Some people say they love London by day, but…

Wróciłam wczoraj z zakładu pracy do domu. Wyjęłam z szafy mój podróżny tobołek. Dziesięć minut później byłam spakowana. Wyjeżdżam na dwie raptem noce, to i po co komplikować. Poza tym to nie pierwszy raz przecież.
Budzik ustawiłam na morderczą godzinę, bo samolot o wpół do siódmej rano. Wstałam, kąpiel wzięłam, po taksówkę zadzwoniłam, obecnie natomiast piję bardzo drogą i niedobrą kawę w porcie lotniczym Kraków Balice, przy wtórze upiornej muzyki tanecznej z głośników.
Tyle miejsc na świecie, a ta znowu do tego Londynu. W stolicy osobistego kraju była razy z pięć, może osiem, a po tamtej oprowadzałaby wycieczki, choć nie byłyby one nieszczególnie pasjonujące (choć muzeum z penisami uważam za bardzo ciekawe, jako i muzeum z połową kota). Parę tygodni temu moja szanowna madre powiedziała, że chciałaby raz wybrać się ze mną. Z wielką chęcią bym ją zabrała – i pewnie zabiorę – ale troszkę się boję. Bo co, jeśli jej się nie spodoba to miasto?

Czuję się trochę jak przed randką. To nic nowego. Sama podróż mnie nie podnieca, byłoby to cokolwiek dziwne przy mojej częstotliwości opuszczania ojczyzny, ale cel – ha, cel to co innego. I nieważne, że znowu będę się irytować, bo tłok, bo brudno, bo pachnie myszą, bo coś tam. Przejdzie. Jak to ktoś napisał, „places make the best lovers”, a Londyn bez wątpienia jest moim ulubionym kochankiem, jaki by nie był. Londyn troszkę mnie sobie wychował, a ja jego sobie oswoiłam, i tak sobie współżyjemy. Wracając, zawsze mam wrażenie, że lecę w odwiedziny do kogoś bliskiego. I wiem, że obudziwszy się w niedzielny poranek w zimnym hotelowym pokoju, po wszystkich emocjach dzisiejszego dnia, zaparzywszy sobie prędziutko kawę i wróciwszy z nią do łóżka, będę bardzo szczęśliwa. A potem, jak to ja, z rękami w kieszeniach pójdę przez Millennium Bridge na południowy brzeg.

Ludzie skorzy do słowa, cóż ta ludziom obmowa, cóż im kogo na gębie mleć?

Miałam dziś pisać o czymś innym, ale rzeczywistość ma to do siebie, że lubi od czasu do czasu zwrócić na siebie uwagę.

Doszły was zapewne słuchy, że Teatr Powszechny wystawił sztukę, o której natychmiast zrobiło się głośno. Jak Bozia da, obejrzę za dwa tygodnie, to wam opowiem, czy w istocie takie dobre – i czy w istocie skandaliczne.
Tak czy inaczej, pewien oburzony widz nakręcił fragment, który następnie upublicznił. Pomińmy może fakt, że ani to zachowanie kulturalne, ani legalne, można jednak założyć, że widz ów nigdy nie słyszał o prawach autorskich, a nieśmiertelnej prośby o wyłączenie telefonów komórkowych nie usłyszał. Jeden z posłów, znany z zamiłowania do kąpieli w jacuzzi na wysokościach, obejrzał i złożył zawiadomienie do prokuratury, ponieważ spektakl zawiera scenę seksu oralnego ze stopą. Seks oralny ze stopą. Tak, mnie też coś się nie zgadza, ale mniejsza o to. Zbulwersowani obrońcy moralności w reakcji na oburzające sceny (czy też ich urywki, nie wiem, nie widziałam) postanowili wypowiedzieć się na profilu Teatru.
Zatem oddajmy im może głos. Ich słowa mówią bowiem dużo. Bardzo dużo. Nie wymagają chyba również komentarza, więc po prostu tak je zostawię. Dodać należy, że to wszystko napisane pod własnymi imionami i nazwiskami, z profili ilustrowanych uśmiechniętymi zdjęciami ze ślubów i chrzcin, z dumą i podniesionym czołem. Pisownia oryginalna.
„Pies was jebał”.
„Czy naprawdę nikt nie może się zmobilizować, kupić z obrzydzeniem bilet a potem wejść na scenę i w ramach happeningu artystycznego zbutować któregoś „aktora” albo wytrzeć reżyserowi ryj o podłogę?”.
„Do całej ekipy, zwłaszcza aktorów – jesteście SZMATAMI!!! Jakim trzeba być zwyrolem, żeby w ogóle zgodzić się zagrać w czymś tak OBRZYDLIWYM!!!”
„Pytanie mam: w jakim bajzlu ssały pałki aktorzynki z tego szamba zanim stały się aktorzynkami?”. (Jedenaście lajków pod tym wpisem).
„Jesteście żałosnymi skurwysynami”.
„To nie aktorzy,tylko produkt uboczny,ale takie coś to powinno być utopione zaraz po narodzinach”.
„Porno dla lemingów. Żenada nazywana sztuką. A leming pójdzie popatrzeć na kopulację i powie ze obcuje z kulturą”.
„Dość płacenie Pasożytom Pieniędzy.na ten Teatr który nic nie wkłada naszą Historie tylko ją niszczy.wyrzucić Aktorów tam do Izraela wypierdalać tam jest wasze miejsce”.
„Pasożyty przez nich upadł.Rzym Babilon Bizancjum i inne cywilizacje bo robili sodomie i gomorę”.
„Przyćmić to GÓWNO jest w stanie jedynie spektakl z udziałem belzebubich pomiotów, odgrywających scenę samoutopienia w przysłowiowej piekielnej smole……..”.
” Z takimi ryjami to tylko psychiatryk”.

No? I co wy na to?

Owszem, rozbawiło mnie zauważone tu i tam nerwowe domaganie się, by ujawnić nazwiska twórców. O ile wiem, na ogół są jawne. Na plakatach je drukują i tak dalej. Z tego można się pośmiać. To, co powyżej, niepokoi mnie bardzo. Smuci. Sprawia, że mam ochotę poczłapać do osiedlowej Żabki i kupić whisky, bo zdaje mi się czasami, że w ojczyźnie mej pięknej pozostaje popaść w nałogi, gdyż tylko odmienne stany świadomości pozwolą znieść to narastające szaleństwo. Martwi mnie to przede wszystkim, ogromnie martwi.

Always make the audience suffer

Przy okazji tej ostatniej wizyty w teatrze powróciły stare obserwacje. Po latach bowiem nauczyłam się z widowni wyłaniać typy. Są takie dwa, które szczególnie lubię. Jeden i drugi jest nieco (lub bardzo) zblazowany, ale różnie się to objawia.
Ci pierwsi siedzą, jakby ich przysłano służbowo – może i zresztą tak jest – nadąsani jeszcze zanim spektakl się zacznie. Mierzą sąsiadów na widowni spojrzeniem znudzonym lub poirytowanym. W antrakcie siedzą nieporuszenie, na zakończenie zdarzy im się niemrawe klaśnięcie lub dwa, jeśli pozostali widzowie będą domagali się powrotu obsady na scenę, zaczną się niecierpliwić, albo – co zdarza mi się coraz częściej widywać – wychodzą od razu, gdy zorientują się, że to koniec. Jakby miał im uciec ostatni tramwaj. Rozumiem oczywiście, że może im się nie podobać, każdego prawo, żeby mu się nie podobało, ale doprawdy. Zresztą publiczność krakowska ogólnie nie należy do najbardziej dynamicznych, często raczej dychawicznych, co zauważy każdy, kto oglądał to i owo w innych częściach Polski czy świata. Widzę na przykład ogromną różnicę między Krakowem a Śląskiem, a to przecież niedaleko.
Ci drudzy są dla odmiany bardzo rozmowni. Zwłaszcza gdy rozmawiają o tym, kogo w obsadzie znają (a raczej nie znają, ewentualnie spotkali raz, niemniej starają się brzmieć, jakby znali – doświadczenie mi podpowiada, że im kto bliżej, tym mniej o tym rozprawia, bo i po co miałby wszem wobec ogłaszać, że reżyserem jest jego brat, skoro znajomi i tak o tym wiedzą, a nieznajomych guzik to obchodzi). Rzucenie nazwiska, ze zdrobnionym poufale imieniem, poprzedza uważne rozejrzenie się wokół, czy aby na pewno ktoś słyszy. Samo to jest tylko ucieszne, gorzej, gdy następuje wymiana plotek.
Ale, ale.
Są i sympatyczni. Widziałam na przykład arcyuroczą, bardzo młodziutką parę – on wystrojony w muchę, z kwiatami dla niej przyszedł. Usiedli przejęci i nieco zestresowani (i mam nadzieję, że udało im się potrzymać w końcu za ręce!).

Tyle obserwacji.
Wczoraj po południu bez żalu opuściłam królewskie miasto stołeczne, by spędzić weekend na łonie – mniej więcej – natury. Bogiem a prawdą, przez ostatni rok tak odwykłam od Krakowa, że nawet nieszczególnie chce mi się spędzać w nim czas. Poza tym powietrze wiadomo jakie. A tu, w kwaterze głównej moich praszczurów, przynajmniej można rano wyjść na spacer bez poczucia, że przed powrotem do domu wypluje się płuca na chodniku. Przy okazji spaceru zauważyć nieśmiało wyłażące spod ziemi tulipany. Spędzić czas z kimś pięknym. No i wyspać się. Ubabrać się po łokcie w kruchym cieście do popołudniowego crumble – jakie to relaksujące!
Przy okazji mogłam pokazać mamie osobę poniekąd odpowiedzialną za dekorowanie moich ścian (kazałam jej bowiem oglądać Victorię i nawet jej się podoba, a sam news przyjęła ze spokojem typowym dla osoby od dawna świadomej, że jej córka jest wariatką – moi rodzice już naprawdę przestali dziwić się czemukolwiek; czasem ich na chwilkę zatka, niemniej zaraz przechodzi). Oraz tradycyjnie zestresować ojca.
– W łazience stoi miska, a w niej pływa jakiś glut – poinformował mnie rano.
– A tak, to mój ajurwedyjski proszek do włosów.
– Twoje co?
– Proszek. Włosy tym myję.
– W sensie glutem?
– Dla urody.
(Trzeba mieć nadzieję, nieprawdaż).

Będę dzisiaj w grze cudowną, bo będę w grze kapryśną

Wielka scena otworem,
przestrzeń wokół ogromna;
jeszcze gazu i ramp nie świecono.

Wiem, że już to z siedemdziesiąt razy napisałam, ale napiszę znów.
Najbardziej w teatrze lubię ten moment po trzecim dzwonku. Kiedy rozmowy cichną, światło przygasa i wszyscy w oczekiwaniu wpatrują się w ciemność.
Tym razem słyszą stukot maszyny do pisania, a na ekranie nad sceną pojawiają się słowa dedykacji (ze Studium o Hamlecie): „Aktorom polskim, osobom działającym na scenie, na drodze przez labirynt zwany teatr, którego przeznaczeniem, jak dawniej, tak i teraz, było i jest służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku, postać ich i piętno”.

Z Dziadów w reżyserii Rychcika wychodziłam, trąc twarzą o glebę, tak mną pozamiatały. Sceny z gospel nie zapomnę długo. Dlatego klepnęłam sobie bilecik na Wyzwolenie, gdy tylko dowiedziałam się, że będzie grane.
Ten dramat, można powiedzieć, wrócił do domu. To właśnie w Teatrze Słowackiego, naszym pięknym i dostojnym, przy Plantach, wystawiono Wyzwolenie po raz pierwszy. Wyspiański starał się zresztą o dyrekturę tego teatru, nie wiem, czy wiecie. I teraz, w 2017 roku, w czasach bardziej burzliwych niż byśmy chcieli, kurtyna Siemiradzkiego ponownie podnosi się, żeby widzom tu i dziś pokazać ten spektakl.
I co widzimy?
Szkolną salę. Nauczyciela przy tablicy, który czyta uczniom Salingera.

Ma to przedstawienie momenty lepsze i gorsze, ale moim wysoce nieprofesjonalnym zdaniem bardzo warto pójść. Przede wszystkim dla Rafała Dziwisza w roli głównej – bo ten głos głęboki i łagodny, bo ten gorzki, zrezygnowany spokój, z którym tę rolę niesie, rolę człowieka, który wie, że przegrał, ale jeszcze się szarpie; dla Marcina Sianki, którego uwielbiam (jeśli nie widzieli go w „W mrocznym, mrocznym domu”, to niech idą i zobaczą). Dla cudownie zapętlonych scen, perfekcyjnie powtarzanych gestów. Dla finału. Finał taki, że rączki same do klaskania się składają. Dlatego przede wszystkim, że ten tekst jest dziś boleśnie aktualny. Można mieć pretensje o to, że znowu unowocześnili – ale śmiem podejrzewać, że Wyspiański nie miałby zbyt wiele przeciwko temu. Teatr musi rozmawiać z publicznością. I jak dla mnie, to ten spektakl Rychcika rozmawia.

Na górze róże

Mały Jasio odjechał sobie na weekend, zapomniawszy zaprogramować termostat. Gdy wrócił wczoraj, powitało go dwanaście stopni Celsjusza. Znowu.
Nigdy się nie nauczę. Wiecie, czasami myślę, że powinnam mieć takiego Igora, co by za mnie wszystko pamiętał – za prąd zapłać, ogrzewanie sobie nastaw, spakuj ładowarkę (ten problem rozwiązałam – w każdej większej torebce trzymam zapasową ładowarkę, adaptorki do prądu zagranicznego mam przynajmniej cztery, również strategicznie rozmieszczone; tak samo sprawy się mają z pojemnikiem na soczewki; jak człowiek roztargniony, to się w końcu uczy moresu).

Za to przyśniło mi się, że zamówiłam u mojego ulubieńca szklaną rzeźbę pawia.
Nie rozumiem, dlaczego tak skromnie. Mogłam gobelin z jeleniem na rykowisku. Naturalnej wielkości.
Sama jesteś jeleń, kobieto.

Ale, ale.
Dziś wiadomo, święty Walenty. Ja z tych nieprzywiązanych zanadto do tego dnia, ale nie przeszkodziło mi to wcale w spędzeniu minionej nocy na lubieżnościach w zacnym towarzystwie. Poszłam spać o drugiej i wstałam o siódmej. Fakt, że jakimś cudem dowlokłam się dziś po pracy do teatru i nie zasnęłam (nie żeby było nudno, Boże uchowaj), uważam za mój mały osobisty sukces. Pominę drobiazg, że gdy rankiem wsiadłam do windy w biurze, nie mogłam się nadziwić, dlaczego ona nie jedzie. Jakoś mi umknęła pewna istotna czynność, kluczowa przy korzystaniu z windy. Tak czy inaczej, z lubieżnościami czy bez, sam 14 lutego ma dla mnie takie samo znaczenie, jak 31 grudnia, czyli niewielkie. Nie muszę obchodzić.
Niemniej, gdy tak sobie szłam Plantami do teatru i mijały mnie pary uzbrojone w róże, coś mi się przypomniało.
Przypomniała mi się historia, która się nie wydarzyła. Takie historie zapewne nie wydarzają się każdemu z nas.
To była randka, na której nie byłam i seks, którego nie uprawiałam, ale na samo wspomnienie kąciki ust wędrują mi do góry, jakby jedno i drugie miało miejsce. A bohaterowie dramatu nie zamienili ze sobą ani słowa. Jakimś cudem nadal doskonale to pamiętam.
Otóż pewna sytuacja sprzed wielu lat. Znacie to uczucie, gdy nagle włos na plecach wam się jeży, bo czujecie, że ktoś wam się przygląda? No właśnie. Rozejrzałam się wtedy niepewnie i wtem.
Tamto spojrzenie, to nie było spojrzenie takie po prostu, to był przesył terabajtów danych i wiązka laserowa wprost w układ nerwowy. Zazwyczaj ludzie, gdy przyłapiecie ich na gapieniu się na was, odwracają wzrok. Ale koleś nawet nie mrugnął. Nawet mu rzęsa nie drgnęła. Miałam wrażenie, że jego oczy robią się większe i większe, jakby chciał mnie nimi wessać i w nich utopić. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam. Wszystko wokół zaczęło się rozmywać. Jego wzrok nie był natarczywy – nic w stylu gapiących się psychopatycznie pasażerów w tramwaju – raczej zaciekawiony, niemniej tak intensywny, że czułam się, jakby on mnie tymi oczami… no właśnie.
Bezczelne to było.
Autorka dała radę utrzymać ten eye lock przez długą dość chwilę, po czym, będąc osobą znaną z wybitnej przebojowości, poczuła, że rumieniec pali ją nawet w pięty i speszona zagapiła się we własne buty.
Jestem głęboko przekonana, że gdy to zrobiłam, tamten obywatel uśmiechnął się do siebie z satysfakcją.
Jestem, bo gdy po jakimś czasie – niebywale długim w mojej głowie, ale pewnie bardzo krótkim w rzeczywistości – ośmieliłam się na nowo skierować wzrok w tamtym kierunku, zobaczyłam promienny uśmiech, mówiący: „Mam cię!”.

Gdybym wtedy miała więcej odwagi, powiedziała cokolwiek albo chociaż się oduśmiechnęła nieco śmielej, moje życie być może wyglądałoby teraz inaczej.
Być może.
W każdym razie zabawne to, że romans czasami potrafi trwać raptem godzinę, a pamiętacie o nim pięć lat później. Tymczasem z długich związków niekiedy trudno zapamiętać cokolwiek. Mam za sobą takie, z których dziś pamiętam blade skrawki jedynie.

Look out weekend, ’cause here I come

W piątek o godzinie dwudziestej pierwszej opuściłam knajpę. Tłum gęstniał, a autorka pozbierała swoje zabaweczki, dopiła koktajl, pożegnała się grzecznie i poszła na tramwaj. Szał i życie na krawędzi.
Bo przecież trzeba się wyspać. A wino lepiej smakuje na własnej kanapie. Ale tak w ogóle to by człowiek przecież napił się porządnej herbaty, przebrawszy się w dresik.
Co to się dzieje.
Dekadę temu – no, troszkę wiecej – w piątkowy wieczór człowiek nakładał brokat na powieki, tuszował rzęsy przez dziesięć minut, upewniał się, czy dekolt dość głęboki (i czy bielizna pod spodem pasuje – nigdy nic nie wiadomo…), w chmurze perfum pędził taksówką do klubu, wracał do domu o czwartej nad ranem albo i siódmej niekiedy. Czasami z butami w dłoni. Czasami nie sam. Czasami nie do domu. Czasami niepewny imienia nowego towarzysza. Tak czy inaczej, na mieście znał wszystkich, był na bieżąco z nowymi lokalami, na ty z barmanami, pijał wódeczkę z bohemą, tańczył z cudzymi mężami, nawet kiedyś pewnego milionera w kolejce po banię poznał. Budził się w południe i z bólem głowy, ale sama myśl o tym, że mogłoby kiedyś być inaczej, wydawała mu się nieprawdopodobna. A teraz? Nawet nie próbuje udawać, że mu się chce. Wypadł z obiegu najzupełniej świadomie i nie zamierza wracać. Są ciekawsze zajęcia przecież. Niekoniecznie bardziej ekscytujące, ale ciekawsze. A nawet jeśli niezbyt ciekawe, to i tak jakimś cudem sprawiają większą przyjemność. Poza tym trzeba rano wstać i jechać poza Kraków, odpocząć trochę po tygodniu wytężonej, ma się rozumieć, pracy. Potarmosić psy i zjeść za dużo łakoci. No – może nie trzeba. Ale można.
– Za tydzień też wpadniesz?
– Raczej tak, bo potem, hm, wyjeżdżam.
– Oczywiście. A dokąd?
– Eee…
I już nie mogę się doczekać, prawdę mówiąc.
Nawiasem mówiąc, kupiłam sobie w całkiem przyzwoitej cenie bilecik na ostatni spektakl Rosencrantz i Guildenstern nie żyją. Ostatni, bo ostatnie są zawsze wyjątkowe. Atmosfera elektryczna. Potem będę się zastanawiać, jak to organizacyjnie ogarnąć. Zabawne, wiecie. Dziesięć lat temu przygodę z teatrami miasta, którego nie ma zaczynałam w towarzystwie Daniela Radcliffe’a właśnie, w Equusie. Trochę był skandal, bo chłopię występowało gołe jak Pan Bóg stworzył, a miało wówczas lat siedemnaście (zmieniło się troszkę od tamtej pory). Internet ociekał bardzo pochlebnymi fotomontażami. Przedstawienie samo w sobie natomiast, choć nie wybitne, bardzo mi się podobało. Tym bardziej, że Equus to genialna i poruszająca sztuka (nie rozumiem, czemu tak rzadko wystawiana). I tym bardziej, że był to mój pierwszy raz w świecie, w którym nigdy nie podejrzewałam, że się znajdę.
A cóż mogę rzec teraz…
Kto by przypuszczał, do czego to doprowadzi. Widzicie, jak trzeba uważać?

Touch me, touch me

Wiecie, czego szczerze nienawidzę?

Ale tak naprawdę.
Oprócz tartej marchewki, ma się rozumieć.

Otóż organicznie nie znoszę gorących miłośników komunikacji miejskiej, a uściślając – miłośników współpasażerów. Takich, co na przykład przepadają za napieraniem na kogoś, choć tłok wcale nie taki straszny. Dopiero wystawiony złowrogo łokieć (czasami myślę, że matka natura zainstalowała człowiekom łokcie o jakieś 20 centymetrów za wysoko…) i/lub rzucone Spojrzenie odsyłają delikwenta na bezpieczną odległość. Yyyygh. Jeśli chce się obcych ludzi pomacać, to przecież są specjalne kluby, gdzie można to zrobić w przyjemniejszych warunkach. Wagon tramwajowy nieszczególnie jest moim zdaniem ekscytujący, ale fakt, opłata za wstęp niższa.
Poza tym dzień bardzo udany, dziękuję. Natychmiast po tym, jak dowiedziałam się, iż w moją stronę zmierza premia, uśmiechłam się półgębkiem i pośpiesznie udałam do internetu, żeby jej część wydać zawczasu.
Bo przecież priorytety trzeba mieć.
ldn

Nie ma oczywiście najmniejszego znaczenia fakt, że obiecywałam sobie po wielokroć solennie, iż nigdy więcej Ruinaira, bo moje nogi i ichnie plastikowe fotele są wybitnie niekompatybilne, nigdy więcej lotniska Stansted (kto był, ten wie – są co prawda gorsze porty lotnicze na tym łez padole, ale i tak nie sposób darzyć miłością tego miejsca), a już na pewno nigdy więcej wstawania o czwartej rano, żeby się telepać do Balic. Pomarudzi, pomarudzi, a w końcu znowu zrobi to samo. Bo jak zawsze, ma ważne powody.
Zanim to nastąpi, jeszcze dwa długie tygodnie w mroźnym klimacie, niemniej jutro szczęśliwie widzę się z przyjaciółką. W czwartek, dzień powszedni, na miasto. W moim wieku. To się źle skończy. Jestem wszak gotowa ponieść bolesne konsekwencje, bo moje życie towarzyskie ostatnimi czasy żyje dzięki płucosercu, że tak powiem. Prawie zdycha. Sama trochę jestem temu winna, bo w ostatnim roku częściej byłam nieobecna niż obecna, a gdy obecna, to nader często zmęczona. Nie raz i nie dwa, gdy nawet byłam akurat na miejscu, a nie gdzieś tam na kontynencie, wolałam się wyspać albo zwyczajnie pokręcić się po domu niż wychodzić między ludzi. Ale jest i druga strona medalu. Otóż z paru relacji najzupełniej świadomie się wycofałam. Przychodzi taki moment w życiu, wiecie, gdy otwieracie waszą księgę przychodów i rozchodów towarzyskich. I dostrzegacie, że tu i tam coś się nie zgadza. Bo włożyliście tyle, a nazad nic nie wraca. Wtedy najlepiej usiąść, ponownie policzyć i dokonać, jak to dzieci mawiają, remamentu.
Czasem trzeba.

Watch me jump

Otóż zatem jeżeli chodzi o wydarzenia minionego weekendu, to wymieniłam telefon na nowszy model. Takie mam pasjonujące życie.
Stary był jeszcze całkiem całkiem, ale nowoczesność nowoczesnością i nie ma rady. Nie cierpię zmieniać telefonów, bo przerzucanie wszystkiego to do niedawna była udręka jakaś, niemniej okazuje się, iż teraz wystarczy te dwa móżdżki pozytronowe ze sobą zetknąć i one już same wszystko między sobą załatwią.
Tyleż to wygodne, co zatrważające.
Wiecie o tym, że przewiduje się, iż w ciągu dekady w zarządzie korporacji zasiądzie maszyna?… Taka tam pocieszająca wiadomość przy poniedziałku.

Poza tym wszystko po staremu. W pracy nawijają mi makaron na uszy, sądząc naiwnie, że po paru latach robienia w tym, jakby to moja mieszkająca za młodu po sąsiedzku z Kazimierzem Kutzem babcia nazwała, haźlu, dam się spławić. Niedoczekanie. Ja jestem bardzo cierpliwy człowiek, w związku z czym potrafię bardzo cierpliwie wiercić dziurę w brzuchu. Grafik znowu mi zmieniono i tym razem nawet nie jestem zła, bo po pierwsze mogę odgruzować moje lokalne życie towarzyskie, a po drugie będę mogła z końcem lutego wziąć urlop i w efekcie spokojnie wrócić do domu z Londynu (już parę razy wracałam w niedzielne wieczory ostatnim samolotem do Polski, potem jeszcze telepałam się do domu, żeby móc w poniedziałek rano stawić się na posterunku – dziękuję serdecznie, za dużo nerwów i zmarszczek). Z niejasnych natomiast przyczyn – może to przez to morowe powietrze na południu kraju – nadal mam sny tak intensywne i kuriozalne, że budzę się zmęczona. Wczoraj telefonowałam do Andrew Scotta, żeby zapowiedzieć wizytę na spektaklu. Bo wiadomo, taki czcigodny gość, lepiej żeby protagonista wiedział, kto go będzie podziwiał. Zabawne, jak to w snach wszystko wydaje mi się niesłychanie naturalne, no po prostu, albo James Norton po wino śmiga, albo z Andrzejem na telefonie wiszę. Nie obraziłabym się, gdyby moje życie w istocie tak wyglądało. No, ale zamiast tego budzik o szóstej i nawijanie makaronu na uszy przez resztę dnia. Nie uskarżam się, Boże broń.
Dzisiejszej nocy też było interesująco.
Otóż siedziałam na spotkaniu w sali konferencyjnej, takiej wiecie, szklanej, jak to w biurowcach. Za oknem było już ciemno i zacinał śnieg. Czekaliśmy nie wiedzieć na kogo. Wtem jeden ze współczekających powiedział, że to on pójdzie poszukać tego spóźnionego, bo już mu się nudzi – po czym wstał i wyskoczył oknem.
Przyznacie. Sen w sam raz na poniedziałkowy ranek, głębia egzystencjalna nie do przecenienia.
To dobrze jednak, że okna w biurowcach się nie otwierają, w każdym razie nie od wewnątrz*.

A o moim śnie o striptizerce nieopatrznie opowiedziałam panu i władcy.
Bardzo się zainteresował. Czemu mnie to nie dziwi. Wypytał o szczegóły. W co ubrana była – to jest raczej z czego się rozbierała – i jaki obwód w biuście.
– Co ty się tak interesujesz, panie kolego? Chciałbyś mój sen pożyczyć czy może zamierzasz wcielić go w życie?
– Zależy, co wolisz.
Nie kontynuujmy wątku może.

*Od zewnątrz jakoś można, bo pamiętam, jak onegdaj obserwowałam próbną ewakuację, podczas której strażacy wydobywali pozorantki uwięzione na którymś tam piętrze. Byłam rozczarowana, jak większość moich koleżanek z działu, bo nie wiedziałam, iż można się do roli uwięzionej zgłosić.

Self-praise is for losers

Dziś dla odmiany śniło mi się, że pan i władca (ukłon w stronę fanklubu) zorganizował dla nas wizytę domową striptizerki, a co lepsze, z niezrozumiałych przyczyn byłam tym pomysłem zachwycona.

Ale nie o tym chciałam.

Są takie dwa słowa, które budzą we mnie przemożną potrzebę przewrócenia oczami i głuchego jęknięcia. Podobnie jak „leczenie kanałowe”. Albo „zeznanie podatkowe”. Albo „reforma oświaty”.
Ocena roczna, mianowicie.
Nie lubię, nic na to nie poradzę. Nie tylko nie lubię, ale uważam to za jeden z najgłupszych wynalazków ludzkości. Ocenianie samego siebie jest zajęciem dość absurdalnym. Zbyt dobrze o sobie napisać nie można, bo wyjdzie człowiek na samochwałę. Zbyt surowo też nie, bo to zabrzmi jak fałszywa skromność. Wie człowiek, co mu się udało, a gdzie zawalił – i jeśli ma dobrego szefa, to szef też wie. Wszyscy świetnie zdają sobie sprawę z tego, iż cała ta zabawa durna jest i niepotrzebna. Niemniej procedura procedurą. Ocena roczna musi być. Stosownie wypośrodkowana oczywiście, bo każda firma ma swoje widełki i oczekuje mieszczącej się w widełkach liczby osób ocenianych świetnie, dobrze i beznadziejnie.
Jeszcze niedawno byłam z tej drugiej strony. Nienawidziłam tego szczerze (w ogóle zarządzania nie znosiłam – wolę robić swoje i być odpowiedzialna wyłącznie za własną pracę). Najpierw trzeba było ludziom sapać nad uchem, żeby w ogóle wypełnili ten papier w terminie. Wypełniali różnie, czasami w stylu „wszystko zrobiłem super, bo jestem diamentem, kropka”, czasami „jeśli chodzi o plusy, to codziennie przychodziłem do pracy”, niektórzy przeklejali gotowe szablony odpowiedzi z internetów – co tylko dowodzi znikomego sensu całej tej koncepcji. Później trzeba było odbyć rozmowę i oznajmić pracownikowi, jakąż to ocenę otrzymał. Nie zawsze były to konwersacje lekkie, łatwe i przyjemne. Pamiętam jedną, która skończyła się absolutną histerią, bo osoba w swoim przekonaniu znacząco przewyższała oczekiwania. Nie było tego widać, co prawda, ale przekonanie miała imponująco silne. Ech. Po tym wszystkim moje obecne zajęcie, choć znacznie trudniejsze, jawi mi się niekiedy jako istna plaża.
Ale, ale. Po minionych dwunastu miesiącach, pierwszych w zupełnie innym zawodowym świecie, i po niezapomnianych przejściach ze zmorą (która dostała awans, imaginujcie sobie – zakrztusiłam się, przeczytawszy tę łamiącą wiadomość) spodziewałam się, że będę szorowała po dnie skali. Okazało się, że jednak nie. No i bardzo dobrze.
Oczywiście na wszelki wypadek zdenerwowana byłam tak bardzo, że mój biedny nadszyszkownik aż się przeraził poziomem tego zestresowania i jął mnie uspokajać. Taak. Jak ja siebie za to nienawidzę. Dawno już przestałam się dziwić, że ludzie – w każdym razie ci, którzy to widzą, bo ludzie generalnie dzielą się na tych zauważających emocje innych i starających się im jakoś ulżyć, zauważających i czerpiących frajdę z celowego pogłębiania ich stanu, oraz niezauważających zupełnie – niekiedy traktują mnie tak, jakby się obawiali, że zaraz osunę się bezwładnie na glebę i będą musieli mnie ratować. Być może w niektórych przypadkach zdaje się dość kuszącą wizją, ale wiem niestety skądinąd, że w omdlewaniu nie ma nic romantycznego, a w dodatku rosnąca krępacja i wstyd tylko pogarszają sprawę. Rady w stylu „wyluzuj” niestety są o kant dupy rozbić.
Tak czy inaczej – przeżyło się. W nagrodę za dobre sprawowanie kupię sobie pewnie bilet do Londynu. Opracowałam sobie już grafik planowanych tegorocznych wyskoków (uwaga – w EXCELU, jestem już tak stara i nudna, że zapisuję sobie w arkuszu kalkulacyjnym, co i kiedy chcę zobaczyć, żebym nie zapomniała i żeby mi urlopu nie zabrakło) i zupełnym oczywiście przypadkiem wszystkie zahaczają o terminy moich jakże ulubionych wydarzeń. Trzeba mieć w życiu priorytety.

PS Tymczasem w trafieniach z wyszukiwarek, by zakończyć wdzięczną klamrą, męscy niewolnicy i faceci w sukienkach. Staram się pewnych sfer mojego życia nie opisywać, a tu proszę, wszystko wylezie…

Best available

Tak sobie pomyślałam wczoraj wieczorem, że właściwie to w rubryczce „hobby” – albo lepiej, w rubryczce „szczególne umiejętności” – powinnam wpisywać: „kupowanie biletów”. Bo kupuję ich dużo, seryjnie i zdarza mi się z powodzeniem polować na rzeczy z gatunku „z kim trzeba się przespać, żeby to obejrzeć”. To znaczy, nigdy nie musiałam się do tego posunąć. Jeszcze.
W każdym razie dokonaniem poniedziałku było klepnięcie biletu na osławionego Hamiltona i to nawet bez szczególnej walki, chociaż śmiech pusty mnie ogarnął, gdy serwis zaproponował mi miejsce za 90 funtów jako best available. Mam nieco inną definicję best available. Parę prób później było znacznie lepiej (choć i tak uważam, że troszkę przeginają, ale cóż, prawa rynku).
Jakby mi tego było mało, madre wspomniała coś w rozmowie, że można by wybrać się do Włoch. Dawno nas tam nie było, raptem w sierpniu. Jest jednak prawdą powszechnie uznaną, że Włoch nie można przedawkować, wracamy na parę dni właściwie co roku. Mnie to się po cichu śniły inne kierunki, ale. Tak tylko z ciekawości zajrzałam w internet, patrzę, a tu bileciki za 148 złotych w obie strony, grzechem przecież byłoby odmówić. Tym sposobem tuż po moich urodzinach udajemy się na południe. No i bardzo dobrze. W Apulii jeszcze nie byłam, więc jestem ździebko podekscytowana.

Skoro już o tym śnieniu mowa, przyśnił mi się dziś w nocy James Norton. Muszę przyznać, iż James Norton z jakichś przyczyn nie dorobił się jeszcze specjalnej szufladki w moim pojemnym sercu. Być może się dorobi, gdyż w śnie tym niżej podpisana grała z nim w serialu. Zabijcie, nie pomnę, o czym. W każdym razie w pewnej chwili mój, ekhe, partner z planu stwierdził, że w kolejnej scenie potrzebne będzie wino – i, jak przecież zrobiłaby każda gwiazda na jego miejscu, wziął i poszedł po nie do sklepu.
Niestety nie dowiedziałam się, jaka to scena miała być i dlaczego tak niezbędny był alkohol – moja zepsuta wyobraźnia idzie w tym kierunku – bo wtem zadzwonił budzik. I poza zabawie.

Ale co tam Norton. W miniony weekend w moim życiu pojawiła się istota piękna i obezwładniająco urocza. Mam nadzieję, że na długo w nim pozostanie. Jako nieuleczalna psiara jestem zakochana do nieprzytomności, bo jak nie kochać kogoś, kto jest puchaty – tak, wiem, rozmazane, ale spróbujcie namówić takiego, by przez chwilkę się nie ruszał, nie ma szans – pachnie w taki szczególny, szczenięcy sposób, jego kasztanowe oczęta spoglądają niewinnie (zwłaszcza wtedy, gdy naleje na podłogę pięć minut po tym, jak się posprzątało skutki poprzedniego „wypadku” lub jeszcze bardziej wtedy, gdy przyłapujecie go na zapamiętałym żuciu okładki nieopatrznie pozostawionej w zasięgu ząbków książki; spoglądają na was i mówią „kocham cię, dopiero cię poznałem, ale cię kocham, a ty też mnie kochasz? wiem, że tak, opór jest bezcelowy”), uśmiecha się pogodnie, wdrapuje się na człowieka, oblizuje mu twarz, podgryza mu palce, przewraca się w śniegu. Niezgorszy z niego bandyta, wszak łapie i zanosi na swoje upatrzone miejsce absolutnie wszystko, co się da. Łącznie, em, z posłaniem swojej starszej koleżanki. Koleżanka jest emerytowanym jamnikiem, nieco, trzeba przyznać, wrednym z natury, ale młody dżentelmen nic sobie z tego nie robi. Nie przeszkadza mu również fakt, że wredna starsza koleżanka akurat na tym posłaniu śpi. Kein Problem. Oglądające akurat Serię niefortunnych zdarzeń człowieki nagle oglądać przestały i ryknęły zbiorczo śmiechem, widząc ku swojemu zdziwieniu, jak jamnik z miną mówiącą bardzo wyraźnie „WTF?!” wyjeżdża na posłaniu ze swojej budki i jedzie w siną dal, ciągnięty przez bawiącego się pysznie malucha.
A on ma trzy miesiące dopiero.
Mam pewne obawy co do tego, kto kogo będzie wyprowadzał na spacer.

Dust Pneumonia Blues

No właśnie, co do tego kaszlu i znienawidzonych widzów.
Zaczęłam wczoraj pisać odpowiedź na komentarz odnośnie tego, co ludzie na widowni robią, ale wyszło mi, że musiałby to być komentarz bardzo obszerny, więc postanowiłam zamienić go na wpis.
Różnych zachowań widzów się naoglądałam, mniej i bardziej strasznych. Robienie zdjęć podczas spektaklu. Robienie zdjęć sławnym ludziom, którzy najzupełniej prywatnie przyszli sobie spektakl obejrzeć. Odstawianie kieliszka na scenę, gdy się siedzi w pierwszym rzędzie i popija wino, czy też w ogóle umieszczanie tam swoich bambetli. Chrupanie orzeszków wyjmowanych z najbardziej szeleszczącego opakowania w historii ludzkości, bardzo staranne i powolne chrupanie. Zajmowanie cudzych miejsc, po czym foch i protest, gdy prawowity „właściciel” fotela chce go odzyskać (w samolotach/pociągach też mi się to zdarza i irytuje nawet bardziej). Najbardziej creepy akcją, jaką w życiu widziałam, była próba dotknięcia aktora podczas owacji – znaczy, ja rozumiem, że jednego z drugim każda z nas chciałaby dotknąć, a najlepiej całym ciałem i to nieubranym, ale bez przesady. Nie wyobrażam sobie, żeby się z łapami pchać. Swoją drogą przerażające to czasami, na jakich świrów człowiek się naraża, gdy staje się odrobinę bardziej popularny. Tak czy inaczej, najbardziej zapadła mi w pamięć pani widz w jednym z krakowskich teatrów, która tuż po rozpoczęciu przedstawienia wyjęła z torebki wachlarz. Taki papierowy, made in China. I jęła się wachlować bardzo energicznie. Dźwięk był doskonale słyszalny dla wszystkich, łącznie z aktorami, którzy w pewnym momencie – bo pani wachlowała się przez cały czas! – jęli nerwowo zerkać na widownię, skąd coś uparcie szumiało. Masakra.
A niektórym dżinsy przeszkadzają.
Żeby jednakowoż nie było, że jestem wzorcem widza i ucieleśnieniem wszelkich cnót, jakie publiczność może reprezentować (w końcu gonię ludzi po ulicach, pamiętajcie) – sama kiedyś zajęłam komuś miejsce. Ślepawa bywam czasami i źle przeczytałam literkę oznaczającą rząd. Jakież było moje zdumienie, gdy pojawiła się pewna sympatyczna para i wyjaśniła mi, że mój fotelik znajduje się parę rzędów bliżej sceny. No i świetnie. W tę stronę zawsze przyjemnie się pomylić.

A poza tym?…
Odbyłam wczoraj bardzo przyjemną pogawędkę z moim byłym szefem. Pracowaliśmy razem blisko dziesięć lat temu. Niezmiennie utrzymujemy kontakt i od kilku lat próbujemy umówić się na wino, co jest o tyle trudne, że ja mieszkam w Krakatau, a on w Kornwalii. Niesamowity koleś. Jeśli idzie o zachowanie – Anglik pełną gębą, do bólu uprzejmy i taktowny. Do tego stopnia, że gdy mi kiedyś coś tam na twarzoksiążce skomentował, to zaraz wysłał mi prywatną wiadomość z pytaniem, czy to aby nie była zbyt kontrowersyjna opinia, bo jeśli tak, to przeprasza i mogę usunąć (nie była). Ale tu przechodzimy do części drugiej, bo ów Anglik, starszy pan – na emeryturze już – jest bardzo wyluzowany obyczajowo. Trudno zresztą nie być, gdy ma się taką biografię. Za młodu pozował nago do rzeźb (jak twierdzi, nie ma pojęcia, co się z nimi stało, ale bardzo bawi go fakt, że ktoś może trzymać w domu jego gołą kopię naturalnej wielkości). Za młodu również kumplował się z chłopakami z Mungo Jerry i nadal utrzymuje z nimi kontakt. Ale moją ulubioną historią jest ta, którą mi opowiedział mniej więcej rok temu. Jak to w latach 60. poszedł na z kolegą i jego dziewczyną na koncert pewnego mało znanego muzyka. Wszyscy świetnie się bawili, z wyjątkiem kolegi mojego byłego szefa, gdyż po koncercie jego dziewczyna wyszła z muzykiem, jak to lubi się zdarzać. Nie byłoby w tej wdzięcznie hippisowskiej historii nic fascynującego, wszak po dziś dzień dajemy się uwodzić chłopakom z gitarami, gdyby nie fakt, że tamten akurat chłopak nazywał się David Jones.
Rings any bells?..

Jak to z przekąsem mawia najlepszy przyjaciel pana i władcy – frontmani zawsze mają lepiej.
Niezłe dziewczyna musi mieć wspomnienia, choć bez dwóch zdań z gatunku „i tak nikt ci nie uwierzy”.

Zabawne. Żyjemy w czasach, w których ludzie jałowi bardziej niż Eliotowska ziemia lansują się na potęgę, choć nie mają absolutnie nic do powiedzenia, a taki oto skromny, siwy dżentelmen, który lata przepracował w korporacji jako specjalista od kontroli jakości, mógłby wydać opasłą książkę o swoim bez dwóch zdań pasjonującym życiu, ludziach, których poznał, rzeczach, które zrobił. Pozory mylą czasami.

Dziesięć pięter i dach

img_20170122_180451_051.jpg

No, zatem do teatru poszłam i jakimś cudem – może dzięki temu, że naprawdę nie chciałam być tym jednym znienawidzonym widzem, który zanosi się kaszlem w kluczowych momentach – wytrzymałam trzy godziny bez jednego chrząknięcia.

Chciałam na to pójść, bo wiecie, Śląsk. A ja jednak, choć od lat mieszkam w innej części kraju i ciągle gdzieś się włóczę, pozostaję hanyską, żywo zainteresowaną opowieściami o tej piątej stronie świata.
To jest spektakl, który opowiada historię znaną każdemu dorosłemu człowiekowi w tym kraju – przypomina wydarzenia w kopalni „Wujek” w grudniu 1981 roku. Zdawać by się mogło, że czekają widza trzy godziny martyrologii. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze, głównymi bohaterami tej historii są czterej chłopcy. Synowie górników (oraz jeden syn funkcjonariusza MO). Oni i ich rodziny. Mama fryzjerka. Babcia – klasyczna śląska Oma – i dziadek, górnik z dziada pradziada. Ojcowie wygrywający motyw z „Gwiezdnych wojen” na próbach kopalnianej orkiestry. Mamy grudzień, przychodzą paczki z Enerefu – proszek do prania, czekolada z „okienkiem” (pamiętacie? wiem, że teraz można ją bez trudu u nas kupić, ale to nie ten sam smak), misie Haribo. Któryś z chłopców wymienia zagraniczny zegarek na plakat z Playboya. Górnicy świętują Barbórkę. Żony podczas robienia dauerweli w zakładzie fryzjerskim z przejęciem plotkują o czarnej wołdze. Ot, peerelowska codzienność. I tylko jakiś cień na tym wszystkim się kładzie. Coś nadchodzi. Coś nadchodzi.
Chłopcy oglądają nadciągającą apokalipsę, czołgi ciągnące w kierunku kopalni – gruby, jak to się na Śląsku mówi – z dachu. Do niedawna oglądali potwory w kinie, zakradając się na filmy od 18. roku życia. Teraz zbliża się prawdziwy potwór. Gruba, ta matka karmicielka, wokół której toczy się życie rodzin w spektaklu i która czasem to życie odbiera, stanie się miejscem starcia z monstrum. Tylko bohaterowie stawiający mu czoła to nie Supermani, ale zwykli faceci w drelichach i ich żony, twarde i zdeterminowane.

Może i nie jest to rzecz z gatunku zmieniających życie. Może nie wszystkie rozwiązania muzyczne są zachwycające (bo to musical, tak!), może czasami troszeczkę się to rozmywa, może raz czy dwa miałam wrażenie, że za dużo grzybów w tym barszczu, ale są bez wątpienia elementy, które w człowieku zostają. Finał, kiedy dzieciaki pojawiają się w strojach wyjętych z ukochanych filmów fantastycznych przy dudniącym hip-hopie – fenomenalny. Zaprawdę fenomenalny. Początek drugiego aktu, gdy spod sceny wyłania się oddział ZOMO. Opowieść dziadka o przygniecionym pod ziemią koledze i jego słowach: „powiedz jej, że mnie zabiło od razu”. Święta Barbara – bo są w tym wątki nieco oniryczne, jak często w opowieściach o Śląsku. No i chłopak w kapturze i z mikrofonem, łącznik pomiędzy współczesnością, neonami, biurami i knajpami dzisiejszych Katowic, a ciemnymi czasami, w których toczy się historia na scenie. Znakomity zabieg.
Nie zdziwiła mnie ani troszkę owacja na stojąco. Bo mimo pewnych słabości to będzie przedstawienie bardzo ważne dla wielu widzów. Zobaczą na scenie swoje dzieciństwo albo młodość. Usłyszą opowieści, które znają od zawsze, ale które nie nudzą. Zaśmieją się, jak pani za mną, wzdychając: „tak było!”. To jest taki teatr, który rozmawia z ludźmi, a nie tylko mówi do nich. Słucha ich. Teatr niesłychanie mocno osadzony w lokalnych realiach, czerpiący z wrażeń i wspomnień lokalsów. Taki, że widz po wszystkim chciałby pójść na wódeczkę z twórcami (chyba że „mo ciśnienie”). Można kręcić nosem na takie czy owakie niedociągnięcia, ale w teatrze zawsze najważniejsze są emocje koniec końców. Są spektakle pięknie zrobione, z których wieje chłodem. W tym przypadku jest inaczej. Wychodzi człowiek dziwnie wzmocniony, z poczuciem, że spędził parę godzin WSPÓLNIE z innymi, ale też usłyszawszy stanowcze: pamiętaj. Nie wolno ci zapomnieć. Teraz ty tę historię niesiesz.

Respect the delicate ecology of your delusions

No to mamy nowy wspaniały świat.

Ale nie będziemy o tym pisać.

Życie jakoś się toczy. Nie najgorzej. Zapisuję to ku pamięci, bo w poniedziałek mam ocenę roczną (nienawidzę tych cyrków – a kiedyś musiałam sama je z ludźmi przeprowadzać; wspominam to jako jeden z najgorszych zawodowych koszmarów) i mój ogląd rzeczywistości może ulec gwałtownej zmianie.
Po pierwsze. Panowie kominiarze mnie nawiedzili i uznali, że wyloty mam drożne. Doceniam fakt, że przyszli w mundurach i nie śmiali się z klientki trzymającej się za guzik przy porteczkach przez całą wizytę.
Po drugie. Baranek nadal leży przygnieciony książkami. Autor tymczasem nie omieszkał zamieścić szkicu na swojej obrazkowej stronie, z komentarzem, bo przecież. Jak się wie, że mecenas przeczyta, to się tak napisze, żeby mecenas spiekł raczka.
Po trzecie. Udało mi się wczoraj zdobyć bilety na Anioły w Ameryce – jak tego dokonałam, nie mam pojęcia, bo tłumy z całego świata zaatakowały stronę internetową National Theatre w chwili otwarcia sprzedaży. Tymczasem niżej podpisana, jak ten wioskowy głupek, co nie brał udziału w wyścigu, ale przypadkiem wbiegł na trasę i wygrał, po dziesięciu minutach miała bilety w koszyku.
Uch, te emocje. To poczucie triumfu.
Oczywiście to dopiero za osiem miesięcy bez dwóch tygodni, ale jutro niedziela, niebawem luty, chwilę później Wielkanoc, a potem to już zleci!
Nawiasem mówiąc, zauważam z zadowoleniem, że coraz więcej ludziów podróżuje w celach teatralnych. Bo to naprawdę osiągalna sprawa, a przy okazji przygoda, czasami – jak widać po mnie – wżerająca się w życie na dobre i z niespodziewanymi konsekwencjami.
Co nie zmienia faktu, że ojczyste instytucje kulturalne też odwiedzać zdecydowanie warto, nawet warciej. Ja na ten przykład dziś idę (i to jest po czwarte). Mam pewne obawy. Nie o to, co zobaczę, bo recenzje znakomite i jestem bardzo podekscytowana, ale o siebie. Uściślając, o moje gardło. Od trzech tygodni kaszlę bardzo nieatrakcyjnie. Niestety nie mam pieca, do którego mogłabym wsadzić się na trzy zdrowaśki, pozostają zatem piguły, które absolutnie nie działają. Jak wszyscy wiemy, kaszel uwielbia aktywować się w miejscach, w których wypada zachowywać się cicho (zupełnie jak śmiech w sytuacjach nader poważnych). W obawie przed narobieniem sobie obciachu zamierzam wyładować torebkę pastylkami do ssania i zabrać ze sobą wodę, i jakoś wytrwać w klimatyzowanym pomieszczeniu pełnym wyperfumowanych ludzi. Oby tylko nie było scen z dymem.

Breathe normally and think positive

Wróciłam.
Zdecydowanie nie należą do moich ulubionych takie wyjazdy, gdy ogląda się inne miasto tylko przez szybę taksówki, okna w hotelu i okna w biurze. Wraca człowiek do domu kompletnie ogłupiały. Dlatego nie będziemy opowiadać o wyjeździe samym w sobie. Opowiemy o drodze, bo ta nierzadko jest… hm, nie tyle bardziej interesująca może, bo to niekoniecznie, ale więcej można zaobserwować i odczuć na własnej skórze również.

Z różnymi ludźmi zdarza mi się podróżować, ale dawno nikt nie przetestował mojej cierpliwości tak, jak siedząca za mną współpasażerka, która śpiewała dziecku piosenkę.
Pomysł sam w sobie może nie taki zły.
Ale pani śpiewała tę samą piosenkę w kółko przez dwie godziny.
Znała tylko jedną zwrotkę.

Zwykle mam przy sobie słuchawki, ale tym razem ich nie zabrałam, to i pokornie przez dwie godziny słuchałam wyśpiewywanej w kółko tej samej zwrotki tej samej piosenki. Cztery wersy. W kółko, rozumiecie. Dwie godziny.
Jeśli w najbliższym czasie usłyszę to ponownie, rzucę się na wykonawcę z pięściami. Choćby to był sam Kurt Elling. No dobrze, na niego nie.

Jakby tego było mało, w drugim samolocie towarzystwa dotrzymywała mi wesoła wycieczka, bardzo już wesoła i ani im w głowie było przestać się weselić, bo natychmiast po zajęciu miejsc wyciągnęli napitki, przezornie już zmieszane dla zmylenia przeciwnika. Toteż od razu im się siusiu zachciało. Następnie jęli toczyć żarliwą dyskusję pomiędzy rzędami, w których byli rozlokowani. Klasyka gatunku. Najpierw wspominali, jak to byli na koncercie zespołu będącego w latach 90. na topie („a ja z nimi rozmawiałem nawet – mieliśmy KONWERSACJĘ, rozumiesz – i powiem ci, że to tacy normalni ludzie są”; urzekające, ale nie na tyle, żeby taką bolesną kalkę językową zapodawać). Potem nastąpiło komplementowanie seksownych nóżek stewardesy. A wreszcie rozpoczęła się całkiem poważna konw… rozmowa o szwagrze jednego z panów. Cały samolot się dowiedział, co szwagier ma za uszami i dlaczego Staszek (współpasażer, do którego kierowane były żale na szwagra) nie powinien nikomu o tym mówić. Jasne. Full dyskrecja.
Wiecie co, ja bardzo lubię latać, ale tym bardziej, im mniej ludzi wchodzi na pokład. Ponieważ jednak na własnego embraera nigdy nie będzie mnie stać, to pogodnie biorę, co dają. Marzy mi się tylko, by niektórzy pamiętali o tym, że machina, którą oni lecą, to też ich prywatny embraer nie jest. Skoro już siedzimy w tym razem, to siedźmy tak, żeby wszyscy byli w miarę zadowoleni. Bo może ktoś obok jest w podróży dwudziestą godzinę i ma ochotę podciąć sobie żyły suchą bułką. Może bardzo wcześnie wstał i by się zdrzemnął. Może chciałby poczytać w spokoju. Może przeraźliwie się śpieszy, więc nie doceni blokowania mu przejścia.
Speaking of which.
Pobiłam dziś, proszę państwa, osobisty rekord na setkę oraz ryzyko zawału serca zdecydowanie u mnie wzrosło.
Mamy u naszych sympatycznych sąsiadów takie lotnisko, Berlin Tegel się nazywa. Weźcie sobie do serca moją radę i unikajcie za wszelką cenę. Zwłaszcza jeśli się przesiadacie. Może bowiem okazać się, że drugi samolot czeka na was pod innym terminalem. A do terminalu owego musicie dotrzeć per pedes, przechodząc po drodze jeszcze raz kontrolę (fajnie, co?). Co jest szczególnie ucieszne, gdy na przesiadkę macie 45 minut – niby zrabialne, choć z lekkim nerwem… – po czym okazuje się, że a) pierwszy z waszych lotów tego wieczora startuje opóźniony, b) docieracie na miejsce, podjeżdżacie pod rękaw i absolutnie nic się nie dzieje. Po długiej chwili kapitan mówi, że Passagierbrücke kaputt. No, nie dokładnie to, ale sens mniej więcej taki; nie można wysiąść, bo rękaw i aeroplan nie potrafią się ze sobą połączyć. Plask facepalmów niczym ta fala meksykańska mknie po kabinie.
Tym sposobem z 45 minut zrobiło się 10.
DZIESIĘĆ.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak szybko biegłam. I jakimś cudem, nie wiem jakim, udało mi się przedostać z jednego terminalu do drugiego, rozdziać się i odziać na nowo (ale niestarannie) w punkcie kontroli – zresztą panowie, przyznać trzeba, byli nieco pobłażliwi dla pasażerki, która ledwo łapała oddech – i dotrzeć pod bramkę w chwili, gdy już z megafonów dudniło ostatnie wezwanie. Zdążyłam. Nie polecam.

Oczywiście cały ten stres opatrzność czasami wynagradza widoczkiem ośnieżonej Europy z góry, albo samolotów ustawiających się w kolejce do lądowania, wyglądających w mglistym wieczornym powietrzu jak gwiazdy opadające z gracją na ziemię jedna po drugiej. Albo kimś miłym, kto siedzi obok was. Dobrą kawą na śniadanie w hotelu. Nowym doświadczeniem. Nowymi perypetiami do opisania.

Oh, my hopeless wanderer

Minął tydzień od mojego uprowadzenia. Niby wszystko po staremu. Chodzę do pracy, wracam z niej pod ten sam adres, spożywam posiłki, czytam, słucham ładnych rzeczy, sprzątnę czasem, wiecie, taka tam codzienność ludu pracującego miast i wsi. Bardziej miast. Strutych smogiem w dodatku ostatnio, co bez dwóch zdań czuję w moim gardle.
Nie mogę jednakże pozbyć się poczucia, że choć nic się nie zmieniło, to bardzo dużo się zmieniło, coś się zatrzęsło we wszechświecie. Jest inaczej. Niby dowiedział się człowiek czegoś, co wiedział od dawna, ale nie podejrzewał, że tak go to zdziwi wypowiedziane na głos, wzruszy bez wątpienia. Oczywiście całkiem przyjemnie mi się z tym żyje, tylko jeszcze nie do końca się przyzwyczaiłam. Wczoraj wieczorem za to złapałam za telefon, by wystukać wiadomość, a tak se sprawdzę, co u koleżki słychać, pisać zaczynam, gdy wtem telefon dzwoni.
Zawsze miał taki timing cholerny. Gdzie oni się tego uczą?…

Poza tym dotarł mój baranek.
(Uśmiałabym się, gdyby okazało się, że to naprawdę jest baranek).
Musiałam tylko go odebrać z… winiarni, bo kurier tam właśnie go zostawił pod moją nieobecność. O ironio. Wróciłam zatem do domu z przesyłką i butelką wina (gruzińskie dobre na wszystko), dwie pieczenie na jednym ogniu. Jedna i druga pieczeń czekają teraz na otwarcie. Z winem pójdzie łatwiej, jak sądzę. Tak czy inaczej, lada chwila zabieram się za rozbrajanie.
W niedzielę rano tymczasem na lotnisko. Dawno nie byłam, nieprawdaż. Tym razem na tak krótko, że nie jestem pewna, czy zdążę choć jedno rozmazane zdjęcie opublikować. Na samą myśl czuję się niewyspana, ale sama chciałaś, moja złota, sama chciałaś.

PS Liścik dołączony do baranka rozczulił mnie niemożebnie. Tak, jestem egzaltowana. I jest mi z tym, proszę ja was, wyśmienicie.

And then I go and spoil it all

A w ogóle to podczas tej wycieczki mojej nieplanowanej wydarzyła się rzecz bardzo dziwna. To znaczy dziwna i niedziwna zarazem, bo nie jest to nic, co by mnie jakoś bardzo zaskakiwało, ale też nie podejrzewałam, że kiedykolwiek zostanie zwerbalizowane.

Świat funkcjonuje tak samo, jak funkcjonował przedtem, w moim życiu też nic się nie zmieniło, niemniej jakoś mi inaczej wszystko wygląda od paru dni.

Co mnie skłania do refleksji.
Wiecie, przez lata całe słyszałam i czytałam: nie pokazuj miękkiego brzuszka. Nigdy, nikomu. Nie dawaj nikomu do zrozumienia, że ci się podoba. Nie przyznawaj się do żywienia cokolwiek cieplejszych uczuć. Były oczywiście sytuacje w moim życiu, gdy zgadzałam się z tym w całej rozciągłości, leżąc pod kołdrą zaryczana i obiecując sobie solennie, że już nigdy w nikim… no, sami wiecie. Wiecie również zapewne, gdzie sobie tego typu deklaracje człowiek może wsadzić.
Od pewnego czasu myślę, że to wszystko nieprawda.
Oczywiście bombardowanie miłością na każdym kroku też dobre wcale nie jest, przeciwnie, ale wszystkie te teorie, że trzeba ostrożnie, nisko i powoli, że trzeba cedzić przez zęby, traktować lekko oschle, zachowywać bezpieczny dystans et cetera nadają się do kosza. Choćby dlatego, że nie mamy aż tak znowu dużo czasu i że nigdy nie wiadomo, czy ktoś nam, w taki czy owaki sposób, nie ucieknie z życia. Zresztą ba. W gruncie rzeczy nie ma się przecież aż tak znowu dużo do stracenia. No, bo cóż najgorszego może nam się zdarzyć, gdy komuś powiemy, że tak dość raczej ewentualnie trochę go lubimy, wiedząc przy tym, że to oczywiste jest nie od dziś?…

Zostawiam was z nowym singlem London Grammar, takim w sam raz.

Liftin’ me higher and higher

Na chwilę przerwa od wątków kulturalnych – będą w przyszłym tygodniu, bo moja wyczekiwana przesyłka została dziś wysłana, tylko jej nie zgub, Poczto Królewska – żeby opisać jeden z najbardziej kuriozalnych wieczorów mojego życia. W skrócie, ale jednak.

Ostatnio pisałam, że potrafię pojechać do Londynu, Luksemburga, Katowic i Nowej Huty dla moich ukochanych mężczyzn.
Ale żebym nie wiedziała, dokąd jadę, to się nie zdarza często. Można powiedzieć, że w pewnym sensie zostałam uprowadzona.

Jeden z moich ukochanych mężczyzn od lat pozostaje taką moją kotwicą i absolutnym VIP-em. Pojawił się w moim życiu i już został – niby przypadkiem, ale ja tam nie wierzę w przypadki. Któregoś wieczora ludzie z dwóch kompletnie różnych bajek jakimś cudem się zetknęli i z jakichś przyczyn kosmos uznał, że to tak miało być. Tak czy inaczej z przygodnej, jak mogłoby się wydawać, i dość cielesnej znajomości nasza relacja ewoluowała w coś, co bardzo trudno nazwać, ale że nie jestem wielką fanką etykietek, to mi to nie przeszkadza. My wiemy, jak jest i to wystarcza. To taki ktoś, kto pełni w moim życiu rozliczne role. Wie o wszystkim, co się u mnie dzieje, zawsze mnie wspiera, zawsze do mnie mówi zdrobniale, zawsze twierdzi, że ładnie wyglądam, znakomity w przytulaniu, wypłakałam mu w rękaw przynajmniej ze dwa litry łez – ma do mnie kluczyk i doskonale wie, jak go użyć. Nie żeby był chodzącą doskonałością (choć z przekąsem twierdzi, że jest), bardzo to dominujący typ, niezgorszy gałgan i nerwus, ale też wyznawca staroświeckiej kindersztuby, dżentelmen z wymierającego gatunku, taki, przy którym czujecie się jak dama z powieści Jane Austen nawet, gdy stoicie przed owym w wysoce niegustownym dresie i przed chwilą odsmarkałyście sobie zaczerwieniony nos na amen, bo was przeziębienie gnębi. Wszystkie moje szaleństwa przyjmuje ze spokojem i zrozumieniem, bo sam ma własne, które nierzadko wywołują u postronnych zjeżenie sierści na plecach, bo jak to tak. Dla niego to naturalne, że ma się pierdolca i można co nieco poświęcić z tej przyczyny.
Widujemy się ostatnimi czasy zdecydowanie nie dość często, bo albo ja jestem wyjechana, albo on, ale gdy już następuje ten szczęśliwy moment, to z rozmachem. Bywało nie raz i nie dwa, że spotykaliśmy się w miejscach przedziwnych lub na bardzo krótko.
Po powrocie bardzo chciałam go zobaczyć, ale jakoś nie sprzyjało. Do przedwczoraj. Korespondowaliśmy sobie, aż wtem…
– Mam dla ciebie małą niespodziankę – ogłasza koleżka z zadowoleniem. Już ja znam jego niespodzianki. To człowiek, którego poziom spontanu przekracza dopuszczalne normy, o czym przekonałam się po wielokroć. To człowiek, w towarzystwie którego trzeba być gotową na wszystko; pozbawiony wszelkich zahamowań, z zerowym poczuciem obciachu, za to z ogromnym poczuciem humoru, wyluzowany nieprawdopodobnie (prywatnie, bo zawodowo to wściekle zdyscyplinowany profesjonalista, dla którego nie do pomyślenia jest spóźnić się pięć minut do roboty).
– To zamawiam taksówkę.
– Nie, nie zamawiaj. Ja już po ciebie wysłałem samochód.
– Jak to samochód wysłałeś?…
– Powinien u ciebie być za parę minut.
– Jak to samochód wysłałeś?…
– Tylko ubierz się ciepło.
– Gdzie ty jesteś, przepraszam?!
– Do zobaczenia!
I rozłącza się ten gamoń, ten łobuz.
No dobrze. Wychodzę z domu, a tam faktycznie czeka samochód i kierowca pyta, czy ja to ja. Potwierdzam. Wsiadam. Nie mam pojęcia, o co chodzi.
Śnieg zacina, mglisto, ale mimo warunków atmosferycznych niesprzyjających podziwianiu widoczków ku mojemu ogromnemu zdumieniu w pewnym momencie zauważam za oknem światła znanego lokalsom Centrum Handlowego Zakopianka, znajdującego się, nie zgadlibyście, przy ulicy Zakopiańskiej, znanej z tego, jak być może trudno się domyślić, że prowadzi na Podhale. Hm. To nie jest dzielnica, w której spodziewałam się znaleźć. Mijamy światła Centrum Handlowego Zakopianka i pan kierowca wytrwale sunie dalej w kierunku Beskidu Wyspowego. Tu jest coś nie tak.
– Przepraszam pana, może to głupio zabrzmi, ale… dokąd jedziemy?
– No, tak z godzinkę nam zejdzie – odpowiada wymijająco kierowca. Aha. Zmowa. Oczy autorki robią się większe i większe. Wyjmuje telefon. Gamoń i łobuz odbiera za pomocą swojego zalotnie pogodnego „halooo”.
– Gościu, ja muszę jutro iść do pracy!
– Nie ma zmartwienia, pan cię rano zawiezie z powrotem.
– Ty oszalałeś. Oszalałeś. Szalony jesteś.
Po obiecanej godzince samochód wyrzuca mnie wśród lasów, przed wejściem natomiast stoi zakapturzona postać słusznej postury. Gdybym nie rozpoznawała tej sylwetki z daleka, to bym się przestraszyła. Na szczęście postać rozkłada ramiona i pachnie mi znaną od prawie dekady wodą po goleniu.

O świcie autorka wsiada nazad do samochodu, żegnana słowami:
– Tylko proszę jechać ostrożnie, bo skarb pan wiezie.

Taki to jest ten mój człowiek-przygoda.
Jak zawsze twierdziłam, ludzie są najciekawszym, co może nam się przydarzyć.

If I am who I am because you are who you are and you are who you are because I am who I am then I am not who I am and you are not who you are

No to wróciłam. Nie żebym była jakoś szczególnie zadowolona z tego faktu, zwłaszcza że mam katar, a jutro wracam do roboty, po dwóch błogich tygodniach.

Był to intensywny weekend, ale bardzo udany, choć jeśli jesteście ciekawi, jak spędziłam sylwestrową noc, śpieszę donieść, iż nie spędziłam jej wcale, ponieważ spałam. I świetnie. Przynajmniej weszłam w Nowy Rok wypoczęta.

Mój romans z miastem, którego nie ma, kwitnie niezmiennie. To nieprawdopodobne. W Paryżu musiałam zmuszać się do wyjścia z bunkra w weekendy, nie chciałam. W Londynie biegam rozpromieniona od rana do wieczora, padając wieczorem ze zmęczenia. Tak, wiem, że jakiś czas temu wynaleziono metro i że ono w tym mieście działa wyjątkowo sprawnie, ale po co, skoro tak miło się po nim chodzi, z rękami w kieszeniach, w rozpiętym płaszczu, bo dość ciepło.
Zaczęłam od wizyty w Sam Wanamaker Playhouse, bo mam taki przymus wewnętrzny, że muszę tam pójść, ilekroć jestem w pobliżu. Uwielbiam to miejsce. Jest małe, przytulne, pachnie rozgrzanym woskiem, człowiek czuje się tam w przyjemny sposób odseparowany od reszty świata. Ma ono jednakowoż jeden minus. Otóż jest pierońsko niewygodne. Jak ktoś kiedyś napisał – przeznaczone dla widzów bardzo szczupłych lub bardzo towarzyskich, którym nie przeszkadza kontakt cielesny z widzem obok. Kręgosłup pogrąża się w rozpaczy. Ale jak się człowiek zaprze, to jakoś te dwie i pół godziny wytrzyma (mój pamiętny rekord to cztery godziny czterdzieści minut – wszyscy wychodzili jacyś tacy przygięci…).
Na ogół warto.
Bardzo to był uroczy spektakl. Nie z gatunku zmieniających życie, niemniej zabawny i chwilami wzruszający, i dostarczający publiczności bardzo przyjemnych wrażeń muzycznych. Bo o Händlu. Händel pisał muzykę, jak wiemy. I sztuka owa opowiada o tym, jak wystawiał Mesjasza w Dublinie. Mamy zatem skrzypków i trąbki, i anielskie głosy, a to wszystko na tej maciupkiej scenie, otoczonej maciupką widownią, w blasku świec. No, rozkosz.
Wyszłam i pobiegłam do National Theatre, z przystankiem w nowym budynku Tate Modern, który jest dość raczej imponujący i oferuje jeszcze bardziej imponujące widoczki z tarasu na dziesiątym piętrze. Shard jak na dłoni. Katedra i tak dalej. Niech was ręka boska broni przed wydawaniem pieniędzy na niedalekie London Eye.
W National Theatre niezmiennie się gubię (byłam tym razem dwukrotnie i pomyliłam piętra w oba dni), ale doceniam fakt, że można tam zjeść, wypić, internet mają i księgarnię dobrą. No i, koniec końców, wystawiają dobre przedstawienia. W piątek oczekiwał mnie Mark Strong, zupełnie do siebie niepodobny, bo z włosami. I kryminał – co prawda w pewnym momencie jęłam przeczuwać, jak się skończy, to znaczy kto zginie (i zgadłam), ale oglądało się to arcydobrze. Dość emocjonujące. Bardzo efektowne wizualnie, trochę jakby oglądało się film z lat 60.

A potem przyszedł piątek. Intensywny dość. Gęsta mgła wcale mi nie przeszkodziła podreptać pieszo z Hyde Parku do Barbican Centre, na wystawę, a stamtąd do King’s Cross Theatre, w którym być musiałam, bo Lazarus. Wiecie, dla mnie Bowie to bóg, którego odkryłam na dobrą sprawę jako dorosła już kobieta – długo się doń przekonywałam. Później się zakochałam. Wiadomość o jego odejściu złamała mi serce. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że musical, który napisał wspólnie z Endą Walshem, dotrze do Londynu, pomyślałam, że trzeba będzie to zobaczyć. No i zobaczyłam. Mojemu sercu gwałtownie przypomniało się, gdzie boli. Fakt, fabuły w tym za bardzo nie ma, ale i być nie musi. Jest muzyka, i to jest ważne.
(Inna sprawa, iż temperatury w tym teatrze – budynku jednak tymczasowym – urągają godności ludzkiej i człowiek zaczyna tęsknić za ciepłem Szwecji w marcu).
Gdy już łzę otarłam, pomaszerowałam nazad na drugi brzeg Tamizy. Do Old Vic. Zobaczyć Rufusa. I to, bądźmy szczerzy, stało się absolutną wiśnią na torcie mojej wycieczki.
Jak wszyscy wiedzą, niżej podpisana nie ma śmiałości do ludzi. Może i w internetach udaje wygadaną, ale w rzeczywistości nie jest taka. Denerwuje się, nogi jej się uginają, albo nie wie, co powiedzieć, albo dla odmiany palnie coś głupiego. Co więcej, niżej podpisana przez większość swojego życia nie chadzała pod stage door, bo się wstydziła. W ciągu ostatnich paru lat nieco się jednakże pozmieniało w tej sprawie i mogę powiedzieć, że nawet pewną wprawę zdobyłam, choć nadal łatwo nie jest. Nadal miewam nadzieję, iż chodnik się pode mną rozstąpi, nim nadejdzie moja kolej. Nie mam pojęcia, czemu mi się taki stresior uruchamia, albowiem doświadczenia podpowiadają, że ci ludzie są przeważnie mili, normalni do bólu i mają ego w przyzwoicie skromnym rozmiarze. Tak czy inaczej, przez cały wieczór zastanawiałam się, jak zagaić. I czy w ogóle, bo może po prostu zwiać po spektaklu. Ale jakoś tak wyszło, że ani szczególnej kolejki nie było (raptem parę osób – a sądziłam, że będzie gęsto od rozemocjonowanych fanek lorda M), ani też czekać nie trzeba było długo, i zanim autorka się zorientowała, stała przed – przyznać trzeba – oszałamiająco w istocie przystojnym obliczem pewnego sympatycznego i bezpośredniego dżentelmena. No i co teraz, i co teraz. Grzecznie byłoby powiedzieć cokolwiek, poza „eee… chciałam tylko powiedzieć, że, eee..”. Tylko o czym? Dobrze byłoby mieć jakiś temat, jakiś punkt zaczepienia…
Bohater grany przez Rufusa w tej sztuce kupuje obrazek. Uściślając, wywala sto tysięcy euro na białe linie na białym tle, co w rezultacie sprawia, że jego wieloletnie przyjaźnie drżą w posadach.
I wtem autorkę olśniło. No przecież!

Wracałam do hotelu – pieszo, nie miejcie złudzeń – przez zamglony Londyn bardzo z siebie zadowolona.

On a magic carpet ride, czyli 366 dni w 1360 słowach

Normalnie o tej porze produkuję bardziej lub mniej udane podsumowanie roku. Tym razem jakoś zupełnie nie potrafiłam się za nie zabrać. Jako że miałam ostatnio wolne, chodziłam sobie nieco po blogaskach i czytałam. Na przykład o tym, jak efektywnie zaplanować kolejny rok.
I śmiałam się się głucho.
Zaplanować.
Efektywnie.
My arse.
W mijającym roku wylądowałam otóż w przynajmniej czterech punktach globu, w których lądować pierwotnie nie zamierzałam. Zrobiłam rzeczy, na które nie byłam gotowa. Nie zrobiłam wielu rzeczy, na które gotowa byłam, ale widocznie nie nadszedł ich czas. To była jazda bez trzymanki, powiadam. Męcząca, owszem. Wyczerpująca nawet. Zasmucająca momentami. Sprawiająca, że czułam żołądek w gardle. Ale też ekscytująca. Gdybym miała jednoznacznie stwierdzić, czy ten rok był udany czy nie, nie byłabym w stanie tego zrobić. Udowodnił mi bowiem bardzo mocno, że trzeba uważać na to, o czym się marzy. Pewne rzeczy są bowiem prostsze, niż się wydaje. Co nie znaczy, że są nieopisanie i całkowicie zachwycające. Zwykle mają ciemne strony. Na przykład wasze życie towarzyskie umiera, bo ciągle was nie ma. Ale, jak to napisał pewien wieszcz, if you never discover, forever you’ll suffer.
To był rok niebywale trudny i intensywny, ale oj, nie nudziłam się. Ani chwili.
Powiem wam szczerze. Jak czytam to wszystko poniżej, to mi się wydaje, że ja już dawno pożegnałam się z rozumem. Może mi się to przyśniło. Może sobie to wymyśliłam?…

Styczeń. Wspinam się na szóste piętro odrapanej kamienicy przy Charing Cross, by spędzić dwie godziny w towarzystwie dwóch par żarliwie spoglądających oczu i popłakać się na końcu. Tego teatru już nie ma. Istniał tylko przez kilka miesięcy. Zamknął się właśnie na dobre. Zatem w pewnym sensie przeżyłam coś niepowtarzalnego. Ja i niewielu ludzi, przed którymi ci dwaj co wieczór grali na tym zimnym poddaszu, zamiast brylować na salonach. To było niezwykłe i poruszające doświadczenie.
Luty. Ta sama trasa, czyli nad portem w Rotterdamie skręcamy w lewo. Oglądam liczne penisy (w muzeum, w muzeum!) i oglądam same łamiące serce przedstawienia. W dwóch z nich grają dzieci. Teoretycznie nie lubię spektakli z dziećmi, w rzeczywistości natomiast oba mnie zachwycają, albo raczej wstrząsają mną.
Marzec. Krótka podróż do kraju scyzoryków i raclette, gdzie śnieg z deszczem zacina bez cienia litości dla turystów usiłujących dotrzeć do hotelu, nie gubiąc przy tym po drodze ani walizki, ani parasolki, bezużytecznej zresztą w tej pogodzie. Następnie partyzancki wypad do, nie może to być, Londynu na weekend, bo upolowałam jeden samotny bilecik na coś, co bardzo chciałam zobaczyć – docieram do domu o drugiej w nocy, o szóstej dzwoni budzik. Nigdy więcej, myślę.
Kwiecień. O dziwo, donikąd nie wyjeżdżam i nic szczególnego się nie wydarza. Jak się okaże, zatęsknię za tym stanem. Za to dwa bardzo dobre przedstawienia w Krakatau oglądam. Nie dość ich obejrzałam w tym roku i mam nadzieję, że nadrobię braki. Nadzieję mam. Nie planuję, ponieważ patrz wyżej.
Maj. Urodziny, ma się rozumieć, w mieście Londyn. Po raz pierwszy idę do teatru na horror science-fiction, jeśli mogą to sobie państwo wyobrazić, i przyznaję – podskakiwałam ze strachu. Tydzień później lecę na pustynię; na dobry wieczór dostaję w twarz gorącym powietrzem. Jadąc taksówką prowadzoną przez dziarską panią lokals i gapiąc się z niedowierzaniem na niebotycznie wysoki, cienki jak trzcinka i lśniący budynek za oknem, czuję się, jakbym wylądowała na innej planecie, ale zaskakująco szybko się przyzwyczajam. Wypruwam sobie żyły w dni powszednie, w weekendy natomiast usiłuję chodzić pieszo (to tam nie działa), zażeram się owocami morza i ledwo zipię podczas śmiałych prób przetrwania na plaży . Dla zainteresowanych – wytrzymałam godzinę, za drugim razem godzinę i pół. I wiecie co? Tęsknię za tym krajem.
Czerwiec. Niemal prosto z pustyni zasuwam, niespodzianka, do Londynu, żeby oddać głos i zobaczyć przecudowny Sen nocy letniej, który na długie lata pozostanie moim ulubionym. Przez resztę miesiąca siedzę w cholernym, zalanym deszczem Luksemburgu. Nic mi się tam nie podoba. Mam dół jak stąd do Tasmanii. I wtem pojawia się jakiś osobliwy typ. Podobno wykładowca, ale jakoś mi trudno w to uwierzyć, bo nie wygląda. Nie spodziewam się, że jeszcze kiedykolwiek się zobaczymy, ale ku mojemu zdumieniu parę dni później osobliwy typ wraca z kolejną butelką wina. Luksemburg bowiem produkuje całkiem porządne wina, zwłaszcza białe. A koniec końców odkrywam, że jest też bardzo malowniczy (acz jeśli macie lęk wysokości, nie polecam).
Lipiec. Niesamowite, ale znowu udaję się do Londynu, obejrzeć przedstawienie, którego w ogóle nie miałam w planach, które nie ma tekstu, które każdego wieczoru wygląda inaczej, a które kończy się sceną zapierającą dech w piersi, magiczną, nie do zapomnienia. Wieczorem tego samego dnia wracam do Regent’s Park Open Air Theatre, spodziewając się, że wizyta w tym bez dwóch zdań najbardziej romantycznym miejscu świata może skończyć się ponownie oszołomieniem i dezorientacją – i zgadnijcie co, tak właśnie się kończy. Tym razem jednak oglądam niesamowitą wersję Jesus Christ Superstar, w której prostota środków łączy się doskonale z chmurami brokatu i olśniewającym (dosłownie) płaszczem Heroda.
Sierpień. Osobliwy typ dokonuje desantu na nasz kraj, włamuje mi się do mieszkania (no, w pewnym sensie – zostawiłam mu klucz pod wycieraczką) i pod moją nieobecność nieco je przemeblowuje. Następnie idziemy na festiwal. Sporą część koncertu Sii przegapiamy świadomie, pijąc Jägermeister i rozmawiając o frapujących doświadczeniach szanownego kolegi (które to doświadczenia, o czym wtedy jeszcze nie wiem, staną się niebawem moim udziałem), bujamy się przy Massive Attack, aż w pewnej chwili na ekranach pojawiają się napisy wzbudzające dziki aplauz.
– Co to znaczy? – pyta kolega. Tłumaczę, wyjaśniając przy okazji kontekst polityczny. Kolega unosi brwi w niezmierzonym zdziwieniu. Parę miesięcy później, gdy będę go informować, że kobiety w Polsce protestują, bo pojawił się pomysł zakazu aborcji, zapyta, po co ktokolwiek miałby jej zakazywać. Doskonałe pytanie, panie kolego.
W ostatnich dniach sierpnia, w ramach spontanicznego „chodź, bilety są tanie” niżej podpisana ląduje w Mediolanie. Regularna dawka Włoch jest człowiekowi potrzebna do życia. Niestety znowu nie udało mi się obejrzeć włosów Lukrecji Borgii. A nad jeziorem Como nie spotkałam George’a Clooneya, który ponoć willę tam ma. Cóż mogę rzec. Żyzń parchata.
Wrzesień. Po trzyletniej przerwie niżej podpisana wyrusza samotnie na Daleki Wschód. Bez najmniejszego stresu, za to z uwielbianym poczuciem absolutnej wolności. Pogoda może i fatalna (teraz rozumiem, co znaczy „ściana deszczu”), ale lokalsi bardzo sympatyczni – tylko nie wsiadajcie z nimi do samochodu, jeśli cenicie sobie spokój – jedzenie pyszne, a wieczorne przesiadywanie w Changkat i przyglądanie się upływającemu światu to niewątpliwie jedno ze wspomnień, do których jeszcze długo będę się uśmiechać.
Październik. Jedziemy na czytanko, świetnie się bawimy i ku naszemu niezmierzonemu zdziwieniu nie tylko reżyser nas rozpoznaje i się z nami wita, ale też zostajemy zaproszeni na wino z wykonawcami, co skłania nas do refleksji, że może czas zacząć spisywać memuary, tylko że każde wydawnictwo potraktowałoby to jak rojenia wannabe baronowej Münchhausen. Gdyby się jednakowoż zastanowić, nie jest to wcale aż takie dziwne po trzech latach w miarę regularnego bywania. Ponadto zaglądamy w dziecięco błękitne oczy Iana McKellena (podziękowania dla bardzo sympatycznego pana, który bezceremonialnie wypchnął mnie do przodu) i wracamy do hotelu całe w skowronkach, z myślą, że już właściwie nic lepszego nie może nam się tego roku przydarzyć. Ależ w jakim jesteśmy błędzie! Na przełomie października i listopada toczymy bowiem również zaskakującą, ale bardzo przyjemną korespondencję z pewnym dżentelmenem o uroczych rączkach, wskutek której wchodzimy w posiadanie kolejnej dekoracji ściennej (na razie tylko nominalnie, ponieważ zgodnie z ustaleniami autor trzyma ją u siebie do początku stycznia, co oznacza, że lada dzień będę musiała znowu do niego napisać – gdyby mi kto o tym trzy lata temu powiedział, to bym go śmiechem zabiła). W listopadzie wyjeżdżamy pracować do kraju żab i bagietek, który, choć czaruje autorkę widoczkami, atrakcjami, grzanym winem na Polach Elizejskich i obłędną kaczką, traktuje ją dość obcesowo. Bo ten zepsuty zamek, niemili ludzie i wszystko. Entuzjazm znika z cichym pyknięciem, jak ta bańka mydlana. Na szczęście w zasięgu pociągu leży Wielkie (duchem) Księstwo Luksemburga. Jaki ten Luksemburg miły po Paryżu. Samochody nie próbują człowieka przejechać. Czysto. Cichutko. Tak cichutko, że autorka, wywieziona na głęboką wieś, niekulturalnie śpi do południa. Po południu daje się namówić na raczej… nietypową rozrywkę, zgodnie z zasadą, że skoro nadarza się okazja, to należy spróbować. W tym celu szanowany wykładowca zabiera ją do kraju ościennego, a w tymże najpierw do sklepu ze specyficzną odzieżą, gdzie wskazuje jakiś skrawek szmatki na manekinie i mówi:
– Przymierz to.
Po przymierzeniu zatwierdza (to nie człowiek skłonny do sadzenia komplementów, prędzej kąśliwości, na przykład za każdym razem pyta, co słychać w sprawie mojego prawa jazdy, więc jego „it looks very good on you” sprawia, że odrobinę puchnę z dumy, ale tylko odrobinę, żeby mi skrawek szmatki w szwach nie pękł).
Dalszą część wieczoru pominę, powiem tylko, że nasi germańscy bracia to dość wyluzowani są.
Grudzień. Wracam do ojczyzny z nerwami w strzępach. Pierwszy raz w życiu cieszę się, gdy obsługa zamyka drzwi, samolot odrywa się od obcej ziemi i unosi mnie w stronę domu. Spędzam kilkanaście dni brzuchem do góry, nie malując się, nie ubierając zbyt efektownie, głównie czytając i oglądając seriale.
Po czym, nie do uwierzenia, odprawiam się na lot do Londynu. Jutro, szósta dwadzieścia pięć.

Szczęśliwego Nowego, moi mili. Oby był przygodą.

To jest moja pierwsza noga, którą wyciągam już w stronę domu

– Jakie są proporcje składników na kruche ciasto?
– 3-2-1.
– Czyli jeśli daję dziesięć deko mąki, to ile masła?…
Chwila głębokiego namysłu.
– … Sie…dem?

Nie można być geniuszem w każdej dziedzinie, nieprawdaż. Tak czy inaczej, sernik jakimś cudem się udał. I bezy. I uszka nawet.
A teraz można ze spokojem sączyć własnej również roboty poncz – dodałam tyle imbiru, że nie zachoruję do 2070 – i czytać cudowną korespondencję Szymborskiej i Filipowicza („ostatnie listy miłosne pisałam mając lat 8 na zamówienie służącej Karolci do młodszego palacza na lokomotywie”) z przerwami na Londyn. Po kawałku, na wyrywki. Trochę o Seven Dials, trochę o Bankside. Nic więcej nie zamierzam robić przez najbliższe kilka dni, aż do ciężko rannego czwartku.

A jeśli mój wigilijny sen się ziści, to ciekawy będzie ten przyszły rok.
Śniło mi otóż, że byłam na czytanku (no, doprawdy…). Wyglądało prawie zupełnie jak prawdziwe, z tą tylko różnicą, że było jedzenie, mnóstwo jedzenia, a jeden z wykonawców przez cały wieczór szeptał mi do ucha. Że był zarośnięty, to mnie dodatkowo łaskotał. Nie najgorzej. Ale najciekawsze było to, że w przerwie podeszła do mnie jakaś kobita z widowni i powiedziała, że mogę wstąpić do ich fanklubu. Trzeba tylko opłacić składkę w wysokości czterystu złotych.
Autorka na to odparła dumnie, że dziękuje, ale ona ma swój własny, jednoosobowy fanklub tej imprezki.
(Co poniekąd jest prawdą przecież).

Jeśli uważacie, że powinnam zgłosić się na kozetkę, to jeszcze dodam, iż którejś nocy w ubiegłym tygodniu przeprowadzałam audyt w Hogwarcie. Taak.

Medium is a message

Staram się ignorować rzeczywistość, ale nie wychodzi mi to najlepiej. Właściwie to od piątkowego wieczoru mam permanentny wkurw, którego poziom od czasu do czasu lekko opada, by po chwili wzrosnąć po sufit.
Nie wierzę, że muszę się przyglądać bezczelnemu drwieniu z prawa, odgradzaniu się od obywateli, wojence z mediami, wystawianiu środkowego palca w kierunku znacznej części społeczeństwa. I temu, że robi się bałagan dla samego bałaganu. Z mściwości. Z głupiego „teraz, kurwa, my”, które jeszcze nigdy nie skończyło się dobrze (co mnie nieco pociesza).
Wiecie, paradoksalnie chyba najbardziej mnie zirytował arcyfachowy korespondent z Germanii, najwyraźniej mocno zszokowany wydarzeniami w Berlinie, bo innej przyczyny zachowań nie dopuszczam. Nie podejrzewałabym przecież, żeby jako tako znający się na robocie dziennikarz wszedł na antenę widocznie/słyszalnie niedysponowany. A serio – tak sobie myślę o moich znajomych dziennikarzach, którzy harują jak woły, nierzadko cięgiem po kilkanaście dni pod rząd, kosztem swojego prywatnego życia, i jakoś im niezależnie od wszelkich trudów brak profesjonalizmu się nie zdarza. Przecież to jest, kurza noga, obraza dla nich. Ten wannabe korespondent ich znieważył. I znieważył widzów. Zresztą ba, abstrahując od wielkich słów. Wyobraźcie sobie, że pojawiacie się w pracy z fajką i w stanie lekko niestabilnym. W najlepszym wypadku długa i przykra rozmowa was czeka. W gorszym wiadomo, pakowanie zabawek.
I gdy tak sobie myślę o dzieciakach, które idą na studia dziennikarskie – jak ja kiedyś – z głową spuchniętą od ideałów, z nadzieją bycia drugim Kapuścińskim, Egonem Erwinem Kischem, Orianą Fallaci, Marie Colvin, Andersonem Cooperem, a potem odpieprzają darmowe staże w redakcjach, podczas gdy na antenie brylują takie indywidua lub też panie wmawiające wam, że jak będziecie jeść dużo chia, to nie popadniecie w depresję, gorzko mi się robi, bardzo gorzko.

Uch. Nieważne.
W ramach emigracji wewnętrznej oglądam sobie Holistyczną Agencję Detektywistyczną Dirka Gently’ego – mój Boże, jakież to jest pokręcone, jakie cudownie absurdalne, jakie dobre. Właśnie to, czego potrzebowałam. Nie każdego para kaloszy zapewne, ale mnie, zagorzałej miłośniczce Douglasa Adamsa, to się oczywiście bardzo podoba. No i jest w tym jakże urocza, wiecznie młoda szelma pod tytułem Samuel Barnett – dużo bym dała za tę kurteczkę, co prawda umiarkowanie do twarzy mi w żółtym, ale ten odcień klasa – wraz ze swoim akcentem stosownie brytyjskim (nie ma takiej rzeczy, to skrót myślowy, ale wiecie, o co chodzi). Powiedzmy, że nie jest to najbardziej utalentowany detektyw, raczej taka pełna wdzięku dupa wołowa, ale jego podejście do śledztw i rzeczywistości w ogóle – wszystko jest ze sobą powiązane, jeśli czegoś akurat potrzebujesz, życie to i tak przed tobą postawi (ewentualnie sam to sobie weźmiesz, nieprawdaż), this is what I do, that’s how I work, I follow fate around – bardzo, bardzo mi odpowiada.
Żeby nadmiernie do seriali się nie przysysać, posiadłam stos Żulczyków do czytania wieczorem. I parę rzeczy z Czarnego. I, ma się rozumieć, pewne opasłe tomiszcze, bo za tydzień o tej porze będę się pakować na Wyspy. Rany julek, jak się stęskniłam. Plan na te trzy i pół dnia wygląda jak zwykle. Teatr, teatr, muzeum, teatr. Normalnie szał i życie na krawędzi.

Unattended luggage will be removed and destroyed

Dom.

Kraj, którego nazwy nie wymienię, pożegnał mnie we właściwym sobie stylu. Nie mogłam wydrukować karty pokładowej, bo drukarka w biurze zepsuta. Wzruszyłam ramionami. Jak się czeka przez cztery tygodnie na wymianę żarówek (nie wspomniawszy o moim niesławnym oczekiwaniu na schodach w dniu przyjazdu), to jakie wrażenie na człowieku może zrobić felerna drukarka?
Okej. Jadę na lotnisko. Waliza, bagaż podręczny, laptop, torebka. Docieram na Gare du Nord. Pociągi na lotnisko odjeżdżają z poziomu niżej. Idę do windy. Winda zepsuta. Mało tego. Na drzwiach windy wisi kartka, że naprawią do 18 grudnia. To się nazywa pośpiech. No dobra, windą nie pojadę, to pojadę ruchomymi schodami.

Ups. Nie pojadę.

Działają, ale tylko te jadące w górę.
No chyba żart.

Autorka, nie dbając o otoczenie, przeklęła w głos po polsku. Jak tu, kurza stopa, zejść z tym wszystkim po schodach na dół i nie wywalić się na pysk? Nie będę znosić oddzielnie, bo jeszcze mnie oskarżą o złe intencje, gdy zostawię jeden z nich na chwilę bez opieki (tak zresztą było na lotnisku tego dnia – część terminalu została zamknięta i obstawiona gęsto przez panów uzbrojonych po zęby, bo ktoś zauważył zapomnianą/zgubioną walizkę). Metoda „zjeżdżaj na tyłku” stosowana przeze mnie na stromych szlakach tu może być trochę niewygodna, choć z pewnością widowiskowa…
Z niemałym wysiłkiem, przy wtórze sapania, przeklinania, kosztem złamanego paznokcia zniosłam mój majdan na peron. Inni pasażerowie też wyglądali na uradowanych sytuacją i głęboko wdzięcznych dyrekcji Dworca Północnego w Paryżu za rewelacyjny poziom obsługi klienta. No dobra. Wsiadam do pociągu w kierunku Charles de Gaulle Terminal 1. Pociąg dość zatłoczony, więc ja i moje toboły stoimy. Wtem, jakoś w połowie drogi, czuję zapach znany mi z lat, gdy byłam młoda i piękna. Zapach nie do pomylenia. Spoglądam w lewo. Spoglądam w prawo. Oczywiście. Koleś obok na zupełnym luzie pali w wagonie skręta.

Dalsza część wieczoru zgodnie z planem. Samolot, olśniewający zachód słońca znad chmur, wzniesiony w samotności toast za koniec tej guerre folle i ten wyczekiwany moment, gdy cierpliwie buczące w mrozie za oknem silniki zaczynają buczeć nieco inaczej, sygnalizując wyraźnie, że oto wracamy na ziemię, ale już w innym kraju.
Nie wiedziałam jeszcze wtedy co prawda, do czego wracam i że spędzę właściwie cały weekend, śledząc bez ustanku wiadomości (dla równowagi psychicznej po drodze upiekłam pierniczki – co prawda talent do dekorowania mam, jaki mam, ale mnie tam się podobają). Nie będę tego komentować.
Jedyny komentarz, jaki chcę dziś wieczorem wygłosić, brzmi: miło wracać do domu. Nawet komuś takiemu jak ja, kto nie potrafi usiedzieć na tyłku i kto nauczył się sztucznie wytwarzać „dom” wokół siebie. Cieszę się z tego, że obecnie siedzę w moim lodowatym mieszkaniu (ale zaraz będzie cieplej), z moim wysłużonym domowym laptopem, z moimi ścianami pełnymi zdjęć, rysunków, podpisów, amuletów. Cieszę się, że za parę dni jadę do rodziców. Cieszę się, że spotkam się ze znajomymi. I nie zrozumcie mnie źle. To nie tak, że Francję będę wspominać jak jakiś koszmar, bo wprost przeciwnie – owszem, było bardzo ciężko, owszem, mentalność lokalsów sprawiała mi pewne trudności, ale przywiozłam też stamtąd wiele miłych wrażeń i miałam do czynienia z sympatycznymi ludźmi. Zobaczyłam wspaniałe rzeczy i zjadłam też takowe. Nie pokochaliśmy się, to fakt. Ale może jakoś się dogadamy na starość.

France

Nie wierzę, że jeszcze tylko parę godzin nerwów zostało.
Wczoraj mnie w biurze zamknęli, proszę ja was, bo wychodziłam po dwudziestej i jakieś było moje zdziwienie, gdy odbiłam się od drzwi. Dziś oczywiście zmora od poranka po mnie jeździła jak po łysej kobyle. Zatelefonowałam wreszcie do mojego menago, żeby się wyżalić, a ten mi na to:
– Wiem, też to z nią przerabiałem. Ale musiała naprawdę wytrącić cię z równowagi, że tak się zdenerwowałaś. Przecież ty jesteś taka opanowana.
Ja. Opanowana. Ależ szefie, co szef.
Owszem, staram się wyglądać na opanowaną, co całkiem często kosztuje mnie bardzo dużo. Ja nie z tych, co publicznie płaczą, rzucają przedmiotami, robią awantury. A pewnie byłoby zdrowiej, bo całkiem łatwo wpędzić mnie w stres, z którego potem z trudem się wypędzam. I odchorowuję. Nie należę, nad czym ubolewam, do ludzi, którzy mają wywalone.
Ale, ale. Już za chwilkę będzie dobrze. Prawie spakowana. Jakoś mi się walizka skurczyła i będę pewnie jutro na lotnisku nadrabiać miną. Dziwne, bo z wyjątkiem paru rarytasów prawie nic tu nie kupiłam – sukienka nabyta podczas weekendowej wizyty w Germanii ma rozmiary właściwie bliższe majtkom (to nie ja wybierałam), więc nie bardzo rozumiem, w czym problem. Te walizki zawsze jakieś mniejsze, gdy się wraca.
Jutro wieczorem dom. W sobotę będę spać do kiedy się da – na ogół wstaję dość wcześnie, niemniej umówmy się, wolno mi i dla regeneracji powinnam. Święta z praszczurami, nadrabianie towarzyskich zaległości. Później udaję się na urlop i wracam do Londynu (proszę zwrócić uwagę na słowo „wracam” – nigdy bym nie napisała, że wracam do Paryża). Pooglądam sobie atrakcyjnych mężczyzn z daleka. A potem będzie już styczeń i przyleci moja wyczekiwana przesyłka, i będę znowu uprawiała nieskrępowaną egzaltację przez kilka dni.
No i bardzo dobrze.
Zawsze powtarzam – najważniejsze to mieć na co czekać.

Qui pourrait fumer la pipe de mon tableau? Personne. Alors ce N’EST PAS UNE PIPE. 

Odliczam godziny.
Jeszcze tylko cztery noce i tyle mnie tu widziano. Najbliższe dni będą ciężkie, bo zmora zapewne będzie sobie na mnie używać, ale jak zwykle w takich sytuacjach staram się pamiętać, że jestem tylko o dwa uściski dłoni od Kevina Spaceya, który by kobitę usadził samym spojrzeniem (to nie pomaga jakoś bardzo, ale pomaga zobaczyć sprawy we właściwym kontekście). Że poza kobitą mam przyjemne i interesujące życie, osobliwych znajomych, bywam w ciekawych miejscach.
Na przykład w weekend byłam w muzeum. A nawet dwóch.

Bo w Pompidou Magritte (dziękuję za polecenie!), a w imponującej Mennicy Paryskiej Cattelan – ten sam, który onegdaj wielki skandal wywołał rzeźbą papieża przygniecionego przez meteoryt. Rzeźba zresztą na tej wystawie jest. Przy czym nie robi największego wrażenia. Sierść na plecach jeży raczej inna rzeźba, klęczącego tyłem do was, modlącego się chłopca w mundurku. Podchodzicie bliżej i coś wam w tym obrazku nie pasuje. Obchodzicie chłopczyka i odkrywacie, że on ma podejrzanie znaną twarz.
Z przodu bowiem to po prostu Hitler.
Ciekawe, bardzo ciekawe.

Z Mennicy krokiem niezbyt szybkim, z przerwą na kawę i przekąskę w ogródku, poszłam do Centrum Pompidou. Miejsce znane, wiadomo, bebechy na wierzchu. Magritte również znany. To i ludzi jak mrówków. Dobrze, że autorka w nieczęstym przypływie pomyślunku kupiła sobie bilecik z wyprzedzeniem, inaczej byłoby trochę stania.
Podobało mi się. Niesamowita perfekcja i czarująca ironia – ot, artysta malujący ptaka i spoglądający przy tym na jajko. Artysta malujący swoją modelkę. Nie, nie portret modelki, modelkę. Słynna fajka, która nie jest fajką. Cwane złudzenia optyczne, zabawianie się światłem. Oczywiście we właściwym sobie stylu zawiesiłam się na chwilę przed jednym z obrazów, przedstawiającym, niespodzianka, kobietę rzucającą cień ptaka.
Uch, chciałabym mieć.
Ktoś ma, bo to własność prywatna. Poza tym jest to pewnie warte parę nieruchomości, więc pozostanę przy tych bazgrołach, na które mnie stać. Ale kupiłam sobie katalog i oglądam go z zapałem trzeci wieczór. Widzicie. Kiedyś to człowiek w weekendy na imprezy chodził. Prowadził się źle. A teraz chodzi na wystawy, by następnie studiować katalogi. Żałosne.
(Na swoją obronę dodam, że dwa tygodnie temu, podczas wycieczki do germańskich oprawców, wyrobiłam normę spożycia Long Island Ice Tea na pewien czas, na długi czas).

Żeby się nie przekulturalizować, odwiedziłam ponownie jarmark świąteczny – tak niby przypadkiem, po drodze z miasta do kwaterki. Trzeba dbać o równowagę.
Spróbuję coś jeszcze sobie wcisnąć w trzy najbliższe wieczory. Łatwo nie będzie, ale może jakoś się uda.

Ah men

Jak łatwo zauważyć, dla moich ukochanych dżentelmenów potrafię zrobić wiele. Zdolna jestem do pewnych poświęceń. Mogę pofrunąć do Londynu na jedno popołudnie, nie ma sprawy. Przez pół nocy, walcząc z nieprzyjaznymi użytkownikowi francuskimi serwisami informatycznymi, kupować bilety na pociąg. Łapać taksówkę do Nowej Huty późnym wieczorem.
I tak też było tym razem.
Poleciałam do domu na weekend. Uściślając, na niespełna 36 godzin.
Dwa samoloty w jedną stronę (i znowu buła z tartą marchewką!), jeden tylko w drugą, za to środkowe miejsce, czyli przestrzeni co niemiara, nieprawdaż. Nawet zdrzemnąć się głupio, bo a nuż wasza strudzona głowa na współpasażerskie ramię opadnie i będzie wstyd – w dodatku oczywiście nigdy nie trafiam na towarzyszy takich, że nawet bym chciała, by mi ta główka na ich ramię opadła, poza jednym opisywanym tu niegdyś wyjątkiem, gdy kolega z siedzenia B bardzo był piękny, ale sam natychmiast zasnął i uwięził mnie w fotelu na długie godziny. Z drugiej strony to nie takie złe miejsce; kiedyś na przykład wracałam między ojcem a synem lecącymi z Anglii na weekend do Krakowa i ucięliśmy sobie pyszną pogawędkę o Tatrach i ołtarzu Wita Stwosza.
No więc poleciałam. Wydostałam się z tej cholernej Francji na chwilę.
Po co, państwo zapytają.

Otóż właśnie. Jak zwykle.
Dla faceta.

Wychodzę w piątkowy późny wieczór i widzę wśród licznych twarzy w hali przylotów jakąś taką znajomą, nieco zafrasowaną buzię w komplecie z ciałem przyodzianym w dżins od stóp do głów, bo co się będzie stroił.
– Cześć, ojciec!
Wróciłam, bo ten czarujący obywatel, z którym zawsze się sprzeczam, zgryźliwy tetryk level master, skończył niewiarygodne 60 lat w ten właśnie miniony weekend. Człowiek z nieprawdopodobną historią rodzinną – jego mama podczas wojny latała ponoć samolotem, a po niej została nauczycielką i założyła w szkole amatorski teatr; widzicie jakieś podobieństwa?… Nigdy jej nie poznałam, ale mam po niej drugie imię. Jego tata przesiedział swoje w obozie. Rzadko o tym opowiadał, ale zawsze z ujmującą godnością, ćmiąc przy tym nieodłącznego papierosa. Z godnością i nawet ironią, bo to był kawał twardziela, uroczy i życzliwy, ale twardziel. Cała rodzina taka. Najmłodszy synuś tej pary też utalentowany – świetnie rysuje na przykład – i też ma cięty język, który jedynaczka po nim odziedziczyła. Skończył szkołę żeglugi, by następnie pójść na polibudę i poznać moją mamę w laboratorium. Oszczędny w słowach. Woli gesty. Chętnie się dzieli i kiepski w oszczędzaniu, bo lubi wydawać na drobne przyjemności albo prezenty dla bliskich – przy czym zawsze bardzo się na mnie złości, gdy mu coś przywożę, bo przecież mogłam sobie coś kupić. No, mogłam. Ale.

Warto było zasuwać nazad do kraju na chwilę. Bo w niedzielę przy porannej kawie – oboje pijamy gorzką i gorącą – padre nagle powiedział mi:
– Wiesz co, tak sobie myślałem i jestem zadowolony.
– Z czego?
– Tak w ogóle. Ze wszystkiego.
Trudno się nie ucieszyć, słysząc coś takiego. Zwłaszcza że mój drogi padre nie jest osobą, która ochoczo okazuje emocje, zupełnie jak jego padre, ale wystarczy spojrzeć mu w oczy i wszystko się wie.

Nawet jakoś łatwo przyjął do wiadomości fakt, że w noworoczne popołudnie znowu będzie musiał tę swoją nadmiernie ruchliwą córkę z lotniska odbierać. On już się nawet nie dziwi.

Z innej beczki, jeszcze tylko osiem nocy w tym kraju, z którym zdecydowanie się nie zaprzyjaźniłam. W pierwszym, który mnie pokonał. Starałam się. 

Breathe… breathe, it won’t be long now

Jak można było się spodziewać, po intensywnym i rozluźniającym weekendzie zaliczyłam ostry zjazd nastroju.
Nie bez przyczyny.
Co prawda nad Francją wreszcie świeci słońce, a okoliczne bistra niezmiennie karmią należycie – ale…
Mam tu taki drobny problemik natury ludzkiej, mianowicie postać z gatunku ” nie jestem miła i dobrze mi z tym”. Żaliłam się w miniony piątek Luxemburgerowi nad vin chaud/ Glühwein/nie wiem, jak to się nazywa po ichniemu, że kobieta sprawia wrażenie, jakby miała ciągły PMS.
– Ach nie, to żaden PMS – odparł. – To po prostu sukowatość.
Nie ma to jak nazywać rzeczy po imieniu. Jak nie lubić tego typa?
No, ale tymczasem muszę znosić teatralne powzdychiwania, pytania z kosmosu, których nie rozumiem, bo nie powinny być kierowane do mnie, dziwne komentarze właściwe dla ludzi biernie agresywnych (nienawidzę tego – masz człowieku problem, to powiedz o tym otwarcie, zamiast pluć toksyną pod płaszczykiem życzliwości). Zachowania skrajnie inne w obecności osób trzecich. I och, lekką ksenofobię. Doszło do tego, że przez większość dnia boli mnie brzuch. Mnie bardzo łatwo zestresować, a zestresowana jestem do niczego – trybiki mi zwalniają, nie potrafię się skupić, zapominam o sprawach oczywistych. Nie pojmuję, jak można czerpać przyjemność z wytrącania innych z równowagi. Co takiego rozkosznego w drażnieniu ludzi, w dopierdalaniu dla sportu. Tak, wiem, pytam w internecie, przez 15 lat blogowej obecności niejednego komentatora oznaczyłam jako spam. Nie powinnam dziwić się zjawisku. A jednak. Zwłaszcza, że w realnym świecie nie sposób paskudy wygasić, trzeba z nią jakoś koegzystować. Wierzę, że wszystkim lepiej się funkcjonuje w przyjemnej atmosferze – nie musimy sobie spijać z dzióbków, ale wiecie, o co chodzi. Zawsze twierdziłam, że na byciu miłym można dalej zajechać.
Uchhh. Zacisnąć zęby, wytrzymać. W sytuacjach trudnych chować się w nowym happy place minionego weekendu, z jego nowymi ekscytującymi doświadczeniami (kto by pomyślał…), sukienką z 50 haftkami, zasypianiem w kleszczach. Damy radę. Może ostatniego dnia uda mi się wymyślić stosowną ripostę w odpowiedzi na całą tę żółć.
W ramach samopocieszania się wlazłam na stronę Globe, by zobaczyć, czy mój grafik urlopowy na przyszły rok – to jest rozkład czytanek – został już opublikowany. I otóż pierwsze przyszłoroczne już jest. W lutym. Akurat w ten weekend, który planowałam spędzić za kanałem. Czemu reklamują je zdjęciem promiennej twarzyczki znanej mi skądinąd osoby, od którego to zdjęcia oślepłam na chwilę, tego nie wiem – ale sztuka jest o Sforzach i opis wygląda jak zwykle grafomańsko i obiecująco, więc trzeba będzie pojechać. To moje drugie, niesłychanie ważne happy place. Trzeba mieć na co czekać, trzeba mieć co sobie przypominać, a badziewie tu i teraz jakoś się przetrwa.

Chreschtmaart

Płaci człowiek za to cholerne TGV kwoty szokujące, a oni nawet wifi nie mają na pokładzie.
Luxemburger z uporem twierdził, że coś niedobrze szukam, albo mam taryfę dla cudzoziemców, bo on widzi bilety po 75 euro. Przyjrzałam się screenshotom, które mi wysyłał, po czym poinformowałam go z pewną satysfakcją, że to, przy czym tak się upiera, to cena biletu w jedną stronę. No, ale dobrze. Zabrałam się za organizację wycieczki. I jakże mnie szlag trafił.
Francuzi, widzicie, nie upierają się przy tym, by ich strony internetowe miały wersje obcojęzyczne, lub by te wersje działały. Ja co prawda znam francuski w stopniu takim raczej „uśmiechaj się i potakuj”, ale z drugiej strony kupno biletu to żaden szczególny znój, więc wzięłam, wybrałam daty, godziny, wstukałam swoje dane i numer karty, zagapiłam się ufnie na obracające się kółeczko, po czym dup, kółeczko się namyśliło. Transakcja odrzucona. No bywa. Autorka westchnęła, ponowiła cały proces, po czym zobaczyła ten sam komunikat, tylko dłuższy, bo dodatkowo z informacją, że kolejną próbę dokonania transakcji tą samą kartą umożliwią mi za 24 godziny. W tej samej chwili mój troskliwy bank wysłał mi SMS, że ze względu na próbę dokonania podejrzanej transakcji karta została zablokowana.
I tak oto moje tymczasowe paryskie ściany wysłuchały żarliwej litanii przekleństw w języku polskim, doświadczyły całego bogactwa polszczyzny w tej sferze, kolejom francuskim serdecznie życzyłam, by je strzeliło blade wiadomo co. Kartę szczęśliwie dało się prosto odblokować, ale jak kupić bilet na kolejny dzień, jeśli nie można jej użyć?
Jak to dobrze, że mamy XXI wiek i różne zmyślne aplikacje na telefon, pozwalające kupować bilety kolejowe w całej Europie.
Ale i tak musiałam je sobie w maszynie na dworcu wydrukować. I nie, nie wszystkie maszyny drukują. Tylko żółte.
Mówię wam, ten kraj mnie wykończy.
Ale, ale. Jak to się stało, że w piątek wieczorem, zamiast czerpać przyjemność z paryskiego życia nocnego, wsiadłam w pociąg i udałam się do miejsca, w którym podobno jakieś życie nocne kiedyś ktoś widział. Bo mnie Luxemburger namawiał, żebym przyjechała do niego na wieś i prawdę pisząc, był to pomysł znakomity. Wieczorem wsiadłam w pociąg na Gare de l’Est, a dwie i pół godziny później wysiadłam na dworcu w Luksemburgu. Idź w lewo, czekam na parkingu, czytam w wiadomości.
Idę. Luxemburgera samochód jest czarny, więc rozpoznanie go po zmroku to i tak niełatwe zadanie, ale gorzej, że żadnego samochodu tam nie ma. Łapię zatem za telefon.
– A tak, pomieszałem kierunki, w prawo!
Idę. No istotnie. Stoi tam jakieś przykurzone i ubłocone czarne autko.
– Jesteś głodna? Chcesz do miasta?
– Trochę. Ale wybacz, miałam długi dzień i wolałabym tylko szybko coś przekąsić…
– Możemy podjechać na jarmark świąteczny. Zjemy coś, napijemy się grzanego wina i pojedziemy do domu.
Wypijamy zatem Glühwein z gustownych ceramicznych bucików, wracamy do samochodu i ruszamy z miasta Luksemburg do kraju Luksemburg – najpierw przez suto oświetlone ulice, potem kręte dróżki wspinające się i opadające wśród lasów. Wreszcie zatrzymujemy się przed domem w środku niczego. Wysiadam. Pachnie owcami, końmi i mokrą trawą. Ciemność choć oko wykol.
Co do tych owiec, to kolega ma problem z jedną, która z upodobaniem przełazi przez dziurę w płocie do jego ogrodu (jeśli można tak nazwać okazałą połać trawy) i kolega regularnie odnosi ją pod pachą do sąsiadów. Chciałabym to zobaczyć.
Szczerze mówiąc, najpierw wolałam, żeby to kolega mnie odwiedził. Z której strony by patrzeć, Paryż oferuje jednak więcej atrakcji niż jego ojczyzna. Ale gdy w pociągu z głośników obok zapowiedzi po francusku popłynęły takie w charkotliwym i twardym języku, co wyraźnie znaczyło, że przekroczyłam granicę Wielkiego Księstwa, ucieszyłam się. W zestawieniu ze stolicą Francji Luksemburg jest relaksująco spokojny, cichy, sterylnie niemal czysty i jasny. Mówię o mieście. Prowincja to już w ogóle kosmos. Gdybym chciała, żeby nikt mnie nie znalazł, tam bym się zaszyła.

Tak czy inaczej, rzucam tobołek w twierdzy Luxemburgera. Równie sterylnej, co całe państwo. Większość mebli samodzielnie wyheblowana. Zanim zezwolono mi na wizytę w łazience, musiałam zobaczyć pracownię, z oświetleniem tak mocnym, że chyba zżera większość prądu we wsi, oraz wszystkie lampy, stoły i komody, z których ziomal kokieteryjnie nie jest do końca zadowolony, ale zachwyty przyjmował z wyraźną uciechą.
Jest jednak coś, co napełnia go dumą bezbrzeżną.
– Coś ci pokażę – ciągnie mnie przed jakieś pudełko migające światełkami. – Ponad rok nad tym pracowałem, jeszcze nie jest gotowe.
– Co to?
– To jest, moja kochana, mózg mojego domu.
Cwaniak zaprojektował sobie i zbudował coś, dzięki czemu przez telefon zarządza oświetleniem, ogrzewaniem, praniem i muzyką w swojej kwaterze głównej (zaśmiałam się głupio, gdy mi powiedział, że jeśli mam Spotify, to mogę sobie puszczać muzykę w kąpieli, bo za lustrem są głośniki…). Tak, takie systemy można kupić – ale on to sobie sam obmyślił i skonstruował. Tacy jak wy i ja używają budzika rano. Kolegę budzi jego dom, z wolna podnosząc żaluzje i włączając muzykę. W weekend jednakże procedura budzenia lokatorów zostaje zawieszona. Dowiedziałam się o tym, ocknąwszy się w sobotę w ciemnej i cichej sypialni, jakoś podejrzanie wyspana.
– Która godzina? – mamroczę.
– Dwunasta.
– Która?!
– Jeśli masz ochotę, możesz spać dalej.
Nie chciałam. Druh usadził mnie zatem na kanapie, włączył mi – telefonem, oczywiście – film, a sam poszedł do kuchni gotować lunch.

Po zmierzchu wybraliśmy się na wycieczkę do kraju ościennego, to jest do Niemiec. Państwo pozwolą, że cel wycieczki pominę. Nadal nie wierzę, że dałam się na to namówić. Jedno powiem – z moim drogim kolegą nie sposób się nudzić. W odróżnieniu od wielu znanych mi ludzi Luxemburger nie musi silić się na ekscentryczność. On po prostu taki jest. Gdy mu się zaufa – a godny zaufania raczej jest, bo mimo, a może właściwie dzięki swojej swobodzie obyczajowej jest człowiekiem bardzo odpowiedzialnym i szczerym, mającym wielkie poszanowanie dla cudzych granic – otwierają się przed wami niesamowite przygody. Poza tym może i sprawia wrażenie szorstkiego w obejściu łobuza z niemiłosiernie ciętym jęzorem, ale pod sarkazmem i surowością (co chcecie, belfer w końcu) kryje się osobnik bardzo życzliwy i troskliwy, dla którego wasz komfort – pod każdym względem, od pełnego żołądka po poczucie bezpieczeństwa – stoi ponad jego własnym.
Długo docieraliśmy do kresu naszej eskapady, bo dwukrotnie się zgubiliśmy – może i Luxemburger zna te swoje leśne zakręty jak własną kieszeń, ale autostrady to inna sprawa. Tym samym piękne miasto Saarbrücken objechaliśmy dookoła, przy wtórze niepokojących komunikatów nawigacji pokrzykującej po niemiecku i lubiącej powtarzać „Achtung!” tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Jak również zgubiliśmy samochód na parkingu w centrum handlowym, do którego wpadliśmy na chwilę celem uzupełnienia mojej garderoby przed wieczorną, nazwijmy to, imprezą. Cóż. Zdarza się najlepszym. Luksbryka znalazła się na trzecim ze sprawdzanych poziomów i nie po tej stronie, co myśleliśmy.

Wracamy. Środek nocy. Wypompowana autorka najchętniej przycięłaby komara, ale nie chce zostawiać kierowcy samego. Wtem Luxemburger cofa i zawraca.
– Co jest? – pytam, gwałtownie wyrwana z letargu.
– Coś mi zaświeciło w rowie. To mógł być lis, ale często samochody wyskakują z tego zakrętu, gdy pada.

To były tylko lisie ślepia, na szczęście.

Całkiem smutno mi było odjeżdżać wczoraj – ale umówiliśmy się, że w przyszłym roku widzimy się tu lub tam, lub gdzieś pośrodku, bo niby czemu nie.
Gdy sobie przypomnę, jak nienawidziłam Luksemburga przez mój pierwszy tydzień tam, nie mogę się nadziwić. Gdy pomyślę, że pół roku temu nie miałam pojęcia o istnieniu gościa, z którym w piątkowy wieczór piłam grzaniec tamże, siedząc na murku, majtając nogami i docinając sobie nawzajem, i który całkowicie niespodziewanie okazał się jednym z Tych Ludzi – swoich, z kategorii osobistych VIP-ów – ech. Jak to nigdy nie wiadomo.

La vache

I tak oto przetrwałam drugi tydzień w ojczyźnie confit de canard. Jakoś się dogadujemy. Przyzwyczajam się. Niektórzy mówią, że dom jest tam, gdzie serce – dla mnie raczej tam, gdzie wieszam płaszcz. Co prawda nadal nie ogarniam zasad funkcjonowania mojej pralki, ale bądźmy szczerzy, to raczej kwestia mojego intelektu, który trochę się gubi w starciu z maszynami, niż francuskiego pochodzenia tejże pralki.
Fakt, ruch uliczny nadal nieco mnie stresuje (jak w Londinium, tu też przechodzi się na czerwonym świetle – z tą tylko różnicą, że tu także wtedy, gdy zaraz wjedzie w was samochód, za to na zielonym trzeba uważać na skutery, w tym zwłaszcza jeżdżące pod prąd, przednia zabawa, uchhh, ten kop adrenaliny, kiedy człowiek zbliża się do krawężnika!). Tutejsza osobliwa mentalność również. Ale… gdy zyska się zaufanie tutejszych, okazuje się, że pod lodową skorupą siedzą bardzo przyjaźni ludzie. No i „bonjour, madame!” zawsze miło usłyszeć, wchodząc rano do biura.
Poza tym zdarzył się trzeci czwartek listopada, czyli młode wino przybyło do sklepów i knajp. W moim lokalnym spożywczym całą alejkę z tej okazji postawiono. Oraz wózeczek z ostrygami. Dziś natomiast obżarłam się do nieprzytomności na Montmartre. Dzięki temu spokojniej przeżyłam małą osobistą tragedię.
Otóż z końcem tygodnia dostałam mail od mojego osobistego Jamesa Bonda.
Że dziękuje za wszystko i do zobaczenia.
Właśnie dobiegł końca jego ostatni dzień w fabryce.
– O nie – westchnęło się autorce.
Ja naprawdę tego gościa strasznie polubiłam. Z wszystkimi jego zadami i waletami. Owszem, były chwile, gdy go szczerze nienawidziłam – nigdy w życiu moje żyły nie były aż tak wyprute. Ale to on zszedł po ciastka, gdy usłyszał dyskretne pociąganie nosem w pobliżu mojego biurka, on mnie bronił przed ludźmi chcącymi dołożyć mi pracy, z nim jadałam śniadania w tej samej kawiarni co rano. Niesamowite, jak można z kimś się zżyć przez raptem trzy tygodnie.

Fajny facet.
Życzę mu jak najlepiej. W poniedziałek wysmaruję mu długi, egzaltowany mail, obawiam się. Czasami człowiek musi po uszy w egzaltację wpaść. No i trudno.

Za morzem tymczasem afera wybuchła po tym, jak przyszły wiceprezydent pojawił się na Broadwayu (na Hamiltonie, co dość istotne) i powiedzmy, że nie został ciepło powitany przez publiczność, ale mniejsza o to. Po wszystkim wygłoszono ze sceny dość uprzejme moim zdaniem słowa w jego kierunku – i się zaczęło. Mój ulubiony prezydent-elekt domaga się przeprosin (we właściwym dla siebie stylu), twierdząc, że teatr nie jest miejscem na takie rzeczy (dlaczego nie? nie istnieje w próżni…), bo ma być miejscem bezpiecznym (dla kogo?), jego zwolennicy organizują bojkot (o tyle bez sensu, że zdobycie biletu na to jest jak złapanie gwiazdki z nieba – w Londynie wystawiają to za rok i już jest lista kolejkowa). Niefajnie.
Przeczytałam tekst tego przemówienia kilka razy i nadal nie dostrzegam ani jednego obraźliwego zdania. A człowiek pełniący funkcję publiczną powinien zdawać sobie sprawę, że ktoś może zechcieć wejść z nim w polemikę, prawda?
Wśród przeciwników reakcji obsady na wizytę dominuje głos, iż aktorzy w ogóle nie powinni wypowiadać się na jakiekolwiek okołopolityczne tematy. Mają mówić to, czego nauczyli się na pamięć, a potem twarz w kubeł. Nie zgadzam się. Może i artysta to człowiek do wynajęcia – jak powiedziała aktorka w Unreachable, mogę być kim zechcesz, jeśli tylko mi za to zapłacisz – ale to nie znaczy, że jest jednocześnie człowiekiem bez właściwości. To nie tak, że pod spodem nie ma prawa mieć poglądów i nie ma prawa ich demonstrować. Są oczywiście tacy, którym to zaszkodziło, ale niezależnie od wszystkiego, będąc koniec końców zwykłymi ludźmi czytającymi wiadomości, wychowującymi dzieci, korzystającymi z służby zdrowia, płacącymi podatki, zmagającymi się z bezrobociem, dyskryminacją, nierównościami – mogą głosić swoje opinie na tematy, które ich też bezpośrednio dotykają. Dlaczego mieliby nie?… A że ich głos jest siłą rzeczy mocniejszy – no cóż.
Zabawne to swoją drogą, że ludzi niezdrowo fascynuje życie prywatne aktorów – z kim byli widziani, w której knajpie się upili, kogo objęli nie po przyjacielsku, gdzie błysnęli tyłkiem – ale jednocześnie ich publiczne komentowanie bieżących wydarzeń czy zaangażowanie polityczne uważane jest za coś bardzo niestosownego. Bez sensu.

No dobrze, tom sobie ulżyła, to i teraz mała porcja obrazków z niebywale słonecznego w ten weekend Paryża.

Ça marche!

Wiecie, co trzeba zrobić z mapą, gdy już dotrzecie do hotelu w nowym miejscu?
Powiem wam.

Trzeba ją wyrzucić.

Wyruszyłam w sobotę na miasto, mając przy sobie kartę kredytową, telefon, kieszenie i to jakby wszystko. Wiedziałam, jak dotrzeć na Plac Zgody (prosto i w prawo), a dalej to już gdzie oczy poniosą. Jakoś tak obeszło mi się katedrę Notre Dame, pusty Ogród Luksemburski, kościół St Sulpice, gdzie Delacroix. I nazad ulicą Bonapartego, później mostem – Pont des Arts, kto czytał Cortazara, ma zapewne skojarzenia, to tam Oliveira po raz pierwszy zobaczył Magę – na Pola Elizejskie, gdzie już jarmark świąteczny hula w najlepsze i sprzedają grzane wino (nalewane chochlą z żeliwnych kotłów pełnych pływających owoców – całkiem dobre, acz uczulam, występuje w dwóch pojemnościach, 300 i 500 ml, na zdrowie), ostrygi, raclette i inne takie, a to wszystko przy radosnym wtórze chrypiącego w licznych głośnikach Sleigh Ride. Dwunasty listopada, nieprawdaż. Deszcz zacina. Ale w sumie czemu by nie.

W katedrze troszeczkę sobie posiedziałam. Uwielbiam gotyckie katedry, co nie jest żadną nowością. Naprawdę uwielbiam. Nie jestem wierząca, czego nie ukrywam, ale gdy do katedr wchodzę, nagle się uspokajam. Oczywiście zwiedzam namiętnie, ale lubię przysiąść na krzesełku i tak sobie przez chwilę posiedzieć (czasami ta chwila to godzina, ale nigdy stracona). W takich miejscach jest coś niesamowitego. Mniejsza już nawet o architekturę. One mają wybitnie kojący wpływ. Jakby te mury mówiły „już wszystko dobrze, tu w nas możesz się schować”. Te mury niosą ludziom spokój od kilkuset lat, więc znają się na rzeczy.
Bardzo, bardzo udany dzień.
Dotarłam do domu nieco zmoknięta, trochę zdrożona, ale zadowolona.

Początki w nowym miejscu są zawsze trudne. Nie ma co ściemniać. Człowiek czuje się samotnie. Bywa dziwnie zmęczony. Nawet na kolację wieczorem nie chce mu się wyjść. Nie zna miejsc ani ludzi. Nawet dla samotników jak ja to niewdzięczne. Ale z każdym kolejnym dniem jest łatwiej. Trzeba po prostu, małymi kroczkami, próbować się zadomowić. Znajdować sobie codzienne, drobne punkty zaczepienia – punkt wydający kawę na przykład. I włóczyć się, dużo się włóczyć. 
Co nie zmienia faktu, że gdyby rok temu (akurat rok temu 14 listopada byłam w Londynie, całym podświetlonym na czerwono-biało-niebiesko, serce pękało – to była przykra wizyta, choć miała jeden znaczący plus, Bertiego) ktoś mi powiedział, gdzie będę tej jesieni – rzuciłabym mu Spojrzenie. Ale tak to już jest. Gdy jest się mną, tak to już jest do kwadratu.

8ème arrondissement

Pięknie w tym Paryżu, że mówię wam.

Trudno się dziwić, że ci impresjoniści tak tu szaleli, skoro całe miasto o tej porze roku to jedna wielka kolorowa, rozmazana plama.
I tak codziennie. Zimno i pada i zimno i pada, że zacytuję znanego wieszcza. Nieważne jednak, bo niniejszym zaczęłam długi weekend, w towarzystwie appellation contrôlée oraz telewizora, w którym, ma się rozumieć, wszystkie kanały po francusku. No i świetnie, zawsze to okazja do nauki.
W pracy, po pierwszych niepokojach, całkiem dobrze. Oczywiście prawie wszyscy mówią li po tutejszemu, łącznie z informatykiem. Ale dajemy radę. Udało mi się nawet oswoić jednego bojowo nastawionego tubylca, przed którym ostrzegano mnie, że sztywny i nieskłonny do współpracy – i istotnie, na pierwszym spotkaniu chłodem wiało przez stół. Siedziało to takie z założonymi rękami, wyglądając niemożebnie francusko – przystojne, nadąsane, włos niby to nonszalancko przydługi, szaliczek, szanele na nosie. Na większość pytań reagował irytująco obcesowym „what do you mean?”.
Na drugie spotkanie poszłam sama. Pomyślałam, że choćby nie wiadomo jak konfrontacyjnie był nastawiony, będę udawać, że to do mnie nie dociera. Ale cóż się okazało. Jakby chłopa podmienili przez noc. Sympatyczny. Chcę dokumenty? Jasne, prześle. Znajdzie czas w przyszłym tygodniu? Ma się rozumieć. Żarcik nawet rzucił czy dwa.
Nie twierdzę, że przemianę spowodował mój środkowoeuropejski wdzięk i czarująca osobowość – raczej głęboka wiara, że do ludzi trzeba miło i bez zbędnego dystansu, za to z użyciem magicznych słów, to też będą dla nas mili (sądzę też, że to taka tutejsza mentalność – najpierw okazać nieufność, potem ewentualnie opuścić gardę). Tak czy inaczej, zawsze staram się przelamywać lody – nie bez przesady, bośmy w końcu w pracy, nie na tequili. Zawsze się sprawdza. No, może z wyjątkiem kilku urodzonych buców, ale na takich rady nie ma, nieprawdaż.
Co pozwala mi płynnie przejść do kolejnego tematu.
Obudziłam się wczoraj rano w tej samej rzeczywistości, co reszta świata – i jak wielu, niezadowolona. Nie mam jakichś dobrych przeczuć. Ale mniejsza już o wynik wyborów. Bardziej frapuje mnie reakcja pewnej części społeczeństwa, jej kipiące agresywną Schadenfreude komentarze: ha, lewactwo dostało z liścia, kawiorowe elity won, koniec z dyktaturą korporacji i banksterów, wreszcie ktoś, kto rozumie normalnych ludzi, a nie lew salonowy.
Nie jestem pewna, czy zdają sobie sprawę, że prezydent-elekt swego czasu sfotografował się z milionem zielonych banknotów w objęciach. Że jest gorącym przeciwnikiem regulacji nałożonych na banki po kryzysie finansowym. Że na salonach z królami Wall Street jak najbardziej brylował. Serio, no. Taki bliski pospólstwu, z ludu człowiek. Wogle nie kawiorowa elita.
Cóż. Mleko się rozlało, trudno, trzeba trzymać się tego, co nam niesie radość.
Ja na przykład rano wstanę, zaparzę sobie kawę, wrócę z nią do łóżka, a później pójdę na długi spacer przed siebie. Niech pada, trudno.