Para llevar

W ubiegłą niedzielę wstałam o godzinie wielce nieprzyzwoitej. W samolocie czytałam, czytałam… i nagle obudziłam się – ale jak to, zasnęłam?! – przykryta kocykiem, z opuszczoną zasłonką okienną i lunchem czekającym na moim stoliku.
Podziękowania dla anioła z obsługi, który zadbał o tę strudzoną duszę.
A w dole czekał Madryt.

Cóż można rzec.
Jeszcze pięć nocy tutaj, a ja już mam płacz na końcu nosa. Nie chcę stąd wyjeżdżać, bo nikt nie chce. Jak pisałam po wielokroć, Madryt ma magiczną moc. Madryt obejmuje i mówi: „no cześć, miło cię widzieć, świetnie wyglądasz”. Inna sprawa, że to samo mówią spojrzenia tutejszych mężczyzn – i kobiet – dla których flirt to przednia rozrywka. To zupełnie niegroźne, nic za tym nie idzie, oni to robią dla zabawy, dla relaksu.

Spędziliśmy cały tydzień, obżerając się nieprzyzwoicie – „ja dziś tylko sałatkę… o, ładnie wygląda ten tatar z łososia z kozim serem, to ja też
poproszę, i huevos rotos na drugie, dziękuję”. W czwartek poszliśmy na churrasco, które nas wykończyło. Wczorajszy lekki lunch to były talerze pełne owoców morza (w Madrycie zawsze świeże, bo przylatują dwa razy dziennie) i parę flaszek piwa w wiaderku wypełnionym lodem. Moja talia już nie istnieje.

Poza tym oczywiście nabyłam mnóstwo ubrań, ponieważ w dzielnicy Chueca możecie kupić ciuch, o którym zawsze marzyliście. Ja marzyłam o steampunkowym płaszczu, czy raczej fraku – i mam! Owszem, zamierzam nosić ten płaszczyk narzucony na moje granatowe, odprasowane służbowe mundurki.
– Skąd jesteś? – pyta pani sznurująca mój płaszcz, dopasowany niczym gorset.
– Z Polski.
– Jezu, ja też! Ale teraz mieszkam tutaj.
– Zazdroszczę, to wspaniałe miasto.
Kupiłam zatem kolejny płaszcz, przezroczyste szpilki, które pan i władca zaaprobował natychmiast, masę innych szmat i upychanie ich w walizce w piątkowy poranek będzie koszmarem…

A dziś po prostu poczłapałam – z przerwami na sangrię i croquetas – do parku Retiro, zajęłam drzewo i opalałam się, i drzemałam. Cudownie się drzemie w tym najpiękniejszym parku świata, boso na trawie, oparta o masywny pień, doskonałą, bezpieczną podporę. To prawie lepsze od zasypiania z facetem.

Reklamy

Travel changes you. As you move through this life and this world you change things slightly, you leave marks behind, however small. And in return, life—and travel—leaves marks on you.

Szybki pit stop w Krakowie i nazad w świat. Gdy wczoraj szef zadzwonił, żeby spytać, jak się mam, powiedziałam tylko, że jestem zmęczona. Oczywiście wizja powrotu do mojego ukochanego miasta nęci, ale… Ale. Dobrze, nie będę znowu narzekać, sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.

Wczoraj, gdy siedziałam sobie na nudnej telekonferencji i robiłam to, co robi się podczas nudnej telekonferencji, czyli próbuje dotrzeć do końca Twarzoksiążki, nagle przeczytałam news, który mnie zmroził zupełnie.
Dziwne trochę, że w tym roku co chwila muszę o tym pisać. Wróć, nie muszę. Chcę, bo to pomaga.
Uwielbiałam Bourdaina. Za jego książki, fantastyczne. Za programy telewizyjne. Za to, że czasami z tego przeklinającego, szorstkiego twardziela wyłaził człowiek wrażliwy i pełen współczucia. Za kuchnię i to, czego uczył ludzi o jedzeniu. Za rozbrajający, szczery hedonizm, umiłowanie prostoty i niesamowitą charyzmę – w dobie instagramowych celebrytów to była rzadka, prawdziwa osobowość. Wydawał się niezniszczalnym typem, jednym z tych, którzy po apokalipsie otrzepują się z kurzu i zapalają papierosa.
Wydawał się, dobre słowo.
Problem z depresją i jej równie uroczymi towarzyszami polega na tym, że z zewnątrz tego często nie widać. To nie jest tak, że człowiek chodzi zalany łzami i wzdycha smętnie. Często wygląda całkiem pogodnie, opowiada dowcipy, sprawia wrażenie zupełnie wyluzowanego. Generalnie lotos na tafli, zen, flauta. Wewnątrz sprawy mają się nieco inaczej. Wewnątrz wszystko boli. Wewnątrz człowieka dręczy irracjonalny strach albo smutek nie do ogarnięcia – bezsensowny, ale nie do opanowania. Można doceniać ziemskie rozkosze, a jednocześnie myśleć „to wszystko nie ma sensu”. A nawet „nie chcę już tu być”.
Po wielokroć słyszałam „jak ty to robisz, że jesteś taka spokojna?”. Nie jestem spokojna. Przez większość mojego dnia jestem dokładnym przeciwieństwiem osoby spokojnej – nie macie pojęcia, jakie pierdoły potrafią mnie zestresować. Tak, nie widać tego, przynajmniej do momentu, gdy moje ciało mówi „sorry, mam dość” i wtedy… no cóż, relacjonowałam ostatnio. Człowiek maskuje się, bo nie chce, żeby bliscy się martwili, że mu kiepsko. Nie chce, żeby w pracy uznali go za niezbyt godnego zaufania świra. Nie chce usłyszeć o sobie, że za dobrze mu się powodzi i wymyślił sobie modną hipsterską melancholię (to jest nieprawdopodobne, jak wielu ludzi w XXI wieku nadal tak myśli). Człowiek sam sobie powtarza szkodliwe ” weź się, kurwa, w garść”, choć wie, że sobie szkodzi. Wie, że jego strachy i smutki nie mają żadnego racjonalnego wytłumaczenia, bo nic złego się nie dzieje, i tym gorzej się czuje – czuje się winny, ma pretensje do siebie.
No i, koniec końców, samemu przed sobą nie jest łatwo przyznać się, że coś jest nie tak, że potrzebuje się pomocy. W tym naszym XXI wieku żyjemy mocno opancerzeni. Pancerz jest mocny, to, co pod nim – niekoniecznie. Moment, w którym zdejmujecie tę zbroję, jest – wierzcie mi – trudny, czujecie się słabi i żałośni jak nigdy w życiu. To jest też moment, po którym będzie lepiej. Może nie cudownie, ale lepiej. Oczywiście pod warunkiem, że macie wokół ludzi, którzy was wspierają, a nie mówią „no weź, nie żartuj”. Co niestety nie jest regułą. Ja mam przyjaciół, którzy znają dobrze tego potwora pod łóżkiem, mam wyrozumiałych rodziców, pana i władcę, wtajemniczonego szefa, który co tydzień dzwoni i pyta, czy jest okej i wiem, że gdybym powiedziała „nie”, wysłałby mnie natychmiast na urlop. Mam wielkie szczęście. Nie każdy je ma. Zwłaszcza w czasach, gdy presja jest ogromna i masz być nieustająco wyszczerzony, zadowolony, piękny, cały w hashtagach #slowlife i #mindfulness.

Potwornie mi smutno. Owszem, było mi smutno, gdy zmarł Bowie (bardzo), gdy odszedł Alan Rickman, ale to… to jest dużo gorszy smutek. Te przykre, przerażające słowa w komunikacie prasowym – took his own life – zamrażają człowiekowi serce na krótką, upiorną chwilę. Jezu, stary, czemu.
Nie wiem, jak ci się podobała ta podróż, Anthony – mam nadzieję, że nie jest zbyt turbulentnie na tej trasie – ale skrycie liczę, że przyjdzie ten dzień, że gdzieś tam spotkamy się w barze, podpiszesz mi się na koszulce, wypijemy parę głębszych i zjemy coś zachwycającego, a ty będziesz, jak to ty, przeklinał sakramencko swoim głębokim głosem pomiędzy jednym a drugim toastem.

Żeby się pocieszyć, poszłam do knajpy obok domu – bo tak, doczekałam się tego szczęśliwego dnia, gdy mam knajpę obok, jak w amerykańskich serialach. Dostałam potężną michę rewelacyjnie doprawionych muli, ponieważ knajpa jest prowadzona przez prawdziwego, żywego Sycylijczyka (co on robi w mojej dzielni, to ja nie wiem, ale cieszę się, że się tu zaplątał), i pappardelle z jeżowcami i krewetkami królewskimi, które mnie wykopało w kosmos.
img_20180609_182648_hht76333171.jpg
Na początek poprosiłam o Aperol Spritz.
Twoje zdrowie, Anthony.
A teraz przepraszam, muszę spać, budzik zadzwoni chwilę po trzeciej.

Egyptian cotton

Szlag.
Gdy ktoś wam powie, że raptem w piątek był w Madrycie, a w poniedziałek leci do Paryża, to można sobie pomyśleć, że żyje jak król. To właśnie mnie czeka za dwa tygodnie.
Owszem, podróże są przyjemne. Owszem, rezydowanie w śródmieściu, w pokoju z ogromnym łóżkiem, szklaną łazienką, szlafroczkiem z egipskiej bawełny i spokojnie, niewzruszenie szumiącą klimatyzacją ze świadomością, że firma płaci za to bez mrugnięcia okiem, też jest przyjemne. Przebywacie nieustannie z lokalsami, pracując wśród nich, chodząc na obiady tam, gdzie oni, pijąc piątkowe drinki w knajpach w ich dzielnicy. A punkty na waszych kartach lojalnościowych nabijają się same, od czasu do czasu otrzymujecie tylko mail o treści „gratulujemy osiągnięcia poziomu silver

Ale.
Mamy czerwiec. Od marca jestem w drodze przez cały czas. Tęsknię jak diabli. Jestem piekielnie zmęczona (dlatego, przyleciawszy w piątek wieczorem do Polski, w sobotę nie robiłam nic – zupełnie nic, niente, nada, do piętnastej leżałam w łóżku niczym trup w sonecie Morsztyna, pranie zamierzam zrobić jutro, weekend poświęciłam na ładowanie baterii).
Nie jestem zadowolona z tego, że wpakowano mi w grafik kolejny wyjazd po Madrycie. Zwłaszcza że chodzi o Paryż, którego całym sercem nie znoszę. O długie cztery tygodnie w Paryżu. Madryt jest cudownym miastem, Paryż… jest, jaki jest.
Kto wie, może się w sobie zakochamy po kolejnej próbie charakterów.

Tak czy inaczej, w niedzielę znienacka wyciągnięto mnie na miasto, na festiwal piwa, i wielce było to fajne. Nie tylko z powodu piwa – całe życie nie cierpiałam IPA, bo mi wionęło selerem, a wypiłam dwa (i parę innych przetestowałam, cud, że w poniedziałek nie pękła mi głowa) – ale dzięki paniom, które mnie wyrwały z zaklętego kręgu prania i prasowania, i pogadałyśmy sobie. Tak wiecie jak. Jak gadają kobiety. Kobiety, które znają Józefa. Miałyśmy wyjść na dwie, może trzy godziny. Wróciłam do domu po siedmiu.
Chryste, jak mi tego było trzeba.
Zaczyna się od gadania o butach (buty przyleciały z Madrydzia, więc oczywiście, że są nieco odjechane; abibasy z połyskującej różowej koronki to ostatnia rzecz, jaką nabyłabym w Krakatau, ale tam to zupełnie normalny ciuch – pierwszym zresztą przyodziewkiem, jaki w Madrycie kupiłam tym razem, była marynarka w kwiatki, ponieważ oczywiście) i wakacjach, kończy się na tym, że spowiadacie się ze swoich bardzo intymnych spraw.
Trzeba czasem z siebie rzeczy wywalić, to najdoskonalsza terapia. I nagle okazuje się, że nie jesteście sami w swoich lękach, samotności, w zadawaniu sobie pytania, czy to tak ma być i po co to wszystko.
Na szczęście pozostaję sobą, chyba. Jak dowodzi poniższy dialog.
– Zaraz, to ty masz kogoś?
– A i owszem.
– Przepraszam, że się dziwię, ale ty tyle mówisz o różnych mężczyznach i tak się przy tym zapalasz… on nie ma nic przeciwko? I jak ci to wszystko razem gra?
A dlaczego miałoby nie grać? Gra. I on nie ma nic przeciwko, rzekłabym, że odwrotnie nawet. Miłość miłością, fascynacje fascynacjami – niegroźne, potrzebne, dobre, zwłaszcza dla kogoś, kto żyje jak ja. To dwie oddzielne szuflady. Moje zachwyty nigdy nie będą konkurencją dla pana i władcy. Jako wielka hedonistka lubię sobie umilać życie, ale też mam bardzo sztywno poustawiane priorytety. Mam oczy, to i widzę atrakcyjnych ludzi wokół. Co nie znaczy, że robię cokolwiek poza tym właśnie zauważaniem ich. Dla mnie to jest to samo, co zachwycanie się pachnącą lipą, kolorem nieba, dobrym posiłkiem. Absolutnie nic nie musi za tym iść. Natomiast ja wielce potrzebuję drobnych przyjemności, więc tak, będę się oglądała za hiszpańską policją konną i uśmiechała się do niej. Cokolwiek przyprawia mnie o uśmiech, jest na wagę złota, więc teges, wicie rozumicie.

Do something every day that scares you

To nie będzie wpis o jedzeniu, teatrze ani przystojnych mężczyznach.
Ale myślę, że jest ważny. Jest też dość… prywatny. Cóż – czasem trzeba napisać o tym, o czym niekoniecznie chcielibyście opowiadać komuś na pierwszej randce.

Kilka lat temu trafiłam prosto z biura na SOR, bo nagle zrobiło mi się słabo, dostałam duszności i zaczęłam się trząść.
Dostałam jakiś wybitnie uspokajający środek, po którym długo czułam się i zachowywałam, jakbym oberwała łopatą w głowę. W szpitalnej poczekalni spędziłam pięć godzin, czekając na swoją kolej, po czym poszłam do domu. Nie myślałam o tym aż do ubiegłego roku, gdy jesienią zaliczyłam gwałtowny zjazd nastroju i objawy wróciły. Znowu bywało mi słabo, serce mi kołatało, coś mnie dusiło, chciało mi się płakać. Zwykle wtedy, gdy byłam zdenerwowana lub przemęczona. Dało się to opanować wizytą u lekarza po pigułki na „spokojność” i zwiększoną czułością – wysypiać się, jeść regularnie, unikać w miarę możliwości sytuacji, które mnie bardzo stresują. Jak jednak wiadomo, tego typu choróbska nie są całkowicie uleczalne, można tylko je mniej lub bardziej skutecznie kontrolować.

Jedna na cztery osoby na tym łez padole ma, miała lub mieć będzie, jak to się brzydko mówi, problemy z głową. Między innymi ja, ale to może być też – i zapewne jest – ktoś obok was.

Ja mam ataki paniki, które nazywam dusiołkiem. To bardzo niefajna rzecz, szczęśliwie pojawia się rzadko. Bywa jednak dość dotkliwa. Ostatnio dusiołek w ogóle się nie odzywał. Trochę w styczniu, ale bardzo nieznacznie. Uff, dobra nasza. Może sobie poszedł na dobre?…

We wtorek przez cały dzień czułam się tak sobie. Nie jadłam za dużo, więc dziwne samopoczucie po południu uznałam za spadek cukru i poszłam coś zjeść, ale nim na dobre zaczęłam, poczułam, że mnie mdli. Położyłam się na chwilę, niemniej samopoczucie miałam coraz gorsze – oblały mnie zimne poty, coraz trudniej było mi nabrać powietrza (o czym za chwilę), moje kochliwe serce trzepotało w piersi i ogarniał mnie coraz większy niepokój. Byłam pewna, że z moim ciałem jest coś nie tak, bo nigdy w życiu nie czułam się tak źle. Wreszcie na chwiejnych nogach zeszłam na dół i zapytałam recepcjonistę, czy może zadzwonić po lekarza.
– To ja wezwę ambulans – rzekł przejęty pan.
Mój ogarnięty czystym przerażeniem umysł jeszcze bardziej się przeraził. Jezu. Karetka, na sygnale, zamieszanie, zabiorą mnie do szpitala, a co z pracą. W obcym kraju chorować, matkobosko. Osunęłam się na fotel i wtedy ta straszna karuzela ruszyła pełną parą.

Żeby wyjaśnić tym, którzy tej rozkoszy nie zaznali – przy ostrym ataku paniki ma się niepokojące fizyczne objawy, które w dodatku nasilają się tym bardziej, im bardziej o nich myślicie, a myślicie, bo się nasilają. Innymi słowy, to upiorne błędne koło i najgorszemu wrogowi nie życzę. Ofiara takiego ataku myśli, że lada chwila będzie po niej.
Z jakiejś przyczyny lub nawet bez przyczyny wasz mózg postanawia bowiem uznać, że dzieje wam się coś złego. Organizm przechodzi w tryb „fight or flight”, więc pompuje adrenalinę jak oszalały, serce wali, powietrza wam brakuje, zaczynacie oddychać tak szybko i głęboko, jak tylko się da (co tylko pogarsza sprawę), ściska i piecze was w klatce piersiowej, niedobrze wam – ale niekoniecznie możecie zwymiotować, bo wasz układ trawienny jest zablokowany – w głowie się kręci, człowiek się trzęsie jak osika i myśli „Boże, mam zawał/epilepsję/duszę się”. Najgorsze jest to ostatnie – macie wrażenie, że powietrze nie dociera wam do płuc.
Tylko że to nieprawda.

Czuje się człowiek okropnie, ma wrażenie, że zaraz zemdleje lub umrze (pierwsze jest raczej umiarkowanie prawdopodobne, bo wasz organizm jest w „trybie bojowym”, drugie wcale nie jest, niemniej na tym etapie już nie macie kontroli nad tym, co myślicie). I naprawdę panicznie się boi, wariuje ze strachu. Ale to tylko błąd oprogramowania mózgu, który uruchamia alarm przeciwpożarowy bez powodu. Tylko że taka myśl nawet nie ma szans przebić się przez narastający lęk i wrażenie, że lada moment stracicie przytomność.

– Bardzo przepraszam za kłopot – wyjąkałam w kierunku zestresowanego recepcjonisty.
– To żaden kłopot, ludzie chorują. Mam na imię David, tak w ogóle.
Oczywiście. Nie inaczej. Wszystkie Dawidki to fajne chłopaki.

„Ambiwalentne” to właśnie to uczucie, które wam towarzyszy, gdy słyszycie coraz głośniejsze wycie syreny i wiecie, że ona wyje z waszego powodu. „Dzięki Bogu, uratują mnie” miesza się w głowie z „O k…., to po mnie, ja się boję, ja nie chcę do szpitala”. Tak czy inaczej, dźwięk gwałtownie ucichł i pogotowie objawiło się w postaci dżentelmena na motocyklu. Ale jak to. Ja tu umieram, gdzie tlen, gdzie defibrylator, czemu przysyłają samotnego gościa na motorze, jak on mi ma niby pomóc (prawda taka, że oni to wszystko i tak mają przy sobie, a ścigacz przebije się przez centralny Londyn znacznie szybciej niż tradycyjna karetka – jest to oczywiście bardzo imponujące i cool, gdyby się zastanowić, jednakże gdy widzicie światło w tunelu, to macie takie niuanse w głębokim poważaniu).
Pan przyjrzał mi się, zmierzył mi puls, nieśpiesznie zainstalował się przede mną (gościu, czemu ty jesteś taki spokojny, gdy ja tu konam?!), zapytał tylko, czy zdrętwiały mi dłonie, a gdy potwierdziłam, pokiwał głową, wetknął mi ponownie na palec pulsoksymetr i rzekł łagodnie:
– Spójrz. Ta liczba tutaj to nasycenie twojej krwi tlenem. U zdrowych zazwyczaj wynosi od 95 do 100 procent. Ty masz 100, więc twoje płuca pracują doskonale i masz tyle tlenu, ile ci potrzeba. Poza tym przed chwilą powiedziałaś całe zdanie na jednym oddechu. Myślę, że masz atak paniki. Wiem, że to bardzo nieprzyjemne i straszne, ale niedługo przejdzie.
Autorka wytrzeszczyła oczy, w które nadal śmierć jej zaglądała, ale nagle jakby mniej natarczywie.
– Myślałam, że mam zawał serca czy coś…
– Wierz mi, człowiek z zawałem wygląda znacznie gorzej niż ty w tej chwili. Wszystko będzie dobrze.
Ponieważ cała sytuacja miała miejsce w kącie hotelowej recepcji i każdy przechodzący gapił się na postać w jaskrawozielonej kamizelce pochyloną nad skuloną w fotelu kupką nieszczęścia, autorka, powoli odzyskując świadomość sytuacji, zasugerowała:
– Może pójdziemy na górę?
Gdyż to dokładnie mówi się mężczyznom poznanym dwie minuty temu.
– Za chwilę. Obiecuję, że nie zrobię ci tutaj nic poza zmierzeniem ciśnienia. OK?
– OK.
Pan zrobił, jak obiecał, odstawił mnie na moje piętro, posiedział ze mną przez dwadzieścia minut, ponownie mnie zbadał i porównawszy wyniki, powiedział wesoło, że szpital nie jest dziś dla mnie właściwym miejscem, zasugerował, żebym poszła na krótki spacer, gdy odzyskam siły, oraz skoro jestem w Wielkiej Brytanii sama, żebym dzwoniła w razie potrzeby (nie do niego, na ichni numer alarmowy – trochę szkoda, bo ratownik medyczny w kombinezonie motocyklowym i z opaską London Marathon na nadgarstku to wiecie, no, codziennie się nie spotyka).
– Chyba to dygotanie jeszcze nie przeszło ci do końca, co? – zapytał, studiując mój efektowny podpis pod swoim raportem.
– Nie, to mój charakter pisma.
– Zanim pójdę – następnym razem, gdy poczujesz, że zbliża się coś podobnego, znajdź sobie „happy place” w głowie i skoncentruj się na tym. Gdyby powtórzyło się niedługo, dzwoń.
– Bardzo dziękuję.
– Nie ma za co.

I nagle wszystko mija, tylko czujecie się potwornie wyczerpani. Wypompowani. Nic dziwnego, wasz organizm stoczył wielką walkę. Przeciwko nieistniejącemu wrogowi, ale jednak.

David tak się zestresował, że nie tylko został po godzinach, aż ratownik wyszedł spokojnie z mojego pokoju (nie ciągnąc za sobą moich zwłok), ale też rano przybył do pracy wcześniej, żeby sprawdzić, jak się miewam. Strasznie mi było głupio. Ale cóż, zdarza się. Mnie, innym ludziom. Wam, być może, choć oby nie. Piszę o tym trochę po to, żeby sobie ulżyć, a trochę, żeby dołożyć swoją opowieść. Bo takie przygody to dolegliwość jak każda inna, dotykająca coraz więcej ludzi, i nie ma sensu o niej milczeć, jakby to było wstydliwe. Nie jest. Różne organy nam szwankują – jednym nerki, innym oczy, niektórym mózg. Po prostu.

Poza tym mam ciekawą pamiątkę. Zawsze sądziłam, że hiperwentylacja zdarzy mi się pod stage door na widok jakiegoś bóstwa, a tu proszę, na hotelowej kanapie.

Prawdziwy fachowiec nie zaczyna pracy w poniedziałek

Mon Dieu.
Wróciłam w piątek wieczorem, po tradycyjnej już pogoni za samolotem przez frankfurckie lotnisko. Zdążyłam w weekend odpocząć, nasłonecznić się, przeczytać jedną średnio dobrą książkę i nacieszyć myślą, że w poniedziałek nie mam za dużo pracy.
W poniedziałek spakowałam laptop i ruszyłam do biura, rześka niczym skowronek. Coś mnie tknęło po drodze jednak, bo jakoś ciężko mi się ten laptop niosło. Zajrzałam do torby, spodziewając się znaleziska w postaci zapomnianej książki lub butelki wina, ale zamiast tego z przerażeniem skonstatowałam, że pomyliłam laptopy i zabrałam mój prywatny, nie tak nowoczesny i znacznie cięższy. Poirytowana wróciłam do domu, stwierdzając jednak, że nie ma tego złego, bo wobec tego z domu sobie popracuję. Znakomicie. Zasiadłam zatem zadowolona przed laptopem właściwym, by skonstatować po godzinie nonsensownej walki, że laptop absolutnie nie zamierza pozwolić mi się zalogować. Zadzwoniłam do miłej pani w odległym kraju na Wschodzie po pomoc, a pani po długiej inwestygacji rozłożyła rączki i rzekła, że nie ma to tamto, jedyną metodą jest udanie się do biura. Autorka zaklęła szpetnie, ponownie zgarnęła graty i po raz drugi wyruszyła do biura. Ponieważ było już mocno późno, zamówiła taksówkę. Taksówka przyjechała dość szybko, ale kierowca na wstępie oznajmił, że to jego pierwszy dzień i jeśli chcę zapłacić kartą, to on musi najpierw do kolegi zadzwonić, bo nie wie, co i jak. Następnie nieco się pogubił w mieście, a ja – z moim legendarnym zmysłem orientacji (tak, ja z tych, którzy kręcą mapą na wszystkie strony, żeby odnaleźć na niej swoje położenie, po czym ZAWSZE udają się w złym kierunku, by po przejściu dziesięciu kilometrów w niewłaściwą stronę zorientować się, że chyba coś nie tak) – nie mogłam mu pomóc. Nic to. Dojechaliśmy. Laptop odpalił. Dobra nasza.
Pięć minut później telefon.
Z informacją, że mój kolejny wyjazd prawdopodobnie przesunie się nieco. W tył się przesunie, czyli nastąpi wcześniej. Niedługo. Mogę już zacząć planować.

Ja się w sumie cieszę, tylko trochę się boję pójść z newsem do pana i władcy, bo on ma wielką cierpliwość do moich wojaży, a poza tym zawsze dostaje prezenty, ale jednak ciągłe odseparowanie to bolesna dość sprawa na dłuższą metę (sama sobie nie zdawałam sprawy, jak bardzo). Z drugiej strony ostatnio usłyszałam, że gdybym dokądś wyjeżdżała, to może on by wpadł na tydzień albo dwa. To jest całkiem istotna wiadomość, gdyż pan i władca uwielbia podróżować – pod jednym warunkiem. Że prowadzi. Bardzo to lubi, twierdzi, że go to relaksuje i faktycznie, gdy jedzie się z nim samochodem, to ten samochód jakby płynie (trochę szybko, ale jednak). Niestety słabo zna się na prowadzeniu samolotów i… boi się latać. Zupełnie jak mój ojciec, którego od lat bezskutecznie namawiam na wspólną wycieczkę.

W każdym razie był to najbardziej poniedziałkowy z możliwych poniedziałków. Bogu dziękować, że windy nie mam, bo na sto procent zacięłaby się ze mną w środku.
Teraz już z górki, co nie? Byle do piątku. W sobotę idę do Łaźni na przedstawienie z Szymonem Czackim, a ja się w nim skrycie kocham (kto się nie kocha, bądźmy szczerzy). A w kolejny weekend, uprzedzam lojalnie, unikajcie tego miejsca, bo hiperglikemia murowana. Innymi słowy, wszystko po staremu.

Lux in tenebris

Już była nasza bohaterka w ogródku, już witała się z gąską, a tu, obrazowo rzecz ujmując, dupa blada.
Innymi słowy, choć moje zesłanie do Luksemburga miało trwać niecałe dwa tygodnie, potrwa jednak trzy z okładem. Dowiedziałam się w środę po południu. Bilety oczywiście horrendalnie drogie, jako i hotel, ale to nie mój problem, nieprawdaż.
Luksemburg, jaki jest, wszyscy wiemy. Pisałam.
Lubię go i zarazem nienawidzę. O tym też pisałam.
Zaskakuje mnie czasami niebem z obrazów, olśniewającym chiaroscuro, ale proszę, ja bym chciała nieco życia! Chciałabym też wykorzystać moje bilety do teatrów w Krakowie, które kupiłam na ten akurat tydzień, a których nie wykorzystam.

Moja mama:
– Dziecko, ale ty się ubierz ładnie, jak do takiego porządnego hotelu jedziesz.
Ja:
– Jasne.
Poleciałam w dżinsach i pepegach. Taksówkarz bardzo zaangażowany.
– Bo wie pani, ja mam taką stałą klientkę i ją zawiozłem z psem do weterynarza akurat tu w Podgórzu, to tak pomyślałem, że zdążę z panią obrócić na lotnisko, bo pieskowi zabieg się kończy w południe… A dokąd pani jedzie? Luksemburg? Zawsze mi się myli z Liechtensteinem. Ładnie tam? Nie byłem. Ale to jakieś stare księstwo jest, nie? 

Wyjeżdżamy na obwodnicę. Pan kierowca gaz do dechy dociska stanowczo, fucząc pod nosem na kierowców z Wieliczki, a przy okazji nieprzerwanie monologuje. 

– Ja to Włochy kocham. Pani też? Przysięgam, kiedyś wezmę miesiąc urlopu i będę jeździł po Włoszech. Kiedyś byłem w Mediolanie, i wie pani, ta kawa! Teraz mnie trochę nie stać, bo mieszkanie remontuję, ale tak jeszcze z rok i jadę. Cała Toskania moja.
Na randce wczoraj byłem. Fajna knajpa, już pani pokażę nazwę… Też tam u nas w Podgórzu. Bardzo dobra knajpa, dziewczyna zamówiła krewetki, no drogie były, ale jak ja idę na randkę, to idę. Nie ma, że drogie. A to jest świeża sprawa, wie pani. Bo ja rozwiedziony. Przez pracę. Nie, proszę jeszcze nie wysiadać, podjedziemy pod drugie wejście, tamtędy szybciej.

– A ten piesek, po którego pan jedzie z powrotem – pytam. – To coś poważnego?
– Dwa guzy miał wycięte. Dwanaście lat. Taki mały, sympatyczny. 
– To proszę jechać.
– Do zobaczenia. Proszę tam do tego księstwa dolecieć. 
– Do zobaczenia!

Gudden Owend

Wróciłam z wakacji, przepakowałam walizkę i poleciałam do pracy. Nie pierwszy raz, ale szczerze pisząc, powoli myślę, że może czas rozważyć opcje, jak to mówią. Nawet nie z powodu takiego, iż to męczące, choćby człowiek nie wiem jak zaklinał rzeczywistość – ale z takiego, że coraz bardziej tęsknię. Na niewyspanie, zaczerwienione oczy i katar od klimatyzacji (tu pragnę podziękować pani w lotniskowej kasie, która zaoferowała mi chusteczki, mówiąc, że ma ten sam problem) można znaleźć lekarstwo. Kupię sobie fajny kremik, zjem coś dobrego, może nawet pośpię do dziewiątej w wolny dzień. Na tęsknotę lekarstwa nie ma. Tęsknoty nie ucisza nic, choćby gadało się znowu do rana – koleżka bardzo późno chodzi spać, więc niby zawsze mogę zadzwonić, ale to nie to samo. Tęsknię za tym zapachem, ale też za mamą przypominającą, czy zapłaciłam rachunki („eee… pewnie!”) i za znajomymi, z którymi można zjeść sobotnią kolację.

Luksemburg nic się nie zmienił od mojej ostatniej wizyty, poza tym, że ma tramwaj. Luxemburgery, ludzie bardzo oszczędni, strasznie byli przeciwni temu tramwajowi, bo w sumie – i taka prawda – nie jest on im bardzo potrzebny. Komunikacja publiczna w mieście jest w miarę dobra (poza nim to inna sprawa), w soboty darmowa i jak na ten kraj, raczej tania – dwugodzinny bilet kosztuje raptem 2 eurasy. Ale się uparli, bogaci, to mogą i teraz mają tramwaj, który zasadniczo ma trasę krótką, bo kursuje li po Avenue Kennedy w Kirchbergu, biurowo-europejskiej dzielnicy Luksemburga. Tramwaj jest wspaniały, siedzenia podświetlane, o każdym przystanku uprzejmie informuje inna muzyczka, ale Kirchberg to Kirchberg. Szkło w dole i ołowiane niebo w górze. Podobne do siebie, niskie biurowce. Podobni do siebie ludzie wchodzący i wychodzący do nich, kursujący na trasie biuro-hotel-biuro-hotel, z atrakcją w postaci dodatkowego kursu na lotnisko w piątek wieczorem.
I ja.
Też podobna.
Jestem przez parę dni, wyjadę, wrócę, wyjadę, jak większość tutaj. Podobna do wszystkich i do nikogo, ubrana w bezpieczne biurowe kolory, tylko może te brzęczące bransoletki mnie odróżniają. Bez bransoletek się nie ruszam, jak i bez mojego wisiorka – właściwie nigdy go nie zdejmuję, czego skutkiem wieczna biała plama na opalonym dekolcie.

Lubię Luksemburg za ten spokój i porządek, ale zarazem właśnie za to go nie lubię. W różnych miejscach byłam przez ostatnie dwa i pół roku, i tylko w tym jednym ani na chwilę nie udało mi się zadomowić. Nie wiem, feng shui nie takie czy co, ale nawet mimo posiadania znajomych na miejscu czuję się tam obco, nie potrafię się zrelaksować. Nie jestem w tym osamotniona. W mieście Luksemburg trudno nie odnieść wrażenia podobnego do tego, jakie ma się w lotniskowej poczekalni – nikt nie jest stąd. No i ta pogoda zasmucająca, przy której słynna angielska to nieomal Majorka. Oczywiście jest to kraj malowniczy i ze wspaniałą historią, a starówka jest bardzo ładna, ale nic na to nie poradzę, że czuję się tam jak w „Truman Show”, jakby to wszystko była scenografia.
We wtorek o świcie lecę tam znów.
Przynajmniej białe wino mają w porządku, naprawdę, z doliny Mozeli.

20180328_193327.jpg

A dzieci, wiem coś o tym, latają samolotem

Dobry wieczór.
Jutro jadę na urlop. Szok i niedowierzanie, ale nie będę ganiać po teatrach, tylko spacerować nieśpiesznie po górach – w tym jednej całkiem wysokiej, bo ponad 3500 metrów ma dziewczyna – i plażach kraju, w którym wszyscy wiedzą, jak mam na imię, choć im się nie przedstawiam.
Kolesie w pensjonacie, w którym zaklepałam nocleg, mówią tylko po tubylczemu, więc właśnie wysmarowałam im, spociwszy się nieco (bo ja tylko „hola”, „caña”, „para compartir”), piękny mail po ichniemu. Oby zrozumieli, bo muszą mi jutro około dwudziestej klucze do kwaterki wydać.

Z urlopu wracam w przyszły piątek. W niedzielę odlatuję do znanego z pięknej pogody i bujnego życia nocnego Luxembourg City. Na dwa tygodnie. Co dalej, zobaczymy. Pan i władca coś nawijał, że mógłby może spróbować wpaść, ale najwyższy szczyt w Luksemburgu ma 560 metrów, a długość tras narciarskich w ogóle to aż 2 kilometry. No to ja nie wiem, co on miałby tam robić. Musiałby ze mną całe dnie spędzać.
Wcale nie chcę go znowu zostawiać, jeśli mam być szczera. Wolałabym z nim na kanapie siedzieć.

Witajcie w moim życiu.

Kiedyś chciałam podróżować.
I mam za swoje.

All the small things

Mój ulubiony Niemiec podwiózł mnie w środę do domu. Miło, że zatroszczył się, bym nie wracała zbiorkomem w taki przyjemnie lutowy wieczór. Jechaliśmy w śnieżnej brei (osobiście wolę piękne śląskie słowo „ciaplyta” – ono tak doskonale oddaje istotę rzeczy, co prawda ono właściwie oznacza błoto, ale moja urodzona w Szopienicach po sąsiedzku z niejakim Kazimierzem Kutzem babcia używała tego pięknego słowa na określenie wszystkiego, w czym buty toną), zawiei i zamieci, więc jechaliśmy długo, to i mogliśmy sobie pogadać. O niczym wielkim – planach na wakacje, knajpach. Bardzo mi takiej sympatycznej, momentami nieco złośliwej gadki-szmatki brakowało.
– Zdążymy na pomarańczowym.
– To już było czerwone.
– Ciemnopomarańczowe…
– A wiesz, raz przechodziłam na czerwonym świetle i złapała mnie policja. Dawno temu.
(W Nowej Hucie, o dwudziestej trzeciej, w pobliżu nie było żywego ducha ani samochodu – poza tym jednym, radiowozem, z którego szeroko uśmiechał się do mnie policjant, i uśmiechał się tym szerzej, im głośniej wypowiadałam w myślach dobitne „szlaaaag…”).
– Oho, żyjesz na krawędzi. I co? Zapłaciłaś mandat?
– Nie. Rozpłakałam się i powiedziałam, że się zgubiłam.
True story. Zresztą naprawdę się wtedy zgubiłam.
Ulubiony Niemiec podrzucił mnie pod same drzwi niemal, bo to dobry człowiek jest. Ostatnie metry w brei (ciaplycie), zawiei i zamieci pokonałam pieszo, nie czując nawet zimna czy śniegu oblepiającego mi powieki, bowiem miałam przed sobą rozkoszną perspektywę nabywania biletów. To moja ulubiona czynność, jak wszyscy wiedzą. Jakie masz hobby? A, bilety kupuję.
Mogłam sobie na ten nieoczekiwany eksces pozwolić, albowiem dostałam premię, co mnie samą zaskoczyło wielce, bo nie sądzę, żebym faktycznie na nią zasługiwała jakoś bardzo. Bądźmy szczerzy, przez ostatnie miesiące byłam daleka od pełni sił. I wiem, że to wpłynęło na moją pracę. Nie było szans, żeby nie wpłynęło. Szczęście w nieszczęściu, że trafiłam na ludzi, których mój nagły zjazd formy zaniepokoił na tyle, że się zainteresowali, zamiast cmokać z dezaprobatą nad moim spadkiem produktywności. Nadal się dziwię, jak wiele ludzie widzą, jeśli oczywiście widzieć chcą – bo smutna prawda jest taka, jak przekonałam się przy okazji, iż wielu uporczywie nie chce zauważyć tego, że ktoś wyraźnie nie funkcjonuje jak dotychczas, że zachowuje się jakoś dziwnie. I to wcale nie pomaga. Uczulam, ladles and jellyspoons – gdy widzicie, że ktoś jakby przestał być sobą, to ma to przyczynę. Nie musicie robić za terapeutę, ale najmniejszy głask jest na wagę złota. Nie chodzi o to, by współczuć czy klepać po ramieniu, ale żeby po prostu dać komuś sygnał: hej, jestem tutaj.
Kupiłam zatem bilety (Jeremy Irons to w końcu Jeremy Irons, prawda, a jego sceniczna partnerka, Lesley Manville, ma podobno duże szanse na Oscara, więc nie ma to tamto – poza tym mój stary znajomy, Ian McKellen, wraca na West End i spędziłam wczoraj ponad dwie godziny w cholernej internetowej kolejce, ale mam; co prawda nie sposób było wybrać miejsc, a tylko przedział cenowy, więc pewnie będę siedziała w korytarzu, niemniej darowanemu koniu – królestwo za konia, oj wróć, nie ta sztuka – w zęby się nie zagląda). Dobrze jest mieć coś przed sobą. Zresztą nie tylko to mam przed sobą, bo marzec zapowiada się atrakcyjnie. Nie tylko dlatego, że w marcu pan i władca obchodzi urodziny – liczby świeczek na torcie nie ogarniam, ludzie tyle nie żyją. A jeśli żyją, to z pewnością tak nie wyglądają. No, ale on jakoś się trzyma, siedzi właśnie w tych swoich górach (gdzieżby indziej) i wysyła mi lubieżne esemesy. Nieźle, jak na takiego grzyba. W każdym razie marzec powinien być w porządku.
Zakończywszy sprawunki, odkryłam w telefonie wiadomość od mojego kolegi, którego sama onegdaj przyjmowałam do pracy. Kontakt utrzymujemy raczej od święta, ale napisał do mnie, czy przypadkiem chciałabym bilet do opery, bo on wie, że dzielimy zamiłowania. Chciałam, ale nie mogę, bo tego dnia podróżuję, niemniej ucieszyłam się bardzo, że pamiętał. Następnie odkryłam także, że PBS emitujący za wielką wodą „Victorię” udostępnił podcasty z udziałem obsady, w tym człowieka, którego żarliwie nienawidzę (a w lipcu stuknie pięć lat, odkąd go po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłam – kto by pomyślał, co się wydarzy w tym czasie?). Zawsze miło posłuchać tego warkotliwego głosiku i uroczo okrągłego akcentu, i gulgotu, ma się rozumieć. I „that’s alright”, oczywiście.
A wczoraj, proszę państwa, było moje ulubione święto. Żadne tam gwiazdki, walentynki, majówki, nie – kocham Tłusty Czwartek i zawsze będę kochać. Wrąbałam tylko jednego pączka, nad czym boleję, ale wyczytałam, że gdzieś w Krakowie podają pączki nadziewane lodami i niniejszym mam plan na weekend.
A dziś jest już piątek, nawet piątkowy wieczór. Jutro idę do teatru – szok i niedowierzanie, prawda?
Przetrwałam tydzień. Był to tydzień, w którym nie nastąpiła żadna rewolucja, ale tydzień zwyczajnie pogodny, dzięki drobiazgom, które mi się przydarzyły. Dzięki człowiekom, które były dla mnie miłe. Był to też tydzień, w którym byłam spokojna, więc dobra nasza.
Dałyśmy radę, stara.

If you think that love isn’t found on the radio, well – tune right in you may find the love you lost

Przychodzi taki moment w życiu człowieka, gdy ktoś go pyta o plany na weekend.
A człowiek odpowiada z lekką krępacją, że brak.
Z krępacją, ale i z ulgą, bo w sumie to lubi siedzieć w domu i odpoczywać, zamiast gdzieś łazić. Nie trzeba rzęs tuszować, nie trzeba się stroić, a gdyby zabrakło czekolady, to można wyskoczyć do sklepu w mitycznej piżamie.
(Dbam jednak o to, by nie zabrakło, bo kluczem do udanego weekendu jest zapełniona lodówka, i szafeczka ze słodyczami też).

Zatem umościłam się wygodnie na kanapie, słucham Cilliana Murphy’ego w radiu, piję herbatę i więcej mi do szczęścia nie trzeba. Cillian gra swoje ulubione piosenki i opowiada o nich ciekawie, i nie miałabym nic przeciwko temu, by robił to co tydzień, albowiem bardzo miło się go słucha. Poza tym cóż to za przyjemna robota, grać ludziom swoje ukochane kawałki! Zawsze marzyłam o takim zajęciu – niestety lub stety jest mocno wątpliwe, by kiedykolwiek było mi dane. Inna sprawa, że zapewne gdyby mnie to spotkało, z przerażenia nie wydałabym z siebie dźwięku. Ale Cillian wydaje i moje uszy są z tego faktu bardzo zadowolone.
No i taki to mamy piątkowy wieczór, on i ja.
O ironio. Kiedyś, w dawnych czasach, byłam duszą towarzystwa i nie wyobrażałam sobie, że można spędzić piątek na kanapie. Była to dla mnie kompletna marnacja czasu, życia, energii, seksapilu i wszystkiego. Prowadziłam życie bardzo intensywne, zawsze wiedziałam, co gdzie się dzieje, mogłam do ulubionych lokali iść w ciemno wieczorową porą, bo zawsze kogoś znajomego przy barze się spotkało. Wracało się nad ranem lub i później.
Był taki czas, że kumpli różnej maści miałam całe masy i czułam się jak królowa życia, przynajmniej taka lokalna, krakoska.
Teraz… Hm. Teraz jest inaczej.
Po pierwsze, lista kontaktów skurczyła mi się wielce. Są oczywiście ludzie, z którymi nadal utrzymuję bliskie relacje, ale jest ich bardzo niewielu. Część relacji wygasła naturalnie, część nie – trochę sama ucięłam, trochę ucięli inni, w paru przypadkach pewnie na to zapracowałam, paru nie rozumiem. Tak czy inaczej, nie jest to chyba niczym nadzwyczajnym.
Po drugie, wielu rzeczy już mi się zwyczajnie nie chce. Wszystko może się człowiekowi znudzić. W sumie moje potrzeby towarzyskie całkowicie zaspokaja pan i władca (wino jest, muzyka jest, niekiedy na żywo, ciekawe rozmowy są, ćwiczenia fizyczne są, potańczymy sobie nawet czasem, czego więcej chcieć), od czasu do czasu mogę sobie wyjść na jakiś obiad, ale żebym miała ochotę często na mieście bywać, to nie. Bo trzeba podjąć wysiłek wyjścia z domu, wyprasowania garsonki, oko wypadałoby przynajmniej jedno pomalować i jeszcze za taksówkę trzeba zapłacić, jeśli odjedzie ostatni tramwaj, a po co, skoro można sobie kupić za to książkę. Nie potrafię wskazać momentu, w którym ta zmiana nastąpiła, ale jest mi z nią bardzo dobrze. Dobrze mi z moją nudą i nie wiem, czy jest coś, co w moim życiu cenię ostatnio wyżej, niż spokój. Taki normalny, święty spokój z herbatą i radiem. A jutro zamierzam czynić dokładnie to samo i co mi zrobicie. Nauczyłam się cenić lenistwo, można powiedzieć.

January is your third most common month for madness

Dzień dobry.
Taki żarcik. W końcu jutro poniedziałek.

Początek nowego roku był trudny, co oczywiście nie jest niczym nowym – nie dlatego, że obiecałam sobie przejście na dietę warzywną, rzucenie palenia (byłoby to względnie proste, bo nie palę), zapisanie się na siłownię, oszczędzanie (autorka zaśmiała się przez łzy) czy cokolwiek innego. Schwytał mnie otóż dotkliwy dusiołek i trzymał przez dni parę. Dusiołek ma to do siebie, że zjawia się bez oczywistej przyczyny, ale okoliczności zewnętrzne nie pomagały wcale, albowiem praca wpędziła mnie w wielki stres, zdrowie nie dopisywało (czas chyba przestać sypiać zimą w stroju urodzinowym…), a i wiadomości niemal codziennie w ostatnich dniach przyprawiały mnie o chęć natychmiastowej emigracji wewnętrznej. Oczywiście wiem – mogłabym się nie interesować. Są ludzie, którzy nie oglądają, nie czytają, nie słuchają i mają się dobrze, ale ja mam wewnętrzny przymus. Trochę pozostałość z czasów, gdy jeszcze wyobrażałam sobie siebie jako przyszłego Ryszarda Kapuścińskiego w spódnicy (dziś dziękuję niebiosom, że nie pracuję w mediach), a trochę takie zwykłe poczucie, że nie chciałabym przegapić czegoś ważnego, zostać któregoś dnia niemile zaskoczona. Z drugiej strony gdy oglądam sobie przy niedzielnym drugim śniadaniu – no co, sama sobie upiekłam, sama sobie zjem – pana posła, który reportaż o naszych rodzimych neonaziolach komentuje słowy, że w Niemczech to mają jeszcze gorzej – ach, skoro tak, to luz – i panią posłankę, która dodaje, że doprawdy straszne, ale pewnych rzeczy jednak media nie powinny pokazywać, to naprawdę zastanawiam się, czy aby nie lepiej zająć się oglądaniem filmów ze skaczącymi kózkami na jutubie. Ale jednak nie robię tego. Bo mimo wszystko nie do końca chcę żyć w świecie samych ładnych obrazków i pozytywnych historii, i nie zgadzam się z panią poseł, że media tego i owego nie powinny, bo jeszcze ktoś potraktuje to jak inspirację. Ależ powinny. Jak najbardziej. Powinny pokazywać to, co jest brzydkie i nieprzyjemne, powinny mówić o ludzkiej głupocie, zaniechaniu, próżności i okrucieństwie. To jest ich podstawowa rola. Absolutnie podstawowa.
Na drugą nóżkę, och, ten pisarz powieści fantasy, który boleje, że dostał wyrok za obrażenie kobiety na Twitterze i brnie w zaparte, zamiast pomyśleć, czy może aby jednak istotnie przypadkiem nie przesadził. I czy stare dobre powiedzenie „nie czyń drugiemu, co tobie niemiło” nie ma jednak głębokiego sensu (podpowiem – ma). Ponieważ z lubością używam Twittera do stalkowania moich ulubieńców, to i niestety czasami zapędzam się w kąty, w które zapędzenia się po fakcie żałuję. Zalazłam zatem na profil rzeczonego pisarza i znalazłam całe oceany żarliwych wymiotów jego miłośników, bolejących, jak to po pierwsze primo prawdę powiedział, po drugie primo to zamach na wolność słowa, po trzecie primo jak można literata, który z definicji jest kulturalno osobo, po sądach jakichś ciągać, a po czwarte primo [tu wstawić dowolną obelgę pod adresem powódki, na ogół dotyczącą jej wyglądu, seksualności lub jednego z drugim]. Uwielbiam tę gorliwą obronę wolności słowa i zarazem kompletne, uporczywe wypieranie faktu, że za słowo należy być odpowiedzialnym. Uwielbiam przaśne seksualne aluzje w wykonaniu wannabe samców alfa, którzy sami zapewne nie chcieliby, by ktoś komentował, jak często chodzą do łóżka i z kim. Naprawdę nie trzeba pisać w internecie wszystkiego, co nam przyjdzie do głowy. Z pewnością nie to, czego nie powiedzielibyśmy komuś, stojąc z nim oko w oko. A jeśli już gębę mamy niewyparzoną, to trzeba brać poprawkę na to, że kogoś naszym strumieniem świadomości urazimy. Takie to proste.

No dobrze, tom wylała żale.
Zbieram się do teatru. Pół dnia z tej okazji ganiałam w papilotach i oczywiście włosy proste jak drut. Panu i władcy kręcą się od samego wstawania rano, gdzie tu sprawiedliwość, ja się pytam.

Lezioni di nirvana

Wyjątkowo opornie szło mi tego roku pisanie podsumowania. W dużej mierze dlatego, że wcale nie był to rok szczególnie dla mnie przyjemny. Był barwny, to na pewno. Był interesujący. Wiecie, jak to jest ze słowem „interesujący”…
Zdarzyło mi się wiele przemiłych rzeczy, przygody miałam fascynujące, ale gdyby mnie kto zapytał, czy chciałabym przeżyć to wszystko jeszcze raz, zapewne powiedziałabym, że nie. Tak czy inaczej, co roku piszę podsumowanie i oto jest.
Nie wiem, ile przeczytałam książek ani obejrzałam spektakli, ani o ile za dużo godzin spędziłam na Netfliksie. Nie mam przeboju roku (gdybyście zobaczyli moją listę najczęściej słuchanych utworów w 2017, to ja nie wiem, ja nie wiem…). Wiem, że spędziłam 117 nocy poza domem. Ale po kolei.

Styczeń. Podczas, gdy normalni mieszkańcy kontynentu odsypiają szaleństwa sylwestrowej nocy, niżej podpisana siedzi w samolocie niosącym ją z Londinium nazad do Polski. Takie sobie wymyśliła powitanie 2017 i nie żałowała.
Raptem dwa dni później pan i władca mnie uprowadza. Tamta raczej zwariowana noc bardzo wiele zmieniła i podejrzewam, że te zmiany pójdą nieco dalej, ale o tym sza na razie. Z drugiej strony także w styczniu w rączki autorki wpada jej wyczekiwana przesyłka. Autorka musi użyć dynamitu, by ją rozpakować. Jak okaże się niebawem, nie jest to wcale koniec historii, albowiem jak niektórzy wiedzą, zamiast jednego motyla mam koniec końców dwa. Oraz dwa bardzo urocze liściki, które sobie czytam, gdy mi smutno. Fragment jednego z liścików stał się moim zdjęciem profilowym na twarzoksiążce (moim jako mnie, osoby, nie mnie, blogera) ze względu na – delikatnie mówiąc – osobliwy kształt jednej z liter.

Luty. Hamlet. Ten Hamlet. TEN HAMLET. Nigdy bym nie pomyślała, że spłaczę się na słynnym monologu, ale tak właśnie się wydarzyło. Idę po spektaklu pod stage door i cała znerwicowana mówię zmęczonemu chłopakowi w roli głównej, że czuję się, jakby mnie pociąg potrącił, a on się śmieje i odpowiada, że on też. To było jedno z najważniejszych teatralnych wydarzeń mojego życia.

Marzec. Ot, jeden z tych miesięcy, które przeleciały bez niczego szczególnego. W sumie jedyny tego roku.

Kwiecień. Jeszcze zimno, gdy odlatuję do Madrytu. To zupełnie niespodziewana wycieczka – i całkiem długa, bo spędzam w Madrycie blisko 5 tygodni. Zakochuję się w tym niesamowitym mieście i jestem w nim bardzo szczęśliwa. Bo ten nieprawdopodobny lazur nieba, bo ludzie, bo kwitnące już kasztany, bo madryckie mercados z piramidami tapas zapijanymi sangrią, bo muzea. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie udała się na wielce ekspresową wycieczkę do miasta, którego nie ma – tak ekspresową, że nawet nie zarezerwowałam sobie noclegu, tylko od razu po ostatnim spektaklu pojechałam na lotnisko i przeczekałam do samolotu o szóstej. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na taki pomysł, rozpędźcie się w kierunku najbliższej ściany i zróbcie baranka. Bo nie polecam, choć dobrze się bawiłam.

Maj. Ciągle Madryt. Spędzam urodziny – samotne, ale piękne – wśród eukaliptusów w parku Retiro i na obiedzie w Juana La Loca. Odlatuję do domu z płaczem, by raptem kilka dni później pofrunąć do Włoch, do miasta świętego Mikołaja i królowej Bony. Planując ten urlop, nie miałam pojęcia, że robota szykuje dla mnie sześciotygodniową delegację w Italii, rozpoczynającą się… trzydzieści sześć godzin po końcu moich wakacji tamże. Jak nie dam rady, jak dam.

Czerwiec. Italia przez cały miesiąc. Uczę się pić Aperol Spritz i stawiam sobie za życiowy cel wynalezienie, gdzie serwują do niego najlepsze rarytasy. Włosi nawracają mnie na kawę. Oglądam włosy Lukrecji Borgii i zupełnie sama zwiedzam prześwietną wystawę o domu mody Rinascente (no, w towarzystwie przystojnego ochroniarza, którzy podąża za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie selfies z manekinami). Odkrywam bogactwo knajp w Navigli i zżerają mnie komary w parku Sempione – ale zżerają mnie tak, że zdesperowana istotnie opsikuję łydki preparatem do mycia szyb, jak radzono w pewnym filmie. Pomieszkuję sobie tam we Włochach z kolejnym krótkim wyskokiem do Londynu. Wieczorem, gdy się pakuję przed powrotem, oglądam jednym okiem BBC News i nagle wszystko we mnie sztywnieje, ponieważ raptem parę godzin wcześniej przechodziłam tamtędy. Wracam przez Weronę, bo bilet na samolot tańszy niż do Mediolanu. Zwiedzam pobieżnie w tłumie niemożebnym, wracam pociągiem do rzeczonego Mediolanu i płaczę dopiero pod prysznicem.

Lipiec. Dla odmiany, Germania. Jem sznycle i piję Apfelwein, i kupuję pierwsze Birkenstocki (o których zawsze myślałam, że prędzej mi kaktus na dłoni, niż ja takie coś przywdzieję, a potem spędziłam w tych Birkenstockach całe lato, nosząc je do wszystkiego i rozważając zakup kolejnych par), i oglądam Pride. Miły pan rzuca mi prezerwatywę, którą nadal gdzieś w którejś torebce mam – ma wielkie logo czołowej niemieckiej partii na opakowaniu, co jest nieco jakby, hm, choć z drugiej strony w odpowiednim nastroju któż przejmowałby się logo.

Sierpień. Znowu Londyn, znowu Hamlet i znowu Jesus Christ Superstar wsród lip, z głosami jakże potężnymi i wzruszeniem ogromnym (nie popieram filmowania spektakli, ale ufam, że to zrobił to ktoś, komu było wolno).

Wrzesień. Miesiąc, w którym autorka, rozochocona tempem swojego życia i niekoniecznie dbająca o swój dobrostan w tym pędzie szalonym, nagle zaczyna czuć się źle. Bardzo źle. Na tyle źle, że nie śpi – lub dla odmiany śpi całymi dniami – i wymiotuje każdego ranka. Miewa problemy z oddychaniem – i to nie takie, jak wtedy, gdy widzicie Hiddlestona we fraku, tylko jakby ktoś usiadł wam na klatce piersiowej. Jak się okazuje, nie ma co wtedy chojraczyć, tylko należy pójść do doktora, przedstawić sytuację i powolutku sobie na prostą wychodzić. Jak się okazuje, nie ma czego się obawiać ani wstydzić, bo ludziom o dziwo zależy, byście czuli się dobrze. Mało tego – są duże szanse, że ktoś zauważy waszą niedyspozycję, zanim wy sami do niej się przyznacie. I jeśli to zrobi, to należy wziąć sobie jego słowa do serca, a nie próbować nadal udawać, że wszystko świetnie, w życiu nie było lepiej, co prawda żyję z żołądkiem w gardle, nie radzę sobie z dotychczas prostymi rzeczami i myślę o ucieczce w lasy Kaukazu trzy razy dziennie, ale fantastycznie się mam.
Oczywiście dusiołka nie da się pozbyć w ciągu paru tygodni i oczywiście, że nie da się go pozbyć bezpowrotnie, niestety. I to jest mój cel na ten rok – nauczyć się znajdować równowagę. Słuchać organizmu. Nauczyć się wyczuwać ten moment, gdy za chwilę będę zbyt zmęczona/zestresowana, i reagować od razu. Dbać o to i bronić tego, a nie jechać na 7% baterii. Oraz – to będzie najtrudniejsze – nie denerwować się na zapas, nie nakręcać się.

Październik. Małymi kroczkami wychodzę na prostą. Lecę znowu do Londka, by usłyszeć z takim właśnie uśmiechem wykrzyknięte Olaaa! No, mnie też miło cię znów widzieć. Widzicie, jednak są w moim życiu rzeczy, które się nie zmieniają – dobrze wiedzieć. Zwłaszcza w kontekście upiorów wrześniowych.

Listopad. Amsterdam. Miasto, które odkrywam po kilku latach na nowo i które pozostaje cudowne. Wiozę do domu walizę pełną holenderskich serów, cała zatrwożona, że ten aromatyzowany marihuaną psy wywąchają na lotnisku. Psy nie wywąchały. Pan i władca zeżarł wszystkie, mrucząc i spoglądając na mnie miłośnie. Zawsze tak patrzy, gdy wydaję jedzenie. Gdybym była złośliwa, dodałabym, że jedynie wtedy.
Grudzień. Wrocław. Śledzę krasnale i oprowadzam cudzoziemców po mieście, którego nie znam, ale jako jedyna w zestawie znam lokalne narzecze, więc nadrabiam miną. Wracam do domu na święta, spędzam kilka dni na czytaniu, po czym mój ofiarny ojciec (jakby miał wybór) odwozi mnie na lotnisko o piątej rano, w śnieżycy aż miło, zarzekając się przez całą drogę solennie, że to ostatni raz, kiedy on mnie do jakiegoś Londynu odwozi. I żegnam poprzedni rok w tym samym mieście, gdzie go zaczęłam.
Powróciwszy do Krakowa, idę na Wesele w Starym – naprawdę bardzo trudno mi ten spektakl w jakikolwiek sposób ocenić, ale jedno wiem: owacja była momentem potężnym i poruszającym. Momentem, w którym wykonawcy i publiczność mocno złapali się za ręce – w przenośni, choć gdyby mogli, złapaliby się z pewnością. Nie da się tego teatru tak łatwo posłać do kąta. Ani widowni.

A co dalej?
Ba, zobaczymy. Nie mam planów podróżniczych – poza jednym. Planów teatralnych mam, jak to ja, co niemiara i zobaczymy, jak pójdzie z realizacją. Poza tym chcę tylko mniej tęsknić, bo to jednak był główny ból minionego roku. No i może zdrowiej jeść.

I feel it in my fingers, I feel it in my toes

Darzę wielką miłością pracowe spotkania wigilijne.
Żart.
W poprzedniej pracy były w miarę okej, bo ekipa mała i bardzo zżyta, w tej to dla mnie raczej obowiązek. Nie czuję się jakoś szczególnie związana z tym koleżeństwem (i szczerze pisząc, nie mam potrzeby jakoś bardziej się integrować, choć ludzie są bardzo mili). Niemniej jak wiadomo, czasem trzeba się pouśmiechać i powymieniać uprzejmości, więc poszłam. Rozmowa przy korzennym śledziku, zgodnie z oczekiwaniami, dotyczyła głównie niczego – trochę o śniegu, trochę o smogu, trochę o lepieniu uszek. Wreszcie, siłą rzeczy padło na noc sylwestrową.
– Wyjeżdżam – odpowiedziałam. Bo taka prawda. Sylwestra spędzam tam, gdzie w ubiegłym roku. Wracam w noworoczne przedpołudnie.
– Ale że sama?
– No… tak. Mój, eee, chłopak wtedy pracuje.
– Ojej, a to przykre. A co robi?
Aj, mój błąd. Pan i władca, widzicie, ma dość specyficzną pracę, zdaniem jednych superfajną, zdaniem drugich okropną, zdaniem moim nie mówmy o tym, bo się zdenerwuję, w każdym razie budzącą zainteresowanie. W każdym razie zwykle gdy mówię ludziom, czym się zajmuje, w odpowiedzi nie słyszę typowego uprzejmego „ahaaa…” (jak w moim przypadku) lub „czyli właściwie co?” (jak w moim przypadku). Nie nie, ludzie zwykle chcą wiedzieć więcej. Jest to jak najbardziej zrozumiałe, ale przychodzi taki moment, gdy już nie chcę mówić więcej. Wczoraj moje przesłuchanie trwało dobre pół godziny i sprawiło, że czułam się jak smażona na patelni.
Może to dziwne, ale ja nie lubię o nim mówić, niezależnie od tego, za jak wspaniałą i przystojną istotę go uważam. Niepytana raczej o gamoniu nie opowiadam, a zapytana staram się możliwie szybko zmienić temat – może to też z powodu niegdysiejszych przykrych doświadczeń, gdy ktoś uznał, że ma prawo do oceny moich inwestycji uczuciowych i dość mocno mnie tym zranił. Na tyle mocno, że był to ostatni raz, gdy tę osobę widziałam. Zadra powstała wskutek tego sprawiła, że stałam się może nadmiernie dyskretna. Z drugiej strony ja ogólnie nie lubię rozprawiać o moim życiu prywatnym, bo uważam, że dla osób, z którymi moje związki są raczej wątłe lub czysto zawodowe, nie powinno to mieć najmniejszego znaczenia. Ani nie chcę im się spowiadać, ani też nie jestem zainteresowana słuchaniem ich historii. No niestety. Ja nie z tych, z którymi można urządzić sobie ploty o facetach. Jest tyle ciekawszych tematów. Oj, wróć, to kiepsko zabrzmiało. Jest tyle INNYCH tematów.

Dziś dla odmiany poszłam po pracy na zakupy świąteczne, bo prezentów zero. I to był drugi błąd.
W przyszłym roku kupię w październiku.
Udało mi się kupić jeden prezent dla mamy, nie jestem zeń do końca zadowolona, ale jako że w tym dzikim tłumie poirytowanych ludzi zaczęło kręcić mi się w głowie, szybko uciekłam do domu. Na tarczy, znaczy. Jutro, ewentualnie w sobotę rano trzeba będzie podjąć kolejną próbę… chyba że do tego czasu znajdę w mieszkaniu coś, co mogłabym owinąć w ładny papier i podarować.
(Dobra, udało mi się też kupić dwie książki, bo akurat w księgarni nie było kolejki. Obie dla siebie. Jestem nędznym człowiekiem).

I think baking cookies is equal to Queen Victoria running an empire

Niedziele wynaleziono po to, by oglądało się programy kulinarne, leżąc na kanapie.

Dziesięć – ba, pięć lat temu nie napisałabym tego zdania, ale człowiek jednak się starzeje. A dla mnie w tym roku domowe niedziele to największa z wyobrażalnych przyjemności. Takie prawdziwe, od początku do końca, z comfort food, z kocem, z herbatą, bez pakowania się, bez myśli, że trzeba wstać o czwartej, a przede wszystkim w DOMU. W ramach podsumowania roku zaczęłam liczyć, ile nocy przespałam poza nim – ale przerwałam liczenie, bo przypomniałam sobie, że ostatnie noce tego roku także spędzę poza ojczyzną.
Idealnie byłoby, ażeby to panoiwładcza kanapa była. Niestety. Tęsknię za tym drabem ogromnie i nie mogę się doczekać, aż te ramiona rozłożyste mnie przygarną znowu. Chcę na gwiazdkę tylko tego, żebyśmy mieli czas dla siebie. Żadnych fajerwerków, brylantów, Seszeli.

Leżę zatem, oglądam, tęsknię. Myślę, że może przez rok jeszcze dam radę tak funkcjonować. Myślę, że gdybym miała znów wybierać zawód, postanowiłabym zostać cukiernikiem i piekła dla ludzi – lubię piec. To taka terapia, utytłanie łap w lepkim cieście wyśmienicie odstresowuje. A przy okazji ludzie nawet potrafią przełknąć to, com upiekła, zatem dobra nasza.
Wymęczyły mnie te ostatnie miesiące strasznie. Tak strasznie, że nawet odpocząć nie potrafię do końca.

Snappy snaps

No nie wierzę.

Blog.pl przechodzi do historii.

Wielkie nieba. Mój pierwszy blogasek tam założyłam. Żeby było śmieszniej, zrobiłam to, bo chłopak mnie rzucił i potrzebowałam miejsca, gdzie mogłabym wylewać żale. Było to wiosną 2001 roku.
(Swoją drogą, rzucił mnie dla swojej byłej i bardzo dobrze, że to zrobił – oczywiście wtedy tak nie uważałam, ale dziś tamta tragedia bardzo mnie cieszy. Myślę, że byłabym nieszczęśliwa. A tak, choć płacę swoją cenę za życie, które zawsze chciałam prowadzić, przynajmniej żyję w zgodzie ze sobą).
Blogasek tamże prowadziłam przez lat dziewięć, w czasach, gdy robiło się to dla zabawy, bo blogosfera była mała, ludzie się znali, wódeczkę razem pili, przyjaźnie były, romanse, co rusz afera wstrząsała tym światkiem. Pisało się o tym, co nas wczoraj na przystanku spotkało, a nie liczyło wejścia i publikowało listy 10 najbardziej trendy solniczek lub 25 najbardziej motywujących zdań z „50 twarzy Greya”. Na blog.pl swoje małe ogródki uprawiali naprawdę znakomicie piszący ludzie. Ludzie, którzy potrafili zrobić perełkę z historii o tym, jak rozmrażali lodówkę.
Ech.
Koniec epoki.

Ale, ale. Nie o tym chciałam.

Przeczytałam ostatnio w The Stage o tym, że producent teatralny dostał z liścia od partnera widzki, której zwrócił uwagę, bo używała telefonu w trakcie spektaklu. Rzecz działa się w teatrze Old Vic, który już i tak ma złą prasę ostatnimi czasy z uwagi na wiadomy skandal.
Fajnie, co?
Wiecie, ja jestem bardzo zasadnicza. Jeśli nie wolno, to nie wolno. Nie przechodzę przez jezdnię na czerwonym świetle (co prawda tegoroczne siedem tygodni we Włoszech sprawiło, że trochę poluzowałam tę gumkę, ale nadal za każdym razem udzielam sobie wewnętrznej reprymendy). Nigdy nie przekraczam żółtej linii. Nie wiem, czy czytaliście Aleję Słoneczną – głęboko identyfikuję się z postacią wujka w tej książce, który tak się obawiał kontroli granicznej pomiędzy Berlinem Wschodnim a Zachodnim, że kupiony batonik przylepił sobie taśmą klejącą do nogi i przemycał. Bo myślał, że nie wolno. Ja tak mam.
Ktoś może uznać, że mam kij w zadku. Może i mam. Generalnie jednak uważam, że jeśli coś jest zabronione, to jest zabronione. Istnieją, oczywiście, zakazy absurdalne, idiotyczne nawet, ale za większością z nich stoi jakiś przyczyna lub kilka. A zatem. Ja się naprawdę bardzo cieszę, gdy ludzie idą do teatru i podoba im się przedstawienie, które mnie się podobało. Ekstra. Ja się naprawdę bardzo nie cieszę, gdy minutę później widzę zdjęcie wyraźnie zrobione w trakcie przedstawienia. Tego robić nie wolno ani u nas, ani nigdzie – ze względu na prawo autorskie po pierwsze, ale też ze względu zwykły szacunek dla (kolejność przypadkowa) po pierwsze ludzi siedzących obok (wiara w to, że w ciemności widz obok nie dostrzeże światła z sąsiedniego fotela, jest mocno naiwna), po drugie dla wykonawców, którzy mogą nie chcieć być opstrykiwani ukradkiem – i zwykle nie chcą – chcą raczej, by ktoś z uwagą obejrzał. I wreszcie prawda jest taka, że podobne fotki, tak samo jak nagrania z koncertów – czyż nie kochamy tych chwil, gdy próbujemy zobaczyć nasz ukochany band na scenie przez las uniesionych rąk ze smartfonami… – są zwykle bezużyteczne. Zamazane, ciemne, gdzieś tam jakaś kolorowa plamka, która być może jest kimś sławnym, ale równie dobrze może być stojakiem na ubrania.
Na ogół nie reaguję, albowiem ja z tych nieśmiałych, więc tylko wzdycham nerwowo. Tym razem postanowiłam zareagować. I był to błąd.
Gwoli ścisłości, nadal jestem zadowolona, że w ogóle pokusiłam się o komentarz. Uważam, że złe zachowanie trzeba tępić. Ale co ciekawe, ludzie, którzy tak się zachowują, raczej nie mają poczucia, że zrobili coś nie tak. Wprost przeciwnie. Gdy zwróci im się uwagę, dostaje się w odpowiedzi „no to co, wcale nie czuję się winny/a”, a gdy powie się, że tu nie chodzi o winę, li o pospolite zachowywanie się zgodnie z zasadami – ojjjj. Generalnie get a life, gurl. Co się czepiasz. Kto ty wogle jesteś, żeby mie uwage zwracać.
Jestem widzem, który uwielbia teatr i dlatego stosuje się do zasad w nim przyjętych. To dość proste. Ktoś, kto się nie stosuje, dla mnie jest kawał buroka, ot i wszystko. Chcesz mieć fotkę przystojnego pana ze sceny? Idź za róg, przywitaj się, poproś, zapewne się zgodzi. Teatr powinien zostać w twojej głowie, nie na zdjęciach. Jeśli nie potrafisz tego pojąć, zostań w domu z popcornem z mikrofali.
Chcemy dokumentować wszystko za wszelką cenę, co może i byłoby dobre, gdyby nie fakt, że zapominamy to przeżywać przy okazji.

I cannot be felt or moved, but as you come closer, i get more distant

Gdy w poniedziałek musicie wstać o piątej i ZNOWU opuścić chałupę z walizką, po czym jechać pociągiem przez kraj posmutniały od zacinającego mokrego śniegu, to naprawdę bardzo miło znaleźć w skrzynce coś, co was uśmiecha od ucha do ucha. Są takie nałogi, którymi dobrze zarażać. Drobne niby rzeczy, które wcale nie są aż takie drobne, jak się okazuje.

Poza tym u mnie dziękuję, po staremu, co oznacza stan zawieszenia i jedno wielkie „nie wiadomo”. Piszę te słowa, ma się rozumieć, w hotelowym łóżku, bo gdzie mogłabym być. Tyle dobrego, że nie muszę martwić się o sprzątanie czy pranie, śniadanie też gotowe. Mam szklane ściany w łazience, z czego pan i władca byłby pewnie bardzo zadowolony, gdyby tu był. Żyć nie umierać. Prawie, no. No.
Udało mi się wywalczyć kilka biletów na spektakle Boskiej Komedii, co poczytuję sobie za ogromny sukces, niemniej z drugiej strony nie wiem, czy te bilety uda mi się wykorzystać, bo przecież mogę nadal być poza Krakowem, co nie byłoby niczym niezwykłym. Mam też inne bilety, bo przecież wieczór sylwestrowy trzeba spędzić w stosownym towarzystwie, ale o tym później.

Ten stan zawieszenia nieco już mnie męczy, przyznaję. Przyłapuję się na zazdroszczeniu ludziom tego, że mogą zaplanować sobie życie towarzyskie czy w ogóle cokolwiek. Niezmiennie powtarzam sobie, że sama chciałam i że nie może być idealnie – nawet gdyby z boku tak wyglądało. Wymarzona codzienność istnieje tylko na Instagramie, w odpowiednio wykadrowanych i przefiltrowanych fotach przyciętych do zgrabnego kwadratu, w postach blogerek lajfstajlowych, które radzą mi, jak mam organizować sobie czas – ten czas, którego nie mam. Wiem, że nie mogę być zachwycona moim życiem 24/7. Jeśli będę zadowolona przez połowę tego czasu, to już będzie dobrze. I generalnie jestem, mimo różnych niespodziewanych zawirowań tego roku. Nie muszę być codziennie – to jedno z odkryć dorosłości; dziołszka, musisz zrozumieć, że nie każdego dnia wszystko będzie pięknie i wspaniale. No i trudno, tak to już działa.

Splendid solitude

Śpieszę donieść, że Wrocław jest bardzo przyjemnym miastem, na mojej ulicy znalazłam krasnala (jak również, na mijanej codziennie wystawie galerii sztuki, grafikę, którą bardzo chciałabym mieć, ale boję się wejść i zapytać o cenę) i ogólnie podoba mi się bardzo. Miasto. I mają wystawę Cranacha, na którą zamierzam wpaść zamiast lunchu, gdyż inaczej to czasu nie znajdę.
Pomińmy może fakt, że usiłując rozgryźć palącą kwestię sterowania klimą i oświetleniem w pokoju hotelowym, rozregulowałam jedno i drugie całkowicie. Pierwszą noc przespałam przy „relaksującym” (tak było napisane w instrukcji) świetle i w narastającym ukropie. Nieważne.

Jedno tylko mnie tu dręczy nieco. Otóż spędzam długie dnie i wieczory z ludźmi. Z raczej przyjemnymi ludźmi, życzliwymi, zabawnymi, błyskotliwymi, to prawda. Pracujemy razem, jemy obiady razem, wyskakujemy na wieczorne drinki razem. Rankiem widujemy się w jadalni, gdy żujemy nieelegancko nasze niezdrowe śniadania, choć oficjalnie, rzecz jasna, spożywamy li komosę ryżową i popijamy takowoż ryżowym mlekiem.

Z drugiej strony cieszy mnie wielce czyjaś obecność. Tęsknię za panem i władcą, zwłaszcza wieczorami, więc dobrze mi robi na głowę towarzystwo.
Z trzeciej – mam tej obecności momentami całkowicie dość i wczoraj wykręciłam się raczej słabo, bo zwyczajnie chciałam pobyć sama. Posiedzieć sobie w moim pokoju owinięta w ręcznik, poczytać i tyle. Nawet przebywanie z bardzo kochanymi ludźmi w nadmiarze mnie męczy – potrzebuję swojego kawałka samotności – cóż dopiero z takimi, których znam od kilku dni. Nie jestem istotą jakoś bardzo społeczną, są chwile, gdy czuję, że muszę odseparować się byle szybciej. Samotność mnie uspokaja.

Na szczęście jutro do Krakowa, w sobotni poranek na lotnisko, jeden wieczór w mieście, którego nie ma (powiedziałam w końcu, że przyjdę znów), powrót, a potem jeszcze kilka dni tutaj. Właściwie to w tym roku z wolna przestaję zauważać różnice między własnym domem a hotelem.

Talk dirty to me

Wysiadł nam przedwczoraj prąd w mojej części grajdołka. Akurat tego dnia, gdy z zadowoleniem wracałam wcześniej z roboty, myśląc, jak to miło spędzę wieczór. Spędziłam bardzo miło, przy świecach. Bez herbaty, bez piekarnika, bez ogrzewania, BEZ INTERNETU, bez ciepłej wody w kranie (przepraszam za ten wulgarnie polityczny wtręt).
Bez domofonu. Co nie byłoby problemem, gdyby wasza niżej podpisana była lepiej zorganizowana i nie zgubiła klucza do drzwi wejściowych. Uściślając, nie zgubiłam go. Wywaliłam niechcący, wynosząc śmieci. Nieważne, nauczyłam się kodu na pamięć – a tę mam upierdliwie dobrą – więc radziłam sobie świetnie bez rzeczonego klucza. Jak się okazało, nie tylko ze mnie taka dupa wołowa, bo dotarłszy do domu, odkryłam, że przed klatką schodową przestępuje nerwowo z nogi na nogę kilka osób, wyczekując niecierpliwie momentu, aż ktoś postanowi wyjść, ergo drzwi się otworzą.
I wtem się otwarły.
Powiadam, Hiddleston pod stage door marzyłby o takiej ekstazie, z jaką powitany został nasz sąsiad wyprowadzający psa na spacer.

Młodzian z naprzeciwka za to odprowadził mnie pod same drzwi, „bo ja mam jeszcze dużo baterii w telefonie, to poświecę pani, aż pani drzwi otworzy”.

Ale nie o tym chciałam tak naprawdę.

Czytam sobie, wiecie, o tym pisarzu, co się nieładnie wyraził.
Czytam sobie jego obronę. Żarliwą. W wykonaniu kobiet. Pisarek, dziennikarek.
Panowie artysty mają swój język. Bo to taki kod. Tak się w pewnych kręgach mówi. Taki żarcik, poczucie humoru trzeba mieć. Oczywiście nie każdy rozumie seksistowskie żarty, ale żeby zaraz shitstorm urządzać, ojejej.
Że tak przekornie powiem, chuj, a nie kod.
Każdy głupi potrafi posługiwać się wulgaryzmami. Sama to często robię, zbyt często najpewniej, a pan i władca jeszcze to już w ogól przeklina sakramencko, gdy się zirytuje, ale nigdy nie robi tego publicznie. Kuchennej łaciny używają właściwie wszyscy ludzie, których znam. Ludzka rzecz. Natomiast to, w jaki sposób jej się używa, to już inna sprawa. To nie jest tak, że komuś wolno więcej, bo jest cyganerią. To nie jest tak, że można buraczane zachowanie tłumaczyć, iż to takie środowisko, w tym środowisku to norma. To w końcu nie jest tak, że możemy publicznie pieprzyć, co nam ślina na język przyniesie.
Wisienką w tej całej sprawie była reakcja dziennikarki, która pisarza wzięła w obronę, zaprezentowawszy przy tym kilka jego flagowych dowcipów i chyba nie spodziewała się, że ludzie zareagują na jej wpis takim oburzeniem. Te czarownie frywolne grepsy pisarza, które zacytowała, coś tam o dwóch batach, okazały się bowiem nie tyle strzałem w stopę, co upuszczeniem sobie na nią granatu odłamkowego. Zamykając komentarze, strzeliła rasowego focha i napisała coś o nienagannych zasadach moralnych adwersarzy. No lytości. Tu nie chodzi o zasady moralne, bo mój dla przykładu kręgosłup jest giętki i mam na sumieniu czyny od moralności tak odległe, jak Auckland od Krakowa. Tu chodzi o elementarną przyzwoitość i dobre wychowanie. O to, żeby nie być przykrym bucem. Rzecz zrabialna i w sumie całkiem prosta.
Nie znoszę tłumaczenia chamstwa poczuciem humoru, bo jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Jeszcze bardziej nie znoszę stosowania podwójnych standardów. Bo istotnie, gdyby taki tekst padł z ust kogoś, kogo modnie jest nie lubić, wielkie byłoby oburzenie. Ale padł z ust, wicie rozumicie, intelektualisty, reprezentanta bohemy i tak dalej, ogólnie swojego człowieka. A że swój, to będziemy kosztem pogrążania się bronić go za wszelką cenę. Ja wiem, dysonans poznawczy i tak dalej. Zdążyłam w życiu swoim niestety poznać znanych i lubianych, którzy w realu byli tak aroganckimi bucami, że aż bolało.
Tu nie ma czego bronić.
Zawsze zaczyna się od słów, taka prawda.
Zawsze jeden z drugim powie, że jedna z drugą z kijkiem w dupie nie poznała się na żartach.
Bo ci fajni, ci z poczuciem humoru takim, wiecie, to zawsze ktoś się ich głupio uczepi.
Toteż ja się ich czepiam w tym wpisie.

Grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały

A taki był piękny miniony weekend.
I komu to przeszkadzało.

Tydzień za to był sakramencko dodupny. Zaliczyłam po kolei:
– ponowny napad dusiołka,
– męski foch (nie, nie pana i władcy, on nie stosuje – jak mu coś leży na sercu/wątrobie, to wygarnie żołnierskimi słowy i po wszystkim; inna sprawa, że to drugie również ani razu w życiu mnie nie spotkało, bo stary ma do mnie jakieś niewyczerpane pokłady cierpliwości),
– rzeczonego pana i władcy brak dotkliwy, jak ja tej jego roboty nienawidzę,
– użeranie się z bankiem (serio, ja wiem, że ludzie na infolinii muszą postępować według instrukcji i do tego nie mam pretensji, ale jeśli ktoś jest niemiły, to pretensje mam – bycie sympatycznym jeszcze nikogo nie zabiło, a paru ludziom pomogło, natomiast rzucone na koniec agresywnie słodkim głosem „pozdrawiam i życzę miłego dnia” tak mnie zapieniło, że w odpowiedzi na to rzuciłam na głos do słuchawki sugestią, żeby pani się… oddaliła, jednakże wcześniej się rozłączyłam, więc się nie liczy),
– użeranie się z biurem podróży (przy okazji służbowych wyjazdów muszę z takowego korzystać i jest to zło najgorsze we wszechświecie, bo samodzielnie załatwiłabym w kwadrans to, co zajęło im trzy dni i nadal nie jestem pewna, czy cokolwiek istotnie załatwili, a wyjeżdżam za tydzień),
– wyjazd w góry, który się nie odbył, bo…
– … się rozchorowałam i zdycham na kanapie.
(Oczywiście nie trzeba było latać po Londynie tydzień temu bez płaszczyka, bo ohoho, jak ciepło, ani też spać w ostro klimatyzowanym pokoju bez piżamy, no ale ja wielce roztropna jestem).
Jakby tego było mało, dziś rano – o godzinie siódmej trzydzieści, w sobotę – obudził mnie warkot wiertarek czy innych tam szlifierek. Słowo daję, miałam ochotę rzucić Miauczyńskim z okna, ale tylko jęknęłam i naciągnęłam kordłę na głowę, zadając sobie po raz wtóry pytanie, co ja komu takiego ostatnio zrobiłam, że teraz cały świat się na mnie mści.
Cały mój człowiek jest markotny i wkurwiony, i w dodatku zamiast nosa ma jakąś spuchniętą banię, a zamiast oczu jakieś czerwonawe pinezki, więc gdy spogląda w lustro, to jest jeszcze bardziej markotny i wkurwiony.
Pomaga mi wszakże świadomość, że są ludzie, którzy o mnie dbają i chcą ze mną spędzać czas. Szczerze pisząc, czułam się ostatnimi czasy nieco samotnie. Traci się przyjaciół w życiu, wiecie – takie odkrycie po trzydziestce. Czasami jednak znienacka zyskuje się nowych w zupełnie niespodziewanych miejscach i okolicznościach. I oni pomagają przetrwać.
Oni i mniód w herbacie.

Przy tobie dżungli czuję zew

Październik. Co tu dużo mówić. Leje. Zimno w sypialni. Niebo w kolorze nietwarzowym. Studenty najechały Kraków i wszędzie tłok. W mieszkaniu włączyłam ogrzewanie, a w sobie tryb przetrwaniowy. Byle do przodu.
Dusiołek wspominany w poprzednim wpisie został wyzwany na konkretny pojedynek. Zamiast zgrywać bohaterkę i samotnie wymachiwać przed nim szabelką, poszłam do lekarza, wyłuszczyłam, co mi dolega, zostałam uważnie wysłuchana, dostałam skierowania tu i tam, dostałam piguły i zobaczymy. Piguły pomagają spać, to fakt. Wróciłam do roboty (w której na dzień dobry usłyszałam, że będę lecieć dokądś – che sorpresa!) bez wrażenia, że zamiast organów wewnętrznych mam jeden wielki supeł, to też fakt. Nie ma sensu się męczyć, powiadam.
Może to głupie, ale spodziewałam się, że doktór spojrzy na mnie jak na kogoś, kto przyszedł wyłudzić L4 i rzęzi farmazony, niemniej wbrew obawom zostałam potraktowana najzupełniej serio. Właściwie bardziej serio niż wtedy, gdy przyłaziłam z grypą, skręconym kolanem, dyskopatią czy czymkolwiek innym. Najpewniej dlatego, że sprawnie funkcjonującej głowy w sumie potrzebuję bardziej.
To chyba najbardziej dorosła rzecz, jaką w życiu zrobiłam. Uznałam, że potrzebuję pomocy i po nią poszłam.
Ale, ale. Odstawmy znerwicowanie naszej bohaterki na bok. Zajmijmy się czymś przyjemniejszym.

– Jestem zmęczony – wzdycha mi do telefonu pan i władca. – Jestem taki zmęczony, ledwo żyję…
Wierzę. Piękny pracuje dużo i w godzinach wołających o pomstę do nieba, więc wyobrażam sobie, że może odczuwać lekki spadek formy. Ale z drugiej strony znam go nie od wczoraj i wiem, że on ma przynajmniej tyle żyć co porządny kot, a poza tym, jak to mężczyzna i prawdziwy twardziel, uwielbia, gdy mu się trochę powspółczuje – tylko trochę, nieprzesadnie. Zatem, powspółczuwszy odrobinę, zmieniam ton.
– A wiesz – mówię – ostatnio robiłam porządki i znalazłam w szufladzie kajdanki. Kiedyś kupiłam i zapomniałam.
Reakcja zmęczonego, takiego zmęczonego człowieka:
– Naprawdę? Nic nie mówiłaś! Świetnie! Przyślij mi zdjęcie!
– Ty to tylko byś się znęcał nade mną.
– Pewnie, że tak. Bardzo lubię!
Wiem, skarbie, wiem.
Żeby nie było, iż tylko się znęca – zaparzył mi rano herbatę. Z miodem. Jaki to jest kochany człowiek, to ja nie wiem. Tylko mu nie powtarzajcie, bo jeszcze sobie coś pomyśli. Owszem. Wiem, że to banał i to tylko herbata.
Ale z miodem!

Wątek znęcania się zostanie pogłębiony w jednym z kolejnych wpisów, choć w nieco innym kontekście. Wszak skoro dziś środa, to znaczy, że już prawie sobota, a to znaczy, że już trochę nerwowo odliczam. To będzie męczący dzień, pod wieloma względami, ale czego się nie robi. Niestety bar w teatrze otwierają dopiero na 45 minut przed spektaklem – i jak ja zdążę sobie odwagi w płynie dostarczyć, no jak?… Duszkiem przecież nie wypiję, bo wtedy spełniłby się mój sen sprzed kilku tygodni, w którym to poszłam pod stage door pijana. Tego byśmy nie chcieli.
Oj.
Właśnie sobie przypomniałam, że nie zarezerwowałam noclegu.

When the cold rains kept on and killed the spring

Być może państwo ciekawi, jaki u mnie nastrój.
To ja otóż powiem.
Chujowy.

Ach, ta złożoność uczuć damskich. A serio – ci z was, którzy obecnie przebywają w Krakowie lub okolicach, doskonale wiedzą, że czwarty dzień wali żabami z posępnie ołowianego nieba i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek w tej sprawie miało się poprawić. Musiałam włączyć ogrzewanie, a co gorsza, włożyć rajstopy. Od marca rajstop nie nosiłam. Tragedia. Nienawidzę jesieni. Podobno są ludzie, którzy ją nawet lubią. Czy oni wychodzą z domu?… Ja rozumiem, te złote liście bardzo ładne, ale my tu nie mamy złotych liści, my mamy cholerną kurwa pluchę i ziąb, i przepełnione tramwaje, bo studenty już wracają powoli. Jak żyć. Być może w związku z tym, a być może w związku z bezlitośnie funkcjonującym kalendarzem niektórych moich narządów wszystko mnie irytuje, najbardziej rzecz jasna inne istoty i gryzę się w język oraz klawiaturę niekiedy, by temu i owej nie palnąć jakiejś złośliwości. Choć może niektóre byłyby zasadne.
Po drugie, przez trzy dni wracałam do domu po dwunastu godzinach pracy (czternastu w środę, państwo sobie wyobrażą). Zatem wczoraj najzupełniej świadomie, choć z bólem serca odpuściłam sobie transmisję Aniołów w Ameryce – pójdę za miesiąc – bo obawiam się, że ani trochę by mnie to nie cieszyło, tylko bym myślała, że jestem zmęczona i że znowu trzeba będzie wcześnie wstać. Mam naprawdę cholernie dużo pracy, z której w dodatku nadal niewiele kumam i mój poziom stresu rośnie z każdą minutą. Niecierpliwie wyczekuję października – październik powinien być lepszy, z rozmaitych powodów, o których później. Po trzecie jednakże, i to mnie naprawdę martwi, wiekowy jamnik moich praszczurów zachorzał bardzo poważnie i najbliższe dni rozstrzygnąć mogą niestety o losie biednego wrednego tłuściocha. Tymczasem praszczury codziennie wkładają ryżawego, piętnastoletniego tłuściocha do koszyczka i noszą na kroplówkę.
Ech.
Parchate czasem to życie, że aż szkoda tracić cenny czas na myśli o tym, jakie jest parchate.

Przejdźmy zatem do pozytywów.
Znalazłam skitraną tabliczkę czekolady. Nawet nie pamiętałam, że ją kupiłam.
Mój überszef przybył w tym tygodniu z gospodarską wizytą. Jak na kogoś, komu na wizytówce stoi napisane wytwornie zaprojektowaną czcionką „dyrektor zarządzający”, to trochę zaskakująca postać. W pozytywnym sensie. Widzicie, ja w życiu poznałam różnych dyrektorów z zawodu, którzy dla przykładu na zupełnie niczym się nie znali. Albo nie odpowiadali na „dzień dobry” nikogo na znacznie niższym szczeblu (true story!). Albo potrafili dostać napadu wściekłości na spotkaniu, wprawiając zebranych w osłupienie lub panikę, zależy od odporności nerwowej. Z jednym gościem pracowałam przez dwa lata i wyobraźcie sobie, że ani razu z nim nie rozmawiałam – siedzieliśmy na tym samym piętrze. Niemniej mój obecny menago jest inny. Jest przede wszystkim człowiekiem bardzo dostępnym, który trzyma się blisko swoich ludzi, zna ich dobrze, wie, kto nad czym obecnie pracuje. Pamiętam, że na pierwszą rozmowę z nim szłam jak na ścięcie, bo ja lubię denerwować się na zapas, co dobrze wiedzą wszyscy, którzy mnie znają dłużej niż trzy dni. Niemniej zamiast zostać skrócona o głowę, zostałam przywitana bardzo serdecznie, a wczoraj usłyszałam, że bardzo się cieszy z naszej współpracy, że słyszy o mnie same dobre rzeczy, że taka jestem pracowita (przeciwnie – leniwa, dlatego robię wszystko jak najprędzej, żeby potem spokojnie sobie kiwać nóżką), że takie ładne te moje dokumenty, normalnie samo miodzio. Wpatrywałam się weń z niedowierzaniem. Czyli jednak niekiedy warto wypruć sobie żyłę lub dwie.
Dodać należy, że überszef zabrał nas na kolację i cóż zamówił, będąc Włochem? Spritz! W związku z tym ja też. To nie ma szans smakować tak samo, mimo takich samych składników, ale jednak jest to trochę słońca w kieliszku, gdy na zewnątrz zacina deszcz.
Pozytyw drugi: za tydzień lecę do Londynu, bilet wreszcie kupiłam. W samą porę, doprawdy. Jedynym plusem całej tej historii z odwołanymi lotami Ryanaira jest to, że jego konkurenci ochoczo obniżyli ceny. Pewnie zmoknę, ale w sumie to w teatrach na ogół nie pada za bardzo. Tak czy inaczej, pierwszą niedzielę października już po raz czwarty będę spędzać w tym samym miejscu. Tradycja taka. Jakieś trzeba mieć.
Pozytyw trzeci: za trzy tygodnie też udaję się do miasta, którego nie ma i bilet też kupiony. Trochę zacieram rączki, a trochę robi mi się niedobrze. To będą tortury. Czas powoli zacząć obmyślać przemówienie (daruj sobie, stara, i tak zapomnisz).

A decent chap never lets his public down

Wróciłam do biura.

Biuro nadal stoi.

Ja leżę.

Pod naporem roboty, która mnie niecierpliwie wyczekiwała, gdy przez 2 tygodnie kiwałam nóżką leniwie. Dość powiedzieć, że wczoraj przejrzałam około 300 stron papierzysk, z których nie pamiętam nic, rozumiem jeszcze mniej, ale w najbliższych dniach będę musiała nauczyć się ich treści na pamięć. Dacie wiarę, że to lubię? Bo ja sama nie daję niekiedy. Mam takie chwile w życiu, gdy myślę, że chciałabym tak sobie zawodowo sadzić rzodkiewkę, dbać o zieleń miejską, wyprowadzać czyjeś zwierzaki.
A i tak spodziewałam się, że będzie gorzej. Nawet mnie brzuch rozbolał profilaktycznie. I nie pomógł wsysany przez kilka godzin Tom Ellis w Lucyferze (to fajna rzecz mogła być, gdyby tylko była nieco ostrzejsza, jakiś taki zbyt miły ten dzioboł – niemniej jak mówię, wsysałam przez kilka godzin, bo Tom Ellis należy do mężczyzn, na widok których takie melepety jak ja uśmiechają się głupawo i jeszcze głupiej zachowują. Tom jednakże aż tak znowu nie pomógł, bo kiepsko spałam, a brnięcie przez te kilogramy nowomowy przez resztę dnia sprawiło, że ogarnął mnie dojmujący nihilizm.
Na otarcie łez, z tym łbem pękającym od zbędnej wiedzy i przydługich zdań, zatrzasnęłam stanowczo służbowy laptop i obejrzałam wieczorem kolejny odcinek Victorii, ponieważ oczywiście. Bogiem a prawdą, to chyba pierwszy odcinek, który mnie szczerze zainteresował, bo troszeczkę to jednak zbyt gładkie jak na mój gust. Nie tylko dlatego, że Ernie wygląda jak Errol Flynn (nawiasem mówiąc, Errol Flynn, przy całym szacunku dla jego dorobku artystycznego, kojarzy mi się głównie z tym, że ponoć grał na fortepianie… nieważne, nie idźmy tą drogą; każdy gra, czym umie) i spogląda melancholijnie jak mój pies, gdy widzi kawałek chlebka, ale nie może dosięgnąć. I niezamierzenie, lub też wprost przeciwnie, całkiem niezły dowcip udał się scenarzystce, gdy Ernie proponuje, by bal na dworze królewskim miał motyw średniowieczny i mówi bratu, iż ma nogi Plantageneta. Tak, wiem. Tylko ja zapewne miałam natychmiastowe skojarzenia. Przychodzi taki moment, gdy wiecie, że obejrzeliście/przeczytaliście za dużo, bo zauważacie powiązania tam, gdzie ich nie ma. Oglądam za dużo period dramas.
Poza tym Rufus Sewell ma ciągle zniewalająco zielone oczy i głos jak papier ścierny, i zaprawdę rozumiem rozpacz widzów, którzy woleliby – kosztem ogromnych nieścisłości historycznych – żeby został. Nie sposób nie kochać. Takie miłości, nawiasem mówiąc, są bardzo bezpieczne i wygodne, niekłopotliwe, nie jak ten lubieżny gamoń, co mnie obudził dziś esemesem o PIĄTEJ RANO. Cisnęłyby mi się na usta różne ciepłe słowa, gdyby nie to, że przywykłam. O ileż prościej byłoby żyć w komfortowym wielokącie z nieświadomymi niczego bóstwami z telewizora. Ale kto by mnie wtedy tak pięknie wytrącał z równowagi?…

Knights in white satin

„Leżę w łóżku i myślę”, pisze mi pan i władca.

O nie.
Nie rób tego.

Ja go znam, ja wiem doskonale, co wychodzi z jego myślenia.
Obawiam się tym bardziej, że ostatnio mu jojczyłam, jak bardzo bym chciała dokądś pojechać – nie na Seszele, raczej na wielką wyprawę pod Kraków – i zgodził się, że to świetny pomysł.
Z drugiej strony nie musimy donikąd wyjeżdżać. W domu też byłoby dobrze.
W ogóle coś dziadziejemy, powiem wam w sekrecie. To już ten czas, gdy wizja udanego wieczoru przedstawia się następująco: „to ja coś ugotuję, a ty zadbasz o płyty i stare filmy”. Balować do rana (czy raczej od rana…) nadal potrafimy, ale wyłącznie we własnym towarzystwie, w czterech ścianach, w pościeli, w kuchni ewentualnie. Na miasto wychodzić? A po co? Aż takiej palącej potrzeby nie ma. Już byliśmy. Już widzieliśmy. W pewnym momencie siedzenie z kimś na kanapie naprawdę staje się wielką atrakcją. Czymś, o czym się szczerze marzy.
Zabawne. Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, sądziłam, że nigdy mnie to nie spotka. Żywo pamiętam, jak się kłóciłam (nnno… może to za duże słowo, bo ja nie kłócę się za bardzo z natury) z moim pierwszym poważnym chłopakiem, który był wielkim domatorem i nie znosił knajp, podróże mało go interesowały – chyba że w góry. Nie potrafiłam tego zrozumieć, ja, ze swoim „rano na kawę do miasta, poprzyglądać się ludziom i posłuchać ich gadania, a wieczorem na tańce”. Chciałam dużo bywać i chciałam bywać z nim, korzystać z miejskich atrakcji, byle więcej i gęściej. A teraz? Moją absolutnie ukochaną miejscówką jest adres pana i władcy, gdzie mogę robić wszystko, chodzić na golasa, jeśli tak wolę (dziwne, ale gospodarz nie ma nic przeciwko), pić piwo z butelki, zamęczać go folkowymi smętami, a on mnie bootlegami Foo Fighters – i dobrze jest. Wszystko poza tymi ścianami jest całkowicie zbędne.

Oczywiście on może również rozmyślać o tym, jak mnie otruć i utopić w Wiśle, ale jakoś naiwnie wierzę, że myśli o czymś innym.

Resztę urlopu spędzam zaprawdę pasjonująco, to jest śpię do oporu i czytam książki, kilka naraz. Czasami gotuję. Oglądam seriale. Henna na włosy i olejki na facjatę. Pogoda brzydka, więc nie mam wyrzutów sumienia. Robię za nianię dla dwóch nieustannie drących koty psów i przy okazji oswoiłam sobie trzeciego, wiejskiego powsinogę bez jednego oka. Na wsi stacja radiowa gra przeboje sprzed dekad, zawsze jest porządny obiad, a nie sandwich złapany po drodze. Budzik nie dzwoni. Zostały jeszcze dwa dni i trochę się obawiam powrotu do, nazwijmy to, normalności.
Taki był plan, albowiem wszyscy wiemy, jak wyglądały poprzednie cztery miesiące – samolot, samolot, samolot, samolot, samolot. Dziwnie być wyspaną i robić nic. Troszeczkę tyłek mnie świerzbi, to prawda. Obiecuję sobie, że na kolejne wakacje pojadę daleko, byle dalej. Żebyście mieli co czytać.
Na razie muszę trochę normalnie pożyć.
Wcale nie chcę, jeśli mam być szczera, ale wiem, że mój organizm tego potrzebuje. I moja głowa też.

If wind be with me

Normalni ludzie jadą na wakacje plażować.
Ja o piątej rano siorbię kawę na lotnisku w drodze do Anglii, pod cichym wrażeniem faktu, że państwo przede mną zapłacili za dwie jajecznice, dwie kawy i dwie pięćdziesiątki skromne sto szesnaście złotych. Jak tu lotnisk nie kochać, nieprawdaż.
Wsiadam.
– Wie pani, ja się tak boję latać, że mnie każdy włosek boli – wzdycha pasażerka obok. Cóż mogę rzec. Jej towarzyszka za to przez całą drogę przylepia nos do szyby, zachwycona chmurami i tym, że skrzydło się rusza.
Upiorne lotnisko Luton, pociąg, kolejna niedobra kawa, szybki zrzut tobołów w hotelu, marsz do teatru. Na Hamleta. Ponownie na tego Hamleta, jedynie słusznego, Hamleta naszych czasów, wszechobecnej infiltracji, postprawdy, mediów podglądających nas na każdym kroku. Hamleta cichego i wściekłego zarazem, który zadaje sobie i widowni pytanie – czy to ja naprawdę jestem wariatem? Czy to ten świat oszalał? Czy może jednak ja?… Jak po wielokroć pisałam, nigdy nie przepadałam za tą sztuką. Ten Hamlet, grany przez drobniutkiego Irlandczyka o oczach jak węgle (mama, z którą przed wyjazdem oglądałam Pięknego drania, spytała, czy on naprawdę ma tak ciemne oczy – otóż ma). I znowu się popłakałam jak głupia, choć wiem doskonale, jak ta opowieść się kończy. Bo on wam trafia wprost w serce, brzuch i płuca, on wam szemrze do ucha, żeby za chwilę wrzasnąć. Widzicie i czujecie, że to obolały człowiek, który usiłuje nieskutecznie dowieść, że spotkała go wielka krzywda. Ma rację, czy sobie ubzdurał to wszystko, szalejąc z rozpaczy?…
Bardziej wszakże podobała mi się okładka programu z Almeida Theatre – dopiero niedawno skojarzyłam, że to ścisłe nawiązanie do słynnego obrazu Ofelii – niż ta nowa. Mimo że ta druga mówi równie wiele, bo oto Hamlet, z zegarkiem na nadgarstku (zegarki są bardzo ważne w tym spektaklu…), stoi w rynsztunku szermierza. Mój czas mija, mam walkę do stoczenia. A ostatnia scena to przecież właśnie pojedynek.

Niemal prosto stamtąd udałam się do Regent’s Park.
Zawsze czuję się tam jak w innym świecie. Mam wrażenie, że całe zło zostaje za tą niepozorną bramą, a wewnątrz, w tym tajemniczym ogrodzie, nic nie może was dotknąć. W Open Air Theatre śpiewają ptaki, pachnie jaśmin i werbena, promienie zachodzącego słowa przeświecają przez liście. To duży teatr, ale niesłychanie intymny.
Ten Jesus Christ Superstar to jest, bez kozery powiem, arcydzieło. Dlatego, że twórcy – zgodnie z oryginalnym zamysłem – postawili na prostotę. Żadnej tam wyrafinowanej scenografii, żadnych kostiumów (poza oślepiająco złotym płaszczem Heroda i glanami Poncjusza Piłata). Zwykłe szare koszulki i trampki, band nawalający po garach z całą mocą i wokale arcypotężne, niosące się do gwiazd. Cały ten spektakl to tylko czar głosów i światła. Bez żadnych zbędnych fajerwerków. Za to z oszalałą owacją na stojąco. A scena chłosty jest niezmiernie bolesna i przykro się to ogląda – mimo że zamiast bata używają brokatu. Uważam, że to ten spektakl powinien trafić do kin jako przykład tego, jak się robi rock-operę.
Śpieszę donieść, że i tym razem nie zgubiłam się, wychodząc zastosowawszy starą dobrą metodę „wystarczy iść za tłumem”.
W dzień następny, wyspawszy się prawie dobrze, udałam się na południe miasta, do motylarium w ogrodach muzeum Hornimana. Muzeum Hornimana, leżące nieopodal Crystal Palace, nie jest miejscem zbyt popularnym wśród turystów, a szkoda, bo latem to czysta radość – poza tym perłą zbiorów jest kolosalny wypchany mors. Londyn, co trudno dostrzec, gdy człek porusza się po ścisłym centrum, jest miastem położonym na wzgórzach. Z dwóch przeciwległych, jednakowo pięknych miejsc – Alexandra Palace i Crystal Palace właśnie – można bardzo dokładnie obejrzeć sobie jego panoramę, ze szklanymi wieżami City połyskującymi na horyzoncie. Można też tam kupić sobie lody i usiąść na trawie wśród ganiających wiewiórek, obserwując miasto, które z tej perspektywy rozciąga się dosłownie u waszych stóp. Ale o czym to ja?… Ach, tak. Motylarium.
Jak powszechnie wiadomo, jestem wielką fanką wszystkiego, co lata. Samolotów. Ptaków. Motyli. Nie będę znów przytaczać moich historii z czasów, gdy sama w powietrzu bujałam, aż raz przez własną nieostrożność rąbnęłam o glebę i tak moja przygoda się skończyła. W każdym razie, głęboka fascynacja wszystkim, co ma skrzydła, pozostała. Zatem gdy dowiedziałam się o otwarciu motylarium, wiedziałam, że pójść muszę. I poszłam. Niewielkie ono jest, wielkości mojej kawalerki, ale czarowne. Bo oto wchodzicie, pani przy wejściu prosi was, byście poruszali się ostrożnie, bo te kruchutkie stworzenia mogą usiąść na was albo na chodniku tuż obok waszej stopy. Krąży ich tam masa – piękne, ogromne jak męska dłoń. Ciekawskie. Pozują do zdjęć, lądują na ramieniu. Przed wyjściem należy obejrzeć się w lustrach, by żadnego motylka nie wynieść na sobie.

Nacieszywszy się motylami, pojechałam sobie nazad do miejskiego Londynu, nad Tamizę, gdzie czekało na mnie towarzystwo z Read Not Dead, z piękną i zabawną sztuką pod tytułem Sappho and Phao. Tym razem sporo ludzi przyszło, zatem przez blisko trzy godziny widzowie musieli ze sobą niechcący flirtować, gdyż każda zmiana pozycji na wąskiej ławeczce wymuszała kontakt cielesny z osobnikiem siedzącym obok. Ale tam to nikomu nie przeszkadza, po prostu nie da się inaczej i trudno.
To sztuka tyleż urocza, co raczej pozbawiona jakichś szczególnych zwrotów akcji, a i fabuły w sumie. W dużym skrócie idzie o to, że marynarz Phao pada „ofiarą” bogini Wenus, która zmienia go w najpiękniejszego mężczyznę na świecie. Pewnego dnia Phao przewozi Safonę, która wskutek tego spotkania zapada na uporczywą i doskonale znaną kobietom chorobę – nie może spać, jeść też nie bardzo… W tym samym jednakże czasie w Phao zakochuje się sama Wenus.
Głupawe to może trochę, ale wdzięcznie słodko-gorzkie, bo Phao w końcu opuszcza swoją Sycylię, bez żadnej z dam u boku.
A propos słodyczy, grający Kupidyna Jamie Askill (Kupidyna nie dość, że ślepego, to jeszcze nierozgarniętego – według znawców ta postać to pierwowzór szekspirowskiego Puka i rzeczywiście podobieństwa są wyrazne) w jednej scenie zeżarł całą bombonierkę czekoladek. Podziwiam. Phao natomiast istotnie był śliczny, szczupły, długi i sprężysty. A po tym, jak go Wenus przemieniła w bóstwo, pojawił się na scenie z urożówionymi policzkami i usteczkami, przeglądając się kokieteryjnie w lusterku.
A potem panowie walili młotkami w wiadra i śpiewali niezrozumiale, ale za to głośno.
Ot i całe Read Not Dead.
A wiecie, kiedyś ludzie najbardziej w nie zaangażowani nakręcili jedną scenę – gdy Phao odwiedza zakochaną w sobie królową z koszyczkiem ziół. Ponieważ nie znoszę osoby, która bierze w tym udział, nie będę tego linkować (ale te zdechłe ziółka bawią mnie niezmiennie). A nawiasem mówiąc, za równe sześć tygodni od dziś nastąpi na tym blogasku powódz budyniu i lukru. I toffi. Ale to dopiero za sześć tygodni. Nieważne.

W poniedziałek – co ja robiłam w poniedziałek?… Ach, tak. Trochę się ponasłoneczniałam nad rzeką, a następnie poszłam na wystawę do Barbican Centre, dość raczej fenomenalną, a poświęconą science fiction. Od Gigera do Lema, od Metropolis po Ghost in the Machine. Szkice, książki, fragmenty filmów, skafandry kosmiczne i roboty. Arcyciekawe – nawet dla tych, którzy umiarkowanie lubią tematykę. Z tejże wystawy podreptałam do Trafalgar Studios, obejrzeć na scenie Stockard Channing. Tak – TĘ Stockard Channing (wiecie, jaka ona jest w istocie malutka?…). I Josepha Millsona, jednego z wielu, w których skrycie się kocham, ale doprawdy trudno nie. Apologia to taka sztuka z gatunku „niby nic się nie dzieje” – prosta historia, dorosłe dzieci przyjeżdżają na urodzinowy weekend do matki, która właśnie wydała pamiętniki. Uściślając, przyjeżdża jeden z braci ze swoją nieznośnie amerykańską narzeczoną. Drugi natomiast… wiecie, jak to mówią. It’s always the other brother. Obu dzielnie gra wspomniany Joseph. Zatem niby nic się nie dzieje, a jednak widzowi troszeczkę serce pęka, bo w tej rodzinie kipi od niewysłowionych żali.
Tu muszę dodać, że za bardzo dobry bilet zapłaciłam raptem 15 funtów, dzięki TodayTix – takiej uciesznej aplikacji na telefon, która sprzedaje bilety na ten sam dzień w zabawnych cenach. Oczywiście może się okazać, że się nie załapiecie, ale polecam serdecznie.
Wtorek. Najpierw do Globe, potem na West End. Król Lear, przyznam, podobał mi się umiarkowanie – może dlatego, że to nie jest moja ulubiona sztuka. Obsada owszem, wspaniała, ale coś mi jakoś nie grało. Za to oglądane kolejnego popołudnia w tym samym miejscu, w ulewnym deszczu (matko jedyna, jak ja zmarzłam) Wiele hałasu o nic to istotnie było wiele hałasu, ale bardzo radosnego i barwnego, czysta przyjemność. Polecam serdecznie, jeśli będziecie mieli okazję. To nie był najlepszy sezon dla Globe (i to widać po widowni – pamiętam spektakle, gdzie jako groundling stałam w bardzo gęstym tłumie, a i balkony były pełne), ale to przedstawienie bardzo im się udało. Przeniesienie historii do Meksyku wczesnego XX wieku i okraszenie jej żywą latynoską muzyką to był śmiały pomysł, ale zadziałał doskonale, a w zimny i deszczowy dzień oglądanie czegoś tak kolorowego i dynamicznego było błogosławieństwem. Ale, ale. Powracając do wtorku. Po tym dobrym, ale nieszczególnie porywającym Learze wpadłam na chwilę do hotelu, zmieniłam gacie na bardziej szykowne i udałam się na Kotkę na gorącym blaszanym dachu. Bez żadnych szczególnych oczekiwań. Bogiem a prawdą, zarezerwowałam bilet z powodu tego zdjęcia.
I pragnę powiedzieć, że ten oto dżentelmen – w rzeczywistości niewysoki raczej i niepozorny, mimo że na scenie wygląda jak kawał byka; nawiasem mówiąc, opuścił teatr na rowerze – absolutnie ukradł show. Nie dlatego, że przez większość spektaklu występuje albo nago, albo w mokrej i rozchełstanej piżamie. Ma piękny, chrapliwy głos. Gdy się wkurwia i rozwala kulą wazon (siedziałam w drugim rzędzie, więc błyskiem skuliłam się w fotelu), jest trochę straszny. Ale w drugim akcie, rozmawiając z umierającym ojcem o tym, dlaczego pije, jest przejmujący, cichy i smutny, ot, pęknięty człowiek, który nie poradził sobie za dobrze z życiem, który czuje się zatrzaśnięty w klatce swojego nieudanego małżeństwa, który będzie dolewał sobie kolejne banie, aż mu w końcu kliknie – this click that I get in my head that makes me peaceful. I got to drink till I get it. Sienna Miller nosi w tym spektaklu piękną, lśniącą suknię, ale jej sceniczny partner błyszczy znacznie bardziej, chwilami przyćmiewa ją zupełnie. Takie prawdziwe, żywe mięcho aktorskie. O tyle prawdziwsze, że O’Connell faktycznie trochę się wyciorał życiowo za młodu, więc doskonale wie, o czym ze sceny opowiada.
Jest to też spektakl piękny wizualnie – i będzie wyświetlany w kinach w ramach NT Live, więc polecam naprawdę.

A potem to już lotnisko, samolot, w którym zasypiam nad książką – i dom. Znowu dom.
Choć gdzie ten dom… Gdzie ten mój dom?

All bound for Mu Mu Land

Wakacje za chwilę, więc pakuję się pracowicie. Jak widać.

Dobra. Spakowałam się w dziesięć minut po powrocie z roboty wczoraj. Jeśli lecę z samym podręcznym, mogę to zrobić pijana i z zawiązanymi oczami. Z wyjazdami na dłużej jest trochę trudniej, ale mimo wszystko nabyłam wystarczającej wprawy, żeby zrobić to szybko. Pakowanie lubię, przynajmniej w tamtą stronę, bo z powrotem to na ogół wzbijanie się na wyżyny kreatywności („no domykaj się, dziadu” wysyczane przez zaciśnięte zęby podczas dociskania walizki kolanem, oraz przechodzenie przez lotniskowe kontrole w dwóch kurtkach, parą butów wystającą z torebki i kilkoma pachnącymi jeszcze drukarnią książkami pod pachą, ponieważ ja bardzo marznę, potrzebuję obuwia zmiennego i nie zniesę dwugodzinnego lotu bez sześciuset stron do przeczytania. Ręka w górę, kto tego nie doznał. Nie widzę).

Ale, ale.
Co roku w sezonie ogórkowym czytam, jak to strasznie, fatalnie, odrażająco zachowują się Polacy w podróży. Wszędzie. Na blogaskach, na fejsie, w prasie.
I wiecie, co roku bardziej mnie to wkurza.
Patriotka to ze mnie umiarkowana, ale nie mogę, po prostu nie mogę czytać, jak to te cebule panie dziejku zachować się nie umiejo.
Z turystyką zorganizowaną rozstałam się dość wcześnie i nie zamierzam wracać do tego rodzaju rozrywek, przynajmniej dopóki potrafię samodzielnie znaleźć drogę do toalety. Nie moje klimaty. Niemniej podróżuję dużo i dużo widzę. I zdążyłam zauważyć, że trzeba być cholernie uprzedzonym, by przypisywać słomę wystającą z plażowych japonek czy też górskich traperek wyłącznie Polakom. Że ojejku, jakie z tych Polaków buroki, bo klaszczą przy lądowaniu (polecam podróże w towarzystwie Włochów), ustawiają się do bramki godzinę wcześniej, jeżdżą do polskich stref z kotletem i Tyskim, totamto. Generalnie dokąd zmierzasz, narodzie.
Otóż mogę wymienić szereg denerwujących przypadków, które mnie spotykają w podróży.
Na przykład uporczywe wpychanie bagażu do schowka, na czyjś inny bagaż, nie bacząc, że wewnątrz owego mogą znajdować się szklane zakupy z duty free.
Na przykład guzdranie się. Nienawidzę. Cieszę się, że donikąd się nie śpieszysz, człowiecze, że masz all the time in the world, ale ja – niekoniecznie. I nie rzucaj mi spojrzeń z gatunku „ojej, minuta cię zbawi, poważnie?” (mam akurat świeże doświadczenia z wczorajszego poranka, z panią w dworcowej kawiarni, która przez pięć minut nie mogła zdecydować się na kawę, a gdy już wreszcie to zrobiła, to jęła dywagować nad tym, czy chce babeczkę z lukrem, czy z posypką, a za nią rosła kolejka podkurwionych pasażerów, którzy chcieli tylko czarną kawę na wynos; o ludziach potrzebujących kwadransa, by wysiąść z samolotu i nie reagujących na grzeczne prośby o przepuszczenie, nie wspomnę).
Na przykład upijanie się w sztok w podróży. Istnieje zasadnicza różnica między wypiciem dwóch lampek wina a obaleniem flaszki żołądkowej, choć pozostaję pod wrażeniem tego, że można w pojedynkę flaszkę obalić w niespełna dwie godziny.
Na przykład wtranżalanie się w moją przestrzeń osobistą. Ja wiem, że podróżowanie ma to do siebie, iż rzadko odbywa się w luksusie, ale masz swój fotel, człowiecze, to na nim siedź. Nie znamy się na tyle dobrze, bym chciała dotykać twojego uda przez całą drogę.
Na przykład zajmowanie dwóch miejsc i przewracanie oczami, gdy ktoś chce skorzystać. Albo zajmowanie czyjegoś miejsca, bo lepsze.
Na przykład oglądanie filmów lub też słuchanie muzyki bez słuchawek.
Na przykład imprezowanie do późna w hotelu, w którym pokoje nie są dźwiękoszczelne. Imprezowanie w hotelu w ogóle. Kiedyś jeden dżentelmen się pomylił i uparcie chciał wleźć do mojego pokoju – zamkniętego od wewnątrz, ale i tak szarpanie za klamkę wystarczyło, by postawić mnie na nogi i przestraszyć w środku nocy.
Na przykład robienie zdjęć w miejscach, w których robić ich nie wolno.
I tak dalej.
Żadne z powyższych nie jest naszą narodową specjalnością. Absolutnie żadne, bowiem wymienione wyżej przypadki zaobserwowałam lub odczułam na własnej skórze w wykonaniu przedstawicieli rozmaitych narodowości.
Tak gwoli ścisłości, na krajan w podróży zirytowałam się tylko raz – może „zirytowałam” to za duże słowo, ale do dziś żałuję, że cięta riposta przyszła mi do głowy parę godzin po fakcie. W Paryżu mianowicie, minionej jesieni, gdy którejś deszczowej (oczywiście…) soboty poszłam na Montmartre i zatrzymałam się w knajpie na obiad. Zamówiłam zupę cebulową, zamówiłam kaczkę, deser i kwaterkę wina, po czym usłyszałam znad sąsiedniego stolika rozbawiony damski głos, mówiący w języku Reja:
– Ty kurde słyszałaś? Ona zamierza to wszystko zjeść?
Zamierzała. I zjadła.

(A gdy wrócę z miasta, którego nie ma, to jadę w Tatry. W Tatry! Tylko mojego wysłużonego, przemoczonego przewodnika Nyki nie mogę nigdzie znalezć).

At night I dream that you and I are two plants that grew together, roots entwined

Wyjechałam na weekend do familii na wiochę – i masz. Codziennie o ósmej trzydzieści sąsiad z domu naprzeciwko odpalał piłę, by punktualnie godzinę pózniej ją odłożyć. Gdybym tylko umiała strzelać z procy… Przez całe dwa dni lało – pogoda taka, że tylko zagrzebać się pod kołdrą z jakimś stosownie rozgrzanym ciałem i tak zostać, ewentualnie wyskakiwać prędziutko po herbatę lub wino. Niestety ciała w pobliżu brak, bo pracuje, nie po bożemu.
Plus jedynie taki, że przy szumiącym deszczu znakomicie się śpi.

No i właśnie.
Miałam sen.

Nic nowego pod słońcem, ma się rozumieć. Wszyscy śnią. No, prawie wszyscy. Niektórzy zapamiętują więcej, inni mniej. Niektórzy mają sny przyjemne, inni koszmarne. Ja koszmary miewam szczęśliwie rzadko, a jeśli nawet, to zawsze przewijają się w nich te same dwa-trzy motywy. W snach bardzo często podróżuję – ale NIGDY nie latam, zwykle bywam w miastach, które w rzeczywistości dobrze znam, ale w snach są większe albo jakieś dziwne (na przykład według mojego uśpionego umysłu z mojej ulicy można pieszo ruszyć w góry), często się z kimś obściskuję, vide niedawny przypadek brata pana i władcy, spuśćmy zasłonę milczenia; często jestem w pracy. Czasami przez kilka lub kilkanaście nocy śnią mi się te same osoby i wydarzenia (inna rzecz, że ja potrafię śnić w odcinkach – nie pytajcie, jak to działa, bo nie wiem). A przed ważnymi, wyczekiwanymi momentami, gdy moja świadomość już pomaleńku nastraja się na to, co nadejdzie, to dopiero się dzieje.
Śniło mi się zatem, że moja firma wysłała mnie do Londynu. Na kurs językowy. Widocznie uznali, że mi potrzebny. Londyn był do Londynu niepodobny, a pośrodku wznosiła się kolosalna gotycka katedra z niebosiężną iglicą (profesorze Freud?…). No i chodziłam dzielnie do szkoły na zajęcia. Miałam… bardzo nietypowego nauczyciela, że to tak okrągło ujmę. Bez nazwisk. Znałam odpowiedzi na wszystkie jego pytania, ale potrafiłam z siebie wydobyć tylko jakąś nonsensowną jąkaninę (co, jak wiemy, jest dla autorki zupełnie nietypowe, bo przecież ona zawsze wygadana, że hoho, nieprawdaż), zatem ostatniego dnia, by uniknąć dalszego wstydu i kompromitacji, ukrywałam się przed tymże belfrem szanownym w damskiej toalecie.
Nie będę tego komentować nawet.

Oczywiście to wszystko to poniekąd zapowiedź tego, czego się spodziewam w najbliższych miesiącach – i tygodniach, poczynając od najbliższego, bo raptem za 168 godzin o tej porze będę się wiercić na ławeczce w Sam Wanamaker Playhouse i zaśmiewać z historii o pięknym marynarzu, w którym ponoć zakochała się Safona, ba, sama Afrodyta też. Och, ale co tam Safona, spójrzcie na to zdanie w opisie wystawy, na którą się wybieram: Please be aware that the butterflies may land on you.
Jestem podekscytowana, jakbym od dawna donikąd nie wyjeżdżała, jakbym nie była tam nie pomnę już ile razy. To silniejsze ode mnie, ta radość. Nic dziwnego, że nawet moje sny mówią mi: „już niedługo, już niedługo”…
No, ale w tej toalecie to chować się jednak nie zamierzam.

Chyba.

Let’s get it on

Moje włoskie zakupy zdały egzamin. Zwykle unikam wysokich obcasów, ale bracia i siostry z Półwyspu Apenińskiego naprawdę znają się na rzeczy.


Tym samym wczoraj zasnęłam jakoś około czwartej, a niedługo przed siódmą obudziło mnie zapamiętałe chrapanie. Spojrzałam w lewo i skonstatowałam bez zaskoczenia, że chrapanie dobywa się z mumii szczelnie i całkowicie owiniętej w kordłę – szacun w taką pogodę. Zawsze kordłę kradnie.
Przed siódmą, a to oznaczało, że zaraz w mieszkaniu rozlegnie się seria dzwonków strategicznie rozmieszczonych budzików. W tym szaleństwie jest metoda – kolega ma kamienny sen. Do tego stopnia, że niekiedy rozważam przytknięcie mu lusterka pod nos. Niemniej nie znosi się spóźniać i bardzo nie lubi spóźnialskich (powiadam, uwielbiam go, ale w życiu nie chciałabym z nim pracować). Jeden z tych budzików dzwoni tak przeraźliwie, że człowiek wyskakuje z pościeli i ze skóry, co raz mi się zdarzyło, gdy zresztą pan i władca akurat nie musiał świtem do pracy się zrywać. Podczas gdy ja złapałam się za serce, pan i władca podniósł się, nie otwierając oczu, walnął pięścią w diabelskie urządzenie, wymamrotał obelżywe słowo, dał mi buzi i padł bez życia na poduszkę.
Dlatego ma ich kilka.
(Mam na myśli budziki. Choć żyć też jest więcej niż jedno, jak sądzę).

Kiedy mumia nie jest mumią, tylko żywym i energicznym osobnikiem, nie mogę przestać gapić się nań w zachwycie. Jak krąży po pokoju na bosaka, z wilgotnymi po kąpieli, skręcającymi się włosami i peroruje zawzięcie, wymachując przy tym rękami i zupełnie nie zwracając uwagi na trzymany kieliszek wina, naśladując ludzi, o których opowiada i imitując dźwięki. Takie trochę ptasie radio w ludzkim wydaniu. I emanuje przy tym tą swoją nieprawdopodobną zmysłowością, na którą mnie złowił i która nadal na mnie działa jak nic innego na tym łez padole. Emanuje nią nawet, gdy śpi.
Zastanawiam się czasami, czy kiedyś ten zachwyt mi minie. Na razie z każdym kolejnym rokiem się nasila, a piękny nie robi nic, żeby go zmniejszyć. Przeciwnie.
Tak to już chyba zostanie.
Co zabawne, motyw butów przewija się w tej historii od samego początku, albowiem tej nocy, gdy mnie poznał, pomagał mi zdjąć trzewiczek, bo sprzączka mi się zacięła. Taki Kopciuch, co nie. Było to lat temu wiele. Wtedy jeszcze witaliśmy się zdawkowym cmokiem w policzek, a ja byłam tak zdeprymowana, że nie wiedziałam, co powiedzieć i siedziałam jak ten tłumok w swoim kątku kanapy.

Dziwnym zatem nie jest, że zapytana wczoraj o plany na weekend odparłam, iż zamierzam spać, ewentualnie czytać w przerwach.
(I dzisiejszej nocy, jak na ironię, przyśniło mi się, że miałam romans z bratem pana i władcy. No doprawdy).
Nie martwcie się jednak zanadto tym, że u autorki jakoś mdło ostatnio. Za dwa tygodnie o tej porze będzie bowiem na urlopie. Nie uwierzycie, gdzie!…

The S word

Dobry weekend. Odrobiłam moje krakowskie zaległości. Podgórskie właściwie, bo w pobliże Rynku się nie ruszyłam. Zeżarłam lody cytrynowe z bazylią u Emila i bardzo pysznego falafla na pikniku w Parku Bednarskiego, który jest najpiękniejszym parkiem w Krakowie, a może nawet i dalej. Wypiłam spritz na Kazimierzu. Nie był to taki spritz, jak we Włoszech, albowiem tylko we Włoszech jest taki spritz, jak we Włoszech (nawiasem mówiąc, zawsze mnie wkurzało, jak oni po moim sposobie wymawiania tego słowa natychmiast orientowali się, żem nietutejsza i mimo zamówienia starannie złożonego po włosku, mimo mojej grzecznie wystosowanej prośby o „lo spritz” odpowiadali mi z uśmiechem po angielsku, paskudy cholerne). Zabawne. Składniki takie same, proporcje takie same, piękne słońce i czyste niebo nad głową, a jednak nie to.
Zaspokoiwszy nieco moje włoskie tęsknoty, postanowiłam wczoraj zaspokoić tęsknoty hiszpańskie i poszłam do Euskadi, o której same zachwyty słyszałam. Bardzo mnie uszczęśliwili. Croquetas jak należy. Krab co się zowie. Pysznie. Jednej tylko rzeczy nie pojmuję i nie pojmę nigdy – czemu w naszych knajpach, nawet tych serwujących kuchnię śródziemnomorską, dawkują wino, jakby było ono, bo ja wiem, larendogrą. Naleją na dno kieliszka, skasują dychę przynajmniej i ciesz się, człowiecze. Błagam.
Pięknie było i słonecznie (przynajmniej do wczoraj, bo akurat gdy opuściłam restaurację, lunęło i dotarłam do domu lekko zmoczona). I nawet – szok i niedowierzanie – udało mi się z kimś umówić, toteż we wtorek idę na proszoną kolację, a w środę na miasto. Czyżbym odzyskiwała życie towarzyskie? Miło.
Lubię taki Kraków, nieco opustoszały latem, po którym mogę sobie dreptać w sukience zwiewnej i moich superwytwornych Birkenstockach. Taki o.

Ale nie o tym chciałam.
Od soboty internety żyją tym, co rzekł Owsiak wobec poseł Pawłowicz. I owszem, jestem zdania, że takie słowa nie powinny były paść. Niezależnie od tego, co ona sama wcześniej nagadała, a na czego powtarzanie szkoda klawiatury. Fakt, język życia publicznego schamiał niewiarygodnie przez ostatnie lata i wiele tekstów kiedyś nieakceptowalnych teraz nie budzi niczyjego zdumienia. Pytanie tylko, czy tak naprawdę trzeba i czy naprawdę nie da się inaczej. I czy, kurczak, serio musimy mówić ludziom „bzyknij się, to lepiej się poczujesz” – nawet w odpowiedzi na inne napastliwe komentarze. Wydaje mi się, że to już jest o jeden most za daleko.
Ludzie mają różne potrzeby seksualne, co jest prawdą dość raczej oczywistą. Jedni ogromne, inni średnie, inni – żadnych. Ba, czasami w poniedziałek mamy te potrzeby ogromne, a w środę żadnych. Radzimy sobie z tym też w różny sposób. Dla mnie seks jest bardzo ważny i dostarcza mi wielkiej radości, ale komuś innemu jednak nie musi. Bo on może czerpać radość z czegoś zupełnie innego. Może też mieć problemy czy blokady, które uniemożliwiają mu uciechę z fizycznej bliskości z kimś. Różnie bywa. To nie jest tak, że jako dorośli ludzie jesteśmy bardziej cool, gdy uprawiamy seks – to wyłącznie nasza sprawa, czy to robimy, z kim, jak często, w jaki sposób. Nie ma jedynie słusznej częstotliwości, jedynie słusznej liczby partnerów, jedynie słusznej ich płci. Nasza cielesność to niesłychanie intymna sfera. Nikt poza nami samymi tak naprawdę nie wie, jak ona wygląda. Dlatego właśnie nie podoba mi się i nigdy nie będzie zalecanie komuś seksu jako środka na odprężenie, cudownego panaceum na wszelkie dolegliwości, zwłaszcza, ma się rozumieć, na kiepski humor.
A przy okazji – mam wrażenie, że jesteśmy w naszej krainie między Odrą a Bugiem tak zanurzeni w seksizmie, że przestaliśmy go zauważać. W takim codziennym, zwykłym, powszechnym. Nie jest to żadna prawda objawiona, wiele z nas to wie. Tu pan instruktor nauki jazdy złapie za kolanko, firma produkująca wiertarki czy inne tam klucze nasadowe wrzuci sobie na billboardy rozebraną modelkę, tam pan komentator sportowy będzie opiewał urodę zawodniczek albo pan wybitny publicysta będzie konsekwentnie zapraszał do niedzielnego programu samych facetów. Tu ktoś kulturalnie zauważy, że kobieta, która jęczy w nocy, nie warczy w dzień, a czyjeś marudzenie zdiagnozuje jako syndrom niedopchnięcia. Tam ktoś będzie ubolewał, że kiedyś to z dowcipów o babach, co dawno chłopa nie miały, to ludzie się śmiali, a teraz to wszyscy tacy przewrażliwieni. Do napisania tego w sumie nie sprowokował mnie sam niesławny tekst, ale reakcje w internecie – w tym i dziennikarzy, co mnie nieco zdziwiło – też sprowadzająca się do tego, że w sumie to nic wielkiego się nie stało, a seks jest fajny, a jak ktoś uważa, że to przesada, to pewnie się zgorszył tym, że ktoś śmie sugerować, iż seks dla kobiet też jest przyjemny. Jeśli ktoś jest oburzony, to pewnie sam nie lubi. Albo ma jakieś fobie seksualne. Tak, na pewno.
Na pewno.

Wait a minute, Mister Postman!

Przesyłka do mnie przyszła.

Jak do mnie przesyłki przychodzą, to nigdy nie wróży nic dobrego. Albo beztrosko zamawiam osiem książek z odbiorem osobistym ze sklepu i później wlokę to przez most (i jeszcze się dziwię, że mi dysk wypada), albo jakieś ptaszki i motylki z irytującymi listami przychodzą, ogólnie bida.
Tym razem to zamówienie pana i władcy, więc tym bardziej niczego dobrego się nie spodziewałam.
– Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia – powiedział do mnie paczkomat, gdy już powciskałam te wszystkie guziczki i Sezam się otworzył. Od kiedy one mówią? Nie jestem pewna, czy to właściwe życzenia, biorąc pod uwagę zawartość paczki. Już ją oczywiście zdążyłam rozpakować, przymierzyć, co było do przymierzenia, popatrzeć z pewnym niepokojem na pozostałe ciekawostki – no i teraz pozostaje czekać, aż gamoń i łobuz wróci z wywczasu, co powinno nastąpić lada dzień.

A swoją drogą, całkiem a propos, odbywałam wczoraj jedną z tych krępujących konwersacji z ludźmi, których słabo się zna. Wiecie, kolega czy koleżanka z pracy, z którą z przyczyn losowych trzeba odbyć rozmowę na tematy pozapracowe, bo na przykład pozostałe towarzystwo się spóźnia. Nie jestem w tym dobra. Naprawdę nie. Ja z tych, co w sytuacjach, gdy trza konwersować z nieznajomymi, spoglądają nabożnie w sufit, kręcą kciukami i uśmiechają się niepewnie. Lub też w desperacji mówią coś naprawdę, naprawdę głupiego (nawiasem mówiąc, w jakimś sklepie DIY we Frankfurcie widziałam torbę, taką na zakupy, z napisem I CARRIED A WATERMELON i trochę pluję sobie w brodę, że jej nie kupiłam). Raz mi się udało, bo kolega położył na biurku pęk kluczy z breloczkiem w postaci tasiemki głoszącej „remove before flight„.
– Miałam kiedyś taki podkoszulek – zauważyłam na głos. Bo miałam istotnie. Może to nie było najbardziej wdzięczne zagajenie w historii, ale zaraz wylazło, że oboje jesteśmy fanami awiacji i zamiast męczyć się próbami zabicia czasu jakąś tam rozmową o planach na weekend i korkach na A4, zajęliśmy się żarliwym rozprawianiem o Gimli Glider. Tak też bywa. Normalnie jednakże to kręci się wokół pogody i ewentualnie tego, że kawa w biurowym ekspresie jakaś gorsza ostatnio. Albo ewentualnie wakacji. Ale nie tym razem, nie dziś. Nie tym razem, niektórzy bowiem ludzie wyjątkowo się interesują życiem prywatnym innych ludzi i nieważne, że rozmawiają z tymi ludźmi pierwszy lub drugi raz w życiu. Rozumiem, że chcą być przyjaźni, ale skracanie dystansu uruchamia w mojej głowie liczne alarmy sugerujące szybką ewakuację. Zawsze mnie to fascynowało i drażniło jednocześnie, zwłaszcza że wyjątkowo nie lubię o sprawach moich i gajowego rozmawiać. Z kimś, kogo długo i dobrze znam, mogę, owszem, ale bez nadmiernej ekscytacji i raczej zdawkowo. Z kimś obcym – nie ma szans. I nie mam pojęcia, na co komu wiedza o tym, co robię po godzinach.
Po obowiązkowej rundce dotyczącej samopoczucia koleżanka wyjaśniła, że ona to z naszego spotkania musi wyjść wcześniej, bo dziecko odbiera. Pokiwałam głową.
– A ty masz dzieci?
Pokręciłam głową.
– A męża? – indagowała niestrudzenie koleżanka. Poważnie?…
– No… nie. Nie mam męża.
– Ale kogoś masz, nie?
Serio?!
– Mam – odpowiadam jednosylabowo w nadziei na ucięcie tematu.
– Masz zdjęcie?
Co takiego?…
Dżizas. Mam zdjęcie, mam wiele zdjęć, przy czym większość z nich nie nadaje się do pokazywania komukolwiek. Raczej nie takie, co się w portfelu nosi.
Szczęśliwie weszła osoba trzecia i konwersacja została przerwana.
Uff.

Quadratisch, praktisch, gut

Jestem w domu i przynajmniej przez miesiąc donikąd się nie wybieram. Grand Tour zakończone.
Przyleciałam do Krakatau bardzo wygodnie i spokojnie, acz znowu otrzymałam na pokładzie bułę z tartą marchewką – nienawidzę, choć z drugiej strony jej widok jakoś mnie uspokaja, są pewne rzeczy niezmienne na tym łez padole. I zaobserwowałam panią, w moim wieku i raczej trzeźwą, która parła przez cały samolot, by zapytać stewardes w ogonie (gdzie zwykle się bunkruję – lubię latać w ogonie, co poradzę), gdzie jest rząd szósty. Cóż, przed rzędem numer dwadzieścia pięć, dwadzieścia cztery, dwadzieścia trzy…

Zakończyłam tournee, siedząc w taksówce w korku sakramenckim i słuchając radia Vox FM, z którego ćwierkał wesoły prowadzący i puszczał kolejne wesołe piosenki disco polo. Nie podzielałam jego radości. Zapytałam taksówkarza, czy mógłby zmienić stację. Nie usłyszał chyba.

Dziwne. Z jednej strony się cieszę, bo moje życie stanie się odrobinkę bardziej uporządkowane na nowo. Pomieszkam sobie trochę w domu. Z drugiej – daję sobie głowę uciąć, że najdalej za cztery tygodnie tyłek znowu będzie mnie świerzbieć. Ale och, wtedy przecież wyjeżdżam na urlop, więc nie ma problemu. Co nastąpi później – nie wiem, sytuacja jest dynamiczna. Za to szefostwo pochwaliło bardzo moje gościnne występy w Mediolanie, zatem chodzę dumna i blada.
Dużo toczyłam rozmów w ostatnich tygodniach o tym, ile można w taki sposób funkcjonować i jak to się przekłada na życie prywatne. Otóż całkiem w porządku się przekłada. Sądziłam, że będzie gorzej. Oczywiście faktem jest, że akurat moje życie prywatne jest bardzo elastyczne i łatwo je dopasować do rzeczywistości. Albo może raczej odwrotnie, nie wiem.

I cóżem zrobiła, wróciwszy na dobre.
Same fascynujące rzeczy. Wyprałam wszystko. Popierałam ubeckie protesty i irytowałam się polityką. Kupiłam bilety do teatru (nie ma szans, żebym tego nie zobaczyła) i do innego teatru (wcale nie chciałam na początku, ale zobaczyłam zdjęcia i poszło… ze mnie to jednak człowiek prosty, wystarczy mi golasa pokazać i już zadowolona; oczywiście tuż po zakupie przeczytałam świeże recenzje, umiarkowanie entuzjastyczne, ale cóż, takie moje szczęście). Rozdzieliłam prezenty i zamówienia – w tym wegańskie bezglutenowe czekoladki Ritter Sport. Wegańskie bezglutenowe. Świat się kończy. Ja tam dla siebie kupiłam tę ulubioną od dzieciństwa, gdy jeszcze przybywały w paczkach z Enerefu – z rumem i rodzynkami.
Nie wiem tylko, kto mi to pranie z pralki wyjmie, a tym bardziej rozwiesi, ponieważ upiornie boli mnie kręgosłup – pojęcia nie mam, od czego; co prawda ciągałam te moje toboły w miniony piątek, ale miałam czas odpocząć, zatem nie wiem, skąd ta nagła, skądinąd dobrze mi znana atrakcja. Dopuszczalne pozycje są ograniczone – chodzenie jest okej. Siedzenie w nienaturalnym skręcie albo głębokim odchyle jest okej. Wstawanie z krzesła jest bardzo nie okej, jako i leżenie na wznak. A jutro mam trwającą trzy godziny telekonferencję. Na samą myśl boli bardziej.

Nic to.
Czekając, aż przybędzie rycerz na białym koniu celem rozwieszenia mojej bielizny, przeczytałam w Guardianie artykuł o otwartych związkach i trochę się skrzywiłam. Nie dlatego, że potępiam, bo przy mojej biografii musiałabym być wyjątkową hipokrytką. Jest mi całkowicie obojętne, czy ktoś sypia z dziewczyną, z chłopakiem, z dziewczyną i chłopakiem, z dwiema dziewczynami, z trzema chłopakami albo z nikim w ogóle, bo go to nie kręci. Ich sprawa, jak się dogadają. Pod warunkiem, ma się rozumieć, że istotnie się dogadają i że nikt nikomu nie będzie robił koło pióra, nie szukał dodatkowych wrażeń w sekrecie. A przede wszystkim siebie samego nie oszukiwał. Żeby było uczciwie i z szacunkiem dla wszystkich zaangażowanych – i w relacjach czysto łóżkowych (choć jestem zdania, że takie na dłuższą metę nie istnieją) i w tych, w których stawka jest nieporównanie wyższa.
ALE.
Ja naprawdę zdecydowanie nie trawię dorabiania ideologii do wszystkiego. Jestem wielką zwolenniczką prostych komunikatów. I w tymże tekście zmęczył mnie pretensjonalny i, hm, lekko protekcjonalny ton autorki, trochę próba ubierania swoich preferencji seksualnych i/lub miłosnych w filozoficzne wdzianko. Nie cierpię tego. Nie tylko w tej sferze, w każdej. Nieważne, czy chodzi o frutarianizm, zamiłowanie do wysokich obcasów, poglądy polityczne. Jeśli coś lubisz i robisz to, bo tak właśnie lubisz, z pełnym i głębokim przekonaniem, że to ci pasuje, to naprawdę wystarczy. Tak lubię i tyle. Nie potrzeba dalszych falbanek słownych, kwiecistych akapitów, ani tłumaczenia się, ani reklamowania. Jestem sobie, jaka jestem. Zaprawdę nie muszę udowadniać, że to fajne i cool. Mnie jest z tym dobrze. Mojemu partnerowi czy partnerce, czy partnerom jest ze mną dobrze. Albo nie jest, bo nikogo takiego nie ma, bo nie czuję potrzeby, by był. Wszystko w temacie. Bogiem a prawdą, ilekroć ktoś próbuje dopisywać wielką filozofię do własnego życia seksualnego czy seksualności w ogóle, czuję się zaniepokojona i mam ochotę mu powiedzieć: ej, po prostu powiedz, jak jest. Albo nie mów wcale, bo naprawdę nie musisz. Jest OK. Trudno mi w podobnych sytuacjach pozbyć się wrażenia, że ów ktoś sam siebie próbuje przekonać, jak mu dobrze z tym, w jaki sposób żyje. Inna sprawa, że poznałam w swoim długim życiu towarzyskim całkiem sporo osób, które miały bardzo dużo do powiedzenia na temat swojego podejścia do związków i/lub rozwiązków, ale ze stosowaniem tego w praktyce miały jednakowo duży problem – jakoś ta piękna filozofia rozmijała się z wykonaniem. I to również w kwestiach tak fundamentalnych jak uczciwość wobec strony drugiej, trzeciej, czwartej czy której tam z kolei. Dlatego właśnie uważam, że czasami lepiej mówić mniej. Okazywać, jak najbardziej. Ale słowa w nadmiarze często, zwłaszcza na tak subtelnych i intymnych płaszczyznach, robią więcej szkody niż pożytku. Ludzie mają różne spojrzenia na miłość, różnie ją wyrażają, różnie ją uprawiają. To normalna sprawa. Toteż nie zrozumcie mnie źle. Jestem całkowicie za pełną otwartością, natomiast poważnie męczy mnie i rozbawia niekiedy trend tytłania wszystkiego, od przyprawiania zupy po seks, w nieznośnej lifestyle’owej panierce.