Respect the delicate ecology of your delusions

No to mamy nowy wspaniały świat.

Ale nie będziemy o tym pisać.

Życie jakoś się toczy. Nie najgorzej. Zapisuję to ku pamięci, bo w poniedziałek mam ocenę roczną (nienawidzę tych cyrków – a kiedyś musiałam sama je z ludźmi przeprowadzać; wspominam to jako jeden z najgorszych zawodowych koszmarów) i mój ogląd rzeczywistości może ulec gwałtownej zmianie.
Po pierwsze. Panowie kominiarze mnie nawiedzili i uznali, że wyloty mam drożne. Doceniam fakt, że przyszli w mundurach i nie śmiali się z klientki trzymającej się za guzik przy porteczkach przez całą wizytę.
Po drugie. Baranek nadal leży przygnieciony książkami. Autor tymczasem nie omieszkał zamieścić szkicu na swojej obrazkowej stronie, z komentarzem, bo przecież. Jak się wie, że mecenas przeczyta, to się tak napisze, żeby mecenas spiekł raczka.
Po trzecie. Udało mi się wczoraj zdobyć bilety na Anioły w Ameryce – jak tego dokonałam, nie mam pojęcia, bo tłumy z całego świata zaatakowały stronę internetową National Theatre w chwili otwarcia sprzedaży. Tymczasem niżej podpisana, jak ten wioskowy głupek, co nie brał udziału w wyścigu, ale przypadkiem wbiegł na trasę i wygrał, po dziesięciu minutach miała bilety w koszyku.
Uch, te emocje. To poczucie triumfu.
Oczywiście to dopiero za osiem miesięcy bez dwóch tygodni, ale jutro niedziela, niebawem luty, chwilę później Wielkanoc, a potem to już zleci!
Nawiasem mówiąc, zauważam z zadowoleniem, że coraz więcej ludziów podróżuje w celach teatralnych. Bo to naprawdę osiągalna sprawa, a przy okazji przygoda, czasami – jak widać po mnie – wżerająca się w życie na dobre i z niespodziewanymi konsekwencjami.
Co nie zmienia faktu, że ojczyste instytucje kulturalne też odwiedzać zdecydowanie warto, nawet warciej. Ja na ten przykład dziś idę (i to jest po czwarte). Mam pewne obawy. Nie o to, co zobaczę, bo recenzje znakomite i jestem bardzo podekscytowana, ale o siebie. Uściślając, o moje gardło. Od trzech tygodni kaszlę bardzo nieatrakcyjnie. Niestety nie mam pieca, do którego mogłabym wsadzić się na trzy zdrowaśki, pozostają zatem piguły, które absolutnie nie działają. Jak wszyscy wiemy, kaszel uwielbia aktywować się w miejscach, w których wypada zachowywać się cicho (zupełnie jak śmiech w sytuacjach nader poważnych). W obawie przed narobieniem sobie obciachu zamierzam wyładować torebkę pastylkami do ssania i zabrać ze sobą wodę, i jakoś wytrwać w klimatyzowanym pomieszczeniu pełnym wyperfumowanych ludzi. Oby tylko nie było scen z dymem.

Breathe normally and think positive

Wróciłam.
Zdecydowanie nie należą do moich ulubionych takie wyjazdy, gdy ogląda się inne miasto tylko przez szybę taksówki, okna w hotelu i okna w biurze. Wraca człowiek do domu kompletnie ogłupiały. Dlatego nie będziemy opowiadać o wyjeździe samym w sobie. Opowiemy o drodze, bo ta nierzadko jest… hm, nie tyle bardziej interesująca może, bo to niekoniecznie, ale więcej można zaobserwować i odczuć na własnej skórze również.

Z różnymi ludźmi zdarza mi się podróżować, ale dawno nikt nie przetestował mojej cierpliwości tak, jak siedząca za mną współpasażerka, która śpiewała dziecku piosenkę.
Pomysł sam w sobie może nie taki zły.
Ale pani śpiewała tę samą piosenkę w kółko przez dwie godziny.
Znała tylko jedną zwrotkę.

Zwykle mam przy sobie słuchawki, ale tym razem ich nie zabrałam, to i pokornie przez dwie godziny słuchałam wyśpiewywanej w kółko tej samej zwrotki tej samej piosenki. Cztery wersy. W kółko, rozumiecie. Dwie godziny.
Jeśli w najbliższym czasie usłyszę to ponownie, rzucę się na wykonawcę z pięściami. Choćby to był sam Kurt Elling. No dobrze, na niego nie.

Jakby tego było mało, w drugim samolocie towarzystwa dotrzymywała mi wesoła wycieczka, bardzo już wesoła i ani im w głowie było przestać się weselić, bo natychmiast po zajęciu miejsc wyciągnęli napitki, przezornie już zmieszane dla zmylenia przeciwnika. Toteż od razu im się siusiu zachciało. Następnie jęli toczyć żarliwą dyskusję pomiędzy rzędami, w których byli rozlokowani. Klasyka gatunku. Najpierw wspominali, jak to byli na koncercie zespołu będącego w latach 90. na topie („a ja z nimi rozmawiałem nawet – mieliśmy KONWERSACJĘ, rozumiesz – i powiem ci, że to tacy normalni ludzie są”; urzekające, ale nie na tyle, żeby taką bolesną kalkę językową zapodawać). Potem nastąpiło komplementowanie seksownych nóżek stewardesy. A wreszcie rozpoczęła się całkiem poważna konw… rozmowa o szwagrze jednego z panów. Cały samolot się dowiedział, co szwagier ma za uszami i dlaczego Staszek (współpasażer, do którego kierowane były żale na szwagra) nie powinien nikomu o tym mówić. Jasne. Full dyskrecja.
Wiecie co, ja bardzo lubię latać, ale tym bardziej, im mniej ludzi wchodzi na pokład. Ponieważ jednak na własnego embraera nigdy nie będzie mnie stać, to pogodnie biorę, co dają. Marzy mi się tylko, by niektórzy pamiętali o tym, że machina, którą oni lecą, to też ich prywatny embraer nie jest. Skoro już siedzimy w tym razem, to siedźmy tak, żeby wszyscy byli w miarę zadowoleni. Bo może ktoś obok jest w podróży dwudziestą godzinę i ma ochotę podciąć sobie żyły suchą bułką. Może bardzo wcześnie wstał i by się zdrzemnął. Może chciałby poczytać w spokoju. Może przeraźliwie się śpieszy, więc nie doceni blokowania mu przejścia.
Speaking of which.
Pobiłam dziś, proszę państwa, osobisty rekord na setkę oraz ryzyko zawału serca zdecydowanie u mnie wzrosło.
Mamy u naszych sympatycznych sąsiadów takie lotnisko, Berlin Tegel się nazywa. Weźcie sobie do serca moją radę i unikajcie za wszelką cenę. Zwłaszcza jeśli się przesiadacie. Może bowiem okazać się, że drugi samolot czeka na was pod innym terminalem. A do terminalu owego musicie dotrzeć per pedes, przechodząc po drodze jeszcze raz kontrolę (fajnie, co?). Co jest szczególnie ucieszne, gdy na przesiadkę macie 45 minut – niby zrabialne, choć z lekkim nerwem… – po czym okazuje się, że a) pierwszy z waszych lotów tego wieczora startuje opóźniony, b) docieracie na miejsce, podjeżdżacie pod rękaw i absolutnie nic się nie dzieje. Po długiej chwili kapitan mówi, że Passagierbrücke kaputt. No, nie dokładnie to, ale sens mniej więcej taki; nie można wysiąść, bo rękaw i aeroplan nie potrafią się ze sobą połączyć. Plask facepalmów niczym ta fala meksykańska mknie po kabinie.
Tym sposobem z 45 minut zrobiło się 10.
DZIESIĘĆ.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak szybko biegłam. I jakimś cudem, nie wiem jakim, udało mi się przedostać z jednego terminalu do drugiego, rozdziać się i odziać na nowo (ale niestarannie) w punkcie kontroli – zresztą panowie, przyznać trzeba, byli nieco pobłażliwi dla pasażerki, która ledwo łapała oddech – i dotrzeć pod bramkę w chwili, gdy już z megafonów dudniło ostatnie wezwanie. Zdążyłam. Nie polecam.

Oczywiście cały ten stres opatrzność czasami wynagradza widoczkiem ośnieżonej Europy z góry, albo samolotów ustawiających się w kolejce do lądowania, wyglądających w mglistym wieczornym powietrzu jak gwiazdy opadające z gracją na ziemię jedna po drugiej. Albo kimś miłym, kto siedzi obok was. Dobrą kawą na śniadanie w hotelu. Nowym doświadczeniem. Nowymi perypetiami do opisania.

Oh, my hopeless wanderer

Minął tydzień od mojego uprowadzenia. Niby wszystko po staremu. Chodzę do pracy, wracam z niej pod ten sam adres, spożywam posiłki, czytam, słucham ładnych rzeczy, sprzątnę czasem, wiecie, taka tam codzienność ludu pracującego miast i wsi. Bardziej miast. Strutych smogiem w dodatku ostatnio, co bez dwóch zdań czuję w moim gardle.
Nie mogę jednakże pozbyć się poczucia, że choć nic się nie zmieniło, to bardzo dużo się zmieniło, coś się zatrzęsło we wszechświecie. Jest inaczej. Niby dowiedział się człowiek czegoś, co wiedział od dawna, ale nie podejrzewał, że tak go to zdziwi wypowiedziane na głos, wzruszy bez wątpienia. Oczywiście całkiem przyjemnie mi się z tym żyje, tylko jeszcze nie do końca się przyzwyczaiłam. Wczoraj wieczorem za to złapałam za telefon, by wystukać wiadomość, a tak se sprawdzę, co u koleżki słychać, pisać zaczynam, gdy wtem telefon dzwoni.
Zawsze miał taki timing cholerny. Gdzie oni się tego uczą?…

Poza tym dotarł mój baranek.
(Uśmiałabym się, gdyby okazało się, że to naprawdę jest baranek).
Musiałam tylko go odebrać z… winiarni, bo kurier tam właśnie go zostawił pod moją nieobecność. O ironio. Wróciłam zatem do domu z przesyłką i butelką wina (gruzińskie dobre na wszystko), dwie pieczenie na jednym ogniu. Jedna i druga pieczeń czekają teraz na otwarcie. Z winem pójdzie łatwiej, jak sądzę. Tak czy inaczej, lada chwila zabieram się za rozbrajanie.
W niedzielę rano tymczasem na lotnisko. Dawno nie byłam, nieprawdaż. Tym razem na tak krótko, że nie jestem pewna, czy zdążę choć jedno rozmazane zdjęcie opublikować. Na samą myśl czuję się niewyspana, ale sama chciałaś, moja złota, sama chciałaś.

PS Liścik dołączony do baranka rozczulił mnie niemożebnie. Tak, jestem egzaltowana. I jest mi z tym, proszę ja was, wyśmienicie.

And then I go and spoil it all

A w ogóle to podczas tej wycieczki mojej nieplanowanej wydarzyła się rzecz bardzo dziwna. To znaczy dziwna i niedziwna zarazem, bo nie jest to nic, co by mnie jakoś bardzo zaskakiwało, ale też nie podejrzewałam, że kiedykolwiek zostanie zwerbalizowane.

Świat funkcjonuje tak samo, jak funkcjonował przedtem, w moim życiu też nic się nie zmieniło, niemniej jakoś mi inaczej wszystko wygląda od paru dni.

Co mnie skłania do refleksji.
Wiecie, przez lata całe słyszałam i czytałam: nie pokazuj miękkiego brzuszka. Nigdy, nikomu. Nie dawaj nikomu do zrozumienia, że ci się podoba. Nie przyznawaj się do żywienia cokolwiek cieplejszych uczuć. Były oczywiście sytuacje w moim życiu, gdy zgadzałam się z tym w całej rozciągłości, leżąc pod kołdrą zaryczana i obiecując sobie solennie, że już nigdy w nikim… no, sami wiecie. Wiecie również zapewne, gdzie sobie tego typu deklaracje człowiek może wsadzić.
Od pewnego czasu myślę, że to wszystko nieprawda.
Oczywiście bombardowanie miłością na każdym kroku też dobre wcale nie jest, przeciwnie, ale wszystkie te teorie, że trzeba ostrożnie, nisko i powoli, że trzeba cedzić przez zęby, traktować lekko oschle, zachowywać bezpieczny dystans et cetera nadają się do kosza. Choćby dlatego, że nie mamy aż tak znowu dużo czasu i że nigdy nie wiadomo, czy ktoś nam, w taki czy owaki sposób, nie ucieknie z życia. Zresztą ba. W gruncie rzeczy nie ma się przecież aż tak znowu dużo do stracenia. No, bo cóż najgorszego może nam się zdarzyć, gdy komuś powiemy, że tak dość raczej ewentualnie trochę go lubimy, wiedząc przy tym, że to oczywiste jest nie od dziś?…

Zostawiam was z nowym singlem London Grammar, takim w sam raz.

Liftin’ me higher and higher

Na chwilę przerwa od wątków kulturalnych – będą w przyszłym tygodniu, bo moja wyczekiwana przesyłka została dziś wysłana, tylko jej nie zgub, Poczto Królewska – żeby opisać jeden z najbardziej kuriozalnych wieczorów mojego życia. W skrócie, ale jednak.

Ostatnio pisałam, że potrafię pojechać do Londynu, Luksemburga, Katowic i Nowej Huty dla moich ukochanych mężczyzn.
Ale żebym nie wiedziała, dokąd jadę, to się nie zdarza często. Można powiedzieć, że w pewnym sensie zostałam uprowadzona.

Jeden z moich ukochanych mężczyzn od lat pozostaje taką moją kotwicą i absolutnym VIP-em. Pojawił się w moim życiu i już został – niby przypadkiem, ale ja tam nie wierzę w przypadki. Któregoś wieczora ludzie z dwóch kompletnie różnych bajek jakimś cudem się zetknęli i z jakichś przyczyn kosmos uznał, że to tak miało być. Tak czy inaczej z przygodnej, jak mogłoby się wydawać, i dość cielesnej znajomości nasza relacja ewoluowała w coś, co bardzo trudno nazwać, ale że nie jestem wielką fanką etykietek, to mi to nie przeszkadza. My wiemy, jak jest i to wystarcza. To taki ktoś, kto pełni w moim życiu rozliczne role. Wie o wszystkim, co się u mnie dzieje, zawsze mnie wspiera, zawsze do mnie mówi zdrobniale, zawsze twierdzi, że ładnie wyglądam, znakomity w przytulaniu, wypłakałam mu w rękaw przynajmniej ze dwa litry łez – ma do mnie kluczyk i doskonale wie, jak go użyć. Nie żeby był chodzącą doskonałością (choć z przekąsem twierdzi, że jest), bardzo to dominujący typ, niezgorszy gałgan i nerwus, ale też wyznawca staroświeckiej kindersztuby, dżentelmen z wymierającego gatunku, taki, przy którym czujecie się jak dama z powieści Jane Austen nawet, gdy stoicie przed owym w wysoce niegustownym dresie i przed chwilą odsmarkałyście sobie zaczerwieniony nos na amen, bo was przeziębienie gnębi. Wszystkie moje szaleństwa przyjmuje ze spokojem i zrozumieniem, bo sam ma własne, które nierzadko wywołują u postronnych zjeżenie sierści na plecach, bo jak to tak. Dla niego to naturalne, że ma się pierdolca i można co nieco poświęcić z tej przyczyny.
Widujemy się ostatnimi czasy zdecydowanie nie dość często, bo albo ja jestem wyjechana, albo on, ale gdy już następuje ten szczęśliwy moment, to z rozmachem. Bywało nie raz i nie dwa, że spotykaliśmy się w miejscach przedziwnych lub na bardzo krótko.
Po powrocie bardzo chciałam go zobaczyć, ale jakoś nie sprzyjało. Do przedwczoraj. Korespondowaliśmy sobie, aż wtem…
– Mam dla ciebie małą niespodziankę – ogłasza koleżka z zadowoleniem. Już ja znam jego niespodzianki. To człowiek, którego poziom spontanu przekracza dopuszczalne normy, o czym przekonałam się po wielokroć. To człowiek, w towarzystwie którego trzeba być gotową na wszystko; pozbawiony wszelkich zahamowań, z zerowym poczuciem obciachu, za to z ogromnym poczuciem humoru, wyluzowany nieprawdopodobnie (prywatnie, bo zawodowo to wściekle zdyscyplinowany profesjonalista, dla którego nie do pomyślenia jest spóźnić się pięć minut do roboty).
– To zamawiam taksówkę.
– Nie, nie zamawiaj. Ja już po ciebie wysłałem samochód.
– Jak to samochód wysłałeś?…
– Powinien u ciebie być za parę minut.
– Jak to samochód wysłałeś?…
– Tylko ubierz się ciepło.
– Gdzie ty jesteś, przepraszam?!
– Do zobaczenia!
I rozłącza się ten gamoń, ten łobuz.
No dobrze. Wychodzę z domu, a tam faktycznie czeka samochód i kierowca pyta, czy ja to ja. Potwierdzam. Wsiadam. Nie mam pojęcia, o co chodzi.
Śnieg zacina, mglisto, ale mimo warunków atmosferycznych niesprzyjających podziwianiu widoczków ku mojemu ogromnemu zdumieniu w pewnym momencie zauważam za oknem światła znanego lokalsom Centrum Handlowego Zakopianka, znajdującego się, nie zgadlibyście, przy ulicy Zakopiańskiej, znanej z tego, jak być może trudno się domyślić, że prowadzi na Podhale. Hm. To nie jest dzielnica, w której spodziewałam się znaleźć. Mijamy światła Centrum Handlowego Zakopianka i pan kierowca wytrwale sunie dalej w kierunku Beskidu Wyspowego. Tu jest coś nie tak.
– Przepraszam pana, może to głupio zabrzmi, ale… dokąd jedziemy?
– No, tak z godzinkę nam zejdzie – odpowiada wymijająco kierowca. Aha. Zmowa. Oczy autorki robią się większe i większe. Wyjmuje telefon. Gamoń i łobuz odbiera za pomocą swojego zalotnie pogodnego „halooo”.
– Gościu, ja muszę jutro iść do pracy!
– Nie ma zmartwienia, pan cię rano zawiezie z powrotem.
– Ty oszalałeś. Oszalałeś. Szalony jesteś.
Po obiecanej godzince samochód wyrzuca mnie wśród lasów, przed wejściem natomiast stoi zakapturzona postać słusznej postury. Gdybym nie rozpoznawała tej sylwetki z daleka, to bym się przestraszyła. Na szczęście postać rozkłada ramiona i pachnie mi znaną od prawie dekady wodą po goleniu.

O świcie autorka wsiada nazad do samochodu, żegnana słowami:
– Tylko proszę jechać ostrożnie, bo skarb pan wiezie.

Taki to jest ten mój człowiek-przygoda.
Jak zawsze twierdziłam, ludzie są najciekawszym, co może nam się przydarzyć.

If I am who I am because you are who you are and you are who you are because I am who I am then I am not who I am and you are not who you are

No to wróciłam. Nie żebym była jakoś szczególnie zadowolona z tego faktu, zwłaszcza że mam katar, a jutro wracam do roboty, po dwóch błogich tygodniach.

Był to intensywny weekend, ale bardzo udany, choć jeśli jesteście ciekawi, jak spędziłam sylwestrową noc, śpieszę donieść, iż nie spędziłam jej wcale, ponieważ spałam. I świetnie. Przynajmniej weszłam w Nowy Rok wypoczęta.

Mój romans z miastem, którego nie ma, kwitnie niezmiennie. To nieprawdopodobne. W Paryżu musiałam zmuszać się do wyjścia z bunkra w weekendy, nie chciałam. W Londynie biegam rozpromieniona od rana do wieczora, padając wieczorem ze zmęczenia. Tak, wiem, że jakiś czas temu wynaleziono metro i że ono w tym mieście działa wyjątkowo sprawnie, ale po co, skoro tak miło się po nim chodzi, z rękami w kieszeniach, w rozpiętym płaszczu, bo dość ciepło.
Zaczęłam od wizyty w Sam Wanamaker Playhouse, bo mam taki przymus wewnętrzny, że muszę tam pójść, ilekroć jestem w pobliżu. Uwielbiam to miejsce. Jest małe, przytulne, pachnie rozgrzanym woskiem, człowiek czuje się tam w przyjemny sposób odseparowany od reszty świata. Ma ono jednakowoż jeden minus. Otóż jest pierońsko niewygodne. Jak ktoś kiedyś napisał – przeznaczone dla widzów bardzo szczupłych lub bardzo towarzyskich, którym nie przeszkadza kontakt cielesny z widzem obok. Kręgosłup pogrąża się w rozpaczy. Ale jak się człowiek zaprze, to jakoś te dwie i pół godziny wytrzyma (mój pamiętny rekord to cztery godziny czterdzieści minut – wszyscy wychodzili jacyś tacy przygięci…).
Na ogół warto.
Bardzo to był uroczy spektakl. Nie z gatunku zmieniających życie, niemniej zabawny i chwilami wzruszający, i dostarczający publiczności bardzo przyjemnych wrażeń muzycznych. Bo o Händlu. Händel pisał muzykę, jak wiemy. I sztuka owa opowiada o tym, jak wystawiał Mesjasza w Dublinie. Mamy zatem skrzypków i trąbki, i anielskie głosy, a to wszystko na tej maciupkiej scenie, otoczonej maciupką widownią, w blasku świec. No, rozkosz.
Wyszłam i pobiegłam do National Theatre, z przystankiem w nowym budynku Tate Modern, który jest dość raczej imponujący i oferuje jeszcze bardziej imponujące widoczki z tarasu na dziesiątym piętrze. Shard jak na dłoni. Katedra i tak dalej. Niech was ręka boska broni przed wydawaniem pieniędzy na niedalekie London Eye.
W National Theatre niezmiennie się gubię (byłam tym razem dwukrotnie i pomyliłam piętra w oba dni), ale doceniam fakt, że można tam zjeść, wypić, internet mają i księgarnię dobrą. No i, koniec końców, wystawiają dobre przedstawienia. W piątek oczekiwał mnie Mark Strong, zupełnie do siebie niepodobny, bo z włosami. I kryminał – co prawda w pewnym momencie jęłam przeczuwać, jak się skończy, to znaczy kto zginie (i zgadłam), ale oglądało się to arcydobrze. Dość emocjonujące. Bardzo efektowne wizualnie, trochę jakby oglądało się film z lat 60.

A potem przyszedł piątek. Intensywny dość. Gęsta mgła wcale mi nie przeszkodziła podreptać pieszo z Hyde Parku do Barbican Centre, na wystawę, a stamtąd do King’s Cross Theatre, w którym być musiałam, bo Lazarus. Wiecie, dla mnie Bowie to bóg, którego odkryłam na dobrą sprawę jako dorosła już kobieta – długo się doń przekonywałam. Później się zakochałam. Wiadomość o jego odejściu złamała mi serce. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że musical, który napisał wspólnie z Endą Walshem, dotrze do Londynu, pomyślałam, że trzeba będzie to zobaczyć. No i zobaczyłam. Mojemu sercu gwałtownie przypomniało się, gdzie boli. Fakt, fabuły w tym za bardzo nie ma, ale i być nie musi. Jest muzyka, i to jest ważne.
(Inna sprawa, iż temperatury w tym teatrze – budynku jednak tymczasowym – urągają godności ludzkiej i człowiek zaczyna tęsknić za ciepłem Szwecji w marcu).
Gdy już łzę otarłam, pomaszerowałam nazad na drugi brzeg Tamizy. Do Old Vic. Zobaczyć Rufusa. I to, bądźmy szczerzy, stało się absolutną wiśnią na torcie mojej wycieczki.
Jak wszyscy wiedzą, niżej podpisana nie ma śmiałości do ludzi. Może i w internetach udaje wygadaną, ale w rzeczywistości nie jest taka. Denerwuje się, nogi jej się uginają, albo nie wie, co powiedzieć, albo dla odmiany palnie coś głupiego. Co więcej, niżej podpisana przez większość swojego życia nie chadzała pod stage door, bo się wstydziła. W ciągu ostatnich paru lat nieco się jednakże pozmieniało w tej sprawie i mogę powiedzieć, że nawet pewną wprawę zdobyłam, choć nadal łatwo nie jest. Nadal miewam nadzieję, iż chodnik się pode mną rozstąpi, nim nadejdzie moja kolej. Nie mam pojęcia, czemu mi się taki stresior uruchamia, albowiem doświadczenia podpowiadają, że ci ludzie są przeważnie mili, normalni do bólu i mają ego w przyzwoicie skromnym rozmiarze. Tak czy inaczej, przez cały wieczór zastanawiałam się, jak zagaić. I czy w ogóle, bo może po prostu zwiać po spektaklu. Ale jakoś tak wyszło, że ani szczególnej kolejki nie było (raptem parę osób – a sądziłam, że będzie gęsto od rozemocjonowanych fanek lorda M), ani też czekać nie trzeba było długo, i zanim autorka się zorientowała, stała przed – przyznać trzeba – oszałamiająco w istocie przystojnym obliczem pewnego sympatycznego i bezpośredniego dżentelmena. No i co teraz, i co teraz. Grzecznie byłoby powiedzieć cokolwiek, poza „eee… chciałam tylko powiedzieć, że, eee..”. Tylko o czym? Dobrze byłoby mieć jakiś temat, jakiś punkt zaczepienia…
Bohater grany przez Rufusa w tej sztuce kupuje obrazek. Uściślając, wywala sto tysięcy euro na białe linie na białym tle, co w rezultacie sprawia, że jego wieloletnie przyjaźnie drżą w posadach.
I wtem autorkę olśniło. No przecież!

Wracałam do hotelu – pieszo, nie miejcie złudzeń – przez zamglony Londyn bardzo z siebie zadowolona.

On a magic carpet ride, czyli 366 dni w 1360 słowach

Normalnie o tej porze produkuję bardziej lub mniej udane podsumowanie roku. Tym razem jakoś zupełnie nie potrafiłam się za nie zabrać. Jako że miałam ostatnio wolne, chodziłam sobie nieco po blogaskach i czytałam. Na przykład o tym, jak efektywnie zaplanować kolejny rok.
I śmiałam się się głucho.
Zaplanować.
Efektywnie.
My arse.
W mijającym roku wylądowałam otóż w przynajmniej czterech punktach globu, w których lądować pierwotnie nie zamierzałam. Zrobiłam rzeczy, na które nie byłam gotowa. Nie zrobiłam wielu rzeczy, na które gotowa byłam, ale widocznie nie nadszedł ich czas. To była jazda bez trzymanki, powiadam. Męcząca, owszem. Wyczerpująca nawet. Zasmucająca momentami. Sprawiająca, że czułam żołądek w gardle. Ale też ekscytująca. Gdybym miała jednoznacznie stwierdzić, czy ten rok był udany czy nie, nie byłabym w stanie tego zrobić. Udowodnił mi bowiem bardzo mocno, że trzeba uważać na to, o czym się marzy. Pewne rzeczy są bowiem prostsze, niż się wydaje. Co nie znaczy, że są nieopisanie i całkowicie zachwycające. Zwykle mają ciemne strony. Na przykład wasze życie towarzyskie umiera, bo ciągle was nie ma. Ale, jak to napisał pewien wieszcz, if you never discover, forever you’ll suffer.
To był rok niebywale trudny i intensywny, ale oj, nie nudziłam się. Ani chwili.
Powiem wam szczerze. Jak czytam to wszystko poniżej, to mi się wydaje, że ja już dawno pożegnałam się z rozumem. Może mi się to przyśniło. Może sobie to wymyśliłam?…

Styczeń. Wspinam się na szóste piętro odrapanej kamienicy przy Charing Cross, by spędzić dwie godziny w towarzystwie dwóch par żarliwie spoglądających oczu i popłakać się na końcu. Tego teatru już nie ma. Istniał tylko przez kilka miesięcy. Zamknął się właśnie na dobre. Zatem w pewnym sensie przeżyłam coś niepowtarzalnego. Ja i niewielu ludzi, przed którymi ci dwaj co wieczór grali na tym zimnym poddaszu, zamiast brylować na salonach. To było niezwykłe i poruszające doświadczenie.
Luty. Ta sama trasa, czyli nad portem w Rotterdamie skręcamy w lewo. Oglądam liczne penisy (w muzeum, w muzeum!) i oglądam same łamiące serce przedstawienia. W dwóch z nich grają dzieci. Teoretycznie nie lubię spektakli z dziećmi, w rzeczywistości natomiast oba mnie zachwycają, albo raczej wstrząsają mną.
Marzec. Krótka podróż do kraju scyzoryków i raclette, gdzie śnieg z deszczem zacina bez cienia litości dla turystów usiłujących dotrzeć do hotelu, nie gubiąc przy tym po drodze ani walizki, ani parasolki, bezużytecznej zresztą w tej pogodzie. Następnie partyzancki wypad do, nie może to być, Londynu na weekend, bo upolowałam jeden samotny bilecik na coś, co bardzo chciałam zobaczyć – docieram do domu o drugiej w nocy, o szóstej dzwoni budzik. Nigdy więcej, myślę.
Kwiecień. O dziwo, donikąd nie wyjeżdżam i nic szczególnego się nie wydarza. Jak się okaże, zatęsknię za tym stanem. Za to dwa bardzo dobre przedstawienia w Krakatau oglądam. Nie dość ich obejrzałam w tym roku i mam nadzieję, że nadrobię braki. Nadzieję mam. Nie planuję, ponieważ patrz wyżej.
Maj. Urodziny, ma się rozumieć, w mieście Londyn. Po raz pierwszy idę do teatru na horror science-fiction, jeśli mogą to sobie państwo wyobrazić, i przyznaję – podskakiwałam ze strachu. Tydzień później lecę na pustynię; na dobry wieczór dostaję w twarz gorącym powietrzem. Jadąc taksówką prowadzoną przez dziarską panią lokals i gapiąc się z niedowierzaniem na niebotycznie wysoki, cienki jak trzcinka i lśniący budynek za oknem, czuję się, jakbym wylądowała na innej planecie, ale zaskakująco szybko się przyzwyczajam. Wypruwam sobie żyły w dni powszednie, w weekendy natomiast usiłuję chodzić pieszo (to tam nie działa), zażeram się owocami morza i ledwo zipię podczas śmiałych prób przetrwania na plaży . Dla zainteresowanych – wytrzymałam godzinę, za drugim razem godzinę i pół. I wiecie co? Tęsknię za tym krajem.
Czerwiec. Niemal prosto z pustyni zasuwam, niespodzianka, do Londynu, żeby oddać głos i zobaczyć przecudowny Sen nocy letniej, który na długie lata pozostanie moim ulubionym. Przez resztę miesiąca siedzę w cholernym, zalanym deszczem Luksemburgu. Nic mi się tam nie podoba. Mam dół jak stąd do Tasmanii. I wtem pojawia się jakiś osobliwy typ. Podobno wykładowca, ale jakoś mi trudno w to uwierzyć, bo nie wygląda. Nie spodziewam się, że jeszcze kiedykolwiek się zobaczymy, ale ku mojemu zdumieniu parę dni później osobliwy typ wraca z kolejną butelką wina. Luksemburg bowiem produkuje całkiem porządne wina, zwłaszcza białe. A koniec końców odkrywam, że jest też bardzo malowniczy (acz jeśli macie lęk wysokości, nie polecam).
Lipiec. Niesamowite, ale znowu udaję się do Londynu, obejrzeć przedstawienie, którego w ogóle nie miałam w planach, które nie ma tekstu, które każdego wieczoru wygląda inaczej, a które kończy się sceną zapierającą dech w piersi, magiczną, nie do zapomnienia. Wieczorem tego samego dnia wracam do Regent’s Park Open Air Theatre, spodziewając się, że wizyta w tym bez dwóch zdań najbardziej romantycznym miejscu świata może skończyć się ponownie oszołomieniem i dezorientacją – i zgadnijcie co, tak właśnie się kończy. Tym razem jednak oglądam niesamowitą wersję Jesus Christ Superstar, w której prostota środków łączy się doskonale z chmurami brokatu i olśniewającym (dosłownie) płaszczem Heroda.
Sierpień. Osobliwy typ dokonuje desantu na nasz kraj, włamuje mi się do mieszkania (no, w pewnym sensie – zostawiłam mu klucz pod wycieraczką) i pod moją nieobecność nieco je przemeblowuje. Następnie idziemy na festiwal. Sporą część koncertu Sii przegapiamy świadomie, pijąc Jägermeister i rozmawiając o frapujących doświadczeniach szanownego kolegi (które to doświadczenia, o czym wtedy jeszcze nie wiem, staną się niebawem moim udziałem), bujamy się przy Massive Attack, aż w pewnej chwili na ekranach pojawiają się napisy wzbudzające dziki aplauz.
– Co to znaczy? – pyta kolega. Tłumaczę, wyjaśniając przy okazji kontekst polityczny. Kolega unosi brwi w niezmierzonym zdziwieniu. Parę miesięcy później, gdy będę go informować, że kobiety w Polsce protestują, bo pojawił się pomysł zakazu aborcji, zapyta, po co ktokolwiek miałby jej zakazywać. Doskonałe pytanie, panie kolego.
W ostatnich dniach sierpnia, w ramach spontanicznego „chodź, bilety są tanie” niżej podpisana ląduje w Mediolanie. Regularna dawka Włoch jest człowiekowi potrzebna do życia. Niestety znowu nie udało mi się obejrzeć włosów Lukrecji Borgii. A nad jeziorem Como nie spotkałam George’a Clooneya, który ponoć willę tam ma. Cóż mogę rzec. Żyzń parchata.
Wrzesień. Po trzyletniej przerwie niżej podpisana wyrusza samotnie na Daleki Wschód. Bez najmniejszego stresu, za to z uwielbianym poczuciem absolutnej wolności. Pogoda może i fatalna (teraz rozumiem, co znaczy „ściana deszczu”), ale lokalsi bardzo sympatyczni – tylko nie wsiadajcie z nimi do samochodu, jeśli cenicie sobie spokój – jedzenie pyszne, a wieczorne przesiadywanie w Changkat i przyglądanie się upływającemu światu to niewątpliwie jedno ze wspomnień, do których jeszcze długo będę się uśmiechać.
Październik. Jedziemy na czytanko, świetnie się bawimy i ku naszemu niezmierzonemu zdziwieniu nie tylko reżyser nas rozpoznaje i się z nami wita, ale też zostajemy zaproszeni na wino z wykonawcami, co skłania nas do refleksji, że może czas zacząć spisywać memuary, tylko że każde wydawnictwo potraktowałoby to jak rojenia wannabe baronowej Münchhausen. Gdyby się jednakowoż zastanowić, nie jest to wcale aż takie dziwne po trzech latach w miarę regularnego bywania. Ponadto zaglądamy w dziecięco błękitne oczy Iana McKellena (podziękowania dla bardzo sympatycznego pana, który bezceremonialnie wypchnął mnie do przodu) i wracamy do hotelu całe w skowronkach, z myślą, że już właściwie nic lepszego nie może nam się tego roku przydarzyć. Ależ w jakim jesteśmy błędzie! Na przełomie października i listopada toczymy bowiem również zaskakującą, ale bardzo przyjemną korespondencję z pewnym dżentelmenem o uroczych rączkach, wskutek której wchodzimy w posiadanie kolejnej dekoracji ściennej (na razie tylko nominalnie, ponieważ zgodnie z ustaleniami autor trzyma ją u siebie do początku stycznia, co oznacza, że lada dzień będę musiała znowu do niego napisać – gdyby mi kto o tym trzy lata temu powiedział, to bym go śmiechem zabiła). W listopadzie wyjeżdżamy pracować do kraju żab i bagietek, który, choć czaruje autorkę widoczkami, atrakcjami, grzanym winem na Polach Elizejskich i obłędną kaczką, traktuje ją dość obcesowo. Bo ten zepsuty zamek, niemili ludzie i wszystko. Entuzjazm znika z cichym pyknięciem, jak ta bańka mydlana. Na szczęście w zasięgu pociągu leży Wielkie (duchem) Księstwo Luksemburga. Jaki ten Luksemburg miły po Paryżu. Samochody nie próbują człowieka przejechać. Czysto. Cichutko. Tak cichutko, że autorka, wywieziona na głęboką wieś, niekulturalnie śpi do południa. Po południu daje się namówić na raczej… nietypową rozrywkę, zgodnie z zasadą, że skoro nadarza się okazja, to należy spróbować. W tym celu szanowany wykładowca zabiera ją do kraju ościennego, a w tymże najpierw do sklepu ze specyficzną odzieżą, gdzie wskazuje jakiś skrawek szmatki na manekinie i mówi:
– Przymierz to.
Po przymierzeniu zatwierdza (to nie człowiek skłonny do sadzenia komplementów, prędzej kąśliwości, na przykład za każdym razem pyta, co słychać w sprawie mojego prawa jazdy, więc jego „it looks very good on you” sprawia, że odrobinę puchnę z dumy, ale tylko odrobinę, żeby mi skrawek szmatki w szwach nie pękł).
Dalszą część wieczoru pominę, powiem tylko, że nasi germańscy bracia to dość wyluzowani są.
Grudzień. Wracam do ojczyzny z nerwami w strzępach. Pierwszy raz w życiu cieszę się, gdy obsługa zamyka drzwi, samolot odrywa się od obcej ziemi i unosi mnie w stronę domu. Spędzam kilkanaście dni brzuchem do góry, nie malując się, nie ubierając zbyt efektownie, głównie czytając i oglądając seriale.
Po czym, nie do uwierzenia, odprawiam się na lot do Londynu. Jutro, szósta dwadzieścia pięć.

Szczęśliwego Nowego, moi mili. Oby był przygodą.

To jest moja pierwsza noga, którą wyciągam już w stronę domu

– Jakie są proporcje składników na kruche ciasto?
– 3-2-1.
– Czyli jeśli daję dziesięć deko mąki, to ile masła?…
Chwila głębokiego namysłu.
– … Sie…dem?

Nie można być geniuszem w każdej dziedzinie, nieprawdaż. Tak czy inaczej, sernik jakimś cudem się udał. I bezy. I uszka nawet.
A teraz można ze spokojem sączyć własnej również roboty poncz – dodałam tyle imbiru, że nie zachoruję do 2070 – i czytać cudowną korespondencję Szymborskiej i Filipowicza („ostatnie listy miłosne pisałam mając lat 8 na zamówienie służącej Karolci do młodszego palacza na lokomotywie”) z przerwami na Londyn. Po kawałku, na wyrywki. Trochę o Seven Dials, trochę o Bankside. Nic więcej nie zamierzam robić przez najbliższe kilka dni, aż do ciężko rannego czwartku.

A jeśli mój wigilijny sen się ziści, to ciekawy będzie ten przyszły rok.
Śniło mi otóż, że byłam na czytanku (no, doprawdy…). Wyglądało prawie zupełnie jak prawdziwe, z tą tylko różnicą, że było jedzenie, mnóstwo jedzenia, a jeden z wykonawców przez cały wieczór szeptał mi do ucha. Że był zarośnięty, to mnie dodatkowo łaskotał. Nie najgorzej. Ale najciekawsze było to, że w przerwie podeszła do mnie jakaś kobita z widowni i powiedziała, że mogę wstąpić do ich fanklubu. Trzeba tylko opłacić składkę w wysokości czterystu złotych.
Autorka na to odparła dumnie, że dziękuje, ale ona ma swój własny, jednoosobowy fanklub tej imprezki.
(Co poniekąd jest prawdą przecież).

Jeśli uważacie, że powinnam zgłosić się na kozetkę, to jeszcze dodam, iż którejś nocy w ubiegłym tygodniu przeprowadzałam audyt w Hogwarcie. Taak.

Medium is a message

Staram się ignorować rzeczywistość, ale nie wychodzi mi to najlepiej. Właściwie to od piątkowego wieczoru mam permanentny wkurw, którego poziom od czasu do czasu lekko opada, by po chwili wzrosnąć po sufit.
Nie wierzę, że muszę się przyglądać bezczelnemu drwieniu z prawa, odgradzaniu się od obywateli, wojence z mediami, wystawianiu środkowego palca w kierunku znacznej części społeczeństwa. I temu, że robi się bałagan dla samego bałaganu. Z mściwości. Z głupiego „teraz, kurwa, my”, które jeszcze nigdy nie skończyło się dobrze (co mnie nieco pociesza).
Wiecie, paradoksalnie chyba najbardziej mnie zirytował arcyfachowy korespondent z Germanii, najwyraźniej mocno zszokowany wydarzeniami w Berlinie, bo innej przyczyny zachowań nie dopuszczam. Nie podejrzewałabym przecież, żeby jako tako znający się na robocie dziennikarz wszedł na antenę widocznie/słyszalnie niedysponowany. A serio – tak sobie myślę o moich znajomych dziennikarzach, którzy harują jak woły, nierzadko cięgiem po kilkanaście dni pod rząd, kosztem swojego prywatnego życia, i jakoś im niezależnie od wszelkich trudów brak profesjonalizmu się nie zdarza. Przecież to jest, kurza noga, obraza dla nich. Ten wannabe korespondent ich znieważył. I znieważył widzów. Zresztą ba, abstrahując od wielkich słów. Wyobraźcie sobie, że pojawiacie się w pracy z fajką i w stanie lekko niestabilnym. W najlepszym wypadku długa i przykra rozmowa was czeka. W gorszym wiadomo, pakowanie zabawek.
I gdy tak sobie myślę o dzieciakach, które idą na studia dziennikarskie – jak ja kiedyś – z głową spuchniętą od ideałów, z nadzieją bycia drugim Kapuścińskim, Egonem Erwinem Kischem, Orianą Fallaci, Marie Colvin, Andersonem Cooperem, a potem odpieprzają darmowe staże w redakcjach, podczas gdy na antenie brylują takie indywidua lub też panie wmawiające wam, że jak będziecie jeść dużo chia, to nie popadniecie w depresję, gorzko mi się robi, bardzo gorzko.

Uch. Nieważne.
W ramach emigracji wewnętrznej oglądam sobie Holistyczną Agencję Detektywistyczną Dirka Gently’ego – mój Boże, jakież to jest pokręcone, jakie cudownie absurdalne, jakie dobre. Właśnie to, czego potrzebowałam. Nie każdego para kaloszy zapewne, ale mnie, zagorzałej miłośniczce Douglasa Adamsa, to się oczywiście bardzo podoba. No i jest w tym jakże urocza, wiecznie młoda szelma pod tytułem Samuel Barnett – dużo bym dała za tę kurteczkę, co prawda umiarkowanie do twarzy mi w żółtym, ale ten odcień klasa – wraz ze swoim akcentem stosownie brytyjskim (nie ma takiej rzeczy, to skrót myślowy, ale wiecie, o co chodzi). Powiedzmy, że nie jest to najbardziej utalentowany detektyw, raczej taka pełna wdzięku dupa wołowa, ale jego podejście do śledztw i rzeczywistości w ogóle – wszystko jest ze sobą powiązane, jeśli czegoś akurat potrzebujesz, życie to i tak przed tobą postawi (ewentualnie sam to sobie weźmiesz, nieprawdaż), this is what I do, that’s how I work, I follow fate around – bardzo, bardzo mi odpowiada.
Żeby nadmiernie do seriali się nie przysysać, posiadłam stos Żulczyków do czytania wieczorem. I parę rzeczy z Czarnego. I, ma się rozumieć, pewne opasłe tomiszcze, bo za tydzień o tej porze będę się pakować na Wyspy. Rany julek, jak się stęskniłam. Plan na te trzy i pół dnia wygląda jak zwykle. Teatr, teatr, muzeum, teatr. Normalnie szał i życie na krawędzi.

Unattended luggage will be removed and destroyed

Dom.

Kraj, którego nazwy nie wymienię, pożegnał mnie we właściwym sobie stylu. Nie mogłam wydrukować karty pokładowej, bo drukarka w biurze zepsuta. Wzruszyłam ramionami. Jak się czeka przez cztery tygodnie na wymianę żarówek (nie wspomniawszy o moim niesławnym oczekiwaniu na schodach w dniu przyjazdu), to jakie wrażenie na człowieku może zrobić felerna drukarka?
Okej. Jadę na lotnisko. Waliza, bagaż podręczny, laptop, torebka. Docieram na Gare du Nord. Pociągi na lotnisko odjeżdżają z poziomu niżej. Idę do windy. Winda zepsuta. Mało tego. Na drzwiach windy wisi kartka, że naprawią do 18 grudnia. To się nazywa pośpiech. No dobra, windą nie pojadę, to pojadę ruchomymi schodami.

Ups. Nie pojadę.

Działają, ale tylko te jadące w górę.
No chyba żart.

Autorka, nie dbając o otoczenie, przeklęła w głos po polsku. Jak tu, kurza stopa, zejść z tym wszystkim po schodach na dół i nie wywalić się na pysk? Nie będę znosić oddzielnie, bo jeszcze mnie oskarżą o złe intencje, gdy zostawię jeden z nich na chwilę bez opieki (tak zresztą było na lotnisku tego dnia – część terminalu została zamknięta i obstawiona gęsto przez panów uzbrojonych po zęby, bo ktoś zauważył zapomnianą/zgubioną walizkę). Metoda „zjeżdżaj na tyłku” stosowana przeze mnie na stromych szlakach tu może być trochę niewygodna, choć z pewnością widowiskowa…
Z niemałym wysiłkiem, przy wtórze sapania, przeklinania, kosztem złamanego paznokcia zniosłam mój majdan na peron. Inni pasażerowie też wyglądali na uradowanych sytuacją i głęboko wdzięcznych dyrekcji Dworca Północnego w Paryżu za rewelacyjny poziom obsługi klienta. No dobra. Wsiadam do pociągu w kierunku Charles de Gaulle Terminal 1. Pociąg dość zatłoczony, więc ja i moje toboły stoimy. Wtem, jakoś w połowie drogi, czuję zapach znany mi z lat, gdy byłam młoda i piękna. Zapach nie do pomylenia. Spoglądam w lewo. Spoglądam w prawo. Oczywiście. Koleś obok na zupełnym luzie pali w wagonie skręta.

Dalsza część wieczoru zgodnie z planem. Samolot, olśniewający zachód słońca znad chmur, wzniesiony w samotności toast za koniec tej guerre folle i ten wyczekiwany moment, gdy cierpliwie buczące w mrozie za oknem silniki zaczynają buczeć nieco inaczej, sygnalizując wyraźnie, że oto wracamy na ziemię, ale już w innym kraju.
Nie wiedziałam jeszcze wtedy co prawda, do czego wracam i że spędzę właściwie cały weekend, śledząc bez ustanku wiadomości (dla równowagi psychicznej po drodze upiekłam pierniczki – co prawda talent do dekorowania mam, jaki mam, ale mnie tam się podobają). Nie będę tego komentować.
Jedyny komentarz, jaki chcę dziś wieczorem wygłosić, brzmi: miło wracać do domu. Nawet komuś takiemu jak ja, kto nie potrafi usiedzieć na tyłku i kto nauczył się sztucznie wytwarzać „dom” wokół siebie. Cieszę się z tego, że obecnie siedzę w moim lodowatym mieszkaniu (ale zaraz będzie cieplej), z moim wysłużonym domowym laptopem, z moimi ścianami pełnymi zdjęć, rysunków, podpisów, amuletów. Cieszę się, że za parę dni jadę do rodziców. Cieszę się, że spotkam się ze znajomymi. I nie zrozumcie mnie źle. To nie tak, że Francję będę wspominać jak jakiś koszmar, bo wprost przeciwnie – owszem, było bardzo ciężko, owszem, mentalność lokalsów sprawiała mi pewne trudności, ale przywiozłam też stamtąd wiele miłych wrażeń i miałam do czynienia z sympatycznymi ludźmi. Zobaczyłam wspaniałe rzeczy i zjadłam też takowe. Nie pokochaliśmy się, to fakt. Ale może jakoś się dogadamy na starość.

France

Nie wierzę, że jeszcze tylko parę godzin nerwów zostało.
Wczoraj mnie w biurze zamknęli, proszę ja was, bo wychodziłam po dwudziestej i jakieś było moje zdziwienie, gdy odbiłam się od drzwi. Dziś oczywiście zmora od poranka po mnie jeździła jak po łysej kobyle. Zatelefonowałam wreszcie do mojego menago, żeby się wyżalić, a ten mi na to:
– Wiem, też to z nią przerabiałem. Ale musiała naprawdę wytrącić cię z równowagi, że tak się zdenerwowałaś. Przecież ty jesteś taka opanowana.
Ja. Opanowana. Ależ szefie, co szef.
Owszem, staram się wyglądać na opanowaną, co całkiem często kosztuje mnie bardzo dużo. Ja nie z tych, co publicznie płaczą, rzucają przedmiotami, robią awantury. A pewnie byłoby zdrowiej, bo całkiem łatwo wpędzić mnie w stres, z którego potem z trudem się wypędzam. I odchorowuję. Nie należę, nad czym ubolewam, do ludzi, którzy mają wywalone.
Ale, ale. Już za chwilkę będzie dobrze. Prawie spakowana. Jakoś mi się walizka skurczyła i będę pewnie jutro na lotnisku nadrabiać miną. Dziwne, bo z wyjątkiem paru rarytasów prawie nic tu nie kupiłam – sukienka nabyta podczas weekendowej wizyty w Germanii ma rozmiary właściwie bliższe majtkom (to nie ja wybierałam), więc nie bardzo rozumiem, w czym problem. Te walizki zawsze jakieś mniejsze, gdy się wraca.
Jutro wieczorem dom. W sobotę będę spać do kiedy się da – na ogół wstaję dość wcześnie, niemniej umówmy się, wolno mi i dla regeneracji powinnam. Święta z praszczurami, nadrabianie towarzyskich zaległości. Później udaję się na urlop i wracam do Londynu (proszę zwrócić uwagę na słowo „wracam” – nigdy bym nie napisała, że wracam do Paryża). Pooglądam sobie atrakcyjnych mężczyzn z daleka. A potem będzie już styczeń i przyleci moja wyczekiwana przesyłka, i będę znowu uprawiała nieskrępowaną egzaltację przez kilka dni.
No i bardzo dobrze.
Zawsze powtarzam – najważniejsze to mieć na co czekać.

Qui pourrait fumer la pipe de mon tableau? Personne. Alors ce N’EST PAS UNE PIPE. 

Odliczam godziny.
Jeszcze tylko cztery noce i tyle mnie tu widziano. Najbliższe dni będą ciężkie, bo zmora zapewne będzie sobie na mnie używać, ale jak zwykle w takich sytuacjach staram się pamiętać, że jestem tylko o dwa uściski dłoni od Kevina Spaceya, który by kobitę usadził samym spojrzeniem (to nie pomaga jakoś bardzo, ale pomaga zobaczyć sprawy we właściwym kontekście). Że poza kobitą mam przyjemne i interesujące życie, osobliwych znajomych, bywam w ciekawych miejscach.
Na przykład w weekend byłam w muzeum. A nawet dwóch.

Bo w Pompidou Magritte (dziękuję za polecenie!), a w imponującej Mennicy Paryskiej Cattelan – ten sam, który onegdaj wielki skandal wywołał rzeźbą papieża przygniecionego przez meteoryt. Rzeźba zresztą na tej wystawie jest. Przy czym nie robi największego wrażenia. Sierść na plecach jeży raczej inna rzeźba, klęczącego tyłem do was, modlącego się chłopca w mundurku. Podchodzicie bliżej i coś wam w tym obrazku nie pasuje. Obchodzicie chłopczyka i odkrywacie, że on ma podejrzanie znaną twarz.
Z przodu bowiem to po prostu Hitler.
Ciekawe, bardzo ciekawe.

Z Mennicy krokiem niezbyt szybkim, z przerwą na kawę i przekąskę w ogródku, poszłam do Centrum Pompidou. Miejsce znane, wiadomo, bebechy na wierzchu. Magritte również znany. To i ludzi jak mrówków. Dobrze, że autorka w nieczęstym przypływie pomyślunku kupiła sobie bilecik z wyprzedzeniem, inaczej byłoby trochę stania.
Podobało mi się. Niesamowita perfekcja i czarująca ironia – ot, artysta malujący ptaka i spoglądający przy tym na jajko. Artysta malujący swoją modelkę. Nie, nie portret modelki, modelkę. Słynna fajka, która nie jest fajką. Cwane złudzenia optyczne, zabawianie się światłem. Oczywiście we właściwym sobie stylu zawiesiłam się na chwilę przed jednym z obrazów, przedstawiającym, niespodzianka, kobietę rzucającą cień ptaka.
Uch, chciałabym mieć.
Ktoś ma, bo to własność prywatna. Poza tym jest to pewnie warte parę nieruchomości, więc pozostanę przy tych bazgrołach, na które mnie stać. Ale kupiłam sobie katalog i oglądam go z zapałem trzeci wieczór. Widzicie. Kiedyś to człowiek w weekendy na imprezy chodził. Prowadził się źle. A teraz chodzi na wystawy, by następnie studiować katalogi. Żałosne.
(Na swoją obronę dodam, że dwa tygodnie temu, podczas wycieczki do germańskich oprawców, wyrobiłam normę spożycia Long Island Ice Tea na pewien czas, na długi czas).

Żeby się nie przekulturalizować, odwiedziłam ponownie jarmark świąteczny – tak niby przypadkiem, po drodze z miasta do kwaterki. Trzeba dbać o równowagę.
Spróbuję coś jeszcze sobie wcisnąć w trzy najbliższe wieczory. Łatwo nie będzie, ale może jakoś się uda.

Ah men

Jak łatwo zauważyć, dla moich ukochanych dżentelmenów potrafię zrobić wiele. Zdolna jestem do pewnych poświęceń. Mogę pofrunąć do Londynu na jedno popołudnie, nie ma sprawy. Przez pół nocy, walcząc z nieprzyjaznymi użytkownikowi francuskimi serwisami informatycznymi, kupować bilety na pociąg. Łapać taksówkę do Nowej Huty późnym wieczorem.
I tak też było tym razem.
Poleciałam do domu na weekend. Uściślając, na niespełna 36 godzin.
Dwa samoloty w jedną stronę (i znowu buła z tartą marchewką!), jeden tylko w drugą, za to środkowe miejsce, czyli przestrzeni co niemiara, nieprawdaż. Nawet zdrzemnąć się głupio, bo a nuż wasza strudzona głowa na współpasażerskie ramię opadnie i będzie wstyd – w dodatku oczywiście nigdy nie trafiam na towarzyszy takich, że nawet bym chciała, by mi ta główka na ich ramię opadła, poza jednym opisywanym tu niegdyś wyjątkiem, gdy kolega z siedzenia B bardzo był piękny, ale sam natychmiast zasnął i uwięził mnie w fotelu na długie godziny. Z drugiej strony to nie takie złe miejsce; kiedyś na przykład wracałam między ojcem a synem lecącymi z Anglii na weekend do Krakowa i ucięliśmy sobie pyszną pogawędkę o Tatrach i ołtarzu Wita Stwosza.
No więc poleciałam. Wydostałam się z tej cholernej Francji na chwilę.
Po co, państwo zapytają.

Otóż właśnie. Jak zwykle.
Dla faceta.

Wychodzę w piątkowy późny wieczór i widzę wśród licznych twarzy w hali przylotów jakąś taką znajomą, nieco zafrasowaną buzię w komplecie z ciałem przyodzianym w dżins od stóp do głów, bo co się będzie stroił.
– Cześć, ojciec!
Wróciłam, bo ten czarujący obywatel, z którym zawsze się sprzeczam, zgryźliwy tetryk level master, skończył niewiarygodne 60 lat w ten właśnie miniony weekend. Człowiek z nieprawdopodobną historią rodzinną – jego mama podczas wojny latała ponoć samolotem, a po niej została nauczycielką i założyła w szkole amatorski teatr; widzicie jakieś podobieństwa?… Nigdy jej nie poznałam, ale mam po niej drugie imię. Jego tata przesiedział swoje w obozie. Rzadko o tym opowiadał, ale zawsze z ujmującą godnością, ćmiąc przy tym nieodłącznego papierosa. Z godnością i nawet ironią, bo to był kawał twardziela, uroczy i życzliwy, ale twardziel. Cała rodzina taka. Najmłodszy synuś tej pary też utalentowany – świetnie rysuje na przykład – i też ma cięty język, który jedynaczka po nim odziedziczyła. Skończył szkołę żeglugi, by następnie pójść na polibudę i poznać moją mamę w laboratorium. Oszczędny w słowach. Woli gesty. Chętnie się dzieli i kiepski w oszczędzaniu, bo lubi wydawać na drobne przyjemności albo prezenty dla bliskich – przy czym zawsze bardzo się na mnie złości, gdy mu coś przywożę, bo przecież mogłam sobie coś kupić. No, mogłam. Ale.

Warto było zasuwać nazad do kraju na chwilę. Bo w niedzielę przy porannej kawie – oboje pijamy gorzką i gorącą – padre nagle powiedział mi:
– Wiesz co, tak sobie myślałem i jestem zadowolony.
– Z czego?
– Tak w ogóle. Ze wszystkiego.
Trudno się nie ucieszyć, słysząc coś takiego. Zwłaszcza że mój drogi padre nie jest osobą, która ochoczo okazuje emocje, zupełnie jak jego padre, ale wystarczy spojrzeć mu w oczy i wszystko się wie.

Nawet jakoś łatwo przyjął do wiadomości fakt, że w noworoczne popołudnie znowu będzie musiał tę swoją nadmiernie ruchliwą córkę z lotniska odbierać. On już się nawet nie dziwi.

Z innej beczki, jeszcze tylko osiem nocy w tym kraju, z którym zdecydowanie się nie zaprzyjaźniłam. W pierwszym, który mnie pokonał. Starałam się. 

Breathe… breathe, it won’t be long now

Jak można było się spodziewać, po intensywnym i rozluźniającym weekendzie zaliczyłam ostry zjazd nastroju.
Nie bez przyczyny.
Co prawda nad Francją wreszcie świeci słońce, a okoliczne bistra niezmiennie karmią należycie – ale…
Mam tu taki drobny problemik natury ludzkiej, mianowicie postać z gatunku ” nie jestem miła i dobrze mi z tym”. Żaliłam się w miniony piątek Luxemburgerowi nad vin chaud/ Glühwein/nie wiem, jak to się nazywa po ichniemu, że kobieta sprawia wrażenie, jakby miała ciągły PMS.
– Ach nie, to żaden PMS – odparł. – To po prostu sukowatość.
Nie ma to jak nazywać rzeczy po imieniu. Jak nie lubić tego typa?
No, ale tymczasem muszę znosić teatralne powzdychiwania, pytania z kosmosu, których nie rozumiem, bo nie powinny być kierowane do mnie, dziwne komentarze właściwe dla ludzi biernie agresywnych (nienawidzę tego – masz człowieku problem, to powiedz o tym otwarcie, zamiast pluć toksyną pod płaszczykiem życzliwości). Zachowania skrajnie inne w obecności osób trzecich. I och, lekką ksenofobię. Doszło do tego, że przez większość dnia boli mnie brzuch. Mnie bardzo łatwo zestresować, a zestresowana jestem do niczego – trybiki mi zwalniają, nie potrafię się skupić, zapominam o sprawach oczywistych. Nie pojmuję, jak można czerpać przyjemność z wytrącania innych z równowagi. Co takiego rozkosznego w drażnieniu ludzi, w dopierdalaniu dla sportu. Tak, wiem, pytam w internecie, przez 15 lat blogowej obecności niejednego komentatora oznaczyłam jako spam. Nie powinnam dziwić się zjawisku. A jednak. Zwłaszcza, że w realnym świecie nie sposób paskudy wygasić, trzeba z nią jakoś koegzystować. Wierzę, że wszystkim lepiej się funkcjonuje w przyjemnej atmosferze – nie musimy sobie spijać z dzióbków, ale wiecie, o co chodzi. Zawsze twierdziłam, że na byciu miłym można dalej zajechać.
Uchhh. Zacisnąć zęby, wytrzymać. W sytuacjach trudnych chować się w nowym happy place minionego weekendu, z jego nowymi ekscytującymi doświadczeniami (kto by pomyślał…), sukienką z 50 haftkami, zasypianiem w kleszczach. Damy radę. Może ostatniego dnia uda mi się wymyślić stosowną ripostę w odpowiedzi na całą tę żółć.
W ramach samopocieszania się wlazłam na stronę Globe, by zobaczyć, czy mój grafik urlopowy na przyszły rok – to jest rozkład czytanek – został już opublikowany. I otóż pierwsze przyszłoroczne już jest. W lutym. Akurat w ten weekend, który planowałam spędzić za kanałem. Czemu reklamują je zdjęciem promiennej twarzyczki znanej mi skądinąd osoby, od którego to zdjęcia oślepłam na chwilę, tego nie wiem – ale sztuka jest o Sforzach i opis wygląda jak zwykle grafomańsko i obiecująco, więc trzeba będzie pojechać. To moje drugie, niesłychanie ważne happy place. Trzeba mieć na co czekać, trzeba mieć co sobie przypominać, a badziewie tu i teraz jakoś się przetrwa.

Chreschtmaart

Płaci człowiek za to cholerne TGV kwoty szokujące, a oni nawet wifi nie mają na pokładzie.
Luxemburger z uporem twierdził, że coś niedobrze szukam, albo mam taryfę dla cudzoziemców, bo on widzi bilety po 75 euro. Przyjrzałam się screenshotom, które mi wysyłał, po czym poinformowałam go z pewną satysfakcją, że to, przy czym tak się upiera, to cena biletu w jedną stronę. No, ale dobrze. Zabrałam się za organizację wycieczki. I jakże mnie szlag trafił.
Francuzi, widzicie, nie upierają się przy tym, by ich strony internetowe miały wersje obcojęzyczne, lub by te wersje działały. Ja co prawda znam francuski w stopniu takim raczej „uśmiechaj się i potakuj”, ale z drugiej strony kupno biletu to żaden szczególny znój, więc wzięłam, wybrałam daty, godziny, wstukałam swoje dane i numer karty, zagapiłam się ufnie na obracające się kółeczko, po czym dup, kółeczko się namyśliło. Transakcja odrzucona. No bywa. Autorka westchnęła, ponowiła cały proces, po czym zobaczyła ten sam komunikat, tylko dłuższy, bo dodatkowo z informacją, że kolejną próbę dokonania transakcji tą samą kartą umożliwią mi za 24 godziny. W tej samej chwili mój troskliwy bank wysłał mi SMS, że ze względu na próbę dokonania podejrzanej transakcji karta została zablokowana.
I tak oto moje tymczasowe paryskie ściany wysłuchały żarliwej litanii przekleństw w języku polskim, doświadczyły całego bogactwa polszczyzny w tej sferze, kolejom francuskim serdecznie życzyłam, by je strzeliło blade wiadomo co. Kartę szczęśliwie dało się prosto odblokować, ale jak kupić bilet na kolejny dzień, jeśli nie można jej użyć?
Jak to dobrze, że mamy XXI wiek i różne zmyślne aplikacje na telefon, pozwalające kupować bilety kolejowe w całej Europie.
Ale i tak musiałam je sobie w maszynie na dworcu wydrukować. I nie, nie wszystkie maszyny drukują. Tylko żółte.
Mówię wam, ten kraj mnie wykończy.
Ale, ale. Jak to się stało, że w piątek wieczorem, zamiast czerpać przyjemność z paryskiego życia nocnego, wsiadłam w pociąg i udałam się do miejsca, w którym podobno jakieś życie nocne kiedyś ktoś widział. Bo mnie Luxemburger namawiał, żebym przyjechała do niego na wieś i prawdę pisząc, był to pomysł znakomity. Wieczorem wsiadłam w pociąg na Gare de l’Est, a dwie i pół godziny później wysiadłam na dworcu w Luksemburgu. Idź w lewo, czekam na parkingu, czytam w wiadomości.
Idę. Luxemburgera samochód jest czarny, więc rozpoznanie go po zmroku to i tak niełatwe zadanie, ale gorzej, że żadnego samochodu tam nie ma. Łapię zatem za telefon.
– A tak, pomieszałem kierunki, w prawo!
Idę. No istotnie. Stoi tam jakieś przykurzone i ubłocone czarne autko.
– Jesteś głodna? Chcesz do miasta?
– Trochę. Ale wybacz, miałam długi dzień i wolałabym tylko szybko coś przekąsić…
– Możemy podjechać na jarmark świąteczny. Zjemy coś, napijemy się grzanego wina i pojedziemy do domu.
Wypijamy zatem Glühwein z gustownych ceramicznych bucików, wracamy do samochodu i ruszamy z miasta Luksemburg do kraju Luksemburg – najpierw przez suto oświetlone ulice, potem kręte dróżki wspinające się i opadające wśród lasów. Wreszcie zatrzymujemy się przed domem w środku niczego. Wysiadam. Pachnie owcami, końmi i mokrą trawą. Ciemność choć oko wykol.
Co do tych owiec, to kolega ma problem z jedną, która z upodobaniem przełazi przez dziurę w płocie do jego ogrodu (jeśli można tak nazwać okazałą połać trawy) i kolega regularnie odnosi ją pod pachą do sąsiadów. Chciałabym to zobaczyć.
Szczerze mówiąc, najpierw wolałam, żeby to kolega mnie odwiedził. Z której strony by patrzeć, Paryż oferuje jednak więcej atrakcji niż jego ojczyzna. Ale gdy w pociągu z głośników obok zapowiedzi po francusku popłynęły takie w charkotliwym i twardym języku, co wyraźnie znaczyło, że przekroczyłam granicę Wielkiego Księstwa, ucieszyłam się. W zestawieniu ze stolicą Francji Luksemburg jest relaksująco spokojny, cichy, sterylnie niemal czysty i jasny. Mówię o mieście. Prowincja to już w ogóle kosmos. Gdybym chciała, żeby nikt mnie nie znalazł, tam bym się zaszyła.

Tak czy inaczej, rzucam tobołek w twierdzy Luxemburgera. Równie sterylnej, co całe państwo. Większość mebli samodzielnie wyheblowana. Zanim zezwolono mi na wizytę w łazience, musiałam zobaczyć pracownię, z oświetleniem tak mocnym, że chyba zżera większość prądu we wsi, oraz wszystkie lampy, stoły i komody, z których ziomal kokieteryjnie nie jest do końca zadowolony, ale zachwyty przyjmował z wyraźną uciechą.
Jest jednak coś, co napełnia go dumą bezbrzeżną.
– Coś ci pokażę – ciągnie mnie przed jakieś pudełko migające światełkami. – Ponad rok nad tym pracowałem, jeszcze nie jest gotowe.
– Co to?
– To jest, moja kochana, mózg mojego domu.
Cwaniak zaprojektował sobie i zbudował coś, dzięki czemu przez telefon zarządza oświetleniem, ogrzewaniem, praniem i muzyką w swojej kwaterze głównej (zaśmiałam się głupio, gdy mi powiedział, że jeśli mam Spotify, to mogę sobie puszczać muzykę w kąpieli, bo za lustrem są głośniki…). Tak, takie systemy można kupić – ale on to sobie sam obmyślił i skonstruował. Tacy jak wy i ja używają budzika rano. Kolegę budzi jego dom, z wolna podnosząc żaluzje i włączając muzykę. W weekend jednakże procedura budzenia lokatorów zostaje zawieszona. Dowiedziałam się o tym, ocknąwszy się w sobotę w ciemnej i cichej sypialni, jakoś podejrzanie wyspana.
– Która godzina? – mamroczę.
– Dwunasta.
– Która?!
– Jeśli masz ochotę, możesz spać dalej.
Nie chciałam. Druh usadził mnie zatem na kanapie, włączył mi – telefonem, oczywiście – film, a sam poszedł do kuchni gotować lunch.

Po zmierzchu wybraliśmy się na wycieczkę do kraju ościennego, to jest do Niemiec. Państwo pozwolą, że cel wycieczki pominę. Nadal nie wierzę, że dałam się na to namówić. Jedno powiem – z moim drogim kolegą nie sposób się nudzić. W odróżnieniu od wielu znanych mi ludzi Luxemburger nie musi silić się na ekscentryczność. On po prostu taki jest. Gdy mu się zaufa – a godny zaufania raczej jest, bo mimo, a może właściwie dzięki swojej swobodzie obyczajowej jest człowiekiem bardzo odpowiedzialnym i szczerym, mającym wielkie poszanowanie dla cudzych granic – otwierają się przed wami niesamowite przygody. Poza tym może i sprawia wrażenie szorstkiego w obejściu łobuza z niemiłosiernie ciętym jęzorem, ale pod sarkazmem i surowością (co chcecie, belfer w końcu) kryje się osobnik bardzo życzliwy i troskliwy, dla którego wasz komfort – pod każdym względem, od pełnego żołądka po poczucie bezpieczeństwa – stoi ponad jego własnym.
Długo docieraliśmy do kresu naszej eskapady, bo dwukrotnie się zgubiliśmy – może i Luxemburger zna te swoje leśne zakręty jak własną kieszeń, ale autostrady to inna sprawa. Tym samym piękne miasto Saarbrücken objechaliśmy dookoła, przy wtórze niepokojących komunikatów nawigacji pokrzykującej po niemiecku i lubiącej powtarzać „Achtung!” tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Jak również zgubiliśmy samochód na parkingu w centrum handlowym, do którego wpadliśmy na chwilę celem uzupełnienia mojej garderoby przed wieczorną, nazwijmy to, imprezą. Cóż. Zdarza się najlepszym. Luksbryka znalazła się na trzecim ze sprawdzanych poziomów i nie po tej stronie, co myśleliśmy.

Wracamy. Środek nocy. Wypompowana autorka najchętniej przycięłaby komara, ale nie chce zostawiać kierowcy samego. Wtem Luxemburger cofa i zawraca.
– Co jest? – pytam, gwałtownie wyrwana z letargu.
– Coś mi zaświeciło w rowie. To mógł być lis, ale często samochody wyskakują z tego zakrętu, gdy pada.

To były tylko lisie ślepia, na szczęście.

Całkiem smutno mi było odjeżdżać wczoraj – ale umówiliśmy się, że w przyszłym roku widzimy się tu lub tam, lub gdzieś pośrodku, bo niby czemu nie.
Gdy sobie przypomnę, jak nienawidziłam Luksemburga przez mój pierwszy tydzień tam, nie mogę się nadziwić. Gdy pomyślę, że pół roku temu nie miałam pojęcia o istnieniu gościa, z którym w piątkowy wieczór piłam grzaniec tamże, siedząc na murku, majtając nogami i docinając sobie nawzajem, i który całkowicie niespodziewanie okazał się jednym z Tych Ludzi – swoich, z kategorii osobistych VIP-ów – ech. Jak to nigdy nie wiadomo.

La vache

I tak oto przetrwałam drugi tydzień w ojczyźnie confit de canard. Jakoś się dogadujemy. Przyzwyczajam się. Niektórzy mówią, że dom jest tam, gdzie serce – dla mnie raczej tam, gdzie wieszam płaszcz. Co prawda nadal nie ogarniam zasad funkcjonowania mojej pralki, ale bądźmy szczerzy, to raczej kwestia mojego intelektu, który trochę się gubi w starciu z maszynami, niż francuskiego pochodzenia tejże pralki.
Fakt, ruch uliczny nadal nieco mnie stresuje (jak w Londinium, tu też przechodzi się na czerwonym świetle – z tą tylko różnicą, że tu także wtedy, gdy zaraz wjedzie w was samochód, za to na zielonym trzeba uważać na skutery, w tym zwłaszcza jeżdżące pod prąd, przednia zabawa, uchhh, ten kop adrenaliny, kiedy człowiek zbliża się do krawężnika!). Tutejsza osobliwa mentalność również. Ale… gdy zyska się zaufanie tutejszych, okazuje się, że pod lodową skorupą siedzą bardzo przyjaźni ludzie. No i „bonjour, madame!” zawsze miło usłyszeć, wchodząc rano do biura.
Poza tym zdarzył się trzeci czwartek listopada, czyli młode wino przybyło do sklepów i knajp. W moim lokalnym spożywczym całą alejkę z tej okazji postawiono. Oraz wózeczek z ostrygami. Dziś natomiast obżarłam się do nieprzytomności na Montmartre. Dzięki temu spokojniej przeżyłam małą osobistą tragedię.
Otóż z końcem tygodnia dostałam mail od mojego osobistego Jamesa Bonda.
Że dziękuje za wszystko i do zobaczenia.
Właśnie dobiegł końca jego ostatni dzień w fabryce.
– O nie – westchnęło się autorce.
Ja naprawdę tego gościa strasznie polubiłam. Z wszystkimi jego zadami i waletami. Owszem, były chwile, gdy go szczerze nienawidziłam – nigdy w życiu moje żyły nie były aż tak wyprute. Ale to on zszedł po ciastka, gdy usłyszał dyskretne pociąganie nosem w pobliżu mojego biurka, on mnie bronił przed ludźmi chcącymi dołożyć mi pracy, z nim jadałam śniadania w tej samej kawiarni co rano. Niesamowite, jak można z kimś się zżyć przez raptem trzy tygodnie.

Fajny facet.
Życzę mu jak najlepiej. W poniedziałek wysmaruję mu długi, egzaltowany mail, obawiam się. Czasami człowiek musi po uszy w egzaltację wpaść. No i trudno.

Za morzem tymczasem afera wybuchła po tym, jak przyszły wiceprezydent pojawił się na Broadwayu (na Hamiltonie, co dość istotne) i powiedzmy, że nie został ciepło powitany przez publiczność, ale mniejsza o to. Po wszystkim wygłoszono ze sceny dość uprzejme moim zdaniem słowa w jego kierunku – i się zaczęło. Mój ulubiony prezydent-elekt domaga się przeprosin (we właściwym dla siebie stylu), twierdząc, że teatr nie jest miejscem na takie rzeczy (dlaczego nie? nie istnieje w próżni…), bo ma być miejscem bezpiecznym (dla kogo?), jego zwolennicy organizują bojkot (o tyle bez sensu, że zdobycie biletu na to jest jak złapanie gwiazdki z nieba – w Londynie wystawiają to za rok i już jest lista kolejkowa). Niefajnie.
Przeczytałam tekst tego przemówienia kilka razy i nadal nie dostrzegam ani jednego obraźliwego zdania. A człowiek pełniący funkcję publiczną powinien zdawać sobie sprawę, że ktoś może zechcieć wejść z nim w polemikę, prawda?
Wśród przeciwników reakcji obsady na wizytę dominuje głos, iż aktorzy w ogóle nie powinni wypowiadać się na jakiekolwiek okołopolityczne tematy. Mają mówić to, czego nauczyli się na pamięć, a potem twarz w kubeł. Nie zgadzam się. Może i artysta to człowiek do wynajęcia – jak powiedziała aktorka w Unreachable, mogę być kim zechcesz, jeśli tylko mi za to zapłacisz – ale to nie znaczy, że jest jednocześnie człowiekiem bez właściwości. To nie tak, że pod spodem nie ma prawa mieć poglądów i nie ma prawa ich demonstrować. Są oczywiście tacy, którym to zaszkodziło, ale niezależnie od wszystkiego, będąc koniec końców zwykłymi ludźmi czytającymi wiadomości, wychowującymi dzieci, korzystającymi z służby zdrowia, płacącymi podatki, zmagającymi się z bezrobociem, dyskryminacją, nierównościami – mogą głosić swoje opinie na tematy, które ich też bezpośrednio dotykają. Dlaczego mieliby nie?… A że ich głos jest siłą rzeczy mocniejszy – no cóż.
Zabawne to swoją drogą, że ludzi niezdrowo fascynuje życie prywatne aktorów – z kim byli widziani, w której knajpie się upili, kogo objęli nie po przyjacielsku, gdzie błysnęli tyłkiem – ale jednocześnie ich publiczne komentowanie bieżących wydarzeń czy zaangażowanie polityczne uważane jest za coś bardzo niestosownego. Bez sensu.

No dobrze, tom sobie ulżyła, to i teraz mała porcja obrazków z niebywale słonecznego w ten weekend Paryża.

Ça marche!

Wiecie, co trzeba zrobić z mapą, gdy już dotrzecie do hotelu w nowym miejscu?
Powiem wam.

Trzeba ją wyrzucić.

Wyruszyłam w sobotę na miasto, mając przy sobie kartę kredytową, telefon, kieszenie i to jakby wszystko. Wiedziałam, jak dotrzeć na Plac Zgody (prosto i w prawo), a dalej to już gdzie oczy poniosą. Jakoś tak obeszło mi się katedrę Notre Dame, pusty Ogród Luksemburski, kościół St Sulpice, gdzie Delacroix. I nazad ulicą Bonapartego, później mostem – Pont des Arts, kto czytał Cortazara, ma zapewne skojarzenia, to tam Oliveira po raz pierwszy zobaczył Magę – na Pola Elizejskie, gdzie już jarmark świąteczny hula w najlepsze i sprzedają grzane wino (nalewane chochlą z żeliwnych kotłów pełnych pływających owoców – całkiem dobre, acz uczulam, występuje w dwóch pojemnościach, 300 i 500 ml, na zdrowie), ostrygi, raclette i inne takie, a to wszystko przy radosnym wtórze chrypiącego w licznych głośnikach Sleigh Ride. Dwunasty listopada, nieprawdaż. Deszcz zacina. Ale w sumie czemu by nie.

W katedrze troszeczkę sobie posiedziałam. Uwielbiam gotyckie katedry, co nie jest żadną nowością. Naprawdę uwielbiam. Nie jestem wierząca, czego nie ukrywam, ale gdy do katedr wchodzę, nagle się uspokajam. Oczywiście zwiedzam namiętnie, ale lubię przysiąść na krzesełku i tak sobie przez chwilę posiedzieć (czasami ta chwila to godzina, ale nigdy stracona). W takich miejscach jest coś niesamowitego. Mniejsza już nawet o architekturę. One mają wybitnie kojący wpływ. Jakby te mury mówiły „już wszystko dobrze, tu w nas możesz się schować”. Te mury niosą ludziom spokój od kilkuset lat, więc znają się na rzeczy.
Bardzo, bardzo udany dzień.
Dotarłam do domu nieco zmoknięta, trochę zdrożona, ale zadowolona.

Początki w nowym miejscu są zawsze trudne. Nie ma co ściemniać. Człowiek czuje się samotnie. Bywa dziwnie zmęczony. Nawet na kolację wieczorem nie chce mu się wyjść. Nie zna miejsc ani ludzi. Nawet dla samotników jak ja to niewdzięczne. Ale z każdym kolejnym dniem jest łatwiej. Trzeba po prostu, małymi kroczkami, próbować się zadomowić. Znajdować sobie codzienne, drobne punkty zaczepienia – punkt wydający kawę na przykład. I włóczyć się, dużo się włóczyć. 
Co nie zmienia faktu, że gdyby rok temu (akurat rok temu 14 listopada byłam w Londynie, całym podświetlonym na czerwono-biało-niebiesko, serce pękało – to była przykra wizyta, choć miała jeden znaczący plus, Bertiego) ktoś mi powiedział, gdzie będę tej jesieni – rzuciłabym mu Spojrzenie. Ale tak to już jest. Gdy jest się mną, tak to już jest do kwadratu.

8ème arrondissement

Pięknie w tym Paryżu, że mówię wam.

Trudno się dziwić, że ci impresjoniści tak tu szaleli, skoro całe miasto o tej porze roku to jedna wielka kolorowa, rozmazana plama.
I tak codziennie. Zimno i pada i zimno i pada, że zacytuję znanego wieszcza. Nieważne jednak, bo niniejszym zaczęłam długi weekend, w towarzystwie appellation contrôlée oraz telewizora, w którym, ma się rozumieć, wszystkie kanały po francusku. No i świetnie, zawsze to okazja do nauki.
W pracy, po pierwszych niepokojach, całkiem dobrze. Oczywiście prawie wszyscy mówią li po tutejszemu, łącznie z informatykiem. Ale dajemy radę. Udało mi się nawet oswoić jednego bojowo nastawionego tubylca, przed którym ostrzegano mnie, że sztywny i nieskłonny do współpracy – i istotnie, na pierwszym spotkaniu chłodem wiało przez stół. Siedziało to takie z założonymi rękami, wyglądając niemożebnie francusko – przystojne, nadąsane, włos niby to nonszalancko przydługi, szaliczek, szanele na nosie. Na większość pytań reagował irytująco obcesowym „what do you mean?”.
Na drugie spotkanie poszłam sama. Pomyślałam, że choćby nie wiadomo jak konfrontacyjnie był nastawiony, będę udawać, że to do mnie nie dociera. Ale cóż się okazało. Jakby chłopa podmienili przez noc. Sympatyczny. Chcę dokumenty? Jasne, prześle. Znajdzie czas w przyszłym tygodniu? Ma się rozumieć. Żarcik nawet rzucił czy dwa.
Nie twierdzę, że przemianę spowodował mój środkowoeuropejski wdzięk i czarująca osobowość – raczej głęboka wiara, że do ludzi trzeba miło i bez zbędnego dystansu, za to z użyciem magicznych słów, to też będą dla nas mili (sądzę też, że to taka tutejsza mentalność – najpierw okazać nieufność, potem ewentualnie opuścić gardę). Tak czy inaczej, zawsze staram się przelamywać lody – nie bez przesady, bośmy w końcu w pracy, nie na tequili. Zawsze się sprawdza. No, może z wyjątkiem kilku urodzonych buców, ale na takich rady nie ma, nieprawdaż.
Co pozwala mi płynnie przejść do kolejnego tematu.
Obudziłam się wczoraj rano w tej samej rzeczywistości, co reszta świata – i jak wielu, niezadowolona. Nie mam jakichś dobrych przeczuć. Ale mniejsza już o wynik wyborów. Bardziej frapuje mnie reakcja pewnej części społeczeństwa, jej kipiące agresywną Schadenfreude komentarze: ha, lewactwo dostało z liścia, kawiorowe elity won, koniec z dyktaturą korporacji i banksterów, wreszcie ktoś, kto rozumie normalnych ludzi, a nie lew salonowy.
Nie jestem pewna, czy zdają sobie sprawę, że prezydent-elekt swego czasu sfotografował się z milionem zielonych banknotów w objęciach. Że jest gorącym przeciwnikiem regulacji nałożonych na banki po kryzysie finansowym. Że na salonach z królami Wall Street jak najbardziej brylował. Serio, no. Taki bliski pospólstwu, z ludu człowiek. Wogle nie kawiorowa elita.
Cóż. Mleko się rozlało, trudno, trzeba trzymać się tego, co nam niesie radość.
Ja na przykład rano wstanę, zaparzę sobie kawę, wrócę z nią do łóżka, a później pójdę na długi spacer przed siebie. Niech pada, trudno.

Á la clé

Nie wiem, kto mi źle życzył ostatnio, ale ktoś bez wątpienia.
W każdym razie jestem.
Droga przez mękę, powiadam.
Ledwo minął mi sobotni wkurw (nie przejmować się, puszczać mimo uszu, robić swoje), a rozpoczął się wkurw niedzielny. Otóż żebym nie czuła się zbytnio rozpieszczana przez życie, spędziłam pierwsze godziny ekscytującego pobytu w Paryżu, ciągnąc toboły przez pół miasta z punktu odbioru kluczy do tymczasowej kwatery głównej, a następnie przez blisko trzy godziny siedząc na schodach w oczekiwaniu na pomoc, bo klucze nie co prawda pasowały do zamków, ale drzwi ani myślały drgnąć.

Siedząc i czekając na ratunek, osuwałam się powoli w stan kompletnej rezygnacji. Wyszłam z domu dwanaście godzin wcześniej, od dawna był wieczór, więc trochę dziewczyna była zmęczona. Rozbawił mnie za to pan, który – gdy zadzwoniłam na infolinię z informacją, że nie mogę wejść – powiedział:
– Ach, tak. Stale mamy kłopot z tym mieszkaniem.
Nie wiem, czy to miało mnie pocieszyć – jeśli tak, to nie zadziałało, za to z tropu zbiło mnie doskonale. Ogólnie rzecz biorąc, obsługa klienta na poziomie „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”. Kazał mi spróbować jeszcze raz, po czym się rozłączył, dusza człowiek. Gdy zadzwoniłam ponownie z wieścią, iż jego złota rada okazała się całkowicie nieprzydatna, westchnął głęboko i z pewną odrazą, jakbym mu kota obraziła, po czym dodał, że MOŻE wysłać ślusarza. Łaskawca. Nie omieszkał dodać, że usługa zostanie doliczona do mojego rachunku. Ależ oczywiście. Że nie.

Rankiem obudziło mnie bębnienie rzęsistego deszczu o parapet. Temperatura urąga godności.
Będzie ciężko, coś mi się wydaje. Ale jakoś damy radę. Trzeba tylko się przyzwyczaić, wydeptać swoje ścieżki i jakoś damy radę.

It’s (b)utter(f)ly stunning

Hehe.

Jako że artysta i jego mecenas z bożej łaski w końcu się dogadali, pierwszy namalował, drugi łaskawie uznał, że może być i transakcję sfinalizowano, przedwczoraj po południu wysłałam ostatni mail z myślą, że będzie mi całkiem brakowało tej uroczej korespondencji, będącej w zasadzie wzajemnym dziękowaniem sobie w coraz bardziej wielokrotnie złożonych zdaniach i wyścigiem na krygowanie się. Jak zwykle – przeczytałam trzy razy, coby się upewnić, że to wszystko gramatycznie, wysłałam i poszłam na obiad do przyjaciół po sąsiedzku (obiad oczywiście przeciągnął się do kolacji, a potem do sączenia prosecco – moja przyjaciółka jest niereformowalna pod tym względem, zawsze ją proszę, żeby nie szalała w kuchni, po czym przychodzę, a tam stół się ugina).
Wracam do domu koło północy, patrzę i oczom nie wierzę.
Bo artysta przemyślał sprawę. I tak się martwi, że może jednak to nie do końca jest to, czego chciałam, że może jest zbyt mało kolorowe albo zbyt ciemne albo coś, może nie będzie do końca pasowało do mojego ptaszka, a on nie chciałby, żebym pomyślała, iż mi coś narzucił (no, straszliwie brutalne było to narzucenie, naprawdę), a w ogóle to zaletą i wadą jednocześnie takich niedookreślonych próśb jak moja jest to, że można do nich w różny sposób podejść i tak dalej i tak dalej. Zważcie, że ja poprosiłam o to, by wybrał sam. I z tego całego zmartwienia, że nie wybrał dość dobrze, wziął i namazał coś innego, co może przypadnie mi do gustu bardziej? Jeśli tak, to nie ma sprawy, a w ogóle to vide załącznik.

Ja nie wytrzymam.

Nie powiem.
Ładne.
Niemniej absolutnie nie byłabym w stanie wybrać, w związku z czym odpisałam szczerze, że najchętniej przygarnęłabym oba, ale siłą rzeczy drugi będzie musiał poczekać.
Zaglądam dziś do poczty i ależ. Pewnie, że poczeka. „Just get back to me when you can but it is most certainly yours”.

To się, proszę państwa, nazywa „frontem do klienta”.
Wiecie, to już mi nawet przestało wydawać się kuriozalne.
Tak czy inaczej, ktoś musi to uciąć, bo inaczej przez kolejne trzy lata będziemy się bujali z tym obrazkiem. Ogólnie to przydałaby się jakaś bardziej zdecydowana osoba w tej historii.

Z innej natomiast beczki, może was to zdziwi niezmiernie, ale wylatam. Wczoraj potwierdzono, że mam pakować walizkę, w związku z czym w najbliższy weekend opuszczam naszą krainę miodem i mlekiem płynącą na skromne dwa miesiące. Udaję się na ten zgniły, kapitalistyczny Zachód znowu. Na linii Polska-Luksemburg trwają zatem dyskusje o tym, czy i kiedy kolega modniś przybędzie do mnie na shopping i inne takie. Sztywnieję na samą myśl – w Krakowie przecież snułam się za nim przez pół dnia po sklepach, bolejąc, że nie zabrałam książki, bo wielce by się przydała w czasie, gdy przymierzał kolejne wytarte dżinsy i kolejne skórzane kurtki.
Bardzo, bardzo bym chciała, żeby przybył – stęskniłam się wielce za tym łobuzem – ale nie nastawiam się.
Jeszcze się nie denerwuję. Właściwie to jestem zdumiewająco spokojna. Może dlatego, że nawet nie miałam czasu pomyśleć, że wyjeżdżam. Dopiero dziś sobie uświadomiłam, że trza by pranie zrobić i kupić zapas soczewek kontaktowych. Cieszę się oczywiście, bo miejsce przyjemne (choć właściwie to zmieniam jedną zaokienną szarość na drugą), a poza tym wiadomo, najlepiej czuję się w ruchu. Ten rok pod względem częstotliwości startów i liczby pokonanych kilometrów jest wyjątkowy, ale taki był zamysł.
Oczekujcie – jak zwykle – rozmazanych fot, narzekania na mentalność i dziwienia się światu.

An excitingly vague commission

Na waszym miejscu odpuściłabym sobie lekturę, tak dla świętego spokoju, bo szkoda, żeby was zemdliło w taki miły wieczór.

Przez ostatni tydzień autorka codziennie – dla odmiany – zaglądała do skrzynki pocztowej w nadziei, że coś tam może się pojawiło, choć artysta grzecznie i tylko dwa razy uprzedził, iż wyjeżdża i nie będzie mógł niczego zacząć przed powrotem. No, ale pozaglądać nie zaszkodzi, nieprawdaż.
Zaglądała, zaglądała i wyzaglądała.

Mała dygresja.
Wiecie co, ja lubię udawać twardziela, ale w rzeczywistości jestem potwornym mazgajem, a z upływem lat coraz mi łatwiej znaleźć sobie powód do tego, by się poryczeć i zasmarkać. Nie musi być to powód istotny. Oczywiście na zewnątrz nadal trzymam fason i na palcach jednej ręki można policzyć ludzi, którzy widzieli mnie ze spoconymi oczami. Niemniej prawda taka, że pod wszystkimi pancerzami i dziarskim uśmiechem tkwi nieznośnie sentymentalna dziewczyna.
Spodziewałam się, że gdy znajdę w końcu w skrzynce ten mój zamówiony szkic (niechby i tego nieszczęsnego baranka, ba, niechby słynne przejście Żydów przez Morze Czerwone po tym, jak przeszli, albo „ojej, herbata mi się wylała, nieważne, wyschnie i będzie jak sepia”), to przechylę głowę i splotę rączki, bo och jakie piękne.
Ale tego, jak zareaguję, otworzywszy załącznik, nie spodziewałam się zupełnie.

Dowcip polega na tym, że moje życzenie było, jakby to ująć, nieszczególnie konkretne. Otóż autorka, zapytana, co dokładnie ma ten jej nowy obrazek przedstawiać, uświadomiła sobie, że wysyłając tę swoją spontaniczną prośbę, o tym aspekcie nie pomyślała. A on jest jakby kluczowy. Brawo. Autorka zasugerowała zatem artyście, tymi dokładnie słowy, by zdecydował za nią, acz ucieszyłaby się, gdyby to było coś skrzydlatego. Otrzymała bardzo wieloznaczną odpowiedź, po czym artysta zgodnie z ostrzeżeniem zniknął z radaru na siedem dni.
By w sobotni poranek znienacka powrócić. Z załącznikiem.
Załącznik poprzedzało żarliwe zapewnienie, iż absolutnie nie powinnam czuć się zobowiązana do nabycia tego, czego zdjęcie załączono, bo może miałam na myśli coś innego, a jeśli tak, to niech dam znać, poza tym to jeszcze zdecydowanie wymaga poprawek, ale artysta żywi nadzieję, że mi się spodoba. My very best wishes i tak dalej.
No dobra, myślę. Miejmy to za sobą.
Otworzyłam.

Najpierw mnie zatkało. Gdy już mnie odetkało, to puściłam fontannę aż miło.

Po pierwsze ten obrazek jest barwny. Bardzo. Ale to nie jest najbardziej istotne.
Po drugie jest piękny. Ale to też nie jest najbardziej istotne, chociaż…
Po trzecie przedstawia coś, czego najbardziej sobie życzyłam spośród wszystkich możliwości, ale nie miałam odwagi powiedzieć. I to jest istotne.

Po czwarte natomiast już naprawdę dostanę restraining order, bo gdy artystę znów zobaczę, to go będę ściskała tak, że mu te karmelowe oczki wypadną.
(Oczywiście nie zrobię tego, niemniej z pewnością będę miała ochotę).

Po piąte… ech, długo bym mogła.

W każdym razie potwierdza się moja teoria. Nikt nie pojawia się w naszym życiu przypadkiem.

PS Jak mu napisałam – już po spłodzeniu powyższego wpisu – żeby się wstrzymał z wysyłaniem do okolic Nowego Roku, bo wyjeżdżam, to ta słodka istota z wielką ostrożnością odpowiedziała, że nie ma sprawy, a w ogóle jeśli w podróżach zobaczę coś innego, co chciałabym mieć namalowane, to niech napiszę, a w ogóle to zapłacę, jak będę mogła i o to mam się nie martwić. Autorka znowu puściła fontannę, po czym odpisała (dobrze, że umiem pisać, nie widząc klawiatury!), że już zapłaciła, chce tylko, żeby artysta niczego nie wysyłał, dopóki klientka nie wróci pod swój adres.
No.
I to chyba koniec tej historii. Przynajmniej na jakiś czas.

PPS Nie koniec.

Je suis l’un et l’autre

Przymrozek dziś sponiewierał mieszkańców Krakatau, zatem wytargałam z szafy mój płaszczyk. Tenże.
Zawartość jego cudownie głębokich kieszeni przypomniała mi, gdzie ostatnio w nim byłam.
I płaszczyk chyba znowu pojedzie. Bez niego bowiem nie ruszam się donikąd między listopadem a marcem.

Niektórzy mają długi weekend, ja w poniedziałek muszę swój szanowny tyłek zataszczyć do roboty, żeby parę spraw dokończyć, ale w sumie to się cieszę. Poza tym nadejście poniedziałku oznacza, że będę znowu co wieczór ostrożnie zaglądała do skrzynki pocztowej, więc jest na co czekać. No i może się okazać – choć nie musi – iż będzie to ostatni poniedziałek w ojczyźnie aż do świąt. Tych świąt w grudniu.
Tak to u mnie wygląda.

Ja to nawet lubię. Nie przeszkadza mi perspektywa spędzenia blisko dwóch miesięcy gdzieś tam, podobnie jak nie przeszkadza mi świadomość tego, że jeśli będę potrzebna tu czy tam, mogą mnie zawezwać w każdej chwili, z parodniowym wyprzedzeniem. I wtedy mademoiselle pakuje się i jedzie. Tam, dokąd pojechać trzeba. Nie mam z tym problemu. Zawsze o tym marzyłam i doczekałam się takiego życia. Oczywiście marząc, nie miałam pojęcia o konsekwencjach – o tym, że bywa się potwornie zmęczoną, że można czuć się przeraźliwie samotnie, że nie można sobie kupić biletu do teatru ani zaklepać fryzjera na przyszły miesiąc, bo cholera wie. Ale człowiek ma jedną cudowną zaletę – przyzwyczaja się. Ma nieprawdopodobną zdolność adaptacji. Zawsze wydeptuje sobie swoje ścieżki, gdziekolwiek go opatrzność rzuci.
Oczywiście cała akcja wciąż może zostać odwołana. Jak to po wielokroć również bywało.
Ten stan zawieszenia jest nieco frustrujący, niemniej znam siebie na tyle, by wiedzieć, że wolę go od pewności, co będzie jutro, za tydzień, za dwa miesiące i trzy lata. Spokój, choć ma ogromne zalety, prędko mnie nudzi i sprawia, że gnuśnieję i niemal czuję, jak porastam mchem. Świadomość, że być może lada chwila wyruszę po przygodę przyprawia mnie o bezsenność co prawda, ale też sprawia, że zwyczajnie czuję, że żyję. Na chwilę znów zmieniam się w podekscytowanego niemożebnie dzieciaka.

Poza tym wszyscy zdrowi, dziękuję.
Spełniłam dziś dwa dobre uczynki (jeden był trudny, bo chciałam pomóc starszej pani w zakupie biletu, ale automat nie chciał współpracować, choć tarłam pieniążek jak opętana – jest prawdą powszechnie uznaną, że krakowskie automaty wolą monety potarte uprzednio o blachę) i zarezerwowałam sobie kinowy fotel na seans Frankensteina z Lee Millerem w roli tytułowej w poniedziałek – jakbym tego trzy razy nie widziała – zatem zaliczam dzień do udanych. Drobiazgi cieszą.

Nazwiemy ją Tradycja

Nie mam żadnych nowości w wiadomej sprawie, więc pozwolę sobie dziś pouprawiać publicystykę – do splatania rączek w zachwycie wrócę prawdopodobnie w przyszłym tygodniu, gdy nasz drogi artysta wróci z Madrytu.
Też lubię Madryt.
Ale, ale.

Od kilku dni obserwuję, jak kolejne wiadra pomyj wylewane są na kobietę, która nie chciała powiększyć rodziny. No, nie chciała. Nie to, że nie mogła. Po prostu nie chciała. I nie bije się za to w piersi. Jak tak sobie czytam komentarze niektórych, to wychodzi mi na to, że kobieta nie ma prawa nie chcieć. Uprawiała beztrosko seks? Niech rodzi. Dach nad głową ma? Niech rodzi. Pieniądze ma? Niech rodzi. Nie ma to tamto. Nie chce? Fanaberia. W dupie się poprzewracało od dobrobytu. A w ogóle to dlaczego ona w tę ciążę zaszła, o antykoncepcji nie słyszała? Nie wie, że jak się ma dni płodne, to się majtek nie zdejmuje?
Ten ostatni argument szczególnie fascynujący jest w wykonaniu mężczyzn, którzy, o ile wiem, zbyt wielu owulacji w życiu nie mają, ale za to najwyraźniej wyobrażają sobie, iż kobiety dostają miesiączki w ostatni czwartek miesiąca o 10:30 rano – wiele z nas bardzo by chciało, żeby to był aż tak przewidywalny proces. Zresztą całe to pouczanie o nieodpowiedzialności jest cokolwiek śmieszne. To znaczy, oczywiście, ma się rozumieć, pod każdym względem rozsądnie jest się zabezpieczać. Natomiast jak każdy lub prawie każdy wie, różnie w życiu bywa i niekiedy robimy pewne rzeczy troszkę zbyt spontanicznie. Poza tym antykoncepcja zawodzi.
Ale już nawet nie to mnie irytuje. Najbardziej irytuje mnie podejście „no tak, wszyscy wiedzą, że tak się dzieje, ale mogła o tym nie mówić”. Jasne. Zamiatajmy jeszcze głębiej pod dywan, nieustająco. Wspinajmy się jeszcze wyżej w nasze góry hipokryzji, milcząc na drażliwe tematy i po cichu robiąc swoje.
Dobrze, dość już na ten temat zostało powiedziane, niemniej musiałam sobie ulać, bo mnie cholera bierze.

Za to za morzem ogłoszono, że mianowana całkiem niedawno dyrektor artystyczna Shakespeare’s Globe zakończy współpracę po dwóch sezonach. Jak ostatnio pisałam, Brytyjczycy mówią głównie między wierszami i z oficjalnego, napisanego okrągłymi zdaniami komunikatu da się wywnioskować, kto komu podziękował.
Bo jednak za dużo nowoczesności chciała wprowadzić. Sztuczne oświetlenie, mikroporty. A szefostwo Globe chce trzymać się tradycji.
Tradycją to jest, kurza twarz, piekło wybrukowane.
Wiem, że wielu było przeciwników jej dyrektorowania, bo teatr elżbietański to teatr elżbietański i niech będzie taki, jaki był w oryginale. Mam nadzieję, że ci przeciwnicy rozumieją, iż gdyby zachowywać całkowitą wierność oryginałowi, ze sceny powinny całkowicie zniknąć aktorki-kobiety, a wśród widowni powinny pojawić się prostytutki – bo tak wówczas było przecież.
Ponieważ mam wśród znajomych w mediach społecznościowych ludzi w taki czy owaki sposób z tym teatrem związanych, przez mój timeline przeleciało dziś mnóstwo wyrazów poparcia dla pani dyrektor i zgoła innych wyrazów w kierunku zarządu Globe. Widziałam nawet tweet aktora często tam występującego, który napisał, że sorki, ale dla niego to koniec wspólnej podróży, bo nie chce zostać eksponatem muzealnym – śmiałe, biorąc pod uwagę, że to chimeryczna branża i niejednemu aktorowi otwarte wyrażanie poglądów zaszkodziło na tyle, że przez kolejne miesiące parzył kawę w knajpie. Bardzo wielu uznanych ludzi skrytykowało całą historię.

Od zawsze twierdzę, że teatr nie powinien być muzeum i próby trzymania się tradycji za wszelką cenę po prostu mu szkodzą. Świat się zmienia. Ludzie się zmieniają, ich wrażliwość się zmienia. Odnoszę wrażenie, że komuś się zapomniało, iż Globe jest repliką. Jeszcze na początku lat 90. ubiegłego wieku w jego miejscu była dziura w ziemi. Sąsiedni Rose, który jakimś cudem, choć w skromniuchnej formie przetrwał od tamtych czasów, wcale się nie boi wystawiania uwspółcześnionych wersji dawnych sztuk i robi to z dużym powodzeniem. Emma Rice miała wyjątkowo spójny pomysł na ten sezon i wszystko, co widziałam, bardzo mi się podobało – właśnie dlatego, że nie znoszę teatru uprawianego z namaszczeniem i nabożnym waleniem czołem w podłogę. To jest rozrywka, rany boskie. Koniec końców to jest po prostu rozrywka. Owszem, to taki osobliwy typ rozrywki, który niekiedy dołuje, a niekiedy sprawia, że chcecie wejść do wanny wypełnionej wrzątkiem i szorować się papierem ściernym. Bywa. Ale to ciągle rozrywka i nie ma sensu podchodzić do niej na kolanach. To nie kościół.
Z teatrem, książkami, filmami i jakimkolwiek innym wyrobem kulturalnym jest tak, że nie wszystkim musi się podobać. Znana prawda – jeśli coś jest dla wszystkich, to jest dla nikogo. Można ludziom serwować grzeczne, staroświeckie adaptacje, ale jaki w tym sens? Czy nie lepiej choć odrobinę ich sprowokować, zmusić do myślenia, sprawić, że spojrzą na pewne rzeczy inaczej, zainspirować?
Rozczarowana jestem bardzo.
Tak, Globe to miejsce specyficzne, a w Londynie jest około dwustu innych teatrów, więc w sumie może nie ma o co kruszyć kopii. Ale jest o co, bardzo jest moim zdaniem, bo nie ma sensu sprowadzać tego miejsca do kolejnej turystycznej atrakcji – którą tak czy inaczej jest – i serwować przybyszom byle czego podlanego historycznym sosikiem.
Na szczęście pion edukacyjny trzyma się mocno i robi swoje, szefa ma nadal tego samego (przy okazji odkryłam – o żesz ty w mordę! – żem oddalona o raptem dwa uściski ręki od Baracka Obamy! Tak że teges!). Być może zarząd jeszcze się nie zorientował, co oni tam wyrabiają…
Smuci mnie kierunek, w którym ten świat zmierza. Naprawdę mnie smuci.

Miracles at work

Co słychać przy niedzieli? Ja na przykład, proszę państwa, miałam dziś w planach dzień dbania o urodę (jakby cokolwiek można było poprawić w tej sprawie), ale towarzystwo wyciąga mnie na demonstrację, zatem wiele wskazuje na to, że będę dziś uprawiała politykę. Na razie jednak siedzę w kwaterze głównej w towarzystwie uwielbianej Joan As Police Woman. Ten numer zachwyca mnie prawie tak bardzo, jak niezapomniane Get Direct, które całkiem serio przyprawiło mnie o zatrzymanie funkcji życiowych na chwilę. Po prostu jak stałam, tak usiadłam i zamarłam. Ciągle mam ten kawałek na playliście, nie wyobrażam sobie inaczej, ale bardzo rzadko go słucham, bo wywołuje takie dziwne uczucie, o którym chyba wolałabym zapomnieć.

Gdyby kto był ciekaw, jak tam w świecie bohemy.
Po kilku dniach korespondencji zostało ustalone… właściwie niewiele zostało ustalone. Ja nie wiedziałam, że te artysty to takie skrupulatne ludzie są. Z drugiej strony jeśli zawczasu nie dogada się szczegółów, to później wychodzi tak, więc może lepiej, iż koleżka dopytywał o wszystko, od materiałów począwszy, z właściwą dla siebie uroczą dyskrecją sugerując mi przy tym, co sam by wolał, kończąc na temacie.
Jeśli o ten ostatni idzie, niżej podpisana kulturalnie zepchnęła kwestię ostatecznego wyboru na koleżkę, podrzuciwszy mu tylko wymarzony motyw. Koleżka skomentował to w sposób dający ogromne pole do interpretacji (skala pomiędzy „fantastycznie” a „za jakie grzechy…”), niemniej wyzwanie zostało przyjęte. Gdy wróci stamtąd, dokąd wyjeżdża, ma zacząć coś tam mazać wstępnie, więc za jakieś dwa-trzy tygodnie może pierwszy szkic do mojej skrzynki spłynie. I tu zaczyna się część, która najbardziej mnie bawi – li wówczas, gdy spodoba mi się to, co zobaczę, monsieur l’artiste będzie kontynuował prace. Inaczej do kosza i od nowa.
Niezły kosmos, co?

Mówcie mi Peggy Guggenheim.

Oj, będzie śmiesznie tej jesieni.
Nawiasem mówiąc, wszystkie te maile są aż komicznie podręcznikowym przykładem brytyjskiej komunikacji. U Anglozy, jak wiadomo, rozmowa biegnie na dwóch poziomach jednocześnie – słowa to jedna warstwa, to, co pomiędzy nimi, to druga, na ogół bardziej istotna. O ile u takich Teutonów zauważam tendencję do walenia prosto z mostu (o Luksemburgu to już nawet nie wspominam, wszak omawianie życia seksualnego przy obiedzie w restauracji przestało robić na mnie wrażenie, raz jeszcze przepraszam osoby przy sąsiednich stolikach za spowodowaną traumę), o tyle Angloza kocha swoje owijanie w bawełnę po wielokroć, zatem trzeba być czułym na niuanse. Moment, w którym Angloza odpuszcza sobie swoją uprzejmą ostrożność i zwraca się do was bardziej bezpośrednio, traktować należy jako przełom, bo oto zostaliście przyjęci w poczet ludzi zaufanych. A gdy już zaczną z was bezczelnie kpić, to hoho!
Tak czy inaczej, alleluja i do przodu.

Narysuj mi baranka

No dobra, przyznam się.

Ci z P.T. czytelników, którzy zaglądali niedawno na twarzoksiążkę autorki, znają trochę jej perypetie i są świadomi, że ma nader pojemne serduszko, niektórzy ludzie mają w tymże oddzielne szufladki, inni całe komódki, a paru okazałe szafy – już wiedzą, co zmalowałam.
To nie jest do końca właściwe określenie, bo na razie to jeszcze nic nie zostało zmalowane, ale zostanie, tylko że nie przeze mnie.

Jak wiadomo, autorka półtora roku temu niechcący została mecenasem. I to w dodatku wyjątkowym, bo pierwszym. Łatwe to nie było – podejrzewam, że był to jeden z najbardziej partyzanckich zakupów „dzieł sztuki” w historii – ale się udało. Tym samym od ubiegłego maja łypie na mnie ze ściany upierzone stworzenie.
No i od pewnego czasu autorka rozważała nieśmiało powiększenie kolekcji, no bo umówmy się, jeden eksponat to jakby szału nie ma, nieprawdaż. Niestety nie miała ostatnimi czasy okazji do poinformowania o tym oko w oko, ale od czegóż mamy internet. Druki można nabyć trzema kliknięciami, niemniej autorka nie chciała druku. Autorka chciała mieć kolejny oryginał. A że życie ją tej jesieni kopie w oba pośladki z impetem, uznała, że czas sobie wynagrodzić wszystkie wylane w październiku ślozy. Toteż w poniedziałkowy wieczór usiadła i wypełniła formularzyk na stronie internetowej, przeczytała trzykrotnie, skasowała, napisała od nowa, czynność powtórzyła, wreszcie kliknęła „send”. No trudno. Założyła, że najgorsze, co może się zdarzyć, to że jej wypieszczone dwa zdania nie dotrą do adresata lub też jeśli dotrą, to ów plaśnie się uroczą rączką w czoło i westchnie w swoim narzeczu: „rany boskie, tylko nie ta wariatka znowu”. Niemniej ponieważ ostrożności nigdy za wiele, autorka przez dwa dni omijała szerokim łukiem swojego Gmaila.
Wreszcie wczoraj zajrzała.
I podskoczyła z przerażenia.

Czy ja już kiedyś wspominałam, że ten człowiek jest bardzo miły?

Odpisałam w lansadach oraz prawdopodobnie całkowicie bez sensu, toteż wolę nie czytać tego, com wysłała z powrotem – wystarczy mi, że czasami muszę słuchać tego, co mówię. Tym samym znów bałam się mojej skrzynki pocztowej, ale otworzyłam przed chwilą i znalazłam cały elaborat, złożony z długachnych zdań i wysublimowanych konstrukcji gramatycznych, zakończony wdzięcznym pytaniem „So – what do you have in mind?”…
Tak czy inaczej, negocjacje w trakcie. Byłyby dużo prostsze, gdybym wiedziała, czego w ogóle chcę (bo ten obrazek jeszcze nie istnieje, widzicie – to jest najzabawniejsze). Za dużo ośmiorniczek to ja się w najbliższych miesiącach nie najem, bo aż oczy przetarłam, gdy zobaczyłam cenę wyjściową, ale.
Warto.
Z przyczyn tak wielu, że trudno je wymienić. Jedną z nich jest też oczywiście moja pospolita próżność, nie ma czym się chwalić, ale tak jest. Co ważniejsze jednak, mogłabym wydać ten piniondz na masę innych zbytków, które za parę lat wyniosę na śmietnik. Ten ze mną zostanie na zawsze. A co najważniejsze – bardzo, przebardzo fajnie jest wspierać ludzi, których się lubi i fajnie jest czuć, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Poza tym dużo, dużo więcej.

I dlatego mówię – nie chodzić do teatru, nie guglać ludzi, pod żadnym pozorem nie próbować się z nimi przywitać, a jeśli nawet, to zrobić to raz i nie wracać, bo skończycie jak ja.
Wiecie co, to wszystko jest tak absurdalne, że gdyby ktoś mi podobną historię opowiedział, to bym mu nie uwierzyła. Z drugiej strony przecież nikt by czegoś takiego nie wymyślił, chyba że po dużej dawce meskaliny.

Poza tym wszystko po staremu, dziękuję.

Conquer the angry one by not getting angry

Jak widać po moich ostatnich wynurzeniach, lubię miłych ludzi. Lubię uprzejmość – nic nie kosztuje, a jak wiele zmienia. Czasami jednakże zauważam osobliwą prawidłowość, mianowicie nad grzecznością i wychowaniem innych najgłośniej ubolewają ci, którzy sami w te klocki zbyt mocni nie są.
Jadę otóż ja sobie dziś tramwajem. Zatłoczonym, jak to w moim grajdołku. Tramwaj zbliża się do przystanku, pasażerka nieopodal wstaje i przesuwa się w kierunku wyjścia.
– A może by tak „przepraszam” powiedzieć – pada wtem głośne i skwaszone zdanie. Dziewczyna przeprasza, sprawa wydawałaby się załatwiona, ale nie. Obywatel, nie zniżając głosu, jakby chciał się upewnić, że wszyscy go słyszą, informuje, że jakby ludzie książki czytali, a nie oglądali tefałen, to by wiedzieli, jak się zachować.
Ciekawe rozumienie savoir-vivre’u.
Chciałabym powiedzieć, że to jedyny taki przypadek. W poniedziałek inny obywatel pod Galerią Krakowską zapytał mnie, gdzie jest najbliższy przystanek (może to te tramwaje tak ludzi wkurzają?…) i czy odjeżdża stamtąd linia 14. O ile byłam w stanie podać mu lokalizację najbliższego przystanku, o tyle szczerze wyznałam, że nie mam pojęcia, czy czternastka tamtędy kursuje, bo z niej nigdy nie korzystam.
– A czy ja się pytam, czy pani z niej korzysta?! – gość do mnie.
No ludzie.
– Hm – autorka do gościa. – Zatem najbliższy przystanek jest tam, ale z czternastką panu nie pomogę, przepraszam.
– PFF!
I odmaszerował.
W kierunku przeciwnym do wskazanego.
Wiem nie od dziś, że niektórzy ludzie uwielbiają się wkurwiać na innych, szukać dziury w całym, wytykać komuś, że śmiał w ogóle zaistnieć w ich pobliżu. Jakimś cudem czerpią przyjemność z nieustannego dążenia do konfrontacji. Chciałabym, żeby mi kiedyś kto wyjaśnił, co w tym takiego uciesznego. Mnie by to okropnie męczyło. Wielce sobie cenię wzajemną życzliwość i mój mały rozumek nie ogarnia, co takiego fajnego w byciu złośliwym i sfochowanym.

Kontynuując wątek ludzi miłych i tych, którzy mają z tym pewien problem, wyczytałam wczoraj, że petycja jest. By pewnego naszego literata, choć ostatnio bardziej publicysty, choć chyba najbardziej przesadnie aktywnego użytkownika mediów społecznościowych nie zapraszać na krakowskie Targi Książki.
W sumie to się z tym zgadzam, choć owego literata z bożej łaski wyraźnie podniecił fakt, że znowu się nim zainteresowano. Jest na to wdzięczne określenie w języku fanatycznych wielbicieli herbaty z mlekiem – „attention whore”. Cóż. Są tacy, którzy zdobywają sławę dzięki talentowi i ciężkiej pracy w odpowiednich proporcjach, a są tacy, o których pies z kulawą nogą by nie usłyszał, gdyby nie narobili wokół siebie fermentu.
Uważam, że zapraszanie pospolitego buca i seksisty, nazywającego kobiety feminazistkami i pindami, komentującego ich wygląd w sposób, który zasadniczo zasługuje na policzek, bredzącego o deformacjach i że gdyby to on decydował o kobiecych ciałach, na pewno byłyby ładniejsze, niesławnego dzięki tekstowi o korzystaniu z okazji, gdy baba pijana – otóż uważam, że zapraszanie takiego kogoś na jakiekolwiek imprezy nie powinno mieć miejsca. Miejsce powinien mieć całkowity ostracyzm. Ignorować. Nie widzieć, nie słyszeć, nie wchodzić w polemiki. Toteż z drugiej strony zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej, gdyby ów przybył, ciągnąc za sobą blask swojej wyimaginowanej chwały i spędził dzionek cały, siedząc przy pustym stoisku, wytrwale lekceważony przez mijających fanów literatury, nie złożywszy ani jednego autografu. Może to dałoby do myślenia. To jak z trollami – ekscytują się, gdy się z nimi dyskutuje, ale flaczeją jak przekłuty balonik, gdy puszcza się ich mniej lub bardziej niewyrafinowane komentarze mimo uszu i oczu. Jak bowiem często się zdarza, osobniki trafiające na cenzurowane za niemądre, krzywdzące i agresywne wypowiedzi lubią robić z siebie męczenników poległych w walce o wolność słowa. Tylko jakoś nigdy nie pamiętają, że wolność słowa nie oznacza braku odpowiedzialności za to, co wygadujemy (lub po pijaku wypisujemy w internetach). Jestem wielką zwolenniczką tępienia chamstwa i arogancji w życiu publicznym. Bardzo bym nie chciała myśleć, że jestem w mniejszości.

Z innej beczki, nadal nie zajrzałam do mojej skrzynki pocztowej. W poniedziałek bowiem zrobiłam coś dość raczej szalonego i teraz się boję, że dostanę odpowiedź. Odczekam do końca tygodnia.
Bardzo to dojrzałe.

PS Dostałam odpowiedź.

Just because you’re sober, don’t think you’re a good driver, Cookie

Kolega mnie dziś odwiózł do domu.
Samo w sobie nie jest to może wydarzeniem zasługującym na opisanie, choć prawdą jest, że zawsze miło, gdy ktoś z własnej woli proponuje wam podwózkę (zwłaszcza że sama przecież nie poproszę… ostatni raz prosiłam kogoś o przysługę w 1793 roku). Zresztą dżentelmen mieszka dosłownie ulicę dalej, a poza tym należy do gatunku ludzi obezwładniająco miłych. Bardzo lubię. Taka łagodna, ciepła, mówiąca cichym głosem duszyczka. Ani razu nie słyszałam, żeby ten głos podniósł lub w widoczny sposób się zirytował. Zawsze pogodny, zawsze uśmiechnięty. Ktoś mógłby pewnie stwierdzić, że nudny, ale powiem wam szczerze, że im jestem starsza, tym bardziej cenię sobie tego rodzaju towarzystwo. Dobrze na mnie wpływa. Ludzie nadmiernie emocjonalni często mnie męczą. A on jest taki spokojny. I pozytywny, w niewymuszony sposób.
No i jedziemy sobie wesoło. Światła się zmieniają. Mój spokojny, łagodny, mówiący cichym głosem kolega jak nie pociśnie.
– To nie było jeszcze czerwone, prawda? – mruga. – To było ciemnopomarańczowe…
Wot, kolejny zamaskowany raróg najwyraźniej.
Coś mi mówi, że jeszcze go zobaczę tańczącego na stole. Albo wypadnie mu z torby para kajdanek.

Poza tym sytuacja na kontynencie nadal niejasna. Żeby nieco postawić się do pionu, w sobotę polazłam na Kleparz po moje ukochane holenderskie sery (lawendowy wart każdego piniondza), ociekającą miodem bakławę i paczuszkę libańskiej kawy z kardamonem – jak ja czasem lubię ten mój grajdołek. Resztę weekendu spędziłam w w babskim towarzystwie, to jest ze Stryjeńską (znakomity reportaż, taki jak lubię, którego autorka usuwa się dalszy plan, oddając pole bohaterce; jej obecność jest niewyczuwalna, to jakby obraz z włączonej i pozostawionej samotnie na statywie kamery, bez najmniejszych prób reżyserii – chapeau bas, przepadam za takim pisaniem, zresztą obie poprzednie książki połknęłam) i Jeanette Winterson (a zdążyłam zapomnieć, jak bardzo ją cenię). Kręci mi się w głowie plan okołosylwestrowy, właściwie wszystko już poukładane, hotel zarezerwowany, tylko bilet trzeba kupić – lepiej zawczasu, bo ceny już teraz jakieś nieciekawe. Chciałabym powiedzieć, że trochę mi głupio z tym, iż zamiast coś planować z lokalnymi znajomymi, których i tak prawie nie widuję, zamierzam najpóźniej 28 grudnia zawinąć tyłek w troki i wrócić po Nowym Roku, ale.
Ale.
Taki mój wybór. Wezmę na klatę konsekwencje. Skoro słyszę, jak mnie woła i nie muszę się opierać, to przecież nie będę.

Walk walk fashion baby

Pacjent będzie żył, choć nadal jestem a) trochę zagniewana, b) trochę smutna.
Pojawiło się jednak światło w tunelu i, wyobraźcie sobie, nie jest to pociąg. Mam bowiem ogromne szanse na to, że spędzę najbliższe dwa miesiące, pracując z jednym moich ulubionych ludzi na świecie. Naprawdę dziko go wielbię (nie w opisywanym tu ostatnio sensie maślanym). Pod względem zawodowym mój idol. Bardzo wymagający. Niemniej, w odróżnieniu od wielu menedżerów, z którymi miałam do czynienia, jasno mówi, czego dokładnie oczekuje. Trochę się go bałam na początku, bo mimo że nie jest to człowiek solidnej postury, ma w sobie coś, co was deprymuje. Może właśnie to – że jest wymagający. Gdy powiedziałam mojemu osobistemu Jamesowi Bondowi, że trochę się tego faceta boję (a to jego szef na co dzień), pokiwał głową i odparł:
– Yes, he’s a bit intimidating… But he’s really cool.
On wtedy do nas przyjechał, ten mój idol, tam na tę pustynię. Na samą myśl o jego przyjeździe sztywniałam. Tak czy inaczej, spędziliśmy wspólnie tydzień, harując jak dzikie osły (i od czasu do czasu odzyskując równowagę psychiczną w fantastycznej libańskiej knajpie, gdzie podawano piwo – tam to nieoczywista sprawa). Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że deprymujący, jeżący mi sierść na plecach człowiek jest w istocie przemiłym, życzliwym gościem. W ciągu raptem tygodnia wsączył we mnie niesamowicie dużo wiedzy – jak robić rzeczy, których rzeczy nie robić, bo są stratą czasu. I z kogoś, kogo się bałam, przerodził się w sympatycznego mentora.
Mieliśmy takie jedno spotkanie, przed którym panikowałam niemal jak te filipińskie małpiatki, które, biedactwa, są tak przeraźliwie nieśmiałe i nerwowe, że potrafią popełnić samobójstwo z tych nerw. Ręce latały, wdech wydech, może by się popłakać, może by zwymiotować. Nikt nie chce zrobić z siebie patafiana przed wierchuszką, a ktoś taki jak ja w ogóle boi się odezwać, co dopiero mówić przez dwadzieścia minut o czymś, z czym miał do czynienia przez raptem kilka dni. Pół godziny do spotkania. Niby jestem dobrze przygotowana, niby nauczyłam się na pamięć, ale mam żołądek w gardle i pustkę w głowie. I wtem słyszę:
– Come on. Let’s go for a walk.
– Sorry?…
– A walk. Let’s take a walk.
No i facet zabrał mnie na spacer. Kupił nam po smoothie i okrążyliśmy dwukrotnie budynek, siorbiąc. Pogadaliśmy o tym, dokąd wybieramy się na wakacje i dlaczego tam. Niesamowicie mi pomógł w taki prościuchny sposób. A gdy wracaliśmy, oznajmił, że owszem, może się zdarzyć, iż on też podczas tego spotkania zada mi trudne pytanie, ale to nie dlatego, że jest przeciwko mnie, tylko żeby mnie odpowiednio pokierować. I że nie oczekuje, iż będę znała odpowiedź – nie natychmiast w każdym razie.
Spotkanie się odbyło. Trwało, bagatelka, trzy godziny. Autorka lekko drżącym głosikiem, ale już bez reakcji fizjologicznych zaprezentowała swoją część. Skończyłam, patrzę na ekran i widzę, że miga mi ikona komunikatora. Wiadomość od pana deprymującego. Świetnie, myślę. Teraz mi wytknie wszystko, o czym zapomniałam powiedzieć (a zapomniałam).
Otwieram.
„Well done!”.

Teraz rozumiecie, dlaczego go uwielbiam.

Jest zodiakalnym Bykiem, nota bene. No wiadomo!

Gdy parę miesięcy później, będąc w innym miejscu, dowiedziałam się, że też akurat tu jest i właśnie przyszedł, zerwałam się na równe nogi i pędziłam przez budynek co koń wyskoczy, tratując ludzi po drodze – żeby się z nim przywitać.

Jeśli natomiast idzie o wszelkie inne wydarzenia na świecie, to niniejszym oświadczam, że nie mam absolutnie żadnego problemu z literackim Noblem. Z zainteresowaniem jednakowoż śledziłam falę oburzenia, która przelała się przez internety, bo jakże to, jakiś szarpidrut z irytującym głosem, Boże widzisz i nie grzmisz, dokąd zdąża ten świat, degrengolada, upadek kultury itepe itede.
Nie przepadam za podziałem kultury za wysoką (cacy) i niską (be). Wolę podział na dobrą – czyli taką, która człowiekowi powoduje jakieś zamieszanie wokół serduszka, sprawia, że zawiesza się na chwilę zasłuchany/zapatrzony – i złą, czyli taką, przy okazji obcowania z którą człowiek myśli z lubością i zafascynowaniem o swoim zeznaniu podatkowym.
Gwoli ścisłości, też nie lubię słuchać Boba Dylana, gdy śpiewa.
Ale jego teksty uwielbiam.
Wychowałam się na nich.
Ja, ale też mój ojciec, dla którego zdobycie winyla pośród pól malowanych zbożem rozmaitem w Polsce wczesnych lat 70. było sporym wyzwaniem.
Rozumiem, że nie każdemu ta nagroda pasuje. Sama typowałam Margaret Atwood. Albo Joyce Carol Oates. Niemniej całe to och ach jak mogli nieco mnie mierzi.
Dylanowi ta nagroda się należała. Właśnie dlatego, że mnie wychował. Mnie i tysiące innych. Uwrażliwił nas. Pisze nam prostymi słowami o rzeczach nader dotkliwych. O naszej codziennej, beznadziejnej podróży. I wżarły się w nas te jego wersy, bo kto ich nie zna. Degradowanie Dylana do roli jakiegoś tam piosenkarza trochę mnie zirytowało. Bo w czym wiersz śpiewany ma być gorszy od wiersza czytanego? Rączka w górę, kto ostatnio przeczytał jakiś wiersz? A teraz rączka w górę, kto ostatnio, słuchając piosenki, znieruchomiał oszołomiony, bo ktoś napisał ścieżkę dźwiękową do jego życia?… No właśnie. Times they are a-changin’. Dobra literatura pozostaje dobrą literaturą, niezależnie od tego, w jaki sposób jest nam podawana. Wszelkie twierdzenia, że wielcy poeci nie pisali piosenek, są bardzo łatwe do obalenia. Czy naprawdę poetą może być tylko ktoś, kto ma grzywkę, mankiety, chmurne czoło, wstaje rano, sięga po pióro i z namaszczeniem smaruje wiersz przez cały dzień?… A może właśnie każdy z nas? Dla mnie ten Nobel to jasny komunikat, że czas przyzwyczaić się do tego, iż granice między dziedzinami kultury są bardzo płynne. Ale też komunikat, że literatura to nie jest coś ponad nami, coś niezrozumiałego i nadętego. To coś obok nas. Z nami nawet. Coś, co nam codziennie towarzyszy.

(Żeby wszak nie było tak refleksyjnie, dziś ten chłopak, nie do zniesienia człowiek w istocie, nie polecam, ma urodziny! Najlepszego. Oby miał wiele okazji do spotkań z jedyną stalkerką, jaką ma – każdy by chciał taką mieć).

„Do I feel lucky?” Well, do ya, punk?

Szlag mnie trafia od wczoraj. Tak ogólnie, życiowo. I jeśli przed końcem tygodnia nie przydarzy mi się coś miłego, to z poziomu „szlag mnie trafia” przejdę na poziom „blady ch*j mnie strzela”. Bo ta pogoda. Nic tylko siedzieć w kącie i rozmyślać o bezsensie życia. Bo czajnik mi się zepsuł. Bo wywalił się trzeci z rzędu projekt, przy którym miałam pracować – a od tego w moim przypadku zależy właściwie wszystko, to, czy mogę sobie kupić bilet do teatru, czy mogę zaplanować urlop, czy mogę się umówić ze znajomymi, czy jestem tu, czy gdzieś indziej (i gdzie). Bo pani derektor z telewizji nazywa ludzi dziczą i jest z tego dumna. Kończył człowiek to nieszczęsne dziennikarstwo, tłuczono mu do głowy, że trzeba się zachowywać etycznie, zna i to dość dobrze pewnych dziennikarzy i wie, jak bardzo uważają na to, co mówią – a tu przychodzi taka arogancka… osoba i każe człowiekowi się walić. Szczerze, proszę pani? Z radością.
W sumie mogła gorzej napisać.
Jak wiadomo, ja chamstwa nie zniesę. Mam naprawdę uczulenie na język spod budki z piwem, na personalne ataki (tak się zastanawiam od wielu lat, czemu w obowiązkowym programie nauczania nie ma erystyki – to się ogromnie w życiu przydaje, choć z drugiej strony znam coraz więcej indywiduów, które korzystają raczej na tym, że każdego potrafią obrazić). Nie poważam. Nie uważam kogoś sięgającego po takie zagrywki za partnera do rozmowy. Szczęśliwie z tą panią raczej rozmawiać nie będę musiała.
Ach, no i jeszcze dziś pewien niewielkiego wzrostu mizogin rzucił dziś coś o dążeniach do tego, by kobiety rodziły i zdeformowane dzieci. Myślałam, że ten temat został już zamknięty, żeśmy mu dały wystarczająco jasno do zrozumienia, ale nie. Zatem panie, możesz pan sobie te dążenia… no.
Wiecie, ja się niezmiennie zastanawiam, jaki problem z kobietami mają mężczyźni ciskający takie teksty. Bo że problem mają, to nie ulega wątpliwości. Natomiast o jednej ważkiej rzeczy zapominają. Hell hath no fury. Dziewczyny można wkurzyć, można nimi jawnie gardzić (zresztą nic innego z podobnych wypowiedzi nie przebija), można im w twarz splunąć, można je bardzo zranić. Przeżyją. Już tak mamy, życie nas uodparnia. Ale nawet gdy skrzywdzone, przydeptane, potraktowane jak przygłupy, jak istoty niezdolne do samodzielnego myślenia, co dopiero mówić o decydowaniu o sobie – nawet wtedy, gdy idą na chwilę do kącika, żeby się zagoić, to z tego kącika wychodzą z bazooką.

Bardzo was przepraszam, że znowu tak publicystycznie, ale naprawdę mam powyżej kokard tego, co się dzieje.
I jeszcze powadziłam się z Luksemburgiem. Ja. Która z założenia nie wadzę się z ludźmi, ani on. Plus dlań, że skumał, dlaczego autorki bogate słownictwo nagle skurczyło się do „tak/nie/hmmm”. Gdy autorka przeskakuje ze swojej zwykłej retoryki na jednosylabową, to jest źle. Jest bardzo źle.

Powiadam, to jeden z tych wieczorów, gdy bardzo tęsknię za tym moim drugim życiem. Tym tam, za wodą. Gdybym tylko mogła zamienić te dwa miejscami…

ALE. Co do drugiego życia, jutro w Multikinach „Kupiec wenecki” z gościem, który onegdaj czaił się obok mojego kolana. Niezmiennie bawi mnie zestawienie jego nazwiska (Lamb = owieczka) z postacią, bo to byk w istocie raczej, kawał chłopa.
Tak było.
I oby znów było jak najprędzej.

But still attractive

Dzień leniwy do przesady, ale pozwalam sobie na odrobinę bimbania, bo cholera wie, co mnie jutro w fabryce zastanie.
Nic dziś nie zrobiłam. No, przeczytałam dziś bardzo dobry tekst o Kathleen Turner (przeczytajcie choć ostatni akapit, o przekomarzaniach z Lauren Bacall o to, która mówi niższym głosem), z ciekawym i znaczącym wątkiem o tym, jak dostała raz scenariusz z następującym opisem roli kobiecej: „37 but still attractive”.
But STILL attractive.
Jakie to niesłychanie miłe.
(Z drugiej strony taki Donald Trump pewnie uznałby to zdanie za samą prawdę. Rany julek, czy oni tam naprawdę mogą wybrać sobie prezydenta, który przyznaje się do molestowania kobiet?).
Wychodzi, że zaraz moja ostatnia szansa na bycie atrakcyjną. Nie wiem, co potem zrobię. Chyba będę musiała zacząć być inteligentna.

Tak jeszcze, wiecie, a propos tego Jude’a. Jak wspominałam, był w towarzystwie arcypięknej blondynki zajętej telefonem i całkowicie obojętnej na wszystko i wszystkich wokół. Łącznie z nim.
Bardzo bym chciała tak umieć.
Niestety wszyscy mężczyźni, którzy, nazwijmy to, zyskali większą niż przeciętna przychylność autorki, doskonale o tym wiedzą (nierzadko jeszcze zanim ona o tym wie). Szanowny ziomal z Luksemburga nabijał się ze mnie bezlitośnie, twierdząc, że patrzy na mnie i od razu wie, o czym myślę – niestety miał rację w 10 przypadkach na 10. Jak na tacy. W ogóle nie musiał się wysilać. O ile wśród ludzi, którzy słabo mnie znają, uchodzę za dość niedostępną i umiarkowanie towarzyską, o tyle ci, którzy mi troszeczkę serduszka skradli, widzą przed sobą roztapiającą się kostkę głupawo chichoczącego masła z oczkami w słup. To nie ułatwia mi zadania – wszak wiadomo, lepiej przynajmniej udawać niewzruszoną niż całym człowiekiem mówić „zabierz mnie ze sobą do domu” – ale z drugiej strony nigdy nie zauważyłam, żeby któryś miał z tym problem. Starałam się z tym walczyć jeszcze podczas moich pierwszych zakochań, nastolatką będąc, i później – ale bez efektu. W końcu się poddałam. Jest bowiem prawdą powszechnie uznaną, że jeśli jakiejś osobistej wady nie da się skutecznie zlikwidować, należy uznać ją za zaletę.
Problem w tym, że moje sensacje są również doskonale widoczne dla osób postronnych.
Był taki jeden przypadek.
Do teatru poszłam, za morzem. Dwa lata temu. W przedstawieniu brała udział pewna wdzięczna osoba, więc autorka być musiała. Podczas antraktu pogawędziłam sobie z bardzo sympatycznym starszym panem siedzącym po mojej lewicy. Urocza była to pogawędka, o tym, jak nam się podoba (ogromnie), czy wolimy spektakle popołudniowe czy wieczorne (wszystkie), aż wtem bardzo sympatyczny starszy pan uśmiecha się podejrzanie szelmowsko i rzecze:
– A wiesz, przyglądałem ci się trochę w trakcie przedstawienia i zauważyłem coś zabawnego.
O nie.
– Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że…
O NIE.
Tak, proszę pana, zdaję sobie z tego sprawę, ale wcale nie chciałam wiedzieć, że inni również zdają sobie sprawę.
– Yyyhmmpff – odpowiedziała błyskotliwie autorka, garbiąc się w fotelu. Na moje szczęście światła na widowni zgasły i mogłam w spokoju płonąć ze wstydu, obiecując sobie solennie, że już nigdy nie wrócę do tego teatru, ba, do tego kraju.
W postanowieniu wytrwałam trzy miesiące bez tygodnia, by następnie znów wodzić wzrokiem jak na meczu ping-ponga.
Cóż.
Tak sobie myślę, że przynajmniej dostarczam ludziom powodów do radości, a to ważne.

(Pewien związek z powyższą historyjką ma fakt, że dziś wieczorem znowu siedzę w domu, gdyż Ernie w telewizorze – po raz ostatni).