Forse e l’estate o forse e pazzia

Gdyby ktoś zapytał mnie o definicję szczęścia, powiedziałabym, że to jest chwila, gdy po zejściu z gór zdejmujemy przemoczone skarpetki i otulamy się ciepłą pościelą. Gdy wieczorem, pięć minut przed wyczekaną randką, czekamy na kroki miłego na schodach. Gdy po powrocie z wakacji przekręcamy klucz w zamku i z ulgą upuszczamy ciężką walizkę na podłogę.
Wczasy cudowna rzecz, ale własny prysznic i łóżko – o matko…

Zaczęło się nieciekawie, samolot przyleciał spóźniony, spod lotniska odjechał już ostatni autobus do miasta. Nie dopuszczałam myśli, że mogę siedzieć pod halą przylotów do świtu. W takich sytuacjach przydaje się moja nieszczęsna umiejętność szybkiego bratania z nieznajomymi – chwila wymieniania narzekań z jakąś niemiecką parą zaowocowała ustaleniem, że podzielimy się kosztem taksówki do Trapani.
(I tu ważna informacja dla każdego, komu przydarzyłaby się podobna historia – w tej części świata wsiadamy wyłącznie do białych taksówek, udając głuchych na śpiewy naganiaczy; podobnie jak u nas pod dworcami, roi się tam od ‘przewozów osób’ proponujących podwózkę w szalenie korzystnej cenie 90 euro, potrójnie zawyżonej).
Niemiecka para pożegnała się z nami w porcie. Było mocno po północy, w knajpianych ogródkach tłoczno i głośno. Mdlący zapach kwitnących oleandrów – które tam rosną wszędzie – sprawił, że przez całą drogę do hotelu kichałam gromko.
Hotel – jak to hotel we Włoszech. Sypiałam już w takich. Najpierw trzeba otworzyć staroświeckim kluczem bramę. Wejść na podwórze i wciągnąć toboły po stromych schodach na piętro. Kolejnym kluczem otworzyć drzwi do klatki schodowej wyłożonej stareńką ceramiką. Wreszcie ostatnim – drzwi do pokoju, nierzadko małego, ale wysokiego na pięć metrów, z oknem przysłoniętym drewnianymi okiennicami. Klimatycznie.
– Nawet czysto – uznałam z zadowoleniem. – To ja idę pod prysznic.
Otworzyłam drzwi łazienki i natychmiast je zatrzasnęłam.
Spod bidetu zerkał na mnie potężny karaluch.
Walkę wygrał, uciekając z ringu i kryjąc się w rurze kanalizacyjnej. Niemniej tamtego wieczoru wzięłam prawdopodobnie najkrótszy prysznic w życiu, śpiewając głośno przez cały czas i starałam się opuścić łazienkę, nie dotykając podłogi żadną częścią ciała.
Cappuccino na śniadanie trochę mnie ugłaskało, ale łatwo zrozumieć, że Sycylia nie stała się moją miłością od pierwszego wejrzenia.
Stała się od drugiego.

Samoloty z Krakowa kursują do Trapani, które samo w sobie jest całkiem sympatycznym miastem na cyplu, ale moim osobistym zdaniem nie warto zostawać tam dłużej niż 24 godziny – chyba że ktoś lubi wypoczynek typu imprezy & zakupy. Z zachodniej Sycylii bliżej do Tunezji niż kontynentalnych Włoch, więc jeśli ktoś wcześniej był w północnej Afryce, może mieć silne poczucie deja vu – niskie, bielone domki, spalona słońcem ziemia, oleandry i bugenwille, kościoły przypominające raczej meczety.
A ja pojechałam dalej, do San Vito Lo Capo.
Jest to, proszę państwa, malutki kurort w cieniu gór, z cudnie piaszczystą plażą. Dzięki Bogu – jeszcze tam nie wyrosły hotelowe kombinaty i dyskoteki. Niewielu cudzoziemców.
Wieczorami na krzesłach przed domami zasiadają staruszki w obowiązkowej czerni i dyskutują głośno. Na piątkowy targ rybacy swoimi ape (trójkołowa ciężarówka miniaturowych rozmiarów, wydająca z siebie przeraźliwy charkot) przywożą świeżuchne makrele. Babcia w warzywniaku obok mojego hoteliku każdemu klientowi wciska do buzi marynowaną oliwkę, wyjaśniając:
Io faccio (ja je robię).
Te oliwki to poezja. Niby prosta rzecz – oliwa, tymianek, trochę kopru, selera i czosnku. Zwykle nie jadam oliwek solo, nie przepadam za nimi aż tak, a tymi zażerałam się jak opętana, aż ostatniego dnia zakupiłam pół kilograma z postanowieniem dowiezienia ich w całości do domu.
Bo, proszę państwa, widoki widokami, słońce słońcem, ale najważniejsze jest jedzenie. Grzechem byłoby nie napychać się nim po uszy.
A na Sycylii to jedzenie to pasta z bakłażanami, miecznikiem i migdałowym pesto (brzmi może wykwitnie, ale to bardzo proste danie, biorąc pod uwagę, że ryb i migdałów mają tam aż nadto, a bakłażany sprzedają ze straganu na każdym rogu), risotto z owocami morza – wyłowionymi rano, delikatnymi, smakującymi słoną wodą; tłuste arancine, nieprawdopodobne lody, słodycze odziedziczone po Arabach i marcepanowe frutta di Martorana, cannolli nadziewane ricottą, ogromne melony i czereśnie, pyszne pomidory, ser pecorino z pistacjami, pieprzem, orzechami, rukolą i czym tam jeszcze sobie człowiek wymarzy, wędzona scamorza. Pełnia szczęścia. Jak przystało na zodiakalnego Byka, uwielbiam cielesne przyjemności, przywiązuję do nich ogromną wagę (i łatwo się uzależniam – odejdę z tego świata jako spasiony pijus i seksoholik), więc kuchnia na tej wyspie to dla mnie wrota niebios.
W barach prosiłam o caffe americano (rozcieńczoną wrzątkiem), bo choć lubię mocną kawę, tamtejsze espresso jest dla mnie zbyt mocne. Znosiłam z godnością pobłażliwe spojrzenia barmanów, oj, mięczaku.

W przerwach między przeżuwaniem i piciem wina oczywiście zwiedzałam, choć nieprzesadnie.
Rezerwat Zingaro – olśniewający zakątek świata, niech sami państwo spojrzą w fotki poniżej, bo słów troszkę nie wystarcza. Góry cudne. W zatokach ryby ocierają się o łydki.
I Erice – średniowieczne miasteczko, ponoć najurokliwsze na Sycylii. Przyznam, że mnie zachwyciło.
Jest w nim jakiś ulotny czar. Bardzo pobudza wyobraźnię. Polecam wjechać sobie do niego kolejką linową, bo widoki na miasto w dole i Wyspy Egadzkie na horyzoncie zniewalają. Później można spacerować ciasnymi uliczkami wśród niskich, kamiennych domków, zaglądać do stareńkich kościołów. Ktoś wpadł na pomysł, żeby ze sprytnie rozmieszczonych w miasteczku głośników sączyła się niepokojąca melodyjka wygrywana na flecie. Taka ścieżka dźwiękowa.
Wszystko to bardzo piękne, ale powinnam ostrzec, że bez samochodu po Sycylii podróżuje się… hm, tak sobie. Komunikacja publiczna jest i właściwie to wszystko, co można o niej powiedzieć. Działa, i owszem, ale łączy tylko większe miejscowości, więc możliwe, że aby pojechać dalej, trzeba będzie najpierw cofnąć się do pobliskiego miasta. Nie należy przywiązywać się zbytnio do rozkładów jazdy – często na wszystkich przystankach w danej miejscowości, których to przystanków bywa zdumiewająco wiele, widnieje ta sama godzina. No i zdarzają się strajki.
Z powodu strajku właśnie tkwiłam na próżno pod oleandrem przez godzinę, wyglądając autobusu, który nie przyjechał. Nie zdziwiło mnie to zbytnio. Parę lat temu w Kalabrii zdarzyło mi się coś podobnego, tylko że z pociągiem w roli głównej. W pewnym momencie podszedł do mnie, kwitnącej na peronie, chłopek w spodniach na szelkach i oznajmił, że dziś pociąg nie przyjedzie, bo jest strajk.
Autobusy jednak – jeśli już przyjadą – są naprawdę fajne i jeżdżą całkiem szybko, choć zatrzymują się na absolutnie każdym winklu. Wystarczy machnąć. Dlatego podróż bardzo się wydłuża. Kierowcy lubią palić mocne marlboro (nic to, że oficjalnie we Włoszech obowiązuje zakaz palenia w miejscach publicznych) i są bardzo wyluzowani, więc czasem lepiej dla spokojności zasunąć zasłonkę i nie wyglądać przez okno.

Oczywiście musiałam zaliczyć również podróż statkiem.

Piszę ‘musiałam’, bo z przyczyn, o których innym razem, unikam przemieszczania się drogą morską. Na wodzie czuję się bardzo niepewnie. A tam musiałam wsiąść do małej łodzi i popłynąć godzinę w każdą stronę. Towarzystwo wyległo na dziób – moim zdaniem raczej dziobek – i namawiało mnie gorąco do współuczestnictwa w labie, ale kręciłam głową – na mojej ławeczce było mi dobrze, miałam się czego trzymać i w ogóle. W drodze powrotnej otwarto białe, świetnie schłodzone wino, co znacząco wpłynęło na moje zadowolenie z wycieczki. Razem ze mną ławeczkę okupował pewien sympatyczny Włoch, który też wyraźnie nie startował w konkursie na wilka morskiego. Co jakiś czas dolewał wina, stukał plastikowym kubeczkiem w mój i mówił:
Alle vacanze.
Toastów alle vacanze wznieśliśmy tyle, że zieleń moich policzków ustąpiła miejsca pogodnej czerwieni. Łódka kołysała się coraz przyjemniej. Na przystani opuściłam pokład solidnie wstawiona, ale szczęśliwa. Rozbujanym krokiem marynarza dotarłam do pierwszej kawiarni na granitę. Włos zdążył mi spłowieć na blond przez parę dni, więc młodzi tubylcy znad sąsiedniego stolika rzucali mi przeciągłe spojrzenia. Niestety (?) jestem na ich urok całkowicie odporna, południowy typ urody spływa po mnie jak po gęsi.

Raz w San Vito był plenerowy koncert jazzowy. Niestety tego samego wieczoru Niemcy grały z Urugwajem o trzecie miejsce, więc chłopaki, choć fajnie grali, nie mieli zbyt licznej publiczności. Nagle przerwali i jak jeden mąż zbiegli ze sceny, bo miła, ale nieustępliwa lokalna policja odholowała im źle zaparkowany samochód.

Bez jako takiej znajomości włoszczyzny porozumieć się trudno. Niby znam włoski, ale mocno mi zaśniedział – bo nie używam go częściej, niż raz na dwa lata. Przez pierwsze dni było więc bardzo pod górkę, zwłaszcza że Sycylijczycy mówią jednak trochę po swojemu. W najwyższym skupieniu recytowałam odkopane: Buongiorno, abbiamo una prenotazione. Pod koniec tygodnia już parlałam z babcią w warzywniaku o pogodzie. Pewnie robiłam trochę błędów, ale byłam z siebie dumna – rozumieli mnie. Lubię melodię tego języka, przeciąganie samogłosek, pokazywanie rączkami dla podkreślenia emocji.
Za parę lat pewnie to się zmieni i każdy kelner będzie nawijał z liverpoolskim akcentem, a w tych spokojnych wiochach powstaną luksusowe hoteliszcza. Na razie jest cudownie.
– Partenza a Cracovia, gate number three, dziankuja! – mówi chłopak przy odprawie i uśmiecha się tak, że aż się chce zabrać ten uśmiech do domu.

Reklamy