L-l-lies

To nie był dobry piątek.

Z och, jakże wielu powodów.

Jeden wszystkie znamy. W sumie nie wiem, czy czuję się gorzej z myślą, że posłowie traktują mnie jak potencjalny inkubator, w razie czego do poświęcenia, czy z tym, że traktują mnie jak szmatę, bo przecież ich zdaniem aborcje wykonuje się li wtedy, gdy się z kimś zapomniało po pijaku, czy może z tym, że jeśli nie będę mogła zajść w ciążę, a będę chciała i potrzebowała medycznego wspomagania, to pokażą mi wała. Ogromna fala wkurwu i obawy przelała się w ostatnich dniach przez ten kraj. W sumie nigdy dotychczas nie czułam się niepełnowartościowym obywatelem, jest to zatem dla mnie uczucie nowe i niewygodne, do którego jeszcze nie przywykłam.
I, kurwa mać, nie zamierzam.

A teraz coś z zupełnie innej beczki.
Mam otóż, moi drodzy, bardzo niską tolerancję na romanse pozamałżeńskie. Niską znaczy znikomą. Nigdy z żonatymi się nie bratam. Jak na ironię, mam jakieś osobliwe szczęście do tego typu amatorów mojej skromnej osoby i żadnemu się nie udało. No, prawie – tę moją zasadę raz złamałam, w okolicznościach oczywiście imprezowych, dwanaście lat temu, i to był jeden jedyny raz. Przyznaję się, żeby nie było, żem świętsza od papieża. Od tamtej pory ludzie z węzłem dla mnie nie istnieją jako potencjalni partnerzy. Za dużo nasłuchałam się i naoglądałam historii o tym, jak on to już z żoną nie sypia, już prawie składa pozew, po czym mijają lata, żona wskutek niepokalanego poczęcia wydaje na świat kolejne potomstwo, a pozew nadal w drodze do sądu, przez pocztę w Ułan Bator ani chybi. Poza tym żenuje mnie cały ten spektakl, głodne kawałki i dyskretne zsuwanie obrączki, umawianie się po hotelach, ściemnianie obu stronom, ugh. Podziękuję.
Nie mam nic przeciwko poligamii, gwoli ścisłości. Szczerze pisząc, uważam ją za całkiem zdrowe rozwiązanie (choć nie dla każdego, oczywiście). Pod jednym, absolutnie kluczowym warunkiem – trzeba być szczerym. Nade wszystko cenię sobie szczerość. Bo jak wiemy, kłamstwo ma krótkie nogi. Nie ma szans, żeby się nie wydało. Poza tym chodzi o taką pospolitą ludzką uczciwość. Nigdy nie byłam szczególną fanką małżeństw, ale uważam, że jeśli komuś coś się obiecuje, ba, przysięga – przyzwoitość nakazuje słowa dotrzymać. Albo przynajmniej uczciwie powiedzieć: słuchaj, kochana, tak się podziało. Nie brnąć w zaparte, nie nawijać makaronu na uszy.
Dlaczego o tym piszę, państwo pytają.
Moja przyjaciółka się rozwodzi.
Szczęśliwe małżeństwo ze sporym stażem, zwierzaki, podróże, wypieszczone gniazdko. I wtem. Wydarzyło się to, co powyżej.
Przepiękna, błyskotliwa kobieta z oczami jak gwiazdy, z sercem na dłoni, a ten rozpina gacie na widok pierwszej lepszej, co mrugnęła zalotnie.

Wiecie, gdy człowiek z kimś się przyjaźni przez kilkanaście lat, prawie większość swojego życia, pewne rzeczy po prostu wyczuwa, wychwytuje między słowami. Przez ostatnie miesiące miałam wrażenie, że coś jest z dziewczyną nie tak. Komunikacja jakaś zwięzła. Tak tak, spotkajmy się, ale może po wakacjach. Ja nie z tych, co lubią się wtrącać, więc usunęłam się nieco i czekałam. Aż tu w piątek nagle news zwalił mnie z nóg.

To nie jest proste, oglądać jedną z najbliższych osób w stanie kompletnej rozsypki i wiedzieć, że nie bardzo da się pomóc. Można siedzieć i słuchać. Powiedzieć, żeby wpadła w weekend, to sobie ugotujemy spaghetti, takie na ośmiu ząbkach czosnku i mnóstwie oliwy, albo lepiej, usmażymy bezwstydnie niezdrowe frytki i zjemy, oglądając serial pod kocem. Tyle można.
Tylko co zrobić z rosnącą chęcią pobicia gościa jego własnymi butami.
Gdy mnie ktoś skrzywdzi, zwykle na chwilę włażę pod moją skorupkę, wylizuję rany i w niedługim czasie jestem jak nowa. Ale gdy ktoś krzywdzi moich przyjaciół, moja reakcja jest zgoła inna. Resztki skrupułów tracę i idę ostrzyć narzędzia. Mam jakiś taki instynkt obrończy. Może to przez moje imię, którego grecki źródłosłów jest właśnie taki – obrońca (nie podejrzewam, ale kto wie?).
Słowo daję, lepiej żeby mi się na oczy nie pokazywał. I to też sprawia mi przykrość, bo zawsze bardzo go lubiłam. Niestety są takie rzeczy, za które trafia się u mnie do szufladki z napisem „tych klientów nie obsługujemy”. A że jestem przesadnie pamiętliwa, jeszcze nikomu, kto do tej szufladki trafił, nie udało się z niej wyjść. Koniec, Schluss, the end.

– Szczerze mówiąc, wyglądasz na bardziej przybitą ode mnie – powiedziała mi moja miła na pożegnanie.
– Bo jestem przybita. Jestem w szoku.
(Byłam. Popłakałam się, wróciwszy do domu).

Na otarcie łez i ponieważ nie mam pieniędzy, ale za to mam doła, kupiłam sobie wczoraj sukienkę, która do mnie mówiła. Przyda się za tydzień.

Speed dater

Kto by pomyślał, że już prawie piątek?
To oznacza, iż za tydzień o tej porze będę przebierała się w piżamkę (nie stosuję, to taka przenośnia), by wstać znowu o cholernej czwartej nad ranem, siedzieć na lotnisku z miną a’la Grumpy Cat, ale ale mój wyraz twarzy w pewnym momencie zawsze gwałtownie się odmienia. I tak też będzie tym razem, bez dwóch zdań. W końcu po drugiej stronie Kanału czekają cztery przedstawienia, dwóch czarujących dżentelmenów i banda świrów. Czyli klasyka gatunku. No, ale to dopiero za tydzień.

Tymczasem.
Po nędzy niedawnych kilku dni nastąpiła dziś cudowna odmiana – i jakie piękne słońce świeciło po południu! Po pierwsze, dowiedziałam się, że jednak znowu wyjeżdżam do roboty. Nie do końca tam, dokąd miałam, ale na tyle blisko, że będę mogła wsiąść w autobus i wpaść do drogiego kolegi w piątek wieczorem, albo on do mnie. Nawet się nie zmartwił, przeciwnie, napisał mi, że poza jednym weekendem wszystkie pozostałe ma wolne (znakomicie – ten jeden przeznaczę na zamki, żeby nie było, że nic nie pozwiedzałam – albo może na Trewir?), więc można planować.
Widzicie, jak to się czasem składa.

Jak na ironię, w drodze do domu wręczono mi taką oto ulotkę.

img_20160922_193252.jpg

Wysłałam skwapliwie zdjęcie do Luksemburga, a ten mi pisze:
– No ale idź, bo się spóźnisz!
Dzięki, stary.
– Wiesz co, nie.
– A czemu? Ja bym poszedł, zawsze to coś nowego.
Tak. Nie wątpię, że ty byś poszedł.
Raróg i jego umiłowanie nowych doświadczeń. Przypomnijcie mi, za co go lubię. Ach, tak…

Nota bene, z jakiejś niepojętej dla mnie przyczyny od kilku dni reklama kontekstowa na Fejsie proponuje mi cudowne warsztaty dla singielek, które sprawią, że dowolnie wybrany dżentelmen straci dla mnie głowę. Ceny nie podają sprytnie.
Gdyby mnie kto zapytał o zdanie, sądzę, że naciągalstwo jest to okrutne. Może i komuś pomogło, nie wątpię (dobrze, trochę wątpię – mam alergię na wszelki kołczing, za dużo z tym miałam zawodowo do czynienia), ale obiecywanie komuś nieśmiałemu i stęsknionemu za bliskością, że trup męski będzie słał się gęsto pod stopami, jeśli tylko zapiszą się na kurs, to dla mnie pospolite i w dodatku podłe nadużycie.
Ale, ale.
Odwracam tę otrzymaną dziś ulotkę i czytam, że szybkie randki to coś więcej niż rozmowa (więcej? intrygujące, bo trwają 5 do 7 minut). I całą instrukcję obsługi. I że jeśli zaznaczenia w ankietach uczestników się pokryją, to owi dostaną swoje namiary.
Chryste Panie. Albo Jesus fuck, jak mówił mój ulubiony bohater literacki.
To ja już wolałam starą, dobrą, sprawdzoną metodę uśmiechnięcia się do kogoś w kolejce do baru. Proste, tanie, niezawodne, mówiąc językiem z poprzedniej epoki.
I nadal działa.

Ludzie tracą umiejętność rozmowy, to fakt. Coraz częściej potrzebują pomocy w nawiązaniu kontaktu z innymi, to też fakt. Ale te akurat metody budzą mój, że to tak ostrożnie ujmę, umiarkowany entuzjazm.

Ale. Wracając do na nowo rosnącej liczby przyjemnych zdarzeń.
Jutro natomiast idę na wieczorną herbatkę czy coś z moją najlepszą przyjaciółką i też niebywale mnie to cieszy. A po drodze do domu spotkałam na ulicy jednego z moich ulubionych lokalsów, z którym przepracowałam wiele lat, później drogi nam się rozeszły i jakoś nie mogliśmy się spotkać („a co ty tu robisz?” – „no, idę…”) i wymieniliśmy publicznie bezwstydnie ciepły uścisk.
Tak to żyćko się toczy.

No man’s woman

No i nie wracam do Luksemburga, przynajmniej nie w najbliższych tygodniach, co mnie szczerze zasmuciło. Trzeba będzie coś wymyślić. Jest jednakowoż spora szansa na to, że i tak część jesieni spędzę na zgniłym Zachodzie. Pożyjemy, zobaczymy. Najważniejsze to nie oczekiwać zbyt wiele, jak dowodzą wydarzenia tego roku.
A w ogóle, skoro już mowa o tym państewku, rozłożył mnie wczoraj na łopatki biuletyn informacyjny z Luksemburga właśnie. Otóż mój drogi kolega urządził swojej najlepszej przyjaciółce przyjęcie-niespodziankę na czterdzieste urodziny. Proste to nie było, bo części jej ziomków w ogóle nie znał, więc trochę mu zajęło dotarcie do nich; poza tym dziewczyna samotnie wychowuje dziecko, więc musiał też zorganizować opiekunkę. Napisał mi wczoraj cały w skowronkach, że bardzo się cieszyła.
Tyle na planecie zwanej Beneluks.

Tymczasem moja kraina miodem i mlekiem płynąca znów mnie przyprawia o zgrzytanie zębów. Ot, żyję w kraju, w którym dwunastolatki wydają na świat dzieci jak w jakimś głębokim średniowieczu. W kraju, w którym jednocześnie minister zdrowia w temacie finansowania in vitro bredzi, iż to, na co płacimy podatki, nie powinno budzić sprzeciwu moralnego. Tu się z panem ministrem zgadzam, bo cóż, mój sprzeciw moralny budzi większość posunięć obecnych władz i z rozkoszą przestałabym je finansować. Nie podejrzewam niestety, aby było mi wolno.
Po pierwsze primo, zaczynam raczej źle się tu czuć jako kobieta. Owszem, mam fajną pracę, na brak swobód nie narzekam, mogę ze swoim życiem robić co chcę i chodzić ubrana również w co chcę, więc tu przeciwnicy feminizmu powiedzieliby „o co ci chodzi”. Ano o to, że mam rosnące poczucie, iż dla naszych obecnych rządzących jestem głównie istotą, której życiowym celem powinno być rozmnażanie. Oczywiście w sposób naturalny, bez żadnych tam hopsztosów medycznych. Jeśli nie daję rady bez wspomagania, choćbym nie wiadomo jak bardzo chciała – cóż, mówi się trudno. Nie nasza wina, było o tym pomyśleć wcześniej, cześć pieśni.
Po drugie primo, nie znoszę, gdy ktoś próbuje uczyć mnie moralności. Ogromnie mnie to irytuje u jej zapamiętałych stróżów (co ciekawe, jakoś tak to działa w przypadku tego osobliwego gatunku, że oni bardziej skłonni pilnować cudzego kręgosłupa, własny krzywy zupełnie im nie przeszkadza, tacy współcześni Savonarole). Poza tym mdli mnie już od tego uporczywego pchania wartości moralnych w absolutnie każdą sferę życia, od kultury, przez edukację, po zdrowie w końcu. Mogłoby wreszcie towarzystwo przyswoić sobie, że społeczeństwo nie ma obowiązku wyznawać tych samych wartości, co oni tam na świeczniku, czy im się to podoba, czy nie. Większość obywateli tego kraju jest dorosła i wie już co nieco o podejmowaniu samodzielnych decyzji życiowych, czasem dobrych, czasem złych, a ich światopogląd ukształtowały osobiste doświadczenia, czasem dobre, czasem złe. Ich moralność to ich prywatna, do kurwy nędzy, sprawa. O ile nikogo nie krzywdzą i biorą odpowiedzialność za swoje czyny, to ich prywatna sprawa. I nie chcę, żeby mi pan minister z bożej łaski tłukł cokolwiek o moralności.

A tak nawiasem mówiąc – wiecie, co swego czasu zauważyłam, à propos tego słowa na M? Może to tylko moja obserwacja. Może tylko moje środowisko. Ale zauważyłam, że ludzie pozornie najmniej grzeczni, łobuzy takie zepsute i nieczyste, nader często są ludźmi bardziej prawymi w gruncie rzeczy niż ci, co najgłośniej o prawości krzyczą. Vide początek tego wpisu. Wiem, prochu tą myślą nie wynalazłam. Sądzę jednakowoż, że pan minister, zamiast po raz wtóry pokazywać światu, że niejeden papież bardziej był postępowy od niego – i zapewne wielu z nich było mniejszymi mizoginami – powinien rozważyć tę refleksję.

I don’t sleep, I keep my radio on

Jeśli mam do czegoś szczęście w życiu, to do ciekawych ludzi. Widać po blogasku, prawda?

Tak to już jest, panie i panowie, że ja albo nie mam życia towarzyskiego wcale przez długie tygodnie, albo mam je w uderzeniowej dawce.

W każdym razie w piątek rano, spóźniona li o kwadrans, weszłam do biura pewnym krokiem i starając się wyglądać.
Po prostu wyglądać.
Jakkolwiek.
Nie było to proste. Oj, nie było.
Weszłam do biura i zaraz mnie uszczęśliwiono toną papierzysk do przeczytania – ja zasadniczo to robię w pracy, czytam – i na domiar szczęścia po włosku. Porca Madonna. To naprawdę jest nie jest dzień, gdy umiem w języki obce. Nawet we własny umiem słabo. Po dwóch kawach nadal czytałam ten sam akapit, właściwie nie tyle czytałam, co gapiłam się nań w nadziei, że do mnie przemówi. Nie przemówił.
A to wszystko dlatego, że poprzedniego wieczora odpowiedziałam na jeden niewinny esemes.
Wskutek czego spałam przez trzy godziny – nie dlatego nawet, że jakichś czynów lubieżnych się dopuszczałam, po prostu wyśmienicie się rozmawiało nad winem. Do tego stopnia, że około godziny drugiej w nocy wygnałam rozmówcę z jego własnego domu do sklepu po jeszcze jedną butelkę białego. I wiecie, on zamiast mi odmówić, to wziął, przywdział swoją gustowną kurteczkę, nastroszył loczki, postawił kołnierz i poszedł.
Przyznaję. Był to błąd.
(Zwłaszcza że przyniósł czerwone).
Ale wart popełnienia.
Uwielbiam tego olbrzyma i zawsze będę. Słowa nie opiszą, jak bardzo go uwielbiam.
On jest jakby mną, tylko w męskiej skórze. Rozumiemy się bez słów. Choć gdy już te słowa są w użyciu, zwykle iskry lecą.

Ale serce i tak skradł mi taksówkarz.
– Dobry wieczór. Do Nowej Huty poproszę.
– Znakomicie się składa, bo tam mieszkam, a to mój ostatni kurs dziś. Miło wieźć sąsiadkę.
– Nie nie, ja jestem stąd, z Podgórza. Jadę tylko z wizytą.
– Ach.
Wymiana spojrzeń w lusterku. A co, wy nie wpadacie w gości o dwudziestej trzeciej?
To dość długi kurs, więc trochę sobie pogadaliśmy. Jak po wielokroć pisałam – uwielbiam rozmawiać z taksówkarzami. Wielu z nich ma niesamowite historie w zanadrzu (wojna w Jugosławii, grzebanie syna samobójcy, podróże po Kambodży, doktorat z matematyki – to tylko pierwsze z brzegu, które pamiętam).
– A pani to krakowianka?
– Nie, chociaż już prawie tak. Przyjechałam tu na studia siedemnaście lat temu i zostałam.
– ILE?
– Siedemnaście.
– To pani jest, przepraszam, po trzydziestce?
– Obawiam się, że owszem, tak.
– A ja myślałem, że jesteśmy rówieśnikami.
– To znaczy?
– Bo ja mam dwadzieścia sześć.
Oj, stary. Bez przesadyzmu.
– To teraz mi głupio, bo już chciałem panią na kawę zaprosić, a tu się okazuje, że pani taka…
– Tak?
– To znaczy, nadal chciałbym.

Lubię, gdy taksówkarze czekają, aż wejdę do budynku i dopiero potem odjeżdżają. A najlepsze, że za kurs zapłaciłam skromne dziewiętnaście złotych (dla nietutejszych – punkt docelowy jest odległy od mojej kwatery głównej o prawie dziesięć kilometrów i był już późny wieczór, gdy jest drożej, więc zaprawdę nie wiem, jak licznik w tej taksówce działał).

Jak na ironię, następnego wieczora również szczególnie nie wypoczęłam, gdyż udałam się w gości. Zostałam nakarmiona, ale tak nakarmiona, proszę państwa, że mój punkt G się odezwał.
– Chcesz chlebek do wytarcia talerza?
– Tak.
30 sekund później.
– Więcej chlebka?…
– Tak.
Wiecie, ja nieskromnie uważam, że całkiem nieźle pichcę, ale są ludzie, którzy swoimi umiejętnościami kulinarnymi wystrzeliwują mnie w kosmos i robią ze mnie bezwstydnego żarłoka. Nie są to ludzie, którzy robią ze swojego gotowania jakiś szoł z publikowaniem zdjęć sałatki we wszystkich social mediach; im to po prostu od niechcenia znakomicie wychodzi, ot, rozmawiają z wami, wina doleją, muzyczkę puszczą, wrzucą na patelnię niedbale zerwane zioła, coś tam zamerdają, jakiś tam czosnek nieelegancko posiekają, nagle podsuwają pod nos, a wam miękną kolana. Po tym, jak zjadłam moją kolację razem z talerzem i sztućcami, zostałam napojona, położona do łóżka („oczywiście, że nie wracasz do domu, pada przecież”), przykryta kołderką i dwoma kotami – które oczywiście stosownie ugniotły mi biust łapkami przed położeniem się na nim; dobrze, że samce gatunku ludzkiego tego nie robią! – i dopiero rano wypuszczona do domu. Bez kotów, niestety.
Cudownie.

Dziś za to jest zimno, mokro, ponuro, w tramwaju kobita jakaś dała mi łokciem w twarz (bo oczywiście, dlaczego miałaby zauważać, że wokół niej przebywają inni ludzie – uwielbiam pasjami takie typy), a do tego player ITV mi nie działa i nie mogę oglądać mojego Erniego. Żyzń parchata, powiadam.

Mäi Loftkësseboot ass voller Éilen

Nieco mi markotnie z powodu tych zawodowych przetasowań wspominanych przedwczoraj, bo w istocie bardzo chciałam wrócić do kraju, którego przejechanie z góry na dół zajmuje godzinę, jeśli człowiek się nie śpieszy. Kto by pomyślał, biorąc pod uwagę, że pierwszy tydzień tamże wspominam jako absolutny koszmar i dół jak stąd do Australii.
W dodatku mój drogi kolega lokals, który jest wam już znany, zdążył zaplanować dla mnie pewną atrakcję.
Wiedziałam, że nie powinnam była pytać, co to za atrakcja. 
Ciekawość pierwszy stopień do piekła, cóż mogę rzec.
Luksemburczyk, widzicie, należy do tych osób, którym nie należy zadawać pytań, jeśli nie jesteście przygotowani na odpowiedź. Jest przeraźliwie szczery i nie owija w bawełnę. Nie jest to w żaden sposób nieprzyjemne, ale wymaga przyzwyczajenia, bo jego bezpośredniość i swoboda obyczajowa niekiedy zbija z tropu (albo wprawia przysłuchujące się osoby trzecie w osłupienie). Powiem wam, że jak sobie czasem pomyślę, że on uczy młode, czyste, niewinne dusze, to jednocześnie chce mi się śmiać i ogarnia mnie przerażenie. Ten raróg? Nie bardzo umiem sobie to wyobrazić, a wyobraźnię mam raczej bujną. Nie potrafię połączyć w głowie jego usposobienia i piastowanej funkcji, no nie i już. Owszem, zdołałam zauważyć talent dydaktyczny objawiający się łatwością prostego tłumaczenia trudnych rzeczy („o, a najlepiej to ci to narysuję”…) i świętą cierpliwością, ale mimo wszystko nie ogarniam. Występuje u mnie taki osobliwy dysonans poznawczy. Domyślam się jednakowoż, że do pracy ziomal nie chodzi w swoim obcisłym t-shircie z napisem „fuck this shit”, ani drugim, z napisem „welcome to hell”.
Tak to już jest. Jak to mówią anglojęzyczni, the sweetest smiles hold the darkest secrets. Ja też w weekendy, w podartych dżinsach i ośmiuset bransoletkach, nie wyglądam na kogoś wykonującego moją pracę (jak na ironię, właśnie zaciągnęłam się na kolejny certyfikat, dawnośmy nie zakuwali po nocach).

W każdym razie po usłyszeniu odpowiedzi na moje pytanie wydałam z siebie bezgłośne „och”. Jak to trzeba uważać, co się ludziom mówi o sobie. Niektórzy zapamiętują.

Zatem jeśli okaże się, że nie polecę tam służbowo, wymyślę zapewne sposób, by dostać się tam prywatnie. To niedaleko przecież w sumie, a i bilety niedrogie, bo kierunek turystycznie umiarkowanie atrakcyjny. Lonely Planet (nie żebym poważała bardzo) jeszcze nie wciągnęło Luksemburga na listę 10 miejsc do odwiedzenia przed śmiercią i zapewne tego nie zrobi.

Uspokój się, dziewucha. Dopiero skądś wróciłaś. Pomieszkaj w domu może trochę, kwiatki podlej. Zajmij się czymś konkretnym, tym, co robią inni ludzie, zamiast sprawdzać nowe trasy Ryanaira.

PS Żeby nie było bez wątków kulturalnych całkowicie, proszę bardzo, kolejna wariacja na temat Snu nocy letniej, tym razem na klubowo. Misie podoba.

One might even forget he was German

Za powroty do pracy po długim urlopie powinno być wypłacane odszkodowanie. Albo nie wiem, masaż jakiś powinien człowiek dostać w nagrodę. Kupon na lampkę szampana. Bo ja dziś wróciłam i cały człowiek mnie boli (dosłownie – nowe buty znów zrobiły mi jesień średniowiecza). Poza tym na dzień dobry odkryłam, że mój grafik znów uległ zmianom i może się okazać, że wcale nie polecę tam, dokąd miałam lecieć. Byłoby to wielką szkodą, bo zdążyłam się już przyzwyczaić do ekscytującej wizji weekendów na wsi, wróć, przepraszam, w ósmym największym mieście siódmego najmniejszego kraju w Europie. Słowo „ekscytująca” nie jest ironią w tym przypadku.
Nic to. Pożyjemy, zobaczymy.

Ale, ale. Zawsze powtarzam, że życie dąży do równowagi, w związku z tym wynagrodziło mi smutki.
Na waszym miejscu tutaj zakończyłabym lekturę.

Otóż jak wszyscy wiedzą, autorka kilka lat temu nabawiła się pewnej osobliwej przypadłości. Coś jakby alergii. Lekki rzut – to jest gdy autorka znajduje się w bezpiecznej odległości od czynnika wyzwalającego chorobę, to jest circa 1500 km – objawia się tym, że oczy autorki otwierają się coraz szerzej i szerzej, a na jej pyzatą twarzyczkę wypływa tępy uśmiech. Rzut ostry jest… trudny do opisania. Tak czy inaczej, autorka przez ostatnie lata dosłużyła się racjonalnych powodów swego uwielbienia i absolutnie nie zamierza go zwalczać. Uznała je za naturalną część swojego życia, coś w rodzaju obowiązku, ale jednego z tych przyjemnych – bo wypełnianie go dostarcza jej mnóstwo radości.
Autorka wiedziała od wielu miesięcy, że będzie taki serial o młodych latach królowej Wiktorii. Wiedziała, a w dodatku była na bieżąco z tym, co się działo na planie, ponieważ kiedyś, ani chybi w pijackim widzie, ustawiła sobie instagramowe powiadomienia o nowych postach pewnej osoby przypadkiem w tym serialu zatrudnionej. Przez długie tygodnie o rozmaitych porach dnia i nocy, niekiedy wielokrotnie, obserwowała pojawiające się na ekranie jej telefonu zdjęcia pałacowych żywopłotów, kominków, krzeseł, wazonów, gzymsów, wypchanych zwierząt, framug okiennych, sufitów (och, tych zwłaszcza), guzików, butów et cetera. Pomyślała, że owa pewna osoba, znana z zamiłowania do historii, musi być bardzo zadowolona z tego, gdzie się znalazła – i proszę bardzo, nie byłam w błędzie. Jednakowoż dzięki temu spamowi wiedziałam mniej więcej, czego się spodziewać, gdy ten serial będzie gotowy i właśnie to dostałam.

Niewątpliwie ten serial ma opowiadać o wielkiej love story wielkiej królowej i niewątpliwie tak jest, ale jak łatwo się domyślić, ten wątek interesuje mnie umiarkowanie, gdyż przyszły mąż Wiktorii, książę Albert, ma brata. Ernesta. Zgodnie z historyczną prawdą. I zgodnie z historyczną prawdą braciszek jest czarującym skaraniem boskim.

A do tego ów dżentelmen przemawia nieco warczącym barytonem, rozkosznie przeciągając samogłoski – i spogląda tymi swoimi karmelkami. Tu w dodatku przemawia in deutscher Sprache, co jest przezabawne. Co prawda nawet dla mojego niewprawnego ucha nie brzmi to jakoś bardzo niemiecko, ale wzbudziło we mnie sporą wesołość. W ogóle cały ów jest przezabawny, bo o ile książę Albert jest nie tyle wyniosły, co sztywny niemożebnie, o tyle jego braciszek Ernest to niezgorsza szelma z nieodłącznym kpiącym uśmiechem, szarmancka i wygadana, trollująca swojego brata bezlitośnie, korzystająca obficie z życia i wyraźnie biegła w tematach damsko-męskich, czego dowodzi fakt, że wszystkie panie w pobliżu są zachwycone Ernestem, za to Albert, uch, no, skoro już przyszedł, to niech będzie. Niemniej, jak wiadomo z lekcji historii, ślub z monarchinią ma wziąć Albert. Toteż bardziej doświadczony Ernest (w rzeczywistości tak lubił hasać po alkowach, że nabawił się choroby wenerycznej, którą oczywiście zaraził żonę; jak również w pewnym momencie swego życia mieszkał pod jednym dachem nie tylko z nią, ale i dwiema kochankami jednocześnie – dusza człowiek!) postanawia swojego ździebko bucowatego brata wyswatać.
No więc może sobie powabny Tom Hughes walcować z powabną Jenną Coleman, wdzięczni bardzo oboje, ale mnie wystarczy gamoniowaty brat, bo wsącza w te kilkadziesiąt minut stosownie dużą dawkę nieodpartego uroku i kąśliwości. Wreszcie nie jakiś psychopata (chociaż nie mówmy hop, książę z upływem lat stawał się coraz mniej mile widzianym gościem na brytyjskim dworze). To jest właśnie to, co pamiętam ze scenicznej wersji Zakochanego Szekspira i z czytanek – niemożliwa mimika, wyrażanie całym człowiekiem „nie wiem jak wy, ale ja się świetnie bawię”, wrażenie, jakby za tą twarzyczką spoglądającej melancholijnie porcelanowej lalki nieustannie wrzał z trudem opanowywany śmiech (nawiasem mówiąc, w realu to się na ogół kończy spektakularną i bardzo donośną porażką). To jest właśnie to.

Och, jest też w tym Rufus Sewell. Drugie najpiękniejsze oczy na naszym łez padole. Przegląd internetów każe sądzić, że cała widownia kocha się w jego bohaterze i/lub nim samym, ale dajcie spokój, jak można nie kochać się w Rufusie. Zwłaszcza że on z wiekiem coraz czarowniej wygląda. Moim zdaniem to jeden z najbardziej niedocenianych aktorów naszych czasów.

Wyśmienicie.
Tośmy się napiali nad urokami różnych ludzi, a teraz do rzeczy.

Przez sześć miesięcy możecie sobie oglądać Sen nocy letniej z Londinium, z Globe. Ten sam, którym się zachwycałam parę miesięcy temu. Za darmoszkę. Nie trzeba tkwić przez trzy godziny pod gołym londyńskim niebem, można na własnej kanapie.
Korzystajcie.
W tym naszym brzydkim, brutalnym świecie ten spektakl jest jak solidny kubek herbaty. Z kieliszkiem rumu. I z jalapeno na przekąskę.

Poza tym wykańczam zabranego w podróż Ellroya i powiem wam, że nie ogarniam.
Czytałam wcześniej jego kryminały i zawsze mroziły mi krew w żyłach, ale to jest coś innego. Reportaż wcieleniowy, tak można by to nazwać, gdyby nie fakt, że on nie wchodzi w niczyją rolę. Nikogo nie próbuje udawać.
On opisuje własne życie. Brutalne, tajemnicze morderstwo matki, gdy był dzieckiem. Piękne i beznadziejne dorastanie z ojcem, przystojnym i świetnie wyposażonym, ale kompletnie nieprzystosowanym społecznie. Uzależnienie od wódy i prochów. Włamania. Odwyk. Powrót do zamkniętej, nigdy niewyjaśnionej sprawy uduszenia mamy – żeby się dowiedzieć, kim jest on sam i kim naprawdę była ta rudowłosa kobieta, która wydała go na świat i którą podglądał w kąpieli.
Doskonała książka. Jedna z tych, po lekturze których czujecie się brudni.
I tym sposobem przeszłam od afektów do patologii w mniej niż 1000 słów. Jak w życiu, chciałoby się rzec.

Lah

– Czerwone światło. Czerwone światło.
– Tak, wiem, ale szybko przejedziemy.
– Jedziesz pod prąd. Pod prąd.
– Tak, ale tu nigdy nie stoi policja, lah.
Lah. Żadnego dźwięku w tej części świata nie usłyszycie częściej. Lah używa się zamiast kropki, ono znaczy nic, a zarazem wszystko. Lokalsi dodają je niezależnie od języka, którym chwilowo się posługują.
Autorka kurczowo trzyma fotel jedną rączką i swój pas drugą, ignorując fakt, że kierowca oczywiście ma swój odpięty. W poważaniu ma przepisy ruchu drogowego, ale w Kuala Lumpur – KL po tutejszemu, nikt nie używa pełnej nazwy – wszyscy mają je w poważaniu. Nikt nie chodzi pieszo. Mają doskonałe, superszybkie i bardzo tanie metro (dość rzec, że bilet kosztuje koło dwóch złotych – cena zależy od odległości), ale też kochają auta. Każdy ma samochód i każdy łamie w nim prawo. Korki arcypotężne przez całą dobę. Mimo wszystko trudno zginąć na drodze, bo kierowca raczej was przepuści. Po prostu włazi człowiek na jezdnię, licząc, że jakoś przemanewruje na drugą stronę.
– Wiesz co, po prostu zostawimy auto na parkingu Ritza i wyskoczymy na godzinkę coś zjeść.
– A tak można?
– … Teoretycznie nie.
Zaprawdę, nocny cruising po niezasypiającej stolicy Malezji ma swój nieodparty urok, ale żeby znieść go ze spokojem, trzeba wypić dużo alkoholu lub być pogodzonym z rychłą śmiercią. I tu znowu moja mentalność mija się nieco z lokalną, bo mój kierowca, hinduista, twierdzi, że wszystko zapisane w świętej księdze, na nic nie mamy wpływu, sorki, cokolwiek się wydarza, miało się wydarzyć. Tam tak jest. Wsiadacie do taksówki z hinduistą, bladym świtem budzi was wezwanie na modlitwę z pobliskiego meczetu, na obiad idziecie do Chinatown. Jakoś to wszystko (mniej lub bardziej, i nie bez kłopotów) współgra. Plus oczywiście nieprzebrana liczba cudzoziemców, którzy przyjeżdżają do pracy, na urlop, z rozmaitych powodów. I dzięki temu KL, choć nie jest najciekawszym miastem świata, ma coś w sobie. Najłatwiej to poczuć, gdy wieczorem trafia się do Changkat – nieco zwariowanej dzielnicy pełnej modnych klubów, zwykłych sympatycznych knajp, sklepów sprzedających podejrzanie wyglądający lokalny gin i jeszcze bardziej podejrzaną lokalną wódkę z etykietką radośnie głoszącą „Polska”, zadaszonych brezentem jadłodajni z plastikowymi stolikami, plastikowymi talerzami, piwem serwowanym wyłącznie w puszkach, morderczo słodką kopi i żarciem wypalającym żywym ogniem kubki smakowe. W Changkat panuje niesamowity zgiełk, bo z każdej knajpy dobiega inny hicior, lokalny lub światowy, ale nadawany odpowiednio głośno i z przesterem, poza tym samochody, poza tym ludzie. Ale niektóre z lokali mają pięterka, a na tych pięterkach coś w stylu tarasów, na których można usiąść, przewiesić łokcie przez barierkę, oprzeć stopy na balustradzie i obserwować przechodzący w dole świat.

Zatem on ze spokojem wiezie mnie przez zatłoczone pagórki Kuala cholernego Lumpur, a ja trzymam fotel.
– A czemu pociągasz nosem, masz katar?
– Trochę.
Wątpliwy urok tej części świata polega na tym, że oni bardzo przesadzają z klimatyzacją. Nawet gorzej niż w Emiratach. Jakby chcieli zamrozić człowieka. Teoretycznie miałam w pokoju dynks do wyłączania nawiewu. Po kilku dniach odkryłam, że on nie działa. Bardzo bolałam, iż nie zabrałam piżamy (bo ja z tych, co sypiają w stroju urodzinowym, nieprawdaż). Zabrałam ze sobą polar, bo zawsze zabieram na drogę – w samolotach jest zimno – ale temperatura we wszelkich miejscach użyteczności publicznej sprawiła, iż w drugim dniu pobytu zaczęłam nosić go ze sobą wszędzie, wciśnięty do plecaka.
I lało.
Och, jak lało. W Azji sformułowanie „ściana deszczu” nabiera nowego znaczenia. To nie ściana. Całą przestrzeń wypełnia deszcz. Deszcz łamiący parasolki i przedostający się bez trudu przez peleryny. Budynki wokół znikają jakby w gęstej mgle. Taki to potrafi być deszcz.
Pogoda zatem raczej nieszczególnie nadawała się do wycieczek na plażę – ale nadawała się znakomicie do takiego po prostu, zwykłego, leniwego włóczenia się, przyglądania, poznawania tubylców, a nawet, proszę państwa, lekcji kickboxingu. Bo można i nie jest to zbyt kosztowna zabawa, a że ćwiczyłam sztuki walki za młodu (choć bardzo inne, których sens polegał raczej na wykorzystywaniu energii przeciwnika niż ruszaniu na niego z własną), natychmiast się zainteresowałam.
– Najpierw zdejmujemy buty – rzecze mój instruktor o rzęsach jak gwiazda filmowa i takim też uśmiechu. – Musisz mieć dobre poczucie równowagi.
Posłusznie zzuwam moje pepegi.
– Dobrze. Teraz stań tak, jak ja… Potrafisz trzymać gardę? Pokaż. Okej, na początek niech będzie. A teraz spróbuj mnie uderzyć, najpierw lewą pięścią, a później prawą. Ale nie, nie! Ani kroku do przodu! Stopy zostają tam, gdzie są.
Jest to znacznie trudniejszy balet niż sądziłam, ale ogromna frajda.

Ostatniego wieczoru zasuwam pustym KLIA Ekspresem na lotnisko – mój samolot z powrotem na Półwysep Arabski odlatuje o niezdrowej drugiej w nocy. Moszczę sobie skromne gniazdko na najbliższe siedem godzin, po czym ląduję o czwartej z minutami rano, czyli technicznie rzecz biorąc dwie godziny później, a potem dalej do ojczyzny, nad całkiem dobrze mi znanym widokiem suchych pustkowi. Nawet nieco mi szkoda, że nie mogłam ani na chwilę wyjść na zewnątrz podczas przesiadki – jak tu nie tęsknić za czterdziestoma stopniami o poranku? – ale nowe lotnisko w Doha, przypominające nieco pasażerskie kosmodromy z filmów science-fiction, nie przewiduje takiej możliwości. Nie interesuj się, tym, co na zewnątrz, szanowny pasażerze. Spójrz, posadziliśmy ci palmy w terminalu. Masz sztukę współczesną. Salon Ferrari, gdyby takowe zmieściło się do podręcznego. Po co chciałabyś stąd wychodzić?…
Parę godzin później ląduję w Polszy z upiornym katarem, zmęczona i wymięta nieopisanie, mimo że ja już z tych, co latają w niewyględnych, acz wygodnych gaciach zamiast szpilek i pełnego makijażu. Jeszcze pociąg z Warszawy. Dom. I wtedy następuje najwspanialszy moment w każdej podróży, w obie strony, tam i z powrotem – prysznic, owinięcie się w ręcznik, wdzięczne osunięcie się na najbliższy miękki mebel z cichym westchnieniem obezwładniającej rozkoszy.
I to jest to.

Rebel, rebel!

Przed każdą podróżą w nieznane ogarnia mnie Reisefieber. Lekki, ale jednak. Co prawda ostatnimi czasy podróżuję tak często, że powinno być mi wszystko jedno, ale nie jest. Jadę na lotnisko i myślę: po co ci to. W domu byś posiedziała. Odpoczęła. Umyła okna. Obejrzała seriale, spotkała się ze znajomymi, którzy już mają dość twoich wykrętów. A ty nie. Znowu będziesz pieniądze wydawać, noce zarywać, świat taki niebezpieczny ostatnimi czasy, a ty pchasz się gdzieś sama, z małą walizką, aparatem i duszą na ramieniu.
I tak się dręczę – pakując się, jadąc na lotnisko, siedząc w powoli zapełniającym się samolocie.
A potem samolot rusza.
Myśli niżej podpisanej natomiast zostają na ziemi.

Pierwszy przystanek: Półwysep Arabski. Znów tu jestem. Wszystko po staremu. Głos muezzina niosący się nad lśniącą halą odlotów, zapach perfum słodszych niż lubimy w Europie, długorzęsy mężczyźni, would you please follow me, ma’am.
Rycząca maszyna niesie na wpół uśpioną autorkę przez krótką noc, goniąc wschodzące słońce. Wyrwana z drzemki autorka nie narzeka, gdy ktoś poda jej szklaneczkę koniaku (na tyle pełną, by znów zasnęła po wypiciu, ale nim to nastąpi, będzie sączyła grzecznie, zwinięta w precel na fotelu, zagapiona w swój mały ekranik – dlaczego nikt mi nie powiedział, że Mr. Robot to taki dobry serial? Oczy protagonisty będą mi się śniły po nocach). Wreszcie w kabinie robi się jaśniej, personel się krząta, ten minutes to landing i wtem, nagle jestem Gdzieś Indziej. Koła dotknęły asfaltu, moje stopy jakoś się wspięły na ruchome schody. Pieczątka w paszporcie, nic do oclenia, arcyurocza pani w okienku ekspresowej kolejki do miasta, kolejny arcyuroczy człowiek w metrze – tu jednorazowe bilety to takie plastikowe żetoniki – hotel, prysznic, nieudana próba walki ze snem. Nie ma mocnych na zmianę stref czasowych; ogłupiały organizm musi się zresetować, więc tylko na chwilkę się położę… Tylko nnn chww…

Po zmierzchu wychodzę na miasto.
Jest gorąco. Z nieba coś kapie. Dachy wieżowców trudno dostrzec, bo powietrze ciężkie od wilgoci, która natychmiast osadza się na skórze; włosy się skręcają. Rozmawiałam z moim szefem przed wyjazdem – mówił, że nie znosi azjatyckiego klimatu. Ja wprost przeciwnie. Ryba w wodzie.

.

Siedzi człowiek pod Petronas Towers, patrzy na tańczące fontanny okolone drapaczami chmur, pije Long Island Ice Tea i nie może się nadziwić, jak tu się znalazł. Chciał polecieć do Malezji i oto jest. Tak po prostu. Kupił bilet i siedzi. Pod Petronas Towers. Jak to się stało, że mętne marzenie nagle stało się zupełnie klarowną rzeczywistością?
I przypomina mi się głos mojego osobistego Jamesa Bonda: you’ve gotta be more confident with yourself, man.
Byłby ze mnie chyba dumny?

Fiumelatte

Kocham Włochy za wszystko. Za ogromne cytryny i pomidory, za espresso al banco za skromne jedno euro, za oszalałą gestykulację, śpiewny język, gęsto porośnięte bluszczem balkony z wywieszonymi na słońcu majtkami. Za carabinieri pachnących najnowszymi perfumami Gucci i poprawiających leniwie modne okulary przeciwsłoneczne, gdy ich się zapyta o drogę (zaprawdę powiadam, ilekroć widzę włoskich policjantów, mam ochotę coś ukraść albo przejść na czerwonym świetle – choć za to drugie nigdy nie zatrzymują w Italii). Za przysadziste kobiety na ulicznych targach, krzyczące do mnie, że ich pecorino to afrodyzjak i wtykające mi marynowane oliwki do buzi.

Zacznijmy od tego, że Mediolan nie jest moim ulubionym włoskim miastem. Pierwsze miejsce na liście bliskich memu sercu zajmuje Neapol, która to miłość wielu ludzi dziwi, bo ani on piękny, ani nie pachnie w nim zbyt ładnie, ale jest w tym mieście coś nieprawdopodobnie czarującego. Mediolan jest wytworny i wymuskany, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Większości ludzi kojarzy się z dwoma punktami do odhaczenia – Duomo i „Ostatnią wieczerzą”. Oczywiście oba warte uwagi (miejcie przy tym baczenie na fakt, że fresku Leonardo nie obejrzycie tak sobie, gdy wam przyjdzie ochota – trzeba kupić bilet znacznie wcześniej, naprawdę ZNACZNIE wcześniej), ale co by tu jeszcze… Oszalały shopping? Można, owszem, jeśli macie stosownie duży limit na karcie kredytowej. Lombardzka kuchnia? Jak najbardziej. Wino? Ma się rozumieć.
Ale to nie koniec.
Na dobrą sprawę to nawet nie początek.
Mediolan jest tak sprytnie położony, że wystarczy wsiąść w pociąg i tego samego przedpołudnia można snuć się po cudownym Turynie albo leniuchować nad jeziorami. Można. Można też łazić po samym Mediolanie w poszukiwaniu tego, o czym niekoniecznie rozpisują się przewodniki – wiedzieliście na przykład, że w mediolańskiej bibliotece możecie zobaczyć pukiel włosów Lukrecji Borgii? Całe Włochy to raj dla historycznych fetyszystów, a w sercu Mediolanu wyrasta przecież kolosalny Castello Sforzesco, siedziba TYCH Sforzów. W Pinacoteca di Brera ze ścian spoglądają na was oczy namalowane przez Caravaggia i Rafaela. Tuż za Duomo, jakieś pięć minut szybkim krokiem, stoi maleńki, łatwy do przeoczenia kościółek z trzynastowiecznym ossuarium – każda ze ścian wyłożona jest czaszkami i kośćmi, w osobnej gablotce spoczywają czaszki ściętych przestępców. Kawałek w drugą stronę kapliczka z genialnym trompe l’oeil Bramantego – macie wrażenie, że ołtarz jest Bóg wie jak głęboki, a później przestępujecie trzy kroczki w bok, przechylacie głowę i zauważacie, że ta głębia jest namalowana; to genialne złudzenie optyczne.

Gdy tylko przyleciałam, zobaczyłam na mieście plakaty reklamujące wystawę Eschera.
To myślę, pójdę.
Wystawę zainstalowano w Palazzo Reale, samym w sobie dość atrakcyjnym, więc tym bardziej.
I tę wystawę całym sercem polecam, jeśli będziecie przypadkiem w Mediolanie przed styczniem. Escher, zafascynowany geometrią i obiektami niemożliwymi, a przy tym doskonały rysownik, tworzył własne światy. Wystawa jest fascynująca, dwie godziny spędzicie tam z pewnością. Zwłaszcza, że pomiędzy poszczególnymi zakątkami znajdują się miejsca, w których możecie na własnej skórze – czy raczej oczach – doświadczyć złudzeń optycznych, które Escher z lubością wykorzystywał, a nawet znaleźć się w jego grafice. Niesamowite.

A gdy już macie dość, można rano powlec się na potężny, wybudowany za Mussoliniego dworzec Milano Centrale i wsiąść w pociąg do Varenny. Varenna to taka maleńka miejscowość nad brzegiem jeziora Como. Ponoć najpiękniej położonego w Europie. Mogę przytaknąć. W Varennie, na maleńkiej i dość uroczej stacyjce, wysiada się po to, by nacieszyć się jej urokiem, ale też po to, by ruszyć charczącym parowcem na drugi brzeg jeziora. Jak wszyscy wiedzą, nie znoszę podróży drogą wodną, ale zniosłam dzielnie, bo obiecano mi wino po drugiej stronie. W Bellagio, znaczy.
Wiecie, w Italii są takie miejsca, które upodobali sobie sławni i bogaci. Sorrento. Portofino. Mieścinki nad Como właśnie. Ale wystarczy skręcić za róg i znaleźć domową knajpeczkę, w której sprzedają wino na karafki, właściciel sam mozoli się z waszą pizzą, a za kelnerką – cóż Sanepid by na to?… – podąża jej rozbrykana suczka. Wychodzicie lekko wstawieni, zapłaciwszy śmieszny rachunek, schodzicie stromą uliczką na nabrzeże, a w nos uderza was zapach pinii, oleandrów i werbeny. Wskakujecie na prom, do pociągu, znów Mediolan, lotnisko…

I am no bird; and no net ensnares me

Koleżka z kraju, w którego języku nawet świntuszenie brzmi jak groźby karalne wypowiadane przez bardzo wściekłą osobę, że nie wspomnę o romantycznych piosenkach, najwyraźniej zabrał ze sobą moje poczucie humoru, bo od kilkudziesięciu godzin cierpię na syndrom „panie doktorze, wszystko mnie wkurwia”. Ale też świat mi nie pomaga, nieprawdaż. Zastanawiam się, czy nie byłoby rozsądne udanie się na emigrację wewnętrzną, bo gdy czytam wiadomości, to mnie krew zalewa.

Bo ten zakaz burkini na francuskich plażach.
Szczerze powiem, że nie rozumiem koncepcji.
Owszem, domyślam się, iż ostatnimi czasy, w świetle rozmaitych nieciekawych wydarzeń, u części osób ubiór jasno kojarzący się islamem może wywołać pewien dyskomfort – o tym wolałabym nie dyskutować – ale to nadal tylko ubranie. Ubrania nikomu nie robią krzywdy. To nie ubrania pociągają za spust, nie one wciskają pedał gazu, zbliżając się do grupy ludzi, nie one wyciągają zawleczkę. Ludzi z zimną krwią mordują głęboko zaburzone, okrutne świry, a nie dziewczyny siedzące na plaży z zasłoniętymi włosami. Absurdalne, chaotyczne posunięcie. Nie wiem, czemu ma służyć, poza pogłębianiem podziałów. Ten i ów podnosi kwestię uwalniania z opresyjnej kultury, ale serio, uwalnianie przez zakazywanie noszenia takich czy innych ubrań to raczej dyskusyjny pomysł, czyż nie?
No i wyobraźcie sobie, że staje nad wami trzech uzbrojonych chłopa i mówi „zdejmuj to”. Przecież to upokarzające. Czy ktoś z pomysłodawców w ogóle się zastanowił, jak kobieta może się poczuć w takiej sytuacji?

Dalej.
Nasi komentatorzy podczas olimpiady też się nie popisali.
Powiem wam szczerze, że mało co tak mnie drażni, jak przemawianie do kobiet – i o kobietach – tonem dobrotliwie poufałym, tylko nieco jakby protekcjonalnym. Och, taka mała, taka słaba.
Owszem, ja też lubię komplementy, ale umówmy się – są chwile bardziej i mniej stosowne na opiewanie czyjejś urody. Taki pan komentator zapewne nie jest znajomym sportsmenki, której kształty opiewa z takim zaangażowaniem, jakby to one miały jej pomóc zdobyć medal (ale przy mówieniu o facetach już potrafi trzymać się twardych faktów), więc ani nie wiadomo, czemu uważa za właściwe zdrabnianie jej imienia, ani nie wiadomo, czemu uważa, że jest okej opowiadać, jaka to ona ładna.
Czytałam komentarze pod fejsbukowym postem Tygodnika Powszechnego. I oczywiście: drogie panie, wyjmijcie kijki z sempiterny. Przecież my tak o was mówimy, bo was uwielbiamy. Czy już nie ma większych problemów. Jeśli której to przeszkadza, to pewnie sama jest brzydka.
Nie mam kijka nigdzie. Ale co ciekawe, życiowe doświadczenia podpowiadają mi, że mężczyźni, którzy tak otwarcie deklarują uwielbienie dla kobiet kwiecistymi słowy, zwykle kończą na deklaracjach, a w bezpośrednim kontakcie okazują się obleśnymi arogantami. A ci, co takiej pobłażliwie przesłodzonej retoryki wobec kobiet z lubością używają, zwykle są niesłychanie drażliwi na własnym punkcie i gdy zaczyna mówić się do nich językiem, którym sami się posługują – spinają się, obrażają i och, po co ta poufałość.
No właśnie, stary.

A później jeszcze cała ta historia z Teatrem Polskim we Wrocławiu. I jego nowym dyrektorem.
Cóż za żal.
Groteska.
Dla mnie cały ten wybór jest paskudnym, ostentacyjnie politycznym posunięciem. Bardzo złym. Bo ażeby wybrać kandydata niewątpliwie najsłabszego, który podczas poprzedniej przygody z zarządzaniem skończył w sądzie, i który ostatnimi czasy bryluje naprzemiennie w farsach i telenowelach, żeby uznać, że to właściwy człowiek do kierowania jednym z najważniejszych teatrów w kraju (i znanym poza nim), to doprawdy. I niestety intencje decydentów są w tym przypadku tak jasne, że aż boli. Sztuka i polityka od zawsze się mieszają oczywiście, niemniej to, co u nas dzieje się ostatnio, troszkę mną trzepie. Uważam bowiem, że towarzystwo na stołkach nie ma prawa mieszać się w kulturę aż tak. Tak naprawdę bowiem każdym teatrem świata zarządza jeden, choć zbiorowy szef.
Widz.
Nie towarzystwo na stołkach, bo ono zazwyczaj nawet w teatrach nie bywa, przecież tam degrengolada, nagość i zgnilizna moralna. Widz, który wydaje własne, często niemałe pieniądze na bilety. Widzowi nie można mówić, czego nie może oglądać. Nie można mu razem ze spektaklem wmuszać ideologii. A nade wszystko obrażać jego inteligencji.

Uch.
Tom sobie ulżyła.
Na zakończenie drobne ogłoszenie parafialne. Moi szanowni, na kilka dni może zapaść tu cisza. Ponieważ może was to wprawi w nieopisane zdumienie, ale autorka wyjeżdża w świat najpierw troszeczkę bliższy, a potem troszeczkę dalszy – powiedzmy, że są tam dwie wieże. Tym samym w przyszłym tygodniu pęknie jej 30. lot tego roku. Jak również 50 tysięcy kilometrów (52 nawet) – innymi słowy, od stycznia nie tylko okrążyłam Ziemię w najszerszym punkcie, ale nawet wyleciałam w stratosferę! Niezgorzej. I to nie koniec, obawiam się.
Jeśli tylko zastanie mnie gdzieś Internet, postaram się powiedzieć parę słów do mikrofonu, wrzucić rozmazane zdjęcie czy coś. Jak to ja. Z turystycznym pozdrowieniem, czuwaj.

Wann der Däiwel d’Kou huet, da kann en d’Kallef och huelen

No i po zawodach. Samolot odleciał.

Ludzie z grubsza dzielą się na dwie kategorie – na tych, którzy znają Józefa i na tych, którzy nie. Na ogół łatwo rozpoznaję tych pierwszych, bo niekiedy wystarczy rozmawiać z kimś przez kilka minut, żeby wiedzieć, że to swój. Czasami ci ludzie są z zupełnie innego świata niż ja, a jednak opatrzność jakoś nas ze sobą styka. No i właśnie jeden z takich delikwentów, Józefa znający niewątpliwie, postanowił, że w weekend odwiedzi nową słowiańską koleżankę w jej grajdołku. Jak pomyślał, tak zrobił. Słowiańska koleżanka natomiast była na tyle beztroska, że wpuściła nieszczególnie dobrze znanego jej człowieka do domu, licząc, że nie okaże się seryjnym mordercą. Albo to pierwszy raz…
Ziomal przyleciał rano, więc otrzymał instrukcje, jak samodzielnie dostać się do mojej kwatery głównej.
– Jeśli zamierzasz się położyć, zamknij proszę drzwi od wewnątrz – piszę.
– Dlaczego? Czy twoja dzielnica jest niebezpieczna?
– … Nie, po prostu u nas zamyka się drzwi na klucz.
– Naprawdę?
– U was nie?
– A po co?
(Chłopak mieszka w kraiku, w którym przestępczość praktycznie nie istnieje, a na domiar szczęścia jego miejscowość liczy coś około 7000 mieszkańców i państwo uwierzą lub nie, ale jest w pierwszej dziesiątce największych tamże. W kolejny szok wprawił mojego drogiego gościa fakt, że mógł w niedzielę pójść na shopping, bo jak to tak).
No dobrze.
Wracam po robocie do domu. Otwieram drzwi. Wita mnie całkowita cisza. Zasnął? Uciekł? Przecież dziesięć minut temu do mnie pisał… Rozglądam się zaniepokojona i już chcę go wołać, gdy wtem zauważam na komódce zapisaną kartkę, a obok niej dziwny przedmiot.

Hm.

Fast forward o parę godzin.
Dotarliśmy na festiwal.
– Patrz – ciągnę ziomala za rękaw i wskazuję na ogromny, wschodzący księżyc.
– Pełnia – uśmiecha się. – Znaczy, że będziemy dziś szaleć.
Wiecie, ja jestem dość wyluzowana. Mam swoje za uszami. Mało co mnie gorszy, mało co mnie dziwi. Przy ziomalu wychodzę na skromną pensjonarkę. W oczekiwaniu na Massive Attack raczyliśmy się Jägermeisterem („nigdy tego nie piłaś? poważnie? to usiądź tutaj, zaraz wracam”). Sporą miałam uciechę, gdy kolega opowiadał o tym, jak był na imprezie dla fetyszystów w Niemczech – ponieważ dlaczego nie, każde nowe doświadczenie nas wzbogaca w taki czy owaki sposób – a siedzący nieopodal facet najpierw przesiadł się bliżej nas, a potem tak wyciągał uszy w naszą stronę, że prawie się wywalił z krzesłem. Lëtzebuergesch niewzruszony ciągnął opowieść, jakby relacjonował wizytę u cioci na imieninach. I tak przez cały czas. Swoboda obyczajowa level extreme. Dla przykładu, następnego dnia przy obiedzie łobuz zabawiał mnie historią o tym, jak zażywał viagrę (bo viagra, nie wiem czy wiecie, ma taki skutek uboczny, że niweluje objawy choroby wysokościowej), nie bacząc na sąsiednie stoliki.

Koncert był fenomenalny, choć dla mnie stanowczo zbyt krótki. Bujaliśmy się z wielkim zapałem.
W drodze powrotnej raróg zagapił się na komunikat po niemiecku na ekranie kasownika w autobusie i oznajmił, że w tekście jest błąd, właściwie dwa, a właściwie trzy. Znakomicie, MPK.
Spodziewałam się, że gdy wysiądziemy, Lëtzebuergesch – nienawykły do nocnego życia, bo oni go tam za bardzo nie mają – ziewnie i będzie chciał do domu, ale nie, poinformował, że całkiem chętnie poszedłby na one quick drink.
Wszyscy wiemy, co w rzeczywistości oznacza one quick drink. Oznacza powrót do domu około piątej rano i nierówną walkę z kluczami dziwnie niepasującymi do zamków. Nie ma co nawet próbować zaklinać rzeczywistości. Ale dobrze, gość w dom, Bóg w dom (Lucyfer raczej w tym przypadku). Przyleciał z zagranicy, niech ma. Noc była młoda, więc zabrałam dżentelmena na Kazimierz. Do jedynej knajpy, do której mogłam go zabrać.
Do Singera.
Usiadł, dostał swój napitek. Patrzy na ludzi tańczących na stole do Gogol Bordello i mówi:
– Podoba mi się to miejsce. Jest takie normalne.
Każdy, kto był w Singerze w piątkową noc, wie, że aby nazwać to miejsce normalnym, trzeba mieć osobliwe pojęcie normalności. To, co tam się dzieje… no cóż, rzeczy, które wydarzają w Singerze, tam pozostają. Niemniej ziomalowi ogromnie się podobało, do tego stopnia, że zażądał powrotu kolejnego wieczoru.

Fast forward o parę godzin. Po śniadaniu w nieocenionym Kolanku (dla mnie złożonym głównie z kawy – starzeje się człowiek) pokazuję gamoniowi miasto. Zwiedzamy z przystankami na lody i ślimaczki nad Wisłą. Sybaryci, ich mać.
– A to jest nasza słynna kładka. Zakochani przypinają tu kłódki.
– Ile jest twoich?
– Co druga.
– Tak myślałem. Zatrzymujesz kluczyki, mam nadzieję?
– Wybieram kłódki z kodem.
– Mądrze.
Nader obfita kolacja w Karakterze (polecam całym sercem, jeśli PT czytelnicy wybierają się do Krakowa – GENIALNE jedzenie, rewelacyjne wina, bardzo przyjemna obsługa) sprawiła, że uczestnicy wycieczki opadli z sił i owszem, powrócili do Singera, ale w milczeniu wysączyli po jednym koktajlu i jak emeryci wrócili do domu spać.

Fast forward o parę godzin. Dla odmiany śniadamy w Alchemii od Kuchni, Lëtzebuergesch przeciąga mnie przez pchli targ na Placu Nowym (zafascynowały go rozmaite stare militarne klamoty, ale szczerze się zdruzgotał, gdy zauważył gdzieś znaczek ze swastyką – pierwszy raz zobaczyłam, jak ta wyposażona w nieustający półuśmiech buzia ściągnęła się nerwowo i zapytała, czy u nas to legalne) i dziwi się, że nigdy nie robiłam tam zakupów. Subtelnie domaga się okrążenia krakowskich sklepów z przyodziewkiem. Tu muszę dodać, że koleżka jest raczej modniś. Ma stajla w sensie. Nie wygląda jak wasz typowy belfer, którym jest. No chyba że klasyczny outfit typowego belfra w jego ojczyźnie to wytarte dżinsy tak obcisłe, że wyglądają jak zszyte na człowieku i z nogawkami wpuszczonymi w sztyblety, sweterek ze szwami na wierzchu, skórzana kurtka (zabrał ze sobą do Polski dwie, bo jedna nie pasowałaby do wszystkich spakowanych ubrań – trzecią nabył na miejscu; bez komentarza), bransoletki i nieodłączna beanie, z której drwiłam, bo kto nosi wełniane mycki w sierpniu. Szyderstwa się skończyły, gdy wczorajszego popołudnia gwałtownie wyłączono pogodę, z nieba lunęło, autorka trzęsła się jak galaretka w swojej kusej sukienusi, a ziomal ze spokojem nasadził czapeczkę i łypnął na autorkę ze złośliwą satysfakcją. Żeby oddać sprawiedliwość, podzielił się kurtką.
Jako że lało, niedzielny wieczór spędziliśmy prawie zupełnie kulturalnie na mojej kanapie. O ile w ogóle możliwe jest kulturalne spędzanie wieczoru na mojej kanapie. Oglądaliśmy Johna Olivera, puszczaliśmy sobie ulubione kawałki, żarliśmy lody prosto z kubełka i popijali białe wino, rozmawialiśmy o górach – bo on wspinający się i był bardzo zawiedziony, że dopiero w niedzielę powiedziałam mu o podkrakowskich skałkach. Jedni drugich uczyli wiązać węzły (co koniec końców doprowadziło do całkowitego unieruchomienia autorki, albowiem od klasycznych ósemek szybko przeszło do krępacji innego rodzaju). A przy okazji z koleżki wyszedł stolarz.
– To gniazdko nie wygląda dobrze. Ale to da się poprawić.
– Mogłam zostawić ci skrzynkę z narzędziami na wierzchu w piątek – śmieję się, bo to już kolejny tego typu komentarz, to krzywo, tamto się chwieje, a jeszcze tamto można by przemieścić.
– Mogłaś – odpowiada najzupełniej serio. – Ja tak mam, że gdy gdzieś wchodzę, to od razu zauważam rzeczy, które bym naprawił. Albo przerobił. Swoją drogą, pokazywałem ci już zdjęcia mojego stołu?

Fast forward o parę godzin. Budzik dzwoni o piątej. Tym razem z gościa wyłazi zdyscyplinowany górołaz – w niespełna pół godziny od otwarcia oczu stoi w drzwiach wykąpany, spakowany, gotów do drogi i postukuje niecierpliwie sztybletem.
– Moglibyśmy spokojnie jechać później – jęczę półprzytomna. – Dałbyś pospać. Masz samolot za prawie cztery godziny.
– Wiem. Ale wolę być wcześniej. Chcę jeszcze do duty free.
– Jesteś bezdusznym, zimnym…
– Wiem.
Odstawiam gościa na dworzec, wsadzam do pociągu na lotnisko.
– Może bym na wiosnę wrócił – mówi. – A jak przyjedziesz znów do Luksemburga, to daj mi znać, zabiorę cię na moją wieś.
Ależ proszę.
Strzelamy sobie misia, jadę do biura, ratuję się kawą w znacznych ilościach, po czym dostaję zdjęcie ze strefy wolnocłowej. Dzięki wizytom na Kazimierzu Lëtzebuergesch upodobał sobie smakowe wódeczki pewnej firmy. Nie potrafił wybrać, więc kupił po jednej z każdego rodzaju. Jak on to wtargał na pokład, nie mam pojęcia. W każdym razie jest już w domu.

I tak to się, widzicie, składa. Przypadek, najważniejsze w życiu to przypadek.

Ain’t no right way, ain’t no wrong

Dzisiejszy dzień zapowiadał się słabo. Do tego stopnia słabo, że wlokłam się do biura noga za nogą, całkiem poważnie rozważając zaproponowanie, że dam sobie odciąć dowolnie wybrany palec, ewentualnie głowę, jeśli to nie boli zbytnio, byle tylko nie musieć robić tego, co mam zrobić. Z nerwów oczywiście rozbolał mnie brzuch i och, jakże kusiły mnie wagary. Ale nie. Byłam twarda. Weszłam do fabryki. Włączyłam komputra. Miejmy to za sobą.
I cóż się okazało.
Wszyscy na urlopach do końca przyszłego tygodnia. Koszmar odroczony.
Doskonale. Zanim wrócą, zdążę mentalnie się uzbroić, a poza tym to ja będę wówczas tuż przed urlopem (który zamierzam spędzić 1. daleko, 2. bez dostępu do internetu), więc nie dadzą rady zrzucić na mnie jeszcze więcej rzeźbienia w wiadomo czym.

Dzisiejszy dzień to również wtorek.
Po wtorku następuje środa.
A po niej czwartek.
A po nim, jasna cholera, piątek. W piątek o ósmej z minutami ma w Krakowie wylądować samolot. I teraz to ja się zaczynam stresować. Bardzo. Z każdą godziną bardziej. Niedawno, raptem jakby wczoraj cały ten desant to był odległy plan, a tu nagle za kilkadziesiąt godzin w moje skromne progi wkroczy osobnik, o którego istnieniu dwa miesiące temu nie miałam pojęcia. Przypominam, ja na tym człowieku w pierwszych czterdziestu minutach znajomości wymusiłam zrobienie zakupów, jak jakaś jednoosobowa środkowoeuropejska szajka wyłudzaczy. Jakże w moim stylu. Inne kołyszą klapeczkami na szpilce, kręcą włosy na palcu, rzucają powłóczyste spojrzenia, a ja, cóż, ja zaczynam znajomości od nokautowania mężczyzn (bo mnie popchnięto! nie żeby specjalnie), gonienia ich po ulicach lub wysyłania po korkociąg. Lub od czkawki. True story. Lat temu wiele poznałam mojego ówczesnego chłopaka dzięki temu, że w świętej pamięci Pięknym Psie na równie Świętego Jana dostałam upiornej czkawki od śmiechu (oraz, zapewne, spożytych wówczas trunków) i wtem ktoś postawił przede mną szklankę po brzegi wypełnioną wodą z cytryną. Siedział przy stoliku obok i zauważył, jak się męczę.
Podręcznika o tym, jak zjednywać sobie ludzi raczej nie napiszę, wybaczcie, nie znalazłby wydawcy.

Mniejsza.
Człowiek z Beneluksu najpierw wkroczy, a gdy odeśpi zarwaną noc, to wsadzam go w tramwaj (niech sobie pojeździ, u siebie nie ma) i zasuwamy na koncert. Im bliżej tego wszystkiego, tym częściej w moim małym rozumku pojawia się myśl „to jest jakiś, k@#$a, kosmos”.

Zasuwamy na koncert, z czego ogromnie się cieszę, ale dziś zobaczyłam plakat Rawa Blues i serce mi zadrżało. Bo och. Bo och jeszcze bardziej (do dziś pamiętam, jak pierwszy raz w życiu usłyszałam ten kawałek – zamarłam, dosłownie zamarłam, upuściłam na kolana czytaną gazetę i siedziałam w bezruchu jak zaklęta). A mnie wtedy niemal na pewno nie będzie w Polsce. Idźcie i posłuchajcie za mnie, proszę.

O, Faustus, leave these frivolous demands, which strike a terror to my fainting soul!

Och, wielkie nieba.
Na opisanie wczorajszego dnia mogę użyć wielu barwnych epitetów, ale nie mogę rzec, by był miły.
Po pierwsze – prawie zemdlałam. Chciałabym powiedzieć, że z wrażenia lub podekscytowania. Nic bardziej mylnego. To w niczym nie przypomina omdleń z filmów i zwykle niestety nie stoi za wami młody przystojny mężczyzna gotów złapać was, zanim osuniecie się na podłogę (acz raz istotnie ratował mnie znajomy, który zauważył, że niżej podpisana zrobiła się dziwnie blada, po czym poinformowała go słabym głosikiem, że musi usiąść i czegoś się napić, a po chwili siedzenia dodała głosikiem jeszcze słabszym, że chyba nie może wstać; znajomy natychmiast zorganizował wodę i batonik, po czym oznajmił, że wzywa pogotowie, a niżej podpisana natychmiast odzyskała siły – wiem, że ludzie z pogotowia są bardzo mili, miałam przyjemność, ale nie chcemy robić scen) . Jest to okropne uczucie, gdy robi wam się jednocześnie zimno i gorąco, coś lata przed oczami, krew odpływa wam z głowy nie wiadomo dokąd, powietrze jakby nie chciało docierać do płuc i czujecie, że zaraz będzie źle, a że w dodatku zaczynacie panikować (o matko, tylko nie to, tylko nie przy ludziach, nie chcę robić zamieszania), istotnie robi się źle. Na szczęście zdarza mi się to bardzo rzadko i na ogół w stanach napięcia.
Po drugie – wieczorem byłam u dentysty. Jak wspominałam, lubię go, bardzo sympatyczny młody człowiek, ale wczorajsza wizyta była ciągiem dramatów po obu stronach. Najpierw, wszedłszy do poczekalni, odkryłam, że drzwi do gabinetu są otwarte. Na oścież. Można sobie wyobrazić, jak rozkoszne dźwięki stamtąd dobiegały. Facet siedzący naprzeciwko mnie coraz bardziej nerwowo wpatrywał się w czytaną (no, w każdym razie w trzymaną przed sobą) gazetę.
Następnie, gdy już przyszła moja kolej, dentysta nie mógł uruchomić lasera. Wezwał cały zastęp ludzi na pomoc, podumali, podumali, wreszcie zdecydowali podejść do tematu znaną techniką „wyłączyć i włączyć ponownie”. Przepięli wtyczkę do innego gniazdka, coś zgrzytnęło… i wywaliło korki. Autorka nawet troszeczkę się ucieszyła, ale było to przedwczesne, bowiem awarię w okamgnieniu usunięto, zapasowy laser okazał się sprawny, i tu zaczął się koszmar najczystszej wody.
– Wie pani, to może być chwilami nieprzyjemne.
Cudownie.
– … I nie mogę pani znieczulić.
Ach.
– Gdyby bardzo bolało, to proszę dać znać – rzekł wesoło mój do rany przyłóż dentysta. Poczucie humoru, ech? Jak ja mam ci dać znać, człowieku, gdy leżę niemal głową w dół, z zasłoniętymi oczami (ot, nuta perwersji przy okazji laserowych zabiegów) i z odsysaczem wetkniętym w otwarte usta?
Pomyślałam, że przecież nie jestem jakaś rurka z kremem, nie takie rzeczy zniosło się z godnością, ale jak słowo daję, po czterdziestu minutach udręki zakończonych płukaniem gardła roztworem chloru – całym KUBKIEM – i opuszczając gabinet z krzywym uśmiechem mającym wyrażać, że czuję się absolutnie świetnie, nic nie bolało, każdemu polecam, miałam ochotę pobić tego psychopatę własnymi butami (bardzo sympatyczny młody człowiek, akurat).
Za miesiąc powtórka.
Nie posiadam się z radości.
Zapewne wskutek tego wszystkiego i po trzecie przyśniło mi się, że byłam na wojnie. Ludzie biegali z karabinami, krzyczeli, ktoś mnie gonił.
Żeby otrząsnąć się z wielokrotnego stresu pourazowego, spędziłam dzisiejsze przedpołudnie na pieczeniu lardy cake. Samo zdrowie, gdyby ktoś miał wątpliwości. Lardy cake pochodzi z arcymalowniczego Wiltshire, a jego głównym składnikiem jest, proszę ja was, kostka smalcu. Albo i więcej, zależnie od przepisu. Oprócz tego bakalii ile wlezie. Och, no i cukier, każdą warstwę osobno posypuje się cukrem. Zażywa się na przykład z masłem, albo z ubitą kwaśną śmietaną, albo z konfiturą. Mówię przecież, że samo zdrowie. Trochę się z tym trzeba zabawić, bo mus to rozwałkowywać i składać po wielokroć, ale znakomicie smakuje na ciepło. Wiem, bo połowy już nie ma. Nie pytajcie, kto zjadł.

Od jutra się odchudzam, bo w piątek świtem przecież ten desant cudzoziemski.
Jezu.
Trzeba będzie chałupę ogarnąć.

I’m not afraid of you. You can come down here any time and I’ll be waiting for you.

U mnie po staremu, dziękuję. Deszcz pada, zimno, złapał człowieka jakiś wirus i człowiek kaszle na potęgę. Człowiek polazł do doktora – nie bez walki, bo pani w telefonie powiedziała najpierw, że najbliższy wolny termin w poniedziałek – po czym doktor, choć ogólnie uroczy, wetknął mu ten cholerny drewniany patyczek tak głęboko w gardziel, że człowieku łzy aż z oczy trysnęły. Czy oni muszą to robić. XXI wiek, a nie mogą wymyślić mniej inwazyjnych sposobów niż ten cholerny drewniany patyczek. Nienawidzę. Podobnie mam z pigułami. Jestem jednym z tych pacjentów, którzy chętnie przyjmą każdy zastrzyk w każdy kawałek ciała, żeby tylko piguły nie musieć połykać.
Pocieszam się pod kocykiem za pomocą nieodżałowanego IT Crowd. Powiem wam, że wzbudziło to nawet u mnie pewną nostalgię za tą osobliwą branżą, w której parę lat spędziłam i zaprawdę powiadam, ten serial to właściwie program dokumentalny.
Oczywiście, że moim ulubionym, ciągle przyprawiającym mnie o spazmy odcinkiem jest ten, w którym poszli do teatru i nastąpiła seria dramatycznych wydarzeń, jaskrawo dowodzących, iż nie jest to bezpieczna rozrywka, bo oto obaj bohaterowie wskutek drobnych, ale nieprzemyślanych decyzji znaleźli się w rolach bardzo dla siebie nietypowych – jeden nieoczekiwanie dla siebie został barmanem, drugi gejem na wózku inwalidzkim (i jakby tego było mało, tak właśnie musiał zaprezentować się aktorce, która mu się podobała, więc już w ogóle katastrofa na wszystkich poziomach).
Czekam, kiedy mnie się coś takiego przydarzy, bo przy mojej częstotliwości bywania to raczej kwestia czasu. Do tej pory tylko raz mnie zapytano, czy jestem z obsady – gdy wchodziłam na czytanko w czerwcu. Przysięgam, że na kilka sekund zdrętwiałam z przerażenia i miałam wizję publiczności wyciąganej siłą na scenę (dużo się nie pomyliłam, jak się potem okazało…), ale na szczęście osobnik pytający mrugnął i zapewnił, że tylko żartował.

Jeśli natomiast chodzi o innego człowieka, w którego ojczyźnie na święta życzą wam schéi Chrëschtdeeg, i wbrew pozorom nie chodzi o jakąś straszną chorobę zakaźną czy coś, to mnie wczoraj zapytał, czy mogę mu powiedzieć, jak dotrzeć z lotniska do miasta. Objaśniłam w nader obszernej epistole, że mamy bardzo wytworny terminal i pociąg, i w ogóle, a z pociągu to już łatwizna, dziesięć minut (zamieściłam nawet instrukcję kasowania biletów w tramwaju; obawiam się, że trochę przesadziłam z tą troską), a szczegóły o tym, jak znaleźć moją kwaterę główną, podeślę później.
– Nie trzeba, podaj mi tylko adres. Znajdę.
Okej.
Po chwili dostaję wiadomość i ku swemu ogromnemu zdumieniu widzę w niej zdjęcie mojego osobistego bloku, a nawet mojego osobistego balkonu z pytaniem:
– Czy to twój dom?
Cwaniak. Tak, wiem, Street View. Niemniej jeszcze się przyzwyczajam do tego, jak łatwo nas znaleźć w internetach. Oczywiście są plusy, że nie będę wspominać pewnej wdzięcznej historii sprzed dwóch lat (przerwa na rumieniec) – ale ogólnie czasami włos mi się jeży. Co jeśli kiedyś wywieszę do suszenia te bardziej niewyjściowe z moich majtek i zostaną uwiecznione na wieki wieków?…

Someone said that romance was dead

Byłam w weekend na proszonej kolacji. Wyobraźcie sobie, że nadal czasem bywam zapraszana tu i tam. Siedzimy, objadamy się, pijemy wino, autorka dyskretnie sprawdza, czy przypadkiem ikonka nowej wiadomości nie pojawiła się na ekranie telefonu i oczywiście, że się pojawiła.
– Odezwę się jutro – pisze mi kolega (czas mu jakąś ksywę chyba wymyślić). – Idę na rodzinne barbecue.
A idź sobie.
Czterdzieści minut później.
– Co robisz?
– Myślałam, że jesteś na barbecue?
– Tak, ale mi się nudzi.
Koleżanka odwoziła mnie z tejże proszonej kolacji. I tak jedziemy sobie przez uśpiony Kraków, zatrzymujemy się na światłach, a ona nagle do mnie tymi słowy:
– Powiedz no, coś ty taka uchachana ostatnio?
– Słucham?
– Nie słucham, tylko czemu się tak szczerzysz nieustannie?
– No bo… wszystko się dobrze układa, fajnie jest, wiesz, tak w ogóle…
– Jasne. W ogóle. Wysoki chociaż?
– Spadaj.
Człowiek mówiący w Lëtzebuergesch przylatuje dopiero za dziesięć dni, ale, jak widać, konwersujemy regularnie. Dzięki temu, że w komputerze i telefonie wszyscy mamy kamerki, wiem, jak wygląda jego kwatera główna. Jestem trochę załamana, bo moja (choć całkiem przyjemna, osobiście uważam) to jakaś ponura nora przy tym. Nie zachwycałabym się tak designem, gdyby nie pewien szczegół. Otóż koleś może sobie być wykładowcą, ale jest też bardzo wprawnym stolarzem i mówi, że wszystkie meble w domu zmajstrował sobie sam. Lampy też.
Świetnie się składa, bo akurat jedna mi się zepsuła.
(Koleżanko, zaprosiłaś do domu osobnika, który wolny czas spędza z piłą. Lepiej zawczasu zapisz komuś kosztowności).

No, ale żeby was nie przesłodzić.
Czytałam głośny już tekst Tochmana. Głośny i bardzo przykre, że potrzebny.
Tochmana uwielbiam za całokształt, zwłaszcza za to, że pcha się w tematy, których inni niechętnie dotykają. Za to, że kiedy czytam jego książki, to zwykle rośnie we mnie potrzeba wejścia pod gorący prysznic i szorowania się, ścierania tego brudu. Pozbycia się z głowy tych obrazów.
Tym razem nie poleciał do krajów ogarniętych wojną, nie. Napisał o osobliwej wojence, którą mamy pod nosem. Wojence, w której bronią jest knajacki, obrzydliwy język.
Gdy opublikował screenshoty paskudnych komentarzy pod adresem posłanki, Facebook zablokował mu konto. Zablokował JEGO konto, nie tych nędznych padalców. Którzy oczywiście nerwowo pousuwali wpisy i powygrażali sądem (za co niby? za posłanie dalej swoich własnych, opublikowanych pod nazwiskiem wypowiedzi?). A co jeszcze smutniejsze, pod felietonem gęsto od komentarzy z gatunku „cóż, za ładna to nie jest, więc niech się cieszy, że w ogóle ktoś tak o niej powiedział”.
Poraża mnie to.
Nie potrafię ubrać w słowa tego, jak bardzo boli mnie powszechne przyzwolenie na ciskanie obelgami i bagatelizowanie problemu, bo przecież to tylko słowa. Otóż nie. Nie tylko. Sądzę, że wiele fizycznych obrażeń łatwiej zapomnieć. Ze słów człowiek leczy się długo. Czasami nigdy.
Tym bardziej poraża mnie to, że ci ludzie mają żony. Córki. Ba – są kobietami. Można się zastanawiać, czy chcieliby/chciałyby, żeby ktoś tak mówił o ich najbliższych albo o nich samych.

Nasłuchałam się w życiu trochę obleśnych tekstów – być może w założeniu miały być komplementami, w rozumieniu tych, co je wygłaszali. Znam kobiety, które uważają, że nie ma o co kopii kruszyć, bo przecież to miło, gdy ktoś was nazywa dupą. Gdy ktoś twierdzi, że wyglądacie na takie, co dobrze się pieprzą. Ale nie. To nigdy nie był, nie jest, nie będzie komplement. Nie pochlebia. Sprawia, że człowiek czuje się jak porcja w sklepie mięsnym.
Nie. Nie, po wielokroć nie.
I to prawda. Zaczyna się od słów. Później zawsze następują czyny. Jeśli zlekceważymy to pierwsze, drugie zaraz będzie ante portas.

Love is a verb

Próbuję umówić się z moimi pannami na jakiś kulturalny podwieczorek (znaczy piwo i frytki zapewne).
Jest to ostatnimi czasy sprawa wymagająca telefonów, negocjacji i synchronizowania grafików, w sumie głównie z mojej winy – sami widzicie, jak mój rok wygląda. A tym razem okazało się, że panny w komplecie są w mieście li w ten weekend, gdy ja będę robiła za przewodnika mego znamienitego ziomala z Luksemburga. Ja go mogę zabrać na sabat czarownic, niech pozna chłopak lokalny koloryt, ale nie wiem, czy to nie byłoby dla niego za dużo. Panny nie mają nic przeciwko, zresztą nawet jakoś bardzo się nie zdziwiły moją tradycyjnie suchą informacją o tym, że człowiek, którego one nigdy nie widziały, a ja raptem dwukrotnie, jest tak zdeterminowany, by odzyskać swój korkociąg (bo ja go w końcu zabrałam do naszej krainy mlekiem i miodem płynącej), że postanowił osobiście udać się na obczyznę w tej sprawie.
Przy okazji, eee, idziemy na koncert. Napomknęłam mu, że akurat Massive Attack będzie w Krakowie i proszę sobie wyobrazić, że mój znamienity ziomal wysłał mi dziś wiadomość, że właśnie nabył bilety dla nas obojga.
Dotychczas myślałam, że to ja jestem trochę wariatka. Może jednak nie tak bardzo.

A ja naprawdę bardzo, bardzo lubię Massive Attack. Ten na przykład kawałek zawsze, od wielu lat noszę przy sobie, obowiązkowo na każdej z moich playlist.

Informacja dla panien była tradycyjnie sucha, bo po pierwsze w sumie nie bardzo jest o czym mówić na razie, a po drugie ja z tych nie tyle nawet dyskretnych, co obsesyjnie pilnujących, by moje relacje międzyludzkie były moje i bezpośrednio zainteresowanych. Nie rozmawiam o rozrzucanych skarpetkach, nie żalę się przyjaciółkom, że nie przedstawił mnie cioci, nie analizuję osobowości ani trudnego dzieciństwa, nic z tych rzeczy. Gdyby któryś z moich lowelasów przypadkiem wygadał się, że pracuje dla Mossadu, wie, kto naprawdę zabił Kennedy’ego, gdzie jest zaginiony malezyjski samolot i czy Amerykanie naprawdę wylądowali na Księżycu, takie tam – mógłby być całkowicie spokojny. To nie dotyczy jedynie mężczyzn w życiu autorki, ale absolutnie wszystkich. Nie ma szans, by namówić mnie na ploty o kimkolwiek znajomym. Nie było tak zawsze, ale człowiek mądrzeje z wiekiem.
U mnie moment zmądrzenia przypadł w pewien sobotni wieczór dawno temu, gdy poszłam na drinka z z moją ówczesną znajomą i jej nowym facetem. Nie znałam go wtedy, to był naprawdę świeżutko złowiony obiekt. Ja natomiast byłam wówczas w samym oku miłosnego cyklonu i przeżywałam największe z dotychczasowych oszołomień tego rodzaju, o czym moje damskie towarzystwo doskonale wiedziało. Tego wieczoru jednak o nim nie mówiłam. Co w niczym nie przeszkodziło mającej nastąpić katastrofie. W pewnym bowiem momencie facet znajomej nachylił się ku mnie i wygłosił wykład pod tytułem „dlaczego powinnaś natychmiast przestać widywać tę szuję”. Tak po prostu. Zatkało mnie kompletnie. Siedziałam z zębami zaciśniętymi tak mocno, że aż mnie szczęki rozbolały. Gdy obywatel zakończył wykład, przeniosłam zdumiony wzrok na koleżankę, która przytaknęła z zapałem. I nie widziała absolutnie niczego niewłaściwego w tym, że podzieliła się szczegółami mojego życia uczuciowego ze swoim gachem, ani tym bardziej w tym, że tenże uznał za stosowne zapodać mi szereg dobrych rad. Jest prawdą powszechnie uznaną, że nie ma nic gorszego nad niechcianą dobrą radę czy dobroduszne pouczanie, tym bardziej w wykonaniu kogoś, kto o waszym życiu ma pojęcie, oględnie rzecz biorąc, żadne. To jest Matterhorn nietaktu.
Dlatego wolę moje tajemnice.

Z innej natomiast beczki, The Living and The Dead się skończyło (czy wspominałam, że polecam? polecam!), i oczywiście, że obejrzałam ostatni odcinek raz jeszcze, by zachichotać, jak drogi i uroczy autor mojego obrazka usiłuje poderwać kobietę – zamężną, notabene, świnia jak zwykle – na ananasa. Taki owoc. Nie że czekoladki czy inne tam róże, nie, ananas. Ja bym się raczej dała przekonać.
Bez ananasa również, jak sądzę.
Tu lepiej się zatrzymam.
Cóż. Bilet na wyczekiwany koncert to też coś. Musiałam bardzo się powstrzymywać, żeby nie odpisać koledze, że jest kochany i będę wielbić do końca życia.

Back off or the lizard gets it!

Plusem częstych wyjazdów jest niewątpliwie to, że człowiek ma porządek w mieszkaniu, bo brakuje okazji do bałaganienia. Wraca po tygodniu nieobecności (bo wiadomo, imprezę w Krakowie mieliśmy) i aż przyjemnie wejść.
Liczę naiwnie, że uda mi się utrzymać ten stan przez najbliższe trzy tygodnie. A potem wiadomo – palemka, klapeczki, sypianie do późna (czyli, w moim przypadku, najdalej do dziewiątej).
Dziś doczytałam, że w miejscu, do którego się wybieram, jest sporo jaszczurek. Fenomenalnie. Nie ma internetu, za to są jaszczurki. Nie wiem, czy to lepsze czy gorsze od tej myszy, co mi po nodze przebiegła. Muszę sobie zakonotować, by zapalać światło przy okazji nocnych wędrówek do łazienki na bosaka, żebym całej gminy nie obudziła wskutek nieoczekiwanego kontaktu cielesnego ze śliskim gadem.

A poza tym wyobraźcie sobie, że moja wiara w to, że jeśli jesteśmy mili dla innych, to inni też będą mili dla nas (no chyba że nie) przyniosła pewne owoce. Skromny to plon i jeszcze lekko kwaśny, ale jednak plon. Wspominałam o tym wybitnie psującym atmosferę osobniku, na samą myśl o którym brzuch mnie boli z nerwów, prawda? Otóż rozmawiałam z nim dzisiaj przez telefon – gdy zadzwonił, liczyłam przez chwilę, że grom z jasnego nieba skróci moje męki; już i bez niego miałam stresujący dzień.
Nawet jakaś niezła była ta rozmowa. Ale prawie wypuściłam słuchawkę z dłoni, gdy gość rzekł na koniec:
– Thank you very much for your help. I appreciate it.
Słowo daję, że słyszałam od niego po raz pierwszy w życiu. Podziękował mi za coś. I w dodatku very much. I dodał, że docenia. Nie może to być. Kosmici podmienili? W drodze do pracy stanął oko w oko ze śmiercią? Odkrył pierwszy siwy włos na skroni (czas najwyższy, ja przezeń zarobiłam ze cztery)? Zauważył, że niektórzy chyba jednak czerpią korzyści z używania słów „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam”?
(No dobrze, nie chwalmy dnia przed zachodem słońca, na razie użył tylko jednego z trzech – z „proszę” nadal musi się, że tak powiem, przeprosić, bo wyjątkowo nie lubi używać, a w angielskim jednak brak tego magicznego słówka na końcu zdania sprawia, że zdanie owo brzmi straszliwie arogancko (z drugiej strony, spędziwszy nieco czasu z moim own personal Jamesem Bondem – który, nawiasem mówiąc, właśnie oświadczył się swojej wieloletniej dziewczynie, zabrawszy ją w tym celu na wycieczkę-niespodziankę do, bagatelka, Niu Jorku; tak, on naprawdę istnieje! – wiem doskonale, że anglojęzyczni potrafią używać tych swoich obowiązkowych uprzejmości w taki sposób, że doskonale wiecie, co oni wam naprawdę chcą przekazać. Otóż chcą przekazać „zejdź mi z oczu”, że to tak delikatnie ujmę).
To ci postęp, no. Cóż, jest to osobnik, który potrafi rozmawiać o was – mówiąc o was per „ona” – z innymi w tym samym pomieszczeniu, jakby was nie było, więc nie spodziewam się jakiejś rewolucji w zachowaniu, ale krok za kroczkiem może coś się odmieni.
Widzicie, może ta moja misja nie taka całkiem bezsensowna. Powolna praca u podstaw…
Jeszcze dwanaście lat i pójdziemy razem na kawę.

Tyle rozważań ogólnospołecznych.
Na dobranoc mam dla was współczesny egipski jazz, i zanim zmarszczycie brwi, bo jazz i bo egipski, posłuchajcie. Bardzo zmysłowe. Dawno mi się nie trafiło żadne odkrycie muzyczne, ale to mnie ruszyło.

Climb every mountain

Tak poza wszystkim to ja bardzo lubię mojego dentystę, ale jego poczucie humoru uważam za dyskusyjne.
– Będzie dużo krwi – powiedział, zasiadając za mną. – Hihihi. Żartowałem.
Doprawdy. Wybuchłabym perlistym śmiechem, gdybym mogła poruszać żuchwą.

Kolega z tego małego państewka na L wysłał mi zdjęcia z urlopu – jako nauczyciel akademicki ma go blisko cztery miesiące, jest za co człowieka nie lubić. Uściślając, wysłał mi zdjęcia z bujania się na linie nad jakąś alpejską przepaścią. Z dopiskiem, że powinnam kiedyś spróbować.
Sądzę, że wątpię. Gwoli ścisłości, ja też raz bujałam się nad alpejską przepaścią, i w dodatku na glajcie, i prawie padłam na ostry zawał serca, gdy instruktor wskazał mi startowisko – taką przełęcz wąziutką, na wysokości dwa tysiące coś nad poziomem morza – i powiedział:
– Zobaczysz. Jeden-dwa kroki i jesteśmy w powietrzu.
053 (1)
Byłam raczej skłonna podejrzewać, że te dwa kroki będą ostatnimi w moim życiu, ale o dziwo facet miał rację. Natychmiast wyciągnęło nas w górę. Nigdy nie zapomnę. Tak czy inaczej, było to siedem lat temu i od tamtej pory moje zapotrzebowanie na adrenalinę zdecydowanie zmalało. Góry oczywiście uwielbiam, ale wolę po nich chodzić niż się wspinać. Dość powiedzieć, że minionej jesieni po pewnym niespodziewanie stromym tatrzańskim szlaku ześlizgiwałam się tyłkiem, nie bacząc na godność.
Co nie zmienia faktu, że tęsknię za dreptaniem po łydki w śniegu w środku upalnego lata.
Co nie zmienia faktu, że chciałabym znów zalatać. Tęsknota za powietrzem nigdy nie cichnie. Ale nie jest to tęsknota obezwładniająca. Mam wrażenie, że to zamknięty rozdział, coś, co dla mnie już minęło.

Czekaj pan. Ja ci też wyślę zdjęcia z moich wakacji, które raptem za miesiąc. Zobaczymy, kto komu będzie zazdraszczał.
(Owszem. Jadę. Na prawdziwe wakacje, znaczy się leżenie plackiem na piasku. Z książką. Z drinkiem i palemką w drinku. I drugą palemką ocieniającą moje grzeszne ciałko. Nie dowierzam jeszcze, bo tęskniłam za prawdziwym, leniwym urlopem, ale po tym, jak w ubiegłym roku musiałam z takiego – niecierpliwie wyczekiwanego – zrezygnować, straciłam wiarę. A tu proszę).
((Jeśli chcą państwo przyjmować zakłady odnośnie tego, jak długo autorka wytrzyma w roli placka, to bardzo proszę – osobiście obstawiam półtora dnia, dlatego do walizki pierwsze trafią trekkingowe buty)).

Tymczasem – tak, wiem, nie interesuje to nikogo poza mną, ale to mój blogasek – opublikowano pierwsze oficjalne zdjęcie nowego Darcy’ego w Open Air Theatre tego lata. Bo jak wiadomo, poprzedni nie wraca. No to zorganizowali zastępcę.
Hm.
Hm.
Nie odmawiam mu czaru, powabu czy czegoś, ale zaprawdę nie podejrzewam, by pierwszym dźwiękiem po zgaśnięciu świateł był trzask łamiących się serc, jak to było trzy lata temu, gdy ten spektakl poprzednio wystawiano na tej niezwykłej scenie.
Może i lepiej. Setki kobiet zachowają zdrowie.
Poza tym wyobraźcie sobie, jak beznadziejnie byłoby, gdyby fajne rzeczy mogły wydarzać się dwukrotnie. A tak – odpływają na zawsze. Nie ma. Pozostaje się cieszyć, że kiedyś nam się trafiły.
Ech, jakoś podejrzanie refleksyjny wpis mi wyszedł.

Następnego dnia
My tu gadu gadu, a kolega przy sobocie zdążył wleźć na Grossglockner.
Phi.
Chwalipięta.
Ja zdążyłam wypić kawę i przeczytać kilkadziesiąt stron kryminału.

Powered descent

Apokaliptyczna ulewa za oknem znakomicie odzwierciedla mój dzisiejszy nastrój.
W dodatku dentysta był grany. Lekko seplenię.

Pamiętacie tę zmorę, co mi tak humor psuła niedawno samą swoją obecnością, że o pełnych nieodgadnionej irytacji westchnieniach rzucanych w przestrzeń nie wspomnę? W przyszłym tygodniu znów będę miała z nią do czynienia i na samą myśl boli mnie brzuch. W nieprzyjemny sposób. Bo brzuch może też boleć w sposób przyjemny, gdy czekacie na coś, co jest tak troszeczkę przerażające, ale bardziej ekscytujące. Niestety to nie ten przypadek.
Chyba nie pomogłam sobie oglądaniem Whitechapel wczoraj przed zaśnięciem. Uwielbiam, poza tym oczywiście Rupert, oj przepraszam, Rupert jest drugą najpiękniejszą osobą na tym łez padole (to nie jest kwestia do dyskusji, to jest fakt), ale to jest tak mroczne, że aż chce się sprawdzić, czy na pewno drzwi zamknięte. I okna. I co to było, ten trzask w korytarzu?…

Troszeczkę a propos, odbyłam wczoraj ciekawą – to znaczy, dla mnie ciekawą – rozmowę.
– Widzisz, bo ja się boję, że stracę kontrolę.
– To stracisz. W czym problem?
– Nie lubię.
– Wolisz nad wszystkim panować, co?
– Tak, nad sobą zwłaszcza.
– Wyluzuj. Ręce z kierownicy. Nie bój nic. Zobaczysz, będzie fajnie.
– Nie umiem.
– Pewnie, że umiesz.
Spogląda na mnie z ufnym uśmiechem i wiem, że ma rację.
Ale.
Gdy ktoś mi mówi „wyluzuj”, to zwykle jeszcze bardziej się spinam, ale istotnie, są ludzie, którzy potrafią tak na mnie wpłynąć, że mam wrażenie, iż gdybym w ich obecności zaczęła bujać się na żyrandolu, to nawet by im powieka nie drgnęła, i ze sztywnego androida zmieniam się w leniwie dryfującą meduzę. Nie ma ich zbyt wielu, ale są i doceniam ich zbawienne działanie na moje nieustannie napięte mięśnie. Nie da się zaprzeczyć, że jestem lekkim (?) control freakiem, który rzadko po prostu pozwala sprawom się dziać, to nie w jego stylu. Lubi być przygotowany i nie lubi improwizować. Oczywiście zmuszony do tego drugiego zwykle odkrywa, że to nie takie straszne, a może nawet przyjemne, może nawet bardzo. Trochę go jednak kosztuje zwolnienie tych swoich hamulców, które czasem aż piszczą. Podczas gdy inni często walczą ze sobą, żeby czegoś nie zrobić, ja walczę, by coś zrobić.

Co mi przypomina, że oto mijają dwa wesołe lata, odkąd wlokłam się noga za nogą na zaplecze pewnego teatru i z każdym kolejnym krokiem żołądek podjeżdżał mi bliżej gardła. I miałam szczerą nadzieję, że jednak nie dojdzie do tego, co w przypływie optymizmu zaplanowałam, bo po drodze chodnik się rozstąpi i wpadnę w jakąś dziurę, ryksza mnie potrąci, ale niestety, nic z tych rzeczy. A potem to już było za późno na odwrót.

Oto mija również rok od momentu, gdy złożyłam wypowiedzenie. Jedną ręką trzymałam Pana Boga za piętę, drugą ocierałam łzy paniki. I nadal je ocieram czasem, bo często czuję się nie dość dobra.
Z drugiej strony tak sobie myślę, że może lepiej czuć się nie dość dobrym niż zbyt dobrym… Niepewność siebie zmusza do podjęcia jakiegoś tam wysiłku, nadmierna pewność usypia czujność.

Consigned to the fiery lake of burning sulfur

Oczywiście, że rzeczywistość nieco kąsa. Bo choć mój nowy kierownik jest czarujący, to jednak ma wyraźną skłonność do wypruwania ludziom żył. Gdy zobaczyłam, na którą godzinę ustawił nam spotkanie – nie żeby przebywał w innej strefie czasowej niż ja – mój entuzjazm zwiądł jak przekłuty balonik. Ludzie to sumienia nie mają.

Na szczęście kolega z Luksemburga nadal przyjeżdża i ma już bardzo konkretny plan wycieczki, o czym mi wczoraj doniósł. Zatrważające. Nie wiem, jak mój grajdołek wytrzyma to jednoosobowe oblężenie, ale jestem dziwnie pewna, że ja sama nie będę się nudzić. Bynajmniej.
Na szczęście autorka w miniony piątek zorganizowała sobie tegorocznego sylwestra i zamierza spędzać go w taki sposób, w jaki najbardziej lubi (przynajmniej jeśli mowa o sposobach niewymagających zdejmowania ubrań). Jest to tym dziwniejsze, że w poprzednich latach zdarzało się, że autorka po południu 31 grudnia nie wiedziała, jak będzie świętować i czy w ogóle, bo nigdy nie przepadała za imprezami na gwizdek. Ale skoro mogę spędzić ten wieczór, robiąc coś, co sprawia mi niewątpliwą przyjemność, to dlaczego nie. Przynajmniej nic wbrew sobie.
Na szczęście Łazarz nadciąga do Europy. To bez dwóch zdań trzeba będzie zobaczyć.

Po stronie nieszczęść zapisuję mojego młodego sąsiada – nie na tyle wszak młodego, by nie zdążył mieć lekcji historii w szkole, ale może zapomniał – który minął mnie w piątek w drzwiach, dumnie prężąc klatę z napisem POLSKA WALCZĄCA z przodu i jakimś idiotycznym hasłem z tyłu, pewnie w założeniu twórcy tego dizajnu patriotycznym.
Nie wiem właściwie, czy bardziej mnie to wkurwia – łagodniejsze słowa nie oddają, państwo wybaczą – czy niepokoi. Mówię tu tak o bezczelnym podkradaniu symboli, jak i o narastających nastrojach, które tylko z tym mi się kojarzą. Przerażają mnie te wszystkie teksty o wrogach ojczyzny. Ciekawam, kogo oni mają na myśli – nie zdziwiłabym się, gdyby takich jak ja również, wszak nie dość, że nie prowadzę się zbyt moralnie, to jeszcze pracuję dla zachodniego kapitalisty, nie mam najmniejszego problemu z wsiadaniem do samolotu z osobami o ciemnej karnacji, moja prababcia była cudzoziemką, jeden z moich dobrych przyjaciół jest gejem i niebawem bierze ślub, ogólnie słabo to wygląda. Tak, drwię, ja tak. Nie zdziwiłabym się szczególnie jednakowoż, gdyby całe to polskowalczące towarzystwo moje powyższe dictum potraktowało zupełnie serio i zaklasyfikowało mnie do pełnoetatowych zdrajców; poczucia humoru to ja u nich nie zauważam. Zauważam za to pogardę, z której na domiar złego towarzystwo jest dumne. To absolutnie nieuzasadnione poczucie wyższości. Wycierania sobie gęby patriotyzmem nie znoszę jak mało czego, zwłaszcza w wykonaniu ludzi, którzy ledwo potrafią sklecić poprawne zdanie w ojczystym języku. I przeraża mnie, że oni czują się coraz pewniej. Bezpieczniej. Wolno im. Czują się świetnie, nazywając innych ludzi, o nie tak śnieżnie białych jak ich własne (nieważne, że nader często przy okazji spuchnięte od nadmiaru piwa za 1,60 puszka) obliczach bydłem. Wreszcie mogą poczuć się od kogoś lepsi.
Ech.
Gdy to pisałam, przypomniała mi się scena z Mahabharaty Brooka, gdy jeden z bohaterów pyta drugiego z przestrachem w głosie:
– Czy to prawda, że ten świat ulegnie zagładzie?
A drugi odpowiada mu spokojnie:
– To już się wydarzyło. I wydarzy się znów. I znów.

Some things must stay out of reach

No to co? Dalej z tym koksem?

Przed niedzielą, opisywaną poniżej, była sobota, jak to zwykle ma miejsce. Wstałam w środku nocy, pojechałam na lotnisko, wsiadłam do samolotu, poleciałam (to już się robi nudne, prawda?). Wydostawszy się z pociągu na dworcu St Pancras, skonstatowałam, że dzień zapowiada się pięknie i może przejdę się pod Southbank Centre pieszo, zamiast metrem się tłuc. Zdrowy spacerek. No, może nie aż taki zdrowy, biorąc pod uwagę ruch uliczny, ale po Londynie w gruncie rzeczy całkiem dobrze się chodzi i bez dwóch zdań warto, bo dzięki temu poznaje się miasto, znajduje poke… och wróć. Nie nie. Nie trzeba wzbogaconej rzeczywistości, żeby czerpać przyjemność z łażenia ulicami i przyglądania światu.
Dotarłam zatem pod Southbank Centre, zasiadłam w ogródku, zamówiłam sobie coś stosownie chłodnego do picia, wystawiłam gębusię do słońca i było mi nieopisanie rozkosznie. Przez chwilę nawet myślałam, że przy tej nieprawdopodobnie pięknej pogodzie rozsądnie byłoby odpuścić sobie popołudniowy spektakl w Royal Court i pojechać od razu do Regent’s Park, zająć miejsce pod jakimś przyjemnym drzewem, zrzucić buty i cieszyć się życiem – ale w rzadkim dla mnie rzucie samodyscypliny postanowiłam jednak zrealizować oryginalny plan. Zwłaszcza że przecież już zapłaciłam za bilet na ten popołudniowy spektakl, może niedużo (Royal Court ma sporo biletów po 10-12 funtów, z bardzo dobrym widokiem, dodajmy, a uświadamiam, że na West Endzie bileciki chodzą i po 110, co uważam za bardzo nieśmieszny żart), ale jednak. No i, via hotel, pojechałam na Sloane Square. To właśnie na tamtejszej stacji metra mnie ta przygoda z myszą spotkała.

Tu muszę trochę posypać głowę popiołem.
Nie lubię Doktora Who. Nic nie poradzę, nie lubię. Po wielokroć próbowałam przekonać się do tego serialu i poległam. Co więcej, jeszcze trzy lata temu nie wiedziałam, kto to Matt Smith i czemu damy tak szaleją na jego punkcie. Widziałam go w American Psycho i chociaż serce mi nie drgnęło, byłam pod wrażeniem tego, jak bardzo odpychający był w tej roli – oślizły, lodowaty psychol. Od tamtej pory dobrze wiem, kto to. I gdy dowiedziałam się, że wraca na scenę – na bardzo szczególną scenę, bo Royal Court to miejsce, które jednak pisze historię europejskiego teatru, udostępniając swoje przestrzenie dla rozmaitych eksperymentów i wspierając nową dramaturgię – od razu zaklepałam sobie bilecik.
Witz w tym, że nie miałam pojęcia, co obejrzę, bo sztuka, w której Smith miał występować, nie istniała.
I nie istnieje do tej pory.
Była tworzona podczas prób i jest nadal modyfikowana, w czasie każdego spektaklu.
To brzmiało jak pewna katastrofa, ale przedstawienie zbiera entuzjastyczne recenzje.

W zarysie – to historia reżysera filmowego, który od dziesięciu lat pracuje nad nową produkcją. Robi wszystko, żeby spowolnić, ba, wstrzymać zdjęcia, bo poszukuje doskonałego światła. Światła będącego czymś więcej niż światło – „the light of the smell of the colour of the sound”, jak w pewnym momencie mówi. Domaga się, by rejestrować na taśmie, nie cyfrowo. Jest takim trochę przerośniętym dzieckiem – wrażliwym artystą, goniącym za czymś nieosiągalnym, ale też kapryśnym gamoniem. W ryzach trzyma go producentka, sfrustrowany operator rzucający Coelhowskimi frazami i głucha dziewczyna przysłana w roli szpiega przez firmę wykładającą dodatkowe pieniądze na tę jego taśmę. Główną rolę w tym powstającym w bólach filmie ma grać aktorka tyleż doskonała, co z wyraźnym zaburzeniem osobowości – wróć, ona nie ma osobowości. Jest przejmująca, gdy gra, ale gdy jest sobą, sprawia wrażenie niezdolnej do odczuwania czegokolwiek psychopatki. Gdy Smithowski bohater próbuje wydobyć z niej jakiekolwiek emocje, jej własne, odpowiada mu beznamiętnie: I’m an actor. I can feel whatever you want if you fucking pay me.
Wreszcie nasz reżyser zdaje sobie sprawę, że chyba jednak będzie musiał ten film nakręcić, w akcie osobliwego sabotażu sprowadza na plan aktora, który zawsze robi burdel (dosłownie i w przenośni). Zakochanego w sobie, obleśnego świra w skórzanych portkach, butach na obcasie i z tlenioną blond szopą na głowie, zwanego Bestią. Bestia wali tekstami paskudnie nieprzyzwoitymi, które po pierwszym słowie w pierwszym zdaniu przekraczają granicę dobrego smaku o kilometr (wystarczy powiedzieć, że opowiada o fellatio z dwunastolatką i wierzcie mi, nie jest to najgrubsza kwestia w tym spektaklu). Ale Bestia ma swoje tajemnice… Bestia opowiada komuś, w kim wreszcie troszeczkę się zakochał, że nazwano go tak, bo kiedyś wpadł na filmowy reflektor, który po angielsku nosi właśnie taką nazwę – Brute. Obiekt jego westchnień odpowiada wtedy, że powinien mieć ksywę Ćma, skoro tak go światło nęci.
Gdy wychodziłam z teatru, przed wejściem jakiś sympatyczny, uśmiechnięty człowiek, w dość zwyczajnej koszulce i dżinsach, z wdzięcznym i absolutnie nie blond jeżykiem na głowie gawędził z publicznością. Chwilę mi zajęło zorientowanie się, że to sama osoba.

Ale, ale.
Smith.
Chłopak ma widownię w garści, zresztą scenę też, bo gra z niebywałym luzem.
W którymś z artykułów poprzedzających premierę napisano, że ryzykuje zawodowym samobójstwem.
Nie sądzę.
Wiecie, będąc celebrytą rozpoznawanym na całym świecie, łatwo łaskawie zgodzić się na rolę Hamleta czy innego tam Ryszarda lub też Koriolana. Wziąć robotę w małym teatrze, w spektaklu, którego tekst jest pisany podczas prób – to jest trochę (trochę?!) wyzwanie i niezbyt oczywista decyzja dla kogoś, o kogo Hollywood się upomina. Ryzykowna. Wszak to branża, w której częściej nie ma się pracy niż ją ma. A jednak.
Cudownie się to oglądało. Ekipa świetna, chemia pomiędzy nimi taka, że aż miło patrzeć. Dużo improwizują, gotują się zupełnie, chichoczą do widowni, nawet nie próbują zachować powagi. I to wszystko na gołej scenie, z całą umownością teatru, z przedmiotami opatrzonymi etykietkami, maszynistkami przesuwającymi pośpiesznie skąpe dekoracje. Aż wreszcie następuje finał i zaprawdę powiadam, tego się nie spodziewałam. Tego nikt się nie spodziewał, bo przez widownię przebiegł dźwięk gwałtownie branego oddechu. W tej jednej, ostatniej scenie nie ma już ani surowości, ani umowności, są za to czyste czary. Oszałamiające, poruszające. Szczęka opada.
W tej króciutkiej chwili widz czuje to właśnie tytułowe nieuchwytne.

Obejrzawszy i nawzdychawszy się w zachwycie, udałam się do Regent’s Park, zobaczyć Jesus Christ Superstar.

Wszyscy wiedzą, jak skończyła się moja ostatnia wizyta w tym parku. Miałam migotanie komór i zgubiłam się w drodze do odległego o dwadzieścia minut spacerem hotelu. Teraz, na moje szczęście, parkowy teatr wystawił mapkę dla takich poteflonów jak ja.

20160716_2052342.jpg.jpeg

Okazało się, że po wyjściu należy skręcić w lewo, iść przez dziesięć minut prosto jak alejka prowadzi, przejść przez skrzyżowanie et voilà, stacja metra.

Open Air Theatre to cudowne miejsce. Pachnie jaśminem i lipą. Ptaki przysiadają na scenie. Wiatr śpiewa w gałęziach. To jest dość skromny amfiteatr – choć mieszczący tysiąc osób – ukryty wśród potężnych kasztanów i lip, bardzo magiczny. Dodam, że by tam wejść, trzeba przejść przez różany ogród. Zamiast foyer mają piknikową łączkę i malowniczy bar na wolnym powietrzu. Moim zdaniem jedna z pereł Londynu.

Miałam pewne obawy, że moje drugie odwiedziny skończą się tak, jak te pierwsze, to znaczy żałośnie, żenująco i spuśćmy zasłonę milczenia, ale nie było tak źle, choć prawda taka, że parę razy moje słabe (za to jakże pojemne) serce drgnęło. Bardzo się ucieszyłam, gdy przeczytałam, że Jezusa zagra Declan Bennett – który zasłynął rolą w teatralnej wersji Once. I gdy wyszedł na scenę, w czapce z daszkiem, papierosem i gitarą przewieszoną przez ramię, wyraźnie znudzony i poirytowany ludźmi szalejącymi na jego widok (ha, prawie taki współczesny celebryta) to pomyślałam sobie – będzie dobrze. On nie ma wielkiego głosu, ale ma charyzmę. To jest Jezus bardziej folkowy niż rockowy (jeśli słyszeliście Iana Gillana w tej roli…), ale kto powiedział, że w ten sposób nie można tej roli zaśpiewać? Można.
Natomiast chociaż Declan jest w porządku, troszeczkę dał sobie to przedstawienie ukraść.
Oczywiście to Judasz jest kluczową postacią w tym spektaklu, a tu Judasz to drobny chłopiec o głosie tak potężnym, że włosy dęba wszędzie stają.
Na tej wcale nie takiej znowu dużej i pozbawionej dachu scenie nie da się czarować widowni efektami specjalnymi, więc to bardziej siłą rzeczy koncert niż przedstawienie, pierwsze minuty wyglądają niemal rozczarowująco, no bo jak to, aktorzy w jakichś poszarpanych szarych portkach, mikrofony na statywach – ale im dalej w las (w którym, technicznie rzecz biorąc, w pewnym sensie jesteście), im niżej słońce, tym więcej momentów wizualnie olśniewających, dosłownie, bo dużo brokatu. Brokatu używanego zamiast krwi (nie żeby z krwi całkowicie zrezygnowano…) i zamiast srebrników. W scenie biczowania kolejni wykonawcy podbiegają do półnagiego, wiszącego za nadgarstki przywiązane kablem od mikrofonu do dwóch przeciwległych krańców sceny, Declana i uderzają go z całych sił rękami całymi w złotym pyłku. Nie do pozazdroszczenia, ale efekt piękny. Wejście króla Heroda, który ciągnie za sobą przynajmniej kilkunastometrowy, lśniący tren płaszcza – Alexander McQueen byłby dumny – wyśmienite.
I och, ten zapach kwitnących krzewów, zachodzące słońce, słowiki, bażanty, nietoperze przelatujące nad głową… Jak się nie zakochać.
Chyba jednak nie powinnam bywać tam zbyt często. Ale wy, jeśli tylko będziecie w Londinium latem, idźcie koniecznie. Nie pożałujecie, powiadam.

Mnie tymczasem trzeba wrócić do lokalnej rzeczywistości. Oby nie na przesadnie długo.

Mischievous strumpet

Będzie od końca, dobrze?

Wstałam bardzo rano,
20160718_054327

żeby odlecieć do domu.
20160718_104501

Jakoś tak podoba mi się to zdjęcie – ten skrawek nieba pomiędzy dwiema warstwami chmur… Mniejsza o zdjęcie jednakowoż.

Wczoraj byłam na czytanku. Wiadomo. Nie ma lepszego pomysłu na niedzielę w Londynie. To znaczy, są lepsze pomysły, ale nie wiem, dlaczego miałabym brać je pod uwagę, skoro na czytankach zawsze pysznie się bawię i skoro widzę samych znajomych.
Zawsze jest tak samo i nie będę już zanudzać was opowieściami o tym, jak to cudownie patrzeć, gdy aktorzy kompletnie się gotują i nawet nie próbują tego ukrywać, jak mylą im się strony i wersy, jak wygłaszają żarliwą przemowę do kogoś, kto niezbyt dyskretnie pokazuje im „to nie do mnie, to do niego”, jak przewracają się na twarz, wbiegając na scenę, jak nawzajem wykręcają sobie numery i tak dalej. Tuż obok mnie siedział jeden z nich – pięknie pachnący dżentelmen (tak, tak…) z gitarą, na której od czasu przygrywał. Gdy musiał wejść na scenę, gitarę odstawiał na schodki obok mnie. Przez całe popołudnie obawiałam się, że coś z tą gitarą się wydarzy i tak też się stało – inny aktor potknął się o nią i widowiskowo padł. Publiczność bardzo to ucieszyło. Zresztą publiczność, choć wyjątkowo życzliwie nastawiona i wiwatami przyjmująca wszystkie wpadki, całkiem chętnie się angażuje. Gdy jeden z bohaterów wskutek kolejnego niepojętego zwrotu akcji musiał ukryć się przed innym, pomyślał chwilę, po czym imponującym susem rzucił się na widownię, po czym z głuchym stęknięciem świadczącym o tym, że wyraźnie przeliczył się w ocenie swojej sprawności fizycznej, zaległ plackiem na podłodze. Gdy drugi wyszedł go szukać, rozejrzał się z zakłopotaniem i powiedział:
– We didn’t rehearse this part…
Począł zaglądać w kolejne kąty nie tak znów dużej sali, aż wtem widz, u którego stóp ten pierwszy się czaił, wydał go bezczelnie, krzycząc:
– Getting warmer, getting warmer!

Tym razem czytanko było dość wyczerpujące, albowiem trwało cztery godziny i czterdzieści minut. Ben Jonson to napisał, osobnik po wielokroć aresztowany, w którego sztukach grał sam Szekspir, ale któremu ktoś powinien był powiedzieć, że co za dużo, to niezdrowo.
Cztery godziny i czterdzieści minut.
Autorka spędziła cztery godziny i czterdzieści minut, oglądając czytanie XVII-wiecznej, średnio dobrej sztuki.
Na twardej ławce w Sam Wanamaker Playhouse.
Mój nieszczęsny tyłek omdlewał.
To dla wszystkich był maraton. Dla widowni, owszem, ale i dla ekipy, która przecież miała raptem pięć godzin, żeby przećwiczyć tak długą sztukę, a potem jeszcze musiała ją zagrać. I robiła to z najwyższym, wręcz desperackim zaangażowaniem. Z jednej strony to zawsze przypomina trochę amatorskie przedstawienie wiejskiego kółka teatralnego, z drugiej natomiast trudno nie zdawać sobie sprawy, że ludzie, którzy to robią, w pozostałe dni tygodnia grają w teatrach na West Endzie, w National, w telewizji, a nawet w Bondach czy Harrych Potterach i że to, iż momentami sprawiają wrażenie kompletnych nieudaczników, to też trochę gra. To tak ma być.
– We’re almost there, we’re almost there – zapewniał reżyser po drugim antrakcie, podczas którego wszyscy (owszem, obsada też) pobiegli do baru po wino.
– Last line! – wyszeptał triumfalnie aktor, czytając ostatnią kwestię.
Nie zdążyłam w inne miejsce, ale nie żałuję. Zawsze czuję się tam jak w domu, jak wśród swoich. Myślę czasami, że opatrzność specjalnie mnie popchnęła w to miejsce i w to osobliwe towarzystwo. I gdy wychodzę o zmierzchu, wymieniwszy uśmiechy, Londyn rozkłada swój pawi ogon, czaruje i uwodzi. Nieważne, że dobę wcześniej szlag mnie trafiał w niekończącej się kolejce do kontroli granicznej na lotnisku, że wszędzie tłok i duszno, że w metrze mysz przebiegła mi po stopie (naprawdę!). Nieważne, że mam takich zdjęć dziesiątki. Nieważne.

Haal de baack

To nie był łatwy dzień, o nie.

Wyjątkowo lubię, gdy człowiek przed lub po zasadzeniu paskudnie chamszczastego i seksistowskiego tekstu zastrzega, że to ironia. Otóż nie. Ludzie, którzy umieją w ironię, nie muszą okraszać wypowiedzi taką informacją, albowiem jest to dla odbiorcy oczywiste. Ludzie, którzy są aroganckimi mizoginami o dowcipie subtelnym jak Panzerfaust, muszą się jakoś asekurować. A gdy zwróci im się uwagę, że mogli tę błyskotliwą myśl zachować dla siebie, w odpowiedzi słyszy się coś o poczuciu humoru, kijku w wiadomym miejscu i generalnie wyluzuj, stara. Nie uważam się za osobę, która ma problem z poczuciem humoru, bardzo trudno mnie obrazić i urazy nie chowam, ale są obszary, których moje poczucie humoru nie obejmuje. Tak, jestem feministką – mimo ogolonych nóg, braku wąsów, słabości do mężczyzn i faktu, że posiadam życie seksualne. Nie, nie mam dobrego zdania o facetach, którym zdarza się mówić o kobietach lub do kobiet tonem irytująco protekcjonalnym i obleśnie słodkim, jak do jakichś przygłupów, które nie marzą o niczym innym niż by uwiesić się na ich muskularnym ramieniu. Chłopie. Ja ci mogę bez namysłu wymienić przynajmniej dziesięciu facetów, na których ramieniu z rozkoszą bym się uwiesiła i wisiała tak przez cały wieczór, ale ciebie wśród nich nie ma i nigdy nie będzie.
A mówią niektórzy, że feminizm nie jest już potrzebny. Będzie, dopóki takie teste di cazzo będą poprawiały sobie samopoczucie, traktując kobiety jak umiarkowanie sprawne umysłowo dekoracje.
To pierwsza z dzisiejszych refleksji z cyklu „ludzie to są…”. Mam jeszcze drugą.

Otóż po moim nieocenionym osobistym Jamesie Bondzie przyszło mi pracować z osobnikami, których naprawdę, NAPRAWDĘ źle znosiłam. Ja może nie jestem jakąś wielką fanką rodzaju ludzkiego w ogólności, ale na ogół nastawiam się życzliwie i nie mam problemów z dogadywaniem się z innymi. A tu zderzyłam się ze ścianą. Zwłaszcza jeden z tych przypadków wpychał mnie w objęcia coraz większego stresu. Nie żeby to był jakiś cham i prostak. Nie żeby wrzeszczał czy rzucał przedmiotami. To po prostu człowiek z wiecznie, całodobowo marsowym obliczem. Cienia uśmiechu. Żart jeden tygodniowo. Odzywa się w stanach najwyższej konieczności i tonem takim, że herbata wam w kubku zamarza. Nigdy nie wiadomo, w jakim jest humorze, ale ponieważ nieustająco wzdycha, można założyć, że raczej w złym. Czy można się dziwić, że gdy tylko widzę, że do mnie dzwoni (cóż za ulga, że już nie siedzimy obok siebie), żołądek boleśnie mi się kurczy?
To taki, wiecie, trochę dementor. Stuprocentowa skuteczność w psuciu atmosfery. Rozmawiałam z innymi i z ulgą – jeśli w ogóle można o niej mówić w takiej sytuacji – przyjęłam, że nie ja jedna źle się czuję w jego obecności i nie mnie jednej jego zachowania masakrują humor oraz przyprawiają o trudne do uciszenia zdenerwowanie.
Makabra.
Zachodzę w głowę, czy takie indywidua zdają sobie sprawę z tego, jak szkodliwy mają wpływ. I jak bardzo ułatwiłyby życie sobie i innym, gdyby poczyniły choćby minimalny wysiłek – zapytały kurtuazyjnie, jak kto się czuje, powiedziały coś zabawnego, takie tam. Dla ludzi nieśmiałych, jak ja, obcowanie z takimi jest jeszcze trudniejsze, bo nieustanna obawa o to, czy taki człowiek nie jest przypadkiem na nas obrażony (choć nie wiadomo, za co), zastanawianie się, czy kot mu może zdechł, mandat dostał albo po prostu jest totalnym socjopatą i tak ma, wpędza nas w kompletny paraliż i tremę. Nie wiem jak wy, ale ja nie czułabym się dobrze ze świadomością, że na kogoś innego moja obecność działa deprymująco.
Tak czy inaczej, ten projekt zamykamy, a nowy prowadzi człowiek, którego już uwielbiam. Po pierwsze, bardzo komunikatywny. Po drugie, bardzo wyluzowany. Po trzecie, dużo się śmieje. Autorka lubi, gdy ludzie dużo się śmieją. Autorka po minucie rozmowy zrozumiała, że najbliższe tygodnie mogą być bardzo przyjemne. Trudne i męczące, owszem, bo roboty będzie w pi…, ale przyjemne. A jest przecież prawdą powszechnie uznaną, że największą udrękę znacznie łatwiej przeżyć w dobrym towarzystwie.

Ach, jeśli o towarzystwie mowa.
Kolega Luksemburczyk wczoraj do mnie zadzwonił – pogadać o dupie Maryni, jak mi się najpierw zdawało. Jest to bez dwóch zdań człowiek, który zna Józefa, ale mniejsza o to. Tak sobie gawędzimy, po czym mój nowy kumpel z dziwnego kraju nagle mówi:
– A wiesz, ja nigdy nie byłem w Polsce. To może bym wpadł.
– Jasne. Zapraszam. Nie masz daleko.
– No, już sprawdzałem… Jest taki lot z Brukseli prosto do Krakowa…
– Owszem – odpowiadam i zaczynam się zastanawiać, czy gość ma jak ja, to znaczy sformułowanie „tylko sprawdzam” oznacza „tak ściemniam, żeby nie było, że podejmuję nieprzemyślane decyzje, a tak naprawdę już wszystko zaklepane”.
– Czy jest jakiś weekend tego lata, który by ci nie pasował?
Zatem jednak ma jak ja.
Bilet został nabyty podczas żarliwej telekonferencji i tak oto niebawem mój grajdołek będzie musiał wkrótce znieść włóczącego się po nim koleżkę mówiącego z bardzo uciesznym akcentem, ale za to pięcioma językami.

Poza tym easyJet uruchamia loty z Krakatau do mojego ukochanego Neapolu – od listopada dopiero, niestety – a ja pojutrze o tej porze będę zapadała w sen w mieście, którego nie ma. Jeśli, ma się rozumieć, zasnę. Zwykle zasypiam tam doskonale, choć gdy ruch uliczny cichnie, zaczynają hałasować śmieciarki.
Wcale się nie cieszę.
Wcale.
Wogle.

Just let go

To głupie. Ledwo człowiek troszeczkę się zadomowi, a już trzeba pakować walizkę (nawiasem mówiąc, czy ktoś może wytłumaczyć mi pewien fenomen – jak to się dzieje, że bagaż ZAWSZE jest cięższy i bardziej kłopotliwy do wleczenia w drodze do domu, nawet jeśli nic się nie kupiło, poza butelką wina i czekoladkami?). Nad chmury i do domu.


Pożegnania, powitania. Namiętność nie do opanowania i błoga nuda weekendu. Zimna buła z marchewką (z marchewką! TARTĄ, o zgrozo!) na kolację w Lufthansie. Kolega Luksemburczyk – ten od korkociągu i alfonsa – informujący mnie bezczelnie, że wyjechałam i od razu nad tym mokrym kraikiem rozbłysło słońce, czy mogę to jakoś wytłumaczyć? Ubolewam, że stosownie cięta odpowiedź przyszła mi do głowy dopiero dziś rano.
Czy wspominałam, że ów mój nowy znajomy wlazł na Mont Blanc i własnymi ręcami sklecił wszystkie meble w swojej chałupce, łącznie z lampami? Nie? Owszem, to pozornie nudne miasteczko roi się od ciekawych ludzi, gdy zajrzy się pod powierzchnię.

A teraz, panie i panowie, byle do piątku.
W sobotę rano nazad do samolotu, na tę moją nieplanowaną wycieczkę. Cieszę się na nią ogromnie.
Bo Royal Court. Teatr-przygoda, teatr bez zadęcia i pozowania na ważną instytucję kulturalną (którą, tak się składa, jest), w samym sercu ohydnie zamożnej dzielnicy, z lokalnym piwem z kija i wspaniałą księgarnią.
Bo Open Air Theatre i moja ukochana rock-opera. Nadal mam w którejś z licznych czarnych torebek bilet na przedstawienie trzy lata temu, w nieznośnie upalny wieczór. Jak trzy lata temu, sprawdzam codziennie, czy tego dnia będzie dobra pogoda. I obym się nie zgubiła, wracając po ciemku (Regent’s Park jest ogromny, a z oświetleniem po zmierzchu tam słabo, to znaczy nie ma go). Żywię słabą nadzieję, że tym razem się nie zakocham; panie Bennett, lepiej żeby pan nie śpiewał w moim kierunku. Na szczęście tym razem siedzę dość daleko od sceny. Swoją drogą, Duma i uprzedzenie wraca na tę scenę tego lata, ale z inną obsadą i ten Darcy jest… Jest, no. Tyle powiem. Nie wiem, jak tam wasza opinia i wiem, że mój osąd jest tak obiektywny jak wiadomości TVP ostatnimi czasy, ale… no.
W niedzielę czytanko. Przecież bym nie przegapiła.
A potem nad chmury.
I do domu.

Alles an der Rei 

Moja przygoda w Wielkim Księstwie powoli dobiega końca i powiem wam, że ku mojemu ogromnemu zdziwieniu ogarniają mnie dziwnie sentymentalne nastroje. Istnieje pewna szansa, że wrócę niedługo i chyba bym chciała. A nie było wcale różowo na początku, gdy na tutejszym smętnym lotnisku nie działał żaden z dwóch bankomatów, odkryłam, że nie zrobię zakupów na kolację, bo sklepy już nieczynne, a z ołowianych chmur kapał deszcz.

Wiecie, pozory to jednak mylą czasem.

Kiedy tu przyjechałam, sądziłam, że zdechnę z samotności, nudy i przepracowania.

Pierwszy tydzień istotnie był załamujący, ale potem pomyślałam, że skoro muszę tu jeszcze trochę posiedzieć, to dam temu miejscu szansę i wykorzystam czas, który tu mam. Nagle się okazało, że cudzoziemcy trzymają się razem i chętnie dotrzymują sobie nawzajem towarzystwa, lokalsi są przesympatyczni, ich osobliwy akcent – trochę śpiewnie francuski, trochę twardo niemiecki – nawet uroczy (gdy mówią po angielsku, brzmią, jakby mieli wadę wymowy, ale jest to słodkie, poza tym mówią doskonale), jest z kimś pójść na kolację i piwo, i w sumie to całkiem miło tu jest, a małomiasteczkowy klimat ma wiele zalet.
Choć nie jest to miejsce aż tak spokojne, jak mogłoby się wydawać. Słuchajcie.

Kolega tubylec, ten sam, którego w niedawnym wpisie pogoniłam do sklepu po korkociąg, urządził mi wczoraj coś na kształt pożegnania. I opowiedział mi historię. Tu podkreślę, że kolega pracuje na uniwersytecie, ale nieszczególnie przypomina waszego typowego profesora ze studiów. Rozmowa nam zeszła na miejscową swobodę obyczajową – bo ponoć palącym problemem tutejszych jest to, że nie ma z kim oglądać znaczków ze względu na fakt, że tak naprawdę mało kto tu mieszka (koszty horrendalne, więc ludzie dojeżdżają do pracy z Francji czy Niemiec, co tłumaczy, czemu szumnie zwane centrum miasta wieczorami jest całkowicie opustoszałe).
– A wiesz, mam znajomego alfonsa. No, miałem, już tego nie robi. 
– Poważnie?!
– Mhm.
– Tutaj? Tu w ogóle istnieje taki… biznes?
– Tak, mały, ale tak.
– Jak w ogóle poznaje się takich ludzi?!
– Och, to nie był taki alfons jak w filmach sensacyjnych. Wszystko było zorganizowane bardzo dyskretnie i kulturalnie, jeśli można to tak nazwać. Przez jakiś czas nikt nie wiedział, że się tym zajmuje, poza tym miał normalną pracę. Stąd go znam.
– I co z nim? Aresztowany?
– Nie, nie. Hm, to naprawdę nieduże miasto… Trudno tu mieć tajemnice. Jego rodzice o wszystkim się dowiedzieli. Natychmiast zwinął interes.

A tak tu niby cicho, ludzie tacy grzeczni.

Krótka ta historyjka jednakowoż dała mi do myślenia. Ja to jednak mam szczęście do zawierania ciekawych znajomości.

Cul-de-sac

Marzyłam o życiu na walizkach, i owszem.
Nie miałam wszak pojęcia, że to życie aż tak w kość daje. Tu nawet nie chodzi o ciało, gorzej z umysłem, który musi być sprawny niezależnie od wszystkiego – deszczu, przesiadek, opóźnionego samolotu, listy spraw do zrobienia jutro, nagłych komunikatów „zastąp mnie jutro na tym spotkaniu”, wstawania o piątej, choć do drugiej oglądało się wiadomości (albo, w ramach walki z bezsennością, dokument o broni chemicznej – zasypiania nie ułatwił, niestety).

Wczoraj na ten przykład po północy wróciłam z kraju ościennego, w którym na kolację podają Maultaschen i można je popić Apfelwein. I mieli tam słońce!

Nie żebym miała dużo czasu na korzystanie z tych uroków, ale cóż. Miła odmiana po codziennych fochach tutejszej aury.
Tak to właśnie teraz u mnie wygląda. Innymi słowy, szanowni, ostrożnie z marzeniami. Nawet najpiękniejsze, a może zwłaszcza takie, nie spełniają się za darmo.
Ale jeszcze tylko dwa dni, oddam korkociąg, który mi życzliwie pozostawiono po sobotnim wieczorze – znakomicie, załapię się na jeszcze jedną darmową lekcję luksemburskiego, który brzmi jak miks niemieckiego i francuskiego wymawiany przez osobę z zapaleniem krtani – kupię prezenty (tylko co stąd przywieźć… deszcz w słoiku?) i do domu.

Nota bene, Londyn załatwiony.
Będę spała pod mostem Waterloo i jadła żołędzie, ale trudno.

Wéi geet et?

Troszeczkę lepiej. Jakoś z wolna odzyskuję równowagę.
Jak na ironię – co do równowagi, w piątkowy wieczór odprowadzałam do domu tutejszą koleżankę, która na kolację z winem zabrała rower i to był troszeczkę błąd, ponieważ ilość wina, które wypiła, wystarczyła do pojawienia się problemów z obsługą roweru. Co prawda tutaj wieczorem ruch uliczny właściwie nie istnieje, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Koleżanka wytrwale twierdziła, że mieszka niedaleko mnie, dwie ulice dalej i że wie, w którym kierunku mamy iść. Ostrzegawcze światełko błysnęło mi po raz pierwszy, gdy nagle spojrzała z zachwytem na mijany dom z ogromnym witrażem i powiedziała:
– Nigdy wcześniej tego nie widziałam!
Autorka rozejrzała się w panice, w poszukiwaniu jakiegokolwiek znajomego widoku. Nie ma to jak zgubić się w środku nocy, w obcym mieście i w towarzystwie uroczo nietrzeźwej rowerzystki.
Na szczęście zgubienie się w Luksemburgu to rzecz, od której trudniejsze jest cumowanie do stacji kosmicznej. Rzecz praktycznie niewykonalna. Prędzej czy później doleziecie do czegoś, co znacie. Mnie uratował park.

Wczoraj natomiast również wiodłam życie towarzyskie, dość niespodziewanie. Miał być piknik, ale temperatura i wilgoć skłoniły uczestników do przeniesienia się pod najbliższy dach, tak się złożyło, że mój.
I znów lokalna specyfika dała znać o sobie.
– O jasny gwint. Nie mam korkociągu.
– Ja chyba mam w samochodzie.
– … Wozisz korkociąg w samochodzie?
– Tak, czasem się przydaje.
Autorka pomyślała, że jednak będzie bardziej uważać przy przechodzeniu przez jezdnię w tym pozornie ospałym mieście.
Przekopawszy bagażnik i schowki swojej lukstorpedy, kolega Luksemburczyk stwierdził ze smutkiem, że jednak korkociągu niet.
– Ale zaraz obok jest sklep. Czynny do osiemnastej trzydzieści.
– Jesteś pewna?
– Tak, a co?
– Jest dwadzieścia pięć po.
Wpadliśmy zdyszani, kolega Luksemburczyk natychmiast przestawił się z angielskiego na francuski (chyba zaczynam rozumieć, czemu niektóre kobiety uważają ten język za wybitnie afrodyzjakalny – a dodać trzeba, że przeciętny lokals mówi przynajmniej trzema językami i zdarza się, że zmienia je po wielokroć w ciągu jednej wypowiedzi) i popędził między półki, gdzie mu wskazano.
– Przynajmniej będziesz miał nowy korkociąg. Na pamiątkę.
– O, ciebie i tak prędko nie zapomnę.

Nie wątpię.

Wino, nawiasem mówiąc, było warte sprintu.

Jutro znowu zmieniam kraj – ale tylko na chwilkę, bo to za miedzą, ktoś rozpoznaje okolicę?…

A potem jeszcze dwa dni i do domu. Ależ zleciało, nomen omen.

Out of her humour

Nie jest mi tu łatwo.

Z wielu przyczyn. Mniejsza o wczorajszy mecz.
Rzadko bywam w kiepskim humorze, bo ja z tych, którym niewiele do szczęścia trzeba, ale tu coś mi nie gra.
Może to pogoda. Tak, na pewno pogoda.

Moi tutejsi współpracownicy są raczej wycofani i umiarkowanie kompatybilni (nazwałabym to inaczej, ale…) – i to mówię ja, nieśmiała raczej. Toteż ucieszyłam się szczerze, gdy dziś do mnie zadzwonił mój own personal James Bond i usłyszałam w słuchawce ten piękny akcent Angola z dobrego domu.
Po wsze czasy będę go uwielbiać, choć jak słowo daję, nikt mi tak do wiwatu nie dał – za to, że mieliśmy paskudne kryzysy, po których przynosił mi ciastka i za to, jak mnie bronił (będąc, jako szef projektu, moim tymczasowym kierownikiem), gdy próbowano mi dorzucić dodatkową robotę. Bez słowa złapał wówczas za telefon, zadzwonił do pomysłodawcy, przedstawił się uprzejmie i rzekł: This poor girl is working her socks off. This poor girl didn’t even have LUNCH today. She’s not doing anything else for anyone else. Thank you. Bye.
To, z jaką zgrozą kolega oznajmił rozmówcy, że nie zjadłam obiadu, zrobiło na mnie ogromne wrażenie.

A poza tym bardzo proszę wybić mi z głowy pomysł, z którym noszę się od kilku dni.
Niestety obawiam się, że decyzja została już podjęta.
Będę tam chyba pod mostem spała, ale dam radę.
Nie muszę chyba w szczegóły wchodzić, co?…

Moien

Żyję.
Jestem tylko przeraźliwie zmęczona i trochę chora, wszak pogoda tu zmienia się każdego dnia, a taka, jak na poniższych zdjęciach, zaszczyca obecnością raczej rzadko.

Mieszkam obok parku, który przepięknie pachnie lipami i jaśminem, i na szczęście muszę obok niego przechodzić dwa razy dziennie. Odkryłam to dopiero po paru dniach, bo wcześniej zasuwałam niezbyt efektowną ulicą, całą w remoncie (tu wszędzie remonty) i to mnie cieszy. Cieszy mnie też mnogość serów i wina w sklepach – jeśli uda mi się do takowego dotrzeć przed zamknięciem. Tak. Nie jest to tu takie proste. Może i pod względem polityczno-ekonomicznym jest to jeden z pępków Europy, ale przypomina raczej spokojne miasteczko; zresztą centrum da się obejść w jedno popołudnie. Miasteczko, gdyby przymknąć oko na szklane kolosy typu Trybunał Sprawiedliwości UE i Parlament Europejski. Ale one to mają swoją, mało porywającą dzielnicę.
Za to widziałam wielkiego księcia i jego przystojnych synów, gdy w tutejsze święto wracali do pałacu spacerkiem. Tak, w asyście, ale spacerkiem, sprawiając wrażenie nader sympatycznych ludzi. Nie wyglądało to jak ceremonie z udziałem Elżbiety II czy innych takich. Oni po prostu sobie szli, machając do poddanych biesiadujących w knajpianych ogródkach.

Poza tym.
Wczoraj późnym wieczorem w mojej tutejszej kwaterze zadzwonił telefon. Ja tu mieszkam w takiej kamieniczce niewielkiej, z apartament(k)ami przeznaczonymi do wynajęcia na niedługo, i większość lokali jest pusta. Zatrwożyłam się trochę, ale odebrałam, bo może coś ważnego, coś się dzieje, trzeba uciekać, zalałam piętro poniżej et cetera. Dodać trzeba, że telefon jest tu jednocześnie domofonem, jak się okazało. W słuchawce odezwał się nieznany mi, acz raczej miły męski głos, mówiący, że on ma rezerwację od dziś, ale w recepcji już nikogo nie ma, więc wybiera wszystkie kombinacje cyfr po kolei, bo nie wie, jak otworzyć drzwi na dole. I czy ja mogę go wpuścić.
Autorka przezornie zadała gościowi kilka pytań kontrolnych, uznała, że można zaufać i wpuściła.

Gdy tylko położyła się do łóżka, wyobraźnia w ciemnościach uruchomiła tryb turbo – a jeśli jakiegoś psychola wpuściłam i on nam tu teraz zrobi Lśnienie?
Sny, które miałam przez całą noc, nie nadają się do opisania. Thriller w czystym wydaniu.
Rankiem nie potknęłam się o niczyje zwłoki ani nie pośliznęłam w żadnej kałuży, więc może jednak…

Any liquids?…

A zatem znowu zaniosło mnie w świat. Jeszcze nie wiem, jak mi tu jest. Będę odkrywać nieco później. Na razie zdążyłam jedynie odkryć, że sklepy zamykają się na tyle wcześnie, że jeśli nie wyjdzie się z biura w odpowiedniej porze, bułeczka na śniadanie następnego ranka pozostanie mglistym marzeniem. Ja mogę żyć miłością, ale bez przesady.
Głód mój został wynagrodzony szałowymi fajerwerkami, bo jutro tutaj święto, mianowicie oficjalne urodziny wielkiego księcia Luksemburga (i nieważne, że żaden z dotychczasowych nie urodził się akurat 23 czerwca).

Przy okazji wczorajszej podróży zaobserwowałam coś. Coś, co mnie trochę poruszyło.

image

Lotniska to dość irytujące miejsca, których wielką fanką nie jestem.
To takie miejsca, że człowiek wchodzi i od razu ma wkurw. Bo na tablicy samolot opóźniony. Bo kolejka w damskiej toalecie taka, że naród wybrany zdąży zajść do ziemi obiecanej. Bo nie ma miejsca w poczekalni. Bo  kawa w papierowym kubku kosztuje ćwierć pensji. Bo wszędzie tyle ludzi i pchają się na człowieka. Bo macie 40 minut na przesiadkę, a samolot parkuje w głębokim polu, i gdy już w nerwach ogryźliście sobie palce, pojawia się wyluzowany kierowca autobusu, wyjaśniając, że akurat jest sam na zmianie, bo dwa inne autobusy kaputt gegangen.

To też miejsca, w których można poczuć się wyjątkowo samotnie. Takie właśnie puste korytarze ciągnące się w nieskończoność. Czekanie. Zmęczenie. Sytuacje, w których nie wiecie, co zrobić.

Wczoraj przechodziłam kontrolę za rodzinką, która zabierała leciwą panią.
Zwykle pasażer się wkurza, gdy ktoś przed nim się guzdrze. Nawet gdy  ma czas, i tak się wkurza. Tak jakby dla zasady.
Starsza pani się guzdrała i owszem.
Bardzo.
Nie miała pojęcia, co zrobić. Jej pierwsza taka podróż zapewne. Zauważyłam wtem, że z nerwów trzęsą jej się ręce. I na pewno nie ułatwiało sprawy to, że stał nad nią dwukrotnie większy chłop w mundurze i domagał się – z wielką łagodnością, ale jednak – odłożenia na taśmę ściskanej torebki. 
Naszej bohaterce zrobiło się przeraźliwie głupio i zamiast wkurzać się z przyzwyczajenia, posłała starszej pani najszerszy uśmiech, jaki potrafiła wyprodukować.
W końcu jedziemy na tym samym wózku, nie?…
Mam nadzieję, że zaleciała na miejsce z fasonem i nie tak zestresowana.