Libertyni i pasterze

Wystawa będzie w MOCAK-u o gender. Nikt jeszcze tej wystawy w Krakowie nie widział, w związku z czym jest już oprotestowywana. Logiczne przecież. Przeczytałam sobie żarliwy artykuł jej poświęcony, po czym zrobiło mi się bardzo smutno. Podlinkowałabym ten kuriozalny bełk… tę kuriozalną wypowiedź, gdyby nie to, że nie chcę sobie blogaska zaśmiecać. W skrócie – lewactwo, obsceniczność, obraza, promocja zboczeń, antyreligijność, libertyński światopogląd, to co zwykle.
Powiem wam w sekrecie, że gdy tylko widzę słowo „obsceniczny” w opisie filmu, spektaklu, wystawy, czegokolwiek – natychmiast mam przeraźliwą ochotę zobaczyć. Jeszcze się nie zdarzyło, żebym poczuła się zgorszona. Na dobrą sprawę ja w ogóle nie znam tego uczucia. Bywało, że coś mnie rozsmarowywało na ścianie, że czułam się wyrwana z mojej strefy komfortu, że po wszystkim uwierały mnie niewygodne myśli, ale zgorszona? Nie bardzo. Są rzeczy, które uważam za niedopuszczalne, ale dotyczą raczej ludzkich zachowań. Nic, co oglądam w muzeum, nie może mnie obrazić. Po pierwsze biorę to w cudzysłów, po drugie wiem, że nie jest wymierzone we mnie, po trzecie nikt mnie przecież do oglądania nie zmusił.
Nawiasem mówiąc, jedna z fotografii prezentowanych na tej wystawie, która przeokropnie oburzyła środowisko z prawej strony, od lat spokojnie sobie wisi w Pięknym Psie. Już nie wspomnę, że powstała 34 lata temu, więc trochę późno się towarzystwo obudziło.
Nigdy nie zrozumiem, czemu nasi pasterze narodu po prostu nie ucieszą się, że mogą zaoszczędzić kilkanaście złotych, nie idąc na taką wystawę, o nerwach wynikłych z obcowania z libertynami nie wspomniawszy.

Pisząc, przeczytałam w drugim oknie przeglądarki, że profesor Bartoszewski wylądował w szpitalu. Kolejne wiadomości przyszły zdecydowanie zbyt szybko. Bardzo niedobrze, bardzo niedobrze. Są ludzie, którzy powinni mieć absolutny zakaz schodzenia z tego świata, bo on bez nich będzie zdecydowanie uboższy.
W swojej nieskończonej głupocie przeczytałam również komentarze, a tam oczywiście – żydkomuchzdrajca. Że też takim nie wstyd. Nigdy nie pojmę, jak można jednocześnie chwalić się patriotyzmem i bronić wartości chrześcijańskich, i pluć taką nienawiścią. Przyznam, że zaczynam się tego bać. Kiedyś mnie radykalizm bawił, ale rozprzestrzenia się toto tak szybko…
Oby ci wszyscy kiedyś też mogli powiedzieć: „Żałuję, że nie udało mi się więcej rzeczy zrobić i tego, że mądrość przyszła zbyt późno, bo, niestety, trzeba na nią zapracować”.
No.
Tyle.

Chitty chitty bang bang

Współpracuję z pewną osóbką, która jest bardzo miła i towarzyska.
I to jest problem.
Nie to, że jej nie lubię czy coś, bo nie mam za co nie lubić, bardzo sympatyczna jest, natomiast jej towarzyskość i gadatliwość lubi ujawniać się w niezbyt właściwych momentach. Można poczuć się osaczonym. Bo gdy osóbka was dopadnie, nie wypuści was tak łatwo, o nie.
– Cześć, masz czas?
– Mam dosłownie dziesięć minut.
– To zadzwonię, okej? Nie zajmę ci więcej niż pięć.
Wierutne kłamstwo, myślę, i mam rację, albowiem po pięć minutach osóbka nie zaczęła nawet mówić, o co chodzi, gdyż rozprawia o tym, co ją dziś rano spotkało. Ja się bardzo cieszę, że ma wiele ciekawych przygód, ale nie jesteśmy na piwie i w tych okolicznościach interesują mnie one mniej więcej w takim samym stopniu, co teoria obróbki skrawaniem. Nie jestem fanką gadki-szmatki, nie za bardzo nawet potrafię taką uprawiać i nigdy nie rozumiałam, czemu niektórzy ludzie mają potrzebę informowania mnie o tym, co im powiedziała przedszkolanka, kiedy zamierzają remontować mieszkanie i na jaki kolor najbardziej lubią malować paznokcie.
– Słuchaj, bardzo cię przepraszam, ale muszę wyjść na spotkanie. Napisz mi proszę w mailu, jak mogę ci pomóc.
– Poczekaj, bo to ważna sprawa, już ci szybciutko wyjaśniam… chwila… gdzie ja to miałam… ojej, zgubiło się… sekundkę… chciałam cię tylko o jedną rzecz zapytać…
ARRGH.
– Sorry, naprawdę nie mogę dłużej rozmawiać. Oddzwonię – ewakuuję się szybko. W połowie spotkania zauważam wiadomość, „daj koniecznie znać, jak skończysz”. Dobra, myślę. Pewnie rzeczywiście ważna sprawa. Dwie godziny później żegnam się zdawkowo, wybiegam pędem i dzwonię, by usłyszeć w słuchawce:
– Dzięki! Ledwo dzisiaj żyję, wyobraź sobie, że zepsuł nam się w biurze ekspres do kawy i padam na twarz, tyle mam jeszcze do zrobienia, a od rana kawy nie piłam, podobno kogoś wezwali do naprawy, ale nie przyszedł, a ja wiesz, bez kawy nie mogę, a on nie przyszedł i nie mogę napić się kawy, normalnie piję cztery dziennie i same czarne, ale dzisiaj nie mogę, bo ekspres się zepsuł, a ty jaką najbardziej lubisz?
To zależy, gdzie i kiedy ją piję (nie jestem w tym osamotniona, prawda?), ale żeby nie uruchomić kolejnej lawiny, odpowiadam:
– Białą, bez cukru.
– A, białą! Ale ubijasz mleko czy nie?
DŻIZYS.
– Nie. Wspominałaś, że masz coś pilnego?
– Ach tak. Chciałam cię zapytać, CO MYŚLISZ…
Ja ją lubię, naprawdę ją lubię, ale czasami nie mogie.

Dzisiaj przypadają – podobno… – 451. urodziny Szekspira. To nie jest bardzo pewna data, ale lubię w nią wierzyć, bo gdyby istotnie dziś się urodził, to byłby zodiakalnym Bykiem, jak Oppenheimer, James Brown, Clooney, Pacino, Uma Thurman, da Vinci i przypadkiem ja. Sami zdolni ludzie (jeszcze tylko muszę odkryć osobiste zdolności). Nie chcę znów nudzić, zatem z tej okazji tylko osiemnastowieczny obrazek Hamleta i jego mamy. Przypuszczam, że w takim kostiumie – zwłaszcza krój majtasów mam na myśli – protagonista w ogóle nie musiał grać cierpienia; on cały cierpiał.

My lust is unimaginably violent

Ponieważ Słowacki znowu kusił biletami za 20 złotych, wylądowałam wczoraj na Kochanku. Och, jakie to jest dobre. Trwa niespełna godzinę, ale ta godzina jest wypełniona emocjami, które aż widza duszą i przesycona erotyzmem. Piekielnie to zmysłowe. I niesłychanie intensywne, bardzo mięsiście zagrane.
Niewiarygodne czasami, jak ludzie ze sobą grają, przyciągają się i odpychają, jak dziwaczną walkę toczą; jak potrafią nawzajem się krzywdzić dla osiągnięcia perwersyjnej przyjemności, jak świadomie komplikują sobie życie, żeby tylko uciec przed ciągnącą w dół rutyną.
To nie jest do końca o zdradzie, choć tak na początku się wydaje, ale nie będę psuć zabawy, gdyby ktoś chciał pójść. W dużej za to mierze dotyka tematu swoistej mieszczańskiej hipokryzji, jakiejś takiej podwójności – poukładanego życia na zewnątrz, ciepłych kolacji, firanek w oknach, a za tymi firankami kłamstw i zaburzeń.
Chyba w większości z nas ciągle szarpią się ze sobą dwie skrajne potrzeby – stabilizacji i przygody. Jedni z tym sobie radzą lepiej, inni gorzej. Kiedyś tu wspominałam o osobniku, który przez kilka lat co jakiś czas składał mi niedwuznaczne propozycje – wcale nie zawoalowane, bo to generalnie typ mało subtelny. Trzeba mu przyznać, że był wyjątkowo uparty, przy czym ku jego utrapieniu ja też byłam. Istnieją na świecie mężczyźni, od których taką propozycję przyjęłabym bez wahania (podejrzewam, że w pewnych przypadkach zdążyłabym się rozebrać, nim dokończyliby zdanie), ale ponieważ jest wysoce wątpliwe, by kiedykolwiek mi taką złożyli, nie rozmyślam o tym za dużo. Opisywany przypadek nie należy do tej grupy. Opisywany przypadek wiedzie od niedawna życie małżeńskie, ślub brał oczywiście kościelny. Jedno w drugim nie przeszkadza mu zupełnie. Sobotnie zakupy w supermarkecie, niedzielne grille u teściów, planowanie przenosin za miasto, a pomiędzy tym wszystkim dopytywanie się koleżanki, kiedy będzie mógł odwiedzić ją w domu i dotrzymać jej towarzystwa (kiedy wielbłąd przejdzie przez ucho igielne).
To i tak lepiej – bardziej szczerze w każdym razie – niż u mojego pierwszego eksa, który po kilku miesiącach ponownych schadzek przyznał się, że pomiędzy tym, jak się ze mną rozstał a tym, jak postanowił znów się do mnie odezwać w oczywistym celu, zmieścił ślub ze swoją byłą (z którą przed moim nastaniem był przez wiele lat i do której nagle zachciał wrócić – klisza, jakich mało). Na swoje usprawiedliwienie dodam, że byłam wtedy bardzo młoda, jak również bezdennie głupia i pod żadnym pozorem nie idźcie tą drogą. Zakończone historie nie powinny być otwierane na nowo.
W Kochanku jest o tyle inaczej niż w moich opisanych wyżej smutnych przypadkach, że bohaterowie wiedzą o tym, że partner kogoś ma na boku. To taki quasi-otwarty związek. Ale to też nie uwalnia od problemów – przeciwnie, dostarcza innych. Zdradzając kogoś na boku, oszukuję go. Zgadzając się na zdrady partnera i udając, że mnie nie ruszają w żaden sposób – oszukuję siebie. Mogę to wszystko pozostawić w sferze brudnych fantazji, którymi będę sobie ubarwiać monotonię, ale co, jeśli to też mnie nie uratuje, bo moja potrzeba ucieczki od uporządkowanej codzienności w końcu zwycięży nad potrzebą spokoju i bezpieczeństwa?

Ech, powiadam. 55 minut raptem, a zostawia was z tyloma gorzkimi myślami, z tyloma obudzonymi demonami… Czasami tęsknię do nastoletniej siebie – wierzyłam wtedy głęboko, że wystarczy kogoś kochać, żeby nie wpadł na żaden głupi pomysł, nie skrzywdził; wierzyłam, że związki to sama słodycz, dmuchawce i trzymanie się za ręce. Tamta ja nie podejrzewałaby, że podczas takiego spektaklu będzie się czuła, jakby oglądała adaptację rozdziału swojej autobiografii.
A można było pójść do kina na coś wesołego. Albo prosto do domu, na serial i kąpiel w pianie. Ale nie, przecież niżej podpisana uwielbia być przeciorana za włosy po podłodze.
Za to na Plantach hanami aż miło. Tylko rozłożyć kocyk pod kwitnącym drzewem i się cieszyć. Tak było rozkosznie, że wracałam do domu pieszo. Wiosenne wieczory w Krakowie są najpiękniejsze. Obok tych zimowych, ze świeżym, skrzypiącym śniegiem. I obok tych jesiennych, z wirującymi liśćmi i nadwiślańskimi mgłami. Powietrze nawet pachnie, co tu nie zdarza się zbyt często.
Jak na znudzoną i zmęczoną tym miastem, jestem w nim podejrzanie mocno zakochana, co w pewnym sensie zabawnie uzupełnia cały małżeński wątek tego wpisu.

Dragonslayer

Na początek dygresja. A propos telefonów, o których w poprzednim wpisie marudziłam – wyobraźcie sobie, że w ubiegły weekend nikt inny, jak sama Madonna została przyłapana na esemesowaniu podczas przedstawienia w Nowym Jorku (ciekawie to wygląda, swoją drogą). Odtwórca głównej roli – i przypadkiem również autor całości – zirytował się do tego stopnia, że choć zwykle zaprasza sławnych widzów za kulisy po spektaklu, Madonnie zabronił wstępu.
Dobre. Szacun.
Co ciekawe, zawiązała się – nieduża, bo nieduża – frakcja obronna, kontrująca, że może to i było niegrzeczne, ale kimże w ogóle jest ten facet w porównaniu z królową. Hm.
Koniec dygresji.

Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale w porównaniu z poprzednim ten tydzień zdaje się całkiem sympatyczny. Taki przynajmniej jest stan na wtorkowe przedpołudnie.
Otwiera człowiek w poniedziałkowy ranek komputer, spodziewając się najgorszego – i ucieszna wiadomość, że człowieka najulubieńszy zespół rusza w trasę po Europie. Człowiek wczytuje się w szczegóły, mając lichutką nadzieję, że może chociaż najulubieńszy zespół zagra w kraju ościennym, a tu proszę – w Krakowie!
Szczęście nie do opisania.
Może ceny biletów są nieco bolesne, ale w tym przypadku mogę przełknąć. Zgodnie z moją osobistą klasyfikacją zamiłowań Foo Fighters siedzą w szufladce z napisem: „Oddam się, sprzedam nerkę (nie twierdzę, że własną…), przeskoczę przez ogrodzenie pod napięciem, ale będę!”. Swoją drogą, ja i tak jestem umiarkowaną fanką – tak, wiem, „umiarkowana” to ostatnie słowo, jakie do mnie pasuje. Pan i władca darzy Dave’a i spółkę uczuciem jeszcze bardziej gorącym i on to dopiero szaleje w ekstazie. Och, ileż to nocy spędziło się razem przy tej muzyce. Z czerwonym winem. W pozycji horyzontalnej. Czy tam innych jakichś.
Przepraszam, rozmarzyłam się.

Tymczasem – pamiętacie, jak nasza bohaterka cierpiała i konała na zawał w ubiegłym tygodniu, gdy ją nieoczekiwanie zmuszono do publicznych występów? Dziś zadzwonił do niej nadszyszkownik z informacją przekazaną mu przez wszystkich świętych, przed którymi bohaterka tak okropnie się męczyła. Że zacytuję, bo czemu miałabym sobie odmawiać, ponoć moje nerwowe popisy były „bardzo ciekawie przedstawione i wartościowe”.
Mam chwilowy napad megalomanii. Widocznie ten Spacey jednak zdalnie i nieświadomie mi pomógł. Kolejny potwór zwalczony – no, przynajmniej tymczasowo ogłuszony. Ważny krok. Czuję się, jakbym wlazła na mój malutki, prywatny Everest.

Nie bój się, bo cię wykupiłem

Dziś jeszcze będzie trochę o moim koniku, a od jutra wracamy do pisania o jakże pożądanych przez wchodzących tu przez trafienia z Google zagadnieniach dotyczących wódki i penisów.

Teatr Słowackiego rzucił bileciki po 20 złotych na Ojca. Widziałam to bodaj trzy lata temu i bardzo chciałam wrócić, bo to rzecz niesamowita, więc nie mogłam nie skorzystać z okazji. Ech. Kiedyś piątkowe wieczory spędzało się, tańcząc na barze, teraz siedzi się w teatrze.
Ojciec jest osnuty na kanwie opowiadania Oskara Tauschinskiego (uff, dobrze napisałam), inspirowanego legendą o powstaniu krucyfiksu z gdańskiej Bazyliki Mariackiej. Według tej legendy rzeźbiarz przybił do krzyża człowieka, który mu pozował, żeby jego dzieło wyglądało prawdziwie. To dwóch zdań najpiękniejsze przedstawienie w Krakowie i jedno z najpiękniejszych, jakie widziałam w ogóle – a, jak być może zauważyliście, trochę widziałam. Ogląda się to jak ciąg olśniewających obrazów. I ten duszący zapach kadzidła, och. Okazuje się, że na niemal pustej, ogromnej scenie, wśród wszystkich rur, kabli i reflektorów można odtworzyć onieśmielającą i intymną zarazem atmosferę gotyckiego kościoła.

Najbardziej fascynujący są święci spoglądający na was z niebotycznie wysokich drabin, uciszający was stanowczym „ćśśś!”, gdy wchodzicie i wychodzicie w półmroku, śpiewający anielskimi głosami. Majestatyczny święty Sebastian nie dość, że wygląda, jakby go wyrzeźbił ten tam, jak mu było, od Piety i Dawida?… – to jeszcze ma potężny wokal. Jest taka króciutka, ujmująca scena, w której córka głównego bohatera wspina się po szczeblach, by ukradkiem pocałować tę rzeźbę w udo, w pierś, wreszcie w usta.
Ojciec jest też chyba przedstawieniem najbardziej poruszającym, choć powiedzmy sobie szczerze, nie każdemu spodoba się bycie poruszanym w taki sposób. Finałowe sceny wbijają w siedzenie. Odwracanie wzroku na wiele się nie zda, bo i tak usłyszycie rozdzierające wycie krzyżowanego bohatera. Moment, gdy krzyż z przybitym doń chłopakiem unosi się i zawisa wysoko nad sceną, trudno zapomnieć.
Bardzo chciałam usiąść obok Piątkowskiego (teraz wygląda nieco inaczej niż na tym zdjęciu, bo ma piękne niesforne loki), który pół spektaklu spędza przyczajony wśród widowni, siedząc sobie po prostu jak niepozorny widz – ale niestety wyprzedziły mnie jakieś dziewczęta. Trochę się zdziwiły, gdy ich sąsiad znienacka wstał i jął śpiewać wniebogłosy. Kiedyś bym się wstydziła, niemniej z obaw przed interakcją na linii aktorzy-publika zostałam jakiś czas temu szczęśliwie wyleczona.
Wychodząc, usłyszałam, jak pewien mąż strofował pewną żonę w foyer.
– Nie było biletów na coś normalnego?…

Nawiasem mówiąc, przez znaczną część wieczoru szlag mnie trafiał dzięki czwórce uroczych, wystrojonych jak śledzie na święto morza widzów, którzy najpierw omal nie złożyli oficjalnej skargi, że nie mogą wejść na widownię (w tym spektaklu miejsca dla publiczności są umieszczone na scenie i wchodzi się tyłem, kulisami, dopiero w momencie, gdy obsługa otworzy drzwi i was zaprowadzi), potem strofowali innych widzów, że zajmują za dużo miejsca na ławkach, a potem przez właściwie całe przedstawienie komentowali półgłosem wydarzenia na scenie, jeździli w tę i nazad zamkami błyskawicznymi w torebkach, jęczeli „no nie”, gdy na scenie pojawił się nagi mężczyzna (od zobaczenia czyjegoś gołego tyłka z bezpiecznej odległości jeszcze nikt nie umarł, serio), by w finale – no owszem, nieco krwawym – wzdychać, że zaraz wyjdą (czego nie mogli zrobić, bo musieliby przejść przez środek sceny).
Ale najważniejsze, że ubrani byli elegancko, nieprawdaż.
Wiem, że nie wszyscy muszą lubić teatr, który nie do końca po bożemu jest robiony; nie wszystkim musi podobać się czołowe zderzenie sacrum z profanum. Mimo wszystko można było wcześniej przeczytać, na co się kupuje bilet.

A skoro już narzekam, to pójdę o krok dalej – nie rozumiem, dlaczego dla tego i owego takim problemem jest wyłączenie telefonu na półtorej godziny. Mimo donośnego komunikatu i tak w pewnym momencie rozległ się radosny dzwoneczek. Biorę poprawkę na fakt, że posiadacz dzwoniącego telefonu jest kardiochirurgiem i akurat dzwonili, żeby go zawiadomić o dawcy do przeszczepu, ale mocno wątpię.
Tyle narzekania, dziękuję.

Poza tym nic się nie dzieje i wiecie co? Wspaniałe to jest. Od dawna nie zdarzył mi się dzień, w którym nic się nie działo. Mogę chodzić na bosaka po moim przepastnym apartamencie, wylegiwać się w wannie, jeść, oglądać filmy, czytać i jest mi nieprzyzwoicie dobrze. Moje ambicje nie zamierzają dziś sięgać ani odrobinę wyżej.

These our actors were all spirits

Jak wiecie, nie cierpię wystąpień publicznych. Jako siedemnastolatka mogłam brać udział w konkursach recytatorskich i absolutnie nic mi nie dolegało, ale te piękne czasy minęły, jak sądzę, bezpowrotnie. Nienawidzę, umieram z nerwów, marzę o tym, by ziemia pode mną się rozstąpiła.
No i dostałam w nagrodę wystąpienie publiczne, psia jego mać.
Przed wszystkimi świętymi mojego szanownego pracodawcy. W zastępstwie. Z dnia na dzień.
Serce stanęło.
Wlokłam się rankiem do pracy jak na szafot, strofując się w myślach: „Och, przestań panikować, stara. Tyle świata zjeździłaś sama jak palec. Na paralotni latałaś (i nawet trochę jakby spadłaś, nieprawdaż). Raptem dwa uściski dłoni dzielą cię od Kevina Spaceya. Czy Spacey bałby się starszych panów w garniturach?”.
Czy Spacey nie mógłby zrobić tego za mnie?…
Powiadam wam, liczyłam, że idąc na to wydarzenie, na ostatniej prostej potknę się i złamię nogę. Później modliłam się, by na moją część artystyczną zabrakło czasu. Niestety nic takiego się nie wydarzyło. Nadeszła godzina zero i autorka musiała otworzyć usta, by wydobyć z nich swój drżący głosik.
Jakoś poszło. Na zakończenie usłyszałam nawet, że było to dobre. Wracałam do biurka wyższa o czterdzieści centymetrów.
Za taki wyczyn musiałam jakoś się nagrodzić. Jeśli myślicie, że kupiłam sobie buty albo chociaż błyszczyk, jesteście w błędzie, w mylnym błędzie nawet. Bo przecież dzisiaj była projekcja Burzy w Multikinie.
Ze wszystkich dokonań Willa Burzę lubię chyba najbardziej – w innych dramatach może fabuła jest bogatsza, intrygi gęstsze, zwrotów akcji więcej. A to tylko taka baśń dla dorosłych dzieci, hybryda, ani tragedia, ani komedia. Ale jednak coś tkwi pod tą ulotną warstwą – opowieść o przenikaniu się bardzo różnych światów, o cieniuchnej granicy między tym, co prawdziwe, a tym, co wyobrażone; tym, co dostojne, a tym, co nędzne. No i w Burzy, pozbawionej wielkich monologów, w których aktor może zabłysnąć, padają słynne słowa o tym, że piekło jest puste i o tym, że jesteśmy z tej samej materii, co nasze sny.
Nawiasem mówiąc, ta sztuka prawdopodobnie inspirowana jest rzeczywistymi wydarzeniami, bo parę lat przed jej powstaniem – dokładniej dwa lata, w 1609 – angielski okręt Sea Venture wiozący osadników do Virginii podczas sztormu rozbił się na Bermudach. Wszyscy pasażerowie jakimś cudem przeżyli. Przesiedzieli na wyspie 10 miesięcy, zmajstrowali w tym czasie dwa małe stateczki pod imionami Patience i Deliverance, i popłynęli wreszcie do celu.

Jak niedawno przynudzałam, Shakespeare’s Globe nie ma jak oszałamiać widza efektami specjalnymi, latającą scenografią i tak dalej, więc musi bazować na aktorach. I na publiczności, która – czy jej się to podoba, czy nie – dostaje swoją rolę do zagrania. W pierwszych scenach Burzy rozbawiła mnie bardzo łajba pokonująca wezbrane fale, czyli model żaglowca niesiony przez morze groundlings, widzów, którzy stoją przy scenie. Biedni strasznie zmokli tym razem; kamerze udało się uchwycić uroczy moment, gdy wszyscy jak na komendę zakładali kaptury. Nie zmienia to faktu, że lepszych miejsc w tym teatrze nie ma – są wygodniejsze, ale nie lepsze. Groundlings są zawsze w centrum wydarzeń. Oczywiście niesie to za sobą pewne ryzyko, bo aktorzy mogą ich szturchnąć, nadepnąć, znieważyć lub opluć (albo pocałować…), niemniej bywa też inaczej. Czytałam parę tygodni temu wyznania groundlings na blogasku Globe; jedna z widzek napisała, że popłakała się podczas monologu Henryka V w wykonaniu Marka Rylance’a, a on wtedy nachylił się nad nią i otarł jej łzę z policzka. Zresztą aktor, który w Burzy grał Kalibana, tyleż paskudnego, co zabawnego, a nawet trochę rozczulającego, powiedział o specyficznej architekturze tego teatru w wywiadzie: The actors do not play at the audience but very much with them – i to podsumowuje fenomen tego miejsca.

Ale i tak całe przedstawienie kradnie Colin.
Najpiękniejszy Ariel, duch powietrza, jakiego można sobie wyobrazić. Do tego giętki jak jogin, wspinający się po ścianach, stąpający po poręczach – chłopak przeszedł trening parkour, żeby móc na luzie zwisać ze scenografii – wyglądający jak istota nie z tego świata. Colin jest z gatunku ludzi raczej ślicznych i genialnie wykorzystano jego fizyczność – elficką, delikatną urodę i smukłość. Ten Ariel to czysta słodycz i dziecięcy niemal wdzięk. Do you love me, master?, pyta smutno Prospera, przechylając zalotnie główkę. No?… Ale dla Prospera ta łagodna dusza zrobi wszystko – nawet uda rozwścieczoną harpię. I mimo tęsknot za wolnością z żalem go opuści, gdy wreszcie będzie mogła.

Wyszłam z kina, zapięłam kurtkę po grdykę, spojrzałam na zegarek i zmartwiłam się, że pewnie będę we własnej sypialni za godzinę, bo to po drugiej stronie miasta, gdy nagle usłyszałam wołający mnie znajomy głos.
– Rety, co ty tu robisz?
– To samo, co ty. Podwieźć cię do domu?…

PS Jakby tego było mało, dzisiejszego ranka niżej podpisana dowiedziała się, że jesienią w mieście, którego nie ma, będzie wystawiana Zimowa opowieść w reżyserii Kennetha Branagha, z pewną mało znaną aktorką w jednej z głównych ról.
Odczekałam swoje w kolejce i mam bilet.
Zdaje mi się, że potrzebuję dodatkowej pracy.

You are what you take

Mam wrażenie, że ktoś życzy mi źle. Rzucił na mnie urok jakiś albo co. Od miesiąca gwałtownie narasta w moim życiu liczba wydarzeń bardzo smutnych, stresujących, frustrujących lub pospolicie wkurwiających – jakby się wysypało, kurza stopa. Jakby ktoś uznał, że mam trochę zbyt fajnie. Wczorajszy dzień zawierał wszystko, cały szeroki wachlarz emocji i zachowań, których autorka nie lubi: ściśnięty żołądek, bezgłośnie wypowiadane przekleństwa, bezsilny śmiech, płacz na końcu nosa, przemożną chęć ciśnięcia kubkiem w ścianę albo wyjścia i trzaśnięcia za sobą drzwiami, tak filmowo, żeby szyba w nich pieprznęła w drobny mak.

Po pierwsze. Jest taki gatunek w przyrodzie, który doprowadza mnie do szewskiej pasji. Są to mianowicie Besserwisserzy. Ludzie, którzy wiedzą lepiej i już. Nawet jeśli nie wiedzą, to i tak wiedzą. Uważają się za jedynych fachowców w określonej dziedzinie. Muszą mieć ostatnie zdanie i nie zniosą myśli, że ktoś może wiedzieć więcej, nie mówiąc już o tym, że ktoś – w przeciwieństwie do nich – może mieć rację. Są gotowi wykłócać się z fachowcami, co mają w temacie habilitację i zjedli na nim zęby. Obserwując to, w pewnym momencie przyłapałam się na podziwie dla rozmiarów czyjejś bezczelności, bo ja takiego poziomu nigdy nie osiągnę.
Po drugie.
– Moim zdaniem trzeba by przerobić ten dokument, zanim go wyślemy. Ten tekst jest jakiś nieskładny. Kto to w ogóle napisał?
Wiem, kto. Nie ja. Jakby ci to powiedzieć – ty.
– Moim zdaniem powinniśmy jeszcze zmienić nagłówek na taki, o…
– Hm, możemy zmienić, ale to słowo po angielsku znaczy coś innego, niż po polsku.
– Myślisz? A mnie się wydaje, że tak będzie lepiej.
Nie myślę, wiem, ale proszę cię bardzo, zmieńmy.
Po trzecie.
– Ten diagram mi się nie podoba, możesz coś zrobić z kolorami?
– Nie znam się za bardzo na grafice, a nawet gdyby, to nie mam wersji edytowal…
– Dasz radę przed końcem dnia?
Koniec dnia w naszej strefie czasowej przypada za godzinę, ale jasne. Nie takie rzeczy.
Po czwarte.
Człowiek, który miał coś ważnego dla mnie przygotować, czaruje mnie przez tydzień pytaniami o samopoczucie, po czym dwa dni po terminie (to nie jest problem) wysyła mi swe dzieło, informując przy tej okazji, że idzie na urlop i przez tydzień będzie niedostępny. Otwieram dzieło. Dzieło jest zrobione do połowy (to JEST problem).
Konwalie. Zatrucie konwaliami podobno bardzo trudno wykryć.
Po piąte.
W Małopolsce największym poparciem wśród kandydatów na prezydenta cieszy się Korwin-Mikke. Naprawdę czas emigrować.
Ale to wszystko drobiazgi. Martwię się o kogoś bardzo. Tak bardzo, że wszystkie nerwy dzisiejszego dnia mogłabym znosić w nieskończoność, żeby tylko z nim wszystko było dobrze. Poza tym ledwo się otrząsnęłam z wydarzeń, które miały miejsce trzy tygodnie temu i nie bardzo wiem, jak zniosę kolejny strzał.

Przyszłam do domu, zdjęłam płaszcz, zmyłam tusz, odmówiłam wszelkich gospodarskich czynności i zwinęłam się w precelek w fotelu, włączywszy The Leisure Society. Oni są przecudowni, brzmią magicznie, polecam wam bardzo. Są jak ciepła kołderka, jak głaskanie, gdy was cały człowiek boli. Zawsze, gdy słucham The Leisure Society, czuję się, jakby mnie ktoś za rękę trzymał. Ich ostatnia płyta nazywa się The Fine Art Of Hanging On i wierzcie mi, że chcecie jej posłuchać wiele razy.
Myśl o wyjściu z domu dzisiejszego ranka napawa mnie na razie przerażeniem.

Lovers and madmen have such seething brains, such shaping fantasies

W środku nocy obudziło mnie bzyknięcie przychodzącej wiadomości. Rozespana zabrałam się za odpisywanie, ale gdy rano przeczytałam, cóżem w półśnie spłodziła i wysłała, trochę mnie zmroziło. W mojej – jak mi się wydawało, błyskotliwej i figlarnej – odpowiedzi sensu tyle, co w losowo wybranych słowach, ba, co w wypowiedziach niektórych wannabe mężów stanu w niedzielnych programach śniadaniowych. Pominę już fakt, że moja złota myśl była zagadkowo urwana w połowie. Trudno. Liczę, że rozmówca przynajmniej miał uciechę. Zresztą zna mnie trochę i dobrze wie, że skoro potrafię mówić przez sen, to zapewne potrafię i pisać.
A, właśnie.
Jak być może wiecie lub nie wiecie, internet oferuje serwis, w którym można sobie za drobną opłatą zorganizować wymyślonego partnera. Możecie nadać mu imię i cechy, zarysować jakąś tam historię znajomości i on będzie wam przez miesiąc wysyłał słodkie SMS-y, dając wam poczucie, że kogoś macie. Można z nim normalnie – no, w pewnym sensie – konwersować. Nie żebym próbowała, bo w kwestii wymyślonych partnerów jestem raczej staroświecka i trzymam się gwiazd filmowych*, ale czytałam bardzo ciekawy artykuł autorstwa człowieka, który postanowił tę usługę dla dobra ludzkości przetestować.
Najciekawszy w jego relacji jest fragment, w którym tester zdał sobie sprawę, w czym tkwi tajemnica bystrych i podejrzanie dobrze osadzonych w kontekście odpowiedzi jego niewidzialnej dziewczyny. Początkowo zakładał, że to bot – ale boty, nawet najbardziej inteligentne, gubią się przy pewnym poziomie abstrakcji, nie odczytują ironii (to całkiem jak niektórzy w moim otoczeniu, ale to inna historia; niektórzy mają nawet spojrzenia jakby z uncanny valley, zwłaszcza po weekendzie). I zaczął się zastanawiać – jeśli rozmawiał z programem komputerowym, to co sprawiało, że ten program zachowywał się tak naturalnie?
Wiadomo: to nie był program. Po drugiej stronie siedział człowiek.
Ten fragment artykułu zafrapował mnie najbardziej, bo autora to odkrycie przyprawiło o spory dyskomfort (zupełnie jakby świadomość otwierania się przed sztuczną inteligencją była łatwiejsza do zniesienia niż świadomość, że rozmawia z kimś żywym). A potem, gdy już oswoił się z myślą, że jego czarująca partnerka to w istocie jeden z wielu pracowników przedsiębiorstwa, które tę usługę wynalazło, i tak jakoś do niej się przywiązał. Mechanizm zadziałał.
Przy okazji tej lektury przypomniała mi się oczywiście ta piosenka. Ale – nie smuci mnie to tak, jak być może powinno. Większość z nas na jakimś etapie życia toczy rozmowy z kimś, kogo z pewnością nie ma w pokoju i wyobraża sobie romantyczne randki z partnerem idealnym; jeśli tylko nie przywiązuje się do tej wizji za bardzo, to przecież jest całkiem okej. Coś w rodzaju treningu na sucho. Nawiasem mówiąc – to musi być ciekawa praca, siedzieć i wysyłać SMS-y do nieznajomych, tworząc na ich potrzeby dziesiątki osobowości. Gorzej tylko, gdy trafi się na kogoś naprawdę samotnego i zdesperowanego, a przypuszczam, że takich na świecie raczej przybywa niż ubywa. Niemniej – jeśli tymczasowa, cyfrowa towarzyszka ma pomóc komuś, kto nie ma z kim pogadać w rzeczywistości, to czemu nie.
Tak czy inaczej, mam nadzieję, że adresat mojego sennego bełkotu naprawdę istnieje, choć dotychczas mi nie odpowiedział. No, panie kochany.

*Jeden z moich wyobrażonych mężów wczoraj dostał w pełni zasłużoną Olivier Award. Cudownie. Na ogół jest tak, że moi faworyci są pomijani – może im pecha przynoszę, nie wiem. W przypadku plebiscytów publiczności mogę uciekać się do półlegalnych rozwiązań, żeby oddać na ulubieńca więcej głosów, niż formalnie powinnam (ćśśś…), a i tak przepadnie. I oto wreszcie wygrał ktoś, za kogo trzymałam wszystkie kciuki. Miłość moja do tego człowieka jest ogromna, bo obok talentu bez dwóch zdań ma on też bardzo sprawnie działające zwoje i z wielką przyjemnością słucha się tego, co mówi. Czasami myślę, że międzynarodowa sława powinna być dozwolona tylko dla ludzi, którzy przeczytali w życiu odpowiednio dużo książek, a nie dla tych z odpowiednio wypukłym tyłkiem.
Niestety nie mogłam oglądać rozdania nagród, spędzając wczorajszy wieczór w Korezie (nie żałuję bardzo, bo było zabawnie, a rozluźniona korezowa atmosfera zawsze mi dobrze robi), ale liczę, że gdzieś w otchłani internetu znajdę przynajmniej fragmenty relacji.

Sometimes I like to get away, chase a thought and fly

Zdarzyła się rzecz niebywała – autorka wyszła do ludzi wczoraj. Spotkałam się z przyjaciółką i jej szanownym małżonem. Znam ich od lat i ubóstwiam, bo razem są jak Statler i Waldorf. Widzieliśmy się ostatnio przed Gwiazdką, bo wszyscy często opuszczamy nasz grajdołek, więc dużo było do opowiadania.
– I co, byłaś w tym Londynie w styczniu? – pyta przyjaciółka, wysławszy małżona do baru po koktajle dla dam (no dobrze, piwo).
– Taaak, byłam.
– Fajnie! A potem jeszcze gdzieś byłaś?
– Hm. No, w, hm. W Londynie. W lutym.
– O, znowu?
– Tak. I, ech, właściwie w marcu też.
– Po co tu wróciłaś? – przygląda mi się ze złośliwą ciekawością małżon, stawiając przed nami koktajle (no dobrze, piwo).
Doskonałe pytanie. Z pewnością nie po to, żeby spędzać dni na zanoszeniu do nieba modłów o łaskę cierpliwości, którą – mam nadzieję – zostanę obdarzona, nim zacznę walić własną, lub co gorsza cudzą głową w ścianę. Nie lubię pracować z ludźmi, za których nieustannie muszę coś robić. Posłuchajcie cioci dobra rada: nigdy, przenigdy nie pozwalajcie innym zauważyć, że jesteście dobrzy w gaszeniu pożarów i ratowaniu cywilizacji w ostatniej chwili, bo prędzej czy później zaczną niecnie wykorzystywać to, iż dowolnie zawaloną przez nich sprawę ktoś i tak wyprostuje. Ale, ale – nie mogę przy tym powiedzieć, żebym nie lubiła tego, co robię. Przeciwnie. Zatem niezależnie od poziomu irytacji słuchawki na uszy i jazda (Levellers bardzo pomagają w wysiłku umysłowym. Swoją drogą, od lat nie słyszałam tego numeru – radio mi przypomniało niedawno i zanim się zorientowałam, tańczyłam w kuchni, wyśpiewując refren wniebogłosy, och ranysiu, ależ to daje kopa; przypomniałam sobie, dlaczego kiedyś tak bardzo chciałam nauczyć się grać na skrzypcach, i kiedyś się nauczę przynajmniej podstaw, nieważne, ile będą musieli przy tym wycierpieć moi sąsiedzi).

Słyszeliście, że wynaleźli coś takiego, co się nazywa Periscope, taką aplikację do filmowania świata i emitowania tego od razu na żywca w internecie? Dowiedziałam się od znajomej, zachwyconej i podekscytowanej możliwością podglądania na żywo tego, co akurat widzi człowiek, dajmy na to, na antypodach. Nie chciałam psuć jej zabawy pytaniem, co w tym takiego fajnego ma być. Coraz mniej patrzymy oczami, że tak powiem. Nie bardzo, Bogiem a prawdą, obchodzi mnie zawartość lodówki obcego człowieka. Nie muszę towarzyszyć mu w koszeniu trawy w ogródku, kupowaniu biletu w automacie albo robieniu pompek, a jestem głęboko przekonana, że większość streamów będzie miała właśnie taką wartość informacyjną. Albo też będzie w mniejszym lub większym stopniu dotyczyła seksu. Dla internetowych narcyzów płci obojga raj i kolejna okazja do pozbycia się odrobiny prywatności (ewentualnie pozbawienia jej innych). Co nie zmienia faktu, że taka zabawka może czasami się przydać. Media społecznościowe już od dawna wyprzedzają radio i telewizję, jeśli idzie o prędkość podawania łamiących wiadomości w świat – ale teraz już w ogóle uciekną o kilka długości poczciwym starym środkom masowego przekazu. Tak czy inaczej, pozwolę sobie tego nie instalować, przynajmniej przez jakiś czas.
Jak na ironię – rano rezerwowałam hotel w Norwegii. Wyobraźcie sobie moje przerażenie, gdy odkryłam, że w jedynym, na jaki mnie stać, uwaga, NIE MA WI-FI. Dramat, rwanie włosów. Cztery dni bez internetu mam przeżyć? Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś podobnego mi się przydarzyło. Wydaje mi się, że na urlopie w Beskidzie Niskim, a tam byłam prawie trzy lata temu. Może zabraknąć ciepłej wody pod prysznicem, ale jak to tak bez sieci. Nie odbierać newsletterów? Nie oglądać zdjęć słodkich małych leniwców? Nie czytać tweetów? Nie zżymać się na pretensjonalne wpisy na twarzoksiążce? Nie dostarczać sobie bezużytecznej wiedzy?
Uch. Chyba dobrze mi zrobią te cztery dni.

We are pleased to attach your E-ticket

Zawsze twierdziłam, że teatr dostarcza ekscytujących wrażeń. Bardzo różnych.
Jak się okazuje, niektórych podnieca w stopniu nie do opanowania.
Ja tam nie wiem. Mnie akurat momenty raczej nie w głowie podczas przedstawienia (co nie znaczy, że czasami ich sobie nie wyobrażam…), ale ludzie to mają pomysły.

Święta zaczęły się wizytą na Kleparzu – dawno przeze mnie nieodwiedzanym. Miałam tylko wpaść po bundz. Wychodziłam z masą węgierskich przysmaków, z pecorino pepato i świeżym tiramisu od Włocha, z figowo-cebulową konfiturą i kubkiem świeżo zaparzonego americano; trudno mi było to wszystko unieść (bo przecież, obok zakupów, nigdy nie opuszczam Krakowa bez zapasu książek w torbie), ale tak to ja mogę codziennie, panie dziejku. Kleparz ze swoimi nieprzebranymi skarbami i ludźmi, którzy mówią do mnie „kochanie”, kiedy wybieram pomidory, to jedno z moich ulubionych miejsc w grajdołku – jedno z nielicznych, za którymi będę szczerze tęsknić, gdy któregoś dnia wyjadę.
Dotarłam na wieś z tym wszystkim, rozdzieliłam dobra, zaserwowałam sobie domowy ajerkoniak na odpędzenie smutków i rozgrzanie się po marszu w zacinającym śniegu, usiadłam z książką na kanapie… i tak siedzę. I już mam powyżej uszu. Zmieniam tylko książki.
Gdy jestem znudzona, wpadam na złe pomysły.
Na przykład sprawdzam, czy linie lotnicze nie mają jakichś fajnych promocji. Tak tylko sprawdzę, nie będę kupować.
Tak tylko sprawdzę.
Tak.

Kiepska to terapia, ucieczka nigdy nikogo z niczego nie wyleczyła, ale jednak jakoś to pomaga; to taki klin – na głód bycia w drodze, na myśl o dotyku czyjejś ciepłej dłoni, na wszystko, co odeszło w ostatnich miesiącach.

It was a bright cold day in April, and the clocks were striking thirteen

Wczoraj rozbawiły mnie tylko dwa dowcipy. Nie wiem teraz, czy na starość kurczy mi się poczucie humoru i wapnieję, czy to jednak skutek wielkiej smuty. Jak to na ogół bywa, emocje obudziły się z opóźnieniem – na czas najciemniejszych dni przygasły i pozwoliły mi zachować jako taki spokój, ale teraz trochę mnie życie pobolewa.
Pierwszym żartem, który mnie rozchichotał, był ten od CERN. Zwłaszcza fragment o niskim, zielonym rzeczniku laboratorium.
(Nie wiem, czy kiedyś wspominałam o tym, ale w moich czasach nastoletnich byłam wielką fanką Gwiezdnych wojen – przy czym tylko tych „prawdziwych”, kręconych między 1977 a 1983 rokiem. Części dokręcane w ubiegłej dekadzie już mi się nie podobały i nie poważam ich za bardzo, ale tamte znam na pamięć. Dla innych miłośników przeurocza ciekawostka).
Drugie mrugnięcie oczkiem, które wczoraj sprawiło mi radość, wykonała księgarnia Foyles. Charing Cross Road składa się głównie ze sklepów z książkami (oraz zabawkami erotycznymi – naprzemiennie), ale to jest miejsce szczególne. Księgarnia ta natychmiast przyprawia wchodzącego o długotrwały orgazm, witając go takim oto napisem i wieloma piętrami niezmierzonej papierowej ekstazy. Sześć i pół kilometra półek, jeśli możecie sobie to wyobrazić, a na tych półkach ponad dwieście tysięcy tytułów. Mają najcudowniejszy dział poświęcony teatrowi i sztukom audiowizualnym, w którym można spędzić długie, zbyt długie godziny. Wyjście stamtąd z tylko jedną książką jest wyczynem porównywalnym do zachowania wstrzemięźliwości w sytuacji, gdy leżymy nago w łóżku obok najprzystojniejszego mężczyzny świata (lub najpiękniejszej kobiety, jak kto woli). Nawet jeśli jakimś cudem się uda, to łzy rozżalenia cisną się do oczu.
Podejrzewam, że drobne zakupy tamże natychmiast ubiłyby moją wielką smutę. Niestety będę tam dopiero za dwa miesiące, chyba że coś się wydarzy. Od czegóż wszak mamy internet.
Zaprawdę powiadam, nie ma nic lepszego niż poranna kawa w towarzystwie Book Depository.
Dodam ze wstydem, że dziś po raz pierwszy w życiu nabyłam książkę z powodu okładki. Być może ośmielę się ją wam pokazać, gdy już do mnie przyleci – od razu zrozumiecie, dlaczego.

PS Całe moje dorosłe życie zarzekałam się, że nikt i nic nie sprawi, bym ubiegała się o wizę amerykańską, dopóki procedury nakazują mi odpowiadać na pytanie, czy handlowałam żywym towarem i oczekiwać na spotkanie z konsulem po drugiej stronie ulicy. Musiało nadejść dzisiejsze śnieżne popołudnie, bym gwałtownie złagodziła moje stanowisko w tej sprawie. Khhh.

Inside, her internal organs were grinding themselves into nervous pulp

Matko bosko.
Jedyną cechą mojej ujmującej osobowości, której serdecznie nie znoszę, jest zdolność denerwowania się w stopniu grożącym zawałem serca, udarem lub jednym i drugim naraz. Ja sobie potrafię wkręcić taką korbę, że jestem prawie nieprzytomna i umieram ze strachu, iż na pewno wszystko zawalę. Nie działają na to żadne afirmacje w stylu „och, przecież nie takie rzeczy robiłaś i się udało”, wyobrażanie sobie ukwieconych łąk, ludzi w bieliźnie ani czegokolwiek podobnego. Z wiekiem to mi się pogłębia, a dotyczy szczególnie moich wystąpień publicznych, choć niekiedy nieszczególnie publicznych, bo wystarczy jedna osoba, żeby mnie zestresować do granicy omdlenia. I tak właśnie dziś było. Człowiek w gruncie rzeczy był bardzo miły, ale niżej podpisana była tak przerażona, że chyba zauważył, że jego rozmówczyni lada moment się przekręci albo wpadnie w katatonię, bo bardzo się starał rozluźnić atmosferę, a na część pytań nawet odpowiedział sobie sam, gdyż niżej podpisana nie umiała znaleźć słowa.
Typowe.
To bywa – BYWA – na swój sposób ekscytujące, niemniej częściej jest pospolitym koszmarem i udręką. Dla mnie, bo dla otoczenia to raczej zabawne. W tym jedyna zaleta tej skłonności – pozwala mi zjednywać sobie ludzi, bo zwyczajnie im mnie szkoda. Nigdy nie wiesz, człowieku, co ci w życiu może pomóc.

Bardzo potrzebuję, by możliwie szybko zdarzyło mi się coś przyjemnego, choć miewam ostatnio wrażenie, że osiągnęłam już limit przyjemnych wydarzeń na ten rok. Czuję się nieco jakby osamotniona (inna sprawa, że przełączywszy się na pewien czas w tryb eremity, zaniedbałam moje życie towarzyskie – bo w pewnych okolicznościach ostatnim, na co macie ochotę, jest wyjście wieczorem z domu – więc może dobrze byłoby temu i owemu się przypomnieć). Co więcej, mam przeczucie, że zaraz będę miała zapalenie spojówek, bo oczęta mam czarownie purpurowe i z każdą godziną coraz trudniej mi nimi przewracać. Tym samym lepiej odseparuję się od komputera, nim oślepnę. Szkoda by było.

On Monday it rained, cooling the ache in the street’s burn

Och, jak ja nie znoszę poniedziałkowych poranków, zwłaszcza gdy za oknem pada deszcz i człowiek chciałby tylko naciągnąć kołdrę na głowę. A jeszcze bardziej chce wcisnąć nos w czyjś bark i spokojnie drzemać. Nic z tego. Zegar daje mi do zrozumienia, że jeśli natychmiast nie wstanę, to się spóźnię. Włosy, rzęsy, płaszczyk, torebka, klucze. Kolejny dzień, który przepłynie obok mnie. Jeden z tych, gdy marzy się o tym, żeby był już wieczór, żeby można było wśliznąć się w pościel i zamknąć oczy w nadziei, że przyśni się coś miłego, ktoś miły.

Przeczytałam wczoraj, jakie stawki mają blogerzy modowi.
Chyba zmienię zamiłowania, jak słowo daję. Kasowanie paru kafli za wpis na blogu rozwiązałoby wiele moich życiowych problemów. No i mogłabym wreszcie porzucić pracę w biurze, by zajmować się robieniem tego, co lubię najbardziej, czyli niczego. Niestety raczej nie mam szans na zmianę ścieżki kariery, jak to się ładnie mówi, ponieważ tematyka szmaciana nie interesuje mnie aż tak, a poza tym propozycję wyprodukowania wpisu na zamówienie otrzymałam tylko raz i była ona raczej kuriozalna. Z moimi wynurzeniami i upodobaniem do, nazwijmy to, umiarkowanie pasjonujących tematów nie jestem wymarzonym targetem specjalistów od marketingu. Wzdych. Tyle talentu się marnuje. Przy okazji, skoro już o tematyce mowa, ktoś tu wszedł, zadawszy Guglowi pytanie o przygody gejów w Nowej Hucie. No, w tym to ja z całą pewnością nie mogę pomóc.

Quos Deus vult perdere, prius dementat

Słyszeliście, że temu producentowi, którego poczęstował z piąchy Jeremy Clarkson, wskutek czego wyleciał z roboty (zwolniony etat w BBC chętnie przygarnę, mogłabym na przykład przeprowadzać wywiady przy świecach z moimi ulubionymi aktorami… tak, wiem, ale dajcie mi chwilę pomarzyć, nie?), jakieś świry grożą śmiercią w internecie? W ogóle nienawiść niemożebna leje się w kierunku tego człowieka. Świat jest bardzo chory. Niektórzy naprawdę powinni wyłączyć telewizor, wyjąć wtyczkę modemu z gniazdka i pójść na długi spacer.
Ja wiem, że idolowi można wybaczyć dużo; to działa trochę jak u zakochanych, którzy nie mogą się nadziwić, jak ślicznie pluje ich obiekt westchnień. Odmówił wspólnego zdjęcia i nasłał ochronę na fana? Pewnie nieśmiały. Zachowuje się jak buc? Ma zły dzień. Nie segreguje śmieci? Kto by spamiętał, czego z czym nie wolno wyrzucać. Parkuje na kopercie? Nie zauważył, może roztargniony. Szczypie koleżanki w tyłek? Od tego jeszcze nikt nie umarł. Rzucił talerzem w kelnera? Zestresowany jest. Tylko że ze stosowania podwójnych standardów jeszcze nigdy nic dobrego nie wynikło; waga przewinień nie jest zależna od kolejności dziobania.
Taka tylko dygresja, bo zdumiała mnie trochę gęstość komentarzy z cyklu „no co z tego, że arogancki, skoro ma talent”. Zgodziłabym się nawet z takim argumentem, gdyby chodziło o chirurga. Fizyka. Pisarza być może. Ale mówimy o celebrycie, na Boga.

Z innej beczki – przyglądałam się przed chwilą na twarzoksiążce dyskusji mojej znajomej z jej znajomymi. Rozmowa dotyczyła feminizmu, a dokładniej tego, jak przyjemnie nie być feministką. Nie śmiem wątpić. Poskładała mnie jedna z przeczytanych wypowiedzi, której sens był następujący: jak mogę być feministką, skoro lubię sprawiać przyjemność mojemu facetowi. Śniadanie mu zrobić i tak dalej. Jak mogę być feministką, skoro lubię być delikatna i krucha, i żeby się mną zaopiekował. I w sukienkach też lubię chodzić.
No tak, bo oczywiście jedno z drugim się wyklucza. Jak wiadomo, feministki każą mężczyznom spać na wycieraczce. Prędzej sczezną, niż pozwolą się przytulić. Chodzą jedynie w ogrodniczkach. Gdy partner feministki jest głodny, dostaje numer do pizzerii. Oto w dwudziestym pierwszym wieku wykształcone kobiety po trzydziestce pieprzą publicznie takie farmazony. Smutno mi czasami, gdy widzę, jak jedna z drugą obawia się, że użycie tego okropnego słowa na F natychmiast uczyni z niej tęgie, zarośnięte i agresywne monstrum budzące lęk w przedstawicielach płci męskiej. Ale cóż. Nie zamierzam nawet wdawać się w polemiki, bo w tej akurat sprawie to groch o ścianę na ogół.

Poza tym z wolna otrząsam się ze smutków i łagodnie wchodzę w weekend. Podejrzewam, że będzie wyglądał jak pierwsza część tego klipu (tak, szanowni – Chic wraca! Nóżka sama chodzi!), czyli podłoga, muza i bałagan; błyszczenie w nocnych klubach raczej sobie odpuszczę. A ponieważ nawet z nędznym samopoczuciem pozostaję wierna moim słabościom, pomyślałam rankiem, że sprawdzę, tak tylko z ciekawości, czy jeszcze w ogóle są bilety na to przedstawienie – i wyobraźcie sobie, że na jedyny wieczór, w który mogę się w ten sposób uszczęśliwić, został jeden samotny bilecik. Sam jeden. Jakby na mnie czekał. Uznałam to za znak od Boga i z przykrością zawiadamiam, że bilecik nie jest już dostępny, ponieważ siedzi w mojej skrzynce.

PS Na moje nieszczęście rzucili też dziś bilety na Farinellego i króla. Po południu zostały marne resztki. Spędziłam stanowczo za dużo czasu, szukając wśród tych resztek czegoś dla siebie – a do wyboru były głównie miejsca typu restricted view i premium (95 funtów? DZIEWIĘĆDZIESIĄT PIĘĆ FUNTÓW?!), i walcząc z systemem niechętnym sprzedawaniu pojedynczych biletów, ale wreszcie się udało. Mnie by się nie udało?

Now I know something you don’t

Nie wiem, czy wiecie, ale takie czasy nastały, że zakłady pogrzebowe oferują wam pamiątkowe kubki.

Jestem zmęczona. Po prostu bardzo zmęczona, tym bardziej, że w drodze do domu odebrałam wiadomość od rozświergolonej przyjaciółki, która śpieszyła mnie powiadomić, iż właśnie się zastanawiają z chłopakiem, gdzie zamieszkać i dokąd na wakacje pojechać, i coś tam jeszcze – żadnego nawet „a co u ciebie”. Przeczytałam. Nie odpowiedziałam. Bo i co miałam odpowiedzieć.
Co więcej – nie jestem pewna, czy odpowiem jutro, w piątek albo za tydzień.

Nawiasem mówiąc, wieczorno-nocno-poranna awaria sieci komórkowej przyprawiła mnie nieomal o apopleksję – telefon bezużyteczny, internetu brak, radia nie można posłuchać – co tu począć, panie dziejku. Jak tu wypić kawę bez przeglądu wieści ze świata. Jak wyjść z domu bez sprawdzenia, co ten czy tamten napisał na Twitterze. Co w ogóle ze sobą zrobić? Dotarło do mnie po chwili, jak bezsensowny jest mój strach. Chyba przydałby się odwyk.
Pomyślę o tym później. Teraz muszę się zagoić.

I tried to be grown up but I have no interest in abiding by the adult rulebook

Ależ ja tępa. Z każdej podróży wracam z bagażem wypchanym wbrew wszelkim prawom fizyki, niekiedy przenosząc przez kontrolę książki pod pachą, bo nie mieszczą się w torbie – a tu okazuje się, że mogłabym po prostu wyjechać z pustym węzełkiem, kupić ciuchy na miejscu i ostatniego dnia je oddać, twierdząc, iż jednak mi nie pasują. I wtedy nie miałabym najmniejszego problemu z targaniem ciężkiego tobołu i udawaniem, że ma odpowiednie wymiary.
Tak, zgadzam się z częścią nieszczęsnej wypowiedzi pana dziennikarza, w podróży trzeba sobie radzić.
Pytanie tylko, czy każdy sposób radzenia sobie jest jednakowo dobry.

Piątkowy wieczór nie był taki zły, jak się obawiałam, bowiem przed samotnym kiwaniem się w kąciku uratował mnie niespodziewany desant w postaci – jeśli go jeszcze pamiętacie – pana i władcy, który postanowił przesiedzieć pół nocy, rozmawiając ze mną, wysłuchując gorzkich żali, służąc ramieniem i dostarczając innych potrzebnych akurat ulg. Ponownie mam uczucie, że my jesteśmy na siebie w jakiś sposób skazani, cokolwiek się w naszym życiu wydarza.
Weekend spędzam w towarzystwie Mirandy – bo to świetne towarzystwo, gdy człowiek jest akurat bardzo delikatny i potrzebuje nieco wsparcia, niechby w postaci książki. Lubię Mirandę; Miranda udowadnia, że bycie tym odstającym od reszty towarzystwa jest rzeczą absolutnie normalną i nie ma czym się przejmować. Że nie tylko nam zdarzają się momenty paraliżu umysłowego, niemota, ciśnięcie w kogoś kawałkiem obiadu wskutek nieumiejętnego jedzenia pałeczkami (tak, też mi się kiedyś zdarzyło, na szczęście w obcym kraju). Że innym też zdarzają się chwile, gdy zastanawiają się, jak głęboko ich rozmówca jest przekonany o tym, iż niedawno przeszli rozległy udar mózgu. Że też wpadają w panikę, kiedy zapada niezręczna cisza i trzeba coś powiedzieć, więc niestety mówią („Eee… to jak się właściwie wymawia twoje imię, Bob?”). Że inni też wolą przeleżeć niedzielę na sofie, jedząc pizzę i lody, śpiewając wniebogłosy swoje ulubione piosenki, do których lubienia oczywiście nie zamierzają przyznać się publicznie, i oglądając po raz siedemdziesiąty film z gwiazdą, w której skrycie się kochają. Że najbardziej żenujące sytuacje przytrafiają im się wtedy, gdy w pobliżu znajduje się ktoś, na kim naprawdę chcieliby zrobić dobre, ba, piorunujące wrażenie.
Powiem wam, że to bardzo przyjemna odtrutka na świat, w którym wszyscy chcą was przekonać, że odżywiają się organicznie, codziennie uprawiają sport, w sobotnie przedpołudnia przebiegają półmaraton, by następnie udać się do dyskusyjnego klubu książki, zawsze skutecznie flirtują, nigdy nie tracą rezonu, potrafią chodzić w szpilkach i ubolewają, że ich największą wadą jest perfekcjonizm. Oni wrzucają na fejsbuka zdjęcia przyrządzonego przed chwilą soufflé z topinambura oprószonego płatkami fiołków i opisują, jak napotkany w windzie celebryta poprosił ich o numer telefonu, wy tymczasem spoglądacie na swoją chińszczyznę, dochodzicie do wniosku, że publikowanie fotografii kurczaka gong-bao to słaby pomysł, a opisać możecie najwyżej, jak złamaliście obcas.
(No, ale za to złamaliście go na czerwonym dywanie).

Tak. Czasem każdy potrzebuje upewnić się, że jest OK tak, jak jest. Niedoskonale, czasami dziwacznie, czasami śmiesznie, czasami bezbrzeżnie leniwie – i tak jest dobrze. I nie ma co napinać się ani pluć sobie w brodę, że nasze życie nie wygląda tak, jak wyobrażaliśmy je sobie w liceum, ani że my nie jesteśmy herosami, którzy każde zawirowanie przechodzą tak gładko, że nawet włos im się nie rozwieje, i wcale nie musimy nimi być. Trzeba czasem dać sobie prawo do bycia nieudacznikiem, wioskowym głupkiem, smutasem i ofiarą losu, bo ludzie, w których życiu takie chwile się nie zdarzają, nie istnieją.

Ponadto nie miałam pojęcia, że umiem świadomie śnić, ale najwyraźniej umiem – albo po prostu mój umysł postanowił urządzić mi przez sen coś na kształt autoterapii dla rozwiania smutków. Śniło mi się nad ranem coś absolutnie, absolutnie cudownego. Powiem tylko, że było to coś w rodzaju przedstawienia – wiadomo, przecież to MÓJ sen – w którym występowały beczki z wodą i nieubrani mężczyźni – co do jednego dobrze mi znani – wskakujący do tych beczek, a potem wyskakujący z nich, by następnie, tacy mokrzy, tarzać się po podłodze tak blisko mnie, że mogłam policzyć pieprzyki na ich łydkach. To samo w sobie byłoby wystarczająco odjechane, ale moja szyszynka postanowiła podkręcić temperaturę snu i wtedy dopiero zaczęło się dziać…
Tak, ja to potrafię poprawić sobie humor.

Następnego dnia
Och, więc mój wczorajszy sen to była zaledwie przygrywka. Dziś nad ranem… Ujmę to może tak. Już nigdy – a w każdym razie nie przez najbliższy rok – nie spojrzę niektórym ludziom w oczy.
Poziom realizmu moich sennych wizji bywa nieznośny. Otrząsam się potem przez pół dnia. Swoją drogą – zanim doszło do tego, do czego doszło, byłam swatana (bardzo romantycznie, przy ognisku) przez jedną z naszych czołowych gwiazd telewizyjnych. Bo cała rzecz miała miejsce na grupowej wycieczce pekaesem przez Polskę. Coś w stylu kolonijnego romansu, tylko raczej X-rated.
Z wielką niecierpliwością oczekuję dzisiejszej nocy.

There’s a little black spot on the Sun today – that’s my soul up there

Skoro wszyscy o zaćmieniu, to ja też.
Jak wiadomo, żyję sobie na swojej chmurce i zwykle jestem zajęta rozmyślaniami o różnych rzeczach, które mają znikome znaczenie dla losów świata, ale ogromne dla mnie. Rzeczywistość na ogół obsługuję na autopilocie. I to czasami szkodzi.
Dzisiaj na ten przykład robiłam sobie kawę. Tak, wiem, news z gatunku „piłkarze zjedli śniadanie”.
Robiłam kawę tak wiele razy w życiu, że przecież mogę jednocześnie myśleć o czymś innym. No to myślałam o czymś innym i w tym czasie nalałam nieco wody do czajnika. Wyjęłam kubeczek z szafki. Woda się zagotowała. Wlałam do kubeczka. Dolałam mleka. Pociągnęłam łyk. Splunęłam.
Kochanie, zapamiętaj na zawsze – kluczowym czynnikiem w robieniu kawy jest użycie kawy.

To nie jest zachowanie nietypowe. Wielokrotnie próbowałam otworzyć drzwi do domu biurowym pikaczem. Wielokrotnie szłam do sklepu i wracałam bez najważniejszej rzeczy, po którą poszłam. Zdarzyło mi się niejeden raz w panice zaglądać do pudełka z soczewkami, otwartego celem założenia tychże na gałki oczne, i zastanawiać się, czy się rozpuściły, po czym uświadamiać sobie, że widzę podejrzanie wyraźnie, czyli najpewniej już mam je w oczach. Bardzo często gubię rzeczy w moim mieszkaniu – jest pewną sztuką zgubienie czegoś na powierzchni 37 metrów kwadratowych. Niedawno zgubiłam telefon i wymyśliłam, że zadzwonię do siebie, usłyszę sygnał i dzięki temu go zlokalizuję (też wam coś nie gra w tej śmiałej koncepcji? Bo ja dopiero po chwili uświadomiłam sobie, dlaczego mój pomysł nie jest genialny).

Jeśli o inne sprawy chodzi, widziałam dziś rano w samiuśkim centrum miasta wiewiórkę. Wymieniłyśmy nieco zdziwione spojrzenia.

Jeśli o jeszcze inne sprawy chodzi, nie chcemy o nich mówić. Powiedzmy tylko, że czasami potrzebuję, żeby ktoś zaparzył mi herbatę i po prostu ze mną posiedział. Dziś chyba niestety będę tłukła demony samotnie, ale za to z ładną piosenką.

Come, you spirits

Stresujące spotkanie przełożone o dwa tygodnie. Świetnie, będę mogła denerwować się nieco dłużej. Miałam nadzieję, że dziś będzie po wszystkim i spokojnie pójdę do kina.
Ale do kina i tak poszłam.
Bo jak tu nie iść, skoro moje bez dwóch zdań ukochane miejsce na tym łez padole (ciągle mam nadzieję, że któregoś dnia postanowią mnie zatrudnić niechby na zmywaku, ja nawet lubię zmywać, ale nie pozwólcie mi na dygresje, bo wiadomo, jak to się u mnie kończy, toteż zamykam nawias) postanowiło wysyłać spektakle w świat. Od czasu do czasu naprawdę pakuje aktorów i sprzęt w samolot, ale na ogół prezentuje się zagranicznym widzom za pośrednictwem kinowych projektorów. Tylko że do nas te przedstawienia dotychczas raczej nie docierały.
Aż do dziś.
I na dobry początek wspaniale zapowiadającego się romansu słowiańska publiczność dostała tę niesławną szkocką sztukę.
Makbeta znaczy.
Tak, wiem, raptem tydzień temu o nim pisałam i znowu będę przynudzać. Oh, horror, horror, horror…
Środowisko teatralne mniej lub bardziej (w Wielkiej Brytanii bardziej) wierzy w to, że Makbet jest sztuką przeklętą i pechową. Słowa na M nie wolno wypowiadać w teatrze, chyba że podczas samego spektaklu lub próby. Jeśli człowiekowi się wymknie, istnieje cała masa rytuałów, które pozwalają odczynić urok – głośne przeklinanie, plucie przez ramię, skakanie na jednej nodze, wychodzenie z teatru i czekanie, aż ktoś litościwie wpuści do środka (samemu nie można wejść z powrotem). Niektórzy twierdzą, że to wszystko dlatego, że William w kwestiach wiedźm użył prawdziwych klątw. Legend namnożyło się przez ostatnie 400 lat – a to chłopak grający Lady Makbet w dniu premiery kopnął w kalendarz (i ponoć zastąpił go sam Szekspir), a to aktora naprawdę zadźgali na scenie, bo przypadkiem znalazł się na niej najzupełniej ostry sztylet, a to Abraham Lincoln miał czytać Makbeta wieczór przed swoim gwałtownym zejściem (też w teatrze przecież); a wśród dotkniętych klątwą mieli być sami Laurence Olivier, który prawie został przygnieciony scenografią, i Charlton Heston, który doznał dotkliwych poparzeń, gdyż jego pończochy ktoś niechcący lub chcący zamoczył w nafcie. Jak to jest naprawdę, nie wie nikt – stąpający twardo po ziemi zwracają uwagę, że w Makbecie jest mnóstwo scen walk, więc o obrażenia nietrudno, poza tym w otoczeniu, w którym każdy dyszy sobie w kark i zazdrości sławy, ten i ów może wpaść na głupi pomysł nieładnego odstawienia dłużej oklaskiwanego kolegi na bok, a poza tym to wszystko przypadki. Niemniej, jak mawiają ludzie z kraju barda, better safe than sorry i być może dla spokojności lepiej ugryźć się w język, gdy pcha się nań słowo na M.

Nie jestem obiektywna, bo w Globe spędziłam wiele czarownych popołudni, oblewana wodą, popychana i zmuszana do przebierania się za pirata. Było o tym wielokrotnie, więc nie będę się powtarzać. Kiedy jestem w Londynie, zawsze tam zalezę – jeśli nie na przedstawienie, to chociaż do ichniej księgarni albo winka się napić, albo po prostu nacieszyć się oszałamiającym widokiem, bo Globe siedzi nad samym brzeżkiem Tamizy, naprzeciwko katedry świętego Pawła, z wieżami City wyrastającymi dookoła. I w takim niesamowitym sąsiedztwie, nie bacząc na huczące samoloty, warkoczące statki i migoczące światła drapaczy chmur wystawia te swoje sztuki pod gołym niebem. Po staremu, jak to było w czasach Williama i jego koleżków. No, prawie.

Pokazywane u nas częściej produkcje National Theatre, myślę, mogą być dla wielu bardziej nęcące, bo rozmach, bo technologia, bo efekty specjalne. Globe nie sięga po nowoczesne techniki, bo ich po prostu nie ma; korzysta z bardzo prostych środków. Właściwie głównie z jednego najprostszego środka – aktorów. Takich, którzy uniosą tekst napisany w staroświeckim metrum, ale też wejdą łatwo w interakcję z publicznością, bez czego w tym teatrze nie da rady, bo czasem trzeba przez widownię przejść, by dostać się na scenę, a poza tym wzajemny kontakt to osobna atrakcja (och, Makbet zaczepiający ludzi w pierwszych rzędach i wyciągający rękę z pytaniem: would you like to kiss my ring?).
Pyszny był ten Makbet, bardzo intensywny. Momentami zaskakująco zabawny. Momentami przerażający; scena szaleństwa Lady Makbet włos jeżyła, Makbeta spotkanie z wiedźmami też. Scena, w której pojawił się niezaproszony na kolację duch Banqua (zawsze lubię oglądać zdjęcia z prób, takie surowe jeszcze), była fenomenalna. Banquo w ogóle świetny. Przez cały wieczór zachodziłam w głowę, skąd gościa znam, bo jakiś podejrzanie podobny do kogoś mi się wydawał. No i owszem. Byli tam też inni, który może popularni nie są, ale to o niczym nie świadczy, bo są dobrzy w tym, co robią; poza tym już parę razy się widzieliśmy, więc zawsze miło – mianowicie ci dwaj panowie. Po lewej Philip Cumbus, którego znam z czytanek przede wszystkim, po prawej pojawiający się w kilku rolach Colin Ryan, który wrył mi się na dobre w pamięć jako zezujący psychol, to jest wróć, John Webster z Zakochanego Szekspira. I wreszcie sam szkocki król, zanurzający się coraz głębiej w swój obłęd aż do momentu, gdy uświadomi sobie, że wszystko stracone. Bardzo lubię, gdy ktoś wzbudza we mnie nieco uwierające poczucie sympatii dla czarnego charakteru, w tym przypadku tyrana i okrutnika. To nie jest wielka filozofia, zagrać kogoś, kto jest jednoznacznie zły – ale pokazać, skąd to zło się wzięło, to już nieco wyższa szkoła jazdy. Klasa.
Nawiasem mówiąc, całą tę rozkosz wyreżyserowała aktorka. To był jej debiut w takiej roli. Ciekawam, jak odniósłby się do tego i wielogwiazdkowych recenzji jeden z naszych krytyków, powtarzający z lubością, że aktorzy nie powinni brać się za reżyserię.

Trochę ludzi wyszło tuż po ostatniej scenie, nie czekając na ukłony. Nawiasem mówiąc, w krakowskich teatrach też ten trend widzę coraz częściej; kurtyna opada i towarzystwo od razu rzuca się do wyjścia, nie zamierzając nikogo oklaskiwać, bo można się na tramwaj spóźnić. Tylko że w przypadku Shakespeare’s Globe to ogromny błąd, albowiem traci się wisienkę na torcie – jig. W dawnych czasach aktorzy nie wychodzili, ustawiali się w grzecznym rządku i kłaniali, o nie. Oni tańczyli. Niektórzy byli bardziej cenieni za swoje pląsy niż aktorstwo (to, obawiam się, w pewnych przypadkach zdarza się do tej pory…). W każdym razie Globe pozostaje wierny tej tradycji i oczywistością jest, że zabity bohater powstanie z martwych, by złapać się za rączki z tym, który go chwilę wcześniej usiekł i na pożegnanie zapodać wam choreo jak z Gorączki sobotniej nocy. Niezależnie od tego, jaką tragedię oglądacie, jak fatalny jest jej finał – na koniec zawsze będzie radosny jig. Muzykanci, tańczący aktorzy i tańcząca publiczność. I dopiero wtedy można się rozejść.
Następna retransmisja w kwietniu. Oczywiście idziecie.

PS Droga osobo, która siedziałaś obok mnie i co chwila świeciłaś swoim fejsbukiem w trakcie seansu – double, double toil and trouble, fire burn and cauldron bubble, oby cię dopadła okropna wysypka przed rozbieraną randką. Takich rzeczy nie robi się w kinie. I nie wymienia się na głos uwag z psiapsiółką, niezależnie od tego, za jak bardzo przystojnego uważa się odtwórcę głównej roli. Dziękuję.

Duma, uprzedzenie & Gabbana

Trochę przeszło. Po prostu nie można mieć za dużo czasu na myślenie i wtedy jest dobrze. A dziś czasu nie miałam, bo przygotowywałam się do ultraważnego jutrzejszego spotkania z ultraważną personą, od którego to spotkania całkiem sporo zależy, więc siedzę cała w nerwach i mam złe przeczucia. Zostałam uspokojona, że rozmówca jest bardzo miły. Tak, tacy są najgorsi.

Zanim wpadłam w nerwową drżączkę, dowiedziałam się, że cały świat bojkotuje Dolce & Gabbana za średnio udaną wypowiedź o in vitro i adopcji dzieci przez homoseksualistów. Cóż. Ja też bojkotuję ich siłą rzeczy przez całe życie i nie sądzę, by to się zmieniło, bo po pierwsze mnie nie stać, po drugie to nie mój styl (tak się tylko usprawiedliwiam, bo patrz po pierwsze) – ale rzeczywiście mogli sobie darować wykład o prawdziwej rodzinie i naturalnym toku życia, a później jeszcze tłumaczyć się wolnością słowa. Nie lubię bardzo, gdy ludzie zapominają, że wolność słowa to też odpowiedzialność za nie i że wygłaszając swoje ucieszne przemyślenia, warto mieć na uwadze, że ktoś może poczuć się nimi skrzywdzony. Poza tym cóż – wolność słowa ewidentnie w naszej części globu mamy, skoro panowie mogli publicznie wyrazić własną opinię, jaka by ona nie była, i absolutnie żadne konsekwencje – poza mięsistymi ripostami i kiepską prasą przez jakiś czas – ich nie spotkają. W niektórych krajach za niepopularne poglądy ciągle batożą.

Zapoznałam się też z innym newsem, który sprawił, że mój świat zadrżał w posadach. Ale jak to, handel niewolnikami? Darcy, wcielona cnota, miałby coś takiego robić?…
Chciałabym też zapytać o fragment: the novelist, who has been writing an updated version of Pride and Prejudice. Boję się myśleć, co to znaczy, to „updated version”. Ostatnio co rusz ktoś robi nową wersję. Duma i uprzedzenie jako kryminał, duma i uprzedzenie i zombie, duma i uprzedzenie i wampiry, duma i uprzedzenie w kosmosie, duma i uprzedzenie wśród Mormonów, duma i uprzedzenie w wersji erotycznej, no dajcie spokój.
Swoją drogą polecam poczytanie komentarzy pod tym artykułem, albowiem jest to przednia zabawa – tylko nie rozumiem, czemu niektórzy uparcie ją psują, przypominając, że bohater, którego niepokalany od dwóch stuleci wizerunek został zszargany w tym artykule, jakby to powiedzieć, nie istnieje.
Oj tam. Zaraz nie istnieje, nie czepiajmy się drobiazgów…

Replace us with the things that do the job better

Miało dziś być o czymś innym, ale przeczytałam wczora z wieczora pewną wiadomość, która zmusza mnie do kontynuowania wątku aktorskiego intelektu.
Lub jego braku.

Zapewne wam się obiło o uszy, jak nasza pani z telewizji robiła wywiad z Sigourney Weaver. Sigourney Weaver zapytała ją o Jerzego Grotowskiego. Pani z telewizji – świetnie zrobione brwi, przyznam – powiedziała, że nie wie, kto to jest. Reakcja rozmówczyni była, powiedziałabym, znacząca.
Szczerze?
Ja bym się po tym dyskretnie wycofała z branży i zajęła, nie wiem, pieczeniem babeczek. Nie posiadłam wszechwiedzy i za żadnego omnibusa się nie uważam, ale gdyby mnie cudzoziemska megagwiazda przyłapała na nieznajomości kultury mojego własnego kraju (a Grotowski to przecież jest nazwisko istotne i za granicą również znane) – modliłabym się o przenośną zapadnię. Pani z telewizji ponoć skończyła szkołę aktorską, ale chyba parę wykładów opuściła, oraz, jak na ironię, studiowała dziennikarstwo. Tak się składa, że ja też. I tłuczono mi do głowy, że musimy przed rozmową z kimś wiedzieć przynajmniej tyle o jego ogródku, by nie wyjść na debila. Efektownie wydepilowane brwi nie załatwią sprawy. Zatem, drogie TVN, czy naprawdę musimy wysyłać w wielki świat ludzi, którym brakuje elementarnej wiedzy? Bo w moim przekonaniu to naprawdę jest elementarna wiedza dla osoby, która podpisuje się jako dziennikarka i aktorka. To kolejny ostatnimi czasy przypadek, gdy zastanawiam się, czy i dlaczego musimy zmierzać w kierunku takiej bolesnej celebrytozy. Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy nie wydarzyło się nic o znaczącym wpływie na losy ludzkości, to tylko telewizja śniadaniowa, żadna ambitna publicystyka, a jedynie pogaduszki w przerwach między gotowaniem na antenie, nowinkami kosmetycznymi i poradami dotyczącymi efektywnego prania. I nie twierdzę wcale, że wszyscy musimy przy piwie rozmawiać o współczesnej dramaturgii norweskiej lub malarstwie późnego średniowiecza, oraz znać biografie wszystkich naszych wybitnych krajan do ósmego pokolenia wstecz. Ale proszę, proszę – nie pokazujmy społeczeństwu, że fajnie jest być ignorantem.

No dobrze. Zmieniam temat, bo złość szkodzi urodzie, a tego byśmy nie chcieli. Wrócę jeszcze na minutkę do minionej niedzieli i procesu, bo ku mojej radości w internecie pojawiły się zdjęcia (tak, to jest oskarżony szkocki król). Obejrzałam je sobie wszystkie, przy czym niektóre obejrzałam bardziej; aż mi ekran zaparował. Czy można się dziwić, że nasza bohaterka gwałtownie traci zdolność mówienia językami?…
Już przestaję, już naprawdę przestaję.

Zostawiam was w ten chłodny dzień z moim nowym, jak to anglojęzyczni nazywają, robalem usznym. Piękne, przepiękne wideo do tego singla zrobili. Mam bardzo dziwną relację z Hot Chip, mianowicie ilekroć słyszę ich nowy kawałek, to on mi się nie podoba. Ale gdy usłyszę go po raz drugi, ósmy, dwunasty, sprawy mają się zgoła inaczej, aż w końcu doprowadzam się do stanu głębokiego uzależnienia. Gdybyście zachodzili w głowę, co to są tytułowe Huarache Lights, śpieszę powiadomić, iż jest to model butów. Obawiam się, że z powodu tej piosenki niebawem zacznę tych butów bardzo pożądać.

Is this a dagger that I see before me?

Bogu niech będą dzięki za przyjaciół, którzy czekają z niżej podpisaną do czwartej nad ranem, oglądając z nią koncerty The Jacksons na jutubie, by wsadzić ją wreszcie do taksówki na lotnisko. I za tych, którzy czekają po drugiej stronie Kanału, z koktajlami i plotkami, dając jej przyjemne poczucie bycia prawie w domu.
Poleciałam na bardzo krótko tym razem. Właściwie tylko na herbatę z mlekiem, księgarnię i wizytę w teatrze.


Zachodzę w głowę, co się stało z niebieskim kurakiem, który uprzednio zajmował słynny czwarty cokół na Trafalgar Square, bo to nowe kościste coś to jakaś straszna paskuda. Ale nie o tym chciałam.
Wizyta w teatrze, właśnie. Właściwszym sformułowaniem byłoby „wizyta w sądzie”, bo tak to wyglądało. Szekspirowscy aktorzy zmierzyli się z londyńskimi prawnikami w procesie Makbeta i jako świadkowie dali się przesłuchać, a przysięgli mieli zdecydować, czy oskarżony idzie pod topór, czy nie. W słusznej wierze, bo to dobroczynna impreza była – zorganizowała to instytucja, która stara się docierać do dzieciaków przez Szekspira i kształcić ich teatralnie niezależnie od tego, w jakim otoczeniu dorastają i z jakim balastem. Makbetem – nawiasem mówiąc, uniewinnionym w końcu – był niejaki Christopher Eccleston, Lady Makbet – cudowna Haydn Gwynne. Oprócz upiornej pary przed ławą przysięgłych stanęli Macduff, Banquo i jedna z wiedźm.
Jeśli myślicie, że była to rzecz poważna i nadęta, nic bardziej mylnego. Aktorzy dostali zarys scenariusza i oczywiście znali los swoich postaci (to Makbet, więc sprawa jest prosta: wszyscy nie żyją), ale nie wiedzieli, o co zapytają przesłuchujący, więc cała zabawa polegała na wielkiej improwizacji z jednej strony i bardzo skutecznym zapędzaniu w kozi róg z drugiej. Mecenasi nie dawali zbić się z tropu absurdalnym odpowiedziom świadków, którzy, zaskakiwani stawiającymi ich pod ścianą pytaniami, brnęli w coraz większą konfuzję.
– So what was he doing?
– He was wending with witches.
– Wending with witches?
– Correct.
– And when was he wending with witches?
– When?…
– Yes, when?
– Wednesday – odpowiada ze śmiertelną powagą przesłuchiwany, po czym zanosi się śmiechem, jak i cała publiczność. Słodki był też Macduff odpierający argument, jakoby nie było świadków morderstwa i tłumaczący, że jeśli ktoś kogoś zabija, to przecież sam przy tym jest zazwyczaj, więc z której strony by nie patrzeć, jest jeden świadek, morderca znaczy.
– When you commit a murder, then you’re a witness to this murder. Are you not?
Swoją drogą, cudownie błyskotliwy ten aktor. Czasami lepiej nie wiedzieć, jacy oni są, gdy są sobą, bo to bywa piekielnie rozczarowujące – wygląda taki jak z żurnala, w roli jest olśniewający, a potem udziela wywiadu i z waszego oczarowania nie zostaje ani mizerny strzęp, bo zastanawiacie się, jakim cudem tak porażająco tępa strzała w ogóle skończyła szkołę. Ale do udziału w tym wydarzeniu chyba celowo nakłoniono takich, którzy mają co nieco do powiedzenia i lubią to robić, używając długich słów.
A że oskarżonym był Eccleston, wyobraźcie sobie liczbę nawiązań do Doktora Who. Niewiele zostało z szekspirowskiego oryginału, może poza Lady Makbet histeryzującą z powodu plam.

Gdyby ktoś zachodził w głowę, co mnie zainteresowało w takim wydarzeniu – poza osobliwą adaptacją Szekspira – odpowiedź jest prosta i, że tak powiem, urocza. Oczywiście poszłam się przywitać, jakżeby inaczej. Przepchnęłam się przez tłum wyczekujący Ecclestona pod tylnym wejściem do naszych drogich karmelowych ocząt usiłujących na próżno przemknąć niepostrzeżenie wśród tuzinów fanek Time Lorda – prawie by się biedactwu udało, gdyby nie pewna stuknięta Polka – i, gdy już przypomniałam sobie, że umiem po angielsku, pogadaliśmy sobie chwilkę o muzyce (tego trzeba słuchać z zamkniętymi oczami, zaprzestawszy wszelkich czynności, inaczej nie zadziała; ale uprzedzam, jeśli zadziała, będziecie męczyć ten kawałek w kółko przez kilka wieczorów z rzędu, albowiem jest piękny – gdy za pierwszym razem mi to zagrało w słuchawkach, po prostu usiadłam i tak siedziałam oszołomiona).
– It was lovely to see you again – palnęła autorka na zakończenie swojej jak zwykle chaotycznej przemowy.
– Likewise.
Och.
OCH.
Autorka nie pamięta, co odpowiedziała, bo jej mózg wykonał w tym momencie hard reset – więc obawia się, że nic.

Żeby nie było, że tylko wzdychałam – poszłam również na wystawę obrazów Rubensa i innych, dziełami Rubensa zainspirowanych. Sama wystawa świetna, mniej świetny był fakt, że odwiedziłam ją w niedzielę, więc żeby w ogóle zobaczyć jeden czy drugi obraz, należało odczekać swoje w kolejce. Ludzi jak mrówków. Tak czy inaczej, zdecydowanie warto. Uciesznie zmysłowe.
Ryanair w drodze powrotnej usadowił mnie między ojcem i synem, lecącymi do Krakowa na citybreak. Panowie byli ujmująco gadatliwi i natychmiast się ze mną zaprzyjaźnili. Poopowiadałam im trochę o mieście, zapisałam im w telefonach najlepsze miejsca na obiad i drinka, oni mnie poinstruowali odnośnie ciekawych katedr w Anglii, pogawędziliśmy o zabranych w podróż książkach, bo cała nasza trójka po zajęciu miejsc wydobyła z bagażu podręcznego prawdziwe, drukowane, nieco tylko wymięte tomiszcza – gdy wtem ojciec stuka palcem w pokryte szronem okno i mówi:
– You have some gorgeous mountains down there.
Patrzę i oczom nie wierzę. Całe pasmo Tatr jak na dłoni. Czasami Tatry z Krakowa widać, owszem, gdy wiatr jest tak silny, że przewiewa smog – ale na ogół nie. A dziś niczym w National Geographic, Rysy pokazały się z najlepszej strony. I Gerlach. I Łomnica. Ośnieżone szczyty na tle błękitnego nieba. Pocztówka.
– Yup, the Tatras.
– They’re beautiful.
– Yes they are.
Dawno takiego rzutu uczuć patriotycznych nie miałam. Przydadzą mi się, bo jak słowo daję, przez najbliższe trzy miesiące siedzę na tyłku w moim grajdołku.

Fuck me, I’m famous

Parę razy w życiu dosięgła mnie sława. Taka sława w mikroskali, nie żeby flesze i wywiady – choć przepraszam, udzieliłam raz wywiadu w radiu, gdy wygrałam konkurs poetycki. Raz byłam w telewizji, ale to niechcący. Podczas praktyk studenckich zagoniono mnie na konferencję prasową z ówczesnym prezydentem naszej pięknej krainy i tak się złożyło, że wlazłam w kadr. Mama oglądała wieczorne wiadomości i wtem zauważyła własne dziecko przechadzające się tam i nazad z wyrazem twarzy mówiącym „nie wiem, co tu robię, kazali mi tu być”. Moje nazwisko pojawiło się pod tekstem jednym i drugim w prasie, owszem, tylko że mało kto zwraca uwagę na podpis, zatem tego nie liczymy. No i, last but not least, moje osobiste uchachane oblicze razem z oczojebną sukienką znalazło się w materiałach prasowych Shakespeare’s Globe* – bynajmniej w roli głównej, jedynie jako dość wyraziste tło, ale zawsze.

Wczoraj tymczasem sława, lub raczej niesława, zaatakowała mnie od tyłu. Dosłownie. Przebywając na gościnnych występach, zeszłam sobie zjeść obiadek. Żuję sobie spokojnie coś, co w założeniu miało być łososiem i być może kilka wcieleń wstecz nawet nim było, gdy spomiędzy szmerów przy stoliku za mną wyłuskuję coś, co brzmi jak moje nazwisko. Się przesłyszałam pewnie, myślę i żuję dalej, czytam niegrzecznie przy jedzeniu, kiedy wtem znowu słyszę podejrzanie znajomo brzmiący szmer. Za trzecim razem jestem już całkowicie pewna. Ludzie za moimi plecami gadają w najlepsze o mnie. To właściwy moment na uniesienie jednej brwi w zdumieniu.
– … mamy z nią spotkanie dzisiaj…
– … a po co ona tu przyjechała?…
– … jakieś ważne zmiany podobno…
– … jakbyśmy nie mieli nic lepszego do roboty…
– … skąd ona właściwie jest?…
– … a, nie wiem nawet…
Trudno uśmiechać się półgębkiem podczas jedzenia, ale ona przemożną miała na to ochotę. Przez łepek onej przemknęła też myśl, by odwrócić się do towarzystwa i powiedzieć pogodnie „cześć”, ale ona nie chciała psuć zabawy.

Nawiasem mówiąc, po całym tym szalonym tygodniu ona też już nie wie, skąd jest i gdzie w tej chwili się znajduje; nie jest też do końca pewna, jak się nazywa, więc w sumie dobrze, że nieznajomi jej przypominają.
Dobrze za to wie, co będzie porabiać w najbliższą niedzielę i ta właśnie perspektywa utrzymuje ją przy – nazwijmy to – życiu. Niestety obawia się, że kolana będą jej się nieźle trzęsły, ale czasem to przyjemne.

Powiadam, jeśli przetrwam ten weekend, który sama sobie w chwili jakiejś straszliwej pomroczności zaplanowałam, zapominając, że potrzebuję drobiazgów typu sen na przykład – to wszystko przetrwam. Opowiem wam, gdy wrócę. Można przyjmować zakłady, dokąd wieczorem udaję się na niespełna 24 godziny, ale to przecież wszyscy wiedzą, więc nikt za dużo nie wygra.

*Gdybyście szukali powodu do wyjazdu sami-wiecie-dokąd, Globe będzie jesienią przenosił bardzo, bardzo piękne przedstawienie o Farinellim i królu na West End. W rolach głównych dużo świec, kontratenorzy i niejaki Mark Rylance, który za kanałem uznawany jest nie tyle za aktora, co za dobro narodowe.

The finest fury is the most controlled

No, mówiłam przecież.
Zmiana telefonu to jak klęczenie na grochu.
Moja karta SIM jest za duża. Nie wlezie do nowej maszynki. Szlag by tę całą technologię trafił.

Od wczoraj przebywam na gościnnych występach. Zaczęło się świetnie; podróż do biura zajęła mi skromne półtorej godziny zamiast zwykłych kilkunastu minut, bo przecież dlaczego nie. Pięć centymetrów śniegu w marcu to niebywale zaskakujące zjawisko, nieprawdaż. Dotarłam poirytowana (bardzo nie lubię się spóźniać) i z sierścią potarganą. I na dzień dobry stałam się świadkiem bardzo nieprzyjemnej sprzeczki, w której na moje szczęście nie musiałam brać udziału. Nawet gdyby ktoś mnie w sprawę postanowił wmieszać, wymieszałabym się błyskawicznie, ponieważ jako osoba z natury niekonfliktowa nie czerpię żadnej frajdy z dogryzania ludziom i nie znoszę tego rodzaju retoryki. Bywam złośliwa, jak każdy, ale mam bardzo niską tolerancję na złośliwość rozumianą jako uderzanie ad personam, uderzanie w stylu „ja jestem mądry, a ty głupi”. Obrażanie czyjejś inteligencji, publicznie zresztą i w wykonaniu dorosłego człowieka, w moich oczach jest jedną z najbardziej prostackich zagrywek, o jakie można pokusić się w dyskusji. W pewnym momencie, obserwując tę żenującą wymianę zdań – a właściwie nie tyle wymianę zdań, co bombardowanie pompatycznymi, pełnymi epitetów monologami z jednej strony i słabą obronę z drugiej – pomyślałam, że szkoda mi biednego człowieka; po co dał się w to w ogóle wciągnąć, zamiast odwrócić się na pięcie i odmaszerować po pierwszym agresywnym tekście.
Może przesadzam, ale obcowanie z kimś czerpiącym wyraźną satysfakcję z jeżdżenia po innych, z kimś, kto z jakiejś niezrozumiałej przyczyny obrał sobie za życiowy cel udowadnianie wszystkim wokół, jak bardzo są ograniczeni w porównaniu z Jego Cudownością, uruchamia mi w głowie wszystkie dzwonki alarmowe, poziom zaufania do delikwenta obniża do zerowego i wyrzuca czerwony napis UWAGA, PSYCHOL.
To wszystko zdarzyło się, nim zdążyłam wypić pierwszą kawę (no dobrze, pijam głównie mleko z kropelką lub dwiema kawy, ale jednak). Obawiałam się reszty dnia. Jak ja bym chciała móc obcować tylko z przyjaznymi ludźmi, ech.
Na szczęście dziś już wtorek, ba, nawet koniec wtorku, do niedzieli niedaleko. Trzymamy się przyjemnych dźwięków i nadchodzącego weekendu. To będzie jazda bez trzymanki, ale gdy już wpadło się na taki pomysł, nie ma innej możliwości, jak tylko stawić mu czoła.
– Kiedy znowu wyjeżdżasz?
– Ych… no… niedłuuugo… w… kwietniu?…
Nie mówmy o tym. Naprawdę, nie mówmy o tym.

Tell me people, am I going insane?…

Dni sobie płyną z podejrzanym spokojem, więc dla równowagi czytam taką oto wdzięczną książeczkę. Jest pasjonująca. Mam co prawda pewne podejrzenia, że któregoś dnia sama wyląduję w takim miejscu (w końcu jeden na czterech Polaków ma lub mieć będzie zaburzenia psychiczne, więc, że tak powiem, pewna szansa wylosowania szczęśliwego numerka jest), ale liczę, że ten dzień nie jest bliski.
Chyba że nastąpi w przyszłym tygodniu.
Bo plan jest taki – wyjeżdżam jutro na weekend do praszczurów, w poniedziałek wracam i po pracy jadę pracować w inną część naszej sielskiej krainy mlekiem i miodem płynącej, w piątek ponownie wracam, ażeby pójść na imprezę, w sobotę, nie zważając na kaca, wyjeżdżam do Warszawy, w niedzielę bladym świtem ze stolicy wyjeżdżam do… och, nie musicie wiedzieć wszystkiego, w każdym razie spędzam tam kilkanaście godzin, po czym wracam w poniedziałek i padam bez życia.
Mówię wam, uważajcie na to, o czym marzycie, bo jak wam wybuchnie w twarz…

A do tego mam nowy telefon i umieram z przerażenia na myśl o przenoszeniu wszystkich zdjęć, notatek i figlarnych esemesów z obecnej sfatygowanej zabawki, która jakimś cudem przetrwała stanowczo zbyt wiele upuszczeń i zdecydowanie nie wygląda jak telefon damy (nie pochlebiaj sobie, koleżanko). Ostatnim razem zajęło mi to dwa dni, wypełnione w całości potwornym złorzeczeniem i wygrażaniem. Bardzo to fajne, że noszę w kieszeni coś, co mogłoby wysłać człowieka w kosmos, ale z drugiej strony nadążanie za technologią wymaga coraz większego wysiłku. Czy wy też unikacie samoobsługowych kas w sklepach? Bo ja się nabawiłam swoistej fobii i nie potrafię samo-się-obsłużyć tak, żeby na mnie te maszyny nie krzyczały, że coś robię źle, choć skwapliwie podążam za instrukcją. To jak mam się nie bać nowego telefonu?

Why so serious?

Och, ten pierwszy dzień po wakacjach, gdy człowiek gapi się tępo w monitor i nie rozumie maili, które czyta, a każdą czynność okupuje nadludzkim wysiłkiem. Tak by sobie tylko posiedział. A najlepiej kocyk na głowę naciągnął. Ukojenie niosą niezmierzone dobra internetu, więc mogę nadal spędzać wieczory z moimi wszystkimi nowymi i starszymi miłościami, przynajmniej zanim nie dojadę do końca YouTube’a.

Czy już wszyscy zdążyli ponarzekać na słabość Oscarowego filmu, antypolskość, brzydkie sukienki i to, że reżyser w przemówieniu zrobił z Polaków ochlaptusów? To teraz ja ponarzekam – otóż nigdy, przenigdy, przeprzenigdy nie zrozumiem, czemu mój drogi naród z niczego nie może być od początku do końca zadowolony. Zawsze coś źle. Można by się po prostu cieszyć, ale nie. W pewien sposób nawet podziwiam umiejętność niektórych ludzi do reagowania fochem na najradośniejsze nawet wydarzenie, a jeszcze bardziej podziwiam to, że życia im nie szkoda. Bywam pod wrażeniem, z jakich drobiazgów można zrobić powód żarliwego protestu, krucjaty i osobistej śmiertelnej obrazy. Mnie by się nie chciało tak czepiać.
Nawiasem mówiąc, jestem bardzo ciekawa, co by zrobił ten osobnik, któremu tak przeszkadzało napomknienie o wstawionych przyjaciołach, gdyby to jego znajomy akurat Oscara odbierał. Wstał i odśpiewał „Rotę”? Bo ja z pewnością wznosiłabym toasty. Ale ja to zepsuta jestem i zdemoralizowana, wiadomo.
No dobrze. Dość już o tym wszystkim powiedziano przecież.

A w ogóle to, panie i panowie, przyszłam tutaj, żeby poinformować, iż wydarzyła się rzecz na pograniczu prawdopodobieństwa (to jak całe moje życie ostatnimi czasy, nieprawdaż). Autorkę kopnął zaszczyt i ktoś w końcu docenił. Dostała mianowicie awans.

PS Jakby tego było mało, blogasek właśnie mnie poinformował, że jest to mój tysięczny post. Kwiaty, czekoladki (tylko bez marcepanu), Veuve Clicquot, liściki miłosne lub wyrazy ubolewania na poste restante.

Can you love? Can your blood bubble, flesh melt, thighs twitch, heart burst for love?

Prawda jest taka, że z urlopów w Londynie zawsze wracam zmęczona. Niewyspana, bo kładę się późno i nie mogę zasnąć, a potem nagle niebo za oknem jaśnieje, ptaki śpiewają, śmieciarki się tłuką. I wrażeń za dużo. Znajomi. Koktajle. Tłok w metrze, tłok na ulicach. Bezmiar frustracji w księgarniach, które mają zbyt dużo pięter i działy poświęcone musicalom. Codziennie spektakl, dwa w niektóre dni. Chwilami nawet chcę już polecieć do domu i odpocząć.
Ale gdy samolot mnie unosi i widzę rzędy wiatraków obracających się miarowo w kanale La Manche, podbródek mi drga i jestem najbardziej nieszczęśliwą osobą na świecie. Widok tych wiatraków z drugiej strony jest jakiś ładniejszy. Zostawiam za sobą coraz więcej.
Nie chcemy o tym mówić. To coś, co niżej podpisana musi rozwiązać sama i w życiu pozablogowym.

Gotowi na długi wpis? Zresztą nieważne, gotowi czy nie, i tak będzie.
W sześć dni zobaczyłam osiem przedstawień – gdy człowiek rusza się z domu, chce wycisnąć z wakacji jak najwięcej. Ale to nie był dobry pomysł. Oczywiście szkoda sobie odmówić, ba, chciałoby się obejrzeć jeszcze więcej, tylko że… Tylko że to dość wyczerpujące. Może gdybym wybierała sobie same leciuchne musicale i ucieszne farsy, nie byłoby problemu, ale znacie moje upodobania. Masochizm w czystej postaci. Najlepiej, gdy spędzam dwie godziny, siedząc przejęta na brzeżku krzesła, podczas gdy przedstawienie łapie mnie za włosy i wali moją głową o futrynę, obrazowo rzecz ujmując. Jak niby miałabym dobrze się czuć po blisko tygodniu tak intensywnych doświadczeń?…
Zaczęłam od nocy z Regiem – i z nim też zresztą skończyłam, ale o tym później. Obudziłam się 14 lutego zupełnie nieświadoma faktu, że ten dzień będzie jednym z najprzyjemniejszych w mojej dotychczasowej karierze; wcale nie dlatego, że ktoś z czerwoną różą w zębach na wycieraczce stał. O nie. Coś znacznie lepszego. Można jednak powiedzieć, że nasza bohaterka troszeczkę się jakby zakochała.
(Jeśli uważacie, że w tym miejscu stosowny byłby komentarz „Boże, znowu” – to proszę bardzo).
Po kolei.
Sobota w Londynie oznacza na ogół, że na ulicach kłębią się dzikie tłumy i czasami człowiek porusza się w osobliwym ludzkim korku. Ale – może przed tym przerażającym chwilami tłokiem w bardzo prosty sposób uciec, bo sobota w Londynie oznacza również, że można pójść na dwa przedstawienia, jedno po południu i kolejne wieczorem, przerwę pomiędzy wykorzystując na przekąskę lub drinka. I tak właśnie na ogół robię.
Pierwsze było The Nether. Rzecz w najczystszym tego słowa znaczeniu przerażająca i poruszająca tematy najbardziej niewygodne z niewygodnych.
Jeśli zastanawiacie się, czy w ogóle da się wystawić na scenie cyberthriller, odpowiedź brzmi – da się. Rozwiązania wizualne wciskają w fotel, to jest niebywale efektowne, momentami wręcz zachwycające. Szkoda mrugać, powiedziałabym. Ale w tej oszałamiającej scenografii rozgrywa się historia absolutnie paskudna, przyprawiająca widza o niepokój, o obrzydzenie, o szok nawet. Wychodząc, czułam się, jakbym była brudna.
Opowieść toczy się w niezbyt dalekiej przyszłości, w świecie niemal całkowicie zwirtualizowanym, w którym internet doczekał się swojej policji. Dociekliwa pani detektyw (Amanda Hale, bardzo przejmująca, tak drobna, że niemal tonie w swoim czarnym ubraniu, ale z wielką mocą przykuwania na sobie uwagi) przesłuchuje człowieka, który w tytułowym The Nether – w sieci, znaczy – stworzył kryjówkę dla poszukujących przyjemności, wyglądającą jak sielska wiktoriańska posiadłość. Goście kryjówki pod postacią awatarów mogą spędzać w niej czas w towarzystwie słodkich dziewczynek. Mogą robić z nimi, co zechcą. Po wszystkim mogą je nawet zatłuc. One same podadzą im narzędzie.
Widz zostaje z masą nieprzyjemnych pytań. Czy wirtualna zbrodnia popełniana w wirtualnej rzeczywistości to nadal zbrodnia, czy tylko wytwór chorej wyobraźni? Czy dzieci w kryjówce naprawdę istnieją – a jeśli są tylko awatarami, to czy w ogóle można je skrzywdzić? Czy gdy podaję się za kogoś, kim nie jestem, żeby dostarczyć komuś perwersyjnej przyjemności, to ponoszę część winy? Czy w internecie naprawdę wszystko jest dozwolone i mogę przybrać dowolną tożsamość, tak dla zabawy? I czemu detektyw jest tak obsesyjnie zaangażowana w śledztwo?
Dzieci w tym spektaklu są grane przez dzieci – podobno chronione na wszelkie sposoby przed jakąkolwiek możliwością zapoznania się z całością tekstu. To dokłada ciężaru, bo gdy widzicie dziewczynkę zsuwającą ramiączko sukienki przed dorosłym mężczyzną… Ugh.
Mocne, powiadam. Bardzo mocne. Wyszłam, powłócząc nogami i z uczuciem, że potrzebuję długiego, gorącego prysznica oraz szorstkiej gąbki, żeby z siebie zmyć to wszystko.
I taki właśnie w mojej opinii powinien być teatr. Powinien jechać po bandzie i mówić widzowi „nie obchodzi mnie, że unikasz tego tematu – PATRZ”.
Jeżeli chcecie sami sprawdzić, jak to jest, możecie się zalogować.
Pozbierawszy się do kupy, ruszyłam w kierunku Trafalgar Square.
Nie miałam ogromnych oczekiwań związanych z tym przedstawieniem. Pierwsze sceny nieszczególnie mnie ruszyły. Ale potem na scenie pojawiła się niezbyt wysoka postać w mnisim kapturze i przepadłam. Trudno nie zapałać sympatią do głównego bohatera, choć to bez dwóch zdań psychol myślący, że jest Chrystusem, relaksujący się na krzyżu i odpowiadający „Yes?” na cudze westchnienia „My God…” – co prawda zostaje z tego przekonania uleczony, ale od razu rodzi się w nim inne, znacznie gorsze.
You deserve a big kiss.
– Not here in the garden. Last time I was kissed in a garden – it turned out rather awkward.

McAvoy, niezależnie od tego, czy w samych majteczkach zasuwa na jednokołowym rowerku z podziwu godną wprawą, czy w jedwabnym surducie wymachuje strzelbą, ma tak niebywałą charyzmę, że uwodzi natychmiast. Jesteście cali jego. Nic nie da się zrobić, medycyna jest bezradna. Ale on jest też cały dla was. 150% sił witalnych wkłada w pracę. Chłopak od razu łapie kontakt z publicznością, między nią a nim wytwarza się jakieś takie elektryczne porozumienie, które owocuje tym, że każdy jego geścik czy uśmieszek wywołuje u widzów błyskawiczną reakcję (i euforyczną owację na stojąco, na którą mały bez dwóch zdań zasłużył). Tu trzeba zaznaczyć, że dotychczas nie byłam jego zagorzałą fanką – właściwie to był mi całkowicie obojętny. Tymczasem w sobotę miałam dzięki niemu absolutnie fantastyczne Walentynki i szłam wieczorem przez miasto rozpromieniona jak po nadzwyczaj udanej randce.
Nawet mi pobłogosławił mój interval drink, o.
wpid-dsc_0038.jpg
I ten uśmiech, mój Boże, gdy on się uśmiecha do widowni, to aż chce się zabrać go do domu. Tak się cieszył z oklasków, że prawie świecił.
To szalone i groteskowe. W kosmos odjechane. Mamy morderstwa, wyuzdane praktyki autoerotyczne, zjadane żarówki, potwory, a przede wszystkim głęboko zaburzonych przedstawicieli wyższych sfer, którzy nie cofną się przed niczym, by obronić miejsce na świeczniku. Całe to barwne wariactwo podszyte jest nieprzyjemnie gorzką ironią. Naprawdę wyśmienity wieczór.
– How do you know you’re God?
– Simple. When I pray to Him I find I’m talking to myself.
Następnego dnia było to nieszczęsne rozdanie nagród, vide poprzedni wpis, a potem nastał poniedziałek. Brzydki, mokry poniedziałek i autorka miała ochotę spędzić go w całości pod kołdrą, ale przecież nie po to leci się 1300 kilometrów, żeby się w pościeli wylegiwać. Udając, że nie dotyczy mnie kapiący z nieba paskudny deszcz, powędrowałam na południowy brzeg. Bardzo lubię tamte okolice, bo są pełne skarbów i cudnych zakątków, można świetnie zjeść na Borough Market, a poza tym widok gotyckiej wieży stareńkiej katedry Southwark na tle migoczących szklanych ścian zawsze robi na mnie wielkie wrażenie. Nawet w ponury poniedziałkowy wieczór, gdy czuję, jak przecieka mi kaptur.
wpid-dsc_0006.jpg

wpid-dsc_0011.jpg
Southwark Playhouse to jest bardzo sympatyczne miejsce, zupełnie inne od całej tej oszalałej, jazgotliwej karuzeli West Endu. Mają arcyprzyjemną knajpeczkę – gdybyście przyszli zziębnięci, służą herbatą za funta – i znani są z wystawiania bardzo dobrych, niesztampowych przedstawień. To, które widziałam, istotnie było bardzo dobre, choć nie mogę powiedzieć, żebym opuściła widownię uśmiechnięta – wprost przeciwnie.
Gods and Monsters to podkolorowana opowieść o ostatnich dniach Jamesa Whale’a, reżysera słynnego Frankensteina z Borisem Karloffem w roli monstrum; o bardzo smutnych dniach, bo Whale, mocno podupadły na zdrowiu i samotny, ogromnie cierpiał – w końcu popełnił samobójstwo. Utopił się we własnym basenie (mimo przygasłej sławy ciągle był zamożnym człowiekiem). Sztuka opowiada o tym, jak emerytowany reżyser, który odsunął się od blichtru Hollywood, przeżywa krótką, ale intensywną fascynację ogrodnikiem, eksżołnierzem zbudowanym jak grecki bóg, którego zachęca do pozowania mu do szkiców. Niestety nic dobrego z tego wyjść nie może, choć dwaj skrajnie różni mężczyźni mimo wszystkich napięć i dramatycznego zwrotu akcji jednak zbliżą się do siebie. Nawet nowe oczarowanie i niespodziewana późna przyjaźń nie uratuje głównego bohatera przed tragedią.
To taki spektakl, w którym nie ma żadnych fajerwerków i gwiazd, ale tę historię człowieka rozstającego się z życiem, udręczonego chorobą sprawiającą, że rzeczywistość myli mu się z wytworami wyobraźni i nawiedzanego przez bolesne wspomnienia utraconej miłości ogląda się z zapartym tchem. Przy okazji ogląda się mnóstwo męskiej nagości w bardzo śmiałych konfiguracjach, ale znowu, to nie jest błyskanie tyłkiem dla samego błyskania tyłkiem. Nawiasem mówiąc, obiekt zachwytów głównego bohatera ma więcej mięśni w jednym ramieniu niż ja w całym ciele. Patrzenie na niego momentami jest aż niekomfortowe. Co nie zmienia faktu, że to świetny i wzruszający spektakl.
Obejrzałam, podążyłam pustym Millennium Bridge (jak ja lubię mieć cały ten widok dla siebie)
wpid-dsc_0012.jpg
do wygodnego łóżka i zasnąć oczywiście nie mogłam, choć bardzo chciałam być wypoczęta przed obfitującym w dalsze wrażenia wtorkiem. A wtorek był wyjątkowo piękny, niebo bez jednej chmurki, można było iść przez Bankside w rozpiętym płaszczu i czuć się jak pani wszechświata czy coś w tym guście. Poczucie zdecydowanie wzmacniał fakt, że wczesny lunch z przyjaciółką zakończył się deserem, bez dwóch zdań cudownym deserem, ale było dla mnie pewnym zaskoczeniem, iż głównym składnikiem żurawinowego crème brûlée był gin. Tak czy inaczej, przez cały dzień nieco unosiłam się nad ziemią, bo och, wieczorem Closer, och, Rufus Sewell we własnej osobie, och, z tym przeszywającym spojrzeniem, och! Umościwszy się w ciasnej przestrzeni Donmar Warehouse, byłam podekscytowana jak dziecko… i cała moja ekscytacja niedługo później była mglistym wspomnieniem, a ja coraz dotkliwiej odczuwałam, jak niewygodnie mi się siedzi. Jeśli sztuka jest dobra, jeśli do was trafia, zapominacie o bożym świecie i tym, że architekt projektował widownię z myślą o pozbawionych czucia w ciele karzełkach. Jeśli nie, z każdą minutą utwierdzacie się w przekonaniu, że projektował ją z myślą o pozbawionych czucia w ciele karzełkach. To przykre jest, wiecie, gdy staczacie walkę o bilet, przez długie tygodnie nie możecie się doczekać, a gdy wreszcie nadchodzi godzina zero, zachodzicie w głowę, czy to wasze oczekiwania były tak rozbuchane, czy może po prostu coś tu nie do końca się udało.
Nie kumam. Tekst jest poruszający, dla wielu to coś w rodzaju manifestu pokolenia, które samo nie wiedziało, czego szuka w relacji z drugim człowiekiem. Wszystkie te zdania, tak bliskie, że aż chciałoby się je sobie wytatuować.
I love everything about you that hurts.
What’s so exciting about truth? Try lying for a change.
Men want a girl who looks like a boy. They want to protect her but she must be a survivor; and she must come like a train but with elegance.

Have you ever seen a human heart? It looks like a fist, wrapped in blood.
Tyle mocnych słów, tacy świetni, charyzmatyczni aktorzy. Można było mieć nadzieję, że z takiego połączenia wyjdzie czysty dynamit, że to będzie eksplozja i wielokrotny teatralny orgazm. No i ja miałam. Nadzieję. A czułam się, jakby ktoś do mnie wystrzelił najwyżej z tuby confetti.
To nie było złe, ale chyba nawet wolałabym, gdyby było wyraźnie spieprzone od początku do końca, skoro już nie mogło mnie porwać. A było po prostu letnie. Grzech letniości jest trudny do wybaczenia.
Ale – przy kolejnej wizycie Postman’s Park, tak ważne miejsce w tej sztuce, koniecznie odwiedzę.

Na szczęście nadeszła środa, kolejny z podwójnych dni. Podwójny wskutek zbiegu okoliczności, przy czym o tym za chwilę.
Miałam iść tego dnia tylko na Widok z mostu, choć byłam na nim już raz, w maju ubiegłego roku. Ku mojej radości spektakl postanowiono wznowić – z tą samą fenomenalną obsadą, ale w innym teatrze. A że miejsce inne, to i ludzi trzeba było usadowić inaczej. W oryginalnej wersji widownia otaczała scenę z trzech stron. W dostojnym XIX-wiecznym Wyndham’s Theatre takiego rozwiązania zastosować się nie dało, więc pokuszono się o inne.
Część miejsc dla widzów umieszczono mianowicie na scenie. Niżej podpisana właśnie takie miejsce dla siebie zorganizowała. Oczywiście była wniebowzięta – choćby dlatego, że tym sposobem po raz trzeci w ciągu roku znalazła się na scenie na West Endzie (niezły wynik, ech?). To fascynujące, bo rzędy siedzeń umieszczono dokładnie w miejscu, w którym scena przechodzi w kulisy i z jednej strony widzicie zapełniającą się w dole widownię, wspinające się wysoko balkony, kryształowe żyrandole i złocone stiuki – a z drugiej odrapane cegły, hydrant, telefon, jakieś frapujące pokrętło z napisem DANGER 400 VOLTS, plątaninę kabli, wajchy Bóg wie czemu służące, strome stalowe drabinki wysoko nad sceną, reflektory obracające się z cichym szmerem. Gdy w finałowej scenie z sufitu spływa zabarwiona na czerwono woda, czujecie jej ohydny, chemiczny zapach. Jesteście tak blisko, że widzicie włoski jeżące się na przedramieniu aktora. Niesamowite. A jeszcze bardziej niesamowity był Mark Strong metr ode mnie. Słowa nie opiszą geniuszu i zwierzęcości tego człowieka.
Ktoś o tym przedstawieniu napisał, że to tak, jakby siedziało się na torach i wpatrywało w nadjeżdżający szybko pociąg, ale nie mogło się ruszyć. Zazwyczaj publiczność jakieś tam dźwięki wydaje – ktoś kaszlnie, ktoś odkręci butelkę z wodą, ktoś zaskrzypi fotelem. A tu momentami panowała cisza tak absolutna, jakby widownia bała się oddychać. Co zresztą jest prawdą. To przedstawienie wstrząsa i sprawia ból. Doskonale się to ogląda, ale nie ogląda się tego miło.
Jest taka przykra scena, w której Eddie Carbone jest okładany pięściami przez swoją ulubienicę, osieroconą siostrzenicę żony. Z bliska to wygląda strasznie, bo aktorka naprawdę wali weń z całych sił. Jest od niego mniejsza o połowę, on ją nosi prawie jak kubek czy gazetę, ale w tej jednej scenie ona go z całą energią bije. Słyszycie ten głuchy dźwięk zaciśniętych dłoni uderzających z impetem w ciało. Potworne.
Sponiewierana i zapłakana publiczność nagrodziła wykonawców owacją jak huragan. Przy okazji byłam świadkiem jednego z najbardziej kuriozalnych zachowań, o jakie może się pokusić czyjś wielbiciel. Brrr. Podziwiam czasem ludzi za odwagę – czy może raczej za brak poczucia obciachu – natomiast zatrważa mnie pragnienie natychmiastowego bratania się z idolem. Może i lubi nam się wydawać czasami, że ich znamy; tyle razy ich widzieliśmy, że to prawie starzy kumple. Nic tylko po pleckach klepać. Tylko że oni nas nie znają. Nie wiem, co musiałoby się stać, jak bardzo musiałabym być odurzona, by rzucać się z rękami do obcego człowieka (nie żebym parę razy w życiu nie miała na to ochoty).

– W tym spektaklu nie ma przerwy, więc przepraszam, ale muszę spytać, czy pani była w łazience, bo miejsc na scenie nie można opuszczać w trakcie, chyba że będzie ewakuacja – powiedziała miła dziewuszka z obsługi. – Gdyby pani na przykład źle się poczuła i jednak musiała wyjść, to ja siedzę tu z tyłu na krzesełku, proszę dać mi dyskretnie znać…
I rzeczywiście, siedziała. Codziennie sobie siedzi na krzesełku, oglądając Stronga zza kulis. Dziewczyno, masz najlepszą pracę na świecie.

Wyszłam z teatru i już miałam dreptać do hotelu, gdy coś mnie tknęło. Zamiast pójść prosto do stacji metra tuż obok, skręciłam nazad w Shaftesbury Avenue.
Strasznie chciałam zobaczyć My Night With Reg jeszcze raz – wątpiłam w powodzenie tego chcenia, gdyż bilety drogie, a spektakl prawie wyprzedany. Pomyślałam mimo wszystko, że wstąpię do teatru i spytam o coś, co się zowie day seats, czyli bileciki wypuszczane w dniu przedstawienia, zwykle dużo tańsze i nierzadko w przednich rzędach.
– Nie ma – powiedziała miła pani w kasie. – Ale zwolniło się miejsce w loży, tuż przy scenie. Chce pani?
Wyobraziłam sobie cenę takiego biletu i zmartwiałam na chwilę. Mimo wszystko przybrałam minę osoby, która nocuje w Ritzu i grzecznie spytałam, ile za to.
– Dziesięć funtów – odrzekła pani, a autorka w ułamku sekundy wysupłała stosowny banknot.
Powiem wam, że jest to nawet dość przyjemne, gdy obsługa otwiera przed wami drzwi do waszej prywatnej (no, trzyosobowej raptem), intymnej, ciemnej loży znajdującej się na wyciągnięcie ręki – dosłownie – od sceny. I oglądacie sobie, siedząc jak jakaś wielka persona, łapiąc spojrzenia aktorów. Myślę, że to było najlepsze zakończenie wycieczki, jakie mogłam sobie wyobrazić. A chłopaki naprawdę są cudowne. Gross indecency! – takie wznoszą toasty, aż się chce je pożyczyć. Nawet ubolewam nieco, że nie pobiegłam na tyły po spektaklu, żeby im napiszczeć, jacy są wszyscy fajni, ale mnie takie rzeczy trochę za dużo nerwów kosztują. Za to przynajmniej wiem, jak Lewis Reeves mówi, gdy nie mówi z akcentem z Birmingham, wybitnie antykoncepcyjnym moim zdaniem. To przedsięwzięcie nie mogło się nie udać, jeśli zebrało się inteligentnych aktorów, między którymi wytwarza się zaraźliwa chemia i którym wspólna praca wyraźnie sprawia przyjemność. I widzicie, to jest właśnie ta wielka zagadka teatru – ze spektaklu, w którym teoretycznie nic nie miało prawa zawieść, najlepiej zapamiętałam znakomite Mai Tai w teatralnym barze i to, że bałam się, że zakładając nogę na nogę, kopnę w głowę widza rząd niżej; a z innego, który opowiada historię pozornie przeterminowaną, odpuszcza sobie ruchomą scenografię i inne wodotryski, w ramach dodatkowych atrakcji serwując widzom tylko znane na pamięć dźwięki Bowiego i The Police, wychodziłam oczarowana.
What I really want to do is join the police.
– Are you musical, then?

Potem już tylko hotel, rozbebeszona walizka, mokre włosy na poduszce, budzik ustawiony na czwartą trzydzieści – ale zamiast jak najszybciej zasnąć, gapiłam się bezmyślnie to w Sky News z wyłączonym dźwiękiem, to w sufit, to w wieżę zegarową St Pancras za oknem, słuchając w kółko tej samej piosenki.

I to wszystko. Gratuluję, ściskam rękę, składam pocałunek w stylu Breżniewa i wręczam osobisty order każdemu, kto dojechał do końca.
Teraz trzeba tylko będzie powoli, pomaleńku wrócić do moich pospolitych realiów – i do mieszkania, w którym zastałam rozkoszną temperaturę 14 stopni Celsjusza, bo oszczędnie wyłączyłam ogrzewanie przed wyjazdem. Obawiam się, że wcale nie wróciłam nie na długo, ale to osobny rozdział.
Znam już chmury po drodze; koło tej dużej w lewo, i zaraz będzie dom… wpid-dsc_00272.jpg.jpeg

What’s off stage

Trzeba być mną, żeby w drodze na upstrzone celebrytami wydarzenie (czerwony dywan, flesze, piski, te sprawy) prawie zgubić obcas. Bucik mi się zepsuł. Chwiejnym bardzo krokiem, ale z podniesionym czołem weszłam do teatru. Ubolewam po fakcie, że bucika nie porzuciłam, wychodząc, bo akurat stały tam moje dwa ulubione książęta, och, panie Bateman, jaki pan wysoki z bliska, a ten niepozorny okularnik obok to kto?… Achh, tak. Na zarumienioną od ginu, podekscytowania, gorąca i wysiłku wkładanego w zachowanie równowagi na rozkołysanym obcasie twarz autorki wypłynął odruch warunkowy. Ot, moje szczęście – zawsze wpadnę na kogo trzeba.
Do hotelu nie tylko wróciłam w obu pantofelkach, ale jeszcze skrzypiącym metrem zamiast karocy. Muszę chyba trochę popracować nad moją kopciuszkowatością.
Przechodziłam pod teatrem, w którym cały ten cyrk miał miejsce, przed południem i jakież było moje zdziwienie, gdy pod zamkniętymi jeszcze na trzy spusty drzwiami spostrzegłam przykryte śpiworami małolaty. O osiemnastej stężenie małolat przekraczało wszelkie dopuszczalne normy; ochrona wyłuskiwała spomiędzy tej hordy publiczność z biletami unoszonymi w garści nad głową.
Wieczór był słodki – towarzystwo, koktajle, wspaniałe śpiewające głosy, sławni ludzie ocierający się o mój płaszczyk w foyer, czarujący we własnej osobie Tom Hiddleston, który ku ogromnemu zaskoczeniu widowni wparował na scenę, żeby odebrać nagrodę za best play revival, to jest „Koriolana”… (on na żywo wygląda jak przecinek, dłuuuugi i cienki). Niemniej niżej podpisana jest zirytowana niezmiernie, bo wygrali nie ci, którzy wygrać powinni byli.
Wygrali najbardziej popularni.
Nie dziwi mnie to, ale szkoda trochę. Nasza biedna wstydliwa słabość (och, te kujońskie pingle, i jeszcze z mamą się przyszło; mówię przecież, że toto jest urocze nie do zniesienia) nie miała szans, choć zapracowała. Mark Strong, który samym spojrzeniem wgniata widza w podłogę i rozciera po niej to, co z wstrząśniętego widza pozostało, przegrał z Doktorem Who. Helen McCrory, nad której Medeą rozpływałam się tu przynajmniej dwukrotnie, przegrała z towarzyszką Doktora Who. Facet siedzący obok mnie parsknął, gdy to ogłoszono. I to najlepsze podsumowanie.
Otoczka była bardziej fascynująca niż sama impreza, która w sumie sprowadzała się do wymieniania sponsorów i błyskawicznego przechodzenia od kategorii do kategorii. Byłam, widziałam, zapisałam w pamiętniku, wnukom opowiem, ale nie będę drzeć szat, jeśli więcej tam nie trafię.
Tak czy inaczej, to ciekawe doświadczenie, bardzo absurdalne i troszkę baśniowe – przeciskając się przez tłum przed wejściem w rytmie trzasku migawek, przez chwilę macie wrażenie, że jesteście w centrum wszechświata. Bardzo pięknego, pachnącego, lśniącego wszechświata, w którym nie istnieją żadne mroki i zmartwienia.

There’s a starman waiting in the sky

Obiecałam, że będą słabe zdjęcia i proszę. Luty, godzina szósta, mgła i szron. I niemiłosiernie zaspana autorka marząca o drzemce. Marzenie się spełniło – zasnęłam i obudziłam się już nad morzem.

image

Miasto, którego nie ma, przywitało mnie ponad godzinną kolejką do kontroli paszportowej – uroczo z ich strony, doprawdy. Dotarcie do centrum zajęło mi więcej czasu, niż lot z Polski. Nie spieszyłam się na szczęście. Teatr przecież dopiero wieczorem.
W ulewnym deszczu dotarłam na Shaftesbury Avenue, głośną, pstrokatą, pachnącą chińską kuchnią – Soho w najpełniejszym wydaniu. Weszłam na widownię, zajęłam miejsce i po kwadransie wiedziałam, że chcę to zobaczyć jeszcze raz. Ot, niby zabawna historia, starzy kumple spotykają się w domu jednego z nich i wspominają stare czasy. Są bardzo różni, od pociesznego, przeraźliwie samotnego grubaska po seryjnego łamacza serc nieznośnie świadomego swego uroku, ale mają coś wspólnego – wszyscy są gejami i w życiu każdego z nich znaczącą rolę odegrał (lub dopiero odegra) tajemniczy Reg. Ten obiekt powszechnych westchnień stanie się nemezis każdego z bohaterów. I tu właśnie historia przestaje być zabawna, a serce widza do ostatniej sceny będzie powoli, metodycznie i boleśnie łamane.
To właśnie to przedstawienie, na które tak bardzo chcialam pójść i na które przypadkiem upolowałam bilet za dychę. Intuicja mnie nie zawiodła.
image

To również przedstawienie, w którym są nadzy mężczyźni, owszem, przeoczyć części intymnych nie sposób, ale opowieść tę nagość uzasadnia. Dodać muszę, że właściciel ocenzurowanych pośladków (Lewis Reeves, zapamiętajcie na wypadek, gdyby został sławny) jest jedną z najpiękniejszych istot ludzkich, jakie w życiu widziałam – ta niewinna twarzyczka, mój Boże. Spójrzcie na ten profil. Do tego świetnie mówi z okropnym akcentem z Birmingham, uchodzącym tutaj za najbardziej obciachowy. Aż chciałabym usłyszeć go mówiącego po swojemu.
Oglądanie z pierwszego rzędu to dziwne doświadczenie. Trochę tracicie przez żabią perspektywę, ale za to macie na wyciągnięcie ręki aktora z jego najdrobniejszym grymasem, kolorem tęczówek, zmarszczkami, zapachem, mokrym czołem, piętami i… no, tym, co akurat było w pakiecie przy okazji tego przedstawienia. Pierwszy rząd to niemal kulisy. Widzicie, jak to nazywa mój znajomy aktor, samo mięcho. To dość ekscytujące.
Bardzo, przebardzo muszę jeszcze raz. Jeden z wieczorów mam ciągle niezagospodarowany, więc może się uda.
A dziś podobno jakieś święto zakochanych? To się świetnie składa. Słońce świeci, ptaszki za oknem śpiewają, więc przepraszam, ale zostawiam was i idę się zakochiwać.

On a steel horse I ride, and I’m wanted dead or alive

Poniższy wpis będzie nawiązaniem do wpisu poprzedniego. Będzie też wyjaśnieniem, dlaczego moje mieszkanie nie doczeka się remontu nie tylko w tym roku, ale i chyba w kolejnym.
Nigdy nie byłam zbyt mocna z przedmiotów ścisłych. W liceum byłam pierwsza do udziału w konkursach recytatorskich i podśpiewywania w chórkach w kapeli kumpla, wypracowania z polskiego pisałam połowie klasy, ale wszystkiego z cyferkami nienawidziłam serdecznie. Teraz na szczęście w obcowaniu z nimi wyręcza mnie technologia. Wtedy szukałam każdej okazji, żeby zwolnić się z lekcji, aż któregoś dnia, gdy znowu pokrętnie się tłumaczyłam z nieprzygotowania, moja nauczycielka chemii westchnęła:
– Ty jesteś niepoprawna.
Kilkanaście lat później te słowa pozostają aktualne i nadal nade mną wiszą; być może powinnam wydrukować je sobie na wizytówce: Panna Iksińska, niepoprawna, do usług.
Oto dowody mojej niepoprawności, nieuleczalności oraz tego, że rozum opuścił autorkę na dobre dawno temu. Autorka nie jest pewna, gdzie zamieszkał, ale z pewnością daleko.

Małe zadanie z cyklu „porównaj obrazki”.
W ubiegłym roku do mojej skrzynki pocztowej spłynęło coś takiego. To już wam pokazywałam.
RND

Dziś dla odmiany do mojej skrzynki pocztowej spłynęło coś takiego.
dead

Droga redakcjo, czy to jest normalne, żeby mieć plany na październik w lutym?
Mówiłam przecież, że to sekta. Raz pójdziecie i już na was lepką sieć zarzucają.
Coś zresztą jest na rzeczy – dzięki czytankom dorobiłam się różnych interesujących znajomych po obu stronach kurtyny, poznałam zakamarki Londinium, o których nie miałam pojęcia (i do których nie zawsze wolno ot, tak sobie wejść) i zdobyłam wiedzę, która jest mi absolutnie do niczego niepotrzebna, ale jest fascynująca. Wiem, rozpływałam się na ten temat wielokrotnie, przy czym to mój blogasek i mogę. Poza tym szczerze zachęcam do rozważenia uczestnictwa w takim wydarzeniu, jeślibyście przypadkiem planowali wycieczkę do Brytfanny. Czytanka mają tę przewagę nad pospolitymi wizytami w teatrze, że widz idzie na własne ryzyko, pojęcia nie mając, co go czeka. Jeszcze większym ich urokiem jest to, że podczas, w trakcie i po wszystkim panuje cudownie swojska, zrelaksowana atmosfera. Dlatego wracam, gdy tylko mogę. Nie jestem wcale jedyną cudzoziemką, która musi pokonać ponad tysiąc kilometrów, żeby wziąć w tym udział. Nawiasem mówiąc, o ile innostrańcy najeżdżający West End na drugim brzegu rzeki nikogo nie dziwią, o tyle tutaj, gdy tylko komuś nieostrożnie się przyznacie, skąd was przywiało, natychmiast stajecie się ciekawostką.
A mój pierwszy raz pamiętam doskonale. Wlazłam nieco zdezorientowana do foyer teatru, który za całe to zakrojone na 30 lat przedsięwzięcie odpowiada, a tam miły pan popatrzył na mój bilet i powiedział:
– Ale to nie tutaj. To chyba w naszej sali prób za rogiem, pierwsza w lewo…
Poszłam zatem do sali prób za rogiem, pierwsza w lewo. Zapytałam kolejnego miłego pana, czy to tutaj, a on pokręcił głową.
– Nie. Chyba w tym budynku naprzeciwko… Tak, na drzwiach wisi kartka.
No i rzeczywiście, na szklanych drzwiach zupełnie przeciętnego biurowca wisiała kartka z logo i napisem „Ahem! Please queue here”. Za tym pierwszym razem pysznie się bawiłam, ale przyznać trzeba, że czułam się jak intruz – jak ktoś, kto niechcący wbił się na czyjeś urodziny; za trzecim natomiast uświadomiłam sobie, że rozpoznaję większość publiki. I co prawda teraz te urocze imprezki mają swoją bardzo wytworną siedzibę, niemniej i tak lepiej sprawdzić, czy na pewno akurat tam należy się stawić.

Chciałabym powiedzieć, że to wszystko i nie podjęłam żadnych więcej wariackich decyzji.
Niestety.
Siedziałam wczoraj rano, słuchając jednym uchem opowieści koleżanki o tym, że ona chciałaby pomalować kuchnię na biało, a mąż na beżowo (suspens mnie zabijał, doprawdy) i przeglądając jednym okiem newsletter, gdy wtem oko zauważyło w newsletterze coś, co sprawiło, że natychmiast się ożywiłam i stoczyłam ze sobą krótką wewnętrzną walkę, a reszta jest milczeniem.

No dobrze. Czas wyjść pomnażać PKB, a następnym razem odezwę się już chyba z obcych krain. Jak zwykle jestem podekscytowana do granic wytrzymałości i najchętniej już pojechałabym siedzieć na lotnisku, wypadałoby mimo wszystko najpierw się spakować czy coś. Przede mną bardzo intensywny tydzień – przed wami natomiast, obawiam się, kilka przekrzywionych zdjęć, dużo rozwlekłych wynurzeń na tematy, które nie interesują nikogo poza autorką (aczkolwiek będzie też o golasach, innych golasach i o celebrytach). Podobno jest ciepło, więc będę mogła zabrać mój ukochany płaszcz. Bez niego ani rusz.

PS No i widzicie, wszystko się da, gdy człowiek odpowiednio się uprze. Głosowałam na niego. Cudowna historia.
Mam nadzieję, że w tym drugim głosowaniu też mi się – tfu tfu, ściskamy kciuki! – powiedzie. Się okaże w niedzielę. Co mi przypomniało, iż muszę pantofelki wypastować.

Read me a story, tuck me in tight

„Został już niecały tydzień do wyjazdu do miasta Londyn”, powiadomił mnie dziś rano newsletter. Tak, dziękuję serdecznie. Jakbym mogła zapomnieć.
Nadal nie mam żadnego pomysłu na niedzielną sukienkę, ale koniec końców doszłam do wniosku, że to właściwie bez znaczenia, bo i tak nikt na mnie nie zwróci uwagi. Nadal nie do końca wiem, jak to się stało, że wybieram się na taką imprezę, ale widocznie każdy Kopciuch musi doczekać się swojego balu i to jest mój. Poza niedzielną sukienką większych problemów nie mam.
Tymczasem moje ulubione miejsce w mieście Londyn poinformowało mnie dziś, że otwiera sprzedaż biletów na nowy sezon (formalnie od jutra, ale ci, co miejsce śledzą w mediach społecznościowych, dostali dodatkowe 24 godziny), z której to szansy skwapliwie skorzystałam, bo jakże mogłabym nie, skoro w jednym z przedstawień będzie się prężył ten sam uroczy młodzian, co w październiku czaił się u moich stóp, więc go lubimy bardzo. Ponadto miejsce powiadomiło, że jutro ogłasza nowy program czytanek – z niezrozumiałych dla mnie przyczyn (właściwie bardzo zrozumiałych, ale umówmy się, takich rzeczy nie robi się ludziom o słabym sercu) postanowiło zilustrować ten wpis zdjęciem, które wywołało u autorki nieco krępujący odruch warunkowy. A jakby tego było mało, miejsce zapowiedziało, że będą też wydarzenia z udziałem najcudniejszego głosu w naszej części wszechświata – raptem w miniony weekend zwierzałam się tutaj, jak mi się marzy podobna atrakcja – więc teraz pozostaje po prostu odłożyć remont na kolejny rok; ściany mogą poczekać, wrażenia niekoniecznie. Inni mogą zabijać się o bilety na tych wszystkich Fiennesów i Spaceyów, ja tam wolę moich skromnych ulubieńców i podążam za nimi wiernie.
Przeczytałam właśnie to, co napisałam powyżej i uświadomiłam sobie, że już nikt się nie nabierze na moje usilne próby snobowania się na miłośniczkę kultury wysokiej. Wysokiej i owszem, kultury – hmmm…
Spróbuję obronić mój wizerunek i dodam, że wczoraj po drodze do fryzjera wstąpiłam do księgarni i ku mojej niezmierzonej radości znalazłam przepiękne Szaleństwo katalogowania Eco, które zawsze chciałam mieć, za raptem 49 złotych, a kosztowało do niedawna 130. To bardziej książka do oglądania i nabożnego gładzenia kartek niż czytania – chociaż tekstu w niej nie brakuje – więc od wczoraj gładzę nabożnie. Nabyłam też Czarnego Anioła, zbliżam się już do końca i ponownie żałuję, że taki Kraków to już pieśń przeszłości, a ten nowy coraz mniej mi się podoba. Jakoś mi bliższe te ciemne piwniczne izby, a nawet wódeczka w czyjejś kuchni od miejsc, w których skinny flat white zakąsza się bezglutenowym burgerem przy dźwiękach muzyki od razu wypadającej drugim uchem. I już nie każdy tutaj, cytując Maleńczuka, mniej lub bardziej jest artysta. Trochę szkoda.