The nicest thing about feeling happy is that you think you’ll never be unhappy again

W piątek odebrałam paczkę z książkami. Skromnie, siedem sztuk. Powinno wystarczyć na ten tydzień. Plany na majówkę miałam bowiem właśnie takie – pomiędzy wyjazdami leżę i czytam.
Pomiędzy wyjazdami.
No właśnie.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zorganizowała sobie bardzo krótkiej wycieczki do Londynu. Może nie AŻ tak krótkiej, jak potrafiły być w przeszłości (czyt. mniej niż 24 godziny), ale jednak. Koncepcja wycieczki pojawiła się niespełna miesiąc temu, gdy przeglądałam internet w przerwie na obiad i WTEM. Autorka westchnęła, dokonała kalkulacji i sięgnęła po portfelik.
Dwa tygodnie pózniej drogie moje przedsiębiorstwo uznało, że czas mi jechać w kolejną podróż służbową, żebym się nie zasiedziała w Polsce. Nawet jakoś bardzo mnie to nie rozczarowało. Ani nie zaskoczyło. Ucieszyło nawet, zwłaszcza że miejscem kolejnego zesłania jest Londyn właśnie. Innymi słowy, w niedzielę po południu, gdy każdy porządny obywatel siedzi nad rosołem, ja znowu będę siedzieć w samolocie lecącym do miasta, z którego dwa dni temu wróciłam.
I tak to u mnie wygląda.
W każdym razie. Wracajmy do tematu.

W sobotni poranek – ale nie żeby zbyt wcześnie, chyba się starzeję i już mi się nie chce wstawać o czwartej rano, jeśli nie jest to bezwzględnie konieczne – spłynęłam z łóżka, uczesałam się, rzęsy podmalowałam, wrzuciłam rzeczy najpotrzebniejsze do mojej ukochanej podróżnej torebusi (mam inne, ale ta jest najlepsza) i w drogę. Ponieważ był to wyjazd nie do końca dobrze obmyślany, mój sobotni wieczór i niedzielne popołudnie organizowałam sobie w ostatniej chwili i wybrałam dwa przedstawienia.
Mood Music i Pocałunek kobiety-pająka.
Pierwsze, bo historia o dziewczynie, która próbuje przebić się w przemyśle muzycznym, na co nie do końca pozwala jej zadufany w sobie szalenie producent, wydała mi się jakoś pociągająca. Gitary na scenie i tak dalej. No i Ben Chaplin w roli tegoż producenta.
Drugie, bo zawsze fascynowała mnie historia Moliny i Valentina. Bardzo lubię książkę, pamiętam musical w Teatrze Rozrywki i gdy dowiedziałam się, że będzie nowa sceniczna adaptacja tej powieści, natychmiast się podekscytowałam. Zwłaszcza że w skromnej obsadzie znalazło się dwóch wspaniałych mężczyzn – Samuel Barnett i Declan Bennett.

Mood Music okazało się lepsze niż sądziłam.
Nie jest to spektakl wybitny i nie należy tego po nim oczekiwać. Jest to spektakl szarpiący strunę #timesup, spektakl o kobiecie w świecie zdominowanym przez mężczyzn – bo showbiznes jest taki. Kobieta, dziewczyna właściwie, ma swoje pomysły na kawałki, ale dla producenta jest tylko damskim głosem, a wokalistki są tańsze niż wokaliści. Jego nie obchodzi, co ona ma do powiedzenia. Obchodzi go, co on może na jej płycie i trasie ugrać. Bohater Chaplina to sukinsyn jakich mało – dowcipny, owszem, to mu trzeba przyznać. Każdy kiedyś poznał takiego. Narcyz. Samochwała. Arogancki. Bez mrugnięcia okiem wykorzysta talent i emocje innych ludzi. Gdy sprawy toczą się nie po jego myśli, robi z siebie ofiarę. Ja chciałem dobrze, tylko nie wyszło, a teraz wszyscy mają do mnie pretensje.
(Oglądając ten spektakl, myślałam o tych słodkich osobach, które podpisywały się pod moją wielogodzinną pracą. Kij im… na drogę).
Oczywiście Ben Chaplin sprawia, że trudno wam znienawidzić jego postać, choć też nie stara się go usprawiedliwiać ani wygładzać.
Jest to przedstawienie, które przypomina nieco przesłuchanie (bo obie strony mają prawników i psychologów, rzadko rozmawiają ze sobą, mówią raczej do adwokata czy terapeuty, którzy nierzadko bezlitośnie ich punktują) i skromnie zaadaptowane na ogromną scenę Old Vic, ot, goła przestrzeń studia z krzesłami, mikrofonami, gitary jakieś – ale jest ciekawe, dynamiczne i rezonuje przykro w dzisiejszych czasach. W jego prostocie tkwi siła, bo widz musi słuchać. Podejrzewam, że Old Vic nie bez przyczyny wybrał tę akurat sztukę, biorąc pod uwagę wydarzenia ubiegłej jesieni – jego były dyrektor artystyczny, wiadomo… To było ryzykowne posunięcie. A jednak się udało. Dziś ukazały się bez wyjątku bardzo dobre recenzje, więc gdybyście przypadkiem byli w Londynie tej wiosny, może warto rozważyć.
Wracając do hotelu przez most Waterloo, trzęsłam się z zimna. Bywałam już w Wielkiej Brytfannie po wielokroć na przełomie kwietnia i maja, i zwykle było uroczo. Nie tym razem. Lało. Wiało. Chciało mi się tylko zanurkować w ciepłą, krochmaloną, hotelową pościel, otulić pierzyną i tak leżeć.
Następnego dnia jednak poderwałam się dziarsko, wyjrzałam przez okno, zadrżałam, włożyłam rajstopki i udałam się najpierw do restauracji Joe Allen.
Joe Allen to kawał historii West Endu. Tę restaurację otwarto w latach 70. w Covent Garden, sercu teatralnego Londynu, jeśli nie Europy. Byłam w niej parę lat temu, zanim przegnano ją z dotychczasowej lokalizacji. Potem przygarnął ją hotel Strand Palace. Jest teraz trochę bardziej wytworna, ale nadal pełna teatralnych memorabiliów, plakatów podpisanych przez na przykład Lizę Minnelli, z pianistą grającym Sinatrę, z dobrym jedzeniem (nie wybitnym, ale dobrym).
Zjadłam, popiłam winem, wyszłam do Menier Chocolate Factory, położonej na południowym brzegu, nieopodal mostu Southwark. To istotnie jest budynek starej fabryki, który zamieniono na teatr. Bardzo przyjemne, kameralne, bezpretensjonalne miejsce.
Przyszłam tu, bo Samuel i Declan. Dwa niezwykłe talenty, dwa zwierzęta sceniczne. Dwaj aktorzy, którzy otwarcie mówią o swojej orientacji. Ale to nie jest, jak ktoś mógłby przewrócić oczami, kolejna sztuka o gejach. To bardzo tragiczna opowieść o relacji dwóch mężczyzn, którzy nie mogliby być bardziej różni. Jeden z nich jest więzniem politycznym, drugi – homoseksualistą skazanym za niemoralny występek. Obaj dzielą celę, więc i codzienność siłą rzeczy. Żeby zabić czas, Molina, poza więzieniem dekorator sklepowych witryn, opowiada Valentinowi swoje ulubione filmy, zwykle nędzne – ale gdy to robi, ich obskurna cela zmienia się w miejsce magiczne (wizualna strona tego spektaklu jest poruszająca, bo w czasie opowieści Moliny ściany ożywają dzięki kunsztownym animacjom, przywodzącym na myśl teatr cieni). Valentin nie wie, że Molina jest też szpiegiem, a paczki z dulce de leche, które otrzymuje, wcale nie są od jego matki; to nagroda za donoszenie. Molina jednakże jest też człowiekiem pełnym współczucia i jego nieoczekiwana pomoc współtowarzyszowi niedoli, gdy ten cierpi, znacząco zmienia ich wspólne relacje.
Oczywiście ta historia nie może skończyć się dobrze – i nie kończy się. Tylko bardzo nieczułemu widzowi nie pękłoby serce. Zwłaszcza że o ile Bennett – znany doskonale z roli Jezusa w niezapomnianym Jesus Christ Superstar w Open Air Theatre, granej z wielkim poświęceniem przez dwa sezony – tu jest dość wycofany (nie oznacza to, że nie jest dobry – po prostu jego rola ma nieco inny ciężar), o tyle Barnett jako Molina absolutnie kradnie show. Ten facet jest moim równolatkiem, ale na scenie, z ogoloną głową, w zwisających portkach, na bosaka wygląda tak chłopięco i krucho, że aż chciałoby się go przytulić. Zabrać stamtąd. Cela w argentyńskim więzieniu to nie miejsce dla takich. A jednak jego bohater okazuje zdumiewający hart ducha – i wtedy, gdy troskliwie, bez śladu obrzydzenia pielęgnuje chorego Valentina, i wtedy, gdy się kochają, i wreszcie wtedy, gdy wychodzi z więzienia na pewną w sumie śmierć. Molina we własnych oczach jest piękną, tragiczną bohaterką swoich ulubionych filmów.
Spłakałam się. Ludzie obok mnie też.

Otarłszy oko (wraz z makijażem) i odkrywszy, że na zewnątrz jest JESZCZE ZIMNIEJ niż było, popędziłam co koń wyskoczy nazad na West End, gdzie czekała moja wiśnia na torcie.
Nie będę was po raz kolejny wprowadzać w temat mojej wstydliwej słabości. Wiele już o tym napisałam, nie będę przynudzać. Przez lata słabość ewoluowała i mam nadzieję, że nie mam już tego odruchu, który kiedyś przyuważył miły współwidz oglądający razem ze mną niezapomnianego Zakochanego Szekspira (pan był uprzejmy powiedzieć mi, że wyglądam, jakbym oglądała mecz tenisowy, w skupieniu wodząc wzrokiem – myślałam, że spalę się ze wstydu).

W każdym razie, ponieważ uroczy ów dżentelmen cztery lata temu powiedział mi, żebym przyszła się przywitać następnym razem, to tak już z rozpędu chodzę, a on pewnie zadaje sobie pytanie, co takiego zrobił, że go pokarało taką babą.
Mniejsza.
Co kilka lat fundacja zajmująca się edukacją teatralną dzieci i młodzieży organizuje pewne osobliwe wydarzenie – mianowicie, stawia przed sądem jednego z szekspirowskich bohaterów. Bohater tenże grany jest przez prawdziwego, żywego aktora (przy okazji procesu Makbeta był to Christopher Eccleston), świadkowie również – ale proces odbywa się z udziałem prawdziwych, żywych londyńskich prawników. Tym razem zajęto się Ryszardem III.
Tu nieco uroczych (słowo klucz) szczegółów niedzielnego wydarzenia. Co prawda istnieje scenariusz, ale zwykle sprawy wymykają się spod kontroli, bo nigdy nie wiadomo, czy aktor nie spróbuje odpowiedzieć w kuriozalnie nieoczekiwany sposób, a prawnik nie zada mu pytania, którego w scenariuszu nie było (oni nie mają litości, naprawdę). Co niekiedy owocuje dialogami w stylu:
– Czy mógłby pan nam powiedzieć, książę Buckhingam, gdzie pan był, gdy…
– Nie.
– Pan jest aktorem?
– … To zależy.
Cudownie się to oglądało, było to kompletnie zwariowane (dwóch katów pokrętnie tłumaczyło sędziom, że małe dzieci oczywiście mogą uciec z Tower po ciemku, reżyser uznał, że słynny song z Króla Lwa idealnie pasuje do historii Ryszarda III – ale czyż nie?! – a tuż przed wyrokiem na scenę wtargnął naprany książę Clarence, wyjaśniając, że on wcale nie utonął w tej niesławnej beczce wina, tylko wypłynął na powierzchnię, i czy może jeszcze jakieś winko zostało?).
Po zakończonej uciesze wyszłam, ominęłam teatr, odczekałam swoje, pomachałam rączką do osoby, osoba odmachała mi i podeszła, by znowu powiedzieć, że miło mnie widzieć. Pewnie kłamie, ale doceniam.
– Co zrobiłeś z pogodą w tym kraju? – pytam, myśląc, że to anielskiej urody stworzenie widzi zapewne przed sobą mój zsiniały nos.
– Przepraszam… – odpowiada uprzejmie, mrużąc karmelowe oczęta w uśmiechu, bo to naprawdę miły człowiek jest. – Ale podobało ci się? Szalone było, prawda?
Tak, drogi, szalone.

Jak i moje życie.
Jutro ostatni dzień czytania książek, a potem znowu w drogę, dobrze znaną tym razem.

Reklamy

What are you holding, Orestes?…

Nie miałam pojęcia, czemu mi się tobołek nie domyka (dopinałam zamek błyskawiczny z modlitwą na ustach, żeby mi nie pękł w drodze). Przecież nic nie kupiłam.
Nic a nic.
Tylko siedem książek.
Tym samym znowu – to mój stały chwyt – przechodziłam przez kontrolę ze wspomnianymi książkami pod pachą, z miną osoby, która absolutnie nie wyobraża sobie dwugodzinnego lotu bez zaopatrzenia w odpowiednią liczbę lektur. Robię to za każdym razem. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jedną z książek istotnie zaczęłam czytać w podróży i wciągnęła mnie ogromnie.

Ale po kolei, po kolei.
Chyba wiem, dlaczego mnie ten Hamlet pozostawił obojętną niczym Jane Austen wobec swojego jedynego kandydata do ręki. Trochę pozbawiłam go szans na oczarowanie mnie, wybierając sobie inne bardzo dobre przedstawienia. W zestawieniu z pierwszym z nich nie miał szans. Musiał wydać się przy nim bardzo efektowną, ale jednak bańką mydlaną.
Mówię o Orestei.
Właściwie to Oresteje teraz są w Londynie dwie – jedna w Trafalgar Studios, druga w Globe, ale na tę drugą nie miałam jak się załapać. Poprzestałam na pierwszej, na którą, nawiasem mówiąc, zdecydowałam się pójść raptem kilka dni przed wyjazdem – i była to nadzwyczaj dobra decyzja. Czasem tak mam, że coś mnie tknie.
Wybierając się wieczorem na to, włożyłam bladoróżowy sweterek, świeżo nabyty przed wyjazdem. Spokojnie, nie mam ambicji ewoluowania w blogerkę modową slash lifestyle’ową slash co tam akurat teraz jest na topie. Bladoróżowość sweterka to wbrew pozorom dość istotny szczegół, ale o tym za chwilę. Ponieważ jak zwykle dotarłam dużo za wcześnie, zeszłam do baru w Trafalgar Studios, coś przecież trzeba ze sobą zrobić. Byłam pierwsza – ta słowiańska krew, nieprawdaż, w barze zawsze pierwsi – toteż czarująca obsługa uruchomiła dla mnie wcześniej happy hour, z mrugnięciem zawiadamiając, że doniosą mi rachunek za dwadzieścia minut. Miło z ich strony. Wdrapałam się na stołeczek, złapałam mój koktajl i chwilę później usłyszałam miarowe tykanie. Tykanie rozlegało się wszędzie, aż do momentu, w którym zgasły światła na widowni. Ruszało ponownie w antraktach, krótkich i ogłaszanych ze sceny (przy czym dodać należy, że w ostatniej sekundzie wszyscy musieli siedzieć karnie na swoich miejscach, bo inaczej nie zostaliby już wpuszczeni na widownię – dajcie czterystu osobom dziesięć minut na kibelek i odebranie interval drink, i zobaczycie, jak szybko potrafią biegać). To długi spektakl, blisko czterogodzinny. Ani trochę się tego nie odczuwa, bo przez większość tego czasu siedzicie na brzeżku fotela ze splecionymi nerwowo palcami, a parę razy można nawet nerwowo podskoczyć. Ta Oresteja to pełnowymiarowy mroczny thriller, którego bohaterowie balansują na granicy szaleństwa, ba, przekraczają ją nawet. Są w tym momenty, które nieprzyjemnie chwytają za gardło, jak scena poświęcenia Ifigenii – nie to, że krwawa czy w jakikolwiek sposób brutalna, wprost przeciwnie, delikatna, klinicznie zimna i przez to niesłychanie przejmująca. Są sceny wciskające w fotel i wprawiające w oszołomienie, jak furia Agamemnona (jeśliby któryś widz jednak nieco przysnął w pierwszym akcie, obudzi się natychmiast bez wątpienia, w dodatku ze zjeżonym włosem). Są oczywiście morderstwa. Jest nagość. Jest mnóstwo krwi. Są role tak dobre, że nie możecie przestać gapić się z rosnącym zafascynowaniem. Nikt się nie oszczędza. A piękny Luke Thompson, przez pierwszą część spokojnie siedzący na ławeczce bez słowa i kradnący cichutko uwagę swoim powabnym profilem, zmienia się w owładnięte manią zemsty zwierzę wydające nieludzkie wrzaski i wywracające wściekle oczami – momentami, gdy mu tylko białka łyskają spod powiek, jest dość raczej przerażający. A to nie jest najlepsza rola w tym przedstawieniu. Są jeszcze lepsze, w tym zwłaszcza genialna Klitajmestra Lii Williams, najpierw troskliwa matka i kochająca żona, potem niemal Eva Peron przemawiająca do narodu, aż wreszcie oszalała morderczyni męża. Tak. Na początku mamy jedną wielką szczęśliwą rodzinę, na końcu kałuże posoki.
I Elektra, niewinna (?) Elektra, siostra Orestesa, tak niezwykle mu bliska, która może tylko jest wytworem jego wyobraźni.
Doskonała jest scena sądu nad Orestesem, gdy publiczność wchodzi w rolę ławników i – tylko w swoich głowach, po cichu – wydaje wyrok. O losie bohatera zaważy pojedynczy głos.
Rozłożyło mnie to na łopatki, powaliło, pozamiatało. Z dziką rozkoszą poszłabym drugi raz.
Jakoś tak się złożyło, że siedziałam w pierwszym rzędzie. Pierwszy rząd znajduje się bardzo blisko sceny (raczej niskiej zresztą – na tyle niskiej, że wstając po spektaklu, macie oczy na wysokości oczu aktorów, którzy są, czy ja wiem, z pół metra od was; nota bene, gratulacje dla pana, który uznał, że to świetne miejsce na odstawianie swojego kieliszka). Oczywiście przez to cała rzecz wydała mi się jeszcze bardziej porywająca, ale miało to pewien skutek uboczny.
Wspominałam o bladoróżowym sweterku?…
Wyszłam po oklaskach z uczuciem, jakby mnie potrącił pociąg i zaaferowana podreptałam do stacji metra.


Wsiadłam. Jadę. Nudzę się, bo w metrze, jak wiadomo, widoczki raczej trudno podziwiać, przynajmniej dopóki nie wyjedzie na powierzchnię. Z nudów zaczynam skubać nitkę przy rękawie i wtedy właśnie spostrzegam, że rękaw ów jest mniej więcej do łokcia pokryty czerwonymi plamami sztucznej krwi. Drugi też.
Nawet nie zauważyłam, kiedy to na mnie bryzgnęło.
Powiedzcie mi, że to da się sprać. Jeśli nie, cóż, będę miała pamiątkę.

Tyle o Ajschylosie.
Sobota była dniem dość intensywnym i znowu, obawiam się, z motywem przewodnim pod nazwą teatr. Punktem pierwszym wycieczki była wizyta w Noël Coward Theatre – jednym z niewielu, jeśli nie jedynym na West Endzie, do którego umiem trafić, nie zgubiwszy się po drodze (co nie jest niczym dziwnym, biorąc pod uwagę, że byłam tam siedem razy i te foteliki obite różowym pluszem bardzo dobrze znam). A tam czekała bardzo ciekawa historia o Rosalind Franklin i jej słynnej fotografii. Charyzmatyczną panią doktor, zmarłą zresztą na raka spowodowanego najpewniej promieniowaniem, zanim za odkrycie podwójnej helisy wręczono nagrodę Nobla jej kolegom po fachu, gra niejaka Nicole Kidman. I powiem wam, że jest to zaskakująco pozytywne teatralne doświadczenie. Parę miesięcy temu upolowałam – bez najmniejszego trudu – bilet za całe dziesięć funtów i nie spodziewałam się Bóg wie jakich wodotrysków. Zawsze mam wątpliwości, gdy w głównych rolach obsadzają ludzi z okładek, bo, bądźmy szczerzy, nie wszyscy się sprawdzają. Czasami okazuje się, że na scenie są wyraziści jak płyty chodnikowe. W tym przypadku na szczęście było inaczej. Z dużą przyjemnością tę sztukę obejrzałam. Dobrze zrobiona rzecz, zwarta, dowcipna, ze sprawną obsadą i w pięknej, choć ponurej scenografii (Franklin dostała laboratorium w piwnicach) – nic tam nie jeździło, nie zapadało się, nie opadało z góry, wystarczyły same zmiany oświetlenia i naprawdę pięknie to działało. Nie spektakl z gatunku zmieniających życie, ale wciągający, przyjemny dla oka i dobrze zagrany.
Dla takich jak ja soboty w Brytfannie są dniami o tyle szczęśliwymi, że można obejrzeć dwa przedstawienia. Zrobiwszy sobie krótką przerwę dla odzyskania energii, poszłam zatem na drugie, pokonawszy piechotką nie tak znowu daleki odcinek między Charing Cross Road a południowym brzegiem. Nie musiałam się śpieszyć, więc od czasu do czasu zatrzymywałam się, żeby zrobić zdjęcie, jakbym już nie miała takich pięćdziesięciu.


Słowo, które najlepiej mi pasuje do drugiego sobotniego spektaklu, brzmi „nieprzyjemne”.
National Theatre obok swoich wielkich scen ma też taką niedużą, zwaną tymczasową. Wystawia tam rzeczy, które niekoniecznie przyciągnęłyby tłumy, ale które są interesujące, a czasami nieco kontrowersyjne. Pomona właśnie taka jest.
To takie coś, co albo bardzo się podoba, albo wywołuje niesmak. To bardzo brzydka historia o przemocy, o prostytucji, o handlu żywym towarem (w celach, o których raczej wolicie nie wiedzieć). I to wszystko dzieje się w sercu Manchesteru, w dziwnym, naprawdę istniejącym miejscu zwanym Pomona, postindustrialnym kawałku miasta, którego podążacie za bohaterką, szukającą zaginionej siostry. Nie jest to z pewnością lekkie, łatwe i przyjemne. To raczej kawał mrocznego, dusznego i ciężkiego teatru, zagranego zresztą częściowo w konwencji gry RPG – krążącej po podziemiach Pomony bohaterce towarzyszą pozostałe osoby dramatu (w tym irytująco seksowny i odpychający czarny charakter w postaci kobiety w skórzanym płaszczu – i zobaczcie, jak ona wygląda w cywilu…), rzucając kośćmi i pytając ją: „słyszysz kroki za plecami – ukrywasz się czy uciekasz?”.

O niedzieli już pisałam. Lepiej do tego nie wracajmy.

Poniedziałek obudził mnie koncertową ulewą, w związku z czym część dnia spędziłam na leniwym piciu kawuni i wylegiwaniu się w pościeli. Stwierdziwszy, że wypiłam dość kawuni, ponownie udałam się na stację metra, a ze stacji metra na Sloane Square.
Royal Court to taki fajny teatr, który co prawda znajduje się w szalenie wytwornej części miasta, ale sam zbyt wytworny nie jest. Jest cudownie bezpretensjonalny, ma świetną knajpę z niszowymi piwami z kija i małą, ale naćkaną po sufit księgarnię, w której teksty sztuk (wolę kupować je niż programy, bo w tych drugich zwykle dostajecie dwie strony zdjęć obsady – a i tak można lepsze znaleźć w internecie – maciupki wywiadzik z reżyserem i dwanaście stron reklam) można nabyć za skromne 3 czy 4 funty. Royal Court zresztą specjalizuje się w nowych dramatach, nader często poruszających ważkie i/lub niewygodne społeczne problemy. To nieduże w sumie miejsce jest jedną z najważniejszych i najodważniejszych scen Wielkiej Brytanii, a sztuki, które miały tu premiery, nierzadko zyskują kolejne życia w innych krajach. Bo taki na przykład McDonagh to bardzo znany dramaturg. W moim grajdołku można zobaczyć Jednorękiego ze Spokane, w Poruczniku z Inishmore onegdaj grał Borys Szyc. W Royal Court właśnie niedawno odbyła się premiera nowej sztuki McDonagha, Hangmen – i jestem absolutnie pewna, że niebawem zobaczymy ją u nas, to kwestia czasu jedynie. Fenomenalnie napisany tekst. Zresztą spektakl zebrał całą Drogę Mleczną gwiazdek w recenzjach i bez dwóch zdań jest tego wart.
To naprawdę, ale to naprawdę czarna komedia osadzona w małomiasteczkowych realiach brytyjskich lat 60. (tak, to nie były jedynie czasy Beatlesów i Twiggy), której głównym bohaterem jest, cóż, kat całkiem lubiący swoją pracę, to jest wieszanie ludzi (co ciekawe, jego nazwisko to zbitek nazwisk dwóch rzeczywistych wykonawców egzekucji). Niestety wreszcie musi się przebranżowić, bo zmienione prawo znosi karę śmierci. Ale widzicie, on naprawdę to zajęcie lubił, a że do pubu prowadzonego przez jego żonę któregoś dnia trafia ktoś, kto od razu wydaje mu się podejrzany…
Pyszne, no pyszne po prostu. Taka historia, w której niby nic się nie dzieje, a ile się dzieje. Cięte riposty przyprawiają o ryk śmiechu, choć w sumie śmiać nie ma się z czego. Lubimy.

Być może was to zdziwi, ale po poniedziałku nadszedł wtorek, częściowo już opisany. Ale, ale. Zanim wylądowałam na legendarnym już Hamlecie, poszłam sobie na maleńki i uroczy musical pod tytułem Ushers. Po naszemu to ci ludzie, którzy przedzierają wasz bilecik, wskazują wam miejsce, sprzedają program (a w antrakcie, przynajmniej w Wielkiej Brytanii, lody, bo oni tam mają taką osobliwą tradycję, że w przerwie spektaklu muszą być lody koniecznie), świecą wam latarką, jeśli podczas spektaklu zrobi wam się słabo albo musicie siusiu. To oni, gdy wiadomo, że aktorzy już czekają w kulisach, a opieszali widzowie wreszcie dotarli na swoje miejsca, zamykają drzwi widowni, pokazując sobie uniesione kciuki jak marshallerzy na lotnisku. Ludzie, którzy kochają ten cały jazz i godzą się na fatalnie płatną robotę, żeby tylko być w teatrze. Dodajmy, że – jak łatwo się domyślić – na ogół marzą o karierze scenicznej. Cały poklask i atencja publiczności spływają na gwiazdy, podczas gdy ci niedoceniani ludzie pracują przed, w trakcie i po spektaklu, wierząc głęboko, że w końcu to ich opromienią światła wszystkich reflektorów.
To przedstawienie zebrało fantastyczne recenzje między innymi na festiwalu w Edynburgu, zanim przeniosło się na West End, ale mimo bardzo dobrych opinii radzi sobie na nim, o dziwo, tak sobie – może dlatego, że nie ma w nim wielkich nazwisk, nie reklamuje się też za bardzo. Gdy weszłam na widownię i zajęłam miejsce, chwilę później podszedł do mnie usher (jeden z tych, którzy później tańcowali na scenie – oni rzeczywiście obsługują publiczność, zanim zgasną światła i gdy znowu się zapalą) i powiedział, że nie ma dziś tłoku, więc spokojnie mogę przesiąść się do przodu. Dziesięć minut później podszedł drugi i zaproponował mi to samo, więc pomyślałam, że może jednak skorzystam i popędziłam do jednego z pierwszych rzędów. Smutne to trochę, widzieć tyle pustych miejsc, ale wykonawcy nie sprawiali wrażenia przejętych tym ani też nie jechali na pół gwizdka.
Dla maniaków teatru to półtorej godziny nieskrępowanego chichotu. Wszyscy na scenie mówią branżowym slangiem, co rusz nawiązują do ostatnich plot z Theatrelandu, a przy tym trzeba przyznać, że autor libretta wie, w którym kościele dzwoni i w jaki sposób organizują sobie życie osoby z mniej lub bardziej zaawansowaną teatralną obsesją. Jedna z bohaterek, niebywale oddana swojej pracy (przyczyna jej pracoholizmu jest prosta – otóż ona seryjnie, może odrobinkę maniakalnie podkochuje się w aktorach i jest z tego dumna, śpiewa zresztą wdzięczny kuplet z refrenem: Leading men, I have a thing for them) zdradza sekret, jak się dowiedzieć o tym, co będzie się działo na londyńskich scenach, zanim wyjdą oficjalne komunikaty. My Twitter, my stagey network and some good ol’ stalking!
No, i tak to właśnie działa.

W środowe popołudnie samolot zaniósł mnie nazad na południe Polski. I chociaż mam piękne marzenia podróżnicze na przyszły rok, obawiam się, że skończy się jak zwykle. Jest na to bardzo proste – acz ktoś pewnie uzna, że pretensjonalne – wyjaśnienie, z książki, którą polecałam wam przy okazji poprzedniego wyjazdu.
Places make the best lovers. You can trust a place more than you can trust a person as a lover. A place is more dependable and it has so much depth and stimulation and provides you with the opportunity to realize yourself. The place reflects you, provides you with stimulation, the ability to realize potential. If it’s a good place it makes you feel stronger, makes you cleverer and more powerful.
Having the ability to have that friend, London, as a companion throughout gives you a wonderful extra dimension to anything you do. I think of London as a partner. I’m in love with London and always have been
.

Is this a dagger that I see before me?

Bogu niech będą dzięki za przyjaciół, którzy czekają z niżej podpisaną do czwartej nad ranem, oglądając z nią koncerty The Jacksons na jutubie, by wsadzić ją wreszcie do taksówki na lotnisko. I za tych, którzy czekają po drugiej stronie Kanału, z koktajlami i plotkami, dając jej przyjemne poczucie bycia prawie w domu.
Poleciałam na bardzo krótko tym razem. Właściwie tylko na herbatę z mlekiem, księgarnię i wizytę w teatrze.


Zachodzę w głowę, co się stało z niebieskim kurakiem, który uprzednio zajmował słynny czwarty cokół na Trafalgar Square, bo to nowe kościste coś to jakaś straszna paskuda. Ale nie o tym chciałam.
Wizyta w teatrze, właśnie. Właściwszym sformułowaniem byłoby „wizyta w sądzie”, bo tak to wyglądało. Szekspirowscy aktorzy zmierzyli się z londyńskimi prawnikami w procesie Makbeta i jako świadkowie dali się przesłuchać, a przysięgli mieli zdecydować, czy oskarżony idzie pod topór, czy nie. W słusznej wierze, bo to dobroczynna impreza była – zorganizowała to instytucja, która stara się docierać do dzieciaków przez Szekspira i kształcić ich teatralnie niezależnie od tego, w jakim otoczeniu dorastają i z jakim balastem. Makbetem – nawiasem mówiąc, uniewinnionym w końcu – był niejaki Christopher Eccleston, Lady Makbet – cudowna Haydn Gwynne. Oprócz upiornej pary przed ławą przysięgłych stanęli Macduff, Banquo i jedna z wiedźm.
Jeśli myślicie, że była to rzecz poważna i nadęta, nic bardziej mylnego. Aktorzy dostali zarys scenariusza i oczywiście znali los swoich postaci (to Makbet, więc sprawa jest prosta: wszyscy nie żyją), ale nie wiedzieli, o co zapytają przesłuchujący, więc cała zabawa polegała na wielkiej improwizacji z jednej strony i bardzo skutecznym zapędzaniu w kozi róg z drugiej. Mecenasi nie dawali zbić się z tropu absurdalnym odpowiedziom świadków, którzy, zaskakiwani stawiającymi ich pod ścianą pytaniami, brnęli w coraz większą konfuzję.
– So what was he doing?
– He was wending with witches.
– Wending with witches?
– Correct.
– And when was he wending with witches?
– When?…
– Yes, when?
– Wednesday – odpowiada ze śmiertelną powagą przesłuchiwany, po czym zanosi się śmiechem, jak i cała publiczność. Słodki był też Macduff odpierający argument, jakoby nie było świadków morderstwa i tłumaczący, że jeśli ktoś kogoś zabija, to przecież sam przy tym jest zazwyczaj, więc z której strony by nie patrzeć, jest jeden świadek, morderca znaczy.
– When you commit a murder, then you’re a witness to this murder. Are you not?
Swoją drogą, cudownie błyskotliwy ten aktor. Czasami lepiej nie wiedzieć, jacy oni są, gdy są sobą, bo to bywa piekielnie rozczarowujące – wygląda taki jak z żurnala, w roli jest olśniewający, a potem udziela wywiadu i z waszego oczarowania nie zostaje ani mizerny strzęp, bo zastanawiacie się, jakim cudem tak porażająco tępa strzała w ogóle skończyła szkołę. Ale do udziału w tym wydarzeniu chyba celowo nakłoniono takich, którzy mają co nieco do powiedzenia i lubią to robić, używając długich słów.
A że oskarżonym był Eccleston, wyobraźcie sobie liczbę nawiązań do Doktora Who. Niewiele zostało z szekspirowskiego oryginału, może poza Lady Makbet histeryzującą z powodu plam.

Gdyby ktoś zachodził w głowę, co mnie zainteresowało w takim wydarzeniu – poza osobliwą adaptacją Szekspira – odpowiedź jest prosta i, że tak powiem, urocza. Oczywiście poszłam się przywitać, jakżeby inaczej. Przepchnęłam się przez tłum wyczekujący Ecclestona pod tylnym wejściem do naszych drogich karmelowych ocząt usiłujących na próżno przemknąć niepostrzeżenie wśród tuzinów fanek Time Lorda – prawie by się biedactwu udało, gdyby nie pewna stuknięta Polka – i, gdy już przypomniałam sobie, że umiem po angielsku, pogadaliśmy sobie chwilkę o muzyce (tego trzeba słuchać z zamkniętymi oczami, zaprzestawszy wszelkich czynności, inaczej nie zadziała; ale uprzedzam, jeśli zadziała, będziecie męczyć ten kawałek w kółko przez kilka wieczorów z rzędu, albowiem jest piękny – gdy za pierwszym razem mi to zagrało w słuchawkach, po prostu usiadłam i tak siedziałam oszołomiona).
– It was lovely to see you again – palnęła autorka na zakończenie swojej jak zwykle chaotycznej przemowy.
– Likewise.
Och.
OCH.
Autorka nie pamięta, co odpowiedziała, bo jej mózg wykonał w tym momencie hard reset – więc obawia się, że nic.

Żeby nie było, że tylko wzdychałam – poszłam również na wystawę obrazów Rubensa i innych, dziełami Rubensa zainspirowanych. Sama wystawa świetna, mniej świetny był fakt, że odwiedziłam ją w niedzielę, więc żeby w ogóle zobaczyć jeden czy drugi obraz, należało odczekać swoje w kolejce. Ludzi jak mrówków. Tak czy inaczej, zdecydowanie warto. Uciesznie zmysłowe.
Ryanair w drodze powrotnej usadowił mnie między ojcem i synem, lecącymi do Krakowa na citybreak. Panowie byli ujmująco gadatliwi i natychmiast się ze mną zaprzyjaźnili. Poopowiadałam im trochę o mieście, zapisałam im w telefonach najlepsze miejsca na obiad i drinka, oni mnie poinstruowali odnośnie ciekawych katedr w Anglii, pogawędziliśmy o zabranych w podróż książkach, bo cała nasza trójka po zajęciu miejsc wydobyła z bagażu podręcznego prawdziwe, drukowane, nieco tylko wymięte tomiszcza – gdy wtem ojciec stuka palcem w pokryte szronem okno i mówi:
– You have some gorgeous mountains down there.
Patrzę i oczom nie wierzę. Całe pasmo Tatr jak na dłoni. Czasami Tatry z Krakowa widać, owszem, gdy wiatr jest tak silny, że przewiewa smog – ale na ogół nie. A dziś niczym w National Geographic, Rysy pokazały się z najlepszej strony. I Gerlach. I Łomnica. Ośnieżone szczyty na tle błękitnego nieba. Pocztówka.
– Yup, the Tatras.
– They’re beautiful.
– Yes they are.
Dawno takiego rzutu uczuć patriotycznych nie miałam. Przydadzą mi się, bo jak słowo daję, przez najbliższe trzy miesiące siedzę na tyłku w moim grajdołku.

Can you love? Can your blood bubble, flesh melt, thighs twitch, heart burst for love?

Prawda jest taka, że z urlopów w Londynie zawsze wracam zmęczona. Niewyspana, bo kładę się późno i nie mogę zasnąć, a potem nagle niebo za oknem jaśnieje, ptaki śpiewają, śmieciarki się tłuką. I wrażeń za dużo. Znajomi. Koktajle. Tłok w metrze, tłok na ulicach. Bezmiar frustracji w księgarniach, które mają zbyt dużo pięter i działy poświęcone musicalom. Codziennie spektakl, dwa w niektóre dni. Chwilami nawet chcę już polecieć do domu i odpocząć.
Ale gdy samolot mnie unosi i widzę rzędy wiatraków obracających się miarowo w kanale La Manche, podbródek mi drga i jestem najbardziej nieszczęśliwą osobą na świecie. Widok tych wiatraków z drugiej strony jest jakiś ładniejszy. Zostawiam za sobą coraz więcej.
Nie chcemy o tym mówić. To coś, co niżej podpisana musi rozwiązać sama i w życiu pozablogowym.

Gotowi na długi wpis? Zresztą nieważne, gotowi czy nie, i tak będzie.
W sześć dni zobaczyłam osiem przedstawień – gdy człowiek rusza się z domu, chce wycisnąć z wakacji jak najwięcej. Ale to nie był dobry pomysł. Oczywiście szkoda sobie odmówić, ba, chciałoby się obejrzeć jeszcze więcej, tylko że… Tylko że to dość wyczerpujące. Może gdybym wybierała sobie same leciuchne musicale i ucieszne farsy, nie byłoby problemu, ale znacie moje upodobania. Masochizm w czystej postaci. Najlepiej, gdy spędzam dwie godziny, siedząc przejęta na brzeżku krzesła, podczas gdy przedstawienie łapie mnie za włosy i wali moją głową o futrynę, obrazowo rzecz ujmując. Jak niby miałabym dobrze się czuć po blisko tygodniu tak intensywnych doświadczeń?…
Zaczęłam od nocy z Regiem – i z nim też zresztą skończyłam, ale o tym później. Obudziłam się 14 lutego zupełnie nieświadoma faktu, że ten dzień będzie jednym z najprzyjemniejszych w mojej dotychczasowej karierze; wcale nie dlatego, że ktoś z czerwoną różą w zębach na wycieraczce stał. O nie. Coś znacznie lepszego. Można jednak powiedzieć, że nasza bohaterka troszeczkę się jakby zakochała.
(Jeśli uważacie, że w tym miejscu stosowny byłby komentarz „Boże, znowu” – to proszę bardzo).
Po kolei.
Sobota w Londynie oznacza na ogół, że na ulicach kłębią się dzikie tłumy i czasami człowiek porusza się w osobliwym ludzkim korku. Ale – może przed tym przerażającym chwilami tłokiem w bardzo prosty sposób uciec, bo sobota w Londynie oznacza również, że można pójść na dwa przedstawienia, jedno po południu i kolejne wieczorem, przerwę pomiędzy wykorzystując na przekąskę lub drinka. I tak właśnie na ogół robię.
Pierwsze było The Nether. Rzecz w najczystszym tego słowa znaczeniu przerażająca i poruszająca tematy najbardziej niewygodne z niewygodnych.
Jeśli zastanawiacie się, czy w ogóle da się wystawić na scenie cyberthriller, odpowiedź brzmi – da się. Rozwiązania wizualne wciskają w fotel, to jest niebywale efektowne, momentami wręcz zachwycające. Szkoda mrugać, powiedziałabym. Ale w tej oszałamiającej scenografii rozgrywa się historia absolutnie paskudna, przyprawiająca widza o niepokój, o obrzydzenie, o szok nawet. Wychodząc, czułam się, jakbym była brudna.
Opowieść toczy się w niezbyt dalekiej przyszłości, w świecie niemal całkowicie zwirtualizowanym, w którym internet doczekał się swojej policji. Dociekliwa pani detektyw (Amanda Hale, bardzo przejmująca, tak drobna, że niemal tonie w swoim czarnym ubraniu, ale z wielką mocą przykuwania na sobie uwagi) przesłuchuje człowieka, który w tytułowym The Nether – w sieci, znaczy – stworzył kryjówkę dla poszukujących przyjemności, wyglądającą jak sielska wiktoriańska posiadłość. Goście kryjówki pod postacią awatarów mogą spędzać w niej czas w towarzystwie słodkich dziewczynek. Mogą robić z nimi, co zechcą. Po wszystkim mogą je nawet zatłuc. One same podadzą im narzędzie.
Widz zostaje z masą nieprzyjemnych pytań. Czy wirtualna zbrodnia popełniana w wirtualnej rzeczywistości to nadal zbrodnia, czy tylko wytwór chorej wyobraźni? Czy dzieci w kryjówce naprawdę istnieją – a jeśli są tylko awatarami, to czy w ogóle można je skrzywdzić? Czy gdy podaję się za kogoś, kim nie jestem, żeby dostarczyć komuś perwersyjnej przyjemności, to ponoszę część winy? Czy w internecie naprawdę wszystko jest dozwolone i mogę przybrać dowolną tożsamość, tak dla zabawy? I czemu detektyw jest tak obsesyjnie zaangażowana w śledztwo?
Dzieci w tym spektaklu są grane przez dzieci – podobno chronione na wszelkie sposoby przed jakąkolwiek możliwością zapoznania się z całością tekstu. To dokłada ciężaru, bo gdy widzicie dziewczynkę zsuwającą ramiączko sukienki przed dorosłym mężczyzną… Ugh.
Mocne, powiadam. Bardzo mocne. Wyszłam, powłócząc nogami i z uczuciem, że potrzebuję długiego, gorącego prysznica oraz szorstkiej gąbki, żeby z siebie zmyć to wszystko.
I taki właśnie w mojej opinii powinien być teatr. Powinien jechać po bandzie i mówić widzowi „nie obchodzi mnie, że unikasz tego tematu – PATRZ”.
Jeżeli chcecie sami sprawdzić, jak to jest, możecie się zalogować.
Pozbierawszy się do kupy, ruszyłam w kierunku Trafalgar Square.
Nie miałam ogromnych oczekiwań związanych z tym przedstawieniem. Pierwsze sceny nieszczególnie mnie ruszyły. Ale potem na scenie pojawiła się niezbyt wysoka postać w mnisim kapturze i przepadłam. Trudno nie zapałać sympatią do głównego bohatera, choć to bez dwóch zdań psychol myślący, że jest Chrystusem, relaksujący się na krzyżu i odpowiadający „Yes?” na cudze westchnienia „My God…” – co prawda zostaje z tego przekonania uleczony, ale od razu rodzi się w nim inne, znacznie gorsze.
You deserve a big kiss.
– Not here in the garden. Last time I was kissed in a garden – it turned out rather awkward.

McAvoy, niezależnie od tego, czy w samych majteczkach zasuwa na jednokołowym rowerku z podziwu godną wprawą, czy w jedwabnym surducie wymachuje strzelbą, ma tak niebywałą charyzmę, że uwodzi natychmiast. Jesteście cali jego. Nic nie da się zrobić, medycyna jest bezradna. Ale on jest też cały dla was. 150% sił witalnych wkłada w pracę. Chłopak od razu łapie kontakt z publicznością, między nią a nim wytwarza się jakieś takie elektryczne porozumienie, które owocuje tym, że każdy jego geścik czy uśmieszek wywołuje u widzów błyskawiczną reakcję (i euforyczną owację na stojąco, na którą mały bez dwóch zdań zasłużył). Tu trzeba zaznaczyć, że dotychczas nie byłam jego zagorzałą fanką – właściwie to był mi całkowicie obojętny. Tymczasem w sobotę miałam dzięki niemu absolutnie fantastyczne Walentynki i szłam wieczorem przez miasto rozpromieniona jak po nadzwyczaj udanej randce.
Nawet mi pobłogosławił mój interval drink, o.
wpid-dsc_0038.jpg
I ten uśmiech, mój Boże, gdy on się uśmiecha do widowni, to aż chce się zabrać go do domu. Tak się cieszył z oklasków, że prawie świecił.
To szalone i groteskowe. W kosmos odjechane. Mamy morderstwa, wyuzdane praktyki autoerotyczne, zjadane żarówki, potwory, a przede wszystkim głęboko zaburzonych przedstawicieli wyższych sfer, którzy nie cofną się przed niczym, by obronić miejsce na świeczniku. Całe to barwne wariactwo podszyte jest nieprzyjemnie gorzką ironią. Naprawdę wyśmienity wieczór.
– How do you know you’re God?
– Simple. When I pray to Him I find I’m talking to myself.
Następnego dnia było to nieszczęsne rozdanie nagród, vide poprzedni wpis, a potem nastał poniedziałek. Brzydki, mokry poniedziałek i autorka miała ochotę spędzić go w całości pod kołdrą, ale przecież nie po to leci się 1300 kilometrów, żeby się w pościeli wylegiwać. Udając, że nie dotyczy mnie kapiący z nieba paskudny deszcz, powędrowałam na południowy brzeg. Bardzo lubię tamte okolice, bo są pełne skarbów i cudnych zakątków, można świetnie zjeść na Borough Market, a poza tym widok gotyckiej wieży stareńkiej katedry Southwark na tle migoczących szklanych ścian zawsze robi na mnie wielkie wrażenie. Nawet w ponury poniedziałkowy wieczór, gdy czuję, jak przecieka mi kaptur.
wpid-dsc_0006.jpg

wpid-dsc_0011.jpg
Southwark Playhouse to jest bardzo sympatyczne miejsce, zupełnie inne od całej tej oszalałej, jazgotliwej karuzeli West Endu. Mają arcyprzyjemną knajpeczkę – gdybyście przyszli zziębnięci, służą herbatą za funta – i znani są z wystawiania bardzo dobrych, niesztampowych przedstawień. To, które widziałam, istotnie było bardzo dobre, choć nie mogę powiedzieć, żebym opuściła widownię uśmiechnięta – wprost przeciwnie.
Gods and Monsters to podkolorowana opowieść o ostatnich dniach Jamesa Whale’a, reżysera słynnego Frankensteina z Borisem Karloffem w roli monstrum; o bardzo smutnych dniach, bo Whale, mocno podupadły na zdrowiu i samotny, ogromnie cierpiał – w końcu popełnił samobójstwo. Utopił się we własnym basenie (mimo przygasłej sławy ciągle był zamożnym człowiekiem). Sztuka opowiada o tym, jak emerytowany reżyser, który odsunął się od blichtru Hollywood, przeżywa krótką, ale intensywną fascynację ogrodnikiem, eksżołnierzem zbudowanym jak grecki bóg, którego zachęca do pozowania mu do szkiców. Niestety nic dobrego z tego wyjść nie może, choć dwaj skrajnie różni mężczyźni mimo wszystkich napięć i dramatycznego zwrotu akcji jednak zbliżą się do siebie. Nawet nowe oczarowanie i niespodziewana późna przyjaźń nie uratuje głównego bohatera przed tragedią.
To taki spektakl, w którym nie ma żadnych fajerwerków i gwiazd, ale tę historię człowieka rozstającego się z życiem, udręczonego chorobą sprawiającą, że rzeczywistość myli mu się z wytworami wyobraźni i nawiedzanego przez bolesne wspomnienia utraconej miłości ogląda się z zapartym tchem. Przy okazji ogląda się mnóstwo męskiej nagości w bardzo śmiałych konfiguracjach, ale znowu, to nie jest błyskanie tyłkiem dla samego błyskania tyłkiem. Nawiasem mówiąc, obiekt zachwytów głównego bohatera ma więcej mięśni w jednym ramieniu niż ja w całym ciele. Patrzenie na niego momentami jest aż niekomfortowe. Co nie zmienia faktu, że to świetny i wzruszający spektakl.
Obejrzałam, podążyłam pustym Millennium Bridge (jak ja lubię mieć cały ten widok dla siebie)
wpid-dsc_0012.jpg
do wygodnego łóżka i zasnąć oczywiście nie mogłam, choć bardzo chciałam być wypoczęta przed obfitującym w dalsze wrażenia wtorkiem. A wtorek był wyjątkowo piękny, niebo bez jednej chmurki, można było iść przez Bankside w rozpiętym płaszczu i czuć się jak pani wszechświata czy coś w tym guście. Poczucie zdecydowanie wzmacniał fakt, że wczesny lunch z przyjaciółką zakończył się deserem, bez dwóch zdań cudownym deserem, ale było dla mnie pewnym zaskoczeniem, iż głównym składnikiem żurawinowego crème brûlée był gin. Tak czy inaczej, przez cały dzień nieco unosiłam się nad ziemią, bo och, wieczorem Closer, och, Rufus Sewell we własnej osobie, och, z tym przeszywającym spojrzeniem, och! Umościwszy się w ciasnej przestrzeni Donmar Warehouse, byłam podekscytowana jak dziecko… i cała moja ekscytacja niedługo później była mglistym wspomnieniem, a ja coraz dotkliwiej odczuwałam, jak niewygodnie mi się siedzi. Jeśli sztuka jest dobra, jeśli do was trafia, zapominacie o bożym świecie i tym, że architekt projektował widownię z myślą o pozbawionych czucia w ciele karzełkach. Jeśli nie, z każdą minutą utwierdzacie się w przekonaniu, że projektował ją z myślą o pozbawionych czucia w ciele karzełkach. To przykre jest, wiecie, gdy staczacie walkę o bilet, przez długie tygodnie nie możecie się doczekać, a gdy wreszcie nadchodzi godzina zero, zachodzicie w głowę, czy to wasze oczekiwania były tak rozbuchane, czy może po prostu coś tu nie do końca się udało.
Nie kumam. Tekst jest poruszający, dla wielu to coś w rodzaju manifestu pokolenia, które samo nie wiedziało, czego szuka w relacji z drugim człowiekiem. Wszystkie te zdania, tak bliskie, że aż chciałoby się je sobie wytatuować.
I love everything about you that hurts.
What’s so exciting about truth? Try lying for a change.
Men want a girl who looks like a boy. They want to protect her but she must be a survivor; and she must come like a train but with elegance.

Have you ever seen a human heart? It looks like a fist, wrapped in blood.
Tyle mocnych słów, tacy świetni, charyzmatyczni aktorzy. Można było mieć nadzieję, że z takiego połączenia wyjdzie czysty dynamit, że to będzie eksplozja i wielokrotny teatralny orgazm. No i ja miałam. Nadzieję. A czułam się, jakby ktoś do mnie wystrzelił najwyżej z tuby confetti.
To nie było złe, ale chyba nawet wolałabym, gdyby było wyraźnie spieprzone od początku do końca, skoro już nie mogło mnie porwać. A było po prostu letnie. Grzech letniości jest trudny do wybaczenia.
Ale – przy kolejnej wizycie Postman’s Park, tak ważne miejsce w tej sztuce, koniecznie odwiedzę.

Na szczęście nadeszła środa, kolejny z podwójnych dni. Podwójny wskutek zbiegu okoliczności, przy czym o tym za chwilę.
Miałam iść tego dnia tylko na Widok z mostu, choć byłam na nim już raz, w maju ubiegłego roku. Ku mojej radości spektakl postanowiono wznowić – z tą samą fenomenalną obsadą, ale w innym teatrze. A że miejsce inne, to i ludzi trzeba było usadowić inaczej. W oryginalnej wersji widownia otaczała scenę z trzech stron. W dostojnym XIX-wiecznym Wyndham’s Theatre takiego rozwiązania zastosować się nie dało, więc pokuszono się o inne.
Część miejsc dla widzów umieszczono mianowicie na scenie. Niżej podpisana właśnie takie miejsce dla siebie zorganizowała. Oczywiście była wniebowzięta – choćby dlatego, że tym sposobem po raz trzeci w ciągu roku znalazła się na scenie na West Endzie (niezły wynik, ech?). To fascynujące, bo rzędy siedzeń umieszczono dokładnie w miejscu, w którym scena przechodzi w kulisy i z jednej strony widzicie zapełniającą się w dole widownię, wspinające się wysoko balkony, kryształowe żyrandole i złocone stiuki – a z drugiej odrapane cegły, hydrant, telefon, jakieś frapujące pokrętło z napisem DANGER 400 VOLTS, plątaninę kabli, wajchy Bóg wie czemu służące, strome stalowe drabinki wysoko nad sceną, reflektory obracające się z cichym szmerem. Gdy w finałowej scenie z sufitu spływa zabarwiona na czerwono woda, czujecie jej ohydny, chemiczny zapach. Jesteście tak blisko, że widzicie włoski jeżące się na przedramieniu aktora. Niesamowite. A jeszcze bardziej niesamowity był Mark Strong metr ode mnie. Słowa nie opiszą geniuszu i zwierzęcości tego człowieka.
Ktoś o tym przedstawieniu napisał, że to tak, jakby siedziało się na torach i wpatrywało w nadjeżdżający szybko pociąg, ale nie mogło się ruszyć. Zazwyczaj publiczność jakieś tam dźwięki wydaje – ktoś kaszlnie, ktoś odkręci butelkę z wodą, ktoś zaskrzypi fotelem. A tu momentami panowała cisza tak absolutna, jakby widownia bała się oddychać. Co zresztą jest prawdą. To przedstawienie wstrząsa i sprawia ból. Doskonale się to ogląda, ale nie ogląda się tego miło.
Jest taka przykra scena, w której Eddie Carbone jest okładany pięściami przez swoją ulubienicę, osieroconą siostrzenicę żony. Z bliska to wygląda strasznie, bo aktorka naprawdę wali weń z całych sił. Jest od niego mniejsza o połowę, on ją nosi prawie jak kubek czy gazetę, ale w tej jednej scenie ona go z całą energią bije. Słyszycie ten głuchy dźwięk zaciśniętych dłoni uderzających z impetem w ciało. Potworne.
Sponiewierana i zapłakana publiczność nagrodziła wykonawców owacją jak huragan. Przy okazji byłam świadkiem jednego z najbardziej kuriozalnych zachowań, o jakie może się pokusić czyjś wielbiciel. Brrr. Podziwiam czasem ludzi za odwagę – czy może raczej za brak poczucia obciachu – natomiast zatrważa mnie pragnienie natychmiastowego bratania się z idolem. Może i lubi nam się wydawać czasami, że ich znamy; tyle razy ich widzieliśmy, że to prawie starzy kumple. Nic tylko po pleckach klepać. Tylko że oni nas nie znają. Nie wiem, co musiałoby się stać, jak bardzo musiałabym być odurzona, by rzucać się z rękami do obcego człowieka (nie żebym parę razy w życiu nie miała na to ochoty).

– W tym spektaklu nie ma przerwy, więc przepraszam, ale muszę spytać, czy pani była w łazience, bo miejsc na scenie nie można opuszczać w trakcie, chyba że będzie ewakuacja – powiedziała miła dziewuszka z obsługi. – Gdyby pani na przykład źle się poczuła i jednak musiała wyjść, to ja siedzę tu z tyłu na krzesełku, proszę dać mi dyskretnie znać…
I rzeczywiście, siedziała. Codziennie sobie siedzi na krzesełku, oglądając Stronga zza kulis. Dziewczyno, masz najlepszą pracę na świecie.

Wyszłam z teatru i już miałam dreptać do hotelu, gdy coś mnie tknęło. Zamiast pójść prosto do stacji metra tuż obok, skręciłam nazad w Shaftesbury Avenue.
Strasznie chciałam zobaczyć My Night With Reg jeszcze raz – wątpiłam w powodzenie tego chcenia, gdyż bilety drogie, a spektakl prawie wyprzedany. Pomyślałam mimo wszystko, że wstąpię do teatru i spytam o coś, co się zowie day seats, czyli bileciki wypuszczane w dniu przedstawienia, zwykle dużo tańsze i nierzadko w przednich rzędach.
– Nie ma – powiedziała miła pani w kasie. – Ale zwolniło się miejsce w loży, tuż przy scenie. Chce pani?
Wyobraziłam sobie cenę takiego biletu i zmartwiałam na chwilę. Mimo wszystko przybrałam minę osoby, która nocuje w Ritzu i grzecznie spytałam, ile za to.
– Dziesięć funtów – odrzekła pani, a autorka w ułamku sekundy wysupłała stosowny banknot.
Powiem wam, że jest to nawet dość przyjemne, gdy obsługa otwiera przed wami drzwi do waszej prywatnej (no, trzyosobowej raptem), intymnej, ciemnej loży znajdującej się na wyciągnięcie ręki – dosłownie – od sceny. I oglądacie sobie, siedząc jak jakaś wielka persona, łapiąc spojrzenia aktorów. Myślę, że to było najlepsze zakończenie wycieczki, jakie mogłam sobie wyobrazić. A chłopaki naprawdę są cudowne. Gross indecency! – takie wznoszą toasty, aż się chce je pożyczyć. Nawet ubolewam nieco, że nie pobiegłam na tyły po spektaklu, żeby im napiszczeć, jacy są wszyscy fajni, ale mnie takie rzeczy trochę za dużo nerwów kosztują. Za to przynajmniej wiem, jak Lewis Reeves mówi, gdy nie mówi z akcentem z Birmingham, wybitnie antykoncepcyjnym moim zdaniem. To przedsięwzięcie nie mogło się nie udać, jeśli zebrało się inteligentnych aktorów, między którymi wytwarza się zaraźliwa chemia i którym wspólna praca wyraźnie sprawia przyjemność. I widzicie, to jest właśnie ta wielka zagadka teatru – ze spektaklu, w którym teoretycznie nic nie miało prawa zawieść, najlepiej zapamiętałam znakomite Mai Tai w teatralnym barze i to, że bałam się, że zakładając nogę na nogę, kopnę w głowę widza rząd niżej; a z innego, który opowiada historię pozornie przeterminowaną, odpuszcza sobie ruchomą scenografię i inne wodotryski, w ramach dodatkowych atrakcji serwując widzom tylko znane na pamięć dźwięki Bowiego i The Police, wychodziłam oczarowana.
What I really want to do is join the police.
– Are you musical, then?

Potem już tylko hotel, rozbebeszona walizka, mokre włosy na poduszce, budzik ustawiony na czwartą trzydzieści – ale zamiast jak najszybciej zasnąć, gapiłam się bezmyślnie to w Sky News z wyłączonym dźwiękiem, to w sufit, to w wieżę zegarową St Pancras za oknem, słuchając w kółko tej samej piosenki.

I to wszystko. Gratuluję, ściskam rękę, składam pocałunek w stylu Breżniewa i wręczam osobisty order każdemu, kto dojechał do końca.
Teraz trzeba tylko będzie powoli, pomaleńku wrócić do moich pospolitych realiów – i do mieszkania, w którym zastałam rozkoszną temperaturę 14 stopni Celsjusza, bo oszczędnie wyłączyłam ogrzewanie przed wyjazdem. Obawiam się, że wcale nie wróciłam nie na długo, ale to osobny rozdział.
Znam już chmury po drodze; koło tej dużej w lewo, i zaraz będzie dom… wpid-dsc_00272.jpg.jpeg

First Aid Kit Marlowe

Wróciłam. Mówiłam przecież, że zaraz będę z powrotem. Mam kolosalny deficyt snu, bo nie było czasu na coś tak banalnego. Najchętniej uderzyłabym w kimono, ale muszę spisać wszystko, nim zapomnę. No, może nie wszystko.

Przyleciałam do Zjednoczonego Królestwa z duszą na ramieniu, bo huśtało nami tak, że ja – która latać się nie boję – zaciskałam kurczowo palce na poręczy fotela, ubolewając, że testamentu nie spisałam. Koszmar. Wysiadałam blada i ziemię gotowa całować.

Otrząsnęłam się, owinęłam moim dłuuugim szalikiem i wsiadłam w pociąg, żeby dojechać na południowy brzeg – musiałam spotkać mojego Golema.
To jest rzecz, której słowami nie da się opisać. Coś, czego dotychczas nie było. Animacja, w którą ‚wchodzą’ żywi aktorzy (połączenie jednego z drugim dech w piersi zapiera) i pyszna muzyka na żywo – każdy z wykonawców potrafi na czymś grać, więc przy okazji widz dostaje trochę niezłego punka. Olśniewający wizualnie teatr, przepiękna rzecz. I mądra do tego. Oto jest mały, nieśmiały, niedoceniany przez nikogo człowieczek. Oto jest Golem, gliniana kreatura, która może spełnić każde jego żądanie. Może za niego pracować, znacznie wydajniej, niż człowieczek kiedykolwiek dałby radę. Ale co, jeśli Golem zacznie się uczyć? Jeśli nauczy się mówić? Jeśli zacznie człowieczkowi wmawiać potrzeby? Jeśli zacznie nim rządzić?… Golem ewoluuje z pokracznej, niemej figury z gliny (z dość komicznym przyrodzeniem) maszerującej bezmyślnie za właścicielem, by wreszcie przybrać formę wszczepianego do głowy czipa, który właścicielem sprytnie steruje. Zabawka kręci życiem posiadacza. Dość znajome, prawda?
Gdy zapaliły się światła na widowni, byłam rozbawiona, bo to prześmieszne, i wstrząśnięta, bo to gorzkie i bardzo mocne. Wszyscy mamy swoich Golemów. Te Golemy szepczą nam do ucha, co powinniśmy robić i jak, chcesz tego, kup to, musisz to mieć, myślisz tak, jak ja ci mówię. Golem to cała nasza współczesna kultura – wydaje nam się, że to my wybieramy sobie z niej to, co nas kręci, ale już dawno zdecydowano za nas.
Rzecz nie do zapomnienia. Jedna z tych, które zbierają tylko dwa rodzaje recenzji – entuzjastyczne i takie pytające „WTF”. Osobiście należę do pierwszego obozu, bo jak wiadomo, lubię rzeczy dziwne. Golem niebawem rusza w trasę po kontynencie; naszego kraju na razie w planach nie mają, ale Chryste Panie, niech ich ktoś zaprosi.
Wyszłam z teatru, znów zamotałam mój niebezpiecznie długi szalik (powiadam, skończę kiedyś jak Isadora Duncan), pofrunęłam metrem do hotelu, żeby zrobić się na bóstwo i godzinę później biegłam na kolejny spektakl, dość wyjątkowy, choć z zupełnie innych przyczyn.

W naszym pięknym kraju pokutuje przekonanie, że teatr jest czymś niesłychanie poważnym, świątynią niemal. Do teatru trzeba ładnie się ubrać. Teatr jest z definicji nudny i nie wiadomo, o co chodzi (poza tym, oczywiście, rządzi nim lobby homoseksualne), a artyści to dziwni ludzie.
Za Kanałem sprawy mają się nieco inaczej. Na przykład nikt do teatru ładnie się nie ubiera – czasami nawet nie ma to szczególnego sensu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby przez trzy godziny stać na dziedzińcu Globe w szpilkach. Natomiast jedno się potwierdza. Artyści to dziwni ludzie.
W dobie mediów społecznościowych nikogo nie dziwi, że trailery spektakli są wrzucane na Jutuba, żeby widz mógł upewnić się, czy w ogóle chce wydać swoje ciężko (lub nie) zarabiane pieniądze na bilet. Nikogo też nie dziwi, że teatry mają profile na wszystkich tych Facebookach i Instagramach. Wreszcie nikogo nie dziwi, że aktorzy w owych czasach mają smartfony i nie wahają się ich używać. Tym samym widzowie pewnego spektaklu przez osiem miesięcy niemal codziennie dostawali bonus w postaci zdjęć zza kulis, publikowanych w wielkiej obfitości przez trzech panów z Gertie Dressing Room. Większość tych obrazków wywołuje w oglądającym reakcję „na co ja w ogóle patrzę”. Bo oto człowiek zyskuje cudowną możliwość obejrzenia sobie bożyszcza kobiet w rajstopkach. Albo zbliżenia na krocze jego wesołego kolegi (chciałam wrzucić, ale po przemyśleniu stwierdziłam, że uratuję resztki mojej już i tak sponiewieranej godności). Albo trzech mężczyzn siedzących wspólnie w wannie, ponieważ dlaczego nie. I całej masy innych zdumiewających scen. Dodajmy, że odtwórca głównej roli był ofiarą nieustannego dokuczania i niewybrednych żartów, gdyż towarzysze z garderoby korzystali z każdej szansy, żeby podkraść mu telefon i w jego imieniu publikować kretyńskie wpisy na Twitterze, strzelać mu z ukradka kompromitujące fotki albo parodiować jego sesje zdjęciowe. Bardzo się nad nim znęcali.
Będzie mi szczerze brakowało tej dokumentacji. Niestety w sobotni wieczór została wrzucona ostatnia fotografia, już wcale nie zabawna, bo wtedy też odbyło się ostatnie przedstawienie w tej obsadzie. Ostatnie przedstawienia mają na ogół bardzo specyficzną i poruszającą atmosferę, bo z jednej strony pełno w nich psikusów i mrugania okiem do widowni, z drugiej – jest smutno. To nie film, który można sobie odtwarzać dowolną liczbę razy. Wiecie, że widzicie coś po raz ostatni w życiu; to coś za chwilę przejdzie do historii.
Dowiedziałam się o dacie tego wydarzenia na tyle wcześnie, że ze spokojem mogłam kupić bilet i miałam niezbite wrażenie, że ogromna większość ludzi siedzących na widowni oglądała to po raz przynajmniej trzeci. Nie wiem, czyją mamą była pani obok mnie, ale podczas przeraźliwie długiej owacji nieszczęsna się popłakała – zresztą było coś takiego w powietrzu. A później niektórzy czym prędzej pośpieszyli na zaplecze, żeby wymienić tradycyjne pozdrowienia i niektórzy są z siebie bardzo dumni, bo wreszcie udało im się poprowadzić całkiem normalną konwersację, nawet pokusić się o żarcik, mimo że uroczość jak zwykle bezdusznie ich bombardowała uśmiechami, pachnieniem jak pierniczek i byciem niestosownie miłym. Co więcej, niektórzy są już przez uroczość rozpoznawani (khhh… nie jestem pewna, z jakiego powodu, ale to nie ma znaczenia). Co jeszcze więcej, gdy niektórzy już się żegnali, usłyszeli: love your jacket, by the way. Tak, ja też kocham mój płaszczyk, a teraz będę chciała zostać w nim pochowana, dzięki. Też mi się podoba bardzo, przywiozłam go dawno temu z Madrytu, ździebko ekstrawagancki jest, ale to dobrze – papuzie kolory to świetna tarcza dla nieśmiałych.
Przedstawienie będzie wystawiane jeszcze przez kilka miesięcy i gorąco polecam, gdyby ktoś akurat wybierał się do Albionu – za nową obsadę nie ręczę, bo nikogo z nich nie znam, ale jeśli będzie w połowie tak postrzelona i zżyta ze sobą, jak ta, która właśnie rozjechała się na zasłużone wakacje, to będzie dobrze.

W niedzielę, gdy już wygramoliłam się z łóżka (bo poprzedniej nocy, zamiast pójść po bożemu spać po powrocie do hotelu, zabrałam się za świńskie rozmówki i nagle zrobiła się czwarta nad ranem), ruszyłam obcować ze sztuką. Wreszcie wyszło słońce i wiatr nieco się uspokoił.
wpid-dsc_0007.jpg
wpid-dsc_00082.jpg.jpeg
Pechowo po drodze zalazłam do księgarni, ale nie chcemy o tym mówić. Ponieważ zakupione tomiszcza nie miały prawa zmieścić mi się do wypchanej „dozwolonej jednej sztuki bagażu podręcznego” (co poradzę, że zawsze mi po drodze jakiś Primark wyskoczy), podczas odprawy nonszalancko trzymałam je pod pachą z miną mówiącą „tak, jestem taką intelektualistką, że nawet dwugodzinnego lotu nie zniesę bez pięciu opasłych książek – i tak, jest mi zimno, dlatego mam na sobie dwa sweterki”. Znacie ten ból. Tak czy inaczej, najpierw koniecznie chciałam zobaczyć wystawę Allena Jonesa i na wystawę Allena Jonesa poszłam.
Wiele lat temu Allen Jones zaprezentował światu rzeźbę pt. Krzesło. Skandal był wielki. W latach osiemdziesiątych zostało toto poważnie uszkodzone przez wojujące feministki i musiało zostać odrestaurowane. Bogiem a prawdą, sama będąc feministką, wystawą byłam zachwycona od chwili, gdy weszłam do pierwszego pokoju. Stały w nim stoliki – takie kawowe, jakie większość z nas ma w domu, ze szklanym blatem. Tylko że te blaty opierały się na klęczących manekinach w gorsetach i sznurowanych butach.
To jest piękny, olśniewająco kolorowy, figlarny, perwersyjny, przesiąknięty erotyką pop-art.
Na wystawie nie wolno było robić zdjęć – a szkoda – ale poświęciłam się i kupiłam wam katalog. No dobrze, sobie kupiłam. wpid-dsc_0021.jpg
wpid-dsc_0019.jpgwpid-dsc_00222.jpg.jpeg
Ta leżanka, hm. Spoko leżanka.

Z Królewskiej Akademii Sztuk pognałam co koń wyskoczy nazad na Strand, żeby obejrzeć sztukę, która poszła źle. Dosłownie.
To wielki hit, rzecz niby niezbyt ambitna, ale jednak imponująca, zrobiona przez małą grupę świrów, którzy przez długie miesiące objeżdżali z nią Anglię, aż zyskali taki rozgłos, że dostali teatr na West Endzie i jakoś do jesieni będą to codziennie grać. W skrócie – to teatr w teatrze. Mój najbardziej ulubiony gatunek. Jest sobie otóż trupa teatralna, która usiłuje wystawić spektakl w stylu Agathy Christie, czyli „kto zabił”. Niestety trupa składa się z samych fatalnie grających nieudaczników, zakochanych w sobie i ślących widowni uśmiechy nawet jako zwłoki, lub też nieporadnych, złapanych w korytarzu w ostatniej chwili i zmuszonych do wejścia na scenę. Nieudaczna jest też obsługa techniczna. Scenografia się rozpada, pożar wybucha, rekwizyty się psują albo znikają, inspicjent jest zajęty bawieniem się telefonem, więc nikt nie wie, kiedy ma wejść, a gdy zapomina tekstu, musi sobie radzić sam; wreszcie femme fatale dostaje drzwiami w czółko i trzeba na gwałt znaleźć zastępczynię, bo przedstawienie musi trwać… I przedstawienie trwa. Jest koszmarne, ale trwa. Pies mający grać w drugim akcie gubi się w przerwie, więc aktor dostaje samą smycz. Nosze, na których miał być wyniesiony nieboszczyk, urywają się, toteż nieboszczyk usiłuje niepostrzeżenie wyczołgać się za kulisy. Wykonawcy wyglądają, jakby myśl „kurrrwa, co za żenada” walczyła w ich głowach z myślą „OK, opanuj się, jedziemy dalej” – wiedzą, że to całkowita klęska, ale ciągną rzecz do końca z jakimś desperackim entuzjazmem kamikaze. Cudnie się to ogląda, bo to popis wielkiego aktorskiego profesjonalizmu. Owszem, to slapstickowy humor, ale wszystko wali się tak perfekcyjnie i cała ta pozorna improwizacja jest pod tak doskonałą kontrolą, że chapeau bas. Dodać trzeba, że Mischief Theatre, czyli towarzystwo odpowiedzialne za całą tę produkcję jest bardzo konsekwentne i z jednakowym urokiem zawala również swój PR.
Niedawno w Bagateli odbywało się polskie czytanie tej sztuki; bardzo bym chciała, żeby ją wystawili u nas.
Z teatru ruszyłam prosto na lotnisko, na którym oczywiście mój z trudem spakowany bagaż został wybebeszony, a kremy sprawdzone pod kątem zawartości materiałów wybuchowych (dlaczego zawsze ja…), po czym mruczące silniki zaniosły mnie do domu.
wpid-dsc_0018.jpg
Pod własną kołdrę wlazłam po trzeciej w nocy. Będę odsypiać ten weekend przez tydzień.

Everything you’ve imagined – it is. It’s out there. Everything.

Uprzedzam, to będzie długi wpis. Dłuuugi wpis.
Przyleciałam z powrotem. Wstałam w bezbożnej godzinie, żeby przylecieć z powrotem. Podróżowanie bladym świtem ma jeden tylko plus – możecie ze spokojem poczęstować się prosecco zamiast porannej kawy; il gusto del viaggio, wiecie. Lotniskowe zegary wskazują jakieś tam godziny, oczywiście, ale nikogo nie obchodzi, czy to poranek, czy wieczór.

Gdybyście chcieli wiedzieć, co porabiałam, gdy nie chodziłam do teatru, to na przykład chodziłam na spacery – w środku październikowej nocy, bo czemu by nie, skoro towarzystwo bardzo miłe, a z rugbistą po ciemku człowiek się nie boi. Co prawda z zimna i z wysokich obcasów odpadły mi stopy, ale to nieistotny drobiazg. Trafiłam na pełnię, więc Londyn wyjątkowo malowniczo się prezentował (dodać trzeba, że tylko wieczorami, bo za dnia rąbało z nieba żabami i wiało z każdej strony).

wpid-dsc_0041_3.jpg

wpid-dsc_0003_32.jpg

wpid-dsc_0006_21.jpg

W świetle dnia natomiast poszłam na fenomenalną wystawę o wiedźmach i chciałam ukraść co drugą grafikę. Z latawicami, jak wiadomo, głęboko się utożsamiam. wpid-dsc_0012_14.jpg

A potem znowu kurtyna w górę.
National Theatre to dość paskudne miejsce – wstrętny betonowy bunkier z kilkoma salami teatralnymi mieszczącymi tysiące ludzi. O głębię wrażeń trudno. Wolę teatry bardziej intymne, mniejsze, niekoniecznie naćkane technologią (o tym, jak zrobić show całkowicie bez technologii, ufając wyobraźni i poczuciu humoru widzów, będzie jakoś w weekend), w których nie czuję się jak mróweczka.
Gwoli ścisłości, doceniam misję NT – dzięki nim mogę oglądać sobie sławne spektakle, nie ruszając się z Krakowa (choć oczywiście wolę się ruszyć). Ale to przedstawienie nie będzie raczej transmitowane – z trzech powodów. Po pierwsze Cillian Murphy bardzo krytycznie odnosi się do filmowania teatru – i w sumie ma sporo racji – po drugie to rzecz, która na ekranie nie zadziała, będzie kompletnie bez sensu, po trzecie to bardzo specyficzna sztuka. O czym? Nie podejmę się wyjaśniania. W czyjejś recenzji przeczytałam, że nawet po wypiciu butelki wina nie sposób pojąć, o co chodziło. Niektórzy twierdzą, że to wariacja na temat Czekając na Godota i coś w tym jest. Oto jest dwójka bohaterów żyjących w wyimaginowanym miasteczku, we własnym szczelnie zamkniętym pokoju, z którego nie wyściubiają nosów, zanurzeni w dziwacznych rytuałach (nota bene, scena porannych, kaskaderskich wręcz ablucji i ćwiczeń gimnastycznych przy dźwiękach tej pieśni – rzecz dzieje się w latach osiemdziesiątych – była widowiskiem jedynym w swoim rodzaju). Jeden z nich bardzo chciałby wydostać się, uwolnić, a drugi wprost przeciwnie. Tymczasem ganiają po scenie, gadają pozornie od rzeczy, gdy wtem z potwornym hukiem wali się tylna ściana. Za którą, jak się okazuje, czeka bohater numer trzy. Wejdzie się przywitać, strzepnąć papierosa do herbaty i zapowiedzieć, że owszem, niedługo sobie pójdzie, ale nie sam; kogoś ze sobą zabierze. Pan Bóg? Śmierć? Lokalny mafioso?…

Ale Cillian. Co za gość.
(Fanki klikają i miękną).
Zwierzę, po prostu zwierzę. W tym facecie jest coś niemożliwie psychotycznego. On potrafi zmieniać się w ułamku sekundy, jak przystało na rasowego świra. Żadnych półśrodków chyba na scenie nie uznaje. Ma niesłychanie plastyczne ciało i głos; gra trochę tak, jakby był gotów życiem to przypłacić, rzuca się na dechy, wali głową w ściany. Rozsadzał teatr tego wieczoru.
Dziwne to było, dziwne i niepokojące.
Kolejny dzień spędziłam na suszeniu przemoczonych do cna pepegów na widowniach. Najpierw wzięłam się za tę atrakcję (huhu, czekałam na okazję do podlinkowania tego zdjęcia), już mi znaną i niezmiennie zachwycającą, później wylądowałam drzwi obok, żeby zobaczyć Wielką Brytanię po śmierci królowej, z nowym królem, który nieszczególnie sobie radzi, zwłaszcza że z tylnego siedzenia kieruje ktoś inny… Fantastyczna rzecz, bardzo groteskowa. My nie mamy konstytucji. Mamy tradycję. Duch księżnej Diany straszy Karola, Karol niezbyt chce przejąć władzę, książę Harry odkrywa Leicester Square i kebaby nad ranem, a wolność słowa wymyka się spod – o ironio – kontroli. Ale tradycja, tradycja, mundur i ordery nade wszystko. Aktorzy mówią wierszem, parodiując szekspirowski rytm, w cudownie surowej scenografii przywodzącej na myśl średniowiecze – gołe cegły wznoszą się po sam strop. Jakby czas zatrzymał się dla monarchii. Tylko czy można kurczowo trzymać się przeszłości? I w ogóle po co to robić?
Ta sztuka bezlitośnie kpi ze świętości korony, z niechęci do podążania z duchem czasu, z nieporadności oderwanej od realiów władzy w starciu z najzwyklejszymi ludźmi.
A na widowni zasiadał razem ze mną niejaki Rowan Atkinson. Ahem.

Następnego wieczoru pędziłam znów południowym brzegiem, gapiąc się z zachwytem na filmowy pejzaż. Tak, wieczory były naprawdę piękne. O dniach nie warto wspominać.

wpid-dsc_0026_8.jpg

Pędziłam do Rose.
Tak dziś wygląda ten teatr.
wpid-dsc_0029_5.jpg
To jest miejsce, w którym niejaki William S. występował, a dla którego Marlowe pisał sztuki. Miejsce zapomniane i zrujnowane, dostępne dla wtajemniczonych. Ktoś kiedyś napisał, że gdyby Marlowe pożył dłużej, europejska literatura wyglądałaby zupełnie inaczej. Trudno się nie zgodzić. Kit nie przebierał w środkach, skandali się nie bał. Pisałam – gej, ateista, z paroma wyrokami na koncie i piórem jak brzytwa. W końcu się doigrał, ale zanim go zadźgali, zdążył napisać bardzo krwawą sztukę o nocy świętego Bartłomieja, którą teraz w tych mokrych zakamarkach można sobie obejrzeć, w bardzo niezwykłych okolicznościach. Robi to wszystko ekipa szaleńców i fachowców zarazem, więc te przedstawienia, ukryte perełki, są w mgnieniu oka wyprzedawane. Ja, dzięki serii przyjemnych zbiegów okoliczności, trafiłam na próbę generalną, na której aktorów było więcej niż widowni, więc po owacji nastąpiło zbiorowe spożywanie przyniesionych przez kogoś ciasteczek. Doświadczyłam czegoś niezwykłego w miejscu, które zwykle nocami jest zamknięte, śpi w ciemności, częściowo zalane wodą (stąd ta mgła na zdjęciu) – a ja mogłam w nie wejść. Rose bywa otwierany w sobotnie przedpołudnia i uroczy wolontariusze bardzo chętnie po nim oprowadzają, ale wieczorami działa rzadko, bo – jak wspominałam – nie ma w nim żadnej infrastruktury. Widzowie nieczęsto odbywających się przedstawień muszą liczyć się z niewygodami – ale też z magiczną atmosferą; w tym zimnym powietrzu i mroku jest coś nieuchwytnego. Po wszystkim jeden z aktorów opowiadał mi o ruinach, a drugi zasuwał z odkurzaczem, bo trzeba było całą krew uprzątnąć.
– Następnym razem chętnie pomogę odkurzyć…
– Weź miotłę.
– Przylecę na niej.
– Świetnie. Będziesz miała większy limit bagażu niż w easyJecie.

Shagspear & Morelove

„Nor shall death brag thou”…
– Nor shall… death?! Why death? Don’t mention death!
– Death is good. Go on, „when in eternal lines to Time thou grow’st”…
– What does that mean?!
– Just say it…

I tak właśnie William S. tworzył sonety – powtarzając za kolegą.
Lepiej będzie dla was, jeśli nie przeczytacie tego wpisu, ale skoro już zaczęliście…

Gdy dowiedziałam się, że toto będą wystawiać, pomyślałam: motyla noga, spektakl na motywach hollywoodzkiej komedii romantycznej? Poważnie? Co będzie następne, Park Jurajski? Tyle ciekawszych rzeczy, nie idę.
Podczas, gdy zapierałam się, że nie będę chciała tego oglądać, opatrzność chichotała, zacierając ręce.
Konsekwencja. Moje drugie imię.

Żywiłam pewną obawę, że nawet jeśli ten spektakl okaże się niestrawny, nieoglądalny, męczący i nudny, będę zachwycona, oraz że z dwudziestu ośmiu osób (i psa) w obsadzie zapewne nie zauważę dwudziestu siedmiu (ani psa) – mam taką dysfunkcję, że czasem wybiórczo tracę wzrok i słuch.
Ale – recenzje ociekały gwiazdkami. Jedno tylko zdanie wywołało u mnie pogardliwe prychnięcie. The cast is mostly unknowns.
Phi. Dla kogo unknowns, dla tego unknowns. Twój problem, drogi autorze, że znasz nie tych, co trzeba.

Najpierw dygresja.
Istnieją tacy aktorzy, którzy mają swoje kościoły – z milionami zaangażowanych wyznawców świadomych każdego kichnięcia (oczywiście najlepiej, żeby bóstwo nakichało na nich), obeznanych w biografii do ósmego pokolenia wstecz i skwapliwie liczących, ile razy w danej scenie bóstwo mrugnęło, ile słów na literę A wypowiedziało oraz dyskutujących – z możliwym uwzględnieniem rękoczynów – czy bóstwo wygląda lepiej z zarostem czy bez tudzież z przedziałkiem po prawej czy lewej. To jest ten poziom boskości, gdy w grę muszą wchodzić opancerzone limuzyny i ochrona o rozmiarach Golemów, bo inaczej fanki zaduszą, zadepczą i rozerwą na strzępy. Jeśli bóstwo gra w teatrze, ludzie nie pozwalają mu wypowiedzieć ani zdania bez frenetycznej owacji. Gdy w prasie przypadkiem pojawi się artykuł bóstwu poświęcony, sekundę później pojawiają się komentarze informujące autora, że jest niedouczony, niezorientowany, nie przygotował się i nie napisał wystarczająco czołobitnego peanu. Jak nie daj Boże skrytykuje, następnego ranka ma przebite opony i zdechłą rybę na wycieraczce.
Przykładów nie będę podawać, bo wszyscy znamy przynajmniej kilka; pamiętam te dialogi latające w przerwie transmisji Koriolana, „jakim prawem ta baba go całuje, baba won ze sceny” (zresztą poczytajcie sobie komentarze pod tym filmikiem i zadumajcie się) i temu podobne. Jestem pewna, że wiele blogerek ma już w wersjach roboczych zapisane pięciogwiazdkowe recenzje Hamleta z Cumberbatchem, choć premiera za rok. Tak czy inaczej, niektórzy mają kościoły i limuzyny, inni jeżdżą metrem i mają ledwie skromne kółka modlitewne, w których garstka zahipnotyzowanych oszołomów jest prowokowana do rozważań, o czym pisałby Shakespeare, gdyby w jego czasach żyły dinozaury. Temat do rozmowy jak każdy inny przecież. A pod artykułami o nich nikt się nie kłóci z haniebnie niedoinformowanym autorem, ponieważ tych artykułów na razie nie napisano.
Wolę tych drugich, bo pierwsi wydają mi się jacyś nierealni, a poza tym nie potrafię podniecać się kimś, kogo zapewne nigdy nie spotkam.
Tak pechowo się złożyło, że nabawiłam się pewnej wstydliwej słabości, którą w dodatku z masochistycznym upodobaniem pielęgnuję, gdy tylko mam okazję. Nie będę wchodzić w szczegóły, stali czytelnicy znają je lepiej, niżby chcieli, a niestali mogą znaleźć detale w archiwach, ale nie polecam. W dużym skrócie mówiąc, słabość sprowadza się do tego, że niżej podpisana ma oczy jak spodki i gumka w majtkach jej się luzuje.
Postanowiłam zwalczać słabość metodą „jak się napatrzę, to nienawidzę, że aż strach”.
Dwanaście miesięcy, kilka ciekawych wydarzeń i jeden uścisk ciepłej łapki później mogę powiedzieć jedno.

Ta metoda nie działa.

No cóż, każda dziewczyna ma swój gust. Gdzieś przeczytałam, że Martin Freeman to chodzący seks, więc wiecie.

Tyle opisów przyrody, teraz gołe fakty.

Film prawie wszyscy oglądali, ale dla tych, co nie widzieli – półminutowe streszczenie. Jest sobie niejaki Shakespeare, aktor i dramaturg, któremu ciężko idzie pisanie, a napisać coś trzeba. Na razie chłopak ma tytuł – Romeo i Ethel, córka pirata (albowiem każdy rasowy pirat nazwałby córkę Ethel, nieprawdaż). Jest też dziewczę z dobrego domu, któremu marzy się aktorstwo, ale w owych czasach na scenie prężyli się tylko faceci, więc co poradzić, trzeba zostać facetem. Oczywiście on i ona się spotykają, iskry fruwają, dramaty nagle same się piszą, a wszystko zmierza ku niewesołemu końcowi.
W teatrze jest zupełnie inaczej niż w filmie, choć to ciągle opowieść o tym, jak zmagający się z twórczą niemocą chłopak stał się największą literacką gwiazdą wszech czasów. Ale nie jest to spektakl li o romansie barda z ponętną blondynką – również o innych ludziach, którzy odegrali znaczącą rolę w jego życiu. W tym o najjaśniej lśniącej teatralnej gwieździe schyłku szesnastego wieku pod nazwiskiem Christopher Marlowe. Gwiazda świeciła, aż pewnej nocy została zamordowana. JEŚLI została, bo podług jednej z wielu teorii spiskowych sfingowała swoją śmierć i zwiała za granicę. Dodajmy, że pracowała na drugim etacie jako szpieg Jej Królewskiej Mości – Anglia w czasach elżbietańskich nie była miejscem zbyt sielskim i miała już całkiem sprawnie działający zalążek przyszłego MI6. Jakby nie było dość zagadkowo, naukowcy ostatnio stwierdzili, że portret uchodzący za jedyną podobiznę Marlowe’a przedstawia kogoś innego. Tropicieli spisku zastanawia też fakt, że Shakespeare niczego nie napisał przed zniknięciem Marlowe’a, więc próbują dowieść, że ci dwaj w gruncie rzeczy byli jedną osobą i tak naprawdę to, co przypisujemy bardowi ze Stratford – który ponoć nie miał w domu ani jednej książki, a jego córki były analfabetkami – spłodził Marlowe, doskonały poeta i tłumacz, znacznie lepiej wykształcony, obyty w świecie i mówiący językami (ponadto zdeklarowany ateista i niemal na pewno gej; jedno i drugie w jego czasach było grubym przewinieniem, ale jakby tego było mało, był sądzony za fałszowanie pieniędzy i oskarżany o morderstwo). I w sztuce Marlowe wyłania się z ciemności w ostatniej scenie, żeby zajrzeć piszącemu Willowi przez ramię i na jego przerażone: ty nie żyjesz! odpowiedzieć z bezczelnym uśmiechem: no, tak mówią… W rzeczywistości tych dwóch panów prawdopodobnie wcale się nie przyjaźniło, być może nawet nie spotkało, choćby dlatego, że więcej ich dzieliło niż łączyło; poza tym William był w istocie osobą dość nudnawą, a Kit wprost przeciwnie – jeden z profesorów literatury opisał go jako „veteran street fighter, a counterintelligence agent, and generally bad news”. Muszę powiedzieć, że ten opis bardzo pasuje, gdyż nasz drogi sceniczny Marlowe emanuje łobuzerskim wdziękiem i jest niezaprzeczalnie uroczy (chciałabym powiedzieć, że na moją opinię w tej sprawie nie mają wpływu jego raczej imponujące łydki, ale to niestety nieprawda). I jest jedną z głównych postaci, darzącą tytułowego bohatera subtelnie dwuznacznym uczuciem. Jest trochę kumplem, trochę rywalem o lotnym umyśle i przeraźliwie ciętym języku, podszeptującym Williamowi słynne frazy.
Romeo is Italian, always in and out of love. He falls for Juliet, the daughter of his enemy.
– What about Ethel?…
– Oh, she gets married to the Moor who strangles her with a handkerchief.

Ach, tak. Williamowi, właśnie. To jest przedstawienie o Williamie. Jak mogłam zapomnieć. No to poświęćmy mu dwa zdania.
Chłopiec w roli tytułowej daje radę, ale rozpędza się dopiero, gdy komedia zmienia się w tragedię. Wtedy jest przejmujący. Proszę, dwa zdania.
(Informacja dla Demirji – ten koleżka, co Ci się podobał na obrazku, z całą pewnością nie ma tatuażu, chyba że na jedynej części ciała, której widzowie nie mogli zaobserwować).
Jest też John Webster, który w przyszłości też zostanie wielkim dramaturgiem, ale na razie to jeszcze dzieciak, dość niepokojący psychol z jednym oczkiem kaprawym, a drugim zezującym. Coś cudownego.

Och, i jest jeszcze pies. Pies oczywiście budzi w publice euforię. Miałam wrażenie, że wszyscy czekają tylko na występ psa.
Całość jest nieopisanie przyjemna dla oka i ucha. Scena balkonowa, w której biorą udział nie dwie, ale trzy osoby, jest histerycznie zabawna. Muzyka jest śliczna, cała na żywo i przepięknie wykonywana. Scenografia jest śliczna. Wchodzicie do teatru i… wchodzicie do teatru, bo na scenie widzicie scenę. Nie, nie zapętliłam się – spędzacie trzy godziny wewnątrz teatru Rose (którego ruiny, nota bene, są od pewnego czasu przywracane do teatralnego życia). W pewnej chwili widownia staje się kulisami. Światło jest śliczne, momentami zmieniające scenę w olejny obraz, a bohaterów w mgliste cienie. Aktorzy są śliczni i śliczne noszą kostiumy. I wszyscy mówią pięknie pentametrem jambicznym, czyli w metrum, w którym Shakespeare pisał – dziesięć sylab w parach po dwie w wersie, akcent na drugą sylabę w każdej parze, co daje efekt przypominający bicie serca. To jest doskonale słyszalne w oryginale i brzmi mniej więcej tak: shall-I-com-PARE-thee-TO-a-SUM-mer’s-DAY albo what-AN-gel-WAKES-me-FROM-my-FLOWE-ry-BED, albo a-RISE-the-SUN-and-KILL-the-EN-vious-MOON, albo oczywiście a-HORSE-a-HORSE-my-KING-dom-FOR-a-HORSE. Zresztą cała ekipa musiała przejść trening odpowiedniego mówienia. Bez dwóch zdań trenowała pilnie.
Któryś z recenzentów napisał, że to przedstawienie jest jednym wielkim listem miłosnym do teatru. Trudno się nie zgodzić. Końcowe sceny, gdy spektakl, który miał być katastrofą – bez psa, bez odtwórców głównych ról, z niemożebnym jąkałą wygłaszającym prolog i charczącą basem Julią – zmienia się w arcydzieło, są w jakiś sposób wzruszające. Poza tym efekty specjalne są, jak onegdaj, robione ręcznie, więc rzeka wyczarowywana jest za pomocą dwóch wiader z wodą i szmat. Kurtyny nie ma, scenografię noszą aktorzy. No i jig! Zamiast pospolitych ukłonów obsada wykonuje dość wariacki taniec – tak się kończyły przedstawienia w elżbietańskim teatrze. Tak nadal kończą się w Globe.
Udało się uchwycić tajemnicę miejsca, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje, a jednak dostarcza najprawdziwszych wrażeń. Na sąsiednich scenach musicale kipią od wodotrysków i fajerwerków, regularnie generując horrendalne straty finansowe, a to genialne w swojej prostocie przedstawienie mówi widzowi – potrzebujesz tylko wyobraźni. To jest cały twój teatr.

Ze zdjęć pojawiających się czasami w tych bardziej mrocznych odmętach internetu można wywnioskować, że kulisami też dzieje się wiele ciekawych rzeczy; panowie świetnie się bawią, wyżebrali całą lodówkę piwa od jednego z browarów, założyli bibliotekę, a w wolnych chwilach tarmoszą swojego kolegę po fachu.

Nie miałabym nic przeciwko oglądaniu tego codziennie. Albo choć raz w tygodniu.
W związku z tym zastanawiam się właśnie, co ze sobą zrobić dziś wieczorem, bilety jeszcze są… Bo po południu Ryszard III ze wspomnianym Freemanem.

On the road to imminent disaster

image

– To miejsce jest fascynujące – mówię najzupełniej szczerze do poznanego kwadrans wcześniej człowieka. Śmieje się.
– Wiem – mówi. – Pracuję tu od trzydziestu lat i ciągle odkrywam coś nowego. Poza tym codziennie poznaję ciekawych ludzi – mruga do mnie. – Też macie średniowieczną katedrę w Krakowie, prawda?
Och, proszę pana, średniowiecza to my mamy na hurt i na detal.

Serce mnie bolało, gdy wlokłam się na dworzec. Ociągałam się, wstąpiłam na jeszcze jedną pintę, żeby wreszcie odkryć, iż ostatni autobus do Londynu odjechał godzinę temu, toteż pozostaje pociąg – dwa razy szybszy i trzy razy droższy. W mordę. Nie będzie nowej torebki.
Pola malowane zbożem rozmaitem z wolna ustępowały miejsca zagonom niewyraźnych szeregowych domków, centrom handlowym i piętrowym parkingom; wreszcie na horyzoncie wyrosły szklane wieże. We are now approaching London Waterloo, this train terminates here.

Żeby złagodzić szok, porzuciłam plecaczek w hotelu i ruszyłam obcować z przyrodą. Mogłam oczywiście spodziewać się, że w tak słoneczny dzień na ten sam pomysł wpadnie każdy turysta oraz wszystkie londyńskie matki, ale na szczęście Kew Gardens są na tyle duże, że można snuć się po nich chwilami tylko we własnym towarzystwie. No to się snułam.

Jak widać, że względu na bliskie sąsiedztwo Heathrow obcowanie z przyrodą jest mniej więcej raz na minutę zakłócane przez lądujący samolot, ale po pewnym czasie człowiek przestaje to słyszeć. Po prostu idzie przed siebie albo siada pod krzakiem lawendy, albo pod drzewem tak ogromnym, że nie sposób dostrzec czubka.

A później nadeszły godziny szczytu i obsługa monitoringu na stacji King’s Cross St Pancras mogła zobaczyć prawie ten sam co zawsze ludzki strumień, te same mundurki. Czarny. Granatowy. Czarny. Granatowy. Czarny. Granatowy. Czarny. Wtem błąd w matriksie pod postacią maszerującego dziarsko malinowego różu.
Wysączyłam gin z tonikiem, obejrzałam sobie cudowne przedstawienie, po zakończeniu skręciłam w kierunku przeciwnym niż reszta wychodzących i pogawędziłam z bardzo miluchnym chłopcem, który zdążył znaleźć mnie na Twitterze (nie mam pojęcia, jak – I stand in awe, sir!) i wysłać mi arcyuprzejmą wiadomość z ukłonami za konwersację, zanim dotarłam do hotelu. Z wrażenia potknęłam się o własną szczękę.
Chyba
natychmiast
muszę
się
położyć…

There’s a boring bit in every story. Here’s one in mine.

image

Umówmy się – nie widzieliście tego zdjęcia. Nie wolno mi było go zrobić.
Po kolei.
Jude Law jest naprawdę uderzająco piękny. Jest też bardzo dobrym aktorem, klasycznym zwierzęciem scenicznym. Trudno od niego wzrok oderwać (tym trudniej, że jest naprawdę uderzająco piękny… powtarzasz się, stara). Jest chodzącym dowodem przewagi teatru nad filmem.
To był świetny spektakl. Ogromna, pusta scena, cała z drewna, niby prosta i z dziesiątkami sprytnie ukrytych drzwi. Żadnych fajerwerków. Tylko genialne, genialne oświetlenie – rozdziawiałam buzię jak dziecko, patrząc na gwiaździstą noc, zamglone pole bitwy, pożar, świt i zmierzch.
Przyznam coś jeszcze. Otóż pojęłam, o co chodzi z Szekspirem i brytyjską obsesją na jego punkcie. Wiemy, wielkim autorem był, te wszystkie Romea, Julie i tak dalej, blabla – ale jak on bawił się słowem, jak wdzięcznie lawirował między brutalnością a humorem. To słychać, gdy ogląda się Szekspira po angielsku; polskie tłumaczenia mamy bardzo dobre, ale…

Ale, państwo sobie przedstawią, to była pierwsza wiśnia na moim wczorajszym torcie.
Bo była i druga.
Nazywała się Matthew Macfadyen.
Znany niektórym jako Fitzwilliam Darcy – Boże, mężczyźni powinni mieć obowiązek noszenia fraków i wysokich kołnierzy – innym jako inspektor Reid, a jeszcze innym jako przeor Filip. Otóż to jest doskonały aktor komediowy, wierzcie lub nie. Za scenę, w której gra kobietę i mężczyznę jednocześnie, powinien dostać wszystkie nagrody teatralne świata.
Pięknie wybrnął, gdy scenografia się zacięła. I ma cudowny głos. I tak słodko się uśmiechał do publiczności, gdy wreszcie mógł się uśmiechnąć (proszę, spróbujcie to obejrzeć i do końca zachować powagę – nie da się, to jest bezwzględnie urocze). Notabene, on ma ponoć bardzo słaby wzrok, co zapewne tłumaczy to rozbrajające spojrzenie.
By oddać sprawiedliwość, jego partner sceniczny, niejaki Stephen Mangan (pamiętacie Adriana Mole’a?) jest przezabawny i mówi najpiękniejszą angielszczyzną, jaką w życiu słyszałam.