I am no bird; and no net ensnares me

Koleżka z kraju, w którego języku nawet świntuszenie brzmi jak groźby karalne wypowiadane przez bardzo wściekłą osobę, że nie wspomnę o romantycznych piosenkach, najwyraźniej zabrał ze sobą moje poczucie humoru, bo od kilkudziesięciu godzin cierpię na syndrom „panie doktorze, wszystko mnie wkurwia”. Ale też świat mi nie pomaga, nieprawdaż. Zastanawiam się, czy nie byłoby rozsądne udanie się na emigrację wewnętrzną, bo gdy czytam wiadomości, to mnie krew zalewa.

Bo ten zakaz burkini na francuskich plażach.
Szczerze powiem, że nie rozumiem koncepcji.
Owszem, domyślam się, iż ostatnimi czasy, w świetle rozmaitych nieciekawych wydarzeń, u części osób ubiór jasno kojarzący się islamem może wywołać pewien dyskomfort – o tym wolałabym nie dyskutować – ale to nadal tylko ubranie. Ubrania nikomu nie robią krzywdy. To nie ubrania pociągają za spust, nie one wciskają pedał gazu, zbliżając się do grupy ludzi, nie one wyciągają zawleczkę. Ludzi z zimną krwią mordują głęboko zaburzone, okrutne świry, a nie dziewczyny siedzące na plaży z zasłoniętymi włosami. Absurdalne, chaotyczne posunięcie. Nie wiem, czemu ma służyć, poza pogłębianiem podziałów. Ten i ów podnosi kwestię uwalniania z opresyjnej kultury, ale serio, uwalnianie przez zakazywanie noszenia takich czy innych ubrań to raczej dyskusyjny pomysł, czyż nie?
No i wyobraźcie sobie, że staje nad wami trzech uzbrojonych chłopa i mówi „zdejmuj to”. Przecież to upokarzające. Czy ktoś z pomysłodawców w ogóle się zastanowił, jak kobieta może się poczuć w takiej sytuacji?

Dalej.
Nasi komentatorzy podczas olimpiady też się nie popisali.
Powiem wam szczerze, że mało co tak mnie drażni, jak przemawianie do kobiet – i o kobietach – tonem dobrotliwie poufałym, tylko nieco jakby protekcjonalnym. Och, taka mała, taka słaba.
Owszem, ja też lubię komplementy, ale umówmy się – są chwile bardziej i mniej stosowne na opiewanie czyjejś urody. Taki pan komentator zapewne nie jest znajomym sportsmenki, której kształty opiewa z takim zaangażowaniem, jakby to one miały jej pomóc zdobyć medal (ale przy mówieniu o facetach już potrafi trzymać się twardych faktów), więc ani nie wiadomo, czemu uważa za właściwe zdrabnianie jej imienia, ani nie wiadomo, czemu uważa, że jest okej opowiadać, jaka to ona ładna.
Czytałam komentarze pod fejsbukowym postem Tygodnika Powszechnego. I oczywiście: drogie panie, wyjmijcie kijki z sempiterny. Przecież my tak o was mówimy, bo was uwielbiamy. Czy już nie ma większych problemów. Jeśli której to przeszkadza, to pewnie sama jest brzydka.
Nie mam kijka nigdzie. Ale co ciekawe, życiowe doświadczenia podpowiadają mi, że mężczyźni, którzy tak otwarcie deklarują uwielbienie dla kobiet kwiecistymi słowy, zwykle kończą na deklaracjach, a w bezpośrednim kontakcie okazują się obleśnymi arogantami. A ci, co takiej pobłażliwie przesłodzonej retoryki wobec kobiet z lubością używają, zwykle są niesłychanie drażliwi na własnym punkcie i gdy zaczyna mówić się do nich językiem, którym sami się posługują – spinają się, obrażają i och, po co ta poufałość.
No właśnie, stary.

A później jeszcze cała ta historia z Teatrem Polskim we Wrocławiu. I jego nowym dyrektorem.
Cóż za żal.
Groteska.
Dla mnie cały ten wybór jest paskudnym, ostentacyjnie politycznym posunięciem. Bardzo złym. Bo ażeby wybrać kandydata niewątpliwie najsłabszego, który podczas poprzedniej przygody z zarządzaniem skończył w sądzie, i który ostatnimi czasy bryluje naprzemiennie w farsach i telenowelach, żeby uznać, że to właściwy człowiek do kierowania jednym z najważniejszych teatrów w kraju (i znanym poza nim), to doprawdy. I niestety intencje decydentów są w tym przypadku tak jasne, że aż boli. Sztuka i polityka od zawsze się mieszają oczywiście, niemniej to, co u nas dzieje się ostatnio, troszkę mną trzepie. Uważam bowiem, że towarzystwo na stołkach nie ma prawa mieszać się w kulturę aż tak. Tak naprawdę bowiem każdym teatrem świata zarządza jeden, choć zbiorowy szef.
Widz.
Nie towarzystwo na stołkach, bo ono zazwyczaj nawet w teatrach nie bywa, przecież tam degrengolada, nagość i zgnilizna moralna. Widz, który wydaje własne, często niemałe pieniądze na bilety. Widzowi nie można mówić, czego nie może oglądać. Nie można mu razem ze spektaklem wmuszać ideologii. A nade wszystko obrażać jego inteligencji.

Uch.
Tom sobie ulżyła.
Na zakończenie drobne ogłoszenie parafialne. Moi szanowni, na kilka dni może zapaść tu cisza. Ponieważ może was to wprawi w nieopisane zdumienie, ale autorka wyjeżdża w świat najpierw troszeczkę bliższy, a potem troszeczkę dalszy – powiedzmy, że są tam dwie wieże. Tym samym w przyszłym tygodniu pęknie jej 30. lot tego roku. Jak również 50 tysięcy kilometrów (52 nawet) – innymi słowy, od stycznia nie tylko okrążyłam Ziemię w najszerszym punkcie, ale nawet wyleciałam w stratosferę! Niezgorzej. I to nie koniec, obawiam się.
Jeśli tylko zastanie mnie gdzieś Internet, postaram się powiedzieć parę słów do mikrofonu, wrzucić rozmazane zdjęcie czy coś. Jak to ja. Z turystycznym pozdrowieniem, czuwaj.

Wann der Däiwel d’Kou huet, da kann en d’Kallef och huelen

No i po zawodach. Samolot odleciał.

Ludzie z grubsza dzielą się na dwie kategorie – na tych, którzy znają Józefa i na tych, którzy nie. Na ogół łatwo rozpoznaję tych pierwszych, bo niekiedy wystarczy rozmawiać z kimś przez kilka minut, żeby wiedzieć, że to swój. Czasami ci ludzie są z zupełnie innego świata niż ja, a jednak opatrzność jakoś nas ze sobą styka. No i właśnie jeden z takich delikwentów, Józefa znający niewątpliwie, postanowił, że w weekend odwiedzi nową słowiańską koleżankę w jej grajdołku. Jak pomyślał, tak zrobił. Słowiańska koleżanka natomiast była na tyle beztroska, że wpuściła nieszczególnie dobrze znanego jej człowieka do domu, licząc, że nie okaże się seryjnym mordercą. Albo to pierwszy raz…
Ziomal przyleciał rano, więc otrzymał instrukcje, jak samodzielnie dostać się do mojej kwatery głównej.
– Jeśli zamierzasz się położyć, zamknij proszę drzwi od wewnątrz – piszę.
– Dlaczego? Czy twoja dzielnica jest niebezpieczna?
– … Nie, po prostu u nas zamyka się drzwi na klucz.
– Naprawdę?
– U was nie?
– A po co?
(Chłopak mieszka w kraiku, w którym przestępczość praktycznie nie istnieje, a na domiar szczęścia jego miejscowość liczy coś około 7000 mieszkańców i państwo uwierzą lub nie, ale jest w pierwszej dziesiątce największych tamże. W kolejny szok wprawił mojego drogiego gościa fakt, że mógł w niedzielę pójść na shopping, bo jak to tak).
No dobrze.
Wracam po robocie do domu. Otwieram drzwi. Wita mnie całkowita cisza. Zasnął? Uciekł? Przecież dziesięć minut temu do mnie pisał… Rozglądam się zaniepokojona i już chcę go wołać, gdy wtem zauważam na komódce zapisaną kartkę, a obok niej dziwny przedmiot.

Hm.

Fast forward o parę godzin.
Dotarliśmy na festiwal.
– Patrz – ciągnę ziomala za rękaw i wskazuję na ogromny, wschodzący księżyc.
– Pełnia – uśmiecha się. – Znaczy, że będziemy dziś szaleć.
Wiecie, ja jestem dość wyluzowana. Mam swoje za uszami. Mało co mnie gorszy, mało co mnie dziwi. Przy ziomalu wychodzę na skromną pensjonarkę. W oczekiwaniu na Massive Attack raczyliśmy się Jägermeisterem („nigdy tego nie piłaś? poważnie? to usiądź tutaj, zaraz wracam”). Sporą miałam uciechę, gdy kolega opowiadał o tym, jak był na imprezie dla fetyszystów w Niemczech – ponieważ dlaczego nie, każde nowe doświadczenie nas wzbogaca w taki czy owaki sposób – a siedzący nieopodal facet najpierw przesiadł się bliżej nas, a potem tak wyciągał uszy w naszą stronę, że prawie się wywalił z krzesłem. Lëtzebuergesch niewzruszony ciągnął opowieść, jakby relacjonował wizytę u cioci na imieninach. I tak przez cały czas. Swoboda obyczajowa level extreme. Dla przykładu, następnego dnia przy obiedzie łobuz zabawiał mnie historią o tym, jak zażywał viagrę (bo viagra, nie wiem czy wiecie, ma taki skutek uboczny, że niweluje objawy choroby wysokościowej), nie bacząc na sąsiednie stoliki.

Koncert był fenomenalny, choć dla mnie stanowczo zbyt krótki. Bujaliśmy się z wielkim zapałem.
W drodze powrotnej raróg zagapił się na komunikat po niemiecku na ekranie kasownika w autobusie i oznajmił, że w tekście jest błąd, właściwie dwa, a właściwie trzy. Znakomicie, MPK.
Spodziewałam się, że gdy wysiądziemy, Lëtzebuergesch – nienawykły do nocnego życia, bo oni go tam za bardzo nie mają – ziewnie i będzie chciał do domu, ale nie, poinformował, że całkiem chętnie poszedłby na one quick drink.
Wszyscy wiemy, co w rzeczywistości oznacza one quick drink. Oznacza powrót do domu około piątej rano i nierówną walkę z kluczami dziwnie niepasującymi do zamków. Nie ma co nawet próbować zaklinać rzeczywistości. Ale dobrze, gość w dom, Bóg w dom (Lucyfer raczej w tym przypadku). Przyleciał z zagranicy, niech ma. Noc była młoda, więc zabrałam dżentelmena na Kazimierz. Do jedynej knajpy, do której mogłam go zabrać.
Do Singera.
Usiadł, dostał swój napitek. Patrzy na ludzi tańczących na stole do Gogol Bordello i mówi:
– Podoba mi się to miejsce. Jest takie normalne.
Każdy, kto był w Singerze w piątkową noc, wie, że aby nazwać to miejsce normalnym, trzeba mieć osobliwe pojęcie normalności. To, co tam się dzieje… no cóż, rzeczy, które wydarzają w Singerze, tam pozostają. Niemniej ziomalowi ogromnie się podobało, do tego stopnia, że zażądał powrotu kolejnego wieczoru.

Fast forward o parę godzin. Po śniadaniu w nieocenionym Kolanku (dla mnie złożonym głównie z kawy – starzeje się człowiek) pokazuję gamoniowi miasto. Zwiedzamy z przystankami na lody i ślimaczki nad Wisłą. Sybaryci, ich mać.
– A to jest nasza słynna kładka. Zakochani przypinają tu kłódki.
– Ile jest twoich?
– Co druga.
– Tak myślałem. Zatrzymujesz kluczyki, mam nadzieję?
– Wybieram kłódki z kodem.
– Mądrze.
Nader obfita kolacja w Karakterze (polecam całym sercem, jeśli PT czytelnicy wybierają się do Krakowa – GENIALNE jedzenie, rewelacyjne wina, bardzo przyjemna obsługa) sprawiła, że uczestnicy wycieczki opadli z sił i owszem, powrócili do Singera, ale w milczeniu wysączyli po jednym koktajlu i jak emeryci wrócili do domu spać.

Fast forward o parę godzin. Dla odmiany śniadamy w Alchemii od Kuchni, Lëtzebuergesch przeciąga mnie przez pchli targ na Placu Nowym (zafascynowały go rozmaite stare militarne klamoty, ale szczerze się zdruzgotał, gdy zauważył gdzieś znaczek ze swastyką – pierwszy raz zobaczyłam, jak ta wyposażona w nieustający półuśmiech buzia ściągnęła się nerwowo i zapytała, czy u nas to legalne) i dziwi się, że nigdy nie robiłam tam zakupów. Subtelnie domaga się okrążenia krakowskich sklepów z przyodziewkiem. Tu muszę dodać, że koleżka jest raczej modniś. Ma stajla w sensie. Nie wygląda jak wasz typowy belfer, którym jest. No chyba że klasyczny outfit typowego belfra w jego ojczyźnie to wytarte dżinsy tak obcisłe, że wyglądają jak zszyte na człowieku i z nogawkami wpuszczonymi w sztyblety, sweterek ze szwami na wierzchu, skórzana kurtka (zabrał ze sobą do Polski dwie, bo jedna nie pasowałaby do wszystkich spakowanych ubrań – trzecią nabył na miejscu; bez komentarza), bransoletki i nieodłączna beanie, z której drwiłam, bo kto nosi wełniane mycki w sierpniu. Szyderstwa się skończyły, gdy wczorajszego popołudnia gwałtownie wyłączono pogodę, z nieba lunęło, autorka trzęsła się jak galaretka w swojej kusej sukienusi, a ziomal ze spokojem nasadził czapeczkę i łypnął na autorkę ze złośliwą satysfakcją. Żeby oddać sprawiedliwość, podzielił się kurtką.
Jako że lało, niedzielny wieczór spędziliśmy prawie zupełnie kulturalnie na mojej kanapie. O ile w ogóle możliwe jest kulturalne spędzanie wieczoru na mojej kanapie. Oglądaliśmy Johna Olivera, puszczaliśmy sobie ulubione kawałki, żarliśmy lody prosto z kubełka i popijali białe wino, rozmawialiśmy o górach – bo on wspinający się i był bardzo zawiedziony, że dopiero w niedzielę powiedziałam mu o podkrakowskich skałkach. Jedni drugich uczyli wiązać węzły (co koniec końców doprowadziło do całkowitego unieruchomienia autorki, albowiem od klasycznych ósemek szybko przeszło do krępacji innego rodzaju). A przy okazji z koleżki wyszedł stolarz.
– To gniazdko nie wygląda dobrze. Ale to da się poprawić.
– Mogłam zostawić ci skrzynkę z narzędziami na wierzchu w piątek – śmieję się, bo to już kolejny tego typu komentarz, to krzywo, tamto się chwieje, a jeszcze tamto można by przemieścić.
– Mogłaś – odpowiada najzupełniej serio. – Ja tak mam, że gdy gdzieś wchodzę, to od razu zauważam rzeczy, które bym naprawił. Albo przerobił. Swoją drogą, pokazywałem ci już zdjęcia mojego stołu?

Fast forward o parę godzin. Budzik dzwoni o piątej. Tym razem z gościa wyłazi zdyscyplinowany górołaz – w niespełna pół godziny od otwarcia oczu stoi w drzwiach wykąpany, spakowany, gotów do drogi i postukuje niecierpliwie sztybletem.
– Moglibyśmy spokojnie jechać później – jęczę półprzytomna. – Dałbyś pospać. Masz samolot za prawie cztery godziny.
– Wiem. Ale wolę być wcześniej. Chcę jeszcze do duty free.
– Jesteś bezdusznym, zimnym…
– Wiem.
Odstawiam gościa na dworzec, wsadzam do pociągu na lotnisko.
– Może bym na wiosnę wrócił – mówi. – A jak przyjedziesz znów do Luksemburga, to daj mi znać, zabiorę cię na moją wieś.
Ależ proszę.
Strzelamy sobie misia, jadę do biura, ratuję się kawą w znacznych ilościach, po czym dostaję zdjęcie ze strefy wolnocłowej. Dzięki wizytom na Kazimierzu Lëtzebuergesch upodobał sobie smakowe wódeczki pewnej firmy. Nie potrafił wybrać, więc kupił po jednej z każdego rodzaju. Jak on to wtargał na pokład, nie mam pojęcia. W każdym razie jest już w domu.

I tak to się, widzicie, składa. Przypadek, najważniejsze w życiu to przypadek.

Ain’t no right way, ain’t no wrong

Dzisiejszy dzień zapowiadał się słabo. Do tego stopnia słabo, że wlokłam się do biura noga za nogą, całkiem poważnie rozważając zaproponowanie, że dam sobie odciąć dowolnie wybrany palec, ewentualnie głowę, jeśli to nie boli zbytnio, byle tylko nie musieć robić tego, co mam zrobić. Z nerwów oczywiście rozbolał mnie brzuch i och, jakże kusiły mnie wagary. Ale nie. Byłam twarda. Weszłam do fabryki. Włączyłam komputra. Miejmy to za sobą.
I cóż się okazało.
Wszyscy na urlopach do końca przyszłego tygodnia. Koszmar odroczony.
Doskonale. Zanim wrócą, zdążę mentalnie się uzbroić, a poza tym to ja będę wówczas tuż przed urlopem (który zamierzam spędzić 1. daleko, 2. bez dostępu do internetu), więc nie dadzą rady zrzucić na mnie jeszcze więcej rzeźbienia w wiadomo czym.

Dzisiejszy dzień to również wtorek.
Po wtorku następuje środa.
A po niej czwartek.
A po nim, jasna cholera, piątek. W piątek o ósmej z minutami ma w Krakowie wylądować samolot. I teraz to ja się zaczynam stresować. Bardzo. Z każdą godziną bardziej. Niedawno, raptem jakby wczoraj cały ten desant to był odległy plan, a tu nagle za kilkadziesiąt godzin w moje skromne progi wkroczy osobnik, o którego istnieniu dwa miesiące temu nie miałam pojęcia. Przypominam, ja na tym człowieku w pierwszych czterdziestu minutach znajomości wymusiłam zrobienie zakupów, jak jakaś jednoosobowa środkowoeuropejska szajka wyłudzaczy. Jakże w moim stylu. Inne kołyszą klapeczkami na szpilce, kręcą włosy na palcu, rzucają powłóczyste spojrzenia, a ja, cóż, ja zaczynam znajomości od nokautowania mężczyzn (bo mnie popchnięto! nie żeby specjalnie), gonienia ich po ulicach lub wysyłania po korkociąg. Lub od czkawki. True story. Lat temu wiele poznałam mojego ówczesnego chłopaka dzięki temu, że w świętej pamięci Pięknym Psie na równie Świętego Jana dostałam upiornej czkawki od śmiechu (oraz, zapewne, spożytych wówczas trunków) i wtem ktoś postawił przede mną szklankę po brzegi wypełnioną wodą z cytryną. Siedział przy stoliku obok i zauważył, jak się męczę.
Podręcznika o tym, jak zjednywać sobie ludzi raczej nie napiszę, wybaczcie, nie znalazłby wydawcy.

Mniejsza.
Człowiek z Beneluksu najpierw wkroczy, a gdy odeśpi zarwaną noc, to wsadzam go w tramwaj (niech sobie pojeździ, u siebie nie ma) i zasuwamy na koncert. Im bliżej tego wszystkiego, tym częściej w moim małym rozumku pojawia się myśl „to jest jakiś, k@#$a, kosmos”.

Zasuwamy na koncert, z czego ogromnie się cieszę, ale dziś zobaczyłam plakat Rawa Blues i serce mi zadrżało. Bo och. Bo och jeszcze bardziej (do dziś pamiętam, jak pierwszy raz w życiu usłyszałam ten kawałek – zamarłam, dosłownie zamarłam, upuściłam na kolana czytaną gazetę i siedziałam w bezruchu jak zaklęta). A mnie wtedy niemal na pewno nie będzie w Polsce. Idźcie i posłuchajcie za mnie, proszę.

O, Faustus, leave these frivolous demands, which strike a terror to my fainting soul!

Och, wielkie nieba.
Na opisanie wczorajszego dnia mogę użyć wielu barwnych epitetów, ale nie mogę rzec, by był miły.
Po pierwsze – prawie zemdlałam. Chciałabym powiedzieć, że z wrażenia lub podekscytowania. Nic bardziej mylnego. To w niczym nie przypomina omdleń z filmów i zwykle niestety nie stoi za wami młody przystojny mężczyzna gotów złapać was, zanim osuniecie się na podłogę (acz raz istotnie ratował mnie znajomy, który zauważył, że niżej podpisana zrobiła się dziwnie blada, po czym poinformowała go słabym głosikiem, że musi usiąść i czegoś się napić, a po chwili siedzenia dodała głosikiem jeszcze słabszym, że chyba nie może wstać; znajomy natychmiast zorganizował wodę i batonik, po czym oznajmił, że wzywa pogotowie, a niżej podpisana natychmiast odzyskała siły – wiem, że ludzie z pogotowia są bardzo mili, miałam przyjemność, ale nie chcemy robić scen) . Jest to okropne uczucie, gdy robi wam się jednocześnie zimno i gorąco, coś lata przed oczami, krew odpływa wam z głowy nie wiadomo dokąd, powietrze jakby nie chciało docierać do płuc i czujecie, że zaraz będzie źle, a że w dodatku zaczynacie panikować (o matko, tylko nie to, tylko nie przy ludziach, nie chcę robić zamieszania), istotnie robi się źle. Na szczęście zdarza mi się to bardzo rzadko i na ogół w stanach napięcia.
Po drugie – wieczorem byłam u dentysty. Jak wspominałam, lubię go, bardzo sympatyczny młody człowiek, ale wczorajsza wizyta była ciągiem dramatów po obu stronach. Najpierw, wszedłszy do poczekalni, odkryłam, że drzwi do gabinetu są otwarte. Na oścież. Można sobie wyobrazić, jak rozkoszne dźwięki stamtąd dobiegały. Facet siedzący naprzeciwko mnie coraz bardziej nerwowo wpatrywał się w czytaną (no, w każdym razie w trzymaną przed sobą) gazetę.
Następnie, gdy już przyszła moja kolej, dentysta nie mógł uruchomić lasera. Wezwał cały zastęp ludzi na pomoc, podumali, podumali, wreszcie zdecydowali podejść do tematu znaną techniką „wyłączyć i włączyć ponownie”. Przepięli wtyczkę do innego gniazdka, coś zgrzytnęło… i wywaliło korki. Autorka nawet troszeczkę się ucieszyła, ale było to przedwczesne, bowiem awarię w okamgnieniu usunięto, zapasowy laser okazał się sprawny, i tu zaczął się koszmar najczystszej wody.
– Wie pani, to może być chwilami nieprzyjemne.
Cudownie.
– … I nie mogę pani znieczulić.
Ach.
– Gdyby bardzo bolało, to proszę dać znać – rzekł wesoło mój do rany przyłóż dentysta. Poczucie humoru, ech? Jak ja mam ci dać znać, człowieku, gdy leżę niemal głową w dół, z zasłoniętymi oczami (ot, nuta perwersji przy okazji laserowych zabiegów) i z odsysaczem wetkniętym w otwarte usta?
Pomyślałam, że przecież nie jestem jakaś rurka z kremem, nie takie rzeczy zniosło się z godnością, ale jak słowo daję, po czterdziestu minutach udręki zakończonych płukaniem gardła roztworem chloru – całym KUBKIEM – i opuszczając gabinet z krzywym uśmiechem mającym wyrażać, że czuję się absolutnie świetnie, nic nie bolało, każdemu polecam, miałam ochotę pobić tego psychopatę własnymi butami (bardzo sympatyczny młody człowiek, akurat).
Za miesiąc powtórka.
Nie posiadam się z radości.
Zapewne wskutek tego wszystkiego i po trzecie przyśniło mi się, że byłam na wojnie. Ludzie biegali z karabinami, krzyczeli, ktoś mnie gonił.
Żeby otrząsnąć się z wielokrotnego stresu pourazowego, spędziłam dzisiejsze przedpołudnie na pieczeniu lardy cake. Samo zdrowie, gdyby ktoś miał wątpliwości. Lardy cake pochodzi z arcymalowniczego Wiltshire, a jego głównym składnikiem jest, proszę ja was, kostka smalcu. Albo i więcej, zależnie od przepisu. Oprócz tego bakalii ile wlezie. Och, no i cukier, każdą warstwę osobno posypuje się cukrem. Zażywa się na przykład z masłem, albo z ubitą kwaśną śmietaną, albo z konfiturą. Mówię przecież, że samo zdrowie. Trochę się z tym trzeba zabawić, bo mus to rozwałkowywać i składać po wielokroć, ale znakomicie smakuje na ciepło. Wiem, bo połowy już nie ma. Nie pytajcie, kto zjadł.

Od jutra się odchudzam, bo w piątek świtem przecież ten desant cudzoziemski.
Jezu.
Trzeba będzie chałupę ogarnąć.

I’m not afraid of you. You can come down here any time and I’ll be waiting for you.

U mnie po staremu, dziękuję. Deszcz pada, zimno, złapał człowieka jakiś wirus i człowiek kaszle na potęgę. Człowiek polazł do doktora – nie bez walki, bo pani w telefonie powiedziała najpierw, że najbliższy wolny termin w poniedziałek – po czym doktor, choć ogólnie uroczy, wetknął mu ten cholerny drewniany patyczek tak głęboko w gardziel, że człowieku łzy aż z oczy trysnęły. Czy oni muszą to robić. XXI wiek, a nie mogą wymyślić mniej inwazyjnych sposobów niż ten cholerny drewniany patyczek. Nienawidzę. Podobnie mam z pigułami. Jestem jednym z tych pacjentów, którzy chętnie przyjmą każdy zastrzyk w każdy kawałek ciała, żeby tylko piguły nie musieć połykać.
Pocieszam się pod kocykiem za pomocą nieodżałowanego IT Crowd. Powiem wam, że wzbudziło to nawet u mnie pewną nostalgię za tą osobliwą branżą, w której parę lat spędziłam i zaprawdę powiadam, ten serial to właściwie program dokumentalny.
Oczywiście, że moim ulubionym, ciągle przyprawiającym mnie o spazmy odcinkiem jest ten, w którym poszli do teatru i nastąpiła seria dramatycznych wydarzeń, jaskrawo dowodzących, iż nie jest to bezpieczna rozrywka, bo oto obaj bohaterowie wskutek drobnych, ale nieprzemyślanych decyzji znaleźli się w rolach bardzo dla siebie nietypowych – jeden nieoczekiwanie dla siebie został barmanem, drugi gejem na wózku inwalidzkim (i jakby tego było mało, tak właśnie musiał zaprezentować się aktorce, która mu się podobała, więc już w ogóle katastrofa na wszystkich poziomach).
Czekam, kiedy mnie się coś takiego przydarzy, bo przy mojej częstotliwości bywania to raczej kwestia czasu. Do tej pory tylko raz mnie zapytano, czy jestem z obsady – gdy wchodziłam na czytanko w czerwcu. Przysięgam, że na kilka sekund zdrętwiałam z przerażenia i miałam wizję publiczności wyciąganej siłą na scenę (dużo się nie pomyliłam, jak się potem okazało…), ale na szczęście osobnik pytający mrugnął i zapewnił, że tylko żartował.

Jeśli natomiast chodzi o innego człowieka, w którego ojczyźnie na święta życzą wam schéi Chrëschtdeeg, i wbrew pozorom nie chodzi o jakąś straszną chorobę zakaźną czy coś, to mnie wczoraj zapytał, czy mogę mu powiedzieć, jak dotrzeć z lotniska do miasta. Objaśniłam w nader obszernej epistole, że mamy bardzo wytworny terminal i pociąg, i w ogóle, a z pociągu to już łatwizna, dziesięć minut (zamieściłam nawet instrukcję kasowania biletów w tramwaju; obawiam się, że trochę przesadziłam z tą troską), a szczegóły o tym, jak znaleźć moją kwaterę główną, podeślę później.
– Nie trzeba, podaj mi tylko adres. Znajdę.
Okej.
Po chwili dostaję wiadomość i ku swemu ogromnemu zdumieniu widzę w niej zdjęcie mojego osobistego bloku, a nawet mojego osobistego balkonu z pytaniem:
– Czy to twój dom?
Cwaniak. Tak, wiem, Street View. Niemniej jeszcze się przyzwyczajam do tego, jak łatwo nas znaleźć w internetach. Oczywiście są plusy, że nie będę wspominać pewnej wdzięcznej historii sprzed dwóch lat (przerwa na rumieniec) – ale ogólnie czasami włos mi się jeży. Co jeśli kiedyś wywieszę do suszenia te bardziej niewyjściowe z moich majtek i zostaną uwiecznione na wieki wieków?…

Someone said that romance was dead

Byłam w weekend na proszonej kolacji. Wyobraźcie sobie, że nadal czasem bywam zapraszana tu i tam. Siedzimy, objadamy się, pijemy wino, autorka dyskretnie sprawdza, czy przypadkiem ikonka nowej wiadomości nie pojawiła się na ekranie telefonu i oczywiście, że się pojawiła.
– Odezwę się jutro – pisze mi kolega (czas mu jakąś ksywę chyba wymyślić). – Idę na rodzinne barbecue.
A idź sobie.
Czterdzieści minut później.
– Co robisz?
– Myślałam, że jesteś na barbecue?
– Tak, ale mi się nudzi.
Koleżanka odwoziła mnie z tejże proszonej kolacji. I tak jedziemy sobie przez uśpiony Kraków, zatrzymujemy się na światłach, a ona nagle do mnie tymi słowy:
– Powiedz no, coś ty taka uchachana ostatnio?
– Słucham?
– Nie słucham, tylko czemu się tak szczerzysz nieustannie?
– No bo… wszystko się dobrze układa, fajnie jest, wiesz, tak w ogóle…
– Jasne. W ogóle. Wysoki chociaż?
– Spadaj.
Człowiek mówiący w Lëtzebuergesch przylatuje dopiero za dziesięć dni, ale, jak widać, konwersujemy regularnie. Dzięki temu, że w komputerze i telefonie wszyscy mamy kamerki, wiem, jak wygląda jego kwatera główna. Jestem trochę załamana, bo moja (choć całkiem przyjemna, osobiście uważam) to jakaś ponura nora przy tym. Nie zachwycałabym się tak designem, gdyby nie pewien szczegół. Otóż koleś może sobie być wykładowcą, ale jest też bardzo wprawnym stolarzem i mówi, że wszystkie meble w domu zmajstrował sobie sam. Lampy też.
Świetnie się składa, bo akurat jedna mi się zepsuła.
(Koleżanko, zaprosiłaś do domu osobnika, który wolny czas spędza z piłą. Lepiej zawczasu zapisz komuś kosztowności).

No, ale żeby was nie przesłodzić.
Czytałam głośny już tekst Tochmana. Głośny i bardzo przykre, że potrzebny.
Tochmana uwielbiam za całokształt, zwłaszcza za to, że pcha się w tematy, których inni niechętnie dotykają. Za to, że kiedy czytam jego książki, to zwykle rośnie we mnie potrzeba wejścia pod gorący prysznic i szorowania się, ścierania tego brudu. Pozbycia się z głowy tych obrazów.
Tym razem nie poleciał do krajów ogarniętych wojną, nie. Napisał o osobliwej wojence, którą mamy pod nosem. Wojence, w której bronią jest knajacki, obrzydliwy język.
Gdy opublikował screenshoty paskudnych komentarzy pod adresem posłanki, Facebook zablokował mu konto. Zablokował JEGO konto, nie tych nędznych padalców. Którzy oczywiście nerwowo pousuwali wpisy i powygrażali sądem (za co niby? za posłanie dalej swoich własnych, opublikowanych pod nazwiskiem wypowiedzi?). A co jeszcze smutniejsze, pod felietonem gęsto od komentarzy z gatunku „cóż, za ładna to nie jest, więc niech się cieszy, że w ogóle ktoś tak o niej powiedział”.
Poraża mnie to.
Nie potrafię ubrać w słowa tego, jak bardzo boli mnie powszechne przyzwolenie na ciskanie obelgami i bagatelizowanie problemu, bo przecież to tylko słowa. Otóż nie. Nie tylko. Sądzę, że wiele fizycznych obrażeń łatwiej zapomnieć. Ze słów człowiek leczy się długo. Czasami nigdy.
Tym bardziej poraża mnie to, że ci ludzie mają żony. Córki. Ba – są kobietami. Można się zastanawiać, czy chcieliby/chciałyby, żeby ktoś tak mówił o ich najbliższych albo o nich samych.

Nasłuchałam się w życiu trochę obleśnych tekstów – być może w założeniu miały być komplementami, w rozumieniu tych, co je wygłaszali. Znam kobiety, które uważają, że nie ma o co kopii kruszyć, bo przecież to miło, gdy ktoś was nazywa dupą. Gdy ktoś twierdzi, że wyglądacie na takie, co dobrze się pieprzą. Ale nie. To nigdy nie był, nie jest, nie będzie komplement. Nie pochlebia. Sprawia, że człowiek czuje się jak porcja w sklepie mięsnym.
Nie. Nie, po wielokroć nie.
I to prawda. Zaczyna się od słów. Później zawsze następują czyny. Jeśli zlekceważymy to pierwsze, drugie zaraz będzie ante portas.

Love is a verb

Próbuję umówić się z moimi pannami na jakiś kulturalny podwieczorek (znaczy piwo i frytki zapewne).
Jest to ostatnimi czasy sprawa wymagająca telefonów, negocjacji i synchronizowania grafików, w sumie głównie z mojej winy – sami widzicie, jak mój rok wygląda. A tym razem okazało się, że panny w komplecie są w mieście li w ten weekend, gdy ja będę robiła za przewodnika mego znamienitego ziomala z Luksemburga. Ja go mogę zabrać na sabat czarownic, niech pozna chłopak lokalny koloryt, ale nie wiem, czy to nie byłoby dla niego za dużo. Panny nie mają nic przeciwko, zresztą nawet jakoś bardzo się nie zdziwiły moją tradycyjnie suchą informacją o tym, że człowiek, którego one nigdy nie widziały, a ja raptem dwukrotnie, jest tak zdeterminowany, by odzyskać swój korkociąg (bo ja go w końcu zabrałam do naszej krainy mlekiem i miodem płynącej), że postanowił osobiście udać się na obczyznę w tej sprawie.
Przy okazji, eee, idziemy na koncert. Napomknęłam mu, że akurat Massive Attack będzie w Krakowie i proszę sobie wyobrazić, że mój znamienity ziomal wysłał mi dziś wiadomość, że właśnie nabył bilety dla nas obojga.
Dotychczas myślałam, że to ja jestem trochę wariatka. Może jednak nie tak bardzo.

A ja naprawdę bardzo, bardzo lubię Massive Attack. Ten na przykład kawałek zawsze, od wielu lat noszę przy sobie, obowiązkowo na każdej z moich playlist.

Informacja dla panien była tradycyjnie sucha, bo po pierwsze w sumie nie bardzo jest o czym mówić na razie, a po drugie ja z tych nie tyle nawet dyskretnych, co obsesyjnie pilnujących, by moje relacje międzyludzkie były moje i bezpośrednio zainteresowanych. Nie rozmawiam o rozrzucanych skarpetkach, nie żalę się przyjaciółkom, że nie przedstawił mnie cioci, nie analizuję osobowości ani trudnego dzieciństwa, nic z tych rzeczy. Gdyby któryś z moich lowelasów przypadkiem wygadał się, że pracuje dla Mossadu, wie, kto naprawdę zabił Kennedy’ego, gdzie jest zaginiony malezyjski samolot i czy Amerykanie naprawdę wylądowali na Księżycu, takie tam – mógłby być całkowicie spokojny. To nie dotyczy jedynie mężczyzn w życiu autorki, ale absolutnie wszystkich. Nie ma szans, by namówić mnie na ploty o kimkolwiek znajomym. Nie było tak zawsze, ale człowiek mądrzeje z wiekiem.
U mnie moment zmądrzenia przypadł w pewien sobotni wieczór dawno temu, gdy poszłam na drinka z z moją ówczesną znajomą i jej nowym facetem. Nie znałam go wtedy, to był naprawdę świeżutko złowiony obiekt. Ja natomiast byłam wówczas w samym oku miłosnego cyklonu i przeżywałam największe z dotychczasowych oszołomień tego rodzaju, o czym moje damskie towarzystwo doskonale wiedziało. Tego wieczoru jednak o nim nie mówiłam. Co w niczym nie przeszkodziło mającej nastąpić katastrofie. W pewnym bowiem momencie facet znajomej nachylił się ku mnie i wygłosił wykład pod tytułem „dlaczego powinnaś natychmiast przestać widywać tę szuję”. Tak po prostu. Zatkało mnie kompletnie. Siedziałam z zębami zaciśniętymi tak mocno, że aż mnie szczęki rozbolały. Gdy obywatel zakończył wykład, przeniosłam zdumiony wzrok na koleżankę, która przytaknęła z zapałem. I nie widziała absolutnie niczego niewłaściwego w tym, że podzieliła się szczegółami mojego życia uczuciowego ze swoim gachem, ani tym bardziej w tym, że tenże uznał za stosowne zapodać mi szereg dobrych rad. Jest prawdą powszechnie uznaną, że nie ma nic gorszego nad niechcianą dobrą radę czy dobroduszne pouczanie, tym bardziej w wykonaniu kogoś, kto o waszym życiu ma pojęcie, oględnie rzecz biorąc, żadne. To jest Matterhorn nietaktu.
Dlatego wolę moje tajemnice.

Z innej natomiast beczki, The Living and The Dead się skończyło (czy wspominałam, że polecam? polecam!), i oczywiście, że obejrzałam ostatni odcinek raz jeszcze, by zachichotać, jak drogi i uroczy autor mojego obrazka usiłuje poderwać kobietę – zamężną, notabene, świnia jak zwykle – na ananasa. Taki owoc. Nie że czekoladki czy inne tam róże, nie, ananas. Ja bym się raczej dała przekonać.
Bez ananasa również, jak sądzę.
Tu lepiej się zatrzymam.
Cóż. Bilet na wyczekiwany koncert to też coś. Musiałam bardzo się powstrzymywać, żeby nie odpisać koledze, że jest kochany i będę wielbić do końca życia.

Back off or the lizard gets it!

Plusem częstych wyjazdów jest niewątpliwie to, że człowiek ma porządek w mieszkaniu, bo brakuje okazji do bałaganienia. Wraca po tygodniu nieobecności (bo wiadomo, imprezę w Krakowie mieliśmy) i aż przyjemnie wejść.
Liczę naiwnie, że uda mi się utrzymać ten stan przez najbliższe trzy tygodnie. A potem wiadomo – palemka, klapeczki, sypianie do późna (czyli, w moim przypadku, najdalej do dziewiątej).
Dziś doczytałam, że w miejscu, do którego się wybieram, jest sporo jaszczurek. Fenomenalnie. Nie ma internetu, za to są jaszczurki. Nie wiem, czy to lepsze czy gorsze od tej myszy, co mi po nodze przebiegła. Muszę sobie zakonotować, by zapalać światło przy okazji nocnych wędrówek do łazienki na bosaka, żebym całej gminy nie obudziła wskutek nieoczekiwanego kontaktu cielesnego ze śliskim gadem.

A poza tym wyobraźcie sobie, że moja wiara w to, że jeśli jesteśmy mili dla innych, to inni też będą mili dla nas (no chyba że nie) przyniosła pewne owoce. Skromny to plon i jeszcze lekko kwaśny, ale jednak plon. Wspominałam o tym wybitnie psującym atmosferę osobniku, na samą myśl o którym brzuch mnie boli z nerwów, prawda? Otóż rozmawiałam z nim dzisiaj przez telefon – gdy zadzwonił, liczyłam przez chwilę, że grom z jasnego nieba skróci moje męki; już i bez niego miałam stresujący dzień.
Nawet jakaś niezła była ta rozmowa. Ale prawie wypuściłam słuchawkę z dłoni, gdy gość rzekł na koniec:
– Thank you very much for your help. I appreciate it.
Słowo daję, że słyszałam od niego po raz pierwszy w życiu. Podziękował mi za coś. I w dodatku very much. I dodał, że docenia. Nie może to być. Kosmici podmienili? W drodze do pracy stanął oko w oko ze śmiercią? Odkrył pierwszy siwy włos na skroni (czas najwyższy, ja przezeń zarobiłam ze cztery)? Zauważył, że niektórzy chyba jednak czerpią korzyści z używania słów „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam”?
(No dobrze, nie chwalmy dnia przed zachodem słońca, na razie użył tylko jednego z trzech – z „proszę” nadal musi się, że tak powiem, przeprosić, bo wyjątkowo nie lubi używać, a w angielskim jednak brak tego magicznego słówka na końcu zdania sprawia, że zdanie owo brzmi straszliwie arogancko (z drugiej strony, spędziwszy nieco czasu z moim own personal Jamesem Bondem – który, nawiasem mówiąc, właśnie oświadczył się swojej wieloletniej dziewczynie, zabrawszy ją w tym celu na wycieczkę-niespodziankę do, bagatelka, Niu Jorku; tak, on naprawdę istnieje! – wiem doskonale, że anglojęzyczni potrafią używać tych swoich obowiązkowych uprzejmości w taki sposób, że doskonale wiecie, co oni wam naprawdę chcą przekazać. Otóż chcą przekazać „zejdź mi z oczu”, że to tak delikatnie ujmę).
To ci postęp, no. Cóż, jest to osobnik, który potrafi rozmawiać o was – mówiąc o was per „ona” – z innymi w tym samym pomieszczeniu, jakby was nie było, więc nie spodziewam się jakiejś rewolucji w zachowaniu, ale krok za kroczkiem może coś się odmieni.
Widzicie, może ta moja misja nie taka całkiem bezsensowna. Powolna praca u podstaw…
Jeszcze dwanaście lat i pójdziemy razem na kawę.

Tyle rozważań ogólnospołecznych.
Na dobranoc mam dla was współczesny egipski jazz, i zanim zmarszczycie brwi, bo jazz i bo egipski, posłuchajcie. Bardzo zmysłowe. Dawno mi się nie trafiło żadne odkrycie muzyczne, ale to mnie ruszyło.

Climb every mountain

Tak poza wszystkim to ja bardzo lubię mojego dentystę, ale jego poczucie humoru uważam za dyskusyjne.
– Będzie dużo krwi – powiedział, zasiadając za mną. – Hihihi. Żartowałem.
Doprawdy. Wybuchłabym perlistym śmiechem, gdybym mogła poruszać żuchwą.

Kolega z tego małego państewka na L wysłał mi zdjęcia z urlopu – jako nauczyciel akademicki ma go blisko cztery miesiące, jest za co człowieka nie lubić. Uściślając, wysłał mi zdjęcia z bujania się na linie nad jakąś alpejską przepaścią. Z dopiskiem, że powinnam kiedyś spróbować.
Sądzę, że wątpię. Gwoli ścisłości, ja też raz bujałam się nad alpejską przepaścią, i w dodatku na glajcie, i prawie padłam na ostry zawał serca, gdy instruktor wskazał mi startowisko – taką przełęcz wąziutką, na wysokości dwa tysiące coś nad poziomem morza – i powiedział:
– Zobaczysz. Jeden-dwa kroki i jesteśmy w powietrzu.
053 (1)
Byłam raczej skłonna podejrzewać, że te dwa kroki będą ostatnimi w moim życiu, ale o dziwo facet miał rację. Natychmiast wyciągnęło nas w górę. Nigdy nie zapomnę. Tak czy inaczej, było to siedem lat temu i od tamtej pory moje zapotrzebowanie na adrenalinę zdecydowanie zmalało. Góry oczywiście uwielbiam, ale wolę po nich chodzić niż się wspinać. Dość powiedzieć, że minionej jesieni po pewnym niespodziewanie stromym tatrzańskim szlaku ześlizgiwałam się tyłkiem, nie bacząc na godność.
Co nie zmienia faktu, że tęsknię za dreptaniem po łydki w śniegu w środku upalnego lata.
Co nie zmienia faktu, że chciałabym znów zalatać. Tęsknota za powietrzem nigdy nie cichnie. Ale nie jest to tęsknota obezwładniająca. Mam wrażenie, że to zamknięty rozdział, coś, co dla mnie już minęło.

Czekaj pan. Ja ci też wyślę zdjęcia z moich wakacji, które raptem za miesiąc. Zobaczymy, kto komu będzie zazdraszczał.
(Owszem. Jadę. Na prawdziwe wakacje, znaczy się leżenie plackiem na piasku. Z książką. Z drinkiem i palemką w drinku. I drugą palemką ocieniającą moje grzeszne ciałko. Nie dowierzam jeszcze, bo tęskniłam za prawdziwym, leniwym urlopem, ale po tym, jak w ubiegłym roku musiałam z takiego – niecierpliwie wyczekiwanego – zrezygnować, straciłam wiarę. A tu proszę).
((Jeśli chcą państwo przyjmować zakłady odnośnie tego, jak długo autorka wytrzyma w roli placka, to bardzo proszę – osobiście obstawiam półtora dnia, dlatego do walizki pierwsze trafią trekkingowe buty)).

Tymczasem – tak, wiem, nie interesuje to nikogo poza mną, ale to mój blogasek – opublikowano pierwsze oficjalne zdjęcie nowego Darcy’ego w Open Air Theatre tego lata. Bo jak wiadomo, poprzedni nie wraca. No to zorganizowali zastępcę.
Hm.
Hm.
Nie odmawiam mu czaru, powabu czy czegoś, ale zaprawdę nie podejrzewam, by pierwszym dźwiękiem po zgaśnięciu świateł był trzask łamiących się serc, jak to było trzy lata temu, gdy ten spektakl poprzednio wystawiano na tej niezwykłej scenie.
Może i lepiej. Setki kobiet zachowają zdrowie.
Poza tym wyobraźcie sobie, jak beznadziejnie byłoby, gdyby fajne rzeczy mogły wydarzać się dwukrotnie. A tak – odpływają na zawsze. Nie ma. Pozostaje się cieszyć, że kiedyś nam się trafiły.
Ech, jakoś podejrzanie refleksyjny wpis mi wyszedł.

Następnego dnia
My tu gadu gadu, a kolega przy sobocie zdążył wleźć na Grossglockner.
Phi.
Chwalipięta.
Ja zdążyłam wypić kawę i przeczytać kilkadziesiąt stron kryminału.

Powered descent

Apokaliptyczna ulewa za oknem znakomicie odzwierciedla mój dzisiejszy nastrój.
W dodatku dentysta był grany. Lekko seplenię.

Pamiętacie tę zmorę, co mi tak humor psuła niedawno samą swoją obecnością, że o pełnych nieodgadnionej irytacji westchnieniach rzucanych w przestrzeń nie wspomnę? W przyszłym tygodniu znów będę miała z nią do czynienia i na samą myśl boli mnie brzuch. W nieprzyjemny sposób. Bo brzuch może też boleć w sposób przyjemny, gdy czekacie na coś, co jest tak troszeczkę przerażające, ale bardziej ekscytujące. Niestety to nie ten przypadek.
Chyba nie pomogłam sobie oglądaniem Whitechapel wczoraj przed zaśnięciem. Uwielbiam, poza tym oczywiście Rupert, oj przepraszam, Rupert jest drugą najpiękniejszą osobą na tym łez padole (to nie jest kwestia do dyskusji, to jest fakt), ale to jest tak mroczne, że aż chce się sprawdzić, czy na pewno drzwi zamknięte. I okna. I co to było, ten trzask w korytarzu?…

Troszeczkę a propos, odbyłam wczoraj ciekawą – to znaczy, dla mnie ciekawą – rozmowę.
– Widzisz, bo ja się boję, że stracę kontrolę.
– To stracisz. W czym problem?
– Nie lubię.
– Wolisz nad wszystkim panować, co?
– Tak, nad sobą zwłaszcza.
– Wyluzuj. Ręce z kierownicy. Nie bój nic. Zobaczysz, będzie fajnie.
– Nie umiem.
– Pewnie, że umiesz.
Spogląda na mnie z ufnym uśmiechem i wiem, że ma rację.
Ale.
Gdy ktoś mi mówi „wyluzuj”, to zwykle jeszcze bardziej się spinam, ale istotnie, są ludzie, którzy potrafią tak na mnie wpłynąć, że mam wrażenie, iż gdybym w ich obecności zaczęła bujać się na żyrandolu, to nawet by im powieka nie drgnęła, i ze sztywnego androida zmieniam się w leniwie dryfującą meduzę. Nie ma ich zbyt wielu, ale są i doceniam ich zbawienne działanie na moje nieustannie napięte mięśnie. Nie da się zaprzeczyć, że jestem lekkim (?) control freakiem, który rzadko po prostu pozwala sprawom się dziać, to nie w jego stylu. Lubi być przygotowany i nie lubi improwizować. Oczywiście zmuszony do tego drugiego zwykle odkrywa, że to nie takie straszne, a może nawet przyjemne, może nawet bardzo. Trochę go jednak kosztuje zwolnienie tych swoich hamulców, które czasem aż piszczą. Podczas gdy inni często walczą ze sobą, żeby czegoś nie zrobić, ja walczę, by coś zrobić.

Co mi przypomina, że oto mijają dwa wesołe lata, odkąd wlokłam się noga za nogą na zaplecze pewnego teatru i z każdym kolejnym krokiem żołądek podjeżdżał mi bliżej gardła. I miałam szczerą nadzieję, że jednak nie dojdzie do tego, co w przypływie optymizmu zaplanowałam, bo po drodze chodnik się rozstąpi i wpadnę w jakąś dziurę, ryksza mnie potrąci, ale niestety, nic z tych rzeczy. A potem to już było za późno na odwrót.

Oto mija również rok od momentu, gdy złożyłam wypowiedzenie. Jedną ręką trzymałam Pana Boga za piętę, drugą ocierałam łzy paniki. I nadal je ocieram czasem, bo często czuję się nie dość dobra.
Z drugiej strony tak sobie myślę, że może lepiej czuć się nie dość dobrym niż zbyt dobrym… Niepewność siebie zmusza do podjęcia jakiegoś tam wysiłku, nadmierna pewność usypia czujność.

Consigned to the fiery lake of burning sulfur

Oczywiście, że rzeczywistość nieco kąsa. Bo choć mój nowy kierownik jest czarujący, to jednak ma wyraźną skłonność do wypruwania ludziom żył. Gdy zobaczyłam, na którą godzinę ustawił nam spotkanie – nie żeby przebywał w innej strefie czasowej niż ja – mój entuzjazm zwiądł jak przekłuty balonik. Ludzie to sumienia nie mają.

Na szczęście kolega z Luksemburga nadal przyjeżdża i ma już bardzo konkretny plan wycieczki, o czym mi wczoraj doniósł. Zatrważające. Nie wiem, jak mój grajdołek wytrzyma to jednoosobowe oblężenie, ale jestem dziwnie pewna, że ja sama nie będę się nudzić. Bynajmniej.
Na szczęście autorka w miniony piątek zorganizowała sobie tegorocznego sylwestra i zamierza spędzać go w taki sposób, w jaki najbardziej lubi (przynajmniej jeśli mowa o sposobach niewymagających zdejmowania ubrań). Jest to tym dziwniejsze, że w poprzednich latach zdarzało się, że autorka po południu 31 grudnia nie wiedziała, jak będzie świętować i czy w ogóle, bo nigdy nie przepadała za imprezami na gwizdek. Ale skoro mogę spędzić ten wieczór, robiąc coś, co sprawia mi niewątpliwą przyjemność, to dlaczego nie. Przynajmniej nic wbrew sobie.
Na szczęście Łazarz nadciąga do Europy. To bez dwóch zdań trzeba będzie zobaczyć.

Po stronie nieszczęść zapisuję mojego młodego sąsiada – nie na tyle wszak młodego, by nie zdążył mieć lekcji historii w szkole, ale może zapomniał – który minął mnie w piątek w drzwiach, dumnie prężąc klatę z napisem POLSKA WALCZĄCA z przodu i jakimś idiotycznym hasłem z tyłu, pewnie w założeniu twórcy tego dizajnu patriotycznym.
Nie wiem właściwie, czy bardziej mnie to wkurwia – łagodniejsze słowa nie oddają, państwo wybaczą – czy niepokoi. Mówię tu tak o bezczelnym podkradaniu symboli, jak i o narastających nastrojach, które tylko z tym mi się kojarzą. Przerażają mnie te wszystkie teksty o wrogach ojczyzny. Ciekawam, kogo oni mają na myśli – nie zdziwiłabym się, gdyby takich jak ja również, wszak nie dość, że nie prowadzę się zbyt moralnie, to jeszcze pracuję dla zachodniego kapitalisty, nie mam najmniejszego problemu z wsiadaniem do samolotu z osobami o ciemnej karnacji, moja prababcia była cudzoziemką, jeden z moich dobrych przyjaciół jest gejem i niebawem bierze ślub, ogólnie słabo to wygląda. Tak, drwię, ja tak. Nie zdziwiłabym się szczególnie jednakowoż, gdyby całe to polskowalczące towarzystwo moje powyższe dictum potraktowało zupełnie serio i zaklasyfikowało mnie do pełnoetatowych zdrajców; poczucia humoru to ja u nich nie zauważam. Zauważam za to pogardę, z której na domiar złego towarzystwo jest dumne. To absolutnie nieuzasadnione poczucie wyższości. Wycierania sobie gęby patriotyzmem nie znoszę jak mało czego, zwłaszcza w wykonaniu ludzi, którzy ledwo potrafią sklecić poprawne zdanie w ojczystym języku. I przeraża mnie, że oni czują się coraz pewniej. Bezpieczniej. Wolno im. Czują się świetnie, nazywając innych ludzi, o nie tak śnieżnie białych jak ich własne (nieważne, że nader często przy okazji spuchnięte od nadmiaru piwa za 1,60 puszka) obliczach bydłem. Wreszcie mogą poczuć się od kogoś lepsi.
Ech.
Gdy to pisałam, przypomniała mi się scena z Mahabharaty Brooka, gdy jeden z bohaterów pyta drugiego z przestrachem w głosie:
– Czy to prawda, że ten świat ulegnie zagładzie?
A drugi odpowiada mu spokojnie:
– To już się wydarzyło. I wydarzy się znów. I znów.

Some things must stay out of reach

No to co? Dalej z tym koksem?

Przed niedzielą, opisywaną poniżej, była sobota, jak to zwykle ma miejsce. Wstałam w środku nocy, pojechałam na lotnisko, wsiadłam do samolotu, poleciałam (to już się robi nudne, prawda?). Wydostawszy się z pociągu na dworcu St Pancras, skonstatowałam, że dzień zapowiada się pięknie i może przejdę się pod Southbank Centre pieszo, zamiast metrem się tłuc. Zdrowy spacerek. No, może nie aż taki zdrowy, biorąc pod uwagę ruch uliczny, ale po Londynie w gruncie rzeczy całkiem dobrze się chodzi i bez dwóch zdań warto, bo dzięki temu poznaje się miasto, znajduje poke… och wróć. Nie nie. Nie trzeba wzbogaconej rzeczywistości, żeby czerpać przyjemność z łażenia ulicami i przyglądania światu.
Dotarłam zatem pod Southbank Centre, zasiadłam w ogródku, zamówiłam sobie coś stosownie chłodnego do picia, wystawiłam gębusię do słońca i było mi nieopisanie rozkosznie. Przez chwilę nawet myślałam, że przy tej nieprawdopodobnie pięknej pogodzie rozsądnie byłoby odpuścić sobie popołudniowy spektakl w Royal Court i pojechać od razu do Regent’s Park, zająć miejsce pod jakimś przyjemnym drzewem, zrzucić buty i cieszyć się życiem – ale w rzadkim dla mnie rzucie samodyscypliny postanowiłam jednak zrealizować oryginalny plan. Zwłaszcza że przecież już zapłaciłam za bilet na ten popołudniowy spektakl, może niedużo (Royal Court ma sporo biletów po 10-12 funtów, z bardzo dobrym widokiem, dodajmy, a uświadamiam, że na West Endzie bileciki chodzą i po 110, co uważam za bardzo nieśmieszny żart), ale jednak. No i, via hotel, pojechałam na Sloane Square. To właśnie na tamtejszej stacji metra mnie ta przygoda z myszą spotkała.

Tu muszę trochę posypać głowę popiołem.
Nie lubię Doktora Who. Nic nie poradzę, nie lubię. Po wielokroć próbowałam przekonać się do tego serialu i poległam. Co więcej, jeszcze trzy lata temu nie wiedziałam, kto to Matt Smith i czemu damy tak szaleją na jego punkcie. Widziałam go w American Psycho i chociaż serce mi nie drgnęło, byłam pod wrażeniem tego, jak bardzo odpychający był w tej roli – oślizły, lodowaty psychol. Od tamtej pory dobrze wiem, kto to. I gdy dowiedziałam się, że wraca na scenę – na bardzo szczególną scenę, bo Royal Court to miejsce, które jednak pisze historię europejskiego teatru, udostępniając swoje przestrzenie dla rozmaitych eksperymentów i wspierając nową dramaturgię – od razu zaklepałam sobie bilecik.
Witz w tym, że nie miałam pojęcia, co obejrzę, bo sztuka, w której Smith miał występować, nie istniała.
I nie istnieje do tej pory.
Była tworzona podczas prób i jest nadal modyfikowana, w czasie każdego spektaklu.
To brzmiało jak pewna katastrofa, ale przedstawienie zbiera entuzjastyczne recenzje.

W zarysie – to historia reżysera filmowego, który od dziesięciu lat pracuje nad nową produkcją. Robi wszystko, żeby spowolnić, ba, wstrzymać zdjęcia, bo poszukuje doskonałego światła. Światła będącego czymś więcej niż światło – „the light of the smell of the colour of the sound”, jak w pewnym momencie mówi. Domaga się, by rejestrować na taśmie, nie cyfrowo. Jest takim trochę przerośniętym dzieckiem – wrażliwym artystą, goniącym za czymś nieosiągalnym, ale też kapryśnym gamoniem. W ryzach trzyma go producentka, sfrustrowany operator rzucający Coelhowskimi frazami i głucha dziewczyna przysłana w roli szpiega przez firmę wykładającą dodatkowe pieniądze na tę jego taśmę. Główną rolę w tym powstającym w bólach filmie ma grać aktorka tyleż doskonała, co z wyraźnym zaburzeniem osobowości – wróć, ona nie ma osobowości. Jest przejmująca, gdy gra, ale gdy jest sobą, sprawia wrażenie niezdolnej do odczuwania czegokolwiek psychopatki. Gdy Smithowski bohater próbuje wydobyć z niej jakiekolwiek emocje, jej własne, odpowiada mu beznamiętnie: I’m an actor. I can feel whatever you want if you fucking pay me.
Wreszcie nasz reżyser zdaje sobie sprawę, że chyba jednak będzie musiał ten film nakręcić, w akcie osobliwego sabotażu sprowadza na plan aktora, który zawsze robi burdel (dosłownie i w przenośni). Zakochanego w sobie, obleśnego świra w skórzanych portkach, butach na obcasie i z tlenioną blond szopą na głowie, zwanego Bestią. Bestia wali tekstami paskudnie nieprzyzwoitymi, które po pierwszym słowie w pierwszym zdaniu przekraczają granicę dobrego smaku o kilometr (wystarczy powiedzieć, że opowiada o fellatio z dwunastolatką i wierzcie mi, nie jest to najgrubsza kwestia w tym spektaklu). Ale Bestia ma swoje tajemnice… Bestia opowiada komuś, w kim wreszcie troszeczkę się zakochał, że nazwano go tak, bo kiedyś wpadł na filmowy reflektor, który po angielsku nosi właśnie taką nazwę – Brute. Obiekt jego westchnień odpowiada wtedy, że powinien mieć ksywę Ćma, skoro tak go światło nęci.
Gdy wychodziłam z teatru, przed wejściem jakiś sympatyczny, uśmiechnięty człowiek, w dość zwyczajnej koszulce i dżinsach, z wdzięcznym i absolutnie nie blond jeżykiem na głowie gawędził z publicznością. Chwilę mi zajęło zorientowanie się, że to sama osoba.

Ale, ale.
Smith.
Chłopak ma widownię w garści, zresztą scenę też, bo gra z niebywałym luzem.
W którymś z artykułów poprzedzających premierę napisano, że ryzykuje zawodowym samobójstwem.
Nie sądzę.
Wiecie, będąc celebrytą rozpoznawanym na całym świecie, łatwo łaskawie zgodzić się na rolę Hamleta czy innego tam Ryszarda lub też Koriolana. Wziąć robotę w małym teatrze, w spektaklu, którego tekst jest pisany podczas prób – to jest trochę (trochę?!) wyzwanie i niezbyt oczywista decyzja dla kogoś, o kogo Hollywood się upomina. Ryzykowna. Wszak to branża, w której częściej nie ma się pracy niż ją ma. A jednak.
Cudownie się to oglądało. Ekipa świetna, chemia pomiędzy nimi taka, że aż miło patrzeć. Dużo improwizują, gotują się zupełnie, chichoczą do widowni, nawet nie próbują zachować powagi. I to wszystko na gołej scenie, z całą umownością teatru, z przedmiotami opatrzonymi etykietkami, maszynistkami przesuwającymi pośpiesznie skąpe dekoracje. Aż wreszcie następuje finał i zaprawdę powiadam, tego się nie spodziewałam. Tego nikt się nie spodziewał, bo przez widownię przebiegł dźwięk gwałtownie branego oddechu. W tej jednej, ostatniej scenie nie ma już ani surowości, ani umowności, są za to czyste czary. Oszałamiające, poruszające. Szczęka opada.
W tej króciutkiej chwili widz czuje to właśnie tytułowe nieuchwytne.

Obejrzawszy i nawzdychawszy się w zachwycie, udałam się do Regent’s Park, zobaczyć Jesus Christ Superstar.

Wszyscy wiedzą, jak skończyła się moja ostatnia wizyta w tym parku. Miałam migotanie komór i zgubiłam się w drodze do odległego o dwadzieścia minut spacerem hotelu. Teraz, na moje szczęście, parkowy teatr wystawił mapkę dla takich poteflonów jak ja.

20160716_2052342.jpg.jpeg

Okazało się, że po wyjściu należy skręcić w lewo, iść przez dziesięć minut prosto jak alejka prowadzi, przejść przez skrzyżowanie et voilà, stacja metra.

Open Air Theatre to cudowne miejsce. Pachnie jaśminem i lipą. Ptaki przysiadają na scenie. Wiatr śpiewa w gałęziach. To jest dość skromny amfiteatr – choć mieszczący tysiąc osób – ukryty wśród potężnych kasztanów i lip, bardzo magiczny. Dodam, że by tam wejść, trzeba przejść przez różany ogród. Zamiast foyer mają piknikową łączkę i malowniczy bar na wolnym powietrzu. Moim zdaniem jedna z pereł Londynu.

Miałam pewne obawy, że moje drugie odwiedziny skończą się tak, jak te pierwsze, to znaczy żałośnie, żenująco i spuśćmy zasłonę milczenia, ale nie było tak źle, choć prawda taka, że parę razy moje słabe (za to jakże pojemne) serce drgnęło. Bardzo się ucieszyłam, gdy przeczytałam, że Jezusa zagra Declan Bennett – który zasłynął rolą w teatralnej wersji Once. I gdy wyszedł na scenę, w czapce z daszkiem, papierosem i gitarą przewieszoną przez ramię, wyraźnie znudzony i poirytowany ludźmi szalejącymi na jego widok (ha, prawie taki współczesny celebryta) to pomyślałam sobie – będzie dobrze. On nie ma wielkiego głosu, ale ma charyzmę. To jest Jezus bardziej folkowy niż rockowy (jeśli słyszeliście Iana Gillana w tej roli…), ale kto powiedział, że w ten sposób nie można tej roli zaśpiewać? Można.
Natomiast chociaż Declan jest w porządku, troszeczkę dał sobie to przedstawienie ukraść.
Oczywiście to Judasz jest kluczową postacią w tym spektaklu, a tu Judasz to drobny chłopiec o głosie tak potężnym, że włosy dęba wszędzie stają.
Na tej wcale nie takiej znowu dużej i pozbawionej dachu scenie nie da się czarować widowni efektami specjalnymi, więc to bardziej siłą rzeczy koncert niż przedstawienie, pierwsze minuty wyglądają niemal rozczarowująco, no bo jak to, aktorzy w jakichś poszarpanych szarych portkach, mikrofony na statywach – ale im dalej w las (w którym, technicznie rzecz biorąc, w pewnym sensie jesteście), im niżej słońce, tym więcej momentów wizualnie olśniewających, dosłownie, bo dużo brokatu. Brokatu używanego zamiast krwi (nie żeby z krwi całkowicie zrezygnowano…) i zamiast srebrników. W scenie biczowania kolejni wykonawcy podbiegają do półnagiego, wiszącego za nadgarstki przywiązane kablem od mikrofonu do dwóch przeciwległych krańców sceny, Declana i uderzają go z całych sił rękami całymi w złotym pyłku. Nie do pozazdroszczenia, ale efekt piękny. Wejście króla Heroda, który ciągnie za sobą przynajmniej kilkunastometrowy, lśniący tren płaszcza – Alexander McQueen byłby dumny – wyśmienite.
I och, ten zapach kwitnących krzewów, zachodzące słońce, słowiki, bażanty, nietoperze przelatujące nad głową… Jak się nie zakochać.
Chyba jednak nie powinnam bywać tam zbyt często. Ale wy, jeśli tylko będziecie w Londinium latem, idźcie koniecznie. Nie pożałujecie, powiadam.

Mnie tymczasem trzeba wrócić do lokalnej rzeczywistości. Oby nie na przesadnie długo.

Mischievous strumpet

Będzie od końca, dobrze?

Wstałam bardzo rano,
20160718_054327

żeby odlecieć do domu.
20160718_104501

Jakoś tak podoba mi się to zdjęcie – ten skrawek nieba pomiędzy dwiema warstwami chmur… Mniejsza o zdjęcie jednakowoż.

Wczoraj byłam na czytanku. Wiadomo. Nie ma lepszego pomysłu na niedzielę w Londynie. To znaczy, są lepsze pomysły, ale nie wiem, dlaczego miałabym brać je pod uwagę, skoro na czytankach zawsze pysznie się bawię i skoro widzę samych znajomych.
Zawsze jest tak samo i nie będę już zanudzać was opowieściami o tym, jak to cudownie patrzeć, gdy aktorzy kompletnie się gotują i nawet nie próbują tego ukrywać, jak mylą im się strony i wersy, jak wygłaszają żarliwą przemowę do kogoś, kto niezbyt dyskretnie pokazuje im „to nie do mnie, to do niego”, jak przewracają się na twarz, wbiegając na scenę, jak nawzajem wykręcają sobie numery i tak dalej. Tuż obok mnie siedział jeden z nich – pięknie pachnący dżentelmen (tak, tak…) z gitarą, na której od czasu przygrywał. Gdy musiał wejść na scenę, gitarę odstawiał na schodki obok mnie. Przez całe popołudnie obawiałam się, że coś z tą gitarą się wydarzy i tak też się stało – inny aktor potknął się o nią i widowiskowo padł. Publiczność bardzo to ucieszyło. Zresztą publiczność, choć wyjątkowo życzliwie nastawiona i wiwatami przyjmująca wszystkie wpadki, całkiem chętnie się angażuje. Gdy jeden z bohaterów wskutek kolejnego niepojętego zwrotu akcji musiał ukryć się przed innym, pomyślał chwilę, po czym imponującym susem rzucił się na widownię, po czym z głuchym stęknięciem świadczącym o tym, że wyraźnie przeliczył się w ocenie swojej sprawności fizycznej, zaległ plackiem na podłodze. Gdy drugi wyszedł go szukać, rozejrzał się z zakłopotaniem i powiedział:
– We didn’t rehearse this part…
Począł zaglądać w kolejne kąty nie tak znów dużej sali, aż wtem widz, u którego stóp ten pierwszy się czaił, wydał go bezczelnie, krzycząc:
– Getting warmer, getting warmer!

Tym razem czytanko było dość wyczerpujące, albowiem trwało cztery godziny i czterdzieści minut. Ben Jonson to napisał, osobnik po wielokroć aresztowany, w którego sztukach grał sam Szekspir, ale któremu ktoś powinien był powiedzieć, że co za dużo, to niezdrowo.
Cztery godziny i czterdzieści minut.
Autorka spędziła cztery godziny i czterdzieści minut, oglądając czytanie XVII-wiecznej, średnio dobrej sztuki.
Na twardej ławce w Sam Wanamaker Playhouse.
Mój nieszczęsny tyłek omdlewał.
To dla wszystkich był maraton. Dla widowni, owszem, ale i dla ekipy, która przecież miała raptem pięć godzin, żeby przećwiczyć tak długą sztukę, a potem jeszcze musiała ją zagrać. I robiła to z najwyższym, wręcz desperackim zaangażowaniem. Z jednej strony to zawsze przypomina trochę amatorskie przedstawienie wiejskiego kółka teatralnego, z drugiej natomiast trudno nie zdawać sobie sprawy, że ludzie, którzy to robią, w pozostałe dni tygodnia grają w teatrach na West Endzie, w National, w telewizji, a nawet w Bondach czy Harrych Potterach i że to, iż momentami sprawiają wrażenie kompletnych nieudaczników, to też trochę gra. To tak ma być.
– We’re almost there, we’re almost there – zapewniał reżyser po drugim antrakcie, podczas którego wszyscy (owszem, obsada też) pobiegli do baru po wino.
– Last line! – wyszeptał triumfalnie aktor, czytając ostatnią kwestię.
Nie zdążyłam w inne miejsce, ale nie żałuję. Zawsze czuję się tam jak w domu, jak wśród swoich. Myślę czasami, że opatrzność specjalnie mnie popchnęła w to miejsce i w to osobliwe towarzystwo. I gdy wychodzę o zmierzchu, wymieniwszy uśmiechy, Londyn rozkłada swój pawi ogon, czaruje i uwodzi. Nieważne, że dobę wcześniej szlag mnie trafiał w niekończącej się kolejce do kontroli granicznej na lotnisku, że wszędzie tłok i duszno, że w metrze mysz przebiegła mi po stopie (naprawdę!). Nieważne, że mam takich zdjęć dziesiątki. Nieważne.

Haal de baack

To nie był łatwy dzień, o nie.

Wyjątkowo lubię, gdy człowiek przed lub po zasadzeniu paskudnie chamszczastego i seksistowskiego tekstu zastrzega, że to ironia. Otóż nie. Ludzie, którzy umieją w ironię, nie muszą okraszać wypowiedzi taką informacją, albowiem jest to dla odbiorcy oczywiste. Ludzie, którzy są aroganckimi mizoginami o dowcipie subtelnym jak Panzerfaust, muszą się jakoś asekurować. A gdy zwróci im się uwagę, że mogli tę błyskotliwą myśl zachować dla siebie, w odpowiedzi słyszy się coś o poczuciu humoru, kijku w wiadomym miejscu i generalnie wyluzuj, stara. Nie uważam się za osobę, która ma problem z poczuciem humoru, bardzo trudno mnie obrazić i urazy nie chowam, ale są obszary, których moje poczucie humoru nie obejmuje. Tak, jestem feministką – mimo ogolonych nóg, braku wąsów, słabości do mężczyzn i faktu, że posiadam życie seksualne. Nie, nie mam dobrego zdania o facetach, którym zdarza się mówić o kobietach lub do kobiet tonem irytująco protekcjonalnym i obleśnie słodkim, jak do jakichś przygłupów, które nie marzą o niczym innym niż by uwiesić się na ich muskularnym ramieniu. Chłopie. Ja ci mogę bez namysłu wymienić przynajmniej dziesięciu facetów, na których ramieniu z rozkoszą bym się uwiesiła i wisiała tak przez cały wieczór, ale ciebie wśród nich nie ma i nigdy nie będzie.
A mówią niektórzy, że feminizm nie jest już potrzebny. Będzie, dopóki takie teste di cazzo będą poprawiały sobie samopoczucie, traktując kobiety jak umiarkowanie sprawne umysłowo dekoracje.
To pierwsza z dzisiejszych refleksji z cyklu „ludzie to są…”. Mam jeszcze drugą.

Otóż po moim nieocenionym osobistym Jamesie Bondzie przyszło mi pracować z osobnikami, których naprawdę, NAPRAWDĘ źle znosiłam. Ja może nie jestem jakąś wielką fanką rodzaju ludzkiego w ogólności, ale na ogół nastawiam się życzliwie i nie mam problemów z dogadywaniem się z innymi. A tu zderzyłam się ze ścianą. Zwłaszcza jeden z tych przypadków wpychał mnie w objęcia coraz większego stresu. Nie żeby to był jakiś cham i prostak. Nie żeby wrzeszczał czy rzucał przedmiotami. To po prostu człowiek z wiecznie, całodobowo marsowym obliczem. Cienia uśmiechu. Żart jeden tygodniowo. Odzywa się w stanach najwyższej konieczności i tonem takim, że herbata wam w kubku zamarza. Nigdy nie wiadomo, w jakim jest humorze, ale ponieważ nieustająco wzdycha, można założyć, że raczej w złym. Czy można się dziwić, że gdy tylko widzę, że do mnie dzwoni (cóż za ulga, że już nie siedzimy obok siebie), żołądek boleśnie mi się kurczy?
To taki, wiecie, trochę dementor. Stuprocentowa skuteczność w psuciu atmosfery. Rozmawiałam z innymi i z ulgą – jeśli w ogóle można o niej mówić w takiej sytuacji – przyjęłam, że nie ja jedna źle się czuję w jego obecności i nie mnie jednej jego zachowania masakrują humor oraz przyprawiają o trudne do uciszenia zdenerwowanie.
Makabra.
Zachodzę w głowę, czy takie indywidua zdają sobie sprawę z tego, jak szkodliwy mają wpływ. I jak bardzo ułatwiłyby życie sobie i innym, gdyby poczyniły choćby minimalny wysiłek – zapytały kurtuazyjnie, jak kto się czuje, powiedziały coś zabawnego, takie tam. Dla ludzi nieśmiałych, jak ja, obcowanie z takimi jest jeszcze trudniejsze, bo nieustanna obawa o to, czy taki człowiek nie jest przypadkiem na nas obrażony (choć nie wiadomo, za co), zastanawianie się, czy kot mu może zdechł, mandat dostał albo po prostu jest totalnym socjopatą i tak ma, wpędza nas w kompletny paraliż i tremę. Nie wiem jak wy, ale ja nie czułabym się dobrze ze świadomością, że na kogoś innego moja obecność działa deprymująco.
Tak czy inaczej, ten projekt zamykamy, a nowy prowadzi człowiek, którego już uwielbiam. Po pierwsze, bardzo komunikatywny. Po drugie, bardzo wyluzowany. Po trzecie, dużo się śmieje. Autorka lubi, gdy ludzie dużo się śmieją. Autorka po minucie rozmowy zrozumiała, że najbliższe tygodnie mogą być bardzo przyjemne. Trudne i męczące, owszem, bo roboty będzie w pi…, ale przyjemne. A jest przecież prawdą powszechnie uznaną, że największą udrękę znacznie łatwiej przeżyć w dobrym towarzystwie.

Ach, jeśli o towarzystwie mowa.
Kolega Luksemburczyk wczoraj do mnie zadzwonił – pogadać o dupie Maryni, jak mi się najpierw zdawało. Jest to bez dwóch zdań człowiek, który zna Józefa, ale mniejsza o to. Tak sobie gawędzimy, po czym mój nowy kumpel z dziwnego kraju nagle mówi:
– A wiesz, ja nigdy nie byłem w Polsce. To może bym wpadł.
– Jasne. Zapraszam. Nie masz daleko.
– No, już sprawdzałem… Jest taki lot z Brukseli prosto do Krakowa…
– Owszem – odpowiadam i zaczynam się zastanawiać, czy gość ma jak ja, to znaczy sformułowanie „tylko sprawdzam” oznacza „tak ściemniam, żeby nie było, że podejmuję nieprzemyślane decyzje, a tak naprawdę już wszystko zaklepane”.
– Czy jest jakiś weekend tego lata, który by ci nie pasował?
Zatem jednak ma jak ja.
Bilet został nabyty podczas żarliwej telekonferencji i tak oto niebawem mój grajdołek będzie musiał wkrótce znieść włóczącego się po nim koleżkę mówiącego z bardzo uciesznym akcentem, ale za to pięcioma językami.

Poza tym easyJet uruchamia loty z Krakatau do mojego ukochanego Neapolu – od listopada dopiero, niestety – a ja pojutrze o tej porze będę zapadała w sen w mieście, którego nie ma. Jeśli, ma się rozumieć, zasnę. Zwykle zasypiam tam doskonale, choć gdy ruch uliczny cichnie, zaczynają hałasować śmieciarki.
Wcale się nie cieszę.
Wcale.
Wogle.

Just let go

To głupie. Ledwo człowiek troszeczkę się zadomowi, a już trzeba pakować walizkę (nawiasem mówiąc, czy ktoś może wytłumaczyć mi pewien fenomen – jak to się dzieje, że bagaż ZAWSZE jest cięższy i bardziej kłopotliwy do wleczenia w drodze do domu, nawet jeśli nic się nie kupiło, poza butelką wina i czekoladkami?). Nad chmury i do domu.


Pożegnania, powitania. Namiętność nie do opanowania i błoga nuda weekendu. Zimna buła z marchewką (z marchewką! TARTĄ, o zgrozo!) na kolację w Lufthansie. Kolega Luksemburczyk – ten od korkociągu i alfonsa – informujący mnie bezczelnie, że wyjechałam i od razu nad tym mokrym kraikiem rozbłysło słońce, czy mogę to jakoś wytłumaczyć? Ubolewam, że stosownie cięta odpowiedź przyszła mi do głowy dopiero dziś rano.
Czy wspominałam, że ów mój nowy znajomy wlazł na Mont Blanc i własnymi ręcami sklecił wszystkie meble w swojej chałupce, łącznie z lampami? Nie? Owszem, to pozornie nudne miasteczko roi się od ciekawych ludzi, gdy zajrzy się pod powierzchnię.

A teraz, panie i panowie, byle do piątku.
W sobotę rano nazad do samolotu, na tę moją nieplanowaną wycieczkę. Cieszę się na nią ogromnie.
Bo Royal Court. Teatr-przygoda, teatr bez zadęcia i pozowania na ważną instytucję kulturalną (którą, tak się składa, jest), w samym sercu ohydnie zamożnej dzielnicy, z lokalnym piwem z kija i wspaniałą księgarnią.
Bo Open Air Theatre i moja ukochana rock-opera. Nadal mam w którejś z licznych czarnych torebek bilet na przedstawienie trzy lata temu, w nieznośnie upalny wieczór. Jak trzy lata temu, sprawdzam codziennie, czy tego dnia będzie dobra pogoda. I obym się nie zgubiła, wracając po ciemku (Regent’s Park jest ogromny, a z oświetleniem po zmierzchu tam słabo, to znaczy nie ma go). Żywię słabą nadzieję, że tym razem się nie zakocham; panie Bennett, lepiej żeby pan nie śpiewał w moim kierunku. Na szczęście tym razem siedzę dość daleko od sceny. Swoją drogą, Duma i uprzedzenie wraca na tę scenę tego lata, ale z inną obsadą i ten Darcy jest… Jest, no. Tyle powiem. Nie wiem, jak tam wasza opinia i wiem, że mój osąd jest tak obiektywny jak wiadomości TVP ostatnimi czasy, ale… no.
W niedzielę czytanko. Przecież bym nie przegapiła.
A potem nad chmury.
I do domu.

Alles an der Rei 

Moja przygoda w Wielkim Księstwie powoli dobiega końca i powiem wam, że ku mojemu ogromnemu zdziwieniu ogarniają mnie dziwnie sentymentalne nastroje. Istnieje pewna szansa, że wrócę niedługo i chyba bym chciała. A nie było wcale różowo na początku, gdy na tutejszym smętnym lotnisku nie działał żaden z dwóch bankomatów, odkryłam, że nie zrobię zakupów na kolację, bo sklepy już nieczynne, a z ołowianych chmur kapał deszcz.

Wiecie, pozory to jednak mylą czasem.

Kiedy tu przyjechałam, sądziłam, że zdechnę z samotności, nudy i przepracowania.

Pierwszy tydzień istotnie był załamujący, ale potem pomyślałam, że skoro muszę tu jeszcze trochę posiedzieć, to dam temu miejscu szansę i wykorzystam czas, który tu mam. Nagle się okazało, że cudzoziemcy trzymają się razem i chętnie dotrzymują sobie nawzajem towarzystwa, lokalsi są przesympatyczni, ich osobliwy akcent – trochę śpiewnie francuski, trochę twardo niemiecki – nawet uroczy (gdy mówią po angielsku, brzmią, jakby mieli wadę wymowy, ale jest to słodkie, poza tym mówią doskonale), jest z kimś pójść na kolację i piwo, i w sumie to całkiem miło tu jest, a małomiasteczkowy klimat ma wiele zalet.
Choć nie jest to miejsce aż tak spokojne, jak mogłoby się wydawać. Słuchajcie.

Kolega tubylec, ten sam, którego w niedawnym wpisie pogoniłam do sklepu po korkociąg, urządził mi wczoraj coś na kształt pożegnania. I opowiedział mi historię. Tu podkreślę, że kolega pracuje na uniwersytecie, ale nieszczególnie przypomina waszego typowego profesora ze studiów. Rozmowa nam zeszła na miejscową swobodę obyczajową – bo ponoć palącym problemem tutejszych jest to, że nie ma z kim oglądać znaczków ze względu na fakt, że tak naprawdę mało kto tu mieszka (koszty horrendalne, więc ludzie dojeżdżają do pracy z Francji czy Niemiec, co tłumaczy, czemu szumnie zwane centrum miasta wieczorami jest całkowicie opustoszałe).
– A wiesz, mam znajomego alfonsa. No, miałem, już tego nie robi. 
– Poważnie?!
– Mhm.
– Tutaj? Tu w ogóle istnieje taki… biznes?
– Tak, mały, ale tak.
– Jak w ogóle poznaje się takich ludzi?!
– Och, to nie był taki alfons jak w filmach sensacyjnych. Wszystko było zorganizowane bardzo dyskretnie i kulturalnie, jeśli można to tak nazwać. Przez jakiś czas nikt nie wiedział, że się tym zajmuje, poza tym miał normalną pracę. Stąd go znam.
– I co z nim? Aresztowany?
– Nie, nie. Hm, to naprawdę nieduże miasto… Trudno tu mieć tajemnice. Jego rodzice o wszystkim się dowiedzieli. Natychmiast zwinął interes.

A tak tu niby cicho, ludzie tacy grzeczni.

Krótka ta historyjka jednakowoż dała mi do myślenia. Ja to jednak mam szczęście do zawierania ciekawych znajomości.

Cul-de-sac

Marzyłam o życiu na walizkach, i owszem.
Nie miałam wszak pojęcia, że to życie aż tak w kość daje. Tu nawet nie chodzi o ciało, gorzej z umysłem, który musi być sprawny niezależnie od wszystkiego – deszczu, przesiadek, opóźnionego samolotu, listy spraw do zrobienia jutro, nagłych komunikatów „zastąp mnie jutro na tym spotkaniu”, wstawania o piątej, choć do drugiej oglądało się wiadomości (albo, w ramach walki z bezsennością, dokument o broni chemicznej – zasypiania nie ułatwił, niestety).

Wczoraj na ten przykład po północy wróciłam z kraju ościennego, w którym na kolację podają Maultaschen i można je popić Apfelwein. I mieli tam słońce!

Nie żebym miała dużo czasu na korzystanie z tych uroków, ale cóż. Miła odmiana po codziennych fochach tutejszej aury.
Tak to właśnie teraz u mnie wygląda. Innymi słowy, szanowni, ostrożnie z marzeniami. Nawet najpiękniejsze, a może zwłaszcza takie, nie spełniają się za darmo.
Ale jeszcze tylko dwa dni, oddam korkociąg, który mi życzliwie pozostawiono po sobotnim wieczorze – znakomicie, załapię się na jeszcze jedną darmową lekcję luksemburskiego, który brzmi jak miks niemieckiego i francuskiego wymawiany przez osobę z zapaleniem krtani – kupię prezenty (tylko co stąd przywieźć… deszcz w słoiku?) i do domu.

Nota bene, Londyn załatwiony.
Będę spała pod mostem Waterloo i jadła żołędzie, ale trudno.

Wéi geet et?

Troszeczkę lepiej. Jakoś z wolna odzyskuję równowagę.
Jak na ironię – co do równowagi, w piątkowy wieczór odprowadzałam do domu tutejszą koleżankę, która na kolację z winem zabrała rower i to był troszeczkę błąd, ponieważ ilość wina, które wypiła, wystarczyła do pojawienia się problemów z obsługą roweru. Co prawda tutaj wieczorem ruch uliczny właściwie nie istnieje, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Koleżanka wytrwale twierdziła, że mieszka niedaleko mnie, dwie ulice dalej i że wie, w którym kierunku mamy iść. Ostrzegawcze światełko błysnęło mi po raz pierwszy, gdy nagle spojrzała z zachwytem na mijany dom z ogromnym witrażem i powiedziała:
– Nigdy wcześniej tego nie widziałam!
Autorka rozejrzała się w panice, w poszukiwaniu jakiegokolwiek znajomego widoku. Nie ma to jak zgubić się w środku nocy, w obcym mieście i w towarzystwie uroczo nietrzeźwej rowerzystki.
Na szczęście zgubienie się w Luksemburgu to rzecz, od której trudniejsze jest cumowanie do stacji kosmicznej. Rzecz praktycznie niewykonalna. Prędzej czy później doleziecie do czegoś, co znacie. Mnie uratował park.

Wczoraj natomiast również wiodłam życie towarzyskie, dość niespodziewanie. Miał być piknik, ale temperatura i wilgoć skłoniły uczestników do przeniesienia się pod najbliższy dach, tak się złożyło, że mój.
I znów lokalna specyfika dała znać o sobie.
– O jasny gwint. Nie mam korkociągu.
– Ja chyba mam w samochodzie.
– … Wozisz korkociąg w samochodzie?
– Tak, czasem się przydaje.
Autorka pomyślała, że jednak będzie bardziej uważać przy przechodzeniu przez jezdnię w tym pozornie ospałym mieście.
Przekopawszy bagażnik i schowki swojej lukstorpedy, kolega Luksemburczyk stwierdził ze smutkiem, że jednak korkociągu niet.
– Ale zaraz obok jest sklep. Czynny do osiemnastej trzydzieści.
– Jesteś pewna?
– Tak, a co?
– Jest dwadzieścia pięć po.
Wpadliśmy zdyszani, kolega Luksemburczyk natychmiast przestawił się z angielskiego na francuski (chyba zaczynam rozumieć, czemu niektóre kobiety uważają ten język za wybitnie afrodyzjakalny – a dodać trzeba, że przeciętny lokals mówi przynajmniej trzema językami i zdarza się, że zmienia je po wielokroć w ciągu jednej wypowiedzi) i popędził między półki, gdzie mu wskazano.
– Przynajmniej będziesz miał nowy korkociąg. Na pamiątkę.
– O, ciebie i tak prędko nie zapomnę.

Nie wątpię.

Wino, nawiasem mówiąc, było warte sprintu.

Jutro znowu zmieniam kraj – ale tylko na chwilkę, bo to za miedzą, ktoś rozpoznaje okolicę?…

A potem jeszcze dwa dni i do domu. Ależ zleciało, nomen omen.

Out of her humour

Nie jest mi tu łatwo.

Z wielu przyczyn. Mniejsza o wczorajszy mecz.
Rzadko bywam w kiepskim humorze, bo ja z tych, którym niewiele do szczęścia trzeba, ale tu coś mi nie gra.
Może to pogoda. Tak, na pewno pogoda.

Moi tutejsi współpracownicy są raczej wycofani i umiarkowanie kompatybilni (nazwałabym to inaczej, ale…) – i to mówię ja, nieśmiała raczej. Toteż ucieszyłam się szczerze, gdy dziś do mnie zadzwonił mój own personal James Bond i usłyszałam w słuchawce ten piękny akcent Angola z dobrego domu.
Po wsze czasy będę go uwielbiać, choć jak słowo daję, nikt mi tak do wiwatu nie dał – za to, że mieliśmy paskudne kryzysy, po których przynosił mi ciastka i za to, jak mnie bronił (będąc, jako szef projektu, moim tymczasowym kierownikiem), gdy próbowano mi dorzucić dodatkową robotę. Bez słowa złapał wówczas za telefon, zadzwonił do pomysłodawcy, przedstawił się uprzejmie i rzekł: This poor girl is working her socks off. This poor girl didn’t even have LUNCH today. She’s not doing anything else for anyone else. Thank you. Bye.
To, z jaką zgrozą kolega oznajmił rozmówcy, że nie zjadłam obiadu, zrobiło na mnie ogromne wrażenie.

A poza tym bardzo proszę wybić mi z głowy pomysł, z którym noszę się od kilku dni.
Niestety obawiam się, że decyzja została już podjęta.
Będę tam chyba pod mostem spała, ale dam radę.
Nie muszę chyba w szczegóły wchodzić, co?…

Moien

Żyję.
Jestem tylko przeraźliwie zmęczona i trochę chora, wszak pogoda tu zmienia się każdego dnia, a taka, jak na poniższych zdjęciach, zaszczyca obecnością raczej rzadko.

Mieszkam obok parku, który przepięknie pachnie lipami i jaśminem, i na szczęście muszę obok niego przechodzić dwa razy dziennie. Odkryłam to dopiero po paru dniach, bo wcześniej zasuwałam niezbyt efektowną ulicą, całą w remoncie (tu wszędzie remonty) i to mnie cieszy. Cieszy mnie też mnogość serów i wina w sklepach – jeśli uda mi się do takowego dotrzeć przed zamknięciem. Tak. Nie jest to tu takie proste. Może i pod względem polityczno-ekonomicznym jest to jeden z pępków Europy, ale przypomina raczej spokojne miasteczko; zresztą centrum da się obejść w jedno popołudnie. Miasteczko, gdyby przymknąć oko na szklane kolosy typu Trybunał Sprawiedliwości UE i Parlament Europejski. Ale one to mają swoją, mało porywającą dzielnicę.
Za to widziałam wielkiego księcia i jego przystojnych synów, gdy w tutejsze święto wracali do pałacu spacerkiem. Tak, w asyście, ale spacerkiem, sprawiając wrażenie nader sympatycznych ludzi. Nie wyglądało to jak ceremonie z udziałem Elżbiety II czy innych takich. Oni po prostu sobie szli, machając do poddanych biesiadujących w knajpianych ogródkach.

Poza tym.
Wczoraj późnym wieczorem w mojej tutejszej kwaterze zadzwonił telefon. Ja tu mieszkam w takiej kamieniczce niewielkiej, z apartament(k)ami przeznaczonymi do wynajęcia na niedługo, i większość lokali jest pusta. Zatrwożyłam się trochę, ale odebrałam, bo może coś ważnego, coś się dzieje, trzeba uciekać, zalałam piętro poniżej et cetera. Dodać trzeba, że telefon jest tu jednocześnie domofonem, jak się okazało. W słuchawce odezwał się nieznany mi, acz raczej miły męski głos, mówiący, że on ma rezerwację od dziś, ale w recepcji już nikogo nie ma, więc wybiera wszystkie kombinacje cyfr po kolei, bo nie wie, jak otworzyć drzwi na dole. I czy ja mogę go wpuścić.
Autorka przezornie zadała gościowi kilka pytań kontrolnych, uznała, że można zaufać i wpuściła.

Gdy tylko położyła się do łóżka, wyobraźnia w ciemnościach uruchomiła tryb turbo – a jeśli jakiegoś psychola wpuściłam i on nam tu teraz zrobi Lśnienie?
Sny, które miałam przez całą noc, nie nadają się do opisania. Thriller w czystym wydaniu.
Rankiem nie potknęłam się o niczyje zwłoki ani nie pośliznęłam w żadnej kałuży, więc może jednak…

Any liquids?…

A zatem znowu zaniosło mnie w świat. Jeszcze nie wiem, jak mi tu jest. Będę odkrywać nieco później. Na razie zdążyłam jedynie odkryć, że sklepy zamykają się na tyle wcześnie, że jeśli nie wyjdzie się z biura w odpowiedniej porze, bułeczka na śniadanie następnego ranka pozostanie mglistym marzeniem. Ja mogę żyć miłością, ale bez przesady.
Głód mój został wynagrodzony szałowymi fajerwerkami, bo jutro tutaj święto, mianowicie oficjalne urodziny wielkiego księcia Luksemburga (i nieważne, że żaden z dotychczasowych nie urodził się akurat 23 czerwca).

Przy okazji wczorajszej podróży zaobserwowałam coś. Coś, co mnie trochę poruszyło.

image

Lotniska to dość irytujące miejsca, których wielką fanką nie jestem.
To takie miejsca, że człowiek wchodzi i od razu ma wkurw. Bo na tablicy samolot opóźniony. Bo kolejka w damskiej toalecie taka, że naród wybrany zdąży zajść do ziemi obiecanej. Bo nie ma miejsca w poczekalni. Bo  kawa w papierowym kubku kosztuje ćwierć pensji. Bo wszędzie tyle ludzi i pchają się na człowieka. Bo macie 40 minut na przesiadkę, a samolot parkuje w głębokim polu, i gdy już w nerwach ogryźliście sobie palce, pojawia się wyluzowany kierowca autobusu, wyjaśniając, że akurat jest sam na zmianie, bo dwa inne autobusy kaputt gegangen.

To też miejsca, w których można poczuć się wyjątkowo samotnie. Takie właśnie puste korytarze ciągnące się w nieskończoność. Czekanie. Zmęczenie. Sytuacje, w których nie wiecie, co zrobić.

Wczoraj przechodziłam kontrolę za rodzinką, która zabierała leciwą panią.
Zwykle pasażer się wkurza, gdy ktoś przed nim się guzdrze. Nawet gdy  ma czas, i tak się wkurza. Tak jakby dla zasady.
Starsza pani się guzdrała i owszem.
Bardzo.
Nie miała pojęcia, co zrobić. Jej pierwsza taka podróż zapewne. Zauważyłam wtem, że z nerwów trzęsą jej się ręce. I na pewno nie ułatwiało sprawy to, że stał nad nią dwukrotnie większy chłop w mundurze i domagał się – z wielką łagodnością, ale jednak – odłożenia na taśmę ściskanej torebki. 
Naszej bohaterce zrobiło się przeraźliwie głupio i zamiast wkurzać się z przyzwyczajenia, posłała starszej pani najszerszy uśmiech, jaki potrafiła wyprodukować.
W końcu jedziemy na tym samym wózku, nie?…
Mam nadzieję, że zaleciała na miejsce z fasonem i nie tak zestresowana.

Let’s get direct

A zatem istotnie spędziłam piątkowy wieczór, oglądając serial. Mam aż tak pasjonujące życie.
Nie żałuję wszakże, bo jest to rzecz bardzo dobrze zrobiona, z piękną i tylko odrobinę jeżącą włos na grzbiecie folkową muzyką, bardzo smacznie sfilmowana (jesienny las i czerwona sukienka bohaterki nasuwały skojarzenia z niepokojącymi wersjami baśni Angeli Carter), z Colinem Morganem, z klatką piersiową Colina Morgana, no i z nieoczekiwanym twistem pod koniec, ale co wam będę mówić. Warto.
Nie piszę tego dlatego, że sami wiecie dlaczego (tu przerwa na pokrycie się żenującym rumieńcem), tylko dlatego, że to naprawdę porządna, wciągająca, momentami bardzo smutna i niesłychanie klimatyczna historia.
Aczkolwiek sami wiecie dlaczego troszeczkę też.
Bo w tym serialu pojawia się ktoś, kogo znam, kto mnie nawet trzymał za rączkę onegdaj i kto jest uroczy nie do zniesienia. I co prawda jest go co kot napłakał, ale lepsze to niż nic. Zawsze miło ten charakterystycznie warkotliwy głosik usłyszeć.

Jak na ironię, twarzoksiążka przypomniała mi wczoraj, że oto minęły trzy lata od dnia, gdy kupiłam bilet na pewne przedstawienie. Dziękuję ci, twarzoksiążko, ale ja o tym doskonale pamiętam.
Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, co się dalej wydarzy, zabiłabym go śmiechem.
Nawet moja bujna wyobraźnia nie wyprodukowałaby takiego scenariusza.
Nie żebym narzekała czy coś.

Widzicie, ja przez lata całe spoglądałam z lekką wyższością na moje koleżanki, które w tajemnicy – albo przy zrezygnowanym błogosławieństwie – partnerów czy partnerek dokopywały się do mrocznych krańców Jutuba i lajkowały na Fejsie absolutnie każde zdjęcie, na którym wielbiony artysta się pojawiał, niechby tyłem i tak daleko w tle, że był wielkości nogi mrówki. Czasami też, przy okazji ogłoszeń, że artysta pręży muskuły w nowym filmie, ekscytowały się bardziej niż gdyby dostały premię. Przyglądałam się temu z niesłuszną dumą, że coś takiego mnie nie spotkało i jestem odporna na takie afekty, a opatrzność przyglądała się temu mojemu samozadowoleniu z coraz szerszym uśmiechem.
Jak łatwo się domyślić, trzy godziny na tamtym spektaklu spędzone wystarczyły, bym nabawiła się osobliwej traumy, z którą żyję do dziś. Powróciwszy wtedy do Krakowa, jęłam szukać gościa w internecie. I znalazłam jeden wywiad, po którym pomyślałam – kurza melodia, on chyba dużo grubych książek czyta (potem się przekonałam, że to koleś, który w rozmowach używa słów typu „idiosynkrazja” lub też „propriocepcja”, ponieważ dlaczego nie), i jedno zdanie, po którym pomyślałam, że ja go chyba chciałabym kiedyś poznać. Bo on mnie w tym zdaniu niechcący opisał. To znaczy nie mnie we własnej osobie, ale taki typ usposobienia, jaki mam. I było to określenie uderzająco trafne.
Był tylko jeden problem.
To nie było szczególnie prawdopodobne. Wrzuciłam zatem tę chęć do szufladki opatrzonej napisem „pobożne życzenia” i zajęłam się rzeczywistością. Ale, jak mawia moja mama, głupi ma zawsze szczęście.

Raptem pięć miesięcy później wymieniałam chichoty z tymże samym dżentelmenem, czerwonym jak rzodkiewka od z trudem opanowywanego śmiechu – a gdy ten śmiech wybuchnie, to wszyscy wokół też nim się zarażają. Parę kolejnych miesięcy później postanowiłam mu się przedstawić (do czego podchodziłam jak do misji samobójczej, ale nie było tak strasznie). Powiedział mi wówczas, żebym przyszła powiedzieć „cześć”, gdy znów będę w okolicy i myślę, że przeklina ten moment. Z drugiej strony uważam, że całkiem przyzwoity i kulturalny ze mnie stalker. Może czasem wpadnie na słup albo zapomni, co chciał powiedzieć, ale ogólnie rzecz biorąc pewnie można było trafić gorzej.
Ośmielona tym jakże pozytywnym doświadczeniem, jeszcze dwóm osobnikom z tej branży poszłam powiedzieć, co o nich myślę, ale te miłe wydarzenia nie niosły już za sobą podobnych konsekwencji. I całe szczęście chyba.
Tak to się zabawnie toczy od tamtej pory.
No i od tamtej pory jeszcze bardziej niż poprzednio lubię tę piosenkę.

Trzy lata, mój Boże. Strasznie ten czas zasuwa.

Poza tym natomiast znowu wyjeżdżam. I chyba po raz pierwszy w życiu czuję, że wcale mnie to nie cieszy. Nie jestem ani trochę podekscytowana, raczej jakby zmęczona na zapas. No i pana i władcy mogę przed sierpniem nie zobaczyć, co mnie raczej dołuje.

Ride a magic bus tonight

Bardzo nam się świat zmniejszył w ostatnich latach. Reguła sześciu stopni oddalenia trochę przyrdzewiała, bo w rzeczywistości mediów społecznościowych prawie każdego, prezydenta USA i Richarda Armitage’a, mamy na wyciągnięcie ręki – przynajmniej pozornie. Zapominamy o tym, że ludzie, których gdzieś tam w internetach obserwujemy, nie są tak naprawdę – poza nieliczną grupką – naszymi znajomymi. Możemy sobie wyobrażać, że znamy ich na wylot, ale przecież w gruncie rzeczy wiemy tylko tyle, na ile nam pozwolą (i, co zawsze podkreślam, to wcale nie musi być prawdą). Nie wiemy, co sprawia, że publikują takie a nie inne posty, lubią takie a nie inne profile, robią zdjęcia temu a nie innemu, a przede wszystkim mają takie a nie inne poglądy. Jeśli są żywymi ludźmi, zapewne je mają. I mogą je wyrażać. A my możemy z tymi poglądami zgadzać się lub nie, dyskutować lub nie. Ale o jednym zawsze warto pamiętać, jak sądzę.
Wolność słowa, wiecie, to takie coś, co działa w obie strony.
Wolność słowa oznacza też, że bierzemy za to słowo odpowiedzialność, a nie że pieprzymy trzy po trzy, by następnie ubolewać, jak to nas źle zrozumiano. Nie nękamy ludzi. Nie lżymy ich w odpowiedzi na ich stanowisko, z którym się nie zgadzamy. Poważnie, po ostatnich dniach jestem skłonna wyrazić zdanie, że dostęp do internetu powinien być reglamentowany. Tylko dla dorosłych. I to dorosłych gotowych podpisać się nazwiskiem pod tym, co puszczają w świat. Parę dni temu ręce mi się same załamywały nad osobnikami, którzy najpierw na swoich publicznych profilach wyrażali poparcie dla tego, co się stało na Florydzie, a potem, gdy ktoś puścił ich podpisane komentarze w świat, piszczeli, że tak nie wolno. Dzisiaj łamiąca wiadomość, że pewien celebryta ma być może romans z inną celebrytką (tak Bogiem a prawdą, mnie to jakąś ustawką trąci, ale moje medialne wykształcenie czasami czyni ze mnie osobę nadmiernie podejrzliwą) wywołała jakąś kuriozalną histerię, jakby się jednej z drugą zapomniało, że celebryta w ogóle nie wie o ich istnieniu i zapewne nie jest ciekaw ich miażdżącej opinii na temat swoich życiowych wyborów.
Takie mam wrażenie, po raz wtóry, że internet pozbawił nas cennej umiejętności gryzienia się w język.

No, ale żeby nie było tak poważnie.

Po pierwsze, z cyklu „poezja wyszukiwarek” – ktoś tu dziś trafił, wbiwszy w Gugla wdzięczną frazę: kobiety szukające facetów by ich torturować i wykorzystać. Nie przypominam sobie, bym kogokolwiek w życiu torturowała (nie żebym nie miała ochoty parę razy, ale to inna sprawa), więc nie pomogę za bardzo.
Po drugie, w moich trafieniach ostatnio coś ustały pytania o to, czy Colin Morgan ma dziewczynę. Nadal niestety nie wiem, czy ma, ale spodziewam się, że pytania wrócą, albowiem ponieważ koleżka gra w serialu, na który zacieram rączki od dawna. Tylko że nie z jego powodu. Na wszelki wypadek od razu wystosuję ostrzeżenie, że mój kolejny wpis może być jedną wielką mętną dygresją. Bo wiecie, chodzą po tym świecie osoby, których żarliwie nienawidzę, a przynajmniej tak sobie bezskutecznie wmawiam. Osoby owe jak najbardziej w tym serialu się pojawiają. I BBC sprawiło mi nieopisaną radość, bo otóż postanowiło – po raz pierwszy w swojej historii – wszystkie odcinki wspomnianego serialu udostępnić naraz w internecie jutro, choć premiera telewizyjna za dwa tygodnie. Nie posiadam się. Na moje szczęście odcinków jest tylko sześć (spośród których raptem trzy interesują mnie szczególnie). Czy może być coś lepszego do roboty w piątkowy wieczór niż… no tak. Bez komentarza.

All that we see or seem is but a dream within a dream

Od zawsze mam bardzo sugestywne sny. To jest – wtedy, kiedy je mam. Często ich nie pamiętam.
Zwłaszcza gdy idzie o sny… sami wiecie jakie. Ich intensywność czasami jest porażająca. Pamiętam jeden taki, który zdarzył mi się blisko dwa lata temu, a po którym naprawdę usiadłam na łóżku zdumiona i zaniepokojona – ale gdzie on jest? No przecież był tutaj, słyszałam go, czułam go. Nawet te sprzączki brzęczały.
Nawiasem mówiąc, to był jedyny raz w życiu, w którym udało mi się do snu wrócić, bo gdy zdezorientowana padłam nazad między poduszki, film kręcił się dalej od momentu, w którym mój na chwilę obudzony mózg wcisnął „pause”.
Wczorajszej nocy też mi się zdarzył taki właśnie sen, gdy bardzo zapamiętale obściskiwałam się z człowiekiem, którego widziałam raz w życiu – owszem, duże wrażenie na mnie zrobił, ale ani pół zdania z nim nie zamieniłam (choć mnie kusiło – i miałam okazję) i ogólnie nie wiem, kto zacz tak naprawdę, ale całą minioną noc z nim spędziłam i bardzo mi się podobało, choć było to świńskie niemożebnie. Pamiętam nawet blizny od siekiery (bo w rzeczywistości chłopię prawie wyzionęło ducha za młodu wskutek dość przykrego starcia wśród blokowisk Glasgow). A potem zjawił się Bertie, elegancki jak to on potrafi być, i też mieliśmy się źle prowadzić – to znaczy nie żaden tam menage a trois, to już była osobna historia – ale niestety się obudziłam.
Strach zasypiać czasem.
No i gdy mnie potem pan i władca zapytuje, co mi się śniło, to co tu odpowiedzieć? Och, wiesz, nic takiego, chędożyłam się publicznie z człowiekiem, którego raz widziałam przez półtorej godziny? Znając jego, tylko by okiem błysnął i jął domagać się szczegółów, ale zawsze jakieś to takie dziwne. Jeszcze dziwniej jest, gdy następnego dnia musicie rozmawiać z człowiekiem, z którym przez całą noc się męczyliście na golasa, choć on nie ma o tym zielonego pojęcia i oczywiście to nie miało miejsca, no ale wasz uśpiony mały rozumek taką wizję wyprodukował i była na tyle realna, na ile tylko sen może być. Jakoś tak nieswojo. Na szczęście tym razem zostało mi to oszczędzone.
Zauważyłam, swoją drogą, że takie sny przytrafiają mi się zawsze wtedy, gdy jestem mocno zestresowana. Jakby moja szyszynka chciała mi wynagrodzić trudy na jawie.

Skoro mowa o tym takim jednym, to dziś, dokładnie dziś upływa wiele lat od dnia, w którym zadzwoniłam do pewnego obywatela, łamiąc od dawna niemodną zasadę „nie odzywać się pierwsza”, a ponadto łapiąc za pysk moją przeraźliwą nieśmiałość. To nie było łatwe. Zwłaszcza że ja, gdy się denerwuję, nie sypię dowcipem z rękawa, przeciwnie, język gwałtownie mi drewnieje, a między uszami hula wiatr; raczej jestem wtedy jak Baby z Dirty Dancing – „eee… taak… co to ja… ach, przyniosłam arbuza” i mniej więcej tak tamta konwersacja wyglądała. Złamałam zatem wszystkie bzdurne reguły nawiązywania relacji damsko-męskich (gwoli ścisłości, ta relacja nawiązana została dwa tygodnie wcześniej, gdy jakaś kompletnie pijana i zarazem bardzo dobra dusza całym ciężarem swego nietrzeźwego ciała pchnęła mnie – dosłownie – w ramiona pewnego obcego jeszcze wówczas człowieka) i na zdrowie mi to wyszło, bo ku mojemu zdziwieniu mój rozmówca zgodził się wpaść do mnie na herbatę, w dodatku tego samego wieczoru.
Reszta jest milczeniem.
I to wszystko było trzynastego, w piątek zresztą.

A ton tour de gagner

Ależ zmokłam.
Powiedzmy, że to wyrównanie za Zatokę Perską, gdzie przez trzy tygodnie widziałam raz chmurkę. Dziś tymczasem nad moją głową, na ostatniej prostej do domu, rozpętała się apokaliptyczna burza, a ja oczywiście bez parasolki. I w balerinkach, jak to ja. Ośmieliłam się pokonać trasę z tramwaju do domu szaleńczym sprintem i dopadłam drzwi ociekająca wodą. Co samo w sobie było nawet dość przyjemne. Gdyby to był zwykły deszcz, to pewnie bym nie biegła. Ale burza to burza. Wszyscy znają autorki stosunek do burz. W skrócie – byle dalej ode mnie. Jeśli jestem pod dachem, zniesę. Na zewnątrz jestem bliska napadu paniki. Nie przesadzam ani trochę. Dla tych słabiej zorientowanych w mojej nudnej biografii, otóż niegdyś przeżyłam burzę w Tatrach, skulona na plecaku w jakiejś kamiennej niszy na szlaku i piorun uderzył parę metrów ode mnie. To jest absolutnie koszmarne doświadczenie, zarazem niepodobne do żadnego innego, jakiego na tej planecie zaznacie, ale od tamtej pory sam widok burzowej chmury na horyzoncie nieco mnie usztywnia i sprawia, że zasuwam kurcgalopkiem do najbliższego budynku.

To w ogóle był trudny dzień.
Zawsze uważałam, że bycie miłym popłaca. Mam przy tym wrażenie, że słowo „miły” w naszym języku nabrało jakichś dziwnych konotacji, jakby chodziło o wiecznie tępo uśmiechniętego wioskowego głupka czy kogoś w tym rodzaju, osobę całkowicie pozbawioną charakteru i taką raczej płaską. Nie podoba mi się to. Tak czy inaczej, jestem głęboko przekonana, że odrobiną życzliwości i zrozumienia można zdziałać znacznie więcej niż za pomocą bycia nadętym bucem. Od lat wierzę – i według tej wiary funkcjonuję – że skoro tak naprawdę wszyscy jedziemy na tym szalonym wózku razem, to naprawdę zdrowiej i przyjemniej oszczędzać sobie nawzajem stresów. Wierzę też, że jeśli komuś okażę sympatię, tak po prostu, nie dlatego, że sobie zapracował na to, bym go z wysokości mojego tronu omiotła łaskawym spojrzeniem, ale dlatego, że to taki sam człowiek jak ja – to ona do mnie wróci. Oczywista, zdarzyło mi się parę razy w życiu boleśnie żałować tego nastawienia, ale w ogólnym rozrachunku wychodzę na plus. Działa. To taka prosta wymiana. Dajesz i bierzesz. Zdarzyło mi się w życiu całkiem sporo sytuacji, gdy ostrzegana „uważaj, to jest trudny człowiek” wracałam z pytaniem „ale czemu? strasznie fajny gość”. Sądzę, że życzliwość to taki jakby magiczny kluczyk, który bardzo wiele drzwi otwiera.

Niestety nie zawsze wszystko tak idealnie idzie.

Są takie indywidua na tym świecie, które same z siebie krzty dobroci nie potrafią wykrzesać, ale bezczelnie jej się domagają. Dają sobie przyzwolenie na ciskanie aroganckich tekstów w innych, pomiatanie innymi, traktowanie ich jak zła koniecznego i zbędnych zarazków, i z jakiejś niezrozumiałej przyczyny uważają, że to jest prawidłowe. Dodajmy, że na ogół nie są to osoby, które miałyby jakiekolwiek wyraźne powody do czucia się lepszymi od innych (z wyjątkiem, ma się rozumieć, szkodliwie rozbuchanej miłości własnej lub też maskowanych kompleksów). I zawsze mnie zdumiewa, gdy osoba taka, wyraźnie nadużywszy czyjejś dobrej woli, cierpliwości, ogólnie wszystkiego i doprowadziwszy kogoś do temperatury wrzenia, demonstrowanego za pomocą nadal dość uprzejmego werbalnego zaprezentowania środkowego palca, uwaga, obraża się. Jakby zachowanie – czytaj: cięta riposta – adwersarza nie było reakcją człowieka, który już po prostu nie zdzierżył. Nie rozumiem, czemu niektórzy nie rozumieją, że każdy, absolutnie każdy człowiek na tym łez padole ma swoją granicę, za którą może rozciągać się siódmy krąg piekieł.
A to jest naprawdę prosta, bardzo prosta zasada. Chcesz, żeby ludzie byli dla ciebie fajni? Bądź fajny dla nich. Ot, cała filozofia. Nie wymaga dyplomu z psychologii społecznej.
Mój James Bond tydzień temu, gdy prawie wyłam za biurkiem, bo wcześniej nieco się powadziliśmy i w ogóle nie wyrabiałam na zakrętach, zszedł na dół do kawiarni i przyniósł mi kolejną torbę emirackich wypieków, podsuwając mi je pod nos i mówiąc:
– Zjedz. Cały dzień nie jadłaś.
Mała rzecz, a prawie się w nim zakochałam dzięki temu. Inna sprawa, że moje zszargane nerwy natychmiast grzecznie się ułożyły.
Toteż apeluję: bądźmy mili. I nam będzie lepiej, i innym.

Poza tym znalazłam kolejny siwy włos. Staram się sobie wytłumaczyć, że on nie jest siwy, tylko spłowiał od słońca, niemniej wiem trochę za dobrze, ile stresu się nażarłam w ostatnich dniach. To się wyrwie, ufarbuje czy coś…

I znowu Francja wygrywa w nogę? Poważnie? Ech.

I am Burj Khalifa

Mam za sobą okropny, długi i męczący dzień, podczas którego z pewnością nie zadbałam o siebie tak, jak powinnam (a niedawno odbyłam z kimś rozmowę na ten temat – słusznie zwrócił uwagę, że niepotrzebnie się żyłuję, że niekiedy sama sobie zabieram czas na oddech; i co więcej, naprawdę czuję, że nie zadbałam o siebie tak, jak powinnam). Dlatego dziś wieczorem wracamy do ciepłych krajów jeszcze na momencik, a potem prędziutko spać.

Wiecie, autorka dużo w życiu widziała. Co jak co, ale na brak przygód nie może narzekać. Oczywiście są tacy, którzy widzieli więcej, co do tego nie mam cienia wątpliwości, ale wydaje mi się, że parę przygód po drodze mi się zdarzyło.
Muzea. Teatry jakieś czy coś (przypomnijcie mi, czy byłam w jakimś ostatnio?… ach, tak). Góry. Pustynie. Wiele zdjęć stóp w wodach ciepłych i zimnych.
A potem autorka poleciała do kraju, w którym jeszcze parę tygodni wcześniej nie spodziewała się być i zobaczyła tę smukłą wieżę, nieustannie migoczącą na horyzoncie.

SONY DSC

Przejęta postanowiła wjechać na samą górę (no, prawie, na samą górę nie sposób, bo ostatnie metry to iglica). Cała ta wyprawa – zajmująca dużo więcej czasu, niż mogłoby się wydawać, bo trzeba się nastać w niezgorszej kolejce – dowodzi, że ludzka inteligencja ponad poziomy wylata. Ten budynek, choć istotnie można zadawać sobie pytanie, po co w ogóle coś tak absurdalnie wysokiego budować, to jest cud inżynierii i trudno mieć co do tego wątpliwości. Jest to też, oczywiście, pomnik ludzkiej pychy – ale wiecie, w kraju, którego mieszkańcy naprawdę nie mają co robić z pieniędzmi, można było wydać półtora miliarda dolarów w gorszy sposób (inna oczywiście sprawa, że Burj Khalifa, jak wiele tamtejszych drapaczy chmur, budowali kiepsko opłacani, pracujący w niewdzięcznych warunkach imigranci z Indii i Filipin – wykonujący bardzo często mozolne fizyczne prace w bogatych tygrysach typu Dubaj czy Hong Kong, zwykle niewidzialni, tylko w weekendy urządzający sobie ogromne wspólne pikniki na skwerach, żeby odpocząć).
Tak czy inaczej, ona jest piękna, ta wieża. Zwłaszcza wieczorami. Z daleka nie wygląda tak imponująco – owszem, widać kontrast pomiędzy nią a pozostałymi wieżowcami, ale zdaje się, że to taka chuda trzcinka. Gdy stajecie tuż pod nią, tylko wzdychacie albo zagapiacie się tępo jak mój towarzysz, który po pięciu minutach takiego stania powiedział, że nie może przestać na nią patrzeć, jest tak fascynująca. Jest też tak ogromna, że w całości w kadrze mojego aparatu się nie zmieściła.

Otóż jedziecie windą pokonującą pół kilometra w minutę i wysiadacie w miejscu, z którego widzicie całe to miasto, będące snem wariata, maleńkie w dole, i dech zapiera.

SONY DSC

Wciskacie spust migawki i wtem czujecie coś dziwnego. Czujecie, jakby podłoga pod waszymi stopami bardzo delikatnie się kołysała, coś jak w lecącym samolocie. Burj Khalifa pracuje, ugina się na wietrze – a wiatry w tym klimacie są silne. Musi, bo inaczej złamałaby się jak zapałka.

Jest też inna strona Dubaju, taka, w jego starej części.


Pachnąca przyprawami i kadzidłem, herbatą z imbirem i miętą, smakująca rybą świeżo wyłowioną z morza na kolację. Głośna i już nie tak wymuskana.

I taka też jest.
SONY DSC
Troszeńkę tęsknię, nie powiem, że nie. Lubię chodzić boso po piasku…

To see yourself as the world sees you may be very brave, but it can also be very foolish

Trochę czasu minie, zanim znowu odwiedzę to miejsce. Tym samym ostatni na chwilę wpis o nim, a raczej o tym, co widziałam. Gdy znowu poczuję ten charakterystyczny, słodkawy zapach powietrza (jeśli to powietrze – raczej jego brak!) w metrze, z pewnością dowiecie się pierwsi.

wp-1465317373169.jpeg

A zatem Rory Kinnear – ten właśnie aktor, za którym nie przepadam, choć nigdy nic mi nie zrobił, po prostu nie na moich falach nadaje – gra w bardzo świetnej Operze za trzy grosze, wykorzystującej całą maszynerię National Theatre (ten słynny drum revolve!), będącej spektaklem niesłychanie widowiskowym i też pysznie zagranym. I ja, wiecie, troszeczkę posypałam głowę popiołem i wycofałam niechęć do niego, oglądając go w tym przedstawieniu, bo jest naprawdę arcyzdolnym aktorem. Ale jednak przyćmiły mi go dwie niesamowite kobiety.

Po pierwsze – Helen McCrory.
Kocham się w niej beznadziejnie, odkąd dwa lata temu zobaczyłam Medeę, w której powaliła mnie na łopatki. Tego roku Helen raz jeszcze sprzymierzyła się z reżyserką tamtej Medei, by opowiedzieć ludziom bardzo smutną historię. Smutną i przejmującą. O kobiecie, która cierpi na najgorszą z możliwych chorób.
Na samotność.
Odrzucona przez mężczyzn, których kochała, żebrząc bezskutecznie o ich miłość – nawet nie o miłość, o uwagę – próbuje popełnić samobójstwo. Na jej szczęście lub nieszczęście w tej samej kamienicy mieszka lekarz, ściągnięty na pomoc. Pierwsza próba niezbyt się udaje. Do drugiej – próbuje otruć się gazem – przygotowuje się znacznie lepiej. Zamyka okna. Kładzie koc pod drzwiami, żeby ograniczyć dopływ powietrza. Mości sobie miejsce na kanapie. Obserwujecie cały ten przerażający, wykonywany jak porządki domowe rytuał i macie ochotę wbiec na scenę i powiedzieć, żeby tego nie robiła – ale z drugiej strony to, dlaczego chce to zrobić, jest boleśnie zrozumiałe…
I powiadam, rozwaliły mnie ostatnie sceny. Otóż bohaterka, znowu powstrzymana przed zrobieniem sobie krzywdy, boso i w szlafroczku smaży sobie jajko. Jedno, samotne. Gdy jest gotowe, wciska się z tym jajkiem na talerzyku pomiędzy kuchenne meble, siada na małym krzesełku i je skulona.
Autorka westchnęła tak, że aż ją zabolało w trzewiach.
Bo ta prosta, cicha scena była chyba najsmutniejszą, jaką w życiu widziała.

Jakby tego było mało, niżej podpisana raptem dzień później poszła na drugą sztukę, której fabuła również kręci się wokół losu kobiety nieopisanie nieszczęśliwej. Nie ma to, jak wprawiać się w dobry nastrój na urlopie. Tak dobry, że tylko żyły sobie czymś tępym otwierać.

O tym przedstawieniu ludzie pieją od miesięcy. Jeden z moich dwóch ulubionych recenzentów teatralnych (bez nazwisk…) szalał z zachwytu. Ponieważ nasz drogi recenzent ma doskonały nos, jeśli idzie o kulturę – i doskonały nos w ogóle, ale zostawmy ten wątek, nim będzie za późno – autorka skwapliwie nabyła bilecik.

To jest bardzo przykry i niewygodny temat; temat, o którym się nie mówi za dużo. Mężczyznę z pociągu do kieliszka jakoś łatwiej rozgrzeszyć niż kobietę. Alkoholizm czy w ogóle wszelkie uzależnienia u kobiet to takie trochę tabu. Inna sprawa, że to kobiece picie czy dawanie sobie w żyłę (lub obie czynności naraz) nie jest takie znowu łatwo zauważalne, w każdym razie dla tych, którzy zauważyć nie chcą. Kobieta z nałogiem jednym czy dwunastoma nie musi być bezzębną, zapuchniętą osiedlową wariatką. Może być człowiekiem znakomicie – na pierwszy i drugi rzut oka – funkcjonującym w społeczeństwie. Dobrze ubranym, pachnącym niszowymi perfumami, dowcipnym i wygadanym. Maskuje się lepiej niż marine na misji. Przynajmniej dopóki nie zostanie sama. Bo to jest właśnie ten moment, jak mówią anglojęzyczni, gdy all hell breaks loose.
I tu mamy kobietę, młodą, odnoszącą sukcesy aktorkę, której coś po drodze idzie bardzo nie tak i trafia na odwyk. Stawia opór oczywiście. Ale jak to. Ja nie mam żadnego problemu. Dajcie mi wszyscy spokój. Masz problem, skoro tu jesteś, odpowiada terapeutka.
To jej zajmie czas. Dużo czasu, żeby się przyznać. Żeby to powiedzieć głośno.
To oszałamiający wizualnie spektakl – zwłaszcza jeśli, jak ja, przypadkiem upolujecie miejsce na scenie i siedzicie w środku akcji tak naprawdę. Co ważniejsze, to doskonale napisana sztuka. Sztuka napisana dość okrutnie, jakby miała widza zaboleć. I boli. Przyznaję, że w finałowych scenach ślozy mi ciekły ciurkiem po twarzy, i już nawet nie próbowałam udawać, że coś mi do oka wpadło.
Rozumiem też, dlaczego Denise Gough była wychwalana pod niebiosa za tę rolę, zdobyła nagrodę Oliviera i w ogóle. Spójrzcie tylko na nią. To jest drobna kobietka z siłą czołgu i niemożebną charyzmą. Hollywood jej pewnie nie zechce, bo nie ma posągowej urody i nie błyska piersiami ochoczo, natomiast jest wyśmienitą, fenomenalną i bardzo szczerą aktorką. Poza tym dlaczego ona miałaby zechcieć Hollywood?…
To jest naprawdę tour de force, powalająca rola. Jak ona daje radę powtarzać to osiem razy w tygodniu, pozostaje dla mnie zagadką, skoro dla mnie, pojedynczej widzki, było to przeżycie bardzo ciężkie. Zabawne momentami, bo ten spektakl jest chwilami groteskowo zabawny, ale głównie jednak mroczny. A nawet przerażający.
Uroczo to wyglądało, gdy Denise wyszła po spektaklu. Jakby taki snopek szedł – była tak obciążona bukietami kwiatów, że nie było jej zza nich widać.

Przysięgam. Następnym razem pójdę tylko na pogodne musicale. Nie zrobię sobie tego znowu. Oczywiście zapewne bardzo kłamię, bo prawda jest taka, że potrzebuję od czasu do czasu zostać przeciągnięta za włosy po podłodze. Potrzebuję poczuć, że życie nie jest taką uroczą opowiastką, jak lubi mi się wydawać. Teatr to bezpieczna metoda przekonywania się o tym – bezpieczna, a zarazem bardzo dotkliwa. On mnie rozluźnia, jak pisałam parę dni temu, ale też pozwala stanąć oko w oko z własnymi koszmarami, powiedzieć „o rany, przecież to jest właśnie to, co ja czuję; jak to dobrze, że takich jest więcej”.

W drodze do domu za to leciałam z panią, która miała wyraźny problem z przestrzenią osobistą ludzi siedzących nieopodal, wetknęła nogi pod mój fotel i oparła torebkę na moim podłokietniku, i powiadam, mój mały wewnętrzny psychopata ocknął się i chciał krwi. Czemu ludzie to robią?…

Though she be but little, she is fierce!

W foyer Shakespeare’s Globe stoi maszyna do pisania.
Maszyna pisze.
Dokładniej, pisze dzieła wszystkie Szekspira. Za każdym razem, gdy ktoś na Twitterze napisze słowo znajdujące się w dramacie Willa, maszyna to słowo znajduje. Ot, taki sprytny gadżet.

Podejrzewam, że znalazłby się ktoś oburzony taką koncepcją. Bard i nowe technologie, świat się kończy.
A jednak.

Piątek był w Londynie okropnie chłodny. Przyjechawszy niemal prosto z kraju, w którym temperatury osiągają wartości absurdalne, bardzo się zasmuciłam, gdy o poranku telefon poinformował mnie, że na zewnątrz jest raptem 10 stopni. A ja miałam przed sobą ładnych parę godzin w plenerze.
Jezuniu, jak ja zmarzłam. Dopóki oglądałam przedstawienie, nawet jakoś bardzo tego nie czułam, ale gdy się skończyło, dotarło do mnie, że jestem sztywna z zimna. Warto jednakowoż było narażać się na zapalenie płuc czy coś, bo spektakl jest po prostu czarujący. Prawdziwy sen nocy letniej. Gdybym miała opisać go jednym słowem, słowo to brzmiałoby „sexy”. To przedstawienie jest barwne, głośne, uroczo kiczowate, przeładowane, niegrzeczne i zmysłowe, i przypomina raczej burleskę niż Szekspira. Co mnie absolutnie zachwyciło. Ale nie każdy zareagował tak samo. Po premierze obóz zwolenników Tradycji przez duże T okopał się na swoich pozycjach i jął protestować – a zważcie, że Wielka Brytania jest jednak dużo bardziej wyluzowana, jeśli idzie o podejście do klasyki – no bo jak to? Czerwony neon z napisem ROCK THE GROUND w świątyni sztuki? Kula dyskotekowa?! Bhangra?!?! Helena jest mężczyzną?!?!?! Gender, ruja, porubstwo i upadek.
Dla niektórych.
Dla innych sama radość.
Obóz tradycyjnych był zgorszony nawet tym, że aktorzy mają mikroporty. No dobrze, ja też tego nie lubię. Co nie zmienia faktu, że ma to nawet sens, gdy gra się pod gołym niebem, gołym i bardzo ruchliwym, bo czasami przelatujący samolot całkowicie zagłusza człowieka. Powiedziałabym zatem, że plusy dodatnie przeważają nad plusami ujemnymi w tym przypadku.

Po kolei.

Puk w tym spektaklu jest śliczny i nieznośnie figlarny – nie ma cienia litości dla publiki. Strzela do niej z pistoletu na wodę, tarmosi za włosy, szczypie w policzki, rzucił(a) też w kogoś nadgryzionym bananem. Tytania jest nieprawdopodobnie sensualna (zrobiło się pewne zamieszanie pod sceną, gdy poprosiła widownię o pomoc w zdjęciu pończoch). Dwie pary kochanków są bardzo zabawne – jeden jest troszeczkę słabym ogniwem, ale za to przystojnym – natomiast jest też, ma się rozumieć, Oberon. I Oberon, psze państwa, jest powodem, dla którego autorka niemal zemdlała. Gdy przeczytała, kto go gra.
Bo gra go niejaki Zubin Varla.
To nazwisko już się tu pojawiało po wielokroć. Otóż Zubin Varla jest aktorem, którego głos autorkę zafascynował ładnych kilkanaście lat temu, gdy była jeszcze w liceum. Nieprawdopodobny głos, niemożliwy. Tak potężny, że aż trudno uwierzyć, że wydobywa się z nie tak znowu dużego człowieka. Zubin onegdaj grał Judasza – naprzeciwko lubianego przez niektóre czytelniczki Steve’a Balsamo – w Jesus Christ Superstar na West Endzie. To jest trudna rola, i wokalnie, i emocjonalnie, bo Judasz, postać kojarzona przecież z czystym złem i zdradą, jest narratorem tej rock-opery i nie sposób nie poczuć doń sympatii. Zubin uprzednio specjalizował się raczej w dramacie, ale wygrał casting i śpiewał tego Judasza z chorym zaangażowaniem. Wydawało mi się, że to musiało go kosztować parę lat życia. Aż w piątek usłyszałam ten szorstki, surowy, nieziemski wokal na żywo. On się z niego wydobywa niemal od niechcenia. Bo tak, on śpiewa w tym spektaklu, ale nawet gdy mówi, ten dźwięk jest… och. Powiadam, gdyby Globe miał sufit, to tynk spadałby widowni na głowy.

Jak wszyscy wiemy, w Śnie nocy letniej najważniejsi są Rude Mechanicals. Trupa aktorów-amatorów złożona z samych nieudaczników, którym trafia się jedyna w swoim rodzaju okazja wystawienia swojego wątpliwego dzieła przed parą królewską. W tym spektaklu są przebrani za obsługę Globe – w koszulkach i fartuchach. Przed spektaklem kręcą się wśród widowni, sprzedają jej wino i orzeszki, upewniają się, że każdy wie, którędy do wyjścia ewakuacyjnego (prosząc przy tym, by najpierw wypuścić aktorów, bo oni nie zachowują się jak normalni ludzie…). Ale tuż przed ich kluczowym występem jeden z nich zaintonował Space Oddity i zerwała się kosmiczna owacja, ludzie klaskali, tupali i gwizdali z całych sił. Co jeszcze dziwniejsze, nad widownią akurat wtedy latał jakiś samotny gołąb. David może wysłał się z powrotem na Ziemię na chwilę?… To był niesłychanie przejmujący moment.

I jig. Jig był fenomenalny. To chwila, na którą każdy w tym teatrze czeka, bo oto widzicie aktorów tańczących i wygłupiających się, i wy też możecie zatańczyć z nimi; i na krótki czas zaciera się granica między sceną a widownią, świat na zewnątrz przestaje istnieć, jest tylko ten okrągły, drewniany budynek i wy w nim.

Pomaszerowałam stamtąd do nieodległego National Theatre, zobaczyć, jak Helen McCrory próbuje popełnić samobójstwo – po wielokroć – a następnego dnia znów wróciłam do tego betonowego monstrum, zobaczyć świetną Operę za trzy grosze (to jednak troszeńkę dyskomfort, gdy aktor, którego nie lubicie – nic wam nie zrobił, po prostu wam nie pasuje – gra tak wyśmienicie, że jakby chcecie się w nim zakochać), ale o tym wszystkim będzie osobno… Lub też nie, bo kogo to interesuje.

I’m back. Not by popular demand but I’m back anyway.

Zaleciałam do Londynu zmęczona jak wszyscy diabli. Dzień po tym, jak wróciłam z pustyni, niewyspana i wymięta, z nieco skołatanym sercem. Rzuciwszy tylko tobołek w hotelu, pobiegłam na południowy brzeg. Prosto na czytanko.

Czytanka to osobliwa rozrywka i podejrzewam, że o ile sporo osób lata z innych krajów, by zobaczyć błyszczące od gwiazd spektakle na West Endzie, o tyle niekoniecznie ktokolwiek podróżuje, by wziąć udział w czymś takim. Cóż, jedna osoba z pewnością.
Po naszemu to by się nazywało czytanie performatywne. Aktorzy mają tylko kilka godzin na przygotowania. Mogą wiedzieć, w jakiej sztuce będą grać wieczorem (i że z pewnością będzie ona miała trzysta lat, może więcej), ale nie wiedzą, kogo będą grali, ani jaką wizję ma reżyser. I tak, to zawsze jest kompletne fiasko, dlatego właśnie ludzie je uwielbiają.
Każdy sezon czytanek zamyka sztuka wybrana w głosowaniu przez widownię. Back By Popular Demand, tak to się nazywa. Głosowanie odbywa się kilka miesięcy wcześniej i jest w miarę demokratyczne, natomiast sposoby, do jakich kandydaci – czyli reżyserzy i ich ekipy – uciekają się, by zdobyć sympatię publiczności, już nie są. W teorii są zasady. Każdy zespół ma dwadzieścia minut na zaprezentowanie najlepszych scen i przekonanie widowni, że właśnie to chciałaby zobaczyć. W praktyce to jeden wielki chaos i wzajemne obrzucanie się mniej lub bardziej subtelnymi wyzwiskami. Cały wieczór wyborczy zwykle również prowadzi jeden z uczestniczących aktorów/reżyserów i to z niego cytat bezczelnie ukradłam do nagłówka.

Wartość artystyczna bywa dyskusyjna – choć zwykle widzicie ludzi raczej utalentowanych, nierzadko skądś jakby znanych (w czwartek przez cały wieczór zastanawiałam się, gdzie ja wcześniej widziałam faceta siedzącego za mną…), którzy zjedli zęby na improwizacji, więc nawet jeśli wszystko im się pomiesza, to i tak wybrną z tego z wdziękiem, najwyżej sami się przy tej okazji trochę ugotują. Macie też okazję posłuchać wybitnych znawców od Szekspira i spółki, którzy ochoczo wygłaszają wprowadzenia do każdej ze sztuk, często z użyciem najbardziej lubieżnych lub kuriozalnych cytatów. Ale nie o to chodzi.

Najważniejsze jest to, że natychmiast czujecie się u siebie. Nieważne, czy jesteście z daleka czy nie, macie cudowne poczucie bycia wśród swoich. I wszelkie stresy z was schodzą.
Cieszę się, że odpuszczono mi moment publicznej kompromitacji. Bo zdarzyła się taka scena, dłuuuga scena, gdy aktor wskazywał paluszkiem wybranego widza, gestem kazał mu wstać, po czym patrząc mu w oczy bez jednego mrugnięcia, recytował litanię obelg pod jego adresem. Och, z jakim zapałem obserwowałam moje buty w tej scenie, świadoma faktu, że jeśli jego wzrok napotka mój, to mogę być następna. Z drugiej strony każdy z wytypowanych wyglądał na ucieszonego, więc sami wiecie. Co za różnica. W sumie zaszczyt nawet.
Jak kiedyś pisałam, można bez pudła rozpoznać osobę, która przychodzi na to pierwszy raz, bo siedzi nieco sztywno i z miną mówiącą: „ci wszyscy ludzie tutaj, oni coś zażyli, z czego oni się śmieją, przecież to nie było śmieszne”. Gdy jednak przychodzi się po raz trzeci, zauważa się, że większość ludzi na scenie i widowni to znane już wam twarze. Z każdą kolejną wizytą liczba skinięć głowy wykonywanych w waszym kierunku rośnie. A przecież niby jesteście tylko widzem.
Dlatego właśnie uważam, że czytanka pełnią funkcję terapeutyczną, i to bardzo. Nie tylko dlatego, że doskonale masują wam przeponę, ale dlatego, że wyzwalają was z wielu uczuć dręczących na co dzień – wstydu, skrępowania, jakiegoś takiego niedopasowania do rzeczywistości. Ze smutków różnych. Tu bowiem jesteście w otoczeniu naprawdę fajnych ludzi, może nieco dziwnych, ale fajnych i takich, którzy są wam szczerze wdzięczni, że chciało wam się przyjść. W otoczeniu bardzo bliskim, bo ciasna przestrzeń Sam Wanamaker Playhouse sprawia, że najpewniej spędzicie wieczór z czyimiś kolanami wbijanymi niechcący w wasze nerki albo czyimś biodrem niebezpiecznie blisko waszego – jak ktoś napisał, ten wyjątkowy teatr to miejsce dla ludzi bardzo szczupłych albo bardzo ze sobą zaprzyjaźnionych.

Mój ulubiony dramaturg powiedział, że teatr jest miejscem bardzo nienormalnym. To prawda.

Sequence Number

Byłam wczoraj w Jordanii.

Uściślając, przeszłam kilka metrów po jordańskiej ziemi, z samolotu do samochodu, który czekał na nielicznych pasażerów (i odwożąc ich do terminalu, zderzył się z z innym lotniskowym samochodem, ale na tyle niegroźnie, że panowie pokrzyczeli na siebie przez okna i pojechali dalej – no cóż). Weszłam do terminalu. Posiedziałam przez chwilę na krzesełku, przyglądając się sunącym bezszelestnie po marmurach pięknookim kobietom w nikabach i tym w podkoszulkach. Wreszcie poszłam kolejnym długim, zakrzywionym korytarzem, na końcu którego czekał uśmiech i służbowe „Grüß Gott”, oznaczające bez wątpienia, że wracam do Europy. Czyli tak naprawdę wcale nie byłam w żadnej Jordanii. Nie przekroczyłam jej granicy. Byłam w tej magicznej, nieoznaczonej na mapach krainie znanej jako TRANSFER, gdzie każdy jest u siebie i zarazem nie jest. Teoretycznie wyjechał z jednego kraju, ale nie przekroczył granicy drugiego. Siedzi w tym swoim nigdziebądź. Modli się o ogólnodostępne WiFi, żeby zabić nudę – zabrane książki już przeczytał. Zaprzyjaźnia się z cudzymi dziećmi. Rozgląda się za miejscem, gdzie kawę wydają. Czeka. Czeka, aż na ekranie pojawi się wytęsknione słowo „boarding”. Wtedy wreszcie będzie mógł pójść tym korytarzem. Zająć miejsce i skulić się w nim. Poprosić o wino (nawiasem mówiąc – jordańskie są bardzo dobre!). Zdrzemnąć się nieco, ukojony łagodnym pomrukiem silników, które na zewnątrz, za dźwiękoszczelnymi szybami zapewne ryczą potwornie, ale do ucha pasażera dociera tylko to delikatne, usypiające szemranie.
Pasażer, będąc nigdzie, niby w jakimś kraju, ale w gruncie rzeczy gdzieś pomiędzy trzyliterowymi kodami na karcie pokładowej, będąc przez chwilę niczym więcej niż kodem paskowym na kartoniku, bo w tym zapisane są wszystkie jego ruchy, skąd, dokąd, kiedy – lada moment zniknie, jakby nigdy go tu nie było. Za kwadrans poczekalnia zapełni się kolejnymi takimi jak on. Nieco zagubionymi i wpatrującymi się w tablicę z odrobinę zrezygnowaną cierpliwością, bo cóż innego można zrobić. Za kilka godzin pasażer wyląduje w domu i natychmiast poczuje się dziwnie zmęczony. Zaniepokojony, bo miał bardzo niewiele czasu na przesiadki i co, jeśli bagaż nie zdążył? (Zdążył, przybył oklejony osiemdziesięcioma czerwonymi nalepkami oznaczającymi, że z tą walizką trzeba biegusiem – pani na stanowisku odprawy w Dubaju widocznie istotnie przejęła się moim lekkim podenerwowaniem. Co ciekawe, pierwotnie moje toboły miały zostać nadane li do Ammanu, bo leciałam dwiema różnymi liniami, które najwyraźniej nie mają ze sobą umowy i zrobiło się lekkie zamieszanie, gdy przerażona oświadczyłam, że nie ma takiej opcji, bym to odbierała i od nowa nadawała w miejscu przesiadki, bo tym sposobem nie zdążę na kolejny samolot. Pani się zafrasowała, ale złapała za telefon, podzwoniła tu i tam, nagle wyrosło przy niej całe stado ludzi dyskutujących żarliwie i popatrujących to na mnie, to na ekran, cokolwiek na nim widzieli, celujących palcem to w ekran, to we mnie – trochę to trwało, ale wreszcie na rączce mojej walizki pojawiła się opaska z jedynie słusznymi literami KRK. Uff).
Pasażer da się zawieźć do domu taksówkarzowi – bardzo miłemu, co nie zmienia faktu, że pierwszy i ostatni raz korzystałam z tych oficjalnych lotniskowych taksówek; ichni cennik to zbrodnia w biały dzień, no dobrze, w ciemny wieczór, ale jednak gruba przesada.
– A pani skąd przyleciała?
Odpowiadam. I sama dziwię się mojej odpowiedzi, bo jak to, jeszcze rano tam byłam, jeszcze w południe jadłam lunch, a teraz nagle jestem z powrotem tutaj, prawie 6000 kilometrów dalej? Nie może to być.

Obiecuję, że będzie tu duży wpis o wszelkich cudach tego miasta, które naprawdę wydaje się nierealne, ba, ono jest nierealne, to sztuczna enklawa nieustającej szczęśliwości wciśnięta między morze i pustynię – bo czegóż on nie ma, wszystko najnowsze, najwyższe i największe. Sztuczne wyspy, wieżowce, centra handlowe z lodowiskami, stokami narciarskimi, piętrowymi fontannami. Obejrzawszy cały budynek wydrukowany w 3D i funkcjonujący jako zupełnie normalne biura, zastanowiłam się, czy misję na Marsa też zamierzają wysłać. Zamierzają.
A przynajmniej o jednym cudzie chciałabym napisać.
I napiszę.
Gdy tylko wrócę stamtąd, dokąd jadę o szóstej rano. I może chociaż tam się wyśpię.