Tell me people, am I going insane?…

Dni sobie płyną z podejrzanym spokojem, więc dla równowagi czytam taką oto wdzięczną książeczkę. Jest pasjonująca. Mam co prawda pewne podejrzenia, że któregoś dnia sama wyląduję w takim miejscu (w końcu jeden na czterech Polaków ma lub mieć będzie zaburzenia psychiczne, więc, że tak powiem, pewna szansa wylosowania szczęśliwego numerka jest), ale liczę, że ten dzień nie jest bliski.
Chyba że nastąpi w przyszłym tygodniu.
Bo plan jest taki – wyjeżdżam jutro na weekend do praszczurów, w poniedziałek wracam i po pracy jadę pracować w inną część naszej sielskiej krainy mlekiem i miodem płynącej, w piątek ponownie wracam, ażeby pójść na imprezę, w sobotę, nie zważając na kaca, wyjeżdżam do Warszawy, w niedzielę bladym świtem ze stolicy wyjeżdżam do… och, nie musicie wiedzieć wszystkiego, w każdym razie spędzam tam kilkanaście godzin, po czym wracam w poniedziałek i padam bez życia.
Mówię wam, uważajcie na to, o czym marzycie, bo jak wam wybuchnie w twarz…

A do tego mam nowy telefon i umieram z przerażenia na myśl o przenoszeniu wszystkich zdjęć, notatek i figlarnych esemesów z obecnej sfatygowanej zabawki, która jakimś cudem przetrwała stanowczo zbyt wiele upuszczeń i zdecydowanie nie wygląda jak telefon damy (nie pochlebiaj sobie, koleżanko). Ostatnim razem zajęło mi to dwa dni, wypełnione w całości potwornym złorzeczeniem i wygrażaniem. Bardzo to fajne, że noszę w kieszeni coś, co mogłoby wysłać człowieka w kosmos, ale z drugiej strony nadążanie za technologią wymaga coraz większego wysiłku. Czy wy też unikacie samoobsługowych kas w sklepach? Bo ja się nabawiłam swoistej fobii i nie potrafię samo-się-obsłużyć tak, żeby na mnie te maszyny nie krzyczały, że coś robię źle, choć skwapliwie podążam za instrukcją. To jak mam się nie bać nowego telefonu?

Why so serious?

Och, ten pierwszy dzień po wakacjach, gdy człowiek gapi się tępo w monitor i nie rozumie maili, które czyta, a każdą czynność okupuje nadludzkim wysiłkiem. Tak by sobie tylko posiedział. A najlepiej kocyk na głowę naciągnął. Ukojenie niosą niezmierzone dobra internetu, więc mogę nadal spędzać wieczory z moimi wszystkimi nowymi i starszymi miłościami, przynajmniej zanim nie dojadę do końca YouTube’a.

Czy już wszyscy zdążyli ponarzekać na słabość Oscarowego filmu, antypolskość, brzydkie sukienki i to, że reżyser w przemówieniu zrobił z Polaków ochlaptusów? To teraz ja ponarzekam – otóż nigdy, przenigdy, przeprzenigdy nie zrozumiem, czemu mój drogi naród z niczego nie może być od początku do końca zadowolony. Zawsze coś źle. Można by się po prostu cieszyć, ale nie. W pewien sposób nawet podziwiam umiejętność niektórych ludzi do reagowania fochem na najradośniejsze nawet wydarzenie, a jeszcze bardziej podziwiam to, że życia im nie szkoda. Bywam pod wrażeniem, z jakich drobiazgów można zrobić powód żarliwego protestu, krucjaty i osobistej śmiertelnej obrazy. Mnie by się nie chciało tak czepiać.
Nawiasem mówiąc, jestem bardzo ciekawa, co by zrobił ten osobnik, któremu tak przeszkadzało napomknienie o wstawionych przyjaciołach, gdyby to jego znajomy akurat Oscara odbierał. Wstał i odśpiewał „Rotę”? Bo ja z pewnością wznosiłabym toasty. Ale ja to zepsuta jestem i zdemoralizowana, wiadomo.
No dobrze. Dość już o tym wszystkim powiedziano przecież.

A w ogóle to, panie i panowie, przyszłam tutaj, żeby poinformować, iż wydarzyła się rzecz na pograniczu prawdopodobieństwa (to jak całe moje życie ostatnimi czasy, nieprawdaż). Autorkę kopnął zaszczyt i ktoś w końcu docenił. Dostała mianowicie awans.

PS Jakby tego było mało, blogasek właśnie mnie poinformował, że jest to mój tysięczny post. Kwiaty, czekoladki (tylko bez marcepanu), Veuve Clicquot, liściki miłosne lub wyrazy ubolewania na poste restante.

Can you love? Can your blood bubble, flesh melt, thighs twitch, heart burst for love?

Prawda jest taka, że z urlopów w Londynie zawsze wracam zmęczona. Niewyspana, bo kładę się późno i nie mogę zasnąć, a potem nagle niebo za oknem jaśnieje, ptaki śpiewają, śmieciarki się tłuką. I wrażeń za dużo. Znajomi. Koktajle. Tłok w metrze, tłok na ulicach. Bezmiar frustracji w księgarniach, które mają zbyt dużo pięter i działy poświęcone musicalom. Codziennie spektakl, dwa w niektóre dni. Chwilami nawet chcę już polecieć do domu i odpocząć.
Ale gdy samolot mnie unosi i widzę rzędy wiatraków obracających się miarowo w kanale La Manche, podbródek mi drga i jestem najbardziej nieszczęśliwą osobą na świecie. Widok tych wiatraków z drugiej strony jest jakiś ładniejszy. Zostawiam za sobą coraz więcej.
Nie chcemy o tym mówić. To coś, co niżej podpisana musi rozwiązać sama i w życiu pozablogowym.

Gotowi na długi wpis? Zresztą nieważne, gotowi czy nie, i tak będzie.
W sześć dni zobaczyłam osiem przedstawień – gdy człowiek rusza się z domu, chce wycisnąć z wakacji jak najwięcej. Ale to nie był dobry pomysł. Oczywiście szkoda sobie odmówić, ba, chciałoby się obejrzeć jeszcze więcej, tylko że… Tylko że to dość wyczerpujące. Może gdybym wybierała sobie same leciuchne musicale i ucieszne farsy, nie byłoby problemu, ale znacie moje upodobania. Masochizm w czystej postaci. Najlepiej, gdy spędzam dwie godziny, siedząc przejęta na brzeżku krzesła, podczas gdy przedstawienie łapie mnie za włosy i wali moją głową o futrynę, obrazowo rzecz ujmując. Jak niby miałabym dobrze się czuć po blisko tygodniu tak intensywnych doświadczeń?…
Zaczęłam od nocy z Regiem – i z nim też zresztą skończyłam, ale o tym później. Obudziłam się 14 lutego zupełnie nieświadoma faktu, że ten dzień będzie jednym z najprzyjemniejszych w mojej dotychczasowej karierze; wcale nie dlatego, że ktoś z czerwoną różą w zębach na wycieraczce stał. O nie. Coś znacznie lepszego. Można jednak powiedzieć, że nasza bohaterka troszeczkę się jakby zakochała.
(Jeśli uważacie, że w tym miejscu stosowny byłby komentarz „Boże, znowu” – to proszę bardzo).
Po kolei.
Sobota w Londynie oznacza na ogół, że na ulicach kłębią się dzikie tłumy i czasami człowiek porusza się w osobliwym ludzkim korku. Ale – może przed tym przerażającym chwilami tłokiem w bardzo prosty sposób uciec, bo sobota w Londynie oznacza również, że można pójść na dwa przedstawienia, jedno po południu i kolejne wieczorem, przerwę pomiędzy wykorzystując na przekąskę lub drinka. I tak właśnie na ogół robię.
Pierwsze było The Nether. Rzecz w najczystszym tego słowa znaczeniu przerażająca i poruszająca tematy najbardziej niewygodne z niewygodnych.
Jeśli zastanawiacie się, czy w ogóle da się wystawić na scenie cyberthriller, odpowiedź brzmi – da się. Rozwiązania wizualne wciskają w fotel, to jest niebywale efektowne, momentami wręcz zachwycające. Szkoda mrugać, powiedziałabym. Ale w tej oszałamiającej scenografii rozgrywa się historia absolutnie paskudna, przyprawiająca widza o niepokój, o obrzydzenie, o szok nawet. Wychodząc, czułam się, jakbym była brudna.
Opowieść toczy się w niezbyt dalekiej przyszłości, w świecie niemal całkowicie zwirtualizowanym, w którym internet doczekał się swojej policji. Dociekliwa pani detektyw (Amanda Hale, bardzo przejmująca, tak drobna, że niemal tonie w swoim czarnym ubraniu, ale z wielką mocą przykuwania na sobie uwagi) przesłuchuje człowieka, który w tytułowym The Nether – w sieci, znaczy – stworzył kryjówkę dla poszukujących przyjemności, wyglądającą jak sielska wiktoriańska posiadłość. Goście kryjówki pod postacią awatarów mogą spędzać w niej czas w towarzystwie słodkich dziewczynek. Mogą robić z nimi, co zechcą. Po wszystkim mogą je nawet zatłuc. One same podadzą im narzędzie.
Widz zostaje z masą nieprzyjemnych pytań. Czy wirtualna zbrodnia popełniana w wirtualnej rzeczywistości to nadal zbrodnia, czy tylko wytwór chorej wyobraźni? Czy dzieci w kryjówce naprawdę istnieją – a jeśli są tylko awatarami, to czy w ogóle można je skrzywdzić? Czy gdy podaję się za kogoś, kim nie jestem, żeby dostarczyć komuś perwersyjnej przyjemności, to ponoszę część winy? Czy w internecie naprawdę wszystko jest dozwolone i mogę przybrać dowolną tożsamość, tak dla zabawy? I czemu detektyw jest tak obsesyjnie zaangażowana w śledztwo?
Dzieci w tym spektaklu są grane przez dzieci – podobno chronione na wszelkie sposoby przed jakąkolwiek możliwością zapoznania się z całością tekstu. To dokłada ciężaru, bo gdy widzicie dziewczynkę zsuwającą ramiączko sukienki przed dorosłym mężczyzną… Ugh.
Mocne, powiadam. Bardzo mocne. Wyszłam, powłócząc nogami i z uczuciem, że potrzebuję długiego, gorącego prysznica oraz szorstkiej gąbki, żeby z siebie zmyć to wszystko.
I taki właśnie w mojej opinii powinien być teatr. Powinien jechać po bandzie i mówić widzowi „nie obchodzi mnie, że unikasz tego tematu – PATRZ”.
Jeżeli chcecie sami sprawdzić, jak to jest, możecie się zalogować.
Pozbierawszy się do kupy, ruszyłam w kierunku Trafalgar Square.
Nie miałam ogromnych oczekiwań związanych z tym przedstawieniem. Pierwsze sceny nieszczególnie mnie ruszyły. Ale potem na scenie pojawiła się niezbyt wysoka postać w mnisim kapturze i przepadłam. Trudno nie zapałać sympatią do głównego bohatera, choć to bez dwóch zdań psychol myślący, że jest Chrystusem, relaksujący się na krzyżu i odpowiadający „Yes?” na cudze westchnienia „My God…” – co prawda zostaje z tego przekonania uleczony, ale od razu rodzi się w nim inne, znacznie gorsze.
You deserve a big kiss.
– Not here in the garden. Last time I was kissed in a garden – it turned out rather awkward.

McAvoy, niezależnie od tego, czy w samych majteczkach zasuwa na jednokołowym rowerku z podziwu godną wprawą, czy w jedwabnym surducie wymachuje strzelbą, ma tak niebywałą charyzmę, że uwodzi natychmiast. Jesteście cali jego. Nic nie da się zrobić, medycyna jest bezradna. Ale on jest też cały dla was. 150% sił witalnych wkłada w pracę. Chłopak od razu łapie kontakt z publicznością, między nią a nim wytwarza się jakieś takie elektryczne porozumienie, które owocuje tym, że każdy jego geścik czy uśmieszek wywołuje u widzów błyskawiczną reakcję (i euforyczną owację na stojąco, na którą mały bez dwóch zdań zasłużył). Tu trzeba zaznaczyć, że dotychczas nie byłam jego zagorzałą fanką – właściwie to był mi całkowicie obojętny. Tymczasem w sobotę miałam dzięki niemu absolutnie fantastyczne Walentynki i szłam wieczorem przez miasto rozpromieniona jak po nadzwyczaj udanej randce.
Nawet mi pobłogosławił mój interval drink, o.
wpid-dsc_0038.jpg
I ten uśmiech, mój Boże, gdy on się uśmiecha do widowni, to aż chce się zabrać go do domu. Tak się cieszył z oklasków, że prawie świecił.
To szalone i groteskowe. W kosmos odjechane. Mamy morderstwa, wyuzdane praktyki autoerotyczne, zjadane żarówki, potwory, a przede wszystkim głęboko zaburzonych przedstawicieli wyższych sfer, którzy nie cofną się przed niczym, by obronić miejsce na świeczniku. Całe to barwne wariactwo podszyte jest nieprzyjemnie gorzką ironią. Naprawdę wyśmienity wieczór.
– How do you know you’re God?
– Simple. When I pray to Him I find I’m talking to myself.
Następnego dnia było to nieszczęsne rozdanie nagród, vide poprzedni wpis, a potem nastał poniedziałek. Brzydki, mokry poniedziałek i autorka miała ochotę spędzić go w całości pod kołdrą, ale przecież nie po to leci się 1300 kilometrów, żeby się w pościeli wylegiwać. Udając, że nie dotyczy mnie kapiący z nieba paskudny deszcz, powędrowałam na południowy brzeg. Bardzo lubię tamte okolice, bo są pełne skarbów i cudnych zakątków, można świetnie zjeść na Borough Market, a poza tym widok gotyckiej wieży stareńkiej katedry Southwark na tle migoczących szklanych ścian zawsze robi na mnie wielkie wrażenie. Nawet w ponury poniedziałkowy wieczór, gdy czuję, jak przecieka mi kaptur.
wpid-dsc_0006.jpg

wpid-dsc_0011.jpg
Southwark Playhouse to jest bardzo sympatyczne miejsce, zupełnie inne od całej tej oszalałej, jazgotliwej karuzeli West Endu. Mają arcyprzyjemną knajpeczkę – gdybyście przyszli zziębnięci, służą herbatą za funta – i znani są z wystawiania bardzo dobrych, niesztampowych przedstawień. To, które widziałam, istotnie było bardzo dobre, choć nie mogę powiedzieć, żebym opuściła widownię uśmiechnięta – wprost przeciwnie.
Gods and Monsters to podkolorowana opowieść o ostatnich dniach Jamesa Whale’a, reżysera słynnego Frankensteina z Borisem Karloffem w roli monstrum; o bardzo smutnych dniach, bo Whale, mocno podupadły na zdrowiu i samotny, ogromnie cierpiał – w końcu popełnił samobójstwo. Utopił się we własnym basenie (mimo przygasłej sławy ciągle był zamożnym człowiekiem). Sztuka opowiada o tym, jak emerytowany reżyser, który odsunął się od blichtru Hollywood, przeżywa krótką, ale intensywną fascynację ogrodnikiem, eksżołnierzem zbudowanym jak grecki bóg, którego zachęca do pozowania mu do szkiców. Niestety nic dobrego z tego wyjść nie może, choć dwaj skrajnie różni mężczyźni mimo wszystkich napięć i dramatycznego zwrotu akcji jednak zbliżą się do siebie. Nawet nowe oczarowanie i niespodziewana późna przyjaźń nie uratuje głównego bohatera przed tragedią.
To taki spektakl, w którym nie ma żadnych fajerwerków i gwiazd, ale tę historię człowieka rozstającego się z życiem, udręczonego chorobą sprawiającą, że rzeczywistość myli mu się z wytworami wyobraźni i nawiedzanego przez bolesne wspomnienia utraconej miłości ogląda się z zapartym tchem. Przy okazji ogląda się mnóstwo męskiej nagości w bardzo śmiałych konfiguracjach, ale znowu, to nie jest błyskanie tyłkiem dla samego błyskania tyłkiem. Nawiasem mówiąc, obiekt zachwytów głównego bohatera ma więcej mięśni w jednym ramieniu niż ja w całym ciele. Patrzenie na niego momentami jest aż niekomfortowe. Co nie zmienia faktu, że to świetny i wzruszający spektakl.
Obejrzałam, podążyłam pustym Millennium Bridge (jak ja lubię mieć cały ten widok dla siebie)
wpid-dsc_0012.jpg
do wygodnego łóżka i zasnąć oczywiście nie mogłam, choć bardzo chciałam być wypoczęta przed obfitującym w dalsze wrażenia wtorkiem. A wtorek był wyjątkowo piękny, niebo bez jednej chmurki, można było iść przez Bankside w rozpiętym płaszczu i czuć się jak pani wszechświata czy coś w tym guście. Poczucie zdecydowanie wzmacniał fakt, że wczesny lunch z przyjaciółką zakończył się deserem, bez dwóch zdań cudownym deserem, ale było dla mnie pewnym zaskoczeniem, iż głównym składnikiem żurawinowego crème brûlée był gin. Tak czy inaczej, przez cały dzień nieco unosiłam się nad ziemią, bo och, wieczorem Closer, och, Rufus Sewell we własnej osobie, och, z tym przeszywającym spojrzeniem, och! Umościwszy się w ciasnej przestrzeni Donmar Warehouse, byłam podekscytowana jak dziecko… i cała moja ekscytacja niedługo później była mglistym wspomnieniem, a ja coraz dotkliwiej odczuwałam, jak niewygodnie mi się siedzi. Jeśli sztuka jest dobra, jeśli do was trafia, zapominacie o bożym świecie i tym, że architekt projektował widownię z myślą o pozbawionych czucia w ciele karzełkach. Jeśli nie, z każdą minutą utwierdzacie się w przekonaniu, że projektował ją z myślą o pozbawionych czucia w ciele karzełkach. To przykre jest, wiecie, gdy staczacie walkę o bilet, przez długie tygodnie nie możecie się doczekać, a gdy wreszcie nadchodzi godzina zero, zachodzicie w głowę, czy to wasze oczekiwania były tak rozbuchane, czy może po prostu coś tu nie do końca się udało.
Nie kumam. Tekst jest poruszający, dla wielu to coś w rodzaju manifestu pokolenia, które samo nie wiedziało, czego szuka w relacji z drugim człowiekiem. Wszystkie te zdania, tak bliskie, że aż chciałoby się je sobie wytatuować.
I love everything about you that hurts.
What’s so exciting about truth? Try lying for a change.
Men want a girl who looks like a boy. They want to protect her but she must be a survivor; and she must come like a train but with elegance.

Have you ever seen a human heart? It looks like a fist, wrapped in blood.
Tyle mocnych słów, tacy świetni, charyzmatyczni aktorzy. Można było mieć nadzieję, że z takiego połączenia wyjdzie czysty dynamit, że to będzie eksplozja i wielokrotny teatralny orgazm. No i ja miałam. Nadzieję. A czułam się, jakby ktoś do mnie wystrzelił najwyżej z tuby confetti.
To nie było złe, ale chyba nawet wolałabym, gdyby było wyraźnie spieprzone od początku do końca, skoro już nie mogło mnie porwać. A było po prostu letnie. Grzech letniości jest trudny do wybaczenia.
Ale – przy kolejnej wizycie Postman’s Park, tak ważne miejsce w tej sztuce, koniecznie odwiedzę.

Na szczęście nadeszła środa, kolejny z podwójnych dni. Podwójny wskutek zbiegu okoliczności, przy czym o tym za chwilę.
Miałam iść tego dnia tylko na Widok z mostu, choć byłam na nim już raz, w maju ubiegłego roku. Ku mojej radości spektakl postanowiono wznowić – z tą samą fenomenalną obsadą, ale w innym teatrze. A że miejsce inne, to i ludzi trzeba było usadowić inaczej. W oryginalnej wersji widownia otaczała scenę z trzech stron. W dostojnym XIX-wiecznym Wyndham’s Theatre takiego rozwiązania zastosować się nie dało, więc pokuszono się o inne.
Część miejsc dla widzów umieszczono mianowicie na scenie. Niżej podpisana właśnie takie miejsce dla siebie zorganizowała. Oczywiście była wniebowzięta – choćby dlatego, że tym sposobem po raz trzeci w ciągu roku znalazła się na scenie na West Endzie (niezły wynik, ech?). To fascynujące, bo rzędy siedzeń umieszczono dokładnie w miejscu, w którym scena przechodzi w kulisy i z jednej strony widzicie zapełniającą się w dole widownię, wspinające się wysoko balkony, kryształowe żyrandole i złocone stiuki – a z drugiej odrapane cegły, hydrant, telefon, jakieś frapujące pokrętło z napisem DANGER 400 VOLTS, plątaninę kabli, wajchy Bóg wie czemu służące, strome stalowe drabinki wysoko nad sceną, reflektory obracające się z cichym szmerem. Gdy w finałowej scenie z sufitu spływa zabarwiona na czerwono woda, czujecie jej ohydny, chemiczny zapach. Jesteście tak blisko, że widzicie włoski jeżące się na przedramieniu aktora. Niesamowite. A jeszcze bardziej niesamowity był Mark Strong metr ode mnie. Słowa nie opiszą geniuszu i zwierzęcości tego człowieka.
Ktoś o tym przedstawieniu napisał, że to tak, jakby siedziało się na torach i wpatrywało w nadjeżdżający szybko pociąg, ale nie mogło się ruszyć. Zazwyczaj publiczność jakieś tam dźwięki wydaje – ktoś kaszlnie, ktoś odkręci butelkę z wodą, ktoś zaskrzypi fotelem. A tu momentami panowała cisza tak absolutna, jakby widownia bała się oddychać. Co zresztą jest prawdą. To przedstawienie wstrząsa i sprawia ból. Doskonale się to ogląda, ale nie ogląda się tego miło.
Jest taka przykra scena, w której Eddie Carbone jest okładany pięściami przez swoją ulubienicę, osieroconą siostrzenicę żony. Z bliska to wygląda strasznie, bo aktorka naprawdę wali weń z całych sił. Jest od niego mniejsza o połowę, on ją nosi prawie jak kubek czy gazetę, ale w tej jednej scenie ona go z całą energią bije. Słyszycie ten głuchy dźwięk zaciśniętych dłoni uderzających z impetem w ciało. Potworne.
Sponiewierana i zapłakana publiczność nagrodziła wykonawców owacją jak huragan. Przy okazji byłam świadkiem jednego z najbardziej kuriozalnych zachowań, o jakie może się pokusić czyjś wielbiciel. Brrr. Podziwiam czasem ludzi za odwagę – czy może raczej za brak poczucia obciachu – natomiast zatrważa mnie pragnienie natychmiastowego bratania się z idolem. Może i lubi nam się wydawać czasami, że ich znamy; tyle razy ich widzieliśmy, że to prawie starzy kumple. Nic tylko po pleckach klepać. Tylko że oni nas nie znają. Nie wiem, co musiałoby się stać, jak bardzo musiałabym być odurzona, by rzucać się z rękami do obcego człowieka (nie żebym parę razy w życiu nie miała na to ochoty).

– W tym spektaklu nie ma przerwy, więc przepraszam, ale muszę spytać, czy pani była w łazience, bo miejsc na scenie nie można opuszczać w trakcie, chyba że będzie ewakuacja – powiedziała miła dziewuszka z obsługi. – Gdyby pani na przykład źle się poczuła i jednak musiała wyjść, to ja siedzę tu z tyłu na krzesełku, proszę dać mi dyskretnie znać…
I rzeczywiście, siedziała. Codziennie sobie siedzi na krzesełku, oglądając Stronga zza kulis. Dziewczyno, masz najlepszą pracę na świecie.

Wyszłam z teatru i już miałam dreptać do hotelu, gdy coś mnie tknęło. Zamiast pójść prosto do stacji metra tuż obok, skręciłam nazad w Shaftesbury Avenue.
Strasznie chciałam zobaczyć My Night With Reg jeszcze raz – wątpiłam w powodzenie tego chcenia, gdyż bilety drogie, a spektakl prawie wyprzedany. Pomyślałam mimo wszystko, że wstąpię do teatru i spytam o coś, co się zowie day seats, czyli bileciki wypuszczane w dniu przedstawienia, zwykle dużo tańsze i nierzadko w przednich rzędach.
– Nie ma – powiedziała miła pani w kasie. – Ale zwolniło się miejsce w loży, tuż przy scenie. Chce pani?
Wyobraziłam sobie cenę takiego biletu i zmartwiałam na chwilę. Mimo wszystko przybrałam minę osoby, która nocuje w Ritzu i grzecznie spytałam, ile za to.
– Dziesięć funtów – odrzekła pani, a autorka w ułamku sekundy wysupłała stosowny banknot.
Powiem wam, że jest to nawet dość przyjemne, gdy obsługa otwiera przed wami drzwi do waszej prywatnej (no, trzyosobowej raptem), intymnej, ciemnej loży znajdującej się na wyciągnięcie ręki – dosłownie – od sceny. I oglądacie sobie, siedząc jak jakaś wielka persona, łapiąc spojrzenia aktorów. Myślę, że to było najlepsze zakończenie wycieczki, jakie mogłam sobie wyobrazić. A chłopaki naprawdę są cudowne. Gross indecency! – takie wznoszą toasty, aż się chce je pożyczyć. Nawet ubolewam nieco, że nie pobiegłam na tyły po spektaklu, żeby im napiszczeć, jacy są wszyscy fajni, ale mnie takie rzeczy trochę za dużo nerwów kosztują. Za to przynajmniej wiem, jak Lewis Reeves mówi, gdy nie mówi z akcentem z Birmingham, wybitnie antykoncepcyjnym moim zdaniem. To przedsięwzięcie nie mogło się nie udać, jeśli zebrało się inteligentnych aktorów, między którymi wytwarza się zaraźliwa chemia i którym wspólna praca wyraźnie sprawia przyjemność. I widzicie, to jest właśnie ta wielka zagadka teatru – ze spektaklu, w którym teoretycznie nic nie miało prawa zawieść, najlepiej zapamiętałam znakomite Mai Tai w teatralnym barze i to, że bałam się, że zakładając nogę na nogę, kopnę w głowę widza rząd niżej; a z innego, który opowiada historię pozornie przeterminowaną, odpuszcza sobie ruchomą scenografię i inne wodotryski, w ramach dodatkowych atrakcji serwując widzom tylko znane na pamięć dźwięki Bowiego i The Police, wychodziłam oczarowana.
What I really want to do is join the police.
– Are you musical, then?

Potem już tylko hotel, rozbebeszona walizka, mokre włosy na poduszce, budzik ustawiony na czwartą trzydzieści – ale zamiast jak najszybciej zasnąć, gapiłam się bezmyślnie to w Sky News z wyłączonym dźwiękiem, to w sufit, to w wieżę zegarową St Pancras za oknem, słuchając w kółko tej samej piosenki.

I to wszystko. Gratuluję, ściskam rękę, składam pocałunek w stylu Breżniewa i wręczam osobisty order każdemu, kto dojechał do końca.
Teraz trzeba tylko będzie powoli, pomaleńku wrócić do moich pospolitych realiów – i do mieszkania, w którym zastałam rozkoszną temperaturę 14 stopni Celsjusza, bo oszczędnie wyłączyłam ogrzewanie przed wyjazdem. Obawiam się, że wcale nie wróciłam nie na długo, ale to osobny rozdział.
Znam już chmury po drodze; koło tej dużej w lewo, i zaraz będzie dom… wpid-dsc_00272.jpg.jpeg

What’s off stage

Trzeba być mną, żeby w drodze na upstrzone celebrytami wydarzenie (czerwony dywan, flesze, piski, te sprawy) prawie zgubić obcas. Bucik mi się zepsuł. Chwiejnym bardzo krokiem, ale z podniesionym czołem weszłam do teatru. Ubolewam po fakcie, że bucika nie porzuciłam, wychodząc, bo akurat stały tam moje dwa ulubione książęta, och, panie Bateman, jaki pan wysoki z bliska, a ten niepozorny okularnik obok to kto?… Achh, tak. Na zarumienioną od ginu, podekscytowania, gorąca i wysiłku wkładanego w zachowanie równowagi na rozkołysanym obcasie twarz autorki wypłynął odruch warunkowy. Ot, moje szczęście – zawsze wpadnę na kogo trzeba.
Do hotelu nie tylko wróciłam w obu pantofelkach, ale jeszcze skrzypiącym metrem zamiast karocy. Muszę chyba trochę popracować nad moją kopciuszkowatością.
Przechodziłam pod teatrem, w którym cały ten cyrk miał miejsce, przed południem i jakież było moje zdziwienie, gdy pod zamkniętymi jeszcze na trzy spusty drzwiami spostrzegłam przykryte śpiworami małolaty. O osiemnastej stężenie małolat przekraczało wszelkie dopuszczalne normy; ochrona wyłuskiwała spomiędzy tej hordy publiczność z biletami unoszonymi w garści nad głową.
Wieczór był słodki – towarzystwo, koktajle, wspaniałe śpiewające głosy, sławni ludzie ocierający się o mój płaszczyk w foyer, czarujący we własnej osobie Tom Hiddleston, który ku ogromnemu zaskoczeniu widowni wparował na scenę, żeby odebrać nagrodę za best play revival, to jest „Koriolana”… (on na żywo wygląda jak przecinek, dłuuuugi i cienki). Niemniej niżej podpisana jest zirytowana niezmiernie, bo wygrali nie ci, którzy wygrać powinni byli.
Wygrali najbardziej popularni.
Nie dziwi mnie to, ale szkoda trochę. Nasza biedna wstydliwa słabość (och, te kujońskie pingle, i jeszcze z mamą się przyszło; mówię przecież, że toto jest urocze nie do zniesienia) nie miała szans, choć zapracowała. Mark Strong, który samym spojrzeniem wgniata widza w podłogę i rozciera po niej to, co z wstrząśniętego widza pozostało, przegrał z Doktorem Who. Helen McCrory, nad której Medeą rozpływałam się tu przynajmniej dwukrotnie, przegrała z towarzyszką Doktora Who. Facet siedzący obok mnie parsknął, gdy to ogłoszono. I to najlepsze podsumowanie.
Otoczka była bardziej fascynująca niż sama impreza, która w sumie sprowadzała się do wymieniania sponsorów i błyskawicznego przechodzenia od kategorii do kategorii. Byłam, widziałam, zapisałam w pamiętniku, wnukom opowiem, ale nie będę drzeć szat, jeśli więcej tam nie trafię.
Tak czy inaczej, to ciekawe doświadczenie, bardzo absurdalne i troszkę baśniowe – przeciskając się przez tłum przed wejściem w rytmie trzasku migawek, przez chwilę macie wrażenie, że jesteście w centrum wszechświata. Bardzo pięknego, pachnącego, lśniącego wszechświata, w którym nie istnieją żadne mroki i zmartwienia.

There’s a starman waiting in the sky

Obiecałam, że będą słabe zdjęcia i proszę. Luty, godzina szósta, mgła i szron. I niemiłosiernie zaspana autorka marząca o drzemce. Marzenie się spełniło – zasnęłam i obudziłam się już nad morzem.

image

Miasto, którego nie ma, przywitało mnie ponad godzinną kolejką do kontroli paszportowej – uroczo z ich strony, doprawdy. Dotarcie do centrum zajęło mi więcej czasu, niż lot z Polski. Nie spieszyłam się na szczęście. Teatr przecież dopiero wieczorem.
W ulewnym deszczu dotarłam na Shaftesbury Avenue, głośną, pstrokatą, pachnącą chińską kuchnią – Soho w najpełniejszym wydaniu. Weszłam na widownię, zajęłam miejsce i po kwadransie wiedziałam, że chcę to zobaczyć jeszcze raz. Ot, niby zabawna historia, starzy kumple spotykają się w domu jednego z nich i wspominają stare czasy. Są bardzo różni, od pociesznego, przeraźliwie samotnego grubaska po seryjnego łamacza serc nieznośnie świadomego swego uroku, ale mają coś wspólnego – wszyscy są gejami i w życiu każdego z nich znaczącą rolę odegrał (lub dopiero odegra) tajemniczy Reg. Ten obiekt powszechnych westchnień stanie się nemezis każdego z bohaterów. I tu właśnie historia przestaje być zabawna, a serce widza do ostatniej sceny będzie powoli, metodycznie i boleśnie łamane.
To właśnie to przedstawienie, na które tak bardzo chcialam pójść i na które przypadkiem upolowałam bilet za dychę. Intuicja mnie nie zawiodła.
image

To również przedstawienie, w którym są nadzy mężczyźni, owszem, przeoczyć części intymnych nie sposób, ale opowieść tę nagość uzasadnia. Dodać muszę, że właściciel ocenzurowanych pośladków (Lewis Reeves, zapamiętajcie na wypadek, gdyby został sławny) jest jedną z najpiękniejszych istot ludzkich, jakie w życiu widziałam – ta niewinna twarzyczka, mój Boże. Spójrzcie na ten profil. Do tego świetnie mówi z okropnym akcentem z Birmingham, uchodzącym tutaj za najbardziej obciachowy. Aż chciałabym usłyszeć go mówiącego po swojemu.
Oglądanie z pierwszego rzędu to dziwne doświadczenie. Trochę tracicie przez żabią perspektywę, ale za to macie na wyciągnięcie ręki aktora z jego najdrobniejszym grymasem, kolorem tęczówek, zmarszczkami, zapachem, mokrym czołem, piętami i… no, tym, co akurat było w pakiecie przy okazji tego przedstawienia. Pierwszy rząd to niemal kulisy. Widzicie, jak to nazywa mój znajomy aktor, samo mięcho. To dość ekscytujące.
Bardzo, przebardzo muszę jeszcze raz. Jeden z wieczorów mam ciągle niezagospodarowany, więc może się uda.
A dziś podobno jakieś święto zakochanych? To się świetnie składa. Słońce świeci, ptaszki za oknem śpiewają, więc przepraszam, ale zostawiam was i idę się zakochiwać.

On a steel horse I ride, and I’m wanted dead or alive

Poniższy wpis będzie nawiązaniem do wpisu poprzedniego. Będzie też wyjaśnieniem, dlaczego moje mieszkanie nie doczeka się remontu nie tylko w tym roku, ale i chyba w kolejnym.
Nigdy nie byłam zbyt mocna z przedmiotów ścisłych. W liceum byłam pierwsza do udziału w konkursach recytatorskich i podśpiewywania w chórkach w kapeli kumpla, wypracowania z polskiego pisałam połowie klasy, ale wszystkiego z cyferkami nienawidziłam serdecznie. Teraz na szczęście w obcowaniu z nimi wyręcza mnie technologia. Wtedy szukałam każdej okazji, żeby zwolnić się z lekcji, aż któregoś dnia, gdy znowu pokrętnie się tłumaczyłam z nieprzygotowania, moja nauczycielka chemii westchnęła:
– Ty jesteś niepoprawna.
Kilkanaście lat później te słowa pozostają aktualne i nadal nade mną wiszą; być może powinnam wydrukować je sobie na wizytówce: Panna Iksińska, niepoprawna, do usług.
Oto dowody mojej niepoprawności, nieuleczalności oraz tego, że rozum opuścił autorkę na dobre dawno temu. Autorka nie jest pewna, gdzie zamieszkał, ale z pewnością daleko.

Małe zadanie z cyklu „porównaj obrazki”.
W ubiegłym roku do mojej skrzynki pocztowej spłynęło coś takiego. To już wam pokazywałam.
RND

Dziś dla odmiany do mojej skrzynki pocztowej spłynęło coś takiego.
dead

Droga redakcjo, czy to jest normalne, żeby mieć plany na październik w lutym?
Mówiłam przecież, że to sekta. Raz pójdziecie i już na was lepką sieć zarzucają.
Coś zresztą jest na rzeczy – dzięki czytankom dorobiłam się różnych interesujących znajomych po obu stronach kurtyny, poznałam zakamarki Londinium, o których nie miałam pojęcia (i do których nie zawsze wolno ot, tak sobie wejść) i zdobyłam wiedzę, która jest mi absolutnie do niczego niepotrzebna, ale jest fascynująca. Wiem, rozpływałam się na ten temat wielokrotnie, przy czym to mój blogasek i mogę. Poza tym szczerze zachęcam do rozważenia uczestnictwa w takim wydarzeniu, jeślibyście przypadkiem planowali wycieczkę do Brytfanny. Czytanka mają tę przewagę nad pospolitymi wizytami w teatrze, że widz idzie na własne ryzyko, pojęcia nie mając, co go czeka. Jeszcze większym ich urokiem jest to, że podczas, w trakcie i po wszystkim panuje cudownie swojska, zrelaksowana atmosfera. Dlatego wracam, gdy tylko mogę. Nie jestem wcale jedyną cudzoziemką, która musi pokonać ponad tysiąc kilometrów, żeby wziąć w tym udział. Nawiasem mówiąc, o ile innostrańcy najeżdżający West End na drugim brzegu rzeki nikogo nie dziwią, o tyle tutaj, gdy tylko komuś nieostrożnie się przyznacie, skąd was przywiało, natychmiast stajecie się ciekawostką.
A mój pierwszy raz pamiętam doskonale. Wlazłam nieco zdezorientowana do foyer teatru, który za całe to zakrojone na 30 lat przedsięwzięcie odpowiada, a tam miły pan popatrzył na mój bilet i powiedział:
– Ale to nie tutaj. To chyba w naszej sali prób za rogiem, pierwsza w lewo…
Poszłam zatem do sali prób za rogiem, pierwsza w lewo. Zapytałam kolejnego miłego pana, czy to tutaj, a on pokręcił głową.
– Nie. Chyba w tym budynku naprzeciwko… Tak, na drzwiach wisi kartka.
No i rzeczywiście, na szklanych drzwiach zupełnie przeciętnego biurowca wisiała kartka z logo i napisem „Ahem! Please queue here”. Za tym pierwszym razem pysznie się bawiłam, ale przyznać trzeba, że czułam się jak intruz – jak ktoś, kto niechcący wbił się na czyjeś urodziny; za trzecim natomiast uświadomiłam sobie, że rozpoznaję większość publiki. I co prawda teraz te urocze imprezki mają swoją bardzo wytworną siedzibę, niemniej i tak lepiej sprawdzić, czy na pewno akurat tam należy się stawić.

Chciałabym powiedzieć, że to wszystko i nie podjęłam żadnych więcej wariackich decyzji.
Niestety.
Siedziałam wczoraj rano, słuchając jednym uchem opowieści koleżanki o tym, że ona chciałaby pomalować kuchnię na biało, a mąż na beżowo (suspens mnie zabijał, doprawdy) i przeglądając jednym okiem newsletter, gdy wtem oko zauważyło w newsletterze coś, co sprawiło, że natychmiast się ożywiłam i stoczyłam ze sobą krótką wewnętrzną walkę, a reszta jest milczeniem.

No dobrze. Czas wyjść pomnażać PKB, a następnym razem odezwę się już chyba z obcych krain. Jak zwykle jestem podekscytowana do granic wytrzymałości i najchętniej już pojechałabym siedzieć na lotnisku, wypadałoby mimo wszystko najpierw się spakować czy coś. Przede mną bardzo intensywny tydzień – przed wami natomiast, obawiam się, kilka przekrzywionych zdjęć, dużo rozwlekłych wynurzeń na tematy, które nie interesują nikogo poza autorką (aczkolwiek będzie też o golasach, innych golasach i o celebrytach). Podobno jest ciepło, więc będę mogła zabrać mój ukochany płaszcz. Bez niego ani rusz.

PS No i widzicie, wszystko się da, gdy człowiek odpowiednio się uprze. Głosowałam na niego. Cudowna historia.
Mam nadzieję, że w tym drugim głosowaniu też mi się – tfu tfu, ściskamy kciuki! – powiedzie. Się okaże w niedzielę. Co mi przypomniało, iż muszę pantofelki wypastować.

Read me a story, tuck me in tight

„Został już niecały tydzień do wyjazdu do miasta Londyn”, powiadomił mnie dziś rano newsletter. Tak, dziękuję serdecznie. Jakbym mogła zapomnieć.
Nadal nie mam żadnego pomysłu na niedzielną sukienkę, ale koniec końców doszłam do wniosku, że to właściwie bez znaczenia, bo i tak nikt na mnie nie zwróci uwagi. Nadal nie do końca wiem, jak to się stało, że wybieram się na taką imprezę, ale widocznie każdy Kopciuch musi doczekać się swojego balu i to jest mój. Poza niedzielną sukienką większych problemów nie mam.
Tymczasem moje ulubione miejsce w mieście Londyn poinformowało mnie dziś, że otwiera sprzedaż biletów na nowy sezon (formalnie od jutra, ale ci, co miejsce śledzą w mediach społecznościowych, dostali dodatkowe 24 godziny), z której to szansy skwapliwie skorzystałam, bo jakże mogłabym nie, skoro w jednym z przedstawień będzie się prężył ten sam uroczy młodzian, co w październiku czaił się u moich stóp, więc go lubimy bardzo. Ponadto miejsce powiadomiło, że jutro ogłasza nowy program czytanek – z niezrozumiałych dla mnie przyczyn (właściwie bardzo zrozumiałych, ale umówmy się, takich rzeczy nie robi się ludziom o słabym sercu) postanowiło zilustrować ten wpis zdjęciem, które wywołało u autorki nieco krępujący odruch warunkowy. A jakby tego było mało, miejsce zapowiedziało, że będą też wydarzenia z udziałem najcudniejszego głosu w naszej części wszechświata – raptem w miniony weekend zwierzałam się tutaj, jak mi się marzy podobna atrakcja – więc teraz pozostaje po prostu odłożyć remont na kolejny rok; ściany mogą poczekać, wrażenia niekoniecznie. Inni mogą zabijać się o bilety na tych wszystkich Fiennesów i Spaceyów, ja tam wolę moich skromnych ulubieńców i podążam za nimi wiernie.
Przeczytałam właśnie to, co napisałam powyżej i uświadomiłam sobie, że już nikt się nie nabierze na moje usilne próby snobowania się na miłośniczkę kultury wysokiej. Wysokiej i owszem, kultury – hmmm…
Spróbuję obronić mój wizerunek i dodam, że wczoraj po drodze do fryzjera wstąpiłam do księgarni i ku mojej niezmierzonej radości znalazłam przepiękne Szaleństwo katalogowania Eco, które zawsze chciałam mieć, za raptem 49 złotych, a kosztowało do niedawna 130. To bardziej książka do oglądania i nabożnego gładzenia kartek niż czytania – chociaż tekstu w niej nie brakuje – więc od wczoraj gładzę nabożnie. Nabyłam też Czarnego Anioła, zbliżam się już do końca i ponownie żałuję, że taki Kraków to już pieśń przeszłości, a ten nowy coraz mniej mi się podoba. Jakoś mi bliższe te ciemne piwniczne izby, a nawet wódeczka w czyjejś kuchni od miejsc, w których skinny flat white zakąsza się bezglutenowym burgerem przy dźwiękach muzyki od razu wypadającej drugim uchem. I już nie każdy tutaj, cytując Maleńczuka, mniej lub bardziej jest artysta. Trochę szkoda.

I’m aching to find someone to share my life with

Dzisiejsza moja pogadanka będzie najpierw płytka i beztroska, ale nie należy liczyć, że pozostanie taka do końca.
Otóż zapoznałam się z listą najbardziej seksownych mężczyzn na tym łez padole.
Zacznijmy od tego, że większość nazwisk musiałabym wyguglać, bo pojęcia nie mam, co to za jedni – ale mi się nie chciało. Natomiast mój komentarz do pierwszej dziesiątki pozwolę sobie przedstawić w poniższych punktach.
1. Nie w moim typie.
2. Ja wszystko rozumiem, ale seksowny?…
3. Nie w moim typie, przy czym obleci.
4. Nie w moim typie.
5. Nie znam.
6. Nie znam.
7. Nie znam.
8. Nie znam.
9. Nie w moim typie.
10. A w życiu.
Oczywiście żaden z moich szczególnie ulubionych na tę listę nie trafił, więc tak się zastanawiam, czy ja może mam z gustem coś nie tak?… Ach nie, przepraszam. Idris Elba jest. Choć on jeden broni mojego honoru.
Dobrze, tośmy sobie poplotkowali. Wystarczy. Teraz będę spuszczać emocje.

Był ktoś na Johnie z National Theatre? Bo ja po powrocie z rozczarowująco pustawego kina powiem wam jedno.
Cieszę się bardzo, że nie poszłam na to do teatru.
Wywieźliby mnie z widowni w strzępach.

Domyślam się, że nie do każdego trafia taka stylistyka, takie historie i tak śmiały sposób ich opowiadania – to nie jest przedstawienie, o którego pierwszej scenie zdążycie zapomnieć po dwudziestu minutach, boków też nie zerwiecie, a po wyjściu nie powiecie: „no, fajnie było, to teraz możemy iść na drinka”. O nie. Prędzej wypełzniecie z widowni obolali i niezbyt szczęśliwi, udając, że coś wam do oka wpadło. Albo wymaszerujecie zirytowani, że taką tanio skandalizującą chałę ktoś wam kazał oglądać.
Osobiście wypełzłam. Trafiło w mój czuły punkt. Jeśli macie jakieś demony pod skórą, jakieś wspomnienia, które wolelibyście wyprzeć – jest bardzo prawdopodobne, że ten spektakl je obudzi.
Sporo w tym było groteskowych scen i tekstów, przy których widownia chichotała, ale w gruncie rzeczy to łamiąca serce, porażająco bolesna opowieść o człowieku, który nie miał szans ułożyć sobie porządnie życia – dorastał z ojcem katującym rodzinę (w drugiej minucie wiadomo, skąd ostrzeżenia, że to spektakl dla dorosłych…), matka się zapiła, bracia zginęli. Jako osiemnastolatek dorobił się własnego syna, którego przez wiele lat nie widział. Nabawił się wszystkich możliwych nałogów, mieszkał na ulicy, nielicznych przyjaciół zabrało mu AIDS. Wreszcie trafił do pudła za popełnione na haju przestępstwo. Po latach nieudanych związków z kobietami zrozumiał, że jest gejem. Można by się zżymać, że to niemal telenowelowe nagromadzenie zwrotów akcji i nieszczęść, gdyby nie fakt, że to wszystko prawdziwe opowieści z najzupełniej prawdziwego życia.

W pewnym momencie głos aktora zostaje zastąpiony głosem prawdziwego Johna. Niewyraźnym, nieśmiałym głosem poturbowanego przez los pięćdziesięciolatka, który bardzo chce wreszcie uporządkować cały ten burdel. John, ogromnie pogubiony, szuka tego, co my wszyscy – czyjejś bliskości. Czyjejś uwagi. Kogoś, kogo mógłby obdarzyć całą miłością, jaką w sobie ma.
Zanim ta przejmująca scena nastąpi, wędrujemy z nim przez ciemne pokoje rodzinnego domu, ulice Clapham, przytułki i więzienia, żeby wreszcie trafić do męskiej sauny, w której John czeka, aż ktoś go zauważy. Po prostu.

Gdyby to była zwykła sztuka, pewnie uznałabym ją za zbyt rzewną, ale DV8 nie robi zwykłych sztuk. Nie kombinuje z wydumanymi scenariuszami, bo poszukuje ich w rzeczywistości. DV8 przypomina, że podstawowym instrumentem aktora jest jego ciało – i udowadnia, jak doskonały jest to instrument.
Ten spektakl może się podobać albo odstręczać, ale zrobiony jest z imponującą perfekcją. Są sceny, gdy widz zachodzi w głowę, czy stopy protagonisty zostały przybite gwoździami do podłogi, bo normalny człowiek takich ruchów nie jest w stanie wykonać, nie odrywając kończyn od gleby. Każde słowo jest ilustrowane gestem i to gest determinuje jego znaczenie; można być głuchym na samą fabułę, ale cielesna ekspresja wykonawców poruszających się w rytm słów oszałamia. Domyślam się, jak morderczy wysiłek za tym stoi, biorąc pod uwagę, że aktorzy mówią i tańczą jednocześnie, jedno i drugie wykonując jakby od niechcenia. Z dziwną fascynacją ogląda się ich piękne lub niepiękne ciała, kropelki potu i tatuaże, wygięte barki, napięte mięśnie łydek, naprężone palce stóp, obnażone i nie zawsze płaskie brzuchy. Jak oni cudownie ze sobą współpracują. To momentami ogromnie zmysłowe, momentami odpychające, ale przez bite dziewięćdziesiąt minut wzroku nie sposób oderwać.

Nawiasem mówiąc, to samo napisałam w 140 znakach, by świtem odkryć, że odtwórca głównej roli posłał dalej mój tweet. Och.

The G-spot is in the ears. He who looks for it below there is wasting his time.

Taki mam ostatnimi czasy nerw, że sama siebie nie lubię. Może to przez ten księżyc, może przez hormony, może dlatego, że jeszcze dziewięć długich dni do wyjazdu (no dobrze, osiem i pół – osiem i pół brzmi dużo lepiej, a jutro o tej porze będzie już siedem i pół, czyli do przeżycia), a może po prostu czasem człowiek musi tak mieć – ot, dla równowagi psychicznej, by potem przypomnieć sobie, jak dobrze potrafi być. Wszystko, absolutnie wszystko wytrąca mnie z równowagi i nic nie układa się jak należy. I wszyscy mnie drażnią. Ogólnie rzecz biorąc, chwilowo lepiej do mnie nie rozmawiać, jeśli nie ma się czegoś naprawdę a) ważnego, b) miłego do powiedzenia.

Kontynuując wczorajszy wątek prywatności – natknęłam się dziś na taki oto artykuł, jednocześnie rozbrajający i nieco, hm, przykry. Mieszane mam uczucia. Chodzi mianowicie o to, że korespondencja pomiędzy Vivien Leigh a sir Laurence Olivierem – bardzo pikantna korespondencja, bo oni ostro romansowali w swoim czasie, co zresztą skończyło się małżeństwem – ma zostać upubliczniona. Fragmenty można sobie przeczytać w tym tekście również. Autorki współczesnych powiastek erotycznych mogłyby się od Larry’ego sporo nauczyć. Uchh. Zawsze bardziej mi się podobali mężczyźni, którzy potrafią interesująco się wysławiać. Co prawda fragment z majteczkami nieco zbił mnie z tropu, ale gdy pisze się do kogoś pożądanego i bliskiego, każde wyznanie jest na miejscu i chce się powiedzieć wszystko. No właśnie. Gdy pisze się do kogoś bliskiego.
Z jednej strony wszystko to ciekawe, urocze i w pewnym sensie kuszące. Z drugiej – jest w tym pomyśle coś ogromnie niewłaściwego. Domyślam się, że rodziny obu stron zostały zapytane o zdanie i wyraziły zgodę na „odtajnienie”, ale to są zapisy bardzo intymnych dialogów między zakochanymi w sobie ludźmi, nie pospolite listy z podróży czy cokolwiek w ten deseń. Ja tam bym nie chciała, żeby moje frywolne wynurzenia trafiły pewnego dnia do publicznych archiwów. Oczywiście szanse na to mam znikome, bo raczej nigdy nie wypłynę w Hollywood i nikogo moja lubieżna korespondencja nie interesuje (poza odbiorcą, mam nadzieję), niemniej nie opuszcza mnie wrażenie, że listy tych dwojga jednak nie powinny być czytane przez nikogo poza adresatami. Nie wiem, może staroświecka jestem, ale chyba za bardzo się spudelkowaliśmy i za dużo chcemy wiedzieć o innych. A po co nam taka wiedza w ogóle – nie mam pojęcia.

Could you take my picture, ’cause I won’t remember?

Czytałam wczoraj, że Dame Helen Mirren, przebywająca akurat w Nowym Jorku na gościnnych występach, jeździ po mieście metrem. Wielu współpasażerów zastanawiało się, czy to możliwe w ogóle jest, żeby siedzieli w jednym wagonie z taką gwiazdą i zakładali, że to po prostu ktoś podobny, aż wreszcie ktoś zrobił zdjęcie – no i rzeczywiście, Helen Mirren. Jak w pysk strzelił, z całym szacunkiem.
Zawsze przyjemnie wiedzieć, że celebryci, o których lubimy myśleć, że są z innego uniwersum (inna sprawa, że niektórzy z nich sami lubią tak o sobie myśleć – nadal pamiętam moją niegdysiejszą rozmowę ze znajomym znajomego, naszym rodzimym aktorem znanym głównie ze średnio udanych seriali; wielkie nieba, cóż to był za niemiłosierny buc), nader często zachowują się jak wszyscy inni pospolici zjadacze chleba.
Piszę o tym, bo zastanowiło mnie to zdjęcie.
Nie wydaje mi się do końca właściwe cykanie fotek osobom publicznym w prywatnych okolicznościach. Wiem oczywiście, że dla nich to poniekąd wliczone w cenę bycia, kim są, ale to jakieś chyba niegrzeczne trochę. Znana twarz czy nie, to jednak ciągle człowiek, nie manekin, w dodatku obcy człowiek, i wcale nie musi lubić, gdy mu się przeszkadza w rozmowie, piciu piwa czy przemieszczaniu się z punktu A do punktu B. Pamiętam zresztą, jak kiedyś czytałam wywiad z moim jakże ukochanym Andrew Scottem, w którym też powiedział, że o ile zawsze chętnie spełnia prośby o strzelenie sobie wspólnej fotki, o tyle sytuacja, w której ktoś usiłuje ukradkiem go sfotografować, jest dla niego raczej krępująca i nieprzyjemna. Nawiasem mówiąc, on też jeździ metrem.
Trzy tygodnie temu, gdy sobie pokornie marzłam pod tylnym wejściem do teatru, zaobserwowałam właśnie takie zjawisko w postaci przyczajonych typków krążących dookoła jak elektrony – dodajmy, że to wejście mieści się w ciasnym, króciutkim zaułku przypominającym raczej podwórko i nie ma szans, żeby człowiek wmieszał się tam w tłum – i niby to niepostrzeżenie trzaskających foty telefonami. Pół biedy z telefonami. Jeśli macie takie coś w zwyczaju, a żywię nadzieję, że nie, zastanówcie się dwa razy, czy na pewno najlepszym narzędziem do zrobienia komuś dyskretnie zdjęcia jest iPad…
Nie kumam tego – podobnie, jak nie kumam filmowania koncertów. Nie wiem jak wy, ale ja po prostu pasjami uwielbiam stać za kimś, kto zasłania mi widok na scenę swoim świecącym Galaxy S-ile-tam-teraz-jest. Nie wiem jak wy, ale osobiście podejrzewam, że oglądanie filmu składającego się z drgającego obrazu i dźwięku, który brzmi raczej jak przejeżdżający pociąg towarowy niż muzyka, musi być niebywale ekscytujące.

Na drugą nóżkę przeczytałam wyniki sondażu o bywaniu w teatrze. Podobno 84% Polaków w ubiegłym roku w ogóle nie było, tylko 2% polazło tam więcej niż trzy razy (cześć!). Właśnie próbuję policzyć, za ilu rodaków wyrabiam normę (w czwartek idę na Johna, ale to do kina, więc liczy się połowicznie – niemniej to przy okazji pierwszy czwartek miesiąca, co oznacza tańsze bilety do Starego, z których ochoczo korzystam). Ponoć też kobiety bywają częściej niż mężczyźni, co mnie akurat nie dziwi ani trochę. 2% niebywających nie chodzi, bo nie ma się w co ubrać. To najsłabsze wytłumaczenie z możliwych, z gatunku „pies mi zjadł pracę domową”, ale niech będzie.
Tymczasem autorka „Zabić drozda” wydaje nową powieść. Po 55 latach. Pośpiech jest wrogiem postępu, jak wszyscy wiemy, więc może i ja przed setnymi urodzinami jednak będę miała ten wymarzony wieczór autorski (choć po dzisiejszym dniu w pracy jakoś powątpiewam, bym takich urodzin dożyła).

There are no miracles on Mondays

Zaprawdę powiadam, jest w życiu wiele przyjemniejszych chwil niż taka, w której stukacie notatki podczas niesłychanie ważnego spotkania, gdzie padają niesłychanie ważne słowa i wtem uświadamiacie sobie, że jeśli spotkanie nie skończy się w ciągu najbliższego kwadransa, to dalszą część notatek będziecie musieli spłodzić długopisem (którego nie macie) na papierze (którego nie macie), bo bateria coraz słabsza. Oczywiście spotkanie się przeciąga. I dokładnie w momencie, gdy mają paść najważniejsze ze wszystkich niesłychanie ważnych słów, ekran waszego laptopa staje się przerażająco, zupełnie i całkowicie czarny.
Modliłam się, żeby tych ważnych słów nie było za wiele, bo inaczej zapomnę i będzie problem.
– Zapisałaś to wszystko? – wyszemrało moje najwyższe kierownictwo.
– Oczywiście – odparłam z kamienną twarzą.
Na moje szczęście – i ku utrapieniu niektórych mężczyzn – mam dobrą pamięć.

Jakby tego było mało, po godzinie pisania innego dokumentu zamknęłam go, nie wcisnąwszy uprzednio CTRL+S, więc cała zawartość poleciała w kosmos. To nie jest mój dzień. Może dlatego, że nie mam dziś na sobie żadnej z moich szczęśliwych bransoletek, którymi zwykle dzwonię z daleka. Jako zabobonna baba rzadko wychodzę z domu bez całego arsenału moich talizmanów, niemniej dziś dramatycznie zaspałam i wybiegłam z domu, złapawszy tylko rzeczy najpotrzebniejsze. Właściwie to powinnam się cieszyć, że zaspałam, bo jak wiadomo, od pewnego czasu mam raczej odwrotny kłopot.

Po weekendzie nie mogę się nadziwić, jak mocne potrafią być nasze więzy z ludźmi, których właściwie znamy słabo, widujemy niezbyt często, a jednak za każdym razem nie możemy pozbyć się wrażenia, że oni w naszym życiu byli od zawsze – no chyba, że znamy się z poprzednich wcieleń. Nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć. To jakbyście odkryli, że macie bliźniaka (chyba – nigdy nie miałam rodzeństwa). Ja się nie zaprzyjaźniam łatwo i w gruncie rzeczy nie potrzebuję zbyt wielu ludzi w moim życiu, ale czasami, zdecydowanie zbyt rzadko, coś od razu klika i od razu wiem, że osobnik myśli tak, jak ja.
To miłe.
Mniej miłe jest to, że weekend zepchnął moją dietę w otchłań (bądźcie przeklęte, buraczane gnocchi w Trufli, utaplane w lubieżnej ilości koziego sera). A już tak dobrze szło. No cóż. Jest poniedziałek, możemy zacząć od nowa. Temu przecież służą poniedziałki.

Ach, zapomniałabym – ciekawa muzyczka na dziś. Tym razem nie smęty. Panowie lubią wykorzystywać w swoich kawałkach różne nietypowe dźwięki z przeszłości – i w tym przypadku wzięli na warsztat nagrania rozmów między centrum kontroli lotów w Houston a załogą Apollo 8, okrążającego akurat Księżyc. Wyszło im coś bardzo poruszającego.

Ale to jest Szekspir

Chciałabym, żeby napad amnezji pozbawił mnie wspomnień z dzisiejszego dnia. Brrr. Mózg mi zgalareciał.
W nagrodę za cierpienia kupiłam sobie sushi na kolację.
W mojej dzielnicowej Biedronce.
O, smutna ironio naszych kapitalistycznych czasów.
Nie było jakieś specjalnie dobre (przynajmniej dali dużo marynowanego imbiru…), ale zawsze przyjemnie pozasuwać pałeczkami.
Śmiem przypuszczać, że nikogo nie interesuje moja kolacja, idźmy zatem dalej. Nie żeby dalej było bardziej pasjonująco, bo o teatrze będzie.

Gdy stałam wczoraj w kolejce do szatni w Starym Teatrze, by wymienić moje futerko na numerek, młoda dama od stóp do głów odziana w lśniącą taftę posłała mi SPOJRZENIE.
Tak, wiem, w dżinsach przyszłam.
Rozejrzałam się i uświadomiłam sobie dotkliwie, że wokół same tafty, jedwabie, cekiny, perły i zamszowe szpilki. Wielkie nieba, jest środek tygodnia…
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że też miałam na sobie nobliwie czarny sweterek.

Usadowiłam się w fotelu, kurtyna opadła (tak – opadła, nie podniosła się) i zobaczyłam papieża w lektyce oraz rząd pokornych duchownych oddających mu hołd. Bo kto powiedział, że akcji Króla Leara nie można przenieść do Watykanu?… Znaczenie pozostaje takie samo, ta historia jednakowo mocno wybrzmiewa osadzona w odrealnionym, dusznym światku stolicy Piotrowej, w którym każdy ma chrapkę na władzę, a najmocniejsze więzy są nic nie warte.
Jerzy Grałek w głównej roli to czysta godność; może niedołężny starzec, może postradał zmysły, może wcale nie? – do końca dostojny w swojej słabości, bez cienia zbędnej pompy i emfazy. Wspaniała rola.
Ale, ale. Moment, w którym Edmund Gloucester tańczył w swojej wirującej sutannie, był momentem, w którym pomyślałam, że cokolwiek dalej się wydarzy, wrócę do domu zadowolona. Niechby dla tej jednej sceny warto kupić bilet. Już kiedyś rozpływałam się nad scenicznym urokiem Bartosza Bieleni i nadal uważam, że połączenie delikatnego, niemal dziecięcego piękna z lodowato spokojnym głosem i niepokojącym błyskiem w oku jest mieszanką wybuchową, która na scenie doskonale się sprawdza. Chyba mam nowego ulubieńca w mieście.

Podobało mi się. To nie jest wybitne przedstawienie; nie coś, co was sponiewiera emocjonalnie i skłoni do rozmyślań nad kondycją ludzkości – nie wybitne, ale moim skromnym zdaniem dobrze na nie pójść. Ten spektakl jest przede wszystkim oszałamiający, wysmakowany i piekielnie bogaty wizualnie; czysta przyjemność dla oka. Scenografia jest pozornie żadna, ot, ściany i drzwi – ale mnóstwo można na tych ścianach wyczarować światłem i obrazami z kamery zawieszonej nad sceną; efekty tych czarów momentami zapierają dech. A muzyka, och muzyka. Ta dziwna, jeżąca włosy wersja Nothing Compares 2 U otwiera i zamyka całą opowieść.
Tu macie trailer (z tańczącym Edmundem…) na zaostrzenie apetytu.

Wróciłam wczoraj do domu, jęłam guglać (tak mam, że lubię sprawdzać, co inni myślą na temat tego, co akurat zobaczyłam lub usłyszałam; bardzo efektywny sposób na podnoszenie mojego zwykle niskiego ciśnienia) i oczywiście trafiłam na recenzję pełną ubolewań, że w świątyni sztuki znowu się znęcają nad geniuszem barda, w dodatku ten okropny Klata znowu śmie kalać narodową scenę. O jejciu.
Akurat sobie ostatnio przywiozłam z miasta, w którym bard spędził ładny kawałek swojego życia, książkę autorstwa człowieka o prawdopodobnie najpiękniejszym głosie, jaki na tym świecie istnieje, przy okazji posiadającego ogromną wiedzę o twórczości Szekspira. Pochłonęłam całą w jedno popołudnie; to cudna lektura. Bardzo przyjemnie się to czyta, bo autor ma wdzięcznie cierpkie poczucie humoru i żongluje popkulturowymi aluzjami, ale ani na chwilę nie odbiega od tematu.
Od czasu do czasu ten i ów zżyma się na uwspółcześnianie wiekowych sztuk i wyciąga argument jego zdaniem kończący dyskusję, mianowicie „ale to jest Szekspir!”. Wszyscy ci zwolennicy koturnowości i wierności tradycji moim zdaniem powinni w te pędy zapoznać się z tym, co pan Crystal ma do powiedzenia.
Dużo ma, bo siedzi w temacie po uszy, w dodatku jest dziedzicznie obciążony – jego szanowny papa to uznany fachowiec od angielszczyzny. Ponadto jest aktorem, który w sztukach Willa S. również występował. Poza tym wreszcie objeżdża świat z warsztatami. Mam wielką nadzieję, że uda mi się zapolować na jakieś wydarzenie z udziałem onego, choć obawiam się, że gdyby się do mnie odezwał, to bym zemdlała.
Crystal w tej uroczej książeczce rozbiera Szekspira na części pierwsze i wydobywa jego tajemnice, ale najpierw zdejmuje go z zaśniedziałego cokołu. Podkreśla, że nie istnieje żaden jedynie słuszny sposób interpretacji Szekspira – są najwyżej wskazówki. Odkrywa, jak w kwestiach – nie w didaskaliach! – William przemycał instrukcje dla wykonawców; „reżyserował” ich przez tekst. Wyjaśnia, że słynny pentametr jambiczny (de-DUM-de-DUM… – częsta rada dla nierozumiejących, co Will miał na myśli, niestety działająca tylko wtedy, gdy mamy do czynienia z angielskim oryginałem, brzmi: zacznij czytać na głos i cię olśni) miał w rzeczywistości pospolicie praktyczne zastosowanie, bo łatwo było wypowiedzieć cały wers na jednym oddechu, brzmiało to naturalnie, a aktorzy szybciej uczyli się tekstu na pamięć – rytm im pomagał; najlepiej nam wszystkim znany rytm, w którym nasze ciało pracuje przez cały czas. He wrote speech, not speeches.
A nade wszystko Crystal przestrzega przed traktowaniem barda jak bóstwa, o którym można dobrze albo wcale, a jeśli dobrze, to tylko na kolanach i szeptem.
With fame has come a respect, a trend to deify him, to make his play sacrosanct. The six official commandments of Shakespeare:
You Cannot Change Any Of The Words
He Must Not Be Translated
He Must Be Performed A Certain Way
He Must Be Spoken A Certain Way
He Must Be Spoken Of In A Certain Way
We Will Celebrate His Birthday As If He Were Royalty
Alright, I just made those up. But you’d be surprised how many people deem every word absolute truth
.
To jak u nas z Mickiewiczem, nieprawdaż.
Otóż Szekspir nie wiedział, że pisze klasykę. Nie siadał do pisania z myślą „ach, oto zaraz spod mojego pióra wyjdzie arcydzieło, które za 400 lat będzie kanonem na całym globie”. W gruncie rzeczy on w ogóle nie tworzył literatury, ale scenariusze; dostarczał aktorom narzędzia do pracy. Szekspir pisał, jak wszyscy jemu współcześni, na czas i dla pieniędzy. Czasu nigdy nie było dużo, bo wtedy teatry potrzebowały nowej sztuki właściwie co tydzień. Pisał dla aktorów, nie dla czytelników (bo w jego czasach kupowanie wydrukowanych egzemplarzy dramatów to był jakiś kosmiczny snobizm). Pisał też w kawałkach. I nie zawsze sam. I nie wszystko w jednej wersji. I to, co czytamy teraz, zostało i tak po wielokroć uwspółcześnione. Nie ma czegoś takiego, jak „autentyczny” Szekspir. Tym samym zupełnie nie rozumiem, co takiego nietykalnego ma być w jego sztukach i czemu obruszać się na fakt, że ktoś ubiera jego historie we współcześnie modne szatki. Wątpię, by komplementem dla autora było traktowanie jego wytworów jak obiektów muzealnych, które traktuje się z nabożną czcią i od czasu do czasu odkurza miotełką, ale które są kompletnie martwe. Jeśli te opowieści są tak uniwersalne i plastyczne, czemu z tego nie korzystać? Czemu nie osadzać ich w przeróżnych kontekstach, skoro cały ich geniusz tkwi w tym, że da się to zrobić bez najmniejszego uszczerbku na znaczeniu?

Czasami lepiej zdjąć te niewygodne koturny, naprawdę. Bez nich więcej widać i słychać.

PS Bibliotekarz z Orkad jest sławny. W radio był (szkocki akcent bardzo drapie w uszy, ale on jest taki uroczy…).

What makes my bed seem hard seeing it is soft?

Jeśli kto ciekaw, co słychać u mnie i moich snów, odpowiadam – dziękuję, dobrze, to jest nadal są niemiłosiernie pokręcone (albo nie ma ich w ogóle i wówczas od wpół do piątej rano kręcę się po domu). Ostatnio zgubiłam się na irlandzkim wybrzeżu, po którym Bóg wie czemu włóczyłam się samotnie, i dotarłam do tonącego w mrokach miasta z potężną katedrą i ruchomymi rzeźbami na dziedzińcu przed nią, by w drodze powrotnej prawie wyzionąć ducha na bagnach. Innym razem trzykrotnie w ciągu jednej nocy – czemu nocy?… – wchodziłam i schodziłam z tej samej góry, stromym i śliskim szlakiem.
Dziś śniło mi się, że pakowałam się przed wyjazdem i zawartość torebki spadła mi na podłogę. Wśród całego tego badziewia, którego zazwyczaj pełno w babskich torebkach, w moich na pewno, znalazłam wisiorek. Okazało się, że to oprawiona fotografia. Gdy zobaczyłam, kto na niej jest, rozdziawiłam buzię ze zdumienia.
Nie o wszystkim daje się łatwo zapomnieć.
Ten ostatni sen właściwie mnie obudził, więc wstałam na długo przed piskiem budzika, tłumacząc sobie, że cudownie tak skoro świt, bo wreszcie ma się czas na spokojne wypicie herbaty, długą kąpiel i oczywiście stosowną porcję przepięknych smętów.

Tymczasem jeden z moich naczelnych problemów wczoraj znienacka rozwiązał się sam. No i dobrze. Rozwiązał się w sposób niezbyt dla mnie uroczy, ale mniejsza o to. Najważniejsze, że można wykreślić z listy, zamknąć, odepchnąć od siebie; jeden ciężar z pleców mniej. Na moje szczęście nie mam w zwyczaju rozpamiętywać przeszłości – wiem, że nie mogę w żadnym wydarzeniu wziąć udziału po raz drugi, rozegrać mojej partii inaczej. Trudno, stało się, idziemy dalej.
Drugi problem chyba także rozwiąże się sam, dzięki mojej inercji. Bo wszystko mi jedno i nie zamierzam podejmować żadnych dalszych wysiłków. Dziwnie nieprzyjemny jest moment, gdy człowiek uświadamia sobie, że zupełnie już mu nie zależy na czymś, co przez długi czas znajdowało się w centrum jego małego wszechświatka. Nieprzyjemny, a jednocześnie rozluźniający.
Trzeci problem właściwie sobie wymyśliłam, zatem wystarczy przestać o nim myśleć – czy to nie proste? (Nie).
Żebym nie czuła się, jakbym wygrała na loterii, w piątek czeka mnie służbowy wyjazd, zahaczający zresztą o weekend i niezbyt ekscytujący. Cóż, trzeba odrobić swoje, ekscytować się będziemy za raptem dwa tygodnie – a dopiero były cztery… Życie, jak widać, dąży do równowagi.

A w ogóle to chyba jednak żyłam w tej syberyjskiej jaskini, bo wczoraj rano w mojej niezmiennie ukochanej audycji radiowej usłyszałam to. Znam Divine Comedy, żyłam już – a nawet mogłam legalnie pić alkohol – w 1998 roku, gdy tę piosenkę wypuścili, ale jakimś cudem mijałyśmy się przez tyle długich lat. Zakochałam się natychmiast. Idąc wczoraj i wracając z pracy, słuchałam jej w kółko, ignorując trzysta innych kawałków na playliście i uśmiechając się, bo trudno się nie uśmiechać. Szkoda, że nie miałam tego numeru przy sobie podczas ostatniej podróży National Express, gdy w Londynie do autobusu wsiadły tylko cztery osoby. Trzy wysiadły w połowie drogi, a nasza bohaterka wesoło pojechała dalej, między łąki i pola, aż wtem autobus zatrzymał się w pachnącej owcami ciemności i usłyszała: That’s it, love! Nie ma to jak wybierać na wakacje miejsca znane z tego, że w zasadzie nic tam nie ma.
Może kiedyś znowu tam pojadę. Tak sobie tymczasem myślę, że do przedziału PKP w piątkowy poranek ta piosneczka też się nada, a kąśliwy tekst będzie nawet lepiej pasował. I może nawet przetrwamy tę delegację z podniesionym czołem.

Gołe fakty

Wracając jeszcze na chwilę do biletów i ich cen – być może pamiętacie, jak niedawno bardzo chciałam sobie kupić bilecik na przedstawienie z wieloma nagimi mężczyznami, ponieważ jeśli coś może mnie zainteresować, to z pewnością nadzy mężczyźni. Mój entuzjazm opadł, gdy sprawdziłam cenę biletu. Jestem w stanie wydać dużo na pielęgnowanie moich obsesji, ale to była absolutna przesada. Pociągnęłam smutno nosem i stwierdziłam, że innym razem.
Inny raz nastąpił dziś, bo uwolniono pulę tanich biletów w pierwszym rzędzie na dzień, który mi wyjątkowo odpowiada. Za jedną siódmą ceny wyjściowej.
Oby mi tylko oczu nie wykłuli…
Do wielu rzeczy w życiu mam pecha, ale w pewnych obszarach miewam wyjątkowego fuksa. Whatever Lola wants, Lola gets.

Takie poniedziałki to ja mogę. W pewnym sensie zresztą cieszę się, że weekend już minął, bo ostatnio spędzanie wielu godzin we własnym tylko towarzystwie zdecydowanie mi nie służy. Pół biedy, jeśli mam dużo zajęć i niezbyt dużo czasu na myślenie. Gorzej, gdy dzień jest raczej kanapowy. Do południa jeszcze jakoś biorę się w garść, ale później moje zakopane pod ośmioma warstwami pancerza emocje wyłażą na wierzch i zaczyna się wzdychulenie, międlenie problemu w myślach, rozkładanie go na mikroskopijne części, a może by sobie człowiek trochę popłakał, a może by sobie włączył smętną piosenkę… Makabra.

A w ogóle czy to prawda, że w telewizorze gwiazdy będą skakały do wody? Święta Rito.
(Sprawdziłam – prawda. Nazwiska tych gwiazd nic mi nie mówią, mimo że nie spędziłam ostatniej dekady w jaskini na Syberii).
((Mam parę pomysłów na ożywienie tego show)).

Shall I compare thee to an elephant

Tak się porobiło, że ludzie trafiają na mój blogasek, wbiwszy w Gugla cytat z Szekspira. Nie wiem właściwie, czy to dobrze, czy źle. Z drugiej strony nadal dominują zapytania o wódkę i seks z puszystą kobietą (WYPRASZAM SOBIE), więc niewiele się zmienia.
Dzisiejszy dzień jest dla mnie jakiś podejrzanie łaskawy. Oczywiście niezmiennie mam swoje powody do zamartwiania się, ale o nich, jak wiadomo, nie chcemy mówić.
Po pierwsze niesłychanie przyjemny był moment, gdy podczas tuszowania rzęs o poranku usłyszałam w radiu ulubioną piosenkę z ulubionego filmu. Uwielbiam ją, ale rzadko słucham, bo mnie bardzo rusza. Ech, tyle wspomnień.
Po drugie moje błyskawiczne i niezawodne źródła informacji o ciekawych wydarzeniach za Kanałem powiadomiły mnie, że mam już plany na lato, ponieważ latem w mieście, którego nie ma, będzie wystawiany Człowiek-słoń. Przeniesiony z Broadwayu. Z oryginalną obsadą. W roli głównej prawie nikomu nieznany typ pod nazwiskiem Bradley Cooper. Nasza bohaterka wydała z siebie swoje zwyczajowe „khhh…”, po czym natychmiast wzięła pod opiekę bilet na to wydarzenie.
BC
Nie jest źle.
Obiecałam sobie, że weekend spędzę na odgruzowywaniu mieszkania, rozsyłaniu aplikacji (jak mawiał mój były szef – no changes, no money), truchtaniu i robieniu całej masy niesłychanie pożytecznych rzeczy. Proszę o zbiorowe modły, by udało mi się dotrzymać danego sobie samej słowa. Jak wiadomo, nie jestem w tym najlepsza. Powiedzmy sobie szczerze, jestem beznadziejna. Nie pamiętam, czy w jakimkolwiek postanowieniu wytrwałam dłużej niż dwie godziny.

The world’s mine oyster

Moje sny w końcu doprowadzą mnie na skraj szaleństwa.
Przegląd z trzech ostatnich nocy, proszę bardzo.
Sen pierwszy. Uciekam przed humanoidalnymi robotami w towarzystwie jakiegoś starszego pana. Okazuje się, że aby się uratować, musimy dotrzeć do chińskiego baru na przedmieściach Krakowa, do którego oczywiście próbujemy dotrzeć miejskim autobusem, bo każde dziecko wie, że w sytuacji zagrożenia życia najlepiej uciekać zbiorkomem. Ponieważ, jak wspominałam, roboty wyglądają jak ludzie i pełno ich w pojeździe, staramy się wtopić w otoczenie, ale pech chce, że jeden z nich zauważa, iż noszę soczewki kontaktowe i tym sposobem demaskuje mnie jako żywą istotę. Nie wiem, co dalej, bo obudziłam się z okrzykiem przerażenia. Nie mam też pojęcia, kim był ten starszy pan i dlaczego ludzkość miałaby znaleźć ratunek akurat w chińskiej knajpie – ale o ile się nie mylę, to gdzieś w Bronowicach było. Do zapamiętania w przypadku inwazji kosmitów.
Sen drugi. Ten opiszę zwięźle, bo się wstydzę.
Śniło mi się mianowicie, że pewien zamorski teatr organizował warsztaty dla amatorów. Nazwisko prowadzącego pominę, żeby nikogo nie zemdliło. Warsztaty zakładały uczestnictwo tylko jednej osoby naraz, na celu miały wydobywanie tłamszonych emocji (bez komentarza), a ponadto były raczej wypaśne, bo obok samych zajęć w programie był lunch, a na ten lunch ostrygi.
Ostrygi.
Profesor Freud ryczałby ze śmiechu.
No, ja już to widzę.
Nie spodziewam się niestety, by mój piękny sen kiedykolwiek okazał się proroczy, ale mogę sobie wyobrazić, z jakże niepohamowanym zapałem wydobywałabym wszystko, zwłaszcza w takim towarzystwie i zwłaszcza nad tymi ostrygami. Pfff.
Sen trzeci. Całkiem realistyczny i wiem, skąd się wziął, ale jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić.
Kupuję otóż bilet do Nowego Jorku. Spontanicznie. Na za tydzień. Któż nie chciałby spontanicznie kupić biletu do Nowego Jorku i od niechcenia napomknąć szefowi: „och, sorki, nie będzie mnie na spotkaniu w poniedziałek i nie streszczę za ciebie wszystkich dokumentów, których nie przeczytałeś, bo będę na Manhattanie”… Podekscytowana do nieprzytomności pakuję się, jadę na lotnisko (oczywiście w ostatniej chwili – w snach zawsze wyruszam w podróż w ostatniej chwili, cała zestresowana; w rzeczywistości jest odwrotnie, bo przed wyjazdem na ogół mam upiorny Reisefieber i lubię zapas czasu, przy czym w drodze powrotnej zwykle wcale mi się nie śpieszy) i w kolejce do odprawy uświadamiam sobie, że przecież potrzebuję amerykańskiej wizy, a bez niej mogę sobie pojechać najwyżej pociągiem z powrotem do domu.
Czy ktoś jeszcze się dziwi, że wstaję zmęczona i jakoś dziwnie ciągle nie mam siły posprzątać mieszkania? Jeżeli ktoś całymi nocami romansuje, podróżuje i ucieka przed złymi, to jak może stawać w szranki z rzeczywistością za dnia? Mam swoją wytrzymałość…
(A dziś też nie posprzątam, gdyż albowiem będę oglądać).

As far as the altar and no further

Za cztery tygodnie mam niby brać udział w najbardziej dotychczas wyrafinowanej imprezie w moim życiu.
Nie, nie będzie to mój ślub. Wszyscy wiedzą, co myślę o ślubach, zresztą wrócimy do tego za chwilę.
Co prawda moje branie udziału w tejże imprezie w gruncie rzeczy ograniczy się do wciśnięcia się wejściem dla pospólstwa, grzecznego siedzenia na widowni - być może gwizdania na palcach i wymachiwania bielizną przez chwilę – i ewentualnego wysączenia lampki wina, ale i tak wyglądać trzeba. Nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć.
W związku z tym nasza bohaterka przygotowała szatański plan, zakładający tęskne spoglądanie na świeże bułeczki, całkowity zakaz kalorycznych używek, sumienne truchtanie dookoła dzielni, chodzenie spać przed północą, wyrywanie sobie brwi itepe. Jeśli w najbliższych dniach będę zachowywała się jak ktoś, komu odmówiono wszelkich życiowych przyjemności poza byciem bezinteresownie wrednym, to wiedzcie, że będę w istocie kimś, komu odmówiono wszelkich życiowych przyjemności.
A co do ślubów. Otóż mój znajomy pochwalił się, że za pół roku zmienia stan cywilny. Tu ważna dygresja – mój znajomy nigdy nie przejmował się szczególnie wiernością i mimo pozostawania w narzeczeństwie już od jakiegoś czasu, korzystał skwapliwie z rozmaitych możliwości (co zresztą spowodowało przerwę w narzeczeństwie, z której nie wysnuł absolutnie żadnych wniosków). No, ale teraz twierdzi, że za pół roku koniec na dobre, bo ołtarz to jednak nie w kij dmuchał i gdy już przysięgę złoży, to koniec z grzechem.
Z pewnością.
Nie wierzę – najzwyczajniej w świecie nie wierzę w cudowne przemiany tego rodzaju. Nie lubię też przysięgania na coś, do czego przywiązuje się umiarkowaną wagę i ze świadomością, że przysięgi niekoniecznie się dotrzyma. Jeśli wiem, że coś nie jest moją bajką, nie czuję tego, nie nadaję się do tego, nie rozumiem zasad, podług których to działa albo rozumiem je dobrze, ale ich nie akceptuję, to po co w ogóle mam to robić? Ech.
To nie na mój mały rozumek, powiadam. Może lepiej wrócę do kompilowania obrzydliwie zdrowej diety przy dźwiękach odpowiednio do tej okazji smętnej muzyczki.

I know you’re out there somewhere

Samopoczucie mam jak te ohydne ryby, co spędzają życie zagrzebane w mule.
Wystarczy napisać, że zamiast pójść wczoraj na długo wyczekiwane koktajle ze znajomą powróconą z Azji, siedziałam w domu w towarzystwie głosu Jima Morrisona i jednej z przywiezionych książek, ale trudno powiedzieć, bym czytała, chociaż rzecz jest bardzo interesująca i wciąga. Oględnie rzecz ujmując, jestem nieco wycofana. NIECO. Dobre sobie.
Pocieszam się, że to długo nie potrwa. Trzeba po prostu wytrzymać gwałtowny spadek formy, nie rozmyślać, nie rozpamiętywać, nie kombinować nad przyszłością – ot, skoncentrować się na sprawach bieżących. Gdyby ktoś tylko mógł mi powiedzieć, jak to zrobić?…

Czytałam dziś, że coraz więcej Polaków uprawia seksturystykę. Cóż, trzeba sobie jakoś radzić z udrękami codzienności. Na zdrowie. Podróże kształcą. Właściwie w ostatnich miesiącach mnie też można byłoby podciągnąć pod tę kategorię, choć – jeszcze – nie jestem ryczącą czterdziestką mrugającą do powabnych habibich. Nawiasem mówiąc, tego lata zamierzam wybrać się na pierwsze od dawna prawdziwe wakacje, to jest spakować tylko pareo, japonki, bikini i zapas lektur. Po bożemu. Tydzień plackiem w ciepłych krajach. O ile siebie znam, trzeciego dnia zacznę się rozglądać za przygodą (bez związku z pierwszym zdaniem tego akapitu) i ucieknę z plaży, żeby przez cały dzień boży maszerować przez chaszcze, śpiewając wniebogłosy celem odstraszenia węży/niedźwiedzi/tubylców/innych, niepotrzebne skreślić – tak bywało w przeszłości.
Tak. To jeszcze bardzo odległa wizja, ale dość ucieszna. Najważniejsze to mieć do czego odliczać.

If you can’t be hot, be funny

Czuję się jak Kopciuch. Ot, bal się skończył, światła pogasły, książęta się rozeszli, karuzela się zatrzymała. Czas zabrać się za mozolną codzienną orkę.
Ogromnie nie lubię powrotów.
Zwłaszcza takich błyskawicznych, nie pozwalających mi na powolną aklimatyzację. Nieważne, że sama wycieczka też była błyskawiczna. Dopiero człowiek brylował, a tu na nowo musi się męczyć z filtrami w Excelu i z odpowiadaniem na pytania ludzi, którzy nie umieją czytać. Musi też obserwować z rosnącym zdumieniem kurs franka. Pociesza mnie fakt, że za miesiąc znowu zasuwam – a potem długo, długo nie, jak słowo daję, chyba że wreszcie dostanę tam pracę (o ile w istocie tego chcę, bo ciągle nie wiem; z drugiej strony biorąc pod uwagę wspomniany kurs, zaraz będę musiała chcieć).
Żeby na nowo oswoić się z rzeczywistością i w miarę łagodnie w nią wejść, oglądam pasjami Mirandę. Nigdy nie przepadałam za wymuskanymi bohaterkami, które emanują seksem 24/7, mają cały świat u stóp i seryjnie odnoszą sukcesy, dlatego uwielbiam Mirandę. Identyfikuję się z Mirandą. Co prawda w przeciwieństwie do niej jestem wzrostu raczej standardowego jak na samiczkę, a biust mam zdecydowanie kompaktowy, ale jestem podobnie utalentowana w zakresie umiejętności społecznych, o czym wielokrotnie pisałam. W skrócie, moje umiejętności społeczne plasują się na poziomie siadaj, pała. Albo nerwowy słowotok z gatunku „sama nie wiem, o czym mówię, ale nie mogę przestać, bo zapadnie niezręczna cisza”, albo słup soli. Gdy w sytuacji stresogennej ktoś mi radzi, żebym była sobą, przewracam tylko oczami i myślę, że chyba lepiej nie. Poza tym jeżeli może przytrafić mi się coś głupiego, to na dwieście procent przytrafi mi się to właśnie w tej chwili, w której najbardziej chcę dobrze wypaść. Im bardziej chcę być cool, tym bardziej uncool rezultat osiągam i trudno. Taki mój urok. Dawno zrozumiałam, że niewiele mogę z tym zrobić, więc odpuściłam sobie pracę nad sobą w tym obszarze. Nie przeszkadza mi zbytnio to, że niechcący rozbawiam otoczenie. Zresztą zawsze to lepiej, niż gdybym miała otoczenie wkurwiać.

Dobrze. To wracam zaklinać tego pieprzonego franka, bo muszę sukienkę taką jakby trochę wieczorową sobie kupić. Naprawdę muszę, żaden kaprys. Ostatnio kupowałam taką przy okazji studniówki, ale nie będę sprawdzać, czy się w nią mieszczę.

First Aid Kit Marlowe

Wróciłam. Mówiłam przecież, że zaraz będę z powrotem. Mam kolosalny deficyt snu, bo nie było czasu na coś tak banalnego. Najchętniej uderzyłabym w kimono, ale muszę spisać wszystko, nim zapomnę. No, może nie wszystko.

Przyleciałam do Zjednoczonego Królestwa z duszą na ramieniu, bo huśtało nami tak, że ja – która latać się nie boję – zaciskałam kurczowo palce na poręczy fotela, ubolewając, że testamentu nie spisałam. Koszmar. Wysiadałam blada i ziemię gotowa całować.

Otrząsnęłam się, owinęłam moim dłuuugim szalikiem i wsiadłam w pociąg, żeby dojechać na południowy brzeg – musiałam spotkać mojego Golema.
To jest rzecz, której słowami nie da się opisać. Coś, czego dotychczas nie było. Animacja, w którą ‚wchodzą’ żywi aktorzy (połączenie jednego z drugim dech w piersi zapiera) i pyszna muzyka na żywo – każdy z wykonawców potrafi na czymś grać, więc przy okazji widz dostaje trochę niezłego punka. Olśniewający wizualnie teatr, przepiękna rzecz. I mądra do tego. Oto jest mały, nieśmiały, niedoceniany przez nikogo człowieczek. Oto jest Golem, gliniana kreatura, która może spełnić każde jego żądanie. Może za niego pracować, znacznie wydajniej, niż człowieczek kiedykolwiek dałby radę. Ale co, jeśli Golem zacznie się uczyć? Jeśli nauczy się mówić? Jeśli zacznie człowieczkowi wmawiać potrzeby? Jeśli zacznie nim rządzić?… Golem ewoluuje z pokracznej, niemej figury z gliny (z dość komicznym przyrodzeniem) maszerującej bezmyślnie za właścicielem, by wreszcie przybrać formę wszczepianego do głowy czipa, który właścicielem sprytnie steruje. Zabawka kręci życiem posiadacza. Dość znajome, prawda?
Gdy zapaliły się światła na widowni, byłam rozbawiona, bo to prześmieszne, i wstrząśnięta, bo to gorzkie i bardzo mocne. Wszyscy mamy swoich Golemów. Te Golemy szepczą nam do ucha, co powinniśmy robić i jak, chcesz tego, kup to, musisz to mieć, myślisz tak, jak ja ci mówię. Golem to cała nasza współczesna kultura – wydaje nam się, że to my wybieramy sobie z niej to, co nas kręci, ale już dawno zdecydowano za nas.
Rzecz nie do zapomnienia. Jedna z tych, które zbierają tylko dwa rodzaje recenzji – entuzjastyczne i takie pytające „WTF”. Osobiście należę do pierwszego obozu, bo jak wiadomo, lubię rzeczy dziwne. Golem niebawem rusza w trasę po kontynencie; naszego kraju na razie w planach nie mają, ale Chryste Panie, niech ich ktoś zaprosi.
Wyszłam z teatru, znów zamotałam mój niebezpiecznie długi szalik (powiadam, skończę kiedyś jak Isadora Duncan), pofrunęłam metrem do hotelu, żeby zrobić się na bóstwo i godzinę później biegłam na kolejny spektakl, dość wyjątkowy, choć z zupełnie innych przyczyn.

W naszym pięknym kraju pokutuje przekonanie, że teatr jest czymś niesłychanie poważnym, świątynią niemal. Do teatru trzeba ładnie się ubrać. Teatr jest z definicji nudny i nie wiadomo, o co chodzi (poza tym, oczywiście, rządzi nim lobby homoseksualne), a artyści to dziwni ludzie.
Za Kanałem sprawy mają się nieco inaczej. Na przykład nikt do teatru ładnie się nie ubiera – czasami nawet nie ma to szczególnego sensu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby przez trzy godziny stać na dziedzińcu Globe w szpilkach. Natomiast jedno się potwierdza. Artyści to dziwni ludzie.
W dobie mediów społecznościowych nikogo nie dziwi, że trailery spektakli są wrzucane na Jutuba, żeby widz mógł upewnić się, czy w ogóle chce wydać swoje ciężko (lub nie) zarabiane pieniądze na bilet. Nikogo też nie dziwi, że teatry mają profile na wszystkich tych Facebookach i Instagramach. Wreszcie nikogo nie dziwi, że aktorzy w owych czasach mają smartfony i nie wahają się ich używać. Tym samym widzowie pewnego spektaklu przez osiem miesięcy niemal codziennie dostawali bonus w postaci zdjęć zza kulis, publikowanych w wielkiej obfitości przez trzech panów z Gertie Dressing Room. Większość tych obrazków wywołuje w oglądającym reakcję „na co ja w ogóle patrzę”. Bo oto człowiek zyskuje cudowną możliwość obejrzenia sobie bożyszcza kobiet w rajstopkach. Albo zbliżenia na krocze jego wesołego kolegi (chciałam wrzucić, ale po przemyśleniu stwierdziłam, że uratuję resztki mojej już i tak sponiewieranej godności). Albo trzech mężczyzn siedzących wspólnie w wannie, ponieważ dlaczego nie. I całej masy innych zdumiewających scen. Dodajmy, że odtwórca głównej roli był ofiarą nieustannego dokuczania i niewybrednych żartów, gdyż towarzysze z garderoby korzystali z każdej szansy, żeby podkraść mu telefon i w jego imieniu publikować kretyńskie wpisy na Twitterze, strzelać mu z ukradka kompromitujące fotki albo parodiować jego sesje zdjęciowe. Bardzo się nad nim znęcali.
Będzie mi szczerze brakowało tej dokumentacji. Niestety w sobotni wieczór została wrzucona ostatnia fotografia, już wcale nie zabawna, bo wtedy też odbyło się ostatnie przedstawienie w tej obsadzie. Ostatnie przedstawienia mają na ogół bardzo specyficzną i poruszającą atmosferę, bo z jednej strony pełno w nich psikusów i mrugania okiem do widowni, z drugiej – jest smutno. To nie film, który można sobie odtwarzać dowolną liczbę razy. Wiecie, że widzicie coś po raz ostatni w życiu; to coś za chwilę przejdzie do historii.
Dowiedziałam się o dacie tego wydarzenia na tyle wcześnie, że ze spokojem mogłam kupić bilet i miałam niezbite wrażenie, że ogromna większość ludzi siedzących na widowni oglądała to po raz przynajmniej trzeci. Nie wiem, czyją mamą była pani obok mnie, ale podczas przeraźliwie długiej owacji nieszczęsna się popłakała – zresztą było coś takiego w powietrzu. A później niektórzy czym prędzej pośpieszyli na zaplecze, żeby wymienić tradycyjne pozdrowienia i niektórzy są z siebie bardzo dumni, bo wreszcie udało im się poprowadzić całkiem normalną konwersację, nawet pokusić się o żarcik, mimo że uroczość jak zwykle bezdusznie ich bombardowała uśmiechami, pachnieniem jak pierniczek i byciem niestosownie miłym. Co więcej, niektórzy są już przez uroczość rozpoznawani (khhh… nie jestem pewna, z jakiego powodu, ale to nie ma znaczenia). Co jeszcze więcej, gdy niektórzy już się żegnali, usłyszeli: love your jacket, by the way. Tak, ja też kocham mój płaszczyk, a teraz będę chciała zostać w nim pochowana, dzięki. Też mi się podoba bardzo, przywiozłam go dawno temu z Madrytu, ździebko ekstrawagancki jest, ale to dobrze – papuzie kolory to świetna tarcza dla nieśmiałych.
Przedstawienie będzie wystawiane jeszcze przez kilka miesięcy i gorąco polecam, gdyby ktoś akurat wybierał się do Albionu – za nową obsadę nie ręczę, bo nikogo z nich nie znam, ale jeśli będzie w połowie tak postrzelona i zżyta ze sobą, jak ta, która właśnie rozjechała się na zasłużone wakacje, to będzie dobrze.

W niedzielę, gdy już wygramoliłam się z łóżka (bo poprzedniej nocy, zamiast pójść po bożemu spać po powrocie do hotelu, zabrałam się za świńskie rozmówki i nagle zrobiła się czwarta nad ranem), ruszyłam obcować ze sztuką. Wreszcie wyszło słońce i wiatr nieco się uspokoił.
wpid-dsc_0007.jpg
wpid-dsc_00082.jpg.jpeg
Pechowo po drodze zalazłam do księgarni, ale nie chcemy o tym mówić. Ponieważ zakupione tomiszcza nie miały prawa zmieścić mi się do wypchanej „dozwolonej jednej sztuki bagażu podręcznego” (co poradzę, że zawsze mi po drodze jakiś Primark wyskoczy), podczas odprawy nonszalancko trzymałam je pod pachą z miną mówiącą „tak, jestem taką intelektualistką, że nawet dwugodzinnego lotu nie zniesę bez pięciu opasłych książek – i tak, jest mi zimno, dlatego mam na sobie dwa sweterki”. Znacie ten ból. Tak czy inaczej, najpierw koniecznie chciałam zobaczyć wystawę Allena Jonesa i na wystawę Allena Jonesa poszłam.
Wiele lat temu Allen Jones zaprezentował światu rzeźbę pt. Krzesło. Skandal był wielki. W latach osiemdziesiątych zostało toto poważnie uszkodzone przez wojujące feministki i musiało zostać odrestaurowane. Bogiem a prawdą, sama będąc feministką, wystawą byłam zachwycona od chwili, gdy weszłam do pierwszego pokoju. Stały w nim stoliki – takie kawowe, jakie większość z nas ma w domu, ze szklanym blatem. Tylko że te blaty opierały się na klęczących manekinach w gorsetach i sznurowanych butach.
To jest piękny, olśniewająco kolorowy, figlarny, perwersyjny, przesiąknięty erotyką pop-art.
Na wystawie nie wolno było robić zdjęć – a szkoda – ale poświęciłam się i kupiłam wam katalog. No dobrze, sobie kupiłam. wpid-dsc_0021.jpg
wpid-dsc_0019.jpgwpid-dsc_00222.jpg.jpeg
Ta leżanka, hm. Spoko leżanka.

Z Królewskiej Akademii Sztuk pognałam co koń wyskoczy nazad na Strand, żeby obejrzeć sztukę, która poszła źle. Dosłownie.
To wielki hit, rzecz niby niezbyt ambitna, ale jednak imponująca, zrobiona przez małą grupę świrów, którzy przez długie miesiące objeżdżali z nią Anglię, aż zyskali taki rozgłos, że dostali teatr na West Endzie i jakoś do jesieni będą to codziennie grać. W skrócie – to teatr w teatrze. Mój najbardziej ulubiony gatunek. Jest sobie otóż trupa teatralna, która usiłuje wystawić spektakl w stylu Agathy Christie, czyli „kto zabił”. Niestety trupa składa się z samych fatalnie grających nieudaczników, zakochanych w sobie i ślących widowni uśmiechy nawet jako zwłoki, lub też nieporadnych, złapanych w korytarzu w ostatniej chwili i zmuszonych do wejścia na scenę. Nieudaczna jest też obsługa techniczna. Scenografia się rozpada, pożar wybucha, rekwizyty się psują albo znikają, inspicjent jest zajęty bawieniem się telefonem, więc nikt nie wie, kiedy ma wejść, a gdy zapomina tekstu, musi sobie radzić sam; wreszcie femme fatale dostaje drzwiami w czółko i trzeba na gwałt znaleźć zastępczynię, bo przedstawienie musi trwać… I przedstawienie trwa. Jest koszmarne, ale trwa. Pies mający grać w drugim akcie gubi się w przerwie, więc aktor dostaje samą smycz. Nosze, na których miał być wyniesiony nieboszczyk, urywają się, toteż nieboszczyk usiłuje niepostrzeżenie wyczołgać się za kulisy. Wykonawcy wyglądają, jakby myśl „kurrrwa, co za żenada” walczyła w ich głowach z myślą „OK, opanuj się, jedziemy dalej” – wiedzą, że to całkowita klęska, ale ciągną rzecz do końca z jakimś desperackim entuzjazmem kamikaze. Cudnie się to ogląda, bo to popis wielkiego aktorskiego profesjonalizmu. Owszem, to slapstickowy humor, ale wszystko wali się tak perfekcyjnie i cała ta pozorna improwizacja jest pod tak doskonałą kontrolą, że chapeau bas. Dodać trzeba, że Mischief Theatre, czyli towarzystwo odpowiedzialne za całą tę produkcję jest bardzo konsekwentne i z jednakowym urokiem zawala również swój PR.
Niedawno w Bagateli odbywało się polskie czytanie tej sztuki; bardzo bym chciała, żeby ją wystawili u nas.
Z teatru ruszyłam prosto na lotnisko, na którym oczywiście mój z trudem spakowany bagaż został wybebeszony, a kremy sprawdzone pod kątem zawartości materiałów wybuchowych (dlaczego zawsze ja…), po czym mruczące silniki zaniosły mnie do domu.
wpid-dsc_0018.jpg
Pod własną kołdrę wlazłam po trzeciej w nocy. Będę odsypiać ten weekend przez tydzień.

I will have poetry in my life

Też lubicie hotelową pościel? I nurkowanie wśród poduszek?

image

Mogłabym się tym zajmować zawodowo; niestety nikt mi jeszcze tego nie zaproponował.
Pogoda dziś cudowna, plany gęste, choć zupełnie mi się nie chce spomiędzy tych poduch wykopywać – cóż, prędzej czy później będę musiała, bo wieczorem lecę do domu. Na razie zajmuję się zużywaniem przydziału kawy i herbatniczków. Idzie świetnie.
Jutro lub w ciągu najbliższego kwartału napiszę o upiornej podróży (jakby trochę wieje nad kontynentem i nasza bohaterka po raz pierwszy w życiu była spocona że strachu podczas lądowania) i wczorajszych dwóch cudownych przedstawieniach. Jedno z nich miało uroczy epilog – udręka i ekstaza, odc. 1793 – zatem żeby o tym wszystkim napisać, muszę najpierw przestać głupawo się uśmiechać. A przede wszystkim wreszcie wstać…

If you’re still breathing you’re the lucky ones

Zacznę pretensjonalnie – zresztą ktoś kiedyś określił mój blogasek takim mianem i w sumie miał rację, ale wisi mi to. Dziś moja wiara w ludzkość została poważnie nadszarpnięta. I nie dlatego, że mi wykupili wszystkie fajne buty na wyprzedaży. Ani nie dlatego, że ktoś pił z mojego kubeczka w biurze. Chciałabym mieć takie powody.

Nie podoba mi się kraj, w którym jakaś panienka, dziennikarka podobno, nie posiada się z dumy, że uraczyła jakiegoś niemieckiego turystę grubym epitetem o esesmanach (JEŚLI cała ta historia w ogóle jest prawdą, bo pachnie mi to fejkiem). Kocham patriotyzm z gatunku „w Polsce mówimy po polsku”, bo oczywiście nasza piękna kraina jest centrum wszechświata i każdy wizytujący cudzoziemiec powinien skwapliwie nauczyć się naszego języka, zanim w ogóle postawi swą plugawą stopę na polskiej ziemi. Ale przejrzałam sobie fejsbukowy profil tej pani i w sumie nie mam dalszych pytań. Ani też nie jestem szczególnie zdziwiona.
Jeszcze bardziej nie podoba mi się świat, w którym dzieją się takie koszmary, jak ten dzisiejszy w Paryżu. Ktoś kiedyś słusznie powiedział, że dziennikarstwo to drukowanie rzeczy, których ktoś nie chce widzieć wydrukowanych, wszystko inne to public relations. Coś w tym jest. I to bardzo przerażające, że w środku kontynentu, w którym demokracja ma się raczej dobrze, można zostać zarżniętym za stanie na straży wolności słowa, zapisanej we wszystkich ustawach zasadniczych stąd po Atlantyk. Za satyrę, która z zasady nie uznaje świętości, o to w niej chodzi przecież. Jeśli jest dla kogoś obraźliwa – trudno, to da się przeżyć i łatwo zapomnieć, w odróżnieniu od serii z kałacha. Poczucie humoru można mieć dobre albo kiepskie, ale to żaden powód, żeby komuś w głowę strzelać. Świat, w którym humor jest postrzegany jak wróg do zlikwidowania, nie jest moim światem. Cofamy się w jakieś straszne mroki.

A taki dobry humor miałam. I naprawdę chciałam dziś wrzucić wpis o czymś zgoła innym, ale czasami człowiek musi wyrzucić z siebie wkurw na swój własny gatunek.

Piffle

Stephen Fry bierze niebawem ślub ze swoim ukochanym. Młodszym o 30 lat. Widocznie taki teraz trend, żeby sobie wybierać młodszych, co oznacza, że jestem w dobrym towarzystwie, bo mój szanowny rugbista rzeczywiście jest mniej posunięty w latach.
Inna sprawa, że z niepokojem obserwuję, iż liczba mężczyzn młodszych ode mnie jakby rośnie.

Poza tym – wróciła ta suka. Nie śpię dziś od wpół do czwartej. Szlag człowieka trafia, gdy rzuca się bezradnie w pościeli, boksuje poduszki, odkrywa się, przykrywa, otwiera okno, zamyka, próbuje sam siebie jakoś uśpić, ale nic nie działa. Zmęczony jest, ziewa, ale zasnąć nie potrafi. Płacze w prześcieradło, czeka na świt. Nie wiem, co robiliście w święto narodowe o piątej rano, ale ja piłam trzecią herbatę i czytałam książkę. Nieprzypadkowo akurat taką przed wyjazdem. Bardzo ciekawa, brakuje mi w niej tylko indeksu. Bo ja mam taki dość dziwny sposób czytania książek historycznych, mianowicie zaczynam od fragmentów poświęconych najbardziej interesującym mnie wydarzeniom lub nazwiskom. Zresztą nie wiem, może wszyscy to robią.
Studenty zza ściany mimo święta też wcześnie wstały; wnioskuję po tym, że o ósmej rozpoczęły rytualne hałasowanie hip-hopem. Studenty generują wyjątkowo dużo nieatrakcyjnych dźwięków, ale nie powinnam się czepiać, bo pamiętam, jakeśmy ze współlokatorami urządzili onegdaj domówkę, na którą przyszło ponad sto osób oraz policja. To o policji wiem tylko z przekazów, bo akurat wtedy znikłam z imprezy w okolicznościach tajemniczych dla mnie samej, ale podobno nie samotnie. A teraz – proszę. Spędzam noce na czytaniu książek. Do czego to doszło.

PS Rodzice zadzwonili, żeby obok zwyczajowych wieści przekazać mi, iż w łóżku, które zwykle zajmuję, gdy u nich zostaję na noc, ich cudowny i niesłychanie mądry pies wysypia się wspaniale pod moją nieobecność. Upodobał sobie moją facjatkę, nocami śpi w niej jak suseł i chrapie potężnie. Może moja bezsenność to jednak wina krakowskiego powietrza?…
wpid-dsc_00282.jpg.jpeg

Zbarłożenie

Nie wiem jak wy, ale ja już mam serdecznie dosyć tego niekończącego się świętowania i rozprężenia. Wynudzona jestem jak mops. Niby niedawno marzyłam o paru dniach całkowitego lenistwa w czterech ścianach, ale jednak troszeńkę to przedawkowałam. Sytuacja zaokienna przyprawia o epizody depresyjne. Tylko by człowiek spał, ewentualnie jadł, i naprzemiennie zwijał się w precel pod kołdrą lub kocykiem. Jedynie w sobotę opuściłam kwaterę główną, żeby zjeść obiad ze znajomymi w bardzo fajnym uzbeckim miejscu na Dajworze, czy też Dajwór, nigdy nie wiem. Wyśmienite pierożki, duuużo kolendry, którą lubię, i pyszne ichniejsze piwo, ale byłabym jeszcze szczęśliwsza, gdyby porcje były odrobinę większe. Bezwstydny żarłok ze mnie.
Okazało się, że to sobotnie spotkanie było cwanie zaplanowaną zasadzką. Od razu zostałam wzięta w krzyżowy ogień pytań dotyczących PRAWDZIWEJ przyczyny moich częstych wyjazdów. Dotychczasowe wymijające odpowiedzi nie zadowoliły koleżeństwa, które w ciemię bite nie jest, więc od dawna domyślało się, że niżej podpisana ma pewną tajemnicę. Nigdy nie należałam do osób, które po trzeciej randce prezentują misiaczka znajomym i z maniakalnym uporem wrzucają jego zdjęcia na fejsbunia – wprost przeciwnie. Co nie zmienia faktu, że wszyscy, którzy znają mnie chwilę dłużej, natychmiast wiedzą, że mi serduszko puka, bo to po mnie bardzo widać, jestem radosna jak skowronek (i mózg też mam jak u skowronka). To duży, choć raczej osobliwy sukces, że przez siedem miesięcy udawało mi się całą sprawę ukrywać.
A i tak nadal nie wiem, co z tym wszystkim zrobić.

To może wlezę z powrotem pod kocyk. Byle do piątku. W piątkowy wieczór bowiem – nawiązując do powyższego – udaję się na weekend poza Schengen, taka światowa jestem. Niestety tym razem wrócę, zanim zdążycie powiedzieć „pomidor”. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie napchała sobie atrakcji co niemiara. Będzie trochę nowych wrażeń i starzy znajomi, trzy przedstawienia, dwie wystawy i jeden rozległy zawał. Nie będzie za to śniegu. Uff.

Nie wiem, to się wypowiem

We wtorek po południu zadzwoniło do mnie towarzystwo, z którym umówiona byłam na Sylwestra. Towarzystwo wie, że do mnie się dzwoni w sprawach ważnych/pilnych, bo nie lubię gadać przez telefon. Już się zmartwiłam, że towarzystwo pewnie chce odwołać całą zabawę, gdy wtem usłyszałam w słuchawce:
– Słuchaj no, nie chciałabyś do teatru?
– Chciałabym, a kiedy?
– Jutro.
– Jutro Sylwester przecież.
– No właśnie.
I tak oto wasz niestrudzony korespondent wylądował owszem, na Kazimierzu, jak planował – ale w teatrze, jak nie planował. Ten rok chyba nie mógł skończyć się inaczej.
Bardzo było sympatycznie. Dobry spektakl, dobra kompania, toast (Lidia Bogaczówna złożyła mi życzenia noworoczne – tu wstawić pisk). Barakah wreszcie ma siedzibę jak należy, koniecznie trzeba odwiedzić, jeśli jeszcze nie byliście – a jak nie chcecie oglądać przedstawienia, to możecie napić się piwa. Osobiście zrobiłam jedno i drugie. A że do domu wróciłam w porze całkiem młodej, w noworoczny poranek mogłam wstać świeżuchna i obejrzeć sobie, no dobra, przyznam się, Demony da Vinci. Nie znoszę, gdy w rolach czarnych charakterów obsadzani są ludzie nieludzko piękni (do pana mówię, panie Ritson), bo wtedy zawsze trzymam za nich kciuki i czuję się z tym nieswojo.

Z innej, choć podobnej beczki – znajomy podrzucił mi dziś tekst, z brzydkim komentarzem, którego nie będę cytować. Przeczytałam i na usta wypłynął mi taki sam komentarz. Toteż dziś będzie tu małe narzekactwo.
Jestem przyzwyczajona do czytywania różnych rzeczy na blogach. Sama nie uważam się za wybitną specjalistkę od pisania o kulturze, poza tym wiadomo, jak to u mnie lubi wyglądać. Zakładam, że na blogasku każdy może sobie pisywać, jak chce i nie zżymam się, gdy ktoś w recenzji spektaklu przez trzy akapity ubolewa, że publiczność nie ubrała się wystarczająco elegancko. Albo analizuje, jak bardzo aktorzy plują. Albo odjeżdża w mętne dygresje poświęcone kościom policzkowym wykonawców (tak, to ja). Wolno mu. Nie musi na wszystkim się znać, a poza tym to jego najzupełniej prywatne refleksje i o ile nie pozuje na wielkiego fachowca, może się skupiać nawet na kolorze sznurowadeł dyrygenta, pisząc o operze. Od prasy wymagam troszeczkę więcej jednak. Przede wszystkim oczekuję rzetelności. Lubię mieć poczucie, że autor tekstu zgłębił temat i wie, o czym pisze. W końcu publikowanie służy nie tylko pompowaniu własnego ego, bo och, moje nazwisko było w gazecie. Z czymś trzeba do ludzi pójść.
I oto, proszę państwa, Newsweek zamieszcza coś takiego.
Polecam punkt 8.
Owszem, ten plakat jest, eee, dyskusyjnej urody. Wyguglałam sobie. Wiem, że ostatnimi czasy bardzo modna jest argumentacja „nie widziałem, ale mi się nie podoba i protestuję”, ale to wcale nie jest zabawne. Zwłaszcza nie jest zabawne w ogólnopolskim tygodniku. Nie jest też potrzebne, bo czytelnik absolutnie nic z tego nie wynosi – poza irytacją. Nie potrafię znaleźć innego uzasadnienia na wypuszczenie tego czegoś niż takie, że trzeba było czymkolwiek szpalty zapełnić.
Niektóre pozycje na tej liście bardzo mnie zastanawiają, uzasadnienia również. Doprawdy, no. Tupecik Woronowicza, WTF. Może ten ranking powinien znaleźć się w dziale lajfstajlowym? „Dziesięć totalnie najgorszych scenicznych fryzur” czy coś w ten deseń. Idźmy dalej. Autor twierdzi, że aktorzy powinni dwa razy się zastanowić, zanim wezmą się za reżyserię. To w sumie da się skomentować bardzo zwięźle: Polański.
Nawet jeśli to wszystko miało być z przekąsem, to nie wyszło. Bardzo nie wyszło. Trudno się dziwić opiniom z gatunku „nie chodzę do teatru, bo polski teatr jest beznadziejny”, jeśli serwuje się ludziom teksty zniechęcające ich do wyrobienia sobie własnego zdania.
Przy okazji znalazłam w komentarzach rozpaczliwe narzekania na te same Dziady, którymi niedawno się tu zachwycałam i które bez dwóch zdań są najlepszym spektaklem, jaki w minionym roku widziałam – a trochę ich jednak widziałam. Okropieństwo, bo golizna. No tak. Golizna zawsze najgorsza.

‘Tis Pity She’s a Whore, czyli autorki rok w pigułce

Twarzoksiążka uparła się, że zrobi dla mnie przegląd roku. Dziękuję ci, twarzoksiążko. Wolę mimo wszystko zmajstrować swój własny kalejdoskop.
Nadal mieszkam pod tym samym adresem. Nadal nie dostałam obiecywanej podwyżki, w związku z czym z imponującą łatwością rozpuszczam wszystko, co udaje mi się zaoszczędzić. Nadal mam niepoukładane życie uczuciowe – choć właściwie przed 2014 wyglądało dużo bardziej schludnie, prawie zwyczajnie. Nadal kupuję za dużo książek i nadal nie mogę usiedzieć w miejscu. Jakby nihil novi sub sole. A jednak nie do końca.

Zdarzyło mi się tego roku trochę historii z gatunku „w najśmielszych snach bym nie przypuszczała…”. Zdarzyło się w ogóle dużo. Poznałam bardzo wielu ludzi, a pojawienie się w moim życiu części z nich wywołało niezgorsze zamieszanie. Wlazłam w raczej osobliwe środowisko, które dba o to, żeby nie zabrakło mi wrażeń. Nie wyjechałam tym razem poza Europę, ale pokonałam ponad 21 tysięcy kilometrów i znalazłam się w wielu niezwykłych miejscach. Brałam udział w wydarzeniach, które zmuszały mnie do zadania sobie pytania „jak to się stało, że ja tu jestem i co w ogóle się dzieje?”. Przytrafiło się kilka niespodzianek, kilka celów zostało odłożonych na świętego Nigdy. Podjęłam trochę za dużo spontanicznych decyzji, ale za mało decyzji znaczących. Stawiłam czoła paru zawodowym wyzwaniom, których potwornie się bałam. Uwierzyłam w palec boży – musiałam, bo tak niewiarygodne zbiegi okoliczności mi się przytrafiały. Karmiłam moje obsesje tak wytrwale, że w końcu zaczęłam czerpać z nich korzyści. To był przedziwny rok. Parę bardziej niecenzuralnych określeń ciśnie mi się na klawiaturę, ale zostańmy przy tym, że przedziwny.
Minione miesiące w gruncie rzeczy sprawiły mi mnóstwo radości. Nie samej radości, bo na mojej małej planecie bywało bardzo ciemno i zimno, ale że cierpię na ostry syndrom Pollyanny, ani mi w głowie poświęcać zbyt wiele czasu i słów moim smutkom, rozterkom i innym wątkom egzystencjalnym.
Nie czuję się na siłach, by wskazywać wydarzenie roku, sukces roku, uśmiech roku, pocałunek roku, restaurację, spektakl, powieść itepe. Pojedziemy jak ostatnio, miesiąc po miesiącu. Dla ubarwienia postanowiłam wspomnienie każdego z nich przyprawić piosenką, której w danym czasie nie mogłam pozbyć się z uszu.

Styczeń. Niewinna sylwestrowa kolacja u przyjaciółki kończy się na tyle interesująco, że kolejne dni spędzam na bezwstydnym flirtowaniu z przyjaciółkowym kolegą, który nie miał gdzie się podziać, więc się przyplątał na tę imprezę i niestety poznał mnie. Sprawy rozwijają się bardzo dynamicznie, by jeszcze dynamiczniej się zwinąć. Następnie udaję się do Londynu, obejrzeć genialne American Psycho i czytanie sztuki, które być może też było genialne, ale nic z niego nie pamiętam, bo byłam bardzo zajęta kompromitująco głupawym szczerzeniem się do osobnika w przeciwległym kącie, szczegóły w archiwach, nie polecam.

Luty. Autorka wychodzi z pracy w piątkowy wieczór i ze swoim małym bagażem ponownie zasuwa do Londynu, żeby przekonać się na własne oczy, iż niejaki Jude Law naprawdę istnieje. Otóż istnieje. I łysieje. W poniedziałkowy ranek autorka grzecznie siedzi w biurze, jakby nigdy nic.

Marzec. Rzecz niebywała, autorka zasuwa do Londynu, wylewa hektolitry łez na musicalu, na który wcale nie chciała pójść, cieszy się szturmującą miasto wiosną i udaje jej się wrócić do domu tylko dlatego, że samolot nie odlatuje o czasie. Jak pokaże przyszłość, takie szczęście można mieć tylko raz w roku.

DSC_0004_8

Kwiecień. Mnóstwo roboty, ot i wszystko. Kwietnie zawsze przemykają niepostrzeżenie, bo zawsze czekam na maj.

Maj. Autorka ponownie zasuwa. Urodzinowy weekend w najgorszym, ale to najgorszym hotelu świata. Na samo wspomnienie trzęsę się z obrzydzenia, Chryste Panie, cóż to za nora była, a człowiek w recepcji ani chybi był zombie, niemniej weekend sam w sobie był przeuroczy (w dużej mierze dlatego, że odjeżdżałam z hotelu pierwszym metrem i wracałam ostatnim). W przestawianiu licznika towarzyszyły mi pewne wspaniałe istoty (chyba) ludzkie, proszę, oto istota pierwsza, druga i trzecia. Zwłaszcza mi się podobał ten potężny rzymski żołnierz w Globe, co mnie, Bogu ducha winnego widza unikającego jak ognia interakcji na linii aktorzy-publiczność, złapał i przestawił bezceremonialnie, bo mu na drodze stałam. A potem jeszcze na mnie nakrzyczał.
Ależ byłam zachwycona.
Z tej akurat wycieczki autorka wraca samolotem bardzo ciężko rannym. Ratując się przed zaśnięciem, gawędzi w lotniskowym barze z miłym nieznajomym, który też czeka na swój lot. Biedaczka nie zdaje sobie sprawy, że jej życie właśnie się rozszczepia i od tej chwili będzie biegło dwoma torami, odległymi od siebie o wiele mil, a ona nie będzie potrafiła wybrać żadnego z nich.

Czerwiec. Autorka jedzie na wakacje. Do Włoch, bo regularne bywanie we Włoszech jest człowiekowi potrzebne do zachowania zdrowia psychicznego (przy czym ważne jest, by człowiek nie był nadmiernie przywiązany do obwodu w talii). Wychodząc z terminalu lotniska im. Galileusza, widzi rzeźbę.
wpid-dsc_00022_12.jpg.jpeg
Tak niesłychanie serdecznie Italia ją wita. Niewzruszona autorka wsiada do taksówki, która dowozi ją do centrum bardzo sprawnie, tak sprawnie, że nie zatrzymuje się na czerwonym świetle, ale jest już po północy i któż by się przejmował. Autorka mieszka w trzynastowiecznych pałacach, pija prosecco, siedząc na stopniach przed knajpą, moknie do suchej nitki podczas oberwania chmury w Pizie, szaleje z zachwytu w średniowiecznych kościołach Lukki i nawet udaje jej się poleżeć trochę na gorącym piasku.

Lipiec. Autorka jedzie na wakacje – znowu. Pytana przez znajomych, dlaczego w ogóle wybiera się dokądś, gdzie nic szczególnego do oglądania i przeżywania nie ma, odpowiada, że właśnie dlatego. Okazuje się, że to „nic szczególnego” oznacza przecudowne śniadania w ogrodzie, pejzaże jak z Muzeum d’Orsay i przeżycia absolutnie niesamowite. Ze wsi nasza bohaterka zasuwa do wiadomego miasta, gdzie wyleguje się w parkach,

DSC_0060_1
przesiaduje nocami na balkonie z widokiem na wieżę zegarową dworca St Pancras, nawiedza teatry, goni uroczych młodzieńców po ciemnych uliczkach na tyłach tychże teatrów (ponieważ na blogu może dowolnie naciągać rzeczywistość, niech będzie, że goni – opis wiernie oddający realia tamtej sytuacji brzmiałby „dostaje napadu paniki i chce zwiewać w przeciwnym kierunku, ale już za późno”), by wreszcie spóźnić się na samolot. Po raz pierwszy doświadcza tak ogromnego wścieku na siebie samą, ale koniec końców zyskuje bardzo miły dzień.
W lipcu również autorka słyszy słowa, które wżerają się w nią mocno, najmocniej ze wszystkich do tej pory usłyszanych.

Sierpień. W sercu naszej bohaterki – wydawać by się mogło, że zajętym na dobre i niewzruszonym – znienacka coś drga. Telefon też jej drga. Drgania owocują bezsennymi nocami, gapieniem się w księżyc, trudnymi rozmowami i słuchaniem romantycznych smętów. Nic ciekawego.

Wrzesień. Ot, pospolity miesiąc. Żywot osładzają sobotnie wypady w Beskidy, raz w palącym słońcu, raz w ulewnym deszczu. Jedynym novum w życiu niżej podpisanej jest to, że pierwszy raz zbiera grzyby, które na domiar szczęścia okazały się jadalne (czego dowodem fakt, że autorka produkuje dzisiejszy wpis o własnych siłach, spożywszy osobiste zbiory w wigilijnym barszczyku). We wrześniu również la dolce vita zostaje zakłócone przez grom z jasnego nieba i idącą w ślad za nim przykrą świadomość, że nic już nigdy nie będzie takie samo. W głowie naszej bohaterki pojawi się niepokój, który do końca roku jej nie opuści.

Październik. Autorka wraca z miasta do swego przepastnego apartamentu i wyjmuje z papierowej torby nabytą przed chwilą koszulkę w marynarskie paski. Siada na kanapie, sięga po nożyczki i bezlitośnie odcina rękawy, starając się ciąć jak najbardziej krzywo i niedbale. Dokonawszy zniszczeń, składa koszulkę starannie i wkłada ją do czekającej już walizki.
Trzy dni później stoi w pustoszejącym foyer, międli rąbek nieszczęsnej koszulki i modli się w duchu, by grom z jasnego nieba skrócił jej mękę, to jest najpewniej jedną z najbardziej koślawych konwersacji w historii ludzkości.
I don’t think I know a proper English word to describe what I’ve just seen… – rzecze autorka do ślicznego reżysera dzieła, które było tak frymuśne, że to się w głowie nie mieści (jedyna znaleziona recenzja tego wydarzenia opisuje je jako frantic, chaotic, exuberant mess i to wyczerpuje temat).
I don’t think I know a proper English word to describe it either – odpowiada reżyser, dyplom z literatury angielskiej, mind you.
It was fantastic. OK, I’ll be off now. Bye.
– OK. Bye. See you next time.
– OK. Bye
– odpowiada autorka. Taka jest wygadana.
Bhyyye – cholerne skaranie boskie posyła jej powłóczyste i podejrzanie rozbawione spojrzenie. I co cię tak cieszy, ty zmoro (zapewne to, że z perspektywy zmory autorka wygląda następująco). Autorka czym prędzej odwraca się i ucieka, prawie wpadając na filar po drodze.
A ponieważ coś wyraźnie wisi w wilgotnym angielskim powietrzu, autorka spędza kolejne wieczory na spacerkach i kryciu się po ciemnych kącikach w miłym towarzystwie i w zamiarach jawnie lubieżnych. Nie samą kulturą człowiek żyje przecież (choć w temacie kultury – nocne zwiedzanie ukrytych za pospolitą fasadą biurowca ruin The Rose stanie się najpiękniejszym teatralnym doświadczeniem życia i jednym z najbardziej mistycznych w ogóle). Ogólnie rzecz biorąc, wydarzenia tych kilku październikowych dni bez trudu zapełniłyby średnio grubą książkę, ale na pisanie memuarów jeszcze przyjdzie czas.

Listopad. Przemknął jakoś. Zaczął się bardzo pięknie, efektownie i zmysłowo, a potem jakoś tak się stało, że ciągle tylko załamywałam ręce. Mnóstwo pracy, panie dziejku, a pomiędzy pracą właściwie nic, o czym chciałoby się pamiętać. Ot, pełnowymiarowa biurwa. Jakby mnie ktoś ściągnął za nogi spod obłoków. Z całym impetem rąbnęłam tyłkiem o twardą glebę. Przez cały miesiąc, każdziuchnego dnia, rzeczywistość pokazywała mi, co o mnie myśli. Pokazywała mi to głównie środkowym palcem.

Grudzień. Fenomenalny koncert Gogol Bordello, na który wcale nie miałam ochoty, ale przekonana skakałam i śpiewałam w głos, co nie jest dla mnie zachowaniem typowym. Ja publicznie takich rzeczy nie robiłam dotychczas. Boska Komedia i urocze przedświąteczne spotkanie z kimś dawno niewidzianym, a bardzo mi potrzebnym. To po stronie plusów, cała reszta po stronie, niestety, minusów. Przetrwałam, taka wańka-wstańka łatwo się nie poddaje i nawet ostrzelana z ciężkich dział jakoś tam wraca do pionu, choć niekiedy posiniaczona.

Plany na przyszły rok na razie kończą się na marcu. Postanowień noworocznych jak zwykle brak. Co będzie dalej – nie wiem. Wiem tylko, że powinnam w końcu coś postanowić, bo w rozkroku niezbyt jest wygodnie.
Plany na ostatni wieczór roku ciągle trwającego są bardzo proste: białe winko z najbliższymi, może na Kazimierzu, ale raczej w domu któregoś z nas. Żadnej wielkiej imprezy. Posiedzieć, pogadać, wznieść toast (o ile dotrwamy do północy), wsiąść do taksówki, zasnąć grzecznie w ciepłym łóżku, obudzić się w 2015 i czekać, co się wydarzy. Najbliższe dni zamierzam spędzić tak spokojnie, herbacianie i kanapowo, jak tylko się da, bo czuję się, jakbym wysiadła z kręcącej się szybko karuzeli. A później… Cóż, nie można za dużo odpoczywać. Ale to już inna historia, którą – mam nadzieję – będę mogła zamieścić w przyszłorocznym podsumowaniu. No to, szanowni, oby nam się. Prost!

Last of the melting snow

Ujmę to tak.
Miałam pewne wyobrażenie o tych świętach i wcale nie czekałam na nie – to wiecie. Rzeczywistość okazała się jeszcze bardziej przytłaczająca. Na tyle, że nie mogę doczekać się chwili, gdy obudzę się w moim własnym łóżku, w mojej własnej sypialni (którą, nawiasem mówiąc, powinnam sprzątnąć, bo zostawiłam w niej, nie bójmy się tego słowa, pierdolnik z gatunku nieprzyzwoitych), przebiegnę tylko do kuchni po herbatę i słodkości, po czym zakopię się pod kołdrą na nowo, z książkami, muzyką i telefonem przełączonym w tryb samolotowy.
Czytałam gdzieś rzewne polemiki z tymi czującymi podobnie – że niby po co ten cynizm i w ogóle, gdy bombeczki i dzwoneczki takie piękne. To nie cynizm. Trzeba mieć bardzo ograniczone poziomy empatii, żeby nie domyślać się, że za czyjąś niechęcią do świętowania mogą stać rozmaite mocno dołujące sprawy, a nie żadna tam chęć kontestowania i płynięcia pod prąd.
Jestem przeraźliwie zmęczona. Muszę sobie psychę zrestartować i chociaż przez parę godzin nie być twardzielem. To nie takie proste, bo wcale nie lubię mojej zbroi zdejmować, ale w ostatnich dniach zaczęła mi już ciążyć; jeszcze trochę i złamie mi kręgosłup.

Dla mnie Gwiazdka jako taka, moja osobista i wyczekana, będzie dopiero za dwa długie tygodnie; tymczasem ogromnie potrzebuję przynajmniej 48-godzinnej emigracji wewnętrznej, podczas której będę mogła robić tylko to, na co będę miała ochotę, przez cały dzień boży w piżamie albo i bez. I co mi zrobicie. Tańce w kuchni, grzany miód przed południem, cały sezon krwawego serialu cięgiem, frywolne pogaduszki, leżenie w wannie, aż się człowiek pomarszczy itepe. Ot, błoga rozkosz władzy totalitarnej w swoim maleńkim królestwie.

Równowagę psychiczną pomagają mi zachować książki i męczony w kółko kawałek, odkryty rok temu jakoś o tej porze. Znakomicie się sprawdzał jako ścieżka dźwiękowa do łażenia po mroźnym lesie o poranku – i nadal działa równie dobrze. A poza tym jest ciągle piękny. Każdego dnia o poranku wrzucam w słuchawki te lub podobne smyczki i fleciki, zabieram psy i wychodzę pooddychać. Jeśli natomiast chodzi o literaturę, nie będę nawet próbowała ściemniać, że brnę przez ambitne dzieła. Ambitne dzieła chwilowo mam w głębokim poważaniu.
Połknąwszy zbiorowe wydanie powiastek o Mary Poppins – nie żebym nie znała na pamięć, bo to najukochańsza postać mojego dzieciństwa, a że wypuścili efektowne nowe wydanie, musiałam mieć – zabrałam się za Stephena Kinga na jedną nóżkę, a na drugą, no niestety, Śmierć przybywa do Pemberley. Ma się rozumieć. Na okładce stało, że to mroczna kontynuacja Dumy i uprzedzenia, więc zanim się zorientowałam, stałam przy kasie, ściskając egzemplarz. Nie pojmuję tylko, czemu Darcy jest taki miły w tej książce. Oczywiście wiem, że to zabawa konwencją. Wiem też, że w oryginale dobry był zeń człowiek, po prostu niezbyt sympatyczny, ale jakoś mi brak tego napuszenia. Na razie sama staję się coraz bardziej napuszona, słowo daję, bez emigracji wewnętrznej rozpoczętej w trybie pilnym nie wytrzymam długo.
Dwa tygodnie.
Dwa.
Tygodnie.

PS Właśnie zauważyłam, że pękło mi pół miliona wejść. W mordeczkę

101 powodów, czyli wpis został opublikowany

Dziś będzie metablogasek, czyli blogasek o blogasku, bo ileż można pisać o tym samym.

Gwoli zarysowania tła. Jeśli chodzi o mój staż – zaliczam się do zmurszałych Matuzalemów, bo w marcu stuknie 14. rok mojego pisania. Zaczynałam, gdy blogów było może kilkadziesiąt i z nielicznymi wyjątkami były to najzwyklejsze w świecie pamiętniki. Pisało się, bo się lubiło i pisało się o wszystkim. Człowiek miał też poczucie przynależności do pewnej – wtedy jeszcze małej – wspólnoty i umawiał się na piwo z innymi blogerami. Spotkania te, nawiasem mówiąc, miewały bardzo różny przebieg. Bywały spektakularnymi katastrofami (te przypadki skutecznie oduczyły mnie wiary w to, że za fajnie pisanym blogiem zawsze stoi fajny człowiek – otóż nie zawsze), bywały początkami trwałych znajomości, a zdarzało się też, że kończyły się radosną gimnastyką w zmiętej pościeli.
Teraz już o wszystkim nie piszę, pewne sfery mojego życia na dobre z bloga znikły i nie wrócą niezależnie od tego, jak wiele mrożących krew w żyłach wydarzeń miałoby w nich miejsce. Częścią wspólnoty też się nie czuję, bo chyba mam zbyt staroświecki pogląd na blogowanie i zupełnie nie kumam panujących w nim obecnie trendów, o czym poniżej. Poza tym bardzo mi dobrze w mojej małej niszy. Ale może wyjaśnię, czemu mnie nagle na wspominki wzięło.

Otóż wczora z wieczora szukałam czegoś w internecie.
Niesamowita wiadomość, prawda? Nie o to chodzi. Jak zapewne zauważyliście, moje niewinne szukanie czegoś w internecie zwykle kończy się albo cholernymi zakupami (ładne, co? miałam kupić przy okazji akcji „pirat”, ale wtedy nie zdążyłoby dolecieć na czas, więc zamówiłam teraz – i nie, nie wiem, dokąd będę w tym chodzić), albo nabawieniem się nowej dotkliwej obsesji.
Podążając nitka za nitką, trafiłam na pewien blog przypadkiem opisujący interesujące mnie zjawisko. I wtedy moja słynna prawa brew podjechała mi na sam czubek głowy. Oto bowiem treść notek – nie wiadomo, czy wartych czytania, czy niezbyt – była sprytnie ukryta i pokazywała się li po kliknięciu w guzik Fejsbunia lub Twittera. Innymi słowy, tzw. żebrolajki w najczystszej postaci. Szkopuł w tym, że ja wciskam te guziki tylko wtedy, gdy rzeczywiście coś podoba mi się na tyle, iż uważam za stosowne podzielić się tym ze światem. Rozumiem, co jest przyczyną takich zabiegów, ale namolne dopraszanie się o klikanie tu i tam dla zwiększenia popularności (i tak wybitnie nietrwałej w dzisiejszych czasach) zniechęca mnie w ułamku sekundy. A co, jeśli zawartość okaże się absolutnie niewarta przesyłania jej dalej?… No i właśnie, i to druga sprawa. Pech, bo gdziekolwiek trafiam ostatnimi czasy, nie mam o czym czytać. Treści minimum, forma jak od sztancy. Listy 5 najciekawszych sklepów ze skarpetkami, 7 najmodniejszych kolorów ścian w 2015, 8 piosenek Harry’ego Belafonte, które muszę znać, 12 argumentów za tym, że guma balonowa jest lepsza od lizaków &c &c.
Na wypadek, gdyby ktoś chciał mnie źle zrozumieć – nikomu bym pisania nie zabroniła, internet jest nieskończenie pojemny, dla wszystkich znajdzie się miejsce. Ale nie podoba mi się to, co zauważam tu i ówdzie, czyli uzależnianie wartości czyichś wpisów od liczby polubień, a nie od tego, czy te wpisy niosą ze sobą jakąkolwiek treść, czy mają sens w ogóle. To już absolutnie nie jest ta blogosfera, której częścią onegdaj się było.

Ciągle najbardziej lubię blogi, których autorzy po prostu piszą, co ich spotkało. Dzielą się piosenką, która im wpadła w ucho albo zdjęciem graffiti, które akurat mijali i ich zafrapowało. Relacjonują przygody w komunikacji miejskiej, wzdychają do nieznajomych, opisują kulinarne porażki, randkowe rozczarowania, biurowe frustracje, czasem rzucą wspomnieniem z dzieciństwa lub absurdalną refleksją, która im się akurat urodziła przy herbacie. Nie silą się bycie specjalistami od wszystkiego, nie udzielają życiowych porad, tylko tak sobie gadają, po prostu. Bozia ich obdarzyła zmysłem obserwacji, więc obserwują. Opowiadają o byle czym, ale w sposób, który pociąga. Czytacie i widzicie żywą osobę pomiędzy literami.
Lubię też tych, którzy piszą o swoim pierdolcu (nieważne, czy to książki, czy orchidee, czy żywoty świętych), wykopują jakieś niesamowite wiadomości z zakurzonych archiwów, w potężnych wpisach rozpływają się nad drobiazgami przez nikogo innego niezauważanymi – a nawet, gdy chwilowo zmieniają temat, robią wszystko, żeby jednak jakoś wpleść wątek swojego konika.
To lubię i tego coraz bardziej mi brakuje w zalewie rankingów patelni, foci z Instagrama i tekstów, w których osobistej myśli piszącego jest tyle, co kot napłakał.
Gdzieś kiedyś trafiłam na autora, który zapytywał czytelników, o czym chcieliby, żeby pisał – i następnie produkował się na zadany temat, mając w istocie coś do powiedzenia lub nie. Częściej nie. To mnie nawet zainteresowało. Wyobraziłam sobie taki cykl tutaj, ale aż się boję myśleć, co by PT czytelnicy zaproponowali. Mniejsza o wątki perwersyjne, ale ktoś mógłby na przykład zechcieć, żebym napisała o hadronach albo stopach procentowych i co wtedy…

No.
Tom wylała uwagi zgryźliwego tetryka i niniejszym udaję się na przedwigilijne towarzyskie spotkanie w nadziei, że moja fryzura a’la owczarek węgierski (uwielbiam wiatr, ale trochę się ostatnimi czasy narzuca) zostanie kulturalnie zignorowana przez obserwatorów. Najbliższe dni zamierzam spędzić offline, więc zawczasu – spokoju i dobrych nastrojów życzę.

PS Znalazłam nową wersję mojej – z jasnych przyczyn – ulubionej piosenki. Nie przepadam za coverami Cohena, ale muszę natychmiast mieć tę płytę. Wreszcie ktoś ten tekst dobrze przetłumaczył, o cudownym głosie wykonawcy nie wspomnę (my chyba, ba, na pewno nawet mamy wspólnego znajomego). Miłości bóg już zbiera się ku drzwiom, z Aleksandrą wspartą na ramieniu… A to miał być wodoodporny tusz. Czy jakaś firma kosmetyczna testuje wyroby na płaczących rzewnie użytkowniczkach?

Through enjoyment we endure

Dobra. Dawajcie mi ten bilet na samolot w ciepłe kraje, bo przysięgam, nie wytrzymam i nie chcę żadnych świąt.
Niestety na kolejnym bilecie stoi data za 20 dni od dziś – i kraj niezbyt ciepły, ale to nieważne. Byle dotrwać. Jakoś. Zacisnąć zęby, spiąć się, udać, że niczego nie widzę i nie słyszę, i po prostu przebrnąć.

Jakby tego było mało, bałagan w mojej głowie osiągnął rozmiary, których już nie potrafię opanować. Najchętniej nabawiłabym się amnezji. Odkochała zupełnie albo zakochała w kimś trzecim, zgodnie ze znanym powiedzonkiem o dwóch takich, co się biją. Tymczasem utrudniam sobie zadanie na wszelkie możliwe sposoby. Z jednym rozmawiam przed zaśnięciem, domyślając się, że zapewne przyśni mi się drugi – albo że obudzę się w nocy, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie przyszła od niego wiadomość.
– Jak to wyjechałeś? Ale wrócisz?
– Pewnie, że wrócę. To tylko na chwilę.
Och, koleżanko. Jak na Kogoś, Komu Ani Trochę Nie Zależy, zadajesz bardzo niestosowne pytania.

Wynajduję sobie różne zajęcia, żeby odseparować się od całego zamieszania, od serca stłuczonego w drobny mak, samotności w tym tłumie, przymusowego milczenia, bo komu o tym powiedzieć i po co. Codzienne drobiazgi są dobre. Piorę. Brwi wyskubuję. W wannie leżę. Po księgarniach chodzę (do końca roku ani jednej sztuki więcej, słowo daję – ale najświeższy nabytek jest doskonały i musicie go mieć), zamykam się w kuchni – przenośnie, bo w mojej kuchni zamknąć się nie sposób, nie ma drzwi – i piekę. Odkąd odkryłam, że umiem, robię to w niemal każdy weekend. Sprawia mi to ogromną przyjemność, nie tylko samo międlenie surowego ciasta, oblizywanie palców i wycieranie zabrudzonych cynamonem rąk w spodnie, ale też karmienie każdego, kto akurat się nawinie. Chłopaki w pracy się cieszą.
Jak na ironię moja wstydliwa słabość postanowiła dziś poinformować ludzkość, że też będzie piekła przy niedzieli. Świetnie. Wielkie umysły myślą podobnie.
Dodała z niezmierzonym okrucieństwem, iż jako że jest sama w domu, zamierza piec na golasa.
Eeehm.
Bezskutecznie próbuję wytrząsnąć sobie z głowy ten obraz. Dziękuję bardzo, doprawdy.
No, ale przynajmniej myślę o czymś innym niż dotychczas.

Dusza towarzystwa

Coś wam pokażę.
wpid-dsc_00172.jpg.jpeg
Opróżniałam wczoraj skrzynkę na listy i między rachunkami znalazłam, cóż, list właśnie. Niedużą kopertę opatrzoną pieczęcią AIR MAIL i znajomym logo, którego widok natychmiast rozpromienił mój osowiały pyszczek.
Wewnątrz był mały prezencik, który mnie niesłychanie ucieszył.
Adresu na kopercie nie było, niemniej albo dzięki elfom, albo dzięki jakiejś hipernowoczesnej technologii trafiła we właściwe ręce.
Miłe.

Takoż wczoraj byłam na imprezie.
Z której uciekłam.
Nie jest to dla mnie zachowanie typowe, w każdym razie dotychczas nie było. Onegdaj znana byłam z tego, że opuszczałam lokal w momencie jego zamykania o świcie. Gorszące szczegóły pozwolę sobie przemilczeć. A wczorajszego wieczoru po raz pierwszy w życiu poczułam, że to już kompletnie nie moja bajka. Nie to, że nagle przestałam lubić ludzi, z którymi miałam spędzić wieczór; muzyka też była niczego sobie. Po prostu w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że siedzę sama w kącie i czytam sobie coś na telefonie, i to, co czytam, interesuje mnie bardziej niż toasty i tańce, nie chce mi się nawet podejść do baru po kolejne piwo i w ogóle najchętniej poszłabym do domu.
Była raptem dwudziesta pierwsza.
Towarzystwa przybywało, lód grzechotał, śmichy chichy, wszystko bardzo fajnie, a ja jak ten kołek.
W końcu zabrałam płaszczyk i wymknęłam się dyskretnie. Bo w domu jednak fajniej. W domeczku. W domuniu. Z moimi ulubionymi smętami.

Atmosfera już wszędzie bardzo dzwoneczkowa, a u mnie nieszczególnie. To nie będą zbyt wesołe święta i z chęcią bym je zignorowała. Wyjechała daleko, zamiast barszczyku poczęstowała się winem w samolocie, może przeleżała parę dni na plaży. Albo chociaż udawała, że po prostu ich nie ma.
Niecierpliwie za to czekam na to, co po świętach. O tak. Mój zawieszony chwilowo na kołku szelmowski uśmiech wróci w swoim najlepszym wydaniu.