La Bohème

W miniony weekend po raz trzeci otwarto Pięknego Psa, tym razem na Kazimierzu.
Nie, nie było mnie. Cztery lata temu pędziłabym co koń wyskoczy i wróciła do domu porannym tramwajem. Teraz tylko obejrzałam sobie zdjęcia z uroczystego otwarcia i z pewnym rozrzewnieniem stwierdziłam, że ani kawałka znajomej twarzy nie widzę. Same małolaty.
Ludzi, których niegdyś co tydzień spotykałam w kolejce do baru (albo tańczących na nim) teraz widuję sączących grzecznie przedpołudniową kawę nad płachtą gazety, czasami pchających wózek z pyzatym przychówkiem albo gnających na zajęcia jogi. Ktoś wrócił do rodzinnej mieścinki, ktoś inny robi karierę polityczną. Niektórym się znudziło, niektórym brakuje czasu, a inni… Hm. Innym wściekle intensywne balowanie pomagało zapełnić pustkę, było łatwą namiastką życia towarzyskiego, tylu przecież ludzi się poznawało, z tyloma piło się tequilę w nieistniejących już lokalach, jadło kebaby o szóstej rano w absurdalnej scenografii nieczynnego jarmarku bożonarodzeniowego, flirtowało na schodach i całowało w taksówce. Studenci, artyści, dziennikarze, milionerzy, bezrobotne aktorki, celebryci z bożej łaski, żołnierze z bośniackimi bliznami, niedoszli wynalazcy, czyjś kuzyn, czyjaś siostra maturzystka. Pozornie – mnóstwo znajomych. Mnóstwo twarzy, w które można było przez parę godzin spoglądać, choć w ciemności ledwo dostrzegało się ich zarysy. Mnóstwo ramion. Mnóstwo wielkich przyjaźni trwających noc albo dwie. I – zazwyczaj – samotne powroty z butami w ręku, zmywanie makijażu, który i tak już prawie spłynął, opuszczanie rolet, za którymi brutalnie wstawał dzień i zapadanie w sen, a raczej tracenie przytomności.
Był czas, gdy nie wychodziło się z domu po to, żeby dobrze się bawić, ale żeby niczego nie pamiętać. Udawać królową balu w nadziei, że oszuka się smutki tkwiące pod skórą, ale one tylko od tego rosły. Wreszcie nabierało się odwagi, żeby twardo stawić im czoła.
Teraz, gdy już to wszystko wiem i gdy wychodzę wieczorami tylko po zabawę, po nic innego – to mi się zwyczajnie nie chce, na imprezy wyciągam się z domu za włosy. Oczywiście czasami zdarza mi się zatęsknić za pląsami w Singerze. Oczywiście kiedy w końcu dokądś idę, to zupełnie jak dawniej tańcuję do upadłego, gawędzę z nieznajomymi i nie odmawiam shotów. Ale z jaką lubością ja nie idę, to pojęcia nie macie…

Mimo wszystko ciekawam, czy za parę dekad nasze legendarne nory będą w literaturze wspominane czule jak sopocki SPATiF czy łódzka Honoratka. Pewnie tak, bo już pojawiają się w powieściach, felietonach, w piosenkach czasem.

Ach, zapomniałabym.
Państwu z innych miast gorąco polecam. Jeśli nie macie planów na akurat ten wieczór, gdy panowie występują w waszej okolicy, to miejcie, a jeśli macie inne, to zmieńcie.

Reklamy

Lud wejdzie do śródmieścia

Kocham Muzeum Lotnictwa. Po zmroku te maszyny wyglądają niesamowicie, a nowy budynek z góry przypomina śmigło, z dołu tymczasem origami.
Jeszcze tylko powinni uruchomić browar jak na lotnisku w Monachium, sprowadzić Concorde’a i samolot kapitana Wrony, i żeby – jak na Schiphol – można było sobie zrobić uśmiechnięte zdjęcie w silniku 767, ale wiem. Kasa. Toteż wszystkie kciuki trzymam, żeby to było kolejne z muzeów, dla których się do Krakowa przyjeżdża.

Powinni częściej to miejsce wykorzystywać jako koncertowy plener. Tylko – bo to w środku parku – ciemno jak wuj. Mimo soczewek słabo widzę po ciemku, więc do przystanku dotarłam za głosami ludzi przede mną.
Maleńczuk w pysznej formie. Tutejsza publiczność sztywna jak zwykle.
Bzyk powiedział, że w Nowej Hucie może być całkiem przyjemnie. Ba, proszę pana Bzyka, ba.

Wracałam z koncertu tramwajem, bo usiłuję oszczędzać.
Naprzeciwko siedział ogolony pan o przedramieniu jak moje oba uda i gadał do telefonu:
– Psychiatra mi powiedział, że żeby przestać pić, to se najlepiej auto kupić. Bo wiesz, jak jeździsz, to pić nie możesz. I tak se myślę, ma to sens. Bo jak będę prowadził, to se najwyżej dwa bronki dziabnę.
Od dziś do końca świata nie wyjeżdżam samochodem poza parking. Se najwyżej dwa bronki dziabnie. Psychiatra mu powiedział.

Tak sobie, wiecie, ciągle myślę o tych 40 sekundach.
Może tego nie rozumiem, bo mam psychę jak słoniowa skóra.
Odziedziczyłam po mamie. Kobiety w mojej rodzinie są bardzo silne. I lepiej mieć je po swojej stronie, bo choć zwykle łagodne w obejściu, doprowadzone do stanu wrzenia rozjeżdżają przeciwnika walcem, poprawiają z bazooki, po czym otrzepują swoje małe rączki i wracają do mieszania konfitur.
Jasne, że czasem lubię być mała, słaba, nieszczęśliwa i się poprzytulać, ale prawda taka, że jestem pancerna.
To oczywiście ma masę zalet. Ma też gorsze strony. Mięśnie pleców z drewna. I to, że mam dość niską tolerancję na czyjeś jęczenie. Łatwiej ode mnie usłyszeć ‚weź się, cuerva, w garść’, niż ‚ojojoj, biedactwo’. Ostro musztruję siebie i niestety wobec innych też tę musztrę stosuję, choć bardzo pracuję nad sobą, żeby trzymać to w ryzach i nie przykładać własnej, pod tym względem mocno wyśrubowanej miarki do innych, którzy nie muszą być tak odporni, jak ja. Bo to, że mnie bardziej motywuje kop w dupę niż głaskanie po główce, nie musi oznaczać, że to globalnie lepsze rozwiązanie.

To go through life and call it yours – your life – you first have to get your own pain. Pain that’s unique to you. You can’t just dip into the common bin and say ‚That’s enough!
Nie mogę bardziej się zgodzić. Trzeba swój ból poczuć.
To cytat z Petera Shaffera, autora „Equusa” i „Amadeusza” (mają w Bagateli wystawiać to drugie, bardzom ciekawa). „Equusa” dawno temu w Londynie widziałam, a razem z nim penisa Daniela Radcliffe’a. Z bliska, bo głupi ma zawsze szczęście i dostałam miejsce w pierwszym rzędzie.
Z drugiego już bym nie widziała.
Państwo wybaczą zgryźliwość.
Wspomnień czar trochę mnie owionął; od tamtej pory trochę nam Harry Potter wydoroślał.
Najbardziej w całym spektaklu podobał mi się koń. Proszę zwrócić uwagę na jego stopy. Te metalowe platformy. On w tym biegał. Po obrotowej scenie, z chłopakiem na plecach. Zawsze, gdy oglądam takie coś, boję się, że aktor się wywali na pysk, spadnie ze sceny. Wiem, że to wszystko obliczone co do centymetra i przećwiczone dziesiątki razy, ale jednak gryzę wargi.
Taka dygresja sceniczna – mój praszczur za młodu tańczył w zespole ludowym. Raz tupali obertasy tak zapamiętale, że scena się pod nimi zarwała.
– I co? – spytałam z przestrachem. Praszczur wzruszył ramionami.
– Nic. Wygrzebaliśmy się i tańczyliśmy dalej.

To zdolny chłop, ten koń, tańczył w Jeziorze Łabędzim.
A pod maską wygląda tak.
Jeśli ktoś chciałby powiedzieć, że teatr to zajęcie dla brzydkich nudziarzy, niech zamilknie na wieki.

„Equus” to bardzo mocna rzecz, bardzo przy tym dobrze napisana i żałuję, że u nas niepopularna, choć domyślam się, dlaczego. Bo to o religijnej obsesji i erotycznej fascynacji, które razem – w umyśle zaburzonego nastolatka – tworzą miks zabójczy. Znowu by protestowali, nie widziałem i nie zamierzam, ale na degrengoladę zgody nie dam.