć – niemniej najbardziej zaskakuje i porusza monolog doktora, czy właściwie Juliusza Chrząstowskiego, wybitnego aktora sceny narodowej i zarazem aktora kolejnej sceny pod nowym dobrozmiennym szefostwem, mieszkańca Małopolski, który stoi w tych samych korkach co ja i oddycha tym samym PM10 co ja, wyborcy, obywatela Rzeczypospolitej. Gdy zostaje sam z widownią, mówi do niej, prosi o wodę, wspomina ostatnie wydarzenia z kraju i świata, zastanawia się głośno, co jego bohater powiedziałby w XXI-wiecznym Krakowie i co tak naprawdę nas zatruwa, nieuleczalnie – dzieje się coś wyjątkowego. Kiedy ta słynna czwarta ściana pada, widzowie często czują się niekomfortowo. Ja też. Przez większość życia bałam się interakcji, unikałam pierwszych rzędów; gdy znienacka zapalano światła na widowni, myślałam „rany, tylko nie to”. A wczoraj miałam wrażenie, że to sama publiczność, łącznie ze mną, chce tę czwartą ścianę zburzyć. Bo ktoś na scenie, ale taki jak my na widowni, nie tyle mówi do nas, co z nami.
Oczywiście on ciągnie ten spektakl, ale Radosław Krzyżowski jako burmistrz jest palce lizać (Little Drummer Boy w jego wykonaniu to perła, jak i wypowiedziane z cudownym spokojem „kurwa mać”), i Michał Majnicz jako rozdarty dziennikarz, który otwarcie mówi, że nie może pisać tylko o tym, co uważa za słuszne, bo dziennikarze muszą kłamać, by powiedzieć prawdę. Przemycić ją pomiędzy tym, co ludzie chcą przeczytać.

Nie widziałam w Krakowie zbyt wielu owacji na stojąco, bo tu ludzie oszczędni w wyrażaniu emocji. Wczoraj jednakże nie dało się inaczej.

Sunshine Reggae już nigdy nie zabrzmi tak samo, powiadam.

Panie nowy dyrektorze Starego Teatru, nie zazdroszczę wyzwania, ale ten teatr trudno będzie okiełznać. Klata zdążył zbudować wspólnotę. Jeśli będzie trzeba, to i otoczymy kordonem, odmawiając różaniec, choć nie do końca wiem, jak to się robi, bo jedyny różaniec, z jakim miałam do czynienia, znalazłam jakąś dekadę temu na podłodze w Pięknym Psie. Jak na ironię.

Reklamy

Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy

Nie mam nic lepszego do roboty w tym tygodniu (to znaczy mam, ale mi się nie chce), więc chodzę do teatru. Przedwczoraj byłam i wczoraj też. Aż takie mam pasjonujące życie. Jutro też pójdę, ale powiedzmy, że tę jutrzejszą wizytę da się wytłumaczyć moimi powiązaniami towarzyskimi.

Wtorkowy spektakl podobał mi się bardzo, choć ogromnie trudno go oceniać. Domyślam się, że to nie każdego para kaloszy.

Najbardziej lubię teatr o teatrze. Lubię też taki, który staje frontem do widza i mówi: „no widzisz, to wszystko jest na niby. Nie traktuj tego zbyt serio”.  Szewcy w Starym to jest takie właśnie przedstawienie w przedstawieniu, teatr o teatrze. O rzemiośle. Ten tu szewski warsztat, ze stukającymi miarowo maszynami, to tylko przenośnia. Zatem obok tekstów Witkacego mamy wypowiadane wprost do widowni ubolewania na los, na trzecioplanowe role (za takie nawet Oscarów nie dają), na pensje, na kolegów niekiedy żenujących w tym, co robią na scenie, na reżyserów, których jedyny pomysł na daną postać jest taki, by po prostu przesiedziała na scenie akt pierwszy, drugi i zapewne trzeci także. Ogólnie frustracja leje się ze sceny w uszy rozbawionej widowni wartkim strumieniem.
Ale.
Jak mówi Czeladnik II, czy też świetny w tym spektaklu Szymon Czacki w przerwie od bycia Czeladnikiem – aktor aktorem pozostaje stale, nawet na zmywaku w Anglii. A Radosław Krzyżowski, jeszcze świetniejszy, dodaje, że aktor w człowieku nigdy nie traci wiary, karierę po czterdziestce też da się zrobić (bo Marian Dziędziel…), po fakapie jakoś się człowiek pozbiera. I ten aktor zawsze wyłazi na wierzch. Nawet gdy człowiek idzie do mięsnego schab kupić i gdy otwiera usta do ekspedientki, natychmiast mu się głos obniża (to akurat prawda, zaobserwować miałam okazję po wielokroć).
To jest pierwsza warstwa tego przedstawienia.
Kolejną odkrywamy, gdy na scenie pojawiają się kolejne trzy osoby odwiedzające tę teatralną wersję szewskiego warsztatu. I ich niemiłosiernie znudzony swoją robotą przewodnik, na powitanie klepiący jak automat strofy Wyzwolenia, „wielka scena otworem” et cetera et cetera. Tu znowu publiczność, która zapewne w większości widziała świeże Wyzwolenie w Słowackim, zachichotała. Trzy osoby – aktorzy i goście jednocześnie – zasiadają w rogu sceny. Pytają. Dlaczego ten Sajetan nie jest siwiejącym blondynem, skoro w opisie stoi, że jest. Przewodnik wyjaśnia cynicznie, że krawiec kraje, jak mu materii staje. Po czym spaceruje leniwie za kulisy, żeby włożyć lśniący frak i piękne buty; błyszczy jako księżna, po czym na nowo jest zblazowanym animatorem kultury, po czym znów sobą, aktorem Krzyżowskim, po czym znów księżną. Squrvy tymczasem spogląda z boku. Z wysoka. Z pogardą.
Trójka aktorów operujących szewskimi maszynami – czeladnicy i Sajetan – to profesjonaliści dobrze znani widowni. Księżna i Scurvy również.
Druga trójka jest niepełnosprawna. Ale to nic nie zmienia.
Jest piękna scena w tym spektaklu, w którym jedni pomagają drugim wybijać rytm.
Właściwie to takich scen jest wiele – team spirit aż miło.

Taka to historia. Aktorzy. Całe życie w cudzych butach. Zresztą i one w tym przedstawieniu ważną rolę grają – buty noszone przez aktorów Starego na scenie. Między innymi obłędne kowbojki Krzysztofa Globisza z Wesela hrabiego Orgaza, brawurowej absolutnie rzeczy, którą lat temu parę miałam przyjemność widzieć.
I on sam.
Dobrze widzieć go znowu na scenie, a jeszcze lepiej widzieć go w dobrej formie, z ogniem w oczach. Widownia oczywiście zwariowała. Jego pojawienie się to piękna puenta całego spektaklu. Oto bowiem fantastyczny aktor zmagający się ze skutkami udaru, z afazją wychodzi śmiało na scenę i po prostu robi swoje.
Szczerze polecam. Naprawdę bardzo szczerze polecam. Nieczęsto zdarza się, że przedstawienie podoba mi się bezwzględnie i całkowicie, a to podobało mi się bezwzględnie i całkowicie, i pójdę jeszcze raz.

Wczoraj natomiast pofrunęłam do Nowej Huty, zobaczyć wreszcie Koncert życzeń. Zbierałam się i zbierałam, i zebrać się nie mogłam, aż wreszcie uznałam, że skoro siedzę akurat w Krakowie, a bilety jeszcze są, to nie ma to tamto. Trzeba iść. No i poszłam.
Jak być może wiecie, a być może nie, jest to monodram, ale o tyle niezwykły, że nie pada w nim ani jedno słowo. Ani jedno. A widzowie, zamiast siedzieć wygodnie, stoją wokół maleńkiej sceny, wysokiej raptem na 20 centymetrów. Mogą chodzić wokół, przyglądając się bohaterce krzątającej się po swoim mieszkanku pod różnym kątami. Obserwują jej wieczorny rytuał – jak wraca do domu z pracy, przebiera się, wyjmuje z siatki zakupy, przegląda pocztę (same rachunki i reklamowe gazetki), pierze rajstopy, zmywa makijaż. Robi sobie kolację, starannie, pedantycznie wręcz rozkładając naczynia i sztućce. Włącza radio, gdzie akurat trwa koncert życzeń. Wojciech Mann czyta miłosne historie słuchaczy. Twarz bohaterki na chwilę tężeje.
To jest ten moment, gdy na idealnie gładkiej, lśniącej szybie pojawia się pierwsze drobne pęknięcie.
Pogra jeszcze w Simsy, przygotuje łóżko do spania, nastawi budzik, sprawdzi, czy kurki zakręcone, czy mikrofalówka wyłączona. Położy się, ale zaraz wstanie i podrepcze na bosaka do kuchni, żeby wyjąć coś z szuflady.
W ostatniej scenie bohaterka po prostu schodzi pomiędzy widzów i staje wśród nich, jak kolejny obserwator. I stoją tak sobie wszyscy przez chwilę w przejmującej ciszy, aż wreszcie ktoś pierwszy, wyrwany z odrętwienia, nieśmiało zacznie klaskać.
Gdyby mnie kto spytał – uważam, że to wybitny spektakl. Duże słowo, wiem. Mimo wszystko będę się przy nim upierać. Zważcie, że to historia opowiedziana wyłącznie za pomocą zwykłych, powtarzalnych gestów, jakie każdy z nas każdego dnia wykonuje, brnąc przez to swoje żyćko. Spomiędzy tej rutyny wyłania się subtelnie tragedia. Cichutkie cierpienie. Odmiana raka szerzej znana pod nazwą samotność, zżerająca niepostrzeżenie zwyczajnych ludzi, którzy pozornie nie mają na co narzekać, wszystko przecież pod kontrolą, wszystko uporządkowane. To skromne i niedługie przedstawienie uderza tym mocniej, że widz czuje się dość nieswojo, podglądając czyjąś codzienność – ablucje, jedzenie, przebieranie się w domowe gacie. Wyobraźcie sobie, że z pokoju, w którym teraz siedzicie, nagle znikają ściany, za to otacza was kilkadziesiąt zapatrzonych w was osób. Zresztą mniejsza o gacie i obieranie pomidora. Wyobraźcie sobie, że oni widzą wasze emocje. To wszystko, czego nie musicie ukrywać, gdy jesteście sami. Troszkę przerażające, nie? Dla widza, zapewniam, również. Niekomfortowe. Ale ja lubię taki dyskomfort. Po to właśnie jest teatr – żeby nas czasami delikatnie wypchnąć, czasami brutalnie wykopać z naszej bezpiecznej, wygodnej strefy.
Coś fenomenalnego wydarza się podczas tego spektaklu, w którym aktorka nie ma trzech ścian chroniących ją przed brakiem czwartej, ale jednak ani razu – przynajmniej do ostatnich chwil – nie spogląda na publiczność. Otóż ta publiczność, stojąca najpierw przynajmniej metr od tej maciupkiej sceny, zgodnie z wszelkimi zasadami zachowania dystansu w kulturze europejskiej, stopniowo się do niej zbliża. Nie dlatego, że koniecznie chce zajrzeć bohaterce w talerz. Dlatego, że czuje się z nią coraz bardziej związana. I tworzy się wokół tej kobiety taki krąg niesamowity. Nie można jej uratować, ale chociaż można być bliżej niej.
Przy okazji Drugiej kobiety oglądanej podczas festiwalu Boska Komedia parę zim temu pisałam, że Danucie Stence truciznę bym z ręki zjadła. Egzaltowane to stwierdzenie aż zęby bolą, wiem, ale uwielbiam ją. Słowa nie opiszą mojego uwielbienia dla tego, co ona robi z widownią. Nie każdy aktor porwałby się na coś takiego. Jestem przeszczęśliwa, że to widziałam, choć nadal jest mi smutno.
(Dodajmy, iż zamyślona i przygnębiona autorka prawie przejechała przystanek w drodze do domu – Bogu dziękować, że mi wywalili nieopodal mojej kwatery głównej wielki i świecący kolorowo biurowiec, więc zauważyłam go w ostatniej chwili i wyskoczyłam z autobusu).

Najtrudniejszym zadaniem człowieka jest podążać za tym, co się zmienia

Za drugim razem się udało.
Poszłam i zobaczyłam.

Najpierw luźne rozważania, bo pora późna.
Jak to jest, powiedzcie mi, u nas z tym wręczaniem kwiatków podczas owacji? Każdy może wystartować, czy też te badylki należy uprzednio zdeponować u osoby stosownie uprawnionej? Zanim ktoś się zaniepokoi – NIE mam tego w planach, po prostu jestem ciekawa.

Ale, ale.
W kraju – i mieście tym bardziej – mocno konserwatywnym, w apogeum antyuchodźczej histerii wystawić spektakl o ludziach podróżujących (jeśli w ogóle można to tak nazwać) na przeżartych rdzą, przeładowanych kutrach do brzegów Europy i znajdujących na tych brzegach… cóż, niezbyt wiele? Śmiałe posunięcie.
Jest w tym przedstawieniu jedna z najbardziej efektownych scen, jakie widziałam w życiu. Mianowicie scena przypływania tratwy z bohaterami tej opowieści. Oni wyglądają jak kosmici, cudaczne, nieforemne figury w kamizelkach ratunkowych pobłyskujących światełkami. A że sama scena – w sensie desek – jest pokryta wodą, a reflektory skierowane na wodę dość niesamowity efekt, macie wrażenie, że cały teatr istotnie płynie. Piękne.
Jest to przedstawienie momentami bardzo nieprzyjemne, niekomfortowe, trochę paskudne może nawet – no, ani Jelinek nigdy nie pisała o przepełnionych miłością dla świata bon vivantach relaksujących się nad kir royal w Nicei, ani też to, co się dzieje obecnie na świecie, nie jest zbyt urocze. Możemy udawać, że tego nie ma. Ale to jest. W tej chwili. I wczoraj. I jutro. I za tydzień. I w końcu ta fala do nas dotrze naprawdę.

Bez dwóch zdań jest to rzecz, która nie do każdego trafi. Znalazłam gdzieś w internecie recenzję miażdżącą, znalazłam pełną zachwytów. Tak to chyba będzie, bo i temat kontrowersyjny, i adaptacja dość szczególna. Jest to przy tym rzecz fantastycznie obsadzona. Jaśmina Polak. Ja nawet nie wiem, co o niej napisać, bo jedyne, co przychodzi mi do głowy, to masa egzaltowanych dużych słów. Wszystkie kciuki w górę. Bielenia, oczywiście (jak ta drobna istotka to robi, że pojawia się na scenie i zmiata z niej wszystkich*; i gdzie on mieści ten potężny głos?). On jest nieprawdopodobny. Potrafi być słodko niewinny, dziecko prawie, potrafi być odpychający; potrafi uśmiechać się w sposób, który jeży wam sierść na grzbiecie – wiecie, to taki osobliwy rodzaj uśmiechu, niby do was, a tak naprawdę do siebie, do myśli o tym, co on z wami zrobi. Chłopak robi niesamowitą robotę w tym przedstawieniu (i nie mam tu na myśli zwisania z elementów scenografii). Gdy wciela się w napalonego maczo o egzotycznej urodzie – on, filigranowy blondasek – budzącego u Europejki jednocześnie odrazę i pożądanie, jest wulgarny, jest zabawny. Tylko że po chwili staje się w tym przejmujący. Krzysztof Zawadzki – jeden z moich lokalnych idoli, który nie boi się ostrych wyzwań, przy tym przypadkiem jest rosły i przystojny, i w dodatku pięknie śpiewa, i gitarę obsługuje! [Przyp. aut. – mogę się przyznać, najwyżej to później ze wstydem usunę – kiedyś po którymś spektaklu Boskiej Komedii stałam tuż za nim w kolejce do szatni, i chciałam się odezwać, ale się okropnie wstydziłam; to było jeszcze przed tym, jak zaczęłam gonić ludzi po ulicy.] Szymon Czacki, niebywale charyzmatyczny. W ciemno klepię bilecik, gdy widzę jego nazwisko w obsadzie. Abstrahując na chwilę od walorów artystycznych – bardzo było mi go było w tym spektaklu szkoda, bo ciągle mokry, zimno mu musiało być… Jan Peszek – to wiadomo. Krzysztof Globisz, dla którego rola w tym spektaklu była pierwszą po tym, jak się pochorował. Można sobie wyobrazić, jak zareagowała publiczność. W Krakowie owacje na stojąco nie są zbyt popularne. Tu widzowie są raczej powściągliwi i śpieszą się na tramwaj. Wczoraj wszyscy natychmiast się zerwali i klaskali długo, bardzo długo. To był piękny moment – w tym właśnie teatr przeważa nad kinem, że czasami wytwarza się po obu stronach kurtyny poczucie jakiejś takiej sympatycznej wspólnoty.
Oto człowiek po udarze pojawia się przed widzami – zupełnie inny niż wtedy, gdy go ostatni raz widzieli; nie mówi zbyt wyraźnie, ale ma ten swój filuterny błysk w oku, ten swój uśmiech. To śmiałe, pokazać się publice w swojej słabości… ale to zarazem dowodzi wielkiej, imponującej siły.
Miałam wrażenie, że gdyby ludzie mogli, to by pobiegli na scenę go uściskać.
Nawiasem mówiąc, Globisza po scenie wozi student krakowskiej PWST, Patryk Kulik, i są uroczy we wspólnych scenach, i talent nam wyraźnie w tym mieście rośnie.

Jeśli nawet nie jesteście fanami teatru, który opowiada wam historie w raczej nietradycyjny sposób, za pomocą urywanych monologów, powtórzeń, zapętleń, z aktorami zwracającymi się prosto do was (na widowni przez większość przedstawienia są zapalone światła, jakby twórcy chcieli, żeby bohaterowie widzom dawali do zrozumienia „wy możecie udawać, że nas nie widzicie, ale my was tak”), warto kupić bilet dla ludzi na scenie, którzy przez ponad trzy godziny jadą na bardzo wysokich obrotach.
Warto to zobaczyć z jeszcze jednego powodu. Wiem, że nie każdy to lubi. Ja na przykład owszem. Lubię mianowicie takie książki, filmy i przedstawienia, w ogóle twórczość jakąkolwiek, która sprawia, że się śmieję, po czym sprawia, że ten śmiech mi więźnie w gardle. Mało tego – trochę mi nawet wstyd, że się roześmiałam. Ten spektakl właśnie to robi. Wyrzuca was ze strefy komfortu.
Swoją drogą, gdybyście się wybierali – miejcie na uwadze, że antrakt niby jest, a go nie ma, i być może warto zostać wówczas na widowni?… Tak tylko mówię…

Z innej beczki, jutro znowu mam spotkanie na szczycie i będę przemawiać. Szef do mnie zadzwonił dzisiejszego popołudnia.
– Spokojnie. Ustawiłem cię jako pierwszą, więc będziesz miała szybko z głowy. Nic się nie denerwuj, ja też tam będę, w razie czego ci pomogę.
A więc mojego arcystresiora aż tak widać. To wspaniale.

*Jak na ironię, czytałam dziś jedną z pierwszych recenzji Doktora Faustusa z Kitem Haringtonem w roli tytułowej, wystawianego obecnie na West Endzie. Recenzję napisał bloger, bo tylko oni mogą, gdyż przed oficjalną premierą prasa ma embargo. I cóż on napisał.
„Czy gdyby nie był taki przystojny i umięśniony, to w ogóle zauważylibyście go na scenie?”.
Gdybym robiła w tej branży i przeczytała coś takiego o sobie, upiłabym się z rozpaczy.

W mojej tragedii brak dla ciebie roli

Poszłam sobie przed teatrem coś zjeść. Wchodzę, moszczę się, zamawiam. Po chwili kelnerka wraca z łamiącą wiadomością, że mojej przystawki nie będzie, bo akurat przed chwilą została zamówiona ostatnia sztuka. Zaraz potem widzę tę ostatnią sztukę przynoszoną starszemu panu przy stoliku obok, siedzącemu do mnie tyłem. Obrzucam go ponurym spojrzeniem.
Tak czy inaczej, zjadłam to, co mi zostało, pan też zjadł, uprzejmie poprosił o rachunek, wstał, odwrócił się i wtedy właśnie odkryłam, że moją ostatnią przystawkę podwędził mi Jan Kanty Pawluśkiewicz we własnej osobie.

Teraz do rzeczy, czyli do Hamleta.
Otóż jeśli spodziewacie się człowieka w rajstopach mówiącego do czaszki, to go w tym przedstawieniu nie znajdziecie. Ba, słynnego monologu też nie znajdziecie. Ani niemal żadnej z cytowanych do znudzenia kwestii. Hamleta jako takiego za to owszem, i to nawet trzech. Historię zagubionego człowieka, który poszukuje zemsty – ale czy mu ta zemsta ulgę przyniesie… – a przede wszystkim sensu w tym wszystkim, również. Historię państwa, w którym dzieje się źle (jakże a propos). Ale nie oczekujcie Szekspira wyłożonego po bożemu, bo srogo się zawiedziecie. Co więcej, nie oczekujcie tradycyjnego przedstawienia.
Bo znaczna jego część rozgrywa się poza sceną.
Nie to, że na widowni, choć też.
Otóż w foyer.
Albo w ogóle na zewnątrz teatru (jeśli zdarzy wam się przechodzić przez krakowski Plac Szczepański w czasie, gdy w Starym akurat grają Hamleta, macie raczej dużą szansę wystąpić w spektaklu, nie wiedząc o tym). Za aktorami podążają kamery, publiczność widzi wszystko na ekranie umieszczonym na scenie. Ekran jest obrotowy; po drugiej stronie znajduje się ogromne lustro (czasami aktorów na scenie będziecie widzieć tylko w nim). Gdy lustro się porusza, po teatrze przepływają smugi światła, momentami oślepiające publiczność. Wizualnie to przedstawienie jest powalające.
I to znowu trochę teatr w teatrze, bo nikt nie ukrywa umowności. Ofelia, idąc się topić, zabiera ze sobą buteleczkę sztucznej krwi. Ekipa techniczna swobodnie chodzi po scenie. Towarzyszami Hamleta są Konrad Swinarski, podpowiadający mu, jak tę rolę należy zagrać, i oczywiście Modrzejewska, której wielki portret wisi w foyer Starego. To ona powie, że Hamletów jest trzech. I jest. Pięćdziesięcioletni, trzydziestolatek i smarkacz. Pięknie się uzupełniają.
Jak wszyscy wiedzą, serce moje należy do Bieleni, który z tą swoją anielską, śliczną jak u renesansowej rzeźby twarzyczką i drobniutką posturą sprawia wrażenie niewiniątka, ale jak łypnie tym psycholskim spojrzeniem, jak ryknie z głębi trzewi (nota bene, ma piękny głos i, jak się okazuje, dobrze śpiewa)… Chłopak jest nieprzyzwoicie utalentowany i ma charyzmę, która pozostałych lekko spycha ze sceny. Tak sobie od niechcenia, bezczelnie kradnie uwagę samą obecnością. A on ma dopiero 23 lata. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Niemniej ma tu mocną konkurencję w osobie Krzysztofa Zarzeckiego, który – sądząc po reakcjach nastolatek na widowni – popularny jest na mieście… To też taki aktor, który mógłby sobie żyć jak pączek w maśle, grając amantów, bo jest wysoki i przystojny (naprawdę przystojny), a wybiera inne, niewdzięczne i wymagające role, dość śmiało. I bardzo dobrze.
Oni obaj osobno i we wspólnych scenach to dynamit.

No, a z innych wiadomości.
Gdyby ktoś chciał doznać mojej pamiętnej traumy, to owszem, parkowa Duma i uprzedzenie wraca przyszłego lata, ale oryginalna obsada, czyli ten tam, jak mu tam było, jednak już na pewno nie wróci. Co nie znaczy, że nie warto się wybrać.

Vater Mutter Geisterbahn

Jeśli kto ciekaw, co u mnie i mojego obrazka, dla tych, co nie widzieli lub nie dość dokładnie spojrzeli (owszem, będę was zamęczać tygodniami),

wpid-20150523_1006312.jpg.jpeg

to mamy się świetnie, dziękuję. To znaczy ja gorzej, bo obrazek mieszka chwilowo w fotelu, osłonięty na powrót licznymi warstwami błękitnego papieru, w których przyleciał.
Muszę temu ptaku jakieś imię wymyślić, ale to później.

Ja mam się nieco gorzej, bo musiałam wstać bardzo rano; i bo maj bez dwóch zdań był Międzynarodowym Miesiącem Walenia Szczęką o Glebę. Nie nudziłam się. Tak, nadal wszystko bardzo znakomicie, ale troszkę potrzebuję łagodnej tafli jeziora, pozycji lotosu, kwilenia ptaszyn, leniwego przewracania stronic opasłych książek przy zielonej herbacie, zrywania dmuchawców i tak dalej. W przyszłym tygodniu wszystko się rozstrzygnie, więc czuję się trochę, jakbym siedziała na rozgrzanym piecu i okropnie się denerwuję.

Odprawiłam wczorajszy długi i stresujący dzień za drzwi, sukieneczkę włożyłam i poszłam do teatru. Szok i niedowierzanie, wiem.
Całe miasto wie, że kocham się skrycie w Błażeju Peszku. W Janie również, ma się rozumieć. A oni dwaj razem są pyszną mieszanką wybuchową – uwielbiam oglądać ich na scenie, bo wióry lecą. Pomiędzy nimi wytwarza się chemia prawie nie do uniesienia dla widza. W Edwardzie II byli królem i królową, teraz są ojcem i synem, tylko odwrotnie. I świetnie się ogląda taki eksperyment.
To tylko godzina, bardzo dynamiczna godzina, której z pewnością nie zmarnujecie, a będziecie zaśmiewać się smutno, bo oto macie ojca, niespełnionego artystę, który kseruje, matkę, wieczną studentkę („bo przecież nie można skończyć filozofii”…) i ich dzieciaka. Dzieciak z całej paczki najbardziej dojrzały, bo najwięcej widzi. Dostrzega to, co rodzicom jakoś umyka albo to, czego za żadne skarby nie chcą mu pokazać. Widzi cały fałsz. Oni z nim grają w gry, bo z dzieckiem trzeba, nieprawdaż, dziecko nie może się domyślić, że rodzice mają siebie powyżej; trzeba małego omamić, trzeba mu pokazać, że świat jest lepszy niż jest. On te gry wypluwa bokiem, bo jak to, mam się tyle lat męczyć, żeby ktoś ewentualnie o mnie miło nad grobem pomyślał, a potem robale mnie zeżarły?… I to wszystko? Po co?…
No właśnie.
Po co.
Cudownie groteskowy spektakl, gorzki i zabawny, z muzyką na żywo. Muszę powiedzieć, że tak żywiołowej reakcji publiczności dawno w tym mieście nie słyszałam i nie widziałam, bo na ogół wszyscy uprzejmie klaszczą i pośpiesznie wychodzą.

A później spacer na pachnące wiosną Podgórze. Troszkę mi ciśnienie opadło.

Obiecuję, że kolejny wpis o sztuce mniej lub bardziej wysokiej (raczej bardziej, i to dosłownie…) dopiero za dwa tygodnie.

Ale to jest Szekspir

Chciałabym, żeby napad amnezji pozbawił mnie wspomnień z dzisiejszego dnia. Brrr. Mózg mi zgalareciał.
W nagrodę za cierpienia kupiłam sobie sushi na kolację.
W mojej dzielnicowej Biedronce.
O, smutna ironio naszych kapitalistycznych czasów.
Nie było jakieś specjalnie dobre (przynajmniej dali dużo marynowanego imbiru…), ale zawsze przyjemnie pozasuwać pałeczkami.
Śmiem przypuszczać, że nikogo nie interesuje moja kolacja, idźmy zatem dalej. Nie żeby dalej było bardziej pasjonująco, bo o teatrze będzie.

Gdy stałam wczoraj w kolejce do szatni w Starym Teatrze, by wymienić moje futerko na numerek, młoda dama od stóp do głów odziana w lśniącą taftę posłała mi SPOJRZENIE.
Tak, wiem, w dżinsach przyszłam.
Rozejrzałam się i uświadomiłam sobie dotkliwie, że wokół same tafty, jedwabie, cekiny, perły i zamszowe szpilki. Wielkie nieba, jest środek tygodnia…
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że też miałam na sobie nobliwie czarny sweterek.

Usadowiłam się w fotelu, kurtyna opadła (tak – opadła, nie podniosła się) i zobaczyłam papieża w lektyce oraz rząd pokornych duchownych oddających mu hołd. Bo kto powiedział, że akcji Króla Leara nie można przenieść do Watykanu?… Znaczenie pozostaje takie samo, ta historia jednakowo mocno wybrzmiewa osadzona w odrealnionym, dusznym światku stolicy Piotrowej, w którym każdy ma chrapkę na władzę, a najmocniejsze więzy są nic nie warte.
Jerzy Grałek w głównej roli to czysta godność; może niedołężny starzec, może postradał zmysły, może wcale nie? – do końca dostojny w swojej słabości, bez cienia zbędnej pompy i emfazy. Wspaniała rola.
Ale, ale. Moment, w którym Edmund Gloucester tańczył w swojej wirującej sutannie, był momentem, w którym pomyślałam, że cokolwiek dalej się wydarzy, wrócę do domu zadowolona. Niechby dla tej jednej sceny warto kupić bilet. Już kiedyś rozpływałam się nad scenicznym urokiem Bartosza Bieleni i nadal uważam, że połączenie delikatnego, niemal dziecięcego piękna z lodowato spokojnym głosem i niepokojącym błyskiem w oku jest mieszanką wybuchową, która na scenie doskonale się sprawdza. Chyba mam nowego ulubieńca w mieście.

Podobało mi się. To nie jest wybitne przedstawienie; nie coś, co was sponiewiera emocjonalnie i skłoni do rozmyślań nad kondycją ludzkości – nie wybitne, ale moim skromnym zdaniem dobrze na nie pójść. Ten spektakl jest przede wszystkim oszałamiający, wysmakowany i piekielnie bogaty wizualnie; czysta przyjemność dla oka. Scenografia jest pozornie żadna, ot, ściany i drzwi – ale mnóstwo można na tych ścianach wyczarować światłem i obrazami z kamery zawieszonej nad sceną; efekty tych czarów momentami zapierają dech. A muzyka, och muzyka. Ta dziwna, jeżąca włosy wersja Nothing Compares 2 U otwiera i zamyka całą opowieść.
Tu macie trailer (z tańczącym Edmundem…) na zaostrzenie apetytu.

Wróciłam wczoraj do domu, jęłam guglać (tak mam, że lubię sprawdzać, co inni myślą na temat tego, co akurat zobaczyłam lub usłyszałam; bardzo efektywny sposób na podnoszenie mojego zwykle niskiego ciśnienia) i oczywiście trafiłam na recenzję pełną ubolewań, że w świątyni sztuki znowu się znęcają nad geniuszem barda, w dodatku ten okropny Klata znowu śmie kalać narodową scenę. O jejciu.
Akurat sobie ostatnio przywiozłam z miasta, w którym bard spędził ładny kawałek swojego życia, książkę autorstwa człowieka o prawdopodobnie najpiękniejszym głosie, jaki na tym świecie istnieje, przy okazji posiadającego ogromną wiedzę o twórczości Szekspira. Pochłonęłam całą w jedno popołudnie; to cudna lektura. Bardzo przyjemnie się to czyta, bo autor ma wdzięcznie cierpkie poczucie humoru i żongluje popkulturowymi aluzjami, ale ani na chwilę nie odbiega od tematu.
Od czasu do czasu ten i ów zżyma się na uwspółcześnianie wiekowych sztuk i wyciąga argument jego zdaniem kończący dyskusję, mianowicie „ale to jest Szekspir!”. Wszyscy ci zwolennicy koturnowości i wierności tradycji moim zdaniem powinni w te pędy zapoznać się z tym, co pan Crystal ma do powiedzenia.
Dużo ma, bo siedzi w temacie po uszy, w dodatku jest dziedzicznie obciążony – jego szanowny papa to uznany fachowiec od angielszczyzny. Ponadto jest aktorem, który w sztukach Willa S. również występował. Poza tym wreszcie objeżdża świat z warsztatami. Mam wielką nadzieję, że uda mi się zapolować na jakieś wydarzenie z udziałem onego, choć obawiam się, że gdyby się do mnie odezwał, to bym zemdlała.
Crystal w tej uroczej książeczce rozbiera Szekspira na części pierwsze i wydobywa jego tajemnice, ale najpierw zdejmuje go z zaśniedziałego cokołu. Podkreśla, że nie istnieje żaden jedynie słuszny sposób interpretacji Szekspira – są najwyżej wskazówki. Odkrywa, jak w kwestiach – nie w didaskaliach! – William przemycał instrukcje dla wykonawców; „reżyserował” ich przez tekst. Wyjaśnia, że słynny pentametr jambiczny (de-DUM-de-DUM… – częsta rada dla nierozumiejących, co Will miał na myśli, niestety działająca tylko wtedy, gdy mamy do czynienia z angielskim oryginałem, brzmi: zacznij czytać na głos i cię olśni) miał w rzeczywistości pospolicie praktyczne zastosowanie, bo łatwo było wypowiedzieć cały wers na jednym oddechu, brzmiało to naturalnie, a aktorzy szybciej uczyli się tekstu na pamięć – rytm im pomagał; najlepiej nam wszystkim znany rytm, w którym nasze ciało pracuje przez cały czas. He wrote speech, not speeches.
A nade wszystko Crystal przestrzega przed traktowaniem barda jak bóstwa, o którym można dobrze albo wcale, a jeśli dobrze, to tylko na kolanach i szeptem.
With fame has come a respect, a trend to deify him, to make his play sacrosanct. The six official commandments of Shakespeare:
You Cannot Change Any Of The Words
He Must Not Be Translated
He Must Be Performed A Certain Way
He Must Be Spoken A Certain Way
He Must Be Spoken Of In A Certain Way
We Will Celebrate His Birthday As If He Were Royalty
Alright, I just made those up. But you’d be surprised how many people deem every word absolute truth
.
To jak u nas z Mickiewiczem, nieprawdaż.
Otóż Szekspir nie wiedział, że pisze klasykę. Nie siadał do pisania z myślą „ach, oto zaraz spod mojego pióra wyjdzie arcydzieło, które za 400 lat będzie kanonem na całym globie”. W gruncie rzeczy on w ogóle nie tworzył literatury, ale scenariusze; dostarczał aktorom narzędzia do pracy. Szekspir pisał, jak wszyscy jemu współcześni, na czas i dla pieniędzy. Czasu nigdy nie było dużo, bo wtedy teatry potrzebowały nowej sztuki właściwie co tydzień. Pisał dla aktorów, nie dla czytelników (bo w jego czasach kupowanie wydrukowanych egzemplarzy dramatów to był jakiś kosmiczny snobizm). Pisał też w kawałkach. I nie zawsze sam. I nie wszystko w jednej wersji. I to, co czytamy teraz, zostało i tak po wielokroć uwspółcześnione. Nie ma czegoś takiego, jak „autentyczny” Szekspir. Tym samym zupełnie nie rozumiem, co takiego nietykalnego ma być w jego sztukach i czemu obruszać się na fakt, że ktoś ubiera jego historie we współcześnie modne szatki. Wątpię, by komplementem dla autora było traktowanie jego wytworów jak obiektów muzealnych, które traktuje się z nabożną czcią i od czasu do czasu odkurza miotełką, ale które są kompletnie martwe. Jeśli te opowieści są tak uniwersalne i plastyczne, czemu z tego nie korzystać? Czemu nie osadzać ich w przeróżnych kontekstach, skoro cały ich geniusz tkwi w tym, że da się to zrobić bez najmniejszego uszczerbku na znaczeniu?

Czasami lepiej zdjąć te niewygodne koturny, naprawdę. Bez nich więcej widać i słychać.

PS Bibliotekarz z Orkad jest sławny. W radio był (szkocki akcent bardzo drapie w uszy, ale on jest taki uroczy…).

Żywię się co dzień przejmującym szlochem

Zrobiłam dziś parę rzeczy kompletnie bez znaczenia dla ludzkości – i odebrałam nowe, kocie oprawki pingli z dużym znaczeniem dla mnie (wątpię, by ktokolwiek inny dowiedział się o ich istnieniu, bo nie noszę okularów poza własną kuchnią i sypialnią, na ogół wychodzę do narodu w soczewkach; ale do czytania się przydają) – po czym poszłam przez mokry, zimny Kraków na Edwarda II.

Jan Peszek to Jan Peszek, niebywała klasa. Nie ma o czym mówić w ogóle.
Ale – zgodnie z moimi przewidywaniami jego syn Błażej znowu wszystkim ukradł przedstawienie. Żywię pobożną nadzieję, że nie szuka siebie w internetach i nigdy nie znajdzie mojego blogaska, bo mam wielką ochotę wyznawać mu miłość przez parę tysięcy znaków (a wiecie, że potrafię to robić…). Jako królowa Izabela – bo tak się składa, że gra jedyną kobiecą rolę w tej sztuce, to w końcu epoka elżbietańska, kto wtedy wyobrażał sobie dziewczyny na scenie?… – jest absolutnie cudowny, komiczny, groteskowy i nieco przerażający momentami. To karykatura, ale taka, z którą wolelibyście nie mieć do czynienia. Najpierw przezabawna, później koszmarna.
Królowa Izabela była żoną Edwarda II, odtrąconą przez niego dla młodego, ślicznego kochanka. Muszę tu dodać, że młodzian obsadzony w podwójnej roli kochanka i syna Edwarda, student PWST pod wartym zapamiętania nazwiskiem Bartosz Bielenia jest naprawdę śliczny i w dodatku ma w sobie coś niepokojącego, coś, co każe wam myśleć, że pod tym urokiem kryje się jakaś ciemność – a to najlepsze z możliwych połączenie na scenie.
Izabela miała problem z przełknięciem odtrącenia, więc jęła spiskować z osobistym kochankiem, niejakim Mortimerem, żeby usunąć zarówno męża, jak i mężowski obiekt westchnień. Udało im się. W czasach Plantagenetów własnej rodzinie należało ufać najmniej, bo wyrzynali się na potęgę i każdy każdemu dyszał w kark.
Nie jestem obiektywna, bo w tym ascetycznym, surowym przedstawieniu grają moi ulubieni krakowscy aktorzy, ale ośmielę się stwierdzić, że to jedno z lepszych nie tylko w Starym, ale i w mieście ostatnimi czasy. Zresztą chłopak, który siedział obok mnie, widział je po raz drugi (a premiera była w minioną sobotę!) i ma już bilet na raz trzeci.

Gdyby ten Marlowe dożył przynajmniej pięćdziesiątki, nikt by nie pamiętał o Williamie S. No, ale dał się Christopher zacukać i zostało po nim tylko parę lekko kontrowersyjnych sztuk.

(Przyrzekam uroczyście, że kolejny wpis będzie o seksie i/lub narkotykach, już nie będę was tą teatrozą męczyć).

Ich taufe dich im namen des Vaters

Jestem dość odporna na warunki atmosferyczne, potrafię zrobić sobie pogodę w środku, w Czesiu i pokazać pupę temu, co na zewnątrz, ale jednak ciąży mi ten nieustający mróz. Zwłaszcza, gdy nie mogę zasnąć, bo zimno mi w każdy skrawek ciała, a ręka sama wyciąga się po telefon, weź i przyjedź i mnie ogrzej trochę – ale nie dzwonię, bo druga w nocy.
Czekam, aż halny powieje, przewietrzy zmęczone głowy.

Zdarzyło mi się dni temu parę obejrzeć Poczet królów polskich. Spektakl dość, powiedziałabym, buńczuczny, bezczelny nawet. Jeśli to w ogóle spektaklem nazwać można, bo widza od aktorów oddziela ekran – i widz widzi tylko to, co oko kamery akurat rejestruje.
Zastanawiam się jednak, czy przypadkiem ciekawsze od samego przedstawienia nie było to, co działo się na widowni. Bo publiczność podzieliła się na dwa wyraźne obozy – zachwyconych, którzy przy co zabawniejszym tekście wygłoszonym ze sceny, wróć, z ekranu wybuchali śmiechem, a na koniec blisko trzygodzinnego spektaklu gorliwie bili brawo, i zdegustowanych. Tych drugich było zdecydowanie więcej. Część wyszła w trakcie, niektórzy w trakcie końcowych oklasków przepychali się już do szatni, odwróceni tyłem do sceny; ten i ów niedyskretnie komentował, że on nie przyszedł do kina, tylko na żywych aktorów i nie ma ochoty oglądać w zbliżeniu śliny na czyichś wargach, w ogóle o co chodzi, po co oni latają po jakichś piwnicach, co to za głupi eksperyment i czemu nie może być normalnie. Bardzo to ładne odzwierciedlenie znalazło w recenzjach, które są albo wyraźnie pochlebne, albo miażdżące – ale nic pomiędzy. To chyba dobrze.
Też wolę teatr bez filmowego filtru i stopklatek, ale uważam, że przyda się temu miastu – a przynajmniej jego życiu kulturalnemu – lekki kopniak, pociągnięcie za warkocz, zerwanie z szyi pereł po prababci. W Krakowie powietrze ciężkie od historii, a czasami od mitów, o których lubimy myśleć, że są historią. Tysiące mieszkańców codziennie mijają Wzgórze Wawelskie z jego kryptami, jadąc tramwajami do pracy. Ktoś miewał jakieś refleksje przy tej okazji? Bo ja nigdy, choć tłuczono mi w szkołach do głowy, że serce Polski, ojcowie nasi Piastowie, nasza wielka przeszłość. Tłuczono mi to, co w przerysowanej formie zobaczyłam i usłyszałam na Scenie Kameralnej Starego Teatru – gdybyśmy mieli zamorskie kolonie, gdyby u nas rosły palmy i gdybyśmy czołgi mieli, tobyśmy byli o! taką potęgą. I żaden Hans Frank by nam na Wawelu nie zamieszkał.

Tyle wymądrzania, a teraz z innej beczki.

Pytali państwo, dokąd bilet.
Otóż bilet kupiłam na Wschód. Nie tak daleko, jak minionego roku (chociaż tęsknię za Japonią dojmująco i żarliwie – i nie daję namówić się znajomym na sushi), ale jednak znów tam, gdzie ludzie są niżsi, a deszcz pada mocniej.
Nie chcę znów pisać, jak to przerażająco wciąga, bo wielu przede mną wgryzało się w problem uzależnienia od drogi. Choć cóż to za droga, parę godzin w blaszanej puszce, parę godzin picia słabego wina i gapienia się na cumulusy w dole, a niektórzy przecież wyruszają na Hokkaido lądem z Europy, niektórzy dojeżdżają zwykłymi pociągami do Patagonii.
Żałuję tylko, że znów nie mogę go zabrać. Ale wiedziałam od początku, że leniwe niedziele bywają dniami pracy, święta i sezony ogórkowe tym bardziej, wszystko odwrotnie, taka branża. Zostaje nam to, co wyłuskamy spomiędzy. To i głębokie przekonanie, że któregoś dnia jednak odjedziemy w siną dal, w diabły – i wrócimy, jak wrócimy.

Twój mąż mało mówi, ale cały świat trzęsie się, gdy on coś robi

Wiosnę czuję w kościach – nie potrafię tego wytłumaczyć, bo ciągle przenikliwy chłód, śnieg, poranki mgliste, pejzaż za oknami ciągle dwukolorowy. Ale gdy wychodzę z domu, słyszę już kosy rozrabiające w nagich gałęziach. Budzę się coraz wcześniej. Mam wrażenie, że do moich źrenic dociera więcej światła, że ono przepływa mi przez żyły.
Jestem prostym stworzeniem – uważam, że ludzie w ogóle są prostymi stworzeniami, tylko lubią obudowywać się fasadami. Uszczęśliwia mnie zaspokajanie podstawowych potrzeb.

Udało mi się jednak wyrwać do teatru. Stwierdziłam, że kolejna nadliczbowa godzina przy biurku najpewniej przybliży mnie do zawału, podczas gdy ta sama godzina spędzona na widowni zapewne mnie od niego oddali – no chyba, że przedstawienie będzie bardzo złe. Ale nie było, przeciwnie.
– Ty, patrz – mówi do partnera dziewczyna siedząca obok mnie. Wodzi wzrokiem po pustej scenie, niezasłoniętej kurtyną, przedzieloną tylko białymi listwami. Z obu stron widać gołe ściany z całą tą teatralną maszynerią, wajchy, dźwignie i liny. – Patrz, przecież to wygląda jak w zajezdni tramwajowej. To chyba tak nie jest naprawdę?
Zabawne pytanie, ale intrygujące. Bo właściwie co w teatrze jest naprawdę?…
Poszłam, bo lubię to, co Klemm robi i podobał mi się ten spektakl – choć nie jest to coś, co nie dałoby zasnąć wieczorem. Jest za to doskonałą zabawą dla tych, których nęci teatr od spodu, od środka, teatr-układanka, zabawa słowem, powtarzanie tych samych dialogów na różne sposoby, intonacyjne niuanse. A pytanie, co jest naprawdę, do końca – niedługiego zresztą – przedstawienia siedzi w głowie. Czy to ja jestem naprawdę, czy ten ktoś, kto mnie udaje?
Poszłam też, bo moje skryte uwielbienie dla Błażeja Peszka to wystarczający powód, by kupić bilet, a dodać trzeba cudowną Małgorzatę Hajewską-Krzysztofik (na długo zapamiętam ją w Opowieściach Afrykańskich, w tej rozpaczliwej scenie, gdy siedzi na kanapie i pochłania surowe mięso, z trudem powstrzymując odruch wymiotny) w mgnieniu oka zmieniającą fikuśne szlafroczki i Adama Nawojczyka, Jupitera w stylu biznesmena-mafioso z ordynarnym złotym zegarkiem; jego charyzma pysznie się objawia w ostatniej scenie, gdy stoi z założonymi rękami i z wyższością spogląda na śmiertelników, z którymi tak sobie zagrał.

Jutro, państwo wybaczą, będzie o tym samym, to jest znowu o teatrze. A później pewnie o tym, jak próbuję się spakować (czego nie lubię, choć rozpakowywania jeszcze bardziej), samolot o 22:50, hotel przy plaży, choć na miejscu raptem – raptem? – 19 stopni Celsjusza. Zamiast zająć się pisaniem, przeglądam tymczasem kolejne strony internetowe, siedzę na SummitPost, bo skoro pierwsza tegoroczna podróż zbliża się wielkimi krokami, to najwyższy czas obmyślać kolejną.
Życie. Świetna przygoda.

Skoro jeszcze mamy języki

Siedziałam wczoraj w teatrze i po raz wtóry plułam sobie w brodę, że nie poszłam na casting do Łaźni – a zgłoszenie wysłałam i oddzwonili, jak najbardziej – bo stchórzyłam. Osobiście uważam, że w tej sprawie zachowałam się jak ostatnia pipa. Gdy żaliłam się panu i władcy, jak to dałam ciała, rzekł:
– Ja ci powiem, co zrobisz. Weźmiesz jutro telefon, zadzwonisz tam i poprosisz o spotkanie.
– Nigdy w życiu – jęknęłam z trwogą.
Pozostaje zatem we wzmiankowaną brodę sobie pluć.
A czasami szkoda bardzo.

Dobre przedstawienie. Może to nie do końca moja wrażliwość, ale cieszę się, że poszłam je obejrzeć. Mocne. Intensywne – o, to jest dobre słowo.
Rzeźnia w płaszczyku groteski lekkostrawna nie jest, ale warto się z nią zmierzyć.
I mamy naprawdę, ale to naprawdę bardzo dobrych aktorów w Krakowie.
Lubię historie, które nie są dla mnie od razu jasne i które nie są jednoznaczne; takie, których właściwa treść dociera do mnie, gdy poobracam je sobie w myślach. Lubię też obrazy, które włażą mi w oko i nie pozwalają dać się łatwo zapomnieć – nagie wojsko zmywające z siebie wojenny brud, gwałt jak dzieciackie zaczepki, wielkie słowo FAKE wypisane na plecach bohatera-intryganta w ostatniej scenie, woda kapiąca na rozpadającą się scenografię.
Pisałam wczoraj, że nie znoszę przerostu formy nad treścią. Teatr jest jedynym wyjątkiem. W nim mogę mieć samą formę.
Muzyka mnie powaliła na kolana. Powaliła tym bardziej, że w całości wykonywał ją jeden tylko człowiek z mikrofonem i kilkoma pudełkami.
Od wczoraj bardzo chcę mieć takie pudełka.

Dzisiejszy dzień zaczęłam za to lekturą wywiadu z pewnym dzien… wróć, z osobą medialną, która to osoba po dokonaniu spektakularnej wtopy w mediach ostatnio cierpiała, że nie ma na sushi (w kraju, który ma 770 km linii brzegowej, a morze niezbyt obfite w zwierzątka – moim zdaniem żadna strata). Osoba owa rzekła, że dziennikarzowi wolno tyle, na ile pozwala jego odbiorca. No dobrze, prawo popytu i podaży w środkach przekazu też obowiązuje, ja wiem, sprzedaje się taki produkt, jakiego chce klient – ale czy to naprawdę znaczy, że trzeba zawsze równać w dół?
Ja się oczywiście nie spodziewam, że któregoś poranka jak zwykle po omacku włączę radio i usłyszę ‚dzień dobry, wybiła szósta trzydzieści, na południu zachmurzenie umiarkowane, najpierw posłuchamy wesołej piosenki, a później przeczytam państwu sonet Szekspira na dziś’ – ale jednocześnie nie sądzę, by należało tłumaczyć wszelkie badziewie argumentem, że ciemny lud to kupi.

Teoria głasków

Państwo wiedzą, że uwielbiam lody. Latem mogłabym się nimi żywić, zimą właściwie też, bo zawsze mam w domu pudełko lodów i niestety zeżarcie całego naraz nie jest ponad moje siły.
A później płacz, zgrzytanie zębów i nadprogramowa seria brzuszków na siłowni.
Lodami można mnie przekupić. Tylko nie czekoladowymi, bo to jedyny smak, którego unikam. Jeśli kto chce mnie zmiękczyć, to wystarczy, że mnie zaprosi na parę gałek.
Bardziej zaprzyjaźnieni mają inne sposoby, a ten najbardziej zaprzyjaźniony ma jeden, którym mnie rozkłada na łopatki (często dosłownie), nawet jeśli pięć minut wcześniej myślałam: ‚ale mu powiem, aż mu w pięty pójdzie, ale mu wygarnę, ale go kopnę w zadek’.
Od progu obejmuje i trzyma – tak długo, jak trzeba.
To nie tylko rozbraja, ale działa trochę jak masaż. Od razu czuję, jak mi ciśnienie opada.
Wcześniej nie byłam osobą szczególnie rozmiłowaną w przytulasach, a teraz troszkę jestem uzależniona nawet. Z radością wciskam nos w gorzko pachnący obojczyk. I tak tkwimy przez kwadrans czasem, a wszystkie moje ‚ale mu powiem’ jakoś wylatują mi z głowy. Sztormy zostają za drzwiami.
To przebiegłe, wiem. Ale też i po rybiemu empatyczne.
Zdarza mi się za tym piekielnie zatęsknić.
Tu ziemia, koleżanko, tu ziemia. Pralkę lepiej nastaw.

Widziałam Oresteję i oszalałam.
To bardzo atakuje zmysły, za bardzo może, bo pod koniec łzawiły mi oczy od dymu, którym gęsto spowita jest calutka scena, tak gęsto, że ludzie w tej mgle znikają. Ostre światło. Głośno. Fenomenalna muzyka.
To taki film katastroficzny łamany przez grę komputerową.
Dojmująca scena z Kasandrą, która swoje koszmarne wizje wykrztusza jak osoba z afazją, jęczy, wyje, zacina się, jakby się słowami dławiła.
No i gdyby Robbie Williams to obejrzał, zrezygnowałby z dalszej kariery (efektowny dowód bliżej końca filmu – czekałam na niego od pierwszej minuty).

Urlop przełożyłam na przyszły rok, teraz tylko weekendowy wyskok dokądś wykonam. A w lutym chyba wreszcie uda się ruszyć dalej, bo ku memu ogromnemu zdumieniu daję radę coś w skarbonkę wrzucić mimo, że znowu tuzin książek zamówiłam – no, zima przecież idzie, jakoś trzeba będzie spędzać czas…
Nie mam planu. Zdaję się na los. Zobaczymy, jaki bilet upoluję.

Nie będzie chóru, będzie balet

Leży człowiek w łóżku, w zasypiające powoli ucho sączy się Polski Top Wszech Czasów i ręka sama wyciąga się po telefon, bo wszystkie piosenki się kojarzą.
Słuchasz tego samego, wiem.

Nie będzie gór (zresztą zimno upiornie), ale będą konie. Na konia jakoś się wdrapię bez stopy.
A bardzo muszę odpocząć od miasta, ludzkiej gadaniny, rachunków wyłażących ze skrzynki. Nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet, zwiać na dwa dni. Obficie jeść, pić zimne piwo, siedzieć na słońcu z nosem w książce.
Jeszcze parę lat temu urodziny oznaczały rezerwowanie stolika w modnym klubie i niekoniecznie udaną imprezę do świtu, aż któregoś roku wypięłam się na to wszystko i pojechałam na Turbacz. Zmokłam wtedy okropnie, zgubiłam soczewkę pod prysznicem, przez całą noc za drzwiami weselili się studenci, a o szóstej rano na głodniaka wlokłam się przez wiatrołomy na Stare Wierchy. Od tamtej pory – może to dziwne – nie wyobrażam sobie spędzać urodzin inaczej niż właśnie tak. Niezbyt blisko cywilizacji i najlepiej samotnie.

Wiatr dziś arktyczny, a ja w mini. Po południu najpierw obiad na mieście, a potem weselicho, to i się wystroiłam. Przypuszczam, że moje nogi pod sukienką wyglądają jak kurzęce udka w sklepowej zamrażarce.

Dodatek przedpółnocny
Niebywale przytulna Trufla na św. Tomasza chyba się przejęła głosem ludu, bo jedzenie podają błyskawicznie – bardzo zresztą dobre – i kelner rzadkiej urody. Duży plus za otwartą kuchnię i śmieszne (jak na serce Starego Miasta) ceny.
Hitem wieczoru natomiast został tańczący Juliusz Chrząstowski, który brawurowo ukradł show pozostałym aktorom. Chyba mam nowy obiekt westchnień.
A i tak część publiczności wyszła w przerwie.