What’s a poet born to do

Dwudziesty czwarty maja to znakomity czas na włączenie ogrzewania w moim przepastnym apartamencie, psia jego mać.

Spełniliście obywatelski obowiązek? Bo ja owszem, o dziewiątej rano. Kto przy zdrowych zmysłach wychodzi z domu tak wcześnie w deszczowy niedzielny poranek?… No cóż, w każdym razie mam z głowy i mogę teraz spędzić resztę dnia na bimbaniu sobie, jedzeniu, oglądaniu filmów i czytaniu Gaimana pod kołdrą (piękne to opowiadanie o partnerach, którzy wymyślili siebie nawzajem – nota bene, zawsze mnie frapował taki wątek, ale też zawsze trochę się bałam, że może to wszystko, co mi się przydarza, to tylko wytwór mojej wyobraźni).
W punkcie wyborczym wiatr hulał, przeszkodziłam komisji w parzeniu kawy. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu znowu nie było nikogo z tego korpusu, co ma niby strzec przed fałszerstwami.
– A z której pani ulicy? – zapytał pan członek, podkręcając sumiasty wąs.
– Z takiej i takiej.
– O, to do mnie. Do mnie dziś same ładne panie, hyhy.
Człowieku, daj spokój. Nawet nosa nie przypudrowałam, włosy związałam byle jak, wciągnęłam tylko dżinsy i pepegi, bo przecież nie będę się stroić na dziesięciominutowy spacer. Uroczo z pana strony, ale spójrzmy prawdzie w oczy.
– Miłego dnia, miłego dnia! – pożegnał mnie, gdy wychodziłam.
O, z pewnością. Będzie czarowny. I niech jutro nie nadchodzi zbyt prędko, bo będę się bała sprawdzić pocztę, a dziś jeszcze nie muszę niczym się przejmować. Mogę udawać, że jestem całkowicie beztroska.

W głośnikach przy niedzieli na jedną nóżkę Elbow, jak zwykle rozkoszny, a na drugą George The Poet. Do tego drugiego początkowo podchodziłam raczej ostrożnie, bo nie jestem miłośniczką zaangażowanej społecznie muzyki, ale dałam się przekonać i polecam bardzo.
No. To zabieram Gaimana i idę się z nim położyć, nie myśląc o jutrze. Nawiasem mówiąc, akurat z Gaimanem to bym nawet chętnie rzeczywiście się położyła, ale on żonaty, poza tym bardzo wątpliwe, byśmy kiedykolwiek się poznali (choć nie niemożliwe, rzecz jasna). Mógłby mi czytać i w ogóle. Taka tylko luźna dygresja okołoliteracka, bardzo około.

Vater Mutter Geisterbahn

Jeśli kto ciekaw, co u mnie i mojego obrazka, dla tych, co nie widzieli lub nie dość dokładnie spojrzeli (owszem, będę was zamęczać tygodniami),

wpid-20150523_1006312.jpg.jpeg

to mamy się świetnie, dziękuję. To znaczy ja gorzej, bo obrazek mieszka chwilowo w fotelu, osłonięty na powrót licznymi warstwami błękitnego papieru, w których przyleciał.
Muszę temu ptaku jakieś imię wymyślić, ale to później.

Ja mam się nieco gorzej, bo musiałam wstać bardzo rano; i bo maj bez dwóch zdań był Międzynarodowym Miesiącem Walenia Szczęką o Glebę. Nie nudziłam się. Tak, nadal wszystko bardzo znakomicie, ale troszkę potrzebuję łagodnej tafli jeziora, pozycji lotosu, kwilenia ptaszyn, leniwego przewracania stronic opasłych książek przy zielonej herbacie, zrywania dmuchawców i tak dalej. W przyszłym tygodniu wszystko się rozstrzygnie, więc czuję się trochę, jakbym siedziała na rozgrzanym piecu i okropnie się denerwuję.

Odprawiłam wczorajszy długi i stresujący dzień za drzwi, sukieneczkę włożyłam i poszłam do teatru. Szok i niedowierzanie, wiem.
Całe miasto wie, że kocham się skrycie w Błażeju Peszku. W Janie również, ma się rozumieć. A oni dwaj razem są pyszną mieszanką wybuchową – uwielbiam oglądać ich na scenie, bo wióry lecą. Pomiędzy nimi wytwarza się chemia prawie nie do uniesienia dla widza. W Edwardzie II byli królem i królową, teraz są ojcem i synem, tylko odwrotnie. I świetnie się ogląda taki eksperyment.
To tylko godzina, bardzo dynamiczna godzina, której z pewnością nie zmarnujecie, a będziecie zaśmiewać się smutno, bo oto macie ojca, niespełnionego artystę, który kseruje, matkę, wieczną studentkę („bo przecież nie można skończyć filozofii”…) i ich dzieciaka. Dzieciak z całej paczki najbardziej dojrzały, bo najwięcej widzi. Dostrzega to, co rodzicom jakoś umyka albo to, czego za żadne skarby nie chcą mu pokazać. Widzi cały fałsz. Oni z nim grają w gry, bo z dzieckiem trzeba, nieprawdaż, dziecko nie może się domyślić, że rodzice mają siebie powyżej; trzeba małego omamić, trzeba mu pokazać, że świat jest lepszy niż jest. On te gry wypluwa bokiem, bo jak to, mam się tyle lat męczyć, żeby ktoś ewentualnie o mnie miło nad grobem pomyślał, a potem robale mnie zeżarły?… I to wszystko? Po co?…
No właśnie.
Po co.
Cudownie groteskowy spektakl, gorzki i zabawny, z muzyką na żywo. Muszę powiedzieć, że tak żywiołowej reakcji publiczności dawno w tym mieście nie słyszałam i nie widziałam, bo na ogół wszyscy uprzejmie klaszczą i pośpiesznie wychodzą.

A później spacer na pachnące wiosną Podgórze. Troszkę mi ciśnienie opadło.

Obiecuję, że kolejny wpis o sztuce mniej lub bardziej wysokiej (raczej bardziej, i to dosłownie…) dopiero za dwa tygodnie.

Rockin’ Robin

Nie wiem, od czego mam zacząć. Trochę muszę spuścić powietrze, żeby nie eksplodować, a trochę muszę to i owo zatrzymać – na razie – dla siebie.
W ciągu skromnych dwudziestu czterech godzin wydarzyło się tak dużo, że chyba zrezygnuję z opisywania tych przygód. Powiem wam tylko, iż opuszczanie strefy komfortu nie jest tak trudne, jak się wydaje, i czasem już po pierwszym kroku czujecie w powietrzu zmianę. Owszem, mniej więcej raz na kwadrans zadaję sobie pytanie, co ja w ogóle robię. Odpowiedź brzmi: nie mam pojęcia, ale nie czuję się z tym źle. Wprost przeciwnie, fruwam metr nad ziemią, mentalnie biegam po łące i tak dalej. A najlepsze jest to, że cokolwiek się wydarzy, i tak zyskam.
Zamknijmy może ten enigmatyczny wątek, bo zdecydowanie zbyt wcześnie, by cokolwiek na temat pisać – zwłaszcza że nie znoszę chwalić dnia przed zachodem słońca – i przejdźmy do części ilustrowanej.
Teraz już naprawdę mam obrazek. Leży w zasięgu wzroku i się prostuje, bo parę dni przesiedział w tubie. Ze wstydem przyznam, że prawie wlazłam do okienka na poczcie, taka byłam zniecierpliwiona. Tak czy inaczej, oto następuje moment, w którym możecie pokręcić głową, zadając w przestrzeń pytanie: I o takie coś było tyle zamieszania?… Owszem, wiem, że ten anonimowy, co lekką rączką kupił Picassa za 179 milionów dolarów, to dopiero może się przechwalać. Przyznam, że nawet ładny ten Picasso, dużo niebieskiego i w ogóle. No, ale jakby nie ta skala, prawda.

Rozbroiłam pakunek z użyciem nożyczek i energicznych rękoczynów – i oj, jak się zdziwiłam. Będzie mi trudno oprawić ten szkic, bo na odwrocie… no, sami zobaczcie.

Mówiłam przecież, że on jest nie do zniesienia.
No i widzicie, tak mi się ostatnio toczy. Prawie zupełnie zwyczajnie, tylko że za tą zwyczajnością nie nadążam.

To może na koniec drobna wstawka muzyczna, bo i tak nic więcej nie mam do napisania. Otóż jeśli potrzebujecie ścieżki dźwiękowej na dzisiejszy wieczór lub jutrzejszy łagodny poranek i jeszcze nie słyszeliście nowej piosenki Tame Impala, domagam się stanowczo, żebyście jej posłuchali, bowiem jest absolutnie urocza, uwodzicielska i uzależniająca. Przez cały dzień słuchałam w kółko, a z towarzyszeniem burzy za oknami brzmi upajająco.
Proszę bardzo. Nawet nie wiedziałam, że znam tyle słów na U.

Let the rain spray

Podobno znaleziono prawdziwy portret Szekspira. Że niby koleżka miał być niezgorszym przystojniakiem. Piszę „podobno”, bo 90% moich znajomych siedzących w temacie twierdzi, że to jakaś pseudonauka i wymysły, i od rana zalewali mnie na twarzoksiążce „nowoodkrytymi” portretami Szekspira na przypalonym toście, Szekspira na szybie, Szekspira narysowanego z zamkniętymi oczami, Szekspira w damskich ciuszkach. W komentarzach pod artykułem ktoś napisał, że uwierzyłby, gdyby portret przedstawiał barda potrząsającego dzidą (gettit?…). Cóż, zdecydowanie wolę to od okołowyborczych pokrzykiwań i przepychanek.
Profesor Wells też jest sceptyczny wobec teorii o nowej twarzy Willa, a jemu warto ufać, bo świetne książki pisze. Ojej. Właśnie wyczytałam, że wydał nową i to raczej taką, którą chciałabym mieć.

Prezencja człowieka, który zmarł 400 lat temu, ma mimo wszystko znikomy wpływ na moje życie. Niektóre współczesne wynalazki mają znacznie większy, bo na przykład z ich powodu muszę pralkę uruchamiać.
Tak ogólnie to ja całkiem dobrze myślę o ludziach (choć, patrz wyżej, ogromnie chciałabym, żeby ta kampania prezydencka już się skończyła, bo cholera mnie bierze), ale są sytuacje, gdy życzę im uporczywych problemów z erekcją, jeśli są mężczyznami, lub roztycia się potężnie, jeśli są kobietami. Naprawdę nie można zwolnić ździebko, gdy tuż po solidnej ulewie wjeżdża się w kałużę rozmiarów Morza Kaspijskiego? Jaki procent krakowskich kierowców wiezie na tylnym siedzeniu kogoś rodzącego lub konającego na zawał?
Scena była dość filmowa, bo kiedy tylko ochłonęłam po pierwszej fontannie, przejechał obok mnie drugi taki pocieszny. A żeby wam wszystkie krowy wyzdychały.
Dobrze, że szłam do domu, jeszcze lepiej, że szłam w dżinsach, a nie w którejś z moich ulubionych sukienek, bo bym chyba ruszyła we wściekły – nieważne, że próżny, bo pieszy – pościg za tymi skubańcami.

Tom sobie ponarzekała, a tymczasem jakaś przesyłka o nietypowych wymiarach przyszła.

Pytania są tendencyjne

Kiedyś to człowiek uprawiał tzw. klabing, czyli wychodził z domu o dwudziestej trzeciej, by wrócić osiem godzin później w takim stanie, że do tej pory nie wie, jakim cudem udawało mu się otworzyć drzwi, a co więcej, wyjąć soczewki kontaktowe bez wyłupienia sobie oczu.
Teraz to człowiek do domu o dwudziestej trzeciej wraca. I to jeszcze tramwajem, bo jest oszczędny (bo musi być – jak się wyrzuca forsę na jakieś gryzmoły…). Tramwaj oczywiście jest niemożebnie zatłoczony, bo przejeżdża obok Kazimierza, więc na przystanku Miodowa wysypują się z niego dziesiątki ładnie pachnących ciem barowych płci obojga. A autorka grzecznie jedzie dalej, na swoje przedmieścia. Książkę sobie wyjmuje z torebusi i jedzie.
Teraz to człowiek spędza piątkowe wieczory na sączeniu kindzmarauli i graniu w gry planszowe u znajomych, i tarmoszeniu ich absolutnie rozkosznego psa, który przez cały wieczór okazywał mi miłość na liczne sposoby, szczególnie upodobawszy sobie próby wdrapania mi się na kolana (to labrador…) i delikatne podgryzanie moich kostek.
Co do gier, gdy przychodzi do podliczania wyników, w najlepszym przypadku jestem druga od końca. Być może zostałam stworzona do wyższych celów, a może po prostu jestem tępa i nie łapię zasad.

No, nic to. W ramach pociechy przejrzyjmy sobie trafienia z Gugla, bo dawnośmy tego nie robili, a to zawsze radość, zwłaszcza przy niedzieli, gdy obiecywało się sobie, że zrobi się różne od dawna odkładane rzeczy, a później nagle jest piętnasta i jeszcze nie zlazło się z kanapy.
Czy są już lody na Starowiślnej – najwyraźniej stałam się światowym ekspertem w sprawie tych lodów.
Colin Morgan z dziewczyną – nie przedstawił mi.
Andrew Scott z chłopakiem – też mi nie przedstawił.
Ben Whishaw jakie dziewczyny lubi najbardziej – hmm, nie chcę zmartwić, ale…
Rosnący biust film – tak, myślę, że przyrost biustu niesłychanie łatwo sfilmować, wszak wszyscy wiemy, że odbywa się to w ciągu jednego dnia.
Nago w teatrze – no tak. Można było się spodziewać.
Nago na scenie teatru – …
Nagie sceny z teatru – …….
Nagość w teatrze galeria – ……….
Nago w teatrze performance – OK, dość tego.
Panie po pięćdziesiątce uprawiają seks – mam nadzieję, bo już mi bliżej niż dalej!
Facet w pończochach – jeśli ma zgrabne nóżki, to czemu nie.
Amsterdam panie za szybą – trudno nie zauważyć, ale zapewniam, że są w tym mieście ciekawsze rzeczy do oglądania. Akurat przez tę dzielnicę zawsze przechodziłam bardzo szybkim krokiem.
Jak wygląda pirat – o, tak na przykład. Kadłubek na zdjęciu należy do niżej podpisanej.
DSC_0008~2[1]
Czy ksiądz może niewpuścić interesanta – nie wiem, nigdy nie byłam interesantem pukającym do drzwi parafii, ale ostatnimi czasy rozważam przystąpienie do pierwszej komunii (ominęła mnie ta przyjemność za dziecka), bo wreszcie dostałabym rower, którego zakup odkładam od ładnych paru lat. A może nawet Playstation. Mogłabym przegrywać jeszcze sromotniej niż w planszówki.
Odeszła do innego jak zawrócić – oooch. Ale odpuścić, odpuścić.
Męska świnia – ej, ale po co tak zaraz z grubej rury. Ja tam lubię mężczyzn, a świniami wolę nie zaprzątać sobie głowy, poza internetową celebrytką świnką Esterką.
Wypastowane krocze – ?
Sex w tokijskim autobusie – nie pomogę, jeździłam tylko metrem i wszyscy pasażerowie zachowywali się bardziej niż przyzwoicie.

Niepokojący obraz z tego się wyłania. Od jutra na poważnie zabieram się za analizy dzieł literackich i polemiki z filozofami, ewentualnie będę podawać przepisy na wyrafinowane dania z komosy i jagódek goji.

Methought I was enamour’d of an ass

Miałam wczoraj czwarty poniedziałek w tym tygodniu.
Niniejszym ogłaszam strajk i dziś zamierzam mieć piątek. O tyle mi trudno, że jestem trochę niewyspana, bo po pierwsze wróciłam z kina po dwudziestej trzeciej, a po drugie zamiast pójść grzecznie spać, zabrałam się za pieprzne rozmówki, bo w takim właśnie nastroju byłam. Zaraz wszystko będzie jasne.

Jak wiadomo, chodzę do kina tylko wtedy, gdy grają w nim teatr, a wczoraj była retransmisja z Shakespeare’s Globe, którą to placówkę darzę bardzo gorącym, być może nieco obsesyjnym uczuciem i jak Bozia da, za niespełna miesiąc znów tam będę.
Jeśli znacie kogoś, kto nie przepada za teatrem i chcielibyście go przekonać, że to jednak nie taka znowu usypiająca nuda, Sen nocy letniej jest doskonałą przynętą. Jest dowcip. Jest seks. Jest golizna (tu akurat było sporo, zwłaszcza męskich torsów). I nawet jest kawałek z psem.
Oglądałam w życiu kilka Snów – były zabawne, i owszem, ale w porównaniu z tą adaptacją to był jednak Szekspir w białych rękawiczkach, potraktowany dość ostrożnie, no bo to bard przecież. Taką mam obserwację, nie od dziś, że my go traktujemy dużo bardziej poważnie niż Anglicy, którzy nie mają najmniejszego problemu z tym, by kłaść nacisk na to, co w jego tekstach jest najbardziej frywolne czy groteskowe, czasami balansując na granicy dobrego smaku – i to nie dotyczy tylko komedii. Może to zresztą wynika też z tłumaczeń, w których gubi się masa dwuznaczności. Tymczasem mój kochany Globe, z wielką lekkością bawiąc się Szekspirem i jemu współczesnymi, udowadnia, że klasyka wcale nie jest nietykalna i że nie jest po to, by do niej nabożnie wzdychać. Przeciwnie. Skoro coś powstało dla uciechy, dajmy ludziom uciechę. No i dali. Po całości, że tak powiem.
Nie będę streszczać, historia znana. Mamy króla i królową w kryzysie, nieszczęśliwie zakochaną młodzież, przygotowania do wesela, seks, konflikt i siły nadprzyrodzone. A skoro to sztuka o kochankach i nadludzkich istotach, czemu by nie obsadzić w głównych rolach pięknych mężczyzn, którzy powoli gubią części garderoby? Dawno, och, naprawdę dawno nie oglądałam przedstawienia z taką radością i uwagą. Naprawdę OGLĄDAŁAM, mrugając bardzo rzadko, a wiecie, co się dzieje, jak ja się zagapię.

No i właśnie. Uważa się, że najważniejszą postacią w tej historii jest Puk. Duszek, który zajmuje się głównie szukaniem okazji do nieszkodliwego narozrabiania, bo tak już ma, że bawi go, gdy przygląda się temu, co zbroił. I wiecie co, oni obsadzili w tej roli prawdziwego elfa ani chybi. Kruchy jest ten chłopak jak figurka z zapałek, ma śliczne, delikatne rysy – i głos zupełnie nieprzystający do tej zwiewnej zewnętrzności. Zestawienie wątluchnego Puka o dziewczęcej urodzie z muskularnym, płomiennookim Oberonem, rasowym samcem alfa, jest fascynujące. Nie można od tych dwóch oderwać oczu. Ich relacja jest momentami uroczo pikantna, są rozkosznie zmysłowi, jest pomiędzy nimi dziwnie seksualne napięcie, ale czego się spodziewaliście? To Sen nocy letniej. Erotyzm aż dymi, z prawie każdej sceny, nawet jeśli bohaterowie pozornie nie mają się ku sobie.
(A jeśli, jak ja, lubicie oglądać zdjęcia z prób, to możecie sobie zobaczyć, jak Puk i Oberon wyglądają na zapleczu – takie oto dwa chłopaki. Widzicie, co teatr robi z zupełnie przeciętnie wyglądającymi ludźmi, których minęlibyście obojętnie, nawet nie podejrzewając, że to aktorzy przyprawiający kobiety o chwilowe zatrzymanie akcji serca? Czary, jak w tym Lesie Ateńskim).
Co ciekawe, te same osoby grają Tytanię i Hipolitę, Oberona i Tezeusza, oraz Puka i Filostrata, co wdzięcznie podkreśla „senny” wymiar sztuki – ale o ile dwoje pierwszych zachowuje się zgoła inaczej w rolach śmiertelników, o tyle Filostrat, wymuskany mistrz ceremonii na królewskim dworze, ciągle porusza się miękkim krokiem Puka…

Uwiodło mnie to jeszcze z jednego powodu. Otóż bardzo lubię motyw teatru w teatrze, a jeszcze bardziej lubię, gdy coś – celowo lub nie – idzie źle. Uwielbiam. Finałowa tragedia yirama i Tyzbe, wystawiana z wielkim, desperackim wręcz zaangażowaniem przez osobliwą grupę aktorów, jest naprawdę tragiczna. „Tyzbe” – nota bene, wyglądająca raczej jak banshee niż ponętna kobieta, i to banshee z owłosioną klatą – nie mieści się na rozchybotanej scenie w swojej potężnej kiecy, „Pyram” zachowuje się jak Laurence Olivier, ale zapodaje kwestie z charyzmą kołka rozporowego i zapomina każdego słowa, „Mur” nie tylko ma dziurę w bardzo, BARDZO niewłaściwym miejscu, utrudniającym kochankom miłosne szepty, ale też przewraca się po opuszczeniu sceny, błyskając pośladkiem (nastolatka siedząca obok mnie wydała z siebie w tym momencie zdegustowane „yyygh” – podejrzewam, że obiekcje względem odkrytych kształtnych tyłków niebawem jej przejdą, ale ech, uroki niewinności), pies „Księżyca” zdycha, no dobrze, to może niezabawnie brzmi, niemniej gdybyście widzieli tę pluszową wymiętoloną potworę zwisającą smętnie z objęć ryczącego rozpaczliwie aktora, to składalibyście się w fotelu tak samo, jak ja się składałam. No cudowne, cudowne. I te maniakalne wrzaski euforii Piotra Pigwy, gdy dowiedział się, że jego sztuka została zaaprobowana przez królewski dwór i może zostać wystawiona… Nie znalazłam tej króciutkiej sceny w sieci, ale może i dobrze, bo istnieje ryzyko, że odtwarzałabym ją w kółko, wydając podobne dźwięki. Zresztą akurat mam powody.
– A my możemy jeszcze epilog zagrać…
– NIE! To by… zepsuło wrażenie.

Ale naprawdę, niech ktoś coś zrobi z tymi komórkami w kinie, bo jeśli kolejnym razem usiądzie obok mnie ktoś z potrzebą relacjonowania spektaklu na bieżąco via Facebook Messenger, to nie wytrzymam i zdzielę.

Every man I meet wants to protect me. I can’t figure out what from.

Jak powszechnie wiadomo, feministki są brzydkie, mają owłosione nogi, są starymi pannami i ich fiksacja bierze się z braku chłopa, w związku z czym należy wysłać je na Madagaskar (ja bym się nawet sama zgłosiła) lub na jakąś odległą planetę, na której będą mogły w spokoju wierzyć, że do czegokolwiek się przydają. Tymczasem znowu się rzucają nerwowo, choć oto nad problemami kobiet z troską pochylają się naukowcy. Tak, piję do tej konferencji, na której omawiane mają być, uwaga, prawne aspekty następstw cykliczności płciowej kobiet, a wszystko to pod słodkim hasłem, że kobieta zmienną jest.
Ja wiem, że jest. Każdy człowiek jest czasami.
Owszem, co kilka tygodni czuję się odrobinę gorzej i co kilka tygodni pewne sprawy irytują mnie lub zasmucają znacznie bardziej, niż w istocie powinny – nieznacznie, ale jednak. Mam tak od wielu lat, więc się przyzwyczaiłam i potrafię sobie z tym radzić, choć znam oczywiście kobiety, które gorzej przechodzą całą zabawę. Ale to nie sprawia, że stają się z automatu niepoczytalne czy niesamodzielne. Poza tym mocno wątpię, żeby chciały, by ich wtopy, porażki czy wypadki były w oczach innych ludzi usprawiedliwiane przez fakt, że akurat miały okres.
Włażę na stronę tej konferencji, najprawdopodobniej pierwszej takiej na świecie, gratulacje moje serdeczne, a tam takie coś: „blisko połowa kobiet ma podczas napięcia przedmiesiączkowego lub w pierwszych dniach miesiączki zaburzenia słuchu określane jako patologiczne”.
No, pierwsze słyszę (mimo że to nie ten moment cyklu).
Inne określenia w opisie tej imprezy sprawiły, że dokonałam aktu poświęcenia i przeczytałam cały artykuł pana profesora. Nie chcę wypowiadać się na temat tej lektury, gdyż byłby to bardzo długi i zapalczywy wpis. Kobieca odmienność jako ubogacający dar itepe. Polecam.
W jednym mają rację. To rzeczywiście niezwykłe wydarzenie naukowe.

Nawiasem mówiąc, organizatorzy pewnie uniknęliby całej afery, gdyby zamiast skupiać się jedynie na nieszczęściu kobiet, wspomnieli również o tym, co testosteron potrafi wyrabiać z mężczyznami. Ale nie, bo to przecież my jesteśmy zmienne, my ulegamy wahaniom nastrojów i nas trzeba chronić – a czy w ogóle tego chcemy, to już inna sprawa.

Aż pozwolę sobie na batonik z masłem orzechowym z tego wszystkiego. W końcu jestem odmienna i jestem ubogacającym darem dla tego świata, należy mi się. Wszystkie jesteśmy, w związku z czym proponuję zbiorowo nagrodzić się w jakiś rozpustny sposób.

Zwiąż mnie

Weekend może i był wspanialuchny, ale poniedziałek za to jest poniedziałkiem pełną gębą. No dobrze, nie taki zły, jak dla tego pana, który chciał dziś ze słupa w Krakowie skakać, ale żebym była zachwycona, to nie powiem.
Właściwie poniedziałek zaczął się już w niedzielę wieczorem, gdy zobaczyłam wyniki exit polls. Poszłam, oddałam głos, nie pomazałam kartki świeczką, nie zabrałam swojego długopisu, nie sprawdziłam, czy urna się aby nie rozszczelnia, nie wyraziłam rozczarowania dosadną ilustracją (czytałam, że ktoś w Wielkiej Brytanii to zrobił w ubiegłym tygodniu, tylko biedak nie miał pojęcia, że jego głos zostanie policzony jako ważny, bo narysowany penis nie wyjeżdżał poza kratkę), no i kurcze blade.
A tak chciałam w góry jechać za dwa tygodnie – i znowu trzeba będzie dowodu osobistego szukać.
Rankiem wyszłam z domu tragicznie spóźniona, z tej prostej przyczyny, że opcja „przesuń” w moim budziku pomyliła mi się z opcją „wyłącz”. Oczywiście mogłabym cieszyć się z tego, że już nie mam problemów ze snem, ale powszechnie wiadomo, iż bezsenność nie obowiązuje w poniedziałki. W poniedziałki człowiek czuje się, jakby wypił całą walerianę świata i opuszczenie łóżeczka to przerażający koncept.
Potem otworzyłam moją pracową skrzynkę. Ech, zaprawdę powiadam. Niewiele rzeczy może rozdrażnić mnie równie mocno, co wmawianie mi, że czegoś nie zrobiłam, choć zrobiłam. Może nie zawsze jestem najbardziej ogarniętą osobą pod słońcem, ale pamięć to akurat mam bardzo dobrą. Mimo wszystko zdążyłam się zestresować, bo już tak mam, że poczucie winy potrafi ogarnąć mnie nawet wtedy, gdy absolutnie nie powinno. Otrząśnięcie się z przykrego wrażenia trochę mi zajęło. Zazdroszczę wielce ludziom, po których wszystko spływa.

A w ogóle to podobno w sobotę były warsztaty bondage w naszym pięknym mieście. Dowiedziałam się po fakcie i nieopatrznie napomknęłam panu i władcy, który był jakoś podejrzanie rozczarowany tym, żeśmy przegapili. Hm.
Tak najzupełniej szczerze, to ja nawet chętnie zdobyłabym szerszą wiedzę na ten temat, ale troszeczkę się obawiam, że on mógłby mnie tak zostawić, żebym się sama rozwiązała.

Taaakie tam…

Miałam wczoraj bardzo dobry dzień. Owszem – wiem, że to nie jest żaden szczególny news, ale przy całym tsunami zmartwień, jakie mnie ostatnio zalewało, warto odnotować zmianę pogody. Chociaż gdyby się zastanowić, to może nie do końca jest z czego się cieszyć, bo w sumie to od rana do wieczora wydawałam pieniądze.
Włożyłam moje nowe, piękne, papierowe kolczyki, załadowałam na playlistę pogodną piosneczkę z ościennego kraju i wyruszyłam do miasta, kupić sobie na Kleparzu kwiaty na balkon (jest to, obawiam się, nieco bezsensowne posunięcie, bo przecież i tak ciągle nie ma mnie w domu, więc zapewne biedactwa zdechną). Po drodze odkryłam, że na Starowiślnej otwarła się księgarnia podróżnicza i w tej księgarni mają przewodniki Cicerone, bardzo przydatne dla tych, którzy na wakacjach lubią dużo chodzić po różnych pagórkach i chaszczach. Panowie księgarze przemili, pomocni i dają karty zniżkowe – ostrzegam. Zgłodniał człowiek od tego dobrostanu, więc poszedł na ulubionego dorsza na skwer Judah, a chociaż najedzony był okropnie, w drodze powrotnej wlazł do Si Gela na lody. Jest prawdą powszechnie uznaną, że autorka uwielbia lody, mogłaby żywić się tylko nimi, można ją nimi przekupić i nie ma takiej porcji, której nie byłaby w stanie pochłonąć. Gdybyście nie wiedzieli, to w grajdołku można zjeść lody o smaku gorgonzoli, zdumiewająco delikatne, ale osobiście gorąco polecam lawendowe. Imbirowe też. Marchewkowych nie próbowałam, gdyż nawet w takiej postaci marchewki nie zniesę. Tak czy inaczej, obawiam się, że zwężony podczas ostatniego choróbska obwód w talii długo taki piękny nie pozostanie.
Chyba że nie będę miała co do gara włożyć, a istnieje takie ryzyko, gdyż – jak wspomniałam – od rana do wieczora wydawałam pieniądze.
Ostatnia bowiem wiadomość jest taka, że świat jest pięknym miejscem pełnym dobrych ludzi. Innymi słowy, MAM OBRAZEK.
To znaczy, technicznie jeszcze go nie mam, ale już jest mój. Niewiarygodne i jestem niebywale wdzięczna za zaangażowanie. Dawno nic nie sprawiło mi takiej uciechy, jak informacja o misji zakończonej powodzeniem. Gdy odłożyłam słuchawkę, nastąpiło coś, co dość dobrze ilustruje ta scena.
Nawiasem mówiąc, to moja pierwsza inwestycja w sztukę. Autor przynajmniej będzie miał z czego rachunki zapłacić.
(Ja nie).
I to wszystko przez to, że raz poszłam do teatru. Mówię wam, lepiej nie chodźcie, bo sami widzicie, jak to się kończy czasami.

The unnatural and the strange have a perfume of their own

Niewiele jest w życiu rzeczy przyjemniejszych niż przytulanie się do ładnie pachnącego mężczyzny. Obawiam się nawet, że takich rzeczy w ogóle nie ma.
Tak się kolega wyperfumował, że wytarł mi swoje piżmo w ubranie i przez pół wczorajszego dnia dumnie paradowałam z tym zapachem.
To był dobry dzień. Tyle ciepłych słów. Dużo fantastycznych wiadomości – może niezbyt znaczących dla losów świata, ale bardzo ważnych dla mnie. Życie czasami bywa nie tylko znośne, ale nawet błogie.

Żebyśmy tu wszyscy nie osłabli z przesłodzenia, słóweczko o weekendzie. Na wybory chodzę zawsze, choć prawda taka, że od pewnego czasu robię to dla świętego spokoju, żeby mnie obywatelskie sumienie nie gryzło. Tym razem, zdaje mi się, oddam nieważny głos. To nie jest wspaniałe rozwiązanie, ale lepsze niż całkowite zlekceważenie tematu. Żaden z kandydatów mi się nie podoba, żaden w gruncie rzeczy mnie nie reprezentuje, a niektórych uważam za kurioza, łagodnie rzecz ujmując. I nie bardzo wiem, co sądzić o tym, że niektórzy z moich znajomych najzupełniej serio zamierzają na te kurioza oddać głos. No owszem, ich prawo, taki urok demokracji. Mimo wszystko dziwi mnie i niepokoi rosnący radykalizm i to, że rozsądni ludzie nagle stają się wyznawcami teorii spiskowych i zwolennikami – cokolwiek to oznacza – tradycyjnych wartości.
Ech. Najchętniej domalowałabym na karcie kratkę i napisała „George Clooney”.

PS Nie idę na żadne wybory. W ogóle nigdzie nie idę, chyba że mnie ktoś zaniesie. Dwa słowa: nowe buty.

With mirth and laughter let old wrinkles come

Jutro bardzo ważna data. Osobiście uważam, że można nie wiedzieć, kiedy obchodzimy Międzynarodowy Dzień Pluszowego Misia, Międzynarodowy Dzień Mówienia Jak Pirat, Międzynarodowy Dzień Bez Stanika (całym sercem popieram!) lub nawet Międzynarodowy Dzień Windy – owszem, jest taki – ale to, że jutrzejsza data nie została dotychczas ogłoszona oficjalnym świętem i dniem wolnym od pracy, moim zdaniem jest grubym skandalem. Tak, gdyby to ode mnie zależało, chętnie jutro wam wszystkim dałabym dzień wolny.
Albowiem jutro, tak się składa, przypadają moje urodziny.
Być może powinnam już je ignorować, wszak w pewnym wieku człowiek z dziwnym dyskomfortem myśli o przeskakującym liczniku i nie może pozbyć się odczucia, że jakoś podejrzanie zbyt często te urodziny miewa, ale – jak mawia jeden z moich ulubionych ludzi – zawsze miło dostać prezent (mimo że tych ostatnimi czasy sprawiłam sobie dość, dlatego trwożnie łypię na nietkniętą kopertę z wyciągiem).
Droga redakcjo, czy ja już teraz będę w średnim wieku?… Będę mogła jeszcze chodzić w mojej koszulce ze Speedy Gonzalesem? A w trampkach moich kwiecistych?

Sama nie wiem, czego mogłabym sobie życzyć, poza oczywistościami z gatunku: atrakcyjnych kochanków, wielokrotnych orgazmów, podróży transoceanicznych, wydania bestsellera, apartamentu z widokiem na ciepłą Repulse Bay jako bezpośredniego efektu wydania bestsellera, szampana, ostryg i brylowania na salonach.
A właściwie to wiem doskonale, czego sobie życzę – spokoju.
Wczoraj wieczorem przyszły kolejne złe wiadomości. Zakomunikowane zostały mi uroczym tonem, doprawdy. Może chciałabyś wiedzieć, cześć, pa. Nie wiem, co zirytowało mnie bardziej – koszmarny dowcip opatrzności czy sposób, w jaki się o nim dowiedziałam. A przy okazji, czy tylko ja uważam fejsbukową żałobę za rzecz tyleż niestosowną, co obciachową? Czy może czegoś nie rozumiem po prostu? Albo zatrzymałam się w paleolicie i nie nadążam za mnogością idiotycznych zastosowań social media?
Spokoju, tak. Embargo na fatalne informacje. Żebym przynajmniej na chwilę przestała mieć wrażenie, że uśmiecham się samymi mięśniami twarzy. Żebym miała czas na zabliźnienie się, zamiast tylko ciągle wmawiać sobie, że kolejne cięcie wcale mnie nie zabolało, nic a nic, o, popatrzcie, już się podnoszę, już jestem jak nowa, konstrukcja odporna na wstrząsy i urazy. Prawda taka, moi mili, że jestem absolutnie wykończona, nerwy mam w strzępach i są chwile, gdy marzę o ucieczce od wszystkich i wszystkiego, byle dalej. Może Curacao. Albo Filipiny. Emigracja wewnętrzna bowiem przestała być skuteczna.
Dobrze, to ja już lepiej przestanę marudzić, nim czytający mój blogasek uświadomią sobie, że opisy przyrody w „Nad Niemnem” w gruncie rzeczy były całkiem ciekawe…

Dopisane wieczorem
Powiem wam, że nie mogę się czasami nadziwić, jak fajni ludzie zamieszkują naszą planetę i pojawiają się właśnie wtedy, gdy ich nam trzeba, bo nas bezsens życia uwiera. Zamówiłam sobie kolczyki w takiej malutkiej manufakturze znajomej znajomego, zamieszkałej w Mumbaju (wierzcie lub nie, ale te cudeńka są z papieru). To było dla niej pierwsze zagraniczne zamówienie, więc nawet nie wiedziała, ile mi za to policzyć, ale jakoś doszłyśmy do porozumienia. Dziś nadeszła przesyłka i jakże się zdziwiłam, gdy ją otwarłam. Zamówiłam trzy pary kolczyków, ale z koperty wypadły cztery, słodka bransoletka i odjechany różaniec w najlepszym z możliwych kolorów. O.
wpid-2015-05-06-19.31.22.jpg.jpeg
A na dnie pudełka zawierającego wszystkie te dobra leżał ręcznie napisany list, zaczynający się od słów: Dearest Ola, thank you so very much for giving me the opportunity to make such lovely pieces for you i kończący słowami: I wish you all the happiness in the world.
Może to i drobiazg, ale dawno nic nie sprawiło mi takiej radości.

You have no stomach for this

Od poniedziałku dieta?
Należy uważać na to, co się nieopatrznie wypisuje na blogasku.
Miałam spędzać majówkę jak każdy przyzwoity obywatel kraju rozciągającego się pomiędzy Odrą a Bugiem, i prawie by się udało. Prawie, bo po upieczeniu mojego przepięknego ciasta z niejasnych przyczyn miałam ochotę tylko na nie patrzeć, nic ponadto. W sobotnie popołudnie z uciechą przyjęłam dostawę ulubionego domowego wina, wyjęłam z szafeczki kieliszeczek, odkręciłam butelkę… i na sam zapach zrobiło mi się niedobrze. Hm, pomyślałam.
Nadlatującą zza płotu woń grillowanego wszystkiego, co przez ostatni tydzień wisiało na supermarketowych billboardach jak Polska długa i szeroka, przyjęłam z jeszcze głębszym „hmm”. A potem było już tylko gorzej. Obrazowo rzecz ujmując, bardzo przepraszam, autorka spędziła majówkę w dużej mierze na zastanawianiu się, którą stroną pozbędzie się żołądka. Nowa definicja motyli w brzuchu, nieprawdaż. Albo szerszeni raczej.
Na szczęście lubię owsiankę. Taką na wodzie. Bez smaku. Lubię. Jeszcze ze trzy razy to powtórzę i polubię.

Zanim padłam bez życia, ganiałam po trawniku, robiąc – jak co roku, jak co roku… – zdjęcie każdemu pączkowi, każdej trawce i każdemu tulipanu. I dwóm specjalnym kwiatuszkom.

Z innej beczki: nie podejrzewam, żeby ktoś z PT czytelników zamierzał przebywać w południowo-wschodnim Londynie w nadchodzący weekend, ale gdyby jednak, to z chęcią wysłałabym go na drobną misję – na małe zakupy dla mnie do tamtejszej galerii. Bo bardzo bym chciała mieć ten obrazek. Ze względu na urok autora, ma się rozumieć. Bez nazwisk, bo wystarczy, że mnie mdli, was nie musi. Dodam tylko, że autor ma więcej włosów i ząbków, niż normalni ludzie mają. Kwik. Przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać.

We’re all mad here. I’m mad. You’re mad.

Bilecik na Dave’a i spółkę zaopiekowany. Nie bez obaw, ale na płytę. Skoro mogę przez parę godzin być piszczącą fanką, to czemu nie? Pamiętam moje pierwsze tego rodzaju doświadczenie – koncert Faith No More. Kolega mnie zabrał. Bardzo mi się podobało, do chwili, gdy kapela wyszła na scenę, z głośników ryknął nieprawdopodobnie potężny jazgot, a publiczność zawyła i ruszyła naprzód, zgniatając przerażoną autorkę. Dodajmy, że autorka była wówczas bardzo grzeczną siedemnastolatką, która nawet jeszcze się nie całowała ani piwa nie piła, więc uczestnictwo w koncercie rockowym było dla niej doświadczeniem co najmniej szokującym.
Jeżeli myślicie, że na tym koniec wczorajszych zakupów, to niestety grubo się mylicie, bo przecież musical na motywach Alicji w krainie czarów autorstwa Damona Albarna nie może być złą rzeczą.

wonderland1

Trzeba mieć naptane w głowie, żeby rezerwować bilet na koniec stycznia 2016 – planeta może wtedy nie istnieć, ja mogę zajść w ciążę, zapaść na nędzną chorobę albo wyemigrować do Paragwaju. No, ale gdy ma się takie a nie inne priorytety, racjonalne argumenty przeciw łatwo zagłuszyć.

Obudziłam się rano z gwałtownym przypływem sił twórczych.
Coś trzeba było z tym zrobić, więc oto rezultat. W życiu bym nie podejrzewała, że pieczenie kiedykolwiek będzie mnie ekscytować, a tu proszę.
wpid-2015-05-02-13.28.06.jpg.jpeg
Niewiele brakowało, a ten cudowny, lekko słony karmel na wierzchu zostałby pochłonięty w trakcie produkcji – tak zapamiętale niżej podpisana oblizywała łyżkę. Od poniedziałku dieta, co nie.

I never go jogging – it makes me spill my martini

Wieczory w obcych miastach – nie na tyle atrakcyjnych, by mieć dokąd pójść na drinka, ba, by pójść dokądkolwiek po zmierzchu – sprzyjają zaglądaniu w otchłań internetu. Czy to tylko moje złudzenie, czy teraz w dobrym tonie jest, by blogasek był odpowiednio nasycony kontrowersją w najtańszym wydaniu? Serio, wolę czytać rozważania ludzi zainteresowanych entomologią niż kolejne wynurzenia obliczone na wsadzenie kija w mrowisko – naprzemiennie muzułmanie, feministki, weganizm, mobbing, higiena, media kłamio, fakty i mity o wielokrotnym orgazmie, muzułmanie, feministki, weganizm, опять od nowa. Coraz mi trudniej w tym zalewie tematów pod publiczkę znaleźć coś, co mnie naprawdę zainteresuje. Ale tak samo jest z twarzoksiążką, którą w ostatnich dniach konsekwentnie czyściłam, bo przed zbliżającymi się wyborami z części moich znajomych wyleźli radykałowie, że aż strach i gdy publikują osiemdziesiątą perorę na ten sam temat, to zwyczajnie mnie mdli. Wyczyściłam tajmlajn również z wpisów tych, którzy lubią fotografować swoje posiłki i rozprawiać się publicznie z eksami. Teraz mam bardzo ładnie, same przydatne informacje.
Nie bronię nikomu zaznaczania swojej obecności w sieci, ale czasami to naprawdę przypomina obsikiwanie każdego drzewka, w hałaśliwy raczej sposób. Wybaczcie zgorzknienie, chyba potrzebuję urlopu w słońcu (albo chociaż martini, ale jeszcze nie minęło południe).

Do mojej wszystkomieszczącej torby trafiła jeszcze jedna książka, złapana wczoraj w dworcowej księgarni. Gdybym rok temu wiedziała, że wydadzą toto po polsku, nie wydałabym na to bolesnych dwudziestu funtów. Nie do końca podoba mi się polski tytuł, bo jest jakiś taki, czy ja wiem, trochę koncertowo-życzeniowo brzmi. Tak czy inaczej, polecam gorąco. Jeśli macie w maju fundusze na tylko jedno tomiszcze, kupcie właśnie to. W drodze do domu spłakałam się nieco nad listami naczelnika szpitala, w którym pomieszkiwał Joseph Merrick, znany jako człowiek-słoń. Za trzy długie miesiące idę na przedstawienie o tymże, więc jeśli dwa krótkie listy wpędziły mnie w chwilową deprechę, to nie chcę wiedzieć, w jakim stanie z tego przedstawienia się wyczołgam. Chyba lepiej będzie nie malować rzęs.
W jeszcze dotkliwszą deprechę wpędza list inżyniera usiłującego wstrzymać start Challengera. Prom eksplodował, jak wiemy.
(Gwoli ścisłości – żeby nie było, iż same smuty w tym zbiorze, jest tam też wspaniała odpowiedź prokuratora generalnego Alabamy na pogróżki czołowego zwolennika rasy panów; odpowiedź bardzo zwięzła i właśnie taka, jakiej należy udzielać ludziom głoszącym tego rodzaju poglądy).

Skoro o przedstawieniach mowa – wiem, że dziś jest znowu NT Live w Multikinie, ale tą razą wolę polecić wam coś innego zamiast. Też zza kanału. Przy czym nie tylko nie musicie płacić za bilet, ale nawet z domu wychodzić. Majówka ma być zimna, więc nie zaszkodzi rozważyć.
Po pierwsze. Zdecydowanie warto. Da się oglądać z naszego pięknego kraju, pod warunkiem, że wmówicie waszemu komputerowi, iż przebywa obecnie w Zjednoczonym Królestwie – prościzna; zaprzeczam, jakobym sugerowała instalowanie nakładek na przeglądarkę zmieniających IP i w życiu nie słyszałam o niczym takim jak Hola Better Internet… W roli głównej piękna, charyzmatyczna Juliette Binoche, a reżyser wybitny, co chwila zgarnia jakąś nagrodę. Uwierzcie mi, nie zmarnujecie wieczoru.
Po drugie. Dostępne od jutra, całkowicie za darmoszkę. To jest w ogóle ciekawa sprawa. Ten teatr jest pod wieloma względami wyjątkowy – i zdarzyła mu się wyjątkowa, choć bardzo smutna historia, bo w marcu tego roku caluchna scenografia do ich ostatniego przedstawienia, zbierającego dziesiątki gwiazdek i podobno powalającego na łopatki, spłonęła w pożarze budynku, który ich gościł (nota bene, pożar wybuchł niespełna dobę po tym, jak przeczytałam entuzjastyczną recenzję i wciągnęłam to na listę rzeczy koniecznie do obejrzenia przed śmiercią). Oczywiście, że ich to nie powstrzymało przed wystawianiem spektaklu nadal, w wersji „unplugged” – bez żadnych rekwizytów, a fundusze na zorganizowanie wszystkiego od nowa zebrali w ciągu raptem kilku dni. Zrekonstruowana scenografia wygląda nieco inaczej, bo zapisane są na niej nazwiska wszystkich, którzy teatrowi pomogli. Takie wydarzenia przywracają wiarę w ludzkość, prawda?…
O, południe minęło.
Mimo wszystko pozostanę na razie przy zielonej herbacie. Na razie. Nie można prowadzić się zbyt dobrze.

PS Dojechawszy do domu, odkryłam, że dotarły moje zamówienia z Book Depository. Oni wysyłają każdą książkę osobno, co ma swoje minusy, ale dzięki temu płaskie opakowania mieszczą się w skrzynce pocztowej – wiem, bo wysypały się na mnie, gdy ją otworzyłam. W każdą kopertę była dodatkowo wetknięta całkiem urocza zakładka. Jak widać, przesyłki wzięłam już w obroty.
wpid-2015-04-30-19.04.28.jpg.jpeg
PPS Uprzedzając pytania – tak, mam bawarski domek-barometr. Nigdy nie działał; od sześciu lat w każdą pogodę wygląda zeń babeczka, chłopek zawsze siedzi schowany.

Pirate eyes are watching

Jeszcze w nawiązaniu do opiewanych poniżej majtek Hamleta, frapujących upodobań w temacie męskiej garderoby i innych pokrewnych związanych z prezencją, powiem Wam, co mi się w jakiś niezrozumiały sposób podoba.
Podkreślone oczy.
Nie pełny, kapiący, papuzi makijaż a’la drag queen, tylko obwiedzione kredką oczy, jak u pirata albo amanta w starych filmach.
Pojęcia nie mam, skąd mi się to wzięło, ale odkąd pamiętam, fascynuje mnie.

Piszę o tym w dużej mierze dlatego, że to jeden z tych tygodni, gdy niewiele się dzieje. Dni poza domem, wypełnione stukaniem obcasów po nabłyszczonych posadzkach, szumem klimatyzacji w salach pozbawionych okien, beznamiętnymi obwieszczeniami w szklanych windach, rozmowami z ludźmi, których zapewne nigdy więcej nie spotkam. Jestem dla nich i dla tego miasta całkowicie obca – i nawet mi się to podoba, lubię takie poczucie zawieszenia, myśl, że nikt mnie tu nie zna. Czuję się poza, nie stąd, tymczasowo, przelotnie tylko i to jest całkiem przyjemne.
No i mam czas na czytanie, więc w torbie obok starannie złożonych czerni i granatu trzy tomiszcza: przerobiona w dwa dni Droga do wyzwolenia (absolutnie zatrważające – w XXI wieku ludzie dają się łapać na mizerny lep wiecznej szczęśliwości i oświecenia, ponosząc przy tym koszmarne koszty), czytane popołudniami Safari mrocznej gwiazdy (kupiłam dawno temu, zapomniałam i przed wyjazdem znalazłam na półce; Theroux niezmiennie spostrzegawczy i pięknie opisuje to, co widzi i słyszy, ale albo to moje złudzenie, albo w tej książce jego złośliwość przybiera już znacznie mniej sympatyczną formę, nawet momentami ustępuje miejsca jakiejś zgryźliwej wyniosłości w stylu „co wy tam wiecie” – niemniej przynajmniej dowiedziałam się, że Flaubert podczas miłosnych przygód w Egipcie za wyjątkowo ekscytujący smaczek uważał pluskwy w łóżku; no, ja podziękuję). I jeszcze rano coś na wzmocnienie przed długim dniem, ale wcale nie działa zbyt dobrze, bo gubię się w skomplikowanych relacjach dworskich; nadążanie za tym, kto z kim i iloma naraz – dajcie spokój, taki hrabia Essex miał cztery kochanki jednocześnie, a do tego potajemnie się ożenił – wymaga ogromnego skupienia.

W czwartek wracam do domu, żeby od razu uciec na plenerową majówkę, a potem, coś mi się niejasno zdaje, zacznie się znowu powolne odliczanie.

Libertyni i pasterze

Wystawa będzie w MOCAK-u o gender. Nikt jeszcze tej wystawy w Krakowie nie widział, w związku z czym jest już oprotestowywana. Logiczne przecież. Przeczytałam sobie żarliwy artykuł jej poświęcony, po czym zrobiło mi się bardzo smutno. Podlinkowałabym ten kuriozalny bełk… tę kuriozalną wypowiedź, gdyby nie to, że nie chcę sobie blogaska zaśmiecać. W skrócie – lewactwo, obsceniczność, obraza, promocja zboczeń, antyreligijność, libertyński światopogląd, to co zwykle.
Powiem wam w sekrecie, że gdy tylko widzę słowo „obsceniczny” w opisie filmu, spektaklu, wystawy, czegokolwiek – natychmiast mam przeraźliwą ochotę zobaczyć. Jeszcze się nie zdarzyło, żebym poczuła się zgorszona. Na dobrą sprawę ja w ogóle nie znam tego uczucia. Bywało, że coś mnie rozsmarowywało na ścianie, że czułam się wyrwana z mojej strefy komfortu, że po wszystkim uwierały mnie niewygodne myśli, ale zgorszona? Nie bardzo. Są rzeczy, które uważam za niedopuszczalne, ale dotyczą raczej ludzkich zachowań. Nic, co oglądam w muzeum, nie może mnie obrazić. Po pierwsze biorę to w cudzysłów, po drugie wiem, że nie jest wymierzone we mnie, po trzecie nikt mnie przecież do oglądania nie zmusił.
Nawiasem mówiąc, jedna z fotografii prezentowanych na tej wystawie, która przeokropnie oburzyła środowisko z prawej strony, od lat spokojnie sobie wisi w Pięknym Psie. Już nie wspomnę, że powstała 34 lata temu, więc trochę późno się towarzystwo obudziło.
Nigdy nie zrozumiem, czemu nasi pasterze narodu po prostu nie ucieszą się, że mogą zaoszczędzić kilkanaście złotych, nie idąc na taką wystawę, o nerwach wynikłych z obcowania z libertynami nie wspomniawszy.

Pisząc, przeczytałam w drugim oknie przeglądarki, że profesor Bartoszewski wylądował w szpitalu. Kolejne wiadomości przyszły zdecydowanie zbyt szybko. Bardzo niedobrze, bardzo niedobrze. Są ludzie, którzy powinni mieć absolutny zakaz schodzenia z tego świata, bo on bez nich będzie zdecydowanie uboższy.
W swojej nieskończonej głupocie przeczytałam również komentarze, a tam oczywiście – żydkomuchzdrajca. Że też takim nie wstyd. Nigdy nie pojmę, jak można jednocześnie chwalić się patriotyzmem i bronić wartości chrześcijańskich, i pluć taką nienawiścią. Przyznam, że zaczynam się tego bać. Kiedyś mnie radykalizm bawił, ale rozprzestrzenia się toto tak szybko…
Oby ci wszyscy kiedyś też mogli powiedzieć: „Żałuję, że nie udało mi się więcej rzeczy zrobić i tego, że mądrość przyszła zbyt późno, bo, niestety, trzeba na nią zapracować”.
No.
Tyle.

Chitty chitty bang bang

Współpracuję z pewną osóbką, która jest bardzo miła i towarzyska.
I to jest problem.
Nie to, że jej nie lubię czy coś, bo nie mam za co nie lubić, bardzo sympatyczna jest, natomiast jej towarzyskość i gadatliwość lubi ujawniać się w niezbyt właściwych momentach. Można poczuć się osaczonym. Bo gdy osóbka was dopadnie, nie wypuści was tak łatwo, o nie.
– Cześć, masz czas?
– Mam dosłownie dziesięć minut.
– To zadzwonię, okej? Nie zajmę ci więcej niż pięć.
Wierutne kłamstwo, myślę, i mam rację, albowiem po pięć minutach osóbka nie zaczęła nawet mówić, o co chodzi, gdyż rozprawia o tym, co ją dziś rano spotkało. Ja się bardzo cieszę, że ma wiele ciekawych przygód, ale nie jesteśmy na piwie i w tych okolicznościach interesują mnie one mniej więcej w takim samym stopniu, co teoria obróbki skrawaniem. Nie jestem fanką gadki-szmatki, nie za bardzo nawet potrafię taką uprawiać i nigdy nie rozumiałam, czemu niektórzy ludzie mają potrzebę informowania mnie o tym, co im powiedziała przedszkolanka, kiedy zamierzają remontować mieszkanie i na jaki kolor najbardziej lubią malować paznokcie.
– Słuchaj, bardzo cię przepraszam, ale muszę wyjść na spotkanie. Napisz mi proszę w mailu, jak mogę ci pomóc.
– Poczekaj, bo to ważna sprawa, już ci szybciutko wyjaśniam… chwila… gdzie ja to miałam… ojej, zgubiło się… sekundkę… chciałam cię tylko o jedną rzecz zapytać…
ARRGH.
– Sorry, naprawdę nie mogę dłużej rozmawiać. Oddzwonię – ewakuuję się szybko. W połowie spotkania zauważam wiadomość, „daj koniecznie znać, jak skończysz”. Dobra, myślę. Pewnie rzeczywiście ważna sprawa. Dwie godziny później żegnam się zdawkowo, wybiegam pędem i dzwonię, by usłyszeć w słuchawce:
– Dzięki! Ledwo dzisiaj żyję, wyobraź sobie, że zepsuł nam się w biurze ekspres do kawy i padam na twarz, tyle mam jeszcze do zrobienia, a od rana kawy nie piłam, podobno kogoś wezwali do naprawy, ale nie przyszedł, a ja wiesz, bez kawy nie mogę, a on nie przyszedł i nie mogę napić się kawy, normalnie piję cztery dziennie i same czarne, ale dzisiaj nie mogę, bo ekspres się zepsuł, a ty jaką najbardziej lubisz?
To zależy, gdzie i kiedy ją piję (nie jestem w tym osamotniona, prawda?), ale żeby nie uruchomić kolejnej lawiny, odpowiadam:
– Białą, bez cukru.
– A, białą! Ale ubijasz mleko czy nie?
DŻIZYS.
– Nie. Wspominałaś, że masz coś pilnego?
– Ach tak. Chciałam cię zapytać, CO MYŚLISZ…
Ja ją lubię, naprawdę ją lubię, ale czasami nie mogie.

Dzisiaj przypadają – podobno… – 451. urodziny Szekspira. To nie jest bardzo pewna data, ale lubię w nią wierzyć, bo gdyby istotnie dziś się urodził, to byłby zodiakalnym Bykiem, jak Oppenheimer, James Brown, Clooney, Pacino, Uma Thurman, da Vinci i przypadkiem ja. Sami zdolni ludzie (jeszcze tylko muszę odkryć osobiste zdolności). Nie chcę znów nudzić, zatem z tej okazji tylko osiemnastowieczny obrazek Hamleta i jego mamy. Przypuszczam, że w takim kostiumie – zwłaszcza krój majtasów mam na myśli – protagonista w ogóle nie musiał grać cierpienia; on cały cierpiał.

My lust is unimaginably violent

Ponieważ Słowacki znowu kusił biletami za 20 złotych, wylądowałam wczoraj na Kochanku. Och, jakie to jest dobre. Trwa niespełna godzinę, ale ta godzina jest wypełniona emocjami, które aż widza duszą i przesycona erotyzmem. Piekielnie to zmysłowe. I niesłychanie intensywne, bardzo mięsiście zagrane.
Niewiarygodne czasami, jak ludzie ze sobą grają, przyciągają się i odpychają, jak dziwaczną walkę toczą; jak potrafią nawzajem się krzywdzić dla osiągnięcia perwersyjnej przyjemności, jak świadomie komplikują sobie życie, żeby tylko uciec przed ciągnącą w dół rutyną.
To nie jest do końca o zdradzie, choć tak na początku się wydaje, ale nie będę psuć zabawy, gdyby ktoś chciał pójść. W dużej za to mierze dotyka tematu swoistej mieszczańskiej hipokryzji, jakiejś takiej podwójności – poukładanego życia na zewnątrz, ciepłych kolacji, firanek w oknach, a za tymi firankami kłamstw i zaburzeń.
Chyba w większości z nas ciągle szarpią się ze sobą dwie skrajne potrzeby – stabilizacji i przygody. Jedni z tym sobie radzą lepiej, inni gorzej. Kiedyś tu wspominałam o osobniku, który przez kilka lat co jakiś czas składał mi niedwuznaczne propozycje – wcale nie zawoalowane, bo to generalnie typ mało subtelny. Trzeba mu przyznać, że był wyjątkowo uparty, przy czym ku jego utrapieniu ja też byłam. Istnieją na świecie mężczyźni, od których taką propozycję przyjęłabym bez wahania (podejrzewam, że w pewnych przypadkach zdążyłabym się rozebrać, nim dokończyliby zdanie), ale ponieważ jest wysoce wątpliwe, by kiedykolwiek mi taką złożyli, nie rozmyślam o tym za dużo. Opisywany przypadek nie należy do tej grupy. Opisywany przypadek wiedzie od niedawna życie małżeńskie, ślub brał oczywiście kościelny. Jedno w drugim nie przeszkadza mu zupełnie. Sobotnie zakupy w supermarkecie, niedzielne grille u teściów, planowanie przenosin za miasto, a pomiędzy tym wszystkim dopytywanie się koleżanki, kiedy będzie mógł odwiedzić ją w domu i dotrzymać jej towarzystwa (kiedy wielbłąd przejdzie przez ucho igielne).
To i tak lepiej – bardziej szczerze w każdym razie – niż u mojego pierwszego eksa, który po kilku miesiącach ponownych schadzek przyznał się, że pomiędzy tym, jak się ze mną rozstał a tym, jak postanowił znów się do mnie odezwać w oczywistym celu, zmieścił ślub ze swoją byłą (z którą przed moim nastaniem był przez wiele lat i do której nagle zachciał wrócić – klisza, jakich mało). Na swoje usprawiedliwienie dodam, że byłam wtedy bardzo młoda, jak również bezdennie głupia i pod żadnym pozorem nie idźcie tą drogą. Zakończone historie nie powinny być otwierane na nowo.
W Kochanku jest o tyle inaczej niż w moich opisanych wyżej smutnych przypadkach, że bohaterowie wiedzą o tym, że partner kogoś ma na boku. To taki quasi-otwarty związek. Ale to też nie uwalnia od problemów – przeciwnie, dostarcza innych. Zdradzając kogoś na boku, oszukuję go. Zgadzając się na zdrady partnera i udając, że mnie nie ruszają w żaden sposób – oszukuję siebie. Mogę to wszystko pozostawić w sferze brudnych fantazji, którymi będę sobie ubarwiać monotonię, ale co, jeśli to też mnie nie uratuje, bo moja potrzeba ucieczki od uporządkowanej codzienności w końcu zwycięży nad potrzebą spokoju i bezpieczeństwa?

Ech, powiadam. 55 minut raptem, a zostawia was z tyloma gorzkimi myślami, z tyloma obudzonymi demonami… Czasami tęsknię do nastoletniej siebie – wierzyłam wtedy głęboko, że wystarczy kogoś kochać, żeby nie wpadł na żaden głupi pomysł, nie skrzywdził; wierzyłam, że związki to sama słodycz, dmuchawce i trzymanie się za ręce. Tamta ja nie podejrzewałaby, że podczas takiego spektaklu będzie się czuła, jakby oglądała adaptację rozdziału swojej autobiografii.
A można było pójść do kina na coś wesołego. Albo prosto do domu, na serial i kąpiel w pianie. Ale nie, przecież niżej podpisana uwielbia być przeciorana za włosy po podłodze.
Za to na Plantach hanami aż miło. Tylko rozłożyć kocyk pod kwitnącym drzewem i się cieszyć. Tak było rozkosznie, że wracałam do domu pieszo. Wiosenne wieczory w Krakowie są najpiękniejsze. Obok tych zimowych, ze świeżym, skrzypiącym śniegiem. I obok tych jesiennych, z wirującymi liśćmi i nadwiślańskimi mgłami. Powietrze nawet pachnie, co tu nie zdarza się zbyt często.
Jak na znudzoną i zmęczoną tym miastem, jestem w nim podejrzanie mocno zakochana, co w pewnym sensie zabawnie uzupełnia cały małżeński wątek tego wpisu.

Dragonslayer

Na początek dygresja. A propos telefonów, o których w poprzednim wpisie marudziłam – wyobraźcie sobie, że w ubiegły weekend nikt inny, jak sama Madonna została przyłapana na esemesowaniu podczas przedstawienia w Nowym Jorku (ciekawie to wygląda, swoją drogą). Odtwórca głównej roli – i przypadkiem również autor całości – zirytował się do tego stopnia, że choć zwykle zaprasza sławnych widzów za kulisy po spektaklu, Madonnie zabronił wstępu.
Dobre. Szacun.
Co ciekawe, zawiązała się – nieduża, bo nieduża – frakcja obronna, kontrująca, że może to i było niegrzeczne, ale kimże w ogóle jest ten facet w porównaniu z królową. Hm.
Koniec dygresji.

Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale w porównaniu z poprzednim ten tydzień zdaje się całkiem sympatyczny. Taki przynajmniej jest stan na wtorkowe przedpołudnie.
Otwiera człowiek w poniedziałkowy ranek komputer, spodziewając się najgorszego – i ucieszna wiadomość, że człowieka najulubieńszy zespół rusza w trasę po Europie. Człowiek wczytuje się w szczegóły, mając lichutką nadzieję, że może chociaż najulubieńszy zespół zagra w kraju ościennym, a tu proszę – w Krakowie!
Szczęście nie do opisania.
Może ceny biletów są nieco bolesne, ale w tym przypadku mogę przełknąć. Zgodnie z moją osobistą klasyfikacją zamiłowań Foo Fighters siedzą w szufladce z napisem: „Oddam się, sprzedam nerkę (nie twierdzę, że własną…), przeskoczę przez ogrodzenie pod napięciem, ale będę!”. Swoją drogą, ja i tak jestem umiarkowaną fanką – tak, wiem, „umiarkowana” to ostatnie słowo, jakie do mnie pasuje. Pan i władca darzy Dave’a i spółkę uczuciem jeszcze bardziej gorącym i on to dopiero szaleje w ekstazie. Och, ileż to nocy spędziło się razem przy tej muzyce. Z czerwonym winem. W pozycji horyzontalnej. Czy tam innych jakichś.
Przepraszam, rozmarzyłam się.

Tymczasem – pamiętacie, jak nasza bohaterka cierpiała i konała na zawał w ubiegłym tygodniu, gdy ją nieoczekiwanie zmuszono do publicznych występów? Dziś zadzwonił do niej nadszyszkownik z informacją przekazaną mu przez wszystkich świętych, przed którymi bohaterka tak okropnie się męczyła. Że zacytuję, bo czemu miałabym sobie odmawiać, ponoć moje nerwowe popisy były „bardzo ciekawie przedstawione i wartościowe”.
Mam chwilowy napad megalomanii. Widocznie ten Spacey jednak zdalnie i nieświadomie mi pomógł. Kolejny potwór zwalczony – no, przynajmniej tymczasowo ogłuszony. Ważny krok. Czuję się, jakbym wlazła na mój malutki, prywatny Everest.

Nie bój się, bo cię wykupiłem

Dziś jeszcze będzie trochę o moim koniku, a od jutra wracamy do pisania o jakże pożądanych przez wchodzących tu przez trafienia z Google zagadnieniach dotyczących wódki i penisów.

Teatr Słowackiego rzucił bileciki po 20 złotych na Ojca. Widziałam to bodaj trzy lata temu i bardzo chciałam wrócić, bo to rzecz niesamowita, więc nie mogłam nie skorzystać z okazji. Ech. Kiedyś piątkowe wieczory spędzało się, tańcząc na barze, teraz siedzi się w teatrze.
Ojciec jest osnuty na kanwie opowiadania Oskara Tauschinskiego (uff, dobrze napisałam), inspirowanego legendą o powstaniu krucyfiksu z gdańskiej Bazyliki Mariackiej. Według tej legendy rzeźbiarz przybił do krzyża człowieka, który mu pozował, żeby jego dzieło wyglądało prawdziwie. To dwóch zdań najpiękniejsze przedstawienie w Krakowie i jedno z najpiękniejszych, jakie widziałam w ogóle – a, jak być może zauważyliście, trochę widziałam. Ogląda się to jak ciąg olśniewających obrazów. I ten duszący zapach kadzidła, och. Okazuje się, że na niemal pustej, ogromnej scenie, wśród wszystkich rur, kabli i reflektorów można odtworzyć onieśmielającą i intymną zarazem atmosferę gotyckiego kościoła.

Najbardziej fascynujący są święci spoglądający na was z niebotycznie wysokich drabin, uciszający was stanowczym „ćśśś!”, gdy wchodzicie i wychodzicie w półmroku, śpiewający anielskimi głosami. Majestatyczny święty Sebastian nie dość, że wygląda, jakby go wyrzeźbił ten tam, jak mu było, od Piety i Dawida?… – to jeszcze ma potężny wokal. Jest taka króciutka, ujmująca scena, w której córka głównego bohatera wspina się po szczeblach, by ukradkiem pocałować tę rzeźbę w udo, w pierś, wreszcie w usta.
Ojciec jest też chyba przedstawieniem najbardziej poruszającym, choć powiedzmy sobie szczerze, nie każdemu spodoba się bycie poruszanym w taki sposób. Finałowe sceny wbijają w siedzenie. Odwracanie wzroku na wiele się nie zda, bo i tak usłyszycie rozdzierające wycie krzyżowanego bohatera. Moment, gdy krzyż z przybitym doń chłopakiem unosi się i zawisa wysoko nad sceną, trudno zapomnieć.
Bardzo chciałam usiąść obok Piątkowskiego (teraz wygląda nieco inaczej niż na tym zdjęciu, bo ma piękne niesforne loki), który pół spektaklu spędza przyczajony wśród widowni, siedząc sobie po prostu jak niepozorny widz – ale niestety wyprzedziły mnie jakieś dziewczęta. Trochę się zdziwiły, gdy ich sąsiad znienacka wstał i jął śpiewać wniebogłosy. Kiedyś bym się wstydziła, niemniej z obaw przed interakcją na linii aktorzy-publika zostałam jakiś czas temu szczęśliwie wyleczona.
Wychodząc, usłyszałam, jak pewien mąż strofował pewną żonę w foyer.
– Nie było biletów na coś normalnego?…

Nawiasem mówiąc, przez znaczną część wieczoru szlag mnie trafiał dzięki czwórce uroczych, wystrojonych jak śledzie na święto morza widzów, którzy najpierw omal nie złożyli oficjalnej skargi, że nie mogą wejść na widownię (w tym spektaklu miejsca dla publiczności są umieszczone na scenie i wchodzi się tyłem, kulisami, dopiero w momencie, gdy obsługa otworzy drzwi i was zaprowadzi), potem strofowali innych widzów, że zajmują za dużo miejsca na ławkach, a potem przez właściwie całe przedstawienie komentowali półgłosem wydarzenia na scenie, jeździli w tę i nazad zamkami błyskawicznymi w torebkach, jęczeli „no nie”, gdy na scenie pojawił się nagi mężczyzna (od zobaczenia czyjegoś gołego tyłka z bezpiecznej odległości jeszcze nikt nie umarł, serio), by w finale – no owszem, nieco krwawym – wzdychać, że zaraz wyjdą (czego nie mogli zrobić, bo musieliby przejść przez środek sceny).
Ale najważniejsze, że ubrani byli elegancko, nieprawdaż.
Wiem, że nie wszyscy muszą lubić teatr, który nie do końca po bożemu jest robiony; nie wszystkim musi podobać się czołowe zderzenie sacrum z profanum. Mimo wszystko można było wcześniej przeczytać, na co się kupuje bilet.

A skoro już narzekam, to pójdę o krok dalej – nie rozumiem, dlaczego dla tego i owego takim problemem jest wyłączenie telefonu na półtorej godziny. Mimo donośnego komunikatu i tak w pewnym momencie rozległ się radosny dzwoneczek. Biorę poprawkę na fakt, że posiadacz dzwoniącego telefonu jest kardiochirurgiem i akurat dzwonili, żeby go zawiadomić o dawcy do przeszczepu, ale mocno wątpię.
Tyle narzekania, dziękuję.

Poza tym nic się nie dzieje i wiecie co? Wspaniałe to jest. Od dawna nie zdarzył mi się dzień, w którym nic się nie działo. Mogę chodzić na bosaka po moim przepastnym apartamencie, wylegiwać się w wannie, jeść, oglądać filmy, czytać i jest mi nieprzyzwoicie dobrze. Moje ambicje nie zamierzają dziś sięgać ani odrobinę wyżej.

These our actors were all spirits

Jak wiecie, nie cierpię wystąpień publicznych. Jako siedemnastolatka mogłam brać udział w konkursach recytatorskich i absolutnie nic mi nie dolegało, ale te piękne czasy minęły, jak sądzę, bezpowrotnie. Nienawidzę, umieram z nerwów, marzę o tym, by ziemia pode mną się rozstąpiła.
No i dostałam w nagrodę wystąpienie publiczne, psia jego mać.
Przed wszystkimi świętymi mojego szanownego pracodawcy. W zastępstwie. Z dnia na dzień.
Serce stanęło.
Wlokłam się rankiem do pracy jak na szafot, strofując się w myślach: „Och, przestań panikować, stara. Tyle świata zjeździłaś sama jak palec. Na paralotni latałaś (i nawet trochę jakby spadłaś, nieprawdaż). Raptem dwa uściski dłoni dzielą cię od Kevina Spaceya. Czy Spacey bałby się starszych panów w garniturach?”.
Czy Spacey nie mógłby zrobić tego za mnie?…
Powiadam wam, liczyłam, że idąc na to wydarzenie, na ostatniej prostej potknę się i złamię nogę. Później modliłam się, by na moją część artystyczną zabrakło czasu. Niestety nic takiego się nie wydarzyło. Nadeszła godzina zero i autorka musiała otworzyć usta, by wydobyć z nich swój drżący głosik.
Jakoś poszło. Na zakończenie usłyszałam nawet, że było to dobre. Wracałam do biurka wyższa o czterdzieści centymetrów.
Za taki wyczyn musiałam jakoś się nagrodzić. Jeśli myślicie, że kupiłam sobie buty albo chociaż błyszczyk, jesteście w błędzie, w mylnym błędzie nawet. Bo przecież dzisiaj była projekcja Burzy w Multikinie.
Ze wszystkich dokonań Willa Burzę lubię chyba najbardziej – w innych dramatach może fabuła jest bogatsza, intrygi gęstsze, zwrotów akcji więcej. A to tylko taka baśń dla dorosłych dzieci, hybryda, ani tragedia, ani komedia. Ale jednak coś tkwi pod tą ulotną warstwą – opowieść o przenikaniu się bardzo różnych światów, o cieniuchnej granicy między tym, co prawdziwe, a tym, co wyobrażone; tym, co dostojne, a tym, co nędzne. No i w Burzy, pozbawionej wielkich monologów, w których aktor może zabłysnąć, padają słynne słowa o tym, że piekło jest puste i o tym, że jesteśmy z tej samej materii, co nasze sny.
Nawiasem mówiąc, ta sztuka prawdopodobnie inspirowana jest rzeczywistymi wydarzeniami, bo parę lat przed jej powstaniem – dokładniej dwa lata, w 1609 – angielski okręt Sea Venture wiozący osadników do Virginii podczas sztormu rozbił się na Bermudach. Wszyscy pasażerowie jakimś cudem przeżyli. Przesiedzieli na wyspie 10 miesięcy, zmajstrowali w tym czasie dwa małe stateczki pod imionami Patience i Deliverance, i popłynęli wreszcie do celu.

Jak niedawno przynudzałam, Shakespeare’s Globe nie ma jak oszałamiać widza efektami specjalnymi, latającą scenografią i tak dalej, więc musi bazować na aktorach. I na publiczności, która – czy jej się to podoba, czy nie – dostaje swoją rolę do zagrania. W pierwszych scenach Burzy rozbawiła mnie bardzo łajba pokonująca wezbrane fale, czyli model żaglowca niesiony przez morze groundlings, widzów, którzy stoją przy scenie. Biedni strasznie zmokli tym razem; kamerze udało się uchwycić uroczy moment, gdy wszyscy jak na komendę zakładali kaptury. Nie zmienia to faktu, że lepszych miejsc w tym teatrze nie ma – są wygodniejsze, ale nie lepsze. Groundlings są zawsze w centrum wydarzeń. Oczywiście niesie to za sobą pewne ryzyko, bo aktorzy mogą ich szturchnąć, nadepnąć, znieważyć lub opluć (albo pocałować…), niemniej bywa też inaczej. Czytałam parę tygodni temu wyznania groundlings na blogasku Globe; jedna z widzek napisała, że popłakała się podczas monologu Henryka V w wykonaniu Marka Rylance’a, a on wtedy nachylił się nad nią i otarł jej łzę z policzka. Zresztą aktor, który w Burzy grał Kalibana, tyleż paskudnego, co zabawnego, a nawet trochę rozczulającego, powiedział o specyficznej architekturze tego teatru w wywiadzie: The actors do not play at the audience but very much with them – i to podsumowuje fenomen tego miejsca.

Ale i tak całe przedstawienie kradnie Colin.
Najpiękniejszy Ariel, duch powietrza, jakiego można sobie wyobrazić. Do tego giętki jak jogin, wspinający się po ścianach, stąpający po poręczach – chłopak przeszedł trening parkour, żeby móc na luzie zwisać ze scenografii – wyglądający jak istota nie z tego świata. Colin jest z gatunku ludzi raczej ślicznych i genialnie wykorzystano jego fizyczność – elficką, delikatną urodę i smukłość. Ten Ariel to czysta słodycz i dziecięcy niemal wdzięk. Do you love me, master?, pyta smutno Prospera, przechylając zalotnie główkę. No?… Ale dla Prospera ta łagodna dusza zrobi wszystko – nawet uda rozwścieczoną harpię. I mimo tęsknot za wolnością z żalem go opuści, gdy wreszcie będzie mogła.

Wyszłam z kina, zapięłam kurtkę po grdykę, spojrzałam na zegarek i zmartwiłam się, że pewnie będę we własnej sypialni za godzinę, bo to po drugiej stronie miasta, gdy nagle usłyszałam wołający mnie znajomy głos.
– Rety, co ty tu robisz?
– To samo, co ty. Podwieźć cię do domu?…

PS Jakby tego było mało, dzisiejszego ranka niżej podpisana dowiedziała się, że jesienią w mieście, którego nie ma, będzie wystawiana Zimowa opowieść w reżyserii Kennetha Branagha, z pewną mało znaną aktorką w jednej z głównych ról.
Odczekałam swoje w kolejce i mam bilet.
Zdaje mi się, że potrzebuję dodatkowej pracy.

You are what you take

Mam wrażenie, że ktoś życzy mi źle. Rzucił na mnie urok jakiś albo co. Od miesiąca gwałtownie narasta w moim życiu liczba wydarzeń bardzo smutnych, stresujących, frustrujących lub pospolicie wkurwiających – jakby się wysypało, kurza stopa. Jakby ktoś uznał, że mam trochę zbyt fajnie. Wczorajszy dzień zawierał wszystko, cały szeroki wachlarz emocji i zachowań, których autorka nie lubi: ściśnięty żołądek, bezgłośnie wypowiadane przekleństwa, bezsilny śmiech, płacz na końcu nosa, przemożną chęć ciśnięcia kubkiem w ścianę albo wyjścia i trzaśnięcia za sobą drzwiami, tak filmowo, żeby szyba w nich pieprznęła w drobny mak.

Po pierwsze. Jest taki gatunek w przyrodzie, który doprowadza mnie do szewskiej pasji. Są to mianowicie Besserwisserzy. Ludzie, którzy wiedzą lepiej i już. Nawet jeśli nie wiedzą, to i tak wiedzą. Uważają się za jedynych fachowców w określonej dziedzinie. Muszą mieć ostatnie zdanie i nie zniosą myśli, że ktoś może wiedzieć więcej, nie mówiąc już o tym, że ktoś – w przeciwieństwie do nich – może mieć rację. Są gotowi wykłócać się z fachowcami, co mają w temacie habilitację i zjedli na nim zęby. Obserwując to, w pewnym momencie przyłapałam się na podziwie dla rozmiarów czyjejś bezczelności, bo ja takiego poziomu nigdy nie osiągnę.
Po drugie.
– Moim zdaniem trzeba by przerobić ten dokument, zanim go wyślemy. Ten tekst jest jakiś nieskładny. Kto to w ogóle napisał?
Wiem, kto. Nie ja. Jakby ci to powiedzieć – ty.
– Moim zdaniem powinniśmy jeszcze zmienić nagłówek na taki, o…
– Hm, możemy zmienić, ale to słowo po angielsku znaczy coś innego, niż po polsku.
– Myślisz? A mnie się wydaje, że tak będzie lepiej.
Nie myślę, wiem, ale proszę cię bardzo, zmieńmy.
Po trzecie.
– Ten diagram mi się nie podoba, możesz coś zrobić z kolorami?
– Nie znam się za bardzo na grafice, a nawet gdyby, to nie mam wersji edytowal…
– Dasz radę przed końcem dnia?
Koniec dnia w naszej strefie czasowej przypada za godzinę, ale jasne. Nie takie rzeczy.
Po czwarte.
Człowiek, który miał coś ważnego dla mnie przygotować, czaruje mnie przez tydzień pytaniami o samopoczucie, po czym dwa dni po terminie (to nie jest problem) wysyła mi swe dzieło, informując przy tej okazji, że idzie na urlop i przez tydzień będzie niedostępny. Otwieram dzieło. Dzieło jest zrobione do połowy (to JEST problem).
Konwalie. Zatrucie konwaliami podobno bardzo trudno wykryć.
Po piąte.
W Małopolsce największym poparciem wśród kandydatów na prezydenta cieszy się Korwin-Mikke. Naprawdę czas emigrować.
Ale to wszystko drobiazgi. Martwię się o kogoś bardzo. Tak bardzo, że wszystkie nerwy dzisiejszego dnia mogłabym znosić w nieskończoność, żeby tylko z nim wszystko było dobrze. Poza tym ledwo się otrząsnęłam z wydarzeń, które miały miejsce trzy tygodnie temu i nie bardzo wiem, jak zniosę kolejny strzał.

Przyszłam do domu, zdjęłam płaszcz, zmyłam tusz, odmówiłam wszelkich gospodarskich czynności i zwinęłam się w precelek w fotelu, włączywszy The Leisure Society. Oni są przecudowni, brzmią magicznie, polecam wam bardzo. Są jak ciepła kołderka, jak głaskanie, gdy was cały człowiek boli. Zawsze, gdy słucham The Leisure Society, czuję się, jakby mnie ktoś za rękę trzymał. Ich ostatnia płyta nazywa się The Fine Art Of Hanging On i wierzcie mi, że chcecie jej posłuchać wiele razy.
Myśl o wyjściu z domu dzisiejszego ranka napawa mnie na razie przerażeniem.

Lovers and madmen have such seething brains, such shaping fantasies

W środku nocy obudziło mnie bzyknięcie przychodzącej wiadomości. Rozespana zabrałam się za odpisywanie, ale gdy rano przeczytałam, cóżem w półśnie spłodziła i wysłała, trochę mnie zmroziło. W mojej – jak mi się wydawało, błyskotliwej i figlarnej – odpowiedzi sensu tyle, co w losowo wybranych słowach, ba, co w wypowiedziach niektórych wannabe mężów stanu w niedzielnych programach śniadaniowych. Pominę już fakt, że moja złota myśl była zagadkowo urwana w połowie. Trudno. Liczę, że rozmówca przynajmniej miał uciechę. Zresztą zna mnie trochę i dobrze wie, że skoro potrafię mówić przez sen, to zapewne potrafię i pisać.
A, właśnie.
Jak być może wiecie lub nie wiecie, internet oferuje serwis, w którym można sobie za drobną opłatą zorganizować wymyślonego partnera. Możecie nadać mu imię i cechy, zarysować jakąś tam historię znajomości i on będzie wam przez miesiąc wysyłał słodkie SMS-y, dając wam poczucie, że kogoś macie. Można z nim normalnie – no, w pewnym sensie – konwersować. Nie żebym próbowała, bo w kwestii wymyślonych partnerów jestem raczej staroświecka i trzymam się gwiazd filmowych*, ale czytałam bardzo ciekawy artykuł autorstwa człowieka, który postanowił tę usługę dla dobra ludzkości przetestować.
Najciekawszy w jego relacji jest fragment, w którym tester zdał sobie sprawę, w czym tkwi tajemnica bystrych i podejrzanie dobrze osadzonych w kontekście odpowiedzi jego niewidzialnej dziewczyny. Początkowo zakładał, że to bot – ale boty, nawet najbardziej inteligentne, gubią się przy pewnym poziomie abstrakcji, nie odczytują ironii (to całkiem jak niektórzy w moim otoczeniu, ale to inna historia; niektórzy mają nawet spojrzenia jakby z uncanny valley, zwłaszcza po weekendzie). I zaczął się zastanawiać – jeśli rozmawiał z programem komputerowym, to co sprawiało, że ten program zachowywał się tak naturalnie?
Wiadomo: to nie był program. Po drugiej stronie siedział człowiek.
Ten fragment artykułu zafrapował mnie najbardziej, bo autora to odkrycie przyprawiło o spory dyskomfort (zupełnie jakby świadomość otwierania się przed sztuczną inteligencją była łatwiejsza do zniesienia niż świadomość, że rozmawia z kimś żywym). A potem, gdy już oswoił się z myślą, że jego czarująca partnerka to w istocie jeden z wielu pracowników przedsiębiorstwa, które tę usługę wynalazło, i tak jakoś do niej się przywiązał. Mechanizm zadziałał.
Przy okazji tej lektury przypomniała mi się oczywiście ta piosenka. Ale – nie smuci mnie to tak, jak być może powinno. Większość z nas na jakimś etapie życia toczy rozmowy z kimś, kogo z pewnością nie ma w pokoju i wyobraża sobie romantyczne randki z partnerem idealnym; jeśli tylko nie przywiązuje się do tej wizji za bardzo, to przecież jest całkiem okej. Coś w rodzaju treningu na sucho. Nawiasem mówiąc – to musi być ciekawa praca, siedzieć i wysyłać SMS-y do nieznajomych, tworząc na ich potrzeby dziesiątki osobowości. Gorzej tylko, gdy trafi się na kogoś naprawdę samotnego i zdesperowanego, a przypuszczam, że takich na świecie raczej przybywa niż ubywa. Niemniej – jeśli tymczasowa, cyfrowa towarzyszka ma pomóc komuś, kto nie ma z kim pogadać w rzeczywistości, to czemu nie.
Tak czy inaczej, mam nadzieję, że adresat mojego sennego bełkotu naprawdę istnieje, choć dotychczas mi nie odpowiedział. No, panie kochany.

*Jeden z moich wyobrażonych mężów wczoraj dostał w pełni zasłużoną Olivier Award. Cudownie. Na ogół jest tak, że moi faworyci są pomijani – może im pecha przynoszę, nie wiem. W przypadku plebiscytów publiczności mogę uciekać się do półlegalnych rozwiązań, żeby oddać na ulubieńca więcej głosów, niż formalnie powinnam (ćśśś…), a i tak przepadnie. I oto wreszcie wygrał ktoś, za kogo trzymałam wszystkie kciuki. Miłość moja do tego człowieka jest ogromna, bo obok talentu bez dwóch zdań ma on też bardzo sprawnie działające zwoje i z wielką przyjemnością słucha się tego, co mówi. Czasami myślę, że międzynarodowa sława powinna być dozwolona tylko dla ludzi, którzy przeczytali w życiu odpowiednio dużo książek, a nie dla tych z odpowiednio wypukłym tyłkiem.
Niestety nie mogłam oglądać rozdania nagród, spędzając wczorajszy wieczór w Korezie (nie żałuję bardzo, bo było zabawnie, a rozluźniona korezowa atmosfera zawsze mi dobrze robi), ale liczę, że gdzieś w otchłani internetu znajdę przynajmniej fragmenty relacji.

Sometimes I like to get away, chase a thought and fly

Zdarzyła się rzecz niebywała – autorka wyszła do ludzi wczoraj. Spotkałam się z przyjaciółką i jej szanownym małżonem. Znam ich od lat i ubóstwiam, bo razem są jak Statler i Waldorf. Widzieliśmy się ostatnio przed Gwiazdką, bo wszyscy często opuszczamy nasz grajdołek, więc dużo było do opowiadania.
– I co, byłaś w tym Londynie w styczniu? – pyta przyjaciółka, wysławszy małżona do baru po koktajle dla dam (no dobrze, piwo).
– Taaak, byłam.
– Fajnie! A potem jeszcze gdzieś byłaś?
– Hm. No, w, hm. W Londynie. W lutym.
– O, znowu?
– Tak. I, ech, właściwie w marcu też.
– Po co tu wróciłaś? – przygląda mi się ze złośliwą ciekawością małżon, stawiając przed nami koktajle (no dobrze, piwo).
Doskonałe pytanie. Z pewnością nie po to, żeby spędzać dni na zanoszeniu do nieba modłów o łaskę cierpliwości, którą – mam nadzieję – zostanę obdarzona, nim zacznę walić własną, lub co gorsza cudzą głową w ścianę. Nie lubię pracować z ludźmi, za których nieustannie muszę coś robić. Posłuchajcie cioci dobra rada: nigdy, przenigdy nie pozwalajcie innym zauważyć, że jesteście dobrzy w gaszeniu pożarów i ratowaniu cywilizacji w ostatniej chwili, bo prędzej czy później zaczną niecnie wykorzystywać to, iż dowolnie zawaloną przez nich sprawę ktoś i tak wyprostuje. Ale, ale – nie mogę przy tym powiedzieć, żebym nie lubiła tego, co robię. Przeciwnie. Zatem niezależnie od poziomu irytacji słuchawki na uszy i jazda (Levellers bardzo pomagają w wysiłku umysłowym. Swoją drogą, od lat nie słyszałam tego numeru – radio mi przypomniało niedawno i zanim się zorientowałam, tańczyłam w kuchni, wyśpiewując refren wniebogłosy, och ranysiu, ależ to daje kopa; przypomniałam sobie, dlaczego kiedyś tak bardzo chciałam nauczyć się grać na skrzypcach, i kiedyś się nauczę przynajmniej podstaw, nieważne, ile będą musieli przy tym wycierpieć moi sąsiedzi).

Słyszeliście, że wynaleźli coś takiego, co się nazywa Periscope, taką aplikację do filmowania świata i emitowania tego od razu na żywca w internecie? Dowiedziałam się od znajomej, zachwyconej i podekscytowanej możliwością podglądania na żywo tego, co akurat widzi człowiek, dajmy na to, na antypodach. Nie chciałam psuć jej zabawy pytaniem, co w tym takiego fajnego ma być. Coraz mniej patrzymy oczami, że tak powiem. Nie bardzo, Bogiem a prawdą, obchodzi mnie zawartość lodówki obcego człowieka. Nie muszę towarzyszyć mu w koszeniu trawy w ogródku, kupowaniu biletu w automacie albo robieniu pompek, a jestem głęboko przekonana, że większość streamów będzie miała właśnie taką wartość informacyjną. Albo też będzie w mniejszym lub większym stopniu dotyczyła seksu. Dla internetowych narcyzów płci obojga raj i kolejna okazja do pozbycia się odrobiny prywatności (ewentualnie pozbawienia jej innych). Co nie zmienia faktu, że taka zabawka może czasami się przydać. Media społecznościowe już od dawna wyprzedzają radio i telewizję, jeśli idzie o prędkość podawania łamiących wiadomości w świat – ale teraz już w ogóle uciekną o kilka długości poczciwym starym środkom masowego przekazu. Tak czy inaczej, pozwolę sobie tego nie instalować, przynajmniej przez jakiś czas.
Jak na ironię – rano rezerwowałam hotel w Norwegii. Wyobraźcie sobie moje przerażenie, gdy odkryłam, że w jedynym, na jaki mnie stać, uwaga, NIE MA WI-FI. Dramat, rwanie włosów. Cztery dni bez internetu mam przeżyć? Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś podobnego mi się przydarzyło. Wydaje mi się, że na urlopie w Beskidzie Niskim, a tam byłam prawie trzy lata temu. Może zabraknąć ciepłej wody pod prysznicem, ale jak to tak bez sieci. Nie odbierać newsletterów? Nie oglądać zdjęć słodkich małych leniwców? Nie czytać tweetów? Nie zżymać się na pretensjonalne wpisy na twarzoksiążce? Nie dostarczać sobie bezużytecznej wiedzy?
Uch. Chyba dobrze mi zrobią te cztery dni.

We are pleased to attach your E-ticket

Zawsze twierdziłam, że teatr dostarcza ekscytujących wrażeń. Bardzo różnych.
Jak się okazuje, niektórych podnieca w stopniu nie do opanowania.
Ja tam nie wiem. Mnie akurat momenty raczej nie w głowie podczas przedstawienia (co nie znaczy, że czasami ich sobie nie wyobrażam…), ale ludzie to mają pomysły.

Święta zaczęły się wizytą na Kleparzu – dawno przeze mnie nieodwiedzanym. Miałam tylko wpaść po bundz. Wychodziłam z masą węgierskich przysmaków, z pecorino pepato i świeżym tiramisu od Włocha, z figowo-cebulową konfiturą i kubkiem świeżo zaparzonego americano; trudno mi było to wszystko unieść (bo przecież, obok zakupów, nigdy nie opuszczam Krakowa bez zapasu książek w torbie), ale tak to ja mogę codziennie, panie dziejku. Kleparz ze swoimi nieprzebranymi skarbami i ludźmi, którzy mówią do mnie „kochanie”, kiedy wybieram pomidory, to jedno z moich ulubionych miejsc w grajdołku – jedno z nielicznych, za którymi będę szczerze tęsknić, gdy któregoś dnia wyjadę.
Dotarłam na wieś z tym wszystkim, rozdzieliłam dobra, zaserwowałam sobie domowy ajerkoniak na odpędzenie smutków i rozgrzanie się po marszu w zacinającym śniegu, usiadłam z książką na kanapie… i tak siedzę. I już mam powyżej uszu. Zmieniam tylko książki.
Gdy jestem znudzona, wpadam na złe pomysły.
Na przykład sprawdzam, czy linie lotnicze nie mają jakichś fajnych promocji. Tak tylko sprawdzę, nie będę kupować.
Tak tylko sprawdzę.
Tak.

Kiepska to terapia, ucieczka nigdy nikogo z niczego nie wyleczyła, ale jednak jakoś to pomaga; to taki klin – na głód bycia w drodze, na myśl o dotyku czyjejś ciepłej dłoni, na wszystko, co odeszło w ostatnich miesiącach.

It was a bright cold day in April, and the clocks were striking thirteen

Wczoraj rozbawiły mnie tylko dwa dowcipy. Nie wiem teraz, czy na starość kurczy mi się poczucie humoru i wapnieję, czy to jednak skutek wielkiej smuty. Jak to na ogół bywa, emocje obudziły się z opóźnieniem – na czas najciemniejszych dni przygasły i pozwoliły mi zachować jako taki spokój, ale teraz trochę mnie życie pobolewa.
Pierwszym żartem, który mnie rozchichotał, był ten od CERN. Zwłaszcza fragment o niskim, zielonym rzeczniku laboratorium.
(Nie wiem, czy kiedyś wspominałam o tym, ale w moich czasach nastoletnich byłam wielką fanką Gwiezdnych wojen – przy czym tylko tych „prawdziwych”, kręconych między 1977 a 1983 rokiem. Części dokręcane w ubiegłej dekadzie już mi się nie podobały i nie poważam ich za bardzo, ale tamte znam na pamięć. Dla innych miłośników przeurocza ciekawostka).
Drugie mrugnięcie oczkiem, które wczoraj sprawiło mi radość, wykonała księgarnia Foyles. Charing Cross Road składa się głównie ze sklepów z książkami (oraz zabawkami erotycznymi – naprzemiennie), ale to jest miejsce szczególne. Księgarnia ta natychmiast przyprawia wchodzącego o długotrwały orgazm, witając go takim oto napisem i wieloma piętrami niezmierzonej papierowej ekstazy. Sześć i pół kilometra półek, jeśli możecie sobie to wyobrazić, a na tych półkach ponad dwieście tysięcy tytułów. Mają najcudowniejszy dział poświęcony teatrowi i sztukom audiowizualnym, w którym można spędzić długie, zbyt długie godziny. Wyjście stamtąd z tylko jedną książką jest wyczynem porównywalnym do zachowania wstrzemięźliwości w sytuacji, gdy leżymy nago w łóżku obok najprzystojniejszego mężczyzny świata (lub najpiękniejszej kobiety, jak kto woli). Nawet jeśli jakimś cudem się uda, to łzy rozżalenia cisną się do oczu.
Podejrzewam, że drobne zakupy tamże natychmiast ubiłyby moją wielką smutę. Niestety będę tam dopiero za dwa miesiące, chyba że coś się wydarzy. Od czegóż wszak mamy internet.
Zaprawdę powiadam, nie ma nic lepszego niż poranna kawa w towarzystwie Book Depository.
Dodam ze wstydem, że dziś po raz pierwszy w życiu nabyłam książkę z powodu okładki. Być może ośmielę się ją wam pokazać, gdy już do mnie przyleci – od razu zrozumiecie, dlaczego.

PS Całe moje dorosłe życie zarzekałam się, że nikt i nic nie sprawi, bym ubiegała się o wizę amerykańską, dopóki procedury nakazują mi odpowiadać na pytanie, czy handlowałam żywym towarem i oczekiwać na spotkanie z konsulem po drugiej stronie ulicy. Musiało nadejść dzisiejsze śnieżne popołudnie, bym gwałtownie złagodziła moje stanowisko w tej sprawie. Khhh.

Inside, her internal organs were grinding themselves into nervous pulp

Matko bosko.
Jedyną cechą mojej ujmującej osobowości, której serdecznie nie znoszę, jest zdolność denerwowania się w stopniu grożącym zawałem serca, udarem lub jednym i drugim naraz. Ja sobie potrafię wkręcić taką korbę, że jestem prawie nieprzytomna i umieram ze strachu, iż na pewno wszystko zawalę. Nie działają na to żadne afirmacje w stylu „och, przecież nie takie rzeczy robiłaś i się udało”, wyobrażanie sobie ukwieconych łąk, ludzi w bieliźnie ani czegokolwiek podobnego. Z wiekiem to mi się pogłębia, a dotyczy szczególnie moich wystąpień publicznych, choć niekiedy nieszczególnie publicznych, bo wystarczy jedna osoba, żeby mnie zestresować do granicy omdlenia. I tak właśnie dziś było. Człowiek w gruncie rzeczy był bardzo miły, ale niżej podpisana była tak przerażona, że chyba zauważył, że jego rozmówczyni lada moment się przekręci albo wpadnie w katatonię, bo bardzo się starał rozluźnić atmosferę, a na część pytań nawet odpowiedział sobie sam, gdyż niżej podpisana nie umiała znaleźć słowa.
Typowe.
To bywa – BYWA – na swój sposób ekscytujące, niemniej częściej jest pospolitym koszmarem i udręką. Dla mnie, bo dla otoczenia to raczej zabawne. W tym jedyna zaleta tej skłonności – pozwala mi zjednywać sobie ludzi, bo zwyczajnie im mnie szkoda. Nigdy nie wiesz, człowieku, co ci w życiu może pomóc.

Bardzo potrzebuję, by możliwie szybko zdarzyło mi się coś przyjemnego, choć miewam ostatnio wrażenie, że osiągnęłam już limit przyjemnych wydarzeń na ten rok. Czuję się nieco jakby osamotniona (inna sprawa, że przełączywszy się na pewien czas w tryb eremity, zaniedbałam moje życie towarzyskie – bo w pewnych okolicznościach ostatnim, na co macie ochotę, jest wyjście wieczorem z domu – więc może dobrze byłoby temu i owemu się przypomnieć). Co więcej, mam przeczucie, że zaraz będę miała zapalenie spojówek, bo oczęta mam czarownie purpurowe i z każdą godziną coraz trudniej mi nimi przewracać. Tym samym lepiej odseparuję się od komputera, nim oślepnę. Szkoda by było.

On Monday it rained, cooling the ache in the street’s burn

Och, jak ja nie znoszę poniedziałkowych poranków, zwłaszcza gdy za oknem pada deszcz i człowiek chciałby tylko naciągnąć kołdrę na głowę. A jeszcze bardziej chce wcisnąć nos w czyjś bark i spokojnie drzemać. Nic z tego. Zegar daje mi do zrozumienia, że jeśli natychmiast nie wstanę, to się spóźnię. Włosy, rzęsy, płaszczyk, torebka, klucze. Kolejny dzień, który przepłynie obok mnie. Jeden z tych, gdy marzy się o tym, żeby był już wieczór, żeby można było wśliznąć się w pościel i zamknąć oczy w nadziei, że przyśni się coś miłego, ktoś miły.

Przeczytałam wczoraj, jakie stawki mają blogerzy modowi.
Chyba zmienię zamiłowania, jak słowo daję. Kasowanie paru kafli za wpis na blogu rozwiązałoby wiele moich życiowych problemów. No i mogłabym wreszcie porzucić pracę w biurze, by zajmować się robieniem tego, co lubię najbardziej, czyli niczego. Niestety raczej nie mam szans na zmianę ścieżki kariery, jak to się ładnie mówi, ponieważ tematyka szmaciana nie interesuje mnie aż tak, a poza tym propozycję wyprodukowania wpisu na zamówienie otrzymałam tylko raz i była ona raczej kuriozalna. Z moimi wynurzeniami i upodobaniem do, nazwijmy to, umiarkowanie pasjonujących tematów nie jestem wymarzonym targetem specjalistów od marketingu. Wzdych. Tyle talentu się marnuje. Przy okazji, skoro już o tematyce mowa, ktoś tu wszedł, zadawszy Guglowi pytanie o przygody gejów w Nowej Hucie. No, w tym to ja z całą pewnością nie mogę pomóc.

Quos Deus vult perdere, prius dementat

Słyszeliście, że temu producentowi, którego poczęstował z piąchy Jeremy Clarkson, wskutek czego wyleciał z roboty (zwolniony etat w BBC chętnie przygarnę, mogłabym na przykład przeprowadzać wywiady przy świecach z moimi ulubionymi aktorami… tak, wiem, ale dajcie mi chwilę pomarzyć, nie?), jakieś świry grożą śmiercią w internecie? W ogóle nienawiść niemożebna leje się w kierunku tego człowieka. Świat jest bardzo chory. Niektórzy naprawdę powinni wyłączyć telewizor, wyjąć wtyczkę modemu z gniazdka i pójść na długi spacer.
Ja wiem, że idolowi można wybaczyć dużo; to działa trochę jak u zakochanych, którzy nie mogą się nadziwić, jak ślicznie pluje ich obiekt westchnień. Odmówił wspólnego zdjęcia i nasłał ochronę na fana? Pewnie nieśmiały. Zachowuje się jak buc? Ma zły dzień. Nie segreguje śmieci? Kto by spamiętał, czego z czym nie wolno wyrzucać. Parkuje na kopercie? Nie zauważył, może roztargniony. Szczypie koleżanki w tyłek? Od tego jeszcze nikt nie umarł. Rzucił talerzem w kelnera? Zestresowany jest. Tylko że ze stosowania podwójnych standardów jeszcze nigdy nic dobrego nie wynikło; waga przewinień nie jest zależna od kolejności dziobania.
Taka tylko dygresja, bo zdumiała mnie trochę gęstość komentarzy z cyklu „no co z tego, że arogancki, skoro ma talent”. Zgodziłabym się nawet z takim argumentem, gdyby chodziło o chirurga. Fizyka. Pisarza być może. Ale mówimy o celebrycie, na Boga.

Z innej beczki – przyglądałam się przed chwilą na twarzoksiążce dyskusji mojej znajomej z jej znajomymi. Rozmowa dotyczyła feminizmu, a dokładniej tego, jak przyjemnie nie być feministką. Nie śmiem wątpić. Poskładała mnie jedna z przeczytanych wypowiedzi, której sens był następujący: jak mogę być feministką, skoro lubię sprawiać przyjemność mojemu facetowi. Śniadanie mu zrobić i tak dalej. Jak mogę być feministką, skoro lubię być delikatna i krucha, i żeby się mną zaopiekował. I w sukienkach też lubię chodzić.
No tak, bo oczywiście jedno z drugim się wyklucza. Jak wiadomo, feministki każą mężczyznom spać na wycieraczce. Prędzej sczezną, niż pozwolą się przytulić. Chodzą jedynie w ogrodniczkach. Gdy partner feministki jest głodny, dostaje numer do pizzerii. Oto w dwudziestym pierwszym wieku wykształcone kobiety po trzydziestce pieprzą publicznie takie farmazony. Smutno mi czasami, gdy widzę, jak jedna z drugą obawia się, że użycie tego okropnego słowa na F natychmiast uczyni z niej tęgie, zarośnięte i agresywne monstrum budzące lęk w przedstawicielach płci męskiej. Ale cóż. Nie zamierzam nawet wdawać się w polemiki, bo w tej akurat sprawie to groch o ścianę na ogół.

Poza tym z wolna otrząsam się ze smutków i łagodnie wchodzę w weekend. Podejrzewam, że będzie wyglądał jak pierwsza część tego klipu (tak, szanowni – Chic wraca! Nóżka sama chodzi!), czyli podłoga, muza i bałagan; błyszczenie w nocnych klubach raczej sobie odpuszczę. A ponieważ nawet z nędznym samopoczuciem pozostaję wierna moim słabościom, pomyślałam rankiem, że sprawdzę, tak tylko z ciekawości, czy jeszcze w ogóle są bilety na to przedstawienie – i wyobraźcie sobie, że na jedyny wieczór, w który mogę się w ten sposób uszczęśliwić, został jeden samotny bilecik. Sam jeden. Jakby na mnie czekał. Uznałam to za znak od Boga i z przykrością zawiadamiam, że bilecik nie jest już dostępny, ponieważ siedzi w mojej skrzynce.

PS Na moje nieszczęście rzucili też dziś bilety na Farinellego i króla. Po południu zostały marne resztki. Spędziłam stanowczo za dużo czasu, szukając wśród tych resztek czegoś dla siebie – a do wyboru były głównie miejsca typu restricted view i premium (95 funtów? DZIEWIĘĆDZIESIĄT PIĘĆ FUNTÓW?!), i walcząc z systemem niechętnym sprzedawaniu pojedynczych biletów, ale wreszcie się udało. Mnie by się nie udało?

Now I know something you don’t

Nie wiem, czy wiecie, ale takie czasy nastały, że zakłady pogrzebowe oferują wam pamiątkowe kubki.

Jestem zmęczona. Po prostu bardzo zmęczona, tym bardziej, że w drodze do domu odebrałam wiadomość od rozświergolonej przyjaciółki, która śpieszyła mnie powiadomić, iż właśnie się zastanawiają z chłopakiem, gdzie zamieszkać i dokąd na wakacje pojechać, i coś tam jeszcze – żadnego nawet „a co u ciebie”. Przeczytałam. Nie odpowiedziałam. Bo i co miałam odpowiedzieć.
Co więcej – nie jestem pewna, czy odpowiem jutro, w piątek albo za tydzień.

Nawiasem mówiąc, wieczorno-nocno-poranna awaria sieci komórkowej przyprawiła mnie nieomal o apopleksję – telefon bezużyteczny, internetu brak, radia nie można posłuchać – co tu począć, panie dziejku. Jak tu wypić kawę bez przeglądu wieści ze świata. Jak wyjść z domu bez sprawdzenia, co ten czy tamten napisał na Twitterze. Co w ogóle ze sobą zrobić? Dotarło do mnie po chwili, jak bezsensowny jest mój strach. Chyba przydałby się odwyk.
Pomyślę o tym później. Teraz muszę się zagoić.