Don’t forget what happened to the man who suddenly got everything he wanted

Witajcie, majowe jutrzenki.
Jak u szanownych powrót do pracy po przydługim weekendzie? Łzy otarte? Wgłębienie w ścianie od walenia głową wyżłobione? Ile kaw się wypiło, ile westchnień z głębi trzewi wypuściło? Ile nieprzeczytanych wiadomości zastało się w skrzynce, po czym rozważało, czy ich autorzy kiedykolwiek zauważą brak odpowiedzi?
Nie martwcie się. Jutro piątek.

Przeczytałam dziś dość ciekawy artykuł o tym, jak dziewczyna wyskoczyła z $500, żeby zobaczyć osławionego Hamiltona, musical, na który do końca roku bilety są wyprzedane i warte – ponoć – wycięcia sobie nerki, tak dobra jest to rzecz. Innymi słowy, to bilety tak gorące jak te do fabryki Willy’ego Wonki.
Najpierw pomyślałam, że trochę przesada. W końcu to tylko przedstawienie. Czy warto głodować z powodu przedstawienia?
A potem przypomniałam sobie wszystkie moje „och, trudno, później będziemy się martwić”. Znam doskonale uczucie, gdy człowiek po prostu MUSI coś mieć. Coś zobaczyć. Czegoś doświadczyć na własnej skórze. Nie to, że chciałby. O, nie nie. To nie życzenie. To silny wewnętrzny przymus, który sprawia, że nie sposób sobie wytłumaczyć, że coś jest nierozsądne. Może inaczej. Wie się doskonale, że to nierozsądne, tylko że ta wiedza ani trochę nie przeszkadza w objęciu kursu na przygodę. Nie powstrzymuje. Całe to przekonywanie siebie „mogę bez tego żyć, nie ma co szaleć” to w gruncie rzeczy ściema, bo już i tak decyzję się podjęło.
Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, że wydawanie na rzeczy umiarkowanie istotne pieniędzy, których się nie ma lub takich, których brak jakoś tam jednak w budżecie się odczuje, jest supercool i wszyscy powinni to robić. Ale rozumiem to. Wiem doskonale, ile NAPRAWDĘ potrafi być wart taki bilet. Kwota zablokowana na koncie ma się nijak do wrażeń, do tego, że się było, widziało, będzie się tygodniami zamęczało ludzi wokół egzaltowanymi relacjami, opowiadało wnukom i uśmiechało do wspomnień – będzie się miało już na zawsze takie happy place w serduszku. To pewnego rodzaju, można rzec, inwestycja.
Gorzej, jeśli wrażenia najwyżej ułamek tej zablokowanej kwoty warte, ale takie przypadki omówimy innym razem.

Tyle prasówki na najbliższe dni i tygodnie.
Jutro o tej porze będę bowiem pakowała się do Londynu, do którego lecę tylko po to, by następnego ranka wrócić, więc właściwie nawet się nie pakuję, raczej upewniam, że w tobołku tkwi dowód osobisty, dynks na prąd, płyn do soczewek, szczoteczka do zębów i tusz do rzęs. Wrócę i będę musiała spakować się nieco porządniej, bo otóż przyjdzie mi spędzić resztę wiosny i zatęsknić za majowymi burzami (jedna z takich właśnie mi za oknami szaleje; och, jak cudnie powietrze pachnie) w kraju, w którym pogoda dość przewidywalna, że tak powiem.
UAE
Ostrożnie z marzeniami. Czasem sobie o czymś pomyślicie i chwilę później toto klepie was w ramię. W prawe, dla żartu, stojąc po waszej lewej.

And the rosebuds know to bloom in early May

Trzy niedziele z rzędu to odrobinę za dużo. Jestem nieco zmęczona leżakowaniem. Książek w tym czasie przerobiłam trzy i pół, i muszę przyznać, że naprawdę mnie ten osławiony Shantaram wciągnął, acz moim zdaniem jest to książka mocno nierówna i chwilami autor brnie w potworną wręcz coelhozę. Całkowicie zbędne są te ckliwe rozważania o sensie miłości i rzekach życia. Ale póki trzyma się li opisywania przygód, chciałoby się z nim pójść na whisky.
Na drugą nóżkę bolesny Hugo-Bader.

Miesiąc maj niniejszym się zaczął – i chyba matury zaraz. Przypomniałam sobie własną z tej okazji. Również dlatego, że przebywając u rodziców przez ostatnie dni, zobaczyłam na półce zdjęcie moje i mojej licealnej paczki tuż po tym, jak dowiedzieliśmy się, że zdaliśmy maturę. Roześmiane, obejmujące się małolaty z otwartą butelką szampana. Niedługo później pojechaliśmy na jeziora… Szaleliśmy, piliśmy, tańczyliśmy, kochaliśmy się, jeździliśmy rano – imprezując uprzednio do świtu – samochodem do wioskowego sklepu po coś na śniadanie. Wariactwo. Że też nikomu z nas nic złego się nie stało podczas tego weekendu. Opatrzność musiała mieć na nas oko.
Nie dowierzam, że minęło tyle lat, odkąd maturę zdawałam. Wtedy jeszcze trzeba było pisać wypracowania, nie zaznaczać krzyżykami stosowne odpowiedzi.
Egzamin z polskiego przypadał w moje urodziny. Był raczej prosty („omów te utwory literackie, wobec których nie pozostałeś obojętny” – rozpisałam się o Mistrzu i Małgorzacie). Jako kujon, z części ustnej zostałam zwolniona. Tak czy inaczej, byłam tak spięta, że gdy wyszłam do toalety, wróciłam do innej sali. Dopiero zaskoczone spojrzenia uświadomiły mi, że coś chyba nie tak. Z angielskim było podobnie. Zdawałam też na maturze – ustnie – historię. Kułam zapamiętale przez cały rok; historię zawsze lubiłam, więc to był oczywisty wybór, ale i tak w tym temacie czułam się najsłabiej. Jest w końcu dość, hm, obszerny.
Wylosowałam dość przyjemne zagadnienie, o Kazimierzu Wielkim, i nawet dość się rozgadałam w odpowiedzi. Gdy wtem moja nauczycielka historii, kobieta o ogromnej wiedzy, z figlarnym błyskiem w oku pyta:
– A jak się nazywała kochanka Kazimierza Wielkiego?
Zdrętwiałam.
– Yyych – odpowiedziałam.
Esterka.
Esterka jej było na imię. Do końca życia zapamiętam.
Mimo hańbiącej niewiedzy odnośnie Esterki, maturę zdałam i mogłam składać papiery na uniwersytety.
Mając 19 lat, myślałam, że wiem, co chcę robić. Nawet dostałam się na wymarzone studia. Ukończyłam je. Swoją drogą, gdy na kilka tygodni przed spodziewaną przeprowadzką do Krakowa pojechałam oglądać stancje, musiałam usiąść na schodach, bo z nerwów zrobiło mi się słabo. Taki to był wielki przełom dla mnie.
A nie wiedziałam nic, nichts, nada, niente. Jeśli ktoś wam, droga młodzieży, wmawia, że musicie mieć plan na siebie przed złożeniem pracy dyplomowej – otóż nie. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że będę robić to, co dziś robię i będzie mnie to ogromnie uszczęśliwiało, wyśmiałabym go.

Tyle wspomnień. Wystarczy na dziś.

Nie byłabym sobą, gdybym was nie zostawiła z pewnym cudownym mężczyzną.

Tweedledee and Tweedledum

Jak cały naród, muszę zdążyć do jutra z pewną nieprzyjemną czynnością. Odkładam to oczywiście i wymyślam sobie niezbyt pożyteczne zajęcia. Na przykład włażę na blogaska z celem napisania o tym, że lepiej dwa razy się zastanowić, zanim się coś wyśle w otchłań internetu. A może nawet lepiej odpuścić sobie aktywność w tymże.

Lubię social media. Przede wszystkim z nich czerpię ostatnio wiedzę o świecie, bo polskie portale internetowe coraz bardziej mnie irytują galopującą tabloidyzacją i podawaniem głównie łamiących wiadomości, że jakiejś gwiazdce na przyjęciu widać było sutki (no niesamowite – jakby ktoś ich nie miał…). Lubię je, bo uważam je za przydatne – i pod względem informacyjnym, i towarzyskim. Dzięki nim szybciej dowiaduję się o wydarzeniach, które mogą mnie zainteresować, dzięki nim też utrzymuję kontakt z lubianymi ludźmi daleko. Nie mam ambicji szerokiego zaistnienia w tychże, wprost przeciwnie. Niemniej funkcjonuję w nich od dawna i dość intensywnie, choć chętniej jako obserwator.
Przez ten czas zdążyłam zauważyć, że to nie jest taka prosta sprawa.
Zwłaszcza gdy jest się osobą mniej lub bardziej publiczną.

Jadąc dziś rano do pracy, sprawdzałam Twittera, jak to ja. Dzięki temu dowiedziałam się, że miłościwie nam panujący prezydent zaktywizował się bardzo w tym jakże fascynującym medium i spędził noc na cokolwiek dziwnych pogaduszkach z nastoletnimi fankami oraz opublikował selfie, jeszcze bardziej osobliwe niż ta wymiana okraszonych suto buźkami ćwierknięć.
Gdyby to zrobił członek boysbandu, uznałabym to za całkowicie normalną rzecz.
Ale prezydent?…
Weszłam sobie specjalnie na jego konto, ale po chwili lektury zaczęłam się obawiać, że oczy mi pękną od dalszego czytania. I ja się pytam – co to ma, k****, być? Sposób dialogu z narodem? Jeśli tak, to najgorszy z możliwych. Dlaczego, się pytam, dlaczego głowa państwa zachowuje się w mediach społecznościowych jak jakiś wannabe Justin Bieber? Nie interesuje mnie zupełnie, czy to jego prywatny profil – jest w końcu osobą publiczną i publicznie udostępnia te wynurzenia (chyba że nikt mu nie powiedział, że każdy może je zobaczyć…). Internet to narzędzie bardzo łatwe i zarazem bardzo niebezpieczne w obsłudze – znakomicie pomaga w budowaniu wizerunku, ale też może ten wizerunek w ciągu minut zrównać z glebą.
Oczywiście w tym przypadku dużych szkód już dokonać nie można, niemniej chyba tym bardziej należałoby zadbać o image, a nie rozmieniać się na drobne, wymieniając heheszki z podekscytowanymi panienkami. Jak to się ma do powagi urzędu? Znieważanie funkcjonariuszy publicznych podpada pod paragraf i oto dożyłam czasów, w których funkcjonariusz sam swoją funkcję znieważa, a co więcej, mnie jako obywatela też znieważa, zajmując się wymianą komplementów na Twitterze, a nie staniem na czele państwa, w którym ostatnio nie najlepiej się dzieje. Serio, panie prezydencie. Mnie nie jest łatwo obrazić, ale czuję się jakby trochę obrażona takimi zachowaniami. Zwłaszcza że sama muszę w pracy – jako zwykły urzędnik – przestrzegać szeregu zasad postępowania i nawet po godzinach dawać dobry przykład.
Ponoć niektórzy uważają, że to cudowne, że prezydent taki wyluzowany i przystępny. Otóż nie. To nie cudowne. Nie w tym stylu. Nie à la „napisz byle co do ważnej osoby, a ona i tak ci odpowie, jak jakiś chatbot”. Z uśmieszkami. Można byłoby, jak robią to inni na świeczniku, wykorzystywać swoją obecność w mediach społecznościowych, żeby zwracać uwagę na ważne sprawy. Zachęcać ludzi do wspierania zbożnych inicjatyw. Inspirować ich. A nie, kurza melodia, zachowywać się jak nastolatek, który pod nieobecność rodziców dorwał się do komputera.
To niepoważne, nieprofesjonalne, a nade wszystko zwyczajnie żenujące.
Rzekłam.

Po czym wybyłam na długi weekend z zapasem książków.
To zeznanie najpóźniej do jedenastej rano złożę, przysięgam.

A przyszły weekend, mój jubileuszowy, spędzam wiadomo gdzie. W moje własne urodziny skazuję się na wstawanie o trzeciej w nocy.

Dorastanie tylko wkurwia

Moja koleżanka miała dziś stresujące spotkanie i wyobraźcie sobie, że do uspokajania wybrała sobie mnie. Doprawdy, właściwa osoba na właściwym miejscu. Próbowałam zatem powiedzieć jej, że na pewno pójdzie jej lepiej niż mnie na ogół, bo ja to na przykład kompletnie tracę zdolność mówienia, a ona na to:
– Przecież ty jesteś taka wygadana!
He?
W porównaniu z nieboszczykami, owszem. Ogólnie jednak znana jestem z tego, że nie mówię za dużo – co, nawiasem mówiąc, niektórzy ludzie postrzegają jako zniewagę, a to naprawdę nie tak, że nie chcę z nimi gadać, po prostu nie mam i nigdy nie miałam potrzeby zagłuszania ciszy za wszelką cenę. Uświadomiłam sobie jednakowoż, że koleżanka zna mnie głównie z rozmaitych wydarzeń towarzyskich, podczas których bywa nieco inaczej, bo a) nawet mój oporny język rozwiązuje się po alkoholu, b) kiedy zwęszę okazję do opowiadania o czymś, co naprawdę mnie fascynuje, biada rozmówcy, bo może usłyszeć bardzo długi wykład, wygłaszany z entuzjazmem lekko nawet może niepokojącym. Ale – konia z rzędem temu, kto nie może godzinami rozprawiać, gdy tylko wyczuje, że oto może wsiąść na swojego konika. Na służbowych spotkaniach, ma się rozumieć, raczej nie mogę rozmawiać o teatrze ani o dziwnych przygodach w podróży, ani o ulubionych miejscach w górach.

Skoro już zeszłam na moje skrzywienia.
Zgadnijcie, gdzie dziś byłam.
Tak, tak.

Polowałam na to przedstawienie od dawna, bo grane jest bardzo rzadko.
Wreszcie się udało. I Bogiem a prawdą, chętnie zobaczyłabym je ponownie, nawet jutro, mimo że czuję się po nim paskudnie brudna.
Jest to otóż historia dwóch braci. Pozornie historia jakich wiele, niemal serialowy stereotyp – jeden ogarnięty, porywczy, ale mimo wszystko uporządkowany; drugi to duże dziecko z przerośniętym ego i skłonnością do nadużywania życiowych przyjemności, które wiecznie pakuje się w tarapaty i zawsze jakoś się z nich wydostaje, często dzięki pomocy pierwszego. Kochają się, no bo ta sama krew, ale równie żywo się nienawidzą. Ale, jak napisałam, to tylko pozornie tak wygląda. Bo oto poznajemy obu braci, gdy pierwszy odwiedza drugiego w szpitalu psychiatrycznym, gdzie ten trafił i dokąd go wezwał, by nieudolnie poprosić go o pomoc. Musi zmierzyć się z demonami przeszłości i prosi brata, by ów potwierdził lekarzom, iż obaj byli w dzieciństwie molestowani.
I tu zaczyna się spiralny, gwałtowny zjazd w dół.
Jeśli myślicie, że to dołujący spektakl o pedofilii, to nie do końca. Owszem – młodzieńcze doświadczenia rzucają cień na dorosłe życie obu bohaterów. Ale na życie każdego z nich w inny sposób.
To bardzo ponura historia o tym, jak ludzie wykorzystują się nawzajem, jak z pełną tego świadomością krzywdzą innych, jak sobie samym zadają ból, bo nigdy nie zaznali miłości i nie potrafią inaczej. O tym, do czego skrzywdzona, poharatana dusza potrafi się posunąć, żeby tę swoją ciągle rozjątrzoną ranę zagoić. O tym, że czasami ludzie nam najbliżsi skrywają w sobie potworny mrok, a my nie chcemy go zauważyć.
Przedstawienie zaczyna się i kończy w ciemności tak absolutnej, że zagadką pozostaje dla mnie, jakim cudem aktorzy docierają na scenę i z niej schodzą. Ani najmniejszego światełka. Nic nie widać. Smoła. I nie było zbyt łatwo, sceny jako takiej w tym spektaklu nie ma, oni grają na drewnianych podestach okalających pień drzewa. Widownia siedzi na ławkach wyściełanych sztuczną trawą – ot, niby taki miły szpitalny park…
Scenografia i światło to w ogóle czwarty i piąty aktor tego spektaklu. Był moment, gdy nastrój zmienił się na tyle gwałtownie, że podskoczyłam przestraszona. Nie będę wchodzić w szczegóły, żeby nie psuć zabawy – jeśli można to tak nazwać… – krakusom, którzy się na to wybierają (a powinni).

Jak stali bywalcy mojego zakątka internetów wiedzą, chodzę na wszystko, w czym gra Grzegorz Mielczarek.
Nigdy go nie poznałam – na jego szczęście, jak sądzę – ale darzę go uwielbieniem i uważam, że to doskonały aktor, oszałamiające sceniczne zwierzę. Potrafi być tak obleśny, że wialibyście byle dalej. Tak przerażający, że osiwielibyście zamknięci z nim w jednym pomieszczeniu. Tak poruszający, że chcielibyście go przytulić. I to wszystko w ciągu raptem stu minut. Między nim i jego scenicznym bratem, którego gra Marcin Sianko (fenomenalny) iskrzy bardzo.
Wśród tych wszystkich dynamicznych wymian brzydkich słów, rzucania szkłem, dawania sobie po twarzach, szarpania, rzucania sobą nawzajem o podłogę, przechodzenia od sztywnego opanowania do niemal psychopatycznej furii, wśród tego wszystkiego brzmi prosta, znana prawda. Każdy z nas potrzebuje tego samego – uwagi i troski drugiego człowieka. Nie każdy z nas to dostaje. Czasami w desperackiej pogoni za tym można bardzo pobłądzić.

PS Towarzystwo w rzędzie za moimi plecami, komentujące teatralnym szeptem każdą scenę, a zwłaszcza te, w których szpilka mogłaby upaść i wywołać zamieszanie – oby was jutro czkawka męczyła.

Never sit down with a tear and a frown, but paddle your own canoe

Wiecie co, w sumie mogę wam oddać tego pana od Kevina (on przeszedł Grenlandię na piechotę… takie tam pospolite rozrywki), bo przypomniało mi się, że przecież moja wstydliwa i skrzętnie – to jest bardzo nieskutecznie* – skrywana słabość to zapalony wioślarz jest, co nawet zostało filmowo udokumentowane, ale oszczędzę linka. Gdybym zatem kiedykolwiek stanęła przed wyborem, do czyjej łódki wsiąść, nie wahałabym się jakoś długo. Oczywiście raczej nigdy w życiu wybierać nie będę musiała, ale pomarzyć zawsze można, zwłaszcza przy poniedziałku.
Który to poniedziałek niespodziewanie wrzucił mnie w tak zwany tryb standby.
Innymi słowy, jednym półdupkiem siedzę na walizkach i może się zdarzyć, i owszem, że za dni kilka lub kilkanaście będę oddalała się popracować trochę poza moim grajdołkiem. Z drugiej strony zdarzyć się może, że cała akcja zostanie odwołana i donikąd się nie oddalę. Jest to ekscytujące, nie powiem, że nie. Ale też i nieco niekomfortowe, bo chciałby człowiek wiedzieć, czy ma sens kupienie biletu do Łaźni, organizowanie urodzinowych koktajli dla przyjaciół, czy przeciwnie – lepiej byłoby powiedzieć im, że nie ma mnie do wtedy i wtedy. Jak się takie sprawy załatwia z umiłowanym, też niezupełnie wiem. Dziwna sytuacja. No, ale sama chciałam.
Ostatnio z każdym poniedziałkiem ciekawsze zmiany.
Poza tym był to również poniedziałek, w który mój pierwszy prawdziwy chłopak miał urodziny. Czterdzieste. Gdy go poznałam, miał dwadzieścia trzy lata. Proszę mi powiedzieć, jak to się stało?…

Z innej beczki, w czwartek w Multikinie transmisja Katów i wierzcie mi, chcecie na to pójść. Po pierwsze to wyśmienicie napisana i bardzo czarna komedia, po drugie świetnie zagrana, po trzecie zobaczycie absolutnie niesamowitą, zatykającą dech w piersi zmianę scenografii. Po czwarte w końcu, w jest w tym spektaklu scena, która sprawiła, że przesunięto datę pierwszego przedstawienia z publicznością, bo twórcy nie byli w stu procentach pewni, czy są w stanie zapewnić aktorowi w tej scenie całkowite bezpieczeństwo. Nic więcej nie powiem. Idźcie i oglądajcie.
A dziś w Londynie oficjalna premiera Doktora Faustusa, którego, jeśli Bozia da, obejrzę za miesiąc. Ostrzeżenie w foyer każe mi przypuszczać, że to coś w sam raz dla mnie (serio, koleżanko, twoje kryteria wyboru oglądanych produkcji nadają się na kozetkę). Tak czy inaczej, odtwórca roli tytułowej zaskarbił sobie moją sympatię ostatnio – nie dlatego, że prawie do rosołu rozebrany gra w tej sztuce, ale dlatego, że wystąpił jako on sam we wdzięcznej reklamie społecznej.
Ponoć ulica, przy której stoi teatr, jest kompletnie zatkana fankami co wieczór.

*Mam na to niestety dowody. To dość kompromitująca anegdotka, choć zarazem raczej zabawna – ogólnie jak całe moje życie, kompromitujące i zabawne, zwłaszcza dla obserwatorów, mniej dla mnie – i może kiedyś odważę się ją tu opisać. Na razie jeszcze próbuję resztki mojego dobrego imienia chronić. W każdym razie była to jedna z nielicznych sytuacji w moim życiu, gdy gwałtownie zmieniłam kolor na jaskrawoczerwony.

Wtorek
Na walizce usiadł drugi półdupek.

Can you make it rain harder?…

Stoję sobie wczoraj w kolejce do kasy w osiedlowym owadzie. Przede mną rodzina – on, ona i ich krasnal. Krasnal siedzi sobie w wózku sklepowym i szamie croissanta. Ona wykłada z wózka na taśmę wszystko poza krasnalem, a sporo tego. On tymczasem nawija przez telefon. Nieprzerwanie. Ona wszystko poza krasnalem, a sporo tego, pakuje do siatek. On nieprzerwanie nawija przez telefon. Nie zawracając sobie głowy jakimś „dzień dobry” w kierunku kasjerki, wyjmuje kartę i płaci, nieprzerwanie nawijając przez telefon. Po czym odchodzą. Ona, pchając wózek z zakupami i krasnalem, i on, nadal gadając do pudełka.
Stojąc tuż za tą rodziną, miałam okazję niechcący podsłuchać treść rozmowy i nie sądzę, by facet ratował statek porwany przez piratów u wybrzeży Somalii lub zdalnie wystrzeliwał sondę kosmiczną. To była najzupełniej prywatna konwersacja.
W skali od 1 do 10, jak bardzo buraczkowe jest takie zachowanie?… Bo ja nie znoszę, no nie znoszę. W gruncie rzeczy bardzo niewiele jest w naszym życiu sytuacji, gdy nie można powiedzieć: „oddzwonię”.

Ale, ale.
Dziś miałam o czymś innym.

O kajakach.
Nie wiem, jak wam to powiedzieć, ale mam nową miłość.
Jak na ironię, mój ojciec spędził młode lata w marynarce, a jego córka bardzo boi się wody. Nie takiej pod prysznicem, bez przesady. Głębokiej wody. Raz w życiu tonęła – to zdumiewająco bolesne doświadczenie, gdybyście byli ciekawi – i od tamtej pory ma pewien uraz. Nie lubi podróży morskich. Jeśli koniecznie trzeba, to zniesie, ale będzie się kiepsko bawiła. Kiedyś podczas wakacji na Sycylii dała się namówić na rejs. Gdy zobaczyła łupinkę, którą miała płynąć, chciała odwrócić się na pięcie i odejść bez słowa, ale wstyd jej było, więc wsiadła. Podczas gdy całe towarzystwo nasłoneczniało się na górnym pokładzie, niżej podpisana siedziała sztywno na dole i ratowała się winem, które ktoś jej mądrze zostawił. Jej pierwszy chłopak, dawno temu, zabrał ją na wakacje, które miały być romantyczne. Na jeziorach. Dużo wiosłowania i w ogóle. Przyznaję, okoliczności przyrody były piękne. Autorka dała się namówić na pływanie kajaczkiem i zachowywała kamienną twarz do momentu, gdy usłyszała, że ma pod sobą dwadzieścia metrów wody. Po paru dniach kajakowe eskapady zaczęły być nawet przyjemne, ale tylko ja wiem, ile nerwów na początku się najadłam.
Mniejsza o moje fobie.
Jest otóż pewien dżentelmen w Londinium, mieście nad rzeką niezbyt pachnącą fiołkami (tak naprawdę przez Londyn płynie trzynaście rzek, większość już teraz pod ziemią), który co dzień zasuwa do biura nie metrem, ale nadmuchiwanym kajakiem właśnie. Kajakiem zwanym Kevin. Chwali sobie, bo nie ma tłoku jak w metrze, przyroda i w ogóle. Ot, wyimek z jego wypowiedzi dla Financial Times, proszę bardzo:
Once I decided to kayak to a black-tie dinner on the Embankment. My chances with the ladies were probably diminished by my turning up stinking of river water, and Kevin’s not exactly a tempting ride home.
Cóż za słaba znajomość damskiej psychiki.
Albo kokieteria.
Ja tam bym wolała zjeść kolację z wionącym glonami awanturnikiem niż wyprasowanym elegantem z City. Podejrzewam, że nie jestem w tym osamotniona.
Nawiasem mówiąc, specjalnie dla was (bo przecież nie z własnych niskich pobudek, o nie) sprawdziłam i właściciel Kevina wygląda tak.
Sprawdziłam też i ma bardzo ładny akcent.
Coś mi mówi, że głębokość Tamizy nie miałaby dla mnie szczególnego znaczenia, gdyby mnie zechciał podwieźć.
Podczas następnej wizyty w Londynie będę uważnie obserwować rzekę i w razie czego machać.
Lubię takich dziwaków. No lubię, nic na to nie poradzę.

A jeśli mowa o ludziach dziwnych i dumnych z tego – o tym cudzie, który nas zostawił, nie chcę nawet pisać, bo mi nadal smutno, że ten rok zabrał kolejnego geniusza. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do tego określenia, proszę to zobaczyć i potem porozmawiamy – och, ten moment, gdy on wyrzuca gitarę i na luzie odchodzi, mówiąc całym sobą „no, tak to się robi”… Przetańczyło się trochę nocy przy Kiss. Bez dwóch zdań jedna z osób, które mnie muzycznie wychowały. Mnie i wielu innych.
I nie widzę następców.

In this distracted globe

Jak lubię powtarzać, życie dąży do równowagi.
Wchodzę dziś rano do biura i ledwo zdążam usiąść, a tu kierownictwo zwraca się do mnie z nader kuszącym poleceniem służbowym. Jeśli cała sprawa dojdzie do skutku, będę ogromnie zadowolona, a na blogasku pojawi się dużo jak zwykle osobliwie skadrowanych zdjęć. Nauczona jednak doświadczeniem, jeszcze się nie cieszę. Gdy już wszystko będzie na 150% potwierdzone, będę kwikać, na razie biorę tę interesującą perspektywę na chłodno – co nie jest dla mnie łatwe, bo mam wrodzoną skłonność do popadania w ekstazę, skakania po mieszkaniu, napadów chichotu, bezsenności i dreszczy w dole kręgosłupa z podekscytowania. To z jednej strony przyjemne, jakby człowiek się zakochiwał, ale z drugiej dość męczące, a poza tym gdy radość okazuje się przedwczesna, odczuwam przepotężne rozczarowanie.

Druga dobra wiadomość – z waszego punktu widzenia to niekoniecznie, ale z mojego bardzo – jest taka, że film kręcą. Który będę chciała, nawet w pewnym sensie musiała obejrzeć, jeśli wiecie, co mam na myśli (jeśli nie wiecie, wystarczy zjechać na dół strony i kliknąć jeden z większych tagów, ale nie polecam). Zdążyłam już poczynić wstępny research i dowiedziałam się, że to na podstawie książki, której nie czytałam i raczej bym po nią nie sięgnęła, albowiem proszę bardzo, krótki opis:
The novel is about a young man who is sent to an Antarctic island, where he discovers amphibious humanoids, one of which has been captured and used as a sex slave by another man on the island.
Serio?…
Chłopak, chociaż raz. Chociaż jeden raz wziąłbyś się za coś normalnego, czego nie będę musiała znowu oglądać przez palce.
Nie napisali, czy wszyscy dożywają zakończenia, ale zakładam, że nie.
Żeby mi nie było zbyt cudownie, jutro i pojutrze czeka mnie praca w godzinach raczej obraźliwych. I po co komu ta okrągła Ziemia i te strefy czasowe.

Z nieco innej beczki.
Strasznie ubolewam, że nie mogę teleportować się do Londinium w nadchodzący weekend, bo wszystkie te szekspirowskie imprezy to trochę za dużo dobra naraz. Tak się nie godzi. Globe organizuje wyjątkowy spacer południowym brzegiem Tamizy, Royal Shakespeare Company urządza własną fetę z fajerwerkami pod koniec, w British Library będzie się produkował najpiękniejszy głos świata (Shakespeare Karaoke!), a ja muszę siedzieć w domu. Szczęśliwie mamy internet, a z wielu wydarzeń będą transmisje na żywo, ale znowu – mam tylko jeden komputer. I jak tu wybrać, kurza stopa. W każdym razie mam nadzieję, że w sobotę będzie padało i będę miała dobre usprawiedliwienie dla spędzenia dnia na kanapie, z laptopem na podołku.
A tymczasem u nas ludzie obrażają się na Teatr Wielki, że postanowił stworzyć galerię widzów, prosząc ich o otagowanie zrobionych w przybytku selfies (otagowanie swoich selfies… toś zajechała polszczyzną, koleżanko). Bo to nie przystoi. Bo świątynia sztuki.
W tych świątyniach sztuki 400 lat temu wśród publiczności przechadzały się prostytutki, nawiasem mówiąc.
Poważnie, mam galopujące uczulenie na tego typu retorykę. Co więcej, odnoszę wrażenie, że w wielu przypadkach stoi za nią pospolity snobizm. Nie we wszystkich, bo sama znam ludzi, dla których te wszystkie smartfony i selfie i fejsbuki, cała ta mobilna kultura to nieszczególnie przydatny kaprys – i dobrze. Pan i władca na ten przykład zachowuje bezpieczny dystans, ja wprost przeciwnie.
Jeśli ktoś używa smartfona w trakcie przedstawienia, to rzeczywiście zasługuje na wylot z widowni, bo to ogromnie rozprasza. Wszystkich. Ale jeśli zrobi sobie zdjęcie w korytarzu? W teatralnym barze? Komu to przeszkadza? Mnie tam się podoba, że teatr wchodzi w dialog z widzami i sięga po najrozmaitsze sposoby, żeby się do nich zbliżyć. Czasy się zmieniają i zmienia się publiczność. To, że korzysta się z nowych technologii w moich oczach jest kolosalnym plusem. Teatr to nie muzeum; to zjawisko, które do życia potrzebuje interakcji pomiędzy jedną a drugą stroną kurtyny.

Cruise altitude

Dzisiejszy poniedziałek był poniedziałkowy do przesady. Po pierwsze obudził mnie szum ulewy. Po drugie wyszłam z domu wcześniej niż zazwyczaj tylko po to, by spóźnić się do pracy, bo całe miasto tkwiło w niemożebnych korkach. Po trzecie zepsuł mi się laptop. Po czwarte ekspres do kawy też się zepsuł. Bez kawy przy poniedziałku? Wolne żarty.
Na pocieszenie obejrzałam dziś film, który, hm, umiarkowanie się udał, ale zawiera Andrzeja (i w sumie siedem osób, które widziałam na scenie – jedną z nich pięć razy… absurd jakiś…) i uśmiech McAvoya. IMDB w kategorii „goofs” wymieniło słyszalny niekiedy szkocki akcent protagonisty. Jaki to goof? W tym jego czar! Tak czy inaczej, choć rzecz raczej słaba, dla poniekąd znajomych wszystko obejrzę i zawsze to miło. Nie takie zresztą dzieła się oglądało, ekhm.

Spędziłam weekend intensywnie, to znaczy kopiąc w glebie w sobotę, i spoglądając z dumą znad książki i lampki białego na glebę umajoną własnoręcznie wkopanymi sadzonkami w niedzielę.
Macie jakiś ulubiony kwiat?
Oto mój.
wp-1460911387694.jpeg
W nosie mam wszelkie róże i orchidee – te skromne, maleńkie kwiatki wyłażą spod ziemi zawsze jakoś w pobliżu moich urodzin.
Tulipany też bardzo lubię. I oczywiście konwalie, choć są wielce trujące (naparem z konwalii można człowieka zabić – nie żebym próbowała, ale czytałam). I bez. Uwielbiam zapach bzu. Jaka szkoda, że mamy wiosnę tylko raz w roku.

W trakcie weekendu, pobrudziwszy sobie trochę łapki i wreszcie wyciągnąwszy się na słońcu z książką, przerobiłam Wniebowzięte.
Jest to otóż wspaniała opowieść o stewardesach, czy też według obecnej nomenklatury – personelu pokładowym. Nie współczesnym, ale tym, który latał w epoce PRL i wcześniej.
Teraz podróż lotnicza to prawie nie podróż. Samolot to taka właściwie poczekalnia. Wchodzisz na lotnisko w jednej części świata, idziesz rękawem aż do niewielkich drzwi, siadasz, wypijasz drinka, parę godzin później kolejnym rękawem wychodzisz w zgoła innej części świata. Czas pomiędzy tymi dwoma spacerami upływa na cierpliwym nudzeniu się, przyglądaniu się chmurom, jeśli to dzień, drzemce przy kojącym szumie silników, jeśli to noc. Ten wart miliony cud techniki leci sam, nawet by sam wylądował. Tak to teraz wygląda. Najbezpieczniejszy środek transportu, przyczyną 9 na 10 rzadkich wypadków jest ludzki błąd.
W tej książce są historie o podróżach zawodnymi Iłami (one docierały za Atlantyk na oparach, bez zapasu paliwa…), bez klimatyzacji, w kabinach niezbyt hermetycznych, gdy pasażerom podawało się posiłek na talerzu, wcześniej go własnoręcznie przygotowawszy – nie czekał zapakowany, jak teraz. Podróż na Bałkany trwała cały dzień. W każdej, excusez le mot, destynacji można było kupić coś, co w szarej i biednej Rzeczpospolitej Ludowej było na wagę złota. Belę materiału wartego tyle, że u nas za kilka takich można było dom postawić. Ciuchy, tam już dawno niemodne, ale w Warszawie pożądane. Egipską biżuterię. Owoce. Puder. Podpaski. Czarny rynek kwitł. Podobnie jak wzajemna nieufność, bo co jeśli kolega współpracuje?… Podobnie jak nałogi. Podobnie jak romanse.
Czyta się to jak świetny historyczny reportaż i jak powieść przygodową zarazem.
Ostatni rozdział poświęcony jest wypadkom właśnie – tym, o czym każdy z nas woli nie myśleć, udając się na wywczas i wiedząc, że musi zdać się na łaskę czegoś, co waży kilkaset ton i jakimś cudem od ziemi się odrywa. To mało przyjemny rozdział. Ale też ogromnie interesujący. Z jednej strony bowiem wspomina kapitana (nawiasem mówiąc, utytułowanego skoczka spadochronowego, rekordzistę świata w celności lądowania), który samolotem z niesprawnymi silnikami ominął budynki zakładu poprawczego dla nieletnich, żeby było mniej ofiar, z drugiej opisuje przypadki lądowania za wszelką cenę, bo a nuż się uda.
Nie wiem, nie ogarniam rozumem, jak z ludźmi na pokładzie można dopuszczać jakiekolwiek „a nuż”. Zdarzyło mi się parę razy, że kapitan z lądowania zrezygnował – dzięki jednemu zwiedziłam sobie nawet kawałek Czech, bo tam w końcu polecieliśmy, taka była mgła nad południową Polską – i każdemu z nich jestem bardzo wdzięczna.
Ten, z którym wylądowaliśmy w Brnie, podczas krążenia nad zamgloną Małopolską powiedział:
– Panie i panowie, nie wiemy jeszcze, co się z nami stanie, ale to nie wasz problem.

A tak z innej beczki – czytałam ostatnio, ze spośród 130 tysięcy zawodowych pilotów na świecie raptem 4 tysiące to kobiety.
Mało.

Najtrudniejszym zadaniem człowieka jest podążać za tym, co się zmienia

Za drugim razem się udało.
Poszłam i zobaczyłam.

Najpierw luźne rozważania, bo pora późna.
Jak to jest, powiedzcie mi, u nas z tym wręczaniem kwiatków podczas owacji? Każdy może wystartować, czy też te badylki należy uprzednio zdeponować u osoby stosownie uprawnionej? Zanim ktoś się zaniepokoi – NIE mam tego w planach, po prostu jestem ciekawa.

Ale, ale.
W kraju – i mieście tym bardziej – mocno konserwatywnym, w apogeum antyuchodźczej histerii wystawić spektakl o ludziach podróżujących (jeśli w ogóle można to tak nazwać) na przeżartych rdzą, przeładowanych kutrach do brzegów Europy i znajdujących na tych brzegach… cóż, niezbyt wiele? Śmiałe posunięcie.
Jest w tym przedstawieniu jedna z najbardziej efektownych scen, jakie widziałam w życiu. Mianowicie scena przypływania tratwy z bohaterami tej opowieści. Oni wyglądają jak kosmici, cudaczne, nieforemne figury w kamizelkach ratunkowych pobłyskujących światełkami. A że sama scena – w sensie desek – jest pokryta wodą, a reflektory skierowane na wodę dość niesamowity efekt, macie wrażenie, że cały teatr istotnie płynie. Piękne.
Jest to przedstawienie momentami bardzo nieprzyjemne, niekomfortowe, trochę paskudne może nawet – no, ani Jelinek nigdy nie pisała o przepełnionych miłością dla świata bon vivantach relaksujących się nad kir royal w Nicei, ani też to, co się dzieje obecnie na świecie, nie jest zbyt urocze. Możemy udawać, że tego nie ma. Ale to jest. W tej chwili. I wczoraj. I jutro. I za tydzień. I w końcu ta fala do nas dotrze naprawdę.

Bez dwóch zdań jest to rzecz, która nie do każdego trafi. Znalazłam gdzieś w internecie recenzję miażdżącą, znalazłam pełną zachwytów. Tak to chyba będzie, bo i temat kontrowersyjny, i adaptacja dość szczególna. Jest to przy tym rzecz fantastycznie obsadzona. Jaśmina Polak. Ja nawet nie wiem, co o niej napisać, bo jedyne, co przychodzi mi do głowy, to masa egzaltowanych dużych słów. Wszystkie kciuki w górę. Bielenia, oczywiście (jak ta drobna istotka to robi, że pojawia się na scenie i zmiata z niej wszystkich*; i gdzie on mieści ten potężny głos?). On jest nieprawdopodobny. Potrafi być słodko niewinny, dziecko prawie, potrafi być odpychający; potrafi uśmiechać się w sposób, który jeży wam sierść na grzbiecie – wiecie, to taki osobliwy rodzaj uśmiechu, niby do was, a tak naprawdę do siebie, do myśli o tym, co on z wami zrobi. Chłopak robi niesamowitą robotę w tym przedstawieniu (i nie mam tu na myśli zwisania z elementów scenografii). Gdy wciela się w napalonego maczo o egzotycznej urodzie – on, filigranowy blondasek – budzącego u Europejki jednocześnie odrazę i pożądanie, jest wulgarny, jest zabawny. Tylko że po chwili staje się w tym przejmujący. Krzysztof Zawadzki – jeden z moich lokalnych idoli, który nie boi się ostrych wyzwań, przy tym przypadkiem jest rosły i przystojny, i w dodatku pięknie śpiewa, i gitarę obsługuje! [Przyp. aut. – mogę się przyznać, najwyżej to później ze wstydem usunę – kiedyś po którymś spektaklu Boskiej Komedii stałam tuż za nim w kolejce do szatni, i chciałam się odezwać, ale się okropnie wstydziłam; to było jeszcze przed tym, jak zaczęłam gonić ludzi po ulicy.] Szymon Czacki, niebywale charyzmatyczny. W ciemno klepię bilecik, gdy widzę jego nazwisko w obsadzie. Abstrahując na chwilę od walorów artystycznych – bardzo było mi go było w tym spektaklu szkoda, bo ciągle mokry, zimno mu musiało być… Jan Peszek – to wiadomo. Krzysztof Globisz, dla którego rola w tym spektaklu była pierwszą po tym, jak się pochorował. Można sobie wyobrazić, jak zareagowała publiczność. W Krakowie owacje na stojąco nie są zbyt popularne. Tu widzowie są raczej powściągliwi i śpieszą się na tramwaj. Wczoraj wszyscy natychmiast się zerwali i klaskali długo, bardzo długo. To był piękny moment – w tym właśnie teatr przeważa nad kinem, że czasami wytwarza się po obu stronach kurtyny poczucie jakiejś takiej sympatycznej wspólnoty.
Oto człowiek po udarze pojawia się przed widzami – zupełnie inny niż wtedy, gdy go ostatni raz widzieli; nie mówi zbyt wyraźnie, ale ma ten swój filuterny błysk w oku, ten swój uśmiech. To śmiałe, pokazać się publice w swojej słabości… ale to zarazem dowodzi wielkiej, imponującej siły.
Miałam wrażenie, że gdyby ludzie mogli, to by pobiegli na scenę go uściskać.
Nawiasem mówiąc, Globisza po scenie wozi student krakowskiej PWST, Patryk Kulik, i są uroczy we wspólnych scenach, i talent nam wyraźnie w tym mieście rośnie.

Jeśli nawet nie jesteście fanami teatru, który opowiada wam historie w raczej nietradycyjny sposób, za pomocą urywanych monologów, powtórzeń, zapętleń, z aktorami zwracającymi się prosto do was (na widowni przez większość przedstawienia są zapalone światła, jakby twórcy chcieli, żeby bohaterowie widzom dawali do zrozumienia „wy możecie udawać, że nas nie widzicie, ale my was tak”), warto kupić bilet dla ludzi na scenie, którzy przez ponad trzy godziny jadą na bardzo wysokich obrotach.
Warto to zobaczyć z jeszcze jednego powodu. Wiem, że nie każdy to lubi. Ja na przykład owszem. Lubię mianowicie takie książki, filmy i przedstawienia, w ogóle twórczość jakąkolwiek, która sprawia, że się śmieję, po czym sprawia, że ten śmiech mi więźnie w gardle. Mało tego – trochę mi nawet wstyd, że się roześmiałam. Ten spektakl właśnie to robi. Wyrzuca was ze strefy komfortu.
Swoją drogą, gdybyście się wybierali – miejcie na uwadze, że antrakt niby jest, a go nie ma, i być może warto zostać wówczas na widowni?… Tak tylko mówię…

Z innej beczki, jutro znowu mam spotkanie na szczycie i będę przemawiać. Szef do mnie zadzwonił dzisiejszego popołudnia.
– Spokojnie. Ustawiłem cię jako pierwszą, więc będziesz miała szybko z głowy. Nic się nie denerwuj, ja też tam będę, w razie czego ci pomogę.
A więc mojego arcystresiora aż tak widać. To wspaniale.

*Jak na ironię, czytałam dziś jedną z pierwszych recenzji Doktora Faustusa z Kitem Haringtonem w roli tytułowej, wystawianego obecnie na West Endzie. Recenzję napisał bloger, bo tylko oni mogą, gdyż przed oficjalną premierą prasa ma embargo. I cóż on napisał.
„Czy gdyby nie był taki przystojny i umięśniony, to w ogóle zauważylibyście go na scenie?”.
Gdybym robiła w tej branży i przeczytała coś takiego o sobie, upiłabym się z rozpaczy.

Poteflon

Miałam dzisiaj – szok i niedowierzanie – pójść do teatru, bo nowa rzecz w Starym, w dodatku z bardzo interesującą obsadą, między innymi z jednym z moich ulubieńców, o którym w recenzji napisano, że jest fenomenalny. No pewnie, że jest. Ma się rozumieć. Wszyscy moi ulubieńcy są fenomenalni, dlatego właśnie nimi są. Tak się trafia do nieskończenie pojemnego serduszka autorki. A że autorka jest bardzo lojalna wobec ludzi, którym udaje się zaskarbić sobie jej szczególne względy, to wiernie za nimi podąża.
Ubrałam się rano ładnie, w sukienusię. Cały dzień czekałam niecierpliwie.
Idę odebrać bilet. Kolejka jak jasny pieron. Masa wyczekujących na wejściówki.
– Ale to bilet nie na dziś – mówi pani sympatyczna w okienku. – To na jutro.
Tom się zdziwiła…
Byłam istotnie święcie przekonana, że kupiłam bilet na dzisiejszy wieczór. Faktem jest, że kupowałam je (jak zwykle – pierwszy czwartek miesiąca) hurtowo i mogło mi się coś pomerdać, ale na ogół daty mi się nie merdają. Może to już ten wiek. Cóż. Dobrze, że pomyliłam się w tę stronę, a nie w przeciwną.
Prawdą jest, że jestem dość (dość?!) roztargniona i trzymam rzeczywistość na bezpieczną odległość, żyjąc sobie w swoim świecie. Zdarzyło mi się raz – ale tylko raz – zająć komuś miejsce na widowni. Bo ja też z tych ślepawych raczej i zawsze mam problem z odcyfrowywaniem numerów miejsc i rzędów (to drugie ryzyko łatwo zmitygować, celując w jeden z trzech pierwszych, co na ogół robię, jeśli się da; z drugiej strony czasami przecież pierwszy rząd jest w istocie rzędem czwartym, bo scena jest rozbudowana, i człowiek znowu skonfundowany). Usiadłam zatem na miejscu właściwym, owszem, ale kilka rzędów dalej i gdy prawowity najemca siedzenia na ten wieczór uprzejmie wygonił mnie bliżej sceny, to się szczerze ucieszyłam. W Londinium byłam raz świadkiem podobnej sytuacji, gdy pani weszła zadowolona, usiadła, siedziała, wraz z towarzyszem zachwycała się sufitem, gdy wtem pojawiła się inna para z żądaniem zwolnienia miejsc. No i wystąpił pewien problem, gdyż jedni i drudzy mieli bileciki na te same fotele, nie zamierzali ustępować, do podniesienia kurtyny coraz bliżej, więc w końcu zawezwano na pomoc biletera. Ten poświecił sobie latareczką, podumał, w końcu go olśniło i rzekł do pani, która przyszła pierwsza i jej towarzysza:
– Tak, wszystko się zgadza. Z wyjątkiem daty. Państwo mają bilety na za tydzień.
Zawsze to drobna pociecha – wiedzieć, że nie tylko ja tak mam.

A żeby było śmieszniej, rano w biurze postanowiłam zaparzyć sobie herbatki. Biorę torebkę, wrzucam do kubka, podchodzę do ekspresu do kawy, podstawiam kubek, gapię się tępo przez chwilę, jak kawa spływa na moją torebkę herbaty, po czym plaskam rączką w czoło.
Nie mój dzień.

Winię pana i władcę, który mi ostatnio spać nie daje, i wcale nie dlatego, że zachowujemy się bezecnie, tylko dlatego, że sobie po prostu gadamy. Do późna. Tak jakoś. P&W zawsze był bardzo ciekawym i wdzięcznym rozmówcą, choć nigdy nie było łatwo przebić się przez jego słowotok – człowiek otwiera usta, a tu zamiast własnego głosu słyszy męski baryton, bardzo ładny, ale jednak… Po latach nauczyłam się być wyczekiwać przerw, w których bierze oddech i wtedy prędziutko się wciskać, nauczyłam się też mu przerywać. Ale lubię te wspólne rozmowy aż pośniemy, czasami głębokie, czasami o byle czym.
Się pozmieniało…

100% dyskrecji

Co zrobiłam w weekend?
Brwi.
I właściwie nic poza tym.
No, przeczytałam półtorej książki. Pół o Philbym (dawno nie wspominałam, że chciałabym być szpiegiem, prawda?… fascynująca postać, nawiasem mówiąc – aż trudno uwierzyć, że człowiek o czarującej osobowości przyczynił się do śmierci tylu ludzi) i całą o Annie Dymnej, którą oczywiście kocham, bo jak nie kochać. To jest jedna z tych osób, które się widzi i od razu chciałoby się spytać, czy można się do niej przytulić. Nie dość, że oczu od niej nie można oderwać, gdy jest na scenie, to jeszcze poza nią przywraca wiarę w ludzkość. W odróżnieniu od hord celebrytów skaczących do wody, czy co tam teraz w telewizji na topie.
Jest w tej książce rozdział z listami, które ludzie do niej piszą. Fascynujący. Wzruszający, bo wiele z tych listów to nieśmiałe, a zarazem bardzo dramatyczne prośby o pomoc. Z innych wyziera straszna samotność – ludzie upatrują w aktorce przyjaciółki, której bardzo potrzebują, a nie mają. Nieważne, że nigdy w życiu jej nie poznali, ona i tak jest im bardzo bliska. Ale nie wszystkie listy są takie. Niektóre są autorstwa głęboko zakochanych, którzy co prawda na przykład obecnie odbywają karę pozbawienia wolności i jeszcze nigdy nie ten teges, ale proponują romans, 100% dyskrecji. Albo bez certolenia się od razu proponują pożycie (wyobraźnia wyobraźnią, konia z rzędem temu, kto nigdy nie fantazjował o mizianiu się z kimś z kinowego ekranu, ale żeby obcą przecież osobę, nie przebierając w słowach, zachęcać do seksu, to jednak…). Oferty matrymonialne od święcie przekonanych, że oto znaleźli swoją drugą połówkę, będą w Krakowie wtedy i wtedy, w tym i tym hotelu. Są też wielbiciele doskonali w pasywnej agresji, którzy pouczają obiekt uwielbienia, że powinien schudnąć i wziąć się za siebie, chudy twarożek i tak dalej. I tu znowu mnie zastanawia, jak można czuć się na tyle pewnie, żeby komuś, z kim się w życiu ani pół słowa nie zamieniło, sadzić porady życiowe. Są listy od obrażonych, bo przecież w relacjach międzyludzkich powinna obowiązywać wzajemność, toteż oni już więcej nie będą pisać, skoro idolka dotychczas im nie odpowiedziała na żadną pocztówkę – foch!
Jest też list od pana, który pyta o środek na porost oczu i włosów. Tak, dobrze przeczytaliście.
Cudowne, cudowne.
Świrów to jednak nie brakuje na świecie.
Przez pewien czas, kilka lat temu, nazwy przystanków w krakowskich tramwajach czytali tutejsi aktorzy. W tym Anna Dymna właśnie. Ona mówiła „Dworzec Główny” tak szelmowsko, że człowiek aż się cieszył, że na wycieczkę jedzie. Niestety zarzucono ten obyczaj, a obecny lektor mówi do bólu beznamiętnie.
Całkiem niebawem premiera z nią w Starym; jasne, że będę.

Nawiasem mówiąc, pojawia się w tej książce uroczy wątek o Władysławie Hańczy, który był ponoć wielkim sybarytą i lubił korzystać z uroków życia; razem z młodziuchną koleżanką podczas kręcenia Kochaj albo rzuć w Chicago chodzili na lody – zamawiali sobie rządkami, żeby po kolei wypróbować wszystkie smaki.
Sprawdziłam.
Hańcza był zodiakalnym Bykiem.
Ma się rozumieć.

No dobrze. Czas stawić czoła oburzająco pracowitemu poniedziałkowi. Niech nam tydzień lekkim będzie.

Little, shy, unimportant heroine

Za miesiąc niżej podpisana niestety się postarzeje. Wczoraj nawet ustąpiono jej miejsca w tramwaju, co ją bardzo zasmuciło – acz oczywiście dobrze wiedzieć, że są uprzejmi mężczyźni w narodzie – i obawia się, że niebawem historia jej wyszukiwań w Google będzie składała się głównie z wpisów typu „botoks kraków zabiegi”. Tak czy inaczej, na razie zaplanowała sobie obchody tej ponurej daty – w mieście za kanałem La Manche, jakże oryginalnie… – toteż na chirurgię estetyczną raczej nie będzie jej stać.

Tydzień intensywny towarzysko, jak dawno nie. We wtorek koktajle na mieście (och, uroki ciepłych krakowskich wieczorów – takie tłumy wyległy, że czekałam kwadrans na taksówkę), środa u przyjaciół po sąsiedzku. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu ich syn gdzieś w międzyczasie skończył dwa lata, a przecież dopiero wybierali dla niego imię. Śliczny jest – i bez dwóch zdań mamy ze sobą coś wspólnego, bo jest bardzo nieśmiały. Jest w tym oczywiście przeuroczy i słodki, bo nieśmiałość często taka jest dla postronnych – choć czasami bywa postrzegana jako zwykła wyniosłość, by nie rzec bucowatość. Dla dotkniętych tą przypadłością bywa wielką udręką.
Trochę mu nawet zazdroszczę, bo on jeszcze może wdzięcznie zasłonić buzię pulchnymi rączkami i udawać, że go nie ma. Ja już raczej nie.
Jeśli o tym mowa, dziś rano – o ÓSMEJ rano – odbyło się spotkanie, które miałam prowadzić i od wtorku żyłam z żołądkiem w gardle. Wiadomo przecież, jak uwielbiam publiczne występy, no pasjami po prostu. Ja mam problem z tym, żeby do kogoś zadzwonić (szkoda, bo do tej Szwecji zatelefonować to bym chciała nawet), a co tu dopiero jakieś zgromadzenia. To irracjonalne i bardzo trudne do zwalczenia. Galareta zamiast kolan, zesztywniały język, zimne poty, pustka w głowie, mimo że uprzednio wyryło się na pamięć to, co chciało się powiedzieć, przeczytało wszystkie dokumenty i zrobiło osiemdziesiąt stron notatek. Gdy już zacznę, to potem jakoś się kręci – zwłaszcza że ludzie na ogół są życzliwi i gdy widzą, że kogoś zżera trema, starają się mu pomóc. Przynajmniej uśmiechając się do niego. Zagadując o niezwiązane banały – jaka pogoda, jak minął weekend, takie tam. To są drobiazgi, ale bardzo ważne, bo każdy, kto ma skłonność do spazmów i waporów, wie, że taki drobny sygnał „spokojnie, to nie cumowanie do stacji kosmicznej, a ja jestem po twojej stronie” potrafi zdziałać cuda i natychmiast zrelaksować nerwusa. Z drugiej strony trafiają się indywidua w rodzaju mojego niegdysiejszego szefa, obdarzonego raczej skromną inteligencją emocjonalną, który potrafił otworzyć spotkanie zapowiedzią, że nie będzie ono miłe, albo przesiedzieć całe z nachmurzoną twarzą, nie odzywając się ani słowem, albo dla odmiany nieustannie przerywać mówiącemu. Tym sposobem uczestnicy skłonni do stresu denerwowali się jeszcze bardziej i chodzili na te spotkania jak na szafot, modląc się w duchu o skręcenie nogi po drodze.

Autorka tak się przeraziła wizją bycia wodzirejem, że nie sprawdziła jednej rzeczy.
Mianowicie listy uczestników tegoż spotkania.
Na liście znajdowały się cztery, powtarzam, cztery nazwiska, w tym jej.

Istotnie.
Liczba warta histeryzowania.
I tak nerwy były, ale przeżyłam.

Co do tych życzliwych ludzi jednakowoż.
Przeczytałam dziś coś, co mnie zmroziło. Ważne – przeczytajcie ten artykuł do końca. Obie strony. To bezczelne zagranie redakcji, ale trafne. I powiem wam, że trochę mnie zatrważa myśl, że najpewniej codziennie jeżdżę z tak myślącymi ludźmi do pracy, codziennie stoję za nimi w kolejce do kasy w moim osiedlowym sklepie. Wolałabym myśleć, że tak nie jest, ale to niestety bardzo mało prawdopodobne.

At least I galloped. When did you?…

Rzadko eksterminuję komentarze, bo choć blogi z definicji niejako są towarzystwami wzajemnej adoracji, to jednak różnorodność jest ciekawa. Niemniej mówienie mi, co tu mogę robić, a czego nie, to już trochę przesada.

Poza tym u mnie po staremu, czyli nic zgodnie z planem. Udałam się w sobotę do miasta, w założeniu po warzywa na obiad i ewentualnie kwiaty na balkon (to drugie ma jednak umiarkowany sens, biorąc pod uwagę, że kwiatki należy podlewać, a do wykonania tej czynności potrzebny jest właściciel, najlepiej obecny na miejscu). Prosta sprawa, dojść do Kleparza, zrobić zakupy, wrócić.
W ogóle tam nie dotarłam.
Bo akurat znajomy poszukiwał towarzystwa na obiad, więc ochoczo zaoferowałam mu własne. Zjedliśmy chińskie pierożki (muszę wam powiedzieć, że ja ogromnie lubię jeść pałeczkami, naprawdę lubię – nie potrafię tego wyjaśnić i nie jestem mistrzem, raz nawet zdarzyło mi się cisnąć niechcący kąskiem tempury we współjedzącego, wskutek czego natychmiast doniesiono mi widelec i dokończyłam szybko posiłek, płonąc ze wstydu; tak czy inaczej, sprawia mi to dużą przyjemność), po czym autorka uznała, że skoro mamy taki piękny wiosenny dzień, to należy rozpocząć sezon na jedzenie lodów. Wszyscy wiedzą, że lodami można mnie przekupić, ugłaskać, pocieszyć, rozkochać i tak dalej. Przepadam. Kiepsko się orientuję w krakowskiej topografii, ale najbliższy punkt z lodami zawsze wskażę. Spożywszy zatem skromne trzy gałki, ruszyłam dalej przez miasto, uświadamiając sobie przy tym, że robi się cokolwiek późno i lepiej przebierać nogami, bo jeszcze chwila i zastanę opustoszałe lady na Kleparzu. Byłam już na ostatniej prostej, gdy wtem.
Na wystawie mijanego sklepu zauważyłam buty.
Akurat takie, jakich wyglądałam od pewnego czasu.
Oczywiście, że pół minuty później już je przymierzałam, a przymierzając, dostrzegłam na wieszaku nieopodal bardzo szykowne porteczki.

W skrócie – zamiast z pomidorami, wróciłam do domu z parą butów, spodniami ORAZ spódnicą. Pogratulować. Nałożyłam sobie embargo na wychodzenie dalej niż do osiedlowej Żabki i za karę przez całą niedzielę robiłam porządek w książkach.
Znalazłam wiele, które mnie zdziwiły – w sensie, zdziwiły mnie obecnością na moich półkach, bo nie przypominam sobie nawet, żebym je kupowała, nie mówiąc o przeczytaniu. Poza tym czego tam nie ma. Przewodnik po Nepalu (nie byłam). Nauka paralotniarstwa w weekend (no can do – niemniej taki podręcznik istotnie wydano, jest zdumiewająco cienki). Kamasutra dla kobiet (przydatność zbliżona do poprzedniej, nomen omen, pozycji, ale ładne wydanie za to). Przy okazji, wśród całej tej masy dziwnych znalezisk wykopałam też program Equusa z TYM Danielem Radcliffe’em. To było drugie w moim życiu przedstawienie oglądane w Londynie, w 2007 roku. Gdybym wtedy wiedziała, jak sprawy dalej się potoczą… No cóż.

wp-1459698046331.jpeg

Znalazłam też zdjęcie mojej wielkiej fascynacji sprzed 10 lat. „Miłość” to byłoby za dużo powiedziane, zwłaszcza że któregoś dnia afekt wyparował, jakby nigdy go nie było. Nie mamy ze sobą kontaktu i nie boleję szczególnie, choć facet był niesłychanie przystojny, pod wieloma względami cudowny i znał Józefa (to mnie w nim zachwycało i nadal zachwyca w mężczyznach – natychmiastowe porozumienie, łapanie w lot hermetycznych żartów, gry słowne, zamiłowanie do subtelnego wkręcania innych). Nasze drogi rozeszły się dość łagodnie. Podejrzewam – i mam nadzieję – że dobrze mu się ułożyło.
A wreszcie znalazłam kolejny tom mojego pamiętnika, pisany w moich wczesnych latach dwudziestych.
Chciałam powiedzieć, że różni się stylem od poprzednich memuarów, ale niestety. „Ja go tak kocham, a on mnie tak nie kocha” (z perspektywy czasu widać oczywiście, że trza było chłopu wymierzyć kopa w kierunku drzwi, zamiast się łasić, z czego skwapliwie korzystał – wstyd, wstyd, na jakie głodne kawałki daje się człowiek nabierać, gdy ma dwadzieścia lat i jest zakochany). Rozważania dowodzące, że miało się wówczas zbyt dużo czasu na myślenie. Poświęciłam półtorej strony maczkiem pierwszemu w życiu shotowi tequili (byłam zachwycona – później tequilę piłam jeszcze tylko raz i był to raz ostatni, ponieważ następnego dnia miałam ochotę odciąć sobie głowę nożem kuchennym, tak fenomenalnie się czułam). Na skromnych czterech stronach, maczkiem toże, opisałam moje – trwające dwadzieścia minut najwyżej – spotkanie z pewnym dość popularnym wówczas dziennikarzem; uwielbiałam, jak pisał, bo rzeczywiście było to znakomite, natomiast przy bliższym poznaniu facet tracił niemożebnie. Nazywając rzeczy po imieniu, był dość raczej arogancki. Dość raczej bardzo. Był człowiekiem z gatunku „czy pani wie, kto ja jestem”. Jedną wszak dobrą rzecz z tego spotkania wyniosłam. Powiedział bowiem rzecz oczywistą, ale prawdziwą, gdy mu w swoim podekscytowaniu wyznałam, że chciałabym robić to, co on. Powiedział mi, uwaga, „to rób”.
Tak, to prawda objawiona, oczywista oczywistość et cetera et cetera, i nie zajmuję się dziś tym, co on, ale zasadę „to rób” stosuję z powodzeniem od lat. Chcesz czegoś, to zwyczajnie to się za to zabierz.

Dopiero teraz człowiek sobie uświadamia, jak fantastyczne to były czasy. Można było mieć wszystko w głębokim poważaniu, żyć sobie z dnia na dzień. Mieszkało się na Starym Mieście, na niewygodnym, zimnym poddaszu – ale latem, w samej bieliźnie, można było wyjść przez okno na dach, usiąść i patrzeć na miasto. Miało się irytujących współlokatorów – ale jeden z nich raz zaniósł mnie na barana z Rynku do domu i w moje urodziny wysunął zza pleców potężny bukiet bzu. Bywało się co rusz w knajpach, z których wiele już nie istnieje – ale nadal rozpoznajemy się z innymi bywalcami i uśmiechamy do siebie, mijając się czasem na ulicy. Budzik rano nie dzwonił, nie było maili do odpowiedzenia natychmiast, zmartwień o zepsutą pralkę i że coś pobolewa w biodrze.  Ta nasza młodość, chciałoby się rzec (jak na ironię, któregoś dnia wiózł mnie do domu taksówkarz, który dobrze znał Tadeusza Śliwiaka, autora tego tekstu – takie to miasto).
I wtedy jeszcze miałam czytelny charakter pisma.

Sir, you are no gentleman

Uff. Pracuje człowiek ranki i wieczory, i już prawie zapomniał, że jakieś święta były. Trudno zresztą się dziwić, bo niezbyt były one zapamiętywalne. Chciałabym napisać, że upłynęły mi na robieniu masy pożytecznych rzeczy, ale niestety byłoby to wierutnym kłamstwem. Leżałam, żarłam, czytałam i oglądałam. Wykończywszy tego Nocnego recepcjonistę, zgadzam się z frakcją widzów, która uważa, że bohaterka grana przez Olivię Colman bardziej by się nadała na przyszłego Bonda niż bożyszcze w roli głównej, ponoć rozważane; świetny pomysł, nawiasem mówiąc, miał ktoś, kto uczynił rasowym badass szpiegiem kobietę około czterdziestki i w zaawansowanej ciąży, nie muskularnego mężczyznę z wyrazistą szczęką ani nie długowłosą nimfę w obcisłym kombinezonie odpowiednio rozpiętym na piersiach.
Co pozwala mi płynnie przejść do kolejnego wątku.
Machismo ma się dobrze w naszym kraju. XXI wiek, a nadal zdarza mi się – szczęśliwie rzadko – spotykać na mojej drodze mężczyzn, zdaniem który naczelną rolą kobiety jest pachnieć i wyglądać, potem ewentualnie co innego, ale bez przesady. Byle nie wchodzić w paradę wannabe samcom alfa. Jeżeli która nie chce pełnić roli głównie ozdobnej i być z tego dumna, to zapewne jest [tu słowo, którego szczerze nienawidzę i nie używam] lub też ma jakieś inne problemy emocjonalne. Kobita powinna znać swoje miejsce i nie próbować rywalizować z wannabe samcem alfa (skąd założenie, że w ogóle chcemy?).
Osobiście uważam, że głoszenie tego rodzaju poglądów nie najlepiej o mężczyźnie świadczy, wcielanie ich w czyn – a poznałam takich – świadczy już w ogóle bardzo źle, ale mam pewną teorię. Niezbyt odkrywczą. Moim otóż zdaniem to ma źródło w niskim poczuciu własnej wartości. Stąd przecież na ogół biorą się próby dyskredytowania innych.
Co pozwala mi płynnie przejść do kolejnego wątku.
Bo ten Episkopat, prawda.
Uznał za stosowne wypowiedzieć się w sprawie całkowitego zakazu aborcji, gdyż banda mizoginów żyjących w celibacie najlepiej zna się na pożyciu i jego konsekwencjach. Mniej więcej tak dobrze, jak ja na teorii strun. To by mnie nawet nie ruszyło, wszak z Kościołem – w katolickim wydaniu – od wielu lat mi nie po drodze, wychowałam się w rodzinie ateistów i nawet nie wiem, jak się na mszy zachować. Biblię przeczytałam, nawiasem mówiąc. W każdym razie. Nie irytuje mnie nawet to, że ta zepsuta instytucja, która od wieków średnich uważa kobiety za podgatunek i jest z tego dumna, ma czelność zabierać głos w tej sprawie. To, że dla kleru nieprzerwanie od stuleci jesteśmy nieczystymi pomiotami szatana i lubieżnymi szmatami, jest prawdą powszechnie uznaną. Irytuje mnie za to bardzo to, że ten chory, okrutny pomysł popiera premier naszej miodem i mlekiem płynącej krainy. Kobieta, jakby nie było. Nie oczekuję solidarności jajników, bo nigdy w nią nie wierzyłam, niemniej oczekiwałabym naiwnie opinii bardziej wyważonej. A oto rząd mówi obywatelkom: „wy nie jesteście ważne”. Naprawdę słabe to, pani premier, że wyobraża sobie pani sprowadzenie Polek do roli inkubatorów, poświęcanie ich życia i zdrowia w imię radykalnej ideologii, zmuszanie ich do rodzenia dzieci z wadami skazującymi je na śmierć po kilku dniach, rodzenia dzieci swoich oprawców. To już nawet nie jest oburzające; to czyste skurwysyństwo. Orędowników tego pomysłu uważam za barbarzyńców. Odrażających, bezdusznych barbarzyńców.

Ale by nie kończyć tak ponuro – jak wiemy, autorka korzysta z każdej możliwej okazji, by napomknąć w notce o jednym czy drugim swoim ulubieńcu. Dziś kupiłam bilet na to przedstawienie Bertiego. Tak, wiem, że tylko reżyseruje i nie zamierza obsadzić samego siebie, i nie spodziewam się, by każdego dnia pałętał się w pobliżu widowni, wypatrując pewnej świrniętej Polki, ale. Poza tym w Chichester stoi piękna, średniowieczna katedra, więc przy okazji się pozwiedza.

A woman’s face with Nature’s own hand painted

Tak się złożyło, że dziś przypadł jeden z tych dni, gdy każdy człowiek pracujący czuje się, jakby był panem świata. Wszyscy wiemy, o co chodzi i wszyscy wiemy, że jak nietrwałe to uczucie. Pomyślałam zatem, że może od razu, dla spokojności kupię sobie bilet na na jesienne finałowe czytanko – byłam dwa lata temu i w ubiegłym roku, więc i teraz będę. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że większości miejsc na parterze już nie ma, łącznie z tym, na którym siadywałam w poprzednich latach. Ktoś mi normalnie miejsce zajął. Ludzie to wilki.
Nie drgnęłaby mi brew, gdyby chodziło o przebojowy spektakl z gwiazdą w głównej roli. Ale obsada nie jest znana i nie jest powiedziane, że w ogóle zostanie ujawniona zawczasu, obecność gwiazd mało prawdopodobna, mało tego – nie wiadomo nawet, co to będzie za sztuka. A jednak ludzie wykupują bilety siedem miesięcy wcześniej i być może stukałabym się w czoło, gdybym nie zrobiła tego samego.

pit

Trzeba być. Dla atmosfery.
Nawiasem mówiąc, gdyby nie towarzystwo z czytanek, nie dowiedziałabym się dziś, że Google zdigitalizowało XVII-wieczny podręcznik ars amandi (linkuję na wypadek, gdybyście nie mieli co czytać w święta). I że oczywiście ktoś ze zbereźnym poczuciem humoru od razu uruchomił na Twitterze konto z najbardziej soczystymi cytatami zapisywanymi w oryginale. Coś pięknego.

lua

Tak, wiem. Ale mnie bawi, co poradzę.

Zapewniwszy sobie wjazd na najważniejszą (w pewnych osobliwych kręgach) imprezę roku, spłaciłam dług zaciągnięty u przyjaciółki w ubiegłym tygodniu, gdy to podczas konwersacji narzekałyśmy, jak to dawno nie byłyśmy na prawdziwych wakacjach – takich wiecie, w walizce tylko pareo, japonki i krem z filtrem. Od paru lat marudzę, że chciałabym w końcu spędzić urlop na plaży, po czym i tak trafiam do Wielkiej Brytanii. Albo Norwegii. Albo w Beskid Niski, który uwielbiam, ale pechowo zwykle trafiam tam, gdy leje. Marudziłam, marudziłam, aż opatrzność stwierdziła, że dość ma tego rzężenia. Akurat podczas mojej z przyjaciółką rozmowy stanęła mi przed oczami absurdalna wprost promocja biletów w całkiem ładne i zdecydowanie ciepłe miejsce. Od słowa do słowa i jakoś tak się okazało, że wszystkim zainteresowanym promocyjny termin pasuje. Decyzja została podjęta w trymiga („To kupować te bilety?” – Szlag… nieważne, będziemy kombinować później, kupuj!”) no i wygląda na to, że lecimy. W grudniu co prawda dopiero, niemniej jakoś się wytrzyma. Nigdy nawet nie sądziłam, że wyląduję akurat tam – to nie był punkt do odhaczenia na mojej liście marzeń. No, ale takie właśnie niespodzianki są najlepsze. Po raz pierwszy od dawna będę podróżować w towarzystwie większym niż ja i mój plecak, więc to też będzie ciekawe, ale na wycieczkę udają się ludzie, których ogromnie lubię, z którymi niejedną beczkę nie tyle nawet soli, co dziegciu zjadłam i daliśmy radę, i o których wiem, że można z nimi zupełnie się wyluzować, że nie mają ciśnienia na spędzanie całego czasu razem i ciągłe mówienie czegoś, byle tylko krępująca cisza nie zapadła, wprost przeciwnie. To będzie turnus introwertyków.

A poza tym wydarzyło się to, na co czekałam od dwóch lat, mianowicie wreszcie wypuszczono ścieżkę dźwiękową z American Psycho: The Musical – dostępną w Spotify, jeśli komuś nie w smak zamawianie krążka z daleka – i jestem bardzo szczęśliwa. Matt Smith wybitnego głosu nie ma, co nie zmienia faktu, że jest to beznamiętnie zimne, jest kiczowate, jest groteskowe i jest cudowne.
Rise and shine, don’t waste time
Head to your terminals, head to the mines
Present yourself as someone who knows
In which direction capital flows.
Make it happen, make it rain
With conjuring a legerdemain
Flash your smile, bare your teeth –
– they’ll never guess what’s underneath…

Ale do łóżka i tak dziś idę z kimś innym, z absolutnym cudem. Uwielbiam Rufusa, chociaż zarazem go nie znoszę, bo często zmusza mnie do ganiania po mieszkaniu w poszukiwaniu chusteczek. Ma przepiękny głos, jest przystojnym mężczyzną i teraz zabrał się za wyśpiewywanie sonetów Szekspira. Jak tak można.

Zanim głowę do snu złożę

Ubiegły tydzień był dla mnie wyjątkowo piękny i niespodzianki spadały na mnie jak gwiazdki z nieba. Ten natomiast jest, no… Wszyscy wiemy.
Dziś nie będzie o ładnych ludziach, o teatrze, o dalekich podróżach. Będzie o tym, co dzieje się obok nas, więc jeśli chcecie, możecie od razu kliknąć krzyżyk w prawym górnym rogu.

Rozmawiałam dziś ze znajomym, który powiedział, że najbardziej w kolejnych takich wydarzeniach przeraża go to, że nie są już dla niego zaskakujące. I on, i ja często podróżujemy; dworce, lotniska, stacje metra to nie są jakieś obce miejsca. Zawsze ma się z tyłu głowy myśl, że może wydarzyć się nieszczęście, bo przecież się zdarzają. Niemniej gdybym takim obawom dała się rozwinąć, nigdy donikąd bym nie pojechała. Życie musi toczyć się dalej, i dla naszego zdrowia psychicznego i po to, by – jak mawiał sierżant Highway – nie dać baranom satysfakcji.
Mnie przeraża coś więcej.
Te wszystkie teksty, które wczoraj zobaczyłam w rodzimych zakątkach internetu.

Dobrze im tak. Sami chcieli, po co wpuszczali.
Nikomu nie życzę źle, ale nie współczuję.
Szkoda, że tam Merkelowej nie było.
Jebane lewactwo.
Odesłać wszystkich brudasów na Saharę.
Powystrzelać co do jednego.

Czyż nie czarujące.
Ilekroć widzę, gdy ktoś deklarujący się jako gorliwy chrześcijanin pisze, cytat dosłowny: „dzicz wypierdalać”, mam ochotę poprosić o to, by mi wyjaśnił, jakim cudem wiara mu nie przeszkadza w stosowaniu takiej retoryki. Święta za pasem, pójdzie jeden z drugim do kościołka, poda sobie z sąsiadem z ławki znak miłości, pomodli się do rzeźby człowieka, który według Ewangelii zginął straszną śmiercią, a potem napisze w internecie, że ciapaci won, a Belgia ma, co chciała i wcale nie jest mu przykro. No kurwa. Toż to schizofrenia. I jak mówię, mam ochotę poprosić o wytłumaczenie mi tych meandrów rozumowania, dzięki którym dwa tak rozbieżne światopoglądy spotykają się w jednym rozumie, ale gdy tylko pytam kogoś na żywo (a mam takich znajomych, owszem, do niedawna nie wiedziałam, że mam), zmienia temat albo mówi, że nie rozumiem – no, wiem, że nie rozumiem, inaczej bym nie pytała – niemniej oświecać mnie za bardzo nie chce. Gdy pytam w sieci, w lepszym wypadku nie doczekuję się reakcji, w gorszym dostaję zamiast odpowiedzi gorący bluzg lub dwa.
Tymczasem, jadąc na fali tych pięknych nastrojów społecznych niczym australijski surfer, pani premier zapowiedziała twardo, że nasz kraj nikogusieńko nie przyjmie. Brawo za wyczucie czasu z wystosowywaniem takich obwieszczeń.
Nie dalej jak dwa tygodnie temu mój kolega zza zachodniej granicy spytał, co tam się u nas wyrabia u góry. Ot, widzi pani premier et consortes, nie potrzeba wcale donosicieli, zagranica ma dostęp do mediów i potrafi się zorientować, co i jak. Nie zmienia to faktu, że w mojej odpowiedzi na jego pytanie rządu nie obroniłam i prędzej zjem własne buty, niż to zrobię. Moi zagraniczni przyjaciele i koledzy z pracy są na tyle rozsądnymi ludźmi, żeby nie stawiać znaku równości pomiędzy polskim rządem a mieszkańcami tego kraju. Ale jednak jest mi wstyd, jest mi zwyczajnie wstyd. I martwi mnie bardzo, że radykalne poglądy, wyrażane na domiar złego językiem bardzo brutalnym, mają się u nas coraz lepiej. Mam wrażenie, iż niektórzy naprawdę chcieliby pójść na wojnę. To mnie przyprawia o dreszcz.

Ja bym sobie tylko życzyła, by ten i ów pamiętał, że każdy z nas budzi się rano, pracuje, przypala obiad, uprawia miłość i zasypia na tym samym, małym pędzącym w ciszy przez lodowaty kosmos kawałku skały. Wszyscy jedziemy na jednym wózku. Czy nie lepiej mimo wszystko starać się, żeby było to miejsce w miarę znośne dla nas i otoczenia?

Lepiej pójdę spać, nim upuszczę kolejne litry goryczy.

Building castles in the air

Mam wielką prośbę.
Jeśli jeszcze kiedyś wpadnę na pomysł wylatywania na wycieczkę pierwszym porannym samolotem po całym tygodniu pracy i wracania ostatnim wieczornym przed całym tygodniem pracy, wybijcie mi to z głowy. Na krakowski dworzec dotarłam kwadrans przed drugą w nocy, a o szóstej zadzwonił budzik. Wyglądam dziś (i czuję się) już nawet nie jak moje zdjęcie w paszporcie, raczej jak portret trumienny. Tym milej ze strony pana i władcy, że wspaniałomyślnie posłodził mi, że kraj od razu wyładniał po moim powrocie. Ten to jednak wie, co babie powiedzieć.

Sama natomiast wycieczka całkiem udana, dziękuję – mimo drobnych perturbacji. Mianowicie gdy w przerwie pomiędzy jednym a drugim sobotnim spektaklem poszłam zameldować się w hotelu, pani w recepcji z podejrzanie przepraszającym uśmiechem rzekła, że cały dzień próbowali się ze mną skontaktować. Oho. Niedobrze.
Okazało się, że w hotelu jest awaria i muszą przenieść część gości w inne miejsca. Autorka trochę się spięła, albowiem za godzinę musiała stawić się w National Theatre i odbyć jeszcze z tej okazji podróż metrem, ale pani w recepcji wyjaśniła, że ten drugi hotel, do którego trafię w zamian, jest zaraz przy sąsiedniej ulicy i nie muszę iść, bo taksówka już czeka. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że moja nowa tymczasowa kwatera ma nieporównanie wyższy standard – otwierają przed wami drzwi, windziarz, deszczownica i plazma zajmująca pół ściany, te sprawy – a w dodatku w pokoju zastałam butelkę wina i kosz owoców w ramach przeprosin za niedogodność. Pomyślałam, że z takimi niedogodnościami to ja ewentualnie mogę żyć. Niemniej zamiast pławić się w luksusie, wybiegłam na Oczyszczonych.

Powiem tak.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam tyle penisów w tak krótkim czasie. O ile się nie mylę, żadnemu z aktorów nie udało się zagrać całego przedstawienia w ubraniu.
Czego tam nie było. Wstrzykiwanie narkotyku w gałkę oczną. Elektrowstrząsy. Odcinanie kończyn. Wtykanie metalowego pręta w… no, wszyscy wiemy, w co. Striptiz. Masturbacja. Raczej nieprzyjemnie, za to bardzo dosadnie zobrazowany seks. Upokarzanie. Wycinanie języka. Zmuszanie do jedzenia. Ogólnie rzecz biorąc, niemal dwugodzinny festiwal tortur zadawanych na różne sposoby. Widz zostaje całkowicie wytrącony ze swojej strefy komfortu i przez cały wieczór jest niemal jak Alex z Mechanicznej pomarańczy, zmuszany do patrzenia na okropieństwa. Czy to są rzeczy gorsze niż oglądamy w telewizji/sieci? Gdyby się zastanowić, to nie. Czy dziwię się ludziom, którzy mdleli albo wychodzili w trakcie? Też nie, mimo wszystko. O ile jestem dość odporna na krwawe obrazki i naprawdę trudno mnie zgorszyć, to jednak sama miałam pewien kłopot ze zniesieniem jednej sceny – tej z karmieniem siłą właśnie. To był moment, gdy myślałam: „rany boskie, niech oni już przestaną, przecież on zaraz zwymiotuje”.
Mocne. Nie odważę się mówić, czy dobre, czy niedobre, bo trudno to w ogóle w takich kategoriach oceniać. Zresztą spektakl miał pełną gamę recenzji, od jednej gwiazdki po pięć. Z jakiejś przyczyny bardzo chciałam to obejrzeć – vide wpis poniżej, ja lubię czasem trochę mroku, jest potrzebny – i cieszę się, że udało mi się zdobyć na to bilet. To był trudny wieczór, ale bez dwóch zdań interesujący.
Znałam dwójkę aktorów grających brata i siostrę (sceny, w których oni grają razem, są świetne), ale nie wiedziałam, że pewna znakomita niespodzianka obsadowa mnie czeka. Czytam sobie bowiem przed spektaklem listę płac i widzę nazwisko takie, Matthew Tennyson. Tennyson? Skądś znam. Czytam zatem, w czym osobnik dotychczas wystąpił, a tam stoi, że Sen nocy letniej w Globe. No przecież! Puk!!
(Zbieżność nazwisk ze słynnym poetą nieprzypadkowa, nawiasem mówiąc).

Jakby tego było mało, parę godzin wcześniej widziałam Ibsena. Też nieszczególnie w dobry nastrój wprawiające przedstawienie, ale zupełnie, dramatycznie wręcz inne. Przeszło już do historii, więc nie zepsuję nikomu przygody, jeśli napiszę o zakończeniu, które mnie powaliło. I naprawdę, naprawdę opadła mi szczęka. Dosłownie twarz rozdziawiłam.
Gdyż mianowicie scenografia w ostatniej scenie cała się zawala. TRRRACH. To ostatnia rzecz, jakiej widz się spodziewa – przed sekundami dosłownie przeżywszy tragiczną śmierć głównego bohatera.
I muszę trochę posypać głowę popiołem. Otóż, widzicie, ja nigdy nie byłam fanką Ralpha Fiennesa. Podchodziłam doń z nastawieniem „szanuję, doceniam, ale nie moja bajka”. Gdy obejrzałam wiosną Człowieka i nadczłowieka, moja rezerwa nieco osłabła. Potem obejrzałam parę wywiadów z nim i odkryłam, że to erudyta z dużym dystansem do siebie, rzadkie zjawisko w szołbiznesie, ale zawsze obiecujące. Potem przeczytałam rozmowę o tym, jak grał Koriolana (i jak wywiadującego przyjął we własnym mieszkaniu, robiąc przy tym tosty). A przedwczoraj obejrzałam ten spektakl i od kilkudziesięciu godzin Fiennes ma we mnie oddaną wielbicielkę. To jest tak, że są aktorzy zachwycający w filmach, którzy na scenie sobie nie radzą zupełnie. Są też tacy, którzy wchodzą i jeszcze zanim się odezwą, kradną waszą uwagę całkowicie. Mają taką charyzmę, że nawet gdy stoją w cieniu, chcecie patrzeć tylko na nich – właściwie nie tyle chcecie, co musicie, to się odbywa poza waszą kontrolą. Fiennes to jest ten właśnie przypadek, który potrafi przetrzymać was w nieznośnej ciszy, rozbawić kąśliwą uwagą wypowiedzianą bez cienia uśmiechu i złamać wam serce. Bez szarży, bez prób oczarowania publiczności, bez odstawiania maniany, bo sławny i ludziom i tak się spodoba. Klasa.

Obudziłam się w niedzielę umiarkowanie rano – te wszystkie poduszki były takie cudowne – spakowałam manatki i udałam się ponownie na południowy brzeg. Jakoś tak się zdarzyło tym razem, że wszystkie przedstawienia oglądałam poza West Endem, zatem w sumie nie wiem, czemu tam nie zamieszkałam; nie musiałabym metrem się tłuc.
Do Shakespeare’s Globe się udałam. Wiadomo wszak, że bez Globe wizyta się nie liczy.
Niestety przyszłam na tyle wcześnie, że musiałam coś ze sobą zrobić na miejscu. Globe ma sklep. Nienawidzę tego miejsca.

wp-1458589422896.jpeg

Poszłam na Zimową opowieść do Sam Wanamaker Playhouse – czyli tej ich wewnętrznej, zadaszonej sali teatralnej, która jest miejscem bardzo kameralnym i uderzająco pięknym. Już po wielokroć tu piałam nad jej urokami, więc tym razem pominę, ale niezmiennie polecam wizytę. Mam oczywiście wiele uroczych wspomnień stamtąd, wszak to tam siedziałam przebrana za pirata, ale pomijając sentymenty, to miejsce kojarzy mi się z bombonierką. Albo z pozytywką. Albo z domkiem dla lalek. Jest śliczne, maleńkie, przytulne i pachnące. Tak, pachnące. Teraz już trochę „wywietrzało”, ale gdy byłam tam niedługo po otwarciu, pachniało świeżym drewnem. Poza tym, choć jest tam sztuczne oświetlenie, przedstawienia gra się przy świecach osadzonych w zwisających z tego ich obłędnego sufitu kandelabrach. Teatr używa świec z pszczelego wosku, nie jakichś tam taśmowej produkcji, więc to przy okazji zdrowe.
Szczerze? Ta wersja Zimowej opowieści podobała mi się bardziej niż ta Branagha. Była oczywiście nieporównanie skromniejsza, dużo prostsza, ale przez to uroczo intymna. Plus oczywiście muzyka na żywo, jak zawsze w tym teatrze. Któż nie lubi posłuchać harfy czy innej tam wiolonczeli. Plus John Light (ależ on jest przystojny, przepraszam, musiałam to napisać). Plus interakcja z widownią, też obowiązkowa – szczęśliwie tym razem siedziałam z daleka od bezpośredniego pobliża sceny. A przede wszystkim wyśmienite wykorzystanie niezwykłych atutów tego miejsca i jeden z najbardziej magicznych momentów, jakie przeżyłam. Otóż Zimowa opowieść zawiera takie słynne didaskalia: exit, pursued by a bear. Od wielu lat mądre głowy próbują ustalić, jak niby William S. w swoich czasach wyczarował niedźwiedzia na scenie – możliwe nawet, że był to niedźwiedź prawdziwy, bowiem wówczas South Bank było nie tylko siedzibą teatrów, ale też aren niedźwiedzich zapasów… W każdym razie w Sam Wanamaker Playhouse ta kluczowa scena, która kończy pierwszą część opowieści i zaczyna drugą, rozgrywa się w całkowitych ciemnościach. Zupełnych. Płomyki świec zostają zdmuchnięte, kandelabry odjeżdżają w górę, aktorzy znikają. Nic, absolutnie nic nie widać. Zostaje z wami tylko zapach rozgrzanego wosku. I to jest chwila, gdy wasza wyobraźnia szaleje. Coś pięknego, niesamowitego.
Często bywam pod wrażeniem zastosowania techniki w teatrze, ale tak naprawdę to rozwalają mnie właśnie takie momenty – czarowanie widza bardzo prostymi, przaśnymi niemal środkami.

Wyszłam, popędziłam na dworzec Blackfriars (zawsze będzie mi się kojarzył z Nigdziebądź Gaimana – gdy raz się tę książkę przeczyta, usłyszy słuchowisko albo obejrzy serial, podróże metrem pod Londynem będą inne – Czarni Mnisi, Siedem Sióstr, Słoń i Zamek…), wsiadłam do pociągu, wsiadłam do samolotu, dotarłam do domu. Nadal czuję się wątła, marna, zwiędła i mam worki pod oczami. Ale och, czyż nie było warto.

Pun intended

Jak niektórzy już wiedzą, autorka przedwczoraj nieco spuchła z dumy, ponieważ napisała coś głupiego i niechcący (nieprawda) wygrała internet, no, pewną jego część. Sama jest pod wrażeniem rzutu błyskotliwości, jaki jej się zdarzył. Uczcie się, drogie dzieci, języków obcych; niezmierzone korzyści.
Dobra, prawda jest taka, że zasłużyłam.
Moje trzydzieści sekund sławy jednakowoż szybko minęło. Dla równowagi wczoraj odbyłam spotkanie, podczas którego z całą pewnością nie poszło mi dobrze, bo byłam tak zdenerwowana, że się nieco jakby pogubiłam. Właściwie to pogubiłam się całkiem, mimo spędzenia całego dnia na przygotowaniach. Cóż. Było, minęło.

Z łatwością mogłabym poświęcić dzisiejszy wpis wspomnianym wyżej wydarzeniom, ale już od kilku dni mam na niego inny pomysł.
Otóż planuję sobie wycieczkę do Londynu w czerwcu (pomijając tę pojutrze, ekhm). Plan wycieczki jest zbudowany wokół jednego wydarzenia, w którym chciałam uczestniczyć od dwóch lat i wygląda na to, że wreszcie da radę. Przy tej okazji oczywiście trza będzie do teatru pójść. No to wybrałam sobie przedstawienie. Proszsz.
Please note the play contains some strong language and drug references and depiction of drug and/or alcohol use. Loud sound effects, high intensity lighting and video effects also feature in the production. Special On Stage Seating Available.
(Bilety na miejsca na scenie są po 15 funtów, więc głupi człowiek byłby, gdyby nie skorzystał).
Wytłuściłam ten fragment nieprzypadkowo. Sztuka bowiem, mocna podobno, dotyka problemu uzależnień. Rzecz w sam raz na sobotni wieczór, nieprawdaż. A można byłoby pójść na musical.
Odbyłam ostatnio osobliwą dość dyskusję o tym, czy nasze upodobania coś o nas mówią i czy przypadkiem nie są odzwierciedleniem tego, co mamy w środku. Powiodłam wzrokiem po mojej półeczce z filmami (akurat na wierzchu Trainspotting), po stole, na którym leży książka o Ku-Klux Klanie… Jak możecie pamiętać, oglądany swego czasu Tytus Andronikus bardzo mi się spodobał, lubię darzyć dziwną sympatią filmowe czarne charaktery, moja playlista składa się w dużej mierze z dojmująco smętnych piosenek, a jednak jakimś cudem pozostaję przy tym obywatelką raczej pogodną i przyjaźnie nastawioną do świata, która nie zamartwia się bezsensem mordęgi na tym łez padole, nie fantazjuje o zapiekaniu poćwiartowanych ludzi w pasztecikach ani nie marzy, by odwiedził ją w sypialni Patrick Bateman. To, że od czasu do czasu z chęcią zapodaję sobie coś ciężkiego, wynika z czystej ciekawości jedynie. Z chęci dotknięcia swoich mroków bez doświadczania na własnej skórze, że może zaboleć. Kontakt z czymś mrocznym i brzydkim paradoksalnie bywa oczyszczający. A poza tym wolę wydarzenia kulturalne – mniejsza, czy to film, czy książka, czy cokolwiek – które zostawiają po sobie ślad we mnie od takich, których następnego ranka nie pamiętam, bo po mnie spłynęły jak woda po gęsi (nie żebym czasem i takowych nie potrzebowała). Czasami potrzebuję czegoś, co mi da trochę w pysk, że tak to ujmę.
Co szczególnie ciekawe, w pewnym momencie tej dysputy padł argument, że twórcy dzieł odrażających, brudnych, złych mogą sami być trochę nie teges. Wiecie. Psychole znaczy. I tu już niżej podpisanej opadły ręce.
Nie wątpię, że niektórych to faktycznie dotyczy, ale nie jest to chyba zbyt liczna grupa. Trzeba oddzielać człowieka od tego, co robi. Taki Anthony Hopkins przecież. Prywatnie, miast wyjadać mózgi, komponuje walce i wspiera Greenpeace. Albo Stephen King, proszę bardzo. Ma stadko wnucząt i walczy o byt lokalnych bibliotek. Yrsa Sigurðardóttir obok mrożących krew thrillerów pisze książki dla dzieci. Nie podejrzewam mojego kochanego Andrzejka, żeby po kryjomu kombinował, jak przejąć władzę nad całą planetą, bo takie role z lubością gra. Ani Bertiego, że bezczelnie zdradza żonę (nie ma żony zresztą). Kreacja to kreacja, człowiek, który za nią stoi, to zupełnie inna historia i te dwa światy w gruncie rzeczy bardzo rzadko się przenikają. Są oczywiście wyjątki, w przypadku których życie naśladuje sztukę – vide Sarah Kane, vide Ian Curtis. Ale na ogół tak nie jest.
Sądzę, że i nimi z drugiej strony książki, ekranu, kurtyny czy płótna, i nami, którzy na to patrzymy, kieruje to samo – ciekawość. Po prostu. Ciekawość zobaczenia, jak to jest. Mamy przy tym przyjemną, bezpieczną świadomość, że to wszystko na niby.
A że rosnącej liczbie ludzi fikcja myli się z rzeczywistością, to inny problem.

Have gun, will travel

Ledwo wlazłam do biura, powłócząc smętnie nogami, i od razu się okazało, że mój grafik na najbliższe miesiące podczas mojej nieobecności uległ dramatycznym zmianom i będzie ulegał dalszym. W sumie nie wiem, czy mądrzej byłoby prewencyjnie spakować walizkę i ustawić w kącie, na wypadek gdyby z dnia na dzień miała okazać się potrzebna, czy jednak kupić sobie sadzonki na balkon i bilet na czerwcowy koncert Bobby’ego McFerrina w Krakowie.
Sama chciałaś, dziołszka.
Sama chciałaś.

Tymczasem, proszę ja was, mimo całego zmęczenia piątkową podróżą (a dokładniej, lotniskiem Tegel, na którym nawet nie próbujcie się przesiadać, jeśli nie macie dobrego czasu na setkę, i nie pijcie niczego, bo toalet jest mało i paskudne; na usprawiedliwienie tego miejsca trzeba dodać, że ono miało zostać zamknięte dawno temu, ale budowa nowego berlińskiego lotniska ślimaczy się okrutnie, więc staroświeckie Tegel ciągle działa, nieszczególnie radząc sobie z kolosalnymi liczbami pasażerów, którzy jak jeden mąż dostają ostrego rzutu socjopatii) zdołałam powadzić się ze znajomym w podróżnej sprawie.
Koleżka otóż stwierdził, że latanie z małymi dziećmi zahacza o buractwo.
Bo się innym przeszkadza. Płacze toto i w ogóle.
A poza tym, co mnie szczególnie rozbroiło, koleżka stwierdził, że to „takie polskie”.
Powaaażnie?…
Nie, to nie jest takie polskie, ludzie wszędzie na świecie zachowują się tak samo.
Owszem, przyznaję. To jest irytujące, całkowicie obiektywnie jest, zwłaszcza o – dajmy na to – szóstej rano, gdy człowiek wsiada i ma nadzieję przespać czas do lądowania. Kiedyś również należałam do frakcji antyniemowlęcej, gdy idzie o awiację, ale z wiekiem nieco mi przeszło. W końcu taki niemowl na ogół nie wybiera się w podróż z własnej woli, nieprawdaż. Jeśli mnie bolą uszy, to niemowla tym bardziej. Niemowl nie wie, co się z nim dzieje, a to niezbyt komfortowe uczucie. Poza tym niejeden dorosły ma ochotę płakać wniebogłosy w podróży, zwłaszcza gdy leci tanią linią, która zmusza go do owinięcia sobie nóg wokół szyi i wydania jednej czwartej pensji na przynoszący chwilową ulgę kieliszek wina. Jak tu się dziwić niemowlu? Dużo mniej empatii mam dla rozkosznych chłopaczków kopiących w mój fotel albo biegających w tam i nazad przez dwie godziny ku uciesze zachwyconych rodziców.
O ile zatem, jak każdego, wytrąca mnie z równowagi dziecięcy płacz, ale raczej współczuję takiemu maluchowi, niż się na niego – czy też jego rodziców – złoszczę, o tyle zachowania dorosłych ludzi w drodze załamują mnie wielce. Jestem ogólnie dość odporna, nauczyłam się odcinać za pomocą książki i/lub muzyki, ale są chwile, gdy modlę się o jak najszybsze dotarcie na miejsce. Dla mnie bowiem prawdziwa buraczaność to pospolita nieżyczliwość. Obojętność na współtowarzysza niedoli. Bieg z tratowaniem ludzi do samolotu, choć miejsca teraz już wszędzie przydzielają. Guzdranie się z fochem na ustach podczas kontroli bezpieczeństwa, jakby w kolejce do tejże nie zdążyło się po wielokroć obejrzeć filmiku tłumaczącego, że tak, pasek też trzeba zdjąć, a to i owo wyjąć z torebki, ach, i jeszcze to, ojej, o zegarku się zapomniało (zgodnie ze złośliwym prawem rządzącym światem, na takich wyluzowanych trafia się zawsze wtedy, gdy wam się bardzo, ale to naprawdę bardzo śpieszy). Zajmowanie czyjegoś fotela (zdarzyło mi się tak, i owszem: „Przepraszam, ale to moje miejsce…” – „Ale ja tu byłem pierwszy”, odparł zwięźle wyraźnie obrażony osobnik i ani myślał się ruszyć; odpuściłam, niemniej obiecałam sobie, że gdy następnym razem spotkam kogoś równie uroczego, wyznam mu, że zależy mi na właściwej identyfikacji zwłok w przypadku katastrofy, ponoć to działa). Chlanie. Nie wspomniany przynoszący chwilową ulgę kieliszek wina czy nawet dwa, tylko chlanie, bo pół litra żołądkowej to akurat w godzinkę się zrobi, nikt nie zauważy. Zajmowanie dwóch siedzeń w autobusie i udawanie, że nie widzi się wsiadających, którzy rozglądają się za wolnym fotelem. Nawijanie do telefonu przez całą drogę. Zwykle o czyimś pogrzebie, chorobie jelit lub przykrym rozwodzie koleżanki.
W podróży każdy z nas jest dość delikatny. Gdy to podróż dość długa, a tym bardziej gdy samotna z tłumem obcych ludzi, nasza wrażliwość na bodźce jeszcze wzrasta. Nikt z nas nie jest pasażerem idealnym*, ale że większości z nas nie stać na Jaguara z kierowcą na ziemi i prywatnego Embraera w niebiesiech, musimy sobie jakoś radzić. Troszkę nawzajem się znosić, troszkę nawzajem ułatwiać sobie życie.

*A propos – jak być może niektórzy pamiętają, zawsze marzyłam, żeby mnie w samolocie usadzono obok arcyprzystojnego młodziana. Marzenie się spełniło, tylko nie przewidziałam pewnego drobiazgu – że on usiądzie przy przejściu, a ja przy oknie i on zaśnie… na osiem godzin…

Chäschüechli

Powróciwszy. Nie jestem z tego faktu szczególnie zadowolona, choć z drugiej strony tęskniłam za domem podejrzanie mocno, jak na moje standardy.

Zawsze sądziłam, że z miastami to jest trochę jak z facetami. Wiecie, jak to działa. Czasami kogoś widzicie i natychmiast nakrywacie się nogami, serce przestrzelone na wylot, znane wam dotychczas życie właśnie się skończyło. I on nawet nie musi być zniewalająco piękny, choć to oczywiście znacząco osłabia wasze szanse w starciu. A czasami spotykacie kogoś, kto prezentuje się bardzo efektownie, jest błyskotliwy i niby czarujący, ale ten jego czar zupełnie do was nie trafia. Wszystko przyjemnie, niemniej nie iskrzy.
(Coś jak ja i Hiddleston, powiedzmy).
Zurych to ten drugi facet. Przynajmniej dla mnie.
Bardzo ładne miasto, zbyt ładne może. Malownicze – tu wzgórza, tam jezioro – idealnie czyste, jak wyszorowane na wysoki połysk. Można w nim dobrze zjeść i szwajcarskie wino wypić, zakupy też niezgorsze można zrobić – chyba że w niedzielę, to wtedy nie, bo wówczas centrum wygląda następująco.
20160306_112511
(Oczywiście, że kupiłam sobie szwajcarski scyzoryk, bardzo ładny, różowy – tak, tak – i oczywiście, że natychmiast się zacięłam).
Można fotek sporo popstrykać, bo jak pisałam, ładnie. W wietrzne dni światło jest cudowne. Po Zurychu miło się spaceruje i trudno się zgubić, więc spokojnie można zostawić mapę w hotelu, wetknąć ręce w kieszenie płaszcza i pójść przed siebie.
To też jedno z tych miejsc, w których miło się siedzi, popija kawę i przygląda przechodniom. Ale żeby zakochać się na zabój, to nie.

Ciepło nie było, wprost przeciwnie. Pierwszego dnia przeklinałam szpetnie, taszcząc moje toboły przez miasto w zacinającym deszczu, usiłując schronić cały ten mój majdan oraz ewentualnie siebie pod parasolką, którą wiatr z lubością mi łamał. Któregoś innego poranka wyjrzałam przez okno i nieco się zaniepokoiłam.
20160308_172041

Przytrafiło mi się parę krótkich, za to bardzo emocjonujących śnieżyc. Niemniej naród Helwetów jest twardy i zimno czy nie, po jeziorze wiosłuje.
20160306_145612
Imponujące.
Właściwie też powinnam zastanowić się nad taką rozrywką, albowiem szwajcarska kuchnia i ja bardzo się zaprzyjaźniłyśmy, i teraz będę musiała pójść na operację zmniejszenia żołądka. W Zurychu miejsc do uprawiania bezwstydnego sybarytyzmu nie brak i wbrew powszechnemu mniemaniu nie musi to oznaczać natychmiastowego bankructwa. Raclette w mokry i zimny dzień, najlepiej podlane odpowiedniego rozmiaru lampką tamtejszego wina, może uczynić człowieka szczęśliwym. O czekoladowych musach nie wspomnę.

Skoro zaczęłam o facetach, to dokończę tym wątkiem. Siedząc wczoraj na lotnisku i ratując się przed zaśnięciem (długa noc… czy krótka raczej, zależy z której strony patrzeć) kolejnym espresso, wyczytałam, że dwaj arcyujmujący mężczyźni zamierzają podbić Londyn i nie wiem czemu, ale jakoś wierzę, że im się uda. Co więcej, wyczytałam, że właśnie uruchomiono sprzedaż biletów. Westchnęłam ciężko nad moją kawunią. Nie ma szans, pomyślałam. Znowu pewnie trwa krwawa walka, a ja wiszę na WiFi i w dodatku za godzinę muszę wyłączyć telefon. Ale sprawdzę, czemu by nie sprawdzić. Nabycie biletu zajęło mi całe trzy minuty, dokładnie na wieczór, który mi – przynajmniej na razie i oby tak zostało, trzeba szybko wnioskować o urlop – pasuje. W trzecim rzędzie. Cudownie. Ian McKellen jest jednym z tych, którzy mają w moim nieszczęsnym serduszku osobne szufladki i ogromnie chciałabym się z nim przywitać, acz podejrzewam, że proste to nie będzie. Nieważne. Nawet jeśli się nie uda, zobaczenie go na scenie będzie niewątpliwie wspaniałym doświadczeniem.
Idąc za ciosem, skorzystałam z piątkowej promocji National Theatre, bo strasznie chciałam dorwać bilet na Cleansed (tak, wiem, że ludzie mdleją – to tylko sprawia, że jeszcze bardziej chcę to zobaczyć). Wyprzedane to było do cna, ale NT ma taką zacną tradycję, że w piątki wypuszcza skromne liczby tańszych biletów, w tym również na oblegane spektakle. Moment, gdy znajdujecie na stronie teatru jeden jedyny, samotny bilet na interesujący was dzień, to prawie jak strike w kręglach.
Innymi słowy, całkiem udany był to powrót, choć przesiadka kosztowała mnie mnóstwo nerwów – bieg z wywieszonym językiem nie jest tym, co lubimy najbardziej po ciężkim dniu. Niemniej dotarłam, wzięłam prysznic, padłam w pościel i natychmiast zasnęłam.

There’s really no honor in proving that you can carry the entire load on your own shoulders

W tym tygodniu nieustannie dziwię się światu. A właściwie dziwię się ludziom. A właściwie martwią mnie oni.
Na przykład nasz minister spraw zagranicznych, ale nad nim wolę się nie rozwodzić, bo jeszcze do mnie list napisze i dopiero będzie.

Przeczytałam dziś o tej sprawie Kory, wiecie. Ze zbieraniem funduszy na leczenie. Niestety przy okazji przeczytałam również masę pomyj z gatunku „a na narkotyki miała”, „jakim prawem żąda od biedniejszych ludzi”, „nie należy jej się” i tak dalej, i tak dalej. Reakcje tak histeryczne, jakby komentującym wydarto ostatnią stówę z portfela.
Ręce mi trochę, powiadam, opadły.
Nie. Napiszę szczerze – wkurwiłam się niewąsko.
Mamy marzec już, tak? Otóż dokładnie rok temu pożegnałam dwie osoby, które nowotwór zmiótł w mgnieniu oka. Wiem, co to potrafi zrobić z dnia na dzień. We wtorek po południu wesoło z kimś gawędzicie, w środę wchodzicie się przywitać, a on nie jest w stanie głosu z siebie wydobyć. Być może zatem jestem nieco przewrażliwiona. W każdym razie ten radośnie demonstrowany brak empatii na chwilę mnie załamał.
Po pierwsze, chęć utrzymania się przy życiu to nie jest chęć kupienia sobie czerwonego jaguara. To nie jest kaprys. Po drugie natomiast, ludzie ze świecznika nie są istotami pozaziemskimi, których nie dotyczą ziemskie prawa (owszem, niektórzy tak o sobie myślą, ale to inny przypadek, o którym nie będziemy mówić). Oni funkcjonują dokładnie tak samo, jak my i sława nie impregnuje ich na nieszczęścia, na wypadki, na rozmaite przykre rzeczy. Nie widzę absolutnie nic niestosownego w tym, że znana twarz zwraca się do publiczności z całkiem prywatną prośbą o pomoc dla kogoś bliskiego – sama w czymś takim wzięłam udział bez rozważania tematu – albo dla siebie samego, przy okazji zwracając uwagę na innych, może nie tak popularnych, którzy zmagają się z tym samym problemem, i zachęcając do tego, żeby pomóc także im. Fani to potężna, doskonale zorganizowana i skłonna do poświęceń armia. To tuba, dzięki której pojedynczy głos może nieść się bardzo daleko. Czemu by z tego zasobu nie korzystać, gdy jest potrzeba? Cóż w tym złego, że człowiek, któremu wiele zawdzięczamy (nawet jeśli niekoniecznie kiedykolwiek go poznaliśmy), który w jakiś tam sposób wpłynął na nasze życie, nagle mówi: „Okej, słuchajcie, teraz ja chciał(a)bym was poprosić o przysługę”? To nieobowiązkowe przecież. To nie żądanie. Nie musimy tego robić, jeśli nie chcemy lub nie możemy. Co nie oznacza, że wolno nam odmawiać komuś prawa do takiej prośby.

Amanda Palmer, którą lubimy i której zazdrościmy męża, napisała swego czasu książkę pod tytułem The Art of Asking. Jak być może wiecie, ona wydała płytę dzięki crowdfundingowi, rozstawszy się z wytwórnią, i wytrwale lansuje pogląd, że ludzie w gruncie rzeczy lubią pomagać i chętnie to robią. I nie trzeba wcale dużo. Wystarczy ich poprosić.
Znam oczywiście przypadki, które, osobiście uważam, nieco nadużywają tego obyczaju i uprawiają regularne sępienie, ale to jednostki. Wielu z nas – ja na przykład – prosić się wstydzi. Mamy poczucie, że to coś niewłaściwego, bo przecież człowiek powinien być samodzielny i samowystarczalny, i w ogóle samotna wyspa. Ale gdy się zastanowić, to wszyscy jesteśmy naczyniami połączonymi. Poza tym choćbyśmy nie wiadomo jak się starali, każdy z nas któregoś dnia uświadamia sobie, że jednak potrzebuje w czymś pomocy, a ktoś inny – że akurat może pomóc. Na ogół nie wymaga to dużego wysiłku. Korzyści, wprost odwrotnie, bywają ogromne. Tu nie chodzi tylko o wdzięczność. Dociera do nas, że nie jesteśmy jednak sami – to przyjemna myśl. Cała nasza szarpanina na tej skale pędzącej przez kosmos jest łatwiejsza, gdy wzajemnie się wymieniamy, współpracujemy jakoś ze sobą.

Tyle narzekania na dziś. W bonusie leciutko… nietypowy występ Amandy.
Poza tym, szanowni, drobne ogłoszenie parafialne, mianowicie wpis powstał w czasie, który zamierzałam poświęcić na pakowanie. Nawet jeszcze walizki nie wytargałam z szafy. Oznacza to, że przez najbliższy tydzień może być tu troszeczkę cicho, choć zapewne będę próbowała wyemitować jakiś sygnał. Innymi słowy, odpoczniecie sobie.

I’m somewhere in the middle of your head

Dawno wam nie polecałam niczego dziwnego, więc dziś nadrobię.
Takie wspaniałe czasy nastały, że można za darmo, nie ruszając się z własnego fotela, oglądać na żywo coś, co wydarza się w Londynie. Oglądać, a co w tym przypadku ważniejsze – słuchać, koniecznie w słuchawkach, ze względu na efekty dźwiękowe! W pewnym momencie zresztą wykonawca poprosi o zamknięcie na chwilę oczu… Ogólnie polecam odciąć się na te dwie godziny od wszelkich bodźców, odsunąć telefon, zgasić światło. Najlepiej, żeby nic waszym uszom nie przeszkadzało.
Dostępne będzie przez cały tydzień jeszcze. Jest to rzecz cudaczna, zabawna, przejmująca i fascynująca.

Dobrze, że na tę transmisję wybrali akurat dzisiejszy dzień, bo był dla mnie wyjątkowo paskudny, od momentu, gdy wyszłam rano z domu i wiatr wyrwał mi z dłoni parasolkę. A pod koniec dnia zostawiłam ją w biurze i napadało na mnie. A pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami bardzo się wku… zirytowałam się bardzo.
Rozwój internetu przyzwyczaił ludzi do tego, że własność intelektualna to takie coś, co można szanować, ale nie trzeba. Podoba mi się zdjęcie? Skopiuję sobie bez podpisu. Podoba mi się czyjś tekst? Autor przecież się nie dowie, że go cytuję obszernymi fragmentami (no chyba że się dowie – mnie kiedyś, w zamierzchłych czasach, jeszcze gdy siedziałam w innym serwisie pod inną ksywą, ktoś życzliwy doniósł, że znalazł na jakiejś innej stronie wpisy, które już jakby gdzieś czytał; można powiedzieć, że naśladownictwo jest najwyższą formą pochlebstwa, ale nie jest to do końca prawda). Nie mam do powiedzenia nic od siebie? Nieważne. Gdy tak sobie czasem chodzę po blogach – głównie wtedy, gdy mam coś pilnego do zrobienia – nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wszędzie te same tematy opisywane w ten sam sposób, z użyciem tych samych chwytów. Jakby ludziom nie zależało na oryginalności. Obawiam się, że istotnie im nie zależy.
I to rozluźnienie obyczajów, rozmywanie się granicy pomiędzy inspiracją a pospolitym wykorzystywaniem cudzych pomysłów, przenosi się niestety do rzeczywistości. Może człowieka krew lekko zalać, gdy widzi, że ktoś się podpisał pod jego robotą. Z jednej strony rozumiem – nie ma sensu robić od nowa czegoś, co już kiedyś zrobione zostało. Z drugiej można było spytać, czy ktoś, kto się nad tym onegdaj wysilał i spędził wiele godzin na rzeźbieniu w… niewdzięcznej materii, nie ma nic przeciwko. Pewnie by nie miał.
Nie znoszę. To jedna z najskuteczniejszych metod na to, żeby mi podpaść. Na długo.
W poprzedniej pracy miałam do czynienia z kimś, kto robił to stale i bez krępacji, a mnie było głupio zwrócić mu uwagę. Brał sobie moje prezentacje i przedstawiał jako swoje, nie zmieniwszy nawet słowa. Nigdy mu niestety nie powiedziałam, co o tym myślę.

Ale, żeby zakończyć miłym akcentem, dodam, że obejrzawszy drugi odcinek The Night Manager, zaczynam rozumieć, skąd się bierze powszechne damskie uwielbienie dla odtwórcy głównej roli (już nie tak wymuskanego i przyjemnego w tym epizodzie). Co prawda nadal nie grozi mu uzyskanie specjalnej przegródki w mym pojemnym sercu, niemniej doceniam, doceniam.

Eyes must be open and clearly visible

Wyszłam wczoraj do miasta po drobne zakupy, ściślej po soczewki kontaktowe.

Czy to są soczewki kontaktowe, koleżanko?
wp-1456675330812.jpeg
Do oczu ich raczej nie włożysz… I nie przyznawaj się, że kupiłaś KOLEJNĄ małą torebusię, co prawda przy twojej częstotliwości wizyt w teatrze KOLEJNA mała torebusia znajdzie zastosowanie z pewnością, ale zadaj sobie wreszcie pytanie, ile właściwie można mieć torebek? I ile ty ich masz? Nie pamiętasz, co? No, właśnie.
Rzadko noszę szpilki, bo jestem dość wysoka i obcasy nie służą moim po wielokroć kontuzjowanym kolanom, ale te akurat aż miło wzuć.
W drodze powrotnej zalazłam do księgarni.
Nie to, żebym nie miała w domu sporego zapasu nieprzeczytanych książek. Tym razem jednak złapałam tylko tę, po którą przyszłam.
Przeczytałam ją dziś po południu. W całości. Nie jest długa; niewiele ponad sto stron.
Reporter i fotograf, obaj obywatele Unii Europejskiej, postanowili odbyć podróż z uchodźcami z Egiptu. Oczywiście po drodze zostali złapani, aresztowani, ambasady ich wybroniły i odesłały rejsowymi samolotami do domów. Jakiś czas później, gdy dowiedzieli się, że ich dawni towarzysze podróży jakimś cudem dostali się do Europy (tylko dlatego, że włoskie wojsko patrolowało rejon, w którym tydzień wcześniej zatonęła łódź, i ewakuowało tę ich, przepełnioną potwornie), postanowili pomóc im dostać się dalej – innymi słowy, sami stali się przemytnikami. Znów złapała ich policja. Tak czy inaczej, w końcu cała trójka ludzi, z którymi najbardziej się zżyli, dotarła do swoich wymarzonych krajów, żeby zacząć nowe życie. Trudne, bo z daleka od rodzin, wśród ludzi, którzy mówią niezrozumiale i nie kryją antypatii do obcych. A jednak.
Jest w tej książce moment, gdy autor wiezie dwóch syryjskich braci z Włoch przez Austrię. Jeden z nich nagle się dziwi – to już jesteśmy w innym kraju? Jak to? A gdzie była granica? Jeszcze pamiętam z dzieciństwa paszport, w którym wbita była taka wielka pieczątka z listą krajów, do których można z tym dokumentem wjechać, a potem pojawiła się inna pieczątka z magicznym napisem „wszystkie kraje świata”. Niemniej od kilkunastu lat unijne prawo mnie rozpieszcza i przekraczanie granicy – jeśli ona istnieje – to czysta formalność, dzień dobry, dowód proszę, dziękuję, bezpiecznej podróży. Właściwie mogłabym wyjść z domu tak, jak teraz siedzę, z tym, co mam w kieszeniach i ruszyć do Portugalii. Mogę sobie pojechać, dokąd tylko zechcę. Nie muszę łamać prawa, kupować fałszywych papierów, dawać komuś w łapę. Nie muszę znosić niewygód w jakiejś norze, czekając na moment, gdy wreszcie będzie można ruszyć dalej. Ani na te cholerne łódki wsiadać, sterowane przez ludzi, których akurat najmniej obchodzi to, czy pasażerowie dotrą do celu, czy nie. Byle zapłacili. Ten wątek jest najbardziej przerażający. Wiadomo oczywiście, że cały ten przerzutowy biznes jest niesłychanie lukratywny – człowiek zdesperowany spienięży wszystko, co ma. I w pewnym momencie uświadamia sobie, że płaci pospolitym przestępcom. Zwykłej mafii, nawet nie dość wyrafinowanej, żeby udawać, że nią nie jest. Człowiek człowiekowi wilkiem niezmiennie.
To nie jest wybitny reportaż. Zwłaszcza że autor, złapany w połowie drogi, już nie miał szans doprowadzić sprawy do końca incognito. Niemniej jest to rzecz przejmująca ogromnie. Z finalną tezą wiele osób się nie zgodzi, jestem pewna, ale.
Ale.

Jest jedna rzecz, uważam, której bardzo nie doceniamy, żyjąc sobie pod naszymi dachami. Człapiąc na bosaka rano – nie wiem jak wy, ale ja mam taki zwyczaj, że lubię w weekendowy poranek zaparzyć sobie herbatę i wrócić z nią do łóżka. Jadąc tramwajem, który nadjeżdża co – och, aż! – pięć minut i naśmiewając się z idiotycznych newsów w tramwajowej telewizji. Złoszcząc się, że ekspres do kawy w biurowej kuchni nie działa. Wracając z pracy w swoje cztery kąty i włażąc pod gorący prysznic.
Spokój mianowicie.
Mamy spokój.

Pursued by a bear

Skoro jest czwartek i wracam późno do domu, to najpewniej teatr w kinie był grany. Ale o tym za chwilę.
Cieszę się, że mam do czego uciekać od rzeczywistości, bo w ostatnich dniach przestałam ją rozumieć – czy to jest tak, że komunizm obalili komuniści i teraz on musi zostać obalony naprawdę, czy ja nie nadążam?… W każdym razie na szczęście mogę pisać o innych sprawach.
Oglądali pierwszy odcinek The Night Manager na BBC? Z Hiddlestonem w roli głównej, nie wiem, czy znacie. Ja nie jestem jakąś jego wielką fanką i jest to wyznanie całkowicie szczere, nie to, że ściemniam, a w rzeczywistości po nocach fantazjuję i dotarłam do ostatniej strony wyników wyszukiwania zdjęć w Google – niemniej muszę przyznać, że ma w sobie jakiś urok. I uśmiech. Wielu miłych recepcjonistów w życiu spotkałam (spotkałam też skrajnie niemiłych, pozdrawiam pana, który za każdym razem witał mnie wzrokiem mówiącym mi, że na noc będzie jednak lepiej zamknąć się od środka, bo jak ja do domu wrócę z odciętymi kończynami), ale jakby taki w moim hotelu urzędował, cóż, istnieje pewne prawdopodobieństwo, że schodziłabym dość często po nitkę, nożyczki, taksówkę, mapę, z ważkim pytaniem o sens życia, coś tam by się znalazło. W każdym razie, abstrahując od bożyszcza kobiet, to naprawdę bardzo dobry szpiegowski serial. Na motywach bardzo dobrej szpiegowskiej powieści. Z efektowną bondowską czołówką i Matterhornem w tle. I z drugim być może wam znanym w roli absolutnie paskudnego typa z krwią na rękach. Powieść napisał Le Carré, który przypadkiem sam pracował w MI6, zanim go wydał kolega po fachu, Kim Philby, niesławny angielski podwójny agent na usługach Kremla.
Świetna, świetna rzecz.
Nawiasem mówiąc, zawsze chciałam zostać szpiegiem. Powiadam, rodzice zostawili zbyt wiele książek w zasięgu moich rąk, gdy byłam dzieckiem.
Niestety dotąd nie wiem, dokąd się zgłosić, bo w tych czasach to chyba raczej do człowieka się zgłaszają (a ja nigdy nie odbieram połączeń z zastrzeżonych numerów, może błąd). Domyślam się oczywiście, że teraz to wygląda ździebko inaczej niż w filmach z lat 60., i zapewne szpiegowanie nie polega na bywaniu, paradowaniu w smokingach i sączeniu koktajli.

A dziś poszłam, ma się rozumieć, na Zimową opowieść. Jeszcze rano miałam nieszczególną na to ochotę, ale przeważyły dwa argumenty. Po pierwsze – miałam to obejrzeć na żywo i miałam na to bilet nawet, ale potem nagle zmieniłam pracę, głupio było brać urlop po raptem miesiącu, więc z bólem serca bilecik oddałam koleżance. Argumentem drugim był Bateman. Do Batemana mam, jak wiadomo, wielki sentyment, wszak przeżyliśmy razem kilka pięknych wieczorów, i może wreszcie kiedyś pójdę się z nim przywitać, bo choć miałam okazję, nigdy z niej nie skorzystałam, a chłopak naprawdę się rozwija. Pod każdym względem, że tak powiem. Kiedy mu tyle mięśni przyrosło?
Plus, ma się rozumieć, Dame Judi Dench. O niej aż głupio cokolwiek pisać. Właściwie napiszę jedno. Swego czasu czytałam wywiad z nią, wspomnienia o jej roli Julii prawie 60 lat temu. Pojawił się w tym wywiadzie wątek krytyczki, która zawsze nazywała Dame Judi po nazwisku i zrzędziła nad każdą jej rolą. Komentarz aktorki brzmiał: Well, she can go fuck herself. Podejrzewam, że gdyby Judi Dench to do was powiedziała, zapewne uznalibyście to za najlepszy komplement w życiu, tak bardzo jest fantastyczna.
To jest dopieszczony wizualnie i muzycznie, bardzo dobry spektakl – wybitny nie, dość zachowawczy, staroświecki może nawet, ale bardzo dobry. To nie rzecz zrobiona po to, żeby widzem wstrząsnąć, ale rzecz, po której wyraźnie widać, że jej twórcy darzą teatr wielką miłością i że zęby zjedli na tym niewdzięcznym rzemiośle. I mają taki warsztat, że z zachwytem słuchalibyście ustawy o kwocie wolnej od podatku w ich wykonaniu.
Przy czym, muszę przyznać, nie przepadam za manierą aktorską Branagha. Zobaczywszy go dziś, doznałam wrażenia, że w Harlequinade, grając gwiazdę trupy rozmiłowaną w przesadzonych środkach, sparodiował sam siebie. Nie zrozumcie mnie źle – nie podważam jego profesjonalizmu, po prostu nie przekonuje mnie tego rodzaju aktorstwo. Wolę powściągliwość. Z drugiej strony doceniam fakt, że zgromadził wokół siebie ludzi, o których musiał wiedzieć, że są chorobliwie utalentowani i mogą go zepchnąć do narożnika na scenie, i że przedstawienia w tym jego sezonie nie są, że to tak nazwę, Kennethocentryczne. Bo taki Hadley Fraser przecież. Dużo mniej znane nazwisko, a fenomenalny, ogromnie ceniony i wszechstronny aktor. Bo taki John Dagleish, dryblas onegdaj nagrodzony Olivierem, który bezczelnie sobie przywłaszcza cały drugi akt (facet niemożebnie kradnie uwagę). Bo uderzająco piękna i ekspresyjna Miranda Raison.
To wszystko razem – tekst, ekipa i jej doświadczenie – musiało sprawić, że się uda. No i się udało. To nie jest przedstawienie, którego się do końca życia nie zapomni, ale bez dwóch zdań przedstawienie, którego każda scena mówi: „spójrzcie, tak to się robi”.

I jeszcze jedna sprawa.
Ta cała Zimowa opowieść, to ona nie do końca jest Szekspira.
W jego czasach powszechne było czerpanie z tekstów napisanych przez innych i William tylko twórczo przerobił Pandosto, arcypopularną w jego czasach historyjkę, napisaną przez niejakiego Roberta Greene’a u schyłku XVI wieku (to właśnie tę nowelę wzięto na warsztat podczas ostatniego czytanka – i teraz sobie wyobraźcie, jak to musiało wyglądać rozpisane na tylko pięć osób, które miały tylko pięć godzin na przygotowania). Dobrze ją przerobił, to i owszem. Acz, jak w oryginale, do Czech nadal da się dopłynąć statkiem.
A na dowód, że William istotnie śmiało wykorzystywał istniejące już teksty, proszę bardzo, znalezione w bardzo ciekawej książce. Christopher Marlowe: Holla, ye pampered jades of Asia/ What can ye draw but twenty miles a day. Szekspir później: And hollow pampered jades of Asia/ Which cannot go but thirty miles a day. Coś jakby podobne, prawda?

Ale gdy znowu usiądzie obok mnie ktoś rozmiłowany w swoim telefonie, to niech wie, że jest upiornym bucem. Chyba że jest kardiochirurgiem spodziewającym się rychłego wezwania do przeszczepu serca, wówczas przebaczam potrzebę regularnego błyskania ekranem. Wszystkie inne takie przypadki proszę o pozostanie w domu, taniej wam wyjdzie i nie wkurzycie ludzi.

Amazing technicolor dreamcoat

Smutno mi dziś bardzo, ponieważ wyszłam wczoraj do miasta, o dwudziestej drugiej byłam już z powrotem w domu, a głowa i tak mi pęka. W związku z tym, czekając, aż rozpuści mi się tabletka, postanowiłam popełnić wpis godny szafiarki, gdyż przyszedł mi ostatnio do głowy pomysł, by opisać mój związek – bo trudno o lepsze słowo – z moim ulubionym ciuchem. Z moim płaszczem mianowicie.

W 2011 poleciałam sobie na bardzo krótki urlop do Madrytu. To był styczeń. Pierwsze dni nowego roku po czasie bardzo dla mnie nieszczęśliwym i bolesnym. Wyrwałam się i poleciałam, pozwiedzać, a przy okazji trochę sobie w głowie poukładać. Zimno tam było, dużo deszczu padało, ale widziałam Guernicę – szczęka mi opadła, pamiętam jak dziś – i co rano chodziłam na piekielnie mocną kawę i bułeczkę do niewyględnego bistro w dzielnicy Malasaña, takiego z ladą z lastryko i mnóstwem staruszków czytających gazety.
Ostatniego dnia, chroniąc się przed ulewą w domu towarowym, znalazłam płaszczyk. I to, proszę państwa, była miłość od pierwszego wejrzenia, ponieważ od razu uświadomiłam sobie, że ja stąd bez niego do domu nie wrócę. Zanim zorientowałam się, co robię, podawałam ekspedientce kartę kredytową. Jakoś zagłuszyłam myśl „Bóg cię opuścił, wydajesz pieniądze, których nie masz, na płaszcz, w którym nigdzie nie wyjdziesz, a w ogóle przyleciałaś tu z maleńkim plecakiem, w którym to coś się nie zmieści”.
Kupiłam go mimo wszystko.
Bo on do mnie mówił.
Nie dość, że efektownie wyglądał, to jeszcze był bardzo wygodny i – choć nie sprawia takiego wrażenia – ciepły.
Trudno było się spakować, ale jakoś się udało (od dawna uważam, że pewne prawa fizyki powinno się zredefiniować po tym, jak ludzie zaczęli podróżować tylko z bagażem podręcznym i nauczyli się upychać w nim absolutnie wszystko).
Nie noszę go często, ale lubię zabierać go w świat i zakładam go zawsze wtedy, gdy coś ważnego może się wydarzyć (oczywiście pod warunkiem, że pogoda stosowna). Wtedy, gdy potrzebuję dodać sobie animuszu i wtedy, gdy po prostu, próżnie, po dziewczyńsku chcę się pokazać.
Ten płaszczyk stał się czymś w rodzaju mojego talizmanu. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym go nie mieć.
Są takie ubrania, w których czujecie się jak na balu przebierańców. Ładne może, ale tu sztywne, tam uwiera, w ogóle jakoś nie wasza bajka. Najchętniej pozbylibyście się tego w cholerę i włożyli starą, dobrą piżamę.
Są też takie, które wkładacie i od razu czujecie się lepiej. Odważniej. Jakbyście wszystko mogli, nikt wam nie podskoczy. Macie wrażenie, że one się z wami zrastają. Stają się na was jak druga skóra i jednocześnie są klarownym komunikatem dla otoczenia – „oto ja”. Przechodzień tylko spojrzy i już wie, z kim ma do czynienia. Bo jest to okrycie dość, jakby to powiedzieć, charakterystyczne. Krój ma klasyczny, jak to trencz, ale do uszycia go wykorzystano dwa różne, zupełnie różne materiały (trzy właściwie, bo poszewka jest z purpurowego nylonu). Innymi słowy, zależnie od tego, którym profilem się ustawię, mogę robić albo wrażenie całkiem zwyczajne, albo całkiem nie. Takie to kuriozum, na którego metce stoi napisane the design of this garment has copyright protection. Poważna sprawa.
Nie potrafię opisać mojego uwielbienia dla tego kawałka wełny. Płaszczyk nasłuchał się więcej komplementów niż jego właścicielka przez całe życie chyba – od różnych ludzi, nieznajomych na dworcach, pograniczników (to było interesujące – stałam półtorej godziny w niesławnej kolejce na Stansted, wreszcie podeszłam zirytowana do oficera, a ten mi powiedział, że mój płaszcz jest too cool for this queue – podejrzewam, że aż rozbłysłam z uciechy), uroczych Angoli, których darzę żarliwą nienawiścią, sprzedawców w księgarniach. Jeśli kiedyś zostanę wezwana na tamten świat, to tylko w tym płaszczu, powiadam.
Tak. To jest tylko ciuch, rzecz użytkowa. Nic naprawdę ważnego. Niemniej dla mnie ma bezcenną wartość. Powiedziałabym nawet, że w jakiś sposób mnie definiuje. James Dean miał swoją kurtkę (nota bene, po zakończeniu zdjęć do „Buntownika bez powodu” odmówił jej oddania), Bogart wiadomo, a ja mam mój płaszcz. I nie zawaham się go użyć.

I’m with Prada, I’m with Gucci

Nie wiem jak u was, ale u mnie na twarzoksiążce z zatrważającą regularnością pojawia się zachęta do nabycia biletu na musical o Karolu, papieżu w sensie.
Otóż, droga twarzoksiążko, powiem krótko.
Nie.
Po pierwsze – ile można ogrywać te same wątki? Po drugie – czemu mam wrażenie, że to będzie tanio sentymentalne? Znaczy nie wątpię, że bilety się sprzedadzą, ale naprawdę nie można napisać w końcu czegoś świeżego?…

Ale, ale. Żeby tak smutno nie było.
Chanel, Gaultier or Giorgio Armani, Moschino, Alaïa, or Norma Kamali
Jeden z moich ulubionych musicali – jeśli nie ulubiony – idzie na Broadway. Przy tej okazji wypuszczają soundtrack; niektórych kawałków można już w internecie posłuchać. Kompozytor wspominał w internecie, że to zostanie nagrane, tylko że to było ponad dwa lata temu i zdążyłam stracić wiarę. A tu proszę.
Wersja londyńska miała lepszy plakat – tylko słuchawki (Patrick Bateman, jeśli kto czytał książkę, kochał swojego walkmana), po których ściekała krew.
1525672_10203349649087854_891293485_n
Miała też Matta Smitha w głównej roli. Nie wątpię, że jest przemiły we własnej osobie, ale po tym przedstawieniu chyba bym osiwiała ze strachu, gdyby mnie z nim zamknęli w jednym pokoju.
Pamiętam, że mnie ten spektakl zachwycił. Był tak rozkosznie odjechany w kosmos – bo zrobić musical o psychopatycznym mordercy, który za dnia obraca ciężką forsą na Manhattanie (co te korporacje z ludźmi robią), gustuje w nijakim popie, uwielbia opisywać swoje ablucje i nosi tylko stosownie drogie ciuchy, a nocami smaży kobiece piersi na patelni? Śmiałe. Normalnie to w musicalach tańczą z parasolkami i śpiewają do ludu Argentyny, a tu takie coś.
Should I rock the Betsey Johnson or stick with classic Comme des Garçons?
Szczerze wolałabym zobaczyć u nas to niż musical o papieżu, ale wiem – tantiemy. Że o wątkach moralnych nie wspomnę.

A jakby tego było mało, mój jakże kochany Bertie (który ma osobną szufladkę w moim nieszczęsnym sercu i wielbię go ogromnie, jeszcze ogromniej odkąd mu się przedstawiłam – oczywiście najchętniej poświęciłabym temu wydarzeniu kolejny wpis lub dwa, wszak wszyscy wiedzą, że jestem świetna w rozwlekłym opiewaniu swoich kolejnych miłości, ale już o tym było w listopadzie, zamknij ten nawias natychmiast) wraca do teatru, tym razem jako reżyser. Oczywiście, że będę próbowała to zobaczyć. Nieważne, że to poza Londynem, nieważne, że Bertie nigdy wcześniej niczego nie reżyserował, nieważne, że sztuka raczej ciężka (w świetle poprzednich artystycznych wyborów koleżki to mnie akurat nie dziwi). I przede wszystkim nieważne, że wątpię, by reżyser co wieczór był obecny na spektaklu, na wypadek gdyby jakaś dziwna cudzoziemka postanowiła go wyczekiwać. Po prostu chcę, bo staram się oglądać wszystko, w czym moi ulubieńcy w taki czy inny sposób maczają palce, nawet gdyby był to wieczór kałmuckiej poezji śpiewanej. No i trochę myślę, że jeśli gościu potrafi tak odważnie grać, to być może potrafi równie odważnie reżyserować, a to zapowiadałoby coś bardzo interesującego.
Dobra wiadomość, naprawdę dobra.
W ogóle dzisiaj dużo było takich okołoteatralnych – ogłoszono na przykład pierwsze nazwiska biorące udział w imprezce, którą Globe urządza nad Tamizą podczas świętowania czterechsetnej rocznicy śmierci wiadomego barda. To są tylko PIERWSZE nazwiska, więc wyobraźcie sobie, kogo oni mogą jeszcze w rękawie trzymać! Niestety chwilowo wiele wskazuje na to, że nie będę miała szansy uczestniczyć w tym wyjątkowym spacerze, ale pociesza mnie to zdanie: „The Complete Walk will also be brought to other cities around the country and the world”.

Pop! goes my heart

Wczoraj, kiedy już spałam, pan i władca wysłał mi, wyobraźcie sobie, walentynkę.
Nie wiem, zmalował coś albo gorączka go trapi. A może to przez okrągłe urodziny, które mu w tym roku przypadają, tak okrągłe, że nie dowierzam, i wskutek tego nastąpiły zmiany w jego światopoglądzie objawiające się rzutami sentymentalizmu. Wiecie, smuga cienia itepe.
Dobra, drwię sobie, ale miło było się obudzić w poniedziałek i przeczytać taką a nie inną wiadomość.

Pan i władca otóż, odkąd go znam, ma takie samo nastawienie do wszelkich tego typu imprez jak ja (bo ja z tych wrednych, co 14 lutego chodzą po mieście i liczą ludzi podążających jakże oryginalnie z jedną czerwoną różą – ale jak wiadomo, moją ulubioną pisarką jest Dorothy Parker, też bardzo cięta na wędrowanie po linii najmniejszego oporu w sprawach damsko-męskich). Proszę mnie źle nie zrozumieć – nie odmawiam nikomu prawa do cieszenia się okazją, zresztą każda możliwość okazania komuś, że się go być może ewentualnie troszeczkę czasami w porywach lubi, jest dobra. Po prostu nie czuję potrzeby świętowania tego dnia jakoś szczególnie. Mam swoje daty, znacznie dla mnie ważniejsze. Trzydziesty maja na przykład, dzień, w którym parę lat temu wychodziłam z domu zupełnie normalna i zdrowa na umyśle, a wróciłam w takim stanie, że do tej pory nie wiem, jak doszłam do domu na tych nogach, którymi się wskutek nagłego coup de foudre nakryłam. Albo dwudziesty dziewiąty lipca. Albo dziewiętnasty stycznia. Jeszcze parę by się znalazło.
Pan i władca nie jest też osobnikiem zbyt skłonnym okazywać uczucia. W każdym razie nie za pomocą słów..
Ale mimo to pozostaje jednym z najczulszych ludzi, jakich w życiu poznałam, choć dokopanie się do tej warstwy chwilę zajmuje i zapewne gdybyście go poznali, pomyślelibyście, że temu to lepiej z drogi schodzić. Dosłownie. Bo gdy się z nim podróżuje samochodem, to on ma dość ciężką stópkę, a poza tym „niech tylko sobie okulary przeciwsłoneczne znajdę, miałem w schowku” i rączki z kierownicy, i gmera w tym schowku cholernym, a autorka zbielała wpatruje się w osobę niewinnie wkraczającą na pasy przed nami (gwoli ścisłości, chłopak nigdy nikogo nie rozjechał – przynajmniej ja o żadnym takim przypadku nie wiem).
((Nie wiem też, czemu o tym wszystkim piszę, wszak jakiś czas temu postanowiłam odpuścić sobie wątki mocno prywatne – ale, jak już zostało ustalone, ja też z wiekiem mięknę i uznałam, że udzielę sobie dyspensy)).

Z innych nowości, zaniosłam do krawcowej ten mój kaftanik z lumpeksu, żeby go trochę zwęzić. Ona popatrzyła fachowym okiem i powiedziała, że a) świetna wełna, b) ktoś to ręcznie uszył, c) ktoś bardzo zdolny to ręcznie uszył.
Świetnie. Znowu będę miała płaszcz, jakiego nikt inny nie ma. I to tylko dlatego, że idąc na dworzec, kątem oka zauważyłam to cudo na wystawie. Anonimowemu twórcy jestem ogromnie wdzięczna.
Nie mogę się doczekać, żeby w tym wyjść na miasto. Tylko niech wreszcie przestanie padać nad Krakowem…

I suppose it’s like forgetting

Przywiozłam sobie teraz z wycieczki Billy Elliot Live – mówiłam przecież, że National Theatre ma sklep, którego należy za wszelką cenę unikać, choć i tak uważam, że dział poświęcony teatrowi i kinu w Foyles jest nie do pobicia.
Włączyłam sobie wczorajszego popołudnia.
No i znowu…
Uwielbiam wersję filmową, widziałam wiele razy, finałowa scena mnie zawsze rozwala tak samo (ciekawostka taka – dorosły Billy to facet, który naprawdę tańczył w Jeziorze Łabędzim Matthew Bourne’a; wybitny tancerz i choreograf i oczywiście, że można sobie całość zobaczyć w internecie, gdyby ktoś odczuwał głód baletu w niedzielny wieczór). Wersją sceniczną nigdy nie byłam jakoś szczególnie zainteresowana, bo nie jestem wielką fanką musicali. Nawet jeśli muzykę do nich pisze Elton John. Niemniej ponieważ lubię sprawdzać, czy moje uprzedzenia aby nie są na wyrost, kupiłam, włączyłam i powiadam, moi sąsiedzi musieli tony cebuli kroić, albo może soczewki mi podrażniły oczy…
Nie wiem, witamin za mało spożywam czy co. Płaczę z zatrważającą regularnością.
Prawdą jest jednak, że jest to rzecz obiektywnie raczej wzruszająca.

No dobrze. Dość już o teatrze i innych smętach.
Troszkę jest mi gorzko dziś, drodzy państwo, bo wyjątkowo nie lubię kończyć znajomości, ale.
Jako osoba z natury miła i cierpliwa mam skłonność do dawania ludziom kolejnych szans. Niemniej mam swoje granice. Nie jest łatwo je przekroczyć, ale nie jest to niemożliwe. I gdy się to zrobi, to już nie ma powrotu. Gdy mnie ktoś wkurwi, ale tak naprawdę wkurwi, tracę skrupuły zupełnie. Jak zwykł mawiać pewien bohater literacki – „my good opinion once lost, is lost forever”. Dziękujemy, do widzenia. Nie znajduję rozsądnego powodu, dla którego miałabym pokornie znosić wdupiemanie. To nie chodzi o to, że raz, dwa czy cztery odwoła się kawę, bo po pierwsze wypadki się zdarzają, po drugie każdy czasem zwyczajnie nie ma ochoty wypełznąć z domu. Okej. Zrozumiałe. Sama to robię. Ale jeśli ludzie, którzy mnie znają mnie krócej i znacznie słabiej, bez problemu znajdują dla mnie czas, to mi daje do myślenia. Nie znoszę gwiazdorzenia, mam alergię, nie trawię zachowań w stylu „och, jestem taki zajęty i ważny”. To sobie bądź. Szkoda, bo wiele przyjemnych i nieprzyjemnych chwil razem się przeżyło, niemniej to już niewątpliwie pieśń przeszłości.
Szkoda.
Ale jakoś nie lubię siedzieć w czyjejś poczekalni. Naczekałam się w życiu dość.

Deus ex machina

Miałam dziś wychodzić na miasto, ale po tym, jak wpadłam do domu, żeby się przebrać – pomyślałam, że może jednak przyjemniej będzie zostać. Cieplej, to z pewnością. I zostałam. Czyżbym zaczynała się starzeć?…

Skoro tak, to mogę zakończyć temat wycieczki.
Bo jeszcze obok tych spektakli koleżanka wcisnęła muzea. Tych to tam akurat pod dostatkiem. I jeśli nie pociąga was przyglądanie się w ciszy barokowemu malarstwu, to nic, bo możecie na przykład obejrzeć sobie chomika w formalinie. Przy czym ten chomik będzie stosunkowo najmniejszym hardkorem.

Hunterian to jest muzeum, które mieści się na piętrze Royal College of Surgeons. Wchodzi się oczywiście za darmo, jak do wielu, tylko trzeba poprosić pana w recepcji o przepustkę. Jak łatwo się domyślić, jest to muzeum poświęcone rozwojowi chirurgii i badaniom nad anatomią (jak człowiek sobie obejrzy makabryczne narzędzia chirurgiczne z XVIII wieku, to się cieszy, że nie musiał korzystać z usług ówczesnych łapiduchów – biedny Samuel Foote! – a gdy się dowie, że byli tacy, co usiłowali znieczulać za pomocą hipnozy, to się cieszy jeszcze bardziej). Przede wszystkim jednak w muzeum zgromadzono bardzo, ale to bardzo liczne słoje. W słojach owych spokojnie unoszą się eksponaty, zwierzęce i ludzkie, w częściach i w całości. Tak, ludzkie płody też, więc jeśli ktoś jest wrażliwy, to może się zastanowić nad wizytą – chociaż nie jest to przerażający widok. Ale nie tylko. Można zobaczyć wnętrze jajka z pisklęciem jeszcze wewnątrz. Macicę ciężarnej samicy kreta. Nozdrza wielbłąda. Szkielet człowieka, który miał 231 centymetrów wzrostu i inne frapujące deformacje. Rozmaite organy, od układu gębowego po kolei w dół – panie na przykład mogą sobie zobaczyć od wewnątrz tę część ciała, której zwykle nie widują z takiej perspektywy, och, i jest cała półeczka z penisami w różnych kształtach i rozmiarach, w tym i tkniętymi chorobami wenerycznymi.
Dziwne jest to miejsce, ale fascynujące i można spędzić tam dużo więcej czasu, niż się zamierzało.

Preparaty anatomiczne ogląda się ciekawie, ale nie samymi nimi człowiek żyje, nieprawdaż. Toteż wybrałam się jeszcze w inne miejsce.
Do Royal Academy of Arts. Na wystawę pod wiele obiecującym tytułem Painting the Modern Garden.
Wyszłam po trzech godzinach i tylko dlatego, że musiałam. I chętnie poszłabym jeszcze raz. A najchętniej włamałabym się nocą i przynajmniej parę obrazów zwinęła. To tylko obrazy ogrodów; od Moneta po Paula Klee. W ostatniej sali ludzie stoją przez długie kwadranse, gapiąc się na tryptyk, który, powiadam, mowę człowiekowi odbiera. Każdy z tych trzech obrazów przebywa w innym muzeum w USA i oto wszystkie przyleciały do Europy, żeby po raz pierwszy od wielu lat (jeśli nie w ogóle) zostać wystawione razem. I choćby dla tego niebiańskiego cuda warto pójść. Acz oczywiście jest tam ponad sto innych prac, a każdą tak samo chciałoby się mieć w domu nad kominkiem. Nie. Nie nad kominkiem. W osobnym, pustym pokoju, wyposażonym jedynie w fotel, żebyście mogli siedzieć i przyglądać się godzinami. Widzicie na przykład podobieństwa w kształcie parasolki i korony drzewa? To prawie jakby jedna kobieta przyglądała się drugiej… Albo ten tajemniczy ogród.

Cóż. Jak wspomniałam, musiałam wreszcie wyjść, bo tego samego popołudnia miałam zaplanowane jeszcze zwiedzanie kulis National Theatre.
Nikt się zapewne nie zdziwi, jeśli napiszę, że całym sercem polecam.
National Theatre z zewnątrz to nie jest jakaś uderzająco urodziwa budowla – to jest betonowy, kanciasty, asymetryczny kolos. Wieczorami wygląda o tyle ładniej, że jest zawsze jakoś wdzięcznie podświetlony.

wp-1455230669575.jpeg

Ale on nie został zaprojektowany tak, żeby był fotogeniczny, tylko żeby był funkcjonalny. Dla pracowników i dla widzów. W żadnej z sal tego teatru nie ma miejsc z ograniczoną widocznością. Nie ma w nim też loż, wszak to teatr narodowy, w którym nie ma lepiej i gorzej traktowanych widzów, i nikt nie będzie w loży błyszczał. Nawet królowa.
Szczerze przyznam, że choć NT ma miękkie dywany, Wi-Fi, świetną księgarnię i bardzo sympatyczne bary, a co najważniejsze – ciągle przyzwoite ceny biletów, jak na to miasto w każdym razie, no i jeszcze robi te swoje transmisje, to ja za nim nie przepadam. Z prostej przyczyny – jeszcze ani razu mi się nie zdarzyło, żebym się w nim nie zgubiła. On jest naprawdę ogromny. Do rzeczy.

O umówionej godzinie należy stawić się w umówionym miejscu, przychodzi po was przewodnik i zabiera was na zaplecze. Najpierw – na widownię w trakcie przygotowań do spektaklu, takich czysto technicznych, no wiecie, czy reflektory świecą, czy rampa jeździ, czy scenografia też, czy potężny Drum Revolve działa (obrotowa scena, która nie jest taką po prostu obrotową sceną. Ona istotnie ma kształt bębna i sięga paru pięter w głąb. Z jednej strony scenografia zjeżdża, z drugiej wynurza się spod desek. Wot, technika), czy dźwięk dobry. Wygląda to wszystko jak kompletny chaos i trudno uwierzyć, że za dwie i pół godziny przedstawienie ruszy i będzie doskonale. Oni tam wszyscy dobrze wiedzą, co robią, nawet jeśli dla was to wygląda, jakby dwulatek dorwał się do konsolety i postanowił ponaciskać wszystkie guziki naraz.
Stamtąd wędrujecie na to prawdziwe zaplecze. Korytarze z garderobami na początek. Z zewnątrz tego nie widać, ale National Theatre ma dziedziniec. Garderoby są ulokowane wokół tego dziedzińca, dzięki czemu ich lokatorzy mogą się widzieć nawzajem przez okna, a nawet – jeśli troszkę podniosą głos – ze sobą rozmawiać. Wykształciła się wokół tego osobliwa tradycja, mianowicie w wieczór premiery wszyscy stają w oknach i walą w nie otwartymi dłońmi z całych sił, żeby wesprzeć na duchu tych, którzy dziś zagrają w oficjalnie pierwszym przedstawieniu. Tutaj macie piękny felieton o tym zjawiskulike a thunderous heartbeat of theatre itself. Przewodniczka powiedziała, że to słychać na widowni. Mam zatem nowy cel życiowy, mianowicie chcę pójść na premierę do National Theatre.

Potem drepczecie sobie przez biura projektowe i stolarnie, przez monstrualne magazyny. Możecie się pobawić lalkami wykorzystywanymi w spektaklach i odciętymi głowami z przyszytymi prawdziwymi włosami. Czy możecie wejść na scenę? Niestety. Kiedyś podobno było można, ale teraz już ze względów bezpieczeństwa nie. Ma to ponoć związek z tym, że nad scenami NT są przestrzenie, w które wciąga się scenografię (to jest teatr repertuarowy – znaczy, gra kilka przedstawień jednocześnie na zmianę; normalnie w Brytfannie gra się tylko jedno osiem razy w tygodniu przez kilka tygodni/miesięcy, dobranoc, i robi się następne). Dlatego właśnie National Theatre wygląda tak dziwnie z zewnątrz – te wystające ponad bryłę budynku kominy to tak naprawdę magazyny. Żeby zrobić miejsce jednemu spektaklowi, meble czy inne tam klamoty wykorzystywane w drugim podwiesza się w niebiesiech nad sceną. Ten mechanizm mógłby utrzymać wypełniony piętrowy autobus, a scenografia jest ze sklejki i pianki głównie, więc jakby nie ten ciężar, ale jednak widzom nie wolno na scenie przebywać, bo jeszcze coś by na nich spadło. W każdym razie następnym razem, gdy będziecie oglądali NT Live, miejcie na uwadze, że kilkanaście metrów nad waszym Cumberbatchem prawdopodobnie dyndają sofy, kredensy i klatki schodowe.
Fascynujące.
Tym to wszystko mocniej rezonowało, że tuż przed wyjazdem obejrzałam fenomenalną Kwestię techniki w Starym Teatrze – graną przez maszynistów. Wyśmienity spektakl, który zaczyna się świetną sceną tańczących ścian, poruszanych przez niewidzialne dłonie. Bardzo zabawny, bardzo szczery i bardzo interesujący, bo w ciągu tej raptem godziny macie szansę dowiedzieć się bardzo dużo o tym, jak to wszystko wygląda z drugiej strony. Można się zastanawiać, kto jest prawdziwym artystą w tej branży i czy to nie przypadkiem ten człowiek, który w tle zasuwa spocony, a jego wysiłek jest dla waszego oka calkowicie niewidoczny.

„Is it true that this world will be destroyed?”… „It’s already happened. And it will happen again. And again”.

Po sobocie przyszła niedziela, jak to na ogół bywa.
W niedzielę wiadomo, co się robi. Idzie się na czytanko i tak też było tym razem.
Dzień był wyjątkowo ładny, choć prawie mnie z mostu do rzeki zwiało. Zanim udałam się na południowy brzeg, poszłam na obiad z moją przyjaciółką. Na Sunday roast, bo cóż innego. Kilka dni później nadal zachodzę w głowę, jakim cudem udało mi się samodzielnie zeżreć pół kury, poprawiając pieczonymi ziemniaczkami. I popić to wszystko rioją. Grzeszne. Albion, widzicie, to nie jest kraj dla dbających o linię.
To bardzo fajna osoba jest, ta moja przyjaciółka. A my się w początkach naszej znajomości wcale jakoś bardzo nie lubiłyśmy. Fakt, że mieszkamy chwilowo w dwóch różnych krajach, nie jest szczególnym problemem. Zresztą widuję ją częściej niż wielu zawsze-bardzo-zajętych znajomych w moim grajdołku, co mi daje do myślenia – ona zawsze niechby godzinę na kawę gdzieś po drodze wykroi, wiedząc, że przylatuję, a z innymi, mieszkającymi parę przystanków tramwajem dalej, nie mogę się spotkać miesiącami, bo ciągle odwołują.

– A może byś poszła ze mną? – spytałam. Przyjaciółka uniosła brew i spytała, co to za przedstawienie. Wyjaśniłam, że to właściwie nie jest przedstawienie, tylko jakby hm, czytanie sztuki (noweli właściwie, napisanej w XVI wieku, która Szekspirowi posłużyła za inspirację podczas pisania „Zimowej opowieści” – bo on, jakby wam to powiedzieć, niewiele swoich fabuł wymyślił zupełnie sam), w warunkach dość spartańskich.
– Nie spodziewałabym się po tobie niczego normalnego – odrzekła. – Ale widzisz, muszę mieszkanie posprzątać…

Tak, to nie jest najbardziej fantastyczna rozrywka w mieście, które ma London Eye i The Shard, i kolejkę linową, i dinozaury, i w ogóle. Ale to niewątpliwie jedna z rozrywek najmilszych. Oto nieźli aktorzy poświęcają swój jedyny wolny dzień w tygodniu (w brytyjskim teatrze to niedziela, nie poniedziałek jak u nas), żeby wam poczytać i przed wami zrobić z siebie durniów. W tym wydarzeniu brała udział tylko piątka aktorów, a ról było wiele – włączając zwierzęta oraz jedno niemowlę – więc oczywiście wszystko się rozjechało, i powiem wam, że nie ma wielu radośniejszych widoków nad człowieka o urodzie amanta i aksamitnym barytonie (ten po prawej na zdjęciu), który wygłasza żarliwy monolog, a jego towarzysze zabawy wyglądają na dziwnie skonfundowanych, i on wtedy spogląda na nich, na trzymany w dłoni skrypt, znowu na nich, znowu na skrypt, by powiedzieć: „Oh fuck… Sorry, wrong page!”.
Walor edukacyjny tych wydarzeń jest oczywisty, walor zabawowy również (im większa tragedia, tym więcej śmiechu), ale czytanka moim zdaniem pełnią też funkcję terapeutyczną. Jeśli wstydzicie się interakcji, boicie się pierwszego rzędu, przeraża was myśl o tym, że aktor mógłby spojrzeć wam w oczy albo nie daj Bóg usiąść obok was i poklepać w kolano – okaże się, że ten wasz stres jest zupełnie niepotrzebny. Bo to wszystko zabawa. Spędzamy sobie razem miło czas. Przez tych kilka godzin macie wrażenie, że jesteście wśród swoich. I jesteście. Bo oto jeden z dwojga pierwszych pracowników Shakespeare’s Globe, mózg tej inicjatywy, zsuwa okulary na koniec nosa i puszcza wam oko, bo już waszą pyzatą twarz rozpoznaje. I to jest naprawdę bardzo fajne. A poza tym jeśli macie doła, to też uczestnictwo w tym wydarzeniu wyjdzie wam na zdrowie, bo intensywny masaż przepony w cenie.

A potem znowu stukot metra z powrotem do pokoiku.

Następnego dnia poszłam na Battlefield.
Na motywach Mahabharaty.

wp-1455150725806.jpeg

Oryginał trwał dziewięć godzin. Ta wersja, okrojona do wątków bitewnych, ale reżyserowana przez tego samego Petera Brooka, absolutnie największe nazwisko w teatralnym świecie, trwa nieco ponad godzinę. I ta godzina pozostawia widza nietomnym z wrażenia. To tylko kilkoro aktorów snujących się boso po pustej scenie i jeden Japończyk wybijający rytm na swoim bębenku – a szczęka opada. Niczego więcej nie trzeba.
Niesamowite. Poruszające.
To było moje wielkie marzenie, zobaczyć coś, co ten bez dwóch zdań wybitny reżyser, już teraz 90-letni zrobi.
Udało się przypadkiem, bo bilety oczywiście były wyprzedane, ale postanowiłam z ciekawości zaglądać, bo może a nuż coś się zwolni – i tym sposobem zdobyłam miejsce w pierwszym rzędzie. Bo się zwolniło.

Poszłam, zobaczyłam, przejęłam się.
Ciary, powiadam. Rzecz tak prosta, tak czysta, ale tak intensywna…

wp-1455145061598.jpeg

Tak się składa, że wyjście dla personelu przypadkiem znajduje się na parterze Young Vic i zarazem w świetnej knajpie pod nazwą The Cut (tak też się nazywa londyńska ulica, na której oba Viki – Young i Old – się znajdują, i tak też się nazywa serwowany w ichnim barze drink z malinami, polecam). Innymi słowy, wykonawców można po wszystkim złapać w kolejce po piwo i powiedzieć, że są świetni. Ponieważ to jest właśnie oczywista rzecz, którą mówi się nieznajomym, nieprawdaż.
To zabawne, zobaczyć kogoś, kto przed chwilą na scenie wydawał wam się potężny, a pod tymi drzwiami ledwo wam do ramienia sięga.
Ot, czary.