Breathe… breathe, it won’t be long now

Jak można było się spodziewać, po intensywnym i rozluźniającym weekendzie zaliczyłam ostry zjazd nastroju.
Nie bez przyczyny.
Co prawda nad Francją wreszcie świeci słońce, a okoliczne bistra niezmiennie karmią należycie – ale…
Mam tu taki drobny problemik natury ludzkiej, mianowicie postać z gatunku ” nie jestem miła i dobrze mi z tym”. Żaliłam się w miniony piątek Luxemburgerowi nad vin chaud/ Glühwein/nie wiem, jak to się nazywa po ichniemu, że kobieta sprawia wrażenie, jakby miała ciągły PMS.
– Ach nie, to żaden PMS – odparł. – To po prostu sukowatość.
Nie ma to jak nazywać rzeczy po imieniu. Jak nie lubić tego typa?
No, ale tymczasem muszę znosić teatralne powzdychiwania, pytania z kosmosu, których nie rozumiem, bo nie powinny być kierowane do mnie, dziwne komentarze właściwe dla ludzi biernie agresywnych (nienawidzę tego – masz człowieku problem, to powiedz o tym otwarcie, zamiast pluć toksyną pod płaszczykiem życzliwości). Zachowania skrajnie inne w obecności osób trzecich. I och, lekką ksenofobię. Doszło do tego, że przez większość dnia boli mnie brzuch. Mnie bardzo łatwo zestresować, a zestresowana jestem do niczego – trybiki mi zwalniają, nie potrafię się skupić, zapominam o sprawach oczywistych. Nie pojmuję, jak można czerpać przyjemność z wytrącania innych z równowagi. Co takiego rozkosznego w drażnieniu ludzi, w dopierdalaniu dla sportu. Tak, wiem, pytam w internecie, przez 15 lat blogowej obecności niejednego komentatora oznaczyłam jako spam. Nie powinnam dziwić się zjawisku. A jednak. Zwłaszcza, że w realnym świecie nie sposób paskudy wygasić, trzeba z nią jakoś koegzystować. Wierzę, że wszystkim lepiej się funkcjonuje w przyjemnej atmosferze – nie musimy sobie spijać z dzióbków, ale wiecie, o co chodzi. Zawsze twierdziłam, że na byciu miłym można dalej zajechać.
Uchhh. Zacisnąć zęby, wytrzymać. W sytuacjach trudnych chować się w nowym happy place minionego weekendu, z jego nowymi ekscytującymi doświadczeniami (kto by pomyślał…), sukienką z 50 haftkami, zasypianiem w kleszczach. Damy radę. Może ostatniego dnia uda mi się wymyślić stosowną ripostę w odpowiedzi na całą tę żółć.
W ramach samopocieszania się wlazłam na stronę Globe, by zobaczyć, czy mój grafik urlopowy na przyszły rok – to jest rozkład czytanek – został już opublikowany. I otóż pierwsze przyszłoroczne już jest. W lutym. Akurat w ten weekend, który planowałam spędzić za kanałem. Czemu reklamują je zdjęciem promiennej twarzyczki znanej mi skądinąd osoby, od którego to zdjęcia oślepłam na chwilę, tego nie wiem – ale sztuka jest o Sforzach i opis wygląda jak zwykle grafomańsko i obiecująco, więc trzeba będzie pojechać. To moje drugie, niesłychanie ważne happy place. Trzeba mieć na co czekać, trzeba mieć co sobie przypominać, a badziewie tu i teraz jakoś się przetrwa.

Chreschtmaart

Płaci człowiek za to cholerne TGV kwoty szokujące, a oni nawet wifi nie mają na pokładzie.
Luxemburger z uporem twierdził, że coś niedobrze szukam, albo mam taryfę dla cudzoziemców, bo on widzi bilety po 75 euro. Przyjrzałam się screenshotom, które mi wysyłał, po czym poinformowałam go z pewną satysfakcją, że to, przy czym tak się upiera, to cena biletu w jedną stronę. No, ale dobrze. Zabrałam się za organizację wycieczki. I jakże mnie szlag trafił.
Francuzi, widzicie, nie upierają się przy tym, by ich strony internetowe miały wersje obcojęzyczne, lub by te wersje działały. Ja co prawda znam francuski w stopniu takim raczej „uśmiechaj się i potakuj”, ale z drugiej strony kupno biletu to żaden szczególny znój, więc wzięłam, wybrałam daty, godziny, wstukałam swoje dane i numer karty, zagapiłam się ufnie na obracające się kółeczko, po czym dup, kółeczko się namyśliło. Transakcja odrzucona. No bywa. Autorka westchnęła, ponowiła cały proces, po czym zobaczyła ten sam komunikat, tylko dłuższy, bo dodatkowo z informacją, że kolejną próbę dokonania transakcji tą samą kartą umożliwią mi za 24 godziny. W tej samej chwili mój troskliwy bank wysłał mi SMS, że ze względu na próbę dokonania podejrzanej transakcji karta została zablokowana.
I tak oto moje tymczasowe paryskie ściany wysłuchały żarliwej litanii przekleństw w języku polskim, doświadczyły całego bogactwa polszczyzny w tej sferze, kolejom francuskim serdecznie życzyłam, by je strzeliło blade wiadomo co. Kartę szczęśliwie dało się prosto odblokować, ale jak kupić bilet na kolejny dzień, jeśli nie można jej użyć?
Jak to dobrze, że mamy XXI wiek i różne zmyślne aplikacje na telefon, pozwalające kupować bilety kolejowe w całej Europie.
Ale i tak musiałam je sobie w maszynie na dworcu wydrukować. I nie, nie wszystkie maszyny drukują. Tylko żółte.
Mówię wam, ten kraj mnie wykończy.
Ale, ale. Jak to się stało, że w piątek wieczorem, zamiast czerpać przyjemność z paryskiego życia nocnego, wsiadłam w pociąg i udałam się do miejsca, w którym podobno jakieś życie nocne kiedyś ktoś widział. Bo mnie Luxemburger namawiał, żebym przyjechała do niego na wieś i prawdę pisząc, był to pomysł znakomity. Wieczorem wsiadłam w pociąg na Gare de l’Est, a dwie i pół godziny później wysiadłam na dworcu w Luksemburgu. Idź w lewo, czekam na parkingu, czytam w wiadomości.
Idę. Luxemburgera samochód jest czarny, więc rozpoznanie go po zmroku to i tak niełatwe zadanie, ale gorzej, że żadnego samochodu tam nie ma. Łapię zatem za telefon.
– A tak, pomieszałem kierunki, w prawo!
Idę. No istotnie. Stoi tam jakieś przykurzone i ubłocone czarne autko.
– Jesteś głodna? Chcesz do miasta?
– Trochę. Ale wybacz, miałam długi dzień i wolałabym tylko szybko coś przekąsić…
– Możemy podjechać na jarmark świąteczny. Zjemy coś, napijemy się grzanego wina i pojedziemy do domu.
Wypijamy zatem Glühwein z gustownych ceramicznych bucików, wracamy do samochodu i ruszamy z miasta Luksemburg do kraju Luksemburg – najpierw przez suto oświetlone ulice, potem kręte dróżki wspinające się i opadające wśród lasów. Wreszcie zatrzymujemy się przed domem w środku niczego. Wysiadam. Pachnie owcami, końmi i mokrą trawą. Ciemność choć oko wykol.
Co do tych owiec, to kolega ma problem z jedną, która z upodobaniem przełazi przez dziurę w płocie do jego ogrodu (jeśli można tak nazwać okazałą połać trawy) i kolega regularnie odnosi ją pod pachą do sąsiadów. Chciałabym to zobaczyć.
Szczerze mówiąc, najpierw wolałam, żeby to kolega mnie odwiedził. Z której strony by patrzeć, Paryż oferuje jednak więcej atrakcji niż jego ojczyzna. Ale gdy w pociągu z głośników obok zapowiedzi po francusku popłynęły takie w charkotliwym i twardym języku, co wyraźnie znaczyło, że przekroczyłam granicę Wielkiego Księstwa, ucieszyłam się. W zestawieniu ze stolicą Francji Luksemburg jest relaksująco spokojny, cichy, sterylnie niemal czysty i jasny. Mówię o mieście. Prowincja to już w ogóle kosmos. Gdybym chciała, żeby nikt mnie nie znalazł, tam bym się zaszyła.

Tak czy inaczej, rzucam tobołek w twierdzy Luxemburgera. Równie sterylnej, co całe państwo. Większość mebli samodzielnie wyheblowana. Zanim zezwolono mi na wizytę w łazience, musiałam zobaczyć pracownię, z oświetleniem tak mocnym, że chyba zżera większość prądu we wsi, oraz wszystkie lampy, stoły i komody, z których ziomal kokieteryjnie nie jest do końca zadowolony, ale zachwyty przyjmował z wyraźną uciechą.
Jest jednak coś, co napełnia go dumą bezbrzeżną.
– Coś ci pokażę – ciągnie mnie przed jakieś pudełko migające światełkami. – Ponad rok nad tym pracowałem, jeszcze nie jest gotowe.
– Co to?
– To jest, moja kochana, mózg mojego domu.
Cwaniak zaprojektował sobie i zbudował coś, dzięki czemu przez telefon zarządza oświetleniem, ogrzewaniem, praniem i muzyką w swojej kwaterze głównej (zaśmiałam się głupio, gdy mi powiedział, że jeśli mam Spotify, to mogę sobie puszczać muzykę w kąpieli, bo za lustrem są głośniki…). Tak, takie systemy można kupić – ale on to sobie sam obmyślił i skonstruował. Tacy jak wy i ja używają budzika rano. Kolegę budzi jego dom, z wolna podnosząc żaluzje i włączając muzykę. W weekend jednakże procedura budzenia lokatorów zostaje zawieszona. Dowiedziałam się o tym, ocknąwszy się w sobotę w ciemnej i cichej sypialni, jakoś podejrzanie wyspana.
– Która godzina? – mamroczę.
– Dwunasta.
– Która?!
– Jeśli masz ochotę, możesz spać dalej.
Nie chciałam. Druh usadził mnie zatem na kanapie, włączył mi – telefonem, oczywiście – film, a sam poszedł do kuchni gotować lunch.

Po zmierzchu wybraliśmy się na wycieczkę do kraju ościennego, to jest do Niemiec. Państwo pozwolą, że cel wycieczki pominę. Nadal nie wierzę, że dałam się na to namówić. Jedno powiem – z moim drogim kolegą nie sposób się nudzić. W odróżnieniu od wielu znanych mi ludzi Luxemburger nie musi silić się na ekscentryczność. On po prostu taki jest. Gdy mu się zaufa – a godny zaufania raczej jest, bo mimo, a może właściwie dzięki swojej swobodzie obyczajowej jest człowiekiem bardzo odpowiedzialnym i szczerym, mającym wielkie poszanowanie dla cudzych granic – otwierają się przed wami niesamowite przygody. Poza tym może i sprawia wrażenie szorstkiego w obejściu łobuza z niemiłosiernie ciętym jęzorem, ale pod sarkazmem i surowością (co chcecie, belfer w końcu) kryje się osobnik bardzo życzliwy i troskliwy, dla którego wasz komfort – pod każdym względem, od pełnego żołądka po poczucie bezpieczeństwa – stoi ponad jego własnym.
Długo docieraliśmy do kresu naszej eskapady, bo dwukrotnie się zgubiliśmy – może i Luxemburger zna te swoje leśne zakręty jak własną kieszeń, ale autostrady to inna sprawa. Tym samym piękne miasto Saarbrücken objechaliśmy dookoła, przy wtórze niepokojących komunikatów nawigacji pokrzykującej po niemiecku i lubiącej powtarzać „Achtung!” tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Jak również zgubiliśmy samochód na parkingu w centrum handlowym, do którego wpadliśmy na chwilę celem uzupełnienia mojej garderoby przed wieczorną, nazwijmy to, imprezą. Cóż. Zdarza się najlepszym. Luksbryka znalazła się na trzecim ze sprawdzanych poziomów i nie po tej stronie, co myśleliśmy.

Wracamy. Środek nocy. Wypompowana autorka najchętniej przycięłaby komara, ale nie chce zostawiać kierowcy samego. Wtem Luxemburger cofa i zawraca.
– Co jest? – pytam, gwałtownie wyrwana z letargu.
– Coś mi zaświeciło w rowie. To mógł być lis, ale często samochody wyskakują z tego zakrętu, gdy pada.

To były tylko lisie ślepia, na szczęście.

Całkiem smutno mi było odjeżdżać wczoraj – ale umówiliśmy się, że w przyszłym roku widzimy się tu lub tam, lub gdzieś pośrodku, bo niby czemu nie.
Gdy sobie przypomnę, jak nienawidziłam Luksemburga przez mój pierwszy tydzień tam, nie mogę się nadziwić. Gdy pomyślę, że pół roku temu nie miałam pojęcia o istnieniu gościa, z którym w piątkowy wieczór piłam grzaniec tamże, siedząc na murku, majtając nogami i docinając sobie nawzajem, i który całkowicie niespodziewanie okazał się jednym z Tych Ludzi – swoich, z kategorii osobistych VIP-ów – ech. Jak to nigdy nie wiadomo.

La vache

I tak oto przetrwałam drugi tydzień w ojczyźnie confit de canard. Jakoś się dogadujemy. Przyzwyczajam się. Niektórzy mówią, że dom jest tam, gdzie serce – dla mnie raczej tam, gdzie wieszam płaszcz. Co prawda nadal nie ogarniam zasad funkcjonowania mojej pralki, ale bądźmy szczerzy, to raczej kwestia mojego intelektu, który trochę się gubi w starciu z maszynami, niż francuskiego pochodzenia tejże pralki.
Fakt, ruch uliczny nadal nieco mnie stresuje (jak w Londinium, tu też przechodzi się na czerwonym świetle – z tą tylko różnicą, że tu także wtedy, gdy zaraz wjedzie w was samochód, za to na zielonym trzeba uważać na skutery, w tym zwłaszcza jeżdżące pod prąd, przednia zabawa, uchhh, ten kop adrenaliny, kiedy człowiek zbliża się do krawężnika!). Tutejsza osobliwa mentalność również. Ale… gdy zyska się zaufanie tutejszych, okazuje się, że pod lodową skorupą siedzą bardzo przyjaźni ludzie. No i „bonjour, madame!” zawsze miło usłyszeć, wchodząc rano do biura.
Poza tym zdarzył się trzeci czwartek listopada, czyli młode wino przybyło do sklepów i knajp. W moim lokalnym spożywczym całą alejkę z tej okazji postawiono. Oraz wózeczek z ostrygami. Dziś natomiast obżarłam się do nieprzytomności na Montmartre. Dzięki temu spokojniej przeżyłam małą osobistą tragedię.
Otóż z końcem tygodnia dostałam mail od mojego osobistego Jamesa Bonda.
Że dziękuje za wszystko i do zobaczenia.
Właśnie dobiegł końca jego ostatni dzień w fabryce.
– O nie – westchnęło się autorce.
Ja naprawdę tego gościa strasznie polubiłam. Z wszystkimi jego zadami i waletami. Owszem, były chwile, gdy go szczerze nienawidziłam – nigdy w życiu moje żyły nie były aż tak wyprute. Ale to on zszedł po ciastka, gdy usłyszał dyskretne pociąganie nosem w pobliżu mojego biurka, on mnie bronił przed ludźmi chcącymi dołożyć mi pracy, z nim jadałam śniadania w tej samej kawiarni co rano. Niesamowite, jak można z kimś się zżyć przez raptem trzy tygodnie.

Fajny facet.
Życzę mu jak najlepiej. W poniedziałek wysmaruję mu długi, egzaltowany mail, obawiam się. Czasami człowiek musi po uszy w egzaltację wpaść. No i trudno.

Za morzem tymczasem afera wybuchła po tym, jak przyszły wiceprezydent pojawił się na Broadwayu (na Hamiltonie, co dość istotne) i powiedzmy, że nie został ciepło powitany przez publiczność, ale mniejsza o to. Po wszystkim wygłoszono ze sceny dość uprzejme moim zdaniem słowa w jego kierunku – i się zaczęło. Mój ulubiony prezydent-elekt domaga się przeprosin (we właściwym dla siebie stylu), twierdząc, że teatr nie jest miejscem na takie rzeczy (dlaczego nie? nie istnieje w próżni…), bo ma być miejscem bezpiecznym (dla kogo?), jego zwolennicy organizują bojkot (o tyle bez sensu, że zdobycie biletu na to jest jak złapanie gwiazdki z nieba – w Londynie wystawiają to za rok i już jest lista kolejkowa). Niefajnie.
Przeczytałam tekst tego przemówienia kilka razy i nadal nie dostrzegam ani jednego obraźliwego zdania. A człowiek pełniący funkcję publiczną powinien zdawać sobie sprawę, że ktoś może zechcieć wejść z nim w polemikę, prawda?
Wśród przeciwników reakcji obsady na wizytę dominuje głos, iż aktorzy w ogóle nie powinni wypowiadać się na jakiekolwiek okołopolityczne tematy. Mają mówić to, czego nauczyli się na pamięć, a potem twarz w kubeł. Nie zgadzam się. Może i artysta to człowiek do wynajęcia – jak powiedziała aktorka w Unreachable, mogę być kim zechcesz, jeśli tylko mi za to zapłacisz – ale to nie znaczy, że jest jednocześnie człowiekiem bez właściwości. To nie tak, że pod spodem nie ma prawa mieć poglądów i nie ma prawa ich demonstrować. Są oczywiście tacy, którym to zaszkodziło, ale niezależnie od wszystkiego, będąc koniec końców zwykłymi ludźmi czytającymi wiadomości, wychowującymi dzieci, korzystającymi z służby zdrowia, płacącymi podatki, zmagającymi się z bezrobociem, dyskryminacją, nierównościami – mogą głosić swoje opinie na tematy, które ich też bezpośrednio dotykają. Dlaczego mieliby nie?… A że ich głos jest siłą rzeczy mocniejszy – no cóż.
Zabawne to swoją drogą, że ludzi niezdrowo fascynuje życie prywatne aktorów – z kim byli widziani, w której knajpie się upili, kogo objęli nie po przyjacielsku, gdzie błysnęli tyłkiem – ale jednocześnie ich publiczne komentowanie bieżących wydarzeń czy zaangażowanie polityczne uważane jest za coś bardzo niestosownego. Bez sensu.

No dobrze, tom sobie ulżyła, to i teraz mała porcja obrazków z niebywale słonecznego w ten weekend Paryża.

Ça marche!

Wiecie, co trzeba zrobić z mapą, gdy już dotrzecie do hotelu w nowym miejscu?
Powiem wam.

Trzeba ją wyrzucić.

Wyruszyłam w sobotę na miasto, mając przy sobie kartę kredytową, telefon, kieszenie i to jakby wszystko. Wiedziałam, jak dotrzeć na Plac Zgody (prosto i w prawo), a dalej to już gdzie oczy poniosą. Jakoś tak obeszło mi się katedrę Notre Dame, pusty Ogród Luksemburski, kościół St Sulpice, gdzie Delacroix. I nazad ulicą Bonapartego, później mostem – Pont des Arts, kto czytał Cortazara, ma zapewne skojarzenia, to tam Oliveira po raz pierwszy zobaczył Magę – na Pola Elizejskie, gdzie już jarmark świąteczny hula w najlepsze i sprzedają grzane wino (nalewane chochlą z żeliwnych kotłów pełnych pływających owoców – całkiem dobre, acz uczulam, występuje w dwóch pojemnościach, 300 i 500 ml, na zdrowie), ostrygi, raclette i inne takie, a to wszystko przy radosnym wtórze chrypiącego w licznych głośnikach Sleigh Ride. Dwunasty listopada, nieprawdaż. Deszcz zacina. Ale w sumie czemu by nie.

W katedrze troszeczkę sobie posiedziałam. Uwielbiam gotyckie katedry, co nie jest żadną nowością. Naprawdę uwielbiam. Nie jestem wierząca, czego nie ukrywam, ale gdy do katedr wchodzę, nagle się uspokajam. Oczywiście zwiedzam namiętnie, ale lubię przysiąść na krzesełku i tak sobie przez chwilę posiedzieć (czasami ta chwila to godzina, ale nigdy stracona). W takich miejscach jest coś niesamowitego. Mniejsza już nawet o architekturę. One mają wybitnie kojący wpływ. Jakby te mury mówiły „już wszystko dobrze, tu w nas możesz się schować”. Te mury niosą ludziom spokój od kilkuset lat, więc znają się na rzeczy.
Bardzo, bardzo udany dzień.
Dotarłam do domu nieco zmoknięta, trochę zdrożona, ale zadowolona.

Początki w nowym miejscu są zawsze trudne. Nie ma co ściemniać. Człowiek czuje się samotnie. Bywa dziwnie zmęczony. Nawet na kolację wieczorem nie chce mu się wyjść. Nie zna miejsc ani ludzi. Nawet dla samotników jak ja to niewdzięczne. Ale z każdym kolejnym dniem jest łatwiej. Trzeba po prostu, małymi kroczkami, próbować się zadomowić. Znajdować sobie codzienne, drobne punkty zaczepienia – punkt wydający kawę na przykład. I włóczyć się, dużo się włóczyć. 
Co nie zmienia faktu, że gdyby rok temu (akurat rok temu 14 listopada byłam w Londynie, całym podświetlonym na czerwono-biało-niebiesko, serce pękało – to była przykra wizyta, choć miała jeden znaczący plus, Bertiego) ktoś mi powiedział, gdzie będę tej jesieni – rzuciłabym mu Spojrzenie. Ale tak to już jest. Gdy jest się mną, tak to już jest do kwadratu.

8ème arrondissement

Pięknie w tym Paryżu, że mówię wam.

Trudno się dziwić, że ci impresjoniści tak tu szaleli, skoro całe miasto o tej porze roku to jedna wielka kolorowa, rozmazana plama.
I tak codziennie. Zimno i pada i zimno i pada, że zacytuję znanego wieszcza. Nieważne jednak, bo niniejszym zaczęłam długi weekend, w towarzystwie appellation contrôlée oraz telewizora, w którym, ma się rozumieć, wszystkie kanały po francusku. No i świetnie, zawsze to okazja do nauki.
W pracy, po pierwszych niepokojach, całkiem dobrze. Oczywiście prawie wszyscy mówią li po tutejszemu, łącznie z informatykiem. Ale dajemy radę. Udało mi się nawet oswoić jednego bojowo nastawionego tubylca, przed którym ostrzegano mnie, że sztywny i nieskłonny do współpracy – i istotnie, na pierwszym spotkaniu chłodem wiało przez stół. Siedziało to takie z założonymi rękami, wyglądając niemożebnie francusko – przystojne, nadąsane, włos niby to nonszalancko przydługi, szaliczek, szanele na nosie. Na większość pytań reagował irytująco obcesowym „what do you mean?”.
Na drugie spotkanie poszłam sama. Pomyślałam, że choćby nie wiadomo jak konfrontacyjnie był nastawiony, będę udawać, że to do mnie nie dociera. Ale cóż się okazało. Jakby chłopa podmienili przez noc. Sympatyczny. Chcę dokumenty? Jasne, prześle. Znajdzie czas w przyszłym tygodniu? Ma się rozumieć. Żarcik nawet rzucił czy dwa.
Nie twierdzę, że przemianę spowodował mój środkowoeuropejski wdzięk i czarująca osobowość – raczej głęboka wiara, że do ludzi trzeba miło i bez zbędnego dystansu, za to z użyciem magicznych słów, to też będą dla nas mili (sądzę też, że to taka tutejsza mentalność – najpierw okazać nieufność, potem ewentualnie opuścić gardę). Tak czy inaczej, zawsze staram się przelamywać lody – nie bez przesady, bośmy w końcu w pracy, nie na tequili. Zawsze się sprawdza. No, może z wyjątkiem kilku urodzonych buców, ale na takich rady nie ma, nieprawdaż.
Co pozwala mi płynnie przejść do kolejnego tematu.
Obudziłam się wczoraj rano w tej samej rzeczywistości, co reszta świata – i jak wielu, niezadowolona. Nie mam jakichś dobrych przeczuć. Ale mniejsza już o wynik wyborów. Bardziej frapuje mnie reakcja pewnej części społeczeństwa, jej kipiące agresywną Schadenfreude komentarze: ha, lewactwo dostało z liścia, kawiorowe elity won, koniec z dyktaturą korporacji i banksterów, wreszcie ktoś, kto rozumie normalnych ludzi, a nie lew salonowy.
Nie jestem pewna, czy zdają sobie sprawę, że prezydent-elekt swego czasu sfotografował się z milionem zielonych banknotów w objęciach. Że jest gorącym przeciwnikiem regulacji nałożonych na banki po kryzysie finansowym. Że na salonach z królami Wall Street jak najbardziej brylował. Serio, no. Taki bliski pospólstwu, z ludu człowiek. Wogle nie kawiorowa elita.
Cóż. Mleko się rozlało, trudno, trzeba trzymać się tego, co nam niesie radość.
Ja na przykład rano wstanę, zaparzę sobie kawę, wrócę z nią do łóżka, a później pójdę na długi spacer przed siebie. Niech pada, trudno.

Á la clé

Nie wiem, kto mi źle życzył ostatnio, ale ktoś bez wątpienia.
W każdym razie jestem.
Droga przez mękę, powiadam.
Ledwo minął mi sobotni wkurw (nie przejmować się, puszczać mimo uszu, robić swoje), a rozpoczął się wkurw niedzielny. Otóż żebym nie czuła się zbytnio rozpieszczana przez życie, spędziłam pierwsze godziny ekscytującego pobytu w Paryżu, ciągnąc toboły przez pół miasta z punktu odbioru kluczy do tymczasowej kwatery głównej, a następnie przez blisko trzy godziny siedząc na schodach w oczekiwaniu na pomoc, bo klucze nie co prawda pasowały do zamków, ale drzwi ani myślały drgnąć.

Siedząc i czekając na ratunek, osuwałam się powoli w stan kompletnej rezygnacji. Wyszłam z domu dwanaście godzin wcześniej, od dawna był wieczór, więc trochę dziewczyna była zmęczona. Rozbawił mnie za to pan, który – gdy zadzwoniłam na infolinię z informacją, że nie mogę wejść – powiedział:
– Ach, tak. Stale mamy kłopot z tym mieszkaniem.
Nie wiem, czy to miało mnie pocieszyć – jeśli tak, to nie zadziałało, za to z tropu zbiło mnie doskonale. Ogólnie rzecz biorąc, obsługa klienta na poziomie „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”. Kazał mi spróbować jeszcze raz, po czym się rozłączył, dusza człowiek. Gdy zadzwoniłam ponownie z wieścią, iż jego złota rada okazała się całkowicie nieprzydatna, westchnął głęboko i z pewną odrazą, jakbym mu kota obraziła, po czym dodał, że MOŻE wysłać ślusarza. Łaskawca. Nie omieszkał dodać, że usługa zostanie doliczona do mojego rachunku. Ależ oczywiście. Że nie.

Rankiem obudziło mnie bębnienie rzęsistego deszczu o parapet. Temperatura urąga godności.
Będzie ciężko, coś mi się wydaje. Ale jakoś damy radę. Trzeba tylko się przyzwyczaić, wydeptać swoje ścieżki i jakoś damy radę.

It’s (b)utter(f)ly stunning

Hehe.

Jako że artysta i jego mecenas z bożej łaski w końcu się dogadali, pierwszy namalował, drugi łaskawie uznał, że może być i transakcję sfinalizowano, przedwczoraj po południu wysłałam ostatni mail z myślą, że będzie mi całkiem brakowało tej uroczej korespondencji, będącej w zasadzie wzajemnym dziękowaniem sobie w coraz bardziej wielokrotnie złożonych zdaniach i wyścigiem na krygowanie się. Jak zwykle – przeczytałam trzy razy, coby się upewnić, że to wszystko gramatycznie, wysłałam i poszłam na obiad do przyjaciół po sąsiedzku (obiad oczywiście przeciągnął się do kolacji, a potem do sączenia prosecco – moja przyjaciółka jest niereformowalna pod tym względem, zawsze ją proszę, żeby nie szalała w kuchni, po czym przychodzę, a tam stół się ugina).
Wracam do domu koło północy, patrzę i oczom nie wierzę.
Bo artysta przemyślał sprawę. I tak się martwi, że może jednak to nie do końca jest to, czego chciałam, że może jest zbyt mało kolorowe albo zbyt ciemne albo coś, może nie będzie do końca pasowało do mojego ptaszka, a on nie chciałby, żebym pomyślała, iż mi coś narzucił (no, straszliwie brutalne było to narzucenie, naprawdę), a w ogóle to zaletą i wadą jednocześnie takich niedookreślonych próśb jak moja jest to, że można do nich w różny sposób podejść i tak dalej i tak dalej. Zważcie, że ja poprosiłam o to, by wybrał sam. I z tego całego zmartwienia, że nie wybrał dość dobrze, wziął i namazał coś innego, co może przypadnie mi do gustu bardziej? Jeśli tak, to nie ma sprawy, a w ogóle to vide załącznik.

Ja nie wytrzymam.

Nie powiem.
Ładne.
Niemniej absolutnie nie byłabym w stanie wybrać, w związku z czym odpisałam szczerze, że najchętniej przygarnęłabym oba, ale siłą rzeczy drugi będzie musiał poczekać.
Zaglądam dziś do poczty i ależ. Pewnie, że poczeka. „Just get back to me when you can but it is most certainly yours”.

To się, proszę państwa, nazywa „frontem do klienta”.
Wiecie, to już mi nawet przestało wydawać się kuriozalne.
Tak czy inaczej, ktoś musi to uciąć, bo inaczej przez kolejne trzy lata będziemy się bujali z tym obrazkiem. Ogólnie to przydałaby się jakaś bardziej zdecydowana osoba w tej historii.

Z innej natomiast beczki, może was to zdziwi niezmiernie, ale wylatam. Wczoraj potwierdzono, że mam pakować walizkę, w związku z czym w najbliższy weekend opuszczam naszą krainę miodem i mlekiem płynącą na skromne dwa miesiące. Udaję się na ten zgniły, kapitalistyczny Zachód znowu. Na linii Polska-Luksemburg trwają zatem dyskusje o tym, czy i kiedy kolega modniś przybędzie do mnie na shopping i inne takie. Sztywnieję na samą myśl – w Krakowie przecież snułam się za nim przez pół dnia po sklepach, bolejąc, że nie zabrałam książki, bo wielce by się przydała w czasie, gdy przymierzał kolejne wytarte dżinsy i kolejne skórzane kurtki.
Bardzo, bardzo bym chciała, żeby przybył – stęskniłam się wielce za tym łobuzem – ale nie nastawiam się.
Jeszcze się nie denerwuję. Właściwie to jestem zdumiewająco spokojna. Może dlatego, że nawet nie miałam czasu pomyśleć, że wyjeżdżam. Dopiero dziś sobie uświadomiłam, że trza by pranie zrobić i kupić zapas soczewek kontaktowych. Cieszę się oczywiście, bo miejsce przyjemne (choć właściwie to zmieniam jedną zaokienną szarość na drugą), a poza tym wiadomo, najlepiej czuję się w ruchu. Ten rok pod względem częstotliwości startów i liczby pokonanych kilometrów jest wyjątkowy, ale taki był zamysł.
Oczekujcie – jak zwykle – rozmazanych fot, narzekania na mentalność i dziwienia się światu.

An excitingly vague commission

Na waszym miejscu odpuściłabym sobie lekturę, tak dla świętego spokoju, bo szkoda, żeby was zemdliło w taki miły wieczór.

Przez ostatni tydzień autorka codziennie – dla odmiany – zaglądała do skrzynki pocztowej w nadziei, że coś tam może się pojawiło, choć artysta grzecznie i tylko dwa razy uprzedził, iż wyjeżdża i nie będzie mógł niczego zacząć przed powrotem. No, ale pozaglądać nie zaszkodzi, nieprawdaż.
Zaglądała, zaglądała i wyzaglądała.

Mała dygresja.
Wiecie co, ja lubię udawać twardziela, ale w rzeczywistości jestem potwornym mazgajem, a z upływem lat coraz mi łatwiej znaleźć sobie powód do tego, by się poryczeć i zasmarkać. Nie musi być to powód istotny. Oczywiście na zewnątrz nadal trzymam fason i na palcach jednej ręki można policzyć ludzi, którzy widzieli mnie ze spoconymi oczami. Niemniej prawda taka, że pod wszystkimi pancerzami i dziarskim uśmiechem tkwi nieznośnie sentymentalna dziewczyna.
Spodziewałam się, że gdy znajdę w końcu w skrzynce ten mój zamówiony szkic (niechby i tego nieszczęsnego baranka, ba, niechby słynne przejście Żydów przez Morze Czerwone po tym, jak przeszli, albo „ojej, herbata mi się wylała, nieważne, wyschnie i będzie jak sepia”), to przechylę głowę i splotę rączki, bo och jakie piękne.
Ale tego, jak zareaguję, otworzywszy załącznik, nie spodziewałam się zupełnie.

Dowcip polega na tym, że moje życzenie było, jakby to ująć, nieszczególnie konkretne. Otóż autorka, zapytana, co dokładnie ma ten jej nowy obrazek przedstawiać, uświadomiła sobie, że wysyłając tę swoją spontaniczną prośbę, o tym aspekcie nie pomyślała. A on jest jakby kluczowy. Brawo. Autorka zasugerowała zatem artyście, tymi dokładnie słowy, by zdecydował za nią, acz ucieszyłaby się, gdyby to było coś skrzydlatego. Otrzymała bardzo wieloznaczną odpowiedź, po czym artysta zgodnie z ostrzeżeniem zniknął z radaru na siedem dni.
By w sobotni poranek znienacka powrócić. Z załącznikiem.
Załącznik poprzedzało żarliwe zapewnienie, iż absolutnie nie powinnam czuć się zobowiązana do nabycia tego, czego zdjęcie załączono, bo może miałam na myśli coś innego, a jeśli tak, to niech dam znać, poza tym to jeszcze zdecydowanie wymaga poprawek, ale artysta żywi nadzieję, że mi się spodoba. My very best wishes i tak dalej.
No dobra, myślę. Miejmy to za sobą.
Otworzyłam.

Najpierw mnie zatkało. Gdy już mnie odetkało, to puściłam fontannę aż miło.

Po pierwsze ten obrazek jest barwny. Bardzo. Ale to nie jest najbardziej istotne.
Po drugie jest piękny. Ale to też nie jest najbardziej istotne, chociaż…
Po trzecie przedstawia coś, czego najbardziej sobie życzyłam spośród wszystkich możliwości, ale nie miałam odwagi powiedzieć. I to jest istotne.

Po czwarte natomiast już naprawdę dostanę restraining order, bo gdy artystę znów zobaczę, to go będę ściskała tak, że mu te karmelowe oczki wypadną.
(Oczywiście nie zrobię tego, niemniej z pewnością będę miała ochotę).

Po piąte… ech, długo bym mogła.

W każdym razie potwierdza się moja teoria. Nikt nie pojawia się w naszym życiu przypadkiem.

PS Jak mu napisałam – już po spłodzeniu powyższego wpisu – żeby się wstrzymał z wysyłaniem do okolic Nowego Roku, bo wyjeżdżam, to ta słodka istota z wielką ostrożnością odpowiedziała, że nie ma sprawy, a w ogóle jeśli w podróżach zobaczę coś innego, co chciałabym mieć namalowane, to niech napiszę, a w ogóle to zapłacę, jak będę mogła i o to mam się nie martwić. Autorka znowu puściła fontannę, po czym odpisała (dobrze, że umiem pisać, nie widząc klawiatury!), że już zapłaciła, chce tylko, żeby artysta niczego nie wysyłał, dopóki klientka nie wróci pod swój adres.
No.
I to chyba koniec tej historii. Przynajmniej na jakiś czas.

PPS Nie koniec.

Je suis l’un et l’autre

Przymrozek dziś sponiewierał mieszkańców Krakatau, zatem wytargałam z szafy mój płaszczyk. Tenże.
Zawartość jego cudownie głębokich kieszeni przypomniała mi, gdzie ostatnio w nim byłam.
I płaszczyk chyba znowu pojedzie. Bez niego bowiem nie ruszam się donikąd między listopadem a marcem.

Niektórzy mają długi weekend, ja w poniedziałek muszę swój szanowny tyłek zataszczyć do roboty, żeby parę spraw dokończyć, ale w sumie to się cieszę. Poza tym nadejście poniedziałku oznacza, że będę znowu co wieczór ostrożnie zaglądała do skrzynki pocztowej, więc jest na co czekać. No i może się okazać – choć nie musi – iż będzie to ostatni poniedziałek w ojczyźnie aż do świąt. Tych świąt w grudniu.
Tak to u mnie wygląda.

Ja to nawet lubię. Nie przeszkadza mi perspektywa spędzenia blisko dwóch miesięcy gdzieś tam, podobnie jak nie przeszkadza mi świadomość tego, że jeśli będę potrzebna tu czy tam, mogą mnie zawezwać w każdej chwili, z parodniowym wyprzedzeniem. I wtedy mademoiselle pakuje się i jedzie. Tam, dokąd pojechać trzeba. Nie mam z tym problemu. Zawsze o tym marzyłam i doczekałam się takiego życia. Oczywiście marząc, nie miałam pojęcia o konsekwencjach – o tym, że bywa się potwornie zmęczoną, że można czuć się przeraźliwie samotnie, że nie można sobie kupić biletu do teatru ani zaklepać fryzjera na przyszły miesiąc, bo cholera wie. Ale człowiek ma jedną cudowną zaletę – przyzwyczaja się. Ma nieprawdopodobną zdolność adaptacji. Zawsze wydeptuje sobie swoje ścieżki, gdziekolwiek go opatrzność rzuci.
Oczywiście cała akcja wciąż może zostać odwołana. Jak to po wielokroć również bywało.
Ten stan zawieszenia jest nieco frustrujący, niemniej znam siebie na tyle, by wiedzieć, że wolę go od pewności, co będzie jutro, za tydzień, za dwa miesiące i trzy lata. Spokój, choć ma ogromne zalety, prędko mnie nudzi i sprawia, że gnuśnieję i niemal czuję, jak porastam mchem. Świadomość, że być może lada chwila wyruszę po przygodę przyprawia mnie o bezsenność co prawda, ale też sprawia, że zwyczajnie czuję, że żyję. Na chwilę znów zmieniam się w podekscytowanego niemożebnie dzieciaka.

Poza tym wszyscy zdrowi, dziękuję.
Spełniłam dziś dwa dobre uczynki (jeden był trudny, bo chciałam pomóc starszej pani w zakupie biletu, ale automat nie chciał współpracować, choć tarłam pieniążek jak opętana – jest prawdą powszechnie uznaną, że krakowskie automaty wolą monety potarte uprzednio o blachę) i zarezerwowałam sobie kinowy fotel na seans Frankensteina z Lee Millerem w roli tytułowej w poniedziałek – jakbym tego trzy razy nie widziała – zatem zaliczam dzień do udanych. Drobiazgi cieszą.

Nazwiemy ją Tradycja

Nie mam żadnych nowości w wiadomej sprawie, więc pozwolę sobie dziś pouprawiać publicystykę – do splatania rączek w zachwycie wrócę prawdopodobnie w przyszłym tygodniu, gdy nasz drogi artysta wróci z Madrytu.
Też lubię Madryt.
Ale, ale.

Od kilku dni obserwuję, jak kolejne wiadra pomyj wylewane są na kobietę, która nie chciała powiększyć rodziny. No, nie chciała. Nie to, że nie mogła. Po prostu nie chciała. I nie bije się za to w piersi. Jak tak sobie czytam komentarze niektórych, to wychodzi mi na to, że kobieta nie ma prawa nie chcieć. Uprawiała beztrosko seks? Niech rodzi. Dach nad głową ma? Niech rodzi. Pieniądze ma? Niech rodzi. Nie ma to tamto. Nie chce? Fanaberia. W dupie się poprzewracało od dobrobytu. A w ogóle to dlaczego ona w tę ciążę zaszła, o antykoncepcji nie słyszała? Nie wie, że jak się ma dni płodne, to się majtek nie zdejmuje?
Ten ostatni argument szczególnie fascynujący jest w wykonaniu mężczyzn, którzy, o ile wiem, zbyt wielu owulacji w życiu nie mają, ale za to najwyraźniej wyobrażają sobie, iż kobiety dostają miesiączki w ostatni czwartek miesiąca o 10:30 rano – wiele z nas bardzo by chciało, żeby to był aż tak przewidywalny proces. Zresztą całe to pouczanie o nieodpowiedzialności jest cokolwiek śmieszne. To znaczy, oczywiście, ma się rozumieć, pod każdym względem rozsądnie jest się zabezpieczać. Natomiast jak każdy lub prawie każdy wie, różnie w życiu bywa i niekiedy robimy pewne rzeczy troszkę zbyt spontanicznie. Poza tym antykoncepcja zawodzi.
Ale już nawet nie to mnie irytuje. Najbardziej irytuje mnie podejście „no tak, wszyscy wiedzą, że tak się dzieje, ale mogła o tym nie mówić”. Jasne. Zamiatajmy jeszcze głębiej pod dywan, nieustająco. Wspinajmy się jeszcze wyżej w nasze góry hipokryzji, milcząc na drażliwe tematy i po cichu robiąc swoje.
Dobrze, dość już na ten temat zostało powiedziane, niemniej musiałam sobie ulać, bo mnie cholera bierze.

Za to za morzem ogłoszono, że mianowana całkiem niedawno dyrektor artystyczna Shakespeare’s Globe zakończy współpracę po dwóch sezonach. Jak ostatnio pisałam, Brytyjczycy mówią głównie między wierszami i z oficjalnego, napisanego okrągłymi zdaniami komunikatu da się wywnioskować, kto komu podziękował.
Bo jednak za dużo nowoczesności chciała wprowadzić. Sztuczne oświetlenie, mikroporty. A szefostwo Globe chce trzymać się tradycji.
Tradycją to jest, kurza twarz, piekło wybrukowane.
Wiem, że wielu było przeciwników jej dyrektorowania, bo teatr elżbietański to teatr elżbietański i niech będzie taki, jaki był w oryginale. Mam nadzieję, że ci przeciwnicy rozumieją, iż gdyby zachowywać całkowitą wierność oryginałowi, ze sceny powinny całkowicie zniknąć aktorki-kobiety, a wśród widowni powinny pojawić się prostytutki – bo tak wówczas było przecież.
Ponieważ mam wśród znajomych w mediach społecznościowych ludzi w taki czy owaki sposób z tym teatrem związanych, przez mój timeline przeleciało dziś mnóstwo wyrazów poparcia dla pani dyrektor i zgoła innych wyrazów w kierunku zarządu Globe. Widziałam nawet tweet aktora często tam występującego, który napisał, że sorki, ale dla niego to koniec wspólnej podróży, bo nie chce zostać eksponatem muzealnym – śmiałe, biorąc pod uwagę, że to chimeryczna branża i niejednemu aktorowi otwarte wyrażanie poglądów zaszkodziło na tyle, że przez kolejne miesiące parzył kawę w knajpie. Bardzo wielu uznanych ludzi skrytykowało całą historię.

Od zawsze twierdzę, że teatr nie powinien być muzeum i próby trzymania się tradycji za wszelką cenę po prostu mu szkodzą. Świat się zmienia. Ludzie się zmieniają, ich wrażliwość się zmienia. Odnoszę wrażenie, że komuś się zapomniało, iż Globe jest repliką. Jeszcze na początku lat 90. ubiegłego wieku w jego miejscu była dziura w ziemi. Sąsiedni Rose, który jakimś cudem, choć w skromniuchnej formie przetrwał od tamtych czasów, wcale się nie boi wystawiania uwspółcześnionych wersji dawnych sztuk i robi to z dużym powodzeniem. Emma Rice miała wyjątkowo spójny pomysł na ten sezon i wszystko, co widziałam, bardzo mi się podobało – właśnie dlatego, że nie znoszę teatru uprawianego z namaszczeniem i nabożnym waleniem czołem w podłogę. To jest rozrywka, rany boskie. Koniec końców to jest po prostu rozrywka. Owszem, to taki osobliwy typ rozrywki, który niekiedy dołuje, a niekiedy sprawia, że chcecie wejść do wanny wypełnionej wrzątkiem i szorować się papierem ściernym. Bywa. Ale to ciągle rozrywka i nie ma sensu podchodzić do niej na kolanach. To nie kościół.
Z teatrem, książkami, filmami i jakimkolwiek innym wyrobem kulturalnym jest tak, że nie wszystkim musi się podobać. Znana prawda – jeśli coś jest dla wszystkich, to jest dla nikogo. Można ludziom serwować grzeczne, staroświeckie adaptacje, ale jaki w tym sens? Czy nie lepiej choć odrobinę ich sprowokować, zmusić do myślenia, sprawić, że spojrzą na pewne rzeczy inaczej, zainspirować?
Rozczarowana jestem bardzo.
Tak, Globe to miejsce specyficzne, a w Londynie jest około dwustu innych teatrów, więc w sumie może nie ma o co kruszyć kopii. Ale jest o co, bardzo jest moim zdaniem, bo nie ma sensu sprowadzać tego miejsca do kolejnej turystycznej atrakcji – którą tak czy inaczej jest – i serwować przybyszom byle czego podlanego historycznym sosikiem.
Na szczęście pion edukacyjny trzyma się mocno i robi swoje, szefa ma nadal tego samego (przy okazji odkryłam – o żesz ty w mordę! – żem oddalona o raptem dwa uściski ręki od Baracka Obamy! Tak że teges!). Być może zarząd jeszcze się nie zorientował, co oni tam wyrabiają…
Smuci mnie kierunek, w którym ten świat zmierza. Naprawdę mnie smuci.

Miracles at work

Co słychać przy niedzieli? Ja na przykład, proszę państwa, miałam dziś w planach dzień dbania o urodę (jakby cokolwiek można było poprawić w tej sprawie), ale towarzystwo wyciąga mnie na demonstrację, zatem wiele wskazuje na to, że będę dziś uprawiała politykę. Na razie jednak siedzę w kwaterze głównej w towarzystwie uwielbianej Joan As Police Woman. Ten numer zachwyca mnie prawie tak bardzo, jak niezapomniane Get Direct, które całkiem serio przyprawiło mnie o zatrzymanie funkcji życiowych na chwilę. Po prostu jak stałam, tak usiadłam i zamarłam. Ciągle mam ten kawałek na playliście, nie wyobrażam sobie inaczej, ale bardzo rzadko go słucham, bo wywołuje takie dziwne uczucie, o którym chyba wolałabym zapomnieć.

Gdyby kto był ciekaw, jak tam w świecie bohemy.
Po kilku dniach korespondencji zostało ustalone… właściwie niewiele zostało ustalone. Ja nie wiedziałam, że te artysty to takie skrupulatne ludzie są. Z drugiej strony jeśli zawczasu nie dogada się szczegółów, to później wychodzi tak, więc może lepiej, iż koleżka dopytywał o wszystko, od materiałów począwszy, z właściwą dla siebie uroczą dyskrecją sugerując mi przy tym, co sam by wolał, kończąc na temacie.
Jeśli o ten ostatni idzie, niżej podpisana kulturalnie zepchnęła kwestię ostatecznego wyboru na koleżkę, podrzuciwszy mu tylko wymarzony motyw. Koleżka skomentował to w sposób dający ogromne pole do interpretacji (skala pomiędzy „fantastycznie” a „za jakie grzechy…”), niemniej wyzwanie zostało przyjęte. Gdy wróci stamtąd, dokąd wyjeżdża, ma zacząć coś tam mazać wstępnie, więc za jakieś dwa-trzy tygodnie może pierwszy szkic do mojej skrzynki spłynie. I tu zaczyna się część, która najbardziej mnie bawi – li wówczas, gdy spodoba mi się to, co zobaczę, monsieur l’artiste będzie kontynuował prace. Inaczej do kosza i od nowa.
Niezły kosmos, co?

Mówcie mi Peggy Guggenheim.

Oj, będzie śmiesznie tej jesieni.
Nawiasem mówiąc, wszystkie te maile są aż komicznie podręcznikowym przykładem brytyjskiej komunikacji. U Anglozy, jak wiadomo, rozmowa biegnie na dwóch poziomach jednocześnie – słowa to jedna warstwa, to, co pomiędzy nimi, to druga, na ogół bardziej istotna. O ile u takich Teutonów zauważam tendencję do walenia prosto z mostu (o Luksemburgu to już nawet nie wspominam, wszak omawianie życia seksualnego przy obiedzie w restauracji przestało robić na mnie wrażenie, raz jeszcze przepraszam osoby przy sąsiednich stolikach za spowodowaną traumę), o tyle Angloza kocha swoje owijanie w bawełnę po wielokroć, zatem trzeba być czułym na niuanse. Moment, w którym Angloza odpuszcza sobie swoją uprzejmą ostrożność i zwraca się do was bardziej bezpośrednio, traktować należy jako przełom, bo oto zostaliście przyjęci w poczet ludzi zaufanych. A gdy już zaczną z was bezczelnie kpić, to hoho!
Tak czy inaczej, alleluja i do przodu.

Narysuj mi baranka

No dobra, przyznam się.

Ci z P.T. czytelników, którzy zaglądali niedawno na twarzoksiążkę autorki, znają trochę jej perypetie i są świadomi, że ma nader pojemne serduszko, niektórzy ludzie mają w tymże oddzielne szufladki, inni całe komódki, a paru okazałe szafy – już wiedzą, co zmalowałam.
To nie jest do końca właściwe określenie, bo na razie to jeszcze nic nie zostało zmalowane, ale zostanie, tylko że nie przeze mnie.

Jak wiadomo, autorka półtora roku temu niechcący została mecenasem. I to w dodatku wyjątkowym, bo pierwszym. Łatwe to nie było – podejrzewam, że był to jeden z najbardziej partyzanckich zakupów „dzieł sztuki” w historii – ale się udało. Tym samym od ubiegłego maja łypie na mnie ze ściany upierzone stworzenie.
No i od pewnego czasu autorka rozważała nieśmiało powiększenie kolekcji, no bo umówmy się, jeden eksponat to jakby szału nie ma, nieprawdaż. Niestety nie miała ostatnimi czasy okazji do poinformowania o tym oko w oko, ale od czegóż mamy internet. Druki można nabyć trzema kliknięciami, niemniej autorka nie chciała druku. Autorka chciała mieć kolejny oryginał. A że życie ją tej jesieni kopie w oba pośladki z impetem, uznała, że czas sobie wynagrodzić wszystkie wylane w październiku ślozy. Toteż w poniedziałkowy wieczór usiadła i wypełniła formularzyk na stronie internetowej, przeczytała trzykrotnie, skasowała, napisała od nowa, czynność powtórzyła, wreszcie kliknęła „send”. No trudno. Założyła, że najgorsze, co może się zdarzyć, to że jej wypieszczone dwa zdania nie dotrą do adresata lub też jeśli dotrą, to ów plaśnie się uroczą rączką w czoło i westchnie w swoim narzeczu: „rany boskie, tylko nie ta wariatka znowu”. Niemniej ponieważ ostrożności nigdy za wiele, autorka przez dwa dni omijała szerokim łukiem swojego Gmaila.
Wreszcie wczoraj zajrzała.
I podskoczyła z przerażenia.

Czy ja już kiedyś wspominałam, że ten człowiek jest bardzo miły?

Odpisałam w lansadach oraz prawdopodobnie całkowicie bez sensu, toteż wolę nie czytać tego, com wysłała z powrotem – wystarczy mi, że czasami muszę słuchać tego, co mówię. Tym samym znów bałam się mojej skrzynki pocztowej, ale otworzyłam przed chwilą i znalazłam cały elaborat, złożony z długachnych zdań i wysublimowanych konstrukcji gramatycznych, zakończony wdzięcznym pytaniem „So – what do you have in mind?”…
Tak czy inaczej, negocjacje w trakcie. Byłyby dużo prostsze, gdybym wiedziała, czego w ogóle chcę (bo ten obrazek jeszcze nie istnieje, widzicie – to jest najzabawniejsze). Za dużo ośmiorniczek to ja się w najbliższych miesiącach nie najem, bo aż oczy przetarłam, gdy zobaczyłam cenę wyjściową, ale.
Warto.
Z przyczyn tak wielu, że trudno je wymienić. Jedną z nich jest też oczywiście moja pospolita próżność, nie ma czym się chwalić, ale tak jest. Co ważniejsze jednak, mogłabym wydać ten piniondz na masę innych zbytków, które za parę lat wyniosę na śmietnik. Ten ze mną zostanie na zawsze. A co najważniejsze – bardzo, przebardzo fajnie jest wspierać ludzi, których się lubi i fajnie jest czuć, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Poza tym dużo, dużo więcej.

I dlatego mówię – nie chodzić do teatru, nie guglać ludzi, pod żadnym pozorem nie próbować się z nimi przywitać, a jeśli nawet, to zrobić to raz i nie wracać, bo skończycie jak ja.
Wiecie co, to wszystko jest tak absurdalne, że gdyby ktoś mi podobną historię opowiedział, to bym mu nie uwierzyła. Z drugiej strony przecież nikt by czegoś takiego nie wymyślił, chyba że po dużej dawce meskaliny.

Poza tym wszystko po staremu, dziękuję.

Conquer the angry one by not getting angry

Jak widać po moich ostatnich wynurzeniach, lubię miłych ludzi. Lubię uprzejmość – nic nie kosztuje, a jak wiele zmienia. Czasami jednakże zauważam osobliwą prawidłowość, mianowicie nad grzecznością i wychowaniem innych najgłośniej ubolewają ci, którzy sami w te klocki zbyt mocni nie są.
Jadę otóż ja sobie dziś tramwajem. Zatłoczonym, jak to w moim grajdołku. Tramwaj zbliża się do przystanku, pasażerka nieopodal wstaje i przesuwa się w kierunku wyjścia.
– A może by tak „przepraszam” powiedzieć – pada wtem głośne i skwaszone zdanie. Dziewczyna przeprasza, sprawa wydawałaby się załatwiona, ale nie. Obywatel, nie zniżając głosu, jakby chciał się upewnić, że wszyscy go słyszą, informuje, że jakby ludzie książki czytali, a nie oglądali tefałen, to by wiedzieli, jak się zachować.
Ciekawe rozumienie savoir-vivre’u.
Chciałabym powiedzieć, że to jedyny taki przypadek. W poniedziałek inny obywatel pod Galerią Krakowską zapytał mnie, gdzie jest najbliższy przystanek (może to te tramwaje tak ludzi wkurzają?…) i czy odjeżdża stamtąd linia 14. O ile byłam w stanie podać mu lokalizację najbliższego przystanku, o tyle szczerze wyznałam, że nie mam pojęcia, czy czternastka tamtędy kursuje, bo z niej nigdy nie korzystam.
– A czy ja się pytam, czy pani z niej korzysta?! – gość do mnie.
No ludzie.
– Hm – autorka do gościa. – Zatem najbliższy przystanek jest tam, ale z czternastką panu nie pomogę, przepraszam.
– PFF!
I odmaszerował.
W kierunku przeciwnym do wskazanego.
Wiem nie od dziś, że niektórzy ludzie uwielbiają się wkurwiać na innych, szukać dziury w całym, wytykać komuś, że śmiał w ogóle zaistnieć w ich pobliżu. Jakimś cudem czerpią przyjemność z nieustannego dążenia do konfrontacji. Chciałabym, żeby mi kiedyś kto wyjaśnił, co w tym takiego uciesznego. Mnie by to okropnie męczyło. Wielce sobie cenię wzajemną życzliwość i mój mały rozumek nie ogarnia, co takiego fajnego w byciu złośliwym i sfochowanym.

Kontynuując wątek ludzi miłych i tych, którzy mają z tym pewien problem, wyczytałam wczoraj, że petycja jest. By pewnego naszego literata, choć ostatnio bardziej publicysty, choć chyba najbardziej przesadnie aktywnego użytkownika mediów społecznościowych nie zapraszać na krakowskie Targi Książki.
W sumie to się z tym zgadzam, choć owego literata z bożej łaski wyraźnie podniecił fakt, że znowu się nim zainteresowano. Jest na to wdzięczne określenie w języku fanatycznych wielbicieli herbaty z mlekiem – „attention whore”. Cóż. Są tacy, którzy zdobywają sławę dzięki talentowi i ciężkiej pracy w odpowiednich proporcjach, a są tacy, o których pies z kulawą nogą by nie usłyszał, gdyby nie narobili wokół siebie fermentu.
Uważam, że zapraszanie pospolitego buca i seksisty, nazywającego kobiety feminazistkami i pindami, komentującego ich wygląd w sposób, który zasadniczo zasługuje na policzek, bredzącego o deformacjach i że gdyby to on decydował o kobiecych ciałach, na pewno byłyby ładniejsze, niesławnego dzięki tekstowi o korzystaniu z okazji, gdy baba pijana – otóż uważam, że zapraszanie takiego kogoś na jakiekolwiek imprezy nie powinno mieć miejsca. Miejsce powinien mieć całkowity ostracyzm. Ignorować. Nie widzieć, nie słyszeć, nie wchodzić w polemiki. Toteż z drugiej strony zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej, gdyby ów przybył, ciągnąc za sobą blask swojej wyimaginowanej chwały i spędził dzionek cały, siedząc przy pustym stoisku, wytrwale lekceważony przez mijających fanów literatury, nie złożywszy ani jednego autografu. Może to dałoby do myślenia. To jak z trollami – ekscytują się, gdy się z nimi dyskutuje, ale flaczeją jak przekłuty balonik, gdy puszcza się ich mniej lub bardziej niewyrafinowane komentarze mimo uszu i oczu. Jak bowiem często się zdarza, osobniki trafiające na cenzurowane za niemądre, krzywdzące i agresywne wypowiedzi lubią robić z siebie męczenników poległych w walce o wolność słowa. Tylko jakoś nigdy nie pamiętają, że wolność słowa nie oznacza braku odpowiedzialności za to, co wygadujemy (lub po pijaku wypisujemy w internetach). Jestem wielką zwolenniczką tępienia chamstwa i arogancji w życiu publicznym. Bardzo bym nie chciała myśleć, że jestem w mniejszości.

Z innej beczki, nadal nie zajrzałam do mojej skrzynki pocztowej. W poniedziałek bowiem zrobiłam coś dość raczej szalonego i teraz się boję, że dostanę odpowiedź. Odczekam do końca tygodnia.
Bardzo to dojrzałe.

PS Dostałam odpowiedź.

Just because you’re sober, don’t think you’re a good driver, Cookie

Kolega mnie dziś odwiózł do domu.
Samo w sobie nie jest to może wydarzeniem zasługującym na opisanie, choć prawdą jest, że zawsze miło, gdy ktoś z własnej woli proponuje wam podwózkę (zwłaszcza że sama przecież nie poproszę… ostatni raz prosiłam kogoś o przysługę w 1793 roku). Zresztą dżentelmen mieszka dosłownie ulicę dalej, a poza tym należy do gatunku ludzi obezwładniająco miłych. Bardzo lubię. Taka łagodna, ciepła, mówiąca cichym głosem duszyczka. Ani razu nie słyszałam, żeby ten głos podniósł lub w widoczny sposób się zirytował. Zawsze pogodny, zawsze uśmiechnięty. Ktoś mógłby pewnie stwierdzić, że nudny, ale powiem wam szczerze, że im jestem starsza, tym bardziej cenię sobie tego rodzaju towarzystwo. Dobrze na mnie wpływa. Ludzie nadmiernie emocjonalni często mnie męczą. A on jest taki spokojny. I pozytywny, w niewymuszony sposób.
No i jedziemy sobie wesoło. Światła się zmieniają. Mój spokojny, łagodny, mówiący cichym głosem kolega jak nie pociśnie.
– To nie było jeszcze czerwone, prawda? – mruga. – To było ciemnopomarańczowe…
Wot, kolejny zamaskowany raróg najwyraźniej.
Coś mi mówi, że jeszcze go zobaczę tańczącego na stole. Albo wypadnie mu z torby para kajdanek.

Poza tym sytuacja na kontynencie nadal niejasna. Żeby nieco postawić się do pionu, w sobotę polazłam na Kleparz po moje ukochane holenderskie sery (lawendowy wart każdego piniondza), ociekającą miodem bakławę i paczuszkę libańskiej kawy z kardamonem – jak ja czasem lubię ten mój grajdołek. Resztę weekendu spędziłam w w babskim towarzystwie, to jest ze Stryjeńską (znakomity reportaż, taki jak lubię, którego autorka usuwa się dalszy plan, oddając pole bohaterce; jej obecność jest niewyczuwalna, to jakby obraz z włączonej i pozostawionej samotnie na statywie kamery, bez najmniejszych prób reżyserii – chapeau bas, przepadam za takim pisaniem, zresztą obie poprzednie książki połknęłam) i Jeanette Winterson (a zdążyłam zapomnieć, jak bardzo ją cenię). Kręci mi się w głowie plan okołosylwestrowy, właściwie wszystko już poukładane, hotel zarezerwowany, tylko bilet trzeba kupić – lepiej zawczasu, bo ceny już teraz jakieś nieciekawe. Chciałabym powiedzieć, że trochę mi głupio z tym, iż zamiast coś planować z lokalnymi znajomymi, których i tak prawie nie widuję, zamierzam najpóźniej 28 grudnia zawinąć tyłek w troki i wrócić po Nowym Roku, ale.
Ale.
Taki mój wybór. Wezmę na klatę konsekwencje. Skoro słyszę, jak mnie woła i nie muszę się opierać, to przecież nie będę.

Walk walk fashion baby

Pacjent będzie żył, choć nadal jestem a) trochę zagniewana, b) trochę smutna.
Pojawiło się jednak światło w tunelu i, wyobraźcie sobie, nie jest to pociąg. Mam bowiem ogromne szanse na to, że spędzę najbliższe dwa miesiące, pracując z jednym moich ulubionych ludzi na świecie. Naprawdę dziko go wielbię (nie w opisywanym tu ostatnio sensie maślanym). Pod względem zawodowym mój idol. Bardzo wymagający. Niemniej, w odróżnieniu od wielu menedżerów, z którymi miałam do czynienia, jasno mówi, czego dokładnie oczekuje. Trochę się go bałam na początku, bo mimo że nie jest to człowiek solidnej postury, ma w sobie coś, co was deprymuje. Może właśnie to – że jest wymagający. Gdy powiedziałam mojemu osobistemu Jamesowi Bondowi, że trochę się tego faceta boję (a to jego szef na co dzień), pokiwał głową i odparł:
– Yes, he’s a bit intimidating… But he’s really cool.
On wtedy do nas przyjechał, ten mój idol, tam na tę pustynię. Na samą myśl o jego przyjeździe sztywniałam. Tak czy inaczej, spędziliśmy wspólnie tydzień, harując jak dzikie osły (i od czasu do czasu odzyskując równowagę psychiczną w fantastycznej libańskiej knajpie, gdzie podawano piwo – tam to nieoczywista sprawa). Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że deprymujący, jeżący mi sierść na plecach człowiek jest w istocie przemiłym, życzliwym gościem. W ciągu raptem tygodnia wsączył we mnie niesamowicie dużo wiedzy – jak robić rzeczy, których rzeczy nie robić, bo są stratą czasu. I z kogoś, kogo się bałam, przerodził się w sympatycznego mentora.
Mieliśmy takie jedno spotkanie, przed którym panikowałam niemal jak te filipińskie małpiatki, które, biedactwa, są tak przeraźliwie nieśmiałe i nerwowe, że potrafią popełnić samobójstwo z tych nerw. Ręce latały, wdech wydech, może by się popłakać, może by zwymiotować. Nikt nie chce zrobić z siebie patafiana przed wierchuszką, a ktoś taki jak ja w ogóle boi się odezwać, co dopiero mówić przez dwadzieścia minut o czymś, z czym miał do czynienia przez raptem kilka dni. Pół godziny do spotkania. Niby jestem dobrze przygotowana, niby nauczyłam się na pamięć, ale mam żołądek w gardle i pustkę w głowie. I wtem słyszę:
– Come on. Let’s go for a walk.
– Sorry?…
– A walk. Let’s take a walk.
No i facet zabrał mnie na spacer. Kupił nam po smoothie i okrążyliśmy dwukrotnie budynek, siorbiąc. Pogadaliśmy o tym, dokąd wybieramy się na wakacje i dlaczego tam. Niesamowicie mi pomógł w taki prościuchny sposób. A gdy wracaliśmy, oznajmił, że owszem, może się zdarzyć, iż on też podczas tego spotkania zada mi trudne pytanie, ale to nie dlatego, że jest przeciwko mnie, tylko żeby mnie odpowiednio pokierować. I że nie oczekuje, iż będę znała odpowiedź – nie natychmiast w każdym razie.
Spotkanie się odbyło. Trwało, bagatelka, trzy godziny. Autorka lekko drżącym głosikiem, ale już bez reakcji fizjologicznych zaprezentowała swoją część. Skończyłam, patrzę na ekran i widzę, że miga mi ikona komunikatora. Wiadomość od pana deprymującego. Świetnie, myślę. Teraz mi wytknie wszystko, o czym zapomniałam powiedzieć (a zapomniałam).
Otwieram.
„Well done!”.

Teraz rozumiecie, dlaczego go uwielbiam.

Jest zodiakalnym Bykiem, nota bene. No wiadomo!

Gdy parę miesięcy później, będąc w innym miejscu, dowiedziałam się, że też akurat tu jest i właśnie przyszedł, zerwałam się na równe nogi i pędziłam przez budynek co koń wyskoczy, tratując ludzi po drodze – żeby się z nim przywitać.

Jeśli natomiast idzie o wszelkie inne wydarzenia na świecie, to niniejszym oświadczam, że nie mam absolutnie żadnego problemu z literackim Noblem. Z zainteresowaniem jednakowoż śledziłam falę oburzenia, która przelała się przez internety, bo jakże to, jakiś szarpidrut z irytującym głosem, Boże widzisz i nie grzmisz, dokąd zdąża ten świat, degrengolada, upadek kultury itepe itede.
Nie przepadam za podziałem kultury za wysoką (cacy) i niską (be). Wolę podział na dobrą – czyli taką, która człowiekowi powoduje jakieś zamieszanie wokół serduszka, sprawia, że zawiesza się na chwilę zasłuchany/zapatrzony – i złą, czyli taką, przy okazji obcowania z którą człowiek myśli z lubością i zafascynowaniem o swoim zeznaniu podatkowym.
Gwoli ścisłości, też nie lubię słuchać Boba Dylana, gdy śpiewa.
Ale jego teksty uwielbiam.
Wychowałam się na nich.
Ja, ale też mój ojciec, dla którego zdobycie winyla pośród pól malowanych zbożem rozmaitem w Polsce wczesnych lat 70. było sporym wyzwaniem.
Rozumiem, że nie każdemu ta nagroda pasuje. Sama typowałam Margaret Atwood. Albo Joyce Carol Oates. Niemniej całe to och ach jak mogli nieco mnie mierzi.
Dylanowi ta nagroda się należała. Właśnie dlatego, że mnie wychował. Mnie i tysiące innych. Uwrażliwił nas. Pisze nam prostymi słowami o rzeczach nader dotkliwych. O naszej codziennej, beznadziejnej podróży. I wżarły się w nas te jego wersy, bo kto ich nie zna. Degradowanie Dylana do roli jakiegoś tam piosenkarza trochę mnie zirytowało. Bo w czym wiersz śpiewany ma być gorszy od wiersza czytanego? Rączka w górę, kto ostatnio przeczytał jakiś wiersz? A teraz rączka w górę, kto ostatnio, słuchając piosenki, znieruchomiał oszołomiony, bo ktoś napisał ścieżkę dźwiękową do jego życia?… No właśnie. Times they are a-changin’. Dobra literatura pozostaje dobrą literaturą, niezależnie od tego, w jaki sposób jest nam podawana. Wszelkie twierdzenia, że wielcy poeci nie pisali piosenek, są bardzo łatwe do obalenia. Czy naprawdę poetą może być tylko ktoś, kto ma grzywkę, mankiety, chmurne czoło, wstaje rano, sięga po pióro i z namaszczeniem smaruje wiersz przez cały dzień?… A może właśnie każdy z nas? Dla mnie ten Nobel to jasny komunikat, że czas przyzwyczaić się do tego, iż granice między dziedzinami kultury są bardzo płynne. Ale też komunikat, że literatura to nie jest coś ponad nami, coś niezrozumiałego i nadętego. To coś obok nas. Z nami nawet. Coś, co nam codziennie towarzyszy.

(Żeby wszak nie było tak refleksyjnie, dziś ten chłopak, nie do zniesienia człowiek w istocie, nie polecam, ma urodziny! Najlepszego. Oby miał wiele okazji do spotkań z jedyną stalkerką, jaką ma – każdy by chciał taką mieć).

„Do I feel lucky?” Well, do ya, punk?

Szlag mnie trafia od wczoraj. Tak ogólnie, życiowo. I jeśli przed końcem tygodnia nie przydarzy mi się coś miłego, to z poziomu „szlag mnie trafia” przejdę na poziom „blady ch*j mnie strzela”. Bo ta pogoda. Nic tylko siedzieć w kącie i rozmyślać o bezsensie życia. Bo czajnik mi się zepsuł. Bo wywalił się trzeci z rzędu projekt, przy którym miałam pracować – a od tego w moim przypadku zależy właściwie wszystko, to, czy mogę sobie kupić bilet do teatru, czy mogę zaplanować urlop, czy mogę się umówić ze znajomymi, czy jestem tu, czy gdzieś indziej (i gdzie). Bo pani derektor z telewizji nazywa ludzi dziczą i jest z tego dumna. Kończył człowiek to nieszczęsne dziennikarstwo, tłuczono mu do głowy, że trzeba się zachowywać etycznie, zna i to dość dobrze pewnych dziennikarzy i wie, jak bardzo uważają na to, co mówią – a tu przychodzi taka arogancka… osoba i każe człowiekowi się walić. Szczerze, proszę pani? Z radością.
W sumie mogła gorzej napisać.
Jak wiadomo, ja chamstwa nie zniesę. Mam naprawdę uczulenie na język spod budki z piwem, na personalne ataki (tak się zastanawiam od wielu lat, czemu w obowiązkowym programie nauczania nie ma erystyki – to się ogromnie w życiu przydaje, choć z drugiej strony znam coraz więcej indywiduów, które korzystają raczej na tym, że każdego potrafią obrazić). Nie poważam. Nie uważam kogoś sięgającego po takie zagrywki za partnera do rozmowy. Szczęśliwie z tą panią raczej rozmawiać nie będę musiała.
Ach, no i jeszcze dziś pewien niewielkiego wzrostu mizogin rzucił dziś coś o dążeniach do tego, by kobiety rodziły i zdeformowane dzieci. Myślałam, że ten temat został już zamknięty, żeśmy mu dały wystarczająco jasno do zrozumienia, ale nie. Zatem panie, możesz pan sobie te dążenia… no.
Wiecie, ja się niezmiennie zastanawiam, jaki problem z kobietami mają mężczyźni ciskający takie teksty. Bo że problem mają, to nie ulega wątpliwości. Natomiast o jednej ważkiej rzeczy zapominają. Hell hath no fury. Dziewczyny można wkurzyć, można nimi jawnie gardzić (zresztą nic innego z podobnych wypowiedzi nie przebija), można im w twarz splunąć, można je bardzo zranić. Przeżyją. Już tak mamy, życie nas uodparnia. Ale nawet gdy skrzywdzone, przydeptane, potraktowane jak przygłupy, jak istoty niezdolne do samodzielnego myślenia, co dopiero mówić o decydowaniu o sobie – nawet wtedy, gdy idą na chwilę do kącika, żeby się zagoić, to z tego kącika wychodzą z bazooką.

Bardzo was przepraszam, że znowu tak publicystycznie, ale naprawdę mam powyżej kokard tego, co się dzieje.
I jeszcze powadziłam się z Luksemburgiem. Ja. Która z założenia nie wadzę się z ludźmi, ani on. Plus dlań, że skumał, dlaczego autorki bogate słownictwo nagle skurczyło się do „tak/nie/hmmm”. Gdy autorka przeskakuje ze swojej zwykłej retoryki na jednosylabową, to jest źle. Jest bardzo źle.

Powiadam, to jeden z tych wieczorów, gdy bardzo tęsknię za tym moim drugim życiem. Tym tam, za wodą. Gdybym tylko mogła zamienić te dwa miejscami…

ALE. Co do drugiego życia, jutro w Multikinach „Kupiec wenecki” z gościem, który onegdaj czaił się obok mojego kolana. Niezmiennie bawi mnie zestawienie jego nazwiska (Lamb = owieczka) z postacią, bo to byk w istocie raczej, kawał chłopa.
Tak było.
I oby znów było jak najprędzej.

But still attractive

Dzień leniwy do przesady, ale pozwalam sobie na odrobinę bimbania, bo cholera wie, co mnie jutro w fabryce zastanie.
Nic dziś nie zrobiłam. No, przeczytałam dziś bardzo dobry tekst o Kathleen Turner (przeczytajcie choć ostatni akapit, o przekomarzaniach z Lauren Bacall o to, która mówi niższym głosem), z ciekawym i znaczącym wątkiem o tym, jak dostała raz scenariusz z następującym opisem roli kobiecej: „37 but still attractive”.
But STILL attractive.
Jakie to niesłychanie miłe.
(Z drugiej strony taki Donald Trump pewnie uznałby to zdanie za samą prawdę. Rany julek, czy oni tam naprawdę mogą wybrać sobie prezydenta, który przyznaje się do molestowania kobiet?).
Wychodzi, że zaraz moja ostatnia szansa na bycie atrakcyjną. Nie wiem, co potem zrobię. Chyba będę musiała zacząć być inteligentna.

Tak jeszcze, wiecie, a propos tego Jude’a. Jak wspominałam, był w towarzystwie arcypięknej blondynki zajętej telefonem i całkowicie obojętnej na wszystko i wszystkich wokół. Łącznie z nim.
Bardzo bym chciała tak umieć.
Niestety wszyscy mężczyźni, którzy, nazwijmy to, zyskali większą niż przeciętna przychylność autorki, doskonale o tym wiedzą (nierzadko jeszcze zanim ona o tym wie). Szanowny ziomal z Luksemburga nabijał się ze mnie bezlitośnie, twierdząc, że patrzy na mnie i od razu wie, o czym myślę – niestety miał rację w 10 przypadkach na 10. Jak na tacy. W ogóle nie musiał się wysilać. O ile wśród ludzi, którzy słabo mnie znają, uchodzę za dość niedostępną i umiarkowanie towarzyską, o tyle ci, którzy mi troszeczkę serduszka skradli, widzą przed sobą roztapiającą się kostkę głupawo chichoczącego masła z oczkami w słup. To nie ułatwia mi zadania – wszak wiadomo, lepiej przynajmniej udawać niewzruszoną niż całym człowiekiem mówić „zabierz mnie ze sobą do domu” – ale z drugiej strony nigdy nie zauważyłam, żeby któryś miał z tym problem. Starałam się z tym walczyć jeszcze podczas moich pierwszych zakochań, nastolatką będąc, i później – ale bez efektu. W końcu się poddałam. Jest bowiem prawdą powszechnie uznaną, że jeśli jakiejś osobistej wady nie da się skutecznie zlikwidować, należy uznać ją za zaletę.
Problem w tym, że moje sensacje są również doskonale widoczne dla osób postronnych.
Był taki jeden przypadek.
Do teatru poszłam, za morzem. Dwa lata temu. W przedstawieniu brała udział pewna wdzięczna osoba, więc autorka być musiała. Podczas antraktu pogawędziłam sobie z bardzo sympatycznym starszym panem siedzącym po mojej lewicy. Urocza była to pogawędka, o tym, jak nam się podoba (ogromnie), czy wolimy spektakle popołudniowe czy wieczorne (wszystkie), aż wtem bardzo sympatyczny starszy pan uśmiecha się podejrzanie szelmowsko i rzecze:
– A wiesz, przyglądałem ci się trochę w trakcie przedstawienia i zauważyłem coś zabawnego.
O nie.
– Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że…
O NIE.
Tak, proszę pana, zdaję sobie z tego sprawę, ale wcale nie chciałam wiedzieć, że inni również zdają sobie sprawę.
– Yyyhmmpff – odpowiedziała błyskotliwie autorka, garbiąc się w fotelu. Na moje szczęście światła na widowni zgasły i mogłam w spokoju płonąć ze wstydu, obiecując sobie solennie, że już nigdy nie wrócę do tego teatru, ba, do tego kraju.
W postanowieniu wytrwałam trzy miesiące bez tygodnia, by następnie znów wodzić wzrokiem jak na meczu ping-ponga.
Cóż.
Tak sobie myślę, że przynajmniej dostarczam ludziom powodów do radości, a to ważne.

(Pewien związek z powyższą historyjką ma fakt, że dziś wieczorem znowu siedzę w domu, gdyż Ernie w telewizorze – po raz ostatni).

Take me by the tongue

Wróciłam i nic mi się nie podoba. Przede wszystkim jest zimno. Dlaczego, ja się pytam, jest tak wykurwiście zimno. Dlaczego mi pada z nieba akurat wtedy, gdy muszę opuścić kwaterę główną o siódmej rano i tłuc się na drugi koniec miasta.
Nie przyjmuję tego do wiadomości.
Petycję jakąś rozważam.
Na Kasprowym śnieg leży. Znam takich, co zacierają ręce, lub raczej stopy w narciarskich butach. Niestety w Krakowie od razu można poczuć, że w górach spadł śnieg, bo temperatura urąga godności.
Po drugie, wróciły studenty. Wszędzie kolejki. Wszędzie tłok. Wszędzie korki, a te studenty, które nie mają samochodów i są pierwszoroczne, nie umio w automaty biletowe.
Po trzecie, w pracy znowu zmieniono mi grafik, znowu nie wiem, dokąd jadę i czy w ogóle, i już nie mam serca komunikować tego luksemburskiemu miłośnikowi stolarki, bo chyba pomyśli, że mu tak specjalnie robię. W skrytości ducha liczę, że jeszcze to odkręcą. Jeśli nie jednakże, to będę pracowała z moim ulubionym człowiekiem w firmie, więc może nie taka znów tragedia.
Po czwarte, spędziłam parę godzin bez dostępu do internetu (zgroza), a tu zdążyliśmy sobie pięknie schłodzić stosunki dyplomatyczne z Francją. Cholera człowieka bierze. Tak, wiem, dość rozkradania naszych dóbr przez zgniły Zachód, niech się zgniły Zachód w trąbkę pocałuje. Jak słowo daję, jest mi coraz bardziej wstyd. Przykro poza tym patrzeć, jak ci małostkowi ludzie bezmyślnie wszystko rozwalają. Bo mogą i tylko dlatego. My naprawdę nie jesteśmy aż takim mocarstwem, droga władzuniu, żeby móc traktować resztę Europy per noga.
To ja tak się staram godnie reprezentować mój kraj za granicą, a później jeden z drugim oszołom ze świecznika daje czadu…

Po piąte, czy mi się wydawało, czy jakiś nasz niegdysiejszy muzyk wypowiedział się w sprawie protestujących kobiet – nie rozumiem, czemu niektórzy mają taki przymus wypowiadania się i ten przymus jest odwrotnie proporcjonalny do sensu ich wypowiedzi – że trzeba było uważać, komu się daje czy coś w ten deseń. Przeprosił co prawda. Oj, bo mnie jeszcze te przeprosiny wzruszą. Dawno tak kuriozalnego tłumaczenia się nie czytałam.
Tak się składa, że dość dobrze wiem, jak wygląda życie rockmanów, nasłuchałam się przy winie dość historii o wielokątach i innych ciekawych konfiguracjach, całkiem sporo też widziałam, zatem pouczanie w takim kontekście trąci mi nieco hipokryzją. Lub też, oczywiście, jest to gorliwość neofity, czyli w sumie to samo. Ale, ale. Tekstu o dawaniu nie znoszę od lat. Ja niczego nikomu nie daję, psze pana. Moje ciało pozostaje moje, niezależnie od tego, z kim i jak często spędza ono czas. Przyznaję, mam dość luźny stosunek do tej akurat sfery życia, ale w związku z tym, że jest on taki a nie inny, mam też mocno rozwinięte poczucie odpowiedzialności – to jest jednak zabawa dla dorosłych, która, traktowana zbyt beztrosko, może mieć bardzo poważne konsekwencje. Czyli paradoksalnie im większa nasza swoboda obyczajowa, tym większa świadomość jej granic. Seks zaczyna się i kończy w głowie tak naprawdę. Poza tym, psze pana, co prawda przez lata powinnam była przywyknąć, że zachowania akceptowalne u mężczyzn są nie do przyjęcia u kobiet – my, postępując tak samo, dostajemy łatkę puszczalskich. Które oczywiście marzą po nocach o aborcji stosowanej zamiast antykoncepcji; nieważne, że ta druga tańsza, wygodniejsza, przed chorobami chroni, a nade wszystko jest, jak śmiem podejrzewać, jednak znacznie mniej traumatycznym doświadczeniem. Pan niegdysiejszy muzyk wie lepiej. W końcu zapewne przez wiele dni w swoim życiu był kobietą.
Nawiasem mówiąc, uderza mnie zjadliwa satysfakcja, z jaką moraliści z bożej łaski tępią te wstrętne rozwiązłe samice.
Ugh.
Zaprawdę powiadam, do dupy z takim tygodniem.

Jedyny plus jest taki, że mam na co czekać w grudniu (no chyba nie sądziliście, że nie mam w planach kolejnego kursu? i patrzcie tylko, kogo zobaczę – teraz oczywiście pół kontynentu za nim szaleje, całkowicie słusznie zresztą; zawsze mnie cieszy, gdy moi ulubieńcy są doceniani; a bilecik na to kupowałam przez WiFi, siedząc ledwo przytomna w lotniskowej poczekalni w miniony piątek upiornie wczesnym rankiem, gdy tylko wieść poszła w eter). A grudzień już niepokojąco blisko.
I zjadłam perliczkę w Ed Red, i była ona pyszna.
Och, i jeszcze zrobiłam dziś dobry uczynek, to jest uczestniczyłam w badaniu publiczności Starego Teatru. Bardzo mi się spodobała jedna z możliwych odpowiedzi przy pytaniu o powody, dla których nie docieram do teatru, brzmiąca „konieczność zadbania o siebie”.

You know what it’s like when you’re in a room with the light on and then suddenly the light goes out? I’ll show you. It’s like this.

Wróciłam.
Nie, też się nie cieszę.

Tak naprawdę to ja poleciałam z powodu tych dwóch.
Obu absolutnie ubóstwiam od zarania dziejów. Ian McKellen robi ze mnie rozchichotaną nastolatkę. Uwielbiam te jego oczy chłopca. Oczywiście, że bardzo chciałam go zobaczyć na własne oczy, ale nie sądziłam, że będzie to prawdopodobne.
Cóż. Jak to zwykle w moim przypadku bywa – opatrzność zrobiła swoje. W marcu kupiłam bilet, w piątek bladym świtem (a właściwie jeszcze po ciemku) wsiadłam do samolotu i poleciałam.
Londyn przywitał mnie zdumiewająco piękną pogodą (żebym się za bardzo nie przyzwyczaiła, po południu padało). Obleciałam znajome kąty, wypiłam kawę, zrzuciłam toboły w mojej kwaterce, ubrałam się ładnie i wróciłam na West End.

Dobrze znam to miejsce. Pozostaje jednym z moich ulubionych w Londynie, chociaż to jest tylko króciutka i niezbyt urodziwa alejka łącząca Charing Cross Road z St Martin’s Lane. Przypadkiem (nie sądzę…) właśnie tutaj znajdują się wyjścia z dwóch teatrów. Wiele długich minut tu spędziłam, przestępując nerwowo z nogi na nogę, więc mam sentyment.
Tu muszę coś podkreślić. Jak wszyscy wiedzą, autorka nie ma śmiałości do ludzi. Co prawda zrobiła kolosalne postępy, ale nadal nie jest osobą, która łatwo zagaja i jeszcze sypie żarcikami (ale jak mi się uda żarcik, trzy dni dumna chodzę). Nigdy w życiu nie poprosiłam nikogo o autograf – a mam dużo okazji, jak widać po blogasku – bo one nie są dla mnie szczególnie istotne. Wolę, jeśli oczywiście mam okazję, z kimś porozmawiać. To przyjemniejsze i zostaje na dłużej w człowieku. Tak, zatem jak wspominałam, nie mam śmiałości do ludzi, ale gdy naprawdę mi zależy, potrafię się przemóc, czego dowodem fakt, że dokładnie rok temu goniłam pewnego młodziana po ulicy – do tej pory wolę nie myśleć, jak to wyglądało dla postronnych – a w piątek po opuszczeniu widowni skręciłam za róg i ustawiłam się w nie tak znowu dużej kolejce.
Może by coś o spektaklu samym, zanim osunę się w mętne odmęty zachwytów.
Pinter to Pinter. Jedni lubią, inni nie. Niby nic się nie dzieje, ludzie dużo mówią, ciągną swoje monologi – a ile się dzieje. I w tym spektaklu jest podobnie. Tylko czterech bohaterów, jeden wieczór i następujący po nim poranek, masa tekstu, ale najwięcej rozgrywa się gdzieś między słowami.
Wiecie, są aktorzy i aktorzy. Są tacy, którzy gwiazdorzą na wielkim ekranie, ale na scenie kompletnie sobie nie radzą. Są tacy, którzy w ogóle się za nią nie biorą. Są też tacy, którzy ją czują doskonale. I ci dwaj wspaniali panowie niewątpliwie należą do ostatniej kategorii. Co za klasa. Scena, w której grany przez Stewarta pisarz z potężnym problemem alkoholowym wyczołguje się, zalany w trupa, ze sceny… Och.
Oklaskawszy dżentelmenów, poszłam cała w emocjach na zaplecze. Zdążył zgromadzić się tam tłumek, ale nie bardzo duży (być może dlatego, że wywieszone na ścianach komunikaty informowały, że żadnych selfies i panowie podpisują wyłącznie materiały związane z przedstawieniem – programy, bileciki, plakaty, ale nic innego, więc łowcy celebryckich trofeów od razu mogli odejść z kwitkiem). Tak sobie poszłam, bez większych nadziei, że może w te chłopięce oczy uda mi się spojrzeć.

I udało się.

W dodatku jakimś cudem, wypchnięta naprzód przez miłego człowieka, którego imienia nie znam, ale daj mu Boże zdrowie, dostałam podpisy. Ale co ważniejsze, te OCZY.
Nieprawdopodobne.
To jest jednak ujmujące, wiecie, że ludzie tak absurdalnie sławni, którzy mogliby po prostu prześliznąć się do limuzyny, trzasnąć drzwiami i tyle ich maluczcy widzieli, wychodzą do nich co wieczór, wymieniają uprzejmości, uśmiechają się, żartują, cierpliwie składają podpisy, upewniają się, że każdy widz został „zaopiekowany”. I dopiero wtedy odchodzą, w swoich obłędnie niebieskich płaszczach (z McKellenem wyraźnie dzielimy miłość do odjechanych okryć wierzchnich).
Wracałam do hotelu cała w skowronkach.
(Jakby tego było mało, za mną siedział Jude Law. TEN Jude Law. I stał też za mną w kolejce do baru. Niżej podpisana, oczekując na swoje białe wino, rozglądała się, zauważyła faceta metr dalej i pomyślała: „Hm, jaki przyst… O W MORDĘ”. Był w towarzystwie olśniewającej blondynki, która nieustannie bawiła się telefonem. Bawiłybyście się telefonem, spędzając wieczór z takim gościem? Ja też nie).

Następnego dnia obudził mnie deszcz. Oczywiście.
Okutałam się szczelnie i udałam do Royal Court, bo Bateman. Stary znajomy, można by rzec. Spędziliśmy razem kilka wieczorów.
Obawiałam się troszeczkę, bo moim zdaniem on ma problem z charyzmą, to znaczy nieco mu jej brak, i lubi nadrabiać to szarżowaniem. Na szczęście tym razem już tak nie jest. Rozwinął się chłopak.
Co ciekawe, pojawia się tylko na jakiś czas – sztuka (wyśmienita, nawiasem mówiąc, choć mocna) dzieli się na trzy wyraźne części, i nasz drogi Bateman występuje jedynie w części środkowej, jako wzięty do niewoli kapitan – akcja rozgrywa się podczas Wojny Secesyjnej. Główny bohater, czarnoskóry niewolnik dowódcy, puszcza go wolno. Na pewną śmierć, ale wolno.
Oglądałam z zapartym tchem. Świetnie napisane, świetnie zagrane, muzyka na żywo – z boczku sceny siedzi bluesman z gitarą i przygrywa; przygrywa też w antrakcie, więc publiczność miała okazję, ku swojemu zdumieniu, usłyszeć nagle słynny riff z „Kashmir” Led Zeppelin.
Bardzo mi się podobało.
Chciałabym to samo powiedzieć o drugiej oglądanej tego dnia sztuce, ale niestety nie mogę. Mimo całego powabu Dominica Coopera. Mimo przecudnej scenografii (zmieniające się tło to powiększone fragmenty XVII-wiecznych obrazów). Mam wrażenie, że komuś pary zabrakło, albo przestraszył się w połowie drogi – i w efekcie, zamiast historii ociekającej seksem, lubieżnej i zmysłowej, widownia dostała dość ugrzecznioną powiastkę. Szkoda, bo aż się prosiło – bohater był bardzo ciekawą postacią, znakomitym poetą, który oddalił się na łono Abrahama w wieku lat raptem 33, wskutek chorób wenerycznych i alkoholizmu. Nie mówię, że to było złe. Było tylko zbyt gładkie.

(To pierwsze zdjęcie to nie jest to, co być może myślicie. To kciuk. Tegoroczny czwarty filar na Trafalgar Square – co kilkanaście miesięcy staje na nim inna rzeźba, mniej lub bardziej udana, a raz nawet byli to żywi mieszkańcy miasta, codziennie inny).

Wracałam w towarzystwie panienki, która bardzo bała się latać. Autorka to wiadomo. Trzecią osobą w naszym rządku był pan, który bardzo próbował oczarować panienkę (do autorki nawet nie startował, musi wyglądała nieprzysiadalnie – dajcie spokój, wstałam o czwartej trzydzieści, telepałam się na lotnisko dwiema liniami metra i pociągiem, więc zasłoniłam się książką, którą koniec końców i tak porzuciłam na rzecz urywanej drzemki).
– A jak wysoko lecimy? – pyta panienka pana, który wyraźnie chce sprawiać wrażenie globtrotera, tylko że same farmazony sadzi.
– Och – odpowiada on pewnie. – Dziesięć tysięcy kilometrów.
Nie wiedziałam, że Ryanair lata z przystankiem na ISS.
Pan przez cały lot nawijał biednej dziewczynie makaron na uszy. Które wreszcie, gdy silniki zmieniły melodię na tę, która oznacza, że wracamy na ziemię, zaczęły ją boleć.
– Bo ciśnienie spada – rzecze pan tonem człowieka, który wylądowałby na rzece Hudson, gdyby go kapitan Sullenberger w tym nie wyprzedził.
Rośnie, psze pana, ono rośnie!
Dziewczyna wyraźnie cierpi.
– Och, tak to jest, gdy się rzadko lata – rzecze pan tonem człowieka, któremu mam ochotę podłożyć nogę, gdy będzie wysiadał.
– Proszę spróbować ziewnąć – odzywa się wreszcie autorka znad książki.
– Słucham? – dziwi się dziewczyna.
– Ziewnąć. To pomaga.

Pomogło.

Aaa shrew

Długi wpis o tym, co widziałam i komu spojrzałam w oczy podczas minionego już prawie weekendu, będzie jutro. Jak sądzę. Jutro bowiem samolot ze strudzoną autorką ląduje nazad w Krakowie.
A dziś, cóż. Dziś…

Jest niedziela, Borough Market pachnie świeżo zmieloną kawą, Southwark Cathedral stoi, jak stała od średniowiecza, ludzie wystawiają buzie do słoneczka na nabrzeżu i fotografują się z Tamizą w tle, a autorka w swojej sukienusi i balerinkach zasuwa, obojętna na wszelkie uroki miasta, prosto do Shakespeare’s Globe.

Co będę gadać.
Moje stanowisko wobec czytanek jest znane od lat. Trzech lat, uściślając. W tym czasie zdołałam zgromadzić irytująco szczegółową i niepotrzebną wiedzę w zakresie dramaturgii epoki baroku i oświecenia, poznać różnych dziwnych ludzi, zwiedzić rubieże Londynu, dowiedzieć się, że w teatrze wypada gwizdać i tupać, a przede wszystkim nauczyć się śmiać głośno i nieskrępowanie.
Teraz już naprawdę chodzę na Read Not Dead jak na spotkanie towarzyskie. Znam ludzi. Machamy sobie. Jak do tego doszło, nie wiem. Ale widocznie musiało, skoro doszło.
Wspomniany we wpisie poniżej Francuz z krzaka powitał mnie serdecznie po wszystkim. Oni, widzicie, są wszyscy bardzo mili.
– A wejdziesz na górę na wino?
– Bardzo bym chciała, ale nie wiem, czy mogę…
– Nie ma problemu. Powiedz pani na schodach, że jesteś ze mną. Chwilka, pójdę tylko przywitać się z mamą.
Ja chyba śnię, myślę. Ale wiem, że nie.
– Który raz już tu jesteś?
– Dwunasty.
– Wow. Muszę powiedzieć reżyserowi.
(Reżyser powiedział mi „hi”, gdy mijaliśmy się przed całą imprezą, więc z pewnością nie trzeba mu mówić).
Niezbadane są wyroki boskie. Trafiłam tu, bo musiało tak się zdarzyć ani chybi. To jest moje miejsce we wszechświecie.
Poza tym oczywiście było wielce zabawnie – to była wariacja anonimowego twórcy na temat „Poskromienia złośnicy”, zła niemożebnie, ale tym większą frajdę mieli wykonawcy.
Z wyjątkiem jednego.
Który brał w tym udział po raz pierwszy.
No i mu zrobiło towarzystwo chrzest bojowy.
Otóż w scenie kłótni jego sceniczna partnerka wyrwała mu skrypt z dłoni i podarła na strzępy, ku jego przerażeniu i wielkiej uciesze publiczności. Publiczność na Read Not Dead zawsze się cieszy, gdy bohaterów coś złego spotyka, gdy aktor się wywali, pomyli, koledzy go wywiodą w pole (choć sama nigdy nie może być pewna, czy aby nie zostanie wzięta w obroty). No i stoi gość nieco bezradnie, spogląda na te strzępki pod nogami, na połowie twarzy ma wypisane, z przeproszeniem, „ja pierdolę, i co teraz, dlaczego ja w ogóle dałem się na to namówić”, a na drugiej „no dobrze, udajmy, że nic się nie stało”. Wiecie, oni nie znają tekstu na pamięć. Nie ma szans, pierwszy raz zobaczyli go parę godzin wcześniej.
– Help – rzecze bezgłośnie ofiara dowcipu.
Cichutko otwierają się drzwi za jego plecami (w Sam Wanamaker Playhouse aktorzy wchodzą i schodzą ze sceny przez drzwi właśnie – tam nie ma kulis w nowoczesnym rozumieniu). Zza skrzydła wysuwa się ręka z zapasowym skryptem, podaje, równie cicho znika.
I to jest to.
Cały urok tych wieczorów w pigułce.
Powiadam, tak dzikich wiwatów na końcu nie słyszę przy żadnej innej okazji.

Na zewnątrz może dziać się cokolwiek, ale pod tym drewnianym dachem jesteśmy wszyscy razem, sami swoi, bez podziału na panów artystów i publiczność.
Jesteśmy w tym wszyscy razem. W tej małej, drewnianej chałupce otoczonej szklanymi wieżami, w tym niebezpiecznym i ponurym świecie.
Uwielbiam.
To doskonała terapia.
I dom daleko od domu.

Mildly debauched

Dawno nikt nie protestował przeciwko żadnemu wydarzeniu kulturalnemu, ale wreszcie się doczekałam.
Otóż posłanka Sobecka, która onegdaj zasłynęła wypowiedzią, że seks jest zły, bo nie rozwija (ależ pani poseł, myli się pani – bardzo rozwija, i to na wielu płaszczyznach), napisała list.
Nie będę go linkować, bo jeszcze na głowę nie upadłam, żeby linki do biur poselskich na moim blogasku umieszczać. Niemniej pani posłance nie spodobało się przedstawienie – czy oglądała, nie wiem, ale o ile przypominam sobie poprzednie tego typu historie, śmiem wątpić – toteż napisała do dyrektora bydgoskiego teatru list zaczynający się od słów: „Opinia publiczna raz po raz wstrząsana jest skandalami, gdzie pod pretekstem wolności sztuki promuje się pornografię, bluźnierstwo i pogardę wobec katolików”. Piękne. Znowu ta ruja i porubstwo.
Treść w sumie za każdym razem taka sama, nic odkrywczego – obsceniczne, bluźniercze, obsceniczne, bluźniercze, na koniec postraszyć prokuraturą. Ujęła mnie natomiast warstwa językowa tego listu. Na przykład takie zdanie. „Chodzi w szczególności o moment gdy, naga muzułmanka dotyka się w miejscach intymnych, po to by wyjąć stamtąd zrolowaną polską flagę”. Frapująca interpunkcja. „Nie można jednak milczeć i pozostać obojętnym, na to gdy ktoś szarga wartościami dla nas najświętszymi”. Jak wyżej. Oraz bardzo ciekawy zabieg literacki – przyznam, że nigdy dotąd nie czytałam o szarganiu wartościami. W jaki sposób szarga się wartościami? „Jak zatem wytłumaczyć żyjącym Powstańcom Warszawskim, że Polska flaga wyjęta z miejsc intymnych kobiety, to wyraz wolności sztuki?”. Zasady pisowni wielką literą nie są aż tak złożone w języku polskim (małą literą).
Facepalm po wielokroć.
Tak całkiem szczerze, dla mnie człowiek istotnie kulturalny to taki człowiek, który umiejętnie posługuje się językiem w mowie i piśmie, i nie gwałci go co drugie zdanie. Nie jestem zatem pewna, czy z tak kreatywnym podejściem do polszczyzny porywałabym się na pisywanie oburzonych listów. Ale dobrze.
Swoją drogą, panią poseł zapewne wprawiłby w przerażenie fakt, że po raz pierwszy w życiu widziałam penisa na własne oczy w teatrze właśnie. Mając lat czternaście czy jakoś tak. To były „Ślady” Szajny (do dziś zachodzę w głowę, jakim cudem taka małolata mogła to obejrzeć – w dzisiejszych czasach stałoby wołami na plakatach, że spektakl tylko dla widzów dorosłych). I co? I jakoś mnie to nie ta promocja pornografii, jak to się teraz nazywa, nie zdemoralizowała.

Chociaż…

Rozmawiałam dzisiaj z Luksemburgiem i przyznałam mu się, jak mnie zdołowała ta historia z przyjaciółki rozwodem.
– Ale czemu masz deprechę? – zdziwił się ziomal. – Przecież to nie ty się rozwodzisz. A dla niej to chyba właściwie lepiej w takiej sytuacji?
Ot, żelazna męska logika.
– Powinnaś ją zabrać do tego baru, gdzie bywaliśmy. Pozna jakiegoś atrakcyjnego nieznajomego…
– Chyba za wcześnie na to.
– No to za jakiś czas. Przeciągnij ją na ciemną stronę. Pokaż jej, jak to się robi. Złapać faceta, wykorzystać, złapać następnego.
– Ale czemu od razu nazywać to wykorzystywaniem. Ja kocham mężczyzn.
Niemal widzę między literami przebiegły uśmiech.
– A czy to koniec końców nie to samo?…
Szach mat.

No dobrze.
Możecie mieć pewien przesyt, jeśli idzie o tego osobliwego dżentelmena, więc śpieszę zawiadomić, że na najbliższe kilka dni wątek cudacznych mieszkańców Wielkiego Księstwa zostaje zawieszony. Za to, żeby wam nie było zbyt dobrze, będzie tu znowu dużo rozmazanych zdjęć nabrzeża Tamizy o zmierzchu, wiewiórków w parku i takich tam. Jak również mętne zachwyty, bo idę na cztery randki (pierwsza, druga, trzecia, czwarta – tego ostatniego pana możecie nie znać, ale to on rok temu był Francuzem chowającym się w krzaku, a tej wiosny znacząco przyczynił się do tego, że w czerwcowym głosowaniu publiczności zwyciężyła sztuka, w której w niedzielę jeden jedyny raz zagra; uwielbiam go). Moje skołatane serce odrobinę spokojniej bije, wiedząc, że wraca.
Ja oczywiście żartuję z tymi randkami, ale gdyby się zastanowić, coś w tym jest. Wszak jak od dawna wiadomo, ja i to miasto pozostajemy w szczególnej relacji – i nawet gdy mnie wkurza, a tak się zdarza, to i tak zaraz wybaczam.

Ride with the devil

Autorka nieco odżyła, głównie dzięki temu, że spędziła niedzielę pod kocykiem, siorbiąc bezczelnie głośno herbatkę i oglądając cięgiem Broadchurch (czy ja być może jestem trochę dziwna, że ratuję się przed złym samopoczuciem serialami o zabójstwach dzieci…), a wieczorem oczywiście Victorię, podczas oglądania której najpierw cała się rozpromieniła z zadowolenia, a później serce jej pękło. Niestety Ernie (co ja onegdaj pisałam, że niektórych ludzi włosy powinny być osobno wymieniane na liście płac?) już przestał wprowadzać element humorystyczny i wprowadził element a’la smutny spaniel, by następnie opuścić Windsor.
Nawiasem mówiąc, śmiesznie ogląda się serial, mając jednocześnie na bieżąco odautorski komentarz z offu na tłyterze. To taka trochę wzbogacona rzeczywistość Aleśmy czasów dożyli.

Tymczasem kolega Luksemburczyk odkrył w sobie zamiłowanie do piercingu. No rany boskie. Może go załamał nerwowo powrót do roboty po blisko trzech miesiącach obijania się. W każdym razie przekłuł się tu i ówdzie, i teraz nawet sugeruje, że sama powinnam spróbować. Wiecie, ja przeżyłam wiele lat szczęśliwa i spełniona z raptem dwiema dziurkami w uszach, ale że należę do ludzi nadmiernie być może ciekawych świata i nowych wrażeń, z niepokojem zauważam u siebie zmianę kursu z „po moim trupie” na „a w sumie…”. I tak nikt by nie wiedział. No, prawie nikt.
Raróg w swojej niezmierzonej troskliwości twierdzi, że to nic nie boli. Jakoś mnie to nie przekonuje. Mężczyźni zawsze tak mówią.
Cóż mogę rzec.
A miałam takie spokojne życie.

L-l-lies

To nie był dobry piątek.

Z och, jakże wielu powodów.

Jeden wszystkie znamy. W sumie nie wiem, czy czuję się gorzej z myślą, że posłowie traktują mnie jak potencjalny inkubator, w razie czego do poświęcenia, czy z tym, że traktują mnie jak szmatę, bo przecież ich zdaniem aborcje wykonuje się li wtedy, gdy się z kimś zapomniało po pijaku, czy może z tym, że jeśli nie będę mogła zajść w ciążę, a będę chciała i potrzebowała medycznego wspomagania, to pokażą mi wała. Ogromna fala wkurwu i obawy przelała się w ostatnich dniach przez ten kraj. W sumie nigdy dotychczas nie czułam się niepełnowartościowym obywatelem, jest to zatem dla mnie uczucie nowe i niewygodne, do którego jeszcze nie przywykłam.
I, kurwa mać, nie zamierzam.

A teraz coś z zupełnie innej beczki.
Mam otóż, moi drodzy, bardzo niską tolerancję na romanse pozamałżeńskie. Niską znaczy znikomą. Nigdy z żonatymi się nie bratam. Jak na ironię, mam jakieś osobliwe szczęście do tego typu amatorów mojej skromnej osoby i żadnemu się nie udało. No, prawie – tę moją zasadę raz złamałam, w okolicznościach oczywiście imprezowych, dwanaście lat temu, i to był jeden jedyny raz. Przyznaję się, żeby nie było, żem świętsza od papieża. Od tamtej pory ludzie z węzłem dla mnie nie istnieją jako potencjalni partnerzy. Za dużo nasłuchałam się i naoglądałam historii o tym, jak on to już z żoną nie sypia, już prawie składa pozew, po czym mijają lata, żona wskutek niepokalanego poczęcia wydaje na świat kolejne potomstwo, a pozew nadal w drodze do sądu, przez pocztę w Ułan Bator ani chybi. Poza tym żenuje mnie cały ten spektakl, głodne kawałki i dyskretne zsuwanie obrączki, umawianie się po hotelach, ściemnianie obu stronom, ugh. Podziękuję.
Nie mam nic przeciwko poligamii, gwoli ścisłości. Szczerze pisząc, uważam ją za całkiem zdrowe rozwiązanie (choć nie dla każdego, oczywiście). Pod jednym, absolutnie kluczowym warunkiem – trzeba być szczerym. Nade wszystko cenię sobie szczerość. Bo jak wiemy, kłamstwo ma krótkie nogi. Nie ma szans, żeby się nie wydało. Poza tym chodzi o taką pospolitą ludzką uczciwość. Nigdy nie byłam szczególną fanką małżeństw, ale uważam, że jeśli komuś coś się obiecuje, ba, przysięga – przyzwoitość nakazuje słowa dotrzymać. Albo przynajmniej uczciwie powiedzieć: słuchaj, kochana, tak się podziało. Nie brnąć w zaparte, nie nawijać makaronu na uszy.
Dlaczego o tym piszę, państwo pytają.
Moja przyjaciółka się rozwodzi.
Szczęśliwe małżeństwo ze sporym stażem, zwierzaki, podróże, wypieszczone gniazdko. I wtem. Wydarzyło się to, co powyżej.
Przepiękna, błyskotliwa kobieta z oczami jak gwiazdy, z sercem na dłoni, a ten rozpina gacie na widok pierwszej lepszej, co mrugnęła zalotnie.

Wiecie, gdy człowiek z kimś się przyjaźni przez kilkanaście lat, prawie większość swojego życia, pewne rzeczy po prostu wyczuwa, wychwytuje między słowami. Przez ostatnie miesiące miałam wrażenie, że coś jest z dziewczyną nie tak. Komunikacja jakaś zwięzła. Tak tak, spotkajmy się, ale może po wakacjach. Ja nie z tych, co lubią się wtrącać, więc usunęłam się nieco i czekałam. Aż tu w piątek nagle news zwalił mnie z nóg.

To nie jest proste, oglądać jedną z najbliższych osób w stanie kompletnej rozsypki i wiedzieć, że nie bardzo da się pomóc. Można siedzieć i słuchać. Powiedzieć, żeby wpadła w weekend, to sobie ugotujemy spaghetti, takie na ośmiu ząbkach czosnku i mnóstwie oliwy, albo lepiej, usmażymy bezwstydnie niezdrowe frytki i zjemy, oglądając serial pod kocem. Tyle można.
Tylko co zrobić z rosnącą chęcią pobicia gościa jego własnymi butami.
Gdy mnie ktoś skrzywdzi, zwykle na chwilę włażę pod moją skorupkę, wylizuję rany i w niedługim czasie jestem jak nowa. Ale gdy ktoś krzywdzi moich przyjaciół, moja reakcja jest zgoła inna. Resztki skrupułów tracę i idę ostrzyć narzędzia. Mam jakiś taki instynkt obrończy. Może to przez moje imię, którego grecki źródłosłów jest właśnie taki – obrońca (nie podejrzewam, ale kto wie?).
Słowo daję, lepiej żeby mi się na oczy nie pokazywał. I to też sprawia mi przykrość, bo zawsze bardzo go lubiłam. Niestety są takie rzeczy, za które trafia się u mnie do szufladki z napisem „tych klientów nie obsługujemy”. A że jestem przesadnie pamiętliwa, jeszcze nikomu, kto do tej szufladki trafił, nie udało się z niej wyjść. Koniec, Schluss, the end.

– Szczerze mówiąc, wyglądasz na bardziej przybitą ode mnie – powiedziała mi moja miła na pożegnanie.
– Bo jestem przybita. Jestem w szoku.
(Byłam. Popłakałam się, wróciwszy do domu).

Na otarcie łez i ponieważ nie mam pieniędzy, ale za to mam doła, kupiłam sobie wczoraj sukienkę, która do mnie mówiła. Przyda się za tydzień.

Speed dater

Kto by pomyślał, że już prawie piątek?
To oznacza, iż za tydzień o tej porze będę przebierała się w piżamkę (nie stosuję, to taka przenośnia), by wstać znowu o cholernej czwartej nad ranem, siedzieć na lotnisku z miną a’la Grumpy Cat, ale ale mój wyraz twarzy w pewnym momencie zawsze gwałtownie się odmienia. I tak też będzie tym razem, bez dwóch zdań. W końcu po drugiej stronie Kanału czekają cztery przedstawienia, dwóch czarujących dżentelmenów i banda świrów. Czyli klasyka gatunku. No, ale to dopiero za tydzień.

Tymczasem.
Po nędzy niedawnych kilku dni nastąpiła dziś cudowna odmiana – i jakie piękne słońce świeciło po południu! Po pierwsze, dowiedziałam się, że jednak znowu wyjeżdżam do roboty. Nie do końca tam, dokąd miałam, ale na tyle blisko, że będę mogła wsiąść w autobus i wpaść do drogiego kolegi w piątek wieczorem, albo on do mnie. Nawet się nie zmartwił, przeciwnie, napisał mi, że poza jednym weekendem wszystkie pozostałe ma wolne (znakomicie – ten jeden przeznaczę na zamki, żeby nie było, że nic nie pozwiedzałam – albo może na Trewir?), więc można planować.
Widzicie, jak to się czasem składa.

Jak na ironię, w drodze do domu wręczono mi taką oto ulotkę.

img_20160922_193252.jpg

Wysłałam skwapliwie zdjęcie do Luksemburga, a ten mi pisze:
– No ale idź, bo się spóźnisz!
Dzięki, stary.
– Wiesz co, nie.
– A czemu? Ja bym poszedł, zawsze to coś nowego.
Tak. Nie wątpię, że ty byś poszedł.
Raróg i jego umiłowanie nowych doświadczeń. Przypomnijcie mi, za co go lubię. Ach, tak…

Nota bene, z jakiejś niepojętej dla mnie przyczyny od kilku dni reklama kontekstowa na Fejsie proponuje mi cudowne warsztaty dla singielek, które sprawią, że dowolnie wybrany dżentelmen straci dla mnie głowę. Ceny nie podają sprytnie.
Gdyby mnie kto zapytał o zdanie, sądzę, że naciągalstwo jest to okrutne. Może i komuś pomogło, nie wątpię (dobrze, trochę wątpię – mam alergię na wszelki kołczing, za dużo z tym miałam zawodowo do czynienia), ale obiecywanie komuś nieśmiałemu i stęsknionemu za bliskością, że trup męski będzie słał się gęsto pod stopami, jeśli tylko zapiszą się na kurs, to dla mnie pospolite i w dodatku podłe nadużycie.
Ale, ale.
Odwracam tę otrzymaną dziś ulotkę i czytam, że szybkie randki to coś więcej niż rozmowa (więcej? intrygujące, bo trwają 5 do 7 minut). I całą instrukcję obsługi. I że jeśli zaznaczenia w ankietach uczestników się pokryją, to owi dostaną swoje namiary.
Chryste Panie. Albo Jesus fuck, jak mówił mój ulubiony bohater literacki.
To ja już wolałam starą, dobrą, sprawdzoną metodę uśmiechnięcia się do kogoś w kolejce do baru. Proste, tanie, niezawodne, mówiąc językiem z poprzedniej epoki.
I nadal działa.

Ludzie tracą umiejętność rozmowy, to fakt. Coraz częściej potrzebują pomocy w nawiązaniu kontaktu z innymi, to też fakt. Ale te akurat metody budzą mój, że to tak ostrożnie ujmę, umiarkowany entuzjazm.

Ale. Wracając do na nowo rosnącej liczby przyjemnych zdarzeń.
Jutro natomiast idę na wieczorną herbatkę czy coś z moją najlepszą przyjaciółką i też niebywale mnie to cieszy. A po drodze do domu spotkałam na ulicy jednego z moich ulubionych lokalsów, z którym przepracowałam wiele lat, później drogi nam się rozeszły i jakoś nie mogliśmy się spotkać („a co ty tu robisz?” – „no, idę…”) i wymieniliśmy publicznie bezwstydnie ciepły uścisk.
Tak to żyćko się toczy.

No man’s woman

No i nie wracam do Luksemburga, przynajmniej nie w najbliższych tygodniach, co mnie szczerze zasmuciło. Trzeba będzie coś wymyślić. Jest jednakowoż spora szansa na to, że i tak część jesieni spędzę na zgniłym Zachodzie. Pożyjemy, zobaczymy. Najważniejsze to nie oczekiwać zbyt wiele, jak dowodzą wydarzenia tego roku.
A w ogóle, skoro już mowa o tym państewku, rozłożył mnie wczoraj na łopatki biuletyn informacyjny z Luksemburga właśnie. Otóż mój drogi kolega urządził swojej najlepszej przyjaciółce przyjęcie-niespodziankę na czterdzieste urodziny. Proste to nie było, bo części jej ziomków w ogóle nie znał, więc trochę mu zajęło dotarcie do nich; poza tym dziewczyna samotnie wychowuje dziecko, więc musiał też zorganizować opiekunkę. Napisał mi wczoraj cały w skowronkach, że bardzo się cieszyła.
Tyle na planecie zwanej Beneluks.

Tymczasem moja kraina miodem i mlekiem płynąca znów mnie przyprawia o zgrzytanie zębów. Ot, żyję w kraju, w którym dwunastolatki wydają na świat dzieci jak w jakimś głębokim średniowieczu. W kraju, w którym jednocześnie minister zdrowia w temacie finansowania in vitro bredzi, iż to, na co płacimy podatki, nie powinno budzić sprzeciwu moralnego. Tu się z panem ministrem zgadzam, bo cóż, mój sprzeciw moralny budzi większość posunięć obecnych władz i z rozkoszą przestałabym je finansować. Nie podejrzewam niestety, aby było mi wolno.
Po pierwsze primo, zaczynam raczej źle się tu czuć jako kobieta. Owszem, mam fajną pracę, na brak swobód nie narzekam, mogę ze swoim życiem robić co chcę i chodzić ubrana również w co chcę, więc tu przeciwnicy feminizmu powiedzieliby „o co ci chodzi”. Ano o to, że mam rosnące poczucie, iż dla naszych obecnych rządzących jestem głównie istotą, której życiowym celem powinno być rozmnażanie. Oczywiście w sposób naturalny, bez żadnych tam hopsztosów medycznych. Jeśli nie daję rady bez wspomagania, choćbym nie wiadomo jak bardzo chciała – cóż, mówi się trudno. Nie nasza wina, było o tym pomyśleć wcześniej, cześć pieśni.
Po drugie primo, nie znoszę, gdy ktoś próbuje uczyć mnie moralności. Ogromnie mnie to irytuje u jej zapamiętałych stróżów (co ciekawe, jakoś tak to działa w przypadku tego osobliwego gatunku, że oni bardziej skłonni pilnować cudzego kręgosłupa, własny krzywy zupełnie im nie przeszkadza, tacy współcześni Savonarole). Poza tym mdli mnie już od tego uporczywego pchania wartości moralnych w absolutnie każdą sferę życia, od kultury, przez edukację, po zdrowie w końcu. Mogłoby wreszcie towarzystwo przyswoić sobie, że społeczeństwo nie ma obowiązku wyznawać tych samych wartości, co oni tam na świeczniku, czy im się to podoba, czy nie. Większość obywateli tego kraju jest dorosła i wie już co nieco o podejmowaniu samodzielnych decyzji życiowych, czasem dobrych, czasem złych, a ich światopogląd ukształtowały osobiste doświadczenia, czasem dobre, czasem złe. Ich moralność to ich prywatna, do kurwy nędzy, sprawa. O ile nikogo nie krzywdzą i biorą odpowiedzialność za swoje czyny, to ich prywatna sprawa. I nie chcę, żeby mi pan minister z bożej łaski tłukł cokolwiek o moralności.

A tak nawiasem mówiąc – wiecie, co swego czasu zauważyłam, à propos tego słowa na M? Może to tylko moja obserwacja. Może tylko moje środowisko. Ale zauważyłam, że ludzie pozornie najmniej grzeczni, łobuzy takie zepsute i nieczyste, nader często są ludźmi bardziej prawymi w gruncie rzeczy niż ci, co najgłośniej o prawości krzyczą. Vide początek tego wpisu. Wiem, prochu tą myślą nie wynalazłam. Sądzę jednakowoż, że pan minister, zamiast po raz wtóry pokazywać światu, że niejeden papież bardziej był postępowy od niego – i zapewne wielu z nich było mniejszymi mizoginami – powinien rozważyć tę refleksję.

I don’t sleep, I keep my radio on

Jeśli mam do czegoś szczęście w życiu, to do ciekawych ludzi. Widać po blogasku, prawda?

Tak to już jest, panie i panowie, że ja albo nie mam życia towarzyskiego wcale przez długie tygodnie, albo mam je w uderzeniowej dawce.

W każdym razie w piątek rano, spóźniona li o kwadrans, weszłam do biura pewnym krokiem i starając się wyglądać.
Po prostu wyglądać.
Jakkolwiek.
Nie było to proste. Oj, nie było.
Weszłam do biura i zaraz mnie uszczęśliwiono toną papierzysk do przeczytania – ja zasadniczo to robię w pracy, czytam – i na domiar szczęścia po włosku. Porca Madonna. To naprawdę jest nie jest dzień, gdy umiem w języki obce. Nawet we własny umiem słabo. Po dwóch kawach nadal czytałam ten sam akapit, właściwie nie tyle czytałam, co gapiłam się nań w nadziei, że do mnie przemówi. Nie przemówił.
A to wszystko dlatego, że poprzedniego wieczora odpowiedziałam na jeden niewinny esemes.
Wskutek czego spałam przez trzy godziny – nie dlatego nawet, że jakichś czynów lubieżnych się dopuszczałam, po prostu wyśmienicie się rozmawiało nad winem. Do tego stopnia, że około godziny drugiej w nocy wygnałam rozmówcę z jego własnego domu do sklepu po jeszcze jedną butelkę białego. I wiecie, on zamiast mi odmówić, to wziął, przywdział swoją gustowną kurteczkę, nastroszył loczki, postawił kołnierz i poszedł.
Przyznaję. Był to błąd.
(Zwłaszcza że przyniósł czerwone).
Ale wart popełnienia.
Uwielbiam tego olbrzyma i zawsze będę. Słowa nie opiszą, jak bardzo go uwielbiam.
On jest jakby mną, tylko w męskiej skórze. Rozumiemy się bez słów. Choć gdy już te słowa są w użyciu, zwykle iskry lecą.

Ale serce i tak skradł mi taksówkarz.
– Dobry wieczór. Do Nowej Huty poproszę.
– Znakomicie się składa, bo tam mieszkam, a to mój ostatni kurs dziś. Miło wieźć sąsiadkę.
– Nie nie, ja jestem stąd, z Podgórza. Jadę tylko z wizytą.
– Ach.
Wymiana spojrzeń w lusterku. A co, wy nie wpadacie w gości o dwudziestej trzeciej?
To dość długi kurs, więc trochę sobie pogadaliśmy. Jak po wielokroć pisałam – uwielbiam rozmawiać z taksówkarzami. Wielu z nich ma niesamowite historie w zanadrzu (wojna w Jugosławii, grzebanie syna samobójcy, podróże po Kambodży, doktorat z matematyki – to tylko pierwsze z brzegu, które pamiętam).
– A pani to krakowianka?
– Nie, chociaż już prawie tak. Przyjechałam tu na studia siedemnaście lat temu i zostałam.
– ILE?
– Siedemnaście.
– To pani jest, przepraszam, po trzydziestce?
– Obawiam się, że owszem, tak.
– A ja myślałem, że jesteśmy rówieśnikami.
– To znaczy?
– Bo ja mam dwadzieścia sześć.
Oj, stary. Bez przesadyzmu.
– To teraz mi głupio, bo już chciałem panią na kawę zaprosić, a tu się okazuje, że pani taka…
– Tak?
– To znaczy, nadal chciałbym.

Lubię, gdy taksówkarze czekają, aż wejdę do budynku i dopiero potem odjeżdżają. A najlepsze, że za kurs zapłaciłam skromne dziewiętnaście złotych (dla nietutejszych – punkt docelowy jest odległy od mojej kwatery głównej o prawie dziesięć kilometrów i był już późny wieczór, gdy jest drożej, więc zaprawdę nie wiem, jak licznik w tej taksówce działał).

Jak na ironię, następnego wieczora również szczególnie nie wypoczęłam, gdyż udałam się w gości. Zostałam nakarmiona, ale tak nakarmiona, proszę państwa, że mój punkt G się odezwał.
– Chcesz chlebek do wytarcia talerza?
– Tak.
30 sekund później.
– Więcej chlebka?…
– Tak.
Wiecie, ja nieskromnie uważam, że całkiem nieźle pichcę, ale są ludzie, którzy swoimi umiejętnościami kulinarnymi wystrzeliwują mnie w kosmos i robią ze mnie bezwstydnego żarłoka. Nie są to ludzie, którzy robią ze swojego gotowania jakiś szoł z publikowaniem zdjęć sałatki we wszystkich social mediach; im to po prostu od niechcenia znakomicie wychodzi, ot, rozmawiają z wami, wina doleją, muzyczkę puszczą, wrzucą na patelnię niedbale zerwane zioła, coś tam zamerdają, jakiś tam czosnek nieelegancko posiekają, nagle podsuwają pod nos, a wam miękną kolana. Po tym, jak zjadłam moją kolację razem z talerzem i sztućcami, zostałam napojona, położona do łóżka („oczywiście, że nie wracasz do domu, pada przecież”), przykryta kołderką i dwoma kotami – które oczywiście stosownie ugniotły mi biust łapkami przed położeniem się na nim; dobrze, że samce gatunku ludzkiego tego nie robią! – i dopiero rano wypuszczona do domu. Bez kotów, niestety.
Cudownie.

Dziś za to jest zimno, mokro, ponuro, w tramwaju kobita jakaś dała mi łokciem w twarz (bo oczywiście, dlaczego miałaby zauważać, że wokół niej przebywają inni ludzie – uwielbiam pasjami takie typy), a do tego player ITV mi nie działa i nie mogę oglądać mojego Erniego. Żyzń parchata, powiadam.

Mäi Loftkësseboot ass voller Éilen

Nieco mi markotnie z powodu tych zawodowych przetasowań wspominanych przedwczoraj, bo w istocie bardzo chciałam wrócić do kraju, którego przejechanie z góry na dół zajmuje godzinę, jeśli człowiek się nie śpieszy. Kto by pomyślał, biorąc pod uwagę, że pierwszy tydzień tamże wspominam jako absolutny koszmar i dół jak stąd do Australii.
W dodatku mój drogi kolega lokals, który jest wam już znany, zdążył zaplanować dla mnie pewną atrakcję.
Wiedziałam, że nie powinnam była pytać, co to za atrakcja. 
Ciekawość pierwszy stopień do piekła, cóż mogę rzec.
Luksemburczyk, widzicie, należy do tych osób, którym nie należy zadawać pytań, jeśli nie jesteście przygotowani na odpowiedź. Jest przeraźliwie szczery i nie owija w bawełnę. Nie jest to w żaden sposób nieprzyjemne, ale wymaga przyzwyczajenia, bo jego bezpośredniość i swoboda obyczajowa niekiedy zbija z tropu (albo wprawia przysłuchujące się osoby trzecie w osłupienie). Powiem wam, że jak sobie czasem pomyślę, że on uczy młode, czyste, niewinne dusze, to jednocześnie chce mi się śmiać i ogarnia mnie przerażenie. Ten raróg? Nie bardzo umiem sobie to wyobrazić, a wyobraźnię mam raczej bujną. Nie potrafię połączyć w głowie jego usposobienia i piastowanej funkcji, no nie i już. Owszem, zdołałam zauważyć talent dydaktyczny objawiający się łatwością prostego tłumaczenia trudnych rzeczy („o, a najlepiej to ci to narysuję”…) i świętą cierpliwością, ale mimo wszystko nie ogarniam. Występuje u mnie taki osobliwy dysonans poznawczy. Domyślam się jednakowoż, że do pracy ziomal nie chodzi w swoim obcisłym t-shircie z napisem „fuck this shit”, ani drugim, z napisem „welcome to hell”.
Tak to już jest. Jak to mówią anglojęzyczni, the sweetest smiles hold the darkest secrets. Ja też w weekendy, w podartych dżinsach i ośmiuset bransoletkach, nie wyglądam na kogoś wykonującego moją pracę (jak na ironię, właśnie zaciągnęłam się na kolejny certyfikat, dawnośmy nie zakuwali po nocach).

W każdym razie po usłyszeniu odpowiedzi na moje pytanie wydałam z siebie bezgłośne „och”. Jak to trzeba uważać, co się ludziom mówi o sobie. Niektórzy zapamiętują.

Zatem jeśli okaże się, że nie polecę tam służbowo, wymyślę zapewne sposób, by dostać się tam prywatnie. To niedaleko przecież w sumie, a i bilety niedrogie, bo kierunek turystycznie umiarkowanie atrakcyjny. Lonely Planet (nie żebym poważała bardzo) jeszcze nie wciągnęło Luksemburga na listę 10 miejsc do odwiedzenia przed śmiercią i zapewne tego nie zrobi.

Uspokój się, dziewucha. Dopiero skądś wróciłaś. Pomieszkaj w domu może trochę, kwiatki podlej. Zajmij się czymś konkretnym, tym, co robią inni ludzie, zamiast sprawdzać nowe trasy Ryanaira.

PS Żeby nie było bez wątków kulturalnych całkowicie, proszę bardzo, kolejna wariacja na temat Snu nocy letniej, tym razem na klubowo. Misie podoba.

One might even forget he was German

Za powroty do pracy po długim urlopie powinno być wypłacane odszkodowanie. Albo nie wiem, masaż jakiś powinien człowiek dostać w nagrodę. Kupon na lampkę szampana. Bo ja dziś wróciłam i cały człowiek mnie boli (dosłownie – nowe buty znów zrobiły mi jesień średniowiecza). Poza tym na dzień dobry odkryłam, że mój grafik znów uległ zmianom i może się okazać, że wcale nie polecę tam, dokąd miałam lecieć. Byłoby to wielką szkodą, bo zdążyłam się już przyzwyczaić do ekscytującej wizji weekendów na wsi, wróć, przepraszam, w ósmym największym mieście siódmego najmniejszego kraju w Europie. Słowo „ekscytująca” nie jest ironią w tym przypadku.
Nic to. Pożyjemy, zobaczymy.

Ale, ale. Zawsze powtarzam, że życie dąży do równowagi, w związku z tym wynagrodziło mi smutki.
Na waszym miejscu tutaj zakończyłabym lekturę.

Otóż jak wszyscy wiedzą, autorka kilka lat temu nabawiła się pewnej osobliwej przypadłości. Coś jakby alergii. Lekki rzut – to jest gdy autorka znajduje się w bezpiecznej odległości od czynnika wyzwalającego chorobę, to jest circa 1500 km – objawia się tym, że oczy autorki otwierają się coraz szerzej i szerzej, a na jej pyzatą twarzyczkę wypływa tępy uśmiech. Rzut ostry jest… trudny do opisania. Tak czy inaczej, autorka przez ostatnie lata dosłużyła się racjonalnych powodów swego uwielbienia i absolutnie nie zamierza go zwalczać. Uznała je za naturalną część swojego życia, coś w rodzaju obowiązku, ale jednego z tych przyjemnych – bo wypełnianie go dostarcza jej mnóstwo radości.
Autorka wiedziała od wielu miesięcy, że będzie taki serial o młodych latach królowej Wiktorii. Wiedziała, a w dodatku była na bieżąco z tym, co się działo na planie, ponieważ kiedyś, ani chybi w pijackim widzie, ustawiła sobie instagramowe powiadomienia o nowych postach pewnej osoby przypadkiem w tym serialu zatrudnionej. Przez długie tygodnie o rozmaitych porach dnia i nocy, niekiedy wielokrotnie, obserwowała pojawiające się na ekranie jej telefonu zdjęcia pałacowych żywopłotów, kominków, krzeseł, wazonów, gzymsów, wypchanych zwierząt, framug okiennych, sufitów (och, tych zwłaszcza), guzików, butów et cetera. Pomyślała, że owa pewna osoba, znana z zamiłowania do historii, musi być bardzo zadowolona z tego, gdzie się znalazła – i proszę bardzo, nie byłam w błędzie. Jednakowoż dzięki temu spamowi wiedziałam mniej więcej, czego się spodziewać, gdy ten serial będzie gotowy i właśnie to dostałam.

Niewątpliwie ten serial ma opowiadać o wielkiej love story wielkiej królowej i niewątpliwie tak jest, ale jak łatwo się domyślić, ten wątek interesuje mnie umiarkowanie, gdyż przyszły mąż Wiktorii, książę Albert, ma brata. Ernesta. Zgodnie z historyczną prawdą. I zgodnie z historyczną prawdą braciszek jest czarującym skaraniem boskim.

A do tego ów dżentelmen przemawia nieco warczącym barytonem, rozkosznie przeciągając samogłoski – i spogląda tymi swoimi karmelkami. Tu w dodatku przemawia in deutscher Sprache, co jest przezabawne. Co prawda nawet dla mojego niewprawnego ucha nie brzmi to jakoś bardzo niemiecko, ale wzbudziło we mnie sporą wesołość. W ogóle cały ów jest przezabawny, bo o ile książę Albert jest nie tyle wyniosły, co sztywny niemożebnie, o tyle jego braciszek Ernest to niezgorsza szelma z nieodłącznym kpiącym uśmiechem, szarmancka i wygadana, trollująca swojego brata bezlitośnie, korzystająca obficie z życia i wyraźnie biegła w tematach damsko-męskich, czego dowodzi fakt, że wszystkie panie w pobliżu są zachwycone Ernestem, za to Albert, uch, no, skoro już przyszedł, to niech będzie. Niemniej, jak wiadomo z lekcji historii, ślub z monarchinią ma wziąć Albert. Toteż bardziej doświadczony Ernest (w rzeczywistości tak lubił hasać po alkowach, że nabawił się choroby wenerycznej, którą oczywiście zaraził żonę; jak również w pewnym momencie swego życia mieszkał pod jednym dachem nie tylko z nią, ale i dwiema kochankami jednocześnie – dusza człowiek!) postanawia swojego ździebko bucowatego brata wyswatać.
No więc może sobie powabny Tom Hughes walcować z powabną Jenną Coleman, wdzięczni bardzo oboje, ale mnie wystarczy gamoniowaty brat, bo wsącza w te kilkadziesiąt minut stosownie dużą dawkę nieodpartego uroku i kąśliwości. Wreszcie nie jakiś psychopata (chociaż nie mówmy hop, książę z upływem lat stawał się coraz mniej mile widzianym gościem na brytyjskim dworze). To jest właśnie to, co pamiętam ze scenicznej wersji Zakochanego Szekspira i z czytanek – niemożliwa mimika, wyrażanie całym człowiekiem „nie wiem jak wy, ale ja się świetnie bawię”, wrażenie, jakby za tą twarzyczką spoglądającej melancholijnie porcelanowej lalki nieustannie wrzał z trudem opanowywany śmiech (nawiasem mówiąc, w realu to się na ogół kończy spektakularną i bardzo donośną porażką). To jest właśnie to.

Och, jest też w tym Rufus Sewell. Drugie najpiękniejsze oczy na naszym łez padole. Przegląd internetów każe sądzić, że cała widownia kocha się w jego bohaterze i/lub nim samym, ale dajcie spokój, jak można nie kochać się w Rufusie. Zwłaszcza że on z wiekiem coraz czarowniej wygląda. Moim zdaniem to jeden z najbardziej niedocenianych aktorów naszych czasów.

Wyśmienicie.
Tośmy się napiali nad urokami różnych ludzi, a teraz do rzeczy.

Przez sześć miesięcy możecie sobie oglądać Sen nocy letniej z Londinium, z Globe. Ten sam, którym się zachwycałam parę miesięcy temu. Za darmoszkę. Nie trzeba tkwić przez trzy godziny pod gołym londyńskim niebem, można na własnej kanapie.
Korzystajcie.
W tym naszym brzydkim, brutalnym świecie ten spektakl jest jak solidny kubek herbaty. Z kieliszkiem rumu. I z jalapeno na przekąskę.

Poza tym wykańczam zabranego w podróż Ellroya i powiem wam, że nie ogarniam.
Czytałam wcześniej jego kryminały i zawsze mroziły mi krew w żyłach, ale to jest coś innego. Reportaż wcieleniowy, tak można by to nazwać, gdyby nie fakt, że on nie wchodzi w niczyją rolę. Nikogo nie próbuje udawać.
On opisuje własne życie. Brutalne, tajemnicze morderstwo matki, gdy był dzieckiem. Piękne i beznadziejne dorastanie z ojcem, przystojnym i świetnie wyposażonym, ale kompletnie nieprzystosowanym społecznie. Uzależnienie od wódy i prochów. Włamania. Odwyk. Powrót do zamkniętej, nigdy niewyjaśnionej sprawy uduszenia mamy – żeby się dowiedzieć, kim jest on sam i kim naprawdę była ta rudowłosa kobieta, która wydała go na świat i którą podglądał w kąpieli.
Doskonała książka. Jedna z tych, po lekturze których czujecie się brudni.
I tym sposobem przeszłam od afektów do patologii w mniej niż 1000 słów. Jak w życiu, chciałoby się rzec.

Lah

– Czerwone światło. Czerwone światło.
– Tak, wiem, ale szybko przejedziemy.
– Jedziesz pod prąd. Pod prąd.
– Tak, ale tu nigdy nie stoi policja, lah.
Lah. Żadnego dźwięku w tej części świata nie usłyszycie częściej. Lah używa się zamiast kropki, ono znaczy nic, a zarazem wszystko. Lokalsi dodają je niezależnie od języka, którym chwilowo się posługują.
Autorka kurczowo trzyma fotel jedną rączką i swój pas drugą, ignorując fakt, że kierowca oczywiście ma swój odpięty. W poważaniu ma przepisy ruchu drogowego, ale w Kuala Lumpur – KL po tutejszemu, nikt nie używa pełnej nazwy – wszyscy mają je w poważaniu. Nikt nie chodzi pieszo. Mają doskonałe, superszybkie i bardzo tanie metro (dość rzec, że bilet kosztuje koło dwóch złotych – cena zależy od odległości), ale też kochają auta. Każdy ma samochód i każdy łamie w nim prawo. Korki arcypotężne przez całą dobę. Mimo wszystko trudno zginąć na drodze, bo kierowca raczej was przepuści. Po prostu włazi człowiek na jezdnię, licząc, że jakoś przemanewruje na drugą stronę.
– Wiesz co, po prostu zostawimy auto na parkingu Ritza i wyskoczymy na godzinkę coś zjeść.
– A tak można?
– … Teoretycznie nie.
Zaprawdę, nocny cruising po niezasypiającej stolicy Malezji ma swój nieodparty urok, ale żeby znieść go ze spokojem, trzeba wypić dużo alkoholu lub być pogodzonym z rychłą śmiercią. I tu znowu moja mentalność mija się nieco z lokalną, bo mój kierowca, hinduista, twierdzi, że wszystko zapisane w świętej księdze, na nic nie mamy wpływu, sorki, cokolwiek się wydarza, miało się wydarzyć. Tam tak jest. Wsiadacie do taksówki z hinduistą, bladym świtem budzi was wezwanie na modlitwę z pobliskiego meczetu, na obiad idziecie do Chinatown. Jakoś to wszystko (mniej lub bardziej, i nie bez kłopotów) współgra. Plus oczywiście nieprzebrana liczba cudzoziemców, którzy przyjeżdżają do pracy, na urlop, z rozmaitych powodów. I dzięki temu KL, choć nie jest najciekawszym miastem świata, ma coś w sobie. Najłatwiej to poczuć, gdy wieczorem trafia się do Changkat – nieco zwariowanej dzielnicy pełnej modnych klubów, zwykłych sympatycznych knajp, sklepów sprzedających podejrzanie wyglądający lokalny gin i jeszcze bardziej podejrzaną lokalną wódkę z etykietką radośnie głoszącą „Polska”, zadaszonych brezentem jadłodajni z plastikowymi stolikami, plastikowymi talerzami, piwem serwowanym wyłącznie w puszkach, morderczo słodką kopi i żarciem wypalającym żywym ogniem kubki smakowe. W Changkat panuje niesamowity zgiełk, bo z każdej knajpy dobiega inny hicior, lokalny lub światowy, ale nadawany odpowiednio głośno i z przesterem, poza tym samochody, poza tym ludzie. Ale niektóre z lokali mają pięterka, a na tych pięterkach coś w stylu tarasów, na których można usiąść, przewiesić łokcie przez barierkę, oprzeć stopy na balustradzie i obserwować przechodzący w dole świat.

Zatem on ze spokojem wiezie mnie przez zatłoczone pagórki Kuala cholernego Lumpur, a ja trzymam fotel.
– A czemu pociągasz nosem, masz katar?
– Trochę.
Wątpliwy urok tej części świata polega na tym, że oni bardzo przesadzają z klimatyzacją. Nawet gorzej niż w Emiratach. Jakby chcieli zamrozić człowieka. Teoretycznie miałam w pokoju dynks do wyłączania nawiewu. Po kilku dniach odkryłam, że on nie działa. Bardzo bolałam, iż nie zabrałam piżamy (bo ja z tych, co sypiają w stroju urodzinowym, nieprawdaż). Zabrałam ze sobą polar, bo zawsze zabieram na drogę – w samolotach jest zimno – ale temperatura we wszelkich miejscach użyteczności publicznej sprawiła, iż w drugim dniu pobytu zaczęłam nosić go ze sobą wszędzie, wciśnięty do plecaka.
I lało.
Och, jak lało. W Azji sformułowanie „ściana deszczu” nabiera nowego znaczenia. To nie ściana. Całą przestrzeń wypełnia deszcz. Deszcz łamiący parasolki i przedostający się bez trudu przez peleryny. Budynki wokół znikają jakby w gęstej mgle. Taki to potrafi być deszcz.
Pogoda zatem raczej nieszczególnie nadawała się do wycieczek na plażę – ale nadawała się znakomicie do takiego po prostu, zwykłego, leniwego włóczenia się, przyglądania, poznawania tubylców, a nawet, proszę państwa, lekcji kickboxingu. Bo można i nie jest to zbyt kosztowna zabawa, a że ćwiczyłam sztuki walki za młodu (choć bardzo inne, których sens polegał raczej na wykorzystywaniu energii przeciwnika niż ruszaniu na niego z własną), natychmiast się zainteresowałam.
– Najpierw zdejmujemy buty – rzecze mój instruktor o rzęsach jak gwiazda filmowa i takim też uśmiechu. – Musisz mieć dobre poczucie równowagi.
Posłusznie zzuwam moje pepegi.
– Dobrze. Teraz stań tak, jak ja… Potrafisz trzymać gardę? Pokaż. Okej, na początek niech będzie. A teraz spróbuj mnie uderzyć, najpierw lewą pięścią, a później prawą. Ale nie, nie! Ani kroku do przodu! Stopy zostają tam, gdzie są.
Jest to znacznie trudniejszy balet niż sądziłam, ale ogromna frajda.

Ostatniego wieczoru zasuwam pustym KLIA Ekspresem na lotnisko – mój samolot z powrotem na Półwysep Arabski odlatuje o niezdrowej drugiej w nocy. Moszczę sobie skromne gniazdko na najbliższe siedem godzin, po czym ląduję o czwartej z minutami rano, czyli technicznie rzecz biorąc dwie godziny później, a potem dalej do ojczyzny, nad całkiem dobrze mi znanym widokiem suchych pustkowi. Nawet nieco mi szkoda, że nie mogłam ani na chwilę wyjść na zewnątrz podczas przesiadki – jak tu nie tęsknić za czterdziestoma stopniami o poranku? – ale nowe lotnisko w Doha, przypominające nieco pasażerskie kosmodromy z filmów science-fiction, nie przewiduje takiej możliwości. Nie interesuj się, tym, co na zewnątrz, szanowny pasażerze. Spójrz, posadziliśmy ci palmy w terminalu. Masz sztukę współczesną. Salon Ferrari, gdyby takowe zmieściło się do podręcznego. Po co chciałabyś stąd wychodzić?…
Parę godzin później ląduję w Polszy z upiornym katarem, zmęczona i wymięta nieopisanie, mimo że ja już z tych, co latają w niewyględnych, acz wygodnych gaciach zamiast szpilek i pełnego makijażu. Jeszcze pociąg z Warszawy. Dom. I wtedy następuje najwspanialszy moment w każdej podróży, w obie strony, tam i z powrotem – prysznic, owinięcie się w ręcznik, wdzięczne osunięcie się na najbliższy miękki mebel z cichym westchnieniem obezwładniającej rozkoszy.
I to jest to.

Rebel, rebel!

Przed każdą podróżą w nieznane ogarnia mnie Reisefieber. Lekki, ale jednak. Co prawda ostatnimi czasy podróżuję tak często, że powinno być mi wszystko jedno, ale nie jest. Jadę na lotnisko i myślę: po co ci to. W domu byś posiedziała. Odpoczęła. Umyła okna. Obejrzała seriale, spotkała się ze znajomymi, którzy już mają dość twoich wykrętów. A ty nie. Znowu będziesz pieniądze wydawać, noce zarywać, świat taki niebezpieczny ostatnimi czasy, a ty pchasz się gdzieś sama, z małą walizką, aparatem i duszą na ramieniu.
I tak się dręczę – pakując się, jadąc na lotnisko, siedząc w powoli zapełniającym się samolocie.
A potem samolot rusza.
Myśli niżej podpisanej natomiast zostają na ziemi.

Pierwszy przystanek: Półwysep Arabski. Znów tu jestem. Wszystko po staremu. Głos muezzina niosący się nad lśniącą halą odlotów, zapach perfum słodszych niż lubimy w Europie, długorzęsy mężczyźni, would you please follow me, ma’am.
Rycząca maszyna niesie na wpół uśpioną autorkę przez krótką noc, goniąc wschodzące słońce. Wyrwana z drzemki autorka nie narzeka, gdy ktoś poda jej szklaneczkę koniaku (na tyle pełną, by znów zasnęła po wypiciu, ale nim to nastąpi, będzie sączyła grzecznie, zwinięta w precel na fotelu, zagapiona w swój mały ekranik – dlaczego nikt mi nie powiedział, że Mr. Robot to taki dobry serial? Oczy protagonisty będą mi się śniły po nocach). Wreszcie w kabinie robi się jaśniej, personel się krząta, ten minutes to landing i wtem, nagle jestem Gdzieś Indziej. Koła dotknęły asfaltu, moje stopy jakoś się wspięły na ruchome schody. Pieczątka w paszporcie, nic do oclenia, arcyurocza pani w okienku ekspresowej kolejki do miasta, kolejny arcyuroczy człowiek w metrze – tu jednorazowe bilety to takie plastikowe żetoniki – hotel, prysznic, nieudana próba walki ze snem. Nie ma mocnych na zmianę stref czasowych; ogłupiały organizm musi się zresetować, więc tylko na chwilkę się położę… Tylko nnn chww…

Po zmierzchu wychodzę na miasto.
Jest gorąco. Z nieba coś kapie. Dachy wieżowców trudno dostrzec, bo powietrze ciężkie od wilgoci, która natychmiast osadza się na skórze; włosy się skręcają. Rozmawiałam z moim szefem przed wyjazdem – mówił, że nie znosi azjatyckiego klimatu. Ja wprost przeciwnie. Ryba w wodzie.

.

Siedzi człowiek pod Petronas Towers, patrzy na tańczące fontanny okolone drapaczami chmur, pije Long Island Ice Tea i nie może się nadziwić, jak tu się znalazł. Chciał polecieć do Malezji i oto jest. Tak po prostu. Kupił bilet i siedzi. Pod Petronas Towers. Jak to się stało, że mętne marzenie nagle stało się zupełnie klarowną rzeczywistością?
I przypomina mi się głos mojego osobistego Jamesa Bonda: you’ve gotta be more confident with yourself, man.
Byłby ze mnie chyba dumny?