It’s not the years, honey. It’s the mileage.

Jestem na urlopie.
Oficjalnie.
Przez dwa tygodnie kiwam nóżką i mam w głębokim poważaniu wszystko poza prognozą pogody.
Mój szef zadzwonił wczoraj, by życzyć mi przyjemnych wakacji i ze swoim uroczym uśmiechem zapowiedział co nieco na przyszły rok. Z jakichś przyczyn bardzo go bawi oznajmianie mi, dokąd tym razem mnie wysyła – ale jedno trzeba mu przyznać, dba facet o to, żebym się nie nudziła. (Zresztą w ogóle o mnie dba. Po raz pierwszy w życiu mam szefa, dla którego naprawdę chce mi się pracować i do którego mam całkowite zaufanie).
W ogóle to mamy w zespole nowego kolegę. Kolega chyba jeszcze nie wie, na jaką karuzelę kupił bilet. Wprowadzając go w arkana, staram się dawkować wrażenia, żeby nie zwiał w popłochu. Poszłam dni temu parę na obiad z innym moim kolegą, który dla odmiany mnie odbierał z recepcji pierwszego dnia, przestraszoną, spiętą i w odprasowanym garniturku. Garniturki porzuciłam jakiś czas temu, niezbyt praktyczne przy moim trybie życia, a tenże kolega obecnie robi coś innego, niemniej dobrze zna uroki mojego – i niegdyś jego własnego – zajęcia.
– Nowego macie, widziałem?
– Tak.
– Mhm… – uśmiecha się dżentelmen między jednym kęsem a drugim. – Tylko go nie przestrasz.

W każdym razie. Dość o pracy. Jestem na urlopie.
Jestem prawie spakowana. To się staje coraz prostsze i zajmuje coraz mniej czasu. I zabieram coraz mniej rzeczy (i tylko te wygodne). Na przykład odkryłam męskie kosmetyki 3 w 1 za dychę – pewnie chemii tam nawalone nieprawdopodobnie, ale cóż z tego, skoro o dziwo moje piekielnie wybredne i trudne w obsłudze włosy, które nie reagują na cudowne i horrendalnie drogie apteczne szampony z wyciągiem z łez morskiego ślimaka wymarłego w plejstocenie, po tym prostym wynalazku dla chłopów są gładziutkie jak szkło, a ja w dodatku oszczędzam miejsce w walizce. Jak wiemy, każdy centymetr miejsca w walizce jest bezcenny, gdy się wraca.
Jednakże…
Ponieważ nie jadę do pracy, tylko na wakacje i w dodatku niezbyt długie, postanowiłam zabrać mój mniejszy kuferek, który przez ostatnie dwa lata nie podróżował wcale. Wszystko się zmieściło, elegancko, gra muzyka. Usiadłam zadowolona z siebie i wtem oko mi spoczęło na stojącej w kącie Mojej Walizce. Walizce, która przez ostatnie dwa lata z hakiem była mi najbliższą przyjaciółką, towarzyszyła mi tu i tam, i choć porządna, po tych dwóch latach wygląda na nieco steraną życiem. Raz mi się zgubiła. No i właśnie, przed chwilą oko mi spoczęło na niej, pustej i stojącej w kącie, z tą wstążeczką zawiązaną na rączce, i zrobiło mi się przykro. Z POWODU WALIZKI. I teraz myślę, czy się przepakować i jednak zabrać ją ze sobą.
Mama moja śmiała się kiedyś, że zadzwoniłam do niej, wróciwszy do Krakowa, czekając przy taśmie bagażowej, rozmawiałam, rozmawiałam, po czym wtem wrzasnęłam z ulgą i uciechą: „WALIZKA!!” i rozłączyłam się natychmiast. Sami widzicie, jaki to związek. Jedziemy razem, kochana.

Chyba mam drobny Reisefieber. Zresztą gdy przed chwilą dostałam powiadomienie od germańskiej linii lotniczej, której jutro zawierzam mój tyłek, że odprawa otwarta, jakoś tak mi ciśnienie skoczyło.
Spokojnie, spokojnie. Damy radę, nie po raz pierwszy, nie ostatni.

Poza wszystkim udało mi się kupić bilecik na spektakl w ramach urodzinowego tournee Iana McKellena, i jestem dość uradowana tym faktem, zwłaszcza że jedyna data, która mi pasowała, to teatr nieduży, więc sir Ian będzie blisko.
Ze spokojem mogę zatem stwierdzić, że bywało gorzej.

Reklamy

Don’t ask for security, ask for adventure

Witajcie, Ziemianie.
Jestem w domu. Na dobre. To znaczy do niedzieli, bo w niedzielę zaczynam wakacje.
Dziwnie było wracać w piątek. Siedziałam tam tak długo, że zrobiło mi się dość sentymentalnie (choć oczywiście nie na tyle, by nie cieszyć się wizją powrotu). Frontman rano czekał w recepcji, by zapakować nas i nasze bagaże do Ubera, i po raz ostatni pojechaliśmy do biura.
– Odbierzesz klucze do naszego pokoju? Poczekam tu z naszymi tobołami.
(Francja, nowoczesność, tu nadal używa się kluczy).
– Po francusku, Ola! – słyszę za sobą głos z korytarza. Łatwo ci mówić. Ty jesteś dwujęzyczny, ja umiem zamówić kawę i wymienić proste uprzejmości, i się cieszę, kiedy mnie kelner zrozumie.

Frontman, gdy szczęśliwie dotarliśmy na nasze opustoszałe piętro, jak zwykle znikł na kwadrans, by wrócić z ciepłymi croissantami.
– Ostatnie. Bierz. Dziś jest twoja trzecia rocznica w firmie? Naprawdę? Gratulacje. Nie uściskam cię, bo to byłoby niezręczne, ale gratulacje.
Oj tam, zaraz niezręczne, frontman. Spędziliśmy ze sobą dwa miesiące. Od rana do wieczora. Poza tym za te moje wyprute żyły i pozytywną odpowiedź na pytanie: „czy mogłabyś wrócić tu w poniedziałek i zostać do końca października?” to może jednak przytulas by mi się należał. Acz przyznaję, byłoby to nieco, hm, niestandardowe, tylko w sumie co z tego. Ja tam lubię.
Parę godzin później odmeldowuję się po raz ostatni. Frontman ściska mi rączkę zapamiętale.
– Dobra robota. Naprawdę… naprawdę dobra robota.
Ech, chłopie, gdybyś ty wiedział, ile znaczą twoje słowa po wszystkim, co przeżyłam w tym roku…
– Przepraszam, że byłem marudny i nerwowy czasami.
Marudny owszem. Widziałam bardziej nerwowych. I nie chowam urazy, na twoim miejscu każdy by się denerwował.
– Muszę ci powiedzieć, że chyba mnie trochę uratowałaś.
– Bardzo miło mi to słyszeć. Muszę lecieć, pociąg.
– Nie wygłupiaj się, łap taksówkę. Akurat dziś może być szybciej samochodem, mnóstwo Francuzów ma wolne. To i tak na mój koszt. Do następnego razu!
– Do następnego razu.

Istotnie, frontman co nieco mi zawdzięcza.
Ale i ja zawdzięczam jemu, bo on mi Paryż odczarował. Pamiętacie przecież, jak to było. Dwa lata temu – stres i womit prawie co rano (i deszcz, i okropne mieszkanie, w którym wszystko się psuło). W lipcu – jeszcze gorzej. W lipcu, zdenerwowana do szpiku kości, zgnębiona nadmiarem roboty i fatalną atmosferą w pracy, byłam o włos od kolejnego napadu, który w końcu się zdarzył, nie tak ostry, ale jednak, zresztą w środku spotkania. Nikt o tym nie wiedział, ale moje notatki z tamtego spotkania są nie do odczytania, wyglądają jak zapis sejsmografu (tak czy inaczej, zawsze będę wdzięczna opatrzności za zesłanie mi wtedy w maju tego anioła, który mnie przekonał, że choć to okropne uczucie, nic mi się nie stanie – wspomnienie tamtych wydarzeń paradoksalnie stało się całkiem skutecznym „happy place”). Moje nerwy, chaos i brud paryskich ulic, wieczne „ne marche pas”, upał, ciasne mieszkanie – to wszystko sprawiało, że znowu poczułam, iż powinnam trzymać się jak najdalej od tego miasta. Również w lipcu poznałam frontmana po raz pierwszy – sympatycznego gościa z wdzięcznie cynicznym dowcipem i wielką wiedzą o winach, brytyjskiego do szpiku kości, choć gdy przestawia się na francuski, staje się od razu bardziej obcesowy – jednak język definiuje nasze zachowania bardzo mocno. Pomyślałam wtedy: szkoda, że nie jestem w jego drużynie, może byłoby łatwiej.
A ponieważ opatrzność ma poczucie humoru, z początkiem września dołączyłam do jego trupy jako koło zapasowe, bojąc się nieco, że mój dusiołek znowu odstawi focha. Nic takiego się nie stało. Przez bite dwa miesiące byłam spokojna, a Paryż koniec końców polubiłam. Za co, to już wiecie – zmuszanie mnie do mówienia po francusku, wystawy, tłuste jedzenie, wino, Folies Bergere, wystawy, wino, jedzenie… Ta ostatnia przygoda udowodniła mi bardzo dobitnie, że nie chodzi wcale o to, by wychodzić z tej nieszczęsnej strefy komfortu, że to wcale żaden taki znowu sukces nie jest. Chodzi o to, i to jest moim zdaniem bardziej w życiu potrzebne, żeby nauczyć się wytwarzać ją wokół siebie. Wylądowaliśmy w trudnej sytuacji i w miejscu, którego żadne z nas nie kocha, ale frontman je sobie oswoił. I mnie także to podejście w końcu wpoił niechcący – „nie mamy wyjścia, więc…”.
I jego koło zapasowe w końcu się przydało. Po raz pierwszy od dawna mam poczucie, że naprawdę zrobiłam coś dobrze.

Czekając na taksówkę w Balicach w piątkowy wieczór, zaobserwowałam panią, która wsiadała do taryfy z ogromnym bagażem.
– Ależ to kobiece! – rzekł jej kierowca. Pomińmy milczeniem.
– A to tylko trzy dni, wie pan? – odparła szczebiotliwie pani. Ja i moja walizka wymieniłyśmy znaczące spojrzenia.

img_20181106_1531031222818301.jpg

Na spojrzenia czasu wszak wiele nie było, gdyż oto zjawił się mój taksówkarz, niebywale gadatliwy, co mi nawet pasowało, bo ja lubię takich.
– Pani z Paryża wraca? Przepiękne miasto. Te bulwary! Czy pani widziała, że wszystkie łuki stoją w jednej linii…
W sumie to nie wszystkie. Te trzy najważniejsze owszem. Łuków w Paryżu jest znacznie więcej, niemniej to fakt – Droga Triumfalna i gwiaździsty układ głównych arterii są imponujące, i dzięki temu nawet taka melepeta jak ja, która wszędzie się zgubi, nie gubiła się w centrum Paryża.
– Ale wie pani co, Nicea, Nicea też piękna. Raz tam byłem w kasynie i przegrałem strasznie. Lubi pani tę Francję tak w ogóle?
Obleci.

Tymczasem w kraju ojczystym odbieram nadgodziny, zajmując się grabieniem liści pod lazurowym niebem i muszę przyznać, że dawno nie czułam się tak wyluzowana. Ludzie chodzą do spa czy inne takie, a ja liście grabię.

Rien de rien

Przygoda dobiega końca.
Trzy ostatnie noce.
Czuję się, jakbym siedziała w Paryżu od zawsze. Gdyby ktoś z początkiem roku powiedział mi, że spędzę tu czternaście tygodni, wyśmiałabym go. Nie tak to wszystko miało wyglądać. No, ale tak wygląda i co poradzić.
Przyzwyczaiłam się do ruchu ulicznego – okazuje się, że człowiek może znacząco poszerzyć swoje pole widzenia, jeśli nauczy się, iż zza każdego rogu i autobusu może wyjechać motocyklista – i tego, że o ósmej rano jest ciemnawo. Właściwie do wszystkiego. Jak zawsze powtarzam, człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja. Nie ma innej opcji zresztą.
Nie może tylko myśleć o jednej rzeczy – że tęskni. Tęsknotę trzeba upchnąć na dnie walizki.
Miniony weekend spędziłam troszkę w domu (jak zwykle, piorąc i śpiąc), poprzedni za to był stuprocentowo paryski, bardzo słoneczny, bardzo przyjemny. Starałam się wycisnąć z niego jak najwięcej, biorąc pod uwagę nadchodzącą jesień i mój rychły odjazd na dobre. Oblazłam zatem całe miasto, od Grand Palais (wystawa Miró – bardzo, bardzo warto) i otwartego akurat bezpłatnie Petit Palais aż do Lasku Bulońskiego, a dokładniej olśniewającego muzeum Fundacji Louis Vuitton. Z buta, gdyż jestem twardziel, pogoda była oszałamiająca i tylko raz zgubiłam się po drodze.
Sam budynek Fundacji LV, zaprojektowany przez Franka Gehry’ego, to generalnie imponujący szklany statek, a w środku mnóstwo sztuki (Egon Schiele i Jean-Michel Basquiat – dwie wspaniałe, bardzo intensywne wystawy dwóch wybitnych, zmarłych młodo artystów, których prace zaskakująco wiele łączy).
W niedzielę było jeszcze śliczniej, podreptałam sobie spokojnie wzdłuż Sekwany do Instytutu Świata Arabskiego na wystawę tyleż oszałamiającą, co łamiącą serce w drobne kawałki – Wieczne miasta, cyfrową podróż po Mosulu, Aleppo, Palmirze i Leptis Magna. Z tych miast zostało, co zostało i co niestety możecie zobaczyć na własne oczy, czując narastającą… no nie, to nie jest złość, to poczucie wkurwu, bezsilności i rozżalenia – ale twórcy wystawy nie tylko wysłali drony nad ulice, byście mogli nimi pochodzić. Zaprzęgli też nowoczesną technologię, żeby odbudować świątynie, meczety i katedry. Jest to dość niesamowite.

Po wszystkim, oczywiście, mule. Popite białym winem w należytej ilości, gdyż wino bardzo pomaga strawić wszystko, a poza tym to ostatni raz na jakiś czas. Zdążyłam jeszcze nacieszyć się nimi w knajpianym ogródku, co w Paryżu nie jest tak romantyczne i relaksujące jak w takim na przykład Krakowie, bo generalnie siedzicie pośrodku chodnika albo prawie na przystanku autobusowym, ktoś na was dmucha dymem, coś trąbi, miejsca jest tak mało, że zamówienie nie mieści się na stoliczku, a kelner je pomylił, ale jest uroczy, więc co tam.

Gdy wróciłam tu w niedzielę z Krakowa, wiatr zimny hulał i pociągi zatrzymali, bo ktoś porzucił bagaż na jednym z dworców, więc saperzy musieli przyjechać… Gapiłam się zatem na ołowiane niebo za oknami nieładnie pachnącego i uparcie nieruchomego wagonu, ściskając na podołku mój bagaż. No błagam.
Ale wreszcie dotarłam. Mama zaśmiała się, gdy zadzwoniłam i westchnęłam, padając na łóżko w kurtce i szaliku: „jestem już w domu”.
– Wiesz, co powiedziałaś?…

Ici, c’est confortable

Miniona niedziela.
Siedzę na stopniach bazyliki Sacre-Coeur i piję wino z plastikowego kubka. Pode mną cały Paryż, doskonałe linie bulwarów, wieże Notre Dame, migocząca rytmicznie i cierpliwie Tour Montparnasse na lewym brzegu.
Ciepło. Właściwie to upalnie. Ani jednej chmury. Ludzie tańczą, bo ktoś gra na bębnach, ktoś puścił „Milord” Edith Piaf.
Siedzę na schodach i piję wino, ponieważ akurat winobranie świętujemy na Montmartre. Chwilę wcześniej zapaliłam świeczkę w bazylice, na szczęście, zawsze zapalam.

– Otworzyć ci tę butelkę? – pyta miły i wielce przystojny dżentelmen w jednej z budek.
– Mój Boże, nie. Poproszę tylko o kieliszek czerwonego. Ale butelkę możecie mi zapakować na wynos.
– Mój brat ci zapakuje. Polecam też nasze białe. Bo to nasza winnica. Brat kupił i teraz u niego pracuję. Masz brata?
– Niestety nie. Zawsze chciałam.
– To masz szczęście. Ja nigdy nie chciałem i sama widzisz. Proszę, twoje wina i nasza wizytówka. Jesteśmy w środku niczego, ale gdybyś była w pobliżu…

Może będę. Kto wie.

Miniona sobota.
Nie ma co się śpieszyć ze wstawaniem, Paryż nie budzi się wcześnie, a o tej porze roku słońce też wschodzi raczej leniwie.
Schodzę zatem raczej głęboko późnym przedpołudniem do kawiarni na rogu, słyszę „madame, bonjour!”, zamawiam kawę i spritz, taki lokalny spritz, z likierem St Germain, z kwiatów czarnego bzu. Spożywam, kiwając nóżką, słońce świeci bezczelnie letnio. Staram się błysnąć moją żenującą francuzczyzną, ale kelner macha ręką i odpowiada po angielsku:
– Jestem z Brazylii.
Ma się rozumieć.

Z kawiarni… napisałabym, że pobiegłam, ale już i tak już byłam spóźniona, więc poszłam z rękami w kieszeniach prosto do Musée Yves Saint Laurent.
Wspaniała wystawa. Jak zapewne zdążyliście zauważyć, niżej podpisana troszkę lubi modę (dlatego wykręca sobie szyję, oglądając tutejsze wystawy), zatem była w siódmym niebie. Kreacje oczywiście przepiękne, ale największe wrażenie paradoksalnie robi proste i przytulne zarazem studio YSL, białe, pełne książek, z biurkiem zastawionym gadżetami, z manekinem odzianym w płócienną marynarkę z widocznymi szwami – Yves Saint Laurent z każdym ubraniem zaczynał w ten sposób. Trochę to przyjemna, cicha biblioteka, trochę gabinet szalonego lekarza.
Bardzo miłe to muzeum i zdecydowanie warte odwiedzenia.
Napatrzywszy się na płaszcze, na które nigdy nie będzie mnie stać, wyruszyłam dalej. Na drugi brzeg Sekwany, z przystankiem w tutejszym Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie wiszą nikomu nieznani artyści typu Picasso, Chagall czy Modigliani, a wejście kosztuje uśmiech. Na drugim brzegu wszak czekała perła – dosłownie… – w postaci galerii Kugel. Galeria owa, prowadzona przez braci pochodzących z rodziny kolekcjonerów sztuki i antyków, zajmuje piękną, majestatyczną, nieco filmową kamienicę tuż nad rzeką. Jest to swego rodzaju gabinet osobliwości, pełny kuriozalnych i przepięknych precjozów – fontann, domków dla lalek, globusów – ale teraz mają tam wystawę boską i powalającą, mianowicie wystawę piqué.
Piqué to sztuka zdobienia. Nie taka po prostu, że ktoś wycina wzorki czy coś. To chirurgiczne rzeźbienie w masie perłowej, szylkrecie i złocie. Zapomniałabym dodać, że robili to neapolitańscy artyści w XVIII wieku.
Absolutnie piękne, wywołuje opad szczęki nawet u zblazowanych, co widzieli już wszystko. A że do stolików, na których umieszczone są te cuda, przyczepiono lupki, można sobie obejrzeć dokładnie. Fascynujące.

Paryż to całkiem rozłożyste miasto (choć mniejsze niż Radom – naprawdę), a po całym dniu ganiania w słońcu poczułam się nieco zmęczona i głodna, więc zamówiłam sobie garnek muli w Au Trappiste – sympatycznym i bardzo zwyczajnym bistro z piwem i prostą kuchnią nieopodal wieży świętego Jakuba – i pożarłam bez najmniejszego wyrzutu sumienia.
– Przepraszam – pyta kelner. – Czy mogę pożyczyć krzesło?
– Pewnie – mówię.
Kelner łapie zydel, zanosi go pod sąsiednią ścianę, siada i zapala papierosa.
Odnosi grzecznie.
– Merci.
– Merci a vous.

I taki właśnie jest ten mój Paryż.

Parę dni temu nasz skromny zespół zasilił kolega, dla którego to pierwsza wizyta w tym mieście. Jeszcze się denerwuje, bo ten ruch uliczny, te klaksony, zza rogu może wyjechać motocykl pod prąd (lub Donald Tusk na hulajnodze), bo palą, mówią uparcie po francusku, ciągle coś ne marche pas. Bardzo go Paryż stresuje.
Przejdzie mu.

Tout le monde, il est beau

„Bonjour, tout le monde!”
Tak nas zwykle wita frontman. Czasami czeka w progu biura ze świeżymi rogalikami. Powiadam, nie znoszę gościa.

Dobiegł końca mój dziesiąty tego roku tydzień w mieście Paryż.
Z tej okazji opuściłam to miasto, żeby udać się na obowiązkowe badania okresowe. Badania trwały pół godziny i prawdopodobnie przeszłabym je nawet, gdybym była naszprycowana heroiną po kokardki. Francuska dieta – i w ogóle dieta człowieka w drodze – nie jest najbardziej zdrowa, więc fakt, że po tym całym tłuszczu i winie mam cholesterol w normie, zszokował mnie niemalże.
– Oczy ma pani nieco podrażnione.
Nie może to być. Przez cały poprzedni dzień gapiłam się w monitor, wsiadłam w samolot, a nawet dwa (dzięki, Lufthanso, że przyciemniliście oświetlenie i mogłam przyciąć komara w drodze do domu), dotarłam do domu o pierwszej w nocy, a o ósmej tkwiłam już w ogonku do rejestracji w przychodni. A w ogóle to ledwo dotarłam, bo samolot był wielce opóźniony i Niemcy mają swoje zasady, toteż gdy wreszcie otwarto bramkę, z głośników dobył się komunikat: „Prosimy wsiadać jak najszybciej, musimy wystartować przed 23, bo później zakaz lotów”. Kapitalnie. Ponieważ wszakże, jak to mówią, co drugi głupi ma szczęście, wystartowaliśmy i dolecieliśmy.
– Pani to chyba rutyniarz – rzecze taksówkarz.
– A skąd pan wie?
– Bo nie zamawia pani taksówki pod przyloty, tylko w konkretne miejsce, żebyśmy mogli się od razu znaleźć.

Tak czy inaczej.
W niedzielny poranek wracam do Paryża na kolejne dwa tygodnie. Lub być może trzy. I…
I…
Nawet się cieszę.
(W dużej mierze dlatego, że w Paryżu jest troszeczkę cieplej jednak).

W Paryżu do pracy chodzę codziennie tą samą drogą, w dół bulwarami, mijając tych samych ludzi i tę samą piekarnię, z której dobywa się zapach absolutnie boski. Już się nie boję przechodzić przez jezdnię na czerwonym. Nie wkurzam się, gdy coś nie działa. W końcu naprawią, kiedyś. Człowiek się starzeje – albo dojrzewa, ładniej mówiąc – i odkrywa, że jest sposób na odnalezienie się w miejscach, które nam nie pasują. Trzeba po prostu odpuścić. Nie walczyć na siłę. Po prostu ręce z kierownicy i zobaczyć, co będzie się działo. Tym samym, wracając w minioną sobotę z wystawy Alfonsa Muchy (wspaniałe, ale tak ciasno, że ktokolwiek przepchnął się wreszcie przez tłum do obrazu, gapił się weń zaborczo przez długie minuty) i pięknego w słońcu Ogrodu Luksemburskiego, wdepnęłam do GAP, a tam akurat na wieszaku wisiały proste białe koszule z napisem „Paris” wyhaftowanym na plecach. Zanim się zorientowałam, stałam z taką w garści w kolejce do kasy.
Zanim jednakże nadarzyła się miniona sobota, nadarzył się piątek, a piątkowy wieczór spędziliśmy w Moulin Rouge. Trochę się opierałam, ale towarzystwo chciało, a że towarzystwo fajne, to poszłam. Zajechaliśmy z fasonem metrem na Montmartre, zjedliśmy kolację, wypiliśmy wino i weszliśmy do tej legendarnej nory szatana.
Otóż Moulin Rouge to jest jedna z bardziej przykrych rzeczy, jakie w życiu widziałam. Oj wielkie nieba. Nierówne, słabo nagłośnione, wymęczone, z wyjątkiem pokazów akrobatycznych do zapomnienia po godzinie. I te biedne kucyki, wyciągane w środku nocy, żeby obdreptać scenę dookoła. Żal mi się ich zrobiło. Jeśli macie wydać pieniądze w Paryżu, wydajcie je na jakąś fajną wystawę – tych tam naprawdę nie brak – i dobry obiad, jeszcze wam dużo zostanie, ale nie idźcie do Moulin Rouge. Toulouse-Lautrec byłby wściekły, gdyby zobaczył, jaką manianę tam odwalają w XXI wieku. Bardziej fascynujące jest oglądanie widowni niż tego, co się dzieje na scenie. Jest to nudne i niestaranne.
Przy tym opisywany poprzednio show Gaultiera to zachwycająca potęga, widać w każdej scenie ponad rok ciężkiej pracy. To jest tańczone z medyczną niemal, niewiarygodną perfekcją, a przy tym rzeczywiście opowiada jakąś historię, podczas gdy Moulin Rouge to zasadniczo zbiór dość przypadkowych scen i dużo biustów, i nie widać, by artyści czerpali jakąś szczególną frajdę z bycia na scenie – ot, kołowrót. Poszłam do Folies Bergere znowu, swoją drogą, i oglądałam z wielkim zachwytem. A co drugi widz w obowiązkowej marynarskiej koszulce (ja też!). No i, jak się potem okazało, na tym samym spektaklu była Madonna – co prawdopodobnie wyjaśnia, czemu zaczęło się z półgodzinną niemal obsuwą i ochrona biegała nerwowo.
A że w drodze z teatru do domu zgłodniałam upiornie, to wstąpiłam na mule i wino do ciepłego bistro. Bo w Paryżu można. To bardzo łatwe, wszędzie są takie bistra.

Tak.
W każdym miejscu na świecie można koniec końców znaleźć sobie jakiś mały kawałek domu, przestrzeń, w której człowiek czuje się dobrze. Znaleźć rzeczy, które się lubi. I nawet samotność wtedy nie jest tak dotkliwa. Trzeba tylko naprawdę odpuścić i nie myśleć, że wolałoby się być gdzieś indziej, że się tęskni, że coś tam. To czasami trudne, gdy ma się właściwie tylko siebie. Ale – wykonalne.
A teraz przepraszam, muszę kończyć. Trzeba taksówkę na czwartą dziesięć zamówić.

C’est comme ça

Całkiem niespodziewanie, właściwie w ciągu jednego dnia, w Paryżu nastała jesień. Zrobiło się zimno, liście lecą z drzew, pada deszcz. Jest w tym jakiś romantyzm, muszę przyznać.
Mam mieszkanie, w którym całkiem wygodnie się rezyduje, acz spędzam tu bardzo niewiele czasu, niestety. Na szczęście ekipa urocza, chodzimy na kaczkę (a kaczka potem wchodzi mi w biodra – ba, chciałabym, żeby w biodra…), a gdy się wypogodzi, wrześniowe niebo w Paryżu jest przepiękne.

Pomyślałam, że skoro opatrzność mnie tu zesłała, to trzeba z tego zrobić użytek.
A że, jak mawia moja nieoceniona matka, co drugi głupi ma szczęście – wracając do domu któregoś dnia, wypatrzyłam na słupie reklamę spektaklu. Tak się przypadkiem złożyło, że niejaki Jean Paul Gaultier postanowił wystawić swój Fashion Freak Show w legendarnym teatrze rewiowym Folies Bergère. Autorka zapowietrzyła się i poleciała rezerwować bilet (śmiało wdzierając na jezdnię na czerwonym – tu tak trzeba, inaczej nikt was nie potraktuje poważnie; nadal na wszelki wypadek przylepiam się do lokalsa, żeby w razie czego to on przyjął siłę uderzenia… niemniej powoli przywykam do paryskiego fristajlu ulicznego).

Jean Paul Gaultier to jest oczywiście nazwisko bardzo znane wszystkim w moim pokoleniu, pierwszy punk świata mody, który przetarł drogę wielu innym wybitnym projektantom, miłośnik nieskrępowanego kampu, traktujący modę jak zabawę, ubierający kobiety w garnitury i mężczyzn w pończochy, a wszystkich w gorsety. Znany z umiłowania kobiecości pod znakiem fiszbin i zapachu pudru. Znany z bardzo teatralnego, w rewiowym właśnie stylu, podejścia do swojego fachu.
Jean Paul Gaultier jest też wybitnym artystą. Miałam szczęście oglądać jego retrospektywę w Barbican parę lat temu; spędziłam tam długie godziny.

No to poszłam.
W niedzielę, gdy deszcz zacinał jak jasny pieron. Dotarłam wszakże do dzielnicy dziewiątej, miły pan przy wejściu zajrzał mi kurtuazyjnie do torebki i wpuścił do środka.
A w środku czekały konie w pióropuszach, ten właśnie zapach perfum i uśmiechnięty dżentelmen wystrojony w słynną marynarską koszulkę za barem. No dobra, myślę. Jestem w Paryżu. Jestem w Folies Bergère. Josephine Baker tu tańczyła. Jean Paul Gaultier być może jest w budynku (był, jak się okazało podczas finału – ludzie oszaleli). Co mogę zamówić…
– Poproszę szampana.
– Oczywiście.
Wdzięczne „puffff” otwieranej butelki.
– Merci et bon spectacle, madame – mówi uśmiechnięty dżentelmen, podając mi kieliszek.

Było to jedno z weselszych wydarzeń, w jakich brałam udział tego roku, a być może w ogóle.
Odjechane w kosmos, barwne, dynamiczne, świetnie zatańczone i nieprawdopodobnie sexy. Tak. Ten show to czysta, kiczowata, głośna celebracja seksualności i piękna – piękna występującego w wielu kształtach i rozmiarach. Nie bez wątków przykrych i poruszających.
Ale najlepsza jest ostatnia scena, gdy tancerze pozbywają się kostiumów – tak, zrzucają te piękne kreacje, a wierzcie mi, Gaultier to nie jest ciuch, to jest misternie wykonane dzieło sztuki, rzeźba – i tańczą w samych majtkach. Jest to być może przekaz naiwny, ale uroczo budujący i człowiek najchętniej sam dołączyłby do tańczących w bieliźnie. Zwłaszcza że tańczą do Le Freak.
Przepysznie się bawiłam i chyba pójdę znów.

Paryżu, chyba mnie sobie oswajasz.

Cały twój Paryż z pocztówek i mgły

Dzień dobry, dzień dobry.
(Żartowałam).
Siedzę sobie właśnie na mojej krakowskiej kanapie, rozwiesiwszy pranie i zjadłszy dostarczony przez rodzinę obiad – i piszę, bo zbyt dawno nie pisałam. A nie pisałam, bo moje życie lubi przyśpieszać od zera do setki szybciej, niż zdążę powiedzieć „ojej”.

Tak się jakoś znienacka podziało, że dwa dni przed moim wylotem na urlop zadzwonił mój szef. Znienacka. Kiedy mój szef dzwoni znienacka, to ja zawsze wiem, że coś nastąpi.
– Miałbym dla ciebie zadanie – powiedział. Poczułabym się jak James Bond, ale ponieważ wiem, na czym polega moja praca, to się tak nie poczułam. – Trzeba wspomóc jeden zespół. Obszar znasz, lokalizację też.
No dalej, powiedz to. Zadaj mi ten cios.
– Tydzień w Paryżu. Może dwa, ale to już ustalisz z gościem, który ten projekt prowadzi. OK?
Jeszcze jeden tydzień w Paryżu chyba mogę przetrwać. Lepsze to niż siedzenie na tyłku, do czego, jak wiemy, jestem niezdolna.
– Jasne – odparłam. – Zaraz do niego napiszę.
„Gościa, który ten projekt prowadzi” poznałam przy okazji poprzedniego paryskiego dramatu, na kolacji. Przez cały wieczór żałowałam, że to nie dla niego pracuję. Nietuzinkowa postać. Przede wszystkim, co rzadkie w mojej branży, wyluzowany. Jako osoba letko znerwicowana nadzwyczaj sobie cenię towarzystwo ludzi wyluzowanych, to mnie uspokaja. Pół Anglik, pół Francuz – usposobienie i poczucie humoru stanowczo wyspiarskie, zamiłowanie do win stanowczo francuskie. Ładnie pachnie. Może nie będzie katastrofy.
(Potem dowiedziałam się, że ma kapelę swoją. Na użytek bloga nazwijmy go zatem frontmanem, to zresztą pasuje, bo taką rolę i w moim zespole pełni).
Napisałam zatem i frontman stwierdził, iż tydzień wystarczy. Znakomicie. Minionej niedzieli udałam się zatem na lotnisko – po długiej nocy u znajomych świętujących hucznie okrągłe urodziny, więc czułam się nieco delikatna – i poleciałam do Paryża.
Moją bramą do Paryża jest zwykle terminal 1 lotniska Charles de Gaulle. Terminal, który dla miłośników brutalizmu jest zapewne wybitnej urody, ale dla pasażerów w 2018 jest po prostu piekielnie niewygodny, zatłoczony i irytujący. Chce się go jak najprędzej opuścić. Ponieważ było dość późno, a ja z walizą, pomyślałam, że wezmę taksówkę.
Błąd.
Pan taksówkarz był très sympa, ale jechaliśmy do miasta półtorej godziny. Nigdy więcej. RER jest, jaki jest (mój kolega boi się jeździć – był szczerze zszokowany, że korzystam z usług publicznego transportu w pełnym niebezpieczeństw Paryżu), ale przynajmniej dociera do centrum względnie szybko, jeśli trafi się na bezpośredni pociąg. Dobra nasza. Dojechaliśmy. Idę do recepcji.
– Mam problem z pani kartą kredytową – mówi recepcjonistka.
Fantastycznie.
– Zameldujemy panią, ale będziemy wdzięczni, jeśli pani wyjaśni to do jutra – rzecze dama tonem nieznoszącym sprzeciwu. Jasne. Zrozumiałam.
Przesypiam noc, śniąc o ludziach wywlekających mnie z łóżka, bo nie zapłaciłam, i idę do pracy.
Wchodzę. Frontman pojawia się tuż po mnie.
– Wiesz, że mamy już jedną ofiarę?
Jeden zawodnik z naszej Drużyny Pierścienia trafił do szpitala w trzecim dniu pracy (nie z jej powodu, gwoli ścisłości).
Zapowiada się pysznie, myślę.
– No, troszeczkę jesteśmy pod wodą. A dopiero zaczęliśmy – mówi wesoło frontman ze swoim wielce charakterystycznym, bardzo, ale to bardzo brytyjskim akcentem.

Tak czy inaczej.
Kartę szczęśliwie udało się odblokować. Pogoda była piękna. Paryskie bulwary nadal szerokie i piękne. Zapach ulic nadal nieromantyczny. Motocykliści nadal szaleni. Kelnerzy nadal sfochowani, ale calvados nadal znakomity i desery nadal zamykają moją skłonną do narzekania na Francję buzię. Innymi słowy, Paryż po staremu.
W czwartek frontman zbliża się do mojego biurka. Oho.
– Jak się miewasz?
– Doskonale, doskonale.
– Czy ty tu jesteś w przyszłym tygodniu?
– Nie, umawialiśmy się tylko na ten jeden.
– … A możesz być?
WIEDZIAŁAM, ŻE TAK BĘDZIE.
– Mogę, jeśli trzeba. Do kiedy?
– Do października? Dwudziestego października?…
Autorka wpatruje się w swojego lokalnego przełożonego z naiwnym uśmiechem osoby, która ma wielką, wielką nadzieję, że czegoś nie zrozumiała. Lokalny przełożony autorki wpatruje się w nią z błagalnym uśmiechem osoby, pod której modnymi butami płonie żywy ogień.
Szlag.
Z drugiej strony siedzieć w domu albo być w drodze…
Szlag.
SZLAG.
– Okej – mówię.
Ulga na – całkiem przystojnej, rzec trzeba – twarzy frontmana: bezcenna.
– Ale to pewnie będzie cholernie drogie. Mamy czwartek po południu, bilety na poniedziałek to będzie kosmos…
– Trudno, rezerwuj. Dziękuję. Przepraszam. Dziękuję.
I oddala się z tym swoim zapętlonym „sorrythankyoupleasecheerssorrythankyou” na ustach.

Tym oto sposobem wracam pojutrze do Paryża, którego miałam nadzieję już nigdy więcej nie odwiedzać. Ba. Miałam nadzieję spędzić drugą połowę roku w Krakowie, wyjechać sobie najwyżej na wakacje, które ciągle przede mną. Najwyraźniej jednakże Paryż ma wobec mnie plany, których jeszcze nie znam i może rzeczywiście third time lucky. Może to jest mój test ogniowy.

O ironio.

A party in Vienna

W niedzielę lało.
Przez „lało” rozumiem ścianę wody przez całe popołudnie. A ja musiałam wyjść, bo przecież nie ma to tamto, nieważne, że niedziela, trzeba iść do teatru. Wypiłam herbatę w łóżku, skonstatowałam pod prysznicem, że żebra nadal całe, choć zatrzeszczały minionego wieczoru (powiadam, takie uściski to trzeba umieć, dziękuję ponownie, panie Goodwin, za tak miłe odcięcie mnie od świata na chwilę), zasznurowałam pepegi. I w zacinającym deszczu, walcząc z parasolką powędrowałam z powrotem na południowy brzeg, prosto w ciepłe i suche progi Menier Chocolate Factory.

Olbrzymi sukces Hamiltona (byłam, widziałam, podobało mi się, ale nie poddałam się histerii) zainspirował wielu twórców, ale nie tylko tych, którzy postanowili w taki czy inny sposób złożyć hołd Mirandzie i jego nowatorskiemu podejściu do musicalu. Można było w pewnym sensie oczekiwać, że prędzej czy pózniej powstanie jego parodia – Spamilton.
I jest to parodia udana – może niektóre żarty są nieco naciągane, ale wykonanie jest mistrzowskie. Nie tylko Hamiltonowi i jego twórcom się oberwało, nawiązań do innych hitów jest wiele, pojawia się nawet Liza Minnelli próbująca wyżebrać bilet. Bardzo jest to absurdalne, nieco głupie, niemniej po emocjonalnym tornado, które przeżyłam poprzedniego wieczoru, półtorej godziny śmiechu było mi niezbędne.

Następnego dnia wczesnym popołudniem udałam się do motylarium w muzeum Hornimana (kto nie był – koniecznie, przepiękny widok na Londyn, oszałamiające motyle, a w samym muzeum stoi okropnie wypchany, komiczny mors) i spędziłam tam parę cudownie relaksujących godzin. Pociąg zawiózł mnie z powrotem do centrum, przemaszerowałam na West End i zasiadłam w fotelu w moim jakże ukochanym Noel Coward Theatre – ech, wspomnień czar – by obejrzeć na własne oczy Aidana Turnera w Poruczniku z Inishmore.
Uwielbiam Martina McDonagha, uwielbiam czarny humor w ogóle, a w tej sztuce humor jest tak czarny, że bardziej już się nie da. I nigdy nie sądziłam, że zabicie zwierzątka – a nawet dwóch – przyprawi mnie o liczne wybuchy śmiechu.
No bo istotnie. Ginie kot. Przykra sprawa. Tym bardziej przykra, że właścicielem kota jest Padraic, członek organizacji paramilitarnej i młodzieniec nieco… nerwowy. Sąsiad jego ojca, który podejrzewa siebie o przejechanie kota, oraz sam ojciec są w totalnej panice, bo wiedzą, co będzie, gdy Padraic się dowie, że jego ukochany futrzak zginął tragicznie. Ośmielają się zadzwonić do niego, zajętego akurat torturowaniem pomniejszego dilera narkotyków, i mówią, że Wee Thomas (kot) kiepsko się czuje. Padraic zalewa się łzami, rzuca wszystko, daje torturowanemu pieniądze na autobus do szpitala i rusza do domu, sprawdzić, jak mają się sprawy z Tomaszkiem.
W tym samym czasie rodzina starannie naciera czarną pastą do butów innego znalezionego kota, licząc, że Padraic się nie zorientuje. Nikt by przecież się nie zorientował. Są przy tym zgodni w ocenie, że jeśli sprawa się rypnie, to obaj rozstaną się z tym światem.
W tle mamy jeszcze zakochaną dziewczynę, morderców ścigających głównego bohatera i z każdą minutą jest coraz bardziej krwawo, ale też coraz śmieszniej. Finał przynosi nieoczekiwaną niespodziankę i wielki wybuch śmiechu na widowni.
Świetne.
No i przyznać trzeba, że Aidan Turner radzi sobie w komedii znakomicie, a jego irlandzki – czyli naturalny – akcent jest rozkoszny. Bywa, i to wcale nierzadko, że sławni ludzie na scenie wypadają słabo, ogląda się ich z poczuciem, że ładni są na żywo, ale w sumie to wszystko, co możecie o nich powiedzieć. O nim szczęśliwie mogę powiedzieć więcej.
Oczywiście przy stage door były tłumy absolutne i wielu ludzi w stanie agonalnym. Aidan zniknął równie szybko, jak się pojawił. Zdążyłam jednakże zaobserwować, że jest całkiem wysoki.

Wyśmienicie.
Dzień kolejny.
Znowu pobiegłam na południowy brzeg, zobaczyć Marka Rylance’a w Otellu. To jest bez dwóch zdań wyśmienity aktor, zresztą niegdysiejszy dyrektor artystyczny Shakespeare’s Globe. Miejsce, jak wiadomo od lat, szczerze kocham, czuję się w nim wyjątkowo komfortowo. To jest teatr dla ludzi. Trochę mnie rozczarowało nagłe rozstanie z poprzednią dyrektor artystyczną, Emmą Rice, która wprowadziła w to miejsce bhangrę, punk i intensywność – spektakle są na nowo dość zachowawcze – ale oczywiście, Mark Rylance to Mark Rylance, a i przepiękna Sheila Atim (czy tylko ja mam wrażenie, że ona wygląda jak bogini?…) była znakomita. I świetny, charyzmatyczny Andre Holland w roli tytułowej (czy możemy porozmawiać o tym płaszczu? Czy Shakespeare’s Globe może urządzić wyprzedaż kostiumów?).
Stamtąd już tylko po sąsiedzku do National Theatre – efektywnie planuję moje wycieczki – na Home, I’m Darling. Wiedziałam, że muszę zobaczyć, bo po pierwsze Katherine Parkinson, którą uwielbiam od czasów IT Crowd, a po drugie lata 50.! Sam plakat do spektaklu był zachwycający, a spektakl to czysty miód na oczy fanów designu z epoki. I w dodatku jest uroczy, choć nie tak uroczy, jak mogłoby się wydawać. Bohaterka bowiem jest klasyczną panią domu, kręci się po kuchni w sukienkach z halką, przygotowuje śniadanie dla męża, piecze ciasta, parzy herbatki, wszystko cudownie. Mąż o włos od awansu.
Tylko że.
Tylko że rzecz wcale nie dzieje się w latach 50. Dzieje się obecnie. Bohaterka jest tak zafascynowana tą dekadą, że fascynacja rozwinęła się w obsesję. Obsesję w dodatku kosztowną, co Judy skrzętnie ukrywa przed mężem – na tyle kosztowną, że bank grozi odebraniem domu. Mąż ma cierpliwość świętego, ale i jemu wreszcie żyłka zaczyna pulsować. Matka bezskutecznie tłumaczy dziewczynie, że ta żyje w komiksie, że jej wykreowany świat koktajli i tańców nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi latami 50., powojenną biedą, dyskryminacją, wszechobecną szarością, i że może czas skończyć tę zabawę.
Słodkie to było, zabawne, ale z całkiem… dorosłym przesłaniem. Każdy z nas w coś ucieka przed problemami, czasami tylko ten nasz azyl staje się kolejnym problemem.
Pyszne.

No dobrze.
Dzień ostatni.
Obudziło mnie potworne wycie. Coś wyło tak upiornie, że niemal wwiercało mi się w uszy. Jasna cholera. Alarm pożarowy. Wiecie, ja na ogół śpię w stroju urodzinowym, więc nie jestem gotowa do wyjścia jak stoję i prawie dokonałam spektakularnego samouduszenia, naciągając pośpiesznie koszulkę. Szczęśliwie hotel nie stał w płomieniach (raczej jakiś kmiot zapalił papierosa pod czujnikiem) i wkrótce mogliśmy wejść znów do środka. Nie powiem, lekko mnie to zestresowało, ale nie na tyle, bym porzuciła moje plany.
Dwa przedstawienia, nie inaczej. I to pierwsze znowu mnie rozdarło, może nie tak bardzo, jak sobotnie, ale zdecydowanie poruszyło czułą strunę.
Fun Home. Musical na podstawie graficznej autobiografii Alison Bechdel, opowiada historię dziewczyny z małej mieściny w USA – narratorem jest dorosła Alison, komentująca wydarzenia kolejnymi rysunkami, zza swojego pulpitu kreślarskiego albo siedząc gdzieś w tle z ołówkiem w dłoni. Gdy ją poznajemy, jest dzieckiem, wychowującym się w całkiem szczęśliwym, choć ekscentrycznym domu. Ojciec kolekcjonuje antyki, uczy angielskiego w lokalnej szkole i… prowadzi dom pogrzebowy. Alison dorasta i z wolna odkrywa, że chyba jest lesbijką. Na początku nie chce się do tego przyznawać. Otwiera ją dopiero pierwsza miłość. Rodzice, cóż, nie reagują dobrze, ale z przyczyny zgoła innej niż zwykłe uprzedzenia. Przyczyną jest pewna tajemnica. Mianowicie ojciec Alison jest gejem. Przez całe życie miał romanse z mężczyznami, często zbyt młodymi.
I to on jest prawdziwie tragiczną postacią w tej opowieści. Udręka podwójnego życia doprowadzi do tragedii.
Znowu spektakl z gatunku przykrych, ale oczyszczających.
Pięknie zagrany, pięknie zaśpiewany.
A ojca świetnie grał Zubin Varla, niepodobny do siebie w charakteryzacji małomiasteczkowego belfra, dając widzom pewne wskazówki co do natury jego bohatera, ale były one bardzo, bardzo subtelne. Aktorom grającym gejów zdarza się popadać w nieznośne zmanierowanie, tu nic z tych rzeczy się nie pojawiło. To był faktycznie obraz człowieka, który spędził całe życie, udając kogoś, kim nigdy nie był.
Zubin, wiecie, ma głos, który was wyrywa z butów. Głos trochę jak papier ścierny, głos przepotężny. To mój ukochany Judasz. On płuc w tym spektaklu używa bardzo oszczędnie jak na swoje możliwości.
Oczywiście po przedstawieniu stałam obok niego przez 10 minut w barze Young Vic i nawet się nie zorientowałam. Dopiero, gdy jakaś dziewczyna podeszła do niego i nieśmiało poprosiła o podpis na programie, a on się odezwał i roześmiał, odwróciłam się w lekkim szoku. Trzeba przyznać, że ma wyjątkowo piękne oczy, śmiech też.
Nadszedł wreszcie czas spektaklu ostatniego. Aristocrats w Donmar Warehouse.
Z Donmar Warehouse mam ten problem, że nigdy nie mogę go znalezć – ilekroć tam idę, to się gubię. Mniejsza. Dotarłam.
Arystokraci to sztuka z gatunku „nic się nie dzieje, a ile się dzieje”. Oto bowiem mamy rodzinę, która zjeżdża się na wesele do popadającej w ruinę posiadłości. Trzy siostry i brat, nieco osobliwy (grany świetnie przez Davida Dawsona, tego samego, co mnie do łez doprowadził wespół ze swoim kolegą Andrew Scottem w The Dazzle lat temu parę – mnie naprawdę ten brytyjski teatr szkodzi na oczy). Do wesela nie dojdzie, ale mniejsza o to. Bohaterowie, wyraznie tyranizowani przez obecnie śmiertelnie chorego ojca, nieszczęścia ukrywają głęboko pod skórą, nadrabiają miną, żartują, kłamią, zapijają nędzę swojej egzystencji alkoholem. Pozornie sielskie życie to taka sama ruina jak ten ich nieszczęsny dom, niby piękny, ale rozpadający się w oczach. Niegdysiejsza potęga nie istnieje. To już tylko sen, podobnie jak snem są rodzinne relacje. O dziwo, nie jest to rzecz ciężka i przytłaczająca – wprost przeciwnie, pełna gorzkiej ironii. No i znaczna część historii rozgrywa się między słowami. Widz wielu rzeczy musi się domyślić.
Nie zmieniło to mojego życia – ale było intrygujące.
– Jak myślisz – pyta zaaferowany facet za mną swojego współoglądacza, gdy wychodzimy – czyje to było dziecko?…

I koniec.
Hotel. Budzik na piątą rano. Pociąg. Lotnisko. Dom.
Do następnego razu.
Cheers.

I came to heal you

Myślałam, że nigdy tu nie dotrę.
Przesiedziałam kilka długich godzin na lotnisku, gapiąc się ze smutną rezygnacją na odlatujące samoloty. Rodzina siedząca obok mnie posłała mi zbiorowe spojrzenie mówiące „patologia”, gdy przyniosłam sobie kieliszek wina z baru przed jedenastą. Nie wasz interes. Poza tym to lotnisko, odrębny świat w świecie.
Wreszcie rozległo się długo oczekiwane „samolot jest gotowy na przyjęcie pasażerów” i autorka pofrunęła do Londynu.
Londyn jak Londyn. Padało, więc owinęłam się moim ponczo, które dziesięć minut później zdejmowałam, ubolewając, że nie zabrałam okularów przeciwsłonecznych.
Dziś też by mi się przydały, choć jest pochmurno. Głównie po to, by zasłaniać moje zapuchnięte powieki.

Jeśli państwo myślą, że wydarzyła się jakaś tragedia, to nic z tych rzeczy. Właściwie to wydarzyło się coś pięknego i raczej oczyszczającego.

Czasami jest tak, że po prostu musicie kupić na coś bilet. Odczuwacie jakiś niezrozumiały przymus. I robicie to, choć potem przychodzi myśl: „Hmm, czemu ja właściwie to sobie robię?”.
Jak wiecie, ja jestem trochę masochistką, jeśli chodzi o moje teatralne wybory (i nie tylko w sumie). Lubię, gdy mnie spektakl trochę przeciora. Lubię czasem łzę uronić albo siedzieć sparaliżowana. Czasem się przestraszyć nawet. Lubię teatr, który mną wstrząsa.
I wczoraj wstrząsnął tak, że płakałam jeszcze w drodze do hotelu.
Nie byłam jedyna, sądząc po zbiorowym pociąganiu nosem i urywanych oddechach na widowni.

A Monster Calls to opowieść ogromnie przykra – o trzynastolatku, którego matka jest w terminalnym stadium raka i który znajduje nieoczekiwane wsparcie na granicy jawy i snu – ale w jakiś paradoksalny sposób ogrzewająca. Książkę wydano u nas pod tytułem Siedem minut po północy. Film też powstał. A w tym roku na motywach powieści napisano sztukę, która trafiła do Old Vic – najpierw w Bristolu, później w Londynie. W roli głównej – nastolatka, który nie może się pogodzić z umieraniem najbliższej mu osoby – obsadzony został Matthew Tennyson. Jadę, pomyślałam natychmiast.
Matthew Tennyson, którego możecie pamiętać z roli Puka w Śnie nocy letniej z Shakespeare’s Globe, pokazywanego u nas w kinach i dostępnego online, to mężczyzna o ślicznej twarzy dziecka, drobniutki, kruchy – ale o zdumiewająco potężnym głosie i ogromnym talencie. Matthew nie wybiera sobie łatwych ról – grał na przykład w Oczyszczonych Sarah Kane. Scena, w której był karmiony siłą, do końca życia mnie nie opuści jako jedno z bardziej traumatycznych teatralnych doświadczeń.
W każdym razie.
Kupiłam bilet na ostatnie przedstawienie i poszłam.

Conor, chłopak nieszczęśliwy, gnębiony w szkole, dręczony koszmarami, żyje nadzieją, że mama wyzdrowieje. Tak jak każdy z nas, patrząc na kogoś, kto gaśnie w oczach. Wiemy, że nie ma szans, ale oszukujemy się, bo wydaje się, że tak łatwiej. A potem przychodzi ta straszna, straszna myśl – niech to się już skończy.

Your mind will believe comforting lies while also knowing the painful truths that make those lies necessary. And your mind will punish you for believing both.

Którejś nocy, o 12:07, Conora odwiedza potwór. Potwór-ożywione drzewo cisu z ogrodu, które chce opowiedzieć mu trzy historie.
– Czwarta będzie twoja. I wtedy powiesz prawdę.
Historie nie przekonują chłopca, są dziwne, niejednoznaczne, pozbawione jasnego morału. Nic w nich nie jest takie, jakie się wydaje. Jak niby mają mu pomóc?…
Conor nie boi się potwora – postaci imponującej, w tym spektaklu półnagiego, muskularnego mężczyzny zaplątanego wśród lin poruszanych przez ensemble, genialnie imitujących koronę drzewa; zresztą w ogóle aktorzy w tym spektaklu spędzają sporo czasu w powietrzu. Potwór nie może go przestraszyć, bo dzieciak zmaga się z innym, znacznie paskudniejszym. Zresztą potwór nie zjawił się po to.
– Wylecz moją mamę.
– To nie ją przychodzę wyleczyć.
(To nie przypadek, że akurat cis autor wybrał; te drzewa żyją nawet tysiąc lat i naprawdę mają właściwości lecznicze – wyciąg z jagód cisu jest składnikiem leków przeciwnowotworowych).

Fascynujące było to monstrum – emanacja surowej siły i zarazem łagodności, przerażająco dudniący głos cichnący powoli, od dzikiego, niepokojącego żywiołu po postać niemal ojcowską w ostatnich scenach. Ktoś, kogo się boicie, a jednocześnie ucieklibyście do niego, żeby was ochronił. „Father Nature”, napisano w którejś recenzji. W innej – „a Grimm weirdo and a wise psychoanalyst”. Gdy położył ręce na ramionach słabiuchnej już matki chłopca, miałam wrażenie, że cały teatr jak zahipnotyzowany patrzy na jego powolutku podnoszącą się i opadającą klatkę piersiową, i oddycha razem z nim, coraz spokojniej.
Fascynujący był to spektakl, intensywny, olśniewający wizualnie, dynamiczny, ze świetną muzyką na żywo (powinni ją wydać). Scenografia minimalna, ale po co nam scenografia, jeśli mamy ogromną scenę Old Vic, sprawnych fizycznie aktorów, trochę lin, światło i cień?
Fascynująca to opowieść. Niby baśniowa, a jednak najbardziej prawdziwa. Łatwo popaść w rzewność i sentymentalizm, mówiąc o sprawach ostatecznych, ale to przedstawienie trzymało się od tego z daleka, uwalniając bolesne emocje u widza, zamiast je w niego wpychać.
A te emocje to coś, co każdy zna. Albo pozna niedługo, inaczej nie będzie. Tak, będziesz patrzeć na twoich bliskich, gdy będą umierać. I umrą. Taka kolej rzeczy. Nie zatrzymasz ich siłą. Musisz pozwolić im odejść, a jeśli czujesz, że właściwie tego chcesz, to też coś bardzo naturalnego. Nie ma sensu udawać, że nie cierpisz, nie boisz się i cię nie boli, bo cierpisz, boisz się i cię boli. Wszystko, co się w tobie dzieje, jest normalne, jest ludzkie, jest straszne, ale przejdziesz przez to.

You were simply wishing for the end of pain. Your own pain. It is the most human wish of all.

Koszmar, który ci się śni, w którym ktoś, kogo kochasz, wyślizguje ci się z rąk – to jest właśnie twoja prawda. I można poradzić sobie z tym koszmarem tylko w jeden sposób.
– Zostaniesz ze mną? Aż do…
– Zostanę.

And so the story ends with the boy holding tightly on to his mother. And by doing so, he could finally let her go.

Zapłakana widownia zerwała się na równe nogi, a zapłakana autorka poleciała pod stage door, choć wcale nie miała takiego zamiaru. Nie chodzę często. Nie zbieram trofeów, a poza tym moja nieśmiałość daje dwustuprocentową pewność, że albo palnę coś głupiego, albo w ogóle nic nie powiem, więc po co mi stres. Oczywiście wiem, że brytyjscy aktorzy zapewne widzieli wielu dziwoków i jakaś jąkająca się nerwowo panienka to nihil novi sub sole, business as usual, i wiem też, że są bardzo mili i przystępni, ale…
No właśnie.
Poszłam wczoraj. Pusto. Szkoda, bo twórcy tego spektaklu byli absolutnie warci tego, by im gorąco dziękować (i Boże, jaki ten Matthew jest maleńki, jaki uroczy).
No i wyszedł Stuart Goodwin, rzeczony potwór. Niżej podpisana podeszła do niego ostrożnie, ocierając ciągle mokre policzki i wydarzyło się coś bardzo dziwnego, czego nigdy nie zapomnę.
– Ja tylko… chciałam podziękować, to było absolutnie poruszające.
– Oooch, dziękuję, to bardzo miłe. Dla nas to też była niezła podróż.
– Przepraszam, pewnie mam tusz do rzęs na całej twarzy.
– Not at all – odrzekł uprzejmie „potwór”.
I wtem niżej podpisana usłyszała ze zdumieniem swoje własne słowa:
– To może głupio zabrzmi, ale… czy ja mogę pana przytulić?
– Ależ oczywiście! – i nim się zorientowałam, tonęłam w długim, mocnym, męskim uścisku.
I to dla mnie był naprawdę ostatni akt tego przedstawienia. Opowieść piąta.
– Też chciałabym mieć takiego potwora… – mówię cicho, wypuszczona powoli z objęć, nagle jesteśmy z powrotem w Londynie, trochę mży, samolot huczy, gdzieś wyje karetka, ktoś naciska klakson.
(Ty już lepiej nic już nie mów, dziewczyno).
– Nie wiem, co moja żona na to, ale na pewno coś dałoby się zorganizować.

Popłakałam się znowu, pisząc to wszystko.
Dziś tylko Spamilton – właściwie od teraz tylko rzeczy lekkie. Ale rany julek, czuję się… Czuję się tak bardzo inaczej po tej sztuce. To jest właśnie cała, znana od wieków moc dobrego teatru. Katharsis.

Put your love to the test

Madonna miała w minionym tygodniu urodziny i aż mi dziwnie myśleć, że już takie okrągłe. Byłam w niej bezgranicznie zakochana jako dwunastolatka, co oznacza, że jestem zasadniczo stara. Mojej mamie średnio się to podobało, bo to były czasy albumu „Erotica” (nadal mój ulubiony, nawiasem mówiąc), mój ojciec, fan Led Zeppelin i Black Sabbath, był głęboko rozczarowany (poczuł za to wielką ulgę, gdy w kolejnych latach nawróciłam się na rocka i bluesa, nieco mniejszą, gdy zainteresowałam się samymi rockmanami i bluesmanami – co koniec końców doprowadziło mnie do pana i władcy, który co prawda od dawna nie gra publicznie, ale prywatnie czasem da się namówić, jeśli będziecie go o to męczyć przez kilka lat. Tylko potem nie chce przestać).
Można lubić, można nie lubić, ale ta kobieta wywarła ogromny wpływ na moje pokolenie. Nie da się temu zaprzeczyć. Don’t go for second best, baby.
No i właśnie, a propos tego second best.

Poza urodzinami Madonny, ubiegły tydzień był koszmarem jakich mało. Może dlatego, że zdjęłam na chwilę mój szczęśliwy wisiorek, z którym normalnie się nie rozstaję.
Zalogowałam się w piątek na LinkedIn, po raz pierwszy od pewnego czasu. Odpowiedziałam na wiadomość headhunterki, która wisiała od pewnego czasu (wiadomość, ma się rozumieć). Headhunterka odpowiedziała mnie. Umówiłyśmy się na rozmowę.
Umówiłam się też na kolejną, z inną panią.
Dlaczego to zrobiłam, mogą sobie państwo zadać pytanie. Otóż dlatego, że w sumie całe moje pół roku w podróży poszło w cholerę, i okazało się, że nie ma najmniejszego znaczenia, iż od marca do sierpnia byłam poza domem, siedziałam smętnie nad kawą na lotnisku w jedynej knajpie otwartej o wpół do piątej rano, harowałam po dwanaście godzin i właściwie pozbawiłam się życia towarzyskiego. Z drugiej strony lubiłam ten ciągły ruch, i to cholernie uzależniające, naprawdę.
Rozwiązaniem dla człowieka, który uwielbia swoją pracę, ale jest zmęczony i jasno komunikuje, że potrzebuje przerwy lub przynajmniej lepszego zarządzania jego grafikiem, nie jest „to może przesuniemy cię do innego działu, będziesz sobie siedzieć spokojnie przy biurku i będziesz miała czas na wszystko”. Nie jest, naprawdę nie jest. A biurko dla mnie to jest generalnie klatka. Ja trochę siebie znam. Bezruch to nie jest mój naturalny stan. Przez parę miesięcy mogę to robić, okej, wreszcie obejrzę wszystkie zaległe spektakle, będę spotykać się z żywymi ludźmi, ale potem zacznę szukać możliwości ucieczki. Nikomu nie udało się trwale usadzić mnie na tyłku i nikomu się nie uda.
Wkurw spowodował fontannę, okrążenie osiedla w tempie Sofii Ennaoui, a gdy wróciłam do domu, to przeczytałam, że Aretha Franklin poszła do nieba i już w ogóle się załamałam.
Pan i władca rzekłby pewnie swym aksamitnym barytonem: „Oleńko, chrzań ich” (no dobrze, tego by nie powiedział, bo pan i władca w życiu nie użyłby słowa „chrzanić”, podobnie jak nie używa określeń typu „motyla noga”, jeśli go coś zirytuje, ale bogaty repertuar pana i władcy to temat na osobny obszerny wpis; czasami żałuję, że ja nie potrafię takich kwiecistych wiązanek puszczać).

W każdym razie.
Od teraz będzie tylko lepiej.
Musi.
Po pierwsze primo, w sobotę poszłam na mule do mojej restauracji po sąsiedzku, a potem okrążyłam całą dzielnicę w moich gustownych plas, przy okazji moknąc jak jasna cholera, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Kapało ze mnie, gdy wróciłam do domu, sukienkę miałam przylepioną do grzbietu, ale ta ulewa była niesłychanie przyjemna.
Po drugie primo, wczoraj przyjaciółka zabrała mnie wczoraj na obiad. Nie widziałyśmy się od dwustu lat, więc było co opowiadać, natomiast prawda taka, że jeśli znacie kogoś tak długo i widywaliście go w różnych okolicznościach, to czytacie w człowieku jak w otwartej książce. Moja przyjaciółka – z którą zresztą jestem daleko spokrewniona, co zabawne – widzi więcej niż bym chciała. Ale cóż. Przez blisko dwadzieścia lat niejeden raz miałyśmy siebie dość, spałyśmy w jednym łóżku, w pociągach, w domu strażaka raz nawet, przerobiłyśmy moje włamanie i jej krwawy wypadek w 24 godziny. Serio.
– A zdrowie jak?
– Dobrze.
– Co się dzieje?
– Dlaczego zakładasz, że coś się dzieje?
– Proszę cię.
Właśnie tak to działa.

Po trzecie primo, za tydzień o tej porze będę w mieście, którego nie ma i znowu będę zalewać mój blogasek opisami moich zakochów.

A little nonsense now and then, is cherished by the wisest men

Po powrocie zadbałam o pewną rutynę – rutyna staje się dla mnie zaskakująco ważna, ale w sumie, gdyby się zastanowić, to nie powinno dziwić przy moim trybie życia. Kompletnie ciemna sypialnia. Wstawałam rano, dreptałam do kuchni, herbata, nazad do łóżka i wylegiwałam się tak długo, jak było trzeba. Potem długi prysznic, nacieranie grzesznego ciałka tym i owym, transport na fotel, książka lub Netflix, schłodzone białe wino, spać, powtórzyć. W środę wyjechałam na wiochę, gdzie naprzemiennie opalam się, kąpię, piekę, jem, łażę w spranym podkoszulku i japonkach, i skończyłam wreszcie wspomnienia Patti LuPone (bardzo ciekawe, bo mam też w kolejce wspomnienia Andrew Lloyd Webbera, po którym Patti LuPone jeździ jak po łysej kobyle za to, że pozbył jej się z nowojorskiej adaptacji Sunset Boulevard. Będzie ciekawie sprawdzić, czy cokolwiek o niej napisał i czy wyraża się równie… ciepło). Jest parę fascynujących historii w tej książce, na przykład o tym, jak Patti LuPone wracała Concorde’em do Londynu pewnej zimy i wskutek warunków pogodowych istniało ryzyko, że nie zdąży na spektakl. Spytała, czy można z samolotu zadzwonić do teatru. Ano nie, to Concorde… Zrozpaczona przysnęła, a gdy się obudziła, zauważyła przed sobą kartkę z napisem „kapitan chce z panią rozmawiać”. Zaniepokoiła się nieco, ale poszła, wpuszczono ją – ech, kiedyś to były czasy! – i stała oszołomiona, podczas gdy kapitan nazwiskiem Henderson (poznałam kiedyś dżentelmena również nazwiskiem Henderson, oszczędzę szczegółów, ale mimo upływu czasu nadal mam słabość, i wynika z tej historii, że to nazwisko bardzo porządni faceci noszą – przyp. aut.) powiedział, że akurat teraz akurat stąd da się zadzwonić, a nawet oddzwonić do samolotu. A potem wykorzystał wszelkie dostępne możliwości, aby być pierwszym w kolejce do lądowania i Patti przedstawienie zagrała.
I inna cudowna historia, gdy reżyser Gypsy pechowo wypowiedział słowo „Makbet” podczas próby, wszyscy wpadli w panikę i zmusili go do odczyniania uroku za pomocą cudacznego rytuału (są różne wersje, mniej i bardziej perwersyjne, tu biedak musiał tylko oblecieć teatr dookoła, splunąć, przeklnąć i prosić, żeby go wpuszczono).
Czasami moje życie wydaje mi się troszeczkę nudne. Nie jestem diwą. Nie latam odrzutowcami. Nie piłam wódki z wybitnymi aktorami ani nie spałam z nimi w jednym śpiworze (powiedzmy, że to jeszcze da się zmienić). Vanessa Redgrave nie zaprasza mnie na herbatę – za którą potem Patti LuPone i tak zapłaciła sama, ale cóż.

W piątym dniu życia na maksymalnie zwolnionych obrotach muszę powiedzieć jedno.
To działa.
Ja dwa tygodnie temu i ja dziś to dwie inne my. Tamta ja byłam przez większość dnia tak zestresowana, że czułam, jak mój biedny mózg znowu ma ochotę wysłać sygnał „danger, danger”. Oddychało mi się kiepsko, liczyłam minuty do końca dnia, każde pytanie czy komentarz skierowany w moja stronę powodował u mnie kompletny paraliż umysłowy i wzrost ciśnienia (nie tylko u mnie – jeśli pamiętacie zmorę z mojej paryskiej przygody dwa lata temu, to teraz trafiłam na kogoś podobnego, kogoś celowo niemiłego i w dodatku potwornie chaotycznego, nawet jak na moje standardy; podobno w poniedziałek po moim wyjezdzie nastąpiło wielkie starcie pomiędzy tym kimś a resztą zespołu). Co jakiś czas zjeżdżałam na parter i wychodziłam okrążyć budynek. Dołóżmy do tego normalny, nawet jeśli nie do końca uświadomiony stres związany z samotnym byciem w kolejnym kraju przez kolejny miesiąc. Już kiedyś pisałam – jesteście ciągle w stanie gotowości, głowa trochę poza świadomością obrabia tysiące scenariuszy na każdą okoliczność, co jeśli samolot się spóźni, co jeśli zachoruję, co jeśli to, co jeśli tamto, jestem sama, nikt mi nie pomoże (to nie do końca prawda, ale…). Powracając do Patti LuPone – ona w tej książce wspomina o życiu w drodze i o tym, że zawsze podróżowała ze swoją poduszką. Raz gdzieś ją zostawiła. Szał, strach, ale jak to, bez poduszki dalej nie jadę. Sprowadzenie poduszki kosztowało fortunę. Trudno.
Ja dziś to jestem ja, którą wolę zdecydowanie bardziej – sybarytka, sypia w porządku, śmieje się z przygłupich dowcipów, nie skacze nerwowo przy każdym głośniejszym dźwięku, nie musi myśleć o oddychaniu, jest na nowo spokojna. Po prostu.

Nieustannie czytam o wychodzeniu ze strefy komfortu. No, zrobiłam to parę razy w życiu i było fajnie – czasami było to nie tyle wyjście, co skok na główkę – ale prawda taka, że często bardzo dobrze jest do tej strefy komfortu wrócić. Zamknąć się w niej szczelnie. Wywiesić na drzwiach kartkę z napisem por favor no molestar. Nie ma w tym nic złego, przeciwnie, to ogromnie potrzebne. Wszelcy szarlatani coachingu zrobili sobie złotą receptę na wszystko z tego wychodzenia, ignorując fakt, że człowiek czasem musi poczuć się zwyczajnie bezpiecznie. Musi mieć swój kokon. Nie zawsze trzeba być superbohaterem uprawiającym zapasy z niedźwiedziem, nie zawsze trzeba być najbardziej cool w całej wsi. Za to trzeba umieć powiedzieć sobie: „OK, dziękuję, wystarczy mi zabawy, idę do domu, cześć”.
Tak. Teraz już wiem, że człowiek raczej bywa niż jest szczęśliwy. I że to najzupełniej normalna rzecz. Nie musisz całodobowo kwiczeć ze szczęścia, królewno.
Ale żeby poczuć się szczęśliwą, czasem wystarczy opalić sobie nos i upiec ciasto, i nagle wszystko magicznie wraca na swoje miejsce. Coelho i Kalicińska, wiem. Co zrobić.

Le peau que j’habite

Jestem w domu.
Dotarłam chwilę po tym, jak wybiła niedzielna północ. Tym razem taksówkarz nie współpracował i uparł się wieźć mnie przez Salwator. Ja wiem, że kopiec Kopciuszka to piękne okolice i bliskie mojemu sercu (tam byłam na pierwszej randce z moim pierwszym prawdziwym chłopakiem), ale nie chcę go podziwiać o pierwszej w nocy, gdy jestem niczym ten koń po westernie. A właściwie to raczej kucyk, którego przegonili przez Wielką Pardubicką.
Padłam.
Obudziłam się.
Podreptałam do walizki porzuconej w przedpokoju (oczy bolą na nią patrzeć, ona ma niespełna dwa lata, a jest tak wyciorana, że żal). Wyjęłam rzeczy, zaniosłam do pralki, włączyłam. Nastawiłam wodę na herbatę. Zaniosłam kubek do sypialni.
Znowu padłam.
Fascynujące.

Zwykle ostatni dzień w biurze na wygnaniu, gdy każde z nas idzie jechać lecieć w swoim kierunku, to żegnanie się ze wszystkimi, uściski, czasami łzy nawet. Ludzie stają się sobie bardzo bliscy – każdy jest sam daleko od domu, spędzamy ze sobą trochę za dużo czasu, zaprzyjaźniamy się niekiedy. Nie tym razem. Poza dwiema osobami, nie żegnałam się szczególnie z nikim. Po prostu wstałam, spakowałam bambetle i wyszłam. Wróciłam do hotelu, zmieniłam nobliwą sukienkę na szorty, wetknęłam słuchawki w uszy i poszłam na długi spacer, pod wieżę Eiffla i z powrotem.
Wieczór piękny i gorący, zatem czemu by nie zatrzymać się po drodze do hotelu w jakimś barze. W końcu to mój ostatni wieczór w Paryżu. Wchodzę do takiego wyglądającego miło.
– Poproszę Long Island Iced Tea – mówię. Trudno. Po sześciu tygodniach koszmaru należy mi się. Poza tym jutro mogę spać do późna, bo wymeldowanie w południe.
– Oui! – mówi barman i podaje mi Nestea.
Oczywiście. Czego się spodziewałaś.
– Non – mówię ja.
Staramy się porozumieć przez chwilę, ja już szukam w telefonie przepisu, wtem z zaplecza knajpy wychodzi drobna dziewuszka, odsuwa niekumatego barmana na bok gestem „ja to zrobię” – i przyrządza mi należyte Long Island Iced Tea. Może nie najlepsze, jakie w życiu piłam, ale takie, jak trzeba.
Wychodzę. Noc jeszcze młoda. Czuję się coś jakoś głodna. Do hotelowego śniadania zostało jeszcze parę godzin…
Drepczę do Au Pied de Cochon, ponownie. Au Pied de Cochon to lokal karmiący głodnych od 71 lat, o każdej porze dnia i nocy. Kelnerzy nieco obcesowi, ale sprawni – bądźcie mili dla nich, to będą mili dla was i dadzą wam bezę w kształcie świnki, gdy poprosicie o rachunek. Zamawiam ślimaki na przystawkę i mule. Ślimaki są pyszne, ale mule nadjeżdżają w tak wielkiej misce, i tak bardzo z dodatkiem tłuszczu i boczku, że z trudem je wykańczam. Wracam do hotelu powolnym krokiem, myśląc o tym, jak strasznie mi niedobrze.

Ostatni poranek.
Nieśpiesznie roluję ciuchy – tak, zwijanie ubrań zamiast składania sprawia, że w walizce mieści się więcej; drugi lifehack, jaki mogę wam dać, to by pakować walizkę na stojąco (gdy ona stoi, nie wy, co jest niejako oczywiste) – wtedy naprawdę widać, jaka jest sytuacja i ile jeszcze wlezie. Zostawiam mój tobół w recepcji i wychodzę na pożegnalną kawę.
O, sklep z perfumami.
Tu muszę dodać, że ja mam dwie obsesje.
(Poza teatrem).
Płaszcze i perfumy. Dla człowieka nieśmiałego to zbroje. Kolorowy płaszcz, wyraziste perfumy to naprawdę rzeczy, które pomagają przetrwać dziarsko. To takie pole ochronne. Nikt nie pomyśli o kimś ubranym jaskrawo, że jest nieśmiały czy nadmiernie wrażliwy. Perfum mam troszkę za dużo, ale ja z tych, którzy muszą mieć różne na różne okazje – inne do łóżka, inne na trudne spotkanie w pracy, inne na podróż, inne do teatru. Poza tym ponieważ jestem chromosom XX, są dni, gdy ulubiony zapach mnie odrzuca i muszę mieć inny, zapasowy.
A w Paryżu jest taki sklep, który nazywa się Nose. W drugiej dzielnicy, nieopodal Les Halles. Sklep jest fenomenalny. Trochę przypomina bar, ale to właściwie laboratorium, gdzie mili, dobrze ubrani mężczyźni pomagają wam wybrać zapach. Mogą też skomponować wam własny, ale to troszkę trwa, a ja nie miałam tyle czasu.
– Jakaś specjalna okazja?
– Nie, po prostu do biura.
– Ostatnie zapachy, których używałaś?
Wymieniam.
– Jakie są twoje ulubione nuty?
– Piżmo. Ambra. Wetiweria. Sól morska. Skóra. Nic słodkiego, proszę.
(Gość notuje ze spokojem, choć pewnie chciałby mi powiedzieć, że rozrzut mam fatalny).
– Jasne. Wrócę za parę minut.
Pan istotnie wraca za parę minut z wachlarzem próbek, ułożonych od najsłabszego do najmocniejszego zapachu.
– Możesz z tego wybrać dwie?
– Cholera… OK, chyba te.
– Daj ręce.
Wystawiam posłusznie łapki jak do badania ciśnienia.
– Nie, odwrotnie… – psika. – Ponoś sobie je przez chwilę. Możesz wyjść na zewnątrz, jeśli chcesz. Gdyby to nadal nie było to, powiedz, będziemy szukać dalej.
Wreszcie biorę to, chociaż drugi chciałabym równie mocno i pewnie w końcu nabędę.
Doskonale.
Po drodze na dworzec mijam sklep z sukienkami. Pięćdziesiąt procent zniżki. Wciągam mój bagaż podręczny, walizkę i siatę z perfumami do środka. Mimo kaczki, muli i szampana (i gotowych kanapek z Monoprix, które były moimi obiadami przez większość czasu we Francji), mieszczę się w obu zdjętych z wieszaka kieckach.
– Dziś mamy jeszcze dwadzieścia procent zniżki od tych pięćdziesięciu – rzecze wesoło pani w kasie.
Fenomenalnie.
Targam moje toboły nazad na stację RER B.
Trafiam akurat na bezpośredni pociąg na Charles de Gaulle, nikt nie mruga okiem na moje sukienki w osobnej siacie, choć niby mogę mieć tylko jeden bagaż podręczny (perfumy starannie upycham w walizce). Samolot pierwszy. Samolot drugi. Dom.

A co dalej?
Hm. Zobaczymy.

That’s how it is, Rocamadour

Nadal siedzę w Paryżu – ale widzę światło w tym długim francuskim tunelu.
Wiem już, że niedługo wracam do domu, więc ciśnienie znacząco mi opadło. Tym samym łażę po mieście nieśpiesznie, jem dużo, siedzę w kościołach (święty Eustachy – niebywały, przepiękne wnętrze i absolutny spokój, cisza z gatunku dźwięczących, podczas gdy na zewnątrz toczy się gwarne życie Les Halles), chodzę do muzeów, znowu jem, zatrzymuję się na drinka. Wracam w sztywną hotelową pościel i po prostu odpoczywam.
W sobotę zatem człapałam w moich Birkenstockach (proszę bardzo, śmiejcie się z ich antykoncepcyjności, przyjdzie taki dzień, że je pokochacie) przez Paryż. Poszłam na obiad do legendarnego Au Pied de Cochon.
– To ja poproszę o kawę, ostrygi, karafkę wina, a na danie główne…
Jak to dobrze być znowu sobą.
– Najpierw przyniosę kawę – mówi kelner, ubrany tak cudownie po pingwińsku i mruga.
– Dziękuję.
Nie jadłam ostryg od dekady. Świeże ostrygi to ogromna radość, jeśli oczywiście lubi się smak morskiej wody. Siedziałam sobie na słoneczku w jednej z najsłynniejszych knajp świata, wysysając ostrygi i myśląc, że mogło być gorzej.
Następnie – nie od razu, ma się rozumieć – poszłam na kolację do restauracji specjalizującej się w kaczce i szampanie. Siedzę w Paryżu i piję szampana. Sobota jak każda inna.
Później – na koktajl do Les Halles. Usiadłam w ogródku i patrzyłam na Paryż w zachodzącym słońcu, pocztówkowy, malowniczy, łagodny. Jakby nie to miasto, które dawało mi taki wycisk, z którym nigdy się nie dogadywałam. Nagle postanowiło szturchnąć mnie delikatnie w bok. To była nasza randka na pogodzenie.

Wczoraj – oszałamiająca wystawa Klimta w Atelier des Lumieres, micha muli na obiad i święty spokój w łóżku.

W piątek wszak musiałam zaprowadzić do hotelu kolegę, który dopiero przyleciał.
Wiecie, ja mam masę wad, ale mam jedną cechę, za którą cenię moją skromną osobę wielce – otóż bardzo łatwo się przystosowuję. Naprawdę łatwo. Nie mam wyjścia, to jedna sprawa. Druga – zawsze tak miałam. Są miejsca, w których czuję się lepiej i gorzej, ale zawsze jakoś tam przywyknę, wydepczę sobie ścieżki.
A poza tym siedzę tu szósty tydzień. W sumie dwunasty (nie licząc wycieczek za młodu). Spędziłam w Paryżu trzy miesiące życia. Czytając „Grę w klasy” jako nastolatka może trochę o tym marzyłam, ale potem zobaczyłam, że Cortazar Cortazarem, a paryska rzeczywistość sobie. W każdym razie jestem tu szósty tydzień, w sumie dwunasty i trochę sobie ogarnęłam tutejsze realia. A nawet zaczynam odkopywać zapomniany od czasu studiów francuski – nie żebym błyszczała, ale mnie rozumieją.
No to zgarniam kolegę.
– Przyjechałeś pociągiem?
– Nie, taksówką. Pociąg podobno jedzie przez niebezpieczne dzielnice.
A taksówka głównie stoi w korku i kosztuje przynajmniej pięć dych.
Idziemy.
– Czerwone!
– Ale nic nie jedzie – odpowiadam. – Jest dwudziesta druga. Zresztą wszyscy tu tak robią.
– Poważnie?
– Poważnie.
– A jak mnie policja złapie?
(Francuska policja akurat najbardziej tym się przejmuje).
– Spokojnie – mówię. Doceńcie ironię. Ja – JA! – mówię komuś, żeby się uspokoił.
Idziemy przez pierwszą dzielnicę, bardzo żywą o każdej porze dnia i nocy. Mijamy dwie dziewczyny w kieckach trochę takich, jakby wybierały się do klubu dla swingersów. Oczy mojego kolegi na nowo ogromne.
– Czy to prostytutki?
– Hm…
– Czy to jest dzielnica czerwonych latarni?!
– Nie.
– Na pewno nie?
– Na pewno nie. Jakie masz plany na weekend? Byłeś w Notre Dame?
– Nie, ale tam są takie kolejki i niebezpiecznie…
Poddaję się.

Allez

No i wygrali.
Tego, co nastąpiło w Paryżewie po ostatnim gwizdku, słowa nie opiszą. Zgiełk był taki, że dzwoniąc do matki z mieszkania, musiałam krzyczeć do telefonu. I tak przez resztę nocy, do piątej rano.
A w poniedziałek, gdy chłopcy wrócili, nad Paryżem ponownie przeleciała eskadra, robiąc dym w trzech kolorach. Akurat wracaliśmy z pracy z kolegą – przez Pont des Arts, taka tam nudna trasa – gdy nagle osiem huczących samolotów śmignęło nam nad głowami.

Może trochę marudzę na Francję, ale to niezły czas, żeby tu być.
(Spuśćmy zasłonę milczenia na oszołomów, którzy szlochali, że to nie Francja wygrała, tylko czarna Afryka. Wygrali Francuzi. Dla innych Francuzów, którzy się obłędnie cieszyli i są bardzo dumni. I nikt tu nie smędzi o ich pochodzeniu czy kolorze skóry, bo nikogo to nie obchodzi. Spotkany w poniedziałkowy poranek w windzie szacowny starszy pan powiedział nam „to bardzo dobre dla tego kraju”).

Nadal jednak uważam, że mogliby coś zrobić z tym swoim „ne marche pas”, żeby na przykład klima działała w kolejce RER wlokącej się niedbale na lotnisko. Które ewidentnie jest zemstą architekta na ludziach, gatunku wyraźnie przez niego znienawidzonym. Bo tak, teraz i w poprzedni piątek poleciałam do domu na weekend, w sumie nie wiem po co.
Od pewnego czasu myślę, że takim jak ja przydałby się pit stop – banda ludzi śpieszących do mnie, gdy zatrzymuję się na chwilkę. Tak, w idealnym świecie czekałaby na mnie taka ekipa, gdy wracam do domu.
Jeden masuje, drugi zmywa już i tak rozpływający się makijaż, trzeci podaje herbatę, czwarty zabiera walizkę i nastawia pranie, piąty pakuje do łóżka, gaszą światło, ktoś staje w progu i czuwa, aż autorka się wyśpi, broniąc jej przed jakąkolwiek interakcją ze światem zewnętrznym. Rankiem śniadanie gotowe.
Niestety nie jestem gwiazdą rocka na tournee ani Królewną Śnieżką, więc mam tylko siebie.
I czasami bywam pod wrażeniem tego, jak – mimo wszystko – sobie radzę. Sama. Ze sobą, z robotą w obcym kraju, z tęsknotą, ze stresem (no dobra, z tym może odrobinę mniej sobie radzę). Koniec końców, wytrzymuję. Już nie staram się być największym twardzielem w całej wsi.

Poleciałam, troszkę pospałam, spakowałam się nazad, wróciłam. Prosto w paryski skwar. Prosto na finał. Ulice nieopodal mojego mieszkanka zamieniły się w stadion, ludzie siedzieli na drzewach, rusztowaniach, latarniach, wszędzie.
Przeżyłam paskudny tydzień i przyleciałam nazad. Nie, na dobre, znów ponownie na weekend. Jutro wracam do Paryża.
Dodam, że w mojej kwaterze głównej obecnie trwa remont. Pan na gwałt wykańczał łazienkę tydzień temu, żeby to nieszczęście mogło chociaż prysznic wziąć. Za sypialnię zabierze się dopiero w poniedziałek, gdy odfrunę na kolejne trzy tygodnie.

W piątek ledwo dotarłam na lotnisko, bo pociągi opóźnione, więc goniłam po Paryżu w poszukiwaniu wolnej taksówki. Wiedzieliście, że można wpisać w Google „postój taksówek najbliżej mnie” i on wam pokazuje? To jest straszne trochę, ale z drugiej strony ta permanentna inwigilacja ocaliła mi tyłek parę razy w podróży. Ciągnąc walizkę przez te cholerne paryskie kocie łby w kierunku tegoż właśnie postoju, wtem zauważyłam wolną taryfę zatrzymującą się na skrzyżowaniu. Wbiegłam na nie brawurowo i pan mnie zabrał na Charles de Gaulle, acz czasu zajęło nam to sporo.
– Pewnie pan nie przyjmuje American Express? – pytam, spoglądając na licznik smutno i myśląc, że znów muszę z prywatnej kasy wyskoczyć.
– Przyjmuję.
Wreszcie jedna dobra wiadomość w tym kraju.
– Merci beaucoup.
– Merci a vous, madame. Bon voyage!

W samolocie do domu poznałam gościa, który podróżuje równie często, co ja. Najpierw pomyślałam – Jezuniu, tylko tego mi teraz trzeba, gadatliwego współpasażera, ja chcę książkę poczytać i może troszkę się zdrzemnąć, daj mi człowiecze spokój. Ale nieoczekiwanie dla siebie dałam się wciągnąć w konwersację i zanim się zorientowałam, byliśmy najlepszymi przyjaciółmi i w ciągu dwóch godzin zdążyliśmy omówić kwestie standardu pewnej (jedynej) polskiej linii lotniczej, uroków wyjazdowej pracy, naszych związków i polityki Putina wobec Trumpa.
Jak niedawno pisałam, ludzie, którzy są stale sami, bardzo łakną kontaktu z innym żywym człowiekiem. Brakuje im porządnej rozmowy – nie gadki o pogodzie przy automacie do kawy, ROZMOWY.
Gdzieś nad Niemcami doszliśmy do tego samego wniosku. Jesteśmy cholernie zmęczeni. Ciągle. W podróży trudno o relaks, ciało może i odpoczywa czasem, ale głowa stale jest w stanie podwyższonej uważności. Obiecujemy sobie co dnia, że dość już tego, chcę posiedzieć w domu, chcę mieć znowu nudne życie. Tymczasem po dwóch miesiącach siedzenia w domu tyłek świerzbi, człowiek staje się upierdliwy, gdzieś by się wyrwał. Bo to uzależnia. Nie dogodzisz.
– Dziękuję bardzo za wspólny lot. A teraz biegnij (miałam przesiadkę w Warszawie na lot do Krakowa – który już czekał; spojrzenia pasażerów siedzących już w środku bezcenne,ale to nie moja wina!) i daj znać, jak dotrzesz do domu.
Dotarłam. Dałam znać. Jutro świtem „odcieram”.

You would have imagined her at one moment a maniac, at another a queen

Alors.
Nadal jestem w Paryżu. Nadal nie pałamy do siebie miłością, ale muszę przyznać, że latem jest bardziej znośny. W weekendy można włóczyć się po nim w sukience i espadrylach, zatrzymując się tu i tam na drogi i rozcieńczony Spritz.

Żeby jednak zachować równowagę emocjonalną, czasem trzeba zwiać.

Gdy dowiedziałam się, że mój leworęczny kolega Andrew Scott wraca na scenę z monodramem Sea Wall, napisanym specjalnie dla niego, gdy nie był jeszcze sławny, uznałam, że muszę tam być, choćby nie wiadomo co. Mniejsza o finanse i logistykę. Toteż w minioną sobotę wstałam o piątej rano i poturlałam się pociągiem na lotnisko.
Najpierw obejrzałam Killer Joe, spektakl głośny, bo występuje w nim niejaki Orlando Bloom. Oraz jego goły tyłek. Było to nadspodziewanie dobre – spektakl mam na myśli, nie tyłek. Fakt, Bloom dla mnie nie był dość psychopatyczny w roli głęboko zaburzonego policjanta-mordercy, terroryzującego dysfunkcyjną rodzinę, która go wynajęła (brzmi jak przednia rozrywka, w sam raz na sobotnie popołudnie, prawda?). Adam Gillen w roli nie do końca sprawnego umysłowo – lub po prostu pod wpływem – dilera narkotyków go przyćmiewa. Przestroga dla czytających, którzy się wybierają – to NIE jest rzecz dla ludzi nerwowych. I raczej brutalna. Ale nadal jest to komedia, choć w istocie czarna.

Następnie podreptałam na drugi brzeg Tamizy.

Andrew Scott jest niedużym człowiekiem. Jest mojego wzrostu, na faceta to niewiele.
Teatr Old Vic jest ogromny.
I ta krucha postać trzymała go w garści. Publiczność bała się oddychać. Nigdy nie słyszałam w teatrze takiej ciszy. Naprawdę nigdy. Scott nie ma najmniejszego problemu z milczeniem przez długie chwile, gdy widownia czeka, by się odezwał, żeby przerwał ten dyskomfort. Granie ciszą jest trudne, wielu aktorów na tym poległo. Andrew w tym monodramie udowadnia, że jest wybitny. Może jego brytyjscy koledzy po fachu grają u Marvela, ale on ich warsztatem bije na głowę. Jego talent jest nie z tego świata. On w tym przedstawieniu ani na sekundę nie podnosi głosu, to raczej luźna konwersacja niż podniosły monolog. Pamiętam The Dazzle, w którym też był doskonały. Smutne spojrzenie jego czarnych oczu wystarczyło, żebym się popłakała. Musiał to widzieć, siedziałam dwa metry od niego. Czy miał dla mnie litość? Oczywiście, że nie.
Gdy publiczność wchodzi, Scott już jest na scenie, kręci się, popija wodę, uśmiecha do widzów. Nagle zaczyna mówić. Światła pozostają zapalone – to trochę niekomfortowe, ale dziwnie intymne zarazem. On mówi do was, nie do wyimaginowanego punktu w ciemności. Opowiada wam historię.
Historię ojca, który latem zabrał rodzinę na wakacje. Normalna rzecz.
Tylko któregoś dnia jego córeczka spada z nadmorskiego klifu i ginie na miejscu.

Scott mówi o tym wszystkim cicho i spokojnie, a jednocześnie spod tego spokoju wybrzmiewa szalona rozpacz człowieka, który kompletnie sobie nie radzi z nagłą i koszmarną stratą. Jak on to robi, nie mam pojęcia.
Po jego ostatnich słowach wreszcie zapadła ciemność.
I wtedy dało się usłyszeć, jak ludzie płaczą. Nie pociągają nosem dyskretnie – płaczą.
A potem zerwali się na równe nogi w wariackiej owacji.
A potem pobiegli pod stage door, podziękować tej irlandzkiej iskrze, że ZNOWU sprawiła im ból. Andrew Scott jest przemiły. I robi świetne selfies. Na żadnym selfie nie wyglądam tak promiennie, jak na tych, które on zrobił. Już mam trzy.

Następnie wróciłam do Paryża.
Weekend spędzam, chodząc po kościołach. Nie jestem wierząca, ale mam taki zwyczaj, że lubię zapalić świeczkę w katedrze – na szczęście, na wszelki wypadek. Wczoraj zatem podmalowałam oko i włożyłam sukienkę, żeby nie wyglądać jak ostatnia sierota w światowej stolicy mody, i poszłam do Notre Dame.
Jest coś niebywale kojącego w gotyckich kościołach. Są imponujące, zbudowane ad maiorem Dei gloriam, oczywiście, ale cisza i chłód tych murów jakoś was otulają. Czasami siadam i siedzę przez kwadrans lub dłużej, po prostu. Smutne jedynie, że co jakiś czas z głośników rozlega się „Shhhh… Prosimy o ciszę”, bo to jednak miejsce skupienia, o czym wielu podekscytowanych turystów zapomina.
Stamtąd poleciałam do Sainte-Chapelle, bo to raptem ulicę dalej.
Ponieważ wstęp tam jest płatny, a najpierw musicie przejść kontrolę bezpieczeństwa, mamy do czynienia z pewnymi kolejkami.
I za mną stała pani. Amerykanka. Nie chcę powielać stereotypów, ale że tak powiem, ja cierpię dolę.
Pani jęła narzekać. „Po co my tu stoimy, już widziałam parę kościołów, wszystkie takie same (błagam… przyp. aut.), dlaczego jest tak gorąco i nie ma klimatyzacji (bo jest lipiec i stoimy na zewnątrz, przyp. aut.), tydzień temu byliśmy w Londynie i to przecież to samo (nie, Londyn nijak nie przypomina Paryża, durna babo, przyp. aut.). Ja nie chcę, wolałabym na drinka”.
Mam nadzieję, że górne piętro kaplicy sprawiło, że pomyślała, iż może jednak warto.

Stamtąd poleciałam do Panteonu, przywitać się z Marią Curie-Skłodowską. Rozczulił mnie świeży bukiecik czerwonych i białych kwiatów położony na jej sarkofagu.
Stamtąd – na mecz do knajpy. To pięknie wyzwalające doświadczenie, walić piwo z plastikowego kubka wśród obcych i wrzeszczeć do ekranu.

Let me take you on an escapade

W ubiegły piątek opuściłam Madryt, z płaczem na końcu nosa. Dosłownie. Nie wiem, co to miasto ze mną zrobiło, ale jestem od niego całkowicie uzależniona.
Ponieważ w ostatnim tygodniu mojego pobytu w Madrycie hiszpańskie słońce rozhulało się na dobre i ulice zalewał ukrop, a w biurze i moim pokoju hotelowym panował sztuczny chłód, oczywiście, że się przeziębiłam. Wylądowawszy w piątkowy wieczór na lotnisku w Minsien, popędziłam co koń wyskoczy do apteki i poprosiłam o coś mocnego.

Następnie wylądowałam w Krakowie. Otworzyłam drzwi do mojego mieszkania, pachnącego kurzem i odświeżaczem powietrza. Pachnącego miejscem, w którym nikogo nie ma.
Pochyliłam się nad walizką, wyjęłam rzeczy najpotrzebniejsze, wrzuciłam do pralki, zaprogramowałam na poranek. Siebie natomiast wrzuciłam do łóżka właściwie tak, jak stałam.
Przez sobotnie przedpołudnie w kwaterze głównej autorki panowała absolutna cisza i ciemność. Autorka bowiem spała. Nic nie ma dla mnie obecnie wartości wyższej niż sen. Sen i spokój.
Po południu poczłapałam nieśpiesznie do Babbaluci za rogiem – nie wiem, czym u niebios zasłużyłam sobie na nagrodę w postaci sycylijskiej knajpy w odległości 50 metrów od kwatery głównej, a chłopak gotuje obłędnie, ośmiornica w sosie z czerwonego wina zachwyciła mnie i zatkała. A bułeczki jakie pyszne on piecze.
Poczłapałam nazad. Otworzyłam walizkę ponownie, dołożyłam parę sukienek, sprawdziłam, czy rzeczy wyprane wyschły. Zadzwoniłam do sieci taksówkowej z prośbą o samochód o trzeciej trzydzieści.

Taksówka odstawiła mnie na lotnisko i oto jestem.
Oczywiście zdenerwowałam się od razu, bo podróżowanie paryskim metrem z tobołami nie jest takie proste, schody ruchome to fanaberia, a winda zawsze zepsuta, więc ciągnęłam mój sakwojaż w górę schodów na stacji Châtelet zasapana, mamrocząc pod nosem rodzime przekleństwa. Wtem nagle poczułam, że moja walizka stała się jakoś dziwnie lżejsza.
Pewien dżentelmen, sądząc po wyglądzie, jeden z tych złych migrantów, nie przestając rozmawiać przez telefon, po prostu złapał rączkę mojej walizki z drugiej i zaholował ją – razem ze mną – na powierzchnię. Zanim zdążyłam podziękować, machnął ręką, że nie ma sprawy i poszedł w swoją stronę.

Doskonale.
Dotarłam do mojego mieszkanka. Les Halles, fajna dzielnica. Centre Pompidou za winklem, kościół świętego Eustachego sto metrów obok. Bistra i kawiarnie. Taki prawdziwy, letni Paryż.
Mieszkanko na trzecim piętrze.
Kręte schody.
A ja z walizką.
Żeby was te wasze ślimaki zeżarły.
Wlazłam. Z narażeniem życia. Zdyszana padłam wprost na łóżko. Dosłownie wprost, bo mój szalenie luksusowy apartament ma 20 metrów kwadratowych. Pamiętacie pierwszą scenę z Amerykanina w Paryżu? No właśnie.
Dwa dni później odkryłam, że w kamienicy jest winda.
Bez komentarza.

Tyle relacji. Teraz mały wtręt filozoficzny. Można przescrollować.

Częste podróże czynią z was ludzi samotnych. Naprawdę samotnych. Nieustannie jesteście sami. W obcym kraju. Wiecie, że jeśli ktoś się o was zatroszczy, to najpewniej tylko wy. Jeśli ktoś dotrzyma wam towarzystwa, to wy. To ogromnie obciążające. Jeżeli macie w pobliżu kogoś znajomego, to luz. Ja tu nie znam nikogo – poza moim cudownym szefem, który wpada co jakiś czas. Nigdy nie pracowałam z tymi ludźmi.
Skazani na własne towarzystwo (wyśmienite, ma się rozumieć, ale bez przesady), stajecie się nagle głodni bliższego kontaktu. Każda luźna konwersacja to przyjemność dotąd niedoceniana. Wspólna kawa? Ależ koniecznie! Z samotników zmieniacie się w wygłodniałych stalkerów.
Wracając do ojczyzny w miniony piątek, przyuważyłam na lotnisku mojego niegdysiejszego szefa, wyraźnie również czekającego na ten sam samolot. Zawsze się go trochę bałam i nigdy nie dogadywaliśmy się szczególnie dobrze. A jednak ruszyłam doń śmiało i przywitałam się. To uprzejmy człowiek, więc nie udał, że mnie nie poznaje, a wyłączył czytnik i zapytał, co słychać, i wtedy jęłam zamęczać go konwersacją, bo mój Boże, wreszcie jakaś znajoma twarz. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu, rozwinęło się to w przyjemną rozmowę o książkach i knajpach w Podgórzu. Chyba zatem nie tylko mnie dotyczy podróżny syndrom „muszę z kimś pogadać”.

Z narażeniem życia (z powodu walizki i schodów) nadała wasza oddana korespondentka.
Jutro korespondentka jedzie na wycieczkę do miasta oddalonego o raptem 450 kilometrów, z którego zapewne prześle obfitą korespondencję. A tymczasem odrobina paryskich niebios – złożyłabym je w galerię, ale telefon nie pozwala.

Para llevar

W ubiegłą niedzielę wstałam o godzinie wielce nieprzyzwoitej. W samolocie czytałam, czytałam… i nagle obudziłam się – ale jak to, zasnęłam?! – przykryta kocykiem, z opuszczoną zasłonką okienną i lunchem czekającym na moim stoliku.
Podziękowania dla anioła z obsługi, który zadbał o tę strudzoną duszę.
A w dole czekał Madryt.

Cóż można rzec.
Jeszcze pięć nocy tutaj, a ja już mam płacz na końcu nosa. Nie chcę stąd wyjeżdżać, bo nikt nie chce. Jak pisałam po wielokroć, Madryt ma magiczną moc. Madryt obejmuje i mówi: „no cześć, miło cię widzieć, świetnie wyglądasz”. Inna sprawa, że to samo mówią spojrzenia tutejszych mężczyzn – i kobiet – dla których flirt to przednia rozrywka. To zupełnie niegroźne, nic za tym nie idzie, oni to robią dla zabawy, dla relaksu.

Spędziliśmy cały tydzień, obżerając się nieprzyzwoicie – „ja dziś tylko sałatkę… o, ładnie wygląda ten tatar z łososia z kozim serem, to ja też poproszę, i huevos rotos na drugie, dziękuję”. W czwartek poszliśmy na churrasco, które nas wykończyło. Wracaliśmy do hotelu w ciszy, zbyt przejedzeni, by mówić, i prawie posnęliśmy w autobusie – a to tylko trzy króciutkie przystanki. Wczorajszy lekki lunch to były talerze pełne owoców morza (w Madrycie zawsze świeże, bo przylatują dwa razy dziennie) i parę flaszek piwa w wiaderku wypełnionym lodem. Moja talia już nie istnieje.

Poza tym oczywiście nabyłam mnóstwo ubrań, ponieważ w dzielnicy Chueca możecie kupić ciuch, o którym zawsze marzyliście. Ja marzyłam o steampunkowym płaszczu, czy raczej fraku – i mam! Owszem, zamierzam nosić ten płaszczyk narzucony na moje granatowe, odprasowane służbowe mundurki.
– Skąd jesteś? – pyta pani sznurująca mój płaszcz, dopasowany niczym gorset.
– Z Polski.
– Jezu, ja też! Ale teraz mieszkam tutaj.
– Zazdroszczę, to wspaniałe miasto.
Kupiłam zatem kolejny płaszcz, przezroczyste szpilki, które pan i władca zaaprobował natychmiast, masę innych szmat i upychanie ich w walizce w piątkowy poranek będzie koszmarem…

A dziś po prostu poczłapałam na sangrię i croquetas, i po drodze nabyłam szarżującego byka, musiałam, będzie nad łóżko. Bo Madryt stoi też sztuką, wielką i uliczną, Picassem w Museo Reina Sofia i maciupkimi galeriami wciśniętymi między sex shopy.
– Przepraszam, szukam rysunku byka. To mój znak zodiaku…
– Ja głównie byki rysuję. Szukasz jakiegoś konkretnego?
– Nie. Tylko żeby był w ruchu. Niech się rozejrzę…
– Mogę wybrać dla ciebie?
– Tak.
Ze starannie opakowanym obrazkiem wyruszyłam do parku Retiro, zajęłam drzewo i opalałam się, i drzemałam. Cudownie się drzemie w tym najpiękniejszym parku świata, daleko od szumu ulic, boso na trawie, oparta o masywny pień, doskonałą, bezpieczną podporę. To prawie lepsze od zasypiania z facetem. Dawno nie czułam się tak zrelaksowana.

Travel changes you. As you move through this life and this world you change things slightly, you leave marks behind, however small. And in return, life—and travel—leaves marks on you.

Szybki pit stop w Krakowie i nazad w świat. Gdy wczoraj szef zadzwonił, żeby spytać, jak się mam, powiedziałam tylko, że jestem zmęczona. Oczywiście wizja powrotu do mojego ukochanego miasta nęci, ale… Ale. Dobrze, nie będę znowu narzekać, sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.

Wczoraj, gdy siedziałam sobie na nudnej telekonferencji i robiłam to, co robi się podczas nudnej telekonferencji, czyli próbuje dotrzeć do końca Twarzoksiążki, nagle przeczytałam news, który mnie zmroził zupełnie.
Dziwne trochę, że w tym roku co chwila muszę o tym pisać. Wróć, nie muszę. Chcę, bo to pomaga.
Uwielbiałam Bourdaina. Za jego książki, fantastyczne. Za programy telewizyjne. Za to, że czasami z tego przeklinającego, szorstkiego twardziela wyłaził człowiek wrażliwy i pełen współczucia. Za kuchnię i to, czego uczył ludzi o jedzeniu. Za rozbrajający, szczery hedonizm, umiłowanie prostoty i niesamowitą charyzmę – w dobie instagramowych celebrytów to była rzadka, prawdziwa osobowość. Wydawał się niezniszczalnym typem, jednym z tych, którzy po apokalipsie otrzepują się z kurzu i zapalają papierosa.
Wydawał się, dobre słowo.
Problem z depresją i jej równie uroczymi towarzyszami polega na tym, że z zewnątrz tego często nie widać. To nie jest tak, że człowiek chodzi zalany łzami i wzdycha smętnie. Często wygląda całkiem pogodnie, opowiada dowcipy, sprawia wrażenie zupełnie wyluzowanego. Generalnie lotos na tafli, zen, flauta. Wewnątrz sprawy mają się nieco inaczej. Wewnątrz wszystko boli. Wewnątrz człowieka dręczy irracjonalny strach albo smutek nie do ogarnięcia – bezsensowny, ale nie do opanowania. Można doceniać ziemskie rozkosze, a jednocześnie myśleć „to wszystko nie ma sensu”. A nawet „nie chcę już tu być”.
Po wielokroć słyszałam „jak ty to robisz, że jesteś taka spokojna?”. Nie jestem spokojna. Przez większość mojego dnia jestem dokładnym przeciwieństwiem osoby spokojnej – nie macie pojęcia, jakie pierdoły potrafią mnie zestresować. Tak, nie widać tego, przynajmniej do momentu, gdy moje ciało mówi „sorry, mam dość” i wtedy… no cóż, relacjonowałam ostatnio. Człowiek maskuje się, bo nie chce, żeby bliscy się martwili, że mu kiepsko. Nie chce, żeby w pracy uznali go za niezbyt godnego zaufania świra. Nie chce usłyszeć o sobie, że za dobrze mu się powodzi i wymyślił sobie modną hipsterską melancholię (to jest nieprawdopodobne, jak wielu ludzi w XXI wieku nadal tak myśli). Człowiek sam sobie powtarza szkodliwe ” weź się, kurwa, w garść”, choć wie, że sobie szkodzi. Wie, że jego strachy i smutki nie mają żadnego racjonalnego wytłumaczenia, bo nic złego się nie dzieje, i tym gorzej się czuje – czuje się winny, ma pretensje do siebie.
No i, koniec końców, samemu przed sobą nie jest łatwo przyznać się, że coś jest nie tak, że potrzebuje się pomocy. W tym naszym XXI wieku żyjemy mocno opancerzeni. Pancerz jest mocny, to, co pod nim – niekoniecznie. Moment, w którym zdejmujecie tę zbroję, jest – wierzcie mi – trudny, czujecie się słabi i żałośni jak nigdy w życiu. To jest też moment, po którym będzie lepiej. Może nie cudownie, ale lepiej. Oczywiście pod warunkiem, że macie wokół ludzi, którzy was wspierają, a nie mówią „no weź, nie żartuj”. Co niestety nie jest regułą. Ja mam przyjaciół, którzy znają dobrze tego potwora pod łóżkiem, mam wyrozumiałych rodziców, pana i władcę, wtajemniczonego szefa, który co tydzień dzwoni i pyta, czy jest okej i wiem, że gdybym powiedziała „nie”, wysłałby mnie natychmiast na urlop. Mam wielkie szczęście. Nie każdy je ma. Zwłaszcza w czasach, gdy presja jest ogromna i masz być nieustająco wyszczerzony, zadowolony, piękny, cały w hashtagach #slowlife i #mindfulness.

Potwornie mi smutno. Owszem, było mi smutno, gdy zmarł Bowie (bardzo), gdy odszedł Alan Rickman, ale to… to jest dużo gorszy smutek. Te przykre, przerażające słowa w komunikacie prasowym – took his own life – zamrażają człowiekowi serce na krótką, upiorną chwilę. Jezu, stary, czemu.
Nie wiem, jak ci się podobała ta podróż, Anthony – mam nadzieję, że nie jest zbyt turbulentnie na tej trasie – ale skrycie liczę, że przyjdzie ten dzień, że gdzieś tam spotkamy się w barze, podpiszesz mi się na koszulce, wypijemy parę głębszych i zjemy coś zachwycającego, a ty będziesz, jak to ty, przeklinał sakramencko swoim głębokim głosem pomiędzy jednym a drugim toastem.

Żeby się pocieszyć, poszłam do knajpy obok domu – bo tak, doczekałam się tego szczęśliwego dnia, gdy mam knajpę obok, jak w amerykańskich serialach. Dostałam potężną michę rewelacyjnie doprawionych muli, ponieważ knajpa jest prowadzona przez prawdziwego, żywego Sycylijczyka (co on robi w mojej dzielni, to ja nie wiem, ale cieszę się, że się tu zaplątał), i pappardelle z jeżowcami i krewetkami królewskimi, które mnie wykopało w kosmos.
img_20180609_182648_hht76333171.jpg
Na początek poprosiłam o Aperol Spritz.
Twoje zdrowie, Anthony.
A teraz przepraszam, muszę spać, budzik zadzwoni chwilę po trzeciej.

Egyptian cotton

Szlag.
Gdy ktoś wam powie, że raptem w piątek był w Madrycie, a w poniedziałek leci do Paryża, to można sobie pomyśleć, że żyje jak król. To właśnie mnie czeka za dwa tygodnie.
Owszem, podróże są przyjemne. Owszem, rezydowanie w śródmieściu, w pokoju z ogromnym łóżkiem, szklaną łazienką, szlafroczkiem z egipskiej bawełny i spokojnie, niewzruszenie szumiącą klimatyzacją ze świadomością, że firma płaci za to bez mrugnięcia okiem, też jest przyjemne. Przebywacie nieustannie z lokalsami, pracując wśród nich, chodząc na obiady tam, gdzie oni, pijąc piątkowe drinki w knajpach w ich dzielnicy. A punkty na waszych kartach lojalnościowych nabijają się same, od czasu do czasu otrzymujecie tylko mail o treści „gratulujemy osiągnięcia poziomu silver

Ale.
Mamy czerwiec. Od marca jestem w drodze przez cały czas. Tęsknię jak diabli. Jestem piekielnie zmęczona (dlatego, przyleciawszy w piątek wieczorem do Polski, w sobotę nie robiłam nic – zupełnie nic, niente, nada, do piętnastej leżałam w łóżku niczym trup w sonecie Morsztyna, pranie zamierzam zrobić jutro, weekend poświęciłam na ładowanie baterii).
Nie jestem zadowolona z tego, że wpakowano mi w grafik kolejny wyjazd po Madrycie. Zwłaszcza że chodzi o Paryż, którego całym sercem nie znoszę. O długie cztery tygodnie w Paryżu. Madryt jest cudownym miastem, Paryż… jest, jaki jest.
Kto wie, może się w sobie zakochamy po kolejnej próbie charakterów.

Tak czy inaczej, w niedzielę znienacka wyciągnięto mnie na miasto, na festiwal piwa, i wielce było to fajne. Nie tylko z powodu piwa – całe życie nie cierpiałam IPA, bo mi wionęło selerem, a wypiłam dwa (i parę innych przetestowałam, cud, że w poniedziałek nie pękła mi głowa) – ale dzięki paniom, które mnie wyrwały z zaklętego kręgu prania i prasowania, i pogadałyśmy sobie. Tak wiecie jak. Jak gadają kobiety. Kobiety, które znają Józefa. Miałyśmy wyjść na dwie, może trzy godziny. Wróciłam do domu po siedmiu.
Chryste, jak mi tego było trzeba.
Zaczyna się od gadania o butach (buty przyleciały z Madrydzia, więc oczywiście, że są nieco odjechane; abibasy z połyskującej różowej koronki to ostatnia rzecz, jaką nabyłabym w Krakatau, ale tam to zupełnie normalny ciuch – pierwszym zresztą przyodziewkiem, jaki w Madrycie kupiłam tym razem, była marynarka w kwiatki, ponieważ oczywiście) i wakacjach, kończy się na tym, że spowiadacie się ze swoich bardzo intymnych spraw.
Trzeba czasem z siebie rzeczy wywalić, to najdoskonalsza terapia. I nagle okazuje się, że nie jesteście sami w swoich lękach, samotności, w zadawaniu sobie pytania, czy to tak ma być i po co to wszystko.
Na szczęście pozostaję sobą, chyba. Jak dowodzi poniższy dialog.
– Zaraz, to ty masz kogoś?
– A i owszem.
– Przepraszam, że się dziwię, ale ty tyle mówisz o różnych mężczyznach i tak się przy tym zapalasz… on nie ma nic przeciwko? I jak ci to wszystko razem gra?
A dlaczego miałoby nie grać? Gra. I on nie ma nic przeciwko, rzekłabym, że odwrotnie nawet. Miłość miłością, fascynacje fascynacjami – niegroźne, potrzebne, dobre, zwłaszcza dla kogoś, kto żyje jak ja. To dwie oddzielne szuflady. Moje zachwyty nigdy nie będą konkurencją dla pana i władcy. Jako wielka hedonistka lubię sobie umilać życie, ale też mam bardzo sztywno poustawiane priorytety. Mam oczy, to i widzę atrakcyjnych ludzi wokół. Co nie znaczy, że robię cokolwiek poza tym właśnie zauważaniem ich. Dla mnie to jest to samo, co zachwycanie się pachnącą lipą, kolorem nieba, dobrym posiłkiem. Absolutnie nic nie musi za tym iść. Natomiast ja wielce potrzebuję drobnych przyjemności, więc tak, będę się oglądała za hiszpańską policją konną i uśmiechała się do niej. Cokolwiek przyprawia mnie o uśmiech, jest na wagę złota, więc teges, wicie rozumicie.

Un cortado y una caña, por favor

Dzień dobry.
Od ostatnich przygód zdążyłam zmienić kraj i nawet pobyć w domu przez 30 godzin. Przyleciałam do Krakatau w piątek wieczorem, w niedzielę o czwartej rano byłam już nazad na lotnisku, o czwartej po południu natomiast opychałam się tapas. Madryt jest niezmiennie piękny, dostojny, ale rozkosznie wyluzowany. Powietrze pachnie rozhulaną wiosną. Jedzenie jest wszędzie wyśmienite i kosztuje grosze (lub nic – są i takie knajpy, w których zawsze dostajecie do piwa talerz tapas, nie są one może zbyt wysublimowane, ale są). Wino toże. Drinki – ostrzegam lojalnie, są mocniejsze niż gdziekolwiek indziej, bo barmani na ogół leją na oko lub po prostu mówią „powiedz, kiedy dość”. W Madrycie każdy smutek można załagodzić za pomocą jamon iberico albo croquetas, albo pimientos. Albo pintxos. Pierwsze lokalne słowa, jakich nauczycie się w Hiszpanii, będą dotyczyły jedzenia.
(Madryt ma również najlepsze sklepy z ciuchami na tym łez padole – zapomnijcie o Londynach i Paryżach, to w Madrycie znajdziecie rzeczy, których cała dzielnica będzie wam zazdrościć, o butach już nawet nie wspominam. Wyjeżdżając z Madrytu, zamyka się walizkę z użyciem siły i licznych wulgaryzmów).

Cieszę się, że tu jestem, bo jestem tu szczęśliwa – co nie jest trudne. Każdy jest szczęśliwy w Madrycie. To miasto, choć ogromne, jakimś cudem nie jest przytłaczające i łatwo poczuć się w nim u siebie. Madryt was obejmuje jak starych przyjaciół. Dość powiedzieć, że w piątkową noc barman, którego widziałam drugi raz w życiu, dał mi buziaka na pożegnanie.
Dodam także, że Madryt skłonił mnie do zjedzenia wątróbki. Ja nie jadam wątróbki, nienawidzę. Tymczasem wczoraj w Mercado San Anton nie tylko z własnej woli ją zamówiłam, ale też pożarłam z takim zachwytem, że prawie się popłakałam – była tak zachwycająco delikatna, mięciuchna i chrupiąca zarazem, i tak niewątróbkowa. Tak. Madryt potrafi.

Żeby wszakże nie było tak słodko… Chciałabym powiedzieć, że wydarzenia minionego tygodnia to już zamknięty rozdział, ale niestety zgodnie z okrutnym mechanizmem mojej przypadłości teraz ciągle mam z tyłu głowy obawę, że to się zdarzy ponownie. Piątkowa potężna burza przechodząca nad Madrytem przestraszyła mnie z dwóch powodów – po pierwsze dlatego, że ogólnie boję się burz od czasu, gdy mnie jedna złapała w środku lasu i piorun rąbnął na tyle blisko mnie, że zobaczyłam świat w negatywie, ale po drugie dlatego, że… bałam się bać. Tak, to dziadostwo wytwarza w was lęk przed poczuciem lęku (bo co, jeśli to znowu rozpędzi się do stanu, w którym przeżywacie swój największy koszmar na jawie?). Można to opanować, na szczęście. Teraz już wiem, jak (swoją drogą, wysmarowałam sążnistą epistołę w sekcji „podziękowania” na stronie internetowej londyńskiego pogotowia, bo facet bez podawania mi jakichkolwiek medykamentów zrobił dla mnie więcej niż mój doktor w Polsce).
Nieważne, nieważne. Nie myślimy o tym. Chwilowo mam inny problem.
Kuchnie tu otwierają się najwcześniej o 13, a ja jestem okropnie głodna. I chciałam iść się opalać do parku Retiro, a jest pochmurno. No wiesz co, Madryt?…

Do something every day that scares you

To nie będzie wpis o jedzeniu, teatrze ani przystojnych mężczyznach.
Ale myślę, że jest ważny. Jest też dość… prywatny. Cóż – czasem trzeba napisać o tym, o czym niekoniecznie chcielibyście opowiadać komuś na pierwszej randce.

Kilka lat temu trafiłam prosto z biura na SOR, bo nagle zrobiło mi się słabo, dostałam duszności i zaczęłam się trząść.
Dostałam jakiś wybitnie uspokajający środek, po którym długo czułam się i zachowywałam, jakbym oberwała łopatą w głowę. W szpitalnej poczekalni spędziłam pięć godzin, czekając na swoją kolej, po czym poszłam do domu. Nie myślałam o tym aż do ubiegłego roku, gdy jesienią zaliczyłam gwałtowny zjazd nastroju i objawy wróciły. Znowu bywało mi słabo, serce mi kołatało, coś mnie dusiło, chciało mi się płakać. Zwykle wtedy, gdy byłam zdenerwowana lub przemęczona – ale nie tylko. Dało się to opanować wizytą u lekarza po pigułki na „spokojność” i zwiększoną czułością – wysypiać się, jeść regularnie, unikać w miarę możliwości sytuacji, które mnie bardzo stresują. Jak jednak wiadomo, tego typu choróbska nie są całkowicie uleczalne, można tylko je mniej lub bardziej skutecznie kontrolować.

Jedna na cztery osoby na tym łez padole ma, miała lub mieć będzie, jak to się brzydko mówi, problemy z głową. Między innymi ja, ale to może być też – i zapewne jest – ktoś obok was.

Ja mam zespół lęku napadowego, który nazywam dusiołkiem. To bardzo niefajna rzecz, szczęśliwie pojawia się rzadko. Bywa jednak dość dotkliwa. Ostatnio dusiołek w ogóle się nie odzywał. Trochę w styczniu, ale bardzo nieznacznie. Uff, dobra nasza. Może sobie poszedł na dobre?…

We wtorek przez cały dzień czułam się tak sobie. Nie jadłam za dużo, więc dziwne samopoczucie po południu uznałam za spadek cukru i poszłam coś zjeść, ale nim na dobre zaczęłam, poczułam, że mnie mdli. Położyłam się na chwilę, niemniej samopoczucie miałam coraz gorsze – oblały mnie zimne poty, coraz trudniej było mi nabrać powietrza (o czym za chwilę), moje kochliwe serce trzepotało w piersi jak zwariowane i ogarniał mnie coraz większy niepokój. Byłam pewna, że z moim ciałem jest coś nie tak, bo nigdy w życiu nie czułam się tak źle. I tak jakoś… nierealnie. Wreszcie na chwiejnych nogach zeszłam na dół i zapytałam recepcjonistę, wciągając przy tym elegancko powietrze jak karp i nonszalancko podtrzymując ścianę, bo mi lekko świat wirował, czy może zadzwonić po lekarza.
– To ja wezwę ambulans. Będzie szybciej – rzekł przejęty pan.
Mój ogarnięty czystym przerażeniem umysł jeszcze bardziej się przeraził. Jezu. Karetka, na sygnale, zamieszanie, zabiorą mnie do szpitala, a co z pracą. W obcym kraju chorować, matkobosko. Osunęłam się na fotel i wtedy ta straszna karuzela ruszyła pełną parą.

Żeby wyjaśnić tym, którzy tej rozkoszy nie zaznali – przy ostrym ataku paniki ma się niepokojące fizyczne objawy, które w dodatku nasilają się tym bardziej, im bardziej o nich myślicie, a myślicie, bo się nasilają. Innymi słowy, to upiorne błędne koło i najgorszemu wrogowi nie życzę. Ofiara takiego ataku myśli, że lada chwila będzie po niej.
Z jakiejś przyczyny lub nawet bez przyczyny wasz mózg postanawia bowiem uznać, że dzieje wam się coś złego. Organizm przechodzi tym samym w tryb „fight or flight”, więc pompuje adrenalinę jak oszalały, podkręcając wasze podstawowe funkcje życiowe do maksimum. Szkopuł w tym, że w istocie nie ma żadnego zagrożenia, nie musicie biec ani się bronić. Niestety mózg nie przyjmuje tego do wiadomości. Zatem serce wali, powietrza wam brakuje, zaczynacie oddychać tak szybko i głęboko, jak tylko się da (co tylko pogarsza sprawę), ściska i piecze was w klatce piersiowej, niedobrze wam – ale nie możecie zwymiotować, bo wasz układ trawienny jest zablokowany – w głowie się kręci, nogi jak z waty, człowiek się trzęsie niekontrolowanie i myśli „Boże, mam zawał/udar/epilepsję/duszę się”. Najgorsze jest to ostatnie – macie wrażenie, że powietrze nie dociera wam do płuc.
Tylko że to nieprawda.
Czuje się człowiek okropnie, ma wrażenie, że zaraz zemdleje lub umrze (pierwsze jest raczej umiarkowanie prawdopodobne, drugie wcale nie jest, niemniej na tym etapie już nie macie kontroli nad tym, co myślicie). I naprawdę panicznie się boi, wariuje ze strachu. Ale to tylko błąd oprogramowania mózgu, który uruchamia alarm przeciwpożarowy bez powodu. Tylko że taka myśl nawet nie ma szans przebić się przez narastający lęk i wrażenie, że lada moment stracicie przytomność.

– Bardzo przepraszam za kłopot – wyjąkałam w kierunku zestresowanego recepcjonisty, który sam wyglądał, jakby potrzebował pomocy.
– To żaden kłopot – odparł dzielnie. – Ludzie chorują. Mam na imię David, tak w ogóle.
Oczywiście. Nie inaczej. Wszystkie Dawidki to fajne chłopaki.

„Ambiwalentne” to właśnie to uczucie, które wam towarzyszy, gdy słyszycie coraz głośniejsze wycie syreny i wiecie, że ona wyje z waszego powodu. „Dzięki Bogu, uratują mnie” miesza się w głowie z „O k…., to po mnie, ja się boję, ja nie chcę do szpitala”. Tak czy inaczej, dźwięk gwałtownie ucichł i pogotowie objawiło się w postaci dżentelmena na motocyklu. Niżej podpisana na widok jakiegoś typa w skórze i kamizelce kuloodpornej, wyglądającego raczej jak policjant, już kompletnie ześwirowała – sorry, o co chodzi, wezwaliście nie tę służbę, ja nic nie zrobiłam…
– Czołem – odezwał się typ przyjemnie. – Powiedz mi, co się dzieje.
Ale jak to. Ja tu umieram, gdzie tlen, gdzie defibrylator, czemu przysyłają samotnego gościa na motorze, jak on ma mnie zabrać na intensywną terapię (prawda taka, że oni wszystko, co niezbędne i tak mają przy sobie, a ścigacz przebije się przez centralny Londyn znacznie szybciej niż tradycyjna karetka, która może wtedy spokojnie sobie dojechać, jeśli okaże się, że istotnie jest potrzebna – jest to oczywiście bardzo imponujące i cool, gdyby się zastanowić, jednakże gdy widzicie światło w tunelu, to macie takie niuanse w głębokim poważaniu).
Pan przyjrzał mi się, zmierzył mi puls, nieśpiesznie zainstalował się przede mną (gościu, czemu ty jesteś taki spokojny, gdy ja tu konam?!), zapytał tylko, czy zdrętwiały mi dłonie, a gdy potwierdziłam, pokiwał głową, wetknął mi ponownie na palec pulsoksymetr i rzekł łagodnie:
– Spójrz. Ta liczba tutaj to nasycenie twojej krwi tlenem. U zdrowych wynosi od 95 do 100 procent. Ty masz 100, więc twoje płuca pracują doskonale i masz tyle tlenu, ile ci potrzeba. Poza tym przed chwilą powiedziałaś całe zdanie na jednym oddechu. Hiperwentylujesz się. Myślę, że masz atak paniki. Wiem, że to bardzo nieprzyjemne i straszne, ale niedługo przejdzie.
Autorka wytrzeszczyła oczy, w które nadal śmierć jej zaglądała, ale nagle jakby mniej natarczywie.
– Myślałam, że mam zawał serca czy coś…
– Wierz mi, człowiek z zawałem wygląda znacznie gorzej niż ty w tej chwili. Wszystko będzie dobrze.
– Ale czemu ja się tak okropnie trzęsę…
– Wiem – jasne oczy nieznajomego zbawcy patrzyły współczująco. – Wiem. To też minie.
Ponieważ cała sytuacja miała miejsce w kącie hotelowej recepcji i każdy przechodzący gapił się na osobliwie odzianą postać pochyloną nad skuloną w fotelu kupką nieszczęścia, autorka, powoli odzyskując świadomość sytuacji, zasugerowała:
– Może pójdziemy na górę?
Gdyż to dokładnie mówi się mężczyznom poznanym dwie minuty temu.
– Za chwilę. Obiecuję, że nie zrobię ci tutaj nic poza zmierzeniem ciśnienia. OK?
– OK.
Pan zrobił, jak obiecał i powiedział tylko „hmm… poczekamy tu jeszcze chwilkę”.
Wreszcie odstawił mnie na moje piętro, ponownie mnie zbadał i porównawszy wyniki, powiedział wesoło, że szpital zdecydowanie nie jest dla mnie właściwym miejscem tego wieczoru, zasugerował, żebym poszła na krótki spacer, gdy odzyskam siły, oraz skoro jestem w Wielkiej Brytanii sama, żebym dzwoniła w razie potrzeby (nie do niego, na ichni numer alarmowy – trochę szkoda, bo ratownik medyczny w kombinezonie motocyklowym i z opaską London Marathon na nadgarstku to wiecie, no, codziennie się nie spotyka).
– Chyba to dygotanie jeszcze nie przeszło ci do końca, co? – zapytał, studiując mój efektowny podpis pod swoim raportem.
– Nie, to mój charakter pisma.
– Zanim pójdę – następnym razem, gdy poczujesz, że zbliża się coś podobnego, znajdź sobie „happy place” w głowie i skoncentruj się na tym. Gdyby powtórzyło się niedługo, dzwoń bez wahania.
– Bardzo dziękuję.
– Nie ma za co.

I nagle wszystko mija, tylko czujecie się potwornie wyczerpani. Wypompowani. Nic dziwnego, wasz organizm stoczył wielką walkę. Przeciwko nieistniejącemu wrogowi, ale jednak.

David tak się zestresował, że nie tylko został po godzinach, aż ratownik wyszedł spokojnie z mojego pokoju (nie ciągnąc za sobą moich zwłok), ale też rano przybył do pracy wcześniej, żeby sprawdzić, jak się miewam. Strasznie mi było głupio. Ale cóż, zdarza się. Mnie, innym ludziom. Wam, być może, choć oby nie. Piszę o tym trochę po to, żeby sobie ulżyć, a trochę, żeby dołożyć swoją opowieść. Bo takie przygody to dolegliwość jak każda inna, dotykająca coraz więcej ludzi, i nie ma sensu o niej milczeć, jakby to było wstydliwe. Nie jest. Różne organy nam szwankują – jednym nerki, innym oczy, niektórym mózg. Po prostu.

Poza tym mam ciekawą pamiątkę. Zawsze sądziłam, że hiperwentylacja zdarzy mi się pod stage door na widok jakiegoś bóstwa, a tu proszę, na hotelowej kanapie.

Red is is the colour of sex and danger and signs that say „do not enter”. All my favourite things in life.

Dopiero przyleciałam, a już kolejny poniedziałek minął. Zdążyłam świętować urodziny w knajpie z gwiazdką Michelin, pójść do teatru po robocie i w weekend, kupić parę biletów na kolejne dni, spędzić dwa radosne wieczory na komentowaniu półfinałów Eurowizji. Po drodze troszeczkę nawet popracowałam i zdążyłam zatruć życie lokalnemu IT, który zachowuje się zupełnie jak w serialach – „nie zawracaj mi głowy, kobieto, wyłącz i włącz ponownie”.

Niby jestem daleko od domu, ale wcale tak się nie czuję. Ja i to miasto oswoiliśmy się dawno temu. Gdy moja mama usłyszała, że tu wyjeżdżam, wzruszyła tylko ramionami.

W środę z biura pobiegłam na West End, zobaczyć Alfreda Molinę w Red.
Mój Boże, cóż to za klasa.
Wyśmienity aktor w bardzo mocnej roli.
Mark Rothko to wybitny malarz naszych czasów. Postać niezwykła i tragiczna. Zagrać go mógł tylko ktoś stosownie utalentowany, stosownie wrażliwy i stosownie charyzmatyczny, a Alfred Molina to jest takie mięcho aktorskie, że oczu nie sposób oderwać. To jest teatralna Formuła 1. To jest człowiek, którego każdy gest śledzicie z zapartym tchem. Trudno polubić jego bohatera, bo to typ marudny, zadufany w sobie i arogancki, choć w pewnym sensie, w końcu „ojcuje” nieco swojemu młodemu asystentowi, mówiąc mu w ostatnich scenach – wyjdź stąd. Zacznij robić swoje, żyj po swojemu. Zacznij tworzyć. Dla siebie.
Enoch – też Alfred – pojawia się w tym przedstawieniu jako onieśmielony chłopak z prowincji, gość do płukania pędzli, mieszania farb i parzenia kawy. Ale on też jest malarzem. I człowiekiem równie bystrym co Rothko, więc prędko zaczyna kwestionować jego artystyczne wybory, w tym zwłaszcza malowanie obrazów na zamówienie restauracji – swoją drogą, Rothko w końcu wycofał się z umowy, a rzeczone obrazy można dziś oglądać w Tate Modern. Gdy asystent wyjaśnia mistrzowi, czemu nie lubi tego akurat odcienia czerwieni (Rothko wścieka się na samo słowo „czerwony” – bo co to jest, czerwony? Karmazyn? Karmin? Magenta? Światła uliczne? Krew?), na widowni zapada głęboka cisza.

W angielskim sztuki, w których gra tylko dwóch/dwoje aktorów, nazywa się two-hander. To trudne zadanie. Trzeba utrzymać dynamikę. Nie stłamsić partnera, ale też nie dać mu się ograć. To nie jest pojedynek, raczej gra do jednej bramki. I dwa Alfredy radzą z tym sobie doskonale. Choć jest właściwie trzeci aktor w tym przedstawieniu i są to obrazy. Pięknie jest to przedstawienie oświetlone, intymnie i malarsko.
Tak pysznie trafiłam, że po spektaklu było krótkie Q&A z aktorami i reżyserem, bardzo uroczym człowiekiem. Ludzie zadawali bystre pytania, na przykład o symbolikę religijną – są takie dwie sceny, gdzie nie sposób nie zauważyć… – o to, czy któryś lubi Andy’ego Warhola, o to, który ze scenicznych partnerów Moliny (on gra tę rolę od dziewięciu lat, Enoch jest jego trzecim scenicznym partnerem, pierwszym był Eddie Redmayne) w tej sztuce jest ulubiony. Tu muszę dodać moje stałe przemyślenie – wielki mam od zawsze szacun dla brytyjskich aktorów za to, że nie gwiazdorzą. Pewnie niektórzy tak, jasna sprawa, ale często zdumiewa mnie, że te wielkie nazwiska to ludzie w istocie skromni i sympatyczni. I rozczulające to było, jak Alfred Molina nazywał swojego młodego imiennika „Alfie”. No i powiedział, że publiczność tego wieczoru wyjątkowo mądra i dobrze wygląda. Żarty żartami, ale mówił – jak i reżyser – bardzo dużo o tym, jak ważne są reakcje publiczności podczas przedstawienia, jak wiele one potrafią zmienić. Ciekawe bardzo.
Rzekłabym, że to jedna z najmocniejszych rzeczy, jakie widziałam ostatnimi czasy.

W piątek wszak, niejako dla równowagi i ponieważ piątek w Londynie to piątek w Londynie, więc nie idziemy spać o dwudziestej pierwszej, wybrałam się na Kinky Boots.
I była to znakomita decyzja.
Wiecie, ja nie jestem jakąś wielką fanką musicali, ale czasami człowiek ma przemożną potrzebę nacieszenia się życiem. Kinky Boots potrzebę tę spełniają z naddatkiem. Wspaniałe to jest.
To jest piękny, radosny spektakl. Pysznie zagrany i odkłamujący stereotypy. Historia jest prosta (i prawdziwa, choć nie w całości). Oto chłopak dziedziczy upadającą fabrykę butów w Northampton. Wie, że aby utrzymać się na rynku – i nie zwolnić pracowników, których zna przez całe życie – musi wyprodukować coś wyjątkowego. Znaleźć niszę. I znajduje, dzięki pomocy kogoś, kto przypadkiem staje na jego drodze. Jak wszyscy wiemy, przypadkowe spotkania są najlepsze i potrafią zmienić życie, a Lola, atrakcyjna miłośniczka butów postawi życie głównego bohatera na głowie. Czy raczej na obcasach.
Lola to muskularny facet, zawodowy bokser. Drag queen i twardy gość. On pociąga kobiety i mężczyzn. Nie sposób nie kochać Loli.
A buty są oczywiście czerwone.

Pysznie się bawiłam.
Chciałabym powiedzieć to samo o sobotnim Makbecie w National Theatre, ale głównie myślałam o tym, że jestem głodna i zjadłabym coś niezdrowo kalorycznego, i to cała recenzja tego spektaklu. Jak można uczynić Makbeta – sztukę, w której są morderstwa, duchy, wiedźmy i chodzący las – nudnym, nie wiem, ale właśnie tak się stało. Smuteczek.

W niedzielę było czytanko – rewelacyjne, z ogromną i przystojną obsadą, i z piosenkami! Miło było znów zobaczyć znane twarze. I zawsze miło posiedzieć w Sam Wanamaker Playhouse, mimo że jest tam boleśnie niewygodnie.
A dziś idę do opery.
W biurze już mnie nawet nie pytają, czy pójdę wieczorem na drinka.
– Ty chyba lubisz teatr, co?
Trochę.

The nicest thing about feeling happy is that you think you’ll never be unhappy again

W piątek odebrałam paczkę z książkami. Skromnie, siedem sztuk. Powinno wystarczyć na ten tydzień. Plany na majówkę miałam bowiem właśnie takie – pomiędzy wyjazdami leżę i czytam.
Pomiędzy wyjazdami.
No właśnie.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zorganizowała sobie bardzo krótkiej wycieczki do Londynu. Może nie AŻ tak krótkiej, jak potrafiły być w przeszłości (czyt. mniej niż 24 godziny), ale jednak. Koncepcja wycieczki pojawiła się niespełna miesiąc temu, gdy przeglądałam internet w przerwie na obiad i WTEM. Autorka westchnęła, dokonała kalkulacji i sięgnęła po portfelik.
Dwa tygodnie pózniej drogie moje przedsiębiorstwo uznało, że czas mi jechać w kolejną podróż służbową, żebym się nie zasiedziała w Polsce. Nawet jakoś bardzo mnie to nie rozczarowało. Ani nie zaskoczyło. Ucieszyło nawet, zwłaszcza że miejscem kolejnego zesłania jest Londyn właśnie. Innymi słowy, w niedzielę po południu, gdy każdy porządny obywatel siedzi nad rosołem, ja znowu będę siedzieć w samolocie lecącym do miasta, z którego dwa dni temu wróciłam.
I tak to u mnie wygląda.
W każdym razie. Wracajmy do tematu.

W sobotni poranek – ale nie żeby zbyt wcześnie, chyba się starzeję i już mi się nie chce wstawać o czwartej rano, jeśli nie jest to bezwzględnie konieczne – spłynęłam z łóżka, uczesałam się, rzęsy podmalowałam, wrzuciłam rzeczy najpotrzebniejsze do mojej ukochanej podróżnej torebusi (mam inne, ale ta jest najlepsza) i w drogę. Ponieważ był to wyjazd nie do końca dobrze obmyślany, mój sobotni wieczór i niedzielne popołudnie organizowałam sobie w ostatniej chwili i wybrałam dwa przedstawienia.
Mood Music i Pocałunek kobiety-pająka.
Pierwsze, bo historia o dziewczynie, która próbuje przebić się w przemyśle muzycznym, na co nie do końca pozwala jej zadufany w sobie szalenie producent, wydała mi się jakoś pociągająca. Gitary na scenie i tak dalej. No i Ben Chaplin w roli tegoż producenta.
Drugie, bo zawsze fascynowała mnie historia Moliny i Valentina. Bardzo lubię książkę, pamiętam musical w Teatrze Rozrywki i gdy dowiedziałam się, że będzie nowa sceniczna adaptacja tej powieści, natychmiast się podekscytowałam. Zwłaszcza że w skromnej obsadzie znalazło się dwóch wspaniałych mężczyzn – Samuel Barnett i Declan Bennett.

Mood Music okazało się lepsze niż sądziłam.
Nie jest to spektakl wybitny i nie należy tego po nim oczekiwać. Jest to spektakl szarpiący strunę #timesup, spektakl o kobiecie w świecie zdominowanym przez mężczyzn – bo showbiznes jest taki. Kobieta, dziewczyna właściwie, ma swoje pomysły na kawałki, ale dla producenta jest tylko damskim głosem, a wokalistki są tańsze niż wokaliści. Jego nie obchodzi, co ona ma do powiedzenia. Obchodzi go, co on może na jej płycie i trasie ugrać. Bohater Chaplina to sukinsyn jakich mało – dowcipny, owszem, to mu trzeba przyznać. Każdy kiedyś poznał takiego. Narcyz. Samochwała. Arogancki. Bez mrugnięcia okiem wykorzysta talent i emocje innych ludzi. Gdy sprawy toczą się nie po jego myśli, robi z siebie ofiarę. Ja chciałem dobrze, tylko nie wyszło, a teraz wszyscy mają do mnie pretensje.
(Oglądając ten spektakl, myślałam o tych słodkich osobach, które podpisywały się pod moją wielogodzinną pracą. Kij im… na drogę).
Oczywiście Ben Chaplin sprawia, że trudno wam znienawidzić jego postać, choć też nie stara się go usprawiedliwiać ani wygładzać.
Jest to przedstawienie, które przypomina nieco przesłuchanie (bo obie strony mają prawników i psychologów, rzadko rozmawiają ze sobą, mówią raczej do adwokata czy terapeuty, którzy nierzadko bezlitośnie ich punktują) i skromnie zaadaptowane na ogromną scenę Old Vic, ot, goła przestrzeń studia z krzesłami, mikrofonami, gitary jakieś – ale jest ciekawe, dynamiczne i rezonuje przykro w dzisiejszych czasach. W jego prostocie tkwi siła, bo widz musi słuchać. Podejrzewam, że Old Vic nie bez przyczyny wybrał tę akurat sztukę, biorąc pod uwagę wydarzenia ubiegłej jesieni – jego były dyrektor artystyczny, wiadomo… To było ryzykowne posunięcie. A jednak się udało. Dziś ukazały się bez wyjątku bardzo dobre recenzje, więc gdybyście przypadkiem byli w Londynie tej wiosny, może warto rozważyć.
Wracając do hotelu przez most Waterloo, trzęsłam się z zimna. Bywałam już w Wielkiej Brytfannie po wielokroć na przełomie kwietnia i maja, i zwykle było uroczo. Nie tym razem. Lało. Wiało. Chciało mi się tylko zanurkować w ciepłą, krochmaloną, hotelową pościel, otulić pierzyną i tak leżeć.
Następnego dnia jednak poderwałam się dziarsko, wyjrzałam przez okno, zadrżałam, włożyłam rajstopki i udałam się najpierw do restauracji Joe Allen.
Joe Allen to kawał historii West Endu. Tę restaurację otwarto w latach 70. w Covent Garden, sercu teatralnego Londynu, jeśli nie Europy. Byłam w niej parę lat temu, zanim przegnano ją z dotychczasowej lokalizacji. Potem przygarnął ją hotel Strand Palace. Jest teraz trochę bardziej wytworna, ale nadal pełna teatralnych memorabiliów, plakatów podpisanych przez na przykład Lizę Minnelli, z pianistą grającym Sinatrę, z dobrym jedzeniem (nie wybitnym, ale dobrym).
Zjadłam, popiłam winem, wyszłam do Menier Chocolate Factory, położonej na południowym brzegu, nieopodal mostu Southwark. To istotnie jest budynek starej fabryki, który zamieniono na teatr. Bardzo przyjemne, kameralne, bezpretensjonalne miejsce.
Przyszłam tu, bo Samuel i Declan. Dwa niezwykłe talenty, dwa zwierzęta sceniczne. Dwaj aktorzy, którzy otwarcie mówią o swojej orientacji. Ale to nie jest, jak ktoś mógłby przewrócić oczami, kolejna sztuka o gejach. To bardzo tragiczna opowieść o relacji dwóch mężczyzn, którzy nie mogliby być bardziej różni. Jeden z nich jest więzniem politycznym, drugi – homoseksualistą skazanym za niemoralny występek. Obaj dzielą celę, więc i codzienność siłą rzeczy. Żeby zabić czas, Molina, poza więzieniem dekorator sklepowych witryn, opowiada Valentinowi swoje ulubione filmy, zwykle nędzne – ale gdy to robi, ich obskurna cela zmienia się w miejsce magiczne (wizualna strona tego spektaklu jest poruszająca, bo w czasie opowieści Moliny ściany ożywają dzięki kunsztownym animacjom, przywodzącym na myśl teatr cieni). Valentin nie wie, że Molina jest też szpiegiem, a paczki z dulce de leche, które otrzymuje, wcale nie są od jego matki; to nagroda za donoszenie. Molina jednakże jest też człowiekiem pełnym współczucia i jego nieoczekiwana pomoc współtowarzyszowi niedoli, gdy ten cierpi, znacząco zmienia ich wspólne relacje.
Oczywiście ta historia nie może skończyć się dobrze – i nie kończy się. Tylko bardzo nieczułemu widzowi nie pękłoby serce. Zwłaszcza że o ile Bennett – znany doskonale z roli Jezusa w niezapomnianym Jesus Christ Superstar w Open Air Theatre, granej z wielkim poświęceniem przez dwa sezony – tu jest dość wycofany (nie oznacza to, że nie jest dobry – po prostu jego rola ma nieco inny ciężar), o tyle Barnett jako Molina absolutnie kradnie show. Ten facet jest moim równolatkiem, ale na scenie, z ogoloną głową, w zwisających portkach, na bosaka wygląda tak chłopięco i krucho, że aż chciałoby się go przytulić. Zabrać stamtąd. Cela w argentyńskim więzieniu to nie miejsce dla takich. A jednak jego bohater okazuje zdumiewający hart ducha – i wtedy, gdy troskliwie, bez śladu obrzydzenia pielęgnuje chorego Valentina, i wtedy, gdy się kochają, i wreszcie wtedy, gdy wychodzi z więzienia na pewną w sumie śmierć. Molina we własnych oczach jest piękną, tragiczną bohaterką swoich ulubionych filmów.
Spłakałam się. Ludzie obok mnie też.

Otarłszy oko (wraz z makijażem) i odkrywszy, że na zewnątrz jest JESZCZE ZIMNIEJ niż było, popędziłam co koń wyskoczy nazad na West End, gdzie czekała moja wiśnia na torcie.
Nie będę was po raz kolejny wprowadzać w temat mojej wstydliwej słabości. Wiele już o tym napisałam, nie będę przynudzać. Przez lata słabość ewoluowała i mam nadzieję, że nie mam już tego odruchu, który kiedyś przyuważył miły współwidz oglądający razem ze mną niezapomnianego Zakochanego Szekspira (pan był uprzejmy powiedzieć mi, że wyglądam, jakbym oglądała mecz tenisowy, w skupieniu wodząc wzrokiem – myślałam, że spalę się ze wstydu).

W każdym razie, ponieważ uroczy ów dżentelmen cztery lata temu powiedział mi, żebym przyszła się przywitać następnym razem, to tak już z rozpędu chodzę, a on pewnie zadaje sobie pytanie, co takiego zrobił, że go pokarało taką babą.
Mniejsza.
Co kilka lat fundacja zajmująca się edukacją teatralną dzieci i młodzieży organizuje pewne osobliwe wydarzenie – mianowicie, stawia przed sądem jednego z szekspirowskich bohaterów. Bohater tenże grany jest przez prawdziwego, żywego aktora (przy okazji procesu Makbeta był to Christopher Eccleston), świadkowie również – ale proces odbywa się z udziałem prawdziwych, żywych londyńskich prawników. Tym razem zajęto się Ryszardem III.
Tu nieco uroczych (słowo klucz) szczegółów niedzielnego wydarzenia. Co prawda istnieje scenariusz, ale zwykle sprawy wymykają się spod kontroli, bo nigdy nie wiadomo, czy aktor nie spróbuje odpowiedzieć w kuriozalnie nieoczekiwany sposób, a prawnik nie zada mu pytania, którego w scenariuszu nie było (oni nie mają litości, naprawdę). Co niekiedy owocuje dialogami w stylu:
– Czy mógłby pan nam powiedzieć, książę Buckhingam, gdzie pan był, gdy…
– Nie.
– Pan jest aktorem?
– … To zależy.
Cudownie się to oglądało, było to kompletnie zwariowane (dwóch katów pokrętnie tłumaczyło sędziom, że małe dzieci oczywiście mogą uciec z Tower po ciemku, reżyser uznał, że słynny song z Króla Lwa idealnie pasuje do historii Ryszarda III – ale czyż nie?! – a tuż przed wyrokiem na scenę wtargnął naprany książę Clarence, wyjaśniając, że on wcale nie utonął w tej niesławnej beczce wina, tylko wypłynął na powierzchnię, i czy może jeszcze jakieś winko zostało?).
Po zakończonej uciesze wyszłam, ominęłam teatr, odczekałam swoje, pomachałam rączką do osoby, osoba odmachała mi i podeszła, by znowu powiedzieć, że miło mnie widzieć. Pewnie kłamie, ale doceniam.
– Co zrobiłeś z pogodą w tym kraju? – pytam, myśląc, że to anielskiej urody stworzenie widzi zapewne przed sobą mój zsiniały nos.
– Przepraszam… – odpowiada uprzejmie, mrużąc karmelowe oczęta w uśmiechu, bo to naprawdę miły człowiek jest. – Ale podobało ci się? Szalone było, prawda?
Tak, drogi, szalone.

Jak i moje życie.
Jutro ostatni dzień czytania książek, a potem znowu w drogę, dobrze znaną tym razem.

O partigiano, portami via

Mam wrażenie, że nadciąga moje osobiste załamanie pogody, to jest nastrój zjeżdża mi w dół. Już się nauczyłam to wyłapywać, gdy jeszcze jest to, powiedzmy, mżawka, a nie oberwanie chmury, i reagować. Tak, kochana, nie wszystko jest OK, ale wpływ masz na to żaden, więc nie ma co ani się dołować, ani bać na zapas. Zrób dla siebie coś miłego. ASAP.

Jeśli chodzi o weekend, sprawa była prosta. Na stare lata odkrywam, że dobrze sobie po prostu pomieszkać, posiedzieć we własnym fotelu, wypić herbatę z własnego kubka. Wyjść na miasto. Ostatnimi czasy rzadko to robię, bo weekendy na ogół spędzam poza Krakatau. Niemniej ponieważ zaczęłam mieć poczucie, że moje miasto przestaje być moje (ciekawe dlaczego, nie?), a dom przestaje być domem, postanowiłam zostać i trochę nacieszyć się Krakowem, który – choć wiele ma wad – wiosną jest jednak miastem bardzo przyjemnym i można spędzić cały boży dzień, przenosząc się z jednego kawiarnianego ogródka do drugiego.
Co też uczyniłam.
Dobrą decyzją było jednak zamieszkanie na moim brzegu Wisły. Podgórze przez 12 lat naszego wspólnego życia bardzo się zmieniło. Co prawda zatrważa mnie trochę liczba i tempo wyrastania nowych, podobnych do siebie osiedli, mam wrażenie, że niezupełnie w tę stronę miała iść cała ta rewitalizacja, ale – już nie muszę zasuwać do centrum, żeby dobrze zjeść czy napić się wina, czy też uratować się od nadciągającego kryzysu egzystencjalnego porcją lodów. Bo praktycznie wszystkie najlepsze knajpy otwarte ostatnimi czasy mam tutaj. W tym tę szczególnie ulubioną, Euskadi, w której mają najpyszniejszego kraba pod słońcem, a w sobotę podano mi taki sorbet lawendowy, że prawie się popłakałam nad nim z czystego szczęścia. Ja oczywiście od roku mam totalnego świra na punkcie hiszpańskiej kuchni (a w marcu on się jeszcze bardziej pogłębił, ten świr), ale zaprawdę powiadam, nie zna życia, kto nie jadł w Euskadi.
Skończywszy uprawiać bezczelny hedonizm, wróciłam do domu, by zmienić trampki na szykowne różowe czółenka i udałam się do mojej drugiej ulubionej dzielnicy, Nowej Huty. Napisałam już o niej wiele. I otóż moim zdaniem Nowa Huta wyrasta na alternatywne kulturalne serce Krakowa, pod względem teatralnym dzieje się tam tyle dobrego, że naprawdę trudno o inną myśl.
No i właśnie.
Jak się jest tępą dzidą, to czasem nie doczyta się godziny rozpoczęcia spektaklu wydrukowanej na bilecie, więc pędziłam na Osiedle Szkolne co koń wyskoczy, by przekonać się, że jestem o godzinę za wcześnie. Szczęśliwie w budynku Łaźni znajduje się Kombinator, klub taki, gdzie można wino wypić na leżaku i czas upływa miło na obserwowaniu słońca zachodzącego na nowohuckim niebie. Spędziłam zatem godzinę ponownie na bezczelnym hedonizmie, po czym weszłam na Łaźniową (Łaziebną?) widownię.
Wielkie, wielkie wrażenie zrobiło na mnie to, co zobaczyłam.

Jak po wielokroć pisałam, ja nie lubię, gdy teatr jest lekki, łatwy i przyjemny. No dobrze, od czasu do czasu tak, ale ogólnie uważam, że jego rolą jest zmuszanie widza do zadawania sobie niewygodnych pytań. Wytrącanie go ze strefy komfortu. Kolejna część tego wpisu poświęcona jest właśnie temu, jak mnie wytrącono. I jestem za to bardzo wdzięczna.

Konformista 2029 to spektakl na motywach powieści Moravii i filmu Bertolucciego, opowiadający historię – gdyby to ująć najprościej, jak to możliwe – człowieka, który chce po prostu być normalny, nie wyróżniać się, nie odstawać, a że akurat ruch faszystowski jest w modzie, no to przyłącza się doń, jak większość, to i ja, co nie. Jest to też spektakl, który uderza wizualnie, całą przestrzeń sceny wykorzystano do maksimum. Jest to spektakl świetnie zagrany. Nie ma w nim słabszej roli, ale prawda taka, że rządzi i na deski widzów powala Szymon Czacki w roli tytułowej. Szymonem Czackim nie sposób nie być zafascynowanym. Czacki jest przystojny. Czacki ma ten swój spokojny baryton, ale to ten rodzaj spokoju, który widzowi w głowie czerwoną lampkę zapala. Czacki gra bez jednej fałszywej nuty. Nie schodzi ze sceny przez ponad dwie godziny, a można się domyślić, że odrobinę wysiłku go ta rola kosztuje. I to jeden z tych aktorów, którzy mogliby obierać ziemniaki w kącie sceny, a wy klaskalibyście z zachwytem. A w tym spektaklu, jako mydłek i – cóż – konformista, człowiek bez właściwości budzi sympatię mimo bardzo wątpliwych wyborów życiowych i posunięć. Mój ulubiony typ bohatera – wiecie, że w sumie nie ma za co go lubić, właściwie należałoby mu napluć w twarz, ale jednak wbrew sobie trzymacie jego stronę.
Razem z nim gra w tym spektaklu Krzysztof Globisz, oczywiście uwielbiany w moim mieście, a odkąd po udarze postanowił wrócić do pracy, uwielbiany jeszcze bardziej. To troszeczkę oczywiście boli, widzieć, jak fenomenalny aktor musi zmagać się z własnym ciałem, które zbuntowało się przeciwko niemu, ale też jest niebywale budujące. Chapeau bas. I miałam nawet przez chwilę wrażenie, że on to swoje niedomaganie wykorzystał, budując rolę. To jest akt wielkiej odwagi.
I do tego jeszcze świetna – jak zawsze – muzyka Dominika Strycharskiego. Zresztą nie tylko muzyka, to coś znacznie więcej. On jest zawsze obecny na scenie. Dźwiękami komentuje to, co się na niej wydarza. Komentuje dosadnie.
To nie jest teatr, który pozwoli wam spokojnie sobie siedzieć i nudzić się przez dwie godziny dwadzieścia, ale przyznam, że dawno nie widziałam publiczności tak zaangażowanej i zafrapowanej, ciekawej, co się wydarzy. Tak bardzo skupionej. I sama chętnie obejrzę to znów, bo wyszłam z poczuciem, że wreszcie dostałam coś naprawdę mocnego, pod każdym względem.

Tyle relacji z Nowej Huty.
(Pojadę obejrzeć to znów).

W poniedziałek znowu polazłam do teatru, bo w obawie przed kolejnymi wyjazdami kupuję tak dużo biletów, jak tylko mogę, zanim znowu dokądś polecę*.
Poszłam na ulicę Krakowską. Tam, mamy w Krakowie ulicę Krakowską. Ponieważ dlaczego nie. Na rogu ulicy Krakowskiej i Skawińskiej, w tej spokojniejszej części Kazimierza, nieopodal Wisły, zainstalował się na nowo Teatr Nowy, teraz Teatr Nowy Proxima.
I w tym teatrze Iwona Kempa wystawiła przedstawienie na motywach powieści Vedrany Rudan, Murzyni we Florencji. Przedstawienie o współczesnej chorwackiej rodzinie. Z rodziną to wiecie – najlepiej na zdjęciu się wychodzi, ale po kolei. Córka (wspaniała Martyna Krzysztofik, której płacz i wściekłość są zaraźliwe) nosi jednak dzieci Serba, z którym zaszła w nieplanowaną i nie do końca chcianą ciążę. Jej matka pracuje we Włoszech, by utrzymać rodzinę – i buzuje w niej złość na nieudane życie; nic nie poszło tak, jak miało pójść. Ojciec, były żołnierz, cierpi na syndrom stresu pourazowego i głównie siedzi w swoim pokoju. Jego monolog, brawurowo podany przez Jacka Romanowskiego jest jednym z najbardziej przejmujących, jakie kiedykolwiek w teatrze słyszałam i jednym z tych, które chciałoby się odsłyszeć – okrucieństwo w tej opowieści jeży włos na grzbiecie. Gdyby to była telewizja, człowiek powiedziałby „nie, ja nie mogę tego słuchać” i zmienił pośpiesznie kanał. W teatrze widz nie ma takiego komfortu i dobrze, że nie ma. Babcia głównie rozważa, jak to niepotrzebnie szanowała swoją cześć za młodu, a puszczające się koleżanki miały przecież dużo wygodniejsze życie, miały na buty i dentystę. Brat wrócił z emigracji w USA, bo tęsknił za chorwackimi zachodami słońca, tak mówi, choć szybko okazuje się, że to nie całkiem tak było. Ogólnie niezbyt wesoło jest.
No i są te dwa bliźniaki w wodach płodowych, Cezar i Juliusz, Juliusz Chrząstowski i Sławomir Maciejewski, komentujące cudownie to, co słyszą, debatujące, co zrobią „jak się urodzimy, jeśli się urodzimy”. Czasami wpadają sobie w objęcia, czasami się kłócą, i cudowny, gorzki humor wprowadzają w tę sztukę.
Zagrane jest to, że palce lizać. Widać i słychać, że aktorzy rzucają się w ten przykry tekst na główkę, odważnie, do bólu, do łez. Widać i słychać też, że to wspólna praca, dobry i zgrany zespół. A w ten akurat poniedziałkowy wieczór obsada nieco się poszerzyła. Podczas przedstawienia na zewnątrz rozpętała się upiorna burza. Szum deszczu i pomruki gromów nieoczekiwanie stały się kolejnym aktorem tego spektaklu i zadziwiająco wymownym, doskonale wpasowującym się w jego brzmienie.

(A Juliusz Chrząstowski przez kilka minut siedział obok mnie i to mi, że użyję tej brzydkiej kalki, zrobiło dzień, bo ja go uwielbiam i kiedyś być może odważę się pójść i mu to powiedzieć).

*Niestety, jak właśnie się okazało, krakowski teatr będzie musiał obejść się beze mnie i ja bez niego przez kolejny miesiąc, jeśli nie więcej. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.

Prawdziwy fachowiec nie zaczyna pracy w poniedziałek

Mon Dieu.
Wróciłam w piątek wieczorem, po tradycyjnej już pogoni za samolotem przez frankfurckie lotnisko. Zdążyłam w weekend odpocząć, nasłonecznić się, przeczytać jedną średnio dobrą książkę i nacieszyć myślą, że w poniedziałek nie mam za dużo pracy.
W poniedziałek spakowałam laptop i ruszyłam do biura, rześka niczym skowronek. Coś mnie tknęło po drodze jednak, bo jakoś ciężko mi się ten laptop niosło. Zajrzałam do torby, spodziewając się znaleziska w postaci zapomnianej książki lub butelki wina, ale zamiast tego z przerażeniem skonstatowałam, że pomyliłam laptopy i zabrałam mój prywatny, nie tak nowoczesny i znacznie cięższy. Poirytowana wróciłam do domu, stwierdzając jednak, że nie ma tego złego, bo wobec tego z domu sobie popracuję. Znakomicie. Zasiadłam zatem zadowolona przed laptopem właściwym, by skonstatować po godzinie nonsensownej walki, że laptop absolutnie nie zamierza pozwolić mi się zalogować. Zadzwoniłam do miłej pani w odległym kraju na Wschodzie po pomoc, a pani po długiej inwestygacji rozłożyła rączki i rzekła, że nie ma to tamto, jedyną metodą jest udanie się do biura. Autorka zaklęła szpetnie, ponownie zgarnęła graty i po raz drugi wyruszyła do biura. Ponieważ było już mocno późno, zamówiła taksówkę. Taksówka przyjechała dość szybko, ale kierowca na wstępie oznajmił, że to jego pierwszy dzień i jeśli chcę zapłacić kartą, to on musi najpierw do kolegi zadzwonić, bo nie wie, co i jak. Następnie nieco się pogubił w mieście, a ja – z moim legendarnym zmysłem orientacji (tak, ja z tych, którzy kręcą mapą na wszystkie strony, żeby odnaleźć na niej swoje położenie, po czym ZAWSZE udają się w złym kierunku, by po przejściu dziesięciu kilometrów w niewłaściwą stronę zorientować się, że chyba coś nie tak) – nie mogłam mu pomóc. Nic to. Dojechaliśmy. Laptop odpalił. Dobra nasza.
Pięć minut później telefon.
Z informacją, że mój kolejny wyjazd prawdopodobnie przesunie się nieco. W tył się przesunie, czyli nastąpi wcześniej. Niedługo. Mogę już zacząć planować.

Ja się w sumie cieszę, tylko trochę się boję pójść z newsem do pana i władcy, bo on ma wielką cierpliwość do moich wojaży, a poza tym zawsze dostaje prezenty, ale jednak ciągłe odseparowanie to bolesna dość sprawa na dłuższą metę (sama sobie nie zdawałam sprawy, jak bardzo). Z drugiej strony ostatnio usłyszałam, że gdybym dokądś wyjeżdżała, to może on by wpadł na tydzień albo dwa. To jest całkiem istotna wiadomość, gdyż pan i władca uwielbia podróżować – pod jednym warunkiem. Że prowadzi. Bardzo to lubi, twierdzi, że go to relaksuje i faktycznie, gdy jedzie się z nim samochodem, to ten samochód jakby płynie (trochę szybko, ale jednak). Niestety słabo zna się na prowadzeniu samolotów i… boi się latać. Zupełnie jak mój ojciec, którego od lat bezskutecznie namawiam na wspólną wycieczkę.

W każdym razie był to najbardziej poniedziałkowy z możliwych poniedziałków. Bogu dziękować, że windy nie mam, bo na sto procent zacięłaby się ze mną w środku.
Teraz już z górki, co nie? Byle do piątku. W sobotę idę do Łaźni na przedstawienie z Szymonem Czackim, a ja się w nim skrycie kocham (kto się nie kocha, bądźmy szczerzy). A w kolejny weekend, uprzedzam lojalnie, unikajcie tego miejsca, bo hiperglikemia murowana. Innymi słowy, wszystko po staremu.

Lux in tenebris

Już była nasza bohaterka w ogródku, już witała się z gąską, a tu, obrazowo rzecz ujmując, dupa blada.
Innymi słowy, choć moje zesłanie do Luksemburga miało trwać niecałe dwa tygodnie, potrwa jednak trzy z okładem. Dowiedziałam się w środę po południu. Bilety oczywiście horrendalnie drogie, jako i hotel, ale to nie mój problem, nieprawdaż.
Luksemburg, jaki jest, wszyscy wiemy. Pisałam.
Lubię go i zarazem nienawidzę. O tym też pisałam.
Zaskakuje mnie czasami niebem z obrazów, olśniewającym chiaroscuro, ale proszę, ja bym chciała nieco życia! Chciałabym też wykorzystać moje bilety do teatrów w Krakowie, które kupiłam na ten akurat tydzień, a których nie wykorzystam.

Moja mama:
– Dziecko, ale ty się ubierz ładnie, jak do takiego porządnego hotelu jedziesz.
Ja:
– Jasne.
Poleciałam w dżinsach i pepegach. Taksówkarz bardzo zaangażowany.
– Bo wie pani, ja mam taką stałą klientkę i ją zawiozłem z psem do weterynarza akurat tu w Podgórzu, to tak pomyślałem, że zdążę z panią obrócić na lotnisko, bo pieskowi zabieg się kończy w południe… A dokąd pani jedzie? Luksemburg? Zawsze mi się myli z Liechtensteinem. Ładnie tam? Nie byłem. Ale to jakieś stare księstwo jest, nie? 

Wyjeżdżamy na obwodnicę. Pan kierowca gaz do dechy dociska stanowczo, fucząc pod nosem na kierowców z Wieliczki, a przy okazji nieprzerwanie monologuje. 

– Ja to Włochy kocham. Pani też? Przysięgam, kiedyś wezmę miesiąc urlopu i będę jeździł po Włoszech. Kiedyś byłem w Mediolanie, i wie pani, ta kawa! Teraz mnie trochę nie stać, bo mieszkanie remontuję, ale tak jeszcze z rok i jadę. Cała Toskania moja.
Na randce wczoraj byłem. Fajna knajpa, już pani pokażę nazwę… Też tam u nas w Podgórzu. Bardzo dobra knajpa, dziewczyna zamówiła krewetki, no drogie były, ale jak ja idę na randkę, to idę. Nie ma, że drogie. A to jest świeża sprawa, wie pani. Bo ja rozwiedziony. Przez pracę. Nie, proszę jeszcze nie wysiadać, podjedziemy pod drugie wejście, tamtędy szybciej.

– A ten piesek, po którego pan jedzie z powrotem – pytam. – To coś poważnego?
– Dwa guzy miał wycięte. Dwanaście lat. Taki mały, sympatyczny. 
– To proszę jechać.
– Do zobaczenia. Proszę tam do tego księstwa dolecieć. 
– Do zobaczenia!

Gudden Owend

Wróciłam z wakacji, przepakowałam walizkę i poleciałam do pracy. Nie pierwszy raz, ale szczerze pisząc, powoli myślę, że może czas rozważyć opcje, jak to mówią. Nawet nie z powodu takiego, iż to męczące, choćby człowiek nie wiem jak zaklinał rzeczywistość – ale z takiego, że coraz bardziej tęsknię. Na niewyspanie, zaczerwienione oczy i katar od klimatyzacji (tu pragnę podziękować pani w lotniskowej kasie, która zaoferowała mi chusteczki, mówiąc, że ma ten sam problem) można znaleźć lekarstwo. Kupię sobie fajny kremik, zjem coś dobrego, może nawet pośpię do dziewiątej w wolny dzień. Na tęsknotę lekarstwa nie ma. Tęsknoty nie ucisza nic, choćby gadało się znowu do rana – koleżka bardzo późno chodzi spać, więc niby zawsze mogę zadzwonić, ale to nie to samo. Tęsknię za tym zapachem, ale też za mamą przypominającą, czy zapłaciłam rachunki („eee… pewnie!”) i za znajomymi, z którymi można zjeść sobotnią kolację.

Luksemburg nic się nie zmienił od mojej ostatniej wizyty, poza tym, że ma tramwaj. Luxemburgery, ludzie bardzo oszczędni, strasznie byli przeciwni temu tramwajowi, bo w sumie – i taka prawda – nie jest on im bardzo potrzebny. Komunikacja publiczna w mieście jest w miarę dobra (poza nim to inna sprawa), w soboty darmowa i jak na ten kraj, raczej tania – dwugodzinny bilet kosztuje raptem 2 eurasy. Ale się uparli, bogaci, to mogą i teraz mają tramwaj, który zasadniczo ma trasę krótką, bo kursuje li po Avenue Kennedy w Kirchbergu, biurowo-europejskiej dzielnicy Luksemburga. Tramwaj jest wspaniały, siedzenia podświetlane, o każdym przystanku uprzejmie informuje inna muzyczka, ale Kirchberg to Kirchberg. Szkło w dole i ołowiane niebo w górze. Podobne do siebie, niskie biurowce. Podobni do siebie ludzie wchodzący i wychodzący do nich, kursujący na trasie biuro-hotel-biuro-hotel, z atrakcją w postaci dodatkowego kursu na lotnisko w piątek wieczorem.
I ja.
Też podobna.
Jestem przez parę dni, wyjadę, wrócę, wyjadę, jak większość tutaj. Podobna do wszystkich i do nikogo, ubrana w bezpieczne biurowe kolory, tylko może te brzęczące bransoletki mnie odróżniają. Bez bransoletek się nie ruszam, jak i bez mojego wisiorka – właściwie nigdy go nie zdejmuję, czego skutkiem wieczna biała plama na opalonym dekolcie.

Lubię Luksemburg za ten spokój i porządek, ale zarazem właśnie za to go nie lubię. W różnych miejscach byłam przez ostatnie dwa i pół roku, i tylko w tym jednym ani na chwilę nie udało mi się zadomowić. Nie wiem, feng shui nie takie czy co, ale nawet mimo posiadania znajomych na miejscu czuję się tam obco, nie potrafię się zrelaksować. Nie jestem w tym osamotniona. W mieście Luksemburg trudno nie odnieść wrażenia podobnego do tego, jakie ma się w lotniskowej poczekalni – nikt nie jest stąd. No i ta pogoda zasmucająca, przy której słynna angielska to nieomal Majorka. Oczywiście jest to kraj malowniczy i ze wspaniałą historią, a starówka jest bardzo ładna, ale nic na to nie poradzę, że czuję się tam jak w „Truman Show”, jakby to wszystko była scenografia.
We wtorek o świcie lecę tam znów.
Przynajmniej białe wino mają w porządku, naprawdę, z doliny Mozeli.

20180328_193327.jpg

Yo solo quiero pegar en la radio

Pierwszą moją zagraniczną podróż odbyłam do Hiszpanii.
Było to wiele lat temu, w czasach, gdy nikomu nie śniły się tanie linie lotnicze, a Polska wstąpić miała do Unii Europejskiej dopiero w kolejnej dekadzie. Wówczas podróż na Półwysep Iberyjski zabierała dwa mordercze dni. Niewiele pamiętam z tamtej wycieczki, bo miałam raptem 14 lat i byłam irytująco zblazowaną nastolatką, a przeładowanie wrażeniami też zrobiło swoje – zostały mi w pamięci pojedyncze obrazki. Bardzo barwne.
Potem, po wielu latach, zdarzył mi się Madryt – dwukrotnie, raz w 2011, raptem na parę styczniowych, samotnych dni i w ubiegłym roku, na cały szczęśliwy miesiąc z okładem. Wtedy na dobre straciłam głowę. Ale wcale nie zamierzałam wracać tam na wakacje. Ponieważ jednak obecnie tanie linie lotnicze nikomu już nie muszą się śnić, a ja czasami lubię od niechcenia sprawdzać ceny biletów, to jakoś tak wyszło, że przypadkiem nabyte zostały dwa takie na Wyspy Kanaryjskie, dla mnie i mojej madre. Pomyślałam, że słońce dobrze mi zrobi, a przy okazji są tam przecież góry i szlaki. Znakomicie. Czego chcieć więcej. Przypomniałam sobie nawet, że dawno temu kupiłam przewodnik po Teneryfie dla piechurów. Odkopałam go, odkurzyłam, spakowałam plecak, zasznurowałam pepegi i w drogę.

Banalne to stwierdzenie, ale słońce leczy.
Naprawdę.
Wiatr i zmęczenie też leczą. Zatrzymałam się na chwilę po drodze na Montaña Blanca (taka górka skromna, 2748 metrów n.p.m., przylepiona do majestatycznego Teide), zdyszana, było mi jednocześnie zimno i gorąco – bo wicher lodowaty, poza tym wysoko, ale słońce paliło niemiłosiernie – i złapałam się na tym, że uśmiecham się tak szeroko, że aż twarz mnie boli. Byłam zmęczona, spocona, piekły mnie opalone policzki, niemniej czułam się obłędnie szczęśliwa. Bo tak. Dawno mi takie czyste uczucie szczęścia przez nerwy i żyły nie przebiegło, od włosów po palce stóp.

Do rzeczy wszak, do rzeczy.
Oczywiście, jak to ja, wybrałam sobie mieścinę maleńką, żaden tam hałaśliwy kurort, bo nie lubię. Do mieściny maleńkiej musiał nas dowieźć autobus, a te na wyspie funkcjonują zaskakująco sprawnie, co prawda jak we Włoszech nie ma co za bardzo przywiązywać się do rozkładu jazdy, ale prędzej czy później autobus – zielony, z uśmiechniętym kierowcą słuchającym bachaty lub transmisji meczu – przyjedzie. Kierowcy chętnie zwalniają, by komuś pomachać, wdają się w konwersacje, czasami gubią drogę przy okazji objazdów i ogólnie sympatycznie się jedzie.
Wysiadam. Przystanek jest na rogu, parę metrów po lewej koniec ulicy i morze, parę metrów po prawej koniec ulicy i plantacja bananów. Dzwonię domofonem.
– Hola – mówię, bo tyle potrafię, przedstawiam się i dalej już śmigam po angielsku, by usłyszeć, że osobnik po drugiej stronie odwiesił słuchawkę. No, fajnie się zapowiada, doprawdy. Chwilę później słyszę jednak, że kilka pięter wyżej otwiera się okno i widzę, że ktoś macha zapamiętale, pokazując, że zaraz zejdzie i otworzy drzwi. Półtorej godziny później zasypiam kamiennym snem, a na ulicy dokazują marcowe koty. Przed świtem budzi ptasie radio.
Po świcie wyruszam w poszukiwaniu kawy. Może nie bardzo po świcie – w Hiszpanii dzień wstaje powoli, nie ma do czego się śpieszyć. Kawy za to szukać nie trzeba. Kawę podają na każdym rogu. W barze niekoniecznie ładnym, czasami nieco obskurnym nawet, ale cortado jest mocne i gorące, gdyby chciało się przekąsić kanapkę, to coś się znajdzie, na blat wyjeżdża świeża tortilla, gazetę też można poczytać. Trzeciego poranka w takim miejscu traktują człowieka jak swojego. Nieopodal panowie w porcie odpływają kutrami w morze, po świeże ryby, które wieczorem lokalne knajpy będą podawać na kolację.
(Nawiasem mówiąc – gdybyście, jeżdżąc po Teneryfie, zawędrowali do Playa de San Juan, małego rybackiego miasteczka w odległości paru przyjemnych godzin nadmorskiego marszu od klifów Los Gigantes, koniecznie proszę odwiedzić cudowną piekarnię 100% Pan y Pasteleria – fenomenalne, chrupiące pełnoziarniste pieczywo, pyszne ciacha w kształcie – na przykład – ust Marilyn Monroe, doskonała kawa. Taki skarb mały, dobrze ukryty w niedużej mieścinie. Łatwo trafić, nos was zaprowadzi).

Teneryfa to jest oczywiście miejsce, które – i ja im się wcale nie dziwię – ukochali sobie zamożni europejscy emeryci, więc w co większych ośrodkach można poczuć się jak w jakiejś osobliwej angielskiej czy też germańskiej kolonii. Bogiem a prawdą, gdybym mogła, też bym tam sobie kupiła jakiś schowek na szczotki i spędzała tam zimy. Ale wystarczy wyjechać poza te większe ośrodki i oczy nie nadążają rejestrować zachwytów. Jest to bowiem wyspa arcypiękna, wyspa poryta głębokimi wąwozami, wyspa zatok z ostrymi skałami i szalejącymi falami, wyspa czarnych, wulkanicznych plaż i górskich lasów zanurzonych w wiecznej mgle, wyspa sucha i surowa na południu i kipiąca świeżą zielenią na północy. Wyspa z najwyższym szczytem Hiszpanii, El Teide, którego szczyt z dołu przez większość dnia bywa niewidoczny. Szlaki wychodzące z El Portillo (dalej droga jest w remoncie, co znacząco skomplikowało mój starannie obmyślony plan wycieczki) prowadzą już nad chmurami.
Na rozgrzanie wybrałyśmy się do Barranco del Infierno. Ten wąwóz był przez parę lat zamknięty po tym, jak spadający kamień niestety zabił turystkę i po otwarciu każdy z raptem 300 wchodzących dziennie musi włożyć twarzowy kask. Mam zdjęcie w kasku. Nie pokażę. W każdym razie jest to bardzo miły, rekreacyjny marsz ścieżką momentami nieco eksponowaną, potem już wzdłuż strumienia, aż do wodospadu. Rudziki podśpiewują nad uchem, sokoły krążą wysoko. Gdy człowiek nieostrożnie stanie, gołą łydkę oparzy pokrzywa, świeża, wiosenna. Albo kolec kaktusa popieści.
Po marszu bez dwóch zdań należało się wzmocnić. Nie było to trudne, ponieważ w kraju tym cudownym jedzenie jest wszędzie, a dzień wcześniej wyczytałam na plakacie w mieścinie, że urządzają noc wina i tapas. Należało tylko nabyć kuponiki w biurze informacji turystycznej (jeden kuponik za jedno euro = jeden kieliszek wina, żyć nie umierać). Nie była to może największa impreza, w jakiej brałam udział – bo i miasteczko małe, i dopiero marzec – ale bardzo urocza. Był wielce zaangażowany DJ, był zespół rzępolący dość okrutnie, były bodegi z butelkami, z których szczodrze nalewano, i solidne porcje tapas, dla przykładu kałamarnica. Przyznam szczerze, że dawno tak dobrze się nie bawiłam (dawno nie bawiłam się w ogóle). Kuponiki nabyte zawczasu jakoś szybko nam się skończyły, ale w jednym z namiocików sprzedawano nowe, więc ustawiłyśmy się w ogonku, bo madre jeszcze bardzo chciała spróbować różowego wina (które było doskonałe, a ja różowego nie lubię, więc zważcie moje słowa) i kanapek z rybką. Niestety wszystkie spalone w górach kalorie – niby nie wierzę w nie, bo czy kto kiedy widział kalorię?… – wracały jak bumerang, tego dnia i we wszystkie inne. Warto pamiętać bowiem, że w tym strasznym kraju przystawka potrafi być wielkości dania głównego, i że dużym błędem może okazać się zamówienie croquetas i tortilli, a potem jeszcze dorsza. Ale z drugiej strony jak sobie odmówić? Grzech.

Minęło parę uroczych, leniwych dni w mieścinie – jednego z nich biegałam po niezbyt licznych sklepach w poszukiwaniu bikini, japonek i mocniejszego środka na słońce, bo zapowiadane 20 stopni zamieniło się w rasowy letni dzień i do końca mojego pobytu pogoda była nie całkiem zgodna z prognozami, ale za to jak malowanie. Wreszcie ponownie wsiadłam do zielonego autobusu i pojechałam do Puerto de la Cruz na północy, bo stamtąd najłatwiej dostać się w pobliże Teide. Puerto de la Cruz to już kurort pełną gębą, ma więcej niż trzy ulice, ma Starbucksa i supermarkety. W Puerto de la Cruz chodzi się głównie w górę i w dół, bo tak jest położony, więc znakomite miejsce, by niechcący zadbać o kondycję po drodze do i z knajpy. Jak dla mnie troszkę to już za duża miejscowość na wakacje, ale tak czy inaczej przyjemna. Poza tym każdego ranka wychodziłam na balkon, a przede mną, nad pobliskimi dachami i koronami drzew, pysznił się ośnieżony wierzchołek wulkanu. Tenże wydaje się na wyciągnięcie ręki, ale dotarcie doń komunikacją publiczną – która, choć niestrudzona, nie jest dla tych, którym zależy na czasie – zajmuje blisko półtorej godziny. A ostatni autobus powrotny odjeżdża o 16:30 i nie ma zmiłuj. Udało mi się wleźć na tę nieszczęsną Montaña Blanca i wrócić na czas, choć prawda taka, że w okolicy bardzo chętnie zostałabym na kolejne dwa lub trzy dni. Jest tam gdzie łazić, a szlaki są przepiękne – w dole morze chmur, wokół pustka, krajobraz niemal marsjański, w pewnym momencie śpiew ptaków ucicha, bo już nic tam nie rośnie. Jesteście tylko wy, góra, oślepiające słońce i wiatr. Wieje potężnie, spycha ze ścieżki, przeszywa do szpiku kości; pośpiesznie wyjmowałam z plecaka rękawiczki i żałowałam, że nie zabrałam czapki.
Wspaniale.

Jakiż wielki był smutek na lotnisku.

Myślę, że wrócę.

A teraz przepraszam, muszę iść. Trzeba się pakować. Jutro w południe lecimy do roboty.

A dzieci, wiem coś o tym, latają samolotem

Dobry wieczór.
Jutro jadę na urlop. Szok i niedowierzanie, ale nie będę ganiać po teatrach, tylko spacerować nieśpiesznie po górach – w tym jednej całkiem wysokiej, bo ponad 3500 metrów ma dziewczyna – i plażach kraju, w którym wszyscy wiedzą, jak mam na imię, choć im się nie przedstawiam.
Kolesie w pensjonacie, w którym zaklepałam nocleg, mówią tylko po tubylczemu, więc właśnie wysmarowałam im, spociwszy się nieco (bo ja tylko „hola”, „caña”, „para compartir”), piękny mail po ichniemu. Oby zrozumieli, bo muszą mi jutro około dwudziestej klucze do kwaterki wydać.

Z urlopu wracam w przyszły piątek. W niedzielę odlatuję do znanego z pięknej pogody i bujnego życia nocnego Luxembourg City. Na dwa tygodnie. Co dalej, zobaczymy. Pan i władca coś nawijał, że mógłby może spróbować wpaść, ale najwyższy szczyt w Luksemburgu ma 560 metrów, a długość tras narciarskich w ogóle to aż 2 kilometry. No to ja nie wiem, co on miałby tam robić. Musiałby ze mną całe dnie spędzać.
Wcale nie chcę go znowu zostawiać, jeśli mam być szczera. Wolałabym z nim na kanapie siedzieć.

Witajcie w moim życiu.

Kiedyś chciałam podróżować.
I mam za swoje.

A marble mask of girlish innocence, the mouth caught in a shy smile

Hamilton i po Hamiltonie.
Obudziłam się rano w pokoju tak zimnym, że spacerek do łazienki – że nie wspomnę o stąpnięciu na łazienkowe kafelki (dla krakusów tłumaczenie: flizy) – urasta do rangi prawdziwej wyprawy. Wyglądam przez okno. Płatki śniegu wirują romantycznie. Wzdycham i odpalam czajnik, bo wiecie, wspaniałością angielskich pokoi hotelowych jest to, że mogą być rozmiaru schowka na miotłę, ale czajnik zawsze się w nich zmieści.

Pomysł marszu do Trafalgar Studios zarzuciłam natychmiast po wyjściu na zewnątrz. No wolne żarty. Ja wypraszam sobie. Wiatr zwiał mi kaptur, śnieg mnie spoliczkował, więc ślizgając się nieco na oczywiście, że nieodśnieżonym chodniku dotarłam do stacji metra i z fasonem zajechałam na Trafalgar Square. Ponieważ ja zawsze boję się o to, że się spóźnię, to zawsze jestem wszędzie zbyt wcześnie. Szczęśliwie Trafalgar Studios to miejsce ciepłe i wygodne, z przytulnym barem i miłą obsługą.
– Dzień dobry, poproszę o białe wino i o program.
– Bardzo proszę. Uwielbiam to przedstawienie – mówi barman. – Widziałem je ponad dwadzieścia razy. Jest troszkę creepy, ale wspaniałe. A ja nawet nie lubię musicali.
Bo jest wspaniałe. I owszem, creepy, ale czegóż można spodziewać się po adaptacji mrocznej powieści Victora Hugo o chłopcu z twarzą wskutek okaleczenia wykrzywioną w wiecznym uśmiechu, przypominającej baśnie braci Grimm, adaptacji intymnej i powalającej perfekcją wykonania? Same głosy protagonistów – Louis Maskell powaliłby mnie na kolana, gdybym nie siedziała w pierwszym rzędzie tuż przy scenie i nie miała jak uklęknąć. Ursus Seana Kingsleya.
I Lalki. Mój Boże, lalki.
I Julian Bleach. Julian Bleach to jest zwierzę sceniczne, pamiętny Machiavelli z Rodziny Borgiów i bardzo wszechstronny artysta, współtwórca musicalu Shockheaded Peter.
Teatr był raczej pustawy, bo pogoda, zatem przesiedziałam grzecznie pierwszy akt w pierwszym rzędzie, oglądając każdy wytarty obcas i każdą kroplę potu – uwielbiam to – ale w antrakcie zapytałam grzecznie dżentelmena sprzedającego lody, czy może mogłabym się przesiąść, żeby zobaczyć to przedstawienie z innej perspektywy. Skoro tyle pustych miejsc…
– Pewnie tak, ale ja zawołam szefową – powiedział.
– Nie, proszę sobie nie robić kłopotu…
– To żaden kłopot.
Wtem wyrosła przede mną dziewczyna z pomazanym markerami planem widowni i rzekła:
– Możesz usiąść tam. Stamtąd najlepiej widać.
To prawda.
Ogromnie mi się to podobało. Z wielkim smakiem i miłością zrobiona rzecz, bardzo równo zagrana, z wielkim zaangażowaniem, mroczna i wzruszająca, choć i zabawna momentami. Trochę istotnie musical dla ludzi, którzy nie lubią musicali. Zresztą mimo, że publiczności było niewiele, to nagradzała wykonawców rzęsistymi brawami i owacją na stojąco. Niedługo piękny ten spektakl schodzi z afisza, więc warto obczaić, jeślibyście wybierali się w kierunku miasta Londyn.

No dobrze. Opuściwszy teatr, uznałam, że warunki atmosferyczne nadal urągają mej godności, więc jak najprędzej przebiegłam do Wyndham’s Theatre, gdzie oczekiwali mnie Lesley Manville, nominowana do Oscara, i niejaki Jeremy Irons, też swego czasu nominowany i nawet zdobywca takiego. Oczywiście zawsze marzyłam, by zobaczyć go na scenie, bo któż nie marzyłby o tym. Nie podejrzewałam, że będzie to prawdopodobne, ponieważ w ostatnich latach w teatrze zbyt często się nie pojawiał, a w jednym z wywiadów w ogóle rzekł, że on to nigdy do pracowitych nie należał, a teraz jest już w tym wieku, że woli żaglówkę albo spacer z psem. Możliwe zatem, że Zmierzch długiego dnia to ostatnia szansa, by go na scenie zobaczyć. No to skorzystałam. Przebrnęłam przez te urągające mej godności warunki atmosferyczne z egzemplarzem sztuki pod pachą, na wszelki wypadek. Sztuka jest to wyjątkowa, uważana za absolutne arcydzieło, na poły autobiograficzna. Zgodnie z żądaniem jej autora, Eugene O’Neilla, miała zostać opublikowana najwcześniej 25 lat po jego śmierci, ale wdowa po nim sprzeciwiła się jego woli i wymusiła publikację, w ślad za którą oczywiście poszły pierwsze wystawienia. I dlaczego jest to arcydzieło, państwo zapytają. Jest to tylko przecież, w gruncie rzeczy, faktycznie opowieść o długim dniu w życiu rodziny. Nawet nic szczególnego się nie wydarza.
Tyle że jest to rodzina głęboko dysfunkcyjna. Pozornie wszystko wygląda ładnie. Niemniej każdy – ojciec, matka i dwóch synów – jest uzależniony. Mężczyźni piją od rana. Matka ma problem z morfiną, co nieudolnie ukrywa. Niby była na leczeniu, ale wróciła do nałogu. Wraca na oczach widzów. No, niby nie, bo odurza się w zaciszu sypialni, dyskretnie, ale i rodzina, i widownia zauważają, że po raz wtóry walkę przegrała, że z każdym jej pojawieniem się w salonie jest coraz gorzej, że jej dziwne zachowanie i nieskładna, rozwlekła paplanina to nie efekt bezsenności, ale tego, iż daje sobie w żyłę. Jakby tego było mało, ojciec zdaje sobie sprawę, że synowie kradną mu alkohol. Pod pięknym dachem wytwornego domu wszyscy ciągną siebie nawzajem w dół, w opary morfiny i whisky, wyrzucając sobie kolejne winy.
Bardzo, BARDZO przykry jest to spektakl.
Mało brakowało, a bym go nie obejrzała jednakże. Przez własne roztargnienie.
Wchodzę bowiem do teatru, odstaję swoje w kolejce do kasy, przedstawiam się uprzejmie, a pan w okienku mi mówi, że takiego nazwiska nie ma na żadnym z biletów w pudełku. Ale jak to. Przecież dostałam potwierdzenie transakcji i wszystko… Koleżanka pana w okienku mówi, że sprawdzi w systemie i sprawdza.
– Tak, ale hm, pani ma bilet na jutro…
Międlę w ustach żarliwe polskie przekleństwa pod własnym adresem. Niemniej, jak mawia moja mama, co drugi głupi ma szczęście.
– A czy są jakieś wolne na dziś? – pytam, przeprosiwszy po wielokroć. Pani w okienku kiwa głową.
– Są. Właściwie to będzie pani miała lepsze miejsce.
I miałam, nie dopłaciwszy ani grosza. Doskonałe.

Po spektaklu skręcam za róg, spodziewając się tłumu spragnionych ogrzania się w blasku gwiazdy fanów.
„Za róg” oznacza St Martin’s Court. Uliczkę pomiędzy dwoma teatrami, zakończoną z jednej strony Charing Cross Road i zawsze tłoczną stacją metra, z drugiej legendarną restauracją Sheekey’s, gdzie ochoczo pija wino lud pracujący West Endu po zakończonych spektaklach. Jeśli czytaliście „Rzeki Londynu” Aaronovitcha, to jedna z kluczowych scen właśnie w tym maleńkim kawałku Londynu ma miejsce. Nawiasem mówiąc, tam właśnie mój pierwszy stagedooring uprawiałam. I jak to się skończyło, wszyscy wiemy.
Skręcam zatem.
Chwileczkę. Gdzie są wszyscy?
W pustym zaułku stoi nas aż troje. Troje plus radosny stage door manager o imieniu Joshua.
Oczywiście jak to ja, myślę nerwowo o tym, co powiedzieć, gdy Jeremy wreszcie opuści teatr. Pierścień ucałować czy co. To Jeremy Irons w końcu. Deprymująca dość postać.
– A jeśli nie wyjdzie? – pyta nerwowo chłopak obok mnie. Joshua uśmiecha się ze spokojem człowieka, który wie więcej niż śmiertelnicy.
– Wyjdzie.
Po czym Joshua zajmuje się demontowaniem barierek, bo troje zziębniętych okularników najwyraźniej nie stanowi zagrożenia dla gwiazdy w jego doświadczonych oczach.
No i wychodzi. Wysoki, siwiejący, w szaliku.
– O rety, przepraszam, pewnie zmarzliście! Podobało wam się? A skąd jesteście?
Trochę zmarzłam, i owszem, ale żeby od razu narzekać, to nie.
Jeremy Irons składa zamaszysty podpis na moim egzemplarzu sztuki, Sincerely, Jeremy Irons.
Och.
Wracam metrem do hotelu, tuląc tę książczynę do piersi jak skarb największy.
Jeremy musiał być w dobrym humorze, albo po prostu żal mu się zrobiło tych skostniałych śmiertelników, bo choć podobno nie zgadza się na selfies, chłopak oczekujący ze mną dał radę go uprosić. Czyli ludzki człowiek jednak.

Dzień trzeci.
Z obawą pewną wyjrzałam przez okno.
Śnieg padał.
Nic to. Udałam się do Royal Academy na świetną wystawę zbiorów króla Karola I – bardzo polecam, może w życiu królowi za bardzo się nie powiodło i skończył na szafocie, ale kolekcję dzieł sztuki zebrał efektowną – po czym na południowy brzeg, do Bridge Theatre, gdzie Ben Whishaw gra obecnie Brutusa w Juliuszu Cezarze. Opuściłam stację London Bridge bardzo niewłaściwym wyjściem, więc krążyłam w tej cholernej chlapie coraz bardziej zirytowana, wypatrując rozpoznawalnych punktów na horyzoncie (oczywiście w drodze powrotnej odkryję, że nadłożyłam znacznie drogi, choć byłam bardzo blisko i zamiast miotać się jak ta głupia, mogłam w kwadrans być u celu).
Juliusz Cezar to jedna z moich ulubionych sztuk Williama S. To rasowy, emocjonujący kryminał. Opowieść o ludziach chorych na władzę. Bardzo, bardzo mocno rezonuje w naszych brzydkich czasach.
Twórcy tego spektaklu mocno go unowocześnili, rozpoczynając go sceną wyborczego wiecu z głośno grającym bandem, wiwatami i powiewającymi chorągiewkami, ale co ciekawsze, obsadzili widownię w roli rzymskiego tłumu. Ci, którzy wybrali miejsca stojące (za jedyne 15 funtów), mają aktorów na wyciągnięcie palca, ale też są przepychani z kąta w kąt, wrzeszczy się na nich lub zachęca do wznoszenia okrzyków, rozlegają się strzały i ktoś krzyczy: GET DOWN!, i rzymski tłum kuli się na lepkiej podłodze.
Czytałam ciekawą recenzję tego przedstawienia, autorstwa człowieka znanego mi z czytanek, szekspirologa. Napisał on otóż, że o ile sam spektakl jest znakomity, to jednak pewna subtelna granica została przekroczona – ludzie bowiem nie powinni w teatrze się bać. Oczywiście, on może sprawiać, a nawet czasem dobrze, by sprawiał, że poczujemy się niekomfortowo, że zaczniemy zadawać sobie pytania, ale nie powinien wzbudzać w nas lęku, bo to o krok za daleko, szczególnie w czasach, gdzie dźwięk wystrzału w ciemności, niechby ślepakiem – kto by się zastanawiał – może wywołać prawdziwą panikę, w tłumie niebezpieczną.
Może i trochę ma rację. Z jednej strony ja wcale nie uważam, że teatr powinien być miejscem całkowicie komfortowym i nigdy nie wytrącać widza z równowagi, wprost przeciwnie. Z drugiej… rzeczywiście nie powinien wywoływać lęku.

Powróciwszy do hotelu, nastawiłam budzik na rozkoszną czwartą trzydzieści, by jak najwcześniej dotrzeć na lotnisko; wszak nie mogłam być pewna, że mojego pociągu też nie odwołają. Ponieważ jednak zasnąć nie mogłam, zmrużyłam oko jakoś w pobliżu drugiej. I znowu wróciłam z urlopu zmęczona. Droga redakcjo, co ja robię źle?…