Climb every mountain

Tak poza wszystkim to ja bardzo lubię mojego dentystę, ale jego poczucie humoru uważam za dyskusyjne.
– Będzie dużo krwi – powiedział, zasiadając za mną. – Hihihi. Żartowałem.
Doprawdy. Wybuchłabym perlistym śmiechem, gdybym mogła poruszać żuchwą.

Kolega z tego małego państewka na L wysłał mi zdjęcia z urlopu – jako nauczyciel akademicki ma go blisko cztery miesiące, jest za co człowieka nie lubić. Uściślając, wysłał mi zdjęcia z bujania się na linie nad jakąś alpejską przepaścią. Z dopiskiem, że powinnam kiedyś spróbować.
Sądzę, że wątpię. Gwoli ścisłości, ja też raz bujałam się nad alpejską przepaścią, i w dodatku na glajcie, i prawie padłam na ostry zawał serca, gdy instruktor wskazał mi startowisko – taką przełęcz cieniutką, na wysokości dwa tysiące coś nad poziomem morza – i powiedział:
– Zobaczysz. Jeden-dwa kroki i jesteśmy w powietrzu.
Byłam raczej skłonna podejrzewać, że te dwa kroki będą ostatnimi w moim życiu, ale o dziwo facet miał rację. Natychmiast wyciągnęło nas w górę. Nigdy nie zapomnę. Tak czy inaczej, było to siedem lat temu i od tamtej pory moje zapotrzebowanie na adrenalinę zdecydowanie zmalało. Góry oczywiście uwielbiam, ale wolę po nich chodzić niż się wspinać. Dość powiedzieć, że minionej jesieni po pewnym niespodziewanie stromym tatrzańskim szlaku ześlizgiwałam się tyłkiem, nie bacząc na godność.
Co nie zmienia faktu, że tęsknię za dreptaniem po łydki w śniegu w środku upalnego lata.
Co nie zmienia faktu, że ogromnie chciałabym znów zalatać. Tęsknota za powietrzem nigdy nie cichnie.

Czekaj pan. Ja ci też wyślę zdjęcia z moich wakacji, które już za miesiąc. Zobaczymy, kto komu będzie zazdraszczał.
(Owszem. Jadę. Na prawdziwe wakacje, znaczy się leżenie plackiem na piasku. Z książką. Z drinkiem i palemką w drinku. I drugą palemką ocieniającą moje grzeszne ciałko).
((Jeśli chcą państwo przyjmować zakłady odnośnie tego, jak długo autorka wytrzyma w roli placka, to bardzo proszę – osobiście obstawiam półtora dnia, dlatego do walizki pierwsze trafią trekkingowe buty)).

Tymczasem opublikowano pierwsze oficjalne zdjęcie nowego Darcy’ego w Open Air Theatre tego lata.
Hm.
Hm.
Nie odmawiam mu czaru, powabu czy czegoś, ale zaprawdę nie podejrzewam, by pierwszym dźwiękiem po zgaśnięciu świateł był trzask łamiących się serc, jak to było trzy lata temu, gdy ten spektakl poprzednio wystawiano na tej niezwykłej scenie.
Może i lepiej. Setki kobiet zachowają zdrowie.
I jedno więcej niepowtarzalne, nie dające się zatrzeć wspomnienie do kolekcji.

Powered descent

Apokaliptyczna ulewa za oknem znakomicie odzwierciedla mój dzisiejszy nastrój.
W dodatku dentysta był grany. Lekko seplenię.

Pamiętacie tę zmorę, co mi tak humor psuła niedawno samą swoją obecnością, że o pełnych nieodgadnionej irytacji westchnieniach rzucanych w przestrzeń nie wspomnę? W przyszłym tygodniu znów będę miała z nią do czynienia i na samą myśl boli mnie brzuch. W nieprzyjemny sposób. Bo brzuch może też boleć w sposób przyjemny, gdy czekacie na coś, co jest tak troszeczkę przerażające, ale bardziej ekscytujące. Niestety to nie ten przypadek.
Chyba nie pomogłam sobie oglądaniem Whitechapel wczoraj przed zaśnięciem. Uwielbiam, poza tym oczywiście Rupert, oj przepraszam, Rupert jest drugą najpiękniejszą osobą na tym łez padole (to nie jest kwestia do dyskusji, to jest fakt), ale to jest tak mroczne, że aż chce się sprawdzić, czy na pewno drzwi zamknięte. I okna. I co to było, ten trzask w korytarzu?…

Troszeczkę a propos, odbyłam wczoraj ciekawą – to znaczy, dla mnie ciekawą – rozmowę.
– Widzisz, bo ja się boję, że stracę kontrolę.
– To stracisz. W czym problem?
– Nie lubię.
– Wolisz nad wszystkim panować, co?
– Tak, nad sobą zwłaszcza.
– Wyluzuj. Ręce z kierownicy. Nie bój nic. Zobaczysz, będzie fajnie.
– Nie umiem.
– Pewnie, że umiesz.
Spogląda na mnie z ufnym uśmiechem i wiem, że ma rację.
Ale.
Gdy ktoś mi mówi „wyluzuj”, to zwykle jeszcze bardziej się spinam, ale istotnie, są ludzie, którzy potrafią tak na mnie wpłynąć, że mam wrażenie, iż gdybym w ich obecności zaczęła bujać się na żyrandolu, to nawet by im powieka nie drgnęła, i ze sztywnego androida zmieniam się w leniwie dryfującą meduzę. Nie ma ich zbyt wielu, ale są i doceniam ich zbawienne działanie na moje nieustannie napięte mięśnie. Nie da się zaprzeczyć, że jestem lekkim (?) control freakiem, który rzadko po prostu pozwala sprawom się dziać, to nie w jego stylu. Lubi być przygotowany i nie lubi improwizować. Oczywiście zmuszony do tego drugiego zwykle odkrywa, że to nie takie straszne, a może nawet przyjemne, może nawet bardzo. Trochę go jednak kosztuje zwolnienie tych swoich hamulców, które czasem aż piszczą. Podczas gdy inni często walczą ze sobą, żeby czegoś nie zrobić, ja walczę, by coś zrobić.

Co mi przypomina, że oto mijają dwa wesołe lata, odkąd wlokłam się noga za nogą na zaplecze pewnego teatru i z każdym kolejnym krokiem żołądek podjeżdżał mi bliżej gardła. I miałam szczerą nadzieję, że jednak nie dojdzie do tego, co w przypływie optymizmu zaplanowałam, bo po drodze chodnik się rozstąpi i wpadnę w jakąś dziurę, ryksza mnie potrąci, ale niestety, nic z tych rzeczy. A potem to już było za późno na odwrót.

Oto mija również rok od momentu, gdy złożyłam wypowiedzenie. Jedną ręką trzymałam Pana Boga za piętę, drugą ocierałam łzy paniki. I nadal je ocieram czasem, bo często czuję się nie dość dobra.
Z drugiej strony tak sobie myślę, że może lepiej czuć się nie dość dobrym niż zbyt dobrym… Niepewność siebie zmusza do podjęcia jakiegoś tam wysiłku, nadmierna pewność usypia czujność.

Consigned to the fiery lake of burning sulfur

Oczywiście, że rzeczywistość nieco kąsa. Bo choć mój nowy kierownik jest czarujący, to jednak ma wyraźną skłonność do wypruwania ludziom żył. Gdy zobaczyłam, na którą godzinę ustawił nam spotkanie – nie żeby przebywał w innej strefie czasowej niż ja – mój entuzjazm zwiądł jak przekłuty balonik. Ludzie to sumienia nie mają.

Na szczęście kolega z Luksemburga nadal przyjeżdża i ma już bardzo konkretny plan wycieczki, o czym mi wczoraj doniósł. Zatrważające. Nie wiem, jak mój grajdołek wytrzyma to jednoosobowe oblężenie, ale jestem dziwnie pewna, że ja sama nie będę się nudzić. Bynajmniej.
Na szczęście autorka w miniony piątek zorganizowała sobie tegorocznego sylwestra i zamierza spędzać go w taki sposób, w jaki najbardziej lubi (przynajmniej jeśli mowa o sposobach niewymagających zdejmowania ubrań). Jest to tym dziwniejsze, że w poprzednich latach zdarzało się, że autorka po południu 31 grudnia nie wiedziała, jak będzie świętować i czy w ogóle, bo nigdy nie przepadała za imprezami na gwizdek. Ale skoro mogę spędzić ten wieczór, robiąc coś, co sprawia mi niewątpliwą przyjemność, to dlaczego nie. Przynajmniej nic wbrew sobie.
Na szczęście Łazarz nadciąga do Europy. To bez dwóch zdań trzeba będzie zobaczyć.

Po stronie nieszczęść zapisuję mojego młodego sąsiada – nie na tyle wszak młodego, by nie zdążył mieć lekcji historii w szkole, ale może zapomniał – który minął mnie w piątek w drzwiach, dumnie prężąc klatę z napisem POLSKA WALCZĄCA z przodu i jakimś idiotycznym hasłem z tyłu, pewnie w założeniu twórcy tego dizajnu patriotycznym.
Nie wiem właściwie, czy bardziej mnie to wkurwia – łagodniejsze słowa nie oddają, państwo wybaczą – czy niepokoi. Mówię tu tak o bezczelnym podkradaniu symboli, jak i o narastających nastrojach, które tylko z tym mi się kojarzą. Przerażają mnie te wszystkie teksty o wrogach ojczyzny. Ciekawam, kogo oni mają na myśli – nie zdziwiłabym się, gdyby takich jak ja również, wszak nie dość, że nie prowadzę się zbyt moralnie, to jeszcze pracuję dla zachodniego kapitalisty, nie mam najmniejszego problemu z wsiadaniem do samolotu z osobami o ciemnej karnacji, moja prababcia była cudzoziemką, jeden z moich dobrych przyjaciół jest gejem i niebawem bierze ślub, ogólnie słabo to wygląda. Tak, drwię, ja tak. Nie zdziwiłabym się szczególnie jednakowoż, gdyby całe to polskowalczące towarzystwo moje powyższe dictum potraktowało zupełnie serio i zaklasyfikowało mnie do pełnoetatowych zdrajców; poczucia humoru to ja u nich nie zauważam. Zauważam za to pogardę, z której na domiar złego towarzystwo jest dumne. To absolutnie nieuzasadnione poczucie wyższości. Wycierania sobie gęby patriotyzmem nie znoszę jak mało czego, zwłaszcza w wykonaniu ludzi, którzy ledwo potrafią sklecić poprawne zdanie w ojczystym języku. I przeraża mnie, że oni czują się coraz pewniej. Bezpieczniej. Wolno im. Czują się świetnie, nazywając innych ludzi, o nie tak śnieżnie białych jak ich własne (nieważne, że nader często przy okazji spuchnięte od nadmiaru piwa za 1,60 puszka) obliczach bydłem. Wreszcie mogą poczuć się od kogoś lepsi.
Ech.
Gdy to pisałam, przypomniała mi się scena z Mahabharaty Brooka, gdy jeden z bohaterów pyta drugiego z przestrachem w głosie:
– Czy to prawda, że ten świat ulegnie zagładzie?
A drugi odpowiada mu spokojnie:
– To już się wydarzyło. I wydarzy się znów. I znów.

Some things must stay out of reach

No to co? Dalej z tym koksem?

Przed niedzielą, opisywaną poniżej, była sobota, jak to zwykle ma miejsce. Wstałam w środku nocy, pojechałam na lotnisko, wsiadłam do samolotu, poleciałam (to już się robi nudne, prawda?). Wydostawszy się z pociągu na dworcu St Pancras, skonstatowałam, że dzień zapowiada się pięknie i może przejdę się pod Southbank Centre pieszo, zamiast metrem się tłuc. Zdrowy spacerek. No, może nie aż taki zdrowy, biorąc pod uwagę ruch uliczny, ale po Londynie w gruncie rzeczy całkiem dobrze się chodzi i bez dwóch zdań warto, bo dzięki temu poznaje się miasto, znajduje poke… och wróć. Nie nie. Nie trzeba wzbogaconej rzeczywistości, żeby czerpać przyjemność z łażenia ulicami i przyglądania światu.
Dotarłam zatem pod Southbank Centre, zasiadłam w ogródku, zamówiłam sobie coś stosownie chłodnego do picia, wystawiłam gębusię do słońca i było mi nieopisanie rozkosznie. Przez chwilę nawet myślałam, że przy tej nieprawdopodobnie pięknej pogodzie rozsądnie byłoby odpuścić sobie popołudniowy spektakl w Royal Court i pojechać od razu do Regent’s Park, zająć miejsce pod jakimś przyjemnym drzewem, zrzucić buty i cieszyć się życiem – ale w rzadkim dla mnie rzucie samodyscypliny postanowiłam jednak zrealizować oryginalny plan. Zwłaszcza że przecież już zapłaciłam za bilet na ten popołudniowy spektakl, może niedużo (Royal Court ma sporo biletów po 10-12 funtów, z bardzo dobrym widokiem, dodajmy, a uświadamiam, że na West Endzie bileciki chodzą i po 110, co uważam za bardzo nieśmieszny żart), ale jednak. No i, via hotel, pojechałam na Sloane Square. To właśnie na tamtejszej stacji metra mnie ta przygoda z myszą spotkała.

Tu muszę trochę posypać głowę popiołem.
Nie lubię Doktora Who. Nic nie poradzę, nie lubię. Po wielokroć próbowałam przekonać się do tego serialu i poległam. Co więcej, jeszcze trzy lata temu nie wiedziałam, kto to Matt Smith i czemu damy tak szaleją na jego punkcie. Widziałam go w American Psycho i chociaż serce mi nie drgnęło, byłam pod wrażeniem tego, jak bardzo odpychający był w tej roli – oślizły, lodowaty psychol. Od tamtej pory dobrze wiem, kto to. I gdy dowiedziałam się, że wraca na scenę – na bardzo szczególną scenę, bo Royal Court to miejsce, które jednak pisze historię europejskiego teatru, udostępniając swoje przestrzenie dla rozmaitych eksperymentów i wspierając nową dramaturgię – od razu zaklepałam sobie bilecik.
Witz w tym, że nie miałam pojęcia, co obejrzę, bo sztuka, w której Smith miał występować, nie istniała.
I nie istnieje do tej pory.
Była tworzona podczas prób i jest nadal modyfikowana, w czasie każdego spektaklu.
To brzmiało jak pewna katastrofa, ale przedstawienie zbiera entuzjastyczne recenzje.

W zarysie – to historia reżysera filmowego, który od dziesięciu lat pracuje nad nową produkcją. Robi wszystko, żeby spowolnić, ba, wstrzymać zdjęcia, bo poszukuje doskonałego światła. Światła będącego czymś więcej niż światło – „the light of the smell of the colour of the sound”, jak w pewnym momencie mówi. Domaga się, by rejestrować na taśmie, nie cyfrowo. Jest takim trochę przerośniętym dzieckiem – wrażliwym artystą, goniącym za czymś nieosiągalnym, ale też kapryśnym gamoniem. W ryzach trzyma go producentka, sfrustrowany operator rzucający Coelhowskimi frazami i głucha dziewczyna przysłana w roli szpiega przez firmę wykładającą dodatkowe pieniądze na tę jego taśmę. Główną rolę w tym powstającym w bólach filmie ma grać aktorka tyleż doskonała, co z wyraźnym zaburzeniem osobowości – wróć, ona nie ma osobowości. Jest przejmująca, gdy gra, ale gdy jest sobą, sprawia wrażenie niezdolnej do odczuwania czegokolwiek psychopatki. Gdy Smithowski bohater próbuje wydobyć z niej jakiekolwiek emocje, jej własne, odpowiada mu beznamiętnie: I’m an actor. I can feel whatever you want if you fucking pay me.
Wreszcie nasz reżyser zdaje sobie sprawę, że chyba jednak będzie musiał ten film nakręcić, w akcie osobliwego sabotażu sprowadza na plan aktora, który zawsze robi burdel (dosłownie i w przenośni). Zakochanego w sobie, obleśnego świra w skórzanych portkach, butach na obcasie i z tlenioną blond szopą na głowie, zwanego Bestią. Bestia wali tekstami paskudnie nieprzyzwoitymi, które po pierwszym słowie w pierwszym zdaniu przekraczają granicę dobrego smaku o kilometr (wystarczy powiedzieć, że opowiada o fellatio z dwunastolatką i wierzcie mi, nie jest to najgrubsza kwestia w tym spektaklu). Ale Bestia ma swoje tajemnice… Bestia opowiada komuś, w kim wreszcie troszeczkę się zakochał, że nazwano go tak, bo kiedyś wpadł na filmowy reflektor, który po angielsku nosi właśnie taką nazwę – Brute. Obiekt jego westchnień odpowiada wtedy, że powinien mieć ksywę Ćma, skoro tak go światło nęci.
Gdy wychodziłam z teatru, przed wejściem jakiś sympatyczny, uśmiechnięty człowiek, w dość zwyczajnej koszulce i dżinsach, z wdzięcznym i absolutnie nie blond jeżykiem na głowie gawędził z publicznością. Chwilę mi zajęło zorientowanie się, że to sama osoba.

Ale, ale.
Smith.
Chłopak ma widownię w garści, zresztą scenę też, bo gra z niebywałym luzem.
W którymś z artykułów poprzedzających premierę napisano, że ryzykuje zawodowym samobójstwem.
Nie sądzę.
Wiecie, będąc celebrytą rozpoznawanym na całym świecie, łatwo łaskawie zgodzić się na rolę Hamleta czy innego tam Ryszarda lub też Koriolana. Wziąć robotę w małym teatrze, w spektaklu, którego tekst jest pisany podczas prób – to jest trochę (trochę?!) wyzwanie i niezbyt oczywista decyzja dla kogoś, o kogo Hollywood się upomina. Ryzykowna. Wszak to branża, w której częściej nie ma się pracy niż ją ma. A jednak.
Cudownie się to oglądało. Ekipa świetna, chemia pomiędzy nimi taka, że aż miło patrzeć. Dużo improwizują, gotują się zupełnie, chichoczą do widowni, nawet nie próbują zachować powagi. I to wszystko na gołej scenie, z całą umownością teatru, z przedmiotami opatrzonymi etykietkami, maszynistkami przesuwającymi pośpiesznie skąpe dekoracje. Aż wreszcie następuje finał i zaprawdę powiadam, tego się nie spodziewałam. Tego nikt się nie spodziewał, bo przez widownię przebiegł dźwięk gwałtownie branego oddechu. W tej jednej, ostatniej scenie nie ma już ani surowości, ani umowności, są za to czyste czary. Oszałamiające, poruszające. Szczęka opada.
W tej króciutkiej chwili widz czuje to właśnie tytułowe nieuchwytne.

Obejrzawszy i nawzdychawszy się w zachwycie, udałam się do Regent’s Park, zobaczyć Jesus Christ Superstar.

Wszyscy wiedzą, jak skończyła się moja ostatnia wizyta w tym parku. Miałam migotanie komór i zgubiłam się w drodze do odległego o dwadzieścia minut spacerem hotelu. Teraz, na moje szczęście, parkowy teatr wystawił mapkę dla takich poteflonów jak ja.

20160716_2052342.jpg.jpeg

Okazało się, że po wyjściu należy skręcić w lewo, iść przez dziesięć minut prosto jak alejka prowadzi, przejść przez skrzyżowanie et voilà, stacja metra.

Open Air Theatre to cudowne miejsce. Pachnie jaśminem i lipą. Ptaki przysiadają na scenie. Wiatr śpiewa w gałęziach. To jest dość skromny amfiteatr – choć mieszczący tysiąc osób – ukryty wśród potężnych kasztanów i lip, bardzo magiczny. Dodam, że by tam wejść, trzeba przejść przez różany ogród. Zamiast foyer mają piknikową łączkę i malowniczy bar na wolnym powietrzu. Moim zdaniem jedna z pereł Londynu.

Miałam pewne obawy, że moje drugie odwiedziny skończą się tak, jak te pierwsze, to znaczy żałośnie, żenująco i spuśćmy zasłonę milczenia, ale nie było tak źle, choć prawda taka, że parę razy moje słabe (za to jakże pojemne) serce drgnęło. Bardzo się ucieszyłam, gdy przeczytałam, że Jezusa zagra Declan Bennett – który zasłynął rolą w teatralnej wersji Once. I gdy wyszedł na scenę, w czapce z daszkiem, papierosem i gitarą przewieszoną przez ramię, wyraźnie znudzony i poirytowany ludźmi szalejącymi na jego widok (ha, prawie taki współczesny celebryta) to pomyślałam sobie – będzie dobrze. On nie ma wielkiego głosu, ale ma charyzmę. To jest Jezus bardziej folkowy niż rockowy (jeśli słyszeliście Iana Gillana w tej roli…), ale kto powiedział, że w ten sposób nie można tej roli zaśpiewać? Można.
Natomiast chociaż Declan jest w porządku, troszeczkę dał sobie to przedstawienie ukraść.
Oczywiście to Judasz jest kluczową postacią w tym spektaklu, a tu Judasz to drobny chłopiec o głosie tak potężnym, że włosy dęba wszędzie stają.
Na tej wcale nie takiej znowu dużej i pozbawionej dachu scenie nie da się czarować widowni efektami specjalnymi, więc to bardziej siłą rzeczy koncert niż przedstawienie, pierwsze minuty wyglądają niemal rozczarowująco, no bo jak to, aktorzy w jakichś poszarpanych szarych portkach, mikrofony na statywach – ale im dalej w las (w którym, technicznie rzecz biorąc, w pewnym sensie jesteście), im niżej słońce, tym więcej momentów wizualnie olśniewających, dosłownie, bo dużo brokatu. Brokatu używanego zamiast krwi (nie żeby z krwi całkowicie zrezygnowano…) i zamiast srebrników. W scenie biczowania kolejni wykonawcy podbiegają do półnagiego, wiszącego za nadgarstki przywiązane kablem od mikrofonu do dwóch przeciwległych krańców sceny, Declana i uderzają go z całych sił rękami całymi w złotym pyłku. Nie do pozazdroszczenia, ale efekt piękny. Wejście króla Heroda, który ciągnie za sobą przynajmniej kilkunastometrowy, lśniący tren płaszcza – Alexander McQueen byłby dumny – wyśmienite.
I och, ten zapach kwitnących krzewów, zachodzące słońce, słowiki, bażanty, nietoperze przelatujące nad głową… Jak się nie zakochać.
Chyba jednak nie powinnam bywać tam zbyt często. Ale wy, jeśli tylko będziecie w Londinium latem, idźcie koniecznie. Nie pożałujecie, powiadam.

Mnie tymczasem trzeba wrócić do lokalnej rzeczywistości. Oby nie na przesadnie długo.

Mischievous strumpet

Będzie od końca, dobrze?

Wstałam bardzo rano,
20160718_054327

żeby odlecieć do domu.
20160718_104501

Jakoś tak podoba mi się to zdjęcie – ten skrawek nieba pomiędzy dwiema warstwami chmur… Mniejsza o zdjęcie jednakowoż.

Wczoraj byłam na czytanku. Wiadomo. Nie ma lepszego pomysłu na niedzielę w Londynie. To znaczy, są lepsze pomysły, ale nie wiem, dlaczego miałabym brać je pod uwagę, skoro na czytankach zawsze pysznie się bawię i skoro widzę samych znajomych.
Zawsze jest tak samo i nie będę już zanudzać was opowieściami o tym, jak to cudownie patrzeć, gdy aktorzy kompletnie się gotują i nawet nie próbują tego ukrywać, jak mylą im się strony i wersy, jak wygłaszają żarliwą przemowę do kogoś, kto niezbyt dyskretnie pokazuje im „to nie do mnie, to do niego”, jak przewracają się na twarz, wbiegając na scenę, jak nawzajem wykręcają sobie numery i tak dalej. Tuż obok mnie siedział jeden z nich – pięknie pachnący dżentelmen (tak, tak…) z gitarą, na której od czasu przygrywał. Gdy musiał wejść na scenę, gitarę odstawiał na schodki obok mnie. Przez całe popołudnie obawiałam się, że coś z tą gitarą się wydarzy i tak też się stało – inny aktor potknął się o nią i widowiskowo padł. Publiczność bardzo to ucieszyło. Zresztą publiczność, choć wyjątkowo życzliwie nastawiona i wiwatami przyjmująca wszystkie wpadki, całkiem chętnie się angażuje. Gdy jeden z bohaterów wskutek kolejnego niepojętego zwrotu akcji musiał ukryć się przed innym, pomyślał chwilę, po czym imponującym susem rzucił się na widownię, po czym z głuchym stęknięciem świadczącym o tym, że wyraźnie przeliczył się w ocenie swojej sprawności fizycznej, zaległ plackiem na podłodze. Gdy drugi wyszedł go szukać, rozejrzał się z zakłopotaniem i powiedział:
– We didn’t rehearse this part…
Począł zaglądać w kolejne kąty nie tak znów dużej sali, aż wtem widz, u którego stóp ten pierwszy się czaił, wydał go bezczelnie, krzycząc:
– Getting warmer, getting warmer!

Tym razem czytanko było dość wyczerpujące, albowiem trwało cztery godziny i czterdzieści minut. Ben Jonson to napisał, osobnik po wielokroć aresztowany, w którego sztukach grał sam Szekspir, ale któremu ktoś powinien był powiedzieć, że co za dużo, to niezdrowo.
Cztery godziny i czterdzieści minut.
Autorka spędziła cztery godziny i czterdzieści minut, oglądając czytanie XVII-wiecznej, średnio dobrej sztuki.
Na twardej ławce w Sam Wanamaker Playhouse.
Mój nieszczęsny tyłek omdlewał.
To dla wszystkich był maraton. Dla widowni, owszem, ale i dla ekipy, która przecież miała raptem pięć godzin, żeby przećwiczyć tak długą sztukę, a potem jeszcze musiała ją zagrać. I robiła to z najwyższym, wręcz desperackim zaangażowaniem. Z jednej strony to zawsze przypomina trochę amatorskie przedstawienie wiejskiego kółka teatralnego, z drugiej natomiast trudno nie zdawać sobie sprawy, że ludzie, którzy to robią, w pozostałe dni tygodnia grają w teatrach na West Endzie, w National, w telewizji, a nawet w Bondach czy Harrych Potterach i że to, iż momentami sprawiają wrażenie kompletnych nieudaczników, to też trochę gra. To tak ma być.
– We’re almost there, we’re almost there – zapewniał reżyser po drugim antrakcie, podczas którego wszyscy (owszem, obsada też) pobiegli do baru po wino.
– Last line! – wyszeptał triumfalnie aktor, czytając ostatnią kwestię.
Nie zdążyłam w inne miejsce, ale nie żałuję. Zawsze czuję się tam jak w domu, jak wśród swoich. Myślę czasami, że opatrzność specjalnie mnie popchnęła w to miejsce i w to osobliwe towarzystwo. I gdy wychodzę o zmierzchu, wymieniwszy uśmiechy, Londyn rozkłada swój pawi ogon, czaruje i uwodzi. Nieważne, że dobę wcześniej szlag mnie trafiał w niekończącej się kolejce do kontroli granicznej na lotnisku, że wszędzie tłok i duszno, że w metrze mysz przebiegła mi po stopie (naprawdę!). Nieważne, że mam takich zdjęć dziesiątki. Nieważne.

Haal de baack

To nie był łatwy dzień, o nie.

Wyjątkowo lubię, gdy człowiek przed lub po zasadzeniu paskudnie chamszczastego i seksistowskiego tekstu zastrzega, że to ironia. Otóż nie. Ludzie, którzy umieją w ironię, nie muszą okraszać wypowiedzi taką informacją, albowiem jest to dla odbiorcy oczywiste. Ludzie, którzy są aroganckimi mizoginami o dowcipie subtelnym jak Panzerfaust, muszą się jakoś asekurować. A gdy zwróci im się uwagę, że mogli tę błyskotliwą myśl zachować dla siebie, w odpowiedzi słyszy się coś o poczuciu humoru, kijku w wiadomym miejscu i generalnie wyluzuj, stara. Nie uważam się za osobę, która ma problem z poczuciem humoru, bardzo trudno mnie obrazić i urazy nie chowam, ale są obszary, których moje poczucie humoru nie obejmuje. Tak, jestem feministką – mimo ogolonych nóg, braku wąsów, słabości do mężczyzn i faktu, że posiadam życie seksualne. Nie, nie mam dobrego zdania o facetach, którym zdarza się mówić o kobietach lub do kobiet tonem irytująco protekcjonalnym i obleśnie słodkim, jak do jakichś przygłupów, które nie marzą o niczym innym niż by uwiesić się na ich muskularnym ramieniu. Chłopie. Ja ci mogę bez namysłu wymienić przynajmniej dziesięciu facetów, na których ramieniu z rozkoszą bym się uwiesiła i wisiała tak przez cały wieczór, ale ciebie wśród nich nie ma i nigdy nie będzie.
A mówią niektórzy, że feminizm nie jest już potrzebny. Będzie, dopóki takie teste di cazzo będą poprawiały sobie samopoczucie, traktując kobiety jak umiarkowanie sprawne umysłowo dekoracje.
To pierwsza z dzisiejszych refleksji z cyklu „ludzie to są…”. Mam jeszcze drugą.

Otóż po moim nieocenionym osobistym Jamesie Bondzie przyszło mi pracować z osobnikami, których naprawdę, NAPRAWDĘ źle znosiłam. Ja może nie jestem jakąś wielką fanką rodzaju ludzkiego w ogólności, ale na ogół nastawiam się życzliwie i nie mam problemów z dogadywaniem się z innymi. A tu zderzyłam się ze ścianą. Zwłaszcza jeden z tych przypadków wpychał mnie w objęcia coraz większego stresu. Nie żeby to był jakiś cham i prostak. Nie żeby wrzeszczał czy rzucał przedmiotami. To po prostu człowiek z wiecznie, całodobowo marsowym obliczem. Cienia uśmiechu. Żart jeden tygodniowo. Odzywa się w stanach najwyższej konieczności i tonem takim, że herbata wam w kubku zamarza. Nigdy nie wiadomo, w jakim jest humorze, ale ponieważ nieustająco wzdycha, można założyć, że raczej w złym. Czy można się dziwić, że gdy tylko widzę, że do mnie dzwoni (cóż za ulga, że już nie siedzimy obok siebie), żołądek boleśnie mi się kurczy?
To taki, wiecie, trochę dementor. Stuprocentowa skuteczność w psuciu atmosfery. Rozmawiałam z innymi i z ulgą – jeśli w ogóle można o niej mówić w takiej sytuacji – przyjęłam, że nie ja jedna źle się czuję w jego obecności i nie mnie jednej jego zachowania masakrują humor oraz przyprawiają o trudne do uciszenia zdenerwowanie.
Makabra.
Zachodzę w głowę, czy takie indywidua zdają sobie sprawę z tego, jak szkodliwy mają wpływ. I jak bardzo ułatwiłyby życie sobie i innym, gdyby poczyniły choćby minimalny wysiłek – zapytały kurtuazyjnie, jak kto się czuje, powiedziały coś zabawnego, takie tam. Dla ludzi nieśmiałych, jak ja, obcowanie z takimi jest jeszcze trudniejsze, bo nieustanna obawa o to, czy taki człowiek nie jest przypadkiem na nas obrażony (choć nie wiadomo, za co), zastanawianie się, czy kot mu może zdechł, mandat dostał albo po prostu jest totalnym socjopatą i tak ma, wpędza nas w kompletny paraliż i tremę. Nie wiem jak wy, ale ja nie czułabym się dobrze ze świadomością, że na kogoś innego moja obecność działa deprymująco.
Tak czy inaczej, ten projekt zamykamy, a nowy prowadzi człowiek, którego już uwielbiam. Po pierwsze, bardzo komunikatywny. Po drugie, bardzo wyluzowany. Po trzecie, dużo się śmieje. Autorka lubi, gdy ludzie dużo się śmieją. Autorka po minucie rozmowy zrozumiała, że najbliższe tygodnie mogą być bardzo przyjemne. Trudne i męczące, owszem, bo roboty będzie w pi…, ale przyjemne. A jest przecież prawdą powszechnie uznaną, że największą udrękę znacznie łatwiej przeżyć w dobrym towarzystwie.

Ach, jeśli o towarzystwie mowa.
Kolega Luksemburczyk wczoraj do mnie zadzwonił – pogadać o dupie Maryni, jak mi się najpierw zdawało. Jest to bez dwóch zdań człowiek, który zna Józefa, ale mniejsza o to. Tak sobie gawędzimy, po czym mój nowy kumpel z dziwnego kraju nagle mówi:
– A wiesz, ja nigdy nie byłem w Polsce. To może bym wpadł.
– Jasne. Zapraszam. Nie masz daleko.
– No, już sprawdzałem… Jest taki lot z Brukseli prosto do Krakowa…
– Owszem – odpowiadam i zaczynam się zastanawiać, czy gość ma jak ja, to znaczy sformułowanie „tylko sprawdzam” oznacza „tak ściemniam, żeby nie było, że podejmuję nieprzemyślane decyzje, a tak naprawdę już wszystko zaklepane”.
– Czy jest jakiś weekend tego lata, który by ci nie pasował?
Zatem jednak ma jak ja.
Bilet został nabyty podczas żarliwej telekonferencji i tak oto niebawem mój grajdołek będzie musiał wkrótce znieść włóczącego się po nim koleżkę mówiącego z bardzo uciesznym akcentem, ale za to pięcioma językami.

Poza tym easyJet uruchamia loty z Krakatau do mojego ukochanego Neapolu – od listopada dopiero, niestety – a ja pojutrze o tej porze będę zapadała w sen w mieście, którego nie ma. Jeśli, ma się rozumieć, zasnę. Zwykle zasypiam tam doskonale, choć gdy ruch uliczny cichnie, zaczynają hałasować śmieciarki.
Wcale się nie cieszę.
Wcale.
Wogle.

Just let go

To głupie. Ledwo człowiek troszeczkę się zadomowi, a już trzeba pakować walizkę (nawiasem mówiąc, czy ktoś może wytłumaczyć mi pewien fenomen – jak to się dzieje, że bagaż ZAWSZE jest cięższy i bardziej kłopotliwy do wleczenia w drodze do domu, nawet jeśli nic się nie kupiło, poza butelką wina i czekoladkami?). Nad chmury i do domu.


Pożegnania, powitania. Namiętność nie do opanowania i błoga nuda weekendu. Zimna buła z marchewką (z marchewką! TARTĄ, o zgrozo!) na kolację w Lufthansie. Kolega Luksemburczyk – ten od korkociągu i alfonsa – informujący mnie bezczelnie, że wyjechałam i od razu nad tym mokrym kraikiem rozbłysło słońce, czy mogę to jakoś wytłumaczyć? Ubolewam, że stosownie cięta odpowiedź przyszła mi do głowy dopiero dziś rano.
Czy wspominałam, że ów mój nowy znajomy wlazł na Mont Blanc i własnymi ręcami sklecił wszystkie meble w swojej chałupce, łącznie z lampami? Nie? Owszem, to pozornie nudne miasteczko roi się od ciekawych ludzi, gdy zajrzy się pod powierzchnię.

A teraz, panie i panowie, byle do piątku.
W sobotę rano nazad do samolotu, na tę moją nieplanowaną wycieczkę. Cieszę się na nią ogromnie.
Bo Royal Court. Teatr-przygoda, teatr bez zadęcia i pozowania na ważną instytucję kulturalną (którą, tak się składa, jest), w samym sercu ohydnie zamożnej dzielnicy, z lokalnym piwem z kija i wspaniałą księgarnią.
Bo Open Air Theatre i moja ukochana rock-opera. Nadal mam w którejś z licznych czarnych torebek bilet na przedstawienie trzy lata temu, w nieznośnie upalny wieczór. Jak trzy lata temu, sprawdzam codziennie, czy tego dnia będzie dobra pogoda. I obym się nie zgubiła, wracając po ciemku (Regent’s Park jest ogromny, a z oświetleniem po zmierzchu tam słabo, to znaczy nie ma go). Żywię słabą nadzieję, że tym razem się nie zakocham; panie Bennett, lepiej żeby pan nie śpiewał w moim kierunku. Na szczęście tym razem siedzę dość daleko od sceny. Swoją drogą, Duma i uprzedzenie wraca na tę scenę tego lata, ale z inną obsadą i ten Darcy jest… Jest, no. Tyle powiem. Nie wiem, jak tam wasza opinia i wiem, że mój osąd jest tak obiektywny jak wiadomości TVP ostatnimi czasy, ale… no.
W niedzielę czytanko. Przecież bym nie przegapiła.
A potem nad chmury.
I do domu.

Alles an der Rei 

Moja przygoda w Wielkim Księstwie powoli dobiega końca i powiem wam, że ku mojemu ogromnemu zdziwieniu ogarniają mnie dziwnie sentymentalne nastroje. Istnieje pewna szansa, że wrócę niedługo i chyba bym chciała. A nie było wcale różowo na początku, gdy na tutejszym smętnym lotnisku nie działał żaden z dwóch bankomatów, odkryłam, że nie zrobię zakupów na kolację, bo sklepy już nieczynne, a z ołowianych chmur kapał deszcz.

Wiecie, pozory to jednak mylą czasem.

Kiedy tu przyjechałam, sądziłam, że zdechnę z samotności, nudy i przepracowania.

Pierwszy tydzień istotnie był załamujący, ale potem pomyślałam, że skoro muszę tu jeszcze trochę posiedzieć, to dam temu miejscu szansę i wykorzystam czas, który tu mam. Nagle się okazało, że cudzoziemcy trzymają się razem i chętnie dotrzymują sobie nawzajem towarzystwa, lokalsi są przesympatyczni, ich osobliwy akcent – trochę śpiewnie francuski, trochę twardo niemiecki – nawet uroczy (gdy mówią po angielsku, brzmią, jakby mieli wadę wymowy, ale jest to słodkie, poza tym mówią doskonale), jest z kimś pójść na kolację i piwo, i w sumie to całkiem miło tu jest, a małomiasteczkowy klimat ma wiele zalet.
Choć nie jest to miejsce aż tak spokojne, jak mogłoby się wydawać. Słuchajcie.

Kolega tubylec, ten sam, którego w niedawnym wpisie pogoniłam do sklepu po korkociąg, urządził mi wczoraj coś na kształt pożegnania. I opowiedział mi historię. Tu podkreślę, że kolega pracuje na uniwersytecie, ale nieszczególnie przypomina waszego typowego profesora ze studiów. Rozmowa nam zeszła na miejscową swobodę obyczajową – bo ponoć palącym problemem tutejszych jest to, że nie ma z kim oglądać znaczków ze względu na fakt, że tak naprawdę mało kto tu mieszka (koszty horrendalne, więc ludzie dojeżdżają do pracy z Francji czy Niemiec, co tłumaczy, czemu szumnie zwane centrum miasta wieczorami jest całkowicie opustoszałe).
– A wiesz, mam znajomego alfonsa. No, miałem, już tego nie robi. 
– Poważnie?!
– Mhm.
– Tutaj? Tu w ogóle istnieje taki… biznes?
– Tak, mały, ale tak.
– Jak w ogóle poznaje się takich ludzi?!
– Och, to nie był taki alfons jak w filmach sensacyjnych. Wszystko było zorganizowane bardzo dyskretnie i kulturalnie, jeśli można to tak nazwać. Przez jakiś czas nikt nie wiedział, że się tym zajmuje, poza tym miał normalną pracę. Stąd go znam.
– I co z nim? Aresztowany?
– Nie, nie. Hm, to naprawdę nieduże miasto… Trudno tu mieć tajemnice. Jego rodzice o wszystkim się dowiedzieli. Natychmiast zwinął interes.

A tak tu niby cicho, ludzie tacy grzeczni.

Krótka ta historyjka jednakowoż dała mi do myślenia. Ja to jednak mam szczęście do zawierania ciekawych znajomości.

Cul-de-sac

Marzyłam o życiu na walizkach, i owszem.
Nie miałam wszak pojęcia, że to życie aż tak w kość daje. Tu nawet nie chodzi o ciało, gorzej z umysłem, który musi być sprawny niezależnie od wszystkiego – deszczu, przesiadek, opóźnionego samolotu, listy spraw do zrobienia jutro, nagłych komunikatów „zastąp mnie jutro na tym spotkaniu”, wstawania o piątej, choć do drugiej oglądało się wiadomości (albo, w ramach walki z bezsennością, dokument o broni chemicznej – zasypiania nie ułatwił, niestety).

Wczoraj na ten przykład po północy wróciłam z kraju ościennego, w którym na kolację podają Maultaschen i można je popić Apfelwein. I mieli tam słońce!

Nie żebym miała dużo czasu na korzystanie z tych uroków, ale cóż. Miła odmiana po codziennych fochach tutejszej aury.
Tak to właśnie teraz u mnie wygląda. Innymi słowy, szanowni, ostrożnie z marzeniami. Nawet najpiękniejsze, a może zwłaszcza takie, nie spełniają się za darmo.
Ale jeszcze tylko dwa dni, oddam korkociąg, który mi życzliwie pozostawiono po sobotnim wieczorze – znakomicie, załapię się na jeszcze jedną darmową lekcję luksemburskiego, który brzmi jak miks niemieckiego i francuskiego wymawiany przez osobę z zapaleniem krtani – kupię prezenty (tylko co stąd przywieźć… deszcz w słoiku?) i do domu.

Nota bene, Londyn załatwiony.
Będę spała pod mostem Waterloo i jadła żołędzie, ale trudno.

Wéi geet et?

Troszeczkę lepiej. Jakoś z wolna odzyskuję równowagę.
Jak na ironię – co do równowagi, w piątkowy wieczór odprowadzałam do domu tutejszą koleżankę, która na kolację z winem zabrała rower i to był troszeczkę błąd, ponieważ ilość wina, które wypiła, wystarczyła do pojawienia się problemów z obsługą roweru. Co prawda tutaj wieczorem ruch uliczny właściwie nie istnieje, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Koleżanka wytrwale twierdziła, że mieszka niedaleko mnie, dwie ulice dalej i że wie, w którym kierunku mamy iść. Ostrzegawcze światełko błysnęło mi po raz pierwszy, gdy nagle spojrzała z zachwytem na mijany dom z ogromnym witrażem i powiedziała:
– Nigdy wcześniej tego nie widziałam!
Autorka rozejrzała się w panice, w poszukiwaniu jakiegokolwiek znajomego widoku. Nie ma to jak zgubić się w środku nocy, w obcym mieście i w towarzystwie uroczo nietrzeźwej rowerzystki.
Na szczęście zgubienie się w Luksemburgu to rzecz, od której trudniejsze jest cumowanie do stacji kosmicznej. Rzecz praktycznie niewykonalna. Prędzej czy później doleziecie do czegoś, co znacie. Mnie uratował park.

Wczoraj natomiast również wiodłam życie towarzyskie, dość niespodziewanie. Miał być piknik, ale temperatura i wilgoć skłoniły uczestników do przeniesienia się pod najbliższy dach, tak się złożyło, że mój.
I znów lokalna specyfika dała znać o sobie.
– O jasny gwint. Nie mam korkociągu.
– Ja chyba mam w samochodzie.
– … Wozisz korkociąg w samochodzie?
– Tak, czasem się przydaje.
Autorka pomyślała, że jednak będzie bardziej uważać przy przechodzeniu przez jezdnię w tym pozornie ospałym mieście.
Przekopawszy bagażnik i schowki swojej lukstorpedy, kolega Luksemburczyk stwierdził ze smutkiem, że jednak korkociągu niet.
– Ale zaraz obok jest sklep. Czynny do osiemnastej trzydzieści.
– Jesteś pewna?
– Tak, a co?
– Jest dwadzieścia pięć po.
Wpadliśmy zdyszani, kolega Luksemburczyk natychmiast przestawił się z angielskiego na francuski (chyba zaczynam rozumieć, czemu niektóre kobiety uważają ten język za wybitnie afrodyzjakalny – a dodać trzeba, że przeciętny lokals mówi przynajmniej trzema językami i zdarza się, że zmienia je po wielokroć w ciągu jednej wypowiedzi) i popędził między półki, gdzie mu wskazano.
– Przynajmniej będziesz miał nowy korkociąg. Na pamiątkę.
– O, ciebie i tak prędko nie zapomnę.

Nie wątpię.

Wino, nawiasem mówiąc, było warte sprintu.

Jutro znowu zmieniam kraj – ale tylko na chwilkę, bo to za miedzą, ktoś rozpoznaje okolicę?…

A potem jeszcze dwa dni i do domu. Ależ zleciało, nomen omen.

Out of her humour

Nie jest mi tu łatwo.

Z wielu przyczyn. Mniejsza o wczorajszy mecz.
Rzadko bywam w kiepskim humorze, bo ja z tych, którym niewiele do szczęścia trzeba, ale tu coś mi nie gra.
Może to pogoda. Tak, na pewno pogoda.

Moi tutejsi współpracownicy są raczej wycofani i umiarkowanie kompatybilni (nazwałabym to inaczej, ale…) – i to mówię ja, nieśmiała raczej. Toteż ucieszyłam się szczerze, gdy dziś do mnie zadzwonił mój own personal James Bond i usłyszałam w słuchawce ten piękny akcent Angola z dobrego domu.
Po wsze czasy będę go uwielbiać, choć jak słowo daję, nikt mi tak do wiwatu nie dał – za to, że mieliśmy paskudne kryzysy, po których przynosił mi ciastka i za to, jak mnie bronił (będąc, jako szef projektu, moim tymczasowym kierownikiem), gdy próbowano mi dorzucić dodatkową robotę. Bez słowa złapał wówczas za telefon, zadzwonił do pomysłodawcy, przedstawił się uprzejmie i rzekł: This poor girl is working her socks off. This poor girl didn’t even have LUNCH today. She’s not doing anything else for anyone else. Thank you. Bye.
To, z jaką zgrozą kolega oznajmił rozmówcy, że nie zjadłam obiadu, zrobiło na mnie ogromne wrażenie.

A poza tym bardzo proszę wybić mi z głowy pomysł, z którym noszę się od kilku dni.
Niestety obawiam się, że decyzja została już podjęta.
Będę tam chyba pod mostem spała, ale dam radę.
Nie muszę chyba w szczegóły wchodzić, co?…

Moien

Żyję.
Jestem tylko przeraźliwie zmęczona i trochę chora, wszak pogoda tu zmienia się każdego dnia, a taka, jak na poniższych zdjęciach, zaszczyca obecnością raczej rzadko.

Mieszkam obok parku, który przepięknie pachnie lipami i jaśminem, i na szczęście muszę obok niego przechodzić dwa razy dziennie. Odkryłam to dopiero po paru dniach, bo wcześniej zasuwałam niezbyt efektowną ulicą, całą w remoncie (tu wszędzie remonty) i to mnie cieszy. Cieszy mnie też mnogość serów i wina w sklepach – jeśli uda mi się do takowego dotrzeć przed zamknięciem. Tak. Nie jest to tu takie proste. Może i pod względem polityczno-ekonomicznym jest to jeden z pępków Europy, ale przypomina raczej spokojne miasteczko; zresztą centrum da się obejść w jedno popołudnie. Miasteczko, gdyby przymknąć oko na szklane kolosy typu Trybunał Sprawiedliwości UE i Parlament Europejski. Ale one to mają swoją, mało porywającą dzielnicę.
Za to widziałam wielkiego księcia i jego przystojnych synów, gdy w tutejsze święto wracali do pałacu spacerkiem. Tak, w asyście, ale spacerkiem, sprawiając wrażenie nader sympatycznych ludzi. Nie wyglądało to jak ceremonie z udziałem Elżbiety II czy innych takich. Oni po prostu sobie szli, machając do poddanych biesiadujących w knajpianych ogródkach.

Poza tym.
Wczoraj późnym wieczorem w mojej tutejszej kwaterze zadzwonił telefon. Ja tu mieszkam w takiej kamieniczce niewielkiej, z apartament(k)ami przeznaczonymi do wynajęcia na niedługo, i większość lokali jest pusta. Zatrwożyłam się trochę, ale odebrałam, bo może coś ważnego, coś się dzieje, trzeba uciekać, zalałam piętro poniżej et cetera. Dodać trzeba, że telefon jest tu jednocześnie domofonem, jak się okazało. W słuchawce odezwał się nieznany mi, acz raczej miły męski głos, mówiący, że on ma rezerwację od dziś, ale w recepcji już nikogo nie ma, więc wybiera wszystkie kombinacje cyfr po kolei, bo nie wie, jak otworzyć drzwi na dole. I czy ja mogę go wpuścić.
Autorka przezornie zadała gościowi kilka pytań kontrolnych, uznała, że można zaufać i wpuściła.

Gdy tylko położyła się do łóżka, wyobraźnia w ciemnościach uruchomiła tryb turbo – a jeśli jakiegoś psychola wpuściłam i on nam tu teraz zrobi Lśnienie?
Sny, które miałam przez całą noc, nie nadają się do opisania. Thriller w czystym wydaniu.
Rankiem nie potknęłam się o niczyje zwłoki ani nie pośliznęłam w żadnej kałuży, więc może jednak…

Any liquids?…

A zatem znowu zaniosło mnie w świat. Jeszcze nie wiem, jak mi tu jest. Będę odkrywać nieco później. Na razie zdążyłam jedynie odkryć, że sklepy zamykają się na tyle wcześnie, że jeśli nie wyjdzie się z biura w odpowiedniej porze, bułeczka na śniadanie następnego ranka pozostanie mglistym marzeniem. Ja mogę żyć miłością, ale bez przesady.
Głód mój został wynagrodzony szałowymi fajerwerkami, bo jutro tutaj święto, mianowicie oficjalne urodziny wielkiego księcia Luksemburga (i nieważne, że żaden z dotychczasowych nie urodził się akurat 23 czerwca).

Przy okazji wczorajszej podróży zaobserwowałam coś. Coś, co mnie trochę poruszyło.

image

Lotniska to dość irytujące miejsca, których wielką fanką nie jestem.
To takie miejsca, że człowiek wchodzi i od razu ma wkurw. Bo na tablicy samolot opóźniony. Bo kolejka w damskiej toalecie taka, że naród wybrany zdąży zajść do ziemi obiecanej. Bo nie ma miejsca w poczekalni. Bo  kawa w papierowym kubku kosztuje ćwierć pensji. Bo wszędzie tyle ludzi i pchają się na człowieka. Bo macie 40 minut na przesiadkę, a samolot parkuje w głębokim polu, i gdy już w nerwach ogryźliście sobie palce, pojawia się wyluzowany kierowca autobusu, wyjaśniając, że akurat jest sam na zmianie, bo dwa inne autobusy kaputt gegangen.

To też miejsca, w których można poczuć się wyjątkowo samotnie. Takie właśnie puste korytarze ciągnące się w nieskończoność. Czekanie. Zmęczenie. Sytuacje, w których nie wiecie, co zrobić.

Wczoraj przechodziłam kontrolę za rodzinką, która zabierała leciwą panią.
Zwykle pasażer się wkurza, gdy ktoś przed nim się guzdrze. Nawet gdy  ma czas, i tak się wkurza. Tak jakby dla zasady.
Starsza pani się guzdrała i owszem.
Bardzo.
Nie miała pojęcia, co zrobić. Jej pierwsza taka podróż zapewne. Zauważyłam wtem, że z nerwów trzęsą jej się ręce. I na pewno nie ułatwiało sprawy to, że stał nad nią dwukrotnie większy chłop w mundurze i domagał się – z wielką łagodnością, ale jednak – odłożenia na taśmę ściskanej torebki. 
Naszej bohaterce zrobiło się przeraźliwie głupio i zamiast wkurzać się z przyzwyczajenia, posłała starszej pani najszerszy uśmiech, jaki potrafiła wyprodukować.
W końcu jedziemy na tym samym wózku, nie?…
Mam nadzieję, że zaleciała na miejsce z fasonem i nie tak zestresowana.

Let’s get direct

A zatem istotnie spędziłam piątkowy wieczór, oglądając serial. Mam aż tak pasjonujące życie.
Nie żałuję wszakże, bo jest to rzecz bardzo dobrze zrobiona, z piękną i tylko odrobinę jeżącą włos na grzbiecie folkową muzyką, bardzo smacznie sfilmowana (jesienny las i czerwona sukienka bohaterki nasuwały skojarzenia z niepokojącymi wersjami baśni Angeli Carter), z Colinem Morganem, z klatką piersiową Colina Morgana, no i z nieoczekiwanym twistem pod koniec, ale co wam będę mówić. Warto.
Nie piszę tego dlatego, że sami wiecie dlaczego (tu przerwa na pokrycie się żenującym rumieńcem), tylko dlatego, że to naprawdę porządna, wciągająca, momentami bardzo smutna i niesłychanie klimatyczna historia.
Aczkolwiek sami wiecie dlaczego troszeczkę też.
Bo w tym serialu pojawia się ktoś, kogo znam, kto mnie nawet trzymał za rączkę onegdaj i kto jest uroczy nie do zniesienia. I co prawda jest go co kot napłakał, ale lepsze to niż nic. Zawsze miło ten charakterystycznie warkotliwy głosik usłyszeć.

Jak na ironię, twarzoksiążka przypomniała mi wczoraj, że oto minęły trzy lata od dnia, gdy kupiłam bilet na pewne przedstawienie. Dziękuję ci, twarzoksiążko, ale ja o tym doskonale pamiętam.
Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, co się dalej wydarzy, zabiłabym go śmiechem.
Nawet moja bujna wyobraźnia nie wyprodukowałaby takiego scenariusza.
Nie żebym narzekała czy coś.

Widzicie, ja przez lata całe spoglądałam z lekką wyższością na moje koleżanki, które w tajemnicy – albo przy zrezygnowanym błogosławieństwie – partnerów czy partnerek dokopywały się do mrocznych krańców Jutuba i lajkowały na Fejsie absolutnie każde zdjęcie, na którym wielbiony artysta się pojawiał, niechby tyłem i tak daleko w tle, że był wielkości nogi mrówki. Czasami też, przy okazji ogłoszeń, że artysta pręży muskuły w nowym filmie, ekscytowały się bardziej niż gdyby dostały premię. Przyglądałam się temu z niesłuszną dumą, że coś takiego mnie nie spotkało i jestem odporna na takie afekty, a opatrzność przyglądała się temu mojemu samozadowoleniu z coraz szerszym uśmiechem.
Jak łatwo się domyślić, trzy godziny na tamtym spektaklu spędzone wystarczyły, bym nabawiła się osobliwej traumy, z którą żyję do dziś. Powróciwszy wtedy do Krakowa, jęłam szukać gościa w internecie. I znalazłam jeden wywiad, po którym pomyślałam – kurza melodia, on chyba dużo grubych książek czyta (potem się przekonałam, że to koleś, który w rozmowach używa słów typu „idiosynkrazja” lub też „propriocepcja”, ponieważ dlaczego nie), i jedno zdanie, po którym pomyślałam, że ja go chyba chciałabym kiedyś poznać. Bo on mnie w tym zdaniu niechcący opisał. To znaczy nie mnie we własnej osobie, ale taki typ usposobienia, jaki mam. I było to określenie uderzająco trafne.
Był tylko jeden problem.
To nie było szczególnie prawdopodobne. Wrzuciłam zatem tę chęć do szufladki opatrzonej napisem „pobożne życzenia” i zajęłam się rzeczywistością. Ale, jak mawia moja mama, głupi ma zawsze szczęście.

Raptem pięć miesięcy później wymieniałam chichoty z tymże samym dżentelmenem, czerwonym jak rzodkiewka od z trudem opanowywanego śmiechu – a gdy ten śmiech wybuchnie, to wszyscy wokół też nim się zarażają. Parę kolejnych miesięcy później postanowiłam mu się przedstawić (do czego podchodziłam jak do misji samobójczej, ale nie było tak strasznie). Powiedział mi wówczas, żebym przyszła powiedzieć „cześć”, gdy znów będę w okolicy i myślę, że przeklina ten moment. Z drugiej strony uważam, że całkiem przyzwoity i kulturalny ze mnie stalker. Może czasem wpadnie na słup albo zapomni, co chciał powiedzieć, ale ogólnie rzecz biorąc pewnie można było trafić gorzej.
Ośmielona tym jakże pozytywnym doświadczeniem, jeszcze dwóm osobnikom z tej branży poszłam powiedzieć, co o nich myślę, ale te miłe wydarzenia nie niosły już za sobą podobnych konsekwencji. I całe szczęście chyba.
Tak to się zabawnie toczy od tamtej pory.
No i od tamtej pory jeszcze bardziej niż poprzednio lubię tę piosenkę.

Trzy lata, mój Boże. Strasznie ten czas zasuwa.

Poza tym natomiast znowu wyjeżdżam. I chyba po raz pierwszy w życiu czuję, że wcale mnie to nie cieszy. Nie jestem ani trochę podekscytowana, raczej jakby zmęczona na zapas. No i pana i władcy mogę przed sierpniem nie zobaczyć, co mnie raczej dołuje.

Ride a magic bus tonight

Bardzo nam się świat zmniejszył w ostatnich latach. Reguła sześciu stopni oddalenia trochę przyrdzewiała, bo w rzeczywistości mediów społecznościowych prawie każdego, prezydenta USA i Richarda Armitage’a, mamy na wyciągnięcie ręki – przynajmniej pozornie. Zapominamy o tym, że ludzie, których gdzieś tam w internetach obserwujemy, nie są tak naprawdę – poza nieliczną grupką – naszymi znajomymi. Możemy sobie wyobrażać, że znamy ich na wylot, ale przecież w gruncie rzeczy wiemy tylko tyle, na ile nam pozwolą (i, co zawsze podkreślam, to wcale nie musi być prawdą). Nie wiemy, co sprawia, że publikują takie a nie inne posty, lubią takie a nie inne profile, robią zdjęcia temu a nie innemu, a przede wszystkim mają takie a nie inne poglądy. Jeśli są żywymi ludźmi, zapewne je mają. I mogą je wyrażać. A my możemy z tymi poglądami zgadzać się lub nie, dyskutować lub nie. Ale o jednym zawsze warto pamiętać, jak sądzę.
Wolność słowa, wiecie, to takie coś, co działa w obie strony.
Wolność słowa oznacza też, że bierzemy za to słowo odpowiedzialność, a nie że pieprzymy trzy po trzy, by następnie ubolewać, jak to nas źle zrozumiano. Nie nękamy ludzi. Nie lżymy ich w odpowiedzi na ich stanowisko, z którym się nie zgadzamy. Poważnie, po ostatnich dniach jestem skłonna wyrazić zdanie, że dostęp do internetu powinien być reglamentowany. Tylko dla dorosłych. I to dorosłych gotowych podpisać się nazwiskiem pod tym, co puszczają w świat. Parę dni temu ręce mi się same załamywały nad osobnikami, którzy najpierw na swoich publicznych profilach wyrażali poparcie dla tego, co się stało na Florydzie, a potem, gdy ktoś puścił ich podpisane komentarze w świat, piszczeli, że tak nie wolno. Dzisiaj łamiąca wiadomość, że pewien celebryta ma być może romans z inną celebrytką (tak Bogiem a prawdą, mnie to jakąś ustawką trąci, ale moje medialne wykształcenie czasami czyni ze mnie osobę nadmiernie podejrzliwą) wywołała jakąś kuriozalną histerię, jakby się jednej z drugą zapomniało, że celebryta w ogóle nie wie o ich istnieniu i zapewne nie jest ciekaw ich miażdżącej opinii na temat swoich życiowych wyborów.
Takie mam wrażenie, po raz wtóry, że internet pozbawił nas cennej umiejętności gryzienia się w język.

No, ale żeby nie było tak poważnie.

Po pierwsze, z cyklu „poezja wyszukiwarek” – ktoś tu dziś trafił, wbiwszy w Gugla wdzięczną frazę: kobiety szukające facetów by ich torturować i wykorzystać. Nie przypominam sobie, bym kogokolwiek w życiu torturowała (nie żebym nie miała ochoty parę razy, ale to inna sprawa), więc nie pomogę za bardzo.
Po drugie, w moich trafieniach ostatnio coś ustały pytania o to, czy Colin Morgan ma dziewczynę. Nadal niestety nie wiem, czy ma, ale spodziewam się, że pytania wrócą, albowiem ponieważ koleżka gra w serialu, na który zacieram rączki od dawna. Tylko że nie z jego powodu. Na wszelki wypadek od razu wystosuję ostrzeżenie, że mój kolejny wpis może być jedną wielką mętną dygresją. Bo wiecie, chodzą po tym świecie osoby, których żarliwie nienawidzę, a przynajmniej tak sobie bezskutecznie wmawiam. Osoby owe jak najbardziej w tym serialu się pojawiają. I BBC sprawiło mi nieopisaną radość, bo otóż postanowiło – po raz pierwszy w swojej historii – wszystkie odcinki wspomnianego serialu udostępnić naraz w internecie jutro, choć premiera telewizyjna za dwa tygodnie. Nie posiadam się. Na moje szczęście odcinków jest tylko sześć (spośród których raptem trzy interesują mnie szczególnie). Czy może być coś lepszego do roboty w piątkowy wieczór niż… no tak. Bez komentarza.

All that we see or seem is but a dream within a dream

Od zawsze mam bardzo sugestywne sny. To jest – wtedy, kiedy je mam. Często ich nie pamiętam.
Zwłaszcza gdy idzie o sny… sami wiecie jakie. Ich intensywność czasami jest porażająca. Pamiętam jeden taki, który zdarzył mi się blisko dwa lata temu, a po którym naprawdę usiadłam na łóżku zdumiona i zaniepokojona – ale gdzie on jest? No przecież był tutaj, słyszałam go, czułam go. Nawet te sprzączki brzęczały.
Nawiasem mówiąc, to był jedyny raz w życiu, w którym udało mi się do snu wrócić, bo gdy zdezorientowana padłam nazad między poduszki, film kręcił się dalej od momentu, w którym mój na chwilę obudzony mózg wcisnął „pause”.
Wczorajszej nocy też mi się zdarzył taki właśnie sen, gdy bardzo zapamiętale obściskiwałam się z człowiekiem, którego widziałam raz w życiu – owszem, duże wrażenie na mnie zrobił, ale ani pół zdania z nim nie zamieniłam (choć mnie kusiło – i miałam okazję) i ogólnie nie wiem, kto zacz tak naprawdę, ale całą minioną noc z nim spędziłam i bardzo mi się podobało, choć było to świńskie niemożebnie. Pamiętam nawet blizny od siekiery (bo w rzeczywistości chłopię prawie wyzionęło ducha za młodu wskutek dość przykrego starcia wśród blokowisk Glasgow). A potem zjawił się Bertie, elegancki jak to on potrafi być, i też mieliśmy się źle prowadzić – to znaczy nie żaden tam menage a trois, to już była osobna historia – ale niestety się obudziłam.
Strach zasypiać czasem.
No i gdy mnie potem pan i władca zapytuje, co mi się śniło, to co tu odpowiedzieć? Och, wiesz, nic takiego, chędożyłam się publicznie z człowiekiem, którego raz widziałam przez półtorej godziny? Znając jego, tylko by okiem błysnął i jął domagać się szczegółów, ale zawsze jakieś to takie dziwne. Jeszcze dziwniej jest, gdy następnego dnia musicie rozmawiać z człowiekiem, z którym przez całą noc się męczyliście na golasa, choć on nie ma o tym zielonego pojęcia i oczywiście to nie miało miejsca, no ale wasz uśpiony mały rozumek taką wizję wyprodukował i była na tyle realna, na ile tylko sen może być. Jakoś tak nieswojo. Na szczęście tym razem zostało mi to oszczędzone.
Zauważyłam, swoją drogą, że takie sny przytrafiają mi się zawsze wtedy, gdy jestem mocno zestresowana. Jakby moja szyszynka chciała mi wynagrodzić trudy na jawie.

Skoro mowa o tym takim jednym, to dziś, dokładnie dziś upływa wiele lat od dnia, w którym zadzwoniłam do pewnego obywatela, łamiąc od dawna niemodną zasadę „nie odzywać się pierwsza”, a ponadto łapiąc za pysk moją przeraźliwą nieśmiałość. To nie było łatwe. Zwłaszcza że ja, gdy się denerwuję, nie sypię dowcipem z rękawa, przeciwnie, język gwałtownie mi drewnieje, a między uszami hula wiatr; raczej jestem wtedy jak Baby z Dirty Dancing – „eee… taak… co to ja… ach, przyniosłam arbuza” i mniej więcej tak tamta konwersacja wyglądała. Złamałam zatem wszystkie bzdurne reguły nawiązywania relacji damsko-męskich (gwoli ścisłości, ta relacja nawiązana została dwa tygodnie wcześniej, gdy jakaś kompletnie pijana i zarazem bardzo dobra dusza całym ciężarem swego nietrzeźwego ciała pchnęła mnie – dosłownie – w ramiona pewnego obcego jeszcze wówczas człowieka) i na zdrowie mi to wyszło, bo ku mojemu zdziwieniu mój rozmówca zgodził się wpaść do mnie na herbatę, w dodatku tego samego wieczoru.
Reszta jest milczeniem.
I to wszystko było trzynastego, w piątek zresztą.

A ton tour de gagner

Ależ zmokłam.
Powiedzmy, że to wyrównanie za Zatokę Perską, gdzie przez trzy tygodnie widziałam raz chmurkę. Dziś tymczasem nad moją głową, na ostatniej prostej do domu, rozpętała się apokaliptyczna burza, a ja oczywiście bez parasolki. I w balerinkach, jak to ja. Ośmieliłam się pokonać trasę z tramwaju do domu szaleńczym sprintem i dopadłam drzwi ociekająca wodą. Co samo w sobie było nawet dość przyjemne. Gdyby to był zwykły deszcz, to pewnie bym nie biegła. Ale burza to burza. Wszyscy znają autorki stosunek do burz. W skrócie – byle dalej ode mnie. Jeśli jestem pod dachem, zniesę. Na zewnątrz jestem bliska napadu paniki. Nie przesadzam ani trochę. Dla tych słabiej zorientowanych w mojej nudnej biografii, otóż niegdyś przeżyłam burzę w Tatrach, skulona na plecaku w jakiejś kamiennej niszy na szlaku i piorun uderzył parę metrów ode mnie. To jest absolutnie koszmarne doświadczenie, zarazem niepodobne do żadnego innego, jakiego na tej planecie zaznacie, ale od tamtej pory sam widok burzowej chmury na horyzoncie nieco mnie usztywnia i sprawia, że zasuwam kurcgalopkiem do najbliższego budynku.

To w ogóle był trudny dzień.
Zawsze uważałam, że bycie miłym popłaca. Mam przy tym wrażenie, że słowo „miły” w naszym języku nabrało jakichś dziwnych konotacji, jakby chodziło o wiecznie tępo uśmiechniętego wioskowego głupka czy kogoś w tym rodzaju, osobę całkowicie pozbawioną charakteru i taką raczej płaską. Nie podoba mi się to. Tak czy inaczej, jestem głęboko przekonana, że odrobiną życzliwości i zrozumienia można zdziałać znacznie więcej niż za pomocą bycia nadętym bucem. Od lat wierzę – i według tej wiary funkcjonuję – że skoro tak naprawdę wszyscy jedziemy na tym szalonym wózku razem, to naprawdę zdrowiej i przyjemniej oszczędzać sobie nawzajem stresów. Wierzę też, że jeśli komuś okażę sympatię, tak po prostu, nie dlatego, że sobie zapracował na to, bym go z wysokości mojego tronu omiotła łaskawym spojrzeniem, ale dlatego, że to taki sam człowiek jak ja – to ona do mnie wróci. Oczywista, zdarzyło mi się parę razy w życiu boleśnie żałować tego nastawienia, ale w ogólnym rozrachunku wychodzę na plus. Działa. To taka prosta wymiana. Dajesz i bierzesz. Zdarzyło mi się w życiu całkiem sporo sytuacji, gdy ostrzegana „uważaj, to jest trudny człowiek” wracałam z pytaniem „ale czemu? strasznie fajny gość”. Sądzę, że życzliwość to taki jakby magiczny kluczyk, który bardzo wiele drzwi otwiera.

Niestety nie zawsze wszystko tak idealnie idzie.

Są takie indywidua na tym świecie, które same z siebie krzty dobroci nie potrafią wykrzesać, ale bezczelnie jej się domagają. Dają sobie przyzwolenie na ciskanie aroganckich tekstów w innych, pomiatanie innymi, traktowanie ich jak zła koniecznego i zbędnych zarazków, i z jakiejś niezrozumiałej przyczyny uważają, że to jest prawidłowe. Dodajmy, że na ogół nie są to osoby, które miałyby jakiekolwiek wyraźne powody do czucia się lepszymi od innych (z wyjątkiem, ma się rozumieć, szkodliwie rozbuchanej miłości własnej lub też maskowanych kompleksów). I zawsze mnie zdumiewa, gdy osoba taka, wyraźnie nadużywszy czyjejś dobrej woli, cierpliwości, ogólnie wszystkiego i doprowadziwszy kogoś do temperatury wrzenia, demonstrowanego za pomocą nadal dość uprzejmego werbalnego zaprezentowania środkowego palca, uwaga, obraża się. Jakby zachowanie – czytaj: cięta riposta – adwersarza nie było reakcją człowieka, który już po prostu nie zdzierżył. Nie rozumiem, czemu niektórzy nie rozumieją, że każdy, absolutnie każdy człowiek na tym łez padole ma swoją granicę, za którą może rozciągać się siódmy krąg piekieł.
A to jest naprawdę prosta, bardzo prosta zasada. Chcesz, żeby ludzie byli dla ciebie fajni? Bądź fajny dla nich. Ot, cała filozofia. Nie wymaga dyplomu z psychologii społecznej.
Mój James Bond tydzień temu, gdy prawie wyłam za biurkiem, bo wcześniej nieco się powadziliśmy i w ogóle nie wyrabiałam na zakrętach, zszedł na dół do kawiarni i przyniósł mi kolejną torbę emirackich wypieków, podsuwając mi je pod nos i mówiąc:
– Zjedz. Cały dzień nie jadłaś.
Mała rzecz, a prawie się w nim zakochałam dzięki temu. Inna sprawa, że moje zszargane nerwy natychmiast grzecznie się ułożyły.
Toteż apeluję: bądźmy mili. I nam będzie lepiej, i innym.

Poza tym znalazłam kolejny siwy włos. Staram się sobie wytłumaczyć, że on nie jest siwy, tylko spłowiał od słońca, niemniej wiem trochę za dobrze, ile stresu się nażarłam w ostatnich dniach. To się wyrwie, ufarbuje czy coś…

I znowu Francja wygrywa w nogę? Poważnie? Ech.

I am Burj Khalifa

Mam za sobą okropny, długi i męczący dzień, podczas którego z pewnością nie zadbałam o siebie tak, jak powinnam (a niedawno odbyłam z kimś rozmowę na ten temat – słusznie zwrócił uwagę, że niepotrzebnie się żyłuję, że niekiedy sama sobie zabieram czas na oddech; i co więcej, naprawdę czuję, że nie zadbałam o siebie tak, jak powinnam). Dlatego dziś wieczorem wracamy do ciepłych krajów jeszcze na momencik, a potem prędziutko spać.

Wiecie, autorka dużo w życiu widziała. Co jak co, ale na brak przygód nie może narzekać. Oczywiście są tacy, którzy widzieli więcej, co do tego nie mam cienia wątpliwości, ale wydaje mi się, że parę przygód po drodze mi się zdarzyło.
Muzea. Teatry jakieś czy coś (przypomnijcie mi, czy byłam w jakimś ostatnio?… ach, tak). Góry. Pustynie. Wiele zdjęć stóp w wodach ciepłych i zimnych.
A potem autorka poleciała do kraju, w którym jeszcze parę tygodni wcześniej nie spodziewała się być i zobaczyła tę smukłą wieżę, nieustannie migoczącą na horyzoncie.

SONY DSC

Przejęta postanowiła wjechać na samą górę (no, prawie, na samą górę nie sposób, bo ostatnie metry to iglica). Cała ta wyprawa – zajmująca dużo więcej czasu, niż mogłoby się wydawać, bo trzeba się nastać w niezgorszej kolejce – dowodzi, że ludzka inteligencja ponad poziomy wylata. Ten budynek, choć istotnie można zadawać sobie pytanie, po co w ogóle coś tak absurdalnie wysokiego budować, to jest cud inżynierii i trudno mieć co do tego wątpliwości. Jest to też, oczywiście, pomnik ludzkiej pychy – ale wiecie, w kraju, którego mieszkańcy naprawdę nie mają co robić z pieniędzmi, można było wydać półtora miliarda dolarów w gorszy sposób (inna oczywiście sprawa, że Burj Khalifa, jak wiele tamtejszych drapaczy chmur, budowali kiepsko opłacani, pracujący w niewdzięcznych warunkach imigranci z Indii i Filipin – wykonujący bardzo często mozolne fizyczne prace w bogatych tygrysach typu Dubaj czy Hong Kong, zwykle niewidzialni, tylko w weekendy urządzający sobie ogromne wspólne pikniki na skwerach, żeby odpocząć).
Tak czy inaczej, ona jest piękna, ta wieża. Zwłaszcza wieczorami. Z daleka nie wygląda tak imponująco – owszem, widać kontrast pomiędzy nią a pozostałymi wieżowcami, ale zdaje się, że to taka chuda trzcinka. Gdy stajecie tuż pod nią, tylko wzdychacie albo zagapiacie się tępo jak mój towarzysz, który po pięciu minutach takiego stania powiedział, że nie może przestać na nią patrzeć, jest tak fascynująca. Jest też tak ogromna, że w całości w kadrze mojego aparatu się nie zmieściła.

Otóż jedziecie windą pokonującą pół kilometra w minutę i wysiadacie w miejscu, z którego widzicie całe to miasto, będące snem wariata, maleńkie w dole, i dech zapiera.

SONY DSC

Wciskacie spust migawki i wtem czujecie coś dziwnego. Czujecie, jakby podłoga pod waszymi stopami bardzo delikatnie się kołysała, coś jak w lecącym samolocie. Burj Khalifa pracuje, ugina się na wietrze – a wiatry w tym klimacie są silne. Musi, bo inaczej złamałaby się jak zapałka.

Jest też inna strona Dubaju, taka, w jego starej części.


Pachnąca przyprawami i kadzidłem, herbatą z imbirem i miętą, smakująca rybą świeżo wyłowioną z morza na kolację. Głośna i już nie tak wymuskana.

I taka też jest.
SONY DSC
Troszeńkę tęsknię, nie powiem, że nie. Lubię chodzić boso po piasku…

To see yourself as the world sees you may be very brave, but it can also be very foolish

Trochę czasu minie, zanim znowu odwiedzę to miejsce. Tym samym ostatni na chwilę wpis o nim, a raczej o tym, co widziałam. Gdy znowu poczuję ten charakterystyczny, słodkawy zapach powietrza (jeśli to powietrze – raczej jego brak!) w metrze, z pewnością dowiecie się pierwsi.

wp-1465317373169.jpeg

A zatem Rory Kinnear – ten właśnie aktor, za którym nie przepadam, choć nigdy nic mi nie zrobił, po prostu nie na moich falach nadaje – gra w bardzo świetnej Operze za trzy grosze, wykorzystującej całą maszynerię National Theatre (ten słynny drum revolve!), będącej spektaklem niesłychanie widowiskowym i też pysznie zagranym. I ja, wiecie, troszeczkę posypałam głowę popiołem i wycofałam niechęć do niego, oglądając go w tym przedstawieniu, bo jest naprawdę arcyzdolnym aktorem. Ale jednak przyćmiły mi go dwie niesamowite kobiety.

Po pierwsze – Helen McCrory.
Kocham się w niej beznadziejnie, odkąd dwa lata temu zobaczyłam Medeę, w której powaliła mnie na łopatki. Tego roku Helen raz jeszcze sprzymierzyła się z reżyserką tamtej Medei, by opowiedzieć ludziom bardzo smutną historię. Smutną i przejmującą. O kobiecie, która cierpi na najgorszą z możliwych chorób.
Na samotność.
Odrzucona przez mężczyzn, których kochała, żebrząc bezskutecznie o ich miłość – nawet nie o miłość, o uwagę – próbuje popełnić samobójstwo. Na jej szczęście lub nieszczęście w tej samej kamienicy mieszka lekarz, ściągnięty na pomoc. Pierwsza próba niezbyt się udaje. Do drugiej – próbuje otruć się gazem – przygotowuje się znacznie lepiej. Zamyka okna. Kładzie koc pod drzwiami, żeby ograniczyć dopływ powietrza. Mości sobie miejsce na kanapie. Obserwujecie cały ten przerażający, wykonywany jak porządki domowe rytuał i macie ochotę wbiec na scenę i powiedzieć, żeby tego nie robiła – ale z drugiej strony to, dlaczego chce to zrobić, jest boleśnie zrozumiałe…
I powiadam, rozwaliły mnie ostatnie sceny. Otóż bohaterka, znowu powstrzymana przed zrobieniem sobie krzywdy, boso i w szlafroczku smaży sobie jajko. Jedno, samotne. Gdy jest gotowe, wciska się z tym jajkiem na talerzyku pomiędzy kuchenne meble, siada na małym krzesełku i je skulona.
Autorka westchnęła tak, że aż ją zabolało w trzewiach.
Bo ta prosta, cicha scena była chyba najsmutniejszą, jaką w życiu widziała.

Jakby tego było mało, niżej podpisana raptem dzień później poszła na drugą sztukę, której fabuła również kręci się wokół losu kobiety nieopisanie nieszczęśliwej. Nie ma to, jak wprawiać się w dobry nastrój na urlopie. Tak dobry, że tylko żyły sobie czymś tępym otwierać.

O tym przedstawieniu ludzie pieją od miesięcy. Jeden z moich dwóch ulubionych recenzentów teatralnych (bez nazwisk…) szalał z zachwytu. Ponieważ nasz drogi recenzent ma doskonały nos, jeśli idzie o kulturę – i doskonały nos w ogóle, ale zostawmy ten wątek, nim będzie za późno – autorka skwapliwie nabyła bilecik.

To jest bardzo przykry i niewygodny temat; temat, o którym się nie mówi za dużo. Mężczyznę z pociągu do kieliszka jakoś łatwiej rozgrzeszyć niż kobietę. Alkoholizm czy w ogóle wszelkie uzależnienia u kobiet to takie trochę tabu. Inna sprawa, że to kobiece picie czy dawanie sobie w żyłę (lub obie czynności naraz) nie jest takie znowu łatwo zauważalne, w każdym razie dla tych, którzy zauważyć nie chcą. Kobieta z nałogiem jednym czy dwunastoma nie musi być bezzębną, zapuchniętą osiedlową wariatką. Może być człowiekiem znakomicie – na pierwszy i drugi rzut oka – funkcjonującym w społeczeństwie. Dobrze ubranym, pachnącym niszowymi perfumami, dowcipnym i wygadanym. Maskuje się lepiej niż marine na misji. Przynajmniej dopóki nie zostanie sama. Bo to jest właśnie ten moment, jak mówią anglojęzyczni, gdy all hell breaks loose.
I tu mamy kobietę, młodą, odnoszącą sukcesy aktorkę, której coś po drodze idzie bardzo nie tak i trafia na odwyk. Stawia opór oczywiście. Ale jak to. Ja nie mam żadnego problemu. Dajcie mi wszyscy spokój. Masz problem, skoro tu jesteś, odpowiada terapeutka.
To jej zajmie czas. Dużo czasu, żeby się przyznać. Żeby to powiedzieć głośno.
To oszałamiający wizualnie spektakl – zwłaszcza jeśli, jak ja, przypadkiem upolujecie miejsce na scenie i siedzicie w środku akcji tak naprawdę. Co ważniejsze, to doskonale napisana sztuka. Sztuka napisana dość okrutnie, jakby miała widza zaboleć. I boli. Przyznaję, że w finałowych scenach ślozy mi ciekły ciurkiem po twarzy, i już nawet nie próbowałam udawać, że coś mi do oka wpadło.
Rozumiem też, dlaczego Denise Gough była wychwalana pod niebiosa za tę rolę, zdobyła nagrodę Oliviera i w ogóle. Spójrzcie tylko na nią. To jest drobna kobietka z siłą czołgu i niemożebną charyzmą. Hollywood jej pewnie nie zechce, bo nie ma posągowej urody i nie błyska piersiami ochoczo, natomiast jest wyśmienitą, fenomenalną i bardzo szczerą aktorką. Poza tym dlaczego ona miałaby zechcieć Hollywood?…
To jest naprawdę tour de force, powalająca rola. Jak ona daje radę powtarzać to osiem razy w tygodniu, pozostaje dla mnie zagadką, skoro dla mnie, pojedynczej widzki, było to przeżycie bardzo ciężkie. Zabawne momentami, bo ten spektakl jest chwilami groteskowo zabawny, ale głównie jednak mroczny. A nawet przerażający.
Uroczo to wyglądało, gdy Denise wyszła po spektaklu. Jakby taki snopek szedł – była tak obciążona bukietami kwiatów, że nie było jej zza nich widać.

Przysięgam. Następnym razem pójdę tylko na pogodne musicale. Nie zrobię sobie tego znowu. Oczywiście zapewne bardzo kłamię, bo prawda jest taka, że potrzebuję od czasu do czasu zostać przeciągnięta za włosy po podłodze. Potrzebuję poczuć, że życie nie jest taką uroczą opowiastką, jak lubi mi się wydawać. Teatr to bezpieczna metoda przekonywania się o tym – bezpieczna, a zarazem bardzo dotkliwa. On mnie rozluźnia, jak pisałam parę dni temu, ale też pozwala stanąć oko w oko z własnymi koszmarami, powiedzieć „o rany, przecież to jest właśnie to, co ja czuję; jak to dobrze, że takich jest więcej”.

W drodze do domu za to leciałam z panią, która miała wyraźny problem z przestrzenią osobistą ludzi siedzących nieopodal, wetknęła nogi pod mój fotel i oparła torebkę na moim podłokietniku, i powiadam, mój mały wewnętrzny psychopata ocknął się i chciał krwi. Czemu ludzie to robią?…

Though she be but little, she is fierce!

W foyer Shakespeare’s Globe stoi maszyna do pisania.
Maszyna pisze.
Dokładniej, pisze dzieła wszystkie Szekspira. Za każdym razem, gdy ktoś na Twitterze napisze słowo znajdujące się w dramacie Willa, maszyna to słowo znajduje. Ot, taki sprytny gadżet.

Podejrzewam, że znalazłby się ktoś oburzony taką koncepcją. Bard i nowe technologie, świat się kończy.
A jednak.

Piątek był w Londynie okropnie chłodny. Przyjechawszy niemal prosto z kraju, w którym temperatury osiągają wartości absurdalne, bardzo się zasmuciłam, gdy o poranku telefon poinformował mnie, że na zewnątrz jest raptem 10 stopni. A ja miałam przed sobą ładnych parę godzin w plenerze.
Jezuniu, jak ja zmarzłam. Dopóki oglądałam przedstawienie, nawet jakoś bardzo tego nie czułam, ale gdy się skończyło, dotarło do mnie, że jestem sztywna z zimna. Warto jednakowoż było narażać się na zapalenie płuc czy coś, bo spektakl jest po prostu czarujący. Prawdziwy sen nocy letniej. Gdybym miała opisać go jednym słowem, słowo to brzmiałoby „sexy”. To przedstawienie jest barwne, głośne, uroczo kiczowate, przeładowane, niegrzeczne i zmysłowe, i przypomina raczej burleskę niż Szekspira. Co mnie absolutnie zachwyciło. Ale nie każdy zareagował tak samo. Po premierze obóz zwolenników Tradycji przez duże T okopał się na swoich pozycjach i jął protestować – a zważcie, że Wielka Brytania jest jednak dużo bardziej wyluzowana, jeśli idzie o podejście do klasyki – no bo jak to? Czerwony neon z napisem ROCK THE GROUND w świątyni sztuki? Kula dyskotekowa?! Bhangra?!?! Helena jest mężczyzną?!?!?! Gender, ruja, porubstwo i upadek.
Dla niektórych.
Dla innych sama radość.
Obóz tradycyjnych był zgorszony nawet tym, że aktorzy mają mikroporty. No dobrze, ja też tego nie lubię. Co nie zmienia faktu, że ma to nawet sens, gdy gra się pod gołym niebem, gołym i bardzo ruchliwym, bo czasami przelatujący samolot całkowicie zagłusza człowieka. Powiedziałabym zatem, że plusy dodatnie przeważają nad plusami ujemnymi w tym przypadku.

Po kolei.

Puk w tym spektaklu jest śliczny i nieznośnie figlarny – nie ma cienia litości dla publiki. Strzela do niej z pistoletu na wodę, tarmosi za włosy, szczypie w policzki, rzucił(a) też w kogoś nadgryzionym bananem. Tytania jest nieprawdopodobnie sensualna (zrobiło się pewne zamieszanie pod sceną, gdy poprosiła widownię o pomoc w zdjęciu pończoch). Dwie pary kochanków są bardzo zabawne – jeden jest troszeczkę słabym ogniwem, ale za to przystojnym – natomiast jest też, ma się rozumieć, Oberon. I Oberon, psze państwa, jest powodem, dla którego autorka niemal zemdlała. Gdy przeczytała, kto go gra.
Bo gra go niejaki Zubin Varla.
To nazwisko już się tu pojawiało po wielokroć. Otóż Zubin Varla jest aktorem, którego głos autorkę zafascynował ładnych kilkanaście lat temu, gdy była jeszcze w liceum. Nieprawdopodobny głos, niemożliwy. Tak potężny, że aż trudno uwierzyć, że wydobywa się z nie tak znowu dużego człowieka. Zubin onegdaj grał Judasza – naprzeciwko lubianego przez niektóre czytelniczki Steve’a Balsamo – w Jesus Christ Superstar na West Endzie. To jest trudna rola, i wokalnie, i emocjonalnie, bo Judasz, postać kojarzona przecież z czystym złem i zdradą, jest narratorem tej rock-opery i nie sposób nie poczuć doń sympatii. Zubin uprzednio specjalizował się raczej w dramacie, ale wygrał casting i śpiewał tego Judasza z chorym zaangażowaniem. Wydawało mi się, że to musiało go kosztować parę lat życia. Aż w piątek usłyszałam ten szorstki, surowy, nieziemski wokal na żywo. On się z niego wydobywa niemal od niechcenia. Bo tak, on śpiewa w tym spektaklu, ale nawet gdy mówi, ten dźwięk jest… och. Powiadam, gdyby Globe miał sufit, to tynk spadałby widowni na głowy.

Jak wszyscy wiemy, w Śnie nocy letniej najważniejsi są Rude Mechanicals. Trupa aktorów-amatorów złożona z samych nieudaczników, którym trafia się jedyna w swoim rodzaju okazja wystawienia swojego wątpliwego dzieła przed parą królewską. W tym spektaklu są przebrani za obsługę Globe – w koszulkach i fartuchach. Przed spektaklem kręcą się wśród widowni, sprzedają jej wino i orzeszki, upewniają się, że każdy wie, którędy do wyjścia ewakuacyjnego (prosząc przy tym, by najpierw wypuścić aktorów, bo oni nie zachowują się jak normalni ludzie…). Ale tuż przed ich kluczowym występem jeden z nich zaintonował Space Oddity i zerwała się kosmiczna owacja, ludzie klaskali, tupali i gwizdali z całych sił. Co jeszcze dziwniejsze, nad widownią akurat wtedy latał jakiś samotny gołąb. David może wysłał się z powrotem na Ziemię na chwilę?… To był niesłychanie przejmujący moment.

I jig. Jig był fenomenalny. To chwila, na którą każdy w tym teatrze czeka, bo oto widzicie aktorów tańczących i wygłupiających się, i wy też możecie zatańczyć z nimi; i na krótki czas zaciera się granica między sceną a widownią, świat na zewnątrz przestaje istnieć, jest tylko ten okrągły, drewniany budynek i wy w nim.

Pomaszerowałam stamtąd do nieodległego National Theatre, zobaczyć, jak Helen McCrory próbuje popełnić samobójstwo – po wielokroć – a następnego dnia znów wróciłam do tego betonowego monstrum, zobaczyć świetną Operę za trzy grosze (to jednak troszeńkę dyskomfort, gdy aktor, którego nie lubicie – nic wam nie zrobił, po prostu wam nie pasuje – gra tak wyśmienicie, że jakby chcecie się w nim zakochać), ale o tym wszystkim będzie osobno… Lub też nie, bo kogo to interesuje.

I’m back. Not by popular demand but I’m back anyway.

Zaleciałam do Londynu zmęczona jak wszyscy diabli. Dzień po tym, jak wróciłam z pustyni, niewyspana i wymięta, z nieco skołatanym sercem. Rzuciwszy tylko tobołek w hotelu, pobiegłam na południowy brzeg. Prosto na czytanko.

Czytanka to osobliwa rozrywka i podejrzewam, że o ile sporo osób lata z innych krajów, by zobaczyć błyszczące od gwiazd spektakle na West Endzie, o tyle niekoniecznie ktokolwiek podróżuje, by wziąć udział w czymś takim. Cóż, jedna osoba z pewnością.
Po naszemu to by się nazywało czytanie performatywne. Aktorzy mają tylko kilka godzin na przygotowania. Mogą wiedzieć, w jakiej sztuce będą grać wieczorem (i że z pewnością będzie ona miała trzysta lat, może więcej), ale nie wiedzą, kogo będą grali, ani jaką wizję ma reżyser. I tak, to zawsze jest kompletne fiasko, dlatego właśnie ludzie je uwielbiają.
Każdy sezon czytanek zamyka sztuka wybrana w głosowaniu przez widownię. Back By Popular Demand, tak to się nazywa. Głosowanie odbywa się kilka miesięcy wcześniej i jest w miarę demokratyczne, natomiast sposoby, do jakich kandydaci – czyli reżyserzy i ich ekipy – uciekają się, by zdobyć sympatię publiczności, już nie są. W teorii są zasady. Każdy zespół ma dwadzieścia minut na zaprezentowanie najlepszych scen i przekonanie widowni, że właśnie to chciałaby zobaczyć. W praktyce to jeden wielki chaos i wzajemne obrzucanie się mniej lub bardziej subtelnymi wyzwiskami. Cały wieczór wyborczy zwykle również prowadzi jeden z uczestniczących aktorów/reżyserów i to z niego cytat bezczelnie ukradłam do nagłówka.

Wartość artystyczna bywa dyskusyjna – choć zwykle widzicie ludzi raczej utalentowanych, nierzadko skądś jakby znanych (w czwartek przez cały wieczór zastanawiałam się, gdzie ja wcześniej widziałam faceta siedzącego za mną…), którzy zjedli zęby na improwizacji, więc nawet jeśli wszystko im się pomiesza, to i tak wybrną z tego z wdziękiem, najwyżej sami się przy tej okazji trochę ugotują. Macie też okazję posłuchać wybitnych znawców od Szekspira i spółki, którzy ochoczo wygłaszają wprowadzenia do każdej ze sztuk, często z użyciem najbardziej lubieżnych lub kuriozalnych cytatów. Ale nie o to chodzi.

Najważniejsze jest to, że natychmiast czujecie się u siebie. Nieważne, czy jesteście z daleka czy nie, macie cudowne poczucie bycia wśród swoich. I wszelkie stresy z was schodzą.
Cieszę się, że odpuszczono mi moment publicznej kompromitacji. Bo zdarzyła się taka scena, dłuuuga scena, gdy aktor wskazywał paluszkiem wybranego widza, gestem kazał mu wstać, po czym patrząc mu w oczy bez jednego mrugnięcia, recytował litanię obelg pod jego adresem. Och, z jakim zapałem obserwowałam moje buty w tej scenie, świadoma faktu, że jeśli jego wzrok napotka mój, to mogę być następna. Z drugiej strony każdy z wytypowanych wyglądał na ucieszonego, więc sami wiecie. Co za różnica. W sumie zaszczyt nawet.
Jak kiedyś pisałam, można bez pudła rozpoznać osobę, która przychodzi na to pierwszy raz, bo siedzi nieco sztywno i z miną mówiącą: „ci wszyscy ludzie tutaj, oni coś zażyli, z czego oni się śmieją, przecież to nie było śmieszne”. Gdy jednak przychodzi się po raz trzeci, zauważa się, że większość ludzi na scenie i widowni to znane już wam twarze. Z każdą kolejną wizytą liczba skinięć głowy wykonywanych w waszym kierunku rośnie. A przecież niby jesteście tylko widzem.
Dlatego właśnie uważam, że czytanka pełnią funkcję terapeutyczną, i to bardzo. Nie tylko dlatego, że doskonale masują wam przeponę, ale dlatego, że wyzwalają was z wielu uczuć dręczących na co dzień – wstydu, skrępowania, jakiegoś takiego niedopasowania do rzeczywistości. Ze smutków różnych. Tu bowiem jesteście w otoczeniu naprawdę fajnych ludzi, może nieco dziwnych, ale fajnych i takich, którzy są wam szczerze wdzięczni, że chciało wam się przyjść. W otoczeniu bardzo bliskim, bo ciasna przestrzeń Sam Wanamaker Playhouse sprawia, że najpewniej spędzicie wieczór z czyimiś kolanami wbijanymi niechcący w wasze nerki albo czyimś biodrem niebezpiecznie blisko waszego – jak ktoś napisał, ten wyjątkowy teatr to miejsce dla ludzi bardzo szczupłych albo bardzo ze sobą zaprzyjaźnionych.

Mój ulubiony dramaturg powiedział, że teatr jest miejscem bardzo nienormalnym. To prawda.

Sequence Number

Byłam wczoraj w Jordanii.

Uściślając, przeszłam kilka metrów po jordańskiej ziemi, z samolotu do samochodu, który czekał na nielicznych pasażerów (i odwożąc ich do terminalu, zderzył się z z innym lotniskowym samochodem, ale na tyle niegroźnie, że panowie pokrzyczeli na siebie przez okna i pojechali dalej – no cóż). Weszłam do terminalu. Posiedziałam przez chwilę na krzesełku, przyglądając się sunącym bezszelestnie po marmurach pięknookim kobietom w nikabach i tym w podkoszulkach. Wreszcie poszłam kolejnym długim, zakrzywionym korytarzem, na końcu którego czekał uśmiech i służbowe „Grüß Gott”, oznaczające bez wątpienia, że wracam do Europy. Czyli tak naprawdę wcale nie byłam w żadnej Jordanii. Nie przekroczyłam jej granicy. Byłam w tej magicznej, nieoznaczonej na mapach krainie znanej jako TRANSFER, gdzie każdy jest u siebie i zarazem nie jest. Teoretycznie wyjechał z jednego kraju, ale nie przekroczył granicy drugiego. Siedzi w tym swoim nigdziebądź. Modli się o ogólnodostępne WiFi, żeby zabić nudę – zabrane książki już przeczytał. Zaprzyjaźnia się z cudzymi dziećmi. Rozgląda się za miejscem, gdzie kawę wydają. Czeka. Czeka, aż na ekranie pojawi się wytęsknione słowo „boarding”. Wtedy wreszcie będzie mógł pójść tym korytarzem. Zająć miejsce i skulić się w nim. Poprosić o wino (nawiasem mówiąc – jordańskie są bardzo dobre!). Zdrzemnąć się nieco, ukojony łagodnym pomrukiem silników, które na zewnątrz, za dźwiękoszczelnymi szybami zapewne ryczą potwornie, ale do ucha pasażera dociera tylko to delikatne, usypiające szemranie.
Pasażer, będąc nigdzie, niby w jakimś kraju, ale w gruncie rzeczy gdzieś pomiędzy trzyliterowymi kodami na karcie pokładowej, będąc przez chwilę niczym więcej niż kodem paskowym na kartoniku, bo w tym zapisane są wszystkie jego ruchy, skąd, dokąd, kiedy – lada moment zniknie, jakby nigdy go tu nie było. Za kwadrans poczekalnia zapełni się kolejnymi takimi jak on. Nieco zagubionymi i wpatrującymi się w tablicę z odrobinę zrezygnowaną cierpliwością, bo cóż innego można zrobić. Za kilka godzin pasażer wyląduje w domu i natychmiast poczuje się dziwnie zmęczony. Zaniepokojony, bo miał bardzo niewiele czasu na przesiadki i co, jeśli bagaż nie zdążył? (Zdążył, przybył oklejony osiemdziesięcioma czerwonymi nalepkami oznaczającymi, że z tą walizką trzeba biegusiem – pani na stanowisku odprawy w Dubaju widocznie istotnie przejęła się moim lekkim podenerwowaniem. Co ciekawe, pierwotnie moje toboły miały zostać nadane li do Ammanu, bo leciałam dwiema różnymi liniami, które najwyraźniej nie mają ze sobą umowy i zrobiło się lekkie zamieszanie, gdy przerażona oświadczyłam, że nie ma takiej opcji, bym to odbierała i od nowa nadawała w miejscu przesiadki, bo tym sposobem nie zdążę na kolejny samolot. Pani się zafrasowała, ale złapała za telefon, podzwoniła tu i tam, nagle wyrosło przy niej całe stado ludzi dyskutujących żarliwie i popatrujących to na mnie, to na ekran, cokolwiek na nim widzieli, celujących palcem to w ekran, to we mnie – trochę to trwało, ale wreszcie na rączce mojej walizki pojawiła się opaska z jedynie słusznymi literami KRK. Uff).
Pasażer da się zawieźć do domu taksówkarzowi – bardzo miłemu, co nie zmienia faktu, że pierwszy i ostatni raz korzystałam z tych oficjalnych lotniskowych taksówek; ichni cennik to zbrodnia w biały dzień, no dobrze, w ciemny wieczór, ale jednak gruba przesada.
– A pani skąd przyleciała?
Odpowiadam. I sama dziwię się mojej odpowiedzi, bo jak to, jeszcze rano tam byłam, jeszcze w południe jadłam lunch, a teraz nagle jestem z powrotem tutaj, prawie 6000 kilometrów dalej? Nie może to być.

Obiecuję, że będzie tu duży wpis o wszelkich cudach tego miasta, które naprawdę wydaje się nierealne, ba, ono jest nierealne, to sztuczna enklawa nieustającej szczęśliwości wciśnięta między morze i pustynię – bo czegóż on nie ma, wszystko najnowsze, najwyższe i największe. Sztuczne wyspy, wieżowce, centra handlowe z lodowiskami, stokami narciarskimi, piętrowymi fontannami. Obejrzawszy cały budynek wydrukowany w 3D i funkcjonujący jako zupełnie normalne biura, zastanowiłam się, czy misję na Marsa też zamierzają wysłać. Zamierzają.
A przynajmniej o jednym cudzie chciałabym napisać.
I napiszę.
Gdy tylko wrócę stamtąd, dokąd jadę o szóstej rano. I może chociaż tam się wyśpię.

Not in Kansas anymore

Mam wrażenie, że o tym mieście łatwiej opowiadać obrazami.
Bo co o nim można napisać.
Że jest niepodobne do żadnego innego? No, jest. Taka marsjańska kolonia. Jak z filmów, w których ludzkość ucieka na inne planety i buduje tam sobie raje pod kopułą wiecznie błękitnego nieba.

image

Że to lunapark ludzi, którzy mogliby kupić całą waszą dzielnicę i nawet by tego wydatku nie zauważyli? Owszem.
Że po horyzont szklane wieże? Wiadomo.

image

Niektóre z nich, jeśli nie większość, to imponujące cuda architektury – albo po prostu bardzo wysokie kurioza – bo tu nic nie może być zwyczajne, nie godzi się wtapiać w tło.
Że aby pokonać skromne półtora kilometra, na ogół trzeba wziąć taksówkę – albo pojechać metrem, bo to nie jest kraj dla pieszych, chyba że lubią ginąć pod kołami pędzących sześcioma pasami samochodów? Było o tym w telewizji.
Że możecie tu kupić wszystko, zjeść wszystko? Ależ tak.
Że upał potrafi przydusić, a kąpiel w morzu nie orzeźwia? Ma się rozumieć.

To wszystko wiadomo.

Czego nie wiadomo, nie od razu, to to, że w tym dziwnym, z pozoru niegościnnym miejscu łatwo poczuć się u siebie.
Tu żyją prawie sami cudzoziemcy. Wszyscy są nietutejsi. Nie jesteście sami w swojej nietutejszości, więc przerażenie „o mój Boże, jak ja się tu znajdę” szybko mija.
Wszyscy są też bardzo mili.
Słońce co rano. Kupujecie nadziewanego croissanta i mocną kawę – albo lemoniadę – i w promieniach słonecznych idziecie przed siebie. Wieczorem zrywa się bryza, kontury drapaczy chmur nieco się rozmazują w wilgotnym powietrzu, ale światła na dachach nieustannie, niestrudzenie migoczą

image

To już zaraz dwa tygodnie, jak tu siedzę. Przyleciałam tu w towarzystwie nieznajomego, który spędził na Bliskim Wschodzie wiele czasu i przez całą drogę zapewniał, że będzie mi się podobało. Na wizytówce nabazgrał maczkiem miejsca, które powinnam odwiedzić.
Odczekawszy swoje w kolejce do pieczątek, wsiadłam do taksówki. Za kierownicą, jak się okazało, siedziała lokalna dziarska dziewuszka, drobniutka, która beztrosko i mimo moich protestów wrzuciła moje ciężkie toboły do bagażnika, mój zmęczony zewłok na tylne siedzenie, po czym z prędkością 130km/h pogrzała do miasta.
Jak wiadomo, dość lubię gawędzić z taksowkarzami. Całkiem jak w Krakowie, dziewczyna powiedziała, że woli jeździć po nocy, bo spokojniej (nie żeby różnica była znacząca…). Zapytana, co najpierw powinnam zobaczyć, zaśmiała się i wskazała na błyszczącą na horyzoncie Burj Khalifa, a potem, poprawiwszy chustkę i posławszy mi w lusterku zawadiackie spojrzenie spod doskonale umalowanych rzęs, powiedziała:
– Ale najpierw musisz na plażę!

O tym wszystkim będzie. W każdym razie nieznajomy miał rację.

Octopussy

Wbrew obiegowej opinii żyję i mam się… sama nie wiem, jak się mam. Chyba dobrze. Jak wiadomo, los mnie rzucił w świat i obecnie mój tymczasowy dom znajduje się w miejscu, o którym bez dwóch zdań można powiedzieć, że jest cudaczne, ale o tym napiszemy osobno.
image

Dziś o czymś innym.

Przedwczoraj miałam imieniny. Nie obchodzę ich, ale w ich okolicach lubią dziać się rzeczy, nazwijmy to, interesujące. Dwa lata temu na przykład dokładnie tego dnia poleciałam do Londynu na kolejne czytanie sztuki. Nie pamiętam, co mnie do tego skłoniło… Ach, tak. Włosy. Bawiłam się wyśmienicie, bo jak można byłoby inaczej. Och, mało człowiek wtedy wiedział… Tamtego dnia wykazałam się jeszcze resztkami instynktu samozachowawczego i godności, i po skończonej imprezie uciekłam, ale to był ostatni taki przypadek.

Tego samego dnia w tym roku zjechałam windą do lobby, zgodnie z instrukcją, by po chwili zobaczyć kroczącego w moim kierunku dżentelmena z poszetką w kieszeni marynarki, tego samego, z którym przez ostatnie dni harowaliśmy do późna, oglądając ten osobliwy kawałek świata głównie przez szybę. Dżentelmen zapachniał, zatrzepotał długimi  rzęsami rasowego bruneta, oczarował panie w recepcji głębokim wokalem, po czym poszliśmy na wytęsknione piwo. Do piwa zjedliśmy ośmiornicę z jednego talerza, kłócąc się o ostatni kęs („ty weź „, „nie, ty”, „nalegam”, „ależ proszę”), aż wreszcie uslużny kelner interweniował I sprawiedliwie podzielił resztki żyjątka pomiędzy nas dwoje, inaczej zapewne nigdy nie zdołałby przynieść dań głównych.
Zgubiliśmy się w drodze powrotnej. Daleko wcale nie było, kilkaset metrów, ale w tutejszych labiryntach, mnogości wejść, wyjść, poziomów, kładek nietrudno stracić orientację. Plątaliśmy się zatem nieco ogłupiali, a wokół nas lśniły wieże miasta, które wygląda jak wizja pijanego reżysera sci-fi.
– Wydaje mi się, że nie mijaliśmy tej galerii sztuki. Zapamiętałabym tę krowę.
– Masz rację. Spróbujmy tamtędy.

Tak sobie, wiecie, siedziałam w tej knajpie i to wszystko wydawało mi się nieprawdopodobne. Jak to się stało? Kiedy? Co ja zrobiłam, że się tu znalazłam? Toż to prawie scenariusz filmu o 007 – upalny wieczór, za oknami migocze Burj Khalifa, a w dodatku towarzystwa przy kolacji dotrzymuje mi elegancki Brytyjczyk. No przecież to nie może być naprawdę.
Nieco tylko niepokoi mnie fakt, że to towarzystwo sprawia mi coraz większą przyjemność.
I nie pomaga mi wcale.
Siedzę wczoraj w biurze, wytrwale ignorując unoszący się w powietrzu zapach wody kolońskiej , gdy wtem pomiędzy moim nosem a monitorem pojawia się papierowa torebka, wraz z przyjemnym dźwiękiem układającym się w słowa:
– Would you like a gingerbread cookie? They’re quite nice…

There are some who have crossed deserts

Dzielnicowy u mnie był.
Powaga.

Nie, nadal nie mam zatargów z prawem. Dzielnicowy przyszedł, bo Dni Młodzieży. Nie było mnie akurat w domu, ale że mama przyjechała na parę dni, otworzyła drzwi uporczywie dzwoniącemu i z niepokojem skonstatowała, że za progiem mieszkania córki stoi policjant. Zanim moja biedna matka zdążyła pomyśleć, że chyba nie mówię jej o wszystkim, dzielnicowy uspokoił, że on tak rutynowo, procedury i tak dalej. Zatem czy zamierzam być w domu podczas wiadomej imprezy? Czy przyjmuję gości w tym czasie? Czy karana? Czy pracuję? A gdzie? Czy sama tu mieszkam? Czy to moja nieruchomość?
Moja biedna matka udzieliła odpowiedzi na wszystkie pytania, na które odpowiedzieć mogła, by wreszcie od pana władzy usłyszeć:
– A córka panienka?…
Siedząc wieczorem nad białym winem, ukułyśmy teorię, że on nie przychodzi w sprawie żadnych tam Dni Młodzieży, tylko aktywnie poszukuje. Proszę. Akurat taka niekarana, pracująca, z mieszkaniem. Obleci.

Przynajmniej mam o czym pisać dzięki niemu. Staram się bowiem odwracać własną uwagę od leżącej w przedpokoju walizki, jakoś do połowy spakowanej. Bo nie uwierzycie, ale zaraz wyjeżdżam. Opuszczam naszą krainę mlekiem i miodem płynącą. Troszkę sobie poza nią posiedzę tym razem; nie będę wracała jutro, jak to ostatnio miałam w zwyczaju. Nie było tego kierunku w planach, ale wszyscy wiemy, że plany służą głównie temu, by je dynamicznie zmieniać, ewentualnie się z nich śmiać.
Najpierw trochę się cieszyłam. Trochę bardzo nawet. Ba, promieniałam. Później nagle coś mi w głowie przeskoczyło – podręcznikowy gradient unikania. Od poniedziałku czułam kamień w żołądku, który to kamień powoli ewoluował w mdłości i jadłowstręt, i śniły mi się okropne rzeczy (na przykład że paliły mi się włosy), i chciało mi się płakać ze strachu, a to już poważna sprawa. Ja jestem straszna trzęsidupa, ale na ogół jakoś tam trzymam się za twarz. Rzadko płaczę. Gdy czuję, że muszę gdzieś się schować i trochę się pomazać, to znaczy, że jest źle. Jest bardzo źle.
Nie wyjeżdżam na wojnę ani bić rekord w nurkowaniu bez tlenu. Jadę do pracy, robić coś, co robię od ładnych paru lat i co w dodatku lubię. Obiektywnie zatem nie ma absolutnie żadnego powodu do paniki. A jednak jakoś dałam radę sama sobie wkręcić, że sobie nie poradzę, że się nie sprawdzę, że kogoś zawiodę, wypadnę jak jakaś tempa szczała.
Tym samym przez kilka ostatnich dni moje nerwy były tak napięte, że ledwo się trzymałam. Nie pomagało nic. Ani długie marsze, które zwykle oczyszczają mi łepetynę, ani sen (bo jak wyżej), ani melisa, ani to, że w całym tym budynku pełnym okropnie doświadczonych, odpowiedzialnych i ważnych ludzi w krawatach będzie tylko jedna osoba, której Bertie Carvel powiedział, że jest słodka, więc tym samym mogą jej naskoczyć. Całkowity, obezwładniający cykor. Nie do zniesienia.
Uspokoiłam się nieco, gdy człowiek, z którym będę współpracować, zadzwonił do mnie i spokojnym głosem to i owo mi powyjaśniał. Pożartowaliśmy trochę.
– Pakuj się spokojnie, żebyś niczego nie zapomniała. Wiesz, co masz zabrać?
– Sądzę, że głowę przede wszystkim.
– Luz, dopiero w poniedziałek będziesz jej potrzebować.
I wtem nagle zobaczyłam całe to szaleństwo jako przygodę. Po prostu. Na cztery godziny przed wylotem już nawet się nie denerwuję – to znaczy owszem, nieco, ale to już inne podenerwowanie, takie właśnie, o.

Obawiam się, że kolejne wpisy będą nieco wątłe, za to może być dużo krzywych zdjęć. Na jakiś czas przestanę was dręczyć nieudolnie głębokimi powzdychiwaniami o teatrze (ale wiecie oczywiście, że Matt Smith wraca na scenę w Royal Court tego lata, i można nabyć bilet za nasze jakieś 60-70 złotych) czy innych tam moich czułościach.
Będzie dobrze, nie?
Musi być.
No, to komu w drogę, temu…

Waiting for the weather to break

Wróciłam. Nie na długo, bo w sobotę znowu w świat, ale tym razem w innym kierunku i z innych powodów, i już mnie profilaktycznie budzi nerwowy ból brzucha. O tym w każdym razie później.
W sobotę o czwartej rano minęłam na chodniku przed domem grupkę wytwornie ubranych, ale już niekoniecznie wytwornie pachnących młodych dżentelmenów wracających z knajpy. Też tak kiedyś robiłam, ale ostatnimi czasy weekendowe noce spędzam nieco inaczej. Wsiadłam do taksówki, odbyłam uroczą pogawędkę z kierowcą rozkochanym w podróżach na Bliski i Daleki Wschód (przez dziesięć minut z zapałem opowiadał mi o Angkor Wat – lubię takich oszołomów), wypiłam kawę, wsiadłam do samolotu, parę godzin później zeń wysiadłam. Trochę nie do końca pewna tego, co robię. Można było spędzić urodziny po bożemu. Z przyjaciółmi, z panem i władcą, z mamą na telefonie, z jakąś może małą imprezką. A ja co? Postanawiam spędzić je samotnie i półtora tysiąca kilometrów od domu. Chociaż Londyn, po dwudziestu pięciu wizytach tamże, przestał być miejscem obcym. Lubię go i on mnie chyba troszkę też. Są przecież ludzie, którzy stamtąd uciekają. Znajoma po krótkim urlopie w stolicy Albionu zadzwoniła do mnie z komentarzem, że to jest straszne miejsca i ona absolutnie nie rozumie, skąd te moje zachwyty. Sama nie rozumiem. Podejrzewam, że to w dużej mierze spowodowane jest wrażeniem, które tam mi się zdarza – że wszystko mogę. Co tylko zechcę. No i oczywiście całą masą wspomnień i skojarzeń.
Miałam mieszane uczucia co do tego pomysłu, owszem, ale niepotrzebnie.
Doleciałam, jak widać.
wp-1462910364900.jpeg.
Zajechałam z fasonem metrem do centrum, nasadziłam na nos okulary przeciwsłoneczne i jak to panisko ruszyłam przez Piccadilly. Jak to zwykle się zdarza, pod księgarnią Waterstones poczułam przemożną chęć wypicia herbaty, zatem wlazłam do księgarni, zeszłam do kawiarni w suterenie i złożyłam stosowne zamówienie. Żeby mi się nie nudziło, zatroszczyłam się uprzednio o towarzystwo dwóch książeczek – pierwszej (bo bardzo lubię de Bottona, również za to, że dzielimy zafascynowanie awiacją) i drugiej (nie, nie jestem miłośniczką horrorów o morskich potworach i narastającej psychozie, natomiast z pewnej uroczej – słowo klucz… – przyczyny dość mnie zainteresowała powstająca właśnie adaptacja filmowa, i właściwie to chciałam przeczytać tę książkę tylko po to, by wiedzieć, jak się skończy i czy westchnę „jak zwykle” – otóż od razu przeczytałam kilkanaście ostatnich stron i westchnęłam „jak zwykle”). Następnie pomaszerowałam w kierunku mostu Waterloo i dalej, do Old Vic.
Mogę dygresję?
Podczas każdej kolejnej wizyty mój zachwyt barmanami w pijalni Old Vic rośnie. Tacy piękni mężczyźni. Nie zdziwiłabym się szczególnie, gdyby to byli studenci szkół teatralnych, jest to wszak zjawisko dość powszechne, że marzący o scenie często za młodu zarabiają, pracując w teatrach, ale jako bileterzy, szatniarze, maszyniści, kelnerzy. W każdym razie ci w Old Vic są wyjątkowo malowniczy i wiem, że to okropne, co napisałam, lubieżny stary damski satyr, ale tak jest.
Tyle wątku pobocznego, teraz do rzeczy.
Plan na urodzinowy wieczór miałam od dawna. Planu na popołudnie nie miałam (w Londynie w soboty spektakle są grane dwukrotnie, co oznacza, że gdy dobrze zaplanujecie, spokojnie obejrzycie sobie dwa różne przedstawienia jednego dnia). Wahałam się pomiędzy innym spektaklem a The Caretaker Pintera w Old Vic właśnie. W podjęciu decyzji pomógł mi jakże kochany Bertie Carvel, który na Twitterze wyrażał zachwyty nad tym drugim, więc wybór natychmiast stał się oczywisty.
Pinter to wiadomo, on umiał pisać. U niego widać, że największe tragedie – i komedie – zdarzają się w pospolitych światach szarych przedmieść. W tej sztuce pojawiają się tylko trzy osoby – włóczęga, facet, który go przygarnął i jego brat. Ich wzajemne relacje z czasem się komplikują. Włóczęgę, tytułowego dozorcę, gra Timothy Spall, aktor bez dwóch zdań wybitny. Człowiek, który do roli Williama Turnera przygotowywał się, ćwicząc przez dwa lata malowanie jednego obrazu. Nauczył się tak, że to jego namalowana przezeń kopia wystąpiła w końcu w filmie. Jest niesamowity. Mówi zawodzącym głosem, z nieznośną manierą; wygląda jak ktoś, kogo byście w życiu do domu nie wpuścili. Ale, chociaż bez wątpienia angażuje się ogromnie i chociaż jego nazwisko na plakacie największe, tym razem to nie on jest motorem.
Trzy lata temu oglądałam w Londynie Mojo – sztukę samą w sobie średnio udaną, w której jednakowoż grali razem Brendan Coyle, Colin Morgan i Ben Whishaw. Ten ostatni oczywiście kradł przedstawienie, ale w tym spektaklu występował ktoś jeszcze. Znacznie mniej znany aktor pod tytułem Daniel Mays. I wtedy napisałam, że to nazwisko do zapamiętania. Miałam rację.
Mays, kawał chłopa z żarliwym spojrzeniem, kuśtyka niezdarnie po scenie, mówi nieco powolnie i pod koniec drugiego aktu serwuje widzom przejmujący, niesłychanie długi monolog. Jego bohater, jak się okazuje, był leczony elektrowstrząsami. Ta paskudna terapia uszkodziła go na dobre.
Gdy Spall wyszedł się kłaniać, publika z całych sił biła brawo. Gdy Mays wyszedł, publika wstała.
Cóż dodać.

Jest jeszcze trzeci bohater. Wspomniany wcześniej brat. George MacKay, lat raptem dwadzieścia cztery, z ulizanym włosem i dopasowaną skórzaną kurteczką, i doskonale psycholskim obliczem. Cudowny. Jego bohater to antypatyczna paskuda, ale oczy trudno oderwać.

Nawiasem mówiąc, drobna porada turystyczna, gdybyście wybierali się do Old Vic – czy jakiegokolwiek innego teatru gdziekolwiek. Miejsca w lożach są zwykle tańsze, bo niby ograniczony widok. Loże w końcu wynaleziono po to, by siedzący w nich byli podziwiani, a nie po to, by z uwagą śledzili przedstawienie. No tak, siedzicie nieco boczkiem. Ale jesteście bardzo blisko sceny i macie taki jakby swój prywatny pokoik, dzielony z trzema osobami czy nawet jedną, a czasem sami w nim jesteście. Fajne doświadczenie, polecam.

A potem Royal Court i X.
Gdybyście się zastanawiali, czy można zrobić horror na scenie – otóż można. Czy można wystawić science-fiction? Można tym bardziej. Momenty całkowitej ciemności bardzo w teatrze lubię, ale w tym akurat osobliwym przypadku czułam się nieswojo. Jest to przerażające. Niby nic się nie dzieje, właściwie większość pierwszego aktu nieliczni bohaterowie spędzają na rozmowach i wylewaniu frustracji. I chyba właśnie to pozorne nic-się-nie-dzianie jest najbardziej straszne, bo powolutku, powolutku wciąga widza w szaleństwo.
Otóż jest baza na Plutonie. Baza straciła kontakt z Ziemią trzy tygodnie wcześniej. Baza ma dość zapasów, by trwać w zimnym kosmosie przez lata, ale mimo wszystko nieco niepokojący jest fakt, że Ziemia przestała się odzywać, choć wszystkie wysłane przez bazę komunikaty zostały odebrane… W tej ciasnej przestrzeni zamknięci są naukowcy i astronauci. Jedna za drugą, z początku ledwo dostrzegalnie, rzeczy zaczynają się dziać. Główna bohaterka kłóci się ze współpracownikiem, że nie umył szyby, a prosiła (z tyłu sceny znajduje się potężne okno, przez które widać tylko lodowatą ciemność kosmosu, od czasu do czasu jednak pojawiają się w nim jakieś światełka, nawet zdawałoby się, że się zbliżają). Ktoś słyszy łomoty dobiegające z góry, gdzie tylko maszyneria i nikogo z pewnością tam nie ma. Ktoś widuje małą dziewczynkę, ale przecież skąd dziewczynka na pokładzie? Ktoś przyleciał na pomoc, ale czemu tylko jedna z osób w bazie z nim rozmawiała i gdzie się podział? A jakby tych zagadek było mało, zegar co jakiś czas sam się cofa o kilka minut…
I tak od rozmów znudzonych i sfrustrowanych ludzi uwięzionych daleko od domu z wolna przechodzimy w sam środek obłędu.
Jeden z bohaterów pamięta jeszcze śpiew ptaków na Ziemi – która, jak da się wywnioskować z konwersacji, została całkowicie wyjałowiona z wszelkiej przyrody. Nosi przy sobie taki gwizdek do imitowania ich głosów; miałam taki w dzieciństwie. Któregoś dnia, a może nocy, słyszy w pustym kambuzie prawdziwy ptasi śpiew i wtem ptak wlatuje na scenę. W życiu nie myślałam, że papierowego ptaszka można się tak przestraszyć. Że nie wspomnę o końcowych momentach pierwszego aktu, gdy znienacka otwarły się drzwiczki szafki w kantynie i w tychże drzwiczkach pojawiły się ludzkie nogi – ktoś obok mnie nie wytrzymał i wrzasnął.
Ale nie to było najgorsze.
Główna bohaterka lubi sobie nagrywać absolutną ciszę na zewnątrz i potem jej słucha. Bo to cisza tak głęboka, że aż dźwięczy (ciekawostka – NASA istotnie szkoli astronautów w specjalnych komorach, żeby przywykli do ciszy, ale jest na świecie miejsce, w którym poziom hałasu wynosi MINUS dziewięć decybeli i ponoć nikt nie wytrzymał tam dłużej niż trzy kwadranse, zwłaszcza że do tego jest ciemno; najzupełniej zdrowi na umyśle ludzie mieli halucynacje albo, nim do nich doszło, błagali, żeby ich wypuścić, bo tak fatalnie się czuli). No więc słucha ona sobie tej ciszy. Nakłada słuchawki. Cisza istotnie.
I wtem w tych słuchawkach dziecięcy śmiech.
Paplanina małej dziewczynki.
Światła gasną.
Włosy widzów siwieją.

A czy to wszystko wydarza się naprawdę, to inna sprawa.

Główną rolę w tym przedstawieniu gra Jessica Raine, znana z serialu o położnych – i jest arcyświetna, ale skrobie jej marchewkę szczupłe chłopię pod tytułem James Harkness, o którym od pierwszego wypowiedzianego przezeń słowa wiadomo, że Szkot. Z Glasgow. Syn alkoholika; ostro łajdaczył się za młodu, ledwo przeżył ciężkie pobicie, po czym ukończył prestiżową szkołę aktorską – dzięki finansowemu wsparciu anonimowego darczyńcy – i znakomicie sobie radzi, ostatnio z powodzeniem paradując po deskach jednego z najważniejszych teatrów w Europie (bo Royal Court jest miejscem, w którym od lat mają miejsce premiery nowych sztuk wybitnych współczesnych dramaturgów). W wywiadach mówi, że aktorstwo wyciągnęło go z równi pochyłej, którą już się staczał, mając raptem kilkanaście lat przecież. Ja mu wierzę. Gdy kręciłam się pod teatrem po spektaklu, wyszedł jakiś taki elegancko w białą koszulę i doskonale skrojone spodnie odziany koleżka z przydługim włosem, zatrzymał się nieopodal i zapalił papierosa. Jak zwykle – nie miałam odwagi podejść. Obawiam się, że zrobię to następnym razem.

Dość nawet mi się ta wycieczka udała.

Don’t forget what happened to the man who suddenly got everything he wanted

Witajcie, majowe jutrzenki.
Jak u szanownych powrót do pracy po przydługim weekendzie? Łzy otarte? Wgłębienie w ścianie od walenia głową wyżłobione? Ile kaw się wypiło, ile westchnień z głębi trzewi wypuściło? Ile nieprzeczytanych wiadomości zastało się w skrzynce, po czym rozważało, czy ich autorzy kiedykolwiek zauważą brak odpowiedzi?
Nie martwcie się. Jutro piątek.

Przeczytałam dziś dość ciekawy artykuł o tym, jak dziewczyna wyskoczyła z $500, żeby zobaczyć osławionego Hamiltona, musical, na który do końca roku bilety są wyprzedane i warte – ponoć – wycięcia sobie nerki, tak dobra jest to rzecz. Innymi słowy, to bilety tak gorące jak te do fabryki Willy’ego Wonki.
Najpierw pomyślałam, że trochę przesada. W końcu to tylko przedstawienie. Czy warto głodować z powodu przedstawienia?
A potem przypomniałam sobie wszystkie moje „och, trudno, później będziemy się martwić”. Znam doskonale uczucie, gdy człowiek po prostu MUSI coś mieć. Coś zobaczyć. Czegoś doświadczyć na własnej skórze. Nie to, że chciałby. O, nie nie. To nie życzenie. To silny wewnętrzny przymus, który sprawia, że nie sposób sobie wytłumaczyć, że coś jest nierozsądne. Może inaczej. Wie się doskonale, że to nierozsądne, tylko że ta wiedza ani trochę nie przeszkadza w objęciu kursu na przygodę. Nie powstrzymuje. Całe to przekonywanie siebie „mogę bez tego żyć, nie ma co szaleć” to w gruncie rzeczy ściema, bo już i tak decyzję się podjęło.
Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, że wydawanie na rzeczy umiarkowanie istotne pieniędzy, których się nie ma lub takich, których brak jakoś tam jednak w budżecie się odczuje, jest supercool i wszyscy powinni to robić. Ale rozumiem to. Wiem doskonale, ile NAPRAWDĘ potrafi być wart taki bilet. Kwota zablokowana na koncie ma się nijak do wrażeń, do tego, że się było, widziało, będzie się tygodniami zamęczało ludzi wokół egzaltowanymi relacjami, opowiadało wnukom i uśmiechało do wspomnień – będzie się miało już na zawsze takie happy place w serduszku. To pewnego rodzaju, można rzec, inwestycja.
Gorzej, jeśli wrażenia najwyżej ułamek tej zablokowanej kwoty warte, ale takie przypadki omówimy innym razem.

Tyle prasówki na najbliższe dni i tygodnie.
Jutro o tej porze będę bowiem pakowała się do Londynu, do którego lecę tylko po to, by następnego ranka wrócić, więc właściwie nawet się nie pakuję, raczej upewniam, że w tobołku tkwi dowód osobisty, dynks na prąd, płyn do soczewek, szczoteczka do zębów i tusz do rzęs. Wrócę i będę musiała spakować się nieco porządniej, bo otóż przyjdzie mi spędzić resztę wiosny i zatęsknić za majowymi burzami (jedna z takich właśnie mi za oknami szaleje; och, jak cudnie powietrze pachnie) w kraju, w którym pogoda dość przewidywalna, że tak powiem.
UAE
Ostrożnie z marzeniami. Czasem sobie o czymś pomyślicie i chwilę później toto klepie was w ramię. W prawe, dla żartu, stojąc po waszej lewej.

And the rosebuds know to bloom in early May

Trzy niedziele z rzędu to odrobinę za dużo. Jestem nieco zmęczona leżakowaniem. Książek w tym czasie przerobiłam trzy i pół, i muszę przyznać, że naprawdę mnie ten osławiony Shantaram wciągnął, acz moim zdaniem jest to książka mocno nierówna i chwilami autor brnie w potworną wręcz coelhozę. Całkowicie zbędne są te ckliwe rozważania o sensie miłości i rzekach życia. Ale póki trzyma się li opisywania przygód, chciałoby się z nim pójść na whisky.
Na drugą nóżkę bolesny Hugo-Bader.

Miesiąc maj niniejszym się zaczął – i chyba matury zaraz. Przypomniałam sobie własną z tej okazji. Również dlatego, że przebywając u rodziców przez ostatnie dni, zobaczyłam na półce zdjęcie moje i mojej licealnej paczki tuż po tym, jak dowiedzieliśmy się, że zdaliśmy maturę. Roześmiane, obejmujące się małolaty z otwartą butelką szampana. Niedługo później pojechaliśmy na jeziora… Szaleliśmy, piliśmy, tańczyliśmy, kochaliśmy się, jeździliśmy rano – imprezując uprzednio do świtu – samochodem do wioskowego sklepu po coś na śniadanie. Wariactwo. Że też nikomu z nas nic złego się nie stało podczas tego weekendu. Opatrzność musiała mieć na nas oko.
Nie dowierzam, że minęło tyle lat, odkąd maturę zdawałam. Wtedy jeszcze trzeba było pisać wypracowania, nie zaznaczać krzyżykami stosowne odpowiedzi.
Egzamin z polskiego przypadał w moje urodziny. Był raczej prosty („omów te utwory literackie, wobec których nie pozostałeś obojętny” – rozpisałam się o Mistrzu i Małgorzacie). Jako kujon, z części ustnej zostałam zwolniona. Tak czy inaczej, byłam tak spięta, że gdy wyszłam do toalety, wróciłam do innej sali. Dopiero zaskoczone spojrzenia uświadomiły mi, że coś chyba nie tak. Z angielskim było podobnie. Zdawałam też na maturze – ustnie – historię. Kułam zapamiętale przez cały rok; historię zawsze lubiłam, więc to był oczywisty wybór, ale i tak w tym temacie czułam się najsłabiej. Jest w końcu dość, hm, obszerny.
Wylosowałam dość przyjemne zagadnienie, o Kazimierzu Wielkim, i nawet dość się rozgadałam w odpowiedzi. Gdy wtem moja nauczycielka historii, kobieta o ogromnej wiedzy, z figlarnym błyskiem w oku pyta:
– A jak się nazywała kochanka Kazimierza Wielkiego?
Zdrętwiałam.
– Yyych – odpowiedziałam.
Esterka.
Esterka jej było na imię. Do końca życia zapamiętam.
Mimo hańbiącej niewiedzy odnośnie Esterki, maturę zdałam i mogłam składać papiery na uniwersytety.
Mając 19 lat, myślałam, że wiem, co chcę robić. Nawet dostałam się na wymarzone studia. Ukończyłam je. Swoją drogą, gdy na kilka tygodni przed spodziewaną przeprowadzką do Krakowa pojechałam oglądać stancje, musiałam usiąść na schodach, bo z nerwów zrobiło mi się słabo. Taki to był wielki przełom dla mnie.
A nie wiedziałam nic, nichts, nada, niente. Jeśli ktoś wam, droga młodzieży, wmawia, że musicie mieć plan na siebie przed złożeniem pracy dyplomowej – otóż nie. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że będę robić to, co dziś robię i będzie mnie to ogromnie uszczęśliwiało, wyśmiałabym go.

Tyle wspomnień. Wystarczy na dziś.

Nie byłabym sobą, gdybym was nie zostawiła z pewnym cudownym mężczyzną.

Tweedledee and Tweedledum

Jak cały naród, muszę zdążyć do jutra z pewną nieprzyjemną czynnością. Odkładam to oczywiście i wymyślam sobie niezbyt pożyteczne zajęcia. Na przykład włażę na blogaska z celem napisania o tym, że lepiej dwa razy się zastanowić, zanim się coś wyśle w otchłań internetu. A może nawet lepiej odpuścić sobie aktywność w tymże.

Lubię social media. Przede wszystkim z nich czerpię ostatnio wiedzę o świecie, bo polskie portale internetowe coraz bardziej mnie irytują galopującą tabloidyzacją i podawaniem głównie łamiących wiadomości, że jakiejś gwiazdce na przyjęciu widać było sutki (no niesamowite – jakby ktoś ich nie miał…). Lubię je, bo uważam je za przydatne – i pod względem informacyjnym, i towarzyskim. Dzięki nim szybciej dowiaduję się o wydarzeniach, które mogą mnie zainteresować, dzięki nim też utrzymuję kontakt z lubianymi ludźmi daleko. Nie mam ambicji szerokiego zaistnienia w tychże, wprost przeciwnie. Niemniej funkcjonuję w nich od dawna i dość intensywnie, choć chętniej jako obserwator.
Przez ten czas zdążyłam zauważyć, że to nie jest taka prosta sprawa.
Zwłaszcza gdy jest się osobą mniej lub bardziej publiczną.

Jadąc dziś rano do pracy, sprawdzałam Twittera, jak to ja. Dzięki temu dowiedziałam się, że miłościwie nam panujący prezydent zaktywizował się bardzo w tym jakże fascynującym medium i spędził noc na cokolwiek dziwnych pogaduszkach z nastoletnimi fankami oraz opublikował selfie, jeszcze bardziej osobliwe niż ta wymiana okraszonych suto buźkami ćwierknięć.
Gdyby to zrobił członek boysbandu, uznałabym to za całkowicie normalną rzecz.
Ale prezydent?…
Weszłam sobie specjalnie na jego konto, ale po chwili lektury zaczęłam się obawiać, że oczy mi pękną od dalszego czytania. I ja się pytam – co to ma, k****, być? Sposób dialogu z narodem? Jeśli tak, to najgorszy z możliwych. Dlaczego, się pytam, dlaczego głowa państwa zachowuje się w mediach społecznościowych jak jakiś wannabe Justin Bieber? Nie interesuje mnie zupełnie, czy to jego prywatny profil – jest w końcu osobą publiczną i publicznie udostępnia te wynurzenia (chyba że nikt mu nie powiedział, że każdy może je zobaczyć…). Internet to narzędzie bardzo łatwe i zarazem bardzo niebezpieczne w obsłudze – znakomicie pomaga w budowaniu wizerunku, ale też może ten wizerunek w ciągu minut zrównać z glebą.
Oczywiście w tym przypadku dużych szkód już dokonać nie można, niemniej chyba tym bardziej należałoby zadbać o image, a nie rozmieniać się na drobne, wymieniając heheszki z podekscytowanymi panienkami. Jak to się ma do powagi urzędu? Znieważanie funkcjonariuszy publicznych podpada pod paragraf i oto dożyłam czasów, w których funkcjonariusz sam swoją funkcję znieważa, a co więcej, mnie jako obywatela też znieważa, zajmując się wymianą komplementów na Twitterze, a nie staniem na czele państwa, w którym ostatnio nie najlepiej się dzieje. Serio, panie prezydencie. Mnie nie jest łatwo obrazić, ale czuję się jakby trochę obrażona takimi zachowaniami. Zwłaszcza że sama muszę w pracy – jako zwykły urzędnik – przestrzegać szeregu zasad postępowania i nawet po godzinach dawać dobry przykład.
Ponoć niektórzy uważają, że to cudowne, że prezydent taki wyluzowany i przystępny. Otóż nie. To nie cudowne. Nie w tym stylu. Nie à la „napisz byle co do ważnej osoby, a ona i tak ci odpowie, jak jakiś chatbot”. Z uśmieszkami. Można byłoby, jak robią to inni na świeczniku, wykorzystywać swoją obecność w mediach społecznościowych, żeby zwracać uwagę na ważne sprawy. Zachęcać ludzi do wspierania zbożnych inicjatyw. Inspirować ich. A nie, kurza melodia, zachowywać się jak nastolatek, który pod nieobecność rodziców dorwał się do komputera.
To niepoważne, nieprofesjonalne, a nade wszystko zwyczajnie żenujące.
Rzekłam.

Po czym wybyłam na długi weekend z zapasem książków.
To zeznanie najpóźniej do jedenastej rano złożę, przysięgam.

A przyszły weekend, mój jubileuszowy, spędzam wiadomo gdzie. W moje własne urodziny skazuję się na wstawanie o trzeciej w nocy.

Dorastanie tylko wkurwia

Moja koleżanka miała dziś stresujące spotkanie i wyobraźcie sobie, że do uspokajania wybrała sobie mnie. Doprawdy, właściwa osoba na właściwym miejscu. Próbowałam zatem powiedzieć jej, że na pewno pójdzie jej lepiej niż mnie na ogół, bo ja to na przykład kompletnie tracę zdolność mówienia, a ona na to:
– Przecież ty jesteś taka wygadana!
He?
W porównaniu z nieboszczykami, owszem. Ogólnie jednak znana jestem z tego, że nie mówię za dużo – co, nawiasem mówiąc, niektórzy ludzie postrzegają jako zniewagę, a to naprawdę nie tak, że nie chcę z nimi gadać, po prostu nie mam i nigdy nie miałam potrzeby zagłuszania ciszy za wszelką cenę. Uświadomiłam sobie jednakowoż, że koleżanka zna mnie głównie z rozmaitych wydarzeń towarzyskich, podczas których bywa nieco inaczej, bo a) nawet mój oporny język rozwiązuje się po alkoholu, b) kiedy zwęszę okazję do opowiadania o czymś, co naprawdę mnie fascynuje, biada rozmówcy, bo może usłyszeć bardzo długi wykład, wygłaszany z entuzjazmem lekko nawet może niepokojącym. Ale – konia z rzędem temu, kto nie może godzinami rozprawiać, gdy tylko wyczuje, że oto może wsiąść na swojego konika. Na służbowych spotkaniach, ma się rozumieć, raczej nie mogę rozmawiać o teatrze ani o dziwnych przygodach w podróży, ani o ulubionych miejscach w górach.

Skoro już zeszłam na moje skrzywienia.
Zgadnijcie, gdzie dziś byłam.
Tak, tak.

Polowałam na to przedstawienie od dawna, bo grane jest bardzo rzadko.
Wreszcie się udało. I Bogiem a prawdą, chętnie zobaczyłabym je ponownie, nawet jutro, mimo że czuję się po nim paskudnie brudna.
Jest to otóż historia dwóch braci. Pozornie historia jakich wiele, niemal serialowy stereotyp – jeden ogarnięty, porywczy, ale mimo wszystko uporządkowany; drugi to duże dziecko z przerośniętym ego i skłonnością do nadużywania życiowych przyjemności, które wiecznie pakuje się w tarapaty i zawsze jakoś się z nich wydostaje, często dzięki pomocy pierwszego. Kochają się, no bo ta sama krew, ale równie żywo się nienawidzą. Ale, jak napisałam, to tylko pozornie tak wygląda. Bo oto poznajemy obu braci, gdy pierwszy odwiedza drugiego w szpitalu psychiatrycznym, gdzie ten trafił i dokąd go wezwał, by nieudolnie poprosić go o pomoc. Musi zmierzyć się z demonami przeszłości i prosi brata, by ów potwierdził lekarzom, iż obaj byli w dzieciństwie molestowani.
I tu zaczyna się spiralny, gwałtowny zjazd w dół.
Jeśli myślicie, że to dołujący spektakl o pedofilii, to nie do końca. Owszem – młodzieńcze doświadczenia rzucają cień na dorosłe życie obu bohaterów. Ale na życie każdego z nich w inny sposób.
To bardzo ponura historia o tym, jak ludzie wykorzystują się nawzajem, jak z pełną tego świadomością krzywdzą innych, jak sobie samym zadają ból, bo nigdy nie zaznali miłości i nie potrafią inaczej. O tym, do czego skrzywdzona, poharatana dusza potrafi się posunąć, żeby tę swoją ciągle rozjątrzoną ranę zagoić. O tym, że czasami ludzie nam najbliżsi skrywają w sobie potworny mrok, a my nie chcemy go zauważyć.
Przedstawienie zaczyna się i kończy w ciemności tak absolutnej, że zagadką pozostaje dla mnie, jakim cudem aktorzy docierają na scenę i z niej schodzą. Ani najmniejszego światełka. Nic nie widać. Smoła. I nie było zbyt łatwo, sceny jako takiej w tym spektaklu nie ma, oni grają na drewnianych podestach okalających pień drzewa. Widownia siedzi na ławkach wyściełanych sztuczną trawą – ot, niby taki miły szpitalny park…
Scenografia i światło to w ogóle czwarty i piąty aktor tego spektaklu. Był moment, gdy nastrój zmienił się na tyle gwałtownie, że podskoczyłam przestraszona. Nie będę wchodzić w szczegóły, żeby nie psuć zabawy – jeśli można to tak nazwać… – krakusom, którzy się na to wybierają (a powinni).

Jak stali bywalcy mojego zakątka internetów wiedzą, chodzę na wszystko, w czym gra Grzegorz Mielczarek.
Nigdy go nie poznałam – na jego szczęście, jak sądzę – ale darzę go uwielbieniem i uważam, że to doskonały aktor, oszałamiające sceniczne zwierzę. Potrafi być tak obleśny, że wialibyście byle dalej. Tak przerażający, że osiwielibyście zamknięci z nim w jednym pomieszczeniu. Tak poruszający, że chcielibyście go przytulić. I to wszystko w ciągu raptem stu minut. Między nim i jego scenicznym bratem, którego gra Marcin Sianko (fenomenalny) iskrzy bardzo.
Wśród tych wszystkich dynamicznych wymian brzydkich słów, rzucania szkłem, dawania sobie po twarzach, szarpania, rzucania sobą nawzajem o podłogę, przechodzenia od sztywnego opanowania do niemal psychopatycznej furii, wśród tego wszystkiego brzmi prosta, znana prawda. Każdy z nas potrzebuje tego samego – uwagi i troski drugiego człowieka. Nie każdy z nas to dostaje. Czasami w desperackiej pogoni za tym można bardzo pobłądzić.

PS Towarzystwo w rzędzie za moimi plecami, komentujące teatralnym szeptem każdą scenę, a zwłaszcza te, w których szpilka mogłaby upaść i wywołać zamieszanie – oby was jutro czkawka męczyła.