Sand dunes and salty air

Leżę. W okularach przeciwsłonecznych, skrawku poliestru i pachnącym kokosem kremie do opalania, który spływa razem z potem. Leżę i nasłonieczniam się, słuchając – mimo słuchawek, przez które płynie coś innego, bardzo pięknego – lądujących samolotów, bo lotnisko nieopodal. Huk silników przeraźliwie mnie irytuje – nie dlatego, że przeszkadza; lubię ten dźwięk. Ale gdy sobie pomyślę, jak mało brakowało do mojej plaży, do tego, żebym jutro siedziała w jednej z takich maszyn, przeglądając magazyn pokładowy i usiłując wyprostować nogi w ciasnocie, chcę się zwinąć w kłębek pod łóżkiem i szlochać rzewnie, od czasu do czasu wypuszczając z siebie serię brzydkich słów… Nieważne, kochana, nie myśl. Pamiętaj, wszechświat dąży do równowagi. Zostanie ci wynagrodzone.
Jasne, odpowiadają moi wewnętrzni Statler i Waldorf. Bardziej prawdopodobne, że zostanie cię opieprzone za niezrobienie czegoś, co nie leżało w twoich kompetencjach. Albo zostanie cię olane, co prawdopodobne jest najbardziej. Dajcie palec. Dajcie, kurza stopa, palec.
Mało brakowało, a mój sierpniowy, raptem trzydniowy urlop też stanąłby pod znakiem zapytania – ale i ja stanęłam. Okoniem stanęłam, protestując stanowczo, bo o ile pod palmy mogę pojechać zawsze, o tyle pewnych ludzi na scenie mogę zobaczyć tylko raz.
Ale – aż tak źle nie jest. Plany to do siebie mają, że w gruncie rzeczy są pobożnymi życzeniami, stało się, jak się stało, trudno. Mogę ciągle urwać się w plener, położyć na trawie, wsuwać owoce prosto z krzaka, nie bacząc, że nieumyte (takie rozgrzane i smakujące piaskiem są przecież najlepsze). Toteż leżę, ignoruję perspektywę jutra, słucham samolotów i czytam o torturach. Typowa wakacyjna lektura dla mnie, nieprawdaż. Te średniowieczne wielokrotne wyroki śmierci, fascynująca sprawa.

A propos tortur – drogie warszawianki, rozglądajcie się uważnie, bo tak zabawnie się składa, że w poniedziałek ląduje u was uosobione toffi we własnej malowniczej osobie. Gdyby ktoś zauważył, proszę pozdrowić.

Very tragical mirth

Jeszcze jeden wybitny inaczej cytat z książki o człowieku, którego penis drga i słyszy muzykę.
„Likewise,” he says, and I can tell from his accent that he’s British.
Coś mi to przypomina. Ale wcale mi się nie podoba, że jedno z moich jakże ulubionych słów (dlaczego, to sobie pokopcie w archiwach, choć nie polecam, a ja w tym czasie powzdycham) występuje w takiej… literaturze.

Wściek nie ustępuje, a nawet rozkwita. Na szczęście życie dąży do równowagi i zawsze coś dobrego wydarza się wtedy, kiedy człowiek poważnie obawia się, że albo kogoś pobije, albo pójdzie na most z kamieniem u szyi. Od miesięcy niczym nie marzę tak gorąco, jak o położeniu się plackiem na plaży, w ciepłym i wilgotnym klimacie, i to właśnie miałam robić za tydzień, ale nie zrobię, ponieważ zostałam ubrana w coś, czym zdecydowanie nie chcę się zajmować, w zastępstwie ludzi, którzy, zgadnijcie co, jadą leżeć plackiem na plaży. Nie chcecie wiedzieć, jak bardzo jestem z tego powodu nieszczęśliwa. Wstyd przyznać, ale osobnikowi, który mnie w to wszystko wrobił, mając w głębokim poważaniu moje plany, serdecznie życzę ulewnych deszczy nad morzem.
Na otarcie łez zostałam wczoraj wypędzona z domu, spędziłam fantastyczny wieczór w plenerze, wycałowana, wyprzytulana, zaopiekowana przez cudowne, słodko pachnące istoty płci męskiej (ależ ja mam przystojnych kolegów) – i w środku tegoż wieczoru usłyszałam, że bardzo ładnie wyglądam. I przyznam próżnie, że to ostatnie sprawiło mi ogromną radość.
Kraków też wczoraj wyglądał bardzo ładnie. Ciągle mam jakieś pretensje o coś do tego miasta, ale muszę przyznać, że w letnie noce potrafi być czarujące. Człowiek, choć mieszka tu od kilkunastu lat, pstryka czasem o zmierzchu fotki jak turysta.

Ale, ale. W ubiegłym tygodniu ktoś dostał się na mój blogasek, wbiwszy w Gugla manifest: kocham Colina Morgana (ponownie pojawił się też fan gołych scen w teatrze; który to już raz?…). Nie bardzo rozumiem, po co takie oświadczenia w Gugla wpisywać – żeby sprawdzić, jak wielu ludzi dotknęła podobna udręka? Z drugiej strony przyznaję, trudno nie kochać. Mam toteż doskonałą wiadomość dla tego złamanego serduszka, dla tych, nie załapali się na transmisje Globe On Screen w naszych kinach, dla tych, którzy chcieliby, a boją się polecieć do Londynu, dla tych, którzy zwyczajnie chcą obejrzeć coś dobrego przy wieczornym kieliszku wina i wreszcie dla tych, którzy – jak ja – bardzo potrzebują, żeby coś ich skutecznie rozbawiło. Globe zrobił mi prezent w tym trudnym tygodniu i wszystkie trzy sztuki, które u nas wiosną emitowano (Makbeta, Burzę, z Colinem właśnie, i Sen nocy letniej), umieścił dziś w swojej telewizji. Można sobie je wypożyczyć albo ściągnąć i upajać się nimi do końca życia. Polecam tym bardziej, że download trzech razem kosztuje 25 funciorów, co, biorąc pod uwagę cenę pojedynczego DVD z każdym spektaklem, jest świetną okazją. Zaraz sobie odpalę scenę konania Tyzbe i będę rechotała nieskrępowanie. Być może odpalę ją wielokrotnie. Poza tym, wiecie, tych dwóch dżentelmenów zawsze miło mieć w domu na własność. Prawda?…

I wonder what else of his is huge; probably his kitchen

Staram się przypomnieć sobie, kiedy ostatnio miałam taki wściek.
Chyba jakoś za Napoleona.
Jestem tak… zirytowana (och, nazwij to po imieniu: jesteś wkurwiona, wkurwiona po prostu, nie ma co owijać), że nie mogę znieść nawet tego, że ktoś obok mnie mówi. I lepiej, żeby nie mówił do mnie. Mój cudownie słodki nastrój jest taki nie bez przyczyny, niemniej nieszczególnie chcę o tym pisać, ba, nie chcę nawet o tym myśleć.
Zamierzam przekuć ten wściek w coś pozytywnego, muszę, bo inaczej niewinni ucierpią.
Ale to później, bo jeszcze nie wiem, co to mogłoby być.

Żyjemy w takich zabawnych czasach, że wszyscy ludzie są zdumiewająco łatwo osiągalni. Tacy, którzy w epoce przed internetem byli nieosiągalni dla zwykłych żuczków, też już są. Czasami to im bardzo pomaga w karierze, czasami może skończyć się katastrofą.
Może już wiecie, a może nie, ale autorka powiastki o tym, jak mały Jasio wyobraża sobie BDSM, miała wczoraj Q&A z fanami na Twitterze. To znaczy – miała mieć. Nie bardzo to wyszło. Q&A co prawda zyskało niesamowitą popularność, ale nie dzięki odpowiedziom.
Nie jestem fanką trollowania, niemniej czasami sama gryzę się w palce, żeby nie strzyknąć sarkazmem w komentarzu do czyichś bzdur. Bo ręce opadają niekiedy. W tym przypadku pani pisarka przekonała się, jak wielu ludziom opadły ręce w starciu z jej twórczością. Mogli taktownie przemilczeć i pewnie w rzeczywistości by to zrobili. Ale to Twitter. Twitter nie zna litości, działa błyskawicznie, a na nieszczęście pani pisarki korzystają zeń nie tylko nastolatki bezskutecznie żebrzące o uwagę celebrytów mających tam konta. No i się wylała cała Amazonka pytań od publiczności. Przejrzałam je sobie przy śniadaniu – sporo uciechy przy tym miałam. Poniżej tylko drobny ułamek.
Czego nienawidzisz bardziej, poprawnej angielszczyzny czy niezależnych kobiet?
Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że brwi nie mogą rozszerzać się w zdumieniu?
(Tak, tak…)
Czy jeśli będę prześladował dziewczynę, to będzie oznaczało, że ją naprawdę kocham?
Jaki jest twój ulubiony odcień szarości z pięćdziesięciu? Czy zamierzasz wydać książkę o każdym odcieniu osobno?
Czy te wszystkie negatywne komentarze uważasz za molestowanie? Bo ja uważam, że są wystarczająco romantyczne, by złożyć je w powieść!
Czy twoim zdaniem jest OK wmawiać dziewczynom, że dręczenie w związku jest fajne, jeśli tylko facet jest bogaty i przy okazji przystojny?
Czy sądzisz, że czytanie twojej książki będzie wystarczającą karą dla osoby uległej?
Czy wiedzę o BDSM zdobyłaś podczas pojedynczej wizyty w butiku Ann Summers?
Kupiłem twoją książkę w antykwariacie – ma tylko trzy strony, każda gruba na cal, to tak miało być?
Czy myślałaś kiedyś, że gdyby główny bohater nie miał fortuny, ta historia nie nadawałaby się na romans, tylko na kolejny odcinek serialu „Prawo i porządek”?
Spytałam szefa, czy mogę go pocałować. Nie zgodził się, ale i tak to zrobiłam, bo przecież „nie” znaczy „tak”, prawda?
Co myślisz o tym, że twoje książki budują w ludziach na całym świecie przekonanie, że KAŻDY może pisać?
Czy umiałaś już czytać, gdy pisałaś tę książkę?
Spaghetti mi spadło na kartkę papieru, mogę prosić o adres twojego wydawcy?
Chciałbym zadać ci tyle pytań, ale większość zaczyna się słowem „dlaczego” i kończy potępieńczym skowytem.

Zapewne były i jakieś ciepłe wyznania z gatunku „ignoruj te wściekłe brzydkie feministki, twoi prawdziwi czytelnicy i tak cię kochają”, ale trudno im było przebić się przez ten ostrzał. Ktoś zbyt krótko się zastanawiał przed zorganizowaniem tego wydarzenia, bo przecież przy wszystkich kontrowersjach narosłych wokół bestsellera i biorąc pod uwagę fakt, że internet dla nikogo nie jest łaskawy, było wiadome, że to się skończy źle. Mimo wszystko pani pisarka miała szansę, żeby odpowiedzieć na zarzuty o grafomanię, o plagiat, o prezentowanie fałszywego obrazu i relacji międzyludzkich, i BDSM – mogła wdać się w polemikę, zapewne wtedy części ciosów by sobie oszczędziła. Podobno nigdy tego nie robi, na wszelkie tego rodzaju dociekania reaguje zablokowaniem pytającego (to nie jest dobre posunięcie w mediach społecznościowych). Niektóre faktycznie były agresywne, zresztą personalne ataki nigdy nie są OK – ale większość pytań, które widziałam, była jednak zasadna, choć niewątpliwie niewygodna.
Podobno nad filmową adaptacją książki miał pracować Patrick Marber – dramaturg, który napisał między innymi Closer. Autorce nie spodobały się zmiany w dialogach i go wywaliła, co dowodzi, że musi mieć naprawdę dobre zdanie o swoich umiejętnościach pisarskich. Zresztą ponoć ma już kolejną książkę napisaną i drugą na warsztacie – wielkie nieba, gdybym ja miała taką wenę twórczą… W moim obecnym stanie ducha w tydzień spłodziłabym kryminał, mam obmyślonych parę morderstw. Może zacznę wieczorem, zobaczymy.

Nawiasem mówiąc, gdy będzie wam smutno i źle, sięgnijcie po parodię dzieła; jest fenomenalna. Niestety spłodzono też coś takiego. Można było się spodziewać. Ktoś po prostu musiał wpaść na pomysł zestawienia jednego z drugim. Powiem wam w sekrecie, że odczuwam jakąś perwersyjną pokusę przeczytania tego, tak dla intelektualnego sponiewierania się, czasami miło – chociaż Jane Austen, o której niektórzy mówią, że zeszła z tego świata, zachowawszy wianek, chyba by się w grobie przewróciła.

Lavender Moon

Czyżbym była w złym humorze?…
Stan zawieszenia, w którym od kilku tygodni żyję – na własne życzenie, nikt mnie w to nie ubrał przecież – trochę już mnie męczy. Nie jest przyjemnie codziennie zastanawiać się, czy planowana od pięciu miesięcy podróż w ogóle się odbędzie, ani tym bardziej kombinować, czy jednak postawić wszystko na jedną kartę, czy też raz w życiu użyć rozumu. Oczywiście wiem, że są to problemy, które trudno problemami nazwać. Ludzie mają większe zmartwienia. Urlop można przełożyć na później, za nie dość interesującą szansę można podziękować. To raczej dobra lekcja na przyszłość dla mnie: nie planować niczego z nadmiernym rozmachem, nie angażować się w coś, do czego nie jestem do końca przekonana. Tak czy inaczej, po raz wtóry zauważam ten sam mechanizm, pewnego rodzaju samosterowność. Jeśli czegoś bardzo chcę, będę nie całkiem świadomie dążyć do tego za wszelką cenę i w końcu dopnę swego (kosztem niechby sprzedania nerki). Jeśli czegoś nie chcę, tylko tak mi się wydaje (bo taki chwilowy kaprys, bo powinnam, bo ludzie mówio, bo coś tam), będę rzucać sobie jakieś imaginowane kłody pod nogi, aż wreszcie odetchnę z ulgą – no, wiedziałam, że się nie uda! Im dłużej żyję, tym jaskrawiej to zauważam, więc może w końcu przestanę udawać przed samą sobą, że robię coś innego, niż w istocie robię.
Prawda jest też taka, że coraz mniej w moim życiu rzeczy, których naprawdę mocno chcę. Trochę mnie opatrzność rozpieściła przez ostatnie lata i jakoś zobojętniałam.
Tymczasem dziś, w jednym z nielicznych słonecznych momentów, targnięta gwałtowną nostalgią zorganizowałam sobie drobne, to jest godzinne wakacje na własnym balkonie (w towarzystwie wznowienia Królów przeklętych Druona, dobrze, bo stare wydania zapodziały się w przeprowadzkach – nic lepszego nad mordujących się nawzajem członków rodziny, w dodatku naprawdę istniejącej; jeszcze to muszę sobie sprawić kiedyś, pojęcia nie mam, skąd u mnie umiłowanie tematu wysoce toksycznych familii, skoro moja jest całkiem normalna… tak mi się wydaje). O. Tak dziś było. wpid-2015-06-28-17.49.37.jpg.jpeg Lavender Fizz, wspomnień czar. Gin, prosecco, lawenda, cytryna. Och, czyż to nie było piękne lato dwadzieścia cztery miesiące temu, upalne i pełne niespodzianek. Nie obraziłabym się, gdyby to nadchodzące było choć trochę podobne. Nie zapowiada się – ale wtedy też przecież się nie zapowiadało.

A tak poza wszystkim – czy ja dobrze przeczytałam, że jakże przeze mnie ceniony redaktor Terlikowski uznał kobiety za nieczyste narzędzia w ręku szatana? Niech mi tępej dzidzie ktoś wytłumaczy, jakimż to cudem on ma żonę (i czemu ta żona znosi w domu towarzystwo mizogina).

I see you

Od kilku miesięcy czekam na nadejście dnia, w którym pani sprzątająca w fabryce odpowie na moje „dzień dobry”.
Dotychczas nie nastąpiło to ani razu. Ja co prawda raczej cicho mówię, ale ludzie zwykle mnie słyszą jednak.
Parę dni temu stałam sobie w fabrycznej kuchni, czekając, aż czajnik ugotuje wodę na moją poranną kawunię, gdy wtem weszła jakaś osoba, bez słowa złapała czajnik, wlała wodę do WŁASNEGO kubka i nadal bez słowa odeszła. A ja ostałam się bez kawuni. Wyraźnie nie tylko mnie nie słychać, ale również nie widać. Albo może osoba uznała, że moja funkcja w przedsiębiorstwie polega na gotowaniu wody innym ludziom. Chyba powinnam pomyśleć nad wymianą garderoby.
Wczoraj byłam świadkiem dialogu, właściwie monologu z jakimś biednym konsultantem infolinii sieci komórkowej. Tak, ja wiem, że człowiek zwykle dzwoni pod takie numery, gdy nie jest zbyt zadowolony, ale dziewczę wrzeszczało do słuchawki z niebywałą ekspresją, podważając co chwila zdolności intelektualne rozmówcy, że to tak oględnie ujmę. Dziś rano przechodziłam obok pana zajętego głośnym proszeniem dziewczyny rozdającej ulotki, żeby mu dupy nie zawracała. Tu i ówdzie komuś przeszkadza, że taksówkarz do niego zagadał albo sklepowa nazwała go kochanym. Tu i ówdzie ten i ów powiadamia, że na jego szacunek trzeba sobie zasłużyć (niezmiernie mnie rozbawiają takie teksty), a zresztą większość ludzi to i tak świnie, nóż w plecy i tak dalej.

Ponieważ cierpię na syndrom Pollyanny, lubię rozmawiać z taksówkarzami i nie czuję się dotknięta do żywego, gdy pani na bazarku nazywa mnie złociutką; lubię także zakładać, że ludzie dookoła mnie jednak takimi świniami nie są. Nie przeczę, że parę razy założenie to okazało się błędne, a autorka tygodniami lizała rany w kąciku. Niemniej wolę być nastawiona życzliwie, tak z automatu, i wcale nie tak rzadko mam do czynienia z aktami życzliwości innych, często w niespodziewanej chwili i z niespodziewanej strony. Dużo nie trzeba, żeby człowiekowi uprzyjemnić dzień.
Nie urodziłam się wczoraj, a jednak ciągle się dziwię, gdy mam do czynienia z kompletnie niepotrzebną agresją, z arogancją, z olewaniem wszystkiego i wszystkich, jakby świat wokół był całkowicie zbędny i tylko przeszkadzał. Niezbyt chce mi się wierzyć, że z bycia nieuprzejmym można czerpać przyjemność, choć sądząc po popularności zjawiska, niektórzy istotnie uważają, że bycie bucem jest sexy. Nie wiem, może ja jakaś dziwna jestem, ale lubię być miła, nie męczy mnie to jakoś bardzo, i lubię miłych ludzi. Wymiana głasków dobrze robi obu stronom. Każdy z nas tego potrzebuje.
Oglądaliście TED Talk Amandy Palmer? Kocham tę kobietę bardzo i sama bym się z nią ożeniła, gdyby Neil Gaiman tego nie zrobił. Tak czy inaczej, dobrze podsumowała to, co nieudolnie próbuję wam wyeksplikować, w opowieści o tym, jak onegdaj pracowała jako ludzka rzeźba uliczna. Tutaj macie całość, a tutaj fragment, o który mi chodzi:
When someone came by and dropped in money, I handed them a flower and some intense eye contact. And if they didn’t take the flower, I threw in a gesture of sadness and longing as they walked away. So I had the most profound encounters with people, especially lonely people who looked like they hadn’t talked to anyone in weeks, and we would get this beautiful moment of prolonged eye contact being allowed in a city street, and we would sort of fall in love a little bit. And my eyes would say, „Thank you. I see you.” And their eyes would say, „Nobody ever sees me. Thank you”.

No właśnie, no właśnie.

Only truthful hands write true poems

Dobrze, wystarczy już o duńskim księciu. Jeszcze się o nim naczytacie zapewne, obawiam się.

Wczoraj wieczorem robiłam przegląd moich zdjęć i opadła mnie niemożebna nostalgia. Niesamowite, jak dobrze można pamiętać dotyk czyjejś dłoni. Jej ciepło, fakturę skóry, siłę nacisku. Moment trwający może trzy sekundy potrafi rozciągnąć się w pamięci w nieskończoność; pewnie też pamięć trochę go podbarwia, ale to nieważne. Chwila, w której pierwszy raz się dotknęliśmy lata później jest ciągle bardzo żywa, mogę ją odtworzyć jak z taśmy – miałam wtedy wrażenie, jakby mnie prąd poraził, tyle że zdecydowanie bardziej przyjemne. Jakby wszystkie siły rządzące wszechświatem przybiły sobie piątkę i odetchnęły z ulgą: „no, wreszcie się znaleźli”. Coś takiego nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej – ani później. Zabawne. W ogóle już nie pamiętam dotyku kogoś, z kim spędziłam znacznie dłuższy kawałek życia, a tamten pamiętam. I to wszystko, co mi zostało. Wcale nie chcę pozbywać się tego wspomnienia, choć być może dawno powinnam była to zrobić.

No, a poza tym cała nuda poszła w diabły.
Złożono mi ofertę, i owszem, fanfary i confetti – ale szkopuł w tym, że od zaraz. To po pierwsze. Drugim szkopułem jest oczywista kwestia decydująca na ogół o chęci zmiany pracy, która to kwestia nie jest w tym przypadku jakoś bardzo przekonująca. Tym samym połowa autorki krzyczy: „bierz!”, a połowa przypomina: „don’t go for second best”. Mam jeszcze dobę na przemyślenie sprawy, ale znam siebie trochę i wiem, że wahanie zwykle oznacza, że podjęłam już decyzję. Chociaż tak zupełnie pewna to nie jestem. Nie wiem.

The slings and arrows of outrageous fortune

Są pewne dobre szkoły cierpliwości na tym łez padole.
Mgła na lotnisku.
Zakopianka w kierunku Krakowa po długim weekendzie.
Ogonek do przymierzalni w Zarze podczas wyprzedaży.
Moja osiedlowa poczta po siedemnastej.
Szpitalny Oddział Ratunkowy.
Kupowanie biletu na oblegane przedstawienie. Jak wspominałam, trafiły mi się w loteryjce organizowanej przez Barbican dwa takowe, na całkowicie wyprzedanego Hamleta, przypadkiem granego przez największą chyba obecnie gwiazdę. Nie dostałam ich ot, tak sobie, musiałam je odstać w kolejce. Każdy ze zwycięzców miał teoretycznie zagwarantowane miejsce, ale wiadomo – chodzi też o datę. Niezbyt by mi się uśmiechała środowa popołudniówka, bo, panie Benedykt, muszę z grajdołka dolecieć.
Pięć godzin, ladles & jellyspoons. Przez pięć godzin gapiłam się na zielonego hipka na stronie Barbican Centre. Bo wasz postęp w kolejce ilustruje grafika przedstawiająca zielonego człowieczka maszerującego trochę jak w ten w czołówce programu W starym kinie. Hipek poinformował mnie na dzień dobry, że jestem sześćset siedemdziesiąta, a potem szedł bardzo, ale to BARDZO powoli. Wreszcie poinformował mnie, siedzącą z nosem wspartym o kubek kawy: It’s your turn! Click to proceed.
Klikam, by procedować.
I co widzę?
PAGE CANNOT BE DISPLAYED.
W takich chwilach człowiek przypomina sobie, że potrafi zbudować zdanie wielokrotnie złożone, używając wyłącznie słów, excusez, „kurwa”, „chuj” i „pierdolić” w dowolnych, licznych konfiguracjach. Jestem czasem wdzięczna polszczyźnie za możliwości wyrażania żarliwych, wybitnie żarliwych uczuć.
Sprawdzam drugie okno. To samo. Tu dygresja i zarazem wyjaśnienie, czemu te kolejki lubią być tak absurdalnie długie. Otóż polujący na bilety zwykle otwierają sobie parę okien w przeglądarce, a czasem nawet i parę przeglądarek, plus jeszcze smartfona. Przypuszczają zmasowany atak, generując tym samym sztuczny tłum. Zdarza się, że można całą tę udrękę ominąć, czekając do późna wieczorem albo z głupia frant zaglądając do innego serwisu biletowego, który przypadkiem i po cichu dysponuje skromną liczbą miejsc (albo nabywając członkostwo i tym samym priorytet, niemniej trudno takie rozwiązanie polecić komuś, dla kogo wizyta w zamorskim teatrze to raczej jednorazowa przygoda).
Powtórzyłam całą operację z tym samym efektem.
Ty tam, informatyku w Barbican. Z całym szacunkiem, zaraz mnie blady, wymieniony powyżej, na ch, strzeli.
Oświeciło mnie wtem, że mam zmieniacz IP. Zmieniłam zatem na Wielką Brytanię w nadziei, że to cokolwiek zmieni. Może to nie bardzo prawe posunięcie, ale skuteczne. Oczom mym niedowidzącym natychmiast ukazał się kalendarz dostępnych dat. Tym sposobem z bardzo bliska może Benedykta nie zobaczę, ale z bardzo daleka też nie, i na przedstawieniu będę. Przedstawienie zawsze lepsze niż transmisja, to oczywista prawda.
Nawiasem mówiąc, wejście w posiadanie bileciku jest obwarowane tyloma obostrzeniami (wejście tylko z dokumentem tożsamości, bilety drukowane dopiero na krótko przed terminem spektaklu, nie do odstąpienia, kupujący musi być jednym z widzów) że człowiek czuje się, jakby szedł na audiencję do królowej.
Powiem wam szczerze, że bardziej fascynuje mnie cała ta otoczka niż samo przedstawienie; Hamlet zresztą nie jest moim ulubionym bohaterem; chodzi taki i marudzi. Tym o podobnej opinii gorąco polecam słynną wersję skróconą – zwłaszcza część czwartą, zagraną na przyśpieszonych obrotach i od tyłu. Z wielką ciekawością obserwuję natomiast to, co dzieje się dookoła Cucumbera, tę ponadgraniczną obsesję, gwiazdorstwo w skali sięgającej absurdu, niemal galaktycznej – nie zamierzam odmawiać talentu, ale przecież nie on jeden wśród wyspiarskich aktorów ma głęboki głos, nie on jeden dobrze gra, nie on jeden podoba się kobietom (tu muszę przyznać, że nie do końca rozumiem, dlaczego, bo o posągowej urodzie mówić tu nie można, aczkolwiek moja znajoma, osoba lat trzydzieści pięć, uważa, że jest śliczny i oszałamiająco seksowny – i raczej nie należy wchodzić z nią w polemikę, jeśli chce się zachować wszystkie palce). Myślę, że równie interesujący spektakl będzie rozgrywał się pod teatrem. Walka o garstkę dziennych biletów, walka o zobaczenie niechby skrawka grzywki z oddali. Już raz widziałam koczujące w śpiworach fanki, w lutym; na Boga, w Anglii zimą jest cieplej niż u nas, ale nie aż tak ciepło.
No, zobaczymy. Będzie co opisywać chyba.

Poza tym w moim małym życiu nic szczególnego się nie dzieje, co przyjmuję z gromkim, pełnym ulgi UFF. Najciekawsze są sny, znowu bardzo intensywne.
Długo ten stan błogiej nudy raczej nie potrwa, ale o tym innym razem.

PS Drogi szukający – nie wiem, jak zawrócić swetr do sklepu, litości.

Music is the brandy of the damned

Jakoś tak mam, że największą radość sprawia mi zwykle to, na co wcale nie miałam ochoty.
Nie pociągał mnie jakoś ten Man and Superman. Zagorzałą wielbicielką Fiennesa nie jestem, a poza tym prawie czterogodzinny spektakl, ojoj, przecież ja spać z kurami chodzę (nie marudź, przesiedziałaś pięć godzin na Warlikowskim, bez oparcia w dodatku)… Ale te z moich wyspiarskich wtyk, które były i widziały na miejscu, zgodnym chórkiem piały z zachwytu, a ponieważ gust przynajmniej jednej z tych osób jest bardzo bliski mojemu i jej zadarty nos nigdy się nie myli, gdy idzie o teatr, klepnęłam sobie bilet i wczoraj po robocie pomaszerowałam do Multikina na retransmisję.
Wiecie, Ralph Fiennes zawsze wydawał mi się jakiś taki… zimny. Jeden z tych, co mają niepokojące spojrzenie, idealny akcent i uśmiechają się samymi ustami. Doceniałam talent, i owszem, ale nigdy mi do serduszka nie przemówił.
Aż do wczoraj.
Z wielkimi nazwiskami zwykle jest tak, że krytycy lubią traktować je nieco pobłażliwie; dużo mogą wybaczyć, bo to przecież TEN, o NIM nie wypada źle mówić. Widzowie często wybaczają jeszcze więcej, bo to przecież TEN, a TEN jest wspaniały i należy wielbić ziemię, po której stąpa. Tym sposobem najkoszmarniejsze nawet chały nierzadko cieszą się powodzeniem tylko dlatego, że gwiazda w obsadzie. To szczęśliwie nie jest ten przypadek.
Nie podejrzewałam, jak wyśmienita jest ta sztuka. Wiedziałam, że napisał to George Bernard Shaw, jedyny dotychczas człowiek, który zgarnął zarówno Oscara, jak i literacką nagrodę Nobla, ale to jest nie najbardziej znana z jego robótek. Bardzo rzadko wystawiana, bo pełna wersja trwałaby godzin pięć. Obfita, nieskrępowana prezentacja Shawa filozofii życiowej, dość osobliwej, ale jakże trafnej – z całością można się nie zgadzać, ale ten tekst jest tak bogaty, mięsisty i błyskotliwy, że chce się zapisać każde słowo, by móc cytować przy każdej nadarzającej się okazji. Gdzieś w internecie przeczytałam, że najsłabszy z obsady był Fiennes. Nie jestem pewna, czy autor tej recenzji oglądał ten sam spektakl, co ja; być może zasnął w połowie, a może tylko obejrzał plakat. Główna rola bowiem to absolutne tour de force – widać i słychać, że stoi za nią tytaniczna praca. Niekończące się kwieciste monologi głównego bohatera, słowa wystrzeliwane z prędkością karabinu maszynowego z kryształową dykcją – to czysta rozkosz. Dodajmy, że człowiek, który przez cały ten długi spektakl olśniewa fenomenalnym warsztatem, przy okazji jest elokwentnym erudytą, przyjemnym antidotum na powódź celebryctwa. Już kiedyś pisałam, że bardzo nie lubię, gdy aktor prywatnie rozwiera usta i natychmiast cały jego czar pryska, bo staje się jasne, że ostatnią książką, jaką czytał, był „Plastusiowy pamiętnik” (z całym szacunkiem dla Plastusia) i generalnie za dużo do powiedzenia to on nie ma, choć ku utrapieniu słuchaczy głęboko wierzy, że ma. Tak, oczywiście oni nie są od tego, żeby się wymądrzać na dowolny temat, ale mój podziw rośnie błyskawicznie, gdy okazuje się, że któryś jednak umie z wdziękiem się powymądrzać.
Nie podejrzewałam też, że będzie to tak zabawne. To rozbudowany, wielowarstwowy traktat o sile kierującej człowiekiem, o wyborach, których dokonuje, JEŚLI dokonuje, bo być może jego decyzje są pozorne, a stoją za nimi moce silniejsze od jego woli – i jednocześnie rasowa romantyczna komedia. Dla przykładu, taki wiersz miłosny bandyty Mendozy jest jeszcze lepszy niż te moje, com za młodu pisała. Głębia aż boli. Proszę bardzo. Kto nie widział, niech sobie wyobrazi recytację tego dzieła z przesadnym afektem i mocnym hiszpańskim akcentem.

Louisa, I love thee.
I love thee, Louisa.
Louisa, Louisa, Louisa, I love thee.
One name and one phrase make my music, Louisa.
Louisa, Louisa, Louisa, I love thee.

Mendoza thy lover,
Thy lover, Mendoza,
Mendoza adoringly lives for Louisa.
Theres nothing but that in the world for Mendoza.
Louisa, Louisa, Mendoza adores thee.

O wert thou, Louisa,
The wife of Mendoza,
Mendoza’s Louisa, Louisa Mendoza,
How blest were the life of Louisa’s Mendoza!
How painless his longing of love for Louisa!

Naprawdę bardzo dobra rzecz. Mam na myśli spektakl, nie poezję. Jeżeli będą powtarzać, idźcie musowo – nawet nie zauważycie, że to takie długie. To i komiczne, i mądre, i z rozmachem zainscenizowane (sceny National Theatre są wyposażone w imponującą maszynerię i reżyser nie wahał się jej użyć). Zdziwiłam się, nawiasem mówiąc, że kino było pustawe.
I dodam jeszcze jedno. Mianowicie uważam, że Indira Varma jest najpiękniejszą kobietą, jaką ten świat nosi, a do tego jakże charyzmatyczną.
It is the self-sacrificing women that sacrifice others most recklessly. Because they are unselfish, they are kind in little things. Because they have a purpose which is not their own purpose, but that of the whole universe…

Z innych nowinek – kontynuując wątek wielkich nazwisk – chyba jednak pójdę na tego Hamleta z Cumberbatchem, bo sądząc po mailu, który rankiem znalazłam w skrzynce (i który zaczyna się słowem Congratulations), poszczęściło mi się w losowaniu i będę mogła w poniedziałek nabyć bilecik za oszałamiającą sumę 10 funtów. Na czarnym rynku chodzą po 3000.
Głupi ma zawsze szczęście, jak mawia moja mama. W losowaniu podobno wzięło udział ponad 40 tysięcy osób, więc konkurencję miałam sporą. Chyba dzisiaj totolotka puszczę, idąc za ciosem.
Dodajmy, że zarejestrowałam się tak z głupia raczej, bo wcale mi jakoś ogromnie nie zależało na obejrzeniu tej sztuki. Może w tym tkwi klucz.

Tame a wild human

Wiem, że nie jestem zbyt łatwa we współżyciu, albo inaczej – mogę nie być od czasu do czasu. Moje samotnictwo i umiłowanie wolności czasami odzywają się głośniej. Ktoś, kto chce się ze mną zbratać, musi to na ogół (zdarzają się wyjątki) robić metodą baby steps, bo inaczej mogę poczuć się osaczona. Niechętnie się zwierzam, nie potrzebuję towarzystwa do kina, na obiad, na urlop i tak dalej, nie jestem dobra w kurtuazyjnym podtrzymywaniu kontaktów i bywa, że czasami zapominam o bożym świecie, łącznie z innymi jego mieszkańcami. Ogólnie rzecz biorąc, nie jestem takim zwierzątkiem, które z machającym ogonem podbiega do każdego i daje się podrapać po brzuszku, tylko raczej takim, które trzyma się na dystans i jak będzie chciało, to podejdzie, jak zaufa, to będzie je można po brzuszku drapać godzinami, ale jeśli wyciągnie się do niego rękę zbyt szybko, to zwierzątko nie będzie zadowolone i nastroszy wibrysy.
Bardzo, ale to bardzo nie lubię, gdy ktoś usiłuje stać się moim nowym najlepszym przyjacielem, choć znamy się niedługo i nie mamy ze sobą zbyt wiele wspólnego. Osobowość mocno ekstrawertyczna, bazylion znajomych, życie towarzyskie, którym można by obdzielić trzy osoby. Osobowość nieco wampiryczna emocjonalnie, uwielbiająca skupiać na sobie uwagę. Osobowość z gatunku wydzwaniających, zaczepiających na twarzoksiążce, nie dających za wygraną. Problem w tym, że gdy umawiacie się z nią na spotkanie, okazuje się, że umówiliście się jeszcze z tuzinem innych ludzi. Których nie znacie lub znacie bardzo słabo. Nie mój kubek herbaty, że tak powiem.
Osobowość poczyniła mi dziś wykład drogą mailową, że chyba jej nie lubię i jej unikam.
Owszem, unikam. I w sumie tak chyba powinnam odpisać, choć przede wszystkim nie rozumiem, po co w ogóle takie maile słać. Jeśli nie zabanglało, to nie zabanglało, trudno, nie wszyscy muszą być best friends forever, zwłaszcza jeśli ich charaktery są dramatycznie różne – i wydawać by się mogło, że człowiek po trzydziestce to rozumie. Najwyraźniej nie.
Mam wrażenie, że to skutek uboczny życia w mediach społecznościowych, gdzie z jakichś przyczyn tak niesłychanie ważne jest to, ile osób nas lubi, ale mniej ważne, za co i – przede wszystkim – czy naprawdę. Ludzie jakby odwykli od tego, że kontakty mogą zacieśniać się i rozluźniać, różnie się układa, a czasami zwyczajnie nadajemy na innych falach i to żadna tragedia, zdarza się. Można nad tym przejść do porządku dziennego. Chyba.

Ech, a może to ja jestem antyspołeczna.

No, ale żeby zakończyć przyjemnym akcentem – bardzo ciekawe rzeczy będą się działy w Nowej Hucie tego lata. Przeglądając program, autorka w pewnej chwili wyszczerzyła się promiennie do ekranu; stali czytelnicy natychmiast zakumają, który punkt wprawił ją w wielkie podekscytowanie.
Tymczasem autorka żegna serdecznie, by udać się do kina, znaczy do teatru.

Why is your tummy rumbling?

Czerwień się przybrązowiła i wyglądam, jakbym wróciła z jakichś prawdziwych, normalnych wakacji, typu Ibiza czy coś. Oczywiście od momentu wylądowania – a jeszcze bardziej od momentu włączenia służbowego laptopa – tkwię w głębokiej depresji, ale coś mi się zdaje, że to nie potrwa długo.

Wszyscy dookoła, w biurowej kuchni, na twarzoksiążce, na blogaskach i w radio przeżywają Grę o tron, tam się chyba coś ważnego stało? Czuję się nieco wyobcowana, bo pojęcia nie mam, o co całe halo, jako że żyję pod kamieniem i obejrzałam tylko jeden sezon, który wcale aż tak bardzo mi się nie spodobał. Jeśli idzie o telewizyjny aspekt kultury masowej, z każdym odcinkiem Jonathana coraz intensywniej podkochuję się w Bertiem (Bertie czytający poezję to samo szczęście, choć jako wściekłe babsko też nieźle sobie radzi). Jeszcze trochę i zacznę rozważać pójście się przywitać po spektaklu.
Lepiej nie, misiu. Zły pomysł. Raz poszłaś i wszyscy wiemy, co z tego wyszło.

Czytałam dzisiaj o przedstawieniu bardzo ciekawym, które – mam nadzieję – pewnego dnia uda mi się zobaczyć. Użyłam złego słowa. Nawet jeśli uda mi się kupić bilet, nie zobaczę tego na pewno.
Widzom zasłania się oczy.
Śpiewający aktorzy podchodzą do nich, ostrożnie podnoszą ich z krzeseł i przytulają. Trzymają ich w uścisku, ciągle śpiewając a capella, chórem. Gwałtownie ociemniała publiczność nie widzi wykonawców, ale może poczuć ich mięśnie, drgającą przeponę, ciepły oddech, głos w uchu.
Kuriozalnie to może brzmi, ale to musi być niesamowite doświadczenie. Wszystkie recenzje, które dotychczas przejrzałam, kipiały zachwytami na granicy egzaltacji (no dobrze, jedna widzka napisała, że ten śpiewak, co jej się trafił, wyjątkowo ładnie pachniał – to też ma znaczenie). Ludzie podobno płaczą. Powiem wam, że parę lat temu nie poszłabym na taki spektakl za chińskiego boga, choćby mi niewiadomoco za to obiecano. Po pierwsze – obcy człowiek miałby mnie dotknąć? Po drugie – interakcja z aktorami, nigdy w życiu, umarcie ze wstydu natychmiast. Po trzecie – gdy nie widzimy, jesteśmy bezbronni. Pozostałe zmysły wskakują za to na bardzo, bardzo wysokie obroty. A tu nieznajomy, któremu nawet nie możemy spojrzeć w oczy, ma przekroczyć nasz próg intymności.
Trochę śmielsza się stałam ostatnimi czasy i dziś już bym się nie bała. Chętnie bym coś takiego przeżyła. Ktoś mógłby zapytać, zapewne słusznie, po cholerę płacić za tego rodzaju atrakcję, skoro mniej więcej to samo można sobie załatwić we własnej sypialni za darmo. No cóż – ciekawość. Okropna cecha.

Brunost

Tak naprawdę to ja wcale nie zamierzałam znaleźć się w Oslo. Kiedyś tak, owszem, ale niekoniecznie tego lata. Niemniej, jak powszechnie wiadomo, dla mnie wystarczającym powodem do wyjazdu jest to, że jeszcze gdzieś nie byłam. A że nadarzyła się bardzo sympatyczna okazja, no to poleciałam. Musiałam wstać o trzeciej w nocy, bo samolot odfruwał w porze absolutnie morderczej, i wcale nie byłam z tego powodu zadowolona. Gdy wylądowałam i wyściubiłam nos z dusznej kabiny, nos zarejestrował przenikliwe zimno. Nie spodobało mi się to ani trochę. Mimo to wróciłam cała w rumieńcach. Ee, dosłownie.

Sweterek owszem, przydawał się po zmierz… powiedzmy, że wieczorem. Za dnia można było paradować i w bikini, bo pogoda była piękna, a niedaleko centrum miasta leży lesista wysepka z plażami – może niezbyt spektakularnymi, ale jednak. Niedaleko to znaczy pięć minut promem od przystani w centrum Oslo. Gdyby kto był ciekaw, morze upiornie zimne, co tubylcom oczywiście nie przeszkadzało w kąpielach i trenowaniu skoków do wody. Na wysepce, która może i ma rozmiary chusteczki do nosa, ale mieści między innymi ruiny średniowiecznego klasztoru, można się ukryć w cichym zakątku z widokiem na fiord i piknikować do upadłego – no, w każdym razie do ostatniego promu kursującego pod Ratusz.

wpid-20150611_173901.jpg

Promy, no właśnie. Jeśli pamiętacie poprzednie relacje, to wiecie, że autorka nieszczególnie lubi podróże drogą wodną, ze względu na wybitnie przykre doświadczenie z młodości. Niestety co jakiś czas trafia w miejsce, w którym jest na taki transport skazana. Wreszcie się przyzwyczaja, ale pierwszemu razowi zawsze dotyczy ten sam irytujący zestaw rozważań (ciekawe, jak tu jest głęboko? czy to powinno tak się kołysać? czy naprawdę nie możemy usiąść bliżej wyjścia? czy górny pokład powinien mieścić aż tylu pasażerów? czy ten wycieczkowy kolos płynący przed nami robi duże fale? czemu odpływamy tak daleko od brzegu? gdzie są kamizelki ratunkowe? dlaczego nie robią takiego safety demo jak w samolotach? wcale nie uważam, żebym zbyt mocno trzymała się siedzenia, ale czy ktoś może ma przy sobie odrobinę koniaku?…). Ale na Hovedøyę, tę właśnie wysepkę, inaczej niż statkiem nie da rady. Do muzeów na półwyspie Bygdøy owszem, da się autobusem, ale bądźmy twardzi, to tylko dziesięć minut na morzu, wytrzymasz… Jak na ironię, właśnie w Oslo odkryłam, że nie tylko nie jestem osamotniona w mojej fobii, ale też mam w niej całkiem interesujące towarzystwo. Thor Heyerdahl – ten, który tratwą Kon-Tiki przepłynął Ocean Spokojny – bał się wody i ledwo umiał pływać (o żeglowaniu nie wspominając), gdy wyruszał w swoją podróż.
Nie lubicie morza? Plażowanie nie bardzo? Nie ma najmniejszego problemu. Wsiadacie w metro w kierunku stacji Frognerseteren, kolejka tuż po opuszczeniu ścisłego centrum wyjeżdża spod ziemi, więc jedziecie sobie, obserwując, jak wagonik wspina się wśród wzgórz, a w dole błyszczy morze, i po trzydziestu minutach wysiadacie w środku czegoś, co do złudzenia przypomina nasze Beskidy – gęsty las, błotniste szlaki, kamieniste ścieżki. Szarlotka w schronisku. Komary. Podmokłe łąki. A między tym wszystkim jezioro, nad brzegami którego można, oczywista, piknikować. Można też stopę zamoczyć, ma się rozumieć. Włos może ździebko się jeży, niemniej da się.
Koniec końców, gdy żadna z opcji przyrodniczych (łącznie z miejskimi parkami, w których kwitną jeszcze bzy, dozwolone jest leżenie na trawnikach i przytulanie się do drzew – tak stało na tabliczce pod Pałacem Królewskim) turysty nie przekonuje, turysta może łazić od muzeum do muzeum i gapić się z zachwytem na takiego na przykład Muncha.

Gdy weźmiecie do ręki dowolne pismo podróżnicze i przeczytacie o dowolnej europejskiej stolicy, najpewniej dowiecie się z tekstu – zwłaszcza jeśli autor cierpiał na brak weny – że to miasto kontrastów.
Problem z Oslo polega na tym, że do niego to określenie pasuje. Spójrzcie tylko. To wszystko mieści się w granicach administracyjnych stolicy Królestwa Norwegii.

Wrócę po więcej, gdy tylko nadarzy się kolejna okazja, a pewnie się nadarzy, bo gdy człowiek chce, to jakoś tak sam się o te okazje stara…
I tak, to prawda, co mówią – światło jest niesamowite.

Interwebular absence

Kilkudniowa nieobecność w sieci zrobiła mi wyjątkowo dobrze, bo przeczekałam nieświadomie parę burz i nie wdałam się w parę zapewne jałowych dyskusji, a poza tym gdy tuż po powrocie włączyłam na nowo transfer danych, odkryłam, że w sumie to nic ważnego się nie wydarzyło. A ja, chodząc po lasach, wylegując się na plażach i ciesząc się nieustającym dniem, mogłam przynajmniej odpocząć. Chciałabym powiedzieć, że wreszcie się wyspałam, gdyby nie fakt, że nieustający dzień właściwie nie pozwalał spać. Dla zilustrowania – tak miały się sprawy odpowiednio kwadrans po dwudziestej trzeciej i tuż po trzeciej nad ranem.

Rozwlekły opis będzie najpewniej jutro (choć nie mogę obiecać), a tymczasem na zaostrzenie apetytu jeden ze spotkanych na urlopie tubylców.

SONY DSC

They’re all mistakes, children! Filthy, nasty things. Glad I never was one!

Wiecie, że ten Jonathan Strange grał żeńską rolę w musicalu na motywach Matyldy Roalda Dahla? I część widzów w ogóle nie zorientowała się, że to facet? Nie? Już wiecie. On jest zachwycający. Jestem pod rosnącym wrażeniem, a to nigdy nie wróży nic dobrego. W każdym razie moja Sekretna Lista Wstydliwych Słabości wydłużyła się o kolejny punkt.
(Och, i właśnie doczytałam, że będzie grał w Bachantkach z Whishawem, co oznacza, że tego lata zobaczę go na żywo. Maska tlenowa może się przydać).
((To jeszcze tylko raz loczki – khhh… – i przechodzimy do rzeczy)).

Tymczasem moja ulubiona fundacja, która onegdaj zniechęcała do rozwodów, teraz zachęca do rozmnażania się. Ta fundacja protestowała przeciw ratyfikacji konwencji przeciwko przemocy, co samo w sobie jest znaczące. I fundacja ewidentnie ma wyraźną opinię na temat roli kobiety w społeczeństwie. Opinię, z którą zdecydowanie się nie zgadzam.
Gwoli ścisłości, nie kwestionuję faktu, że człowiek ma – jakkolwiek paskudnie to brzmi – datę przydatności. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje szanse na macierzyństwo z wiekiem maleją, aż wreszcie znikną zupełnie, mimo wysiłków medycyny. Co nie zmienia faktu, że mogę nie chcieć mieć dzieci. Kogoś, kto nie chce, żadna kampania nie nawróci. Jeśli ktoś na starość pożałuje, że podjął w życiu ciąg takich, a nie innych decyzji, to ciągle jego prywatna, najbardziej prywatna z prywatnych sprawa i sam będzie musiał się z tym zmierzyć. Nikomu nic do tego. To niesłychanie intymny wybór. Nie zawsze zresztą wybór.
Bardzo chętnie spotkałabym się z pomysłodawcami tej kampanii i porozmawiała sobie z nimi od serca. Tymczasem proponuję im, żeby zastanowili się, jak wielu ludziom, którzy dzieci mieć zwyczajnie nie mogą – z rozmaitych przyczyn – wymierzyli policzek tym bzdurnym filmikiem.
Jako potencjalny, obawiam się, target tej akcji (który w dodatku był w Tokio – to już w ogóle przerąbane mam), mogę wyjaśnić zainteresowanym, jak wiele czynników na to wpływa i zapewnić, że w licznych przypadkach sprowadzanie bezdzietności do kaprysu jest zwyczajnie niestosowne. Przy czym nawet jeśli kobieta istotnie woli po prostu robić karierę, to ma do tego święte prawo, ponieważ po tym łez padole chodzi tylko jedna osoba zdolna decydować o jej życiu i jest to ona sama. Nota bene, dzieło powinno wylądować w Wikipedii jako ilustracja pojęcia „stereotyp”. Karierowiczka w szpilkach przechadza się smętnie po pustych dizajnerskich wnętrzach. Interesujące jest też to, że zdaniem pomysłodawców wyraźnie można albo być panią menago, albo potomstwo rodzić i gotować konfitury. To dość zerojedynkowa wizja świata, nieprawdaż. Aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku można taką mieć. I bardzo chciałabym zapytać, gdzie w tym spocie jest mężczyzna. Bez udziału takowego kobieta dziecka raczej się nie nabawi (chyba że zdaniem tęgich mózgów stojących za kampanią wystarczy podejść do jakiegoś na ulicy i grzecznie zapytać), a znam bardzo wielu facetów niechętnych zakładaniu rodziny – dlaczego nie ma spotu kierowanego do nich? Tylko my jesteśmy odpowiedzialne za spadający przyrost? Te kobiety to samo zło, doprawdy. Zdaje mi się, że autor(ka) scenariusza powinien – lub powinna – przyjrzeć się trochę otoczeniu przed spłodzeniem tego swojego opus magnum; może wtedy by dotarło, że świat zamieszkują nie tylko ludzie, którzy poślubili swoją pierwszą studencką miłość, a bezdzietne kobiety sukcesu, które chodzą po domu w butach na wysokich obcasach, to raczej rzadkość jest (pewnie nawet Anna Wintour nosi kapcie). I nikt raczej nie porzuca wizji rodzicielstwa na rzecz wycieczki do Paryża, do którego w naszych czasach można dotrzeć kosztem dwóch godzin i paru stów.
Skoro już założyli fundację, lepiej by pomagali samotnym rodzicom albo nieszczęśliwym dzieciakom, o których dobro tak się ponoć troszczą, a nie wtrącali się w życie dorosłych ludzi. Dziękuję za pochylenie się nad moim losem, ale please do kindly fuck off i zajmijcie się czymś naprawdę pożytecznym.

How can you not want to believe in magic?…

Skoro nie może być wpisu o mieście, którego nie ma (i o warsztatach robienia trąbek z ogórków – nie mogę przeboleć, naprawdę, być może zdobyłabym pierwszą w życiu przydatną umiejętność), to będzie taki o mieście, w którym jestem. Dziś co prawda nie zamierzam ruszać się z domu, ale wczoraj ruszyłam się, i to bardzo – dlatego między innymi dziś nie zamierzam, obawiam się bowiem, że nieco mi przeszkadza huk obracającej się Ziemi, jeśli wiecie, co mam na myśli.
Bo wczoraj było między innymi tak.
wpid-20150606_2124452.jpg.jpeg

(Zdjęcie wykonane celem zirytowania pana i władcy, który musiał spędzić sobotnie popołudnie w pracy, nieszczęście).
A miał być tylko obiad w mieście. W Hospudce, na Mostowej. Dla towarzystwa spoza Krakatau wyjaśnienie – Mostowa to taka ulica, na którą przez wiele lat zapuszczali się tylko ci, którzy naprawdę musieli. Później wybudowano kładkę na Podgórze (czy tylko mnie to zdjęcie wydaje się nieco lubieżne? Dobrze, to macie drugie). Nie trzeba było długo czekać – po obu stronach rozkwitło życie knajpiane. Ja tam się cieszę, wydatnie mi się skróciła droga do tzw. miasta; wreszcie mogę chodzić na kawę pieszo. Poza tym bardzo lubię tę trasę i uważam, że nocny spacer rozświetloną kładką to czysta rozkosz. Za dnia nieco gorzej, bo przeważnie ślubne sesje zdjęciowe wymuszają zatrzymywanie się co chwila.
Mostowa jest nieco hipsterska, ale to taka ulica – niezbyt długa – na której można spędzić cały dzień, przesiadając się do kolejnych knajpeczek i obserwując przechodzący obok was świat. Hospudka fajna, bo mają čepované pivo jak należy, z cudną pianą, aż szkoda ją psuć piciem. Jedzenie też mają, też czeskie i całkiem w porządku, pod warunkiem, że człowiek nie przyjmuje do wiadomości, ile kalorii pochłania. Nie jestem wielką fanką kuchni naszych braci z południa, ale sympatyczne to bardzo miejsce i głodni nie wyjdziecie.
Gdy człowiek pożre takie coś i popije kuflem, dokąd może się udać? Ależ rzecz jasna. Na lody. Te z gorgonzoli. I z granatów. Nad imbirowymi już onegdaj się rozpływałam, więc nie będę się powtarzać, niemniej koniecznie zalecam pójście. Nawiasem mówiąc, obok znajduje się całkiem sympatyczny pub, w którym można się wygodnie rozsiąść i trawić. Gdy zignoruje się powietrze, rozgrzany asfalt i weekendowy tłok, Kraków latem przypomina leniwy kurort. A jeśli akurat nie można wyjechać, to potrafi dostarczyć całkiem atrakcyjnych wrażeń.
Kładką powróciło się na Kazimierz i przechodziło się obok Ursa Maior (pyszne bieszczadzkie piwa – z których akurat moje najmniej mi smakowało, no taki los; świetne wnętrze, zwłaszcza dla miłośników surowego drewna), więc się wstąpiło.
No, a później okazało się, że akurat Noc Synagog (zaklinam was, nie czytajcie komentarzy pod tekstem – niektórzy ludzie są bardzo chorzy), więc szkoda wracać do domu, skoro można po zmierzchu odwiedzić niesamowite miejsca. Szkopuł w tym, że człowiek jakby zgłodniał, przecież nie jadł od godziny. Człowiek podreptał zatem na skwer Judah i po raz pierwszy w życiu pochłonął maczankę po krakowsku. To znaczy, nie do końca pochłonął. Z żalem stwierdza, że nie zmieścił całej. A pyszna była, delikatne, marynowane w winie mięsko z rabarbarem i grillowaną cukinią. Piszę to jako człowiek, który za mięsem ogólnie nie przepada i świetnie obywa się bez niego – fenomenalne jedzenie. Mój obwód w talii niebawem doścignie równik.
Koncert Djamchid Sisters w synagodze Tempel (to była stajnia podczas II wojny światowej…) bardzo piękny, poruszający i klimatyczny. Byłby. Gdyby nie publiczność. Drogie panie siedzące za mną – mam szczerą nadzieję, że pizza, o której z takim zapałem na głos rozprawiałyście, gdy koncert już się zaczął i tak jechałyście przez kolejne dwadzieścia minut, przyprawiła was o dotkliwą zgagę. Potem sobie niestety poszłyście, ale po was przybyli dwaj elegancko wyczesani młodzieńcy ze smartfonami. Otóż nie chodzi się na koncerty, żeby plotkować, ani żeby sprawdzać, co na wallu wam napisano. Gdyby wymazać te indywidua spośród publiczności – cudowne, mistyczne doświadczenie. Jeśli będziecie mieli okazję, koniecznie idźcie. Sama wizyta w synagodze jest wyjątkowym przeżyciem.

Dziś tym samym ze spokojem pielęgnuję moje nabyte wczoraj kilogramy, słucham izraelskich sióstr na Jutubie i oglądam Jonathana Strange’a i pana Norrella – cudowny serial. Wessałam trzy odcinki do śniadania; czekam na czwarty (ubolewam, że moda na fraki i postawione kołnierze odeszła – w tym nie sposób wyglądać źle). Miłośnicy Anglozy i wątków nie z tego świata zaserwowanych w lekko mroczny sposób będą zachwyceni. A Bertie Carvel ma tak czarownie wibrujący głos, że daj mu Boże zdrowie. Mój fetyszyzm rozkwita w pełni.

Masz za swoje

Dawno nie było żadnego zwrotu akcji, co?

Zmiana planów, ladles and jellyspoons. Czasami trzeba.
Siedzę ci ja sobie dziś w biurze, znudzona niemiłosiernie, bo nawet ust otworzyć nie ma do kogo, w odpowiedzi na 95% wysłanych maili dostałam automatyczną zwrotkę, no, ale podobno oszczędnością (czy uczciwością?… nigdy nie pamiętam) i pracą ludzie się bogacą. Ja nie oszczędzam, więc pracuję.
Siedzę i kątem oka zauważam, że telefon mi dzwoni. Jakiś dziwny zagraniczny numer. Nie odbieram, myślę. Drgawki telefonu po minucie ustępują. Dziesięć minut później zaczynają się na nowo. He? Znajomi z Brytfanny nigdy do mnie nie dzwonią. Podejrzliwa sięgam po telefon, ale bestia złośliwie akurat wtedy milknie… po czym przychodzi SMS.
Daj znać, kiedy będziesz mogła rozmawiać, chyba mamy coś interesującego dla ciebie. Przepraszamy, że dzwonimy, ale to pilne. Pozdrowienia, XX.

Szczerze pisząc, ja byłam pewna, że zawaliłam poprzedni interview, bo zdenerwowana ględziłam kosmiczne bzdury i raczej nie nastawiałam się na to, że jakieś Wielkie Zmiany w moim życiu nadejdą, niemniej o dziwo przeszłam do drugiej rundy, na zupełnie inne stanowisko i w poniedziałek mam kolejną rozmowę. Dlatego nie bardzo mogę do tego Londynu. Instytucja, do której z głupia frant wysłałam aplikację, mieści się owszem, w Zjednoczonym Królestwie, ale daleko od stolicy, a klient, z którym mam gadać, w ogóle w innej części świata i czasu przebywa, więc pozostaje dobrodziejstwo internetu. Serce mnie trochę boli, toteż powiedzcie mi, proszę, że podejmuję dobrą, dorosłą decyzję. Nawet, jeśli nic z tego nie wyjdzie. Kto nie ryzykuje i tak dalej, prawda? Prawda?…
Poza tym gdyby przypadkiem się udało, to mogłabym odwiedzać wiadome miasto znacznie częściej. Gra warta świeczki chyba.
Widzicie, jak to trzeba uważać na to, o czym się marzy? To naprawdę potrafi zajść was od tyłu i poklepać po ramieniu, gdy najmniej się spodziewacie.
Najzabawniejsze jest to, że dopóki była to mglista wizja, byłam niebywale podekscytowana. Odkąd z tej wizji wyłania się coś bardzo namacalnego, jestem przerażona. Najchętniej wlazłabym do kącika i trzęsła się tam ze strachu. Oczywiście może się zdarzyć, że moje małe życie będzie toczyło się nadal niezmiennym rytmem i tyle – złe nie będzie, lubię je bardzo – ale może też zdarzyć się, że nie.

Sweet feet

Pojutrze będę w Londynie. Nic niezwykłego, wiem.
Moja czcigodna stopa po raz dwudziesty dotknie ziemi Wysp Brytyjskich.
Dwudziesty. Dość to niesamowite.
W stolicy mojego własnego kraju tyle razy nie byłam.

Pamiętam pierwszy raz, jedenaście lat temu, mój pierwszy samotny lot, przylepianie nosa do zamarzniętej szyby w ciemności gdzieś nad kontynentem, aż wreszcie za morzem rozbłysła plama światła. Pamiętam potężny dworzec King’s Cross, mojego ówczesnego, który mieszkał w południowym Londynie, ale pochodził z Melbourne, więc i australijskie knajpy (co ciekawe, rugbista, który mi tymczasowo zawrócił w głowie zeszłego lata, też był z antypodów – widocznie coś jest na rzeczy, może chodzi o akcent?), snakebite, okropne i wściekle kaloryczne jedzenie w Chicken Shack po nocy, poszukiwania barów otwartych po 23, powroty nocnym autobusem do domku w Clapham. Nawet mi się nie śniło wtedy, że będę tak często latać i że w tym mieście wydepczę własne, wąskie ścieżki. Nie podejrzewałam, że ta plama światła stanie się moim drugim domem, z przyjaciółmi, mężczyznami, ulubionymi miejscami i rozrywkami – czasami męczącym, czasami przytłaczającym, ale jednak. Kiedy wróciłam po sześciu latach nieobecności, stare sentymenty też wróciły – i od tamtej pory, jak wiadomo, jestem tam co chwila.

Jedenaście lat później wszystko jest inaczej, a jakby tak samo.

Nothing in the world is quite as adorably lovely as a robin when he shows off

Och, jak ja lubię, gdy mnie ptaki budzą o czwartej rano. Bez ironii, naprawdę lubię. To mój drugi ulubiony sposób budzenia się (pierwszy jest oczywisty, więc nie będę tu świntuszyć). Można wstać, wypić kawę, pomaleńku podryfować w dzień z przeczuciem, że będzie przynajmniej niezły. A gdy kosy ucichną, włączyć sobie ulubioną poranną audycję, której prowadzący jest – ku mojej radości – wielkim miłośnikiem Kate Bush.

Jestem ostatnimi czasy w dobrym humorze i mam różne sympatyczne przygody, toteż postanowiłam wykorzystać falę wznoszącą; wzięłam mianowicie udział w loterii dla tych, co chcą wygrać okazyjny bilecik na Hamleta z Bennym Cucumberem. Jeśli mnie nie wylosują, płakać nie będę, bom przyzwyczajona – w życiu tylko raz coś wygrałam, dokładniej zajęłam pierwsze miejsce w konkursie poetyckim (stali czytelnicy mieli okazję zapoznać się z moją poezją produkowaną w wieku czternastu lat, coś tam pisałam, że mokre kaktusy i głąb chodnika – wyobraźcie sobie, że owszem, ktoś jednak postanowił dać mi za to nagrodę; swoją drogą nie pamiętam już nawet, jaką). Poza tym niebawem w grajdołku też odbędzie się premiera Hamleta, a przynajmniej dwóch członków obsady budzi we mnie żywsze emocje niż Cumberbatch. Idę oczywiście, po powrocie z urlopu. Jako że jest to w Starym i jako że jest to Szekspir, spodziewam się serii ubolewań nad kondycją kultury polskiej, upadkiem narodowej sceny i szarganiem świętości barda. Jeśli tylko barda, to pół biedy. Zdążyłam już wyczytać, iż plakat do spektaklu jest bluźnierczy. No to go sobie obejrzałam czym prędzej, bo jeśli coś może wzbudzić moje natychmiastowe zainteresowanie, to z pewnością rzeczy gorszące.
Powiem wam szczerze, że przez dłuższą chwilę gapiłam się na ten plakat, próbując jakąkolwiek bluźnierczość w nim dostrzec. Czyli jednak każdy widzi to, co chce.
Skoro już o wykorzystywaniu oczu mowa – po raptem dwóch tygodniach wpatrywania się w mój słynny już obrazek odkryłam, że on z przodu też jest podpisany. Dodam na swoje usprawiedliwienie, iż trzeba się naprawdę mocno przyjrzeć (nie, nie jeździłam nosem po tym, mam swój honor). Przez poprzednie czternaście dni myślałam, że to jakiś niedokończony wzorek jest – wygląda jak dorysowany ołówkiem listek wyrastający z gałęzi. Dziś mnie oświeciło, że to nie jest żaden listek, tylko inicjały.
Wątpię, ale gdyby jednak przypadkiem ktoś z was skrycie marzył o podobnym wytworze, to od paru dni są do nabycia po bożemu, via internet (a można było na ten pomysł wpaść od razu…). Bardzo ładne, tyle tylko, że to już są druki, a nie oryginały. Jakby komuś zbywało, niech spojrzę na kursy walut, skromne pięćset siedemdziesiąt złotych – przez wrodzoną uprzejmość nie skomentuję – to sobie może sprawić. Och, plus jeszcze osiemdziesiąt za przesyłkę. Moja dotarła na koszt strony wysyłającej. VIP treatment, nie?

This is my normal face

Piątek, północ zaraz, obok nas dryfują długowłose nimfy, wytrwale ignorując fakt, że kocie łby – zwłaszcza mokre – nie sprzyjają wysokim obcasom. Idziemy w kierunku taksówek, gdy nagle znajoma łapie mnie pod ramię, odciąga od reszty towarzystwa i konspiracyjnym szeptem mruczy:
– On ci się podoba, co?
– Eee… Kto mi się podoba?
– No, jak to – wskazuje niedyskretnie palcem mojego Bogu ducha winnego kumpla maszerującego nieopodal. – Dlatego tak znacząco się uśmiechasz. Coś jest na rzeczy moim zdaniem.
To szalenie interesujące, ale moim zdaniem nie.
Owszem, piątkowa noc, w całym mieście duszno od zapachu perfum, za parę godzin rozkwitnie wiele przelotnych romansów, niemniej nie zostanę obsadzona w żadnym z nich.
Bardzo nie lubię takich sugestii, podobnie jak nie lubię – delikatnie mówiąc… – bycia swataną na siłę. Domyślam się, że niektórzy postrzegają zabiegi skojarzenia mnie jako akt życzliwości, ale niechciane są równie komfortowe, co bycie porwaną do tańca przez pijanego wujka na weselu.
Niestety co jakiś czas spotykam kogoś (na ogół jest to kobieta), kto w każdym uśmiechu wystrzelonym w kierunku przedstawiciela płci przeciwnej dopatruje się flirtu, choć uśmiecham się zwyczajnie dlatego, że tego akurat przedstawiciela znam od lat i bardzo lubię, bo pod wieloma względami jesteśmy do siebie podobni, ale żadnych dodatkowych wrażeń to on mi nie przysparza. Znam również jego żonę. I nie uśmiecham się znacząco – po prostu taka moja uroda, tak mi się mięśnie twarzy układają. Niektórzy tak mają, że zawsze, a przynajmniej często wyglądają, jakby coś z tyłu głowy knuli i ja do nich wyraźnie należę, choć staram się nad tym panować, bo jak widać, różnie to bywa odczytywane. A że moja wewnętrzna szelma przez ostatnie miesiące siedziała skulona i przygnieciona tonami dramatów, korzysta z każdej okazji, żeby się ujawnić. Niegroźnie, bez niecnych zamiarów. Po prostu czasem trzeba się pośmiać.

Nota bene – gdyby w istocie mi się podobał, moje zachowanie byłoby zgoła inne i z pewnością nie tak beztroskie. Prawdopodobnie skora do diagnoz koleżanka sympatyczna uznałaby wówczas, że za gościem nie przepadam. Jeśli patrzę mu w oczy, a nie w stopy, znaczy, iż absolutnie nic się nie dzieje.
Tyle o piątku. Bardzo udanym zresztą.

Podczas weekendu przyrumienił mi się nos, albowiem jest prawdą powszechnie uznaną, że najlepiej czyta się książki na świeżym powietrzu, kiwając skąpo przyodzianą nóżką i sącząc szprycerka. Przerobiłam jedną całą i drugiej pół, więc teraz do końca tygodnia mogę gnuśnieć intelektualnie. I tak zresztą zapewne będzie, gdyż mój mózg raczej nie będzie pracował na szczególnie wysokich obrotach przez najbliższe dni – gwałtownie wszedł w tryb urlopowy, toteż funkcjonują jedynie obszary odpowiedzialne za pakowanie się, pogrążanie w upajających wizjach, rozważania, czy ciekawiej byłoby pójść na wystawę poświęconą taksydermii, czy może jednak obejrzeć greckie rzeźby (mam szerokie zainteresowania…), kombinowanie, czy lepiej zabrać sukienkę, czy jednak poczciwe dżinsy – bo jednak pewnie będzie trochę siedzenia na podłodze – i jak to zrobić, by w kilkanaście godzin po powrocie być w pełni gotową do podróży w innym kierunku. Treść moich snów już się zmienia, już pojawiają się dobrze mi znane wątki, jakby nie do końca senne, w każdym razie nader prawdziwe. To ten moment, gdy moja chmurka unosi się wyżej. I wyżej. I jeszcze wyżej.

Never touch your idols: the gilding will stick to your fingers

Wpis nieco inspirowany będzie. O niczym szczególnym, bo dziś akurat nic szczególnego się nie zdarzyło (poza tym, że jeden zamorski krytyk teatralny zaczął mnie obserwować na Tłyterze, ekhm – nie wiem, czemu ten zaszczyt zawdzięczam, ale przyjemnie), a nadal boję się zajrzeć do skrzynki pocztowej, gdyż może być tam bardzo ważny mail lub może go nie być i trudno powiedzieć, co gorsze – lub lepsze, nie jestem w sumie pewna. Dlatego zajmuję się wszystkim innym, zwłaszcza rzeczami kompletnie nieistotnymi.

Wpadł mi niedawno w ręce tekst o tym, jak to nie powinno spotykać się ze swoimi bohaterami. Ja tam co prawda mam same pozytywne doświadczenia (o nie nie, stara, nawet nie próbuj skręcać w lepkie odmęty jednego ze swoich ulubionych tematów…), ale wielu jest ludzi, których wyobrażenia o tym, jak cudowną istotą jest ich idol/autorytet/sekretna miłość/obsesja/bóstwo/heros z dzieciństwa/niepotrzebne skreślić legły w gruzach w bardzo przykry sposób.
Autor tamtego felietonu rozczarował się szczególnie, bo idol był idolem od zawsze. Wiadomo, gdy obdarzamy ciepłym uczuciem kogoś, kogo nie znamy i tylko za to, co robi (albo jak wygląda, czasami jedno i drugie), to lubimy myśleć, że prywatnie czytuje Prousta, ratuje zwierzątka, umie upiec suflet, gra na flecie, robi zakupy staruszkom, potrafi wypowiedzieć się mądrze na każdy temat od opieki zdrowotnej po architekturę gotycką i ma czarującą osobowość. Robimy z niego takiego naszego osobistego komiksowego superbohatera. I dopóki on zamieszkuje tylko naszą wyobraźnię, wszystko gra. Ale gdy we własnej osobie wyrasta przed nami, to już może być różnie. W przypadku autora było słabo, gdyż ulubieniec na dzień dobry łypnął na niego, jakby chciał zapytać „czego chcesz, plebsie”, a w rozmowie wylazł z niego typ raczej odpychający. No, bywa. Wśród znanych też są ludzie nieśmiali albo zwyczajnie kiepscy w gadce-szmatce, ale ten był po prostu… umiarkowanie sympatyczny. Nawiasem mówiąc, dawno temu poznałam kolegę kolegi kolegi, jednocześnie pewne nasze bożyszcze kobiet (na początku nawet nie wiedziałam, że nim jest, bo nie miałam wtedy telewizora) i przez cały wieczór walczyłam z ochotą chluśnięcia mu drinkiem w twarz, ale że byłam wówczas ubogą studentką, szkoda mi było drinka zmarnować. Spotkałam go jeszcze dwukrotnie i za każdym razem mi się przedstawiał, bo mnie nie pamiętał. Kretyn.
Bardzo podobny tekst czytałam kiedyś o Allenie Ginsbergu, który niezmiernie zawiódł młodą fankę swoją obcesowością. Ona do niego wystartowała z emocjonalnym wyznaniem, mówiąc, że jego poezja przeprowadziła ją przez bardzo ciemny czas, a on za to mało grzecznie odmówił podpisania jej biletu na spotkanie autorskie.

Jest jeszcze drugi potencjalny problem, mianowicie my. No bo coś trzeba powiedzieć, nieprawdaż. Coś względnie inteligentnego. W końcu to może jedyna szansa w życiu, żeby naszemu Supermanowi czy też Wonder Woman w oczy spojrzeć. I na ogół kończy się jak w Dirty Dancing, gdy Baby, przedstawiona Johnny’emu, informuje go, że ona tylko arbuza przyniosła. Autor wspomnianego przeze mnie felietonu wyznał swojemu ukochanemu aktorowi serialowemu, że codziennie rano pije kawę z kubka z jego nadrukowaną twarzą (i w odpowiedzi otrzymał spojrzenie mówiące „taaaaaak…”). Moja znajoma stała w makabrycznie długiej kolejce do swojego bóstwa, po czym – gdy była już druga! – w panice odwróciła się i zwiała. Stephen Mangan przedstawił się Robertowi de Niro jako Robert de Niro.
Czyli może rzeczywiście lepiej nie. W wyobraźni jest bezpieczniej. Z drugiej strony nasza XXI-wieczna rzeczywistość pozwala tak łatwo zbliżyć się do ludzi, których podziwiamy, że czasem żal nie skorzystać. W najgorszym wypadku się wygłupimy. Albo oni. Jak to u homo sapiens.

The fretful porpentine

– O, jaki masz fajny wisiorek. Wygląda jak taki staromodny zegarek…
– Bo to jest zegarek.
– Naprawdę chodzi?
– Tak.
– Mogę zobaczyć? A co to jest na kopercie? Jolly Roger?!
Owszem. To dla odreagowania. Spędzam stanowczo za dużo czasu w wypastowanych czółenkach, używając zbyt wielu długich słów, które sama czasem nie do końca rozumiem. Staram sie przekonać otoczenie, że jestem dorosła i godna zaufania. Nawet się udaje. Ale żeby tak do końca nie zapomnieć, kto ja właściwie jestem, czasami muszę mieć przy sobie coś, co mi o mnie przypomina. Oczywiście staram się nie majtać ważnym ludziom przed oczami tym Jolly Rogerem, choć niekiedy kusi.
Skoro zaczęłam o zegarku, to kontynuujmy ponury wątek upływu czasu.
Jestem okropnie, ale to okropnie niewyspana. Przyczyny tej sytuacji są raczej przyjemne, ale i tak ubolewam, bo wychodzi na to, że jednak, hm, latka lecą. Kiedyś po czterech godzinach snu człowiek wstawał świeżuchny i wypoczęty, zdolny do podejmowania wysiłku intelektualnego i każdego innego. I nagle, jakby z dnia na dzień, staje się to pieśnią przeszłości. No wstaje człowiek, bo go poczucie obowiązku z łóżka wywleka. Niemniej:
a) wygląda jak swoja własna maska pośmiertna
b) czuje się, jakby potrzebował maski pośmiertnej
c) boi się usiąść w tramwaju, bo jeszcze by zasnął i przejechał przystanek
d) spędza pół dnia na piciu kawy
e) drugie pół na oglądaniu niewymagających koncentracji filmów o śmiesznych zwierzątkach
f) niecierpliwie wygląda zmierzchu, żeby mógł wreszcie pójść spać.
Nie tak dawno podśmiewałam się z pana i władcy, że czasami narzeka na bijący licznik, a dziś dotkliwie uświadomiłam sobie, że za chwilę będę miała tyle lat, ile on miał, gdy się poznaliśmy – i wydawało mi się wtedy, że to jest całkiem dużo.
Co zrobisz. Nic nie zrobisz.
Jeszcze trochę i trzeba będzie zacząć prowadzić higieniczny tryb życia.

Eee no

Poważnie?…
No dobrze, stało się, jak się stało, na moje małe życie to wszystko i tak ma niewielki wpływ. Ważne jest to, że się wyspałam nawet całkiem dobrze, że zdążyłam zjeść w domu śniadanie, że za dwa tygodnie o tej dokładnie porze będę w drodze z jednego urlopu na drugi urlop – może to kogoś zdziwi, ale nie mogę się doczekać.
Och, i Ian McKellen ma dziś urodziny. To też istotna wiadomość. O całej reszcie właściwie szkoda mówić.
Chciałabym mimo wszystko, tak odrobinę, żeby ci spośród moich znajomych, którzy głosowali z czystej przekory, bo tak, wyjaśnili mi, na czym ma polegać ta tajemnicza ZMIANA, na którą tak się cieszą. I skąd ta głęboka wiara w rozpad mitycznego układu (nawet nie trzeba interesować się historią ani polityką, wystarczy seriale oglądać, żeby mieć choć szczątkowe pojęcie o mechanizmach władzy). Na razie widzę tylko mało śmieszne memy i internetowe nawalanki w wykonaniu ludzi, których miałam dotychczas za zdolnych do posługiwania się rzeczowymi argumentami. Oczywiście za jakiś czas im przejdzie, odkryją, że w sumie to wszystko jest, jak było, nie nastanie żaden nowy wspaniały świat, planeta będzie kręciła się dalej w tę samą stronę i tyle całego zamieszania.
Ale.
Nie podoba mi się i nigdy podobać nie będzie – chyba że mi na starość odwali, co nie jest całkiem wykluczone – władza, która swoje działania motywuje takim a nie innym światopoglądem. Na żadnym szczeblu. Mam uczulenie na słowo „wartości”; gdy słyszę o „wartościach”, o „tradycji”, to mnie zaczyna wszystko dotkliwie swędzieć, a najbardziej język. Nadmierne umiłowanie ideologii zawsze mnie niepokoi. W zaciszu czterech ścian – bardzo proszę. W sferze publicznej dla mnie nie ma na to miejsca.
Nic to. Czas wrócić na swoją chmurkę, podjąć kolejną udaną próbę zignorowania rzeczywistości i zatonąć w marzeniach, a tych ostatnio mam sporo. To zawsze wychodziło mi najlepiej.

What’s a poet born to do

Dwudziesty czwarty maja to znakomity czas na włączenie ogrzewania w moim przepastnym apartamencie, psia jego mać.

Spełniliście obywatelski obowiązek? Bo ja owszem, o dziewiątej rano. Kto przy zdrowych zmysłach wychodzi z domu tak wcześnie w deszczowy niedzielny poranek?… No cóż, w każdym razie mam z głowy i mogę teraz spędzić resztę dnia na bimbaniu sobie, jedzeniu, oglądaniu filmów i czytaniu Gaimana pod kołdrą (piękne to opowiadanie o partnerach, którzy wymyślili siebie nawzajem – nota bene, zawsze mnie frapował taki wątek, ale też zawsze trochę się bałam, że może to wszystko, co mi się przydarza, to tylko wytwór mojej wyobraźni).
W punkcie wyborczym wiatr hulał, przeszkodziłam komisji w parzeniu kawy. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu znowu nie było nikogo z tego korpusu, co ma niby strzec przed fałszerstwami.
– A z której pani ulicy? – zapytał pan członek, podkręcając sumiasty wąs.
– Z takiej i takiej.
– O, to do mnie. Do mnie dziś same ładne panie, hyhy.
Człowieku, daj spokój. Nawet nosa nie przypudrowałam, włosy związałam byle jak, wciągnęłam tylko dżinsy i pepegi, bo przecież nie będę się stroić na dziesięciominutowy spacer. Uroczo z pana strony, ale spójrzmy prawdzie w oczy.
– Miłego dnia, miłego dnia! – pożegnał mnie, gdy wychodziłam.
O, z pewnością. Będzie czarowny. I niech jutro nie nadchodzi zbyt prędko, bo będę się bała sprawdzić pocztę, a dziś jeszcze nie muszę niczym się przejmować. Mogę udawać, że jestem całkowicie beztroska.

W głośnikach przy niedzieli na jedną nóżkę Elbow, jak zwykle rozkoszny, a na drugą George The Poet. Do tego drugiego początkowo podchodziłam raczej ostrożnie, bo nie jestem miłośniczką zaangażowanej społecznie muzyki, ale dałam się przekonać i polecam bardzo.
No. To zabieram Gaimana i idę się z nim położyć, nie myśląc o jutrze. Nawiasem mówiąc, akurat z Gaimanem to bym nawet chętnie rzeczywiście się położyła, ale on żonaty, poza tym bardzo wątpliwe, byśmy kiedykolwiek się poznali (choć nie niemożliwe, rzecz jasna). Mógłby mi czytać i w ogóle. Taka tylko luźna dygresja okołoliteracka, bardzo około.

Vater Mutter Geisterbahn

Jeśli kto ciekaw, co u mnie i mojego obrazka, dla tych, co nie widzieli lub nie dość dokładnie spojrzeli (owszem, będę was zamęczać tygodniami),

wpid-20150523_1006312.jpg.jpeg

to mamy się świetnie, dziękuję. To znaczy ja gorzej, bo obrazek mieszka chwilowo w fotelu, osłonięty na powrót licznymi warstwami błękitnego papieru, w których przyleciał.
Muszę temu ptaku jakieś imię wymyślić, ale to później.

Ja mam się nieco gorzej, bo musiałam wstać bardzo rano; i bo maj bez dwóch zdań był Międzynarodowym Miesiącem Walenia Szczęką o Glebę. Nie nudziłam się. Tak, nadal wszystko bardzo znakomicie, ale troszkę potrzebuję łagodnej tafli jeziora, pozycji lotosu, kwilenia ptaszyn, leniwego przewracania stronic opasłych książek przy zielonej herbacie, zrywania dmuchawców i tak dalej. W przyszłym tygodniu wszystko się rozstrzygnie, więc czuję się trochę, jakbym siedziała na rozgrzanym piecu i okropnie się denerwuję.

Odprawiłam wczorajszy długi i stresujący dzień za drzwi, sukieneczkę włożyłam i poszłam do teatru. Szok i niedowierzanie, wiem.
Całe miasto wie, że kocham się skrycie w Błażeju Peszku. W Janie również, ma się rozumieć. A oni dwaj razem są pyszną mieszanką wybuchową – uwielbiam oglądać ich na scenie, bo wióry lecą. Pomiędzy nimi wytwarza się chemia prawie nie do uniesienia dla widza. W Edwardzie II byli królem i królową, teraz są ojcem i synem, tylko odwrotnie. I świetnie się ogląda taki eksperyment.
To tylko godzina, bardzo dynamiczna godzina, której z pewnością nie zmarnujecie, a będziecie zaśmiewać się smutno, bo oto macie ojca, niespełnionego artystę, który kseruje, matkę, wieczną studentkę („bo przecież nie można skończyć filozofii”…) i ich dzieciaka. Dzieciak z całej paczki najbardziej dojrzały, bo najwięcej widzi. Dostrzega to, co rodzicom jakoś umyka albo to, czego za żadne skarby nie chcą mu pokazać. Widzi cały fałsz. Oni z nim grają w gry, bo z dzieckiem trzeba, nieprawdaż, dziecko nie może się domyślić, że rodzice mają siebie powyżej; trzeba małego omamić, trzeba mu pokazać, że świat jest lepszy niż jest. On te gry wypluwa bokiem, bo jak to, mam się tyle lat męczyć, żeby ktoś ewentualnie o mnie miło nad grobem pomyślał, a potem robale mnie zeżarły?… I to wszystko? Po co?…
No właśnie.
Po co.
Cudownie groteskowy spektakl, gorzki i zabawny, z muzyką na żywo. Muszę powiedzieć, że tak żywiołowej reakcji publiczności dawno w tym mieście nie słyszałam i nie widziałam, bo na ogół wszyscy uprzejmie klaszczą i pośpiesznie wychodzą.

A później spacer na pachnące wiosną Podgórze. Troszkę mi ciśnienie opadło.

Obiecuję, że kolejny wpis o sztuce mniej lub bardziej wysokiej (raczej bardziej, i to dosłownie…) dopiero za dwa tygodnie.

Rockin’ Robin

Nie wiem, od czego mam zacząć. Trochę muszę spuścić powietrze, żeby nie eksplodować, a trochę muszę to i owo zatrzymać – na razie – dla siebie.
W ciągu skromnych dwudziestu czterech godzin wydarzyło się tak dużo, że chyba zrezygnuję z opisywania tych przygód. Powiem wam tylko, iż opuszczanie strefy komfortu nie jest tak trudne, jak się wydaje, i czasem już po pierwszym kroku czujecie w powietrzu zmianę. Owszem, mniej więcej raz na kwadrans zadaję sobie pytanie, co ja w ogóle robię. Odpowiedź brzmi: nie mam pojęcia, ale nie czuję się z tym źle. Wprost przeciwnie, fruwam metr nad ziemią, mentalnie biegam po łące i tak dalej. A najlepsze jest to, że cokolwiek się wydarzy, i tak zyskam.
Zamknijmy może ten enigmatyczny wątek, bo zdecydowanie zbyt wcześnie, by cokolwiek na temat pisać – zwłaszcza że nie znoszę chwalić dnia przed zachodem słońca – i przejdźmy do części ilustrowanej.
Teraz już naprawdę mam obrazek. Leży w zasięgu wzroku i się prostuje, bo parę dni przesiedział w tubie. Ze wstydem przyznam, że prawie wlazłam do okienka na poczcie, taka byłam zniecierpliwiona. Tak czy inaczej, oto następuje moment, w którym możecie pokręcić głową, zadając w przestrzeń pytanie: I o takie coś było tyle zamieszania?… Owszem, wiem, że ten anonimowy, co lekką rączką kupił Picassa za 179 milionów dolarów, to dopiero może się przechwalać. Przyznam, że nawet ładny ten Picasso, dużo niebieskiego i w ogóle. No, ale jakby nie ta skala, prawda.

Rozbroiłam pakunek z użyciem nożyczek i energicznych rękoczynów, wytrząsnęłam cholerstwo z tuby – i oj, jak się zdziwiłam. Będzie mi trudno oprawić ten szkic, bo na odwrocie… no, sami zobaczcie.

Mówiłam przecież, że on jest nie do zniesienia.
No i widzicie, tak mi się ostatnio toczy. Prawie zupełnie zwyczajnie, tylko że za tą zwyczajnością nie nadążam.

To może na koniec drobna wstawka muzyczna, bo i tak nic więcej nie mam do napisania. Otóż jeśli potrzebujecie ścieżki dźwiękowej na dzisiejszy wieczór lub jutrzejszy łagodny poranek i jeszcze nie słyszeliście nowej piosenki Tame Impala, domagam się stanowczo, żebyście jej posłuchali, bowiem jest absolutnie urocza, uwodzicielska i uzależniająca. Przez cały dzień słuchałam w kółko, a z towarzyszeniem burzy za oknami brzmi upajająco.
Proszę bardzo. Nawet nie wiedziałam, że znam tyle słów na U.

Let the rain spray

Podobno znaleziono prawdziwy portret Szekspira. Że niby koleżka miał być niezgorszym przystojniakiem. Piszę „podobno”, bo 90% moich znajomych siedzących w temacie twierdzi, że to jakaś pseudonauka i wymysły, i od rana zalewali mnie na twarzoksiążce „nowoodkrytymi” portretami Szekspira na przypalonym toście, Szekspira na szybie, Szekspira narysowanego z zamkniętymi oczami, Szekspira w damskich ciuszkach. W komentarzach pod artykułem ktoś napisał, że uwierzyłby, gdyby portret przedstawiał barda potrząsającego dzidą (gettit?…). Cóż, zdecydowanie wolę to od okołowyborczych pokrzykiwań i przepychanek.
Profesor Wells też jest sceptyczny wobec teorii o nowej twarzy Willa, a jemu warto ufać, bo świetne książki pisze. Ojej. Właśnie wyczytałam, że wydał nową i to raczej taką, którą chciałabym mieć.

Prezencja człowieka, który zmarł 400 lat temu, ma mimo wszystko znikomy wpływ na moje życie. Niektóre współczesne wynalazki mają znacznie większy, bo na przykład z ich powodu muszę pralkę uruchamiać.
Tak ogólnie to ja całkiem dobrze myślę o ludziach (choć, patrz wyżej, ogromnie chciałabym, żeby ta kampania prezydencka już się skończyła, bo cholera mnie bierze), ale są sytuacje, gdy życzę im uporczywych problemów z erekcją, jeśli są mężczyznami, lub roztycia się potężnie, jeśli są kobietami. Naprawdę nie można zwolnić ździebko, gdy tuż po solidnej ulewie wjeżdża się w kałużę rozmiarów Morza Kaspijskiego? Jaki procent krakowskich kierowców wiezie na tylnym siedzeniu kogoś rodzącego lub konającego na zawał?
Scena była dość filmowa, bo kiedy tylko ochłonęłam po pierwszej fontannie, przejechał obok mnie drugi taki pocieszny. A żeby wam wszystkie krowy wyzdychały.
Dobrze, że szłam do domu, jeszcze lepiej, że szłam w dżinsach, a nie w którejś z moich ulubionych sukienek, bo bym chyba ruszyła we wściekły – nieważne, że próżny, bo pieszy – pościg za tymi skubańcami.

Tom sobie ponarzekała, a tymczasem jakaś przesyłka o nietypowych wymiarach przyszła.

Pytania są tendencyjne

Kiedyś to człowiek uprawiał tzw. klabing, czyli wychodził z domu o dwudziestej trzeciej, by wrócić osiem godzin później w takim stanie, że do tej pory nie wie, jakim cudem udawało mu się otworzyć drzwi, a co więcej, wyjąć soczewki kontaktowe bez wyłupienia sobie oczu.
Teraz to człowiek do domu o dwudziestej trzeciej wraca. I to jeszcze tramwajem, bo jest oszczędny (bo musi być – jak się wyrzuca forsę na jakieś gryzmoły…). Tramwaj oczywiście jest niemożebnie zatłoczony, bo przejeżdża obok Kazimierza, więc na przystanku Miodowa wysypują się z niego dziesiątki ładnie pachnących ciem barowych płci obojga. A autorka grzecznie jedzie dalej, na swoje przedmieścia. Książkę sobie wyjmuje z torebusi i jedzie.
Teraz to człowiek spędza piątkowe wieczory na sączeniu kindzmarauli i graniu w gry planszowe u znajomych, i tarmoszeniu ich absolutnie rozkosznego psa, który przez cały wieczór okazywał mi miłość na liczne sposoby, szczególnie upodobawszy sobie próby wdrapania mi się na kolana (to labrador…) i delikatne podgryzanie moich kostek.
Co do gier, gdy przychodzi do podliczania wyników, w najlepszym przypadku jestem druga od końca. Być może zostałam stworzona do wyższych celów, a może po prostu jestem tępa i nie łapię zasad.

No, nic to. W ramach pociechy przejrzyjmy sobie trafienia z Gugla, bo dawnośmy tego nie robili, a to zawsze radość, zwłaszcza przy niedzieli, gdy obiecywało się sobie, że zrobi się różne od dawna odkładane rzeczy, a później nagle jest piętnasta i jeszcze nie zlazło się z kanapy.
Czy są już lody na Starowiślnej – najwyraźniej stałam się światowym ekspertem w sprawie tych lodów.
Colin Morgan z dziewczyną – nie przedstawił mi.
Andrew Scott z chłopakiem – też mi nie przedstawił.
Ben Whishaw jakie dziewczyny lubi najbardziej – hmm, nie chcę zmartwić, ale…
Rosnący biust film – tak, myślę, że przyrost biustu niesłychanie łatwo sfilmować, wszak wszyscy wiemy, że odbywa się to w ciągu jednego dnia.
Nago w teatrze – no tak. Można było się spodziewać.
Nago na scenie teatru – …
Nagie sceny z teatru – …….
Nagość w teatrze galeria – ……….
Nago w teatrze performance – OK, dość tego.
Panie po pięćdziesiątce uprawiają seks – mam nadzieję, bo już mi bliżej niż dalej!
Facet w pończochach – jeśli ma zgrabne nóżki, to czemu nie.
Amsterdam panie za szybą – trudno nie zauważyć, ale zapewniam, że są w tym mieście ciekawsze rzeczy do oglądania. Akurat przez tę dzielnicę zawsze przechodziłam bardzo szybkim krokiem.
Jak wygląda pirat – o, tak na przykład. Kadłubek na zdjęciu należy do niżej podpisanej.
DSC_0008~2[1]
Czy ksiądz może niewpuścić interesanta – nie wiem, nigdy nie byłam interesantem pukającym do drzwi parafii, ale ostatnimi czasy rozważam przystąpienie do pierwszej komunii (ominęła mnie ta przyjemność za dziecka), bo wreszcie dostałabym rower, którego zakup odkładam od ładnych paru lat. A może nawet Playstation. Mogłabym przegrywać jeszcze sromotniej niż w planszówki.
Odeszła do innego jak zawrócić – oooch. Ale odpuścić, odpuścić.
Męska świnia – ej, ale po co tak zaraz z grubej rury. Ja tam lubię mężczyzn, a świniami wolę nie zaprzątać sobie głowy, poza internetową celebrytką świnką Esterką.
Wypastowane krocze – ?
Sex w tokijskim autobusie – nie pomogę, jeździłam tylko metrem i wszyscy pasażerowie zachowywali się bardziej niż przyzwoicie.

Niepokojący obraz z tego się wyłania. Od jutra na poważnie zabieram się za analizy dzieł literackich i polemiki z filozofami, ewentualnie będę podawać przepisy na wyrafinowane dania z komosy i jagódek goji.

Methought I was enamour’d of an ass

Miałam wczoraj czwarty poniedziałek w tym tygodniu.
Niniejszym ogłaszam strajk i dziś zamierzam mieć piątek. O tyle mi trudno, że jestem trochę niewyspana, bo po pierwsze wróciłam z kina po dwudziestej trzeciej, a po drugie zamiast pójść grzecznie spać, zabrałam się za pieprzne rozmówki, bo w takim właśnie nastroju byłam. Zaraz wszystko będzie jasne.

Jak wiadomo, chodzę do kina tylko wtedy, gdy grają w nim teatr, a wczoraj była retransmisja z Shakespeare’s Globe, którą to placówkę darzę bardzo gorącym, być może nieco obsesyjnym uczuciem i jak Bozia da, za niespełna miesiąc znów tam będę.
Jeśli znacie kogoś, kto nie przepada za teatrem i chcielibyście go przekonać, że to jednak nie taka znowu usypiająca nuda, Sen nocy letniej jest doskonałą przynętą. Jest dowcip. Jest seks. Jest golizna (tu akurat było sporo, zwłaszcza męskich torsów). I nawet jest kawałek z psem.
Oglądałam w życiu kilka Snów – były zabawne, i owszem, ale w porównaniu z tą adaptacją to był jednak Szekspir w białych rękawiczkach, potraktowany dość ostrożnie, no bo to bard przecież. Taką mam obserwację, nie od dziś, że my go traktujemy dużo bardziej poważnie niż Anglicy, którzy nie mają najmniejszego problemu z tym, by kłaść nacisk na to, co w jego tekstach jest najbardziej frywolne czy groteskowe, czasami balansując na granicy dobrego smaku – i to nie dotyczy tylko komedii. Może to zresztą wynika też z tłumaczeń, w których gubi się masa dwuznaczności. Tymczasem mój kochany Globe, z wielką lekkością bawiąc się Szekspirem i jemu współczesnymi, udowadnia, że klasyka wcale nie jest nietykalna i że nie jest po to, by do niej nabożnie wzdychać. Przeciwnie. Skoro coś powstało dla uciechy, dajmy ludziom uciechę. No i dali. Po całości, że tak powiem.
Nie będę streszczać, historia znana. Mamy króla i królową w kryzysie, nieszczęśliwie zakochaną młodzież, przygotowania do wesela, seks, konflikt i siły nadprzyrodzone. A skoro to sztuka o kochankach i nadludzkich istotach, czemu by nie obsadzić w głównych rolach pięknych mężczyzn, którzy powoli gubią części garderoby? Dawno, och, naprawdę dawno nie oglądałam przedstawienia z taką radością i uwagą. Naprawdę OGLĄDAŁAM, mrugając bardzo rzadko, a wiecie, co się dzieje, jak ja się zagapię.

No i właśnie. Uważa się, że najważniejszą postacią w tej historii jest Puk. Duszek, który zajmuje się głównie szukaniem okazji do nieszkodliwego narozrabiania, bo tak już ma, że bawi go, gdy przygląda się temu, co zbroił. I wiecie co, oni obsadzili w tej roli prawdziwego elfa ani chybi. Kruchy jest ten chłopak jak figurka z zapałek, ma śliczne, delikatne rysy – i głos zupełnie nieprzystający do tej zwiewnej zewnętrzności. Zestawienie wątluchnego Puka o dziewczęcej urodzie z muskularnym, płomiennookim Oberonem, rasowym samcem alfa, jest fascynujące. Nie można od tych dwóch oderwać oczu. Ich relacja jest momentami uroczo pikantna, są rozkosznie zmysłowi, jest pomiędzy nimi dziwnie seksualne napięcie, ale czego się spodziewaliście? To Sen nocy letniej. Erotyzm aż dymi, z prawie każdej sceny, nawet jeśli bohaterowie pozornie nie mają się ku sobie.
(A jeśli, jak ja, lubicie oglądać zdjęcia z prób, to możecie sobie zobaczyć, jak Puk i Oberon wyglądają na zapleczu – takie oto dwa chłopaki. Widzicie, co teatr robi z zupełnie przeciętnie wyglądającymi ludźmi, których minęlibyście obojętnie, nawet nie podejrzewając, że to aktorzy przyprawiający kobiety o chwilowe zatrzymanie akcji serca? Czary, jak w tym Lesie Ateńskim).
Co ciekawe, te same osoby grają Tytanię i Hipolitę, Oberona i Tezeusza, oraz Puka i Filostrata, co wdzięcznie podkreśla „senny” wymiar sztuki – ale o ile dwoje pierwszych zachowuje się zgoła inaczej w rolach śmiertelników, o tyle Filostrat, wymuskany mistrz ceremonii na królewskim dworze, ciągle porusza się miękkim krokiem Puka…

Uwiodło mnie to jeszcze z jednego powodu. Otóż bardzo lubię motyw teatru w teatrze, a jeszcze bardziej lubię, gdy coś – celowo lub nie – idzie źle. Uwielbiam. Finałowa tragedia Pyrama i Tyzbe, wystawiana z wielkim, desperackim wręcz zaangażowaniem przez osobliwą grupę aktorów, jest naprawdę tragiczna. „Tyzbe” – nota bene, wyglądająca raczej jak banshee niż ponętna kobieta, i to banshee z owłosioną klatą – nie mieści się na rozchybotanej scenie w swojej potężnej kiecy, „Pyram” zachowuje się jak Laurence Olivier, ale zapodaje kwestie z charyzmą kołka rozporowego i zapomina każdego słowa, „Mur” nie tylko ma dziurę w bardzo, BARDZO niewłaściwym miejscu, utrudniającym kochankom miłosne szepty, ale też przewraca się po opuszczeniu sceny, błyskając pośladkiem (nastolatka siedząca obok mnie wydała z siebie w tym momencie zdegustowane „yyygh” – podejrzewam, że obiekcje względem odkrytych kształtnych tyłków niebawem jej przejdą, ale ech, uroki niewinności), pies „Księżyca” zdycha, no dobrze, to może niezabawnie brzmi, niemniej gdybyście widzieli tę pluszową wymiętoloną potworę zwisającą smętnie z objęć ryczącego rozpaczliwie aktora, to składalibyście się w fotelu tak samo, jak ja się składałam. No cudowne, cudowne. I te maniakalne wrzaski euforii Piotra Pigwy, gdy dowiedział się, że jego sztuka została zaaprobowana przez królewski dwór i może zostać wystawiona… Nie znalazłam tej króciutkiej sceny w sieci, ale może i dobrze, bo istnieje ryzyko, że odtwarzałabym ją w kółko, wydając podobne dźwięki. Zresztą akurat mam powody.
– A my możemy jeszcze epilog zagrać…
– NIE! To by… zepsuło wrażenie.

Ale naprawdę, niech ktoś coś zrobi z tymi komórkami w kinie, bo jeśli kolejnym razem usiądzie obok mnie ktoś z potrzebą relacjonowania spektaklu na bieżąco via Facebook Messenger, to nie wytrzymam i zdzielę.

Every man I meet wants to protect me. I can’t figure out what from.

Jak powszechnie wiadomo, feministki są brzydkie, mają owłosione nogi, są starymi pannami i ich fiksacja bierze się z braku chłopa, w związku z czym należy wysłać je na Madagaskar (ja bym się nawet sama zgłosiła) lub na jakąś odległą planetę, na której będą mogły w spokoju wierzyć, że do czegokolwiek się przydają. Tymczasem znowu się rzucają nerwowo, choć oto nad problemami kobiet z troską pochylają się naukowcy. Tak, piję do tej konferencji, na której omawiane mają być, uwaga, prawne aspekty następstw cykliczności płciowej kobiet, a wszystko to pod słodkim hasłem, że kobieta zmienną jest.
Ja wiem, że jest. Każdy człowiek jest czasami.
Owszem, co kilka tygodni czuję się odrobinę gorzej i co kilka tygodni pewne sprawy irytują mnie lub zasmucają znacznie bardziej, niż w istocie powinny – nieznacznie, ale jednak. Mam tak od wielu lat, więc się przyzwyczaiłam i potrafię sobie z tym radzić, choć znam oczywiście kobiety, które gorzej przechodzą całą zabawę. Ale to nie sprawia, że stają się z automatu niepoczytalne czy niesamodzielne. Poza tym mocno wątpię, żeby chciały, by ich wtopy, porażki czy wypadki były w oczach innych ludzi usprawiedliwiane przez fakt, że akurat miały okres.
Włażę na stronę tej konferencji, najprawdopodobniej pierwszej takiej na świecie, gratulacje moje serdeczne, a tam takie coś: „blisko połowa kobiet ma podczas napięcia przedmiesiączkowego lub w pierwszych dniach miesiączki zaburzenia słuchu określane jako patologiczne”.
No, pierwsze słyszę (mimo że to nie ten moment cyklu).
Inne określenia w opisie tej imprezy sprawiły, że dokonałam aktu poświęcenia i przeczytałam cały artykuł pana profesora. Nie chcę wypowiadać się na temat tej lektury, gdyż byłby to bardzo długi i zapalczywy wpis. Kobieca odmienność jako ubogacający dar itepe. Polecam.
W jednym mają rację. To rzeczywiście niezwykłe wydarzenie naukowe.

Nawiasem mówiąc, organizatorzy pewnie uniknęliby całej afery, gdyby zamiast skupiać się jedynie na nieszczęściu kobiet, wspomnieli również o tym, co testosteron potrafi wyrabiać z mężczyznami. Ale nie, bo to przecież my jesteśmy zmienne, my ulegamy wahaniom nastrojów i nas trzeba chronić – a czy w ogóle tego chcemy, to już inna sprawa.

Aż pozwolę sobie na batonik z masłem orzechowym z tego wszystkiego. W końcu jestem odmienna i jestem ubogacającym darem dla tego świata, należy mi się. Wszystkie jesteśmy, w związku z czym proponuję zbiorowo nagrodzić się w jakiś rozpustny sposób.

Zwiąż mnie

Weekend może i był wspanialuchny, ale poniedziałek za to jest poniedziałkiem pełną gębą. No dobrze, nie taki zły, jak dla tego pana, który chciał dziś ze słupa w Krakowie skakać, ale żebym była zachwycona, to nie powiem.
Właściwie poniedziałek zaczął się już w niedzielę wieczorem, gdy zobaczyłam wyniki exit polls. Poszłam, oddałam głos, nie pomazałam kartki świeczką, nie zabrałam swojego długopisu, nie sprawdziłam, czy urna się aby nie rozszczelnia, nie wyraziłam rozczarowania dosadną ilustracją (czytałam, że ktoś w Wielkiej Brytanii to zrobił w ubiegłym tygodniu, tylko biedak nie miał pojęcia, że jego głos zostanie policzony jako ważny, bo narysowany penis nie wyjeżdżał poza kratkę), no i kurcze blade.
A tak chciałam w góry jechać za dwa tygodnie – i znowu trzeba będzie dowodu osobistego szukać.
Rankiem wyszłam z domu tragicznie spóźniona, z tej prostej przyczyny, że opcja „przesuń” w moim budziku pomyliła mi się z opcją „wyłącz”. Oczywiście mogłabym cieszyć się z tego, że już nie mam problemów ze snem, ale powszechnie wiadomo, iż bezsenność nie obowiązuje w poniedziałki. W poniedziałki człowiek czuje się, jakby wypił całą walerianę świata i opuszczenie łóżeczka to przerażający koncept.
Potem otworzyłam moją pracową skrzynkę. Ech, zaprawdę powiadam. Niewiele rzeczy może rozdrażnić mnie równie mocno, co wmawianie mi, że czegoś nie zrobiłam, choć zrobiłam. Może nie zawsze jestem najbardziej ogarniętą osobą pod słońcem, ale pamięć to akurat mam bardzo dobrą. Mimo wszystko zdążyłam się zestresować, bo już tak mam, że poczucie winy potrafi ogarnąć mnie nawet wtedy, gdy absolutnie nie powinno. Otrząśnięcie się z przykrego wrażenia trochę mi zajęło. Zazdroszczę wielce ludziom, po których wszystko spływa.

A w ogóle to podobno w sobotę były warsztaty bondage w naszym pięknym mieście. Dowiedziałam się po fakcie i nieopatrznie napomknęłam panu i władcy, który był jakoś podejrzanie rozczarowany tym, żeśmy przegapili. Hm.
Tak najzupełniej szczerze, to ja nawet chętnie zdobyłabym szerszą wiedzę na ten temat, ale troszeczkę się obawiam, że on mógłby mnie tak zostawić, żebym się sama rozwiązała.

Taaakie tam…

Miałam wczoraj bardzo dobry dzień. Owszem – wiem, że to nie jest żaden szczególny news, ale przy całym tsunami zmartwień, jakie mnie ostatnio zalewało, warto odnotować zmianę pogody. Chociaż gdyby się zastanowić, to może nie do końca jest z czego się cieszyć, bo w sumie to od rana do wieczora wydawałam pieniądze.
Włożyłam moje nowe, piękne, papierowe kolczyki, załadowałam na playlistę pogodną piosneczkę z ościennego kraju i wyruszyłam do miasta, kupić sobie na Kleparzu kwiaty na balkon (jest to, obawiam się, nieco bezsensowne posunięcie, bo przecież i tak ciągle nie ma mnie w domu, więc zapewne biedactwa zdechną). Po drodze odkryłam, że na Starowiślnej otwarła się księgarnia podróżnicza i w tej księgarni mają przewodniki Cicerone, bardzo przydatne dla tych, którzy na wakacjach lubią dużo chodzić po różnych pagórkach i chaszczach. Panowie księgarze przemili, pomocni i dają karty zniżkowe – ostrzegam. Zgłodniał człowiek od tego dobrostanu, więc poszedł na ulubionego dorsza na skwer Judah, a chociaż najedzony był okropnie, w drodze powrotnej wlazł do Si Gela na lody. Jest prawdą powszechnie uznaną, że autorka uwielbia lody, mogłaby żywić się tylko nimi, można ją nimi przekupić i nie ma takiej porcji, której nie byłaby w stanie pochłonąć. Gdybyście nie wiedzieli, to w grajdołku można zjeść lody o smaku gorgonzoli, zdumiewająco delikatne, ale osobiście gorąco polecam lawendowe. Imbirowe też. Marchewkowych nie próbowałam, gdyż nawet w takiej postaci marchewki nie zniesę. Tak czy inaczej, obawiam się, że zwężony podczas ostatniego choróbska obwód w talii długo taki piękny nie pozostanie.
Chyba że nie będę miała co do gara włożyć, a istnieje takie ryzyko, gdyż – jak wspomniałam – od rana do wieczora wydawałam pieniądze.
Ostatnia bowiem wiadomość jest taka, że świat jest pięknym miejscem pełnym dobrych ludzi. Innymi słowy, MAM OBRAZEK.
To znaczy, technicznie jeszcze go nie mam, ale już jest mój. Niewiarygodne i jestem niebywale wdzięczna za zaangażowanie. Dawno nic nie sprawiło mi takiej uciechy, jak informacja o misji zakończonej powodzeniem. Gdy odłożyłam słuchawkę, nastąpiło coś, co dość dobrze ilustruje ta scena.
Nawiasem mówiąc, to moja pierwsza inwestycja w sztukę. Autor przynajmniej będzie miał z czego rachunki zapłacić.
(Ja nie).
I to wszystko przez to, że raz poszłam do teatru. Mówię wam, lepiej nie chodźcie, bo sami widzicie, jak to się kończy czasami.