When it’s not always raining

Dzień dobry.
Przesiedziawszy dwa tygodnie na Lazurowym Wybrzeżu (w biurze, nie na plaży – zresztą zbyt chłodno na kąpiele, choć niektórzy twardziele próbowali; kiedy około ósmej rano szłam do fabryki, widywałam śmiałe ciała unoszące się na wodzie, żywe gwoli ścisłości), wróciłam na parę okołoświątecznych dni do domu. Jakaż była moja radość, gdy dotarłam na lotnisko w Nicei, czyli nazad w Unii Europejskiej, a tam – darmowy transfer danych, kawa za półtora euro (a nie pięć, jak u sąsiadów jeżdżących bentleyami), ogólnie wszelkie unijne uroki. A propos tej kawy, nigdy nie zrozumiem, dlaczego wszędzie na świecie na lotniskach potrafi być tylko troszeczkę droższa niż w świecie na zewnątrz, a u nas jest w cenach kosmicznych, jakby to była ta, co ją cywety za przeproszeniem wydalają, kopi luwak. Bardzo mnie irytuje luksusowość polskich lotnisk, rozumiem, że czynsze wysokie, ale śmiech pusty mnie ogarnia, gdy płacę za niedobre espresso dwanaście złotych.

W poniedziałkowy wieczór dotarłam do hotelu, włączyłam kanał informacyjny i dowiedziałam się, że Notre Dame się pali.
Usiadłam i do pierwszej w nocy oglądałam. Przyznaję – byłam przejęta.
Pojawiło się pózniej wiele głosów – ojej, płaczecie nad katedrą, a nie płaczecie nad Syrią, puszczą, wielorybami, głodującymi dziećmi. Zupełnie jakby jedno wykluczało drugie. Zupełnie jakby ci, którzy przelali parę groszy na odbudowę – na przykład ja, bo mimo że jestem niewierząca, ta katedra to dla mnie bardzo ważne miejsce, często ją odwiedziałam, szłam po prostu sobie posiedzieć – nie wspierali żadnych innych inicjatyw. Nie wyobrażam sobie Paryża bez niej. Ona pomogła mnie, teraz ja pomogę jej. I tyle.
Na szczęście nie wygląda to tak fatalnie, jak się wydawało, a jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to za trochę ponad miesiąc dam wam znać, jak teraz wygląda, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że wracam do Paryża niebawem. Chciałabym, żeby pan i władca do mnie wpadł, wszak on ma do Francji wielki sentyment (będąc pięknym i młodym studentem, zarabiał tam podczas wakacji), ale czy to się uda, nie jestem pewna – po pierwsze ta jego robota, po drugie on, delikatnie mówiąc, nie przepada za podróżowaniem statkami powietrznymi i chyba by umarł ze stresu, taki wielki chłop, a jednak. Zobaczymy. W każdym razie.
Uczestniczyłam dziś w pierwszym od paru lat familijnym obiedzie. Kiedyś przewracałam oczami na samą myśl, teraz właściwie się ucieszyłam, bo człowiek z wiekiem dziwnie docenia obecność bliskich, choć zawsze wolał być outsiderem, Zresztą nie miałam dużo do gadania, gdyż rodzina uznała, że należy wreszcie spotkać się grupowo, bo dzieci mojej kuzynki nie widziały mnie od stuleci. A ja ich. Jej syn już studiuje, co mnie przeraziło. I dojechał w trzy dni nad morze rowerem, taki dzielny. Jako tajemnicza ciotka, której nigdy nie ma, przez cały POTĘŻNY obiad (jednak, proszę sobie wyobrazić, bez sałatki jarzynowej) udzielałam wywiadu.
– A gdzie ostatnio byłaś? Kiedy wyjeżdżasz? Już we wtorek, o rany! A co ty tam robisz wieczorami? A dokąd najczęściej podróżujesz? A właściwie to po co? A w którym z tych miejsc chciałabyś mieszkać? Nie boisz się latać tak często?
I chyba dopiero dziś, odpowiadając na te wszystkie pytania, zdałam sobie sprawę, że z podróżowania zrobiłam sobie styl życia. Ciotka zawsze w drodze.

Reklamy

Monegasque

Wcale nie chciałam znowu wyjeżdżać. Było mi w domu całkiem dobrze, dość leniwie. No, ale. Praca sama się nie zrobi.
Zatem w poniedziałek o czwartej stawiłam się karnie na lotnisku. Poleciałam.

Gdy idę tu do biura, wchodzę do budynku na ósmym piętrze. Nie, nie nauczyłam się latać. Po prostu wejście jest na ósmym piętrze, z którego zjeżdża się odpowiednio w dół (tak, wiem, nie można zjeżdżać w górę). Monako jest wielopoziomowym miastem i jeśli nie odczytacie mapy dokładnie, możecie odkryć po dotarciu na miejsce, że wasz cel jest istotnie naprzeciwko, ale kilkadziesiąt metrów w pionie nad lub pod wami (przypomina się moja ulubiona książka z dzieciństwa, „Śladami Stasia i Nel” i rozdział o tym, jak Marian Brandys wybrał się zobaczyć świątynię Hatszepsut – no i zobaczył, w dole…). Wtedy należy znaleźć najbliższe schody lub publiczną windę, bo tyrolek jeszcze tu nie zainstalowano, a szkoda, skracałyby znacząco czas przemieszczania się po tym maleńkim w sumie kraiku.

Praca jak praca. Ludzie mili. Kawa nawet niezła. Recepcjonista codziennie punkt trzynasta idzie na obiad i wówczas nie sposób dostać się do biura. Trzeba czekać, aż wróci.
Miasteczko… osobliwe. Oczywiście pysznie mieszkać nad samiuśkim morzem (wskutek awarii w hotelu numer jeden mój szef bez mrugnięcia okiem zgodził się, żebyśmy się przenieśli do hotelu numer dwa – wolne pokoje były tylko w jedynym w Monako, który ma prywatną plażę, no trudno). Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że tu wszyscy są przejazdem – ruch uliczny jest znikomy, ogromne apartamentowce po zmierzchu straszą ciemnymi oknami.
Jest tu nieco kosztownie. Nieco bardzo. Jedna trzecia mieszkańców to milionerzy, dwie pozostałe dla nich pracują – dość powiedzieć, że na uliczce, przy której wyrasta ósme piętro mojego biura, znajdują się trzy banki (ale nie takie dla nas maluczkich, to nie banki, do których możecie wejść i otworzyć rachunek – to one przychodzą do was, żebyście uprzejmie powierzyli im swój majątek), salon Louboutin i komis samolotowy, serio, „Cessna taki a taki model, przebieg tyle i tyle”. Zresztą z lotniska w Nicei do Monako najszybciej dostać się śmigłowcem, jeśli macie wolne 150 euro. Latają co chwila. Niżej podpisana dojechała autobusem. Przaśna taka.
W każdym razie.
Wydałam wczoraj bardzo dużo pieniędzy na obiad w słynnej Café de Paris obok kasyna. Samego kasyna odwiedzać nie chciałam, ale pomyślałam, że skoro już tu jestem i nie wiadomo, czy kiedykolwiek jeszcze będę, to… Był to obiad znakomity, choć przyznam, wolę knajpy, w których mogę sama dolać sobie wina z karafki, a kelner nie pojawia się z miotełką po każdym kęsie bagietki.
– Czy pani wie, jak to działa, madame? – pyta rzeczony kelner, stawiając przede mną wazę zupy rybnej, talerz grzanek i dwie miseczki – jedną z sosem rouille i drugą z tartym serem.
Ba. Wiem, jak to działa, monsieur.
(Uwielbiam rouille, już mam dwa słoiki w walizce).

Wczoraj dzień był lazurowy niemal pocztówkowo, zatem po tym, jak zjadłam i zostałam omieciona, udałam się do Muzeum Oceanograficznego i do katedry, przywitać się z księżną Grace (gdybyście chcieli znaleźć jej grób, po prostu idźcie za zapachem kwiatów – Grace Kelly kochała róże i lokalsi o tym pamiętają). A że dziś było wietrznie i deszczowo, nie starałam się o odznakę czołowego podróżnika. Połaziłam tylko po plaży, napatrzyłam na niespokojne morze, nawdychałam się świeżego powietrza, zjadłam – zgroza – ośmiorniczki, wypiłam lampkę calvadosu na trawienie i po powrocie do pokoju przebrałam się w szlafrok… po czym dwie godziny później obudziłam się zdumiona i wypoczęta. Tego mi było trzeba. Tlenu, szumu morza, stóp zanurzonych w lodowatej wodzie. Bywało gorzej.

They have their exits and their entrances

Dobry wieczór. Dziś dzień świętego Ernesta, męczennika (podobno wyjęto mu trzewia przez pępek – czy tylko ja uważam, że z żywotów świętych byłby znakomity serial?), ale co ważniejsze – przepraszam, Ernest – Światowy Dzień Teatru. I z tejże okazji fragment przepięknego tegorocznego orędzia kubańskiego twórcy Carlosa Celdrána: „Wszyscy mistrzowie teatru umierają ze swoimi momentami geniuszu i swym niepowtarzalnym pięknem, wszyscy znikają w ten sam sposób nie pozostawiając niczego, co by chroniło ich przed zapomnieniem i czyniło dostojnikami. Mistrzowie teatru to wiedzą, żadne uznanie nie ma znaczenia wobec pewności, że u podstaw naszej pracy leży tworzenie momentów prawdy, wieloznaczności, siły, wolności w czymś najbardziej nietrwałym. Nie pozostanie z tego nic więcej, niż jakieś dane lub nagrania prac na wideo i fotografie, które zachowają jedynie bladą ideę tego, co zrobili. I zawsze będzie brakować w tych zapisach cichej reakcji publiczności, która w mgnieniu oka rozumie, że to, co się dzieje na scenie, nie może być ani przełożone na to, co na zewnątrz ani tam odnalezione, że prawda, którą poznaje, to doświadczenie życiowe i że przez sekundę jest ona bardziej przejrzysta niż samo życie.
[…] Żyjesz tam, gdzie jest publiczność. Tam są twoi towarzysze, których potrzebujesz obok siebie. Poza twoim domem masz codzienną rzeczywistość, ponurą i nieprzeniknioną. Pracujesz więc w tym rzekomym unieruchomieniu, żeby tworzyć największą z podróży, żeby powtórzyć Odyseję, podróż Argonautów: jesteś nieruszającym się z miejsca podróżnikiem, który nie przestaje przyspieszać zagęszczenia i surowości twojego rzeczywistego świata. Twoja podróż prowadzi do tej ulotnej chwili, tego momentu niepowtarzalnego spotkania z tobie podobnymi. Twoja podróż wiedzie do nich, do ich serc, do ich wnętrza. Podróżujesz przez ich wnętrze, przez ich emocje, ich wspomnienia, budzisz je i uruchamiasz. Twoja podróż przyprawia cię o zawrót głowy i nikt nie może jej ani zmierzyć ani przerwać. Nikt też nie będzie mógł jej poznać we właściwym jej wymiarze, bo to podróż przez wyobraźnię twoich ludzi”.

Podróż.
Gdy rozmawia się z ludźmi teatru, to słowo często pada. Mówią o spektaklu na przykład, że to była podróż. Coś w tym jest, nie ma wątpliwości. I dla nas, widzów, to też często podróż. Podróż, z której nierzadko wracamy troszkę odmienieni, czasami wstrząśnięci, czasami oczyszczeni. To jest podróż przez naszą głowę, przez nasze wspomnienia, przez uprzedzenia, przez lęki, przez wściekłość, żal, ale też przez nasze „happy places”, nasze dziecięce marzenia. Oczywiście nie zawsze tak się dzieje; niektórzy malkontenci twierdzą, że coraz rzadziej. Ja mam chyba szczęście – albo może zwyczajnie wiem, czego potrzebuję od teatru i celowo wybieram określone przedstawienia (takie żeby przeciorały najlepiej). Teatr nie musi być dla mnie miejscem bezpiecznym – nie muszę czuć się wygodnie na widowni, w znaczeniu czysto emocjonalnym. Przeciwnie, lubię, gdy wywołuje u mnie poczucie pewnego dyskomfortu, dysonans poznawczy czy nawet ból. Jak ostatnio w Teatrze Ludowym – taki sympatyczny pan, nieśmiały, nie wygląda na pedofila, ale jeśli gwałcił dzieci, to powinnam szczerze go nienawidzić, więc dlaczego tak trudno mi to przychodzi? Czemu ja mu w sumie jakby współczuję?… Jak na Monsterze, gdy zdałam sobie sprawę, że ja też przecież kiedyś chciałam, żeby ktoś bardzo mi bliski już umarł i fontanna, jaka puściła mi się wtedy z oczu, była nie do porównania z żadną inną wywołaną w podobnych okolicznościach. Jak podczas Medei, gdy doskonale wiedziałam, co się wydarzy, ale do końca miałam nadzieję, że nie i znowu – nie potrafiłam bohaterce nie współczuć. Jak w ostatnich scenach Widoku z mostu, gdy siedziałam tak blisko, że słyszałam nieprzyjemny, głuchy dźwięk pięści uderzających z całej siły w zgarbione plecy głównego bohatera. Jak W mrocznym, mrocznym domu
Tak, lubię czuć się podrażniona. Bo to wyzwala emocje, które zwykle człowiek w sobie tłamsi – a wypuszczenie ich koniec końców, choć niekiedy bardzo nieprzyjemne, działa jednak leczniczo, nawet gdy pozostawia z pytaniami.

W teatrze niekiedy smuci mnie jego ulotność. Są spektakle, które chciałabym zobaczyć znów – na przykład ten pierwszy, w 1993, od którego wszystko się zaczęło – ale wiem, że to nigdy nie nastąpi. Nawet, jeśli ktoś kiedyś znowu ten tekst wezmie i wystawi, wszystko będzie inaczej, a sama historia niekoniecznie we mnie zagra. Z drugiej strony to jest właśnie ogromny plus teatru – ta jego nietrwałość. Bo siedząc na widowni, zdajesz sobie sprawę, że jesteś świadkiem czegoś wyjątkowego, co nigdy nie powtórzy się w dokładnie tym samym kształcie, a niebawem, może za miesiąc, może za pół roku – zniknie zupełnie. Zostaną najwyżej zdjęcia. Być może nagrania. Przy czym każdy, kto widział – w ramach NT Live na przykład – sfilmowane przedstawienie, które oglądał na żywo, odczuwa pewien niedosyt. Wszystko gra, ale czegoś jednak brakuje.
Teatr to jest spotkanie. Z tymi tam, na scenie bez dwóch zdań (a czasem też z nimi poza sceną, ale to już zupełnie inna opowieść i kiedyś o tym napiszę), ale też z tymi na widowni obok. Ostatnio czytałam na forum teatralnym wątek o tym, skąd wiemy, że oglądamy złe przedstawienie. Bo na przykład myślimy o tym, co byśmy zjedli (to ja). Bo myślimy o pracy i o tym, co jutro trzeba zrobić. Bo odtwarzamy sobie w pamięci ostatnio oglądany program telewizyjny i zastanawiamy się, dlaczego odpadł ten, co go najbardziej lubiliśmy. Bo przysypiamy. Bo nie możemy skupić się na niczym poza tym, że fotel jest cholernie niewygodny i kolana nas bolą. Bo liczymy reflektory. I tak dalej.
Przedstawienie dobre jest oczywiście wtedy, gdy nie mamy pojęcia, ile jest tych reflektorów, nie pamiętamy, czy aktor był w spodniach fioletowych, czy zielonych, a nawet jeśli fotel niewygodny, to dopiero po fakcie zdajemy sobie sprawę, że stawy nam zdrętwiały – ale dla mnie pierwsze, podstawowe i najważniejsze kryterium jest inne. Przedstawienie jest dla mnie bowiem dobre wtedy, gdy twórcom udaje się jakimś cudem wytworzyć wśród widzów poczucie wspólnoty. Gdy dwoje nieznajomych wymienia się w antrakcie wrażeniami albo gdy siedzą obok siebie i płaczą, i przyłapując się na coraz mniej dyskretnym pociąganiu nosem, spoglądają na siebie porozumiewawczo, jakby mówili: „spoko, nie wstydź się, ja też”. Kiedy jakiś drobniuchny niuans ich rozbawia. Albo gdy, jak po „Weselu” w Starym, podnoszą ręce. Jesteśmy w tym razem.
I z okazji dzisiejszego dnia właśnie tego wam i sobie życzę.
Jak rzekł Kantor, do teatru nigdy nie wchodzi się bezkarnie. Jak rzekłaby niżej podpisana, z dobrego przedstawienia nigdy nie wychodzi się samotnie.

20160602_211823.jpg

Nobody goes to bed in Madrid until they have killed the night

Poniedziałek, dwa tygodnie temu. Ląduję półprzytomna po tym, jak wstałam o trzeciej trzydzieści, zgarniam nową walizkę, pakuję się do taksówki. Moja kierowca dziarsko i mimo imponujących paznokci wrzuca mój tobół do bagażnika, i ruszamy autostradą do miasta.
Pani mnie zagaduje.
– Pierwszy raz w Madrycie?
– Oj nie.
– Podoba się pani to miasto?
– Uwielbiam je.
– Ja też!
Jedziemy do centrum, prowadząc miłą konwersację – lubię rozmawiać z taksówkarzami. Taksówkarze często mają dużo historii do opowiedzenia.
– Przyjechałam tu sama z córką z Rumunii – mówi. – Bałam się okropnie. A po miesiącu już miałam pracę! I mojej córce bardzo tu się podoba.
– Ale chyba nie tak łatwo zostać taksówkarzem w Madrycie? To jest kolos, i ten ruch…
– Ano nie. Ale zdałam egzamin i mam fajną pracę… – dodaje gazu, bo madryckie szerokie arterie aż się o to proszą – i fajny samochód! Jestem tu szczęśliwa.

Kto nie jest.

Po dwudziestu minutach wspólnej podróży rozstajemy się jak dobre znajome.

Po raz pierwszy przyleciałam do Madrytu w styczniu 2011 roku, z sercem nieco złamanym (niepotrzebnie, jak się później okazało). Byłam tu tylko przez trzy dni. Nawet nie pamiętam zbytnio, gdzie wówczas się włóczyłam – próbowałam wczoraj znaleźć miejsce, gdzie mieszkałam, to musiało być nieopodal dworca Atocha, ale poległam – wtedy jednak przywiozłam stąd mój słynny płaszcz.
Wróciłam sześć lat później na miesiąc. Tak się złożyło.
Rok później ponownie.
I tej wiosny ponownie.
Darzę to miasto miłością dla mnie samej niezrozumiałą. Oczywiście, Madryt jest przepiękny. Ma te swoje aleje ze strzelistymi kamienicami, ma głęboko szafirowe niebo, kołyszące się drzewa.
– Ten budynek jest niesamowity, ogromnie mi się podoba – powiedziała moja koleżanka, gdy szłyśmy na cotygodniową kolację.
– To ratusz.
– Naprawdę? Wow.
(Osobiście wolę Metropolis – drugi piękny i słynny budynek, tuż naprzeciwko).
Ale Madryt ma też ten rozkosznie przyjazny klimat. Nie jest przytłaczający, jak inne duże miasta. Jest taki… swojski. Niby ogromny, ale przytulny. Oszałamiający, ale zwyczajny. Madryt bierze was w objęcia i zajmuje się wami, starannie odpędza smutki i stresy, obniża ciśnienie krwi. Madryt, gdyby był człowiekiem, byłby tym czarującym przyjacielem, który głaszcze was po policzku, gdy smutno, a potem klepie w ramię i mówi: „dajesz”.

O tej porze roku w Madrycie pachnie wiosennym słońcem i pierwszymi pączkami na krzewach, i nawet gdy wieje potwornie i zimno się robi (w Madrydziu, położonym na wyżynie, temperatura potrafi bardzo gwałtownie spaść, ale i gwałtownie wzrosnąć), jestem zachwycona. Ptaki śpiewają pięknie. W słoneczne popołudnia ludzie biją się o stoliki w kawiarnianych ogródkach – niedługo bardziej pożądane będą te w cieniu – i wylegują na trawie w parku Retiro, bo nic milszego, niż zrzucić buty, oprzeć się o ogromny cedr i zamknąć oczy.

Odkąd przyjechałam, zdążyłam kupić sobie nowy płaszcz i pięć par butów. Zjadłam przynajmniej tyle, ile ważę. Trudno się dziwić, skoro w tym mieście życie kręci się wokół jedzenia, możecie zjeść pięciodaniową kolację w niepozornej restauracji, która ma gwiazdkę Michelin (wybitne jedzenie i czarujący właściciel, który nie tylko podał nam drugi deser, ale też strzemiennego… i zostawił butelki na stole, na wypadek gdybyśmy chciały jeszcze się poczęstować) i potężny kawał tortilli z cudownie płynnym jajkiem na śniadanie w barze z ladą z lastriko, dziadkami skupionymi wokół telewizora, maszyną z papierosami i kuponami na loterię. Dla przykładu, wczoraj w rewelacyjnej knajpie Celso y Manolo po raz pierwszy w życiu usłyszałam od kelnerki przyjmującej moje zamówienie:
– To może być troszeczkę za dużo…
Tym samym, jeśli wrócę, wyglądając jak kobieta z obrazów Botero (akurat trwa tu wystawa jego nowych prac), nikt nie powinien być szczególnie zaskoczony.

Mam i owszem, niezgorszy katar, bo po pierwsze wszystko kwitnie, po drugie słońce nieco mnie ogłupiło i latałam ubrana chyba nieco zbyt lekko, ale jakież to ma znaczenie. Jestem w Madrycie!
(I kilka dni temu kupiłam bilety na mój letni urlop. W Hiszpanii, ponieważ oczywiście. Nad oceanem, bo zawsze chciałam tam pojechać).

You saved me the day you came alive

– Poczekaj. Gdzieś mam okulary.
– Gdzieś masz, przepraszam, co?…
Już ostatnio zauważyłam, że czyta na odległość, ale pomyślałam, że każdemu zdarza się niedowidzieć.
– A wiesz – mówi. – Byłem u okulisty i powiedział, że takie rzeczy to raczej rzadkie u ludzi przed czterdziestką. A później zobaczył moją datę urodzenia…

Pan i władca kończy dziś czterdzieści osiem lat. Prawda jest taka, że on naprawdę nie wygląda na tyle. Ma imponującą sylwetkę, ma te swoje włosy żyjące własnym życiem, zarost może troszeczkę mu siwieje (ale zwykle się goli, więc nie widać) i to właściwie wszystko, co pozwala przypuszczać, że może jest w nieco bardziej dojrzałym wieku. Zawsze mnie to fascynowało. On wygląda właściwie tak samo, jak wtedy, gdy go poznałam, a było to sto lat temu. Zachowanie, trzeba przyznać, też uległo pewnym zmianom. Trudno go wyciągnąć na miasto (ale ja też z ćmy barowej zmieniłam się w kanapowego kartofla). Kiedyś nigdy nie mówił, że jest zmęczony, a teraz potrafi narzekać. Sen jest dla niego bezcenny – to akurat rozumiem, bo dla mnie także. Temperament ma, jaki miał, ale jednak jakby troszeczkę złagodniał. I rzucił palenie – skutecznie, bo liczne poprzednie próby kończyły się fiaskiem, gdy tylko coś wyprowadziło go z równowagi.
Czterdzieści osiem lat. Stary grzyb.
Gdy się poznaliśmy, był młodszy niż ja jestem teraz. Nigdy szczególnie nie zauważałam sporej różnicy wieku między nami, ale teraz widzę, że on mi się starzeje i przyznam, że w jakiś sposób mnie to wzrusza.
Kiedy go poznałam, wydał mi się zupełnie inny od wszystkich mężczyzn, z którymi miałam wcześniej do czynienia. Charyzmatyczny, erudyta, cięty jęzor i zawsze błyskotliwa riposta w zapasie, a przy tym koleś potrafił zachwycać się, że ptaki śpiewają czy księżyc wschodzi. Pierwszy raz w życiu nakryłam się nogami z wrażenia. Oczywiście, emocje z gatunku „ależ on ślicznie wkłada skarpetki, jak on chrapie melodyjnie” przez lata zostały uzupełnione emocjami z gatunku „jak on mnie wkurza, gołymi rękami typa uduszę”, ale wiecie, to jest nawet fajniejsze.
Mimo że nie zawsze było łatwo, pan i władca pozostaje moim najlepszym przyjacielem, cierpliwym terapeutą i znacznie mniej cierpliwym nauczycielem gry na gitarze („nie, nie tak, daj mi to, ja ci pokażę”), no i obezwładniająco pociągającym facetem o rafaelickiej urodzie.
Pan i władca lubi mi mówić, że jestem ładna. Mówi to niezależnie od okoliczności, gdy wpadam doń z mokrymi włosami ubrana w co było pod ręką, gdy mam katar, gdy trochę przytyłam, gdy budzę się rano i nie wyglądam jak w filmach, gdzie ludzie budzą się pachnący, umalowani i z pomadą na lokach. Kiedyś zrobił mi zdjęcie – jak siedzę nago z kieliszkiem czerwonego wina na podłodze w jego salonie, nieco rozczochrana i z makijażem już lekko roztartym. Zdjęcie jest czarno-białe. Brzmi to jak kompletna degrengolada, ale mimo wszystko ja się sobie podobam na tym zdjęciu, a generalnie nie lubię siebie na fotografiach. Może dlatego, że uśmiecham się w sposób, którego nigdy wcześniej u siebie nie widziałam i wyglądam na całkowicie wyluzowaną. Kiedy patrzę na to zdjęcie, to myślę, że on ze mnie istotnie potrafi wyciągnąć coś, czego ja sama nie widzę.
Nie byłabym dziś tu, gdzie jestem, gdyby nie on. Bo on mi wtłukł do głowy, że mogę. Do dziś pamiętam wieczór, gdy miałam dość niewdzięczną sytuację zawodową, płakałam chłopu w rękaw, a ten rzekł aksamitnie:
– Oleńko. Mądra jesteś, dasz radę. Pierdol ich.

A poza tym nikt na świecie nie przytula tak fantastycznie. Są na świecie ludzie, którzy mają tę niebywałą umiejętność przytulania – nie tak po prostu, otaczania człowieka ramionami, ale konkretnego przytulania. Zapewne wiecie, co mam na myśli. To uściski, które odcinają was od reszty świata, po prostu wszystko znika. Taki uścisk mi zostawił, wychodząc ode mnie po naszej drugiej randce, dawno temu. Nadal to robi, zresztą także przez sen.

Wszystkiego najlepszego, słońce.
Słońce jako takie jest właściwie niewiele starsze.

Komu się nie chce słuchać, temu się wydaje, że jest cicho

Ponieważ ostatnimi czasy rzadko bywam w domu, próbuję sobie jak najwięcej upchnąć w czasie, gdy tu jestem. Co niekiedy kończy się tym, że wzdycham „chrzanić to, nie chce mi się” i leżeniem brzuchem do góry przez cały weekend. Niemniej, ponieważ nigdy nie wiem, czy w przyszłym miesiącu też będę w Krakatau, staram się jak najwięcej oglądać.

Upolowałam wreszcie bilet na Sekretne życie Friedmanów – spektakl nagradzany tu i tam, grany już od paru lat, ale nigdy nie udawało mi się dotrzeć (przedstawienie ogląda naraz tylko kilkadziesiąt osób, więc gdy pojawia się w repertuarze, trzeba być szybkim). Trochę mnie zatchnęło, gdy przeczytałam na stronie teatru „czas trwania: 3 godziny 10 minut, bez przerwy”. Cóż. Trzeba być twardym. Ubrałam się wygodnie i wyruszyłam w podróż do Nowej Huty.
A Nowa Huta, jak już kiedyś pisałam, staje się z wolna centrum teatralnego świata Krakowa.
To jest przedstawienie wybitnie niewygodne. Dosłownie. Nie mam tu na myśli jedynie niewdzięcznej tematyki (Arnold Friedman, postać prawdziwa, był nauczycielem, który został oskarżony o molestowanie seksualne dzieci uczestniczących w jego kursach komputerowych). Widz nie może obejrzeć go spokojnie, siedząc w ciemności i obserwując scenę z założonymi rękami. Bardzo szybko zostanie zmuszony do wstania i podążenia za przewodnikiem publiczności. Przez kolejne trzy godziny odwiedzi salon Friedmanów, pokój przesłuchań, areszt śledczy, sąd. Przed drzwiami domu bohaterów czeka oficer. Zachęca widzów, by przeszukali wnętrze. Zajrzeli do szafek, przewertowali książki, pogrzebali w szufladach. Dziwne uczucie. Najpierw poczułam się nieswojo; ogólnie nie lubię interakcji i zawsze mnie to krępuje, zatem jakież było moje zdziwienie, gdy po chwili dziarsko, wespół z innymi, przeglądałam dobytek Friedmanów, ignorując ich okrzyki sprzeciwu. Niektórzy w zapamiętaniu podnosili nawet meble.
Potem trafiacie na komisariat, gdzie Arnold i jego syn, Jesse, są przesłuchiwani przez policję. I to kolejny nieprzyjemny moment, bo fenomenalny Kajetan Wolniewicz jako detektyw wściekłością niemal roznosi ciasne pomieszczenie. Jego podniesiony, dudniący głos budzi szczery przestrach zarówno w przesłuchiwanych, jak i w zbitych w grupkę widzach.
Arnold Friedman, rewelacyjnie, genialnie wręcz grany przez Piotra Pilitowskiego (jakoś w trakcie tego spektaklu przypomniałam go sobie w Kochanowie i okolicach, oglądanym parę lat temu, w roli o lata świetlne odległej od tej, i trochę mnie przytkało – trudno mi było uwierzyć, że patrzę na tego samego człowieka, a wiem, że jest to jeden z najlepszych aktorów, jakich między Odrą a Bugiem mamy) to postać, która wzbudza w widzu uczucia bardzo nieprzyjemne, a nieprzyjemne dlatego, że nieoczywiste. Oskarżony o koszmarne zbrodnie, sprawia wrażenie człowieka kompletnie przytłoczonego, wycofanego. Patrząc na jego sylwetkę, niepozorną i spiętą, chcielibyście go nienawidzić – w końcu to potwór. Ale Friedman Pilitowskiego budzi przedziwne, niekomfortowe współczucie. Nie litość. Współczucie. Zrobił to? Nie zrobił? A jego syn – czy to naprawdę maniak i sadysta, czy tylko osiemnastolatek wrzucony w cały ten koszmar przez pomyłkę?
Po trzech godzinach wracacie do sali, w której rozpoczęliście podróż przez historię Friedmanów. Siadacie w nadziei, że dowiecie się, jak to wszystko się kończy, dowiecie się, czy możecie w spokoju sumienia potępić, czy poczuć żal. Ale nie.

W poprzedni piątek otuliłam się moim ogromnym szalikiem, bardzo różowym, i ruszyłam na ulicę Rajską, do Małopolskiego Ogrodu Sztuki, w którym od kilku lat Teatr Słowackiego ma kolejną scenę.
Najpierw dygresja.
Historia Podhala od zawsze mnie fascynuje. Kupuję wszystkie książki na ten temat, a swego czasu wytrwale polowałam na Allegro na tomy z Serii Tatrzańskiej, wypuszczanej dawno temu przez Wydawnictwo Literackie (niestety nie wznawiają, a szkoda, bo są tam fantastyczne pozycje). Pamiętam, jak podczas jednej z pierwszych wizyt w rezydencji pana i władcy zagapiłam się na jego półki z książkami, po czym nagle jęknęłam w emocjach.
– Co jest?
– Ty masz… całą Serię Tatrzańską.
– No – odparł pan i władca beztrosko. – Mam. To jeszcze mama kupowała…
– Ja się biłam o te książki!
– Och. Możesz sobie pożyczyć. Ja już czytałem.
Czytam wszystko o historii tego regionu. Oczywiste zatem, że musiałam pójść na przedstawienie o jednej z najsłynniejszych i najbardziej kontrowersyjnych jego postaci – W ogień. Spektakl krótki, niesłychanie intensywny. Głośny. Świetna – jak zawsze – muzyka Dominika Strycharskiego, w przedstawieniach Klemma zwykle obecnego na scenie w roli, trudno nie odnieść takiego wrażenia, mistrza ceremonii.
Znowu, to nie jest przedstawienie, które odpowie wam na pytanie, kim był „Ogień”. Bohaterem? Bandziorem? Wolnością wiodącą lud na barykady? Terrorystą? Żadnych wskazówek. Czy widz ma współczuć Kurasiowi, bo mu zamordowano rodzinę, czy nim pogardzać, bo jego ludzie mordowali równie bezwzględnie? To były inne czasy, mówią bohaterowie niemal lekceważąco. Wtedy ludzie byli inni. To była wojna. A w ogóle to wszystko jest w broszurze IPN. To były inne czasy…
Bardzo nieliczna publiczność przybyła na ten spektakl, gdy go oglądałam – może dlatego, że pogoda paskudna, nie wiem – i zawsze mi troszkę głupio w takich sytuacjach, gdy aktorzy wypruwają sobie żyły dla raptem kilkudziesięciu widzów rozrzuconych po rzędach, ale nikt się nie oszczędzał. Nie wszystko w tym przedstawieniu mi się podobało, ale energia waląca ze sceny była niesamowita i niechby dla niej warto pójść.

A w tym tygodniu trafiłam na Królestwo. Nową premierę w Starym Teatrze.
Podczas oglądania tego spektaklu przypomniało mi się zdjęcie z konferencji prasowej w Starym, niedługo po tym, jak nowy dyrektor objął stanowisko. Bardzo wyraziste zdjęcie – zespół Starego Teatru stojący z zaciętymi twarzami naprzeciwko siedzącego dyrektora.
Kolejny sezon był dość burzliwy, ale gdy szło się na Wesele czy zwłaszcza Wroga ludu, ludzie wiwatowali, aktorzy nie schodzili ze sceny, a zamiast się kłaniać, podnosili ręce. Jednym to się podobało, innym nie. Cóż, teatr to nie zupa pomidorowa, wiadomo. Ale każdy, kto wiedział, co się stało we Wrocławiu, bał się, że w Starym powtórzy się ten sam paskudny, mściwy scenariusz. Na szczęście sprawy w Krakowie przybrały nieco inny obrót i Stary się obronił.
Ten szpital, w którym toczy się akcja spektaklu na motywach serialu von Triera, szpital pełny duchów i dziwaków, to tylko metafora, z czego bardzo szybko zdajecie sobie sprawę. To jest przedstawienie o Starym Teatrze i o sytuacji w nim. Aluzje wplatane w tekst wywołują szczery śmiech publiczności, która natychmiast łapie, do czego to nawiązania. Ekrany nad sceną, opakowaną w bardzo zimny, szpitalny dizajn, nieustannie pokazują to, co dzieje się za kulisami. Pokazują też zdjęcia z prób, aktorów w ogonku do bufetu i palących papierosy; ogłoszenia o zmianie kwoty pożyczki dla pracowników. Teatr, którego większość z nas nie widzi, niezbyt magiczny i niepiękny, ale zarazem jakoś bliski.
Żaden z bohaterów nie jest do końca normalny, chciałoby się rzec. Z całą pewnością nie jest to szpital, do którego chcielibyście trafić (wyobraźcie sobie, że patolog czyha na waszą wątrobę, bo jeszcze nie ma takiego przypadku w kolekcji i jest do tego stopnia zdesperowany, że jest gotów przeszczepić ją samemu sobie. Albo że źle reagujecie na narkozę, więc przed operacją was hipnotyzują. Albo że student medycyny, by udowodnić, jak gorącym uczuciem was darzy, przynosi wam głowę zwiniętą z prosektorium. Na zdrowie).
Żaden… poza dwojgiem. Oto bowiem na scenie przez cały czas obecna jest dwójka salowych, który w ten nieopanowany chaos wprowadzają jakże potrzebny element spokoju. A są to Anna Dymna i Krzysztof Globisz.
To nie jest przedstawienie wybitne, ono nie zmieni świata, ale to przedstawienie, które bardzo dobrze się ogląda, w dużej mierze dlatego, że na scenie widzicie zespół. Zespół, który funkcjonuje jak organizm. Oni grają ze sobą.
I z publicznością również.

Jestem bardzo zadowolona.
Teraz mogę znowu jechać w świat, ale to dopiero za dwa tygodnie. Chyba coś jeszcze zdążę zobaczyć…

Being human and being hurt are the same damn thing

Wróciłam.
Milczący taksówkarz wiozący mnie z lotniska słuchał Radia Zet – kto słucha Radia Zet w Krakowie?! – obwiózł mnie wielce okrężną trasą, i bez słowa wyjął moją strudzoną walizkę z bagażnika pod domem. Moja walizka ma raptem dwa lata, ale wygląda, jakby uczestniczyła w licznych wypadkach. Muszę wkrótce kupić nową, ale szkoda mi się z nią rozstać.
Termometr w mieszkaniu wskazywał 12 stopni Celsjusza. Włączyłam ogrzewanie, otworzyłam kontrolnie strudzoną walizkę, żeby sprawdzić, czy aby nic się nie rozbiło i żeby przenieść francuskie specjały (wionące na kilometr) pośpiesznie do lodówki, owinęłam się w dwa koce i poszłam spać. Weekend spędziłam w tym samym przyodziewku, oglądając The Kominsky Method (bardzo polecam, jeśli kto nie miał przyjemności). Gdy padła kwestia, którą pożyczyłam do nagłówka, zamyśliłam się na chwilę.

Wróciłam bowiem do trochę innej rzeczywistości.
Do rzeczywistości, która umiarkowanie mi się podoba, jeśli mam być szczera, ale wiem, że nie mogę absolutnie nic z tym zrobić. Pewne sprawy wykraczają poza kompetencje moje i każdego innego człowieka na Ziemi.

W ciągu ostatniego miesiąca dwoje bliskich mi ludzi – w moim wieku – straciło rodziców.
Dość nieoczekiwanie to się wydarzyło.
Najpierw, parę tygodni temu, zdziwiłam się, że mam kilka nieodebranych połączeń jednego wieczora – moi znajomi raczej do mnie nie dzwonią, tylko piszą, bo wiedzą, że przeważnie mam wyciszony telefon. Jeśli ktoś mimo wszystko próbuje się dodzwonić, to znaczy, że COŚ SIĘ STAŁO. Oddzwoniłam. Po drugiej stronie usłyszałam głos bardzo spokojny, nienaturalnie wprost spokojny. „Mój tata nie żyje”, powiedział, brzmiąc, jakby mówił o tym, że czajnik mu się zepsuł. Zorientowałam się po kilku chwilach, że chyba jest pijany. Trudno się dziwić czy winić w takiej sytuacji.
Potem mama mojej przyjaciółki miała kolejny zawał. Bardzo długo ją reanimowano, a bardzo długa reanimacja to jest właściwie… no, wiadomo. Cud się nie wydarzy. Nie chcę sobie wyobrażać, co moja przyjaciółka czuła przez cały ten czas, zanim stało się, co się stało. To przecież jakby siedzieć i słuchać tykającego zegara, i czekać, kiedy tykanie zamilknie. Czytywałam w gazetach nekrologi znanych mi ludzi, ludzi, z którymi po wielokroć rozmawiałam, ale przeczytanie tego nekrologu to było trochę uderzenie w głowę. Mimo że dowiedziałam się wcześniej.
Jest to bez dwóch zdań przerażające. Człowiek oczywiście w pewnym momencie życia zdaje sobie sprawę, że cała ta zabawa tutaj to podróż w jedną stronę i jego niestety też czeka żegnanie najbliższych. Mało tego, w pewnym momencie ta myśl na dobre zakorzenia się z tyłu głowy. Ale rzecz jasna, ma się nadzieję, że to jeszcze nie w tym roku, nie za pięć lat, nie za dziesięć, tylko w jakimś bardzo odległym kiedyś. A potem umierają rodzice waszych znajomych i nagle ten skutecznie odpychany lęk staje się bardzo namacalny.
I nie wiadomo, co powiedzieć. Nie wiadomo, jak się zachować. Żadne słowo nie brzmi dość dobrze. Wiecie, że ktoś bardzo wam bliski cierpi i nie wiecie, jak mu pomóc – gdybyście byli w tym samym pomieszczeniu czy choćby w tym samym mieście, tobyście zapytali, czy możecie przyjechać i z nim posiedzieć, ale nie jesteście. Zostają okrągłe formułki, które wydają się jakieś takie puste, takie pff. Bo co powiedzieć, „przykro mi”? No pewnie, że wam przykro. Czujecie się potwornie bezradni.
Nikt nas tego nie uczy. Nic nas na to nie przygotowuje.

Zawsze bardzo bałam się wszystkich tematów związanych ze śmiercią – nie moją, siłą rzeczy jest mi to raczej obojętne, ale moich bliskich. Kilka lat temu w niedługim odstępie czasu przeżyłam dwie, które mnie uderzyły strasznie i mam wrażenie, że z jedną po dziś dzień nie jestem do końca pogodzona. Przy czym jest rzecz, z którą radzę sobie gorzej niż z własnym bólem i tą rzeczą jest ból ludzi, na których mi zależy. Naprawdę chciałabym móc podać im jakieś magiczne lekarstwo. Żeby im ulżyło. Ale go nie mam.

Tak. Moment, gdy czujecie się dorośli, to nie jest ten moment, gdy podpisujecie umowę kredytową z bankiem. Ani ten moment, gdy zauważacie u siebie lwią zmarszczkę i że pośladki wam jakby lekko obwisły. To moment, w którym dociera do was, że będziecie coraz bardziej sami.

Sens: descente

Alain de Botton w swojej „Sztuce podróżowania” napisał, że fascynują go silniki samolotów. Niosące tę maszynę i pasażerów w jej wnętrzu ze spokojnym, jednostajnym szumem, pracujące cierpliwie i wytrwale w okrutnym mrozie.
Pisał też o korytarzach – tych, którymi wchodzimy do samolotów, jeśli mamy dość szczęścia, by korzystać z rękawa. O tym dziwnym uczuciu, gdy wchodzi się prosto w brzuch stalowego potwora, a kilka godzin później takim samym korytarzem wychodzi się w innym kraju. Na innym kontynencie niekiedy. Tak po prostu. Żadna to podróż. Niby. A jednak.

Po raz pierwszy leciałam samolotem dwadzieścia lat temu.
Dwadzieścia. Lat. Temu.
To było dla mnie ogromne przeżycie. Wtedy nie było tanich linii, regionalne lotniska były raczej puste. Nikt nie myślał, że latanie stanie się czymś zupełnie zwyczajnym.
Ja nie myślałam, że będę latać do pracy.
Byłam wtedy oszołomiona. Podekscytowana do nieprzytomności.
Dziś bywam raczej poirytowana, że ktoś przede mną się guzdrze. Potem zwyczajnie wsiadam i lecę. Przesypiam lot niekiedy – coraz częściej. Ale gdy się budzę i wyglądam przez okno, za którym słońce w zimowych chmurach odstawia swój show, to przylepiam nos do szyby, wyjmuję aparat, mimo że mam zdjęć nieba tuziny, i ciągle jestem oszołomiona. Bo nie tylko chmury jak u Turnera, ale na przykład tuż po starcie z Krakowa widzicie caluchny łańcuch Tatr. A i widok tych obłych silników mruczących niewzruszenie za oszronioną szybą jakoś nadal za każdym razem mnie rusza.

W miniony piątek wracałam do domu jak autostopowicz. Co się nawinie. Ponieważ odwołano mój lot, zadzwoniłam do linii i przerzucili mnie na lot kolejny. Przez Monachium. Nawet wolę, bo lotnisko w Monachium jest wspaniałe, wygodne i mimo kosmicznych rozmiarów ciche i jakieś takie przyjemne dla strudzonego podróżnika. Łatwizna. A tak moi koledzy narzekali na odwołane loty, gdy tu pff, samo miodzio. Świetnie.
Radość moja trwała dokładnie godzinę, bo wtem otrzymałam kolejną wiadomość, iż ten drugi, ratunkowy lot też został odwołany. Pysznie. Wyrzekłam mięsiste słowo i zadzwoniłam ponownie.
– Chwileczkę – rzekł pan w telefonie. – Przełączę panią na muzykę, dobrze?
To nigdy nic dobrego nie wróży, gdy was przełączają na muzykę, ale cóż. Czekam. Czekam. Czekam.
– Mam dla pani miejsce – odzywa się baryton w słuchawce. – Lot przez Amsterdam, osiemnasta czterdzieści.
– Doskonale.
– W Amsterdamie będzie pani o dwudziestej. Dwudziesta czterdzieści odlot do Krakowa.
– Przepraszam, odlot czy boarding?
– Odlot.
– … Niech będzie.
Lotnisko Schiphol jest troszkę duże. Ale nie mam bagażu, mam za to wygodne gacie i pepegi, jeśli wylądujemy o czasie i się rozpędzę, to zdążę… Odrobina sportu w piątek wieczorem nikomu nie zaszkodziła… Zebrałam zatem zadek w troki i pojechałam na lotnisko. Wcześniejszy lot do Amsterdamu był sakramencko opóźniony, ale mój tylko o kwadrans, zatem wsiadłam pełna ufności.
– Wszystkie połączenia są możliwe – obwieścił głos z kabiny, gdy kołowaliśmy nad krajem olbrzymów. – Ale prosimy udawać się natychmiast do wymienionych bramek.
Wzięłam sobie te słowa do serca i rozpędziłam się tak bardzo, że biegnąc ruchomym chodnikiem, minęłam moją bramkę i pognałam dalej. Zorientowałam się, przelatując w tempie Mo Farah obok bramki numer osiemnaście. Moja była numer pięć. Pokonywaliście kiedyś ruchomy chodnik biegiem w przeciwnym kierunku? No, ja tak. Podejrzewam, że goście w obsłudze monitoringu lotniska Schiphol trochę się pośmiali.

Dotarłam do domu.
Zimno.
Sobotę spędziłam pod kocem, a nawet wieloma, ograniczając aktywność do proszalnego wyciągania rączki po kolejny kubek herbaty, ale z imbirem koniecznie, i po kieliszek wina bliżej zmierzchu.
W niedzielę obudziłam się już w trybie podróżnym. Znowu to samo – ciuchy do walizki, walizka do bagażnika taksówki, taksówka na lotnisko, korytarz, samolot, korytarz, taksówka.

Dotarłam do mojego budynku.
– Mamy drobną awarię.
Oczywiście, że macie drobną awarię. Jesteśmy we Francji. Nie ruszają mnie już wasze awarie.
– Karty wejściowe nie odblokowują drzwi.
– … Chce mi pan powiedzieć, że nie dostanę się do mojego mieszkania?
Strapiony recepcjonista kiwa głową. Szkoda mi go bardzo, bo jest niedzielny wieczór, więc koleś jest sam, a zirytowani goście napierają. Wyszli z mieszkań niechby po kawę w lobby czy do Monoprix naprzeciwko, i ups, nie mogą wejść.
– Technik przyjedzie niedługo… To może ja państwu wino zaproponuję…
Godzinę później kryzys został zażegnany. Wiecie, dwa lata temu trafiałby mnie przeciągły, żarliwy szlag, ale cóż, co was nie zabije, to w was Paryż wzmocni.
Przetrwałam kolejny tydzień w niezbyt czułych objęciach tego miasta, ze śniegiem nawet, a jutro wracam do domu. Na cały długi miesiąc! Bardzo dobrze, bo mogłam wreszcie kupić bilety do Nowego i Starego Teatru, i Słowackiego też, i będę mogła je naprawdę wykorzystać, a poza tym pan i władca chwilami sprawia wrażenie, jakby się stęsknił, bo nie daje mi spać, ale być może chodzi mu o liczne butelki francuskiego wina, które zwożę do domu.
Miejmy jedynie nadzieję, że jutro wrócę do domu po bożemu, a nie przez Helsinki.

Choć w sumie nigdy nie byłam w Helsinkach…

Ce qu’elle voit en songe

W Paryżu codziennie wędruję do biura tą samą drogą. Niby niewiele się zmieniło, odkąd odleciałam stąd w listopadzie, a jednak inaczej to miasto wygląda. Nie tylko dlatego, że jest zimno, a słońce wstaje tu żenująco późno. Dlatego, że po drodze mijam zasłonięte deskami lub blachą witryny banków i sklepów. Mój francuski jest daleki od biegłego, ale rozumiem, co ktoś napisał żółtym sprayem na jednej z nich: „Tu i teraz dzieje się historia”.

W kontekście mijającego tygodnia ten koślawy napis na płycie pilśniowej ma zatrważająco mocny wydźwięk.
Żyjemy w trochę zbyt ciekawych czasach.

Ale, ale.
Poniedziałek, dwa tygodnie temu. Trzecia trzydzieści. Siadam na łóżku, przecieram oczy. Prysznic. Spodnie. Rzęsy. Taksówka. Lotnisko.

Prosimy umieścić bagaż podręczny przed fotelem, jeśli w schowku nie ma miejsca, samolot jest pełny; jeżeli bagaż się nie zmieści, będziemy musieli załadować go do luku, a to zajmie czas…, powtarza obsługa. Ostatni pasażer taszczy swój bagaż podręczny, na oko na trzy tygodnie wędrówki po Amazonii, rozglądając się z rozczarowaniem, bo schowki pełne. Typ ma oczywiście miejsce A w ogonie, obok mnie, ale z jakichś przyczyn postanowił poczekać z wsiadaniem do samego końca, żeby inni musieli wstawać i go przepuszczać. No, ale najpierw chce upchnąć swój amazoński sakwojaż, a schowki pękają w szwach, zatem łazi tam i nazad po samolocie, ku rosnącej irytacji pasażerów i obsługi.
Wtem rozlega się głos miły, acz stanowczy, z twardym germańskim akcentem:
– Panie i panowie, mówi kapitan. Proszę zająć miejsca, bo jeśli nie wystartujemy teraz, to następny wolny slot mamy za godzinę.

Typ widzi przed sobą 230 par oczu, wściekłych raczej, i pokornie upycha tobół pod siedzeniem. Jak się nie da, jak się da.
Cabin crew, take off.
Bogu dzięki. To mogę się zdrzemnąć.

Kilka godzin później. Lotnisko im. Charlesa de Gaulle’a w Paryżu.
Escalator moving. Please old the andrail, powiadamia beznamiętnie, acz z francuskim akcentem kobiecy głos w legendarnych tunelach z pleksi, przewożących pasażerów na drugą stronę Terminalu 1. Tunele niezmiennie przywodzą na myśl filmy science-fiction, zresztą zagrały w paru.

W biurze wszystko po staremu. Złota rybka, którą trzymali w dziale na drugim piętrze, nadal żyje i pływa w swoim akwarium. W kuchni nadal jakaś anonimowa osoba zostawia co rano ciastka.
Mieszkam w tym samym budynku, tylko okna wychodzą na ulicę, a nie patio, więc o siódmej budzą mnie normalne romantyczne paryskie odgłosy poranka – trzaskanie kubłów ze śmieciami, turkot wózków wiozących dobra do kawiarni, kaszel odpalanego motocykla.

Sobota. Idę przez miasto do Petit Palais. Idę Polami Elizejskimi, które są zdumiewająco puste. Docieram na miejsce, by skonstatować, że wokół wokół mnie barierki, radiowozy i policjanci uzbrojeni po zęby, przygotowani na nadchodzący protest.
– Ulica zamknięta. Nie ma przejścia.
– Ale ja mam bilet – macham biletem. – Na wystawy…
– OK. Tamtędy.
Idę tamtędy. Kolejny dżentelmen uprzejmie zastawia mi drogę. No przecież cholera mnie weźmie.
– Ale ja mam bilet.
– Tamtędy – opancerzony wskazuje kierunek, z którego przyszłam.
– Ja już tam byłam!
– Tamtędy – powtarza opancerzony, a przecież nie będę dyskutować z gościem, który wygląda jak Starship Trooper.
Wracam potulnie. Ja chcę tylko wejść na wystawę… Szczęśliwie kolejny zapytany policjant przepuszcza mnie i wchodzę z ulgą do Petit Palais. Petit Palais, mały sąsiad Grand Palais po przeciwnej stronie ulicy, jest miejscem absolutnie urzekającym, z pięknym patio i wspaniałymi kolekcjami, a w dodatku często gości wspaniałe wystawy, tak jak teraz. Pierwsza to wystawa Lequeu, wybitnego architekta, który nigdy nie postawił żadnego budynku. A szkoda. Paryż z jego rysunków, zdumiewająco dokładnych i nowoczesnych na powstałe w XVIII wieku – to byłoby miasto surrealistyczne i kosmicznie inne od tego, które znamy. Lequeu miał też wyobraźnię cudownie lubieżną. Zdecydowanie darzył sympatią kobiece piersi.
Druga wystawa, Fernanda Khnopffa, to istny sklep ze słodyczami dla fanów symbolizmu. Takich jak ja. Znany stałym bywalcom mój były szef go nie znosi i twierdzi, że to kicz straszliwy. Mnie się podoba i z lubością przyglądałam się tym obrazom przez długie godziny.

Jako że godzina młoda była, poszłam i do Grand Palais, na wystawę o wpływie Michaela Jacksona na sztukę współczesną. Nie jest to może wystawa wybitna, ale bardzo ciekawa, a co zabawne, największy tłum gromadził się nie przed pracami Warhola i innych, lecz przed ekranami, na których emitowano fragmenty koncertów Michała. Nota bene, wiedzieliście, że ktoś podłożył „Fly Me to the Moon” Sinatry pod układ choreo do „Smooth Criminal” i to doskonale pasuje? Ja już wiem.

No dobrze. Wystawy obejrzane, nowe buty kupione, czas wracać do domu. Idę w górę Pól Elizejskich. Coś podejrzanie niebiesko od migających świateł. Tłum podejrzanie gęstnieje. A ja akurat nieopodal tych migających świateł mieszkam i właśnie sobie uświadamiam, że zaraz wlezę w środek protestu. Choć mój wewnętrzny reporter czuje się zaciekawiony, grzecznie skręcam w jedną z przecznic.
KTÓRA WŁAŚNIE JEST ZAMYKANA.
No nie. Litości.
Kawał XVI dzielnicy zwiedziłam niechcący. I w dodatku zaczęło padać.

Nadal nie rozumiem, dlaczego to miasto mnie sobie wybrało, ale nieoczekiwany powrót tutaj przyjęłam jako coś naturalnego. I czuję się tu bardzo dobrze. Oczywiście jestem tu w wielce dziwnym czasie. Oczywiście jest tak, jak ten anonimowy ktoś napisał – historia się dzieje. A ja, czy mi się to podoba, czy nie, muszę się temu przyglądać. Muszę – i chcę.

Here’s to the girls on the go

Ostatnia podróż 2018 odfajkowana. Jestem z powrotem w domu, leżę z kieliszkiem maminego wina i czytam książki.

Londyn jak to Londyn, dobrze się mną zajął, zatroszczył się.

Zaczęłam od Antoniusza i Kleopatry w National Theatre, w którym oczywiście pojawiłam się zbyt wcześnie, więc nie miałam co ze sobą zrobić, więc polazłam do ich księgarni i… Nieważne.
Prawda jest taka, że Anglicy potrafią wystawiać Szekspira lepiej, niż jakikolwiek inny naród, bo oni go czują doskonale. Czują, że w pentametrze jambicznym zaklęty jest humor, sprośność, groteska i dwuznaczności, nawet w tragediach. Nie podchodzą do barda na kolanach, bijąc czołem w podłogę, a jego teksty jedynie na tym zyskują. Ta sztuka, wystawiana na największej scenie National Theatre – Olivier, wyposażonym w słynny Drum Revolve, obrotową konstrukcję, która pozwala na błyskawiczną i efektowną zmianę scenografii (wprowadzając tu na scenę na przykład łódz podwodną!), wystawiona śmiało, z rewelacyjną, charyzmatyczną Sophie Okonedo i niejakim Ralphem Fiennesem, wyśmienitym aktorem scenicznym (oglądałam go w Ibsenie w teatrze Old Vic parę lat wcześniej, serio, on jest wyśmienity) udowadnia, że z raptem kilkudziesięciu stron Szekspira da się wyciągnąć kryminał, romans, komedię, a na końcu ów Szekspir złamie wam serce.
Zebrałam się na odwagę i poszłam pod stage door po wszystkim, bez szczególnych oczekiwań, ale może a nuż. I powiem wam, że Ralph Fiennes jest przemiły i bardzo przystojny, acz oczywiście poza sceną wygląda uroczo niepozornie.

Następnego ranka zjadłam wszystko, co mogłam podczas hotelowego śniadania, ubrałam się ciepło i wygodnie, i pomaszerowałam na West End.
O The Inheritance słyszałam tyle dobrych rzeczy, że nie mogłam nie kupić biletu. Biletów właściwie, bo jest to sztuka w dwóch częściach, z których każda trwa ponad 3 godziny. Niektórzy postanawiają obejrzeć obie części jednego dnia, co samo w sobie jest raczej dość hardkorem, a teraz proszę sobie wyobrazić, że jesteście aktorem, który gra w obu częściach i nie schodzi ze sceny na dłużej niż dosłownie chwilkę. Mistrzostwo.
O tej sztuce niektórzy mówili, że to Anioły w Ameryce w wersji 2018 (uściślając, 2016 – jedną z kluczowych scen jest scena wyborów w USA). Trochę może tak, ale to krzywdzące porównanie, bo The Inheritance samo w sobie jest moim zdaniem arcydziełem, jedną z najważniejszych sztuk dekady, znakomicie napisaną. Dowcipną, lekką. Sztuką, która momentami drwi sama z siebie. Sztuką do bólu przejmującą, która opowiada o straconych zachodach miłości, o utracie i zdradzie. O uzależnieniu. O HIV. O dramacie ludzi, którzy, by sprawić przyjemność komuś, kogo kochają, godzą się, by się nim dzielić z innymi, a co gorsza, by dzielić się sobą z innymi. O nieuchronności wydarzeń.
To jest coś, co przeżyłam kilka razy w minionym już roku. Nagle na widowni ustaje wszelki kaszel i inne tam wiercenie się, zapada całkowita cisza, gęsta tak, że aż trudna do zniesienia. I wtem w tej ciszy słychać jakieś nieśmiałe pociągnięcie nosem. Pierwsze. Drugie. Osiemnaste. Dołączacie do tego osobliwego chóru, najpierw z pewnym zażenowaniem, bo mimo otaczającej ciemności to jednak jakoś głupio płakać publicznie, ale gdy dociera do was, że facet siedzący obok robi dokładnie to samo, spoglądacie na niego ukradkiem i widzicie, że on też ukradkiem na was spogląda w nadziei, że nie jest sam w swoim chlipaniu, wymieniacie się dyskretnym skinieniem głowy i oglądacie dalej, pochlipując już wspólnie i bez cienia wstydu.
Piękne, wybitnie poruszające przedstawienie – znowu, bez sentymentalnych zagrań, bez duszoszczypatielnych chwytów. Prawdziwe, po prostu.

Co tam jeszcze mieliśmy?
Doktora Faustusa w Sam Wanamaker Playhouse, przytulnym i klimatycznym, pachnącym słodko świecami z pszczelego wosku.
Niektórzy znawcy europejskiej dramaturgii twierdzą, że gdyby Marlowe, oj wróć, złe zdjęcie mi się podpięło, zatem gdyby Marlowe jako niespełna trzydziestolatek nie dał się ugodzić nożem w knajpie (lub też, według teorii spiskowych, gdyby nie uciekł za granicę jako szpieg), mielibyśmy dziś Marlowe’s Globe i w ogóle Shakespeare byłby tym mniej znanym nazwiskiem. Gdy ogląda się Faustusa, trudno nie zgodzić się z tym poglądem. Umiał pisać ten Marlowe, doskonale. Może i nie wrył się w powszechny język tak mocno jak Shakespeare, którego bezwiednie cytujemy całkiem często, nawet mówiąc po polsku, ale jego frazy są lekkie i bogate, a poza tym między słowami da się wyczuć jakiś mrok, jak w tej słynnej scenie, gdy Faustus pyta Mefistofelesa:
Tell me, where is the place that men call hell?
Under the heavens – odpowiada diabeł.
Ay, but whereabouts?
Within the bowels of these elements, where we are tortured and remain for ever. Hell hath no limits, nor is circumscribed in one self place, for where we are is hell.
W czasach autora ta sztuka, wybitna bez dwóch zdań, nie cieszyła się dobrą sławą, przeciwnie – w końcu mamy w niej scenę przywoływania diabła, która w słabym, migotliwym oświetleniu kameralnej sceny Shakespeare’s Globe wygląda istotnie rozkosznie diabolicznie. Nawet troszeczkę włos jeży się na grzbiecie.
W tej adaptacji role doktora i Mefisto grają kobiety, obie znakomite, obie charyzmatyczne i zabawne (scena, w której straszą procesję, jest doskonała, upiorna i zabawna zarazem).
– Ależ to było dziwne… – powiedziała pani w rzędzie za mną po ostatniej scenie.
Jestem pewna, że Marlowe roześmiałby się zadowolony, usłyszawszy taką recenzję.

Obejrzawszy spektakl w Globe, poturlałam się do dzielnicy Islington.
Żeby zobaczyć Jezioro Łabędzie w Sadler’s Wells. Gdy jedziecie do Sadler’s Wells, najlepiej wysiąść na stacji Angel. Fani Neila Gaimana uśmiechną się tu lekko.
W słynnej ostatniej scenie filmu „Billy Elliot” wzruszony ojciec Billy’ego ogląda go w Jeziorze Łabędzim i jest to ta właśnie, legendarna wersja spektaklu, w którym wszystkie role łabędzi tańczone są przez mężczyzn. Dorosły Billy pojawiający się w finale to Adam Cooper, pierwszy odtwórca głównej roli. Wielbiony przez widzów i krytyków balet w reżyserii Matthew Bourne’a od ponad 20 lat wraca co jakiś czas na scenę, żeby znowu oszołomić i wzruszyć. Jak każda rzecz Bourne’a, jest porażająco zmysłowy. Piękny. Poruszający (ten ostatni moment, gdy Łabędź trzyma Księcia na rękach…). Jako nerwus, który ciągle czymś się martwi, rzadko zapominam o bożym świecie, ale tu zapomniałam. Na dwie błogie godziny. Bourne kocha ludzkie ciało i potrafi pięknie je pokazać, ale też umieszcza je w baśniowej scenografii, przenosi was w ten wspaniały moment między jawą a snem. To spektakl olśniewający pod każdym względem i nie bez przyczyny legendarny.
W rzędzie przede mną siedział chłopiec – na oko dwunastoletni może – przez pierwszy kwadrans wyraźnie cierpiący, bo wiadomo, balet, mordęga, nuda, obciach level master. Potem go zaczarowało.

Następnego dnia dzielnie wyruszyłam z domu na lancz. Wierzcie lub nie, ale mam w Londynie znajomych, żywych ludzi, nie tylko takich, co ich dręczę pod stage door moimi nieskładnymi zachwytami. I otóż mój znajomy zabrał mnie na sylwestrowy obiad do Brasserie Zédel.
– Oliver – piszę nerwowo do znajomego, przeczytawszy nazwę restauracji – czy ty zarezerwowałeś stolik we francuskiej knajpie?…
– Haha, no tak, zastanawiałem się przez chwilę…
– Jesteś paskudnym trollem.
Tak czy inaczej, zostałam nakarmiona, napojona, uściskana i mogłam znowu pójść do teatru.
Gdy usłyszałam, że w Company gra Patti LuPone, pomyślałam, że uduszę się, będę żarła tynk, ale zobaczę. Patti LuPone, proszę państwa, to głos-legenda. Gdy byłam wczesną nastolatką zafascynowaną Evitą, wystawianą wtedy w Teatrze Rozrywki, moja madre zdobyła jakimś cudem kopię broadwayowskiego nagrania z nią w roli tytułowej i Mandym Patinkinem jako Che. Nauczyłam się tego na pamięć. Miałam 13 lat. W programie przeczytałam, że Eva urodziła się, jak ja, 7 maja. To był zatem strzał z dwururki – po pierwsze pierwsza taka premiera wielkiej rock-opery na polskiej scenie, po drugie spektakl o kimś, z kim ta nastolatka miała coś wspólnego.
Po dziś dzień znam każdą nutkę. Nie ma dla mnie lepszej Evy Peron. No i oto Patti LuPone pojawiła się na londyńskiej scenie, a ja na widowni.
To odwrócona wesja Company, w której główny bohater, Bobby, zmienił się w Bobbie, bohaterkę, która ma 35 lat i wcale nie chce wyjść za mąż.
Oczywiście LuPone, wykonująca Ladies Who Lunch, siedząc przy kawiarnianym stoliku, sącząc Vodka Stinger i śpiewając jakby od niechcenia głosem, który wam zrzuca skarpetki, dowodzi swojego absolutnego mistrzostwa, ale Jonathan Bailey jako Jamie kradnie zupełnie show.

A wieczorem, w ostatnią noc roku, wylądowałam znowu na Everybody’s Talking About Jamie, czując się bardzo dobrze, bo jednak wśród swoich. Tak, widziałam to ubiegłego roku, też w sylwestrowy wieczór, i bardzo mnie to uszczęśliwiło. Bo to dobry, ogrzewający serce spektakl, a John McCrea w roli tytułowej jest fenomenalny, choć trudno nie oprzeć się wrażeniu, że już czas, by ruszył dalej (i rusza – Jamiego wkrótce będzie grał ktoś inny).
– Czasami przychodzi prawdziwy Jamie – powiedziała pani sprzedająca programy. – Z mamą. Jest przeuroczy.

Wetknęłam obolałe od klaskania ręce w kieszenie. Poszłam Tottenham Court Road do hotelu, wzięłam gorący prysznic, zanurkowałam pod kołdrę i obejrzałam fajerwerki w telewizorze, po czym zasnęłam kamiennym snem, obudzona jedynie na chwilkę nad ranem wiadomością od pana i władcy. Zjadłam porządne angielskie śniadanie, kupiłam sobie nową torebkę i płaszcz również nowy, i wyruszyłam w podróż nazad. Zmęczona i szczęśliwa.

Jak pisałam – Londyn się zatroszczył. Bo jak śpiewał Sinatra, there is magic abroad in the air.

You do not write your life with words

Zostało jeszcze kilka dni do końca 2018, ale ponieważ – nie zgadniecie – jutro wyjeżdżam, by obejrzeć raptem siedem przedstawień w cztery doby, nie będę miała czasu na pisanie. Toteż piszę dziś, nieco przedwcześnie. Odprawiłam się już na mój 56. i ostatni lot w tym roku, pakowanie się zajmie mi najwyżej kwadrans, zatem bierzmy się do roboty.

Każdy bloger czeka na koniec roku, bo to czas, gdy może wreszcie rąbnąć solidne podsumowanie, do którego skwapliwie przygotowywał się przez długie miesiące. Nadchodzi wreszcie ten dzień, gdy można skompilować listę oczarowań i rozczarowań.
Tych ostatnich szczęśliwie nie było wiele, choć nie ma co ukrywać, były. Tych pierwszych – znacznie więcej, na szczęście.

Pierwszą osobą, która życzyła mi szczęśliwego nowego roku, był Rhys Ifans.
Naprawdę.
Zdziwiłam się, że on taki wysoki. I bardzo, bardzo sympatyczny.
Dobry znak, pomyślałam.
353 dni później trudno mi określić ten rok jako dobry lub zły. Wiem jedno – wrażeń mi nie brakowało. Pierwsze trzy miesiące były takie sobie, z ogromem podskórnego stresu. Potem ruszyło. I szczerze pisząc, jakoś mnie ten koniec roku zaskoczył. Jak to, już? Przecież dopiero był marzec.
Nie byłam ani razu w kinie i – jak na mnie – przeczytałam trochę mało książek (ale za to tylko wczoraj dwie). Słuchałam tylko starych płyt, numerów znanych od dawna, nie odkryłam żadnej nowej muzy – no, prawie żadnej – a jedynie otulałam się znanymi od lat muzycznymi kocykami bezpieczeństwa. Nie przeżyłam żadnego romansu (powzdychiwania do madryckiej policji konnej się nie liczą), nie powiłam dziedzica i raczej tego nie zrobię, ale za to moja przyjaciółka doczekała się córeczki. Nadal mieszkam w tym samym miejscu, choć rzadko tu bywam, nadal mam tę samą pracę i tego samego pana i władcę, który niestety również nadal ma tę samą pracę. Zdawać by się mogło, że zdarzyło się niewiele. Nuda.
Mimo wszystko trochę się zdarzyło.

Podróż roku: ha… w pierwszej chwili chciałam obstawić Singapur, wszak bardzo ciekawie było i pysznie się bawiłam, ale po chwili wahania wytypowałam innego laureata tej kategorii. Paryż. Miasto, którego szczerze nie znosiłam, a które w końcu mnie oswoiło, w którym wydeptałam moje ścieżki, znalazłam ulubione knajpy, ulubioną sobotnią trasę spacerową, ulubioną piekarnię, a w niej ulubioną kanapkę, niedzielny rytuał w postaci garnka muli. I piłam szampana w Folies Bergère! Paryż połknął 14 tygodni mojego mijającego roku, słownie czternaście. W przedostatni wieczór mojego pobytu dżentelmen za ladą w moim lokalnym Monoprix zaproponował mi kartę stałego klienta. Odmówiłam, tłumacząc, że ja tu tylko tymczasowo. A MOGŁAM PRZYJĄĆ.

Odkrycie roku: samotność, nawet jeśli znoszona dobrze (bo ja przecież taka samodzielna), prędzej czy później wystawia rachunek, a gdy połączy się ją z życiem w ciągłym napięciu, będzie to rachunek przykry. Ale – paradoksalnie może wam to wyjść na zdrowie.
I tym sposobem płynnie przechodzimy do bohatera roku, odzianego w skórę dżentelmena z London Ambulance Service, który mi powiedział, że nie jedziemy dziś do szpitala i że to, co mi się dzieje, jest bardzo nieprzyjemne, ale da się nad tym zapanować i będzie lepiej. I jest. Nadal postrzegam tego faceta jako anioła, bo on mi znacząco podniósł komfort życia i w dużej mierze dzięki niemu częściej niż rok temu łapię się na tym, że jestem całkowicie spokojna. Albowiem wiem, co robić, gdy dusiołek wyłazi, a w telefonie mam aplikację, która w najgorszym razie przypomina mi, jak się oddycha. Może brzmi to głupio, ale działa, a jeśli coś działa, to nie jest głupie. Dużo się zmieniło od tamtego dnia, a mój umysł wypełnił się kolekcją „happy places”, do których mogę uciec. Dbam o to, żeby weekendy były maksymalnie relaksujące, mam parę nowych rytuałów, mam też dobre wsparcie. Już nie staram się być komandosem, daję sobie prawo do poczucia się czasem krucho i delikatnie.
Drugie miejsce na tej zaszczytnej liście zajmuje frontman, człowiek, przez którego mam o parę więcej siwych włosów niewątpliwie, ale trzeba przyznać, że to dzięki niemu Paryż stał się dla mnie znośny. I te croissanty, które przynosił rano, ciepłe i takie cudownie tłuste, że masło aż zostawało na buzi (i w talii) – czyż to nie rycerskie?

Spektakl roku: Monster.
Bez cienia wątpliwości.
I mimo faktu, że mam jeszcze parę innych do zobaczenia.
Czytałam u kogoś, że po miesiącach od obejrzenia to przedstawienie nadal w nim żyje, i wywołuje uczucie bezbrzeżnego żalu, a zarazem dziwnego komfortu, pewnego rodzaju ulgi. Chyba każdy widz wyszedł z Old Vic z własną igłą cisu w sercu. W życiu nie widziałam niczego aż tak poruszającego. Tak właśnie powinno robić się teatr – odkręcać w widzu ten zawór, którego zawsze bał się dotykać. Wypuszczać z niego emocje, które sobie z premedytacją wtłoczył w najdalszy kąt świadomości, udając, że nie wie, nie pamięta, nie czuje.
I oczywiście, jak wspominałam, Stuart rozdaje absolutnie najlepsze uściski na świecie, nie żadne tam od niechcenia, ale takie z gatunku „uch, o matko… moje żebra…” i wielce troskliwe zarazem. We wprowadzeniu do skryptu reżyserka napisała, że od razu było dla niej jasne, iż sceniczny potwór nie może być lalką ani animacją, ale to musi być prawdziwy, żywy aktor o właściwej osobowości i tylko jeden facet przyszedł jej do głowy. Rozumiem, dlaczego. Ze wszystkich moich przygód pod stage door ta była najbardziej… Hm. Najbardziej.
Na drugim miejscu Murzyni we Florencji w Teatrze Nowym Proxima, z burzą za oknami i porażającym monologiem Jacka Romanowskiego, podczas którego na widowni zapadła cisza ciężka i bolesna. Na trzecim – Sea Wall. Znowu Old Vic, raptem pół godziny. Oglądałam ten spektakl online wcześniej i znałam fabułę doskonale. Mimo to po tych trzydziestu minutach byłam znowu kawałkiem zasmarkanej galarety. Dodajmy, że aby obejrzeć półgodzinne przedstawienie, które już widziałam, specjalnie poleciałam do Londynu (medal za poświęcenie i rozrzutność roku zarazem trafia do mnie, dziękuję). Na miejscu czwartym – Konformista 2029, za którego Szymon Czacki zasłużenie zgarnął nagrodę na festiwalu Boska Komedia. Nie dość wiele obejrzałam w Krakowie, trzeba przyznać. Cóż – moja krakowska kwatera główna przeważnie zarastała kurzem.
Chyba muszę wybierać zabawniejsze przedstawienia w przyszłym roku. Tak, pod względem łez wylanych na widowni 2018 był rekordowy. Szczęśliwie głównie tam się lały. Poza tym był dość pogodny. Trudny, męczący – gdy znajomi pytali, jak się mam, najczęściej odpowiadałam właśnie, że jestem zmęczona – ale jednak pogodny.
I oby tak zostało.
A zakończę go dokładnie w tym samym miejscu, w którym kończyłam 2017, i w tym samym towarzystwie.

Dobrze. No to idę, lepiej mieć to pakowanie z głowy.

img_20181227_175325-11269213784.jpg

When the shy star goes forth in heaven

Droga osobo wchodząca tu z pytaniem „co zrobić, żeby się dostać do nieba” – w sumie najprościej samolotem. Z moich obliczeń wynika, że spędziłam „w niebie” w tym roku ponad 150 godzin, czyli prawie tydzień. Jeśli zaś o niebo w sensie metaforycznym chodzi, to mam nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas nie będę mogła udzielić odpowiedzi na to pytanie. Poza tym z moją rogatą duszą jestem raczej bez szans. Zwłaszcza że ostatnio co wieczór z lubością sprzedaję duszę diabłu, ponieważ BBC ponownie wyemitowało radiową adaptację cudownego spektaklu The Wild Bride i przepadłam. Dostępne jeszcze przez 23 dni, co oznacza, że wysłucham tego jeszcze przynajmniej 23 razy. Lubię nabawiać się obsesji. Generalnie moje życie składa się z obsesji, ale szczęśliwie są one raczej niegroźne dla mnie i otoczenia, nikogo nie nachodzę ani coś, raz goniłam ulicą, fakt, ale to się nie liczy. W tym przypadku tylko słucham radia, a to nigdy nikomu nie zaszkodziło. Chyba.

Jest jeszcze inne niebo.

Spotkałam się dziś z moją przyjaciółką. Nie widziałam jej od blisko roku. Trudno się dziwić, ja ogólnie jestem słaba w widywaniu ludzi ostatnimi czasy, bo ciągle mnie nie ma. Przyjaciółka zdążyła w tym czasie powić cudną dziedziczkę, ja… no cóż. Umówiłyśmy się w cukierni, dość obłędnej, wyściskałyśmy się, zamówiłyśmy po dwa ciacha każda (specjalnie obiadu nie jadłam), przyjaciółka wręczyła mi prezent (wyszłam na podłe babsko, nie pomyślałam, że święta idą, a ona wpadła z tomem reportaży z Azji, bo wie, że lubię – muszę jej przywieźć coś fajnego), pokazała dziedziczkę i zapytała bezceremonialnie:
– Co ty za numery odstawiasz?
– Jakie numery?… – zdziwiłam się.
– Coś mi na Facebooku mignęło o pogotowiu.
– Kiedy? Ach! To było w maju!
– Coś ci się stało? Jesteś chora?
– Nic mi nie jest.
– No jak to nic ci nie jest, jeśli do ciebie pogotowie wzywają?!
– To było siedem miesięcy temu! Siedzę przed tobą i jem ciastko!
– Byłaś u lekarza?…
– Byłam.
– A hormony ci zbadali?
Sztorcowana przez kogoś, kogo znam dokładnie pół życia, z kim przerobiłam wiele wieczorów nad winem, wiele poranków nad kawą, wieczory autorskie, seanse w kinie, tańce do rana na nieistniejących już parkietach, straszne kłótnie, rozstania i powroty, starania o tego samego mężczyznę (myśleliście, że takie historie tylko w serialach z Jennifer Aniston?…), rodzinne tragedie, zawodowe zawirowania – poczułam się nagle bardzo bezpiecznie. Jak już kiedyś pisałam, mój obecny tryb życia ma jeden duży minus – jestem zwykle sama. Ze świadomością, że mogę polegać tylko na sobie. Można do tego przywyknąć, ale nie można udawać, że to nie jest spore emocjonalne obciążenie.
– No, ale przynajmniej zawarłaś nową ciekawą znajomość – stwierdziła moja przyjaciółka.
Tak, można tak powiedzieć. Też na to patrzę z tej perspektywy.
Zjadłyśmy, pogadałyśmy, pośmiałyśmy się, uściskały ponownie w padającym śniegu. Nie wiem, kiedy znów się zobaczymy; być może wiosną. Ale wiecie, dla mnie te dwie godziny to naprawdę było niebo. Być z kimś bardzo bliskim, kto we mnie czyta jak w otwartej książce i kto mi książkę przyniósł, bym się nie nudziła w święta, kto się martwi, czy ze mną wszystko w porządku, z kim rozumiem się bez słów i mogę pogadać o wszystkim od zaopatrzenia naszych osiedlowych Żabek, przez regularność miesiączek, treny Kochanowskiego i ostatnie spektakle w Starym, po strachy, które budzą nas w nocy.
Przyjaźń to jest trudny związek. Ale bez niej toby człowiek był jak ten cymbał.
Rzekłabym zatem, drogi poszukujący, że najprostszym sposobem, by dostać się do nieba, jest ona właśnie. Przyjaźń.

Home is where…

Podobno rozwód jest jednym z najbardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka.
Nigdy się nie rozwodziłam, ale wierzę. Uważam jednakże, iż na listę tych szczególnie przykrych, niszczących nerwy okoliczności powinno się wpisać otwieranie skrzynki pocztowej po urlopie. Osiemnaście beztroskich dni minęło i niestety nadszedł ten smutny poranek, gdy trzeba było odpalić służbową machinę w nadziei, że rzeczywistość potraktuje mnie łagodnie. W miarę.
Wszyscy znamy tę cudowną biegunkę umysłową rankiem w dniu powrotu do roboty: „na pewno o czymś zapomniałam i się pieklą, na pewno coś przed wyjazdem zawaliłam i się pieklą, na pewno odkryli, że dwanaście lat temu przejechałam się służbową taksówką trzy ulice dalej do chłopaka i się pieklą, a może zostawiłam na biurku zapisane hasło do komputera, na pewno zamykają nasz oddział, w ogóle firma upadła, na pewno, na pewno…”.

Wzięłam głęboki oddech, otworzyłam, a tu nic wielkiego. Biuletyny, świąteczne akcje dobroczynne, spam hotelowy, przypomnienia o boleśnie nudnych obowiązkowych szkoleniach, zaproszenia na spotkania, które już się odbyły i nikt nie zauważył mojej nieobecności. Informacja o wpadnięciu w wyższy próg podatkowy – aż mnie zatchnęło, gdy zobaczyłam kwotę, jaką w ubiegłym miesiącu państwu oddałam, a Mierzeja nadal nieprzekopana. Pocieszam się, że może to pójdzie na planowaną rozbudowę terminalu w Balicach, bo wygląda na to, że będę w nim upierdliwie częstym gościem. Drugim i ostatnim bowiem mailem, który natychmiast zwrócił moją uwagę, był ten od mojego szefa, zatytułowany znacząco Draft Schedule 2019. Zajrzałam i pokiwałam głową w zamyśleniu.
Mais oui.
Przeżyjemy.

Tymczasem za miesiąc o tej porze będę znowu w mieście Londyn. Dawno mnie tam nie było, nieprawdaż; w ogóle dawno nie było mnie nigdzie w ogóle. Okołonoworoczny to wyjazd, taką mam tradycję od paru lat i bardzo mi z nią dobrze. Ceny hoteli w tym roku są absolutnie kuriozalne, jakby wszyscy chcieli zobaczyć Wielką Brytfannę przed Brexitem, ale trudno. Tradycja to tradycja. Skromny hotel, w którym zazwyczaj się zatrzymuję, ma ceny wyższe niż sąsiedni Radisson. Zmrużyłam oczy. Poczekam na rozwój sytuacji.
Czasami ktoś się dziwi, że wolę spędzać wieczór sylwestrowy, siedząc w teatrze w obcym kraju i wracając do hotelu przed północą, ale to przecież najbardziej moje z moich rozwiązań. Poza tym balować już nie lubię, a dla pana i władcy święta wszelakie to czas wytężonej pracy, więc zamiast irytować się na małoletnich sąsiadów tłukących racami pod moim balkonem, mogę zrobić to, co robić lubię najbardziej.
I na wiosnę też będę w mieście Londyn, albowiem niejaki Tom Hiddleston wstępuje na scenę, a choć nie wyrywam sobie włosów w ekstazie na jego widok, to jednak należy korzystać z okazji. Bilecik nabyłam ze zdumiewającą łatwością, by godzinę później uświadomić sobie, że dwa miesiące temu kupiłam bilet na ten sam dzień, na inne przedstawienie. Westchnęłam głęboko, obdarzyłam samą siebie żarliwym epitetem, po czym zadzwoniłam na infolinię instytucji Delfont Mackintosh, gdzie bardzo miła pani bardzo aksamitnym głosem spytała, jak może mi pomóc, zaproponowała kilka innych terminów i znalazła lepsze miejsce, po czym poprosiła o podanie numeru karty i wtedy autorka dostała gwałtownego napadu kaszlu (bo we właściwym sobie stylu przeziębiła się natychmiast po powrocie z wakacji).
– Wszystko w porządku? – spytała pani na telefonie z uprzejmą angielską troską.
– Tak – wyrzęziłam. – Przepraszam, jestem troszkę chora.

Poza tym mieszkanie odkurzone, lodówka zapełniona, pościel zmieniona; moja kwatera główna znowu wygląda, jakby ktoś w niej mieszkał. Ptaszyna i motyle zerkają na mnie kontrolnie ze ściany – wreszcie nie muszą pilnować domu.
I właścicielki śpiącej głębokim snem we własnym łóżku.

Singapore Sling

W grudniu 2011 kupiłam bilet do Japonii. Zawsze o niej marzyłam, zawsze o niej mnóstwo czytałam i obiecywałam sobie, że któregoś dnia wezmę i pojadę. Któregoś dnia błąd taryfowy pewnej linii lotniczej sprawił, że bilet znalazł się w moim finansowym zasięgu. Modliłam się nad nim w niezdecydowaniu przez cały dzień, a wieczorem kupiłam.
I wtedy ogarnęła mnie panika. Czy ciebie pogrzało już całkiem, dziewczyno? Do Japonii? Sama? Do tej Japonii w Azji? W każdym razie kasa z konta poszła, bilet został wystawiony, urlop wyszarpałam, nie ma zmiłuj. No i poleciałam. Cały dowcip z atrakcyjną ceną mojego biletu polegał na tym, że wylatywałam z jednej europejskiej stolicy, a wracałam do innej. I pamiętam jak dziś moment, gdy dojeżdżałam do lotniska w Rzymie – chyba posiniałam wtedy z przerażenia, zrozumiawszy, że teraz to już naprawdę nie ma odwrotu. Okropnie się bałam.
Ale – poleciałam, świetnie się bawiłam, wróciłam cała i zdrowa. Od tamtej pory podobne czynności podejmuję regularnie. Bo to łatwe. Dla mnie łatwe, bo najlepiej podróżuje mi się w pojedynkę – może się zdawać, że to bardziej ryzykowne, w końcu jest tylko jedna osoba, która może w drodze zadbać o wasz tyłek i jesteście to wy sami, ale paradoksalnie to prostsze; nie trzeba z nikim niczego dogadywać, na nikogo czekać, nie martwić się o to, co będzie, gdy się pokłócicie. Nie zrozumcie mnie źle – potrafię wojażować w towarzystwie i nie duszę ludzi poduszką, gdy zasypiają, ale przynajmniej raz w roku muszę dokądś wystrzelić sama. Zresztą… człowiek w drodze nigdy nie jest sam. Czasami przegada się całą drogę ze współpasażerem, czasami ktoś was wepchnie do właściwego autobusu, narysuje drogę do najlepszej knajpy w okolicy albo nawet do niej zaprowadzi. Jest to zawsze pewien akt wiary, ale zwykle wychodzi na dobre. Co ważne, znakomicie też robi na pewność siebie.
Tak sobie niekiedy myślę, że dobrze byłoby ruszyć zadek w przeciwnym kierunku, bachatę na plaży potańczyć czy też amazońskie pijawki od chudych łydek odrywać, ale na razie ciągle mam potrzebę wracania do Azji. Bo mi tam wszystko odpowiada. Wilgotność powietrza, jedzenie (i powietrze pachnące jedzeniem, o tak, to kocham najbardziej), życzliwi lokalsi, miasta najeżone kosmiczną technologią i wysepki, gdzie podczas marszu można spotkać najwyżej ważkę. Od ostatniej wizyty minęły dwa lata, a że germański przewoźnik kusił promocją, to jakoś tak się stało, że poleciałam do tego Singapuru.
A mogłam nie.
Przyjeżdżam sobie cała zadowolona, w moim efektownym turystycznym rynsztunku (dres i abibasy) na lotnisko, idę do stanowiska odprawy, podaję panu paszport, pan przeciąga go przez tę swoją maszynkę, gdy wtem… BIIIP. Jeszcze raz. BIIIP.
– Coś nie tak? – pytam kurtuazyjnie.
– Nie nie, tylko… Hm. Spróbujmy jeszcze raz.
BIIIP.
– Chwileczkę, zadzwonię po kolegę.
Kolega przybywa z odsieczą, nie śpiesząc się zupełnie, ponieważ dlaczego miałby. Kombinują, kombinują, wpisują moje dane ręcznie, różne takie…
BIIIP.
– Takiego błędu jeszcze nie widziałem – mówi wreszcie kolega. Bardzo to pocieszające.
– Ale… mogę polecieć?
– Musi pani poprosić w Monachium o wydanie karty pokładowej na kolejny odcinek. Nie ma pani zakazu wjazdu do Singapuru czy coś?…
Prędzej wystawi mi go Wielka Brytania za gonienie aktorów po ulicach.
No dobrze. Poleciałam do Monachium, w którym powtórzyła się ta sama historia, ale kartę pokładową wreszcie dostałam i odleciałam w kierunku wschodzącego słońca.

– Je pani wieprzowinę? – zagaduje taksówkarz wiozący mnie przez szerokie i zalane deszczem ulice kilkanaście godzin później. – Bo obok pani hotelu podają świetną zupę ze świńskich wnętrzności.
(Nie spróbowałam jej koniec końców – aj, ten zapach – ale może następnym razem się przemogę).
W pokoju hotelowym – na Instagramie średnią karierę by zrobił, ale był bardzo funkcjonalny, a przede wszystkim miał wygodne łóżko, gorącą wodę pod prysznicem i szalejącą klimatyzację – padam i zasypiam, by budzić się po wielokroć w ciągu nocy z poczuciem całkowitego wyspania. To jest ten drobny minus okrągłej Ziemi – wasz mózg ogarnia, że zniknęło wam parę godzin z doby (lub przybyło), ale organizm reaguje z pewnym opóźnieniem. Jesteście pełni energii o trzeciej w nocy, ale padacie na mordę w południe. Na szczęście to dość szybko mija.
Następnego ranka spakowałam plecaczek, wypiłam morderczo słodkie kopi i ruszyłam w miasto.
Przez siedem kolejnych dni pysznie się w tym mieście bawiłam. Słowo „pysznie” jakoś mi się napatoczyło pod palce, ale ono dobrze opisuje Singapur. Dla każdego, kto lubi jeść, to miejsce jest Arkadią. Jedzenie jest wszędzie. Wszystkie kuchnie Dalekiego i Bliskiego Wschodu, kuchnie Europy i obu Ameryk, wszystko. WSZYSTKO. Każda jadalna rzecz na tym globie. Za grosze. Słynne hawker centres bywają otwarte 24 godziny na dobę i to jest bijące serce tej części świata. Wybieracie stoisko, wybieracie numerek potrawy, której zdjęcie do was najbardziej przemówiło (albo po prostu mówicie, że chcecie to samo, co ktoś przed wami), w oczekiwaniu na wydanie zgarniacie plastikową łyżkę i pałeczki, zanosicie do stolika, zimne piwo samo zjawia się po chwili. I jest pięknie.

Najgorsze teksty podróżnicze zaczynają się formułką „miasto/kraj kontrastów”. To gdy autor nie wie, co napisać. Polska – kraj kontrastów. Londyn – miasto kontrastów. Nowa Huta – dzielnica kontrastów. Idealne na każdą okazję. Ale Singapur to naprawdę JEST miasto kontrastów. To miejsce, w którym idziecie sobie przez Southern Ridges i słyszycie wrzaski małp, a w dole, całkiem bliziutko błyszczą szklane wieże i portowe żurawie. To miejsce, w którym możecie minąć trzy świątynie trzech różnych wyznań stojące niemalże płot w płot – mój hotel też sąsiadował z jedną – a słońcem na wyspie Sentosa (bez wątpienia jedno z najdziwniejszych miejsc, w jakich byłam) będą się cieszyć tak samo muzułmanki i tybetańscy mnisi. Miejsce, w którym muzeum sztuki i techniki jest oddalone o kwadrans spacerem od siedliska wydr. Miejsce, w którym jedna knajpa podaje rzeczoną zupę ze świńskich wnętrzności, a druga po sąsiedzku informuje w szyldzie, że wszystko halal. Trzecia to hipsterska kawiarnia z truflowym tiramisu. W hawker centre bankier z Londynu siorbie kluchy równie zapamiętale, co lokalny dziadzio w klapkach. I wszystko się zgadza, wszystko do siebie pasuje, wszyscy są na miejscu.
(Wczoraj, gdy zatrzymałam się na kolację przed wyjazdem, dwóch takich właśnie dziadziów pilnowało mojej walizki, gdy stałam w kolejce po laksę, żeby zjeść coś gorącego. Nie poprosiłam ich. Zgłosili się na ochotnika).

Pogoda była… no, jaka była. Nie wszystkie plany udało się zrealizować (chciałam popłynąć do Indonezji), w niektóre poranki budziły mnie upiorne grzmoty i moja poczciwa, stara, zakopiańska kurtka przeciwdeszczowa chwilami nie dawała rady, ale gdy tylko pojawiała się odrobina słońca, niżej podpisana pędziła co metro wyskoczy na plażę. A poza tym gubiła się chętnie i z premedytacją w mieście, w którym zgubić się naprawdę trudno – Singapur jest w gruncie rzeczy nieduży, mądrze rozplanowany, ma znakomity transport publiczny, a w najgorszym wypadku zawsze ktoś pomoże, bo tubylcy są bardzo mili. I jest niebywale bezpieczny, z czym oczywiście pewien związek ma bardzo surowe prawo. Gdy człowiek jedzie metrem, może kontemplować plakaty informujące grzecznie, że molestowanie jest przestępstwem, za które grozi aresztowanie, dwa lata więzienia i chłosta.

Dwadzieścia cztery godziny temu docieram na lotnisko. Oddaję walizkę.
– Dobry wieczór. Leci pani do Krakowa?
– Tak jest.
– Mhm. Do Krakowa zatem?
– Tak.
– Przepraszam, że dwa razy pytam, ale jak się pomylę…
– Nie ma problemu.
Wsiadam. Zajmuję mój kącik pod oknem. Nie żeby okno było potrzebne, bo widać tylko ogromne skrzydło. Pozostałe dwa miejsca obok mnie wolne. Och, wszyscy święci, proszę, niech tak zostanie. Spędzę tu trzynaście godzin. Proszę, proszę… Wpatruję się w te dwa puste fotele, mantrując w myślach, gdy wreszcie pada wyczekiwane:
– BOARDING COMPLETED.
Modły wysłuchane.
Wspomniane trzynaście godzin później smok z „Deutschland” na burcie (ochrzczony przez samą Angelę Merkel ponoć) cumuje we Frankfurcie z zaspaną i nieco połamaną autorką na pokładzie. Jeszcze tylko godzina i będziemy w domu. W domu zimno jak sk… zimno bardzo, więc biorę wrzący prysznic, wciągam niezbyt gustowną, ale grubiutką piżamę, pędzę do łóżka i cóż, nie mogę zasnąć. Toteż piszę.

It’s not the years, honey. It’s the mileage.

Jestem na urlopie.
Oficjalnie.
Przez dwa tygodnie kiwam nóżką i mam w głębokim poważaniu wszystko poza prognozą pogody.
Mój szef zadzwonił wczoraj, by życzyć mi przyjemnych wakacji i ze swoim uroczym uśmiechem zapowiedział co nieco na przyszły rok. Z jakichś przyczyn bardzo go bawi oznajmianie mi, dokąd tym razem mnie wysyła – ale jedno trzeba mu przyznać, dba facet o to, żebym się nie nudziła. (Zresztą w ogóle o mnie dba. Po raz pierwszy w życiu mam szefa, dla którego naprawdę chce mi się pracować i do którego mam całkowite zaufanie).
W ogóle to mamy w zespole nowego kolegę. Kolega chyba jeszcze nie wie, na jaką karuzelę kupił bilet. Wprowadzając go w arkana, staram się dawkować wrażenia, żeby nie zwiał w popłochu. Poszłam dni temu parę na obiad z innym moim kolegą, który dla odmiany mnie odbierał z recepcji pierwszego dnia, przestraszoną, spiętą i w odprasowanym garniturku. Garniturki porzuciłam jakiś czas temu, niezbyt praktyczne przy moim trybie życia, a tenże kolega obecnie robi coś innego, niemniej dobrze zna uroki mojego – i niegdyś jego własnego – zajęcia.
– Nowego macie, widziałem?
– Tak.
– Mhm… – uśmiecha się dżentelmen między jednym kęsem a drugim. – Tylko go nie przestrasz.

W każdym razie. Dość o pracy. Jestem na urlopie.
Jestem prawie spakowana. To się staje coraz prostsze i zajmuje coraz mniej czasu. I zabieram coraz mniej rzeczy (i tylko te wygodne). Na przykład odkryłam męskie kosmetyki 3 w 1 za dychę – pewnie chemii tam nawalone nieprawdopodobnie, ale cóż z tego, skoro o dziwo moje piekielnie wybredne i trudne w obsłudze włosy, które nie reagują na cudowne i horrendalnie drogie apteczne szampony z wyciągiem z łez morskiego ślimaka wymarłego w plejstocenie, po tym prostym wynalazku dla chłopów są gładziutkie jak szkło, a ja w dodatku oszczędzam miejsce w walizce. Jak wiemy, każdy centymetr miejsca w walizce jest bezcenny, gdy się wraca.
Jednakże…
Ponieważ nie jadę do pracy, tylko na wakacje i w dodatku niezbyt długie, postanowiłam zabrać mój mniejszy kuferek, który przez ostatnie dwa lata nie podróżował wcale. Wszystko się zmieściło, elegancko, gra muzyka. Usiadłam zadowolona z siebie i wtem oko mi spoczęło na stojącej w kącie Mojej Walizce. Walizce, która przez ostatnie dwa lata z hakiem była mi najbliższą przyjaciółką, towarzyszyła mi tu i tam, i choć porządna, po tych dwóch latach wygląda na nieco steraną życiem. Raz mi się zgubiła. No i właśnie, przed chwilą oko mi spoczęło na niej, pustej i stojącej w kącie, z tą wstążeczką zawiązaną na rączce, i zrobiło mi się przykro. Z POWODU WALIZKI. I teraz myślę, czy się przepakować i jednak zabrać ją ze sobą.
Mama moja śmiała się kiedyś, że zadzwoniłam do niej, wróciwszy do Krakowa, czekając przy taśmie bagażowej, rozmawiałam, rozmawiałam, po czym wtem wrzasnęłam z ulgą i uciechą: „WALIZKA!!” i rozłączyłam się natychmiast. Sami widzicie, jaki to związek. Jedziemy razem, kochana.

Chyba mam drobny Reisefieber. Zresztą gdy przed chwilą dostałam powiadomienie od germańskiej linii lotniczej, której jutro zawierzam mój tyłek, że odprawa otwarta, jakoś tak mi ciśnienie skoczyło.
Spokojnie, spokojnie. Damy radę, nie po raz pierwszy, nie ostatni.

Poza wszystkim udało mi się kupić bilecik na spektakl w ramach urodzinowego tournee Iana McKellena, i jestem dość uradowana tym faktem, zwłaszcza że jedyna data, która mi pasowała, to teatr nieduży, więc sir Ian będzie blisko.
Ze spokojem mogę zatem stwierdzić, że bywało gorzej.

Don’t ask for security, ask for adventure

Witajcie, Ziemianie.
Jestem w domu. Na dobre. To znaczy do niedzieli, bo w niedzielę zaczynam wakacje.
Dziwnie było wracać w piątek. Siedziałam tam tak długo, że zrobiło mi się dość sentymentalnie (choć oczywiście nie na tyle, by nie cieszyć się wizją powrotu). Frontman rano czekał w recepcji, by zapakować nas i nasze bagaże do Ubera, i po raz ostatni pojechaliśmy do biura.
– Odbierzesz klucze do naszego pokoju? Poczekam tu z naszymi tobołami.
(Francja, nowoczesność, tu nadal używa się kluczy).
– Po francusku, Ola! – słyszę za sobą głos z korytarza. Łatwo ci mówić. Ty jesteś dwujęzyczny, ja umiem zamówić kawę i wymienić proste uprzejmości, i się cieszę, kiedy mnie kelner zrozumie.

Frontman, gdy szczęśliwie dotarliśmy na nasze opustoszałe piętro, jak zwykle znikł na kwadrans, by wrócić z ciepłymi croissantami.
– Ostatnie. Bierz. Dziś jest twoja trzecia rocznica w firmie? Naprawdę? Gratulacje. Nie uściskam cię, bo to byłoby niezręczne, ale gratulacje.
Oj tam, zaraz niezręczne, frontman. Spędziliśmy ze sobą dwa miesiące. Od rana do wieczora. Poza tym za te moje wyprute żyły i pozytywną odpowiedź na pytanie: „czy mogłabyś wrócić tu w poniedziałek i zostać do końca października?” to może jednak przytulas by mi się należał. Acz przyznaję, byłoby to nieco, hm, niestandardowe, tylko w sumie co z tego. Ja tam lubię.
Parę godzin później odmeldowuję się po raz ostatni. Frontman ściska mi rączkę zapamiętale.
– Dobra robota. Naprawdę… naprawdę dobra robota.
Ech, chłopie, gdybyś ty wiedział, ile znaczą twoje słowa po wszystkim, co przeżyłam w tym roku…
– Przepraszam, że byłem marudny i nerwowy czasami.
Marudny owszem. Widziałam bardziej nerwowych. I nie chowam urazy, na twoim miejscu każdy by się denerwował.
– Muszę ci powiedzieć, że chyba mnie trochę uratowałaś.
– Bardzo miło mi to słyszeć. Muszę lecieć, pociąg.
– Nie wygłupiaj się, łap taksówkę. Akurat dziś może być szybciej samochodem, mnóstwo Francuzów ma wolne. To i tak na mój koszt. Do następnego razu!
– Do następnego razu.

Istotnie, frontman co nieco mi zawdzięcza.
Ale i ja zawdzięczam jemu, bo on mi Paryż odczarował. Pamiętacie przecież, jak to było. Dwa lata temu – stres i womit prawie co rano (i deszcz, i okropne mieszkanie, w którym wszystko się psuło). W lipcu – jeszcze gorzej. W lipcu, zdenerwowana do szpiku kości, zgnębiona nadmiarem roboty i fatalną atmosferą w pracy, byłam o włos od kolejnego napadu, który w końcu się zdarzył, nie tak ostry, ale jednak, zresztą w środku spotkania. Nikt o tym nie wiedział, ale moje notatki z tamtego spotkania są nie do odczytania, wyglądają jak zapis sejsmografu (tak czy inaczej, zawsze będę wdzięczna opatrzności za zesłanie mi wtedy w maju tego anioła, który mnie przekonał, że choć to okropne uczucie, nic mi się nie stanie – wspomnienie tamtych wydarzeń paradoksalnie stało się całkiem skutecznym „happy place”). Moje nerwy, chaos i brud paryskich ulic, wieczne „ne marche pas”, upał, ciasne mieszkanie – to wszystko sprawiało, że znowu poczułam, iż powinnam trzymać się jak najdalej od tego miasta. Również w lipcu poznałam frontmana po raz pierwszy – sympatycznego gościa z wdzięcznie cynicznym dowcipem i wielką wiedzą o winach, brytyjskiego do szpiku kości, choć gdy przestawia się na francuski, staje się od razu bardziej obcesowy – jednak język definiuje nasze zachowania bardzo mocno. Pomyślałam wtedy: szkoda, że nie jestem w jego drużynie, może byłoby łatwiej.
A ponieważ opatrzność ma poczucie humoru, z początkiem września dołączyłam do jego trupy jako koło zapasowe, bojąc się nieco, że mój dusiołek znowu odstawi focha. Nic takiego się nie stało. Przez bite dwa miesiące byłam spokojna, a Paryż koniec końców polubiłam. Za co, to już wiecie – zmuszanie mnie do mówienia po francusku, wystawy, tłuste jedzenie, wino, Folies Bergere, wystawy, wino, jedzenie… Ta ostatnia przygoda udowodniła mi bardzo dobitnie, że nie chodzi wcale o to, by wychodzić z tej nieszczęsnej strefy komfortu, że to wcale żaden taki znowu sukces nie jest. Chodzi o to, i to jest moim zdaniem bardziej w życiu potrzebne, żeby nauczyć się wytwarzać ją wokół siebie. Wylądowaliśmy w trudnej sytuacji i w miejscu, którego żadne z nas nie kocha, ale frontman je sobie oswoił. I mnie także to podejście w końcu wpoił niechcący – „nie mamy wyjścia, więc…”.
I jego koło zapasowe w końcu się przydało. Po raz pierwszy od dawna mam poczucie, że naprawdę zrobiłam coś dobrze.

Czekając na taksówkę w Balicach w piątkowy wieczór, zaobserwowałam panią, która wsiadała do taryfy z ogromnym bagażem.
– Ależ to kobiece! – rzekł jej kierowca. Pomińmy milczeniem.
– A to tylko trzy dni, wie pan? – odparła szczebiotliwie pani. Ja i moja walizka wymieniłyśmy znaczące spojrzenia.

img_20181106_1531031222818301.jpg

Na spojrzenia czasu wszak wiele nie było, gdyż oto zjawił się mój taksówkarz, niebywale gadatliwy, co mi nawet pasowało, bo ja lubię takich.
– Pani z Paryża wraca? Przepiękne miasto. Te bulwary! Czy pani widziała, że wszystkie łuki stoją w jednej linii…
W sumie to nie wszystkie. Te trzy najważniejsze owszem. Łuków w Paryżu jest znacznie więcej, niemniej to fakt – Droga Triumfalna i gwiaździsty układ głównych arterii są imponujące, i dzięki temu nawet taka melepeta jak ja, która wszędzie się zgubi, nie gubiła się w centrum Paryża.
– Ale wie pani co, Nicea, Nicea też piękna. Raz tam byłem w kasynie i przegrałem strasznie. Lubi pani tę Francję tak w ogóle?
Obleci.

Tymczasem w kraju ojczystym odbieram nadgodziny, zajmując się grabieniem liści pod lazurowym niebem i muszę przyznać, że dawno nie czułam się tak wyluzowana. Ludzie chodzą do spa czy inne takie, a ja liście grabię.

Rien de rien

Przygoda dobiega końca.
Trzy ostatnie noce.
Czuję się, jakbym siedziała w Paryżu od zawsze. Gdyby ktoś z początkiem roku powiedział mi, że spędzę tu czternaście tygodni, wyśmiałabym go. Nie tak to wszystko miało wyglądać. No, ale tak wygląda i co poradzić.
Przyzwyczaiłam się do ruchu ulicznego – okazuje się, że człowiek może znacząco poszerzyć swoje pole widzenia, jeśli nauczy się, iż zza każdego rogu i autobusu może wyjechać motocyklista – i tego, że o ósmej rano jest ciemnawo. Właściwie do wszystkiego. Jak zawsze powtarzam, człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja. Nie ma innej opcji zresztą.
Nie może tylko myśleć o jednej rzeczy – że tęskni. Tęsknotę trzeba upchnąć na dnie walizki.
Miniony weekend spędziłam troszkę w domu (jak zwykle, piorąc i śpiąc), poprzedni za to był stuprocentowo paryski, bardzo słoneczny, bardzo przyjemny. Starałam się wycisnąć z niego jak najwięcej, biorąc pod uwagę nadchodzącą jesień i mój rychły odjazd na dobre. Oblazłam zatem całe miasto, od Grand Palais (wystawa Miró – bardzo, bardzo warto) i otwartego akurat bezpłatnie Petit Palais aż do Lasku Bulońskiego, a dokładniej olśniewającego muzeum Fundacji Louis Vuitton. Z buta, gdyż jestem twardziel, pogoda była oszałamiająca i tylko raz zgubiłam się po drodze.
Sam budynek Fundacji LV, zaprojektowany przez Franka Gehry’ego, to generalnie imponujący szklany statek, a w środku mnóstwo sztuki (Egon Schiele i Jean-Michel Basquiat – dwie wspaniałe, bardzo intensywne wystawy dwóch wybitnych, zmarłych młodo artystów, których prace zaskakująco wiele łączy).
W niedzielę było jeszcze śliczniej, podreptałam sobie spokojnie wzdłuż Sekwany do Instytutu Świata Arabskiego na wystawę tyleż oszałamiającą, co łamiącą serce w drobne kawałki – Wieczne miasta, cyfrową podróż po Mosulu, Aleppo, Palmirze i Leptis Magna. Z tych miast zostało, co zostało i co niestety możecie zobaczyć na własne oczy, czując narastającą… no nie, to nie jest złość, to poczucie wkurwu, bezsilności i rozżalenia – ale twórcy wystawy nie tylko wysłali drony nad ulice, byście mogli nimi pochodzić. Zaprzęgli też nowoczesną technologię, żeby odbudować świątynie, meczety i katedry. Jest to dość niesamowite.

Po wszystkim, oczywiście, mule. Popite białym winem w należytej ilości, gdyż wino bardzo pomaga strawić wszystko, a poza tym to ostatni raz na jakiś czas. Zdążyłam jeszcze nacieszyć się nimi w knajpianym ogródku, co w Paryżu nie jest tak romantyczne i relaksujące jak w takim na przykład Krakowie, bo generalnie siedzicie pośrodku chodnika albo prawie na przystanku autobusowym, ktoś na was dmucha dymem, coś trąbi, miejsca jest tak mało, że zamówienie nie mieści się na stoliczku, a kelner je pomylił, ale jest uroczy, więc co tam.

Gdy wróciłam tu w niedzielę z Krakowa, wiatr zimny hulał i pociągi zatrzymali, bo ktoś porzucił bagaż na jednym z dworców, więc saperzy musieli przyjechać… Gapiłam się zatem na ołowiane niebo za oknami nieładnie pachnącego i uparcie nieruchomego wagonu, ściskając na podołku mój bagaż. No błagam.
Ale wreszcie dotarłam. Mama zaśmiała się, gdy zadzwoniłam i westchnęłam, padając na łóżko w kurtce i szaliku: „jestem już w domu”.
– Wiesz, co powiedziałaś?…

Ici, c’est confortable

Miniona niedziela.
Siedzę na stopniach bazyliki Sacre-Coeur i piję wino z plastikowego kubka. Pode mną cały Paryż, doskonałe linie bulwarów, wieże Notre Dame, migocząca rytmicznie i cierpliwie Tour Montparnasse na lewym brzegu.
Ciepło. Właściwie to upalnie. Ani jednej chmury. Ludzie tańczą, bo ktoś gra na bębnach, ktoś puścił „Milord” Edith Piaf.
Siedzę na schodach i piję wino, ponieważ akurat winobranie świętujemy na Montmartre. Chwilę wcześniej zapaliłam świeczkę w bazylice, na szczęście, zawsze zapalam.

– Otworzyć ci tę butelkę? – pyta miły i wielce przystojny dżentelmen w jednej z budek.
– Mój Boże, nie. Poproszę tylko o kieliszek czerwonego. Ale butelkę możecie mi zapakować na wynos.
– Mój brat ci zapakuje. Polecam też nasze białe. Bo to nasza winnica. Brat kupił i teraz u niego pracuję. Masz brata?
– Niestety nie. Zawsze chciałam.
– To masz szczęście. Ja nigdy nie chciałem i sama widzisz. Proszę, twoje wina i nasza wizytówka. Jesteśmy w środku niczego, ale gdybyś była w pobliżu…

Może będę. Kto wie.

Miniona sobota.
Nie ma co się śpieszyć ze wstawaniem, Paryż nie budzi się wcześnie, a o tej porze roku słońce też wschodzi raczej leniwie.
Schodzę zatem raczej głęboko późnym przedpołudniem do kawiarni na rogu, słyszę „madame, bonjour!”, zamawiam kawę i spritz, taki lokalny spritz, z likierem St Germain, z kwiatów czarnego bzu. Spożywam, kiwając nóżką, słońce świeci bezczelnie letnio. Staram się błysnąć moją żenującą francuzczyzną, ale kelner macha ręką i odpowiada po angielsku:
– Jestem z Brazylii.
Ma się rozumieć.

Z kawiarni… napisałabym, że pobiegłam, ale już i tak już byłam spóźniona, więc poszłam z rękami w kieszeniach prosto do Musée Yves Saint Laurent.
Wspaniała wystawa. Jak zapewne zdążyliście zauważyć, niżej podpisana troszkę lubi modę (dlatego wykręca sobie szyję, oglądając tutejsze wystawy), zatem była w siódmym niebie. Kreacje oczywiście przepiękne, ale największe wrażenie paradoksalnie robi proste i przytulne zarazem studio YSL, białe, pełne książek, z biurkiem zastawionym gadżetami, z manekinem odzianym w płócienną marynarkę z widocznymi szwami – Yves Saint Laurent z każdym ubraniem zaczynał w ten sposób. Trochę to przyjemna, cicha biblioteka, trochę gabinet szalonego lekarza.
Bardzo miłe to muzeum i zdecydowanie warte odwiedzenia.
Napatrzywszy się na płaszcze, na które nigdy nie będzie mnie stać, wyruszyłam dalej. Na drugi brzeg Sekwany, z przystankiem w tutejszym Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie wiszą nikomu nieznani artyści typu Picasso, Chagall czy Modigliani, a wejście kosztuje uśmiech. Na drugim brzegu wszak czekała perła – dosłownie… – w postaci galerii Kugel. Galeria owa, prowadzona przez braci pochodzących z rodziny kolekcjonerów sztuki i antyków, zajmuje piękną, majestatyczną, nieco filmową kamienicę tuż nad rzeką. Jest to swego rodzaju gabinet osobliwości, pełny kuriozalnych i przepięknych precjozów – fontann, domków dla lalek, globusów – ale teraz mają tam wystawę boską i powalającą, mianowicie wystawę piqué.
Piqué to sztuka zdobienia. Nie taka po prostu, że ktoś wycina wzorki czy coś. To chirurgiczne rzeźbienie w masie perłowej, szylkrecie i złocie. Zapomniałabym dodać, że robili to neapolitańscy artyści w XVIII wieku.
Absolutnie piękne, wywołuje opad szczęki nawet u zblazowanych, co widzieli już wszystko. A że do stolików, na których umieszczone są te cuda, przyczepiono lupki, można sobie obejrzeć dokładnie. Fascynujące.

Paryż to całkiem rozłożyste miasto (choć mniejsze niż Radom – naprawdę), a po całym dniu ganiania w słońcu poczułam się nieco zmęczona i głodna, więc zamówiłam sobie garnek muli w Au Trappiste – sympatycznym i bardzo zwyczajnym bistro z piwem i prostą kuchnią nieopodal wieży świętego Jakuba – i pożarłam bez najmniejszego wyrzutu sumienia.
– Przepraszam – pyta kelner. – Czy mogę pożyczyć krzesło?
– Pewnie – mówię.
Kelner łapie zydel, zanosi go pod sąsiednią ścianę, siada i zapala papierosa.
Odnosi grzecznie.
– Merci.
– Merci a vous.

I taki właśnie jest ten mój Paryż.

Parę dni temu nasz skromny zespół zasilił kolega, dla którego to pierwsza wizyta w tym mieście. Jeszcze się denerwuje, bo ten ruch uliczny, te klaksony, zza rogu może wyjechać motocykl pod prąd (lub Donald Tusk na hulajnodze), bo palą, mówią uparcie po francusku, ciągle coś ne marche pas. Bardzo go Paryż stresuje.
Przejdzie mu.

Tout le monde, il est beau

„Bonjour, tout le monde!”
Tak nas zwykle wita frontman. Czasami czeka w progu biura ze świeżymi rogalikami. Powiadam, nie znoszę gościa.

Dobiegł końca mój dziesiąty tego roku tydzień w mieście Paryż.
Z tej okazji opuściłam to miasto, żeby udać się na obowiązkowe badania okresowe. Badania trwały pół godziny i prawdopodobnie przeszłabym je nawet, gdybym była naszprycowana heroiną po kokardki. Francuska dieta – i w ogóle dieta człowieka w drodze – nie jest najbardziej zdrowa, więc fakt, że po tym całym tłuszczu i winie mam cholesterol w normie, zszokował mnie niemalże.
– Oczy ma pani nieco podrażnione.
Nie może to być. Przez cały poprzedni dzień gapiłam się w monitor, wsiadłam w samolot, a nawet dwa (dzięki, Lufthanso, że przyciemniliście oświetlenie i mogłam przyciąć komara w drodze do domu), dotarłam do domu o pierwszej w nocy, a o ósmej tkwiłam już w ogonku do rejestracji w przychodni. A w ogóle to ledwo dotarłam, bo samolot był wielce opóźniony i Niemcy mają swoje zasady, toteż gdy wreszcie otwarto bramkę, z głośników dobył się komunikat: „Prosimy wsiadać jak najszybciej, musimy wystartować przed 23, bo później zakaz lotów”. Kapitalnie. Ponieważ wszakże, jak to mówią, co drugi głupi ma szczęście, wystartowaliśmy i dolecieliśmy.
– Pani to chyba rutyniarz – rzecze taksówkarz.
– A skąd pan wie?
– Bo nie zamawia pani taksówki pod przyloty, tylko w konkretne miejsce, żebyśmy mogli się od razu znaleźć.

Tak czy inaczej.
W niedzielny poranek wracam do Paryża na kolejne dwa tygodnie. Lub być może trzy. I…
I…
Nawet się cieszę.
(W dużej mierze dlatego, że w Paryżu jest troszeczkę cieplej jednak).

W Paryżu do pracy chodzę codziennie tą samą drogą, w dół bulwarami, mijając tych samych ludzi i tę samą piekarnię, z której dobywa się zapach absolutnie boski. Już się nie boję przechodzić przez jezdnię na czerwonym. Nie wkurzam się, gdy coś nie działa. W końcu naprawią, kiedyś. Człowiek się starzeje – albo dojrzewa, ładniej mówiąc – i odkrywa, że jest sposób na odnalezienie się w miejscach, które nam nie pasują. Trzeba po prostu odpuścić. Nie walczyć na siłę. Po prostu ręce z kierownicy i zobaczyć, co będzie się działo. Tym samym, wracając w minioną sobotę z wystawy Alfonsa Muchy (wspaniałe, ale tak ciasno, że ktokolwiek przepchnął się wreszcie przez tłum do obrazu, gapił się weń zaborczo przez długie minuty) i pięknego w słońcu Ogrodu Luksemburskiego, wdepnęłam do GAP, a tam akurat na wieszaku wisiały proste białe koszule z napisem „Paris” wyhaftowanym na plecach. Zanim się zorientowałam, stałam z taką w garści w kolejce do kasy.
Zanim jednakże nadarzyła się miniona sobota, nadarzył się piątek, a piątkowy wieczór spędziliśmy w Moulin Rouge. Trochę się opierałam, ale towarzystwo chciało, a że towarzystwo fajne, to poszłam. Zajechaliśmy z fasonem metrem na Montmartre, zjedliśmy kolację, wypiliśmy wino i weszliśmy do tej legendarnej nory szatana.
Otóż Moulin Rouge to jest jedna z bardziej przykrych rzeczy, jakie w życiu widziałam. Oj wielkie nieba. Nierówne, słabo nagłośnione, wymęczone, z wyjątkiem pokazów akrobatycznych do zapomnienia po godzinie. I te biedne kucyki, wyciągane w środku nocy, żeby obdreptać scenę dookoła. Żal mi się ich zrobiło. Jeśli macie wydać pieniądze w Paryżu, wydajcie je na jakąś fajną wystawę – tych tam naprawdę nie brak – i dobry obiad, jeszcze wam dużo zostanie, ale nie idźcie do Moulin Rouge. Toulouse-Lautrec byłby wściekły, gdyby zobaczył, jaką manianę tam odwalają w XXI wieku. Bardziej fascynujące jest oglądanie widowni niż tego, co się dzieje na scenie. Jest to nudne i niestaranne.
Przy tym opisywany poprzednio show Gaultiera to zachwycająca potęga, widać w każdej scenie ponad rok ciężkiej pracy. To jest tańczone z medyczną niemal, niewiarygodną perfekcją, a przy tym rzeczywiście opowiada jakąś historię, podczas gdy Moulin Rouge to zasadniczo zbiór dość przypadkowych scen i dużo biustów, i nie widać, by artyści czerpali jakąś szczególną frajdę z bycia na scenie – ot, kołowrót. Poszłam do Folies Bergere znowu, swoją drogą, i oglądałam z wielkim zachwytem. A co drugi widz w obowiązkowej marynarskiej koszulce (ja też!). No i, jak się potem okazało, na tym samym spektaklu była Madonna – co prawdopodobnie wyjaśnia, czemu zaczęło się z półgodzinną niemal obsuwą i ochrona biegała nerwowo.
A że w drodze z teatru do domu zgłodniałam upiornie, to wstąpiłam na mule i wino do ciepłego bistro. Bo w Paryżu można. To bardzo łatwe, wszędzie są takie bistra.

Tak.
W każdym miejscu na świecie można koniec końców znaleźć sobie jakiś mały kawałek domu, przestrzeń, w której człowiek czuje się dobrze. Znaleźć rzeczy, które się lubi. I nawet samotność wtedy nie jest tak dotkliwa. Trzeba tylko naprawdę odpuścić i nie myśleć, że wolałoby się być gdzieś indziej, że się tęskni, że coś tam. To czasami trudne, gdy ma się właściwie tylko siebie. Ale – wykonalne.
A teraz przepraszam, muszę kończyć. Trzeba taksówkę na czwartą dziesięć zamówić.

C’est comme ça

Całkiem niespodziewanie, właściwie w ciągu jednego dnia, w Paryżu nastała jesień. Zrobiło się zimno, liście lecą z drzew, pada deszcz. Jest w tym jakiś romantyzm, muszę przyznać.
Mam mieszkanie, w którym całkiem wygodnie się rezyduje, acz spędzam tu bardzo niewiele czasu, niestety. Na szczęście ekipa urocza, chodzimy na kaczkę (a kaczka potem wchodzi mi w biodra – ba, chciałabym, żeby w biodra…), a gdy się wypogodzi, wrześniowe niebo w Paryżu jest przepiękne.

Pomyślałam, że skoro opatrzność mnie tu zesłała, to trzeba z tego zrobić użytek.
A że, jak mawia moja nieoceniona matka, co drugi głupi ma szczęście – wracając do domu któregoś dnia, wypatrzyłam na słupie reklamę spektaklu. Tak się przypadkiem złożyło, że niejaki Jean Paul Gaultier postanowił wystawić swój Fashion Freak Show w legendarnym teatrze rewiowym Folies Bergère. Autorka zapowietrzyła się i poleciała rezerwować bilet (śmiało wdzierając na jezdnię na czerwonym – tu tak trzeba, inaczej nikt was nie potraktuje poważnie; nadal na wszelki wypadek przylepiam się do lokalsa, żeby w razie czego to on przyjął siłę uderzenia… niemniej powoli przywykam do paryskiego fristajlu ulicznego).

Jean Paul Gaultier to jest oczywiście nazwisko bardzo znane wszystkim w moim pokoleniu, pierwszy punk świata mody, który przetarł drogę wielu innym wybitnym projektantom, miłośnik nieskrępowanego kampu, traktujący modę jak zabawę, ubierający kobiety w garnitury i mężczyzn w pończochy, a wszystkich w gorsety. Znany z umiłowania kobiecości pod znakiem fiszbin i zapachu pudru. Znany z bardzo teatralnego, w rewiowym właśnie stylu, podejścia do swojego fachu.
Jean Paul Gaultier jest też wybitnym artystą. Miałam szczęście oglądać jego retrospektywę w Barbican parę lat temu; spędziłam tam długie godziny.

No to poszłam.
W niedzielę, gdy deszcz zacinał jak jasny pieron. Dotarłam wszakże do dzielnicy dziewiątej, miły pan przy wejściu zajrzał mi kurtuazyjnie do torebki i wpuścił do środka.
A w środku czekały konie w pióropuszach, ten właśnie zapach perfum i uśmiechnięty dżentelmen wystrojony w słynną marynarską koszulkę za barem. No dobra, myślę. Jestem w Paryżu. Jestem w Folies Bergère. Josephine Baker tu tańczyła. Jean Paul Gaultier być może jest w budynku (był, jak się okazało podczas finału – ludzie oszaleli). Co mogę zamówić…
– Poproszę szampana.
– Oczywiście.
Wdzięczne „puffff” otwieranej butelki.
– Merci et bon spectacle, madame – mówi uśmiechnięty dżentelmen, podając mi kieliszek.

Było to jedno z weselszych wydarzeń, w jakich brałam udział tego roku, a być może w ogóle.
Odjechane w kosmos, barwne, dynamiczne, świetnie zatańczone i nieprawdopodobnie sexy. Tak. Ten show to czysta, kiczowata, głośna celebracja seksualności i piękna – piękna występującego w wielu kształtach i rozmiarach. Nie bez wątków przykrych i poruszających.
Ale najlepsza jest ostatnia scena, gdy tancerze pozbywają się kostiumów – tak, zrzucają te piękne kreacje, a wierzcie mi, Gaultier to nie jest ciuch, to jest misternie wykonane dzieło sztuki, rzeźba – i tańczą w samych majtkach. Jest to być może przekaz naiwny, ale uroczo budujący i człowiek najchętniej sam dołączyłby do tańczących w bieliźnie. Zwłaszcza że tańczą do Le Freak.
Przepysznie się bawiłam i chyba pójdę znów.

Paryżu, chyba mnie sobie oswajasz.

Cały twój Paryż z pocztówek i mgły

Dzień dobry, dzień dobry.
(Żartowałam).
Siedzę sobie właśnie na mojej krakowskiej kanapie, rozwiesiwszy pranie i zjadłszy dostarczony przez rodzinę obiad – i piszę, bo zbyt dawno nie pisałam. A nie pisałam, bo moje życie lubi przyśpieszać od zera do setki szybciej, niż zdążę powiedzieć „ojej”.

Tak się jakoś znienacka podziało, że dwa dni przed moim wylotem na urlop zadzwonił mój szef. Znienacka. Kiedy mój szef dzwoni znienacka, to ja zawsze wiem, że coś nastąpi.
– Miałbym dla ciebie zadanie – powiedział. Poczułabym się jak James Bond, ale ponieważ wiem, na czym polega moja praca, to się tak nie poczułam. – Trzeba wspomóc jeden zespół. Obszar znasz, lokalizację też.
No dalej, powiedz to. Zadaj mi ten cios.
– Tydzień w Paryżu. Może dwa, ale to już ustalisz z gościem, który ten projekt prowadzi. OK?
Jeszcze jeden tydzień w Paryżu chyba mogę przetrwać. Lepsze to niż siedzenie na tyłku, do czego, jak wiemy, jestem niezdolna.
– Jasne – odparłam. – Zaraz do niego napiszę.
„Gościa, który ten projekt prowadzi” poznałam przy okazji poprzedniego paryskiego dramatu, na kolacji. Przez cały wieczór żałowałam, że to nie dla niego pracuję. Nietuzinkowa postać. Przede wszystkim, co rzadkie w mojej branży, wyluzowany. Jako osoba letko znerwicowana nadzwyczaj sobie cenię towarzystwo ludzi wyluzowanych, to mnie uspokaja. Pół Anglik, pół Francuz – usposobienie i poczucie humoru stanowczo wyspiarskie, zamiłowanie do win stanowczo francuskie. Ładnie pachnie. Może nie będzie katastrofy.
(Potem dowiedziałam się, że ma kapelę swoją. Na użytek bloga nazwijmy go zatem frontmanem, to zresztą pasuje, bo taką rolę i w moim zespole pełni).
Napisałam zatem i frontman stwierdził, iż tydzień wystarczy. Znakomicie. Minionej niedzieli udałam się zatem na lotnisko – po długiej nocy u znajomych świętujących hucznie okrągłe urodziny, więc czułam się nieco delikatna – i poleciałam do Paryża.
Moją bramą do Paryża jest zwykle terminal 1 lotniska Charles de Gaulle. Terminal, który dla miłośników brutalizmu jest zapewne wybitnej urody, ale dla pasażerów w 2018 jest po prostu piekielnie niewygodny, zatłoczony i irytujący. Chce się go jak najprędzej opuścić. Ponieważ było dość późno, a ja z walizą, pomyślałam, że wezmę taksówkę.
Błąd.
Pan taksówkarz był très sympa, ale jechaliśmy do miasta półtorej godziny. Nigdy więcej. RER jest, jaki jest (mój kolega boi się jeździć – był szczerze zszokowany, że korzystam z usług publicznego transportu w pełnym niebezpieczeństw Paryżu), ale przynajmniej dociera do centrum względnie szybko, jeśli trafi się na bezpośredni pociąg. Dobra nasza. Dojechaliśmy. Idę do recepcji.
– Mam problem z pani kartą kredytową – mówi recepcjonistka.
Fantastycznie.
– Zameldujemy panią, ale będziemy wdzięczni, jeśli pani wyjaśni to do jutra – rzecze dama tonem nieznoszącym sprzeciwu. Jasne. Zrozumiałam.
Przesypiam noc, śniąc o ludziach wywlekających mnie z łóżka, bo nie zapłaciłam, i idę do pracy.
Wchodzę. Frontman pojawia się tuż po mnie.
– Wiesz, że mamy już jedną ofiarę?
Jeden zawodnik z naszej Drużyny Pierścienia trafił do szpitala w trzecim dniu pracy (nie z jej powodu, gwoli ścisłości).
Zapowiada się pysznie, myślę.
– No, troszeczkę jesteśmy pod wodą. A dopiero zaczęliśmy – mówi wesoło frontman ze swoim wielce charakterystycznym, bardzo, ale to bardzo brytyjskim akcentem.

Tak czy inaczej.
Kartę szczęśliwie udało się odblokować. Pogoda była piękna. Paryskie bulwary nadal szerokie i piękne. Zapach ulic nadal nieromantyczny. Motocykliści nadal szaleni. Kelnerzy nadal sfochowani, ale calvados nadal znakomity i desery nadal zamykają moją skłonną do narzekania na Francję buzię. Innymi słowy, Paryż po staremu.
W czwartek frontman zbliża się do mojego biurka. Oho.
– Jak się miewasz?
– Doskonale, doskonale.
– Czy ty tu jesteś w przyszłym tygodniu?
– Nie, umawialiśmy się tylko na ten jeden.
– … A możesz być?
WIEDZIAŁAM, ŻE TAK BĘDZIE.
– Mogę, jeśli trzeba. Do kiedy?
– Do października? Dwudziestego października?…
Autorka wpatruje się w swojego lokalnego przełożonego z naiwnym uśmiechem osoby, która ma wielką, wielką nadzieję, że czegoś nie zrozumiała. Lokalny przełożony autorki wpatruje się w nią z błagalnym uśmiechem osoby, pod której modnymi butami płonie żywy ogień.
Szlag.
Z drugiej strony siedzieć w domu albo być w drodze…
Szlag.
SZLAG.
– Okej – mówię.
Ulga na – całkiem przystojnej, rzec trzeba – twarzy frontmana: bezcenna.
– Ale to pewnie będzie cholernie drogie. Mamy czwartek po południu, bilety na poniedziałek to będzie kosmos…
– Trudno, rezerwuj. Dziękuję. Przepraszam. Dziękuję.
I oddala się z tym swoim zapętlonym „sorrythankyoupleasecheerssorrythankyou” na ustach.

Tym oto sposobem wracam pojutrze do Paryża, którego miałam nadzieję już nigdy więcej nie odwiedzać. Ba. Miałam nadzieję spędzić drugą połowę roku w Krakowie, wyjechać sobie najwyżej na wakacje, które ciągle przede mną. Najwyraźniej jednakże Paryż ma wobec mnie plany, których jeszcze nie znam i może rzeczywiście third time lucky. Może to jest mój test ogniowy.

O ironio.

A party in Vienna

W niedzielę lało.
Przez „lało” rozumiem ścianę wody przez całe popołudnie. A ja musiałam wyjść, bo przecież nie ma to tamto, nieważne, że niedziela, trzeba iść do teatru. Wypiłam herbatę w łóżku, skonstatowałam pod prysznicem, że żebra nadal całe, choć zatrzeszczały minionego wieczoru (powiadam, takie uściski to trzeba umieć, dziękuję ponownie, panie Goodwin, za tak miłe odcięcie mnie od świata na chwilę), zasznurowałam pepegi. I w zacinającym deszczu, walcząc z parasolką powędrowałam z powrotem na południowy brzeg, prosto w ciepłe i suche progi Menier Chocolate Factory.

Olbrzymi sukces Hamiltona (byłam, widziałam, podobało mi się, ale nie poddałam się histerii) zainspirował wielu twórców, ale nie tylko tych, którzy postanowili w taki czy inny sposób złożyć hołd Mirandzie i jego nowatorskiemu podejściu do musicalu. Można było w pewnym sensie oczekiwać, że prędzej czy pózniej powstanie jego parodia – Spamilton.
I jest to parodia udana – może niektóre żarty są nieco naciągane, ale wykonanie jest mistrzowskie. Nie tylko Hamiltonowi i jego twórcom się oberwało, nawiązań do innych hitów jest wiele, pojawia się nawet Liza Minnelli próbująca wyżebrać bilet. Bardzo jest to absurdalne, nieco głupie, niemniej po emocjonalnym tornado, które przeżyłam poprzedniego wieczoru, półtorej godziny śmiechu było mi niezbędne.

Następnego dnia wczesnym popołudniem udałam się do motylarium w muzeum Hornimana (kto nie był – koniecznie, przepiękny widok na Londyn, oszałamiające motyle, a w samym muzeum stoi okropnie wypchany, komiczny mors) i spędziłam tam parę cudownie relaksujących godzin. Pociąg zawiózł mnie z powrotem do centrum, przemaszerowałam na West End i zasiadłam w fotelu w moim jakże ukochanym Noel Coward Theatre – ech, wspomnień czar – by obejrzeć na własne oczy Aidana Turnera w Poruczniku z Inishmore.
Uwielbiam Martina McDonagha, uwielbiam czarny humor w ogóle, a w tej sztuce humor jest tak czarny, że bardziej już się nie da. I nigdy nie sądziłam, że zabicie zwierzątka – a nawet dwóch – przyprawi mnie o liczne wybuchy śmiechu.
No bo istotnie. Ginie kot. Przykra sprawa. Tym bardziej przykra, że właścicielem kota jest Padraic, członek organizacji paramilitarnej i młodzieniec nieco… nerwowy. Sąsiad jego ojca, który podejrzewa siebie o przejechanie kota, oraz sam ojciec są w totalnej panice, bo wiedzą, co będzie, gdy Padraic się dowie, że jego ukochany futrzak zginął tragicznie. Ośmielają się zadzwonić do niego, zajętego akurat torturowaniem pomniejszego dilera narkotyków, i mówią, że Wee Thomas (kot) kiepsko się czuje. Padraic zalewa się łzami, rzuca wszystko, daje torturowanemu pieniądze na autobus do szpitala i rusza do domu, sprawdzić, jak mają się sprawy z Tomaszkiem.
W tym samym czasie rodzina starannie naciera czarną pastą do butów innego znalezionego kota, licząc, że Padraic się nie zorientuje. Nikt by przecież się nie zorientował. Są przy tym zgodni w ocenie, że jeśli sprawa się rypnie, to obaj rozstaną się z tym światem.
W tle mamy jeszcze zakochaną dziewczynę, morderców ścigających głównego bohatera i z każdą minutą jest coraz bardziej krwawo, ale też coraz śmieszniej. Finał przynosi nieoczekiwaną niespodziankę i wielki wybuch śmiechu na widowni.
Świetne.
No i przyznać trzeba, że Aidan Turner radzi sobie w komedii znakomicie, a jego irlandzki – czyli naturalny – akcent jest rozkoszny. Bywa, i to wcale nierzadko, że sławni ludzie na scenie wypadają słabo, ogląda się ich z poczuciem, że ładni są na żywo, ale w sumie to wszystko, co możecie o nich powiedzieć. O nim szczęśliwie mogę powiedzieć więcej.
Oczywiście przy stage door były tłumy absolutne i wielu ludzi w stanie agonalnym. Aidan zniknął równie szybko, jak się pojawił. Zdążyłam jednakże zaobserwować, że jest całkiem wysoki.

Wyśmienicie.
Dzień kolejny.
Znowu pobiegłam na południowy brzeg, zobaczyć Marka Rylance’a w Otellu. To jest bez dwóch zdań wyśmienity aktor, zresztą niegdysiejszy dyrektor artystyczny Shakespeare’s Globe. Miejsce, jak wiadomo od lat, szczerze kocham, czuję się w nim wyjątkowo komfortowo. To jest teatr dla ludzi. Trochę mnie rozczarowało nagłe rozstanie z poprzednią dyrektor artystyczną, Emmą Rice, która wprowadziła w to miejsce bhangrę, punk i intensywność – spektakle są na nowo dość zachowawcze – ale oczywiście, Mark Rylance to Mark Rylance, a i przepiękna Sheila Atim (czy tylko ja mam wrażenie, że ona wygląda jak bogini?…) była znakomita. I świetny, charyzmatyczny Andre Holland w roli tytułowej (czy możemy porozmawiać o tym płaszczu? Czy Shakespeare’s Globe może urządzić wyprzedaż kostiumów?).
Stamtąd już tylko po sąsiedzku do National Theatre – efektywnie planuję moje wycieczki – na Home, I’m Darling. Wiedziałam, że muszę zobaczyć, bo po pierwsze Katherine Parkinson, którą uwielbiam od czasów IT Crowd, a po drugie lata 50.! Sam plakat do spektaklu był zachwycający, a spektakl to czysty miód na oczy fanów designu z epoki. I w dodatku jest uroczy, choć nie tak uroczy, jak mogłoby się wydawać. Bohaterka bowiem jest klasyczną panią domu, kręci się po kuchni w sukienkach z halką, przygotowuje śniadanie dla męża, piecze ciasta, parzy herbatki, wszystko cudownie. Mąż o włos od awansu.
Tylko że.
Tylko że rzecz wcale nie dzieje się w latach 50. Dzieje się obecnie. Bohaterka jest tak zafascynowana tą dekadą, że fascynacja rozwinęła się w obsesję. Obsesję w dodatku kosztowną, co Judy skrzętnie ukrywa przed mężem – na tyle kosztowną, że bank grozi odebraniem domu. Mąż ma cierpliwość świętego, ale i jemu wreszcie żyłka zaczyna pulsować. Matka bezskutecznie tłumaczy dziewczynie, że ta żyje w komiksie, że jej wykreowany świat koktajli i tańców nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi latami 50., powojenną biedą, dyskryminacją, wszechobecną szarością, i że może czas skończyć tę zabawę.
Słodkie to było, zabawne, ale z całkiem… dorosłym przesłaniem. Każdy z nas w coś ucieka przed problemami, czasami tylko ten nasz azyl staje się kolejnym problemem.
Pyszne.

No dobrze.
Dzień ostatni.
Obudziło mnie potworne wycie. Coś wyło tak upiornie, że niemal wwiercało mi się w uszy. Jasna cholera. Alarm pożarowy. Wiecie, ja na ogół śpię w stroju urodzinowym, więc nie jestem gotowa do wyjścia jak stoję i prawie dokonałam spektakularnego samouduszenia, naciągając pośpiesznie koszulkę. Szczęśliwie hotel nie stał w płomieniach (raczej jakiś kmiot zapalił papierosa pod czujnikiem) i wkrótce mogliśmy wejść znów do środka. Nie powiem, lekko mnie to zestresowało, ale nie na tyle, bym porzuciła moje plany.
Dwa przedstawienia, nie inaczej. I to pierwsze znowu mnie rozdarło, może nie tak bardzo, jak sobotnie, ale zdecydowanie poruszyło czułą strunę.
Fun Home. Musical na podstawie graficznej autobiografii Alison Bechdel, opowiada historię dziewczyny z małej mieściny w USA – narratorem jest dorosła Alison, komentująca wydarzenia kolejnymi rysunkami, zza swojego pulpitu kreślarskiego albo siedząc gdzieś w tle z ołówkiem w dłoni. Gdy ją poznajemy, jest dzieckiem, wychowującym się w całkiem szczęśliwym, choć ekscentrycznym domu. Ojciec kolekcjonuje antyki, uczy angielskiego w lokalnej szkole i… prowadzi dom pogrzebowy. Alison dorasta i z wolna odkrywa, że chyba jest lesbijką. Na początku nie chce się do tego przyznawać. Otwiera ją dopiero pierwsza miłość. Rodzice, cóż, nie reagują dobrze, ale z przyczyny zgoła innej niż zwykłe uprzedzenia. Przyczyną jest pewna tajemnica. Mianowicie ojciec Alison jest gejem. Przez całe życie miał romanse z mężczyznami, często zbyt młodymi.
I to on jest prawdziwie tragiczną postacią w tej opowieści. Udręka podwójnego życia doprowadzi do tragedii.
Znowu spektakl z gatunku przykrych, ale oczyszczających.
Pięknie zagrany, pięknie zaśpiewany.
A ojca świetnie grał Zubin Varla, niepodobny do siebie w charakteryzacji małomiasteczkowego belfra, dając widzom pewne wskazówki co do natury jego bohatera, ale były one bardzo, bardzo subtelne. Aktorom grającym gejów zdarza się popadać w nieznośne zmanierowanie, tu nic z tych rzeczy się nie pojawiło. To był faktycznie obraz człowieka, który spędził całe życie, udając kogoś, kim nigdy nie był.
Zubin, wiecie, ma głos, który was wyrywa z butów. Głos trochę jak papier ścierny, głos przepotężny. To mój ukochany Judasz. On płuc w tym spektaklu używa bardzo oszczędnie jak na swoje możliwości.
Oczywiście po przedstawieniu stałam obok niego przez 10 minut w barze Young Vic i nawet się nie zorientowałam. Dopiero, gdy jakaś dziewczyna podeszła do niego i nieśmiało poprosiła o podpis na programie, a on się odezwał i roześmiał, odwróciłam się w lekkim szoku. Trzeba przyznać, że ma wyjątkowo piękne oczy, śmiech też.
Nadszedł wreszcie czas spektaklu ostatniego. Aristocrats w Donmar Warehouse.
Z Donmar Warehouse mam ten problem, że nigdy nie mogę go znalezć – ilekroć tam idę, to się gubię. Mniejsza. Dotarłam.
Arystokraci to sztuka z gatunku „nic się nie dzieje, a ile się dzieje”. Oto bowiem mamy rodzinę, która zjeżdża się na wesele do popadającej w ruinę posiadłości. Trzy siostry i brat, nieco osobliwy (grany świetnie przez Davida Dawsona, tego samego, co mnie do łez doprowadził wespół ze swoim kolegą Andrew Scottem w The Dazzle lat temu parę – mnie naprawdę ten brytyjski teatr szkodzi na oczy). Do wesela nie dojdzie, ale mniejsza o to. Bohaterowie, wyraznie tyranizowani przez obecnie śmiertelnie chorego ojca, nieszczęścia ukrywają głęboko pod skórą, nadrabiają miną, żartują, kłamią, zapijają nędzę swojej egzystencji alkoholem. Pozornie sielskie życie to taka sama ruina jak ten ich nieszczęsny dom, niby piękny, ale rozpadający się w oczach. Niegdysiejsza potęga nie istnieje. To już tylko sen, podobnie jak snem są rodzinne relacje. O dziwo, nie jest to rzecz ciężka i przytłaczająca – wprost przeciwnie, pełna gorzkiej ironii. No i znaczna część historii rozgrywa się między słowami. Widz wielu rzeczy musi się domyślić.
Nie zmieniło to mojego życia – ale było intrygujące.
– Jak myślisz – pyta zaaferowany facet za mną swojego współoglądacza, gdy wychodzimy – czyje to było dziecko?…

I koniec.
Hotel. Budzik na piątą rano. Pociąg. Lotnisko. Dom.
Do następnego razu.
Cheers.

I came to heal you

Myślałam, że nigdy tu nie dotrę.
Przesiedziałam kilka długich godzin na lotnisku, gapiąc się ze smutną rezygnacją na odlatujące samoloty. Rodzina siedząca obok mnie posłała mi zbiorowe spojrzenie mówiące „patologia”, gdy przyniosłam sobie kieliszek wina z baru przed jedenastą. Nie wasz interes. Poza tym to lotnisko, odrębny świat w świecie.
Wreszcie rozległo się długo oczekiwane „samolot jest gotowy na przyjęcie pasażerów” i autorka pofrunęła do Londynu.
Londyn jak Londyn. Padało, więc owinęłam się moim ponczo, które dziesięć minut później zdejmowałam, ubolewając, że nie zabrałam okularów przeciwsłonecznych.
Dziś też by mi się przydały, choć jest pochmurno. Głównie po to, by zasłaniać moje zapuchnięte powieki.

Jeśli państwo myślą, że wydarzyła się jakaś tragedia, to nic z tych rzeczy. Właściwie to wydarzyło się coś pięknego i raczej oczyszczającego.

Czasami jest tak, że po prostu musicie kupić na coś bilet. Odczuwacie jakiś niezrozumiały przymus. I robicie to, choć potem przychodzi myśl: „Hmm, czemu ja właściwie to sobie robię?”.
Jak wiecie, ja jestem trochę masochistką, jeśli chodzi o moje teatralne wybory (i nie tylko w sumie). Lubię, gdy mnie spektakl trochę przeciora. Lubię czasem łzę uronić albo siedzieć sparaliżowana. Czasem się przestraszyć nawet. Lubię teatr, który mną wstrząsa.
I wczoraj wstrząsnął tak, że płakałam jeszcze w drodze do hotelu.
Nie byłam jedyna, sądząc po zbiorowym pociąganiu nosem i urywanych oddechach na widowni.

A Monster Calls to opowieść ogromnie przykra – o trzynastolatku, którego matka jest w terminalnym stadium raka i który znajduje nieoczekiwane wsparcie na granicy jawy i snu – ale w jakiś paradoksalny sposób ogrzewająca. Książkę wydano u nas pod tytułem Siedem minut po północy. Film też powstał. A w tym roku na motywach powieści napisano sztukę, która trafiła do Old Vic – najpierw w Bristolu, później w Londynie. W roli głównej – nastolatka, który nie może się pogodzić z umieraniem najbliższej mu osoby – obsadzony został Matthew Tennyson. Jadę, pomyślałam natychmiast.
Matthew Tennyson, którego możecie pamiętać z roli Puka w Śnie nocy letniej z Shakespeare’s Globe, pokazywanego u nas w kinach i dostępnego online, to mężczyzna o ślicznej twarzy dziecka, drobniutki, kruchy – ale o zdumiewająco potężnym głosie i ogromnym talencie. Matthew nie wybiera sobie łatwych ról – grał na przykład w Oczyszczonych Sarah Kane. Scena, w której był karmiony siłą, do końca życia mnie nie opuści jako jedno z bardziej traumatycznych teatralnych doświadczeń. Nigdy wcześniej nie odwracałam wzroku, nie mogąc patrzeć na to, co się dzieje na scenie.
W każdym razie.
Kupiłam bilet na ostatnie przedstawienie i poszłam.

Conor, chłopak nieszczęśliwy, gnębiony w szkole, dręczony koszmarami, żyje nadzieją, że mama wyzdrowieje. Tak jak każdy z nas, patrząc na kogoś, kto gaśnie w oczach. Wiemy, że nie ma szans, ale oszukujemy się, bo wydaje się, że tak łatwiej. A potem przychodzi ta straszna, straszna myśl – niech to się już skończy.

Your mind will believe comforting lies while also knowing the painful truths that make those lies necessary. And your mind will punish you for believing both.

Którejś nocy, o 12:07, Conora wyrywa z koszmaru dźwięk jego imienia, szeptany przez głos brzmiący jak wiatr w gałęziach. Za oknem czeka potwór. Potwór-ożywione drzewo cisu z ogrodu, które chce opowiedzieć mu trzy historie.
– Czwarta będzie twoja. I wtedy powiesz prawdę.
– Ale jaką prawdę?
– Wiesz, jaką. Tę, której najbardziej się boisz.
– Ja się niczego nie boję.
– Czyżby?…
Conora nie przeraża potwór – postać imponująca, w tym spektaklu półnagi, muskularny mężczyzna zaplątany wśród lin poruszanych przez ensemble, genialnie imitujących koronę drzewa; zresztą w ogóle aktorzy w tym spektaklu spędzają sporo czasu w powietrzu. Potwór nie może go przestraszyć, bo dzieciak zmaga się z innym, znacznie paskudniejszym. Zresztą potwór nie zjawił się po to.
Historie opowiadane każdej nocy też nie przekonują chłopca, są dziwne, niejednoznaczne, pozbawione jasnego morału. Nic w nich nie jest takie, jakie się wydaje. Jak niby mają mu pomóc?
– Wylecz moją mamę.
– To nie ją przychodzę wyleczyć.
(To nie przypadek, że akurat cis autor wybrał; te drzewa żyją nawet tysiąc lat i naprawdę mają właściwości lecznicze – wyciąg z jagód cisu jest składnikiem leków przeciwnowotworowych).

Fascynujące było to monstrum – emanacja surowej siły i zarazem łagodności, przerażająco dudniący głos cichnący powoli, od dzikiego, niepokojącego żywiołu po postać niemal ojcowską w ostatnich scenach. Ktoś, kogo się boicie, a jednocześnie ucieklibyście do niego, żeby was ochronił. „Father Nature”, napisano w którejś recenzji. W innej – „a Grimm weirdo and a wise psychoanalyst”. Gdy położył ręce na ramionach słabiuchnej już matki chłopca, miałam wrażenie, że cały teatr jak zahipnotyzowany patrzy na jego powolutku podnoszącą się i opadającą klatkę piersiową, i oddycha razem z nim, coraz spokojniej. Przedziwne, przedziwne doświadczenie.
Fascynujący był to spektakl, intensywny, olśniewający wizualnie, dynamiczny, ze świetną muzyką na żywo (powinni ją wydać). Scenografia minimalna, ale po co nam scenografia, jeśli mamy ogromną scenę Old Vic, sprawnych fizycznie aktorów, trochę lin, światło i cień?
Fascynująca to opowieść. Niby baśniowa, a jednak najbardziej prawdziwa. Łatwo popaść w rzewność i sentymentalizm, mówiąc o sprawach ostatecznych, ale to przedstawienie trzymało się od tego z daleka, uwalniając bolesne emocje u widza, zamiast je w niego wpychać.
A te emocje to coś, co każdy zna. Albo pozna niedługo, inaczej nie będzie. Tak, będziesz patrzeć na twoich bliskich, gdy będą umierać. I umrą. Taka kolej rzeczy. Nie zatrzymasz ich siłą. Nie ma absolutnie żadnego sposobu na to, żeby uniknąć tragedii. Musisz pozwolić im odejść, a jeśli czujesz, że właściwie tego chcesz, to też coś bardzo naturalnego. Nie ma sensu udawać, że nie cierpisz, nie boisz się i cię nie boli, bo cierpisz, boisz się i cię boli. Wszystko, co się w tobie dzieje, jest normalne, jest ludzkie, jest straszne, ale przejdziesz przez to.

You were simply wishing for the end of pain. Your own pain. It is the most human wish of all.

Koszmar, który ci się śni, w którym ktoś, kogo kochasz, wyślizguje ci się z rąk i razem z przerażeniem czujesz ulgę – to jest właśnie twoja prawda. I można poradzić sobie z tym koszmarem tylko w jeden sposób.
– I to wszystko? – pyta zdumiony Conor, gdy czwarta opowieść dobiega końca. Potwór, który już teraz nie spogląda na niego z wysoka, ale stoi tuż obok, pyta głosem już nie groźnym, ale zdumiewająco przyjaznym:
– Uważasz, że to proste? Przed chwilą wolałeś umrzeć, niż się do tego przyznać…

And so the story ends with the boy holding tightly on to his mother. And by doing so, he could finally let her go.

I zapadła przejmująca cisza. Nie do końca cisza właściwie, bo w przepastnym audytorium rozlegał się jeden dźwięk – cichy, ale w zgodnym chórze wydawany.
Zapłakana widownia zerwała się na równe nogi, a zapłakana autorka poleciała pod stage door, choć wcale nie miała takiego zamiaru. Nie chodzę często. Nie zbieram trofeów, a poza tym moja nieśmiałość daje dwustuprocentową pewność, że albo palnę coś głupiego, albo w ogóle nic nie powiem, więc po co mi stres. Oczywiście wiem, że brytyjscy aktorzy zapewne widzieli wielu dziwoków i jakaś jąkająca się nerwowo panienka to nihil novi sub sole, business as usual, i wiem też, że są bardzo mili i przystępni, ale…
No właśnie.
Poszłam wczoraj. Pusto. Szkoda, bo twórcy tego spektaklu byli absolutnie warci tego, by im gorąco dziękować (i Boże, jaki ten Matthew jest maleńki, jaki uroczy).
No i wyszedł Stuart Goodwin, rzeczony potwór. Niżej podpisana podeszła do niego ostrożnie, ocierając ciągle mokre policzki i wydarzyło się coś bardzo dziwnego, czego nigdy nie zapomnę.
– Ja tylko… chciałam podziękować, to było absolutnie poruszające.
– Oooch, dziękuję, to bardzo miłe. Dla nas to też była niezła podróż.
– Przepraszam, pewnie mam tusz do rzęs na całej twarzy.
– Not at all – odrzekł uprzejmie „potwór”.
I wtem niżej podpisana usłyszała ze zdumieniem swoje własne słowa:
– To może głupio zabrzmi, ale… czy ja mogę pana przytulić?
– Ależ oczywiście! – i nim się zorientowałam, tonęłam w długim, mocnym, męskim uścisku.
I to dla mnie był naprawdę ostatni akt tego przedstawienia. Opowieść piąta.
– Też chciałabym mieć takiego potwora… – mówię cicho, wypuszczona powoli z objęć, nagle jesteśmy z powrotem w Londynie, trochę mży, samolot huczy, gdzieś wyje karetka, ktoś naciska klakson.
(Ty już lepiej nic już nie mów, dziewczyno).
– Nie wiem, co moja żona na to, ale na pewno coś dałoby się zorganizować.

Popłakałam się znowu, pisząc to wszystko.
Dziś tylko Spamilton – właściwie od teraz tylko rzeczy lekkie. Ale rany julek, czuję się… Czuję się tak bardzo inaczej po tej sztuce. To jest właśnie cała, znana od wieków moc dobrego teatru. Katharsis.

Put your love to the test

Madonna miała w minionym tygodniu urodziny i aż mi dziwnie myśleć, że już takie okrągłe. Byłam w niej bezgranicznie zakochana jako dwunastolatka, co oznacza, że jestem zasadniczo stara. Mojej mamie średnio się to podobało, bo to były czasy albumu „Erotica” (nadal mój ulubiony, nawiasem mówiąc), mój ojciec, fan Led Zeppelin i Black Sabbath, był głęboko rozczarowany (poczuł za to wielką ulgę, gdy w kolejnych latach nawróciłam się na rocka i bluesa, nieco mniejszą, gdy zainteresowałam się samymi rockmanami i bluesmanami – co koniec końców doprowadziło mnie do pana i władcy, który co prawda od dawna nie gra publicznie, ale prywatnie czasem da się namówić, jeśli będziecie go o to męczyć przez kilka lat. Tylko potem nie chce przestać).
Można lubić, można nie lubić, ale ta kobieta wywarła ogromny wpływ na moje pokolenie. Nie da się temu zaprzeczyć. Don’t go for second best, baby.
No i właśnie, a propos tego second best.

Poza urodzinami Madonny, ubiegły tydzień był koszmarem jakich mało. Może dlatego, że zdjęłam na chwilę mój szczęśliwy wisiorek, z którym normalnie się nie rozstaję.
Zalogowałam się w piątek na LinkedIn, po raz pierwszy od pewnego czasu. Odpowiedziałam na wiadomość headhunterki, która wisiała od pewnego czasu (wiadomość, ma się rozumieć). Headhunterka odpowiedziała mnie. Umówiłyśmy się na rozmowę.
Umówiłam się też na kolejną, z inną panią.
Dlaczego to zrobiłam, mogą sobie państwo zadać pytanie. Otóż dlatego, że w sumie całe moje pół roku w podróży poszło w cholerę, i okazało się, że nie ma najmniejszego znaczenia, iż od marca do sierpnia byłam poza domem, siedziałam smętnie nad kawą na lotnisku w jedynej knajpie otwartej o wpół do piątej rano, harowałam po dwanaście godzin i właściwie pozbawiłam się życia towarzyskiego. Z drugiej strony lubiłam ten ciągły ruch, i to cholernie uzależniające, naprawdę.
Rozwiązaniem dla człowieka, który uwielbia swoją pracę, ale jest zmęczony i jasno komunikuje, że potrzebuje przerwy lub przynajmniej lepszego zarządzania jego grafikiem, nie jest „to może przesuniemy cię do innego działu, będziesz sobie siedzieć spokojnie przy biurku i będziesz miała czas na wszystko”. Nie jest, naprawdę nie jest. A biurko dla mnie to jest generalnie klatka. Ja trochę siebie znam. Bezruch to nie jest mój naturalny stan. Przez parę miesięcy mogę to robić, okej, wreszcie obejrzę wszystkie zaległe spektakle, będę spotykać się z żywymi ludźmi, ale potem zacznę szukać możliwości ucieczki. Nikomu nie udało się trwale usadzić mnie na tyłku i nikomu się nie uda.
Wkurw spowodował fontannę, okrążenie osiedla w tempie Sofii Ennaoui, a gdy wróciłam do domu, to przeczytałam, że Aretha Franklin poszła do nieba i już w ogóle się załamałam.
Pan i władca rzekłby pewnie swym aksamitnym barytonem: „Oleńko, chrzań ich” (no dobrze, tego by nie powiedział, bo pan i władca w życiu nie użyłby słowa „chrzanić”, podobnie jak nie używa określeń typu „motyla noga”, jeśli go coś zirytuje, ale bogaty repertuar pana i władcy to temat na osobny obszerny wpis; czasami żałuję, że ja nie potrafię takich kwiecistych wiązanek puszczać).

W każdym razie.
Od teraz będzie tylko lepiej.
Musi.
Po pierwsze primo, w sobotę poszłam na mule do mojej restauracji po sąsiedzku, a potem okrążyłam całą dzielnicę w moich gustownych plas, przy okazji moknąc jak jasna cholera, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Kapało ze mnie, gdy wróciłam do domu, sukienkę miałam przylepioną do grzbietu, ale ta ulewa była niesłychanie przyjemna.
Po drugie primo, wczoraj przyjaciółka zabrała mnie wczoraj na obiad. Nie widziałyśmy się od dwustu lat, więc było co opowiadać, natomiast prawda taka, że jeśli znacie kogoś tak długo i widywaliście go w różnych okolicznościach, to czytacie w człowieku jak w otwartej książce. Moja przyjaciółka – z którą zresztą jestem daleko spokrewniona, co zabawne – widzi więcej niż bym chciała. Ale cóż. Przez blisko dwadzieścia lat niejeden raz miałyśmy siebie dość, spałyśmy w jednym łóżku, w pociągach, w domu strażaka raz nawet, przerobiłyśmy moje włamanie i jej krwawy wypadek w 24 godziny. Serio.
– A zdrowie jak?
– Dobrze.
– Co się dzieje?
– Dlaczego zakładasz, że coś się dzieje?
– Proszę cię.
Właśnie tak to działa.

Po trzecie primo, za tydzień o tej porze będę w mieście, którego nie ma i znowu będę zalewać mój blogasek opisami moich zakochów.

A little nonsense now and then, is cherished by the wisest men

Po powrocie zadbałam o pewną rutynę – rutyna staje się dla mnie zaskakująco ważna, ale w sumie, gdyby się zastanowić, to nie powinno dziwić przy moim trybie życia. Kompletnie ciemna sypialnia. Wstawałam rano, dreptałam do kuchni, herbata, nazad do łóżka i wylegiwałam się tak długo, jak było trzeba. Potem długi prysznic, nacieranie grzesznego ciałka tym i owym, transport na fotel, książka lub Netflix, schłodzone białe wino, spać, powtórzyć. W środę wyjechałam na wiochę, gdzie naprzemiennie opalam się, kąpię, piekę, jem, łażę w spranym podkoszulku i japonkach, i skończyłam wreszcie wspomnienia Patti LuPone (bardzo ciekawe, bo mam też w kolejce wspomnienia Andrew Lloyd Webbera, po którym Patti LuPone jeździ jak po łysej kobyle za to, że pozbył jej się z nowojorskiej adaptacji Sunset Boulevard. Będzie ciekawie sprawdzić, czy cokolwiek o niej napisał i czy wyraża się równie… ciepło). Jest parę fascynujących historii w tej książce, na przykład o tym, jak Patti LuPone wracała Concorde’em do Londynu pewnej zimy i wskutek warunków pogodowych istniało ryzyko, że nie zdąży na spektakl. Spytała, czy można z samolotu zadzwonić do teatru. Ano nie, to Concorde… Zrozpaczona przysnęła, a gdy się obudziła, zauważyła przed sobą kartkę z napisem „kapitan chce z panią rozmawiać”. Zaniepokoiła się nieco, ale poszła, wpuszczono ją – ech, kiedyś to były czasy! – i stała oszołomiona, podczas gdy kapitan nazwiskiem Henderson (poznałam kiedyś dżentelmena również nazwiskiem Henderson, oszczędzę szczegółów, ale mimo upływu czasu nadal mam słabość, i wynika z tej historii, że to nazwisko bardzo porządni faceci noszą – przyp. aut.) powiedział, że akurat teraz akurat stąd da się zadzwonić, a nawet oddzwonić do samolotu. A potem wykorzystał wszelkie dostępne możliwości, aby być pierwszym w kolejce do lądowania i Patti przedstawienie zagrała.
I inna cudowna historia, gdy reżyser Gypsy pechowo wypowiedział słowo „Makbet” podczas próby, wszyscy wpadli w panikę i zmusili go do odczyniania uroku za pomocą cudacznego rytuału (są różne wersje, mniej i bardziej perwersyjne, tu biedak musiał tylko oblecieć teatr dookoła, splunąć, przeklnąć i prosić, żeby go wpuszczono).
Czasami moje życie wydaje mi się troszeczkę nudne. Nie jestem diwą. Nie latam odrzutowcami. Nie piłam wódki z wybitnymi aktorami ani nie spałam z nimi w jednym śpiworze (powiedzmy, że to jeszcze da się zmienić). Vanessa Redgrave nie zaprasza mnie na herbatę – za którą potem Patti LuPone i tak zapłaciła sama, ale cóż.

W piątym dniu życia na maksymalnie zwolnionych obrotach muszę powiedzieć jedno.
To działa.
Ja dwa tygodnie temu i ja dziś to dwie inne my. Tamta ja byłam przez większość dnia tak zestresowana, że czułam, jak mój biedny mózg znowu ma ochotę wysłać sygnał „danger, danger”. Oddychało mi się kiepsko, liczyłam minuty do końca dnia, każde pytanie czy komentarz skierowany w moja stronę powodował u mnie kompletny paraliż umysłowy i wzrost ciśnienia (nie tylko u mnie – jeśli pamiętacie zmorę z mojej paryskiej przygody dwa lata temu, to teraz trafiłam na kogoś podobnego, kogoś celowo niemiłego i w dodatku potwornie chaotycznego, nawet jak na moje standardy; podobno w poniedziałek po moim wyjezdzie nastąpiło wielkie starcie pomiędzy tym kimś a resztą zespołu). Co jakiś czas zjeżdżałam na parter i wychodziłam okrążyć budynek. Dołóżmy do tego normalny, nawet jeśli nie do końca uświadomiony stres związany z samotnym byciem w kolejnym kraju przez kolejny miesiąc. Już kiedyś pisałam – jesteście ciągle w stanie gotowości, głowa trochę poza świadomością obrabia tysiące scenariuszy na każdą okoliczność, co jeśli samolot się spóźni, co jeśli zachoruję, co jeśli to, co jeśli tamto, jestem sama, nikt mi nie pomoże (to nie do końca prawda, ale…). Powracając do Patti LuPone – ona w tej książce wspomina o życiu w drodze i o tym, że zawsze podróżowała ze swoją poduszką. Raz gdzieś ją zostawiła. Szał, strach, ale jak to, bez poduszki dalej nie jadę. Sprowadzenie poduszki kosztowało fortunę. Trudno.
Ja dziś to jestem ja, którą wolę zdecydowanie bardziej – sybarytka, sypia w porządku, śmieje się z przygłupich dowcipów, nie skacze nerwowo przy każdym głośniejszym dźwięku, nie musi myśleć o oddychaniu, jest na nowo spokojna. Po prostu.

Nieustannie czytam o wychodzeniu ze strefy komfortu. No, zrobiłam to parę razy w życiu i było fajnie – czasami było to nie tyle wyjście, co skok na główkę – ale prawda taka, że często bardzo dobrze jest do tej strefy komfortu wrócić. Zamknąć się w niej szczelnie. Wywiesić na drzwiach kartkę z napisem por favor no molestar. Nie ma w tym nic złego, przeciwnie, to ogromnie potrzebne. Wszelcy szarlatani coachingu zrobili sobie złotą receptę na wszystko z tego wychodzenia, ignorując fakt, że człowiek czasem musi poczuć się zwyczajnie bezpiecznie. Musi mieć swój kokon. Nie zawsze trzeba być superbohaterem uprawiającym zapasy z niedźwiedziem, nie zawsze trzeba być najbardziej cool w całej wsi. Za to trzeba umieć powiedzieć sobie: „OK, dziękuję, wystarczy mi zabawy, idę do domu, cześć”.
Tak. Teraz już wiem, że człowiek raczej bywa niż jest szczęśliwy. I że to najzupełniej normalna rzecz. Nie musisz całodobowo kwiczeć ze szczęścia, królewno.
Ale żeby poczuć się szczęśliwą, czasem wystarczy opalić sobie nos i upiec ciasto, i nagle wszystko magicznie wraca na swoje miejsce. Coelho i Kalicińska, wiem. Co zrobić.

Le peau que j’habite

Jestem w domu.
Dotarłam chwilę po tym, jak wybiła niedzielna północ. Tym razem taksówkarz nie współpracował i uparł się wieźć mnie przez Salwator. Ja wiem, że kopiec Kopciuszka to piękne okolice i bliskie mojemu sercu (tam byłam na pierwszej randce z moim pierwszym prawdziwym chłopakiem), ale nie chcę go podziwiać o pierwszej w nocy, gdy jestem niczym ten koń po westernie. A właściwie to raczej kucyk, którego przegonili przez Wielką Pardubicką.
Padłam.
Obudziłam się.
Podreptałam do walizki porzuconej w przedpokoju (oczy bolą na nią patrzeć, ona ma niespełna dwa lata, a jest tak wyciorana, że żal). Wyjęłam rzeczy, zaniosłam do pralki, włączyłam. Nastawiłam wodę na herbatę. Zaniosłam kubek do sypialni.
Znowu padłam.
Fascynujące.

Zwykle ostatni dzień w biurze na wygnaniu, gdy każde z nas idzie jechać lecieć w swoim kierunku, to żegnanie się ze wszystkimi, uściski, czasami łzy nawet. Ludzie stają się sobie bardzo bliscy – każdy jest sam daleko od domu, spędzamy ze sobą trochę za dużo czasu, zaprzyjaźniamy się niekiedy. Nie tym razem. Poza dwiema osobami, nie żegnałam się szczególnie z nikim. Po prostu wstałam, spakowałam bambetle i wyszłam. Wróciłam do hotelu, zmieniłam nobliwą sukienkę na szorty, wetknęłam słuchawki w uszy i poszłam na długi spacer, pod wieżę Eiffla i z powrotem.
Wieczór piękny i gorący, zatem czemu by nie zatrzymać się po drodze do hotelu w jakimś barze. W końcu to mój ostatni wieczór w Paryżu. Wchodzę do takiego wyglądającego miło.
– Poproszę Long Island Iced Tea – mówię. Trudno. Po sześciu tygodniach koszmaru należy mi się. Poza tym jutro mogę spać do późna, bo wymeldowanie w południe.
– Oui! – mówi barman i podaje mi Nestea.
Oczywiście. Czego się spodziewałaś.
– Non – mówię ja.
Staramy się porozumieć przez chwilę, ja już szukam w telefonie przepisu, wtem z zaplecza knajpy wychodzi drobna dziewuszka, odsuwa niekumatego barmana na bok gestem „ja to zrobię” – i przyrządza mi należyte Long Island Iced Tea. Może nie najlepsze, jakie w życiu piłam, ale takie, jak trzeba.
Wychodzę. Noc jeszcze młoda. Czuję się coś jakoś głodna. Do hotelowego śniadania zostało jeszcze parę godzin…
Drepczę do Au Pied de Cochon, ponownie. Au Pied de Cochon to lokal karmiący głodnych od 71 lat, o każdej porze dnia i nocy. Kelnerzy nieco obcesowi, ale sprawni – bądźcie mili dla nich, to będą mili dla was i dadzą wam bezę w kształcie świnki, gdy poprosicie o rachunek. Zamawiam ślimaki na przystawkę i mule. Ślimaki są pyszne, ale mule nadjeżdżają w tak wielkiej misce, i tak bardzo z dodatkiem tłuszczu i boczku, że z trudem je wykańczam. Wracam do hotelu powolnym krokiem, myśląc o tym, jak strasznie mi niedobrze.

Ostatni poranek.
Nieśpiesznie roluję ciuchy – tak, zwijanie ubrań zamiast składania sprawia, że w walizce mieści się więcej; drugi lifehack, jaki mogę wam dać, to by pakować walizkę na stojąco (gdy ona stoi, nie wy, co jest niejako oczywiste) – wtedy naprawdę widać, jaka jest sytuacja i ile jeszcze wlezie. Zostawiam mój tobół w recepcji i wychodzę na pożegnalną kawę.
O, sklep z perfumami.
Tu muszę dodać, że ja mam dwie obsesje.
(Poza teatrem).
Płaszcze i perfumy. Dla człowieka nieśmiałego to zbroje. Kolorowy płaszcz, wyraziste perfumy to naprawdę rzeczy, które pomagają przetrwać dziarsko. To takie pole ochronne. Nikt nie pomyśli o kimś ubranym jaskrawo, że jest nieśmiały czy nadmiernie wrażliwy. Perfum mam troszkę za dużo, ale ja z tych, którzy muszą mieć różne na różne okazje – inne do łóżka, inne na trudne spotkanie w pracy, inne na podróż, inne do teatru. Poza tym ponieważ jestem chromosom XX, są dni, gdy ulubiony zapach mnie odrzuca i muszę mieć inny, zapasowy.
A w Paryżu jest taki sklep, który nazywa się Nose. W drugiej dzielnicy, nieopodal Les Halles. Sklep jest fenomenalny. Trochę przypomina bar, ale to właściwie laboratorium, gdzie mili, dobrze ubrani mężczyźni pomagają wam wybrać zapach. Mogą też skomponować wam własny, ale to troszkę trwa, a ja nie miałam tyle czasu.
– Jakaś specjalna okazja?
– Nie, po prostu do biura.
– Ostatnie zapachy, których używałaś?
Wymieniam.
– Jakie są twoje ulubione nuty?
– Piżmo. Ambra. Wetiweria. Sól morska. Skóra. Nic słodkiego, proszę.
(Gość notuje ze spokojem, choć pewnie chciałby mi powiedzieć, że rozrzut mam fatalny).
– Jasne. Wrócę za parę minut.
Pan istotnie wraca za parę minut z wachlarzem próbek, ułożonych od najsłabszego do najmocniejszego zapachu.
– Możesz z tego wybrać dwie?
– Cholera… OK, chyba te.
– Daj ręce.
Wystawiam posłusznie łapki jak do badania ciśnienia.
– Nie, odwrotnie… – psika. – Ponoś sobie je przez chwilę. Możesz wyjść na zewnątrz, jeśli chcesz. Gdyby to nadal nie było to, powiedz, będziemy szukać dalej.
Wreszcie biorę to, chociaż drugi chciałabym równie mocno i pewnie w końcu nabędę.
Doskonale.
Po drodze na dworzec mijam sklep z sukienkami. Pięćdziesiąt procent zniżki. Wciągam mój bagaż podręczny, walizkę i siatę z perfumami do środka. Mimo kaczki, muli i szampana (i gotowych kanapek z Monoprix, które były moimi obiadami przez większość czasu we Francji), mieszczę się w obu zdjętych z wieszaka kieckach.
– Dziś mamy jeszcze dwadzieścia procent zniżki od tych pięćdziesięciu – rzecze wesoło pani w kasie.
Fenomenalnie.
Targam moje toboły nazad na stację RER B.
Trafiam akurat na bezpośredni pociąg na Charles de Gaulle, nikt nie mruga okiem na moje sukienki w osobnej siacie, choć niby mogę mieć tylko jeden bagaż podręczny (perfumy starannie upycham w walizce). Samolot pierwszy. Samolot drugi. Dom.

A co dalej?
Hm. Zobaczymy.

That’s how it is, Rocamadour

Nadal siedzę w Paryżu – ale widzę światło w tym długim francuskim tunelu.
Wiem już, że niedługo wracam do domu, więc ciśnienie znacząco mi opadło. Tym samym łażę po mieście nieśpiesznie, jem dużo, siedzę w kościołach (święty Eustachy – niebywały, przepiękne wnętrze i absolutny spokój, cisza z gatunku dźwięczących, podczas gdy na zewnątrz toczy się gwarne życie Les Halles), chodzę do muzeów, znowu jem, zatrzymuję się na drinka. Wracam w sztywną hotelową pościel i po prostu odpoczywam.
W sobotę zatem człapałam w moich Birkenstockach (proszę bardzo, śmiejcie się z ich antykoncepcyjności, przyjdzie taki dzień, że je pokochacie) przez Paryż. Poszłam na obiad do legendarnego Au Pied de Cochon.
– To ja poproszę o kawę, ostrygi, karafkę wina, a na danie główne…
Jak to dobrze być znowu sobą.
– Najpierw przyniosę kawę – mówi kelner, ubrany tak cudownie po pingwińsku i mruga.
– Dziękuję.
Nie jadłam ostryg od dekady. Świeże ostrygi to ogromna radość, jeśli oczywiście lubi się smak morskiej wody. Siedziałam sobie na słoneczku w jednej z najsłynniejszych knajp świata, wysysając ostrygi i myśląc, że mogło być gorzej.
Następnie – nie od razu, ma się rozumieć – poszłam na kolację do restauracji specjalizującej się w kaczce i szampanie. Siedzę w Paryżu i piję szampana. Sobota jak każda inna.
Później – na koktajl do Les Halles. Usiadłam w ogródku i patrzyłam na Paryż w zachodzącym słońcu, pocztówkowy, malowniczy, łagodny. Jakby nie to miasto, które dawało mi taki wycisk, z którym nigdy się nie dogadywałam. Nagle postanowiło szturchnąć mnie delikatnie w bok. To była nasza randka na pogodzenie.

Wczoraj – oszałamiająca wystawa Klimta w Atelier des Lumieres, micha muli na obiad i święty spokój w łóżku.

W piątek wszak musiałam zaprowadzić do hotelu kolegę, który dopiero przyleciał.
Wiecie, ja mam masę wad, ale mam jedną cechę, za którą cenię moją skromną osobę wielce – otóż bardzo łatwo się przystosowuję. Naprawdę łatwo. Nie mam wyjścia, to jedna sprawa. Druga – zawsze tak miałam. Są miejsca, w których czuję się lepiej i gorzej, ale zawsze jakoś tam przywyknę, wydepczę sobie ścieżki.
A poza tym siedzę tu szósty tydzień. W sumie dwunasty (nie licząc wycieczek za młodu). Spędziłam w Paryżu trzy miesiące życia. Czytając „Grę w klasy” jako nastolatka może trochę o tym marzyłam, ale potem zobaczyłam, że Cortazar Cortazarem, a paryska rzeczywistość sobie. W każdym razie jestem tu szósty tydzień, w sumie dwunasty i trochę sobie ogarnęłam tutejsze realia. A nawet zaczynam odkopywać zapomniany od czasu studiów francuski – nie żebym błyszczała, ale mnie rozumieją.
No to zgarniam kolegę.
– Przyjechałeś pociągiem?
– Nie, taksówką. Pociąg podobno jedzie przez niebezpieczne dzielnice.
A taksówka głównie stoi w korku i kosztuje przynajmniej pięć dych.
Idziemy.
– Czerwone!
– Ale nic nie jedzie – odpowiadam. – Jest dwudziesta druga. Zresztą wszyscy tu tak robią.
– Poważnie?
– Poważnie.
– A jak mnie policja złapie?
(Francuska policja akurat najbardziej tym się przejmuje).
– Spokojnie – mówię. Doceńcie ironię. Ja – JA! – mówię komuś, żeby się uspokoił.
Idziemy przez pierwszą dzielnicę, bardzo żywą o każdej porze dnia i nocy. Mijamy dwie dziewczyny w kieckach trochę takich, jakby wybierały się do klubu dla swingersów. Oczy mojego kolegi na nowo ogromne.
– Czy to prostytutki?
– Hm…
– Czy to jest dzielnica czerwonych latarni?!
– Nie.
– Na pewno nie?
– Na pewno nie. Jakie masz plany na weekend? Byłeś w Notre Dame?
– Nie, ale tam są takie kolejki i niebezpiecznie…
Poddaję się.

Allez

No i wygrali.
Tego, co nastąpiło w Paryżewie po ostatnim gwizdku, słowa nie opiszą. Zgiełk był taki, że dzwoniąc do matki z mieszkania, musiałam krzyczeć do telefonu. I tak przez resztę nocy, do piątej rano.
A w poniedziałek, gdy chłopcy wrócili, nad Paryżem ponownie przeleciała eskadra, robiąc dym w trzech kolorach. Akurat wracaliśmy z pracy z kolegą – przez Pont des Arts, taka tam nudna trasa – gdy nagle osiem huczących samolotów śmignęło nam nad głowami.

Może trochę marudzę na Francję, ale to niezły czas, żeby tu być.
(Spuśćmy zasłonę milczenia na oszołomów, którzy szlochali, że to nie Francja wygrała, tylko czarna Afryka. Wygrali Francuzi. Dla innych Francuzów, którzy się obłędnie cieszyli i są bardzo dumni. I nikt tu nie smędzi o ich pochodzeniu czy kolorze skóry, bo nikogo to nie obchodzi. Spotkany w poniedziałkowy poranek w windzie szacowny starszy pan powiedział nam „to bardzo dobre dla tego kraju”).

Nadal jednak uważam, że mogliby coś zrobić z tym swoim „ne marche pas”, żeby na przykład klima działała w kolejce RER wlokącej się niedbale na lotnisko. Które ewidentnie jest zemstą architekta na ludziach, gatunku wyraźnie przez niego znienawidzonym. Bo tak, teraz i w poprzedni piątek poleciałam do domu na weekend, w sumie nie wiem po co.
Od pewnego czasu myślę, że takim jak ja przydałby się pit stop – banda ludzi śpieszących do mnie, gdy zatrzymuję się na chwilkę. Tak, w idealnym świecie czekałaby na mnie taka ekipa, gdy wracam do domu.
Jeden masuje, drugi zmywa już i tak rozpływający się makijaż, trzeci podaje herbatę, czwarty zabiera walizkę i nastawia pranie, piąty pakuje do łóżka, gaszą światło, ktoś staje w progu i czuwa, aż autorka się wyśpi, broniąc jej przed jakąkolwiek interakcją ze światem zewnętrznym. Rankiem śniadanie gotowe.
Niestety nie jestem gwiazdą rocka na tournee ani Królewną Śnieżką, więc mam tylko siebie.
I czasami bywam pod wrażeniem tego, jak – mimo wszystko – sobie radzę. Sama. Ze sobą, z robotą w obcym kraju, z tęsknotą, ze stresem (no dobra, z tym może odrobinę mniej sobie radzę). Koniec końców, wytrzymuję. Już nie staram się być największym twardzielem w całej wsi.

Poleciałam, troszkę pospałam, spakowałam się nazad, wróciłam. Prosto w paryski skwar. Prosto na finał. Ulice nieopodal mojego mieszkanka zamieniły się w stadion, ludzie siedzieli na drzewach, rusztowaniach, latarniach, wszędzie.
Przeżyłam paskudny tydzień i przyleciałam nazad. Nie, na dobre, znów ponownie na weekend. Jutro wracam do Paryża.
Dodam, że w mojej kwaterze głównej obecnie trwa remont. Pan na gwałt wykańczał łazienkę tydzień temu, żeby to nieszczęście mogło chociaż prysznic wziąć. Za sypialnię zabierze się dopiero w poniedziałek, gdy odfrunę na kolejne trzy tygodnie.

W piątek ledwo dotarłam na lotnisko, bo pociągi opóźnione, więc goniłam po Paryżu w poszukiwaniu wolnej taksówki. Wiedzieliście, że można wpisać w Google „postój taksówek najbliżej mnie” i on wam pokazuje? To jest straszne trochę, ale z drugiej strony ta permanentna inwigilacja ocaliła mi tyłek parę razy w podróży. Ciągnąc walizkę przez te cholerne paryskie kocie łby w kierunku tegoż właśnie postoju, wtem zauważyłam wolną taryfę zatrzymującą się na skrzyżowaniu. Wbiegłam na nie brawurowo i pan mnie zabrał na Charles de Gaulle, acz czasu zajęło nam to sporo.
– Pewnie pan nie przyjmuje American Express? – pytam, spoglądając na licznik smutno i myśląc, że znów muszę z prywatnej kasy wyskoczyć.
– Przyjmuję.
Wreszcie jedna dobra wiadomość w tym kraju.
– Merci beaucoup.
– Merci a vous, madame. Bon voyage!

W samolocie do domu poznałam gościa, który podróżuje równie często, co ja. Najpierw pomyślałam – Jezuniu, tylko tego mi teraz trzeba, gadatliwego współpasażera, ja chcę książkę poczytać i może troszkę się zdrzemnąć, daj mi człowiecze spokój. Ale nieoczekiwanie dla siebie dałam się wciągnąć w konwersację i zanim się zorientowałam, byliśmy najlepszymi przyjaciółmi i w ciągu dwóch godzin zdążyliśmy omówić kwestie standardu pewnej (jedynej) polskiej linii lotniczej, uroków wyjazdowej pracy, naszych związków i polityki Putina wobec Trumpa.
Jak niedawno pisałam, ludzie, którzy są stale sami, bardzo łakną kontaktu z innym żywym człowiekiem. Brakuje im porządnej rozmowy – nie gadki o pogodzie przy automacie do kawy, ROZMOWY.
Gdzieś nad Niemcami doszliśmy do tego samego wniosku. Jesteśmy cholernie zmęczeni. Ciągle. W podróży trudno o relaks, ciało może i odpoczywa czasem, ale głowa stale jest w stanie podwyższonej uważności. Obiecujemy sobie co dnia, że dość już tego, chcę posiedzieć w domu, chcę mieć znowu nudne życie. Tymczasem po dwóch miesiącach siedzenia w domu tyłek świerzbi, człowiek staje się upierdliwy, gdzieś by się wyrwał. Bo to uzależnia. Nie dogodzisz.
– Dziękuję bardzo za wspólny lot. A teraz biegnij (miałam przesiadkę w Warszawie na lot do Krakowa – który już czekał; spojrzenia pasażerów siedzących już w środku bezcenne,ale to nie moja wina!) i daj znać, jak dotrzesz do domu.
Dotarłam. Dałam znać. Jutro świtem „odcieram”.

You would have imagined her at one moment a maniac, at another a queen

Alors.
Nadal jestem w Paryżu. Nadal nie pałamy do siebie miłością, ale muszę przyznać, że latem jest bardziej znośny. W weekendy można włóczyć się po nim w sukience i espadrylach, zatrzymując się tu i tam na drogi i rozcieńczony Spritz.

Żeby jednak zachować równowagę emocjonalną, czasem trzeba zwiać.

Gdy dowiedziałam się, że mój leworęczny kolega Andrew Scott wraca na scenę z monodramem Sea Wall, napisanym specjalnie dla niego, gdy nie był jeszcze sławny, uznałam, że muszę tam być, choćby nie wiadomo co. Mniejsza o finanse i logistykę. Toteż w minioną sobotę wstałam o piątej rano i poturlałam się pociągiem na lotnisko.
Najpierw obejrzałam Killer Joe, spektakl głośny, bo występuje w nim niejaki Orlando Bloom. Oraz jego goły tyłek. Było to nadspodziewanie dobre – spektakl mam na myśli, nie tyłek. Fakt, Bloom dla mnie nie był dość psychopatyczny w roli głęboko zaburzonego policjanta-mordercy, terroryzującego dysfunkcyjną rodzinę, która go wynajęła (brzmi jak przednia rozrywka, w sam raz na sobotnie popołudnie, prawda?). Adam Gillen w roli nie do końca sprawnego umysłowo – lub po prostu pod wpływem – dilera narkotyków go przyćmiewa. Przestroga dla czytających, którzy się wybierają – to NIE jest rzecz dla ludzi nerwowych. I raczej brutalna. Ale nadal jest to komedia, choć w istocie czarna.

Następnie podreptałam na drugi brzeg Tamizy.

Andrew Scott jest niedużym człowiekiem. Jest mojego wzrostu, na faceta to niewiele.
Teatr Old Vic jest ogromny.
I ta krucha postać trzymała go w garści. Publiczność bała się oddychać. Nigdy nie słyszałam w teatrze takiej ciszy. Naprawdę nigdy. Scott nie ma najmniejszego problemu z milczeniem przez długie chwile, gdy widownia czeka, by się odezwał, żeby przerwał ten dyskomfort. Granie ciszą jest trudne, wielu aktorów na tym poległo. Andrew w tym monodramie udowadnia, że jest wybitny. Może jego brytyjscy koledzy po fachu grają u Marvela, ale on ich warsztatem bije na głowę. Jego talent jest nie z tego świata. On w tym przedstawieniu ani na sekundę nie podnosi głosu, to raczej luźna konwersacja niż podniosły monolog. Pamiętam The Dazzle, w którym też był doskonały. Smutne spojrzenie jego czarnych oczu wystarczyło, żebym się popłakała. Musiał to widzieć, siedziałam dwa metry od niego. Czy miał dla mnie litość? Oczywiście, że nie.
Gdy publiczność wchodzi, Scott już jest na scenie, kręci się, popija wodę, uśmiecha do widzów. Nagle zaczyna mówić. Światła pozostają zapalone – to trochę niekomfortowe, ale dziwnie intymne zarazem. On mówi do was, nie do wyimaginowanego punktu w ciemności. Opowiada wam historię.
Historię ojca, który latem zabrał rodzinę na wakacje. Normalna rzecz.
Tylko któregoś dnia jego córeczka spada z nadmorskiego klifu i ginie na miejscu.

Scott mówi o tym wszystkim cicho i spokojnie, a jednocześnie spod tego spokoju wybrzmiewa szalona rozpacz człowieka, który kompletnie sobie nie radzi z nagłą i koszmarną stratą. Jak on to robi, nie mam pojęcia.
Po jego ostatnich słowach wreszcie zapadła ciemność.
I wtedy dało się usłyszeć, jak ludzie płaczą. Nie pociągają nosem dyskretnie – płaczą.
A potem zerwali się na równe nogi w wariackiej owacji.
A potem pobiegli pod stage door, podziękować tej irlandzkiej iskrze, że ZNOWU sprawiła im ból. Andrew Scott jest przemiły. I robi świetne selfies. Na żadnym selfie nie wyglądam tak promiennie, jak na tych, które on zrobił. Już mam trzy.

Następnie wróciłam do Paryża.
Weekend spędzam, chodząc po kościołach. Nie jestem wierząca, ale mam taki zwyczaj, że lubię zapalić świeczkę w katedrze – na szczęście, na wszelki wypadek. Wczoraj zatem podmalowałam oko i włożyłam sukienkę, żeby nie wyglądać jak ostatnia sierota w światowej stolicy mody, i poszłam do Notre Dame.
Jest coś niebywale kojącego w gotyckich kościołach. Są imponujące, zbudowane ad maiorem Dei gloriam, oczywiście, ale cisza i chłód tych murów jakoś was otulają. Czasami siadam i siedzę przez kwadrans lub dłużej, po prostu. Smutne jedynie, że co jakiś czas z głośników rozlega się „Shhhh… Prosimy o ciszę”, bo to jednak miejsce skupienia, o czym wielu podekscytowanych turystów zapomina.
Stamtąd poleciałam do Sainte-Chapelle, bo to raptem ulicę dalej.
Ponieważ wstęp tam jest płatny, a najpierw musicie przejść kontrolę bezpieczeństwa, mamy do czynienia z pewnymi kolejkami.
I za mną stała pani. Amerykanka. Nie chcę powielać stereotypów, ale że tak powiem, ja cierpię dolę.
Pani jęła narzekać. „Po co my tu stoimy, już widziałam parę kościołów, wszystkie takie same (błagam… przyp. aut.), dlaczego jest tak gorąco i nie ma klimatyzacji (bo jest lipiec i stoimy na zewnątrz, przyp. aut.), tydzień temu byliśmy w Londynie i to przecież to samo (nie, Londyn nijak nie przypomina Paryża, durna babo, przyp. aut.). Ja nie chcę, wolałabym na drinka”.
Mam nadzieję, że górne piętro kaplicy sprawiło, że pomyślała, iż może jednak warto.

Stamtąd poleciałam do Panteonu, przywitać się z Marią Curie-Skłodowską. Rozczulił mnie świeży bukiecik czerwonych i białych kwiatów położony na jej sarkofagu.
Stamtąd – na mecz do knajpy. To pięknie wyzwalające doświadczenie, walić piwo z plastikowego kubka wśród obcych i wrzeszczeć do ekranu.

Let me take you on an escapade

W ubiegły piątek opuściłam Madryt, z płaczem na końcu nosa. Dosłownie. Nie wiem, co to miasto ze mną zrobiło, ale jestem od niego całkowicie uzależniona.
Ponieważ w ostatnim tygodniu mojego pobytu w Madrycie hiszpańskie słońce rozhulało się na dobre i ulice zalewał ukrop, a w biurze i moim pokoju hotelowym panował sztuczny chłód, oczywiście, że się przeziębiłam. Wylądowawszy w piątkowy wieczór na lotnisku w Minsien, popędziłam co koń wyskoczy do apteki i poprosiłam o coś mocnego.

Następnie wylądowałam w Krakowie. Otworzyłam drzwi do mojego mieszkania, pachnącego kurzem i odświeżaczem powietrza. Pachnącego miejscem, w którym nikogo nie ma.
Pochyliłam się nad walizką, wyjęłam rzeczy najpotrzebniejsze, wrzuciłam do pralki, zaprogramowałam na poranek. Siebie natomiast wrzuciłam do łóżka właściwie tak, jak stałam.
Przez sobotnie przedpołudnie w kwaterze głównej autorki panowała absolutna cisza i ciemność. Autorka bowiem spała. Nic nie ma dla mnie obecnie wartości wyższej niż sen. Sen i spokój.
Po południu poczłapałam nieśpiesznie do Babbaluci za rogiem – nie wiem, czym u niebios zasłużyłam sobie na nagrodę w postaci sycylijskiej knajpy w odległości 50 metrów od kwatery głównej, a chłopak gotuje obłędnie, ośmiornica w sosie z czerwonego wina zachwyciła mnie i zatkała. A bułeczki jakie pyszne on piecze.
Poczłapałam nazad. Otworzyłam walizkę ponownie, dołożyłam parę sukienek, sprawdziłam, czy rzeczy wyprane wyschły. Zadzwoniłam do sieci taksówkowej z prośbą o samochód o trzeciej trzydzieści.

Taksówka odstawiła mnie na lotnisko i oto jestem.
Oczywiście zdenerwowałam się od razu, bo podróżowanie paryskim metrem z tobołami nie jest takie proste, schody ruchome to fanaberia, a winda zawsze zepsuta, więc ciągnęłam mój sakwojaż w górę schodów na stacji Châtelet zasapana, mamrocząc pod nosem rodzime przekleństwa. Wtem nagle poczułam, że moja walizka stała się jakoś dziwnie lżejsza.
Pewien dżentelmen, sądząc po wyglądzie, jeden z tych złych migrantów, nie przestając rozmawiać przez telefon, po prostu złapał rączkę mojej walizki z drugiej i zaholował ją – razem ze mną – na powierzchnię. Zanim zdążyłam podziękować, machnął ręką, że nie ma sprawy i poszedł w swoją stronę.

Doskonale.
Dotarłam do mojego mieszkanka. Les Halles, fajna dzielnica. Centre Pompidou za winklem, kościół świętego Eustachego sto metrów obok. Bistra i kawiarnie. Taki prawdziwy, letni Paryż.
Mieszkanko na trzecim piętrze.
Kręte schody.
A ja z walizką.
Żeby was te wasze ślimaki zeżarły.
Wlazłam. Z narażeniem życia. Zdyszana padłam wprost na łóżko. Dosłownie wprost, bo mój szalenie luksusowy apartament ma 20 metrów kwadratowych. Pamiętacie pierwszą scenę z Amerykanina w Paryżu? No właśnie.
Dwa dni później odkryłam, że w kamienicy jest winda.
Bez komentarza.

Tyle relacji. Teraz mały wtręt filozoficzny. Można przescrollować.

Częste podróże czynią z was ludzi samotnych. Naprawdę samotnych. Nieustannie jesteście sami. W obcym kraju. Wiecie, że jeśli ktoś się o was zatroszczy, to najpewniej tylko wy. Jeśli ktoś dotrzyma wam towarzystwa, to wy. To ogromnie obciążające. Jeżeli macie w pobliżu kogoś znajomego, to luz. Ja tu nie znam nikogo – poza moim cudownym szefem, który wpada co jakiś czas. Nigdy nie pracowałam z tymi ludźmi.
Skazani na własne towarzystwo (wyśmienite, ma się rozumieć, ale bez przesady), stajecie się nagle głodni bliższego kontaktu. Każda luźna konwersacja to przyjemność dotąd niedoceniana. Wspólna kawa? Ależ koniecznie! Z samotników zmieniacie się w wygłodniałych stalkerów.
Wracając do ojczyzny w miniony piątek, przyuważyłam na lotnisku mojego niegdysiejszego szefa, wyraźnie również czekającego na ten sam samolot. Zawsze się go trochę bałam i nigdy nie dogadywaliśmy się szczególnie dobrze. A jednak ruszyłam doń śmiało i przywitałam się. To uprzejmy człowiek, więc nie udał, że mnie nie poznaje, a wyłączył czytnik i zapytał, co słychać, i wtedy jęłam zamęczać go konwersacją, bo mój Boże, wreszcie jakaś znajoma twarz. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu, rozwinęło się to w przyjemną rozmowę o książkach i knajpach w Podgórzu. Chyba zatem nie tylko mnie dotyczy podróżny syndrom „muszę z kimś pogadać”.

Z narażeniem życia (z powodu walizki i schodów) nadała wasza oddana korespondentka.
Jutro korespondentka jedzie na wycieczkę do miasta oddalonego o raptem 450 kilometrów, z którego zapewne prześle obfitą korespondencję. A tymczasem odrobina paryskich niebios – złożyłabym je w galerię, ale telefon nie pozwala.