Let’s get it on

Moje włoskie zakupy zdały egzamin. Zwykle unikam wysokich obcasów, ale bracia i siostry z Półwyspu Apenińskiego naprawdę znają się na rzeczy.


Tym samym wczoraj zasnęłam jakoś około czwartej, a niedługo przed siódmą obudziło mnie zapamiętałe chrapanie. Spojrzałam w lewo i skonstatowałam bez zaskoczenia, że chrapanie dobywa się z mumii szczelnie i całkowicie owiniętej w kordłę – szacun w taką pogodę. Zawsze kordłę kradnie.
Przed siódmą, a to oznaczało, że zaraz w mieszkaniu rozlegnie się seria dzwonków strategicznie rozmieszczonych budzików. W tym szaleństwie jest metoda – kolega ma kamienny sen. Do tego stopnia, że niekiedy rozważam przytknięcie mu lusterka pod nos. Niemniej nie znosi się spóźniać i bardzo nie lubi spóźnialskich (powiadam, uwielbiam go, ale w życiu nie chciałabym z nim pracować). Jeden z tych budzików dzwoni tak przeraźliwie, że człowiek wyskakuje z pościeli i ze skóry, co raz mi się zdarzyło, gdy zresztą pan i władca akurat nie musiał świtem do pracy się zrywać. Podczas gdy ja złapałam się za serce, pan i władca podniósł się, nie otwierając oczu, walnął pięścią w diabelskie urządzenie, dał mi buzi i padł bez życia na poduszkę.
Dlatego ma ich kilka.
(Mam na myśli budziki. Choć żyć też jest więcej niż jedno, jak sądzę).

Kiedy mumia nie jest mumią, tylko żywym i energicznym osobnikiem, nie mogę przestać gapić się nań w zachwycie. Jak krąży po pokoju na bosaka, z wilgotnymi po kąpieli, skręcającymi się włosami i peroruje zawzięcie, wymachując przy tym rękami i zupełnie nie zwracając uwagi na trzymany kieliszek wina, naśladując ludzi, o których opowiada i imitując dźwięki. Takie trochę ptasie radio w ludzkim wydaniu. I emanuje przy tym tą swoją nieprawdopodobną zmysłowością, na którą mnie złowił i która nadal na mnie działa jak nic innego na tym łez padole. Emanuje nią nawet, gdy śpi.
Zastanawiam się czasami, czy kiedyś ten zachwyt mi minie. Na razie z każdym kolejnym rokiem się nasila, a piękny nie robi nic, żeby go zmniejszyć. Przeciwnie.
Tak to już chyba zostanie.
Co zabawne, motyw butów przewija się w tej historii od samego początku, albowiem tej nocy, gdy mnie poznał, pomagał mi zdjąć trzewiczek, bo sprzączka mi się zacięła. Taki Kopciuch, co nie. Było to lat temu wiele. Wtedy jeszcze witaliśmy się zdawkowym cmokiem w policzek, a ja byłam tak zdeprymowana, że nie wiedziałam, co powiedzieć i siedziałam jak ten tłumok w swoim kątku kanapy.

Dziwnym zatem nie jest, że zapytana wczoraj o plany na weekend odparłam, iż zamierzam spać, ewentualnie czytać w przerwach.
(I dzisiejszej nocy, jak na ironię, przyśniło mi się, że miałam romans z bratem pana i władcy. No doprawdy).
Nie martwcie się jednak zanadto tym, że u autorki jakoś mdło ostatnio. Za dwa tygodnie o tej porze będzie bowiem na urlopie. Nie uwierzycie, gdzie!…

The S word

Dobry weekend. Odrobiłam moje krakowskie zaległości. Podgórskie właściwie, bo w pobliże Rynku się nie ruszyłam. Zeżarłam lody cytrynowe z bazylią u Emila i bardzo pysznego falafla na pikniku w Parku Bednarskiego, który jest najpiękniejszym parkiem w Krakowie, a może nawet i dalej. Wypiłam spritz na Kazimierzu. Nie był to taki spritz, jak we Włoszech, albowiem tylko we Włoszech jest taki spritz, jak we Włoszech (nawiasem mówiąc, zawsze mnie wkurzało, jak oni po moim sposobie wymawiania tego słowa natychmiast orientowali się, żem nietutejsza i mimo zamówienia starannie złożonego po włosku, mimo mojej grzecznie wystosowanej prośby o „lo spritz” odpowiadali mi z uśmiechem po angielsku, paskudy cholerne). Zabawne. Składniki takie same, proporcje takie same, piękne słońce i czyste niebo nad głową, a jednak nie to.
Zaspokoiwszy nieco moje włoskie tęsknoty, postanowiłam wczoraj zaspokoić tęsknoty hiszpańskie i poszłam do Euskadi, o której same zachwyty słyszałam. Bardzo mnie uszczęśliwili. Croquetas jak należy. Krab co się zowie. Pysznie. Jednej tylko rzeczy nie pojmuję i nie pojmę nigdy – czemu w naszych knajpach, nawet tych serwujących kuchnię śródziemnomorską, dawkują wino, jakby było ono, bo ja wiem, larendogrą. Naleją na dno kieliszka, skasują dychę przynajmniej i ciesz się, człowiecze. Błagam.
Pięknie było i słonecznie (przynajmniej do wczoraj, bo akurat gdy opuściłam restaurację, lunęło i dotarłam do domu lekko zmoczona). I nawet – szok i niedowierzanie – udało mi się z kimś umówić, toteż we wtorek idę na proszoną kolację, a w środę na miasto. Czyżbym odzyskiwała życie towarzyskie? Miło.
Lubię taki Kraków, nieco opustoszały latem, po którym mogę sobie dreptać w sukience zwiewnej i moich superwytwornych Birkenstockach. Taki o.

Ale nie o tym chciałam.
Od soboty internety żyją tym, co rzekł Owsiak wobec poseł Pawłowicz. I owszem, jestem zdania, że takie słowa nie powinny były paść. Niezależnie od tego, co ona sama wcześniej nagadała, a na czego powtarzanie szkoda klawiatury. Fakt, język życia publicznego schamiał niewiarygodnie przez ostatnie lata i wiele tekstów kiedyś nieakceptowalnych teraz nie budzi niczyjego zdumienia. Pytanie tylko, czy tak naprawdę trzeba i czy naprawdę nie da się inaczej. I czy, kurczak, serio musimy mówić ludziom „bzyknij się, to lepiej się poczujesz” – nawet w odpowiedzi na inne napastliwe komentarze. Wydaje mi się, że to już jest o jeden most za daleko.
Ludzie mają różne potrzeby seksualne, co jest prawdą dość raczej oczywistą. Jedni ogromne, inni średnie, inni – żadnych. Ba, czasami w poniedziałek mamy te potrzeby ogromne, a w środę żadnych. Radzimy sobie z tym też w różny sposób. Dla mnie seks jest bardzo ważny i dostarcza mi wielkiej radości, ale komuś innemu jednak nie musi. Bo on może czerpać radość z czegoś zupełnie innego. Może też mieć problemy czy blokady, które uniemożliwiają mu uciechę z fizycznej bliskości z kimś. Różnie bywa. To nie jest tak, że jako dorośli ludzie jesteśmy bardziej cool, gdy uprawiamy seks – to wyłącznie nasza sprawa, czy to robimy, z kim, jak często, w jaki sposób. Nie ma jedynie słusznej częstotliwości, jedynie słusznej liczby partnerów, jedynie słusznej ich płci. Nasza cielesność to niesłychanie intymna sfera. Nikt poza nami samymi tak naprawdę nie wie, jak ona wygląda. Dlatego właśnie nie podoba mi się i nigdy nie będzie zalecanie komuś seksu jako środka na odprężenie, cudownego panaceum na wszelkie dolegliwości, zwłaszcza, ma się rozumieć, na kiepski humor.
A przy okazji – mam wrażenie, że jesteśmy w naszej krainie między Odrą a Bugiem tak zanurzeni w seksizmie, że przestaliśmy go zauważać. W takim codziennym, zwykłym, powszechnym. Nie jest to żadna prawda objawiona, wiele z nas to wie. Tu pan instruktor nauki jazdy złapie za kolanko, firma produkująca wiertarki czy inne tam klucze nasadowe wrzuci sobie na billboardy rozebraną modelkę, tam pan komentator sportowy będzie opiewał urodę zawodniczek albo pan wybitny publicysta będzie konsekwentnie zapraszał do niedzielnego programu samych facetów. Tu ktoś kulturalnie zauważy, że kobieta, która jęczy w nocy, nie warczy w dzień, a czyjeś marudzenie zdiagnozuje jako syndrom niedopchnięcia. Tam ktoś będzie ubolewał, że kiedyś to z dowcipów o babach, co dawno chłopa nie miały, to ludzie się śmiali, a teraz to wszyscy tacy przewrażliwieni. Do napisania tego w sumie nie sprowokował mnie sam niesławny tekst, ale reakcje w internecie – w tym i dziennikarzy, co mnie nieco zdziwiło – też sprowadzająca się do tego, że w sumie to nic wielkiego się nie stało, a seks jest fajny, a jak ktoś uważa, że to przesada, to pewnie się zgorszył tym, że ktoś śmie sugerować, iż seks dla kobiet też jest przyjemny. Jeśli ktoś jest oburzony, to pewnie sam nie lubi. Albo ma jakieś fobie seksualne. Tak, na pewno.
Na pewno.

Wait a minute, Mister Postman!

Przesyłka do mnie przyszła.

Jak do mnie przesyłki przychodzą, to nigdy nie wróży nic dobrego. Albo beztrosko zamawiam osiem książek z odbiorem osobistym ze sklepu i później wlokę to przez most (i jeszcze się dziwię, że mi dysk wypada), albo jakieś ptaszki i motylki z irytującymi listami przychodzą, ogólnie bida.
Tym razem to zamówienie pana i władcy, więc tym bardziej niczego dobrego się nie spodziewałam.
– Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia – powiedział do mnie paczkomat, gdy już powciskałam te wszystkie guziczki i Sezam się otworzył. Od kiedy one mówią? Nie jestem pewna, czy to właściwe życzenia, biorąc pod uwagę zawartość paczki. Już ją oczywiście zdążyłam rozpakować, przymierzyć, co było do przymierzenia, popatrzeć z pewnym niepokojem na pozostałe ciekawostki – no i teraz pozostaje czekać, aż gamoń i łobuz wróci z wywczasu, co powinno nastąpić lada dzień.

A swoją drogą, całkiem a propos, odbywałam wczoraj jedną z tych krępujących konwersacji z ludźmi, których słabo się zna. Wiecie, kolega czy koleżanka z pracy, z którą z przyczyn losowych trzeba odbyć rozmowę na tematy pozapracowe, bo na przykład pozostałe towarzystwo się spóźnia. Nie jestem w tym dobra. Naprawdę nie. Ja z tych, co w sytuacjach, gdy trza konwersować z nieznajomymi, spoglądają nabożnie w sufit, kręcą kciukami i uśmiechają się niepewnie. Lub też w desperacji mówią coś naprawdę, naprawdę głupiego (nawiasem mówiąc, w jakimś sklepie DIY we Frankfurcie widziałam torbę, taką na zakupy, z napisem I CARRIED A WATERMELON i trochę pluję sobie w brodę, że jej nie kupiłam). Raz mi się udało, bo kolega położył na biurku pęk kluczy z breloczkiem w postaci tasiemki głoszącej „remove before flight„.
– Miałam kiedyś taki podkoszulek – zauważyłam na głos. Bo miałam istotnie. Może to nie było najbardziej wdzięczne zagajenie w historii, ale zaraz wylazło, że oboje jesteśmy fanami awiacji i zamiast męczyć się próbami zabicia czasu jakąś tam rozmową o planach na weekend i korkach na A4, zajęliśmy się żarliwym rozprawianiem o Gimli Glider. Tak też bywa. Normalnie jednakże to kręci się wokół pogody i ewentualnie tego, że kawa w biurowym ekspresie jakaś gorsza ostatnio. Albo ewentualnie wakacji. Ale nie tym razem, nie dziś. Nie tym razem, niektórzy bowiem ludzie wyjątkowo się interesują życiem prywatnym innych ludzi i nieważne, że rozmawiają z tymi ludźmi pierwszy lub drugi raz w życiu. Rozumiem, że chcą być przyjaźni, ale skracanie dystansu uruchamia w mojej głowie liczne alarmy sugerujące szybką ewakuację. Zawsze mnie to fascynowało i drażniło jednocześnie, zwłaszcza że wyjątkowo nie lubię o sprawach moich i gajowego rozmawiać. Z kimś, kogo długo i dobrze znam, mogę, owszem, ale bez nadmiernej ekscytacji i raczej zdawkowo. Z kimś obcym – nie ma szans. I nie mam pojęcia, na co komu wiedza o tym, co robię po godzinach.
Po obowiązkowej rundce dotyczącej samopoczucia koleżanka wyjaśniła, że ona to z naszego spotkania musi wyjść wcześniej, bo dziecko odbiera. Pokiwałam głową.
– A ty masz dzieci?
Pokręciłam głową.
– A męża? – indagowała niestrudzenie koleżanka. Poważnie?…
– No… nie. Nie mam męża.
– Ale kogoś masz, nie?
Serio?!
– Mam – odpowiadam jednosylabowo w nadziei na ucięcie tematu.
– Masz zdjęcie?
Co takiego?…
Dżizas. Mam zdjęcie, mam wiele zdjęć, przy czym większość z nich nie nadaje się do pokazywania komukolwiek. Raczej nie takie, co się w portfelu nosi.
Szczęśliwie weszła osoba trzecia i konwersacja została przerwana.
Uff.

Quadratisch, praktisch, gut

Jestem w domu i przynajmniej przez miesiąc donikąd się nie wybieram. Grand Tour zakończone.
Przyleciałam do Krakatau bardzo wygodnie i spokojnie, acz znowu otrzymałam na pokładzie bułę z tartą marchewką – nienawidzę, choć z drugiej strony jej widok jakoś mnie uspokaja, są pewne rzeczy niezmienne na tym łez padole. I zaobserwowałam panią, w moim wieku i raczej trzeźwą, która parła przez cały samolot, by zapytać stewardes w ogonie (gdzie zwykle się bunkruję – lubię latać w ogonie, co poradzę), gdzie jest rząd szósty. Cóż, przed rzędem numer dwadzieścia pięć, dwadzieścia cztery, dwadzieścia trzy…

Zakończyłam tournee, siedząc w taksówce w korku sakramenckim i słuchając radia Vox FM, z którego ćwierkał wesoły prowadzący i puszczał kolejne wesołe piosenki disco polo. Nie podzielałam jego radości. Zapytałam taksówkarza, czy mógłby zmienić stację. Nie usłyszał chyba.

Dziwne. Z jednej strony się cieszę, bo moje życie stanie się odrobinkę bardziej uporządkowane na nowo. Pomieszkam sobie trochę w domu. Z drugiej – daję sobie głowę uciąć, że najdalej za cztery tygodnie tyłek znowu będzie mnie świerzbieć. Ale och, wtedy przecież wyjeżdżam na urlop, więc nie ma problemu. Co nastąpi później – nie wiem, sytuacja jest dynamiczna. Za to szefostwo pochwaliło bardzo moje gościnne występy w Mediolanie, zatem chodzę dumna i blada.
Dużo toczyłam rozmów w ostatnich tygodniach o tym, ile można w taki sposób funkcjonować i jak to się przekłada na życie prywatne. Otóż całkiem w porządku się przekłada. Sądziłam, że będzie gorzej. Oczywiście faktem jest, że akurat moje życie prywatne jest bardzo elastyczne i łatwo je dopasować do rzeczywistości. Albo może raczej odwrotnie, nie wiem.

I cóżem zrobiła, wróciwszy na dobre.
Same fascynujące rzeczy. Wyprałam wszystko. Popierałam ubeckie protesty i irytowałam się polityką. Kupiłam bilety do teatru (nie ma szans, żebym tego nie zobaczyła) i do innego teatru (wcale nie chciałam na początku, ale zobaczyłam zdjęcia i poszło… ze mnie to jednak człowiek prosty, wystarczy mi golasa pokazać i już zadowolona; oczywiście tuż po zakupie przeczytałam świeże recenzje, umiarkowanie entuzjastyczne, ale cóż, takie moje szczęście). Rozdzieliłam prezenty i zamówienia – w tym wegańskie bezglutenowe czekoladki Ritter Sport. Wegańskie bezglutenowe. Świat się kończy. Ja tam dla siebie kupiłam tę ulubioną od dzieciństwa, gdy jeszcze przybywały w paczkach z Enerefu – z rumem i rodzynkami.
Nie wiem tylko, kto mi to pranie z pralki wyjmie, a tym bardziej rozwiesi, ponieważ upiornie boli mnie kręgosłup – pojęcia nie mam, od czego; co prawda ciągałam te moje toboły w miniony piątek, ale miałam czas odpocząć, zatem nie wiem, skąd ta nagła, skądinąd dobrze mi znana atrakcja. Dopuszczalne pozycje są ograniczone – chodzenie jest okej. Siedzenie w nienaturalnym skręcie albo głębokim odchyle jest okej. Wstawanie z krzesła jest bardzo nie okej, jako i leżenie na wznak. A jutro mam trwającą trzy godziny telekonferencję. Na samą myśl boli bardziej.

Nic to.
Czekając, aż przybędzie rycerz na białym koniu celem rozwieszenia mojej bielizny, przeczytałam w Guardianie artykuł o otwartych związkach i trochę się skrzywiłam. Nie dlatego, że potępiam, bo przy mojej biografii musiałabym być wyjątkową hipokrytką. Jest mi całkowicie obojętne, czy ktoś sypia z dziewczyną, z chłopakiem, z dziewczyną i chłopakiem, z dwiema dziewczynami, z trzema chłopakami albo z nikim w ogóle, bo go to nie kręci. Ich sprawa, jak się dogadają. Pod warunkiem, ma się rozumieć, że istotnie się dogadają i że nikt nikomu nie będzie robił koło pióra, nie szukał dodatkowych wrażeń w sekrecie. A przede wszystkim siebie samego nie oszukiwał. Żeby było uczciwie i z szacunkiem dla wszystkich zaangażowanych – i w relacjach czysto łóżkowych (choć jestem zdania, że takie na dłuższą metę nie istnieją) i w tych, w których stawka jest nieporównanie wyższa.
ALE.
Ja naprawdę zdecydowanie nie trawię dorabiania ideologii do wszystkiego. Jestem wielką zwolenniczką prostych komunikatów. I w tymże tekście zmęczył mnie pretensjonalny i, hm, lekko protekcjonalny ton autorki, trochę próba ubierania swoich preferencji seksualnych i/lub miłosnych w filozoficzne wdzianko. Nie cierpię tego. Nie tylko w tej sferze, w każdej. Nieważne, czy chodzi o frutarianizm, zamiłowanie do wysokich obcasów, poglądy polityczne. Jeśli coś lubisz i robisz to, bo tak właśnie lubisz, z pełnym i głębokim przekonaniem, że to ci pasuje, to naprawdę wystarczy. Tak lubię i tyle. Nie potrzeba dalszych falbanek słownych, kwiecistych akapitów, ani tłumaczenia się, ani reklamowania. Jestem sobie, jaka jestem. Zaprawdę nie muszę udowadniać, że to fajne i cool. Mnie jest z tym dobrze. Mojemu partnerowi czy partnerce, czy partnerom jest ze mną dobrze. Albo nie jest, bo nikogo takiego nie ma, bo nie czuję potrzeby, by był. Wszystko w temacie. Bogiem a prawdą, ilekroć ktoś próbuje dopisywać wielką filozofię do własnego życia seksualnego czy seksualności w ogóle, czuję się zaniepokojona i mam ochotę mu powiedzieć: ej, po prostu powiedz, jak jest. Albo nie mów wcale, bo naprawdę nie musisz. Jest OK. Trudno mi w podobnych sytuacjach pozbyć się wrażenia, że ów ktoś sam siebie próbuje przekonać, jak mu dobrze z tym, w jaki sposób żyje. Inna sprawa, że poznałam w swoim długim życiu towarzyskim całkiem sporo osób, które miały bardzo dużo do powiedzenia na temat swojego podejścia do związków i/lub rozwiązków, ale ze stosowaniem tego w praktyce miały jednakowo duży problem – jakoś ta piękna filozofia rozmijała się z wykonaniem. I to również w kwestiach tak fundamentalnych jak uczciwość wobec strony drugiej, trzeciej, czwartej czy której tam z kolei. Dlatego właśnie uważam, że czasami lepiej mówić mniej. Okazywać, jak najbardziej. Ale słowa w nadmiarze często, zwłaszcza na tak subtelnych i intymnych płaszczyznach, robią więcej szkody niż pożytku. Ludzie mają różne spojrzenia na miłość, różnie ją wyrażają, różnie ją uprawiają. To normalna sprawa. Toteż nie zrozumcie mnie źle. Jestem całkowicie za pełną otwartością, natomiast poważnie męczy mnie i rozbawia niekiedy trend tytłania wszystkiego, od przyprawiania zupy po seks, w nieznośnej lifestyle’owej panierce.

Am Main

Frankfurt, niedaleko, godzina raptem od Krakowa. Miasto ruchliwe, uroczo wielkomiejskie – bo szklana dzielnica finansowa, wiecie – i bardzo kameralne zarazem, bo wszędzie blisko, zgubić się nie sposób. Słynie z Apfelwein i zielonego sosu do sznycli, bardzo dobrego. Apfelwein toże warte uwagi. Dobrze któregoś popołudnia pójść do knajpy na drugim brzegu Menu, usiąść przy długim stole z nieznajomymi, zamówić dzbanek tegoż jabłecznika i przy głośnych śmiechach, nad kolosalnymi porcjami żarcia (mięcho, dużo mięcha), spędzić miły wieczór, gdy nad rzeką z wolna zapada zmierzch. Wrócić przez most do centrum – też tu mają kładkę z kłódkami – rzucić spojrzenie na elegancką frankfurcką skyline.
Frankfurt ma też sklepy z gumisiami, galerie sztuki, podłe grillbudy i lansiarskie bary, kina erotyczne, designerskie butiki i salony firmowe Birkenstock (mieli model z motylkiem, ale jakaś „wstrętna zapocona osoba”, cytując Dubravkę Ugresić, porwała ostatnią parę w moim rozmiarze). Miasto zabawnie różnorodne i przyjazne, bo ci Teutoni, co od dawna powtarzam, to bardzo miły i otwarty naród.

Wracam zatem wieczorem z Sachsenhausen do mojego tutejszego mieszkania. To apartamentowiec, dość porządny, ale nieco klaustrofobiczny. Widać, że nikt tu nie mieszka na stałe. Na domofonie żadnych nazwisk. Wiele okien ciemnych. W innych, gdy niechcący w nie zaglądam,takie samo wyposażenie – takie same łóżka, ten sam druk na ścianie. Na sąsiedzkich balkonach późno w noc toczą się prowadzone ściszonym głosem rozmowy telefoniczne w rozmaitych językach, z których żaden nie jest niemieckim.
Wracam zatem, włączam telewizję, tam akurat Lost in Translation  – aż śmiać się chce, jak bardzo a propos. Siadam i oglądam, choć znam ten film na pamięć. To mój ulubiony (bo wiecie, że autorka parę lat temu poleciała sama do Japonii, nie? Aerofłotem w dodatku?). I coraz bardziej rezonuje. Samotność w podróży potrafi człowieka uratować, gdy chce się uciec od wszystkiego, ale potrafi też wdeptać w glebę. Bywa ciężko. Można się nauczyć, można przywyknąć. To osobliwy stan ducha. Ale jest znacznie łatwiej, gdy dociera, że nie jesteście tak zupełnie osamotnieni, bo pod tym dachem, w ponurej wspólnej pralni, w swoich jednakowo wyglądających sypialniach i kuchniach, w których liczą się dwa sprzęty – mikrofalówka i korkociąg – ktoś wiedzie przez kilka tygodni takie samo życie, jak wy. W tym mieście, w kraju – jest ktoś taki jak wy, nie stąd.

Atlantis is calling

Twarzoksiążka przypomniała mi dziś o dwóch wydarzeniach z przeszłości. Zwykle przewracam oczami na widok tych przypominajek – budzą we mnie odczucia podobne do tych, które dręczą człowieka, gdy czyta swoje pamiętniki z czasów nastoletnich (tu wstawić wzdych zażenowania). Czasami jednakowoż dają do myślenia. Jedno z tych wydarzeń już w przeszłości pozostanie, nie mam co do tego złudzeń (miałam jeszcze niedawno, ale pozbyłam się – jestem ostatnią osobą, która powinna uczyć innych moralności, niemniej nie znoszę podwójnych standardów i postępowania wbrew temu, co się deklaruje, ba, radzi pozostałym ludziom). Drugie, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, nie tylko się ciągnie, ale ewoluuje. Gdyby twarzoksiążka przyjmowała zakłady w czasie, gdy oba zdarzenia miały miejsce, obstawiłabym odwrotnie. Stwierdziłabym, że to pierwsze wywrze na mnie wpływ trwalszy i silniejszy, a drugie będzie pojedynczą radością, o której szybko zapomnę. Stało się inaczej. Nihil novi sub sole – wiele rzeczy, o których myślimy, że są na zawsze, znika w ciągu kolejnych 365 dni. Plany, miłości, przyjaźnie, zainteresowania, you name it. Tymczasem te pozornie zwiewne jakimś cudem ukorzeniają się w naszym życiu na dobre.

Przede mną pierwszy weekend w całości we własnym domu od ponad trzech miesięcy. Dziwne. Nie wiem, co ze sobą zrobię – poza tym, rzecz jasna, że muszę dziś zrobić pranie lub dwa i pozbyć się pajęczyn w mojej zapomnianej przez Boga i ludzi kwaterze głównej, a w niedzielę się spakować. Jeśli wszak sądzicie, że rozważam pomysły typu „wbiegnę na kopiec Kościuszki” lub „przygotuję deser Pavlova, bezglutenowy”, lub ewentualnie „pomaluję sufit w arabeski metodą suchego pędzla” (w sumie to by się przydało, jak tak na niego patrzę…), to jesteście w błędzie, w błędzie mylnym nawet. Zamierzam ograniczyć zużycie energii do minimum. Świetnie zaczęłam, bo zaległam w wannie z biografią Peggy Guggenheim (znakomitą, nawiasem mówiąc – ech, w idealnym świecie człowiek zajmowałby się byciem dziedziczką, romansowaniem z artystami i kolekcjonowaniem dzieł sztuki w swoim weneckim palazzo, ale niestety coś poszło grubo nie tak). Odkurzyłam moją kawiarkę i dość rozczarowałam się produktem końcowym; jednak trzy miesiące picia małej i upiornie mocnej kawy zrobiły swoje – ciekawe, czy już mam nadciśnienie… Tak czy inaczej, są na dziś filmy do obejrzenia, jest kolejny odcinek radiowego salonu fryzjerskiego do wysłuchania. Muszę również odrobinę zamordować pana i władcę, ale poczekam do wieczora. Spokojnie, tak go zamorduję, żeby jeszcze trochę pociągnął.

Powrót do biura był dość zabawny. Dziewczę w zagródce obok, które najwyraźniej dołączyło podczas mojej bytności tu i tam, wyciągnęło do mnie rękę.
– O, my się nie znamy. Jesteś nowa?
– … Nie, ja tu pracuję od dwóch lat, tylko rzadko bywam.
(Przez chwilę poczułam się jak ten gość z IT Crowd, co go trzymali zamkniętego w serwerowni i nigdy nie wyłaził).
Lub też kolega.
– Boże drogi, nie zauważyłem cię! Przepraszam! Zapomniałem, że przy tym biurku w ogóle ktoś siedzi!
Tak reagują ludzie z pracy. Cóż rzec o znajomych. Niektórzy myśleli, że ja się na dobre wyprowadziłam. Aż tak łatwo nie da się mnie pozbyć.
Rzekła autorka, po czym poszła załadować kolejną porcję prania. W poniedziałek odezwie się z krainy Teutonów. Co prawda nie mają tam Aperolu i język nie tak znów śpiewny, ale mają Apfelwein. Przetrwamy.

Krótko, bo czas krótki

Spędzam świąteczny weekend – krótszy nieco niż zazwyczaj – w takim oto towarzystwie.

Prognoza pogody dla Madrytu nieco się zmieniła i teraz twierdzi, że w poniedziałek będzie 29 stopni Celsjusza. Jestem już prawie spakowana, siedzę jak na szpilkach.

Bertie wraca na scenę. Moja miłość dla Bertiego jest powszechnie znana i bardzo się cieszę, że będę mogła ją nieco postymulować. Kupiłam sobie bilecik za dziesięć funtów, potem będę kombinować, jak tam dotrzeć, bo już i tak mój grafik – tak zawodowy, jak prywatny, a oba ściśle się zazębiają – wygląda jak sen wariata. Nie mam pojęcia, jak to ogarnę i jak to wytrzymam, ale ogarnę i wytrzymam.

– Jak tam u ciebie, piórko?
– Dobrze, ale będę tęsknić.
– Ja też.
Mogę wyjeżdżać spokojna z tym w uszach.

I trust you’re having fun

Ja się pytam, co to jest. Dlaczego jest tak cholernie zimno. A człowiek dziś jak ta lebiega ostatnia wyszedł z domu z gołymi nogami.
Pocieszam się, że w poniedziałek w moim nowym ulubionym mieście (vide wpis poniżej) ma być 26 stopni. I tam to nie jest dzień wolny, więc będzie można pójść na tapas. Serio, po dotarciu do hotelu rzucam tylko walizę i lecę po sangrię.
Tak, ta perspektywa poprawiła mi humor, który od powrotu mam jakiś taki skopany. Być może PMS upomina się o swoją porcję smutków i frustracji, no wiecie – „nikt mnie nie lubi, jestem taka samotna, i gruba też jestem, moja robota nie ma sensu, w końcu się zorientują, że jestem beznadziejna, a może by pieprznąć tym wszystkim, dlaczego ten cholerny tramwaj tak się wlecze, po grzyba deszcz pada, pan i władca ciągle zarobiony et cetera et cetera”. Wypisz, wymaluj robot Marvin z Autostopem przez galaktykę.
No dobra, tak naprawdę to mam parę drobnych powodów do niezadowolenia – innych niż wymyślone – ale nie będziemy o nich mówić.

Mogłoby mi się zdarzyć coś miłego, smędził wasz robot Marvin przez dzień cały. Dodajmy, iż w pracy ekspres do kawy był zepsuty, co autorka już w ogóle uznała za dowód bezcelowości egzystencji.

Wróciłam w każdym razie do domu, z tymi gołymi nogami i zwieszonym nosem. Powiodłam wzrokiem po moim mieszkaniu, ustrojonym obficie w sterty ciuchów – jeszcze w niedzielę za tymi stertami stała pewna logika, te na wyjazd, te do prania, te do szafy, ale już mi się pomieszało – i kopczyki monet w różnych walutach. Niezbyt domowo to teraz wygląda, jeśli mam być szczera, raczej jak jakieś biuro rzeczy znalezionych. Wzrokiem powiodłam i dotarło do mnie, że nie ma takiej możliwości, bym to dziś wieczorem ogarnęła. Troszeczkę nie mam wyjścia jednakowoż, zatem dałam sobie chwilę na walkę wewnętrzną. Niemniej, jako że kobietą jestem i multitasking to u mnie rzecz wrodzona, bo nudzę się, gdy wykonuję tylko jedną czynność, to pomyślałam, że w trakcie walki wewnętrznej o to, czy sprzątać, czy zalec w wannie pod wieloma słusznymi pretekstami, chociaż sobie pocztę prywatną sprawdzę.
W której to poczcie zalegała wiadomość zwięzła, ale nader sympatyczna.
Autorka lekko kwiknęła, rozpromieniła się jak to teletubisiowe słoneczko i pomyślała, że właśnie tego jej było trzeba. To jest to „coś miłego”, po czym mi od razu lepiej. Niewiele trzeba czasem, by odzyskać wiarę w ludzkość. 
O, rety rety. Czas wrócić do gapienia się na sterty, bo może mi się nie chcieć, ale do powrotu na Półwysep coraz bliżej. A gdy misja na Półwyspie się skończy, rozpocznie się nowa.
W odmęty niezłego absurdu popłynęło moje życie, gdyby mu się przyjrzeć z bliska. I sama nie wiem, jak to się stało. To znaczy niby wiem, wszak byłam przy tym, ale jednak nie wszystko przewidziałam…

The beauty in our London skies

No i się stało w moim Londyniu to, co się stało. Ten oczywiście wstał, otrzepał się i poszedł dalej bez wahania. U nas tymczasem histeria, pani premier z właściwą sobie empatią wygłosiła w wywiadzie coś w stylu: „a nie mówiłam, bo złe emigranty”. Myślę, że już dość ją wszelkie Bloombergi, Reutersy i Financial Timesy dojechały za dzisiejszą wypowiedź, więc nie będę wredna i nie napiszę, co myślę o takich szczytach dyplomacji.
Ale moja miłość do miasta, którego nie ma, mimo tych myszy i pogody i cen i wszystkiego, rozkwitła jeszcze bardziej w ostatnich godzinach. Londyn to nie jest, jak to mówi mój znajomy, jakaś rurka z kremem. Londyn się nie ugnie tak łatwo. Londyn najwyżej powie: please kindly go fuck yourselves, cheers. I mówi. I to chyba jedyna metoda, by świrów wszelkich zniechęcić. Wczoraj wszystkie teatry West Endu – leżącego dość blisko Westminster – zgodnie oświadczyły, że przedstawienia odbędą się jak zwykle.
Całym sercem jestem z moim ulubionym miastem. Z miastem, które nie jest tylko setkami kilometrów kwadratowych zabudowanymi betonem, ale stanem umysłu (to w sumie jak Kraków, przypomina mi mój mały wewnętrzny cynik). Miastem, które niektórych bezwzględnie odrzuca, a innym daje się pokochać – jeśli was zechce, to na dobre. Zaprzyjaźniacie się z nim, zakochujecie w nim. Choć myszy i pogoda i ceny i wszystko. Zaczynacie o nim myśleć jak o KIMŚ.
Drugim moim takim jest Neapol (nieprędko zapomnę właściciela naszego B&B, który co rano wspinał się zdyszany po schodach, żeby przynieść nam świeże brioszki, zaparzyć paskudnie cienką jak na Włochy kawę i obowiązkowo pocałować moją mamę w rękę ze śpiewnym „Baaarbara!” – uwielbiałyśmy faceta mimo tej kawy, Eugenio mu było na imię), też niepiękny, brudny i wielce charyzmatyczny. Trzecim… Czwartym… Jeszcze parę by się znalazło.
Ale Londyn zawsze będzie pierwszy.
Bo to wspaniałe, wspaniałe miasto jest, wiecie.
Gdy tam wylądowałam po raz pierwszy w roku 2004, bałam się wszystkiego. Nigdy wcześniej nie byłam w takim dużym mieście. A potem odkryłam, że w Londynie nie sposób czuć się obco, bo on jakoś tak się wami opiekuje. Rozkłada nad wami swój parasol. Latałam do Londynu wesoła i smutna, czasami załamana nawet, a on mnie zawsze przyjmował ciepło (może poza tym razem, gdy przez półtorej godziny tkwiłam wściekła w kolejce do kontroli granicznej – ale w sumie i wtedy urzędnik powiedział, że mam ładny płaszcz i się odgniewałam). Jakby mi mówił: „Dobrze, że jesteś. Ja tu się tobą zajmę zaraz i będziemy się świetnie bawić”.
Kocham cię, Londyn.

I don’t sleep, I keep my radio on

Dzień dobry. U mnie nic nowego. Za to moja sąsiednia dzielnica z drugiej strony mostu, Nowa Huta, chce zostać uzdrowiskiem. Owszem, nie na serio, tylko wyśmiewając Podhale, na którym odór aż zatyka (pamiętam, jak raz siedziałam w zakopiańskiej knajpie, obserwując z rosnącym zdumieniem, jak kelnerka beztrosko wrzuca plastikowe kufle do kominka), ale w sumie argumenty pomysłodawców są uroczo trafne. I nawet byłabym za, bo tam zielono. Jeże tuptają nocą.

Tak sobie tymczasem czytam o tej repolonizacji mediów, czy też „udomawianiu”, bo takie słowo dziś padło, i śmiech pusty mnie ogarnia. Zapytałam onegdaj pana i władcę, co o tym sądzi jako, bądź co bądź, pracownik tejże branży. W odpowiedzi usłyszałam dokładnie to, czego się spodziewałam, czyli mięsistą wiązankę, uzupełnioną po chwili refleksji jeszcze bardziej mięsistą wiązanką. Niezmiennie pozostaję pod wrażeniem, jak on potrafi wiązankować. Może to niepokojące, ale bardzo lubię słuchać, jak klnie. Niewiele rzeczy poprawia mi humor tak skutecznie, jak staranne i dźwięczne kurwy kolegi. Jest to jedyna osoba, u której nadmiar takich słów mnie nie irytuje, bo on je tak cudnie i warstwowo kompiluje. Inna sprawa, że przez niego sama używam ich coraz więcej, choć ciągle jestem daleka od stanu, w jakim wróciłam wiele lat temu z tygodnia wśród lotników – wchłonęłam tyle kuchennej łaciny, że sama przez kilka dni po powrocie posługiwałam się grubymi słowami namiętniej niż kiedykolwiek wcześniej. Później na szczęście mój słownik wrócił do normy.
Tak czy inaczej, idiotyczny strasznie ten pomysł repolonizowania i podejrzewam, że dla władzuni może stać się mieczem obosiecznym, wszak media to też władza, i to całkiem potężna. Ruszanie z nimi na wojnę to troszkę słaby pomysł.
Zresztą gdy oglądam takie wyczyny w publicznej telewizji, to chyba już wolę te straszliwe germańskie media prywatne.
Poziom mojego zażenowania tym, co się wyprawia, ciągle rośnie, a wydawało mi się tyle razy, że już przebił sufit.

Oderint dum metuant

Wybrałam się wczoraj na Cesarza Kaligulę. Jak wspominałam, mam pasjonujące życie. Nie mam nic do lepszego do roboty, to po teatrach latam.

Początek podobał mi się bardzo – talk show z udziałem wyraźnie zagubionego specjalisty od biografii Kaliguli, którego odpowiedzi są całkowicie ignorowane przez przebojowego prowadzącego z zacięciem manipulatorskim – ale później to już różnie bywało. Osobiście uważam, że nic by się nie stało, gdyby troszeczkę ten spektakl skrócić, bo były momenty, gdy myśli mi uciekały, a on nieco traci tempo chwilami.
W sumie to nie bardzo wiem, jak to przedstawienie ugryźć.
Jedno muszę przyznać – bohater tytułowy wzbudził moją sympatię. Tak jest. Sądzę zresztą, że taki był zamysł, uczłowieczyć trochę to owiane krwawymi legendami monstrum. On i Makron, jego prawa ręka i człowiek od brudnej roboty. Elegancka sylwetka, lodowate spojrzenie, nieodłączne skórzane rękawiczki. I jeszcze Sabinus, w okropnie żółtym, ale jakże pięknie skrojonym garniturze (kostiumy są naprawdę, naprawdę pierwsza klasa, kamizelkę Kaliguli sama bym z rozkoszą nosiła, przepraszam za ten zbędny wtręt, ale taka prawda).
Trzeba jednak przyznać, że jest jeszcze jeden dobry aktor w tym spektaklu i jest to sama sala teatralna. Miejsce swoje robi, a scena na Sarego jest miejscem arcyciekawym. Bardzo lubię tam bywać. Kiedyś w tym budynku mieściła się loża masońska – owszem, owszem – i kasyno Oficerów WP Wyznania Mojżeszowego. W tym spektaklu właściwie nie ma scenografii, poza tymi dziewiętnastowiecznymi stiukami. I ekranami, na których możecie obserwować twarze aktorów. Sprawdza się to.

A gdy wracałam w środę z Łaźni, panie podążające za mną na przystanek autobusowy na Placu Centralnym toczyły ciekawy dialog.
– Ale ona strasznie choro wygląda.
– Widziałaś kiedyś aktora, który by zdrowo wyglądał z bliska?…
Publiczność to okrutna jednak jest.
Dziwne niebywale, doprawdy, że aktor wygląda jak człowiek. Że jeden z drugim poza sceną jest kruchy jak laleczka z saskiej porcelany albo zdumiewająco wysoki, nosi jakieś wytarte portki i byle sweterek, nie ogolił się dość dokładnie, nie maluje się, ma zmarszczki pod oczami, wygląda na swoje lata. I cóż z tego. Właściwie to ja nawet lubię widzieć ich „ludzką” stronę, jest w tym coś rozczulającego; coś wspaniałego również, bo wtedy dopiero zauważacie, co z nimi scena robi, jak nieprawdopodobną metamorfozę przechodzą. Jak na ironię, przed Koncertem życzeń wdepnęłam do klubu Kombinator, a tam w kąciku siedziała jakaś niepozorna osoba. Moment „o rany!” nastąpił dopiero po długich sekundach zastanawiania się, kogo ona mi przypomina.

(Dziś natomiast piękna, pierwsza tego roku burza huczała nad Podgórzem – ja się boję burz, a jeszcze bardziej, odkąd jedną przesiedziałam na plecaku na tatrzańskim szlaku, płacząc ze strachu – ale burze wiosnę niosą i wicher wieje, więc dobra nasza).

This constant condition

W tym tygodniu zajmowałam się głównie rozmyślaniami o tym, jak też następnego dnia będzie wyglądał mój zawodowy rozkład jazdy na najbliższe miesiące. Ma to dla mnie znaczenie dość spore, bo to rozkład jazdy dosłownie – jak być może zdążyliście zauważyć, ja dość często odwiedzam lotniska i nie dlatego, że mam takie hobby (no owszem, troszeczkę też). I gdy już w czwartek po południu grafik został jako tako poskładany, a ja stwierdziłam, że nie jest źle (mimo iż zaistniało ciekawe ryzyko powrotu z wakacji w sobotę i wyjazdu w delegację od razu w niedzielę – do tego samego kraju, w którym spędzam urlop!), wczoraj rano zastałam w skrzynce mail od szefa, składający się tylko ze zdania „zadzwoń do mnie koniecznie rano”.
No bo znowu się pozmieniało.
Pozmieniało się tak, że jeśli to istotnie się wydarzy, to będzie jakiś hardkor absolutny, ale jakże ekscytujący.
Zaprawdę, można się przyzwyczaić.

Zajmowałam się także obserwacją naszej sceny politycznej, coraz bardziej zdumiona tym, co widzę. Wstyd sakramencki. Zawsze byłam pod wrażeniem ludzi, którzy potrafią brnąć w całkowitą żenadę, byle tylko nie powiedzieć: „no dobra, głupio wyszło, sorki za to”. A gdy dziś usłyszałam, że ta wtopa straszliwa została nazwana zwycięstwem i pani premier dostała kwiaty, to już mi się natychmiast przypomniało. Same dobre wiadomości.

No i jeszcze Dzień Kobiet mieliśmy. Mam w związku z tym garść refleksji, jak zwykle.
Nie będę pisać, czy mi fajnie czy niefajnie z moją kobiecością – nie uważam, by bycie kobietą było szczególnym przywilejem. Ani karą. Nie mogę powiedzieć, że uwielbiam być kobietą i nie mogę powiedzieć, że tego nienawidzę. Jestem sobą, to przede wszystkim – jestem mną. Jestem pogodzona z moimi emocjami, z moim zmieniającym się ciałem, z seksualnością. Dogadujemy się.
To, z czym pogodzona nie jestem, to trochę dłuższa historia, ale ona nie dotyczy mnie samej.
Niektórzy dziwili się otóż niezmiernie, po co znowu te kobiety maszerują.
Niektóre właściwie.
Uwielbiam takie deklaracje, wiecie: „no ale o co chodzi, przecież MNIE jest dobrze!”. No, mnie w sumie też. Czekoladki dostałam i tak dalej. Ale nie ośmieliłabym się myśleć, że jeśli ja jestem ze swojej sytuacji zadowolona, to wszystkie inne kobiety też. Co więcej, moje zadowolenie może przecież jutro stać się pieśnią przeszłości. I gdyby się zastanowić, to nie czuję się aż tak znowu pewnie. Było o tym po wielokroć, bo feministycznych zapędów nigdy nie skrywałam, więc nie będę się powtarzać.
Ale, ale.
Trafiłam otóż w internetach na wpis dziennikarki naszej rodzimej, zaskoczonej bardzo właśnie protestami. Bo niby o co cho. Ona lubi kwiatki i tak dalej, miała przyjemny dzień i wszyscy byli dla niej mili. I czemu te kobiety znowu się pultają o tę aborcję bez powodu. Samo to może nawet by mnie nie ruszyło, okej, nie musi widzieć potrzeby, jej święte prawo. Później wszak ktoś zwrócił jej uwagę, że tu nie chodzi li o aborcję i pigułkę po, ale też o inne sprawy – pensje, mobbing, przemoc, mizerne kary za gwałty i fakt, że kobiety boją się je zgłaszać. Dziennikarka nasza rodzima odparła, że z tym mobbingiem to zależy, a gwałt to taka sprawa, gdzie zarówno oskarżenie, jak i wina są stopniowalne.
Oczywiście. Wszystko zależy. Wiadomo przecież.
Później natomiast trafiłam na komentarze żony mojego znajomego, że te marsze szkodzą prawdziwym kobietom.
Korciło, żeby spytać, kto to prawdziwa kobieta, ale nie chcę psuć sobie stosunków ze znajomym, co byłoby wielce prawdopodobne w tym przypadku, bo jak ktoś głupio gada, to autorka zabiera się za rzeczowe dociskanie, a cisnąć potrafi długo i namiętnie.
Jeszcze później tekst jakiegoś smutnego obywatela o tym, że te protestujące to przecież brzydkie baby są. Ładne, jak wiadomo, przeciwko niczemu protestować nie muszą. Brzydkie, skwaszone, samotne stare panny, co ich pies z kulawą nogą nie zechciał, to co innego. (Swoją drogą, gdybym miała retorykę pana przeciw niemu zastosować, to na zdjęciu nie za bardzo do Ryana Goslinga podobny, ale nie będę tego robić, bo ja wiem, że uderzanie w czyjś wygląd jest niegrzeczne, a on nie).
Im jestem starsza, tym mniej wesoły dla mnie 8 marca, powiadam. Co tu świętować, gdy gorzko.

Beware the Ides of March

– Ty tu u nas zostaniesz kiedyś – pisze mi mój były szef, ten od Bowiego, po tym jak zrecenzowałam mu miniony weekend.
– Co ty, Brexit i te sprawy. Zarzuciłam tę myśl.
– Przeznaczenie, moja droga.
– Wierzysz w takie rzeczy?
– Moja najstarsza córka ma imię Karma.
(Naprawdę ma!).

Od pewnego czasu istotnie głupio wierzę w przeznaczenie, bo pewne zdarzenia w moim życiu plączą się tak nieprawdopodobnie…

Tymczasem dziś urodziny obchodzi pewna przeraźliwie atrakcyjna osoba. Tak troszkę to mi trudno uwierzyć, że już ma tyle lat. A gdy go spotkałam, był przecież dokładnie w tym wieku, co ja teraz i pomyślałam wtedy: „hm, trochę stary”. Na swoje usprawiedliwienie dodam, iż uprzednio smaliłam cholewki do koleżki sporo ode mnie młodszego. Ale ten, choć taki niby wiekowy, w ogóle nie zachowywał się jak stateczny pan już bardziej przed czterdziestką niż po trzydziestce, był wyluzowany niemożebnie i bardzo temperamentny zarazem. Wybuchowa mieszanka, niemniej kusząca. Trochę mnie deprymował na początku, pamiętam. Potem jakoś poszło. W dużej mierze dzięki wielkiej zmysłowości, którą ów dżentelmen emanował i nadal emanuje.
Ani trochę nie złagodniał przez te lata. Może czułości mu trochę przybyło, ale poza tym wszystko tak samo, i w dodatku podejrzewam, że mam więcej siwych włosów niż on. Choć włosów jako takich ogólnie mniej. Życie jest takie niesprawiedliwe.
A że ostatnio przyznał, iż może nawet trochę momentami mnie lubi czy coś takiego, nieważne, to życzę mu (a właściwie sobie) żeby tak zostało. I oczywiście poza tym wszystkiego najlepszego. Choć gdy go zapytałam wczoraj, czego sam by sobie życzył, roześmiał się tym swoim pięknym, głębokim śmiechem i udzielił mi takiej odpowiedzi, że raczej nie mogę jej tu zacytować, przez wzgląd na wysoce perwersyjny wydźwięk. Jak mówię – nic się nie zmienia, mimo że lata lecą.

Some people say they love London by day, but…

Wróciłam wczoraj z zakładu pracy do domu. Wyjęłam z szafy mój podróżny tobołek. Dziesięć minut później byłam spakowana. Wyjeżdżam na dwie raptem noce, to i po co komplikować. Poza tym to nie pierwszy raz przecież.
Budzik ustawiłam na morderczą godzinę, bo samolot o wpół do siódmej rano. Wstałam, kąpiel wzięłam, po taksówkę zadzwoniłam, obecnie natomiast piję bardzo drogą i niedobrą kawę w porcie lotniczym Kraków Balice, przy wtórze upiornej muzyki tanecznej z głośników.
Tyle miejsc na świecie, a ta znowu do tego Londynu. W stolicy osobistego kraju była razy z pięć, może osiem, a po tamtej oprowadzałaby wycieczki, choć nie byłyby one nieszczególnie pasjonujące (choć muzeum z penisami uważam za bardzo ciekawe, jako i muzeum z połową kota). Parę tygodni temu moja szanowna madre powiedziała, że chciałaby raz wybrać się ze mną. Z wielką chęcią bym ją zabrała – i pewnie zabiorę – ale troszkę się boję. Bo co, jeśli jej się nie spodoba to miasto?

Czuję się trochę jak przed randką. To nic nowego. Sama podróż mnie nie podnieca, byłoby to cokolwiek dziwne przy mojej częstotliwości opuszczania ojczyzny, ale cel – ha, cel to co innego. I nieważne, że znowu będę się irytować, bo tłok, bo brudno, bo pachnie myszą, bo coś tam. Przejdzie. Jak to ktoś napisał, „places make the best lovers”, a Londyn bez wątpienia jest moim ulubionym kochankiem, jaki by nie był. Londyn troszkę mnie sobie wychował, a ja jego sobie oswoiłam, i tak sobie współżyjemy. Wracając, zawsze mam wrażenie, że lecę w odwiedziny do kogoś bliskiego. I wiem, że obudziwszy się w niedzielny poranek w zimnym hotelowym pokoju, po wszystkich emocjach dzisiejszego dnia, zaparzywszy sobie prędziutko kawę i wróciwszy z nią do łóżka, będę bardzo szczęśliwa. A potem, jak to ja, z rękami w kieszeniach pójdę przez Millennium Bridge na południowy brzeg.

Always make the audience suffer

Przy okazji tej ostatniej wizyty w teatrze powróciły stare obserwacje. Po latach bowiem nauczyłam się z widowni wyłaniać typy. Są takie dwa, które szczególnie lubię. Jeden i drugi jest nieco (lub bardzo) zblazowany, ale różnie się to objawia.
Ci pierwsi siedzą, jakby ich przysłano służbowo – może i zresztą tak jest – nadąsani jeszcze zanim spektakl się zacznie. Mierzą sąsiadów na widowni spojrzeniem znudzonym lub poirytowanym. W antrakcie siedzą nieporuszenie, na zakończenie zdarzy im się niemrawe klaśnięcie lub dwa, jeśli pozostali widzowie będą domagali się powrotu obsady na scenę, zaczną się niecierpliwić, albo – co zdarza mi się coraz częściej widywać – wychodzą od razu, gdy zorientują się, że to koniec. Jakby miał im uciec ostatni tramwaj. Rozumiem oczywiście, że może im się nie podobać, każdego prawo, żeby mu się nie podobało, ale doprawdy. Zresztą publiczność krakowska ogólnie nie należy do najbardziej dynamicznych, często raczej dychawicznych, co zauważy każdy, kto oglądał to i owo w innych częściach Polski czy świata. Widzę na przykład ogromną różnicę między Krakowem a Śląskiem, a to przecież niedaleko.
Ci drudzy są dla odmiany bardzo rozmowni. Zwłaszcza gdy rozmawiają o tym, kogo w obsadzie znają (a raczej nie znają, ewentualnie spotkali raz, niemniej starają się brzmieć, jakby znali – doświadczenie mi podpowiada, że im kto bliżej, tym mniej o tym rozprawia, bo i po co miałby wszem wobec ogłaszać, że reżyserem jest jego brat, skoro znajomi i tak o tym wiedzą, a nieznajomych guzik to obchodzi). Rzucenie nazwiska, ze zdrobnionym poufale imieniem, poprzedza uważne rozejrzenie się wokół, czy aby na pewno ktoś słyszy. Samo to jest tylko ucieszne, gorzej, gdy następuje wymiana plotek.
Ale, ale.
Są i sympatyczni. Widziałam na przykład arcyuroczą, bardzo młodziutką parę – on wystrojony w muchę, z kwiatami dla niej przyszedł. Usiedli przejęci i nieco zestresowani (i mam nadzieję, że udało im się potrzymać w końcu za ręce!).

Tyle obserwacji.
Wczoraj po południu bez żalu opuściłam królewskie miasto stołeczne, by spędzić weekend na łonie – mniej więcej – natury. Bogiem a prawdą, przez ostatni rok tak odwykłam od Krakowa, że nawet nieszczególnie chce mi się spędzać w nim czas. Poza tym powietrze wiadomo jakie. A tu, w kwaterze głównej moich praszczurów, przynajmniej można rano wyjść na spacer bez poczucia, że przed powrotem do domu wypluje się płuca na chodniku. Przy okazji spaceru zauważyć nieśmiało wyłażące spod ziemi tulipany. Spędzić czas z kimś pięknym. No i wyspać się. Ubabrać się po łokcie w kruchym cieście do popołudniowego crumble – jakie to relaksujące!
Przy okazji mogłam pokazać mamie osobę poniekąd odpowiedzialną za dekorowanie moich ścian (kazałam jej bowiem oglądać Victorię i nawet jej się podoba, a sam news przyjęła ze spokojem typowym dla osoby od dawna świadomej, że jej córka jest wariatką – moi rodzice już naprawdę przestali dziwić się czemukolwiek; czasem ich na chwilkę zatka, niemniej zaraz przechodzi). Oraz tradycyjnie zestresować ojca.
– W łazience stoi miska, a w niej pływa jakiś glut – poinformował mnie rano.
– A tak, to mój ajurwedyjski proszek do włosów.
– Twoje co?
– Proszek. Włosy tym myję.
– W sensie glutem?
– Dla urody.
(Trzeba mieć nadzieję, nieprawdaż).

Na górze róże

Mały Jasio odjechał sobie na weekend, zapomniawszy zaprogramować termostat. Gdy wrócił wczoraj, powitało go dwanaście stopni Celsjusza. Znowu.
Nigdy się nie nauczę. Wiecie, czasami myślę, że powinnam mieć takiego Igora, co by za mnie wszystko pamiętał – za prąd zapłać, ogrzewanie sobie nastaw, spakuj ładowarkę (ten problem rozwiązałam – w każdej większej torebce trzymam zapasową ładowarkę, adaptorki do prądu zagranicznego mam przynajmniej cztery, również strategicznie rozmieszczone; tak samo sprawy się mają z pojemnikiem na soczewki; jak człowiek roztargniony, to się w końcu uczy moresu).

Za to przyśniło mi się, że zamówiłam u mojego ulubieńca szklaną rzeźbę pawia.
Nie rozumiem, dlaczego tak skromnie. Mogłam gobelin z jeleniem na rykowisku. Naturalnej wielkości.
Sama jesteś jeleń, kobieto.

Ale, ale.
Dziś wiadomo, święty Walenty. Ja z tych nieprzywiązanych zanadto do tego dnia, ale nie przeszkodziło mi to wcale w spędzeniu minionej nocy na lubieżnościach w zacnym towarzystwie. Poszłam spać o drugiej i wstałam o siódmej. Fakt, że jakimś cudem dowlokłam się dziś po pracy do teatru i nie zasnęłam (nie żeby było nudno, Boże uchowaj), uważam za mój mały osobisty sukces. Pominę drobiazg, że gdy rankiem wsiadłam do windy w biurze, nie mogłam się nadziwić, dlaczego ona nie jedzie. Jakoś mi umknęła pewna istotna czynność, kluczowa przy korzystaniu z windy. Tak czy inaczej, z lubieżnościami czy bez, sam 14 lutego ma dla mnie takie samo znaczenie, jak 31 grudnia, czyli niewielkie. Nie muszę obchodzić.
Niemniej, gdy tak sobie szłam Plantami do teatru i mijały mnie pary uzbrojone w róże, coś mi się przypomniało.
Przypomniała mi się historia, która się nie wydarzyła. Takie historie zapewne nie wydarzają się każdemu z nas.
To była randka, na której nie byłam i seks, którego nie uprawiałam, ale na samo wspomnienie kąciki ust wędrują mi do góry, jakby jedno i drugie miało miejsce. A bohaterowie dramatu nie zamienili ze sobą ani słowa. Jakimś cudem nadal doskonale to pamiętam.
Otóż pewna sytuacja sprzed wielu lat. Znacie to uczucie, gdy nagle włos na plecach wam się jeży, bo czujecie, że ktoś wam się przygląda? No właśnie. Rozejrzałam się wtedy niepewnie i wtem.
Tamto spojrzenie, to nie było spojrzenie takie po prostu, to był przesył terabajtów danych i wiązka laserowa wprost w układ nerwowy. Zazwyczaj ludzie, gdy przyłapiecie ich na gapieniu się na was, odwracają wzrok. Ale koleś nawet nie mrugnął. Nawet mu rzęsa nie drgnęła. Miałam wrażenie, że jego oczy robią się większe i większe, jakby chciał mnie nimi wessać i w nich utopić. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam. Wszystko wokół zaczęło się rozmywać. Jego wzrok nie był natarczywy – nic w stylu gapiących się psychopatycznie pasażerów w tramwaju – raczej zaciekawiony, niemniej tak intensywny, że czułam się, jakby on mnie tymi oczami… no właśnie.
Bezczelne to było.
Autorka dała radę utrzymać ten eye lock przez długą dość chwilę, po czym, będąc osobą znaną z wybitnej przebojowości, poczuła, że rumieniec pali ją nawet w pięty i speszona zagapiła się we własne buty.
Jestem głęboko przekonana, że gdy to zrobiłam, tamten obywatel uśmiechnął się do siebie z satysfakcją.
Jestem, bo gdy po jakimś czasie – niebywale długim w mojej głowie, ale pewnie bardzo krótkim w rzeczywistości – ośmieliłam się na nowo skierować wzrok w tamtym kierunku, zobaczyłam promienny uśmiech, mówiący: „Mam cię!”.

Gdybym wtedy miała więcej odwagi, powiedziała cokolwiek albo chociaż się oduśmiechnęła nieco śmielej, moje życie być może wyglądałoby teraz inaczej.
Być może.
W każdym razie zabawne to, że romans czasami potrafi trwać raptem godzinę, a pamiętacie o nim pięć lat później. Tymczasem z długich związków niekiedy trudno zapamiętać cokolwiek. Mam za sobą takie, z których dziś pamiętam blade skrawki jedynie.

Look out weekend, ’cause here I come

W piątek o godzinie dwudziestej pierwszej opuściłam knajpę. Tłum gęstniał, a autorka pozbierała swoje zabaweczki, dopiła koktajl, pożegnała się grzecznie i poszła na tramwaj. Szał i życie na krawędzi.
Bo przecież trzeba się wyspać. A wino lepiej smakuje na własnej kanapie. Ale tak w ogóle to by człowiek przecież napił się porządnej herbaty, przebrawszy się w dresik.
Co to się dzieje.
Dekadę temu – no, troszkę wiecej – w piątkowy wieczór człowiek nakładał brokat na powieki, tuszował rzęsy przez dziesięć minut, upewniał się, czy dekolt dość głęboki (i czy bielizna pod spodem pasuje – nigdy nic nie wiadomo…), w chmurze perfum pędził taksówką do klubu, wracał do domu o czwartej nad ranem albo i siódmej niekiedy. Czasami z butami w dłoni. Czasami nie sam. Czasami nie do domu. Czasami niepewny imienia nowego towarzysza. Tak czy inaczej, na mieście znał wszystkich, był na bieżąco z nowymi lokalami, na ty z barmanami, pijał wódeczkę z bohemą, tańczył z cudzymi mężami, nawet kiedyś pewnego milionera w kolejce po banię poznał. Budził się w południe i z bólem głowy, ale sama myśl o tym, że mogłoby kiedyś być inaczej, wydawała mu się nieprawdopodobna. A teraz? Nawet nie próbuje udawać, że mu się chce. Wypadł z obiegu najzupełniej świadomie i nie zamierza wracać. Są ciekawsze zajęcia przecież. Niekoniecznie bardziej ekscytujące, ale ciekawsze. A nawet jeśli niezbyt ciekawe, to i tak jakimś cudem sprawiają większą przyjemność. Poza tym trzeba rano wstać i jechać poza Kraków, odpocząć trochę po tygodniu wytężonej, ma się rozumieć, pracy. Potarmosić psy i zjeść za dużo łakoci. No – może nie trzeba. Ale można.
– Za tydzień też wpadniesz?
– Raczej tak, bo potem, hm, wyjeżdżam.
– Oczywiście. A dokąd?
– Eee…
I już nie mogę się doczekać, prawdę mówiąc.
Nawiasem mówiąc, kupiłam sobie w całkiem przyzwoitej cenie bilecik na ostatni spektakl Rosencrantz i Guildenstern nie żyją. Ostatni, bo ostatnie są zawsze wyjątkowe. Atmosfera elektryczna. Potem będę się zastanawiać, jak to organizacyjnie ogarnąć. Zabawne, wiecie. Dziesięć lat temu przygodę z teatrami miasta, którego nie ma zaczynałam w towarzystwie Daniela Radcliffe’a właśnie, w Equusie. Trochę był skandal, bo chłopię występowało gołe jak Pan Bóg stworzył, a miało wówczas lat siedemnaście (zmieniło się troszkę od tamtej pory). Internet ociekał bardzo pochlebnymi fotomontażami. Przedstawienie samo w sobie natomiast, choć nie wybitne, bardzo mi się podobało. Tym bardziej, że Equus to genialna i poruszająca sztuka (nie rozumiem, czemu tak rzadko wystawiana). I tym bardziej, że był to mój pierwszy raz w świecie, w którym nigdy nie podejrzewałam, że się znajdę.
A cóż mogę rzec teraz…
Kto by przypuszczał, do czego to doprowadzi. Widzicie, jak trzeba uważać?

Touch me, touch me

Wiecie, czego szczerze nienawidzę?

Ale tak naprawdę.
Oprócz tartej marchewki, ma się rozumieć.

Otóż organicznie nie znoszę gorących miłośników komunikacji miejskiej, a uściślając – miłośników współpasażerów. Takich, co na przykład przepadają za napieraniem na kogoś, choć tłok wcale nie taki straszny. Dopiero wystawiony złowrogo łokieć (czasami myślę, że matka natura zainstalowała człowiekom łokcie o jakieś 20 centymetrów za wysoko…) i/lub rzucone Spojrzenie odsyłają delikwenta na bezpieczną odległość. Yyyygh. Jeśli chce się obcych ludzi pomacać, to przecież są specjalne kluby, gdzie można to zrobić w przyjemniejszych warunkach. Wagon tramwajowy nieszczególnie jest moim zdaniem ekscytujący, ale fakt, opłata za wstęp niższa.
Poza tym dzień bardzo udany, dziękuję. Natychmiast po tym, jak dowiedziałam się, iż w moją stronę zmierza premia, uśmiechłam się półgębkiem i pośpiesznie udałam do internetu, żeby jej część wydać zawczasu.
Bo przecież priorytety trzeba mieć.
ldn

Nie ma oczywiście najmniejszego znaczenia fakt, że obiecywałam sobie po wielokroć solennie, iż nigdy więcej Ruinaira, bo moje nogi i ichnie plastikowe fotele są wybitnie niekompatybilne, nigdy więcej lotniska Stansted (kto był, ten wie – są co prawda gorsze porty lotnicze na tym łez padole, ale i tak nie sposób darzyć miłością tego miejsca), a już na pewno nigdy więcej wstawania o czwartej rano, żeby się telepać do Balic. Pomarudzi, pomarudzi, a w końcu znowu zrobi to samo. Bo jak zawsze, ma ważne powody.
Zanim to nastąpi, jeszcze dwa długie tygodnie w mroźnym klimacie, niemniej jutro szczęśliwie widzę się z przyjaciółką. W czwartek, dzień powszedni, na miasto. W moim wieku. To się źle skończy. Jestem wszak gotowa ponieść bolesne konsekwencje, bo moje życie towarzyskie ostatnimi czasy żyje dzięki płucosercu, że tak powiem. Prawie zdycha. Sama trochę jestem temu winna, bo w ostatnim roku częściej byłam nieobecna niż obecna, a gdy obecna, to nader często zmęczona. Nie raz i nie dwa, gdy nawet byłam akurat na miejscu, a nie gdzieś tam na kontynencie, wolałam się wyspać albo zwyczajnie pokręcić się po domu niż wychodzić między ludzi. Ale jest i druga strona medalu. Otóż z paru relacji najzupełniej świadomie się wycofałam. Przychodzi taki moment w życiu, wiecie, gdy otwieracie waszą księgę przychodów i rozchodów towarzyskich. I dostrzegacie, że tu i tam coś się nie zgadza. Bo włożyliście tyle, a nazad nic nie wraca. Wtedy najlepiej usiąść, ponownie policzyć i dokonać, jak to dzieci mawiają, remamentu.
Czasem trzeba.

Watch me jump

Otóż zatem jeżeli chodzi o wydarzenia minionego weekendu, to wymieniłam telefon na nowszy model. Takie mam pasjonujące życie.
Stary był jeszcze całkiem całkiem, ale nowoczesność nowoczesnością i nie ma rady. Nie cierpię zmieniać telefonów, bo przerzucanie wszystkiego to do niedawna była udręka jakaś, niemniej okazuje się, iż teraz wystarczy te dwa móżdżki pozytronowe ze sobą zetknąć i one już same wszystko między sobą załatwią.
Tyleż to wygodne, co zatrważające.
Wiecie o tym, że przewiduje się, iż w ciągu dekady w zarządzie korporacji zasiądzie maszyna?… Taka tam pocieszająca wiadomość przy poniedziałku.

Poza tym wszystko po staremu. W pracy nawijają mi makaron na uszy, sądząc naiwnie, że po paru latach robienia w tym, jakby to moja mieszkająca za młodu po sąsiedzku z Kazimierzem Kutzem babcia nazwała, haźlu, dam się spławić. Niedoczekanie. Ja jestem bardzo cierpliwy człowiek, w związku z czym potrafię bardzo cierpliwie wiercić dziurę w brzuchu. Grafik znowu mi zmieniono i tym razem nawet nie jestem zła, bo po pierwsze mogę odgruzować moje lokalne życie towarzyskie, a po drugie będę mogła z końcem lutego wziąć urlop i w efekcie spokojnie wrócić do domu z Londynu (już parę razy wracałam w niedzielne wieczory ostatnim samolotem do Polski, potem jeszcze telepałam się do domu, żeby móc w poniedziałek rano stawić się na posterunku – dziękuję serdecznie, za dużo nerwów i zmarszczek). Z niejasnych natomiast przyczyn – może to przez to morowe powietrze na południu kraju – nadal mam sny tak intensywne i kuriozalne, że budzę się zmęczona. Wczoraj telefonowałam do Andrew Scotta, żeby zapowiedzieć wizytę na spektaklu. Bo wiadomo, taki czcigodny gość, lepiej żeby protagonista wiedział, kto go będzie podziwiał. Zabawne, jak to w snach wszystko wydaje mi się niesłychanie naturalne, no po prostu, albo James Norton po wino śmiga, albo z Andrzejem na telefonie wiszę. Nie obraziłabym się, gdyby moje życie w istocie tak wyglądało. No, ale zamiast tego budzik o szóstej i nawijanie makaronu na uszy przez resztę dnia. Nie uskarżam się, Boże broń.
Dzisiejszej nocy też było interesująco.
Otóż siedziałam na spotkaniu w sali konferencyjnej, takiej wiecie, szklanej, jak to w biurowcach. Za oknem było już ciemno i zacinał śnieg. Czekaliśmy nie wiedzieć na kogo. Wtem jeden ze współczekających powiedział, że to on pójdzie poszukać tego spóźnionego, bo już mu się nudzi – po czym wstał i wyskoczył oknem.
Przyznacie. Sen w sam raz na poniedziałkowy ranek, głębia egzystencjalna nie do przecenienia.
To dobrze jednak, że okna w biurowcach się nie otwierają, w każdym razie nie od wewnątrz*.

A o moim śnie o striptizerce nieopatrznie opowiedziałam panu i władcy.
Bardzo się zainteresował. Czemu mnie to nie dziwi. Wypytał o szczegóły. W co ubrana była – to jest raczej z czego się rozbierała – i jaki obwód w biuście.
– Co ty się tak interesujesz, panie kolego? Chciałbyś mój sen pożyczyć czy może zamierzasz wcielić go w życie?
– Zależy, co wolisz.
Nie kontynuujmy wątku może.

*Od zewnątrz jakoś można, bo pamiętam, jak onegdaj obserwowałam próbną ewakuację, podczas której strażacy wydobywali pozorantki uwięzione na którymś tam piętrze. Byłam rozczarowana, jak większość moich koleżanek z działu, bo nie wiedziałam, iż można się do roli uwięzionej zgłosić.

Self-praise is for losers

Dziś dla odmiany śniło mi się, że pan i władca (ukłon w stronę fanklubu) zorganizował dla nas wizytę domową striptizerki, a co lepsze, z niezrozumiałych przyczyn byłam tym pomysłem zachwycona.

Ale nie o tym chciałam.

Są takie dwa słowa, które budzą we mnie przemożną potrzebę przewrócenia oczami i głuchego jęknięcia. Podobnie jak „leczenie kanałowe”. Albo „zeznanie podatkowe”. Albo „reforma oświaty”.
Ocena roczna, mianowicie.
Nie lubię, nic na to nie poradzę. Nie tylko nie lubię, ale uważam to za jeden z najgłupszych wynalazków ludzkości. Ocenianie samego siebie jest zajęciem dość absurdalnym. Zbyt dobrze o sobie napisać nie można, bo wyjdzie człowiek na samochwałę. Zbyt surowo też nie, bo to zabrzmi jak fałszywa skromność. Wie człowiek, co mu się udało, a gdzie zawalił – i jeśli ma dobrego szefa, to szef też wie. Wszyscy świetnie zdają sobie sprawę z tego, iż cała ta zabawa durna jest i niepotrzebna. Niemniej procedura procedurą. Ocena roczna musi być. Stosownie wypośrodkowana oczywiście, bo każda firma ma swoje widełki i oczekuje mieszczącej się w widełkach liczby osób ocenianych świetnie, dobrze i beznadziejnie.
Jeszcze niedawno byłam z tej drugiej strony. Nienawidziłam tego szczerze (w ogóle zarządzania nie znosiłam – wolę robić swoje i być odpowiedzialna wyłącznie za własną pracę). Najpierw trzeba było ludziom sapać nad uchem, żeby w ogóle wypełnili ten papier w terminie. Wypełniali różnie, czasami w stylu „wszystko zrobiłem super, bo jestem diamentem, kropka”, czasami „jeśli chodzi o plusy, to codziennie przychodziłem do pracy”, niektórzy przeklejali gotowe szablony odpowiedzi z internetów – co tylko dowodzi znikomego sensu całej tej koncepcji. Później trzeba było odbyć rozmowę i oznajmić pracownikowi, jakąż to ocenę otrzymał. Nie zawsze były to konwersacje lekkie, łatwe i przyjemne. Pamiętam jedną, która skończyła się absolutną histerią, bo osoba w swoim przekonaniu znacząco przewyższała oczekiwania. Nie było tego widać, co prawda, ale przekonanie miała imponująco silne. Ech. Po tym wszystkim moje obecne zajęcie, choć znacznie trudniejsze, jawi mi się niekiedy jako istna plaża.
Ale, ale. Po minionych dwunastu miesiącach, pierwszych w zupełnie innym zawodowym świecie, i po niezapomnianych przejściach ze zmorą (która dostała awans, imaginujcie sobie – zakrztusiłam się, przeczytawszy tę łamiącą wiadomość) spodziewałam się, że będę szorowała po dnie skali. Okazało się, że jednak nie. No i bardzo dobrze.
Oczywiście na wszelki wypadek zdenerwowana byłam tak bardzo, że mój biedny nadszyszkownik aż się przeraził poziomem tego zestresowania i jął mnie uspokajać. Taak. Jak ja siebie za to nienawidzę. Dawno już przestałam się dziwić, że ludzie – w każdym razie ci, którzy to widzą, bo ludzie generalnie dzielą się na tych zauważających emocje innych i starających się im jakoś ulżyć, zauważających i czerpiących frajdę z celowego pogłębiania ich stanu, oraz niezauważających zupełnie – niekiedy traktują mnie tak, jakby się obawiali, że zaraz osunę się bezwładnie na glebę i będą musieli mnie ratować. Być może w niektórych przypadkach zdaje się dość kuszącą wizją, ale wiem niestety skądinąd, że w omdlewaniu nie ma nic romantycznego, a w dodatku rosnąca krępacja i wstyd tylko pogarszają sprawę. Rady w stylu „wyluzuj” niestety są o kant dupy rozbić.
Tak czy inaczej – przeżyło się. W nagrodę za dobre sprawowanie kupię sobie pewnie bilet do Londynu. Opracowałam sobie już grafik planowanych tegorocznych wyskoków (uwaga – w EXCELU, jestem już tak stara i nudna, że zapisuję sobie w arkuszu kalkulacyjnym, co i kiedy chcę zobaczyć, żebym nie zapomniała i żeby mi urlopu nie zabrakło) i zupełnym oczywiście przypadkiem wszystkie zahaczają o terminy moich jakże ulubionych wydarzeń. Trzeba mieć w życiu priorytety.

PS Tymczasem w trafieniach z wyszukiwarek, by zakończyć wdzięczną klamrą, męscy niewolnicy i faceci w sukienkach. Staram się pewnych sfer mojego życia nie opisywać, a tu proszę, wszystko wylezie…

Best available

Tak sobie pomyślałam wczoraj wieczorem, że właściwie to w rubryczce „hobby” – albo lepiej, w rubryczce „szczególne umiejętności” – powinnam wpisywać: „kupowanie biletów”. Bo kupuję ich dużo, seryjnie i zdarza mi się z powodzeniem polować na rzeczy z gatunku „z kim trzeba się przespać, żeby to obejrzeć”. To znaczy, nigdy nie musiałam się do tego posunąć. Jeszcze.
W każdym razie dokonaniem poniedziałku było klepnięcie biletu na osławionego Hamiltona i to nawet bez szczególnej walki, chociaż śmiech pusty mnie ogarnął, gdy serwis zaproponował mi miejsce za 90 funtów jako best available. Mam nieco inną definicję best available. Parę prób później było znacznie lepiej (choć i tak uważam, że troszkę przeginają, ale cóż, prawa rynku).
Jakby mi tego było mało, madre wspomniała coś w rozmowie, że można by wybrać się do Włoch. Dawno nas tam nie było, raptem w sierpniu. Jest jednak prawdą powszechnie uznaną, że Włoch nie można przedawkować, wracamy na parę dni właściwie co roku. Mnie to się po cichu śniły inne kierunki, ale. Tak tylko z ciekawości zajrzałam w internet, patrzę, a tu bileciki za 148 złotych w obie strony, grzechem przecież byłoby odmówić. Tym sposobem tuż po moich urodzinach udajemy się na południe. No i bardzo dobrze. W Apulii jeszcze nie byłam, więc jestem ździebko podekscytowana.

Skoro już o tym śnieniu mowa, przyśnił mi się dziś w nocy James Norton. Muszę przyznać, iż James Norton z jakichś przyczyn nie dorobił się jeszcze specjalnej szufladki w moim pojemnym sercu. Być może się dorobi, gdyż w śnie tym niżej podpisana grała z nim w serialu. Zabijcie, nie pomnę, o czym. W każdym razie w pewnej chwili mój, ekhe, partner z planu stwierdził, że w kolejnej scenie potrzebne będzie wino – i, jak przecież zrobiłaby każda gwiazda na jego miejscu, wziął i poszedł po nie do sklepu.
Niestety nie dowiedziałam się, jaka to scena miała być i dlaczego tak niezbędny był alkohol – moja zepsuta wyobraźnia idzie w tym kierunku – bo wtem zadzwonił budzik. I poza zabawie.

Ale co tam Norton. W miniony weekend w moim życiu pojawiła się istota piękna i obezwładniająco urocza. Mam nadzieję, że na długo w nim pozostanie. Jako nieuleczalna psiara jestem zakochana do nieprzytomności, bo jak nie kochać kogoś, kto jest puchaty – tak, wiem, rozmazane, ale spróbujcie namówić takiego, by przez chwilkę się nie ruszał, nie ma szans – pachnie w taki szczególny, szczenięcy sposób, jego kasztanowe oczęta spoglądają niewinnie (zwłaszcza wtedy, gdy naleje na podłogę pięć minut po tym, jak się posprzątało skutki poprzedniego „wypadku” lub jeszcze bardziej wtedy, gdy przyłapujecie go na zapamiętałym żuciu okładki nieopatrznie pozostawionej w zasięgu ząbków książki; spoglądają na was i mówią „kocham cię, dopiero cię poznałem, ale cię kocham, a ty też mnie kochasz? wiem, że tak, opór jest bezcelowy”), uśmiecha się pogodnie, wdrapuje się na człowieka, oblizuje mu twarz, podgryza mu palce, przewraca się w śniegu. Niezgorszy z niego bandyta, wszak łapie i zanosi na swoje upatrzone miejsce absolutnie wszystko, co się da. Łącznie, em, z posłaniem swojej starszej koleżanki. Koleżanka jest emerytowanym jamnikiem, nieco, trzeba przyznać, wrednym z natury, ale młody dżentelmen nic sobie z tego nie robi. Nie przeszkadza mu również fakt, że wredna starsza koleżanka akurat na tym posłaniu śpi. Kein Problem. Oglądające akurat Serię niefortunnych zdarzeń człowieki nagle oglądać przestały i ryknęły zbiorczo śmiechem, widząc ku swojemu zdziwieniu, jak jamnik z miną mówiącą bardzo wyraźnie „WTF?!” wyjeżdża na posłaniu ze swojej budki i jedzie w siną dal, ciągnięty przez bawiącego się pysznie malucha.
A on ma trzy miesiące dopiero.
Mam pewne obawy co do tego, kto kogo będzie wyprowadzał na spacer.

Dust Pneumonia Blues

No właśnie, co do tego kaszlu i znienawidzonych widzów.
Zaczęłam wczoraj pisać odpowiedź na komentarz odnośnie tego, co ludzie na widowni robią, ale wyszło mi, że musiałby to być komentarz bardzo obszerny, więc postanowiłam zamienić go na wpis.
Różnych zachowań widzów się naoglądałam, mniej i bardziej strasznych. Robienie zdjęć podczas spektaklu. Robienie zdjęć sławnym ludziom, którzy najzupełniej prywatnie przyszli sobie spektakl obejrzeć. Odstawianie kieliszka na scenę, gdy się siedzi w pierwszym rzędzie i popija wino, czy też w ogóle umieszczanie tam swoich bambetli. Chrupanie orzeszków wyjmowanych z najbardziej szeleszczącego opakowania w historii ludzkości, bardzo staranne i powolne chrupanie. Zajmowanie cudzych miejsc, po czym foch i protest, gdy prawowity „właściciel” fotela chce go odzyskać (w samolotach/pociągach też mi się to zdarza i irytuje nawet bardziej). Najbardziej creepy akcją, jaką w życiu widziałam, była próba dotknięcia aktora podczas owacji – znaczy, ja rozumiem, że jednego z drugim każda z nas chciałaby dotknąć, a najlepiej całym ciałem i to nieubranym, ale bez przesady. Nie wyobrażam sobie, żeby się z łapami pchać. Swoją drogą przerażające to czasami, na jakich świrów człowiek się naraża, gdy staje się odrobinę bardziej popularny. Tak czy inaczej, najbardziej zapadła mi w pamięć pani widz w jednym z krakowskich teatrów, która tuż po rozpoczęciu przedstawienia wyjęła z torebki wachlarz. Taki papierowy, made in China. I jęła się wachlować bardzo energicznie. Dźwięk był doskonale słyszalny dla wszystkich, łącznie z aktorami, którzy w pewnym momencie – bo pani wachlowała się przez cały czas! – jęli nerwowo zerkać na widownię, skąd coś uparcie szumiało. Masakra.
A niektórym dżinsy przeszkadzają.
Żeby jednakowoż nie było, że jestem wzorcem widza i ucieleśnieniem wszelkich cnót, jakie publiczność może reprezentować (w końcu gonię ludzi po ulicach, pamiętajcie) – sama kiedyś zajęłam komuś miejsce. Ślepawa bywam czasami i źle przeczytałam literkę oznaczającą rząd. Jakież było moje zdumienie, gdy pojawiła się pewna sympatyczna para i wyjaśniła mi, że mój fotelik znajduje się parę rzędów bliżej sceny. No i świetnie. W tę stronę zawsze przyjemnie się pomylić.

A poza tym?…
Odbyłam wczoraj bardzo przyjemną pogawędkę z moim byłym szefem. Pracowaliśmy razem blisko dziesięć lat temu. Niezmiennie utrzymujemy kontakt i od kilku lat próbujemy umówić się na wino, co jest o tyle trudne, że ja mieszkam w Krakatau, a on w Kornwalii. Niesamowity koleś. Jeśli idzie o zachowanie – Anglik pełną gębą, do bólu uprzejmy i taktowny. Do tego stopnia, że gdy mi kiedyś coś tam na twarzoksiążce skomentował, to zaraz wysłał mi prywatną wiadomość z pytaniem, czy to aby nie była zbyt kontrowersyjna opinia, bo jeśli tak, to przeprasza i mogę usunąć (nie była). Ale tu przechodzimy do części drugiej, bo ów Anglik, starszy pan – na emeryturze już – jest bardzo wyluzowany obyczajowo. Trudno zresztą nie być, gdy ma się taką biografię. Za młodu pozował nago do rzeźb (jak twierdzi, nie ma pojęcia, co się z nimi stało, ale bardzo bawi go fakt, że ktoś może trzymać w domu jego gołą kopię naturalnej wielkości). Za młodu również kumplował się z chłopakami z Mungo Jerry i nadal utrzymuje z nimi kontakt. Ale moją ulubioną historią jest ta, którą mi opowiedział mniej więcej rok temu. Jak to w latach 60. poszedł na z kolegą i jego dziewczyną na koncert pewnego mało znanego muzyka. Wszyscy świetnie się bawili, z wyjątkiem kolegi mojego byłego szefa, gdyż po koncercie jego dziewczyna wyszła z muzykiem, jak to lubi się zdarzać. Nie byłoby w tej wdzięcznie hippisowskiej historii nic fascynującego, wszak po dziś dzień dajemy się uwodzić chłopakom z gitarami, gdyby nie fakt, że tamten akurat chłopak nazywał się David Jones.
Rings any bells?..

Jak to z przekąsem mawia najlepszy przyjaciel pana i władcy – frontmani zawsze mają lepiej.
Niezłe dziewczyna musi mieć wspomnienia, choć bez dwóch zdań z gatunku „i tak nikt ci nie uwierzy”.

Zabawne. Żyjemy w czasach, w których ludzie jałowi bardziej niż Eliotowska ziemia lansują się na potęgę, choć nie mają absolutnie nic do powiedzenia, a taki oto skromny, siwy dżentelmen, który lata przepracował w korporacji jako specjalista od kontroli jakości, mógłby wydać opasłą książkę o swoim bez dwóch zdań pasjonującym życiu, ludziach, których poznał, rzeczach, które zrobił. Pozory mylą czasami.

Respect the delicate ecology of your delusions

No to mamy nowy wspaniały świat.

Ale nie będziemy o tym pisać.

Życie jakoś się toczy. Nie najgorzej. Zapisuję to ku pamięci, bo w poniedziałek mam ocenę roczną (nienawidzę tych cyrków – a kiedyś musiałam sama je z ludźmi przeprowadzać; wspominam to jako jeden z najgorszych zawodowych koszmarów) i mój ogląd rzeczywistości może ulec gwałtownej zmianie.
Po pierwsze. Panowie kominiarze mnie nawiedzili i uznali, że wyloty mam drożne. Doceniam fakt, że przyszli w mundurach i nie śmiali się z klientki trzymającej się za guzik przy porteczkach przez całą wizytę.
Po drugie. Baranek nadal leży przygnieciony książkami. Autor tymczasem nie omieszkał zamieścić szkicu na swojej obrazkowej stronie, z komentarzem, bo przecież. Jak się wie, że mecenas przeczyta, to się tak napisze, żeby mecenas spiekł raczka.
Po trzecie. Udało mi się wczoraj zdobyć bilety na Anioły w Ameryce – jak tego dokonałam, nie mam pojęcia, bo tłumy z całego świata zaatakowały stronę internetową National Theatre w chwili otwarcia sprzedaży. Tymczasem niżej podpisana, jak ten wioskowy głupek, co nie brał udziału w wyścigu, ale przypadkiem wbiegł na trasę i wygrał, po dziesięciu minutach miała bilety w koszyku.
Uch, te emocje. To poczucie triumfu.
Oczywiście to dopiero za osiem miesięcy bez dwóch tygodni, ale jutro niedziela, niebawem luty, chwilę później Wielkanoc, a potem to już zleci!
Nawiasem mówiąc, zauważam z zadowoleniem, że coraz więcej ludziów podróżuje w celach teatralnych. Bo to naprawdę osiągalna sprawa, a przy okazji przygoda, czasami – jak widać po mnie – wżerająca się w życie na dobre i z niespodziewanymi konsekwencjami.
Co nie zmienia faktu, że ojczyste instytucje kulturalne też odwiedzać zdecydowanie warto, nawet warciej. Ja na ten przykład dziś idę (i to jest po czwarte). Mam pewne obawy. Nie o to, co zobaczę, bo recenzje znakomite i jestem bardzo podekscytowana, ale o siebie. Uściślając, o moje gardło. Od trzech tygodni kaszlę bardzo nieatrakcyjnie. Niestety nie mam pieca, do którego mogłabym wsadzić się na trzy zdrowaśki, pozostają zatem piguły, które absolutnie nie działają. Jak wszyscy wiemy, kaszel uwielbia aktywować się w miejscach, w których wypada zachowywać się cicho (zupełnie jak śmiech w sytuacjach nader poważnych). W obawie przed narobieniem sobie obciachu zamierzam wyładować torebkę pastylkami do ssania i zabrać ze sobą wodę, i jakoś wytrwać w klimatyzowanym pomieszczeniu pełnym wyperfumowanych ludzi. Oby tylko nie było scen z dymem.

Oh, my hopeless wanderer

Minął tydzień od mojego uprowadzenia. Niby wszystko po staremu. Chodzę do pracy, wracam z niej pod ten sam adres, spożywam posiłki, czytam, słucham ładnych rzeczy, sprzątnę czasem, wiecie, taka tam codzienność ludu pracującego miast i wsi. Bardziej miast. Strutych smogiem w dodatku ostatnio, co bez dwóch zdań czuję w moim gardle.
Nie mogę jednakże pozbyć się poczucia, że choć nic się nie zmieniło, to bardzo dużo się zmieniło, coś się zatrzęsło we wszechświecie. Jest inaczej. Niby dowiedział się człowiek czegoś, co wiedział od dawna, ale nie podejrzewał, że tak go to zdziwi wypowiedziane na głos, wzruszy bez wątpienia. Oczywiście całkiem przyjemnie mi się z tym żyje, tylko jeszcze nie do końca się przyzwyczaiłam. Wczoraj wieczorem za to złapałam za telefon, by wystukać wiadomość, a tak se sprawdzę, co u koleżki słychać, pisać zaczynam, gdy wtem telefon dzwoni.
Zawsze miał taki timing cholerny. Gdzie oni się tego uczą?…

Poza tym dotarł mój baranek.
(Uśmiałabym się, gdyby okazało się, że to naprawdę jest baranek).
Musiałam tylko go odebrać z… winiarni, bo kurier tam właśnie go zostawił pod moją nieobecność. O ironio. Wróciłam zatem do domu z przesyłką i butelką wina (gruzińskie dobre na wszystko), dwie pieczenie na jednym ogniu. Jedna i druga pieczeń czekają teraz na otwarcie. Z winem pójdzie łatwiej, jak sądzę. Tak czy inaczej, lada chwila zabieram się za rozbrajanie.
W niedzielę rano tymczasem na lotnisko. Dawno nie byłam, nieprawdaż. Tym razem na tak krótko, że nie jestem pewna, czy zdążę choć jedno rozmazane zdjęcie opublikować. Na samą myśl czuję się niewyspana, ale sama chciałaś, moja złota, sama chciałaś.

PS Liścik dołączony do baranka rozczulił mnie niemożebnie. Tak, jestem egzaltowana. I jest mi z tym, proszę ja was, wyśmienicie.

And then I go and spoil it all

A w ogóle to podczas tej wycieczki mojej nieplanowanej wydarzyła się rzecz bardzo dziwna. To znaczy dziwna i niedziwna zarazem, bo nie jest to nic, co by mnie jakoś bardzo zaskakiwało, ale też nie podejrzewałam, że kiedykolwiek zostanie zwerbalizowane.

Świat funkcjonuje tak samo, jak funkcjonował przedtem, w moim życiu też nic się nie zmieniło, niemniej jakoś mi inaczej wszystko wygląda od paru dni.

Co mnie skłania do refleksji.
Wiecie, przez lata całe słyszałam i czytałam: nie pokazuj miękkiego brzuszka. Nigdy, nikomu. Nie dawaj nikomu do zrozumienia, że ci się podoba. Nie przyznawaj się do żywienia cokolwiek cieplejszych uczuć. Były oczywiście sytuacje w moim życiu, gdy zgadzałam się z tym w całej rozciągłości, leżąc pod kołdrą zaryczana i obiecując sobie solennie, że już nigdy w nikim… no, sami wiecie. Wiecie również zapewne, gdzie sobie tego typu deklaracje człowiek może wsadzić.
Od pewnego czasu myślę, że to wszystko nieprawda.
Oczywiście bombardowanie miłością na każdym kroku też dobre wcale nie jest, przeciwnie, ale wszystkie te teorie, że trzeba ostrożnie, nisko i powoli, że trzeba cedzić przez zęby, traktować lekko oschle, zachowywać bezpieczny dystans et cetera nadają się do kosza. Choćby dlatego, że nie mamy aż tak znowu dużo czasu i że nigdy nie wiadomo, czy ktoś nam, w taki czy owaki sposób, nie ucieknie z życia. Zresztą ba. W gruncie rzeczy nie ma się przecież aż tak znowu dużo do stracenia. No, bo cóż najgorszego może nam się zdarzyć, gdy komuś powiemy, że tak dość raczej ewentualnie trochę go lubimy, wiedząc przy tym, że to oczywiste jest nie od dziś?…

Zostawiam was z nowym singlem London Grammar, takim w sam raz.

Liftin’ me higher and higher

Na chwilę przerwa od wątków kulturalnych – będą w przyszłym tygodniu, bo moja wyczekiwana przesyłka została dziś wysłana, tylko jej nie zgub, Poczto Królewska – żeby opisać jeden z najbardziej kuriozalnych wieczorów mojego życia. W skrócie, ale jednak.

Ostatnio pisałam, że potrafię pojechać do Londynu, Luksemburga, Katowic i Nowej Huty dla moich ukochanych mężczyzn.
Ale żebym nie wiedziała, dokąd jadę, to się nie zdarza często. Można powiedzieć, że w pewnym sensie zostałam uprowadzona.

Jeden z moich ukochanych mężczyzn od lat pozostaje taką moją kotwicą i absolutnym VIP-em. Pojawił się w moim życiu i już został – niby przypadkiem, ale ja tam nie wierzę w przypadki. Któregoś wieczora ludzie z dwóch kompletnie różnych bajek jakimś cudem się zetknęli i z jakichś przyczyn kosmos uznał, że to tak miało być. Tak czy inaczej z przygodnej, jak mogłoby się wydawać, i dość cielesnej znajomości nasza relacja ewoluowała w coś, co bardzo trudno nazwać, ale że nie jestem wielką fanką etykietek, to mi to nie przeszkadza. My wiemy, jak jest i to wystarcza. To taki ktoś, kto pełni w moim życiu rozliczne role. Wie o wszystkim, co się u mnie dzieje, zawsze mnie wspiera, zawsze do mnie mówi zdrobniale, zawsze twierdzi, że ładnie wyglądam, znakomity w przytulaniu, wypłakałam mu w rękaw przynajmniej ze dwa litry łez – ma do mnie kluczyk i doskonale wie, jak go użyć. Nie żeby był chodzącą doskonałością (choć z przekąsem twierdzi, że jest), bardzo to dominujący typ, niezgorszy gałgan i nerwus, ale też wyznawca staroświeckiej kindersztuby, dżentelmen z wymierającego gatunku, taki, przy którym czujecie się jak dama z powieści Jane Austen nawet, gdy stoicie przed owym w wysoce niegustownym dresie i przed chwilą odsmarkałyście sobie zaczerwieniony nos na amen, bo was przeziębienie gnębi. Wszystkie moje szaleństwa przyjmuje ze spokojem i zrozumieniem, bo sam ma własne, które nierzadko wywołują u postronnych zjeżenie sierści na plecach, bo jak to tak. Dla niego to naturalne, że ma się pierdolca i można co nieco poświęcić z tej przyczyny.
Widujemy się ostatnimi czasy zdecydowanie nie dość często, bo albo ja jestem wyjechana, albo on, ale gdy już następuje ten szczęśliwy moment, to z rozmachem. Bywało nie raz i nie dwa, że spotykaliśmy się w miejscach przedziwnych lub na bardzo krótko.
Po powrocie bardzo chciałam go zobaczyć, ale jakoś nie sprzyjało. Do przedwczoraj. Korespondowaliśmy sobie, aż wtem…
– Mam dla ciebie małą niespodziankę – ogłasza koleżka z zadowoleniem. Już ja znam jego niespodzianki. To człowiek, którego poziom spontanu przekracza dopuszczalne normy, o czym przekonałam się po wielokroć. To człowiek, w towarzystwie którego trzeba być gotową na wszystko; pozbawiony wszelkich zahamowań, z zerowym poczuciem obciachu, za to z ogromnym poczuciem humoru, wyluzowany nieprawdopodobnie (prywatnie, bo zawodowo to wściekle zdyscyplinowany profesjonalista, dla którego nie do pomyślenia jest spóźnić się pięć minut do roboty).
– To zamawiam taksówkę.
– Nie, nie zamawiaj. Ja już po ciebie wysłałem samochód.
– Jak to samochód wysłałeś?…
– Powinien u ciebie być za parę minut.
– Jak to samochód wysłałeś?…
– Tylko ubierz się ciepło.
– Gdzie ty jesteś, przepraszam?!
– Do zobaczenia!
I rozłącza się ten gamoń, ten łobuz.
No dobrze. Wychodzę z domu, a tam faktycznie czeka samochód i kierowca pyta, czy ja to ja. Potwierdzam. Wsiadam. Nie mam pojęcia, o co chodzi.
Śnieg zacina, mglisto, ale mimo warunków atmosferycznych niesprzyjających podziwianiu widoczków ku mojemu ogromnemu zdumieniu w pewnym momencie zauważam za oknem światła znanego lokalsom Centrum Handlowego Zakopianka, znajdującego się, nie zgadlibyście, przy ulicy Zakopiańskiej, znanej z tego, jak być może trudno się domyślić, że prowadzi na Podhale. Hm. To nie jest dzielnica, w której spodziewałam się znaleźć. Mijamy światła Centrum Handlowego Zakopianka i pan kierowca wytrwale sunie dalej w kierunku Beskidu Wyspowego. Tu jest coś nie tak.
– Przepraszam pana, może to głupio zabrzmi, ale… dokąd jedziemy?
– No, tak z godzinkę nam zejdzie – odpowiada wymijająco kierowca. Aha. Zmowa. Oczy autorki robią się większe i większe. Wyjmuje telefon. Gamoń i łobuz odbiera za pomocą swojego zalotnie pogodnego „halooo”.
– Gościu, ja muszę jutro iść do pracy!
– Nie ma zmartwienia, pan cię rano zawiezie z powrotem.
– Ty oszalałeś. Oszalałeś. Szalony jesteś.
Po obiecanej godzince samochód wyrzuca mnie wśród lasów, przed wejściem natomiast stoi zakapturzona postać słusznej postury. Gdybym nie rozpoznawała tej sylwetki z daleka, to bym się przestraszyła. Na szczęście postać rozkłada ramiona i pachnie mi znaną od prawie dekady wodą po goleniu.

O świcie autorka wsiada nazad do samochodu, żegnana słowami:
– Tylko proszę jechać ostrożnie, bo skarb pan wiezie.

Taki to jest ten mój człowiek-przygoda.
Jak zawsze twierdziłam, ludzie są najciekawszym, co może nam się przydarzyć.

On a magic carpet ride, czyli 366 dni w 1360 słowach

Normalnie o tej porze produkuję bardziej lub mniej udane podsumowanie roku. Tym razem jakoś zupełnie nie potrafiłam się za nie zabrać. Jako że miałam ostatnio wolne, chodziłam sobie nieco po blogaskach i czytałam. Na przykład o tym, jak efektywnie zaplanować kolejny rok.
I śmiałam się się głucho.
Zaplanować.
Efektywnie.
My arse.
W mijającym roku wylądowałam otóż w przynajmniej czterech punktach globu, w których lądować pierwotnie nie zamierzałam. Zrobiłam rzeczy, na które nie byłam gotowa. Nie zrobiłam wielu rzeczy, na które gotowa byłam, ale widocznie nie nadszedł ich czas. To była jazda bez trzymanki, powiadam. Męcząca, owszem. Wyczerpująca nawet. Zasmucająca momentami. Sprawiająca, że czułam żołądek w gardle. Ale też ekscytująca. Gdybym miała jednoznacznie stwierdzić, czy ten rok był udany czy nie, nie byłabym w stanie tego zrobić. Udowodnił mi bowiem bardzo mocno, że trzeba uważać na to, o czym się marzy. Pewne rzeczy są bowiem prostsze, niż się wydaje. Co nie znaczy, że są nieopisanie i całkowicie zachwycające. Zwykle mają ciemne strony. Na przykład wasze życie towarzyskie umiera, bo ciągle was nie ma. Ale, jak to napisał pewien wieszcz, if you never discover, forever you’ll suffer.
To był rok niebywale trudny i intensywny, ale oj, nie nudziłam się. Ani chwili.
Powiem wam szczerze. Jak czytam to wszystko poniżej, to mi się wydaje, że ja już dawno pożegnałam się z rozumem. Może mi się to przyśniło. Może sobie to wymyśliłam?…

Styczeń. Wspinam się na szóste piętro odrapanej kamienicy przy Charing Cross, by spędzić dwie godziny w towarzystwie dwóch par żarliwie spoglądających oczu i popłakać się na końcu. Tego teatru już nie ma. Istniał tylko przez kilka miesięcy. Zamknął się właśnie na dobre. Zatem w pewnym sensie przeżyłam coś niepowtarzalnego. Ja i niewielu ludzi, przed którymi ci dwaj co wieczór grali na tym zimnym poddaszu, zamiast brylować na salonach. To było niezwykłe i poruszające doświadczenie.
Luty. Ta sama trasa, czyli nad portem w Rotterdamie skręcamy w lewo. Oglądam liczne penisy (w muzeum, w muzeum!) i oglądam same łamiące serce przedstawienia. W dwóch z nich grają dzieci. Teoretycznie nie lubię spektakli z dziećmi, w rzeczywistości natomiast oba mnie zachwycają, albo raczej wstrząsają mną.
Marzec. Krótka podróż do kraju scyzoryków i raclette, gdzie śnieg z deszczem zacina bez cienia litości dla turystów usiłujących dotrzeć do hotelu, nie gubiąc przy tym po drodze ani walizki, ani parasolki, bezużytecznej zresztą w tej pogodzie. Następnie partyzancki wypad do, nie może to być, Londynu na weekend, bo upolowałam jeden samotny bilecik na coś, co bardzo chciałam zobaczyć – docieram do domu o drugiej w nocy, o szóstej dzwoni budzik. Nigdy więcej, myślę.
Kwiecień. O dziwo, donikąd nie wyjeżdżam i nic szczególnego się nie wydarza. Jak się okaże, zatęsknię za tym stanem. Za to dwa bardzo dobre przedstawienia w Krakatau oglądam. Nie dość ich obejrzałam w tym roku i mam nadzieję, że nadrobię braki. Nadzieję mam. Nie planuję, ponieważ patrz wyżej.
Maj. Urodziny, ma się rozumieć, w mieście Londyn. Po raz pierwszy idę do teatru na horror science-fiction, jeśli mogą to sobie państwo wyobrazić, i przyznaję – podskakiwałam ze strachu. Tydzień później lecę na pustynię; na dobry wieczór dostaję w twarz gorącym powietrzem. Jadąc taksówką prowadzoną przez dziarską panią lokals i gapiąc się z niedowierzaniem na niebotycznie wysoki, cienki jak trzcinka i lśniący budynek za oknem, czuję się, jakbym wylądowała na innej planecie, ale zaskakująco szybko się przyzwyczajam. Wypruwam sobie żyły w dni powszednie, w weekendy natomiast usiłuję chodzić pieszo (to tam nie działa), zażeram się owocami morza i ledwo zipię podczas śmiałych prób przetrwania na plaży . Dla zainteresowanych – wytrzymałam godzinę, za drugim razem godzinę i pół. I wiecie co? Tęsknię za tym krajem.
Czerwiec. Niemal prosto z pustyni zasuwam, niespodzianka, do Londynu, żeby oddać głos i zobaczyć przecudowny Sen nocy letniej, który na długie lata pozostanie moim ulubionym. Przez resztę miesiąca siedzę w cholernym, zalanym deszczem Luksemburgu. Nic mi się tam nie podoba. Mam dół jak stąd do Tasmanii. I wtem pojawia się jakiś osobliwy typ. Podobno wykładowca, ale jakoś mi trudno w to uwierzyć, bo nie wygląda. Nie spodziewam się, że jeszcze kiedykolwiek się zobaczymy, ale ku mojemu zdumieniu parę dni później osobliwy typ wraca z kolejną butelką wina. Luksemburg bowiem produkuje całkiem porządne wina, zwłaszcza białe. A koniec końców odkrywam, że jest też bardzo malowniczy (acz jeśli macie lęk wysokości, nie polecam).
Lipiec. Niesamowite, ale znowu udaję się do Londynu, obejrzeć przedstawienie, którego w ogóle nie miałam w planach, które nie ma tekstu, które każdego wieczoru wygląda inaczej, a które kończy się sceną zapierającą dech w piersi, magiczną, nie do zapomnienia. Wieczorem tego samego dnia wracam do Regent’s Park Open Air Theatre, spodziewając się, że wizyta w tym bez dwóch zdań najbardziej romantycznym miejscu świata może skończyć się ponownie oszołomieniem i dezorientacją – i zgadnijcie co, tak właśnie się kończy. Tym razem jednak oglądam niesamowitą wersję Jesus Christ Superstar, w której prostota środków łączy się doskonale z chmurami brokatu i olśniewającym (dosłownie) płaszczem Heroda.
Sierpień. Osobliwy typ dokonuje desantu na nasz kraj, włamuje mi się do mieszkania (no, w pewnym sensie – zostawiłam mu klucz pod wycieraczką) i pod moją nieobecność nieco je przemeblowuje. Następnie idziemy na festiwal. Sporą część koncertu Sii przegapiamy świadomie, pijąc Jägermeister i rozmawiając o frapujących doświadczeniach szanownego kolegi (które to doświadczenia, o czym wtedy jeszcze nie wiem, staną się niebawem moim udziałem), bujamy się przy Massive Attack, aż w pewnej chwili na ekranach pojawiają się napisy wzbudzające dziki aplauz.
– Co to znaczy? – pyta kolega. Tłumaczę, wyjaśniając przy okazji kontekst polityczny. Kolega unosi brwi w niezmierzonym zdziwieniu. Parę miesięcy później, gdy będę go informować, że kobiety w Polsce protestują, bo pojawił się pomysł zakazu aborcji, zapyta, po co ktokolwiek miałby jej zakazywać. Doskonałe pytanie, panie kolego.
W ostatnich dniach sierpnia, w ramach spontanicznego „chodź, bilety są tanie” niżej podpisana ląduje w Mediolanie. Regularna dawka Włoch jest człowiekowi potrzebna do życia. Niestety znowu nie udało mi się obejrzeć włosów Lukrecji Borgii. A nad jeziorem Como nie spotkałam George’a Clooneya, który ponoć willę tam ma. Cóż mogę rzec. Żyzń parchata.
Wrzesień. Po trzyletniej przerwie niżej podpisana wyrusza samotnie na Daleki Wschód. Bez najmniejszego stresu, za to z uwielbianym poczuciem absolutnej wolności. Pogoda może i fatalna (teraz rozumiem, co znaczy „ściana deszczu”), ale lokalsi bardzo sympatyczni – tylko nie wsiadajcie z nimi do samochodu, jeśli cenicie sobie spokój – jedzenie pyszne, a wieczorne przesiadywanie w Changkat i przyglądanie się upływającemu światu to niewątpliwie jedno ze wspomnień, do których jeszcze długo będę się uśmiechać.
Październik. Jedziemy na czytanko, świetnie się bawimy i ku naszemu niezmierzonemu zdziwieniu nie tylko reżyser nas rozpoznaje i się z nami wita, ale też zostajemy zaproszeni na wino z wykonawcami, co skłania nas do refleksji, że może czas zacząć spisywać memuary, tylko że każde wydawnictwo potraktowałoby to jak rojenia wannabe baronowej Münchhausen. Gdyby się jednakowoż zastanowić, nie jest to wcale aż takie dziwne po trzech latach w miarę regularnego bywania. Ponadto zaglądamy w dziecięco błękitne oczy Iana McKellena (podziękowania dla bardzo sympatycznego pana, który bezceremonialnie wypchnął mnie do przodu) i wracamy do hotelu całe w skowronkach, z myślą, że już właściwie nic lepszego nie może nam się tego roku przydarzyć. Ależ w jakim jesteśmy błędzie! Na przełomie października i listopada toczymy bowiem również zaskakującą, ale bardzo przyjemną korespondencję z pewnym dżentelmenem o uroczych rączkach, wskutek której wchodzimy w posiadanie kolejnej dekoracji ściennej (na razie tylko nominalnie, ponieważ zgodnie z ustaleniami autor trzyma ją u siebie do początku stycznia, co oznacza, że lada dzień będę musiała znowu do niego napisać – gdyby mi kto o tym trzy lata temu powiedział, to bym go śmiechem zabiła). W listopadzie wyjeżdżamy pracować do kraju żab i bagietek, który, choć czaruje autorkę widoczkami, atrakcjami, grzanym winem na Polach Elizejskich i obłędną kaczką, traktuje ją dość obcesowo. Bo ten zepsuty zamek, niemili ludzie i wszystko. Entuzjazm znika z cichym pyknięciem, jak ta bańka mydlana. Na szczęście w zasięgu pociągu leży Wielkie (duchem) Księstwo Luksemburga. Jaki ten Luksemburg miły po Paryżu. Samochody nie próbują człowieka przejechać. Czysto. Cichutko. Tak cichutko, że autorka, wywieziona na głęboką wieś, niekulturalnie śpi do południa. Po południu daje się namówić na raczej… nietypową rozrywkę, zgodnie z zasadą, że skoro nadarza się okazja, to należy spróbować. W tym celu szanowany wykładowca zabiera ją do kraju ościennego, a w tymże najpierw do sklepu ze specyficzną odzieżą, gdzie wskazuje jakiś skrawek szmatki na manekinie i mówi:
– Przymierz to.
Po przymierzeniu zatwierdza (to nie człowiek skłonny do sadzenia komplementów, prędzej kąśliwości, na przykład za każdym razem pyta, co słychać w sprawie mojego prawa jazdy, więc jego „it looks very good on you” sprawia, że odrobinę puchnę z dumy, ale tylko odrobinę, żeby mi skrawek szmatki w szwach nie pękł).
Dalszą część wieczoru pominę, powiem tylko, że nasi germańscy bracia to dość wyluzowani są.
Grudzień. Wracam do ojczyzny z nerwami w strzępach. Pierwszy raz w życiu cieszę się, gdy obsługa zamyka drzwi, samolot odrywa się od obcej ziemi i unosi mnie w stronę domu. Spędzam kilkanaście dni brzuchem do góry, nie malując się, nie ubierając zbyt efektownie, głównie czytając i oglądając seriale.
Po czym, nie do uwierzenia, odprawiam się na lot do Londynu. Jutro, szósta dwadzieścia pięć.

Szczęśliwego Nowego, moi mili. Oby był przygodą.

To jest moja pierwsza noga, którą wyciągam już w stronę domu

– Jakie są proporcje składników na kruche ciasto?
– 3-2-1.
– Czyli jeśli daję dziesięć deko mąki, to ile masła?…
Chwila głębokiego namysłu.
– … Sie…dem?

Nie można być geniuszem w każdej dziedzinie, nieprawdaż. Tak czy inaczej, sernik jakimś cudem się udał. I bezy. I uszka nawet.
A teraz można ze spokojem sączyć własnej również roboty poncz – dodałam tyle imbiru, że nie zachoruję do 2070 – i czytać cudowną korespondencję Szymborskiej i Filipowicza („ostatnie listy miłosne pisałam mając lat 8 na zamówienie służącej Karolci do młodszego palacza na lokomotywie”) z przerwami na Londyn. Po kawałku, na wyrywki. Trochę o Seven Dials, trochę o Bankside. Nic więcej nie zamierzam robić przez najbliższe kilka dni, aż do ciężko rannego czwartku.

A jeśli mój wigilijny sen się ziści, to ciekawy będzie ten przyszły rok.
Śniło mi otóż, że byłam na czytanku (no, doprawdy…). Wyglądało prawie zupełnie jak prawdziwe, z tą tylko różnicą, że było jedzenie, mnóstwo jedzenia, a jeden z wykonawców przez cały wieczór szeptał mi do ucha. Że był zarośnięty, to mnie dodatkowo łaskotał. Nie najgorzej. Ale najciekawsze było to, że w przerwie podeszła do mnie jakaś kobita z widowni i powiedziała, że mogę wstąpić do ich fanklubu. Trzeba tylko opłacić składkę w wysokości czterystu złotych.
Autorka na to odparła dumnie, że dziękuje, ale ona ma swój własny, jednoosobowy fanklub tej imprezki.
(Co poniekąd jest prawdą przecież).

Jeśli uważacie, że powinnam zgłosić się na kozetkę, to jeszcze dodam, iż którejś nocy w ubiegłym tygodniu przeprowadzałam audyt w Hogwarcie. Taak.

Medium is a message

Staram się ignorować rzeczywistość, ale nie wychodzi mi to najlepiej. Właściwie to od piątkowego wieczoru mam permanentny wkurw, którego poziom od czasu do czasu lekko opada, by po chwili wzrosnąć po sufit.
Nie wierzę, że muszę się przyglądać bezczelnemu drwieniu z prawa, odgradzaniu się od obywateli, wojence z mediami, wystawianiu środkowego palca w kierunku znacznej części społeczeństwa. I temu, że robi się bałagan dla samego bałaganu. Z mściwości. Z głupiego „teraz, kurwa, my”, które jeszcze nigdy nie skończyło się dobrze (co mnie nieco pociesza).
Wiecie, paradoksalnie chyba najbardziej mnie zirytował arcyfachowy korespondent z Germanii, najwyraźniej mocno zszokowany wydarzeniami w Berlinie, bo innej przyczyny zachowań nie dopuszczam. Nie podejrzewałabym przecież, żeby jako tako znający się na robocie dziennikarz wszedł na antenę widocznie/słyszalnie niedysponowany. A serio – tak sobie myślę o moich znajomych dziennikarzach, którzy harują jak woły, nierzadko cięgiem po kilkanaście dni pod rząd, kosztem swojego prywatnego życia, i jakoś im niezależnie od wszelkich trudów brak profesjonalizmu się nie zdarza. Przecież to jest, kurza noga, obraza dla nich. Ten wannabe korespondent ich znieważył. I znieważył widzów. Zresztą ba, abstrahując od wielkich słów. Wyobraźcie sobie, że pojawiacie się w pracy z fajką i w stanie lekko niestabilnym. W najlepszym wypadku długa i przykra rozmowa was czeka. W gorszym wiadomo, pakowanie zabawek.
I gdy tak sobie myślę o dzieciakach, które idą na studia dziennikarskie – jak ja kiedyś – z głową spuchniętą od ideałów, z nadzieją bycia drugim Kapuścińskim, Egonem Erwinem Kischem, Orianą Fallaci, Marie Colvin, Andersonem Cooperem, a potem odpieprzają darmowe staże w redakcjach, podczas gdy na antenie brylują takie indywidua lub też panie wmawiające wam, że jak będziecie jeść dużo chia, to nie popadniecie w depresję, gorzko mi się robi, bardzo gorzko.

Uch. Nieważne.
W ramach emigracji wewnętrznej oglądam sobie Holistyczną Agencję Detektywistyczną Dirka Gently’ego – mój Boże, jakież to jest pokręcone, jakie cudownie absurdalne, jakie dobre. Właśnie to, czego potrzebowałam. Nie każdego para kaloszy zapewne, ale mnie, zagorzałej miłośniczce Douglasa Adamsa, to się oczywiście bardzo podoba. No i jest w tym jakże urocza, wiecznie młoda szelma pod tytułem Samuel Barnett – dużo bym dała za tę kurteczkę, co prawda umiarkowanie do twarzy mi w żółtym, ale ten odcień klasa – wraz ze swoim akcentem stosownie brytyjskim (nie ma takiej rzeczy, to skrót myślowy, ale wiecie, o co chodzi). Powiedzmy, że nie jest to najbardziej utalentowany detektyw, raczej taka pełna wdzięku dupa wołowa, ale jego podejście do śledztw i rzeczywistości w ogóle – wszystko jest ze sobą powiązane, jeśli czegoś akurat potrzebujesz, życie to i tak przed tobą postawi (ewentualnie sam to sobie weźmiesz, nieprawdaż), this is what I do, that’s how I work, I follow fate around – bardzo, bardzo mi odpowiada.
Żeby nadmiernie do seriali się nie przysysać, posiadłam stos Żulczyków do czytania wieczorem. I parę rzeczy z Czarnego. I, ma się rozumieć, pewne opasłe tomiszcze, bo za tydzień o tej porze będę się pakować na Wyspy. Rany julek, jak się stęskniłam. Plan na te trzy i pół dnia wygląda jak zwykle. Teatr, teatr, muzeum, teatr. Normalnie szał i życie na krawędzi.

Unattended luggage will be removed and destroyed

Dom.

Kraj, którego nazwy nie wymienię, pożegnał mnie we właściwym sobie stylu. Nie mogłam wydrukować karty pokładowej, bo drukarka w biurze zepsuta. Wzruszyłam ramionami. Jak się czeka przez cztery tygodnie na wymianę żarówek (nie wspomniawszy o moim niesławnym oczekiwaniu na schodach w dniu przyjazdu), to jakie wrażenie na człowieku może zrobić felerna drukarka?
Okej. Jadę na lotnisko. Waliza, bagaż podręczny, laptop, torebka. Docieram na Gare du Nord. Pociągi na lotnisko odjeżdżają z poziomu niżej. Idę do windy. Winda zepsuta. Mało tego. Na drzwiach windy wisi kartka, że naprawią do 18 grudnia. To się nazywa pośpiech. No dobra, windą nie pojadę, to pojadę ruchomymi schodami.

Ups. Nie pojadę.

Działają, ale tylko te jadące w górę.
No chyba żart.

Autorka, nie dbając o otoczenie, przeklęła w głos po polsku. Jak tu, kurza stopa, zejść z tym wszystkim po schodach na dół i nie wywalić się na pysk? Nie będę znosić oddzielnie, bo jeszcze mnie oskarżą o złe intencje, gdy zostawię jeden z nich na chwilę bez opieki (tak zresztą było na lotnisku tego dnia – część terminalu została zamknięta i obstawiona gęsto przez panów uzbrojonych po zęby, bo ktoś zauważył zapomnianą/zgubioną walizkę). Metoda „zjeżdżaj na tyłku” stosowana przeze mnie na stromych szlakach tu może być trochę niewygodna, choć z pewnością widowiskowa…
Z niemałym wysiłkiem, przy wtórze sapania, przeklinania, kosztem złamanego paznokcia zniosłam mój majdan na peron. Inni pasażerowie też wyglądali na uradowanych sytuacją i głęboko wdzięcznych dyrekcji Dworca Północnego w Paryżu za rewelacyjny poziom obsługi klienta. No dobra. Wsiadam do pociągu w kierunku Charles de Gaulle Terminal 1. Pociąg dość zatłoczony, więc ja i moje toboły stoimy. Wtem, jakoś w połowie drogi, czuję zapach znany mi z lat, gdy byłam młoda i piękna. Zapach nie do pomylenia. Spoglądam w lewo. Spoglądam w prawo. Oczywiście. Koleś obok na zupełnym luzie pali w wagonie skręta.

Dalsza część wieczoru zgodnie z planem. Samolot, olśniewający zachód słońca znad chmur, wzniesiony w samotności toast za koniec tej guerre folle i ten wyczekiwany moment, gdy cierpliwie buczące w mrozie za oknem silniki zaczynają buczeć nieco inaczej, sygnalizując wyraźnie, że oto wracamy na ziemię, ale już w innym kraju.
Nie wiedziałam jeszcze wtedy co prawda, do czego wracam i że spędzę właściwie cały weekend, śledząc bez ustanku wiadomości (dla równowagi psychicznej po drodze upiekłam pierniczki – co prawda talent do dekorowania mam, jaki mam, ale mnie tam się podobają). Nie będę tego komentować.
Jedyny komentarz, jaki chcę dziś wieczorem wygłosić, brzmi: miło wracać do domu. Nawet komuś takiemu jak ja, kto nie potrafi usiedzieć na tyłku i kto nauczył się sztucznie wytwarzać „dom” wokół siebie. Cieszę się z tego, że obecnie siedzę w moim lodowatym mieszkaniu (ale zaraz będzie cieplej), z moim wysłużonym domowym laptopem, z moimi ścianami pełnymi zdjęć, rysunków, podpisów, amuletów. Cieszę się, że za parę dni jadę do rodziców. Cieszę się, że spotkam się ze znajomymi. I nie zrozumcie mnie źle. To nie tak, że Francję będę wspominać jak jakiś koszmar, bo wprost przeciwnie – owszem, było bardzo ciężko, owszem, mentalność lokalsów sprawiała mi pewne trudności, ale przywiozłam też stamtąd wiele miłych wrażeń i miałam do czynienia z sympatycznymi ludźmi. Zobaczyłam wspaniałe rzeczy i zjadłam też takowe. Nie pokochaliśmy się, to fakt. Ale może jakoś się dogadamy na starość.