Nel cielo infinito

Włochy.

Jakoś tak się złożyło, że we Włoszech bywam od lat kilkunastu właściwie co rok. Przynajmniej na chwilę. Czasami w czerwcu, czasami w listopadzie. To proste – kupujesz bilet tanich linii, lądujesz i jesteś. A potem to już bywa różnie, zależnie od tego, czy trafiasz do wymuskanych północnych Włoch, gdzie wszystko działa jak w zegarku (nnno, prawie…), czy do południowych, które są już nie tak uporządkowane, autobusy się spózniają lub nie przyjeżdżają wcale, babcie sprzedające marynowane oliwki wielkości dziecięcej pięści wciskają wam je do ust, wino można pić o każdej porze dnia, kawa kosztuje mniej niż bilet tramwajowy w Krakowie i nikomu donikąd się nie śpieszy, za to wszyscy są bardzo zadowoleni z życia. Neapolem rządzą przesądy, na Sycylii czas stoi w miejscu, a w Apulii barmanka głośno śpiewa przy przyrządzaniu espresso, nie bacząc zupełnie na klientów. Głos ma piękny, nawiasem mówiąc. Włochy zawsze są przygodą. Są też miejscem doskonałym dla nerwusów takich jak ja, bo na Półwyspie trzeba wyluzować. Strajk? No to strajk. Nie sposób zameldować się w pensjonacie, bo właściciel akurat wyszedł? Trudno, poczekamy w knajpie. Pociąg nie rusza, choć powinien był odjechać ładnych parę minut temu? Oj tam, w końcu ruszy.

Docieram do Bari po ciemku już. GPS zawodzi po stokroć, więc łażę po ulicy tam i z powrotem jak głupia, aż w końcu dostrzegam nazwę mojego B&B na którychś z mijanych drzwi. Dzwonię. Nic. Wtem za moimi plecami wyrasta sympatyczny starszy pan, ściska mi dłoń i pyta, czy mówię po włosku.
– Trochę – odpowiadam, ale w jego uszach znaczyć to musi „biegle”, ponieważ rozmawia do mnie wyłącznie włoszczyzną. Wchodzimy i oczom nie wierzę – jest to prawdopodobnie najbardziej kiczowate miejsce, jakie w życiu widziałam, pełne aniołków, porcelanowych zakochanych par, sztucznych ptaszków, mniej lub bardziej udanych pejzaży, portretów świętych w ciężkich złotych ramach. Wygląda trochę jak magazyn antykwariatu i w gruncie rzeczy nim jest (ponieważ właściciel także antykwariat prowadzi). W pokoiku służącym za recepcję stoi dwumetrowa figura świętego z krzyżem i dość demonicznym szklanym spojrzeniem. W moim ogromnym i zaskakująco nowocześnie wyposażonym pokoju za to czeka prosecco, a pan ciągnie mnie na taras – równie gęsto upstrzony osobliwościami – na którym mogę codziennie śniadać, opalać się również, kawę parzyć sobie o każdej porze dnia i nocy, a gdybym miała ochotę na kieliszek wina czy brandy, to proszę bardzo, mogę się częstować. Ach. W porządku. Gdy rankiem wdrapuję się na śniadanie, odkrywam istne bachanalia, sterty croissantów, ciasteczek i owoców przygotowane raptem dla dwójki gości. Jakim cudem ten biznes się opłaca (płacę niespełna 300 peelen od łebka za dwie noce), nie mam pojęcia i być może wolę nie wiedzieć, ale bawię się świetnie.
Bari może nie jest miastem najpiękniejszym, raczej takim niepozornym, nieco zabałaganionym, ale ma niesamowitą XI-wieczną katedrę z prawdziwym świętym Mikołajem (jego szczątkami, gwoli ścisłości – jeśli będziecie mieli szczęście, załapiecie się na grekokatolickie nabożeństwo w krypcie, a warto, bo dudniące głosy oszałamiają – kto choć raz słyszał ektenię, ten wie), z sarkofagiem TEJ Bony Sforzy oraz innymi frapującymi relikwiami. Ma też swoje wąskie uliczki, gdzie życie toczy się jak w starych włoskich filmach – przed domami, drzwi których zawsze są otwarte, a na zewnątrz wraz z praniem schnie makaron. Orecchiette, uściślając, czyli uszka. Takie maleńkie.
No dobrze. Komu w drogę, temu w drogę. Autorka zabiera plecaczek, wsiada w pociąg i udaje się na wywczas właściwy, to jest do Polignano a Mare, gdzie znowu słyszy od właściciela B&B: „wszystkiego możecie używać do woli, jeśli zabraknie wam kawy w młynku, dajcie znać”.
Polignano to mieścinka cudnej urody, znana również z tego, że urodził się w niej Domenico Modugno. Jeśli tego nie wiecie, dowiecie się bardzo prędko, bo na jednym z licznych tarasów (tarasków właściwie) widokowych stoi pomnik tegoż z rozpostartymi ramionami, a Volare będziecie słyszeć z tuzin razy dziennie. Tak czy inaczej. Polignano jest śliczne i ma swoją słynną, wciśniętą między skały plażę. Niezbyt wielu miłośników nadmorskiego wypoczynku na niej się mieści, o tej porze roku i tak ich niewielu, więc po dwóch dniach rozpoznajecie każdego. Dziadka z harpunem, który dziarsko nurkuje i łowi ośmiornice, dwóch irytująco przystojnych włoskich kumpli ślących mi uśmiechy, gdy tylko właziłam do wody – lodowatej, swoją drogą, ale krystalicznie czystej – lokalne kolorowe panie ze skrzeczącym radyjkiem i zimnym piwkiem (chcę być taka na starość). Nie ma tam za dużo do roboty, jeśli mam być szczera, ale gdy człowiek lubi wygrzewać się jak jaszczurka na tej plażeńce maciupkiej lub okolicznych surowych skałach, a gdy tym bardziej lubi jeść owoce morza w ilościach przemysłowych i cenach śmiesznie niskich, oraz wieczorami sączyć aperitivo, to będzie w Polignano bardzo szczęśliwy.
Słońce. Morze. Niebo bez jednej chmurki (prognozy nie były takie wesołe, ale na miejscu upał niemożebny, acz gdy opuszczałam Apulię wczoraj wieczorem, lunęło). Plażowa literatura. Wino. Świeże morskie żyjątka na obiad i kolację, a jeśli nie, to przynajmniej burrata. Szczęście, proszę państwa, to jest szczęście. Oczywiście, że budzi mnie w nocy tęsknota czasami, ale byłabym głupia, gdybym pozwoliła jej się zdominować.
Zwłaszcza że we Włoszech zostaję na najbliższy miesiąc z okładem.
Zapraszam.

(Zdjęcia nieobrobione).

E pur si muove

Jak być może zauważyli ci, co mają nieszczęście podglądać mnie na twarzoksiążce, na urlop, który spędzam we Włoszech, udałam się przez Londyn, ponieważ to logiczne. Tylko na jedną noc, albowiem dawno temu kupiłam bilety na dwa spektakle, nie mając pojęcia, jak moja tegoroczna wiosna będzie wyglądała. No to poleciałam.
Znajoma drwiła, że służby graniczne witają mnie tam zapewne słowami: „znowu ty?…”.
Jeszcze nie, ale to może nastąpić, zwłaszcza biorąc pod uwagę koniec roku, bo wtedy będę warować pod teatrem z żołądkiem w gardle i pustką w głowie.

W sobotę po południu udałam się do Barbican Centre, czyli tego okropnie brzydkiego molocha wyrastającego nieopodal City. Nie znoszę Barbican Centre, zawsze się tam gubię. Poza tym sala teatralna jest ogromna, naprawdę ogromna, i scena również. Ja z tych ceniących intymność i troszeczkę kiepsko mi się ogląda przedstawienia wystawiane w takich potężnych przestrzeniach, bo niekiedy miejsce przytłacza i rozprasza. I tak, obawiam się, było w tym przypadku.
Balon oczekiwań miałam napompowany niesłychanie – wiadomo, piękny Jude Law, Ivo van Hove – ale potem pojawiły się recenzje, które były… takie sobie, delikatnie mówiąc. Parę było fatalnych. Ups. No dobrze, zobaczmy to na własne oczy, krytycy też się mylą czasami.
Niestety w tym przypadku mieli rację.
To Opętanie grzeszy nijakością. Jude jest oczywiście olśniewająco przystojny, na scenie pojawia się prawdziwy warczący silnik, ale spektakl jest kompletnie niezapamiętywalny. Wychodzicie i po dwóch godzinach nie pamiętacie, że to oglądaliście. Szkoda trochę, bo potencjał duży. Niemniej to kolejny dowód na to, że można mieć wspaniałego aktora, świetnego reżysera, dobrą historię, ale ten magiczny miks nie działa. Zatem gdybym tego nie obejrzała, moje życie nie byłoby uboższe. Tak czy inaczej, są tacy, którym się podobało, jedna pani nawet zdecydowała się na owację na stojąco, choć podejrzewam, że tutaj zaważył czynnik pt. Jude, a nie jakość przedstawienia.
W kolejce do protagonisty się nie ustawiłam. Śpieszyłam się. Zamiast jednakże pobiec prosto na drugi brzeg, do Young Vic, zrobiłam sobie krótki przystanek w katedrze świętego Pawła, gdzie akurat Evensong się zaczynało. Polecam, gdybyście mieli okazję, wszak nawet dla osób słabej wiary to bywa interesujące doświadczenie – chór ze swoimi anielskimi głosami, miejsce tyleż imponujące, co dziwnie uspokajające zarazem. Warto.
Wyciszenie moje jednakże zbyt długo nie trwało, ponieważ Young Vic zafundował mi nieco mocnych wrażeń. Chciałam zobaczyć Życie Galileusza nawet bardziej niż Opętanie, kierowana jakimś osobliwym przeczuciem, i nie pomyliłam się.
Po pierwsze, zmieniono wnętrze w planetarium. Sufit to okrągły ekran, na którym wyświetlane są projekcje ciał astralnych. Jakbyście podróżowali przez kosmos. Po drugie, muzyka jest fenomenalna (skomponowana przez połowę The Chemical Brothers), a momentami tak głośna, że czujecie drgania w brzuszku. Po trzecie, tytułowy bohater grany jest z takim powerem i charyzmą, że trudno oderwać oczy. Po czwarte wreszcie, to rzecz niebywale intensywna i angażująca. Wspaniały spektakl, trzy godziny jak z bicza. Autorka była pod wrażeniem i cieszyła się bardzo, że intuicja jej nie zawiodła.

A następnego ranka karnie powróciła do ojczyzny na dwie krótkie noce i zaraz udaje się nazad na lotnisko. Nuda, panie.

Cuidado con mi corazon!

Nocą ze środy na czwartek, wróciwszy z egipskiej świątyni (tak, Madryt ma taką – prawdziwą, otrzymał ją od rządu Egiptu w podziękowaniu za pomoc w ratowaniu tamtejszych zabytków; polecam wizytę o zachodzie słońca), załamywałam ręce nad walizką, która w pewnym momencie odmówiła współpracy. Co prawda mam pewne doświadczenie w pakowaniu się, niemniej jeszcze nie rozwiązałam kwestii praw fizyki, dokładniej pojemności bagażu, która jednak jest ograniczona. A ja, obok butelek wina i Pedro Ximenez, opuszczałam Madryt z sześcioma (sic!) parami butów i całą masą nowych ciuchów. I jak tu włożyć coś większego w coś mniejszego?
Da się.
Wymaga to pewnych poświęceń, na przykład podróżowania na lotnisko w cholernym płaszczu mimo 20 stopni Celsjusza, ale da się.

Z moim wyjazdem dziwnie zbiegło się załamanie pogody – potworna burza nocą, chmurny dzień, a wreszcie, gdy już zapakowano mnie do samolotu, ulewa wręcz biblijna. Mnie samej chciało się płakać trochę i nos do szyby przylepiałam, och, żegnaj, mój kochany Madrycie, kocham cię za budzenie mnie o poranku słońcem i usypianie mnie ciepłym wiatrem, za przygarnięcie tej cudzoziemki i oczarowanie jej. Ale Madryt popłakał się bardziej.

Mimo dziesięciu minut na przesiadkę w pięknym Monachium ja i moja walizka dotarłyśmy szczęśliwie do domu, by się rozbebeszyć, wyprać i zapakować nazad, bo jutro rano odlatuję na wakacje, z których jadę prosto do pracy – na kolejny półwysep. Padłam w pościel i zasnęłam natychmiast, ocknęłam się rano, spędziłam poranek na nudnych czynnościach organizacyjnych, gdy wtem mój telefon zatrzepotał. Czego znowu, myślę. Wszyscy wiedzą, że mam wakacje. Kto śmie mój święty spokój zakłócać. 
Widzicie, ja mam ustawione powiadomienia o działalności niektórych ludzi w mediach społecznościowych. Ilekroć oni coś opublikują, niezależnie od pory i wagi przekazywanych treści, ja się dowiem od razu. To ma skutki uboczne – zdjęcie żywopłotu o trzeciej w nocy to nie do końca jest coś, przez co chciałabym być wyrywana ze snu, ale godzę się na to. Dziś jednakowoż mój telefon informował mnie o czymś niesłychanie ważnym, mianowicie o tym, że jesienią, choćby skały i tak dalej, choćbym była wówczas w Melbourne/Montevideo lub pod kroplówką, jadę do Londynu i nie ma przebacz.
Autorka uśmiechnęła się półgębkiem, jakby wieść nie zrobiła na niej szczególnego wrażenia, po czym pognała do laptopa i natychmiast kupiła bilety.
Dopiero wtedy ją olśniło, dlaczego przez kilka ostatnich dni wspomniane powiadomienia dotyczyły głównie rozmaitych portretów Wenus. Cwaniak.
Cieszę się ogromnie i zacieram moje małe rączki, bo bite dwa lata czekałam, aż włosy wrócą na scenę wraz ze swoim obezwładniająco uroczym właścicielem, a i cały spektakl dobrze się zapowiada (czytałam oryginał, zresztą to troszeczkę moja bajka, cały ten klimacik… nieważne).

Coś jest mocno nie tak z tym 2017. On jest zbyt dobry dla mnie.

Ames a quien ames, Madrid te quiere 

Mój pobyt w Madrycie z wolna dobiega końca. Zostały trzy noce.
Ucieszyłabym się, gdybym jutro w biurze usłyszała, że muszę zostać jeszcze parę tygodni. To się jednakowoż nie wydarzy, bo czeka już na mnie inne miejsce. I urlop po drodze. Którego nie do końca potrzebuję, Bogiem a prawdą, bo otóż jest godzina dwudziesta, a ja skąpo odziana siedzę na moim cholernym tarasie, bo słońce pali w najlepsze (wczoraj w Madrycie pękło 30 stopni).
Zestarzałam się w miniony weekend. Niby niezbyt rozkosznie obchodzić urodziny samotnie i daleko od domu – ale Madryt bardzo się o mnie zatroszczył i przyznam, że były to chyba najlepsze z urodzin dotychczasowych. W sobotę ganiałam po Prado i Thyssen-Bornemisza (genialne muzeum, polecam wielce – nawiasem mówiąc, jakieś zwariowane Francuzki w kolejce do kasy przede mną wyczytały, że bilet dla grupy sześciu lub więcej osób jest tańszy… ich było pięć; spojrzały na mnie, stojącą solo za nimi i doszło do zmontowania grupy), zachwycałam się Goyą, kupowałam prezenty i druki – gdzie ja to wszystko powieszę, to nie wiem – w muzealnych sklepach. A potem odpoczywałam nad tapas i białą sangrią w Platea – arcysuper miejscu, które jest kolosalnym tapas barem, klubem i restauracją w jednym, urządzonym w nieczynnym kinie z epoki art decó. Co zabawne, jedno z wejść do Platea prowadzi przez sklep warzywny, niepozorny taki. Lokalsi, gdy idzie o knajping,który jest niesłychanie ważną częścią tutejszego życia, mają ogromną fantazję.

Wczoraj natomiast spędziłam cały dzień, jedząc, pijąc i snując się po parku Retiro. Retiro to niebo na tym łez padole. Gęsta zieleń, eukaliptusy pachną, ludzie wygrzewają się na trawie lub pływają łódkami. Raj.
I policja konna. Hm. Wiecie, Hiszpanie są generalnie przystojni. Na ogół mają piękne oczy, rzęsy jak wachlarze, karnację tę swoją słoneczną. Na ogół też doskonale zdają sobie sprawę ze swojego powabu, więc obnoszą go z takim czarującym, zabawnym, wyczuwalnym „jestem piękny i wiem o tym”. Zatem Hiszpan w mundurze wierzchem to już w ogóle za dużo szczęścia naraz.

 Dotarłam do Retiro z Juana La Loca. Miejsca, które ubzdurałam sobie, że odwiedzę, bo ponoć najlepsza tortilla w mieście, orgazm przez kubki smakowe, te sprawy. Ponieważ miałam te swoje urodziny, uznałam, że pójdę. Wyczytałam wcześniej w internetach, iż miejsce ciasne i tłoczne, i bez rezerwacji trudno o stolik. Niestety rezerwacje przyjmują tylko telefonem, a ja po hiszpańsku banglam umiarkowanie, choć umiem już złożyć zamówienie w knajpie. Przynajmniej jeśli chodzi o kawę lub wino. I burratę. O, i jeszcze rozumiem, gdy mnie w sklepie pytają, czy chcę siatkę na zakupy. Pomyślałam zatem, że pójdę, zaryzykuję, sama jestem, to może się zmieszczę.
Jak mawia mia madre, co drugi głupi ma szczęście. Wchodzę, piękny pan szef sali podaje mi szklaneczkę piwa i mówi, że wszystko zajęte, ale mogę zapisać się na listę kolejkową. Po czym wyjmuje zza pazuchy usmarowany do ostatniej linijki notatnik i zapisuje moje imię na dole. Doskonale. Będę tu stała całą wieczność, a potem usłyszę, że zamykają. 
Pięć minut później słyszę donośne
„Aleksandra!!” (wolałam podać wersję długą, bo wersja krótka oznacza tutaj „cześć” i wszyscy tego na okrągło używają, więc w takim miejscu nigdy bym się nie zorientowała, że chodzi o mnie). Piękny szef wymachuje rękami, bo oto zwolnił się stoliczek. Maciupki, ale zawsze. Zaraz potem zjawia się kelner. Tortilla? Ma się rozumieć. Pytam, co by mi polecił jako danie główne, a ten pyta, czy ma być bardzo duże, czy niekoniecznie. Witamy w Hiszpanii. Idę w wędzonego węgorza koniec końców. Okazuje się, że to jedna z najlepszych decyzji mojego życia, albowiem węgorz jest NIESAMOWITY. Tortilla też, z karmelizowaną cebulą – ale nad węgorzem prawie płaczę. Zaprawdę powiadam, jeśli będziecie przypadkiem w tym cudownym mieście – idźcie.
Jak na samotne urodziny, nie było tak źle. Zwłaszcza że, wędrując do hotelu przejedzona i opalona, nabyłam sobie ręcznie szytą kurteczkę, jakby mi nie wystarczył upolowany w ubiegłym tygodniu płaszcz w motylki (oczywiście).
Kocham to miasto i będzie mi bardzo, BARDZO ciężko je opuszczać. Ale wrócę. Wiecie przecież, że gdy ja się zakochuję, to na amen.  Na ament nawet.

We cry, and we take our tears, and we put ’em in the ice box, in the goddamn ice trays until they’re all frozen and then we put them in our drinks

Autorka czasem ma napady szaleństwa i robi rzeczy, nad którymi normalni ludzie przynajmniej ze dwa razy by się zastanowili.
Dlatego w piątek wieczorem poprosiła w recepcji o pobudkę i taksówkę. I parę godzin później była już w drodze.
Plan był… nie do końca przemyślany. Czy też raczej – nadmiernie ambitny, bo z niezrozumiałej dla mnie samej przyczyny wybrałam pierwszy powrotny lot, co w praktyce oznaczało zarwaną noc. A człowiek, choćby sobie uporczywie wmawiał, studentem już nie jest. Wróciłam do Madrytu, czując się i wygladając jak własne szczątki. Bardzo zadowolone szczątki, trzeba przyznać. Szczątki bowiem kupiły książkę i dostały egzemplarz z podpisem autora – mała rzecz, a cieszy. Szczątki podratowały niewyspany i głodny organizm cream tea, bez wątpienia najlepszy wynalazek Anglozy, może poza tą ich uprzejmością dojmującą. A właśnie. Stoję sobie w kolejce po bilet na Stansted Express, strasznie się ta kolejka wlecze, bo oczywiście ludzi dopiero przy kasie zbiera na rozmyślania, dokąd by w ogóle chcieli dotrzeć. Trochę przewracam oczami. Kolejka się przesuwa, gdy wtem kasjer zatrzymuje gestem klienta przede mną i mówi, wskazując na mnie:
– Ta pani była pierwsza.
– Ale… – pada z dwojga ust.
– Tak, tak – uśmiecha się kasjer z grzecznym uporem. – Ta pani była pierwsza.
Po tym, jak mnie raz przepraszano, gdy się spóźniłam – owszem, gdy JA się spóźniłam – niewiele powinno mnie dziwić, ale jeszcze czasem mnie zaskakują.

Londyn jak to Londyn. Śniadanko na Borough Market się wrzuciło, herbatę z mlekiem wypiło (lubię, co mi zrobicie). Do teatru się poszło, ma się rozumieć. Po to przyleciałam.
Kto się boi Virginii Woolf? to oczywiście rzecz wielka i legendarna, choćby z uwagi na tę adaptację. Jedna z tych historii, które zaczynają się spokojnie, ot, nic się nie dzieje, domowe drinki po imprezie – a kończą się katastrofą kolejową, z której widz wychodzi poharatany. Wspaniała sztuka i wspaniale wystawiona. Znakomicie zagrana. Każdy jest świetny w tej historii o toksycznych związkach, w których ludzie przez lata karmią się kłamstwem, pielęgnują nawzajem swoje nałogi – ale sceną rządzi Imelda.
Imelda Staunton to jest geniusz aktorstwa. Kobieta z uderzającą charyzmą i warsztatem. Imelda potrafi wszystko. Nieprawdopodobna postać – drobna, a rozsadza scenę. W jednym zdaniu potrafi zawrzeć tuzin różnych emocji. Potrafi sprawić, że widownia przestaje oddychać i panuje ta wyjątkowa dla dobrego teatru absolutna cisza – nawet przeziębieni widzowie powstrzymują się, ryzykując życiem, od kaszlu. Niewielu aktorów umie tę dzwoniącą w uszach ciszę wyczarować.
Jeśli będziecie mogli zobaczyć Imeldę na scenie – idźcie koniecznie. Jest to bowiem klasa, wielka klasa. I przy okazji można sobie uświadomić, że to ciężka fizyczna robota, żyłowanie swojego ciała i głosu do granic możliwości, i emocji również.

Och.

A potem przedreptałam przez Waterloo Bridge, by zobaczyć Rosencrantza i Guildensterna.
Pierwszym przedstawieniem, jakie w życiu swoim oglądałam w Londynie, był Equus Petera Schaffera, mocna dość sztuka o nastoletniej religijno-seksualnej fiksacji prowadzącej do okropnego czynu. Ubolewam, że rzadko wystawiana, choć mogę zrozumieć, dlaczego. W każdym razie głównego bohatera grał Daniel Radcliffe właśnie. Nastolatek jeszcze wtedy. Troszkę była aferka, bo on tam w całej krasie występował.
Ależ zleciało.
Wyrósł z tego chłopca dobry aktor; czuje scenę i publiczność. Może nie jest to rola na miarę Oliviera, niemniej bez wątpienia nie jest to przykład celebrity casting, czyli celowego obsadzania kogoś sławnego, by przyciągał ludzi gotowych zapłacić cenę małego samochodu za bilety, a potem się okazuje, że spektakl w najlepszym wypadku taki sobie. To nie ten przypadek. To bardzo dobrze zrobiony teatr o teatrze – i o tym, że, jak napisał pewien gość, który niedawno obchodził urodziny, świat jest sceną. Tę sztukę napisał Tom Stoppard, wybitny dramaturg, którego umiejętność bawienia się słowem i znaczeniem jest niesamowita. Stoppard w tej sztuce gra z widzem, licząc, że ów w pewnej chwili zrozumie, iż bohaterowie… no właśnie.

Oklaskałam, wyszłam i pomyślałam, że skoro mam mnóstwo czasu do nocnego autobusu na lotnisko, to może spróbuję ustawić się w kolejce. W TEJ kolejce. Po wiecie, możliwość poznania protagonisty.
Hm.
Nie mam wielkich doświadczeń ze stage dooringiem, a mój debiut w tej sferze był na tyle osobliwy (tak to jest, gdy się zaczyna od przyjaznego cudaka), że trochę wykrzywił moje wyobrażenia wobec tej zabawy. No, ale wtedy byłam sama. Teraz była nas setka czy coś koło tego – masa narodu w różnych stopniach podekscytowania. W związku z czym uruchomiono całą procedurę wpuszczania grupkami i tylko z ważnym biletem na spektakl.
Cóż mogę rzec. Jest to istotka maleńka. Oczy ma ogromne. Jest bardzo sympatyczna. Przy czym cały ten cyrk pokazuje jaskrawo, że jego praca nie kończy się, gdy schodzi ze sceny. On ma jeszcze drugie tyle do zrobienia, podpisując, fotkując, odpowiadając na głupie pytania niekończącego się strumienia ludzi. Pewnie jest zmęczony, pewnie wolałby do domu. Ale jednak do każdego się uśmiechnie i zagada. Pani przede mną bardzo się martwiła, bo była sama i nie wiedziała, czy będzie kogo poprosić o zrobienie jej zdjęcia z rzeczonym.
– Nie ma problemu – odparł ochroniarz. – Daniel zwykle sam się tym zajmuje.
I tak jest.
Co nie zmienia faktu, że przyjemniej jest, gdy to doświadczenie nie przypomina taśmociągu.

Na widowni, swoją drogą, był też Lin-Manuel Miranda. Nigdy bym nie zauważyła, gdyby dziewczę w moim rzędzie nie rozpiszczało się w ekstazie. Pomachał jej.

A potem – lotnisko, długie godziny oczekiwania, kelner w otwartej o drugiej kawiarni, który okazuje się być Włochem z Neapolu, urywany sen na pokładzie (miałam cały rząd dla siebie, bo samolot był dość pusty i zgodziłam się usiąść przy wyjściu awaryjnym – w nadziei, że nie będzie potrzeby otwierania tegoż; nawet gdyby była, pewnie bym ją przespała). Madryt. Łóżko. Nigdy więcej.

Para compartir

Moja praca składa się z wielu dni niepięknych i niewielu pięknych, ale lubię ją bardzo. Niestety raz na jakiś czas przychodzi dzień, gdy musimy wystąpić przed najwyższym szefostwem z naszymi spostrzeżeniami i przekonać rzeczone szefostwo, że to, co mówimy, ma sens. To cholernie stresujące i zwykle poprzedzane długimi godzinami ślęczenia nad wieloma stronami papierzysk.
Jak wiadomo, każde publiczne wystąpienie to dla autorki horror i ból wszystkiego, więc z nerwów chorowała cały dzień, aż do godziny zero. Szczęśliwie tym razem trafiła na porządną ekipę.

– Umówmy się, co? Nie zadajemy sobie pytań, nie podważamy nawzajem swoich tez. Jeśli ktoś palnie coś głupiego, to pozostali gorliwie potakują. Drużyna.
– Drużyna!

Wyłamała się tylko bladź z Paryża, znana wam z moich opowieści. I zgadnijcie, komu pytanie zadała.
Znałam odpowiedź, bo dobrze się przygotowałam, ale cieszę się, że nie było jej z nami w sali, gdyż odcięłabym jej palce wzrokiem. Nie rozumiem takiego zachowania. Jeśli pracujemy jako zespół, to pracujemy jako zespół i gramy do jednej bramki, zamiast podważać opinie kolegów, bo akurat szefostwo słucha, więc można się wykazać.
Uch.
Nieważne.
Jesteśmy, gdzie jesteśmy, zatem tuż po zakończonym spotkaniu poszliśmy na wino i tapas, a potem na wino i kolację (burrata!). A następnego dnia na obfity obiad z mnóstwem jamon i oczywiście deserem, bo wiadomo. Inaczej tu nie sposób. Dość rzec, że człowiek, z którym mieliście do czynienia przez kwadrans, zaprasza was na urodzinowe przekąski. Taki to kraj. 

Zaraz tymczasem udaję się na północ – zmęczona na samą myśl, ale sama chciałam – a później, o ironio, czekają mnie dwa miesiące na innym półwyspie. Nie jest to Hel.

Bonita

Weekend upłynął. 
Było słońce. Była sukienka.
Była procesja, 

nader kolorowa, krzykliwa i cudowna („guapa, guapa, GUAAAPAAA!!”). Było wino i karczochy w Mercado San Anton. Była rozpusta do mdłości w restauracji, która specjalizuje się w kuchni molekularnej i przy tym serwuje dania wyglądające jak coś innego niż są, wytrwale nie zdradzając gościom składników („na deser będzie spaghetti z klopsikami, tylko że to nie spaghetti i nie ma w tym żadnego klopsika”). Była kolacja po sąsiedzku – kiedyś, liczę na to, dożyję dnia, gdy i w moim grajdołku będę miała przynajmniej parę porządnych knajp w odległości 5 minut spacerkiem od kwatery głównej. I tak jest lepiej niż było, coraz gęściej, więc nie narzekam, tutaj wszakże mamy do czynienia z klęską urodzaju, bo bar na barze barem poganiany. Nauczyłam się korzystać z tej aplikacji do rezerwowania stolików – brawo Jasiu! – i odkryłam tym sposobem ziemie obiecane, czuję się jak dziecko w sklepie z zabawkami.
No, zatem po sąsiedzku serwowano wyśmienitego dorsza. Och, jaki on był pyszny. Na zakończenie wieczerzy poprosiłam wszakże o żynstonykem i jakież było moje zdumienie, gdy do mojego stoliczka podszedł barman ze szklanką lodu i butlą ginu, i rzekł:
– Powiedz, kiedy dość.

Ten kraj to jest jakaś zgroza.

I jakoś dzięki temu wszystkiemu znoszę perspektywę nerwowego spotkania (wspominałam ostatnio, że nie znoszę publicznych wystąpień?… i mówienia podczas nich o sprawach, na których umiarkowanie się znam? Staram się, jak zwykle, pamiętać, że Kevin Spacey, od którego jestem oddalona o raptem jedną osobę, rozjechałby słuchaczy walcem, ale nie mógł mnie zastąpić), tęsknoty, rozczarowania gatunkiem ludzkim – nie mam cierpliwości do podwójnych standardów i postępowania dokładnie odwrotnie, niż innym się doradza, no nie mam. Cóż. Jeszcze nie ignoruję, ale jestem na dobrej drodze. 

Club Tropicana

Jadę na lotnisko przez poranną szarość. Wielkanocny poniedziałek, szczęśliwe rodziny jeszcze w łóżkach, a ja targam te moje toboły do taksówki. Zimno, pada coś z nieba. W innej sytuacji nic i nikt nie wyciągnąłby mnie z pościeli, ale Madryt oczekuje. Staram się pamiętać, że jadę do pracy.

Siedzę nad cienką kawą i spoglądam na moją kartę pokładową. Rząd drugi. Toż to klasa biznes. Na stare lata dostałam upgrade. Doskonale. Będę mogła bezkarnie wypić wino na wielkanocne śniadanie i co mi zrobicie.

Trzy godziny później ponownie mijam Pireneje, w dzieciackim podekscytowaniu przyklejam nos do zimnej szyby – Hiszpania jest bardzo piękna z góry – a gdy poszarpany, surowy górski krajobraz ustępuje miejsca winnicom i sadom, cieszę się jeszcze bardziej, bo już zaraz będzie lotnisko, a z lotniska droga niedaleka do miasta.
Taksówkarz pędzi jak szalony szerokimi alejami, otworzywszy okna, zatem podmuchy wiatru prawie wywiewają mi soczewki z oczu, ale ani trochę mi to nie przeszkadza. W hotelu rzucam walizkę, biorę prysznic, przebieram się w luźne gacie, koszulkę, balerinki; wtykam słuchawki w uszy i ruszam pełną samochodów, biegaczy, deskorolkarzy i kwitnących kasztanowców Castellaną w kierunku Gran Via. Parę godzin później siedzę na stopniach Mercado de San Miguel i wyżeram owoce z mojego prawie opróżnionego kubka sangrii.

Przywykam do trzy- i czterodaniowych kolacji (moje dżinsy niekoniecznie, ale najwyżej kupi się nowe). Do café cortado, luzu, uśmiechów, tego, że słońce tu leniwie wstaje – ptaki zaczynają śpiewać jakoś w pobliżu siódmej – ale też późno zachodzi, a błękit nieba powala. Jeden wielki niebiesk całymi dniami. O, taki.

Nie wierzę, że ktoś w tym cudownym mieście mógłby czuć się źle. Pewnie znajdą się tacy, którzy nie lubią Madrytu. Koniec końców to tylko miasto. Ale ja jestem zakochana, wszystkie moje psie smutki poszły w cholerę i nawet katar nie przeszkadza mi ekscytować się jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Które, nawiasem mówiąc, są tu niestety obłędne. Jako i oczy lokalsów. 

Ms Holly Golightly, travelling

Ojciec odwiózł mnie dziś do Krakatau, żebym rano ze spokojem mogła udać się w drogę. Przez całe popołudnie udawałam wyluzowaną i zadowoloną z życia, ale prawda taka, że już od paru godzin żołądek mi się wywraca, jedzenie uważam za zbędną czynność i myślę tylko o tym, jak sobie poradzę. Madrytu się nie boję, na niego to się cieszę jak przed randką, ale gdy za kilka tygodni wrócę zeń wieczorem, następnego dnia około południa wyruszę na urlop, po powrocie z którego – o ile nic się nie zmieni – właściwie od razu (bo po dwóch nocach w ojczyźnie) polecę dalej na kolejny miesiąc. Świetnie. Dodać trzeba, ze z początkiem roku, nieświadoma tego, jak to wszystko będzie wyglądało, zaplanowałam sobie parę teatralnych weekendów i cholera, trzeba będzie jakoś je w to Grand Tour powciskać. Toteż dla przykładu, miast przyszły weekend spędzać na podziwianiu Guerniki (ale już widziałam), bladym świtem będę ponownie telepać się w kierunku Aeropuerto Madrid-Barajas. W niedzielę rano wrócę i zapewne padnę bez życia na hotelowe łóżko, w poniedziałek zamierzam grzecznie siedzieć w biurze. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że ten sam program zostanie powtórzony tydzień później. Szaleństwo i masakra piłą mechaniczną.
Mniejsza.
Wróćmy do ojca.
Ojciec po dzisiejszej wizycie nie ma najlepszego zdania o mojej inteligencji. Śmiem podejrzewać, że nigdy nie miał, ale teraz to już chyba całkiem się załamał.
– Wiesz co, ojciec, to moje nowe żelazko, to ono chyba jest zepsute. Albo przedłużacz, nie wiem.
– A co się dzieje?
– No nie działa.
– Jak to nie działa?
– No popatrz, wkładam wtyczkę do kontaktu, a żelazko nic.
– A włączyłaś je?
– … Hmmm?
– Tu jest taki guzik „POWER”.
– Och.
Kwadrans później.
– Ta samowłączająca się lampka też mi nie działa. Nie zapala się. Ale może żarówka się przepaliła…
– W ogóle nie działa?
– No, programator robi „pstryk”, ale lampka się nie zapala.
– OCZYWIŚCIE, ŻE SIĘ NIE ZAPALA! NIE JEST PODŁĄCZONA DO PRĄDU!!
– Och.

Lubię myśleć, że zostałam stworzona do wyższych celów, ale czasami podejrzewam, że ze mnie to naprawdę rasowy nieogar jest. Tępa dzida, która jakoś się prześlizguje przez życie, bo ma szczęście. Mogę być dobra w swojej robocie, świetna w życiu towarzyskim i kulturalnym, ale z taką zwykłą rzeczywistością, bądźmy szczerzy, nie radzę sobie zupełnie. Ojciec twierdzi, że odziedziczyłam duszę artysty-lekkoducha po jego mamie, której niestety nigdy nie poznałam. Moja babcia Karolina latała samolotem, a w szkole, w której uczyła po wojnie, założyła kółko teatralne. Zmarła na długo przed tym, nim przyszłam na świat. Szkoda, bo mam wrażenie, że miałybyśmy sobie bardzo dużo do powiedzenia – ale może w pewien pokrętny sposób kontynuuję rodzinną tradycję i może dlatego tata nigdy nie złości się na moje nieprzystosowanie do codzienności przy jednoczesnym umiłowaniu spraw niecodziennych.
Tak czy inaczej.
Lampka działa. Żelazko działa. Walizka się domyka i żywię pobożną nadzieję, że zdąży jutro przesiąść się w Warszawie, jako i ja. Zapakowałam wszystkie małe czarne, szwajcarski scyzoryk (matka zasugerowała, żeby zabrać… widzicie, jaka ta moja rodzina? a mam bardzo ładny Victorinox, różowy), parę krótkich spodenek na wszelki wypadek, nie mogę znaleźć eyelinera, ale trudno, najwyżej będę prezentować naturalną słowiańską pyzatą urodę bez podkreślonych zmysłowo oczu.
Najważniejsze, żeby dotrzeć na miejsce. Potem najwyżej będziemy improwizować. I chyba trzeba opatrzności zaufać od czasu do czasu – skoro ona nas wmiksowuje w takie wariackie plany, to znaczy, że wie, jak to wszystko pochytać. Jak mawiał mój nieoceniony instruktor paralotniarstwa: nie przeszkadzać, nie psuć bardziej, samo poleci.

Krótko, bo czas krótki

Spędzam świąteczny weekend – krótszy nieco niż zazwyczaj – w takim oto towarzystwie.

Prognoza pogody dla Madrytu nieco się zmieniła i teraz twierdzi, że w poniedziałek będzie 29 stopni Celsjusza. Jestem już prawie spakowana, siedzę jak na szpilkach.

Bertie wraca na scenę. Moja miłość dla Bertiego jest powszechnie znana i bardzo się cieszę, że będę mogła ją nieco postymulować. Kupiłam sobie bilecik za dziesięć funtów, potem będę kombinować, jak tam dotrzeć, bo już i tak mój grafik – tak zawodowy, jak prywatny, a oba ściśle się zazębiają – wygląda jak sen wariata. Nie mam pojęcia, jak to ogarnę i jak to wytrzymam, ale ogarnę i wytrzymam.

– Jak tam u ciebie, piórko?
– Dobrze, ale będę tęsknić.
– Ja też.
Mogę wyjeżdżać spokojna z tym w uszach.

I trust you’re having fun

Ja się pytam, co to jest. Dlaczego jest tak cholernie zimno. A człowiek dziś jak ta lebiega ostatnia wyszedł z domu z gołymi nogami.
Pocieszam się, że w poniedziałek w moim nowym ulubionym mieście (vide wpis poniżej) ma być 26 stopni. I tam to nie jest dzień wolny, więc będzie można pójść na tapas. Serio, po dotarciu do hotelu rzucam tylko walizę i lecę po sangrię.
Tak, ta perspektywa poprawiła mi humor, który od powrotu mam jakiś taki skopany. Być może PMS upomina się o swoją porcję smutków i frustracji, no wiecie – „nikt mnie nie lubi, jestem taka samotna, i gruba też jestem, moja robota nie ma sensu, w końcu się zorientują, że jestem beznadziejna, a może by pieprznąć tym wszystkim, dlaczego ten cholerny tramwaj tak się wlecze, po grzyba deszcz pada, pan i władca ciągle zarobiony et cetera et cetera”. Wypisz, wymaluj robot Marvin z Autostopem przez galaktykę.
No dobra, tak naprawdę to mam parę drobnych powodów do niezadowolenia – innych niż wymyślone – ale nie będziemy o nich mówić.

Mogłoby mi się zdarzyć coś miłego, smędził wasz robot Marvin przez dzień cały. Dodajmy, iż w pracy ekspres do kawy był zepsuty, co autorka już w ogóle uznała za dowód bezcelowości egzystencji.

Wróciłam w każdym razie do domu, z tymi gołymi nogami i zwieszonym nosem. Powiodłam wzrokiem po moim mieszkaniu, ustrojonym obficie w sterty ciuchów – jeszcze w niedzielę za tymi stertami stała pewna logika, te na wyjazd, te do prania, te do szafy, ale już mi się pomieszało – i kopczyki monet w różnych walutach. Niezbyt domowo to teraz wygląda, jeśli mam być szczera, raczej jak jakieś biuro rzeczy znalezionych. Wzrokiem powiodłam i dotarło do mnie, że nie ma takiej możliwości, bym to dziś wieczorem ogarnęła. Troszeczkę nie mam wyjścia jednakowoż, zatem dałam sobie chwilę na walkę wewnętrzną. Niemniej, jako że kobietą jestem i multitasking to u mnie rzecz wrodzona, bo nudzę się, gdy wykonuję tylko jedną czynność, to pomyślałam, że w trakcie walki wewnętrznej o to, czy sprzątać, czy zalec w wannie pod wieloma słusznymi pretekstami, chociaż sobie pocztę prywatną sprawdzę.
W której to poczcie zalegała wiadomość zwięzła, ale nader sympatyczna.
Autorka lekko kwiknęła, rozpromieniła się jak to teletubisiowe słoneczko i pomyślała, że właśnie tego jej było trzeba. To jest to „coś miłego”, po czym mi od razu lepiej. Niewiele trzeba czasem, by odzyskać wiarę w ludzkość. 
O, rety rety. Czas wrócić do gapienia się na sterty, bo może mi się nie chcieć, ale do powrotu na Półwysep coraz bliżej. A gdy misja na Półwyspie się skończy, rozpocznie się nowa.
W odmęty niezłego absurdu popłynęło moje życie, gdyby mu się przyjrzeć z bliska. I sama nie wiem, jak to się stało. To znaczy niby wiem, wszak byłam przy tym, ale jednak nie wszystko przewidziałam…

All doors in flight

Wróciłam na chwilę, ale za dni parę kieruję się ponownie na Półwysep Iberyjski, gdzie będę jeść, jeść oraz jeść, a w przerwach ewentualnie pracować. Życie takie ciężkie.

Tak sobie właśnie dziś myślałam, frunąc do domu nad słoneczną Europą, że nie jest źle. Naprawdę nie jest źle. Mam świetną pracę (przypomnijcie mi to przed kolejnym nerwowym spotkaniem), rzucają mnie w różne miejsca świata, spędzam wieczory na testowaniu kulinarnych rarytasów, pan i władca ciągle odbiera moje telefony (bądźmy szczerzy, leży to w jego najlepszym interesie, inaczej nie będzie dostawy wina i słodyczy). Obleci. Byłabym niemożliwie durna, gdybym narzekała – choć oczywiście nie zawsze jest rozkosznie. Za wszystko trzeba zapłacić. Ja płacę, jak wspominałam, samotnością, choć tym razem jest o tyle lepiej, że zespół, z którym teraz pracuję, jest cudowny. Chadzamy wieczorami na zbyt długie kolacje i ogólnie świetnie się bawimy, ale kto nie bawiłby się świetnie w tym mieście?
Wczoraj po pracy polazłam do Mercado de San Miguel – miejsca, które pamiętam z mojej pierwszej wizyty w Madrycie i które jest piekłem i niebem zarazem dla każdego człowieka ceniącego rozkosze podniebienia (jak i cały Madryt zresztą). Macie tam tapas ze wszystkim, co Bozia stworzyła, oraz sangrię w szklankach. Jest to miejsce, w którym można spędzić caluchny wieczór, wpychając w siebie kolejne przekąski mimo mdłości z przejedzenia. A za oknami wytrwale bezchmurne madryckie niebo, gęstwina uliczek i szerokie, ukwiecone aleje, po których samochody pędzą odrobinę zbyt szybko (mój kolega nieco się zestresował, gdy wieczorem wracaliśmy z knajpy taksówką do hotelu, bo zauważył 80 km/h na liczniku w centrum miasta), zapach świeżo parzonej kawy na każdym rogu, olśniewająco przystojni mężczyźni. Ratusz z wywieszonym napisem REFUGEES WELCOME. W Paryżu jakoś nie potrafiłam się odnaleźć, w Madrycie natychmiast poczułam się dobrze. Jedna z jego dzielnic – taka wiecie, cool – nazywa się Malasaña, co mnie zawsze bawiło trochę, bo malasana to też nazwa pozycji w jodze i w dokładnie taki sam stan umysłu jedno i drugie was wprawia. Madryt jest zrelaksowany, w Madrycie ludzie się uśmiechają. Jest ogromny, ale nie przytłaczający. Nie wiem, czy to przez słońce, czy wino, czy przez to, że wszystkich całymi dniami mdli z przejedzenia, ale Madryt jest bardzo wyluzowany. I zaraża tym. Któregoś wieczora w naszym hotelu wysiadła elektryczność. Normalnie by człowiek pomstował. Co zrobiła ekipa? Umówiła się natychmiast przy recepcji i poszła do knajpy za rogiem. Fenomenalnej zresztą. Jeśli w menu stoi zagadkowa pozycja pt. „słoik z ziemniakiem, jajkiem i truflą”, istotnie dostajecie słoik z ziemniaczanym puree, jajkiem na miękko i płatkami trufli do samodzielnego wymieszania (gdyby słowo „trufla” kojarzyło się wam ze słowem „drogie”, to nic z tych rzeczy, nie tutaj) i płaczecie ze szczęścia, a jeszcze deser, mus z gorzkiej czekolady podany w sporej misce, omatkobosko… i szef kuchni wygląda tak… Taki ten Madryt jest. Zgroza.

Ale poza tym, proszę ja was, to chyba się starzeję. I już nawet nie dlatego, że ostatnio ze zgrozą liczyłam siwe włosy w grzywce. Ja się po prostu staję socjopatą jakimś. Im jestem starsza, tym bardziej nie lubię ludzi. Coraz bardziej mnie męczą. A dziś na ten przykład, po raz pierwszy w życiu zwróciłam kobicie tarasującej przejście przez długie minuty, bo przecież trzeba przedyskutować z mężem, kto będzie siedział przy oknie, upychać pedantycznie wszystkie swoje liczne klamoty w schowku i poprawiać włosy – AAAARGHH! Wstałam o piątej i mam krótką przesiadkę, babo! I PMS takowoż! Chcę usiąść na moim siedzeniu, dostać moją nieśmiertelną bułę z tartą marchewką i polecieć do domu! Nie wytrzymałam wreszcie i poprosiłam kobitę, żeby choć nieco się przesunęła. Rzuciła mi Spojrzenie, ale ku uldze mojej i całej kolejki za mną łaskawie zabrała swą osobę z przejścia.
Nie znoszę tego. Całym swoim człowiekiem nie znoszę, gdy ktoś kompletnie nie zwraca uwagi na istnienie innych ludzi w jego przestrzeni. Zwłaszcza w podróży tego nie lubię. Nie lubię stania po obu stronach ruchomych schodów, nie lubię, gdy kto się snuje, jakby miał ciśnienie 50/30 i w taki sposób, że nie można go wyminąć, nie lubię zajmowania cudzych miejsc. Jeszcze parę takich by się znalazło. Powiedzcie mi proszę, że nie jestem w tym nielubieniu osamotniona i nie zmieniam się w zrzędliwą starą babę.
Niestety dotyczy to nie tylko przypadkowych maruderów spotkanych w drodze.
Coraz częściej z pewnych relacji się wyłączam. Nie chce mi się żebrać o kontakt. Sama popełniłam parę okropnych błędów w relacjach międzyludzkich, przyznaję, ale nie mam już siły na pytanie po raz wtóry, czy ten i ów ma chwilę w weekend. Nie ma? Trudno.

The rain in Spain falls mostly on the plain 

Uszanowanie. 

Doleciałam bez przygód, moja walizka zdążyła się przesiąść, udało mi się podczas przerwy w podróży kupić bilet na Hamleta (nerwy były, bo system się wywalił), Pireneje w dole prezentowały się wyjątkowo fotogenicznie, a później krajobraz w dole nabrał ładnych kolorków. 


Tym samym dotarłam do kolejnego z moich tymczasowych domów w nastroju bardzo dobrym. 
Po 48 godzinach w pięknym mieście Madryt z przyjemnością zawiadamiam, że jestem zachwycona – i ze smutkiem, że czuję, jak tyję. Oni tu są absolutnie niepoważni, jeśli chodzi o rozmiar porcji, a że jedzenie jest wszędzie… Cóż. Wczoraj zamówiłam sobie sałatkę na przystawkę i nie mogłam jej skończyć. Mój kolega ze smutkiem poddał się po zjedzeniu połowy własnego obiadu. Jutro idziemy na służbowy obiad – tutejsza szefowa postanowiła, że każdego tygodnia będziemy jeść w innej dzielnicy, to przy okazji miasto poznamy – i mdli mnie na samą myśl. Napisałam do pana i władcy, że wrócę gruba, to się ucieszył, że będzie więcej do… nieważne, to zboczuch stary przecież. Swoją drogą, w knajpie obok biura pracuje chłopak tak niepokojąco do niego podobny, że mam nadzieję, iż nie zestresowałam go moim psychopatycznym gapieniem się wczoraj. W każdym razie to kolejne z moich ważkich spostrzeżeń – mężczyźni tutaj są raczej urodziwi, a co ważniejsze, uśmiechnięci. No, ale czemu mieliby się nie uśmiechać – słońce im świeci, wino mają tanie, tapas na każdym winklu… Można to jakoś znieść. 

Tonta de remate

Wracam otóż w miniony poniedziałek do biura, otwieram skrzynkę pocztową, a tam szaleństwo, fumy i wapory, wszystko na wczoraj, bilety rezerwuj natychmiast, bo najpóźniej za tydzień musisz tu być.
Każą, to robię, co nie.
Całkiem dobrze to wygląda, muszę przyznać. Miejsce przyjemne. Ludzie fajni. Pierwsze zaproszenie na spotkanie, jakie dostałam, nosi tytuł: „Cotygodniowa kolacja i drinki”, co oznacza, że szefująca temu projektowi ma właściwie poustawiane priorytety. Zresztą znamy się nie od dziś, wobec czego spodziewam się, że pójdzie lepiej niż ze zmorą, daj jej Boże opry… zdrowie.

Nie pierwszy to raz i raczej nie ostatni, ale skłoniło mnie to wszystko do refleksji.
Nie mam potrzeby, nigdy nie miałam, jakiegoś szczególnie silnego ukorzenienia, dlatego też wybrałam taką pracę, jaką obecnie mam. Lubię ten mój grajdołek, doceniam jego uroki, niemniej niewiele mnie w nim trzyma – moja kwatera główna, pan i władca, trochę znajomych, ale już coraz mniej, Bogiem a prawdą. Z drugiej strony mam coraz więcej fumfli w innych punktach świata, widywanych rzadko, za to intensywnie. Za własnym łóżkiem nie tęsknię i zawsze – z większym lub mniejszym powodzeniem – staram się oswoić miejsca, w które trafiam. Odkrywam.
Ale jest jeden duży minus i minusem tym jest samotność. Ja sobie z nią ogólnie dość dobrze radzę jako ktoś, kto nie potrzebuje do szczęścia ciągłego towarzystwa innych ludzi (uuu, wprost przeciwnie). Dotychczas nie miałam z nią problemu. Toteż jakże się zdziwiłam, kiedy mnie po raz pierwszy uderzyła. Jakaś taka dziwaczna tęsknota cholera wie za czym, jakieś takie psie smutki, jakieś „mam wolne, ale nigdzie nie pójdę, zostanę w łóżku”. Nie bardzo wiedziałam, co z nią zrobić. I szczerze pisząc, trochę się jej obawiam, chociaż po całym ubiegłym roku już wiem, co trzeba robić w sytuacji, gdy człowiek ma ochotę siedzieć w kąciku i użalać się nad sobą, bo taki biedny sam daleko od domu (w którym nie może usiedzieć zbyt długo, jak na ironię). Trzeba wbrew sobie podnieść dupę i wyprowadzić ją za drzwi, pójść na porządny obiad, na fikuśnego drinka albo sprawdzić w internecie opcje wycieczek za miasto, kupić bilet i pojechać.
Niemniej przez te rozmyślania o tym, że znowu ja nieszczęsna, jak ten palec sama, koleżanki dzieci rodzą i domy pod miastem budują, a ja na walizkach, też mi się zachciało, co jeśli mama źle się poczuje, gdy mnie akurat nie będzie i tak dalej – wpędziłam się w dość podły nastrój.
W tymże podłym nastroju siedzę dziś w robocie i ciupię sobie coś tam skwapliwie, gdy wtem słyszę nieśmiałe bzz, bzz. Zerkam na telefon. Luxemburger!
– Cześć, wszystko dobrze?
Ja bardzo proszę, niech mi ktoś wyjaśni, skąd oni wiedzą, kiedy są potrzebni. O kobiecej intuicji tyle się mówi, a tymczasem to mężczyźni zachowują się niekiedy w taki sposób, że można zacząć podejrzewać, iż założyli wam kamery i podsłuch w domu. (W sumie to on przez parę godzin przebywał w moim mieszkaniu sam. I jest inżynierem. Rany boskie).
Odpowiadam.
– Jedziesz do Madrytu? Wspaniale! Złapiesz trochę słońca. Sklepy fajne. Wydałbym tam całą pensję.
Wiem, stary. Cienia wątpliwości nie mam. Byłam z tobą na zakupach. Żywo pamiętam mój szok po zobaczeniu kilkudziesięciu par ułożonych podług koloru spodni w twojej szafie. Ale – sama przecież przywiozłam z Madrytu właśnie mój ukochany płaszcz, więc wiem, że drogi kolega ma rację.
– Znajdziesz sobie jakieś przystojne lokalne towarzystwo… – kontynuuje człowiek z Beneluksu.
– Czy twoim zdaniem naprawdę wszystkie życiowe problemy rozwiązuje seks?… Nie odpowiadaj.
– A nie jest tak?
Gdyby się zastanowić…

Chciałabym powiedzieć, że mój ukochany i bezcenny płaszcz wraca do domu, ale wiosna to nie jego pora roku. Cóż, może nabędę nowy?

The beauty in our London skies

No i się stało w moim Londyniu to, co się stało. Ten oczywiście wstał, otrzepał się i poszedł dalej bez wahania. U nas tymczasem histeria, pani premier z właściwą sobie empatią wygłosiła w wywiadzie coś w stylu: „a nie mówiłam, bo złe emigranty”. Myślę, że już dość ją wszelkie Bloombergi, Reutersy i Financial Timesy dojechały za dzisiejszą wypowiedź, więc nie będę wredna i nie napiszę, co myślę o takich szczytach dyplomacji.
Ale moja miłość do miasta, którego nie ma, mimo tych myszy i pogody i cen i wszystkiego, rozkwitła jeszcze bardziej w ostatnich godzinach. Londyn to nie jest, jak to mówi mój znajomy, jakaś rurka z kremem. Londyn się nie ugnie tak łatwo. Londyn najwyżej powie: please kindly go fuck yourselves, cheers. I mówi. I to chyba jedyna metoda, by świrów wszelkich zniechęcić. Wczoraj wszystkie teatry West Endu – leżącego dość blisko Westminster – zgodnie oświadczyły, że przedstawienia odbędą się jak zwykle.
Całym sercem jestem z moim ulubionym miastem. Z miastem, które nie jest tylko setkami kilometrów kwadratowych zabudowanymi betonem, ale stanem umysłu (to w sumie jak Kraków, przypomina mi mój mały wewnętrzny cynik). Miastem, które niektórych bezwzględnie odrzuca, a innym daje się pokochać – jeśli was zechce, to na dobre. Zaprzyjaźniacie się z nim, zakochujecie w nim. Choć myszy i pogoda i ceny i wszystko. Zaczynacie o nim myśleć jak o KIMŚ.
Drugim moim takim jest Neapol (nieprędko zapomnę właściciela naszego B&B, który co rano wspinał się zdyszany po schodach, żeby przynieść nam świeże brioszki, zaparzyć paskudnie cienką jak na Włochy kawę i obowiązkowo pocałować moją mamę w rękę ze śpiewnym „Baaarbara!” – uwielbiałyśmy faceta mimo tej kawy, Eugenio mu było na imię), też niepiękny, brudny i wielce charyzmatyczny. Trzecim… Czwartym… Jeszcze parę by się znalazło.
Ale Londyn zawsze będzie pierwszy.
Bo to wspaniałe, wspaniałe miasto jest, wiecie.
Gdy tam wylądowałam po raz pierwszy w roku 2004, bałam się wszystkiego. Nigdy wcześniej nie byłam w takim dużym mieście. A potem odkryłam, że w Londynie nie sposób czuć się obco, bo on jakoś tak się wami opiekuje. Rozkłada nad wami swój parasol. Latałam do Londynu wesoła i smutna, czasami załamana nawet, a on mnie zawsze przyjmował ciepło (może poza tym razem, gdy przez półtorej godziny tkwiłam wściekła w kolejce do kontroli granicznej – ale w sumie i wtedy urzędnik powiedział, że mam ładny płaszcz i się odgniewałam). Jakby mi mówił: „Dobrze, że jesteś. Ja tu się tobą zajmę zaraz i będziemy się świetnie bawić”.
Kocham cię, Londyn.

I don’t sleep, I keep my radio on

Dzień dobry. U mnie nic nowego. Za to moja sąsiednia dzielnica z drugiej strony mostu, Nowa Huta, chce zostać uzdrowiskiem. Owszem, nie na serio, tylko wyśmiewając Podhale, na którym odór aż zatyka (pamiętam, jak raz siedziałam w zakopiańskiej knajpie, obserwując z rosnącym zdumieniem, jak kelnerka beztrosko wrzuca plastikowe kufle do kominka), ale w sumie argumenty pomysłodawców są uroczo trafne. I nawet byłabym za, bo tam zielono. Jeże tuptają nocą.

Tak sobie tymczasem czytam o tej repolonizacji mediów, czy też „udomawianiu”, bo takie słowo dziś padło, i śmiech pusty mnie ogarnia. Zapytałam onegdaj pana i władcę, co o tym sądzi jako, bądź co bądź, pracownik tejże branży. W odpowiedzi usłyszałam dokładnie to, czego się spodziewałam, czyli mięsistą wiązankę, uzupełnioną po chwili refleksji jeszcze bardziej mięsistą wiązanką. Niezmiennie pozostaję pod wrażeniem, jak on potrafi wiązankować. Może to niepokojące, ale bardzo lubię słuchać, jak klnie. Niewiele rzeczy poprawia mi humor tak skutecznie, jak staranne i dźwięczne kurwy kolegi. Jest to jedyna osoba, u której nadmiar takich słów mnie nie irytuje, bo on je tak cudnie i warstwowo kompiluje. Inna sprawa, że przez niego sama używam ich coraz więcej, choć ciągle jestem daleka od stanu, w jakim wróciłam wiele lat temu z tygodnia wśród lotników – wchłonęłam tyle kuchennej łaciny, że sama przez kilka dni po powrocie posługiwałam się grubymi słowami namiętniej niż kiedykolwiek wcześniej. Później na szczęście mój słownik wrócił do normy.
Tak czy inaczej, idiotyczny strasznie ten pomysł repolonizowania i podejrzewam, że dla władzuni może stać się mieczem obosiecznym, wszak media to też władza, i to całkiem potężna. Ruszanie z nimi na wojnę to troszkę słaby pomysł.
Zresztą gdy oglądam takie wyczyny w publicznej telewizji, to chyba już wolę te straszliwe germańskie media prywatne.
Poziom mojego zażenowania tym, co się wyprawia, ciągle rośnie, a wydawało mi się tyle razy, że już przebił sufit.

Oderint dum metuant

Wybrałam się wczoraj na Cesarza Kaligulę. Jak wspominałam, mam pasjonujące życie. Nie mam nic do lepszego do roboty, to po teatrach latam.

Początek podobał mi się bardzo – talk show z udziałem wyraźnie zagubionego specjalisty od biografii Kaliguli, którego odpowiedzi są całkowicie ignorowane przez przebojowego prowadzącego z zacięciem manipulatorskim – ale później to już różnie bywało. Osobiście uważam, że nic by się nie stało, gdyby troszeczkę ten spektakl skrócić, bo były momenty, gdy myśli mi uciekały, a on nieco traci tempo chwilami.
W sumie to nie bardzo wiem, jak to przedstawienie ugryźć.
Jedno muszę przyznać – bohater tytułowy wzbudził moją sympatię. Tak jest. Sądzę zresztą, że taki był zamysł, uczłowieczyć trochę to owiane krwawymi legendami monstrum. On i Makron, jego prawa ręka i człowiek od brudnej roboty. Elegancka sylwetka, lodowate spojrzenie, nieodłączne skórzane rękawiczki. I jeszcze Sabinus, w okropnie żółtym, ale jakże pięknie skrojonym garniturze (kostiumy są naprawdę, naprawdę pierwsza klasa, kamizelkę Kaliguli sama bym z rozkoszą nosiła, przepraszam za ten zbędny wtręt, ale taka prawda).
Trzeba jednak przyznać, że jest jeszcze jeden dobry aktor w tym spektaklu i jest to sama sala teatralna. Miejsce swoje robi, a scena na Sarego jest miejscem arcyciekawym. Bardzo lubię tam bywać. Kiedyś w tym budynku mieściła się loża masońska – owszem, owszem – i kasyno Oficerów WP Wyznania Mojżeszowego. W tym spektaklu właściwie nie ma scenografii, poza tymi dziewiętnastowiecznymi stiukami. I ekranami, na których możecie obserwować twarze aktorów. Sprawdza się to.

A gdy wracałam w środę z Łaźni, panie podążające za mną na przystanek autobusowy na Placu Centralnym toczyły ciekawy dialog.
– Ale ona strasznie choro wygląda.
– Widziałaś kiedyś aktora, który by zdrowo wyglądał z bliska?…
Publiczność to okrutna jednak jest.
Dziwne niebywale, doprawdy, że aktor wygląda jak człowiek. Że jeden z drugim poza sceną jest kruchy jak laleczka z saskiej porcelany albo zdumiewająco wysoki, nosi jakieś wytarte portki i byle sweterek, nie ogolił się dość dokładnie, nie maluje się, ma zmarszczki pod oczami, wygląda na swoje lata. I cóż z tego. Właściwie to ja nawet lubię widzieć ich „ludzką” stronę, jest w tym coś rozczulającego; coś wspaniałego również, bo wtedy dopiero zauważacie, co z nimi scena robi, jak nieprawdopodobną metamorfozę przechodzą. Jak na ironię, przed Koncertem życzeń wdepnęłam do klubu Kombinator, a tam w kąciku siedziała jakaś niepozorna osoba. Moment „o rany!” nastąpił dopiero po długich sekundach zastanawiania się, kogo ona mi przypomina.

(Dziś natomiast piękna, pierwsza tego roku burza huczała nad Podgórzem – ja się boję burz, a jeszcze bardziej, odkąd jedną przesiedziałam na plecaku na tatrzańskim szlaku, płacząc ze strachu – ale burze wiosnę niosą i wicher wieje, więc dobra nasza).

Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy

Nie mam nic lepszego do roboty w tym tygodniu (to znaczy mam, ale mi się nie chce), więc chodzę do teatru. Przedwczoraj byłam i wczoraj też. Aż takie mam pasjonujące życie. Jutro też pójdę, ale powiedzmy, że tę jutrzejszą wizytę da się wytłumaczyć moimi powiązaniami towarzyskimi.

Wtorkowy spektakl podobał mi się bardzo, choć ogromnie trudno go oceniać. Domyślam się, że to nie każdego para kaloszy.

Najbardziej lubię teatr o teatrze. Lubię też taki, który staje frontem do widza i mówi: „no widzisz, to wszystko jest na niby. Nie traktuj tego zbyt serio”.  Szewcy w Starym to jest takie właśnie przedstawienie w przedstawieniu, teatr o teatrze. O rzemiośle. Ten tu szewski warsztat, ze stukającymi miarowo maszynami, to tylko przenośnia. Zatem obok tekstów Witkacego mamy wypowiadane wprost do widowni ubolewania na los, na trzecioplanowe role (za takie nawet Oscarów nie dają), na pensje, na kolegów niekiedy żenujących w tym, co robią na scenie, na reżyserów, których jedyny pomysł na daną postać jest taki, by po prostu przesiedziała na scenie akt pierwszy, drugi i zapewne trzeci także. Ogólnie frustracja leje się ze sceny w uszy rozbawionej widowni wartkim strumieniem.
Ale.
Jak mówi Czeladnik II, czy też świetny w tym spektaklu Szymon Czacki w przerwie od bycia Czeladnikiem – aktor aktorem pozostaje stale, nawet na zmywaku w Anglii. A Radosław Krzyżowski, jeszcze świetniejszy, dodaje, że aktor w człowieku nigdy nie traci wiary, karierę po czterdziestce też da się zrobić (bo Marian Dziędziel…), po fakapie jakoś się człowiek pozbiera. I ten aktor zawsze wyłazi na wierzch. Nawet gdy człowiek idzie do mięsnego schab kupić i gdy otwiera usta do ekspedientki, natychmiast mu się głos obniża (to akurat prawda, zaobserwować miałam okazję po wielokroć).
To jest pierwsza warstwa tego przedstawienia.
Kolejną odkrywamy, gdy na scenie pojawiają się kolejne trzy osoby odwiedzające tę teatralną wersję szewskiego warsztatu. I ich niemiłosiernie znudzony swoją robotą przewodnik, na powitanie klepiący jak automat strofy Wyzwolenia, „wielka scena otworem” et cetera et cetera. Tu znowu publiczność, która zapewne w większości widziała świeże Wyzwolenie w Słowackim, zachichotała. Trzy osoby – aktorzy i goście jednocześnie – zasiadają w rogu sceny. Pytają. Dlaczego ten Sajetan nie jest siwiejącym blondynem, skoro w opisie stoi, że jest. Przewodnik wyjaśnia cynicznie, że krawiec kraje, jak mu materii staje. Po czym spaceruje leniwie za kulisy, żeby włożyć lśniący frak i piękne buty; błyszczy jako księżna, po czym na nowo jest zblazowanym animatorem kultury, po czym znów sobą, aktorem Krzyżowskim, po czym znów księżną. Squrvy tymczasem spogląda z boku. Z wysoka. Z pogardą.
Trójka aktorów operujących szewskimi maszynami – czeladnicy i Sajetan – to profesjonaliści dobrze znani widowni. Księżna i Scurvy również.
Druga trójka jest niepełnosprawna. Ale to nic nie zmienia.
Jest piękna scena w tym spektaklu, w którym jedni pomagają drugim wybijać rytm.
Właściwie to takich scen jest wiele – team spirit aż miło.

Taka to historia. Aktorzy. Całe życie w cudzych butach. Zresztą i one w tym przedstawieniu ważną rolę grają – buty noszone przez aktorów Starego na scenie. Między innymi obłędne kowbojki Krzysztofa Globisza z Wesela hrabiego Orgaza, brawurowej absolutnie rzeczy, którą lat temu parę miałam przyjemność widzieć.
I on sam.
Dobrze widzieć go znowu na scenie, a jeszcze lepiej widzieć go w dobrej formie, z ogniem w oczach. Widownia oczywiście zwariowała. Jego pojawienie się to piękna puenta całego spektaklu. Oto bowiem fantastyczny aktor zmagający się ze skutkami udaru, z afazją wychodzi śmiało na scenę i po prostu robi swoje.
Szczerze polecam. Naprawdę bardzo szczerze polecam. Nieczęsto zdarza się, że przedstawienie podoba mi się bezwzględnie i całkowicie, a to podobało mi się bezwzględnie i całkowicie, i pójdę jeszcze raz.

Wczoraj natomiast pofrunęłam do Nowej Huty, zobaczyć wreszcie Koncert życzeń. Zbierałam się i zbierałam, i zebrać się nie mogłam, aż wreszcie uznałam, że skoro siedzę akurat w Krakowie, a bilety jeszcze są, to nie ma to tamto. Trzeba iść. No i poszłam.
Jak być może wiecie, a być może nie, jest to monodram, ale o tyle niezwykły, że nie pada w nim ani jedno słowo. Ani jedno. A widzowie, zamiast siedzieć wygodnie, stoją wokół maleńkiej sceny, wysokiej raptem na 20 centymetrów. Mogą chodzić wokół, przyglądając się bohaterce krzątającej się po swoim mieszkanku pod różnym kątami. Obserwują jej wieczorny rytuał – jak wraca do domu z pracy, przebiera się, wyjmuje z siatki zakupy, przegląda pocztę (same rachunki i reklamowe gazetki), pierze rajstopy, zmywa makijaż. Robi sobie kolację, starannie, pedantycznie wręcz rozkładając naczynia i sztućce. Włącza radio, gdzie akurat trwa koncert życzeń. Wojciech Mann czyta miłosne historie słuchaczy. Twarz bohaterki na chwilę tężeje.
To jest ten moment, gdy na idealnie gładkiej, lśniącej szybie pojawia się pierwsze drobne pęknięcie.
Pogra jeszcze w Simsy, przygotuje łóżko do spania, nastawi budzik, sprawdzi, czy kurki zakręcone, czy mikrofalówka wyłączona. Położy się, ale zaraz wstanie i podrepcze na bosaka do kuchni, żeby wyjąć coś z szuflady.
W ostatniej scenie bohaterka po prostu schodzi pomiędzy widzów i staje wśród nich, jak kolejny obserwator. I stoją tak sobie wszyscy przez chwilę w przejmującej ciszy, aż wreszcie ktoś pierwszy, wyrwany z odrętwienia, nieśmiało zacznie klaskać.
Gdyby mnie kto spytał – uważam, że to wybitny spektakl. Duże słowo, wiem. Mimo wszystko będę się przy nim upierać. Zważcie, że to historia opowiedziana wyłącznie za pomocą zwykłych, powtarzalnych gestów, jakie każdy z nas każdego dnia wykonuje, brnąc przez to swoje żyćko. Spomiędzy tej rutyny wyłania się subtelnie tragedia. Cichutkie cierpienie. Odmiana raka szerzej znana pod nazwą samotność, zżerająca niepostrzeżenie zwyczajnych ludzi, którzy pozornie nie mają na co narzekać, wszystko przecież pod kontrolą, wszystko uporządkowane. To skromne i niedługie przedstawienie uderza tym mocniej, że widz czuje się dość nieswojo, podglądając czyjąś codzienność – ablucje, jedzenie, przebieranie się w domowe gacie. Wyobraźcie sobie, że z pokoju, w którym teraz siedzicie, nagle znikają ściany, za to otacza was kilkadziesiąt zapatrzonych w was osób. Zresztą mniejsza o gacie i obieranie pomidora. Wyobraźcie sobie, że oni widzą wasze emocje. To wszystko, czego nie musicie ukrywać, gdy jesteście sami. Troszkę przerażające, nie? Dla widza, zapewniam, również. Niekomfortowe. Ale ja lubię taki dyskomfort. Po to właśnie jest teatr – żeby nas czasami delikatnie wypchnąć, czasami brutalnie wykopać z naszej bezpiecznej, wygodnej strefy.
Coś fenomenalnego wydarza się podczas tego spektaklu, w którym aktorka nie ma trzech ścian chroniących ją przed brakiem czwartej, ale jednak ani razu – przynajmniej do ostatnich chwil – nie spogląda na publiczność. Otóż ta publiczność, stojąca najpierw przynajmniej metr od tej maciupkiej sceny, zgodnie z wszelkimi zasadami zachowania dystansu w kulturze europejskiej, stopniowo się do niej zbliża. Nie dlatego, że koniecznie chce zajrzeć bohaterce w talerz. Dlatego, że czuje się z nią coraz bardziej związana. I tworzy się wokół tej kobiety taki krąg niesamowity. Nie można jej uratować, ale chociaż można być bliżej niej.
Przy okazji Drugiej kobiety oglądanej podczas festiwalu Boska Komedia parę zim temu pisałam, że Danucie Stence truciznę bym z ręki zjadła. Egzaltowane to stwierdzenie aż zęby bolą, wiem, ale uwielbiam ją. Słowa nie opiszą mojego uwielbienia dla tego, co ona robi z widownią. Nie każdy aktor porwałby się na coś takiego. Jestem przeszczęśliwa, że to widziałam, choć nadal jest mi smutno.
(Dodajmy, iż zamyślona i przygnębiona autorka prawie przejechała przystanek w drodze do domu – Bogu dziękować, że mi wywalili nieopodal mojej kwatery głównej wielki i świecący kolorowo biurowiec, więc zauważyłam go w ostatniej chwili i wyskoczyłam z autobusu).

This constant condition

W tym tygodniu zajmowałam się głównie rozmyślaniami o tym, jak też następnego dnia będzie wyglądał mój zawodowy rozkład jazdy na najbliższe miesiące. Ma to dla mnie znaczenie dość spore, bo to rozkład jazdy dosłownie – jak być może zdążyliście zauważyć, ja dość często odwiedzam lotniska i nie dlatego, że mam takie hobby (no owszem, troszeczkę też). I gdy już w czwartek po południu grafik został jako tako poskładany, a ja stwierdziłam, że nie jest źle (mimo iż zaistniało ciekawe ryzyko powrotu z wakacji w sobotę i wyjazdu w delegację od razu w niedzielę – do tego samego kraju, w którym spędzam urlop!), wczoraj rano zastałam w skrzynce mail od szefa, składający się tylko ze zdania „zadzwoń do mnie koniecznie rano”.
No bo znowu się pozmieniało.
Pozmieniało się tak, że jeśli to istotnie się wydarzy, to będzie jakiś hardkor absolutny, ale jakże ekscytujący.
Zaprawdę, można się przyzwyczaić.

Zajmowałam się także obserwacją naszej sceny politycznej, coraz bardziej zdumiona tym, co widzę. Wstyd sakramencki. Zawsze byłam pod wrażeniem ludzi, którzy potrafią brnąć w całkowitą żenadę, byle tylko nie powiedzieć: „no dobra, głupio wyszło, sorki za to”. A gdy dziś usłyszałam, że ta wtopa straszliwa została nazwana zwycięstwem i pani premier dostała kwiaty, to już mi się natychmiast przypomniało. Same dobre wiadomości.

No i jeszcze Dzień Kobiet mieliśmy. Mam w związku z tym garść refleksji, jak zwykle.
Nie będę pisać, czy mi fajnie czy niefajnie z moją kobiecością – nie uważam, by bycie kobietą było szczególnym przywilejem. Ani karą. Nie mogę powiedzieć, że uwielbiam być kobietą i nie mogę powiedzieć, że tego nienawidzę. Jestem sobą, to przede wszystkim – jestem mną. Jestem pogodzona z moimi emocjami, z moim zmieniającym się ciałem, z seksualnością. Dogadujemy się.
To, z czym pogodzona nie jestem, to trochę dłuższa historia, ale ona nie dotyczy mnie samej.
Niektórzy dziwili się otóż niezmiernie, po co znowu te kobiety maszerują.
Niektóre właściwie.
Uwielbiam takie deklaracje, wiecie: „no ale o co chodzi, przecież MNIE jest dobrze!”. No, mnie w sumie też. Czekoladki dostałam i tak dalej. Ale nie ośmieliłabym się myśleć, że jeśli ja jestem ze swojej sytuacji zadowolona, to wszystkie inne kobiety też. Co więcej, moje zadowolenie może przecież jutro stać się pieśnią przeszłości. I gdyby się zastanowić, to nie czuję się aż tak znowu pewnie. Było o tym po wielokroć, bo feministycznych zapędów nigdy nie skrywałam, więc nie będę się powtarzać.
Ale, ale.
Trafiłam otóż w internetach na wpis dziennikarki naszej rodzimej, zaskoczonej bardzo właśnie protestami. Bo niby o co cho. Ona lubi kwiatki i tak dalej, miała przyjemny dzień i wszyscy byli dla niej mili. I czemu te kobiety znowu się pultają o tę aborcję bez powodu. Samo to może nawet by mnie nie ruszyło, okej, nie musi widzieć potrzeby, jej święte prawo. Później wszak ktoś zwrócił jej uwagę, że tu nie chodzi li o aborcję i pigułkę po, ale też o inne sprawy – pensje, mobbing, przemoc, mizerne kary za gwałty i fakt, że kobiety boją się je zgłaszać. Dziennikarka nasza rodzima odparła, że z tym mobbingiem to zależy, a gwałt to taka sprawa, gdzie zarówno oskarżenie, jak i wina są stopniowalne.
Oczywiście. Wszystko zależy. Wiadomo przecież.
Później natomiast trafiłam na komentarze żony mojego znajomego, że te marsze szkodzą prawdziwym kobietom.
Korciło, żeby spytać, kto to prawdziwa kobieta, ale nie chcę psuć sobie stosunków ze znajomym, co byłoby wielce prawdopodobne w tym przypadku, bo jak ktoś głupio gada, to autorka zabiera się za rzeczowe dociskanie, a cisnąć potrafi długo i namiętnie.
Jeszcze później tekst jakiegoś smutnego obywatela o tym, że te protestujące to przecież brzydkie baby są. Ładne, jak wiadomo, przeciwko niczemu protestować nie muszą. Brzydkie, skwaszone, samotne stare panny, co ich pies z kulawą nogą nie zechciał, to co innego. (Swoją drogą, gdybym miała retorykę pana przeciw niemu zastosować, to na zdjęciu nie za bardzo do Ryana Goslinga podobny, ale nie będę tego robić, bo ja wiem, że uderzanie w czyjś wygląd jest niegrzeczne, a on nie).
Im jestem starsza, tym mniej wesoły dla mnie 8 marca, powiadam. Co tu świętować, gdy gorzko.

Beware the Ides of March

– Ty tu u nas zostaniesz kiedyś – pisze mi mój były szef, ten od Bowiego, po tym jak zrecenzowałam mu miniony weekend.
– Co ty, Brexit i te sprawy. Zarzuciłam tę myśl.
– Przeznaczenie, moja droga.
– Wierzysz w takie rzeczy?
– Moja najstarsza córka ma imię Karma.
(Naprawdę ma!).

Od pewnego czasu istotnie głupio wierzę w przeznaczenie, bo pewne zdarzenia w moim życiu plączą się tak nieprawdopodobnie…

Tymczasem dziś urodziny obchodzi pewna przeraźliwie atrakcyjna osoba. Tak troszkę to mi trudno uwierzyć, że już ma tyle lat. A gdy go spotkałam, był przecież dokładnie w tym wieku, co ja teraz i pomyślałam wtedy: „hm, trochę stary”. Na swoje usprawiedliwienie dodam, iż uprzednio smaliłam cholewki do koleżki sporo ode mnie młodszego. Ale ten, choć taki niby wiekowy, w ogóle nie zachowywał się jak stateczny pan już bardziej przed czterdziestką niż po trzydziestce, był wyluzowany niemożebnie i bardzo temperamentny zarazem. Wybuchowa mieszanka, niemniej kusząca. Trochę mnie deprymował na początku, pamiętam. Potem jakoś poszło. W dużej mierze dzięki wielkiej zmysłowości, którą ów dżentelmen emanował i nadal emanuje.
Ani trochę nie złagodniał przez te lata. Może czułości mu trochę przybyło, ale poza tym wszystko tak samo, i w dodatku podejrzewam, że mam więcej siwych włosów niż on. Choć włosów jako takich ogólnie mniej. Życie jest takie niesprawiedliwe.
A że ostatnio przyznał, iż może nawet trochę momentami mnie lubi czy coś takiego, nieważne, to życzę mu (a właściwie sobie) żeby tak zostało. I oczywiście poza tym wszystkiego najlepszego. Choć gdy go zapytałam wczoraj, czego sam by sobie życzył, roześmiał się tym swoim pięknym, głębokim śmiechem i udzielił mi takiej odpowiedzi, że raczej nie mogę jej tu zacytować, przez wzgląd na wysoce perwersyjny wydźwięk. Jak mówię – nic się nie zmienia, mimo że lata lecą.

This above all: to thine own self be true

Widziałam się dziś w mieście Londynie z moją przyjaciółką. Zjadłyśmy miły obiad przed moim odlotem do domu.
– A co cię tu sprowadza tym razem? – spytała. – Znowu za tymi aktorzynami ganiasz?

No, wychodzi na to, że tak.

Ale od początku.
Najpierw poszłam na Sen nocy letniej. To moja ulubiona sztuka wiadomego dramatopisarza. Widziałam wiele jej adaptacji, a na tę musiałam pójść, odkąd przeczytałam zapowiedź, brzmiącą: „Dark fantasies and nightmarish visions unfold in this bold take on Shakespeare’s unparalleled tale of love, betrayal and desire”. Odrobinę się bałam – pierwsze recenzje zapowiadały tzw. Marmite, ktoś dał dwie gwiazdki, ktoś dał cztery. No dobra, pomyślałam, sprawdzę sama. Kupiłam sobie ostrożnie bilet za 10 funtów, korzystając z opcji lucky dip. To takie coś, że nie wiadomo, gdzie się siedzi – dowiadujecie się dopiero przed spektaklem i oczywiście, ponieważ głupi ma zawsze szczęście, wasza autorka kochana wylądowała w drugim rzędzie. I od razu troszkę się zaniepokoiła, albowiem caluchna scena pokryta była błotem.
Ja już dostałam ze sceny wodą (dwa razy), sztuczną krwią (jak poprzednio), aktorplazmą (nie zliczę), confetti, garnkiem raz niecelnie. Tym razem błotem troszeczkę. Niemniej zbyt wiele przeciwko temu nie miałam, bo spektakl bardzo ciekawy. To nie jest taki wesoły Sen nocy letniej, jaki znamy i lubimy, o nie. Owszem, są chwile bardzo zabawne, ale w gruncie rzeczy to raczej koszmar. Niesamowicie zmysłowa opowieść, fakt, ale i przerażająca. Puk w tym przedstawieniu jest raczej odpychający niż uroczy, obleśny wręcz i cała jego zabawa w swaty za pomocą czarów to bardziej cyniczna gra. Zakochani nie są aż tak znowu zakochani, chcą po prostu seksu. Lizander prawie gwałci Helenę.
Zatem błoto wszędzie – pod koniec aktorzy umazani są nim całkowicie, od stóp po włosy. Niezdrowa namiętność. Niepokojące wokalizy zamiast ścieżki dźwiękowej. Bardzo dobre role (och, panie Dagleish!), ale nawet moi ulubieni Rude Mechanicals nie są w tym przedstawieniu aż tak zabawni jak zwykle. Są raczej bandą dziwaków i nieudaczników (trzeba jednakowoż przyznać, że Bottom fantastyczny – to za nim to oczywiście „Tyzbe”, nie tak świetna jak jedyny w swoim rodzaju Christopher Logan w wersji Globe sprzed paru lat, którą niezmiennie polecam, bo wyję ze śmiechu za każdym razem, gdy ją oglądam; można sobie ściągnąć legalnie z ich strony). Czy zatem da się przerobić słynną komedię na niepokojącą opowieść o tym, że ludźmi w gruncie rzeczy rządzi ich libido? A i owszem.

Opuściłam południowy brzeg, wsiadłam w metro, bo szybciej, i via hotel (trzeba było policzki poróżowić w końcu, nie ma to tamto) pośpieszyłam do Islington.
W Islington stoi Almeida Theatre. Bardzo mały – jak na Londyn – teatr, kameralny. Świetny bar ma również (wiem, bo przyszłam wcześniej, gdyż nie miałam co ze sobą zrobić, cytując klasyka). Teatr ten od ładnych paru lat, mimo że mały i nie w centrum, nadaje tempo kulturalnemu życiu stolicy Brytanii i śmiem twierdzić, że jego znaczenie nawet dalej sięga.
No i wymyślili sobie w tym teatrze, że wystawią Hamleta. A na Hamleta wezmą takiego gostka, Andrew Scott się nazywa. Reżyserii podjął się Robert Icke, facet, który wyrasta na jedną z najbardziej znaczących osób w europejskim teatrze, znany z tego, że nie oszczędza ani aktorów, ani widzów. Nie wybierajcie się na przedstawienie w jego reżyserii, jeśli nie macie wolnych czterech godzin.

Andrew jest, jak wiadomo, jedną z moich miłości. Uwielbiam go. Za całokształt. Widziałam go lat temu parę w Birdland, w którym grał zblazowaną, zepsutą gwiazdę rocka, której lśniący świat nagle się wali, później w The Dazzle, na którym popłakałam się strasznie. Ruszyła mnie wielce ta historia – prawdziwa, dwóch braci żyjących w zagraconym apartamencie – ale też ruszył mnie on. Te jego oczy jak węgle. Otchłań, która na was patrzy. No i ruszyło mnie również to, iż facet wówczas, świeżo po roli w Bondzie, choć mógł gwiazdorzyć po czerwonych chodnikach, wybrał granie dla jakiejś setki ludzi na szóstym piętrze zimnej kamienicy. To jest wszakże rasowe zwierzę sceniczne i widać, czuć, że on potrzebuje publiczności, ma z nią świetny kontakt, czerpie z niej energię i jest cały dla niej. Ale też nie oszczędza jej. To jeden z tych aktorów, którzy od razu dają widowni do zrozumienia: nie myślcie, że sobie wygodnie posiedzicie.
Być może dlatego ten Hamlet jest tak dobry.
To nie jest Hamlet na koturnach, wygłaszający te swoje monologi dobitnie. To jest Hamlet, który się wścieka, wkurwia, wrzeszczy – ale też Hamlet, który szepcze do widzów. Hamlet zrezygnowany. On już wie, że tu nie bardzo jest o co walczyć. Słynne teksty serwuje z wdzięcznym sarkazmem, mrużąc oko do widowni, jakby chciał powiedzieć: już to gdzieś słyszeliście, co?… Zduszony chichot przeleciał po widowni przy okazji ironicznie wypowiedzianego Alas, poor Yorick – tym takim tonem, wiecie, „ojej, ale mi przykro”. Z drugiej strony TEN monolog wygłasza cichutko i delikatnie, stojąc na bosaka tuż przed widzami, zaglądając im w oczy, jakby czekał, aż mu odpowiedzą. Z trzeciej strony nigdy nie słyszałam lepiej i bardziej szczerze wygłoszonego mojego ulubionego szekspirowskiego zdania: there’s nothing either good or bad, but thinking makes it so.
Towarzyszy mu świetna ekipa aktorska i bardzo dobrze jest to wystawione. Doskonale odzwierciedla nasze smutne czasy postprawdy, farbowanych polityków, mediów wciskających się wszędzie, życia na celowniku obiektywu. Czasy, w których ważne jest tylko to, co pojawia się na pasku w telewizji.
W tej małej przestrzeni ta sztuka rezonuje znacznie bardziej niż rozdmuchana, nadęta i nudna Cumberbatchowa wersja. Ogląda się to jak kryminał. Momentami włos na grzbiecie się jeży. Sceny z oszalałą Ofelią, a tym bardziej duchem pojawiającym się w CCTV… o kryste panie.

Po wszystkim ustawiłam się w rządku pod teatrem. Co mi szkodzi, myślę. Może nam się pokaże, a może od razu ucieknie.
I wtem wychodzi taka pchła mała, chuchro takie, ledwo żywe, ale uśmiechnięte szeroko.
– Cześć, jak się masz? – pytają te dwa węgle, te otchłanie.
– Świetnie, ale czuję się, jakby mnie pociąg potrącił – mówię. Zawsze w takich sytuacjach denerwuję się i nie wiem, co powiedzieć, więc uruchamia mi się nadmierna szczerość. Chuchro się śmieje.
– Ja też!
Nie śmiem wątpić. Ja bym po takich czterech godzinach potrzebowała kroplówki.
Zrobił nam selfie. Zabrał mi telefon i zrobił nam selfie.

Some people say they love London by day, but…

Wróciłam wczoraj z zakładu pracy do domu. Wyjęłam z szafy mój podróżny tobołek. Dziesięć minut później byłam spakowana. Wyjeżdżam na dwie raptem noce, to i po co komplikować. Poza tym to nie pierwszy raz przecież.
Budzik ustawiłam na morderczą godzinę, bo samolot o wpół do siódmej rano. Wstałam, kąpiel wzięłam, po taksówkę zadzwoniłam, obecnie natomiast piję bardzo drogą i niedobrą kawę w porcie lotniczym Kraków Balice, przy wtórze upiornej muzyki tanecznej z głośników.
Tyle miejsc na świecie, a ta znowu do tego Londynu. W stolicy osobistego kraju była razy z pięć, może osiem, a po tamtej oprowadzałaby wycieczki, choć nie byłyby one nieszczególnie pasjonujące (choć muzeum z penisami uważam za bardzo ciekawe, jako i muzeum z połową kota). Parę tygodni temu moja szanowna madre powiedziała, że chciałaby raz wybrać się ze mną. Z wielką chęcią bym ją zabrała – i pewnie zabiorę – ale troszkę się boję. Bo co, jeśli jej się nie spodoba to miasto?

Czuję się trochę jak przed randką. To nic nowego. Sama podróż mnie nie podnieca, byłoby to cokolwiek dziwne przy mojej częstotliwości opuszczania ojczyzny, ale cel – ha, cel to co innego. I nieważne, że znowu będę się irytować, bo tłok, bo brudno, bo pachnie myszą, bo coś tam. Przejdzie. Jak to ktoś napisał, „places make the best lovers”, a Londyn bez wątpienia jest moim ulubionym kochankiem, jaki by nie był. Londyn troszkę mnie sobie wychował, a ja jego sobie oswoiłam, i tak sobie współżyjemy. Wracając, zawsze mam wrażenie, że lecę w odwiedziny do kogoś bliskiego. I wiem, że obudziwszy się w niedzielny poranek w zimnym hotelowym pokoju, po wszystkich emocjach dzisiejszego dnia, zaparzywszy sobie prędziutko kawę i wróciwszy z nią do łóżka, będę bardzo szczęśliwa. A potem, jak to ja, z rękami w kieszeniach pójdę przez Millennium Bridge na południowy brzeg.

Ludzie skorzy do słowa, cóż ta ludziom obmowa, cóż im kogo na gębie mleć?

Miałam dziś pisać o czymś innym, ale rzeczywistość ma to do siebie, że lubi od czasu do czasu zwrócić na siebie uwagę.

Doszły was zapewne słuchy, że Teatr Powszechny wystawił sztukę, o której natychmiast zrobiło się głośno. Jak Bozia da, obejrzę za dwa tygodnie, to wam opowiem, czy w istocie takie dobre – i czy w istocie skandaliczne.
Tak czy inaczej, pewien oburzony widz nakręcił fragment, który następnie upublicznił. Pomińmy może fakt, że ani to zachowanie kulturalne, ani legalne, można jednak założyć, że widz ów nigdy nie słyszał o prawach autorskich, a nieśmiertelnej prośby o wyłączenie telefonów komórkowych nie usłyszał. Jeden z posłów, znany z zamiłowania do kąpieli w jacuzzi na wysokościach, obejrzał i złożył zawiadomienie do prokuratury, ponieważ spektakl zawiera scenę seksu oralnego ze stopą. Seks oralny ze stopą. Tak, mnie też coś się nie zgadza, ale mniejsza o to. Zbulwersowani obrońcy moralności w reakcji na oburzające sceny (czy też ich urywki, nie wiem, nie widziałam) postanowili wypowiedzieć się na profilu Teatru.
Zatem oddajmy im może głos. Ich słowa mówią bowiem dużo. Bardzo dużo. Nie wymagają chyba również komentarza, więc po prostu tak je zostawię. Dodać należy, że to wszystko napisane pod własnymi imionami i nazwiskami, z profili ilustrowanych uśmiechniętymi zdjęciami ze ślubów i chrzcin, z dumą i podniesionym czołem. Pisownia oryginalna.
„Pies was jebał”.
„Czy naprawdę nikt nie może się zmobilizować, kupić z obrzydzeniem bilet a potem wejść na scenę i w ramach happeningu artystycznego zbutować któregoś „aktora” albo wytrzeć reżyserowi ryj o podłogę?”.
„Do całej ekipy, zwłaszcza aktorów – jesteście SZMATAMI!!! Jakim trzeba być zwyrolem, żeby w ogóle zgodzić się zagrać w czymś tak OBRZYDLIWYM!!!”
„Pytanie mam: w jakim bajzlu ssały pałki aktorzynki z tego szamba zanim stały się aktorzynkami?”. (Jedenaście lajków pod tym wpisem).
„Jesteście żałosnymi skurwysynami”.
„To nie aktorzy,tylko produkt uboczny,ale takie coś to powinno być utopione zaraz po narodzinach”.
„Porno dla lemingów. Żenada nazywana sztuką. A leming pójdzie popatrzeć na kopulację i powie ze obcuje z kulturą”.
„Dość płacenie Pasożytom Pieniędzy.na ten Teatr który nic nie wkłada naszą Historie tylko ją niszczy.wyrzucić Aktorów tam do Izraela wypierdalać tam jest wasze miejsce”.
„Pasożyty przez nich upadł.Rzym Babilon Bizancjum i inne cywilizacje bo robili sodomie i gomorę”.
„Przyćmić to GÓWNO jest w stanie jedynie spektakl z udziałem belzebubich pomiotów, odgrywających scenę samoutopienia w przysłowiowej piekielnej smole……..”.
” Z takimi ryjami to tylko psychiatryk”.

No? I co wy na to?

Owszem, rozbawiło mnie zauważone tu i tam nerwowe domaganie się, by ujawnić nazwiska twórców. O ile wiem, na ogół są jawne. Na plakatach je drukują i tak dalej. Z tego można się pośmiać. To, co powyżej, niepokoi mnie bardzo. Smuci. Sprawia, że mam ochotę poczłapać do osiedlowej Żabki i kupić whisky, bo zdaje mi się czasami, że w ojczyźnie mej pięknej pozostaje popaść w nałogi, gdyż tylko odmienne stany świadomości pozwolą znieść to narastające szaleństwo. Martwi mnie to przede wszystkim, ogromnie martwi.

Always make the audience suffer

Przy okazji tej ostatniej wizyty w teatrze powróciły stare obserwacje. Po latach bowiem nauczyłam się z widowni wyłaniać typy. Są takie dwa, które szczególnie lubię. Jeden i drugi jest nieco (lub bardzo) zblazowany, ale różnie się to objawia.
Ci pierwsi siedzą, jakby ich przysłano służbowo – może i zresztą tak jest – nadąsani jeszcze zanim spektakl się zacznie. Mierzą sąsiadów na widowni spojrzeniem znudzonym lub poirytowanym. W antrakcie siedzą nieporuszenie, na zakończenie zdarzy im się niemrawe klaśnięcie lub dwa, jeśli pozostali widzowie będą domagali się powrotu obsady na scenę, zaczną się niecierpliwić, albo – co zdarza mi się coraz częściej widywać – wychodzą od razu, gdy zorientują się, że to koniec. Jakby miał im uciec ostatni tramwaj. Rozumiem oczywiście, że może im się nie podobać, każdego prawo, żeby mu się nie podobało, ale doprawdy. Zresztą publiczność krakowska ogólnie nie należy do najbardziej dynamicznych, często raczej dychawicznych, co zauważy każdy, kto oglądał to i owo w innych częściach Polski czy świata. Widzę na przykład ogromną różnicę między Krakowem a Śląskiem, a to przecież niedaleko.
Ci drudzy są dla odmiany bardzo rozmowni. Zwłaszcza gdy rozmawiają o tym, kogo w obsadzie znają (a raczej nie znają, ewentualnie spotkali raz, niemniej starają się brzmieć, jakby znali – doświadczenie mi podpowiada, że im kto bliżej, tym mniej o tym rozprawia, bo i po co miałby wszem wobec ogłaszać, że reżyserem jest jego brat, skoro znajomi i tak o tym wiedzą, a nieznajomych guzik to obchodzi). Rzucenie nazwiska, ze zdrobnionym poufale imieniem, poprzedza uważne rozejrzenie się wokół, czy aby na pewno ktoś słyszy. Samo to jest tylko ucieszne, gorzej, gdy następuje wymiana plotek.
Ale, ale.
Są i sympatyczni. Widziałam na przykład arcyuroczą, bardzo młodziutką parę – on wystrojony w muchę, z kwiatami dla niej przyszedł. Usiedli przejęci i nieco zestresowani (i mam nadzieję, że udało im się potrzymać w końcu za ręce!).

Tyle obserwacji.
Wczoraj po południu bez żalu opuściłam królewskie miasto stołeczne, by spędzić weekend na łonie – mniej więcej – natury. Bogiem a prawdą, przez ostatni rok tak odwykłam od Krakowa, że nawet nieszczególnie chce mi się spędzać w nim czas. Poza tym powietrze wiadomo jakie. A tu, w kwaterze głównej moich praszczurów, przynajmniej można rano wyjść na spacer bez poczucia, że przed powrotem do domu wypluje się płuca na chodniku. Przy okazji spaceru zauważyć nieśmiało wyłażące spod ziemi tulipany. Spędzić czas z kimś pięknym. No i wyspać się. Ubabrać się po łokcie w kruchym cieście do popołudniowego crumble – jakie to relaksujące!
Przy okazji mogłam pokazać mamie osobę poniekąd odpowiedzialną za dekorowanie moich ścian (kazałam jej bowiem oglądać Victorię i nawet jej się podoba, a sam news przyjęła ze spokojem typowym dla osoby od dawna świadomej, że jej córka jest wariatką – moi rodzice już naprawdę przestali dziwić się czemukolwiek; czasem ich na chwilkę zatka, niemniej zaraz przechodzi). Oraz tradycyjnie zestresować ojca.
– W łazience stoi miska, a w niej pływa jakiś glut – poinformował mnie rano.
– A tak, to mój ajurwedyjski proszek do włosów.
– Twoje co?
– Proszek. Włosy tym myję.
– W sensie glutem?
– Dla urody.
(Trzeba mieć nadzieję, nieprawdaż).

Będę dzisiaj w grze cudowną, bo będę w grze kapryśną

Wielka scena otworem,
przestrzeń wokół ogromna;
jeszcze gazu i ramp nie świecono.

Wiem, że już to z siedemdziesiąt razy napisałam, ale napiszę znów.
Najbardziej w teatrze lubię ten moment po trzecim dzwonku. Kiedy rozmowy cichną, światło przygasa i wszyscy w oczekiwaniu wpatrują się w ciemność.
Tym razem słyszą stukot maszyny do pisania, a na ekranie nad sceną pojawiają się słowa dedykacji (ze Studium o Hamlecie): „Aktorom polskim, osobom działającym na scenie, na drodze przez labirynt zwany teatr, którego przeznaczeniem, jak dawniej, tak i teraz, było i jest służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku, postać ich i piętno”.

Z Dziadów w reżyserii Rychcika wychodziłam, trąc twarzą o glebę, tak mną pozamiatały. Sceny z gospel nie zapomnę długo. Dlatego klepnęłam sobie bilecik na Wyzwolenie, gdy tylko dowiedziałam się, że będzie grane.
Ten dramat, można powiedzieć, wrócił do domu. To właśnie w Teatrze Słowackiego, naszym pięknym i dostojnym, przy Plantach, wystawiono Wyzwolenie po raz pierwszy. Wyspiański starał się zresztą o dyrekturę tego teatru, nie wiem, czy wiecie. I teraz, w 2017 roku, w czasach bardziej burzliwych niż byśmy chcieli, kurtyna Siemiradzkiego ponownie podnosi się, żeby widzom tu i dziś pokazać ten spektakl.
I co widzimy?
Szkolną salę. Nauczyciela przy tablicy, który czyta uczniom Salingera.

Ma to przedstawienie momenty lepsze i gorsze, ale moim wysoce nieprofesjonalnym zdaniem bardzo warto pójść. Przede wszystkim dla Rafała Dziwisza w roli głównej – bo ten głos głęboki i łagodny, bo ten gorzki, zrezygnowany spokój, z którym tę rolę niesie, rolę człowieka, który wie, że przegrał, ale jeszcze się szarpie; dla Marcina Sianki, którego uwielbiam (jeśli nie widzieli go w „W mrocznym, mrocznym domu”, to niech idą i zobaczą). Dla cudownie zapętlonych scen, perfekcyjnie powtarzanych gestów. Dla finału. Finał taki, że rączki same do klaskania się składają. Dlatego przede wszystkim, że ten tekst jest dziś boleśnie aktualny. Można mieć pretensje o to, że znowu unowocześnili – ale śmiem podejrzewać, że Wyspiański nie miałby zbyt wiele przeciwko temu. Teatr musi rozmawiać z publicznością. I jak dla mnie, to ten spektakl Rychcika rozmawia.

Na górze róże

Mały Jasio odjechał sobie na weekend, zapomniawszy zaprogramować termostat. Gdy wrócił wczoraj, powitało go dwanaście stopni Celsjusza. Znowu.
Nigdy się nie nauczę. Wiecie, czasami myślę, że powinnam mieć takiego Igora, co by za mnie wszystko pamiętał – za prąd zapłać, ogrzewanie sobie nastaw, spakuj ładowarkę (ten problem rozwiązałam – w każdej większej torebce trzymam zapasową ładowarkę, adaptorki do prądu zagranicznego mam przynajmniej cztery, również strategicznie rozmieszczone; tak samo sprawy się mają z pojemnikiem na soczewki; jak człowiek roztargniony, to się w końcu uczy moresu).

Za to przyśniło mi się, że zamówiłam u mojego ulubieńca szklaną rzeźbę pawia.
Nie rozumiem, dlaczego tak skromnie. Mogłam gobelin z jeleniem na rykowisku. Naturalnej wielkości.
Sama jesteś jeleń, kobieto.

Ale, ale.
Dziś wiadomo, święty Walenty. Ja z tych nieprzywiązanych zanadto do tego dnia, ale nie przeszkodziło mi to wcale w spędzeniu minionej nocy na lubieżnościach w zacnym towarzystwie. Poszłam spać o drugiej i wstałam o siódmej. Fakt, że jakimś cudem dowlokłam się dziś po pracy do teatru i nie zasnęłam (nie żeby było nudno, Boże uchowaj), uważam za mój mały osobisty sukces. Pominę drobiazg, że gdy rankiem wsiadłam do windy w biurze, nie mogłam się nadziwić, dlaczego ona nie jedzie. Jakoś mi umknęła pewna istotna czynność, kluczowa przy korzystaniu z windy. Tak czy inaczej, z lubieżnościami czy bez, sam 14 lutego ma dla mnie takie samo znaczenie, jak 31 grudnia, czyli niewielkie. Nie muszę obchodzić.
Niemniej, gdy tak sobie szłam Plantami do teatru i mijały mnie pary uzbrojone w róże, coś mi się przypomniało.
Przypomniała mi się historia, która się nie wydarzyła. Takie historie zapewne nie wydarzają się każdemu z nas.
To była randka, na której nie byłam i seks, którego nie uprawiałam, ale na samo wspomnienie kąciki ust wędrują mi do góry, jakby jedno i drugie miało miejsce. A bohaterowie dramatu nie zamienili ze sobą ani słowa. Jakimś cudem nadal doskonale to pamiętam.
Otóż pewna sytuacja sprzed wielu lat. Znacie to uczucie, gdy nagle włos na plecach wam się jeży, bo czujecie, że ktoś wam się przygląda? No właśnie. Rozejrzałam się wtedy niepewnie i wtem.
Tamto spojrzenie, to nie było spojrzenie takie po prostu, to był przesył terabajtów danych i wiązka laserowa wprost w układ nerwowy. Zazwyczaj ludzie, gdy przyłapiecie ich na gapieniu się na was, odwracają wzrok. Ale koleś nawet nie mrugnął. Nawet mu rzęsa nie drgnęła. Miałam wrażenie, że jego oczy robią się większe i większe, jakby chciał mnie nimi wessać i w nich utopić. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam. Wszystko wokół zaczęło się rozmywać. Jego wzrok nie był natarczywy – nic w stylu gapiących się psychopatycznie pasażerów w tramwaju – raczej zaciekawiony, niemniej tak intensywny, że czułam się, jakby on mnie tymi oczami… no właśnie.
Bezczelne to było.
Autorka dała radę utrzymać ten eye lock przez długą dość chwilę, po czym, będąc osobą znaną z wybitnej przebojowości, poczuła, że rumieniec pali ją nawet w pięty i speszona zagapiła się we własne buty.
Jestem głęboko przekonana, że gdy to zrobiłam, tamten obywatel uśmiechnął się do siebie z satysfakcją.
Jestem, bo gdy po jakimś czasie – niebywale długim w mojej głowie, ale pewnie bardzo krótkim w rzeczywistości – ośmieliłam się na nowo skierować wzrok w tamtym kierunku, zobaczyłam promienny uśmiech, mówiący: „Mam cię!”.

Gdybym wtedy miała więcej odwagi, powiedziała cokolwiek albo chociaż się oduśmiechnęła nieco śmielej, moje życie być może wyglądałoby teraz inaczej.
Być może.
W każdym razie zabawne to, że romans czasami potrafi trwać raptem godzinę, a pamiętacie o nim pięć lat później. Tymczasem z długich związków niekiedy trudno zapamiętać cokolwiek. Mam za sobą takie, z których dziś pamiętam blade skrawki jedynie.

Look out weekend, ’cause here I come

W piątek o godzinie dwudziestej pierwszej opuściłam knajpę. Tłum gęstniał, a autorka pozbierała swoje zabaweczki, dopiła koktajl, pożegnała się grzecznie i poszła na tramwaj. Szał i życie na krawędzi.
Bo przecież trzeba się wyspać. A wino lepiej smakuje na własnej kanapie. Ale tak w ogóle to by człowiek przecież napił się porządnej herbaty, przebrawszy się w dresik.
Co to się dzieje.
Dekadę temu – no, troszkę wiecej – w piątkowy wieczór człowiek nakładał brokat na powieki, tuszował rzęsy przez dziesięć minut, upewniał się, czy dekolt dość głęboki (i czy bielizna pod spodem pasuje – nigdy nic nie wiadomo…), w chmurze perfum pędził taksówką do klubu, wracał do domu o czwartej nad ranem albo i siódmej niekiedy. Czasami z butami w dłoni. Czasami nie sam. Czasami nie do domu. Czasami niepewny imienia nowego towarzysza. Tak czy inaczej, na mieście znał wszystkich, był na bieżąco z nowymi lokalami, na ty z barmanami, pijał wódeczkę z bohemą, tańczył z cudzymi mężami, nawet kiedyś pewnego milionera w kolejce po banię poznał. Budził się w południe i z bólem głowy, ale sama myśl o tym, że mogłoby kiedyś być inaczej, wydawała mu się nieprawdopodobna. A teraz? Nawet nie próbuje udawać, że mu się chce. Wypadł z obiegu najzupełniej świadomie i nie zamierza wracać. Są ciekawsze zajęcia przecież. Niekoniecznie bardziej ekscytujące, ale ciekawsze. A nawet jeśli niezbyt ciekawe, to i tak jakimś cudem sprawiają większą przyjemność. Poza tym trzeba rano wstać i jechać poza Kraków, odpocząć trochę po tygodniu wytężonej, ma się rozumieć, pracy. Potarmosić psy i zjeść za dużo łakoci. No – może nie trzeba. Ale można.
– Za tydzień też wpadniesz?
– Raczej tak, bo potem, hm, wyjeżdżam.
– Oczywiście. A dokąd?
– Eee…
I już nie mogę się doczekać, prawdę mówiąc.
Nawiasem mówiąc, kupiłam sobie w całkiem przyzwoitej cenie bilecik na ostatni spektakl Rosencrantz i Guildenstern nie żyją. Ostatni, bo ostatnie są zawsze wyjątkowe. Atmosfera elektryczna. Potem będę się zastanawiać, jak to organizacyjnie ogarnąć. Zabawne, wiecie. Dziesięć lat temu przygodę z teatrami miasta, którego nie ma zaczynałam w towarzystwie Daniela Radcliffe’a właśnie, w Equusie. Trochę był skandal, bo chłopię występowało gołe jak Pan Bóg stworzył, a miało wówczas lat siedemnaście (zmieniło się troszkę od tamtej pory). Internet ociekał bardzo pochlebnymi fotomontażami. Przedstawienie samo w sobie natomiast, choć nie wybitne, bardzo mi się podobało. Tym bardziej, że Equus to genialna i poruszająca sztuka (nie rozumiem, czemu tak rzadko wystawiana). I tym bardziej, że był to mój pierwszy raz w świecie, w którym nigdy nie podejrzewałam, że się znajdę.
A cóż mogę rzec teraz…
Kto by przypuszczał, do czego to doprowadzi. Widzicie, jak trzeba uważać?

Touch me, touch me

Wiecie, czego szczerze nienawidzę?

Ale tak naprawdę.
Oprócz tartej marchewki, ma się rozumieć.

Otóż organicznie nie znoszę gorących miłośników komunikacji miejskiej, a uściślając – miłośników współpasażerów. Takich, co na przykład przepadają za napieraniem na kogoś, choć tłok wcale nie taki straszny. Dopiero wystawiony złowrogo łokieć (czasami myślę, że matka natura zainstalowała człowiekom łokcie o jakieś 20 centymetrów za wysoko…) i/lub rzucone Spojrzenie odsyłają delikwenta na bezpieczną odległość. Yyyygh. Jeśli chce się obcych ludzi pomacać, to przecież są specjalne kluby, gdzie można to zrobić w przyjemniejszych warunkach. Wagon tramwajowy nieszczególnie jest moim zdaniem ekscytujący, ale fakt, opłata za wstęp niższa.
Poza tym dzień bardzo udany, dziękuję. Natychmiast po tym, jak dowiedziałam się, iż w moją stronę zmierza premia, uśmiechłam się półgębkiem i pośpiesznie udałam do internetu, żeby jej część wydać zawczasu.
Bo przecież priorytety trzeba mieć.
ldn

Nie ma oczywiście najmniejszego znaczenia fakt, że obiecywałam sobie po wielokroć solennie, iż nigdy więcej Ruinaira, bo moje nogi i ichnie plastikowe fotele są wybitnie niekompatybilne, nigdy więcej lotniska Stansted (kto był, ten wie – są co prawda gorsze porty lotnicze na tym łez padole, ale i tak nie sposób darzyć miłością tego miejsca), a już na pewno nigdy więcej wstawania o czwartej rano, żeby się telepać do Balic. Pomarudzi, pomarudzi, a w końcu znowu zrobi to samo. Bo jak zawsze, ma ważne powody.
Zanim to nastąpi, jeszcze dwa długie tygodnie w mroźnym klimacie, niemniej jutro szczęśliwie widzę się z przyjaciółką. W czwartek, dzień powszedni, na miasto. W moim wieku. To się źle skończy. Jestem wszak gotowa ponieść bolesne konsekwencje, bo moje życie towarzyskie ostatnimi czasy żyje dzięki płucosercu, że tak powiem. Prawie zdycha. Sama trochę jestem temu winna, bo w ostatnim roku częściej byłam nieobecna niż obecna, a gdy obecna, to nader często zmęczona. Nie raz i nie dwa, gdy nawet byłam akurat na miejscu, a nie gdzieś tam na kontynencie, wolałam się wyspać albo zwyczajnie pokręcić się po domu niż wychodzić między ludzi. Ale jest i druga strona medalu. Otóż z paru relacji najzupełniej świadomie się wycofałam. Przychodzi taki moment w życiu, wiecie, gdy otwieracie waszą księgę przychodów i rozchodów towarzyskich. I dostrzegacie, że tu i tam coś się nie zgadza. Bo włożyliście tyle, a nazad nic nie wraca. Wtedy najlepiej usiąść, ponownie policzyć i dokonać, jak to dzieci mawiają, remamentu.
Czasem trzeba.

Watch me jump

Otóż zatem jeżeli chodzi o wydarzenia minionego weekendu, to wymieniłam telefon na nowszy model. Takie mam pasjonujące życie.
Stary był jeszcze całkiem całkiem, ale nowoczesność nowoczesnością i nie ma rady. Nie cierpię zmieniać telefonów, bo przerzucanie wszystkiego to do niedawna była udręka jakaś, niemniej okazuje się, iż teraz wystarczy te dwa móżdżki pozytronowe ze sobą zetknąć i one już same wszystko między sobą załatwią.
Tyleż to wygodne, co zatrważające.
Wiecie o tym, że przewiduje się, iż w ciągu dekady w zarządzie korporacji zasiądzie maszyna?… Taka tam pocieszająca wiadomość przy poniedziałku.

Poza tym wszystko po staremu. W pracy nawijają mi makaron na uszy, sądząc naiwnie, że po paru latach robienia w tym, jakby to moja mieszkająca za młodu po sąsiedzku z Kazimierzem Kutzem babcia nazwała, haźlu, dam się spławić. Niedoczekanie. Ja jestem bardzo cierpliwy człowiek, w związku z czym potrafię bardzo cierpliwie wiercić dziurę w brzuchu. Grafik znowu mi zmieniono i tym razem nawet nie jestem zła, bo po pierwsze mogę odgruzować moje lokalne życie towarzyskie, a po drugie będę mogła z końcem lutego wziąć urlop i w efekcie spokojnie wrócić do domu z Londynu (już parę razy wracałam w niedzielne wieczory ostatnim samolotem do Polski, potem jeszcze telepałam się do domu, żeby móc w poniedziałek rano stawić się na posterunku – dziękuję serdecznie, za dużo nerwów i zmarszczek). Z niejasnych natomiast przyczyn – może to przez to morowe powietrze na południu kraju – nadal mam sny tak intensywne i kuriozalne, że budzę się zmęczona. Wczoraj telefonowałam do Andrew Scotta, żeby zapowiedzieć wizytę na spektaklu. Bo wiadomo, taki czcigodny gość, lepiej żeby protagonista wiedział, kto go będzie podziwiał. Zabawne, jak to w snach wszystko wydaje mi się niesłychanie naturalne, no po prostu, albo James Norton po wino śmiga, albo z Andrzejem na telefonie wiszę. Nie obraziłabym się, gdyby moje życie w istocie tak wyglądało. No, ale zamiast tego budzik o szóstej i nawijanie makaronu na uszy przez resztę dnia. Nie uskarżam się, Boże broń.
Dzisiejszej nocy też było interesująco.
Otóż siedziałam na spotkaniu w sali konferencyjnej, takiej wiecie, szklanej, jak to w biurowcach. Za oknem było już ciemno i zacinał śnieg. Czekaliśmy nie wiedzieć na kogo. Wtem jeden ze współczekających powiedział, że to on pójdzie poszukać tego spóźnionego, bo już mu się nudzi – po czym wstał i wyskoczył oknem.
Przyznacie. Sen w sam raz na poniedziałkowy ranek, głębia egzystencjalna nie do przecenienia.
To dobrze jednak, że okna w biurowcach się nie otwierają, w każdym razie nie od wewnątrz*.

A o moim śnie o striptizerce nieopatrznie opowiedziałam panu i władcy.
Bardzo się zainteresował. Czemu mnie to nie dziwi. Wypytał o szczegóły. W co ubrana była – to jest raczej z czego się rozbierała – i jaki obwód w biuście.
– Co ty się tak interesujesz, panie kolego? Chciałbyś mój sen pożyczyć czy może zamierzasz wcielić go w życie?
– Zależy, co wolisz.
Nie kontynuujmy wątku może.

*Od zewnątrz jakoś można, bo pamiętam, jak onegdaj obserwowałam próbną ewakuację, podczas której strażacy wydobywali pozorantki uwięzione na którymś tam piętrze. Byłam rozczarowana, jak większość moich koleżanek z działu, bo nie wiedziałam, iż można się do roli uwięzionej zgłosić.

Self-praise is for losers

Dziś dla odmiany śniło mi się, że pan i władca (ukłon w stronę fanklubu) zorganizował dla nas wizytę domową striptizerki, a co lepsze, z niezrozumiałych przyczyn byłam tym pomysłem zachwycona.

Ale nie o tym chciałam.

Są takie dwa słowa, które budzą we mnie przemożną potrzebę przewrócenia oczami i głuchego jęknięcia. Podobnie jak „leczenie kanałowe”. Albo „zeznanie podatkowe”. Albo „reforma oświaty”.
Ocena roczna, mianowicie.
Nie lubię, nic na to nie poradzę. Nie tylko nie lubię, ale uważam to za jeden z najgłupszych wynalazków ludzkości. Ocenianie samego siebie jest zajęciem dość absurdalnym. Zbyt dobrze o sobie napisać nie można, bo wyjdzie człowiek na samochwałę. Zbyt surowo też nie, bo to zabrzmi jak fałszywa skromność. Wie człowiek, co mu się udało, a gdzie zawalił – i jeśli ma dobrego szefa, to szef też wie. Wszyscy świetnie zdają sobie sprawę z tego, iż cała ta zabawa durna jest i niepotrzebna. Niemniej procedura procedurą. Ocena roczna musi być. Stosownie wypośrodkowana oczywiście, bo każda firma ma swoje widełki i oczekuje mieszczącej się w widełkach liczby osób ocenianych świetnie, dobrze i beznadziejnie.
Jeszcze niedawno byłam z tej drugiej strony. Nienawidziłam tego szczerze (w ogóle zarządzania nie znosiłam – wolę robić swoje i być odpowiedzialna wyłącznie za własną pracę). Najpierw trzeba było ludziom sapać nad uchem, żeby w ogóle wypełnili ten papier w terminie. Wypełniali różnie, czasami w stylu „wszystko zrobiłem super, bo jestem diamentem, kropka”, czasami „jeśli chodzi o plusy, to codziennie przychodziłem do pracy”, niektórzy przeklejali gotowe szablony odpowiedzi z internetów – co tylko dowodzi znikomego sensu całej tej koncepcji. Później trzeba było odbyć rozmowę i oznajmić pracownikowi, jakąż to ocenę otrzymał. Nie zawsze były to konwersacje lekkie, łatwe i przyjemne. Pamiętam jedną, która skończyła się absolutną histerią, bo osoba w swoim przekonaniu znacząco przewyższała oczekiwania. Nie było tego widać, co prawda, ale przekonanie miała imponująco silne. Ech. Po tym wszystkim moje obecne zajęcie, choć znacznie trudniejsze, jawi mi się niekiedy jako istna plaża.
Ale, ale. Po minionych dwunastu miesiącach, pierwszych w zupełnie innym zawodowym świecie, i po niezapomnianych przejściach ze zmorą (która dostała awans, imaginujcie sobie – zakrztusiłam się, przeczytawszy tę łamiącą wiadomość) spodziewałam się, że będę szorowała po dnie skali. Okazało się, że jednak nie. No i bardzo dobrze.
Oczywiście na wszelki wypadek zdenerwowana byłam tak bardzo, że mój biedny nadszyszkownik aż się przeraził poziomem tego zestresowania i jął mnie uspokajać. Taak. Jak ja siebie za to nienawidzę. Dawno już przestałam się dziwić, że ludzie – w każdym razie ci, którzy to widzą, bo ludzie generalnie dzielą się na tych zauważających emocje innych i starających się im jakoś ulżyć, zauważających i czerpiących frajdę z celowego pogłębiania ich stanu, oraz niezauważających zupełnie – niekiedy traktują mnie tak, jakby się obawiali, że zaraz osunę się bezwładnie na glebę i będą musieli mnie ratować. Być może w niektórych przypadkach zdaje się dość kuszącą wizją, ale wiem niestety skądinąd, że w omdlewaniu nie ma nic romantycznego, a w dodatku rosnąca krępacja i wstyd tylko pogarszają sprawę. Rady w stylu „wyluzuj” niestety są o kant dupy rozbić.
Tak czy inaczej – przeżyło się. W nagrodę za dobre sprawowanie kupię sobie pewnie bilet do Londynu. Opracowałam sobie już grafik planowanych tegorocznych wyskoków (uwaga – w EXCELU, jestem już tak stara i nudna, że zapisuję sobie w arkuszu kalkulacyjnym, co i kiedy chcę zobaczyć, żebym nie zapomniała i żeby mi urlopu nie zabrakło) i zupełnym oczywiście przypadkiem wszystkie zahaczają o terminy moich jakże ulubionych wydarzeń. Trzeba mieć w życiu priorytety.

PS Tymczasem w trafieniach z wyszukiwarek, by zakończyć wdzięczną klamrą, męscy niewolnicy i faceci w sukienkach. Staram się pewnych sfer mojego życia nie opisywać, a tu proszę, wszystko wylezie…