Polvito uruguayo

Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę z tego, że moje poprzednie życie nie wróci. Podróże nie będą codziennością, a staną się na nowo atrakcją. Właśnie. Atrakcją, czy aby?…
Odwykłam od lotnisk, hoteli, planowania, jak w nieznanym kawałku świata przedostać się z punktu A do punktu B, więc gorączka podróżna wręcz mnie dusiła. Po co w sumie wyjeżdżać, myślałam, stojąc na lotnisku w kolejce pełnej poirytowanych ludzi. Niektórzy w dodatku byli wyraźnie mocno zdystansowani wobec idei dystansu społecznego. Po co wyjeżdżać? Mogłabym spędzić tydzień na miejscu, łazić z psem, oglądać „Wielkie brytyjskie wypieki” i pić poncz w ogródku. Cóż złego byłoby w takim planie? A jednak stałam na lotnisku w kolejce pełnej poirytowanych ludzi, ściskając dokumenty i myśląc, że czeka mnie prawie pięć godzin podróży w stalowej puszce naładowanej łatwopalnym paliwem, kilometry nad ziemią. Zapomniałam, jak to jest. Kiedyś zasypiałam natychmiast po starcie, ukołysana miarowym szumem i myślą, że przecież nikt nie zderzył się z powietrzem, ale kiedyś to były inne czasy.
Mimo wszystko kiedy zajęłam miejsce, nerwy przygasły; w ich miejsce pojawił się dawno nieobecny w mojej głowie spokój. Nieco zapomniana, a jakże lubiana myśl, że nikt i nic nie może mnie teraz dosięgnąć. Jeśli ktoś, oczywiście, chciałby.
Po kilku godzinach w dole pojawił się ląd otulony żółtawymi obłokami.
A potem rękaw i smutno pustawa hala przylotów. Załadowaliśmy się do taksówki, mało po podróżnicku, ale o tej porze to już człowiek chciałby dotrzeć do punktu docelowego i wyciągnąć nogi, że tak powiem. Taksówka, jak to w Hiszpanii, szybka i tanioszka. Pan kierowca ofiarnie wytargał Jadzię (no chyba nikt nie myślał, że pojadę bez Jadzi) z bagażnika, wskazał wejście do budynku, pożegnał się i odjechał. Ja tymczasem wbiłam w domofon kod podany przez właściciela.
Kod nie zadziałał.
Oczywiście.
Przeszłam do drugiego wejścia. Wbiłam kod. Nic. Wiedziałam, wiedziałam, że te pomysły z bezkontaktowym przekazywaniem kluczy są, ja bardzo przepraszam, o kant dupy rozbić.
Zadzwoniłam do właściciela.
– Español? – ten spytał w pierwszym słowie.
– No… English?
– No… Deutsch?
– Ein bisschen… Un poco…
Łamanymi językami usiłowaliśmy się porozumieć bez większego powodzenia, aż wtem otwarło się okno na trzecim piętrze, z okna wychylił się wielce wyględny facet machający telefonem i wołający:
– Kasandra? Kasandra?!
To chyba o mnie chodzi.
Facet w klapeczkach zbiegł, jakoś tę fortecę otworzył i nawet otworzył butelkę czerwonego wina, które oczekiwało na stole nakrytym z imponującą precyzją. Cóż, takie to miejsce. Niby mañana, a wszystko jak należy. Taki na przykład zbiorkom kanaryjski kursuje z punktualnością niemal szwajcarską, zatrzymując się na przystankach w środku niczego i pędząc krętymi drogami, jakby jutra nie było.
Wieczór został spędzony nader miło nad tą butelką czerwonego wina, w oczekiwaniu, aż zapadnie noc (zegarkowo to niby tylko godzina różnicy między Polską a Makaronezją, w istocie nieco więcej, bo to trzy i pół tysiąca kilometrów) i będzie można zakopać się w wykrochmalonej pościeli, przy oknach otwartych szeroko, wdychając suche i słone zarazem powietrze.
Rankiem, gdy oddalałam się na dworzec autobusowy, ciągnąc Jadzię za sobą, facet w klapeczkach akurat odjeżdżał samochodem sprzed domu; posłał mi szeroki wielce wyględny uśmiech i pomachał.

Wcale nie planowałam wracać na Fuerteventurę raptem rok po wakacjach tamże, ale tak się złożyło, że wróciłam.
Dziwne to miejsce. Niegościnne na pierwszy i drugi rzut oka – łyse, pustynne, kamieniste, smagane wiatrem, który potrafi dojmująco wyć nocami. Miejsce pełne tajemnic (polecam serdecznie lekturę „Fuerte” Kaspra Bajona), miejsce z historią bardzo długą i pełną przedziwnych wątków – krążą legendy o tajnej przystani u-bootów, o tym, że odosobniona, trudno dostępna willa Wintera na południowym skrawku wyspy była miejscem, w którym ukrywali się naziści przed ucieczką do Ameryki Południowej… To najstarsza wyspa w archipelagu i jej starość niemal czuć w powietrzu.
Formalnie to Europa, geograficznie Afryka, a w rzeczywistości to żadne z tych miejsc. Na Fuerteventurze nadal są święte szczyty. Nie dla nas. Dla ludzi, którzy mieszkali tam długo, długo wcześniej.

Na trzeci rzut oka surowa, marsjańska uroda Fuerteventury zachwyca. Ziemia tam ma masę barw, od pospolitej, miękkiej żółci wydm, przez paskudne szare kamienie, po intensywną czerwień płaskowyżu Betancuria.
Oczywiście Fuerteventura ma te swoje wybitne plaże. Plaże, na widok których każdemu miłośnikowi plaż opada miłośnie szczęka. Nie trzeba kochać sportów wodnych, ja nie kocham, za to kocham łazić kilometrami, czując pod stopami drobny piasek i widząc mokrego przestwór oceanu, łagodnego w lagunach lub tłukącego wściekle o brzeg ogromnymi falami – i pod tym względem ta wyspa jest jak stworzona dla mnie. Są oczywiście miejsca pełne blond surferów (choć mówienie o „pełności” w tym kawałku świata, zwłaszcza w covidowych okolicznościach, jest pewną przesadą), niemniej częstszym towarzyszem jest pustka. To szczególnie tam lubię. Na Fuerteventurze można spędzać czas wyłącznie we własnym towarzystwie. No, własnym i oceanu, który zawsze jest blisko, zawsze doprasza się uwagi. Za horyzontem są już tylko inne kontynenty, i to jest niesamowite.

Jest wszak coś, co lubię jeszcze bardziej niż tę pustkę i samotność.

Oto siedzimy sobie w Morro Jable w knajpie, która uchodzi za najlepszy tapas bar w okolicy, Mis Abuelos. Czynne od ósmej do szesnastej czterdzieści pięć, koniec. Rodzinna knajpeczka, mała, niepozorna, menu krótkie, ale w porze obiadowej trzeba stać w kolejce i zapisywać się na listę. Mama gotuje, tata zarządza kolejką i zbiera zamówienia, córka podaje do stołu. Kręcą się jak w ukropie, nosząc do stolików kolejne parujące patelnie, półmiski i dzbanki wina. Ludzie jedzą, piją, śmieją się, zamawiają jeszcze więcej rarytasów. Można pomyśleć, że żadna zaraza się nie wydarzyła. I powiadam, croquetas mają doskonałe. Być może najlepsze, jakie jadłam, delikatne i jędrne, cudownie doprawione.
– Postres? – pyta kelnerka, zabierając puste talerze po croquetas, grillowanych sardynkach, marynowanych anchois i nadziewanych owocami morza papryczkach. Desery?
– A jakie dziś macie?
– Sernik, flan, polvito uruguayo…
Tyle lat wegetowałam nieświadoma, że istnieje coś takiego jak polvito uruguayo (a co jest po prostu kruszoną bezą, kruszonymi herbatniczkami, śmietanką i kajmakiem; niby nic wielkiego, a razem tworzy symfonię taką, że aż łza się kręci w zachwycie). Jeśli ten nędzny rok zapamiętam dobrze z jakiegoś powodu, to właśnie tego. Codziennie chodziłam na polvito uruguayo.
Gdy zamknięte, to za rogiem w niezbyt wyględnym barze podają znakomicie chrupkie kalmary, przyprawiające człowieka o błogi uśmiech zadowolenia, prostego zadowolenia z życia. Podają również kielonek rozchodniaczka w postaci lokalnego rumu, ulepka okropnego, ale jakże miło. Brakowało mi tego uczucia.

Wiatr na Fuerteventurze jest ciągle obecny, ciągle, nieustannie; i nieustannie daje o sobie znać. Spędziłam jedną noc z kołdrą naciągniętą na głowę, bo na zewnątrz wydarzał się koniec świata – wyło, trzeszczało, fale waliły o brzeg, drzewa gięły się niepokojąco. A potem nagle, nad ranem, koniec świata został odwołany. Upiorny skowyt ucichł tak samo nagle, jak się pojawił.
Gdy wstałam, na zewnątrz powitała mnie kanaryjska wieczna wiosna jak z folderów biur podróży – przyjemny chłodek, błękit nieba, ocean nadzwyczaj spokojny, jakby zupełnie nic się nie wydarzyło. Nie dajcie się zwieść. W miejscach starszych niż znany nam świat nie wszystko jest takie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Ani drugi. Ani trzeci.

Suszymy czy modelujemy?

– Dobrze, że przyjechałaś – rzekła moja matka, gdy tylko zrzuciłam torbę wypełnioną krakowskimi bambetlami na podłogę – bo umówiłam cię do fryzjerki na sobotę.
Nie no, oczywiście. Mam cztery dychy i matka umawia mnie do fryzjera. Cóż mogło pójść nie tak w moim życiu.
Ale dobrze. Umówiła, to poszłam.

Być może oglądaliście spektakl „Kroniki fryzjerskie” z National Theatre na YouTube ubiegłego lata. Spektakl znakomity, którego akcja rozgrywała się w – nie zgadniecie – salonach fryzjerskich. Salon był w tym przedstawieniu miejscem, w którym wszystko się działo. Sercem okolicy, sercem społeczności. Konfesjonałem, areną i widownią jednocześnie.
I oto po raz pierwszy trafiłam właśnie w takie miejsce.
Przez całe moje życie chodziłam do fryzjerów takich wiecie, „ach tak dzień dobry, co robimy jak tniemy, dziękuję do widzenia, czysta złotych”. Wychodziłam z nowymi włosami, albo i z niezbyt nowymi, ale przynajmniej uczesanymi. Ot, usługa. W pandemii to wiadomo, po prostu wiązałam sierść w kitkę i tyle na temat.
A tu taki salon małomiasteczkowy, obok bazarku i sklepu sprzedającego znicze, narzędzia ogrodowe, zabawki oraz kremy do rąk. Znakomicie, pomyślałam. Wyjdę z grzywką postawioną na lakier a’la nineties.
Tymczasem weszłam. Salon jak salon. Ten charakterystyczny zapach środków do stylizacji, farby ustawione na półce według koloru, szum suszarki, dwie krzątające się fryzjerki. Kilka klientek, w tym tylko ja nie z tych stałych. Poczułam się nieco obco.
– Uczesz mnie ładnie, kochanie, bo ja naprawdę nie chcę iść na to wesele, ale muszę dobrze wyglądać – mówi jedna z nich.
– A czemu pani nie chce? – pyta fryzjerka, starannie trefiąc loki pani na fotelu przed sobą.
– A bo…
I tu zaczyna się historia, o kłótniach rodzinnych, o romansach, o zawiedzionych nadziejach. Udaję, że nie słyszę, ale jak mogę nie słuchać.
– Do tego za dwa tygodnie mam kolejne – wzdycha klientka, już z lokami utrefionymi. – To mogę znowu przyjść?
– Jasne. A może by pani chciała makijaż? Koleżanka robi. Możemy wszystko ogarnąć przed południem.
– Pewnie, że chcę, dziewczyno. A wy chcecie zobaczyć zdjęcie mojej sukienki? Pani też chce?
Podsuwa mi pod nos swój telefon ze zdjęciem kiecki na ekranie, mnie, nieznajomej, siedzącej obok w czepku na głowie.
– Ładna – mówię, gdyż istotnie ładna.
W tym czasie druga klientka, w trakcie farbowania, donosi, że dom w pobliżu się sprzedał, a ona bezskutecznie poszukuje działki dla syna.
– Och, kochanie – mówi pierwsza klientka. – Tu to domy się na pniu sprzedają. Chyba że ten tam u góry, na końcu drogi. Ten to nie, ale tam jakieś menelstwo się zagnieździło.
– Menelstwo – wzdycha moja fryzjerka, cieniując moje cienkie włosy. – Jak jadę rano do pracy, to tu obok już o ósmej pod Żabką stoją. Ja się im dziwię, skąd zdrowie?
– Ja nie wiem – odpowiadam szczerze. – Troszkę zazdroszczę czasami.
– Ani nie tyją od tego cukru w alkoholu – klepie się po obfitym udzie. – A ja byle co zjem i już… A wie pani, jeszcze muszę gdzieś podjechać, mamie prezent kupić. Bo mama dziś urodziny ma. Do północy sałatki robiłam. Męża najpierw chciałam wysłać po ten prezent, ale pani wie, co on by teściowej kupił. Domestos.
Przez salon przebiega śmiech.
– A ma pani prezent wybrany?
– Kremy, bo mama lubi kosmetyki, ale jeszcze nie wiem, jakie.
Cała klientela salonu, łącznie ze mną, uruchamia smartfony i pokazuje kremy do wyboru.
– No, więc sama pani rozumie. W życiu bym męża nie wysłała z taką misją. Muszę sama podskoczyć. Ale pani włoski odrastają ładnie! – mówi fryzjerka, a ja cała w pąsach, bo przez dobry rok walczyłam o baby hair.
Klientka numer dwa do mnie podchodzi bezceremonialnie.
– Pani Basiu, ja bym właśnie taką fryzurkę chciała, jak u pani. Tylko w tym moim blondzie. Zdążę jeszcze pójść na papieroska przed zmywaniem?…
– Zdąży pani.
– Powinnam rzucić, bo tylko ja w domu palę. Pani pali? – spogląda na mnie w lustrze. Potrząsam strzyżoną głową. – Nie polecam. Ale co zrobić. Zaraz będę miała sześćdziesiątkę, to już trudno walczyć.
Klientka numer dwa wychodzi na zewnątrz, a w tym czasie klientka pierwsza zrywa się z kanapy z telefonem i mówi:
– Dziewczyny, jeszcze wam torebkę pokażę. W Katowicach jest super sklep z torebkami, ten model na Zalandzie jest o stówę droższy.

Po blisko dwóch godzinach wyszłam z salonu nieco lżejsza.
Mniejsza o fryzurę, poszłam tylko na odżywkę i podcięcie. Ale to był tak wspaniale spędzony czas, zwłaszcza po tym całym pandemicznym szajsie. Siedziałam sobie wśród kobiet, które natychmiast uznały mnie za swoją. Wysłuchałam plotek. Wypiłam rozpuszczalną kawę z rozpuszczalnym mleczkiem i dowiedziałam się, co w okolicy się dzieje. Pomieszkując tutaj, rozumiem o wiele lepiej, co znaczy słowo „społeczność”. Brzmi być może patetycznie, niemniej tak jest.
I, szczerze pisząc, moje poczucie osamotnienia znacząco zelżało.
I dostałam numer telefonu na świetne (podobno) przedłużanie rzęs.

Na wiosnę kwiatki rosną

Co piątek mam rozmowę z moją szefową, taką o wszystkim i niczym, która kończy się obowiązkowym pytaniem:
– Any plans for the weekend?…
Cóż. Plan był taki, by przez pięć dni nie wchodzić do pokoju, w którym urządziłam sobie biuro, przeczytać biografię Gustawa Holoubka i tekst o Makłowiczu w Tygodniku Powszechnym, oraz zapewne kilka razy pójść do lasu. Dwukrotnie już byłam. Było pięknie, mimo że zmokłam. Las dobrze robi na głowę. Plan zatem realizuję całkiem konsekwentnie.
Pomyślałam, że przy okazji coś napiszę, bo blogasek lekko zaśniedział, podobnie jak jego autorka. Co prawda jestem ostatnio zajęta pisaniem czegoś innego i mam szczerą nadzieję, że tym razem doprowadzę to do końca (który to już raz?…), ale wstyd mi, że porzuciłam mój skrawek internetu. Towarzyszył mi przez tyle lat, a czytający towarzyszyli mnie.

W maju minie dwadzieścia lat, DWADZIEŚCIA, odkąd opublikowałam pierwszą notkę na blogu – nie tym, innym, ale jednak. Kawał życia, ale rzadko cofam się do dawnych wpisów. Inna sprawa, że ostatnio na samo pisanie straciłam ochotę, bo i niby o czym tu pisać? Jak jest, każdy widzi. Siedzimy, nic się nie dzieje. Wiosna nawet się waha, w sumie jej się nie dziwię. Gdybym była wiosną, też wolałabym przespać ten czas.
Sama przespać go niestety nie mogę.
Rok temu o tej porze było o tyle lepiej, że człowiek widział jakieś światło w tunelu. Wierzył, że wszystko wróci do normy, zanim się obejrzy. Teraz już wie, że do normy – do tej, którą znał – nie wróci. Co w pewnym sensie jest komfortowe. Jeśli nie ma na co czekać, to nie ma czym się stresować, nie ma o co się bać. Ale też zasypia się z myślą „no cóż, nic się nie wydarzyło” i budzi z myślą „no cóż, nic się nie wydarzy”. Spodziewałam się czegoś innego po tym etapie mojego życia.
Przyzwyczajona do ciągłego czekania, do ciągłego działania, do ciągle zapełnionego kalendarza na przyszły tydzień, przyszły miesiąc, kwartał, nagle mam mnóstwo czasu i zapasów myślowych, których nie mam na co poświęcić. Z nadmiaru czasu na myślenie nic dobrego nie wynika, o tym wiem, dlatego staram się zapełniać sobie głowę, niechby gotowaniem i pielęgnacją włosów. No dobra, zamawianiem nowych torebek również (są mi umiarkowanie potrzebne, bo ostatnio używam głównie kieszeni, ale wierzę, że nadejdzie dzień, gdy na nowo poczuję duchową więź z moją torebką i nie ośmielę się wyjść bez niej z domu, to jest bez jednej z nich). Zauważam też u siebie pewne ciągoty do przejścia świadomie w tryb osiadły; myślę o zainwestowaniu w jakiś mały, własny kawałek gleby. Dość to dla mnie zaskakujące. Większość minionego roku spędziłam poza miastem, w Krakowie raczej bywam niż mieszkam ostatnimi czasy i na dobre przestałam za nim tęsknić, gdy zerwała się najmocniejsza z wiążących mnie z nim nici. Pracować mogę szczęśliwie skądkolwiek.

Kiedyś twierdziłam, że człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Nadal tak uważam. Przyzwyczajam się. Bez szczególnego zadowolenia, ale liczę, że za rogiem być może czeka coś… Zawsze czekało, w końcu. Teraz być może też tak będzie. A jeśli nie, to cóż, wydepczemy w tym wszystkim jakąś swoją skromną, nową ścieżkę. Baby steps.
A wiosna przyjdzie i tak.

Sensible shoes

Lubię kupować buty, no tak mam. Z pewnym wstydem przyznaję, że w mojej szafie są pary butów, których nigdy nie nosiłam. Imeldą Marcos z jej trzema tysiącami par może nie jestem, ale gdybym mogła, to zmierzałabym w jej kierunku zapewne.
Przez ostatnie lata kupowałam dużo randkowych szpilek, dużo balerinek, pantofelki zdobione błyskotkami, kowbojki, biker boots z ciężkimi klamrami brzęczącymi przy każdym kroku. Takie buty, wiecie, z gatunku „wychodzę i chcę zrobić wrażenie”.
Tymczasem w roku 2020 kupiłam kilka par sneakersów, buty trekkingowe bez sznurowania i Uggi.
Ach, i parę klapków Birkenstock, które jeszcze niedawno uznawałam za najbardziej antykoncepcyjne obuwie świata i w ogóle z czym do ludzi, a teraz wielce je szanuję. Założyłabym partię miłośników Birkenstocków.
I to chyba najlepiej podsumowuje rok 2020. Zaczęłam kupować wygodne buty. Trochę jestem stara, a trochę nie potrzebuję innych. No bo i gdzież ja bywam. W osiedlowym sklepie. Na Bagrach. W lesie u rodziców czasem. Tyle. Zatem daję sobie rozgrzeszenie i będę nosić tzw. praktyczne obuwie. Trudno.
Ale właściwie to nie o tym chciałam.

Widziałam się dziś z moją przyjaciółką.
No wydarzenie. W tym roku to łamiąca wiadomość, sensacja, spotkać się z kimś. Nie mogę słowami wyrazić, jak bardzo mam tego dość.
Moja przyjaciółka to bardzo ciekawa postać jest. Kilka lat temu miała słodkie, pocztówkowe życie. Cudowny mąż, potomstwo, wyprawy na koniec świata. Piękna kobieta, jęzor jak brzytwa, za kółkiem Lewis Hamilton; maraton przebiegłaby na kacu i jeszcze by się oglądała, czemu pozostali się ociągają. Jak to często bywa, nikt – NIKT – nie wiedział, jak wygląda rewers tej pocztówki. Nawet ludzie, którzy byli najbliżej. Dziś jest rozwiedziona, a jej eks mężowi życzę wszystkiego najgorszego, jak wszystkim przemocowcom – bardzo, ale to bardzo niskie instynkty budzą się we mnie, gdy myślę o takich jak on. W każdym razie, ona dziś wychowuje samotnie fajnego dzieciucha, znalazła sobie hobby, które ją napędza i na punkcie którego ma absolutnego szmergla, i bardzo dobrze.
Zawsze nazywam ją zdrobnieniem, którego nienawidzi. A ona zawsze robi to mnie, bo wie, że nie cierpię, gdy się do mnie mówi „Olka”.
Uściskałyśmy się. Tak, wiem, zaraza. Nie obejmowałam nikogo od dawna. Czucie na swoim ciele ramion kogoś, na kim mi szczerze zależy – nawet przez warstwy puchu naszych kurtek – jest absolutnie niezwykłe. Taka prosta, naturalna rzecz, a taka niesamowita, kto by pomyślał?… Zaraza odebrała nam przytulasy, a ja bardzo lubię się przytulać. Owszem, cenię sobie ogromnie dystans społeczny, mógłby zostać i po pandemii. Owszem, jestem osobą, która znakomicie sobie radzi bez towarzystwa i lubi spędzać czas sama (przez ostatnie kilka lat byłam głównie sama, i to jeszcze daleko od domu; dopracowałam ten stan do perfekcji), ale fizyczny kontakt z kochanymi ludźmi to niesłychanie ważna sprawa. Dotyk. To dla mnie trudne, stać półtora metra od kogoś bardzo dla mnie ważnego. Robimy to dla siebie, oczywiście, ale to przykre. I ten jeden moment, gdy moja przyjaciółka nagle mnie objęła, sprawił, że kompletnie się rozkleiłam, ale sprowadziłam jakoś do pionu moje kanaliki łzowe, przełknęłam, uśmiechnęłam się do niej przez maskę.

Ten rok pozbawił mnie właściwie wszystkiego, co sprawiało, że chciało mi się rano wstawać. Nie ukrywam, bywało mi potwornie ciężko. Bywały noce, podczas których w ogóle nie spałam. Bywały poranki, gdy miałam myśli bardzo nieciekawe. Ale ta jedna chwila, to jedno grudniowe spotkanie – to było jak zastrzyk witaminy, której wszyscy najbardziej potrzebujemy. Miałam serdecznie powyżej uszu wszystkich tych ogłoszeń i hashtagów, że wszystko będzie dobrze, tego sztucznego optymizmu, och, jeszcze będzie przepięknie. Miałam dość określenia „w dobie pandemii”. Miałam dość, po prostu. Nie chciałam czekać na ten dzień, gdy będzie przepięknie i normalnie, chciałam, by tu i teraz ktoś mnie poklepał po plecach, pogładził po policzku.
Najprostszy ludzki gest mnie zresetował, przywrócił mi chęć toczenia dalej tego mojego garbu.

Życzę nam wszystkim na 2021, żebyśmy się przytulali. Jak najwięcej, jak najczęściej. Żebyśmy się kleili nieznośnie do ludzi nam najbliższych. Żebyśmy okazywali sobie miłość, choć to oczywiście obciachowe i nie wypada pierwszemu się przyznać, że nam zależy, i wiecie co – wuj z tym. Miłości przedawkować nie można.
No i praktycznego obuwia też nie.

Meine Damen und Herren

Uwielbiam latać.
Każdy, kto mnie czyta lub miał ze mną kontakt w realnym życiu, to wie. Jestem tak zwanym aviation geek od wczesnych lat nastoletnich. Jestem z tych, którzy jak słyszą samolot, to natychmiast patrzą w niebo i próbują po kształcie zgadnąć, jaki to. Na paralotni latałam, i nawet rąbnęłam na niej w ziemię tak mocno, że po upływie 12 lat nadal to czuję w nodze, która wówczas miała przyjemność zaryć glebę jako pierwsza, zanim zaryła reszta autorki ciągnięta przez rozpędzony glajt – to jest niesamowite, co z wami może zrobić kawałek nylonu ważący niespełna 5 kilogramów… – i już po wsze czasy będę pamiętać, że zawsze startuje się i ląduje POD WIATR. Miałam zresztą cudownego instruktora, który lubił powtarzać, że w lataniu chodzi o to, żeby nie psuć bardziej. Prawa fizyki zrobią swoje, trzeba im tylko na to pozwolić i nie próbować być mądrzejszym, bo się skończy… no właśnie, boleśnie się skończy. W sumie „nie psuć bardziej” to dość dobra filozofia życiowa… Kupowałam każdy numer „Przeglądu Lotniczego”. Kiedyś publikowali tam w odcinkach „język” marshallerów – tych ludzi, którzy w wielkich słuchawkach machają samolotom na pożegnanie, a na powitanie wymachują im radośnie świecącymi pałkami do momentu, aż je skrzyżują nad głową – i ja się go skwapliwie uczyłam. Serio. Mam zresztą kolegę w robocie, który zanim został audytorem, faktycznie pracował w obsłudze naziemnej lotniska, ma taki sam odpał jak ja, a jego obecny i poprzedni zawód wymagają takich samych cech (czyt. dokładności na granicy upierdliwości i przywiązania do procedur), więc nie jest to szczególnie nietypowa ścieżka kariery. W czasach, w których oboje jeszcze dużo podróżowaliśmy, jako jedyny zawsze mnie pytał, jakim samolotem leciałam. Przy kluczach nosi breloczek, tasiemkę z napisem REMOVE BEFORE FLIGHT. Swój człowiek.
O lataniu wiele napisano, ja też wiele o nim napisałam.
Lubię to poczucie zawieszenia, poczucie, że przez chwilę zupełnie nic ode mnie nie zależy. Niektórych ludzi to przeraża, mnie uspokaja. Nic nie może się wydarzyć. Jeszcze nikt nie zderzył się z powietrzem.

Zgodziłam się na tę służbową podróż w dużej mierze właśnie dlatego, że mogłam oderwać się od ziemi. Co prawda do ojczyzny Wagnera to tylko godzina lotu, ale zawsze coś.

– A na które lotnisko jedziemy? – spytał taksówkarz, który zabierał mnie z domu. – Bo wie pani, kiedyś kogoś zawoziłem do Radomia. Nie, naprawdę!

Na miejscu… cóż.
Frankfurt to miasto przyjazne i dość ładne, ale nie porywające. To nie jest miasto, dla którego człowiek natychmiast traci głowę i płacze z żalu, odjeżdżając, ale też nie miasto, które człowiek znielubia na dzień dobry. Frankfurt jest miastem z imponującą skyline, a zarazem jest troszeczkę nudny. Nie w zły sposób nudny, bo jest tam co robić – to miasto, które po prostu nie wzbudza w was szczególnych emocji. By oddać sprawiedliwość, muszę dodać, że Frankfurt podczas wojny obrócono praktycznie w perzynę; niewiele po wojnie odbudowano, stąd starówka jest troszeczkę rozczarowująca. Ale za to jest to miasto zielone – do pracy codziennie chodziłam przez park – łatwo się w nim poruszać i ludzie są bardzo przyjaźni.
Tak szczerze, to załatwiłabym to, co miałam załatwić w dwa dni. Czy żałuję, że zostałam tydzień? Ani trochę. Było mi tego trzeba. Zawsze lubiłam hotelowe życie, wieczorne wskakiwanie w bawełnianym szlafroczku rozmiar XXXL pod wykrochmaloną kołdrę i oglądanie programów telewizyjnych w średnio znanych mi językach (teoretycznie niemiecki jako tako znam, ale nigdy go nie pokochałam i niezbyt dobrze w nim mówię, choć czytam, a odkąd musimy nosić maseczki, w ogóle kiepsko rozumiem germańskich braci i moje próby konwersacji niestety sprowadzają się do „Entschuldigung?…”). Pogoda była paskudna i troszeczkę mnie powstrzymała od włóczenia się po nadrzecznych dzielnicach, ale powiadam, nie myślcie, że Frankfurt to tylko zimne centrum biznesowe.

Gdy zlazłam dziś rano bladym świtem do recepcji, zamaskowany dżentelmen wręczył mi kopertę z fakturą oraz poinformował, że taksówka już czeka, a moje śniadanie czeka w taksówce.
– Terminal pierwszy – mówię taksówkarzowi.
– Wiem – odpowiada. – Teraz działa tylko pierwszy. Drugi jest zamknięty.
No tak. No tak.
Dojechaliśmy na lotnisko, gute Reise i tak dalej. Weszłam i trochę mnie zatkało. Zobaczyłam bowiem smętną pustkę. Kontrolę bezpieczeństwa przeszłam w minutkę – uwielbiam ten ich skaner, przed którym trzeba się ustawić w nieco nienaturalnej pozycji, tak trochę a’la Golem, ze sztywnymi rączkami; mam nadzieję, że nie zobaczyli, że miałam bieliznę nie do kompletu.
Na lotnisku we Frankfurcie spędziłam wiele godzin. Gdyby je zliczyć, wyszłoby pewnie kilka dni. To jest kolos, monstrum, tysiące hektarów (a jednak walizkę można odebrać szybciej niż w Balicach…). Nie jest to moje ukochane lotnisko, bo jestem fanką hubu w Monachium, który został zaprojektowany tak genialnie, że nigdzie nie czuje się tłoku, a poza tym ma swój browar, ale Frankfurt to imponująca machina. To jest zasadniczo miasto. Nie sądziłam, że kiedykolwiek zobaczę tę machinę w stanie uśpienia.
Samoloty do Krakowa zwykle odlatują z bramki A69, na samiuchnym końcu bardzo długiego korytarza. Pokonywałam go parę razy sprintem, więc wiem, jak bardzo jest długi. Jest bardzo, bardzo, przebardzo długi. Często musiałam przepychać się między ludźmi stojącymi na ruchomych chodnikach, ku ich wielkiemu oburzeniu (stójcie chociaż tylko po prawej stronie, proszę, lewą zostawcie biegaczom…). Dziś rano szłam przez to kilkusetmetrowe ramię terminalu i widziałam tylko rzędy pustych foteli w poczekalniach, i ciemne monitory nad zamkniętymi na głucho bramkami. Bardzo zatęskniłam za dawnymi czasami, gdy wszędzie byli irytujący inni pasażerowie, i człowiek chciał już po prostu usiąść w samolocie i mieć święty spokój. Teraz świętego spokoju mamy aż nadto.

– Boże, czemu on się tak przechyla, czy to normalne, że on się tak przechyla?! – spanikowała pani za mną, gdy samolot wykonał piękny zakręt nad Placem Centralnym.
Tak, proszę pani, normalne. Musi wytracić prędkość i dlatego krąży.
Fakt, czasami też mam wrażenie, że zaraz przeciągnie, ale jeszcze nigdy nic takiego się nie wydarzyło. Poza tym nauczona doświadczeniem, zaczynam się martwić dopiero wtedy, gdy samolot zakręca nad tym samym obiektem w dole po raz drugi. Albo trzeci. Albo czwarty.
Ale za to samolocik był taka nówka sztuka nieśmigana, jeszcze prawie pachnąca fabryką w Tuluzie, że aż przyjemnie. I miałam cały rząd dla siebie.

Czasem warto dobrze upaść

wp-1601839632966418385847.jpgMatkojedyno, czuję się, jakbym miała startować w kosmos. Osiem razy sprawdziłam, czy mam w torebce dokumenty, EKUZ, piniondz, płyn do soczewków, rzeczy najpotrzebniejsze.

Przez ostatnie lata doprowadziłam pakowanie się do takiej perfekcji, że zrobiłabym to pijana w sztok o trzeciej w nocy i spakowałabym się całkiem nieźle, ale to były troszeczkę inne czasy. Poza tym nabyłam pewnej odporności nerwowej na to, że czegoś na pewno zapomnę albo na pewno coś się stanie, albowiem wielu rzeczy po drodze zapomniałam i wiele rzeczy się stało. Zatem dla pocieszenia przypominam sobie wszystko, co poszło nie tak.

Raz sobie złamałam kartę płatniczą, sama, wkładając ją do portfelika.
Kilka razy mi ją zablokowano – mój bank bardzo lubił myśleć, że zagraniczne transakcje są podejrzane i chwała im za to, ale jednak było to niesłychanie upierdliwe, zwłaszcza w czasach, gdy istniały jeszcze opłaty za roaming w UE i trzeba było wisieć na telefonie, by udowodnić, że naprawdę osobiście dokonało się tej płatności i nie maczał w tym szlachetnych palców żaden nigeryjski książę.
Raz moja kompania nie przelała mi na czas kwoty na spłatę służbowej karty, zatem mój hotel na obczyźnie ją odrzucił, informując łaskawie, że przez jedną noc mogą mnie zatrzymać, ale jeśli nie zadziała jutro, to wypad. Jednocześnie przemiła koleżanka w dziale finansów poinformowała, że mogą wyeskalować moją sprawę (jak ktoś mi mówi, że może coś wyeskalować, to już wiem, że trzeba szukać alternatywnych rozwiązań), ale tak czy inaczej przelewy robią raz w tygodniu, więc ewentualnie w środę dostanę. Była niedziela. Gdyby nie bardzo wyrozumiały pan w dziale obsługi moich służbowych kart, tobym musiała zamieszkać w hostelu.
Dwa razy nie doleciałam do domu. Za pierwszym przy okazji byłam w Moguncji, podobno ładne miasto, ale niewiele mogę wam powiedzieć, bo jej nie widziałam nic a nic, poza autostradą, hotelem i skrzyżowaniem obok.
(Tak naprawdę to trzy, bo wojażując prywatnie, też raz wylądowałam w Czechach zamiast w Krakowie i zamiast wrócić do domu w południe, wróciłam o dwudziestej drugiej. Wspominam to w sumie miło, bo każdy dostał po czeskiej czekoladzie, a poza tym kapitan, krążąc nad zamgloną Małopolską, wygłosił cudowne zdanie „panie i panowie, nie wiem, co się z nami stanie, ale to nie wasz problem”).
Dwa razy rozstałam się z walizką. Raz czekałam na nią przez dwa dni.
Raz klucz ugrzązł mi w zamku i nie mogłam dostać się do wynajętego mieszkania. Ściąganie ślusarza w niedzielne listopadowe popołudnie we Francji to jest mission: impossible. Siedziałam przez kilka godzin na schodach z walizką i żarliwą myślą, że nienawidzę tego kraju. Jak wiemy, troszeczkę później się pozmieniało. Pan na infolinii firmy wynajmującej apartamenty nie omieszkał dodać zgryźliwie, że jeśli sama popsułam zamek, to oni mnie za to skasują dodatkowo.
Dwa lata później, w innym mieszkaniu, ale w tym samym kraju klucz znowu mi ugrzązł i tym razem nie mogłam zamknąć, więc po prostu poszłam do roboty, zostawiając mieszkanie otwarte na oścież. Na szczęście wtedy na infolinii siedział już ktoś inny i bez wzdychania załatwił usunięcie awarii, gdy byłam w pracy.
Kolejny rok później w innym apartamentowcu, ale tym samym kraju, zdarzyła się awaria taka, że jeśli ktoś wyszedł z mieszkania, to nie mógł do niego wrócić – karty wejściowe przestały działać. Siedzieliśmy zatem wszyscy w lobby, a recepcjonista przynosił nam wino. Cóż. Jak to mówią, problem to okazja w przebraniu.
Miałam rozstrój zdrowia (przynajmniej myślałam, że mam…) i zamiast umrzeć w szpitalu na obczyźnie, wielce zdumiona wylądowałam we własnym łóżku, czując się całkiem dobrze. Nabawiłam się upiornego zapalenia spojówek – od tamtej pory zawsze mam ze sobą wielką apteczkę, dla siebie i innych.
Wysiadałam na złych stacjach, gubiłam się w miastach, mokłam, kurwowałam, samotność nie pozwalała mi zasnąć wieczorami, a nad ranem budziłam się, nie do końca wiedząc, gdzie jestem – to nie jest pretensjonalny wymysł autorów powieści obyczajowych, to prawda. Przetrwałam strajki taksówkarzy („To jak my dojedziemy do miasta?” – „Pociągiem, mój drogi, pociągiem” – „Jak to pociągiem?! Ja nie jadę! – „To nie jedź. Idziemy na peron”), zbiorkomu, gilets jaunes. Wyjeżdżałam z miasta, w którym parę godzin wcześniej zdarzył się zamach terrorystyczny – a ja siedziałam spokojnie w teatrze i dowiedziałam się, gdy po powrocie do hotelu włączyłam BBC. Nawet małe trzęsienie ziemi mam za sobą, prawdziwe. Nie jeździłam po strefach wojennych ani wiecznej zmarzlinie pełnej niedźwiedzi, ale miałam dość przygód, by uznać, że w mniej więcej każdej sytuacji dam sobie jakoś radę.

I czego się boisz, głupia?

Wiecie, czego bym tylko chciała?
Żeby jutro rano przyjechał po mnie mój ulubiony taksówkarz. Nie widzieliśmy się ponad rok, a on mnie woził tak często. Zawsze narzekał na swoją córkę (narzekał na nią tak obficie, że można by pomyśleć, że był z niej dumny…) i na to, że musi kosić trawę przed domem, gdy wraca z pracy, i że on już nie chce tego domu, i może ja bym chciała. A najbardziej polubiłam go za historię o kotku, któremu zapalał świeczkę na Wszystkich Świętych, bo zwierzak to członek rodziny przecież.
Nie obraziłabym się też na tego drugiego, z którym pobiliśmy rekord prędkości na trasie Balice – moja dzielnia. Nic chwalebnego, wiem, ale to było dość niesamowite.
Albo na tego z głosem jak Maciej Zembaty.

In this ocean of pearling currents

Niewiele brakowało, a donikąd bym nie pojechała i wcale nie chodziło o zarazę (choć do pewnego stopnia też, wiadomo). Koniec końców, prawie w ostatniej chwili, podjęłam decyzję, że jednak ruszę tyłek, dla higieny psychicznej. Co prawda człowiek zawsze zabiera swoje zmartwienia ze sobą, ale nauczona doświadczeniem dobrze wiem, że odległość jednak pozwala nabrać dystansu. Odetchnąć innym powietrzem. Banał, niemniej tak naprawdę jest.
Zatem spakowałam się i udałam w podróż. Pierwszą od początku marca. Denerwowałam się jak nie ja, bo przez ostatnie lata częste przemieszczanie się było dla mnie stanem naturalnym. Ot, człowiek pakuje się, jedzie na lotnisko, trochę na nim siedzi, wsiada do samolotu, trochę w nim siedzi, powtarza w odwrotnej kolejności i tak w kółko.
Podróżowanie w nowym reżimie okazało się nie takie straszne, choć widok pustej hali – nieco przygnębiający. Trafiłam za to na wspaniałą kolekcję współpasażerów z czarnych snów każdego latacza, czyli słodkie dzieciątka kopiące w fotel, zionących żołądkową gorzką osiłków i urocze kobietki z perlistym w ich przekonaniu śmiechem, rozlegającym się z poziomem decybeli syreny okrętowej za każdym razem, gdy udawało mi się przymknąć oko. A na Wyspy Kanaryjskie leci się z Polski 5-6 godzin, zależnie od wyspy. Odbywałam w życiu dłuższe podróże, ale powiadam, ostatnia godzina to było cierpienie.
– Załamię się zaraz – wyszeptał facet obok mnie, spoglądając na zegarek.
Tak, wszyscy odwykliśmy od tych uroków.
Wreszcie silniki zabuczały znacząco, sygnalizując, że oto opuszczamy cruise altitude i autorka odetchnęła z ulgą. Wyjrzała przez okno i zobaczyła w dole krajobraz lekko nie z tej ziemi.
Każda z wysp w tym archipelagu jest inna; są jak miniaturowe kontynenty. Fuerteventura, podobno najstarsza z nich, ostatni przystanek Kolumba przed wyruszeniem przez Atlantyk, wyspa ze świętym szczytem Tindaya, wygląda najmniej przyjaźnie. Pamiętacie zdjęcia łazika Curiosity z Marsa?… No właśnie.
Fuerteventura to pustynia. Kamienista, piaszczysta. Smagana ranki i wieczory silnymi wiatrami. Bywa, że nad horyzontem wiszą żółte obłoki piasku. Trudną ma ta wyspa urodę, ale ja uwielbiam pustynne krajobrazy – w tej surowości jest coś bardzo pięknego.
Pierwszym przystankiem było niepozorne dość Caleta de Fuste, senne i spokojne. Wybrane zostało jako pierwszy przystanek z powodu bardzo niewielkiej odległości od lotniska (jeśli ktoś nie lubi dźwięku lądujących samolotów, to nie dla niego miejsce), bo przylatywałam późno. Nie jest to miejsce, które trzeba koniecznie zobaczyć, choć plaże ma cudowne. Jest to jednak miejsce, w którym niektórzy znajdą natychmiastowe ukojenie, ponieważ oprócz plaż w Caleta de Fuste całkiem liczne są kocie kawiarnie. Tak to się nazywa. Ale są to dosłownie KOCIE kawiarnie – dla kotów. To budki ustawione tu i tam, w których dziki zwierz może się schować w razie potrzeby, lecz przede wszystkim posilić się i napić. Ludzie donoszą tam karmę i wodę, uzupełniają zawartość misek. Koty natomiast po prostu są kotami. Opalają się, wojują, śpią. Są bardzo towarzyskie, więc zdarza się, że włażą przez otwarte hotelowe okno.
Spędziłam tam dwa niezbyt pracowite dni, a potem udałam się do Corralejo. Zbiorkomem. Wbrew powszechnemu przeświadczeniu, że jak Hiszpania, to mañana, zbiorkom działa bardzo sprawnie i punktualnie, acz kierowcy pędzą przez pustkowia ile fabryka dała, przy akompaniamencie wrzaskliwych przebojów latin popu.

Zapytają państwo, jak się wakacjuje w czasach, gdy zaraza.
Otóż dziwnie. Jest bowiem bardzo pusto. Ma to swój niezaprzeczalny urok. Cała przestrzeń tylko dla nas. Plaże puste. Ulice puste. Hotele puste. Można iść kilometrami i spotkać pojedyncze osoby. Można wejść na słynne wydmy, rozejrzeć się w lewo, w prawo i nie zobaczyć nikogo – może w oddali na morzu jakiś latawiec czy żagiel, jakąś samotnie maszerującą osobę wśród piasków. No i ptaki, rzecz jasna. Social distancing na Kanarach nabiera nowego znaczenia; absolutnie nie trzeba się o niego starać, dystans właściwie trzyma się sam. O ile u nas to wiadomo, luz sanitarny zupełny niemal, o tyle w Hiszpanii (a właściwie na oceanie, ponad 1000 kilometrów od południowego wybrzeża Hiszpanii) ludzie bardzo się pilnują i nawet na tych pustych plażach starają się mijać w przynajmniej przepisowym dystansie, a raz kobieta idąca z naprzeciwka niemal rzuciła się w krzaki na mój widok.
Z drugiej strony jednak w miasteczkach straszą ciemne witryny zamkniętych na głucho sklepów i knajp. Pierwszego popołudnia w Caleta de Fuste szukałam otwartego supermarketu i otwartej kafejki. Bywało, że w knajpie jadłam obiad przy jednym z dwóch zajętych stolików, a kelner gapił się zaaferowany i przybiegał co drugi kęs, by zapytać, czy na pewno wszystko dobrze. Wieczorami dość szybko ulice pustoszeją, bo wprowadzono wirusową „ciszę nocną” – spacerować można sobie do woli, ale lokale zamykają się przed północą. Lotniska wyglądają jak w filmach o zombie apokalipsie – otwarte pojedyncze stanowiska, wejścia do kawiarni zaklejone żółtą taśmą, pasażerowie plączą się po ogromnych halach z nawet większym niż zwykle poczuciem zagubienia wypisanym na twarzach. Trochę niepokojąca, zasmucająca jest ta podróżnicza rzeczywistość AD 2020, nie będę przekonywać, że jest inaczej. Nie spodziewałam się niczego innego, ale jednak lekko mnie to uderzyło – dobrze znane mi okoliczności stały się nagle zupełnie obce.

Ale nawet mimo całej tej sytuacji bawiłam się przednio. Potrzebowałam zmiany, potrzebowałam wiatru we włosach, innego zapachu powietrza. No i mimo social distancingu zdarzało się coś niesamowitego. Na ten przykład w Corralejo, w takiej niewyględnej knajpie, gdzie menu złożone głównie z podawanych na wielkich talerzach grillowanych sardynek, croquetas, ośmiornicy, papryczek, chipirones. Takich rzeczy wyłowionych prosto z morza, podawanych prosto z patelni, przyprawionych tylko solą i cytryną, i co najważniejsze – para compartir; w tym kraju zamawia się je nie dla siebie, ale dla całego stołu. Jedzenie jest po to, bym nim się dzielić. To była moja pierwsza lekcja hiszpańskiej kultury kilka lat temu i zapamiętałam ją dobrze.
Przy stoliku obok nas – też jednym z raptem kilku zajętych – siedzieli ludzie z gitarami.
Opróżnili ostatnie talerze, poprosili o kolejne piwo i nagle jeden z nich zaczął śpiewać.
No świetnie, pomyślałam w pierwszej chwili. Chciałabym spokojnie zjeść, a oni mi tu będą hałasować.
Wtedy dołączyli pozostali.
Cudownie, jakby od niechcenia śpiewali na głosy, lekko, z tą charakterystyczną trochę radosną, trochę nostalgiczną nutą, przygrywając sobie na strunach, a ludzie w lokalu – ci przy stolikach i ci za barem i w kuchni – przerwali swoje czynności i złożyli nabożnie rączki. A ta grupka po prostu siedziała, grała i śpiewała. My mieliśmy koncert, oni wreszcie mieli publiczność – małą, bo małą, ale przez chwilę było zupełnie normalnie i wspaniale.

Wspomniałam już o pięknych plażach, ale Corralejo ma jeszcze jeden atut.
Sąsiedztwo wyspy Lobos.
Lobos jest maleńka i nikt na niej nie mieszka. Przez wiele lat mieszkała tam tylko jedna rodzina, latarników. Musieli czuć się dość samotnie… Tak czy inaczej, obecnie Lobos to park narodowy i niby nawet trzeba mieć zezwolenie na odwiedziny, ale w praktyce załatwia się to przy kupnie biletu w budce na szumnie zwany prom. Podróż trwa troszeczkę ponad kwadrans. I cóż tam mamy na miejscu?
Otóż wielkie, wspaniałe NIC.
Na Lobos jest owszem, niewielka plaża, ale wytyczono tam szlak okalający wyspę (i, dla chętnych, odnogę prowadzącą na jej najwyższy szczyt, łysy jak Telly Savalas i raczej stromy, choć mierzący niespełna 130 metrów). Część przypływających pozostaje na plaży, część udaje się na marsz i jeśli będziecie w pobliżu, to naprawdę warto ten marsz sobie zrobić. Nie jest męczący, ma raptem siedem kilometrów z drobnym hakiem, wzniesienia po drodze są minimalne, a widoki dosłownie nieziemskie. Wulkaniczne stożki, słone bagna, fale bijące o czarne skały. Jaszczurki przebiegające pod stopami. Szlakiem dociera się do klifu, na którym stoi zamknięta obecnie latarnia, a na horyzoncie widać doskonale sylwetkę nieodległej Lanzarote. Po tej stronie wyspy ocean nie jest tak łagodny, przeciwnie, samą swoją atramentową barwą przypomina, że jest oceanem.
A skoro już o nim mowa.
Autorka dała się namówić na tę wycieczkę, a właściwie sama była jej pomysłodawcą, zapomniawszy, że nie lubi podróży drogą morską, stresują ją niezmiernie. Rejs, jak wspominałam, trwa około dwudziestu minut i zapewne dla przeciętnego pasażera nie jest szczególnie emocjonujący, a nawet przyjemny, bo buja, bo piana morska pryska – ale dla mnie takie rzeczy to coś, co trzeba przetrwać z zaciśniętymi zębami, trzymając się kurczowo siedzenia i patrząc z niezrozumieniem na załogę, która na luzie stała sobie oparta o burtę i sprawdzała coś na telefonie lub poprawiała okulary przeciwsłoneczne na ogorzałej twarzy. No doprawdy. Gdyby chociaż któryś potrzymał mnie za rękę… Cóż, nie te czasy. W każdym razie, mimo moich strachów ocean niezmiennie mnie fascynuje. Po pierwsze, kapryśność żywiołu. Po drugie, nieco w sprzeczności z pierwszym – jego stałe, cierpliwe, niewzruszone odmierzanie czasu odpływami i przypływami. W miejscu ciepłej laguny, w której człowiek się wylegiwał lub brodził w płytkiej wodzie w południe, w drodze na kawę cortado i szklaneczkę zimnego piwa, przed zmierzchem jest już głęboko, woda po nos. I tak samo będzie jutro. I pojutrze. I za tydzień. I za rok. Tak po prostu będzie, ponieważ tak jest urządzony świat. Ocean to potężna siła, otchłań nie do wyobrażenia, ale jest to też odwieczny porządek rzeczy.

Ostatniego dnia, przed wyruszeniem na lotnisko, siedzę na plaży głęboko świadoma faktu, że cały ten piasek przywiozę do domu we włosach i bieliźnie. No i trudno. Wtem podchodzi do mnie sympatyczny dżentelmen o urodzie podstarzałego surfera.
– Dzień dobry, może chciałabyś wpaść do naszej kawiarni… Ach, tak, byłaś u nas dziś rano!
Mówiłam, że niewielu turystów…
– Miłego dnia! Wpadnij znów.
– Wzajemnie; niestety dziś wyjeżdżam.

Już z bagażem idę na obiad przez uśpione upałem miasteczko. Popołudniowy wiatr jeszcze się nie zerwał. Zamawiam, oczywiście, ośmiornicę, chipirones i papryczki; no i trochę wina. Croquetas odpuszczam, bo choć są pyszne, to wyjątkowo wielkie i nie dałabym rady, a przede mną prawie godzina jazdy przez pustkowia z latin popem na full i pięć godzin w powietrzu.
Zostawiam sobie croquetas na następny raz.

Now I know the things I know

Brakuje mi moich poleciałków.
Nawet wstawania o trzeciej trzydzieści.
Ciekawa jestem ogromnie, co u mojego taksówkarza; czy ma nowego kotka po tym, który mu zdechł, czy nadal złości się na córkę.
Tęsknię nawet za tymi pasażerami, którzy zawsze blokowali miejsca w jedynej otwartej o tej porze na lotnisku knajpce, drzemiąc na blatach.

A gdy już docierałam na miejsce, musiałam irytować się na metro, pociągi i autobusy, zgubione bagaże, zepsute zamki w mieszkaniach i dziwacznych recepcjonistów w hotelach… którzy czasem wpuszczali mnie wejściem dla personelu na basen.

Tak, brakuje mi moich poleciałków. Poleciałki zmieniły się w blade poniedziałki, a potem we wtorki, środy, czwartki, świartki, czwątki… Przywykłam niby do tego, co mamy, ale sami wiecie. Czuję się jak taki za przeproszeniem konik czy osiołek, któremu wszystko pasuje na łączce, tu sobie trawkę poskubie, tu się motylkiem zachwyci, tu na drzewka popatrzy, ale gdyby tylko bramę otwarto, toby pogalopował przed siebie, aż by się za nim kurzyło.
Lufa wysłała mi jednakże wiadomość, że zachowuję mój status często podróżującej mimo okoliczności, więc chociaż tyle. Wiem, marketingowy banał, ale dziwnie podniósł na duchu.

Jakoś po drodze minęły moje urodziny, które obchodziłam bez znajomych, bez tańców, bez wina, bez niczego, cytując klasyka. Nie ja jedna oczywiście. Obiecałyśmy sobie z przyjaciółkami, że przy najbliższej możliwej okazji wyprawimy sobie wspólnie wszystkie cztery zaległe imprezy urodzinowe, żadne tam wznoszenie toastów przez internet, tylko normalnie, po bożemu. Nie mogę się doczekać.
A ponieważ były to dość okrągłe urodziny, naszły mnie pewne refleksje, gdy tak siedziałam sama w domu i czytałam wiadomości, trochę bolejąc, że nie mogę na nie odpowiedzieć bardziej normalnie, na przykład uściskać. Cztery zero. Dziwne. Czyli teraz jestem w średnim wieku? Jeśli uśmiechnę się do kogoś w barze, to pomyśli „czyja to starsza kuzynka taka zdesperowana”? Czy ta lwia zmarszczka, której – dałabym słowo – jeszcze niedawno nie było, będzie się tylko pogłębiać? I co dalej, zacznie mnie boleć kręgosłup?… Aha, prawda. Już i tak od dawna mnie boli.

Przypominają mi się „my”, które sobie wyobrażałam 10, 20, więcej lat temu.
Kiedy miałam jakieś 13-14 lat, miałam bardzo klarowną wizję mojej przyszłości. Chciałam być cenioną aktorką dramatyczną i mieć czworo dzieci. Owszem. Też mnie to bawi.
Kiedy miałam lat 18, miałam wizję równie klarowną. Chciałam pracować w radiu. Mówiąc szczerze, miało to pewien związek z kolegą, w którym wówczas okropnie się kochałam. Powiedzmy, że nie do końca to wyszło, ale też nie do końca nie wyszło, ponieważ opatrzność, kim- lub czymkolwiek jest, ma ogromne poczucie humoru.
Kiedy miałam 30 lat, cała przyszłość jawiła mi się jako jedna ogromna zagadka. Tamte urodziny zresztą z wyboru spędzałam samotnie w górach. Nie pamiętam, czemu uznałam, że tak chcę, ale była to dobra decyzja. I ta kolejna dekada była w sumie – dotychczas – najlepszą.
Moje lata dwudzieste były, nie bójmy się tego słowa, potwornie głupie. Trochę cud, że wyszłam z nich bez większego szwanku. Nie uważam tego czasu za szczególnie wspaniały. Lata trzydzieste to była zupełnie inna sprawa. Bardzo mi się podobały. Jestem zadowolona. Dałabym mocną czwórkę. Byłam w tylu miejscach – nigdy bym nie przypuszczała, że w niektóre trafię, a w innych spędzę długie (lub całkiem krótkie, zależy od temperatury mojego związku z nimi) miesiące. Poznałam tylu ludzi, tylu niesamowitych ludzi. Ludzi, do których jako dwudziestolatka nawet bym się nie odezwała, ba, nie, westchnęła w ich kierunku. Widziałam górę Fuji i Jeremy Irons przeprosił mnie, że zmarzłam (nie, jedno z drugim nie ma związku, ale to mógłby być niezły film, n’est-ce pas?). Nie żeby każdy dzień był usłany różami, przeciwnie, bywało bardzo ciężko. Z jednej strony ta uciecha, że w sumie mogę wszystko, mam jak chciałam i nikogo nie muszę pytać o zdanie. Z drugiej strony – mnóstwo smutku. Bardzo dużo obaw. I wiem, że nie będzie ich mniej. To jest właśnie to, co najbardziej nie podoba mi się w całym tym tykaniu zegara – że człowiekowi przybywa potworów pod łóżkiem. Może i staje się mądrzejszy (acz w moim przypadku raczej nie sądzę), może bardziej odporny, może bardziej zrelaksowany, ale coraz więcej głosów odzywa się w w jego głowie, gdy zasypia.
A teraz?
Ciekawam, co będzie teraz.
W każdym razie nadal mam status często podróżującej.

Musisz tam pojechać i zobaczyć

Tego roku obchodzę dość okrągłe urodziny i od lat miałam takie marzenie, żeby pojechać sobie w prezencie do Nowego Jorku. Urodziło mi się ono, to marzenie, gdy byłam jeszcze na studiach.
Wszystko idealnie się składało. Urlop zaplanowałam. Wizy znieśli. Co mogłoby pójść źl…

No właśnie.
Jest drugi kwietnia 2020 roku i wszyscy wiemy, co poszło źle.

Nie pojadę do Nowego Jorku.
Przyznam – niezależnie od tego, jak to brzmi, gdy usłyszałam o zamknięciu granic, w pierwszej chwili pomyślałam, że mi nie przedłużą statusu frequent flyer. Wiem. Pindzia ma problem pierwszego świata. Oderwała się radośnie od rzeczywistości i zdziwiona.
Pracuję sobie wygodnie z domu moich rodziców (w przebłysku szaleństwa lub geniuszu, zależy z której strony spojrzeć, przyjechałam tu na parę dni przed tym, jak wprowadzono ograniczenia i już siedzę). Jestem zdrowa, wszyscy ważni też. Świat, choć gwałtownie skurczony, nadal się kręci, bardzo powoli. Cisza i spokój. Wiosna do tego. Luzik.
Tylko że…
… to jest dokładne przeciwieństwo mojego życia przez ostatnie cztery lata.
I nie będę ściemniać – męczy mnie to bardzo, tym bardziej, że obawiam się, iż obecna sytuacja odbije mi się i na życiu zawodowym, i prywatnym, bo jedno i drugie lubiłam spędzać w podróży. Nie jest mi dobrze w domu. Taka jest prawda. Jest mi tym gorzej, że chociaż siedzę na tyłku, to nie mogę zobaczyć miłego, który oczywiście został w Krakowie i pracuje z „biura”, jak zwykle. Co prawda jesteśmy całkiem wprawieni we wzmaganiu żądz mocy za pomocą telefonu, ale gdybym mogła się przytulić, to chociaż te głupie nerwy by mi trochę zelżały. Tego przez telefon jeszcze nie da się zrobić.
Wiem, że nikomu nie jest dobrze. Wszyscy siedzimy w tej samej mętnej kałuży, huiwi, jak długo jeszcze. Przeżyliśmy najdłuższy marzec w historii ludzkości. Wstępne zachwyty slow life i nadrabianiem zaległych lektur dawno nam przeszły. Oglądamy w emocjach retransmisje spektakli i baletów online, ale te emocje jakoś tak słabną, gdy na koncie znajdujemy kolejny zwrot za bilet, który nie zostanie wykorzystany. Wymyślanie nowych fancy potraw z soczewicy i pieczenie bezy wegańskiej jakoś przestaje pociągać, gdy człowieka ogarnia przemożna chęć zeżarcia pizzy po bożemu, w knajpie za rogiem. Albo nawet w tej trochę dalej, w której pizza jest okropna, ale z przyjaciółmi fajnie się siedziało nad piwem.
Dlatego przełykam to moje znużenie, ten lęk przed tym, że być może już nie będzie tak samo; być może nie tak szybko wrócę tam, gdzie lubiłam być i w sposób, w jaki lubiłam być. Zresztą może przesadzam i wszystko będzie jak ubiegłej wiosny, zanim się obejrzymy. Póki co budzę się zaniepokojona, a nie wypoczęta; budzę się stęskniona i zmartwiona.
Social media dawkuję sobie oszczędnie, bardzo oszczędnie, zwłaszcza po tym, jak odkryłam, że mój znajomy jest zagorzałym antyszczepionkowcem, obecna pandemia to woda na jego młyn i codziennie z zapałem godnym lepszej sprawy informuje o spisku, witaminach, sekretnych laboratoriach i niewidzialnej ręce. Nie mogę social mediów. Za to uwielbiane przez moich rodziców Radio Pogoda sprawdza się znakomicie, bo oszczędnie dawkuje stresujące wiadomości pomiędzy „Słodkimi fiołkami” i „Rudym rydzem”.
Jakoś to przejdziemy. Przeturlamy się. Dzieciom będziemy opowiadać, a one będą się dziwić, że nasze pokolenie przeżyło na żywo tyle filmów katastroficznych – samoloty wbijające się w budynki, spadające we mgle, zarazę, a w dodatku rok, w którym David Bowie i Alan Rickman zmarli w tym samym tygodniu.

Twarzoksiążka uporczywie przypomina mi zdjęcia opublikowane tego dnia w poprzednich latach. Załączam je, trochę dla siebie. 2 kwietnia 2017 poleciałam do Madrytu. To była niedziela, przepiękna, słoneczna.
I wrócę tam, wrócę też do moich londyńskich peregrynacji, ba, do Paryża wrócę i znowu będę wkurzać się na urok zaszczanych bruków i strajki. I do Nowego Jorku też pojadę.
Ale przede wszystkim zeżrę tę pizzę w knajpie za rogiem, z przyjaciółkami, a potem z panem i władcą beztrosko upijemy się winem nad ranem. Tak zrobimy.
Tak będzie.

We shall live through the long procession of days before us, and through the long evenings

Pamiętacie te czasy, gdy można było swobodnie podróżować? Nieco ponad dwa tygodnie temu?
A zatem wtedy wstałam zbyt wcześnie rano i poleciałam do Londynu. Jak zwykle; upiorny tłok na lotnisku, piękny świt po drodze, deszcz na miejscu.

– Halo, jak się masz? Oto twoje śniadanie – rzekła miła kelnerka. – I zamawiałaś kieliszek bąbelków, prawda? Zaraz przyniosę.
Tam, skąd przybyłam, lada moment miało wybić południe, a ja miałam ciężki miesiąc, bardzo ciężki, zawodowo i nie tylko, więc te bąbelki na śniadanie trochę mi się należą, uważam.
Miła kelnerka wróciła, gdy zjadłam i popiłam bąbelkami.
– Jeszcze?
– O nie nie, dziękuję bardzo. To była jedna buntownicza lampka… Przepraszam, nieważne.
– Znam to, znam. Ładny masz płaszczyk!
– Dziękuję.
– Naprawdę! Bardzo ładny.
– Dziękuję, to miłe. Ja po prostu lubię płaszcze.
– A ta książka?
Pokazuję. Kelnerka czyta opis.
– Wygląda ciekawie. Lubię takie rzeczy.
(Bo jest ciekawa, i to bardzo – to memuary człowieka, który w pewnym momencie rzucił pracę za biurkiem i zajął się ratownictwem medycznym, ale opisuje sprawy, które nie trafią na czołówki gazet i paski w telewizorze z nagłówkiem „bohaterscy ratownicy”. Pisze o cichszych, mniej efektownych tragediach i jeszcze cichszych szczęściach).
– Dziękuję, do widzenia! – macha mi, gdy wychodzę.
– Do widzenia, dzięki!
– Kupię sobie tę książkę!
– Koniecznie.

Parę godzin później, Harold Pinter Theatre. Stoję w kolejce do baru przed Wujaszkiem Wanią, gdy wtem pani za mną mówi mi:
– Ładny ma pani płaszczyk!
– E… dziękuję, naprawdę bardzo dziękuję.
Imaginujecie sobie, Richard Armitage o parę ścian dalej, za parę minut na scenie, przedstawienie Czechowa, całe bogactwo rosyjskiej duszy skoncentrowane w dwóch godzinach przez znakomitego reżysera – a widzki uważają za ważniejsze rozprawy o ciuchach.
– Świetny! Przepraszam, nie obrazi się pani, jeśli spytam, jaki to sklep? Chciałabym taki…
– To nie było tutaj. Parę lat temu go kupiłam, w Hiszpanii.
Mąż mojej interlokutorki parska śmiechem.
– Niespodzianka – mówi. – Bo my z Madrytu przylecieliśmy specjalnie na to przedstawienie.
Żegnamy się ciepłymi słowy i rozchodzimy do swoich rzędów.

Wujaszek Wania to przepiękny spektakl. Przepiękny wizualnie, bo scenografka postanowiła oszołomić widownię, przedstawiając jej niby przytulne wnętrze rosyjskiego domu – piszę „niby”, bo przez ogromne okna do wnętrza wdziera się las, który jest jednocześnie piękny i niepokojący. Przepiękny pod względem ładunku emocjonalnego, choć paradoksalnie, w tym ujęciu wydobyto z dramatu humor i lekkość. Ogląda się to z wielką przyjemnością i chętnie poszłabym znów.
Oczywiście Richard Armitage jest naprawdę uderzająco przystojny, gdyby kto był ciekaw. Kolana człowiekowi miękną nawet, gdy siedzi. A jego wspaniały, głęboki, wibrujący głos, o matko. Cóż to za głos.
Ale Toby Jones wygrywa to przedstawienie i został słusznie nominowany do nagrody Oliviera. Jest w tym jego zabawnym, kąśliwym Wani ogromny smutek – smutek cichy, głęboko ukryty. Wania jest trochę jak postać z commedii dell’arte, ale nieporównanie bardziej subtelnie zagrana. Geniusz aktorski Jonesa objawia się w całej krasie w tej roli. On gra tym, co jest między słowami, między gestami – wtedy widz zauważa te wszystkie rysy, pęknięcia, tę gorycz.
Richard przemknął obok mnie, owiawszy zapachem i uśmiechem, złożył podpis, ale potem wyszedł mały ryży facet w kapeluszu, do którego wszyscy się rzucili.
– Bardzo mnie wzruszyła twoja postać – powiedziałam małemu w kapeluszu, a on opromienił mnie serdecznym uśmiechem i rzekł, że to wielce miłe.
Wania nadal jest wystawiany, ale Richard uprzejmie zasugerował tym, którzy czują się samotni w izolacji, słuchanie nagranych przez siebie audiobooków (30 dni za darmo, więc…).

Dobrze. Dzień następny, sobota. Teatr Bridge, który wszyscy lubią (w dużej mierze za zapach, o czym już kiedyś pisałam – specjalnością teatralnego baru są pieczone na miejscu magdalenki). Pogoda była nieco obrzygliwa i znowu się zgubiłam, wychodząc ze stacji London Bridge – za dużo mają tych wyjść i zawsze, ZAWSZE wybieram to niewłaściwe – ale dotarłam na miejsce i zasiadłam w pierwszym rzędzie. Przeważnie nie lubię, niemniej w tym przypadku było zdecydowanie warto.
A Number to dziwna historia. Historia nie tak nieprawdopodobna, jak chciałoby nam się wydawać. Trochę jak odcinek Black Mirror, tyle że napisany przez wybitną dramaturżkę Caryl Churchill wiele lat wcześniej.
Sama sztuka jest bardzo kameralna – ot, rozmowa ojca z synem, w salonie domu tego pierwszego. Tylko że synów jest więcej niż jeden. Ale oni nie są rodzeństwem, są klonami pierworodnego, z którego wychowaniem ojciec sobie nie poradził i go… oddał. Jego kopia miała naprawić rodzicielską porażkę, niemniej klonów powstało więcej. Targany poczuciem winy ojciec postanawia spotkać się z nimi.
Ani na chwilę nie opuszczamy salonu ojcowskiego domu, takiego wiecie, przykładnego, z kominkiem, pejzażykami i niezbyt ładnymi kanapami, z kapciami umieszczonymi strategicznie. Ten salon jednak zmienia się na oczach widzów, bo… oglądają go z różnej perspektywy. Scenografia prędziutko się obraca w krótkich momentach ciemności. W tych samych momentach ciemności znika jeden Colin Morgan i pojawia się drugi Colin Morgan. W innym ubraniu, ze włosem zmierzwionym lub ulizanym, z innym akcentem. Widziałam w teatrze błyskawiczne zmiany kostiumów i domyślam się, że zapewne za sceną czeka kilkoro ludzi gotowych, by go w mgnieniu oka przebrać i uczesać, ale to jest coś nieprawdopodobnego. Bo tu nie chodzi tylko o przebieranki. Colin Morgan gra w tym spektaklu trzech zupełnie innych mężczyzn. Roger Allam tymczasem gra ojca wszystkich Colinów, bardzo dyskretnie, delikatnie, a jednak z tej roli przebija ogromny smutek.
Kilka lat temu ci panowie grali razem w Shakespeare’s Globe, w Burzy. Allam – Prospera, Colin Morgan – duszka Ariela. I Jezusie, jaki Morgan był zjawiskowy w tym spektaklu. W dodatku pojawiał się tam na scenie w ogromnym, cudownym kołnierzu z pawich piór, a te w teatrze przynoszą pecha, nie wolno (parę lat później Globe wystawił tenże kostium na aukcję dobroczynną i sporo zań zapłacono).
Widać niewątpliwie, że oni się lubią i bardzo sobie ufają. Oni grają ze sobą, nie do siebie. Para aktorów, których niby dzieli bardzo wiele, działa w tym spektaklu jak znakomicie naoliwiona maszyna. Równie dobrze mogliby zrobić całe przedstawienie, siedząc na krzesłach w foyer, byliby tak samo zachwycający.

A obejrzawszy ten cudowny klejnot, poszłam troszeczkę na zachód, do Old Vic, by obejrzeć Endgame.
Muszę przyznać, że mam duży szacun dla Daniela Radcliffe’a za to, że wybiera sobie role, które po prostu chce zagrać, a które ani nie są łatwe, ani tłumów nie zadowolą (Shaffer, Stoppard, teraz Beckett). Oczywiście, on jest w tej komfortowej sytuacji, że zwyczajnie może sobie na to pozwolić. I dobrze, że sobie pozwala, choć tu mu spektakl ukradł fantastyczny Alan Cumming, grający okropnego, irytującego typa, czerpiącego wyraźną przyjemność ze znęcania się nad bohaterem Radcliffe’a – a w dodatku zmuszony do grania w bardzo niewygodnej, jak podejrzewam, pozycji (jego postać, siedząca w fotelu, ma doczepione blade chude nóżki, jego własne są ukryte wewnątrz fotela). A całe gorzkie, groteskowe przedstawienie osładzała mi widzka siedząca obok mnie, która powiedziała mi od razu, że ona bardzo kocha Radcliffe’a i jest ogromnie podekscytowana, i żebym śmiało zwracała jej uwagę, gdyby zasłaniała mi widok. I faktycznie przez cały spektakl się śmiała, po czym spoglądała na mnie, czy ja też się śmieję. Nie śmiałam się aż tak wiele, ale ta pani naprawdę była niebywale sympatyczna w swoim zachwycie.
Jest to dobry spektakl i dobrze zagrany przez dwóch tak różnych aktorów, wspomaganych przez Jane Horrocks and Karla Johnsona (którzy spędzają calutki spektakl… w koszach na śmieci), acz szczerze pisząc, brakowało mi w tym takiej chemii, jaką poczułam w A Number. Co nie zmienia faktu, że obaj bez wątpienia dobrze się czują w rozkosznie bezsensownym świecie Becketta (spójrzcie zresztą).
Tak sobie myślałam, że kiepski będzie stan kolan i kostek Daniela po tych wszystkich scenach z drabiną, na którą wbiegał, by na zmianę otwierać i zamykać absurdalnie wysoko umieszczone okna – bo on po niej zjeżdżał, nie schodził. Ale obawiać się już nie muszę, ponieważ (i to kolejny dowód na to, jak wiele zmieniło się w tak krótkim czasie) wczoraj Old Vic ogłosił, że podejmuje trudną decyzję o odwołaniu pozostałych spektakli. Radcliffe i Cumming mieszkają w Nowym Jorku, więc zapewne to dla nich ostatnia szansa na jakiś czas, by wrócić do domu przed zakazem lotów do USA, a i widownia Old Vic to głównie przyjezdni. Niby Wielka Brytania podchodzi do wirusa z dystansem, ale wielu ludzi zrezygnowało z wizyt w teatrze. Old Vic jednakże zachował się z klasą, bo tym, którzy wybierali się na odwołane przedstawienia, zaproponował obejrzenie nagrania.

No i ostatni show. Message In A Bottle.
Jeśli komuś kojarzy się z kawałkiem The Police, to słusznie, bo jest to widowisko baletowe, w którym wykorzystano muzykę Stinga. Produkcja trupy Zoo Nation prowadzonej przez wybitną choreografkę Kate Prince.
W niedziele w Londynie pod względem teatralnym dzieje się raczej niewiele – ale to nie jest też tak, że nic nie można dla sieie znalezć. Można. Ja znalazłam Message In The Bottle i tak trafiłam do Peacock Theatre, obok którego wielokrotnie przechodziłam, ale nigdy wcześniej nie byłam w środku. Bo i ten teatr, choć leży rzut beretem od Soho, formalnie należy do London School of Economics, dlatego nie zalicza się do licznych teatrów West Endu. Służy jednak jako druga scena legendarnych Sadler’s Wells w Islington, europejskiego jądra tanecznego świata. Sam w sobie jest niby niewyględny, bo zbudowany już w XX wieku, więc jeśli lubicie robić zdjęcia imponujących, złoconych sufitów West Endu, to raczej tutaj nie zrobicie. Niemniej teatr ma dość fascynującego ducha, mianowicie podobno tutejszym duchem jest… delfin. Wzięła się ta historia stąd, że w którejś z przedwojennych rewii występowały tu delfiny (prawda) i jeden z nich zdechł (nieprawda), stąd czasami słychać ponoć stłumione piski.
Jak obezwładniająco zdolni ludzie w tym są. Sama opowieść – rodzeństwa uchodzców wrzuconego w sam środek kryzysu – może nie jest najgłębsza, nie najbardziej zaskakująca, ale to nieważne, bo słabości fabuły wynagradza fenomenalne wykonanie. Intensywne tak, że niemal bolesne. Ten spektakl to nie tylko historia, ale przede wszystkim niemożliwy popis ludzkiej siły i sprawności fizycznej, zapierający dech w piersiach momentami. To nie balet w puentach i tutu, to balet niemal brutalny, a jednak tańczony z wielką żarliwością, z radością. I to wszystko w znakomitej, choć bardzo prostej oprawie wizualnej.
To była najbardziej gorliwa i przede wszystkim szczera owacja na stojąco, jaką widziałam od pewnego czasu. Sama byłam pod ogromnym wrażeniem.

Wróciłam do hotelu, odebrałam bagaż. Pociąg, lotnisko, lotnisko, dom.
Nie sądziłam, że ta wycieczka może być ostatnią na jakiś czas. Oczywiście, jak to ja, wierzę naiwnie, że na niezbyt długi czas. Ale nadal dziwię się temu, jak gwałtownie nasz świat się zatrzymał. Może i dobrze, że wszyscy przymusowo zwolniliśmy, niemniej coś mi w środku mówi, że nawet jeśli za parę miesięcy znowu będzie tak, jak było, to już będzie inaczej.

I love words that’s all

Rok się zaczął, miesiąc minął, jak bogowie dadzą, autorka znowu poleci do Londynu całkiem wkrótce, a jeszcze poprzedniej wycieczki nie opisała. Rzeczywistość noworoczna bardzo dała jej w twarz i daje nadal, choć (tfu, tfu) jest jakby troszkę lepiej, niż było jeszcze kilka dni temu. Zatem nadrabiam.

Mam taką tradycję od paru lat, że w okresie mniej więcej noworocznym latam do Theatrelandu. Zimno, wieje, ale świąteczne dekoracje jeszcze błyszczą, wszyscy jeszcze mają wolne, miasto wydaje się zatem nieco bardziej ospałe i wyluzowane, niż w innych porach roku. Poza tym ceny w hotelach bywają zaskakująco niskie, bo ci, którzy przyjechali do Londynu na romantyczne Christmas, już wyjeżdżają. To dobry czas na wycieczkę, a jak okazało się tym razem, jeszcze lepiej wyjechać tam tuż po fajerwerkach.
Oczywiście, jak to ja, przybyłam pierwszym porannym samolotem, który ląduje na ziemi Albionu o godzinie 07:50. Niby mam powyżej uszu ciężko rannych lotów, bo kojarzą mi się z pracą, a Balice o świcie to siódmy krąg piekieł, ale pechowo te okrutne rejsy są najbardziej przyjazne portfelowi, więc nie ma to tamto.
Niestety prawda taka, że wstawanie w środku nocy człowiek odczuwa jakoś bardziej niż kiedyś, więc dotarłam do Londynu mocno nieszczęśliwa i marzyłam o tym, by choć na chwilkę wyciągnąć nogi (bo na zawsze to jeszcze nie zamierzam). Szczęśliwie tym razem zamieszkałam w hotelu, który pozwala samodzielnie się zameldować i wybrać sobie pokój telefonem. Wybrałam zatem taki, który był już posprzątany i gotowy. I rzeczywiście, gdy stawiłam się w recepcji, miła dama powiedziała, że mogę już skorzystać z wszelkich dobroci mojej tymczasowej kwatery głównej. Cudownie! Weszłam, wzięłam prysznic, padłam w wykrochmaloną pościel i po zasłużonej drzemce udałam się spacerkiem na południowy brzeg, do National Theatre.

Nieco zwlekałam z zakupem biletu na Ocean na końcu drogi, a gdy wreszcie zabrałam się do tego, nabyłam jeden z najostatniejszych. Spektakl wyprzedany. Neil Gaiman, wiadomo. Ale udało się.
To nie jest moja ulubiona książka Gaimana. Spektakl jednak udał się bardzo; tchnięto życie w tę historię i dobrze uchwycono zarówno nostalgiczną nutę opowieści o zapominaniu, jak i tę gaimanowską magię (zwłaszcza że przy przedstawieniu pracował specjalista od iluzji i naprawdę były momenty, gdy widz myślał „ale… jak oni to zrobili?”; widownia, i ta dorosła, i ta małoletnia – choć swoją drogą, uważam, że to nie jest spektakl dla dzieci – wydawała z siebie okrzyki zaskoczenia). Adaptując tego typu powieści, można albo pójść w efekty specjalne, albo zaufać wyobraźni widowni. Twórcy wybrali drogę pomiędzy.
Chwilami podskakiwałam, chwilami włos mi się jeżył na grzbiecie, chwilami chichotałam, otwierająca spektakl scena pogrzebu trochę mnie wzruszyła. Nie jest to rzecz zmieniająca życie, ale oglądało się to znakomicie – bardzo zgrane ensemble, mnóstwo teatralnego czarowania, fajne lalkarstwo, genialne światło; plastycznie i wizualnie to klejnot. Lubię taki teatr. Szczery, uczciwy, porządnie zrobiony, który nie oszukuje widza, ale pozwala mu poczuć się przez chwilę dzieckiem. Przypomnieć sobie zapomniane. Każdy z nas kiedyś wierzył w oceany na końcu drogi, w potwory, w czarownice. Każdy z nas miał taki ocean. Niepostrzeżenie dla nas samych wyrastamy z naszych baśni.
– I thought it was supposed to be a feel-good show… – powiedziała pani obok mnie w antrakcie. Ano nie. To chyba najsmutniejsza powieść Gaimana, ale ten smutek nie ściska was za gardło, nie szczypie w oczy; to taki gorzki, łagodny smutek blaknących wspomnień.
Piękne przedstawienie.

Nasycona nim po uszy, wróciłam na „mój” brzeg Tamizy, żeby obejrzeć osławionego Cyrano de Bergerac w adaptacji kontrowersyjnego dość dramaturga, Martina Crimpa, i reżyserii Jamiego Lloyda.
Produkcje Lloyda, jednego z najbardziej znanych brytyjskich reżyserów teatralnych młodego pokolenia (już nie takiego młodego, urodziliśmy się w tym samym roku; mamy ponury jubileusz w 2020) zwykle dzielą publiczność i krytyków. Nie wszystkie mu się udały, to fakt. Lloyd ma taki trochę punkowy styl, czego dowodzi wystawiana latem ubiegłego roku Evita, rozebrana na części pierwsze, surowa, całkowicie pod prąd musicalowego kanonu pt. cekiny i patos. Widownia i krytycy byli głęboko podzieleni – co to ma być, Eva Peron w trampkach?…
Gdy w świat poszły pierwsze zdjęcia z Cyrano, niektórzy się wzdrygali, że to tak… europejsko wygląda (w Theatrelandzie to niekoniecznie jest komplement; tutaj teatr kontynentalny kojarzy się z awangardą, golizną i projekcjami wideo). A potem ruszyły zaskakujące pięciogwiazdkowe recenzje.

Cyrano de Bergerac, mistrz dobrej gadki, nie ma tu doprawionego nosa, za to ma muskuły, ogoloną głowę i jest nie do pobicia w rapowych pojedynkach. Jego nieodłącznym atrybutem jest mikrofon. Używany jak tarcza, jak broń. Cyrano istnieje, kiedy nawija. A nawija fenomenalnie, zwłaszcza że reżyser pozwolił mówić protagoniście z własnym, szkockim akcentem.
To jest spektakl-słuchowisko. Oparte na wzmocnionych mikrofonami głosach aktorów, na różnorodnej melodii ich akcentów, na wersach wystrzeliwanych z prędkością karabinu i szemranych powoli, niemal prosto do ucha widzowi. Nie ma scenografii, nie ma lśniących kostiumów, nie ma muzyki – jest za to fantastyczna beatboxerka. Są słowa. Są mikrofony. I świetna obsada… którą James McAvoy spycha w cień jednym mrugnięciem.
Nieprawdopodobną charyzmę ma ten facet. On po prostu rozsadza scenę i widownię rozkochuje w sobie natychmiast, wystarczy, że się do niej uśmiechnie. To jest elektrownia na dwóch nogach. Cyrano McAvoya jest, owszem, nieszczęśliwie zakochanym mężczyzną, ale jest też facetem doskonale zdającym sobie sprawę z tego, że jest troszeczkę bardziej błyskotliwy od innych… i takim, któremu lepiej nie podskakiwać.
McAvoy, jak Andrew Scott, ma niesamowitą zdolność przykuwania uwagi i bezczelnego zarządzania sceną. Scott przy tym robi to swoją lekko neurotyczną żarliwością. McAvoy – czarem łobuza z Glasgow i genialnie plastycznym głosem. Obaj znakomicie czują publiczność i grają, jakby to ująć… z lekko uchyloną czwartą ścianą. Chciałabym zobaczyć ich kiedyś razem w jednym przedstawieniu, ale teatr by chyba wybuchł.
W dzisiejszych czasach, a już zwłaszcza na West Endzie, gdzie miliony tłumnie przybywają, by oglądać przedstawienia głośne, lśniące i imponujące, to ryzykowne posunięcie, by zaprezentować widowni coś tak prostego, tak okrojonego z wszelkich efektów – czasami nawet gwiazda w obsadzie nie pomaga. Ale Cyrano to oczywiście jest sztuka o słowie i to, co zrobili z tym spektaklem Lloyd i Crimp, ma głęboki sens. Pokazali rdzeń tej historii. Cyrano-slammer? Śmiałe. No i się udało.
A gdy w antrakcie stałam w kolejce po lampkę wina, obok mnie przemknął wysoki i wielce przystojny mężczyzna, i gdy już mnie minął, to zdałam sobie sprawę, że to Tom Ellis we własnej osobie.
Kolejny dzień upłynął mi wielce leniwie – wpadłam do Wellcome Collection obejrzeć nową wystawę (Being Human, mała, ale bardzo ciekawa; zresztą niezmiennie polecam to muzeum), pokręciłam się troszkę po mieście, a potem poszłam na randkę z jednym z najwspanialszych mężczyzn świata.

Ian McKellen w programie do swojego one-man show napisał, że dwa razy w tygodniu chodzi na pilates.
Jeśli te zajęcia pozwalają mieć tyle energii w wieku 80 lat, to zapisuję się natychmiast. Chłopak przez prawie trzy godziny monologuje i przekomarza się z publicznością, będąc przy tym ruchliwy jak iskierka. W jednej ze scen w pierwszym akcie wspomina siebie z początków kariery, gdy miał grać 80-latka i demonstruje, jak go grał (wiadomo, ledwo dyszące zgarbione nieszczęście), ku ogromnej uciesze publiczności widzącej przed sobą sprężyście poruszającego się mężczyznę w obłędnym płaszczu z falującą podszewką w kolorze electric blue. McKellen robi to od roku, podróżował po Wielkiej Brytanii od południa po północ, aż wreszcie uznał, że spędzi z londyńską widownią jeszcze dodatkowe 80 wieczorów. Wszystko to, by celebrować jego wspaniałe życie i karierę, ale też by zebrać fundusze dla młodych twórców, dla scen wymagających remontu (i po wszystkim spokojny, uśmiechnięty czeka na widzów w foyer, z wiaderkiem w dłoniach). Rzecz jasna, wśród publiczności są ludzie – sądząc po językach – z całego świata. Oraz koledzy po fachu McKellena, na przykład Judi Dench, na której obecność wśród widzów wszyscy zareagowali bardzo po angielsku, to znaczy udając, że w ogóle jej nie rozpoznali.
Ian McKellen często zwraca się do publiczności, zwłaszcza w drugiej części, która jest wspólnym czytaniem Szekspira i prosi widzów, by wybierali kolejne sztuki (w wielu grał przynajmniej raz, więc powiedzieć, że zna je na pamięć, to niewiele powiedzieć). W tych wyluzowanych pogwarkach chyba najlepiej ujawnia się jego profesjonalizm – McKellen ma wszystko i wszystkich w budynku pod kontrolą. Publiczność je mu z ręki. Sytuacja rozwija się w tym kierunku, w którym on chce, by się rozwijała. Nie ma miejsca na przypadek.
– Jakie jest pierwsze słowo w „Ryszardzie III”? – pyta.
– Now – odpowiada zgodnie widownia.
– Właśnie. Teatr jest „in the now”, tu i teraz. Film jest „then”. Ale my jesteśmy tutaj teraz. To już się nie powtórzy.
To bardzo mądre i bardzo trafne.
Jest to wieczór niebywale radosny, ale też dość nostalgiczny. McKellen mówi dużo o swojej rodzinie, o przyjaciołach, których już nie ma i pobrzmiewa między wierszami słodko-gorzka nuta.
– Jeśli bardzo chcecie zobaczyć kogoś na scenie, idźcie, nie odkładajcie na później – mówi. – Następnej okazji może już nie być. Ja tak miałem z Judy Garland…
I oczywiście, trochę kurzu nagle do oka się dostaje, bo zdajecie sobie sprawę, że uroczy dżentelmen przed wami też nie jest ponad czasem (choć wydaje się, że jest). Ale to nieważne, bo nadal wszyscy świetnie się bawimy, łącznie z protagonistą, który ma spojrzenie i uśmiech rezolutnego chłopca. I chociaż na widowni siedzi 800 osób, każdy ma wrażenie, że spędza wieczór z McKellenem sam na sam. Atmosfera jest uroczo familiarna. Rzecz jasna, bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że to najpewniej też jest zagrane – profesjonaliści nawet improwizację mają pod kontrolą – niemniej słodycz tego wieczoru na długo ze mną zostanie. Ten człowiek to złoto i skarb. Tak mocnej pozytywnej energii dawno nie czułam. Coś niezwykłego.
No i doceniam jego słabość do electric blue, absolutnie.

W sobotę powróciłam na Ghost Quartet. Już o nim pisałam tutaj. Nieczęsto zdarza się, że na przedstawienia wracam, tyle jest przecież do oglądania – ale wiecie, co się dzieje, gdy się zakocham. Nie ma to tamto. Musiałam zobaczyć to ponownie i zobaczyłam, choć wyrwałam jeden z ostatnich biletów, bo teatr malusieńki jest, a był to ostatni dzień wystawiania tej perełki. Bo to dosłownie była perła. Wspaniale obsadzona – każdy z czworga członków obsady to fantastyczny wykonawca, każdy śpiewa i gra na licznych instrumentach, opowiadając przy tym cztery dziwne, splecione z sobą historie. Intymna bardzo. Za drzwiami głośne, kolorowe Soho, sex shopy, kluby go-go i chińskie knajpy z plastikowymi dekoracjami po sąsiedzku, a w Boulevard Theatre czysta magia i whisky. I teraz już mogę to napisać – przedstawienie kończy się w sposób dość niezwykły; otóż każdy z aktorów zaprasza któregoś z widzów do grania na instrumencie (nie to, że trzeba symfonie wygrywać, to proste nuty, nawet ja bym dała radę… chyba). Czworo widzów gra, a aktorzy niepostrzeżenie, jeden po drugim, znikają ze sceny i wtem publiczność zdaje sobie sprawę, że już ich nie ma. Cóż, w końcu to kwartet duchów!
Wieczorem wskutek serii fortunnych zdarzeń wylądowałam w Donmar Warehouse na sztuce pt. Teenage Dick.
Nie jest to nic sprośnego, aczkolwiek podwójne znaczenie angielskiego zdrobnienia imienia Richard dobrze pasuje, ponieważ bohater tytułowy jest, cóż, niezłym chu*em.
Jest to współczesna, luźna adaptacja szekspirowskiej sztuki o jednym z trzech braci-książąt, który ostatecznie, dążąc leciuchno po trupach do celu, objął władzę jako król Ryszard III, ale jak wiemy, długo się nią nie nacieszył.
Według przekazów, Ryszard III miał zdeformowaną sylwetkę. Toteż często aktorzy grający go mają garb lub kuleją, lub jedno i drugie. Acz oczywiście, na ogół są to aktorzy w pełni sprawni. Daniel Monks, grający Richarda w Donmarowym spektaklu, ma częściowe porażenie i naprawdę porusza się o kuli. Czy mu to w tańcu przeszkadza? Ależ ani trochę. On zresztą w wywiadach mówi zupełnie otwarcie o trudach swojej codzienności i żartuje, że jest nie tylko facetem niepełnosprawnym, ale i gejem, więc tyle wygrać. Taniec wspomniałam nieprzypadkowo, bo jest w tym spektaklu scena, która widzów wyrzuca z butów i frenetyczna owacja się zrywa – otóż Richard idzie na bal ze swoją wybranką (którą potem potraktuje bardzo brzydko) i tańczy z nią. Tak, że gdybyście nie wiedzieli, iż facet ma sparaliżowaną prawą połowę ciała, nawet nie przeszłoby wam to przez myśl. Imponujące.
Oto mamy historię z szekspirowskiej tragedii przeniesioną do amerykańskiego liceum (o znamiennej nazwie Roseland), w którym uczniowie walczą w wyborach o tytuł przewodniczącego. Richard startuje naprzeciw szkolnego gwiazdora Eddiego (trzecim konkurentem jest Clarissa – w oryginale oczywiście książę Clarence – która zostaje szybko wyeliminowana, szczęśliwie nie przez utopienie, jak prawdziwy Clarence). Richard na wiecu rzuca głodne kawałki o walce z prześladowaniem i działaniu na rzecz uciśnionych, ale prawda taka, że chce wygrać za wszelką – WSZELKĄ – cenę. Rozgrywa ludzi znakomicie, wykorzystując ich współczucie, bo kalece przecież współczuć trzeba; któż podejrzewałby takiego biedaka o bezwzględne knucie i wreszcie, w akcie paskudnej zemsty za własne w sumie czyny, przyprawienie największego konkurenta o trwałe kalectwo.
Co ciekawe, przedstawienia w Donmar Warehouse zwykle są wyprzedane – to nie było, być może zniechęcił ludzi nieco niefortunny tytuł. Niemniej gdy dobre słowo poszło w świat, coraz trudniej było o bilety. Nos mnie nie zawiódł. Fakt, troszkę długo ta sztuka się rozpędza, ale gdy już się rozpędzi, to jest pyszna. Fenomenalny Monks przyćmiewał i zachwycał w roli Richarda, bezdusznego moralnego dna, które widownię też łapie na lep fałszywego współczucia. A jak znakomity ten chłopak jest, dowodzi fakt, że niemal wprost z desek Donmar Warehouse trafił do obsady Mewy z Emilią Clarke, reżyserowanej przez tego samego Jamiego Lloyda, którego wcześniej wspominałam.

Niedziela.
W niedziele niewiele się dzieje w Theatrelandzie, ale są miejsca, które zapraszają – w tym między innymi Shakespeare’s Globe i Bridge Theatre. Bridge Theatre jest piękny, wygodny, pachnie w nim świeżo pieczonymi magdalenkami.
Sally Cookson to jedna z moich ulubionych reżyserek, a lubię ją za to, że trzyma się prostych środków – prostych, lecz nie zbyt prostych. Mam wrażenie, nie zapomniała zbyt wiele z dzieciństwa, bo będąc dorosłą reżyserką, chętnie sięga po te właśnie proste środki w wierze, że publiczność dobrze je odczyta. W A Monster Calls stworzyła tytułowego potwora, ożywione drzewo z banalnej części teatralnej maszynerii – zwisających lin. Zanim jednak powstał Monster, Cookson wyreżyserowała adaptację Lwa, czarownicy i starej szafy w 2017 roku. Spektakl powrócił świątecznie zimą 2019, w Bridge właśnie. I tu znowu śniegi Narnii stworzono z bieluchnego płótna wciąganego na scenę przez schodzących w dół audytorium aktorów. Oczywiście całemu spektaklowi towarzyszy muzyka na żywo, jak zawsze u Cookson. Ona nie lubi sztywnych granic i szufladek w teatrze, jej przedstawienia to miks dramatu, musicalu i cyrku, ponieważ dlaczego nie.
Nie jest to przedstawienie tak dobre, jak Monster (ale umówmy się, ja mam lekką obsesję na punkcie tamtego i też ciężar gatunkowy jest zupełnie inny), przy czym trudno te dwa porównywać, bo to całkowicie inne historie. Lew, czarownica i stara szafa to klasyk literatury dziecięcej, a na widowni zasiadało jednak wiele krasnali, ale dorośli bawili się równie pysznie, i też rozdziawiali buzie, gdy na scenie pojawił się wyczekiwany lew Aslan. Bo przypominało im się dzieciństwo i wszystkie wymyślone światy, w których spędzali czas, kiedy nikt nie patrzył. Wszystkie szafy i grube zasłony w mieszkaniach babć, wszystkie zakurzone, zapomniane kąty. W pewnym sensie jest to zatem przedstawienie podobne do Oceanu… – przedstawienie-wspomnienie.
Tak jakoś dziwnym trafem wyszło, że była to wycieczka dość nostalgiczna, trip down the memory lane. No i dobrze. Któż z nas tego nie potrzebuje?…

Star Alliance

Chmury wiszą tak nisko nad dachami, że od rana czuję się, jakby był wieczór.
I właściwie czułam się tak przez cały miniony rok.
Może wreszcie, zgodnie z wieloletnią tradycją (wiecie, że w przyszłym roku stuknie mi 20 lat blogowania? Koszmar) opublikuję zatem drobne tym razem podsumowanie 2019.

Nie mogę powiedzieć, żeby to był czas cudownie udany, choć nie mogę również powiedzieć, by był zły. Był intensywny, być może troszeczkę za bardzo. Nadal tu jestem, 57 startów i lądowań później, po ponad 200 nocach przespanych w hotelowych łóżkach w ośmiu różnych krajach. Do chłodu i nijakiego zapachu tych łóżek przywykłam tak bardzo, że zasypiam w nich jak dziecko, w odróżnieniu od łóżka własnego. W sumie trochę przestałam rozróżniać tryby „dom” i „niedom”. Nie twierdzę, że to dobrze, po prostu mówię, jak jest.

Po stronie plusów zapisać mogę niewątpliwie bogactwo wrażeń. Kilkadziesiąt razy w teatrze (co więcej, udało mi się zobaczyć prawie wszystko, co zobaczyć najbardziej chciałam w Krakowie). Kilkadziesiąt przeczytanych książek (no dobra, przez cały grudzień, będąc przykuta do kanapy, przerabiałam jedną średnio grubą dziennie, więc trochę sobie nabiłam statystyki – polecam rwę barkową, *nieco* upierdliwe, ale jeśli narzekacie na brak wolnego czasu, to rozwiązanie jak znalazł). Nowe doświadczenia kulinarne, nowe punkty na mapie, nowi znajomi. Odrdzewienie kilku starych przyjaźni. Lato trwające od marca do końca października, gdyż mój szef zadbał o to, bym odwiedzała tylko ciepłe kraje.
Widziałam Maggie Smith na scenie. Uściskał mnie Rhys Ifans, zrobiłam sobie czwarte selfie z Andrew Scottem (tj. on zrobił). Byłam w La Scali na spektaklu i na festiwalu filmowym w Paryżu, niechcący, bo były bilety na film z Goldblumem (który się nie pojawił wszakże). Tańcowałam do Beyonce w finale Snu nocy letniej i wracałam pociągiem w wianku na głowie, jak przystało na kobietę w moim wieku. W Westminster Abbey też tańczyłam, do Happy i było to chyba najpiękniejsze, najbardziej absurdalne doświadczenie dekady – niewielu było to dane jednak. Dodajmy, że aby dotrzeć do Westminster Abbey tamtego wieczoru, pokonałam trasę Monako-Nicea-Amsterdam-Kraków-Katowice-Londyn w 16 godzin, bez grama snu. Nie polecam.
Zobaczyłam zupełnie puste Pola Elizejskie, jak w horrorze, i uzbrojonych po zęby policjantów. W sobotnie popołudnie, gdy ludzie zwykle walą wartkimi strugami do Louis Vuittonów i muzeów. Nikogusieńko. Tylko ołowiane niebo, zabite dechami witryny i rzędy zaparkowanych policyjnych motocykli, i oficera żandarmerii przeganiającego mnie surowo. Żyć w ciekawych czasach, mówicie?…
Widziałam moją pierwszą burzę piaskową. We Włoszech kupiłam sobie elegancką bransoletkę z wygrawerowanym MA VAFFANCULO, oczywiście nie noszę jej do roboty, ale bardzo ją lubię. Przejechałam się lizbońskim tramwajem. Śpiewałam na głosy Bohemian Rhapsody w barze w Madrycie (wszystko było fajnie, dopóki następnego dnia nie obudziło mnie bardzo głośne madryckie słoneczko). Na Lazurowym Wybrzeżu ulewy i wichury uśmierciły mi parasolkę – jedno wielkie oszustwo z tym lazurem, tyle powiem. Lufthansa dwukrotnie zafundowała mi fantastyczny citybreak-niespodziankę w Niemczech – któż mógłby chcieć więcej?
Z boku wygląda całkiem fajnie, nie?
Byłabym głupia, gdybym narzekała.

Jeśli wszak myślicie, że to wszystko za darmo, to nie. Na tej karuzeli nie jeździ się na piękne oczy.

Po stronie minusów zapisuję bowiem przede wszystkim nieustanny niedoczas. Nieustanne „przepraszam, ale nie ma mnie w mieście”, „przepraszam, ale zapomniałam”, „przepraszam, ale padam z nóg”, „przepraszam…”. Nie byłam najlepszą przyjaciółką, córką ani partnerką, no taka prawda. Regularnie plułam sobie w brodę, że albo mnie nie było, albo byłam zbyt zmęczona.
Tęsknotę w dużych dawkach. W DUŻYCH dawkach. Po raz pierwszy minionego roku poczułam, że naprawdę da się za kimś tęsknić jeszcze zanim zamknie się za sobą drzwi.
Uświadomienie sobie, że mama się starzeje i stres, że coraz częściej zapomina o drobiazgach.
Kręgosłup, oczywiście.
Ogólną kiepskość w ogarnianiu codzienności. Za to mam do siebie duże pretensje. Podsumowując, rok 2019 był tym, w którym dopadło mnie wyjątkowe niezadowolenie z siebie i ciągle lazła za mną nostalgia. To był rok, w którym nader często myślałam: „a co, jeśli marnuję czas?…”

Trochę się obawiam tego 2020. 2010 był dla mnie bardzo, bardzo niedobry. Co prawda jestem o dekadę starsza i być może, miejmy nadzieję, nieco mądrzejsza, ale kto wie.
Tak czy inaczej.
Nieco spóźnione, ale szczere państwa zdrowie i oby nam się w nowym roku.

Ó Gente da Minha Terra, czyli podróże z moją matką

Zawsze chciałam pojechać do Portugalii.

Odkąd zobaczyłam Vitora Baię w bramce reprezentacji… Tfu, to jest odkąd w ogóle podróżuję, chciałam pojechać do Portugalii. Bo Portugalia kojarzyła mi się z końcem Europy. Dalej nic, tylko ocean.
Nie składało się przez wiele lat. Aż któregoś popołudnia wpadły mi w oko bilety, a że muszę do końca roku wykorzystać urlop, spytałam uprzejmie Najlepszego Szefa Pod Słońcem, Najlepszy Szef Pod Słońcem się zgodził i tyle mnie widziano.

Ma się rozumieć, nadal rwał mnie grzbiet, ale nie ma to tamto, trzeba jechać. W poniedziałkowy poranek pojechałam na lotnisko – co nie jest dla mnie niczym niezwykłym, ale tym razem jechałam lecieć na wakacje, zatem mogłam wina się napić i w ogóle. No i miałam towarzysza podróży. Moją mamę. Picie wina o jedenastej rano jest nieco degrengoladą, picie wina o jedenastej rano z własną matką jest degrengoladą level master, a płacenie lotniskowych cen za lampkę wina wypijaną z własną matką o jedenastej to już w ogóle jest poza skalą.
W każdym razie. Poleciałyśmy i wylądowałyśmy.
– Pierwszy raz w Lizbonie? – pyta kierowca. Potakuję.
– Piękne miasto. I ludzie, ludzie bardzo mili! A lubicie owoce morza? Owoce morza mamy najlepsze na świecie.
Oba stwierdzenia prawdziwe.
Język portugalski brzmi bardzo szorstko na dzień dobry. Zdążyłam się z nim osłuchać za młodu, bo mieszkałam podczas studiów z fanką kultury brazylijskiej, zatem Fernanda Porto i Tribalistas jechali w naszym mieszkanku non stop. Portugalski wygląda jak język romański, ale tak nie brzmi – brzmi surowo i obco. Brzmi jak język cudzoziemców, podróżników i żeglarzy. I zarazem tak śpiewnie, że nic dziwnego, iż kochają swoje fado, muzykę przepełnioną tęsknotą.
– Jutro mamy w naszej restauracji koncert fado – powiedział zaaferowany recepcjonista w hotelu. – Powinnyście przyjść. To taka piękna muzyka, której słucha się oczami.
?
– No, płaczesz – wyjaśnił.
Nie jestem pewna, czy to najlepsza rekomendacja, zwłaszcza dla mnie, która jestem okropną i nieuleczalną beksą i mazgajem, ale fado kocham.

Nasz pensjonat był absolutnie fenomenalny. Mieścił się w XVI-wiecznym pałacu, więc podłogi skrzypiały, a i kanalizacja nieco nawalała, ale było to piękne, dostojne i przytulne miejsce z salonem (i kominkiem!), łaźnią turecką w piwnicach i uroczo staroświecką kuchnią, w której zawsze na gości czekało świeżo upieczone ciasto i jabłuszka; i z pysznościowymi śniadaniami – kiedy ostatnio jedliście ryż na mleku z cynamonem?… Kuchnia była w pełni wyposażona, lecz ze względu na jej staroświeckość nowoczesne sprzęty były sprytnie zamaskowane.
Ponieważ nadal miałam zepsuty kręgosłup, tuż po dotarciu na miejsce zdjęłam portki i nieskromnie odziana zaległam na wznak na łóżku.
Wtem. Matka, która poszła do kuchni po wspomniane ciasto, otwiera drzwi, a za nią stoi jakaś zdezorientowana kobieta.
– Oluś… Bo tu pani nie potrafi znaleźć lodówki, pomogłabyś?
Nie mam pojęcia, jak moja nieznająca za bardzo angielskiego matka zrozumiała, czego pani szuka. W każdym razie w samych majtasach wyruszyłam do wspólnej kuchni, sama nie mając pojęcia, gdzie jest ta cholerna lodówka. Zdezorientowanej podróżniczki już i tak nie mogłam bardziej zdezorientować. Ale lodówka się znalazła. Autorka w swoich majtasach wróciła leżeć na wznak.

Lizbona to jest miasto absolutnie przeurocze. Zwłaszcza w listopadzie, i nie piszę tego ironicznie. Nawet jeśli pada, a może i szczególnie wtedy, choć bruki są mokre i śliskie, a bez parasolki ani rusz. Lizbona sprawia wrażenie małej i w jakiś sposób przytulnej, a najlepiej się ją zwiedza, zapomniawszy mapy. Znakomite miasto dla tęskniących za górskimi wycieczkami, bo chodzi się tam niemal wyłącznie w górę lub w dół, niekiedy całkiem stromo – ale gdy człowiek bardzo się zmęczy, to może podjechać kawałek słynnym tramwajem. Tramwaje nie tyle jeżdżą, co telepią się pomaleńku, zwykle są sakramencko zatłoczone, bo rzecz jasna, każdy chce się przejechać.
Pierwszego dnia dziarsko pojechałyśmy – tramwajem, ma się rozumieć – w pobliże słynnego klasztoru Hieronimitów i wieży obronnej Belém, która stoi naprawdę na krańcu świata, prawie tak się wydaje, bo niedaleko za nią rzeka łączy się z oceanem. Zresztą stoi częściowo w wodzie. W olśniewającym klasztorze Hieronimitów natomiast pochowany jest pewien facet, który dość lubił podróżować, jak ja, pod nazwiskiem Vasco da Gama. I ta dzielnica Lizbony, miejsce, z którego statki wielkich odkrywców wypływały w podróż, miejsce, gdzie na horyzoncie widzicie otwierający się ocean, a za plecami, raptem dziesięć minut dalej macie sarkofag człowieka, który dopłynął do Indii, to nie tyle punkt na mapie, co przeżycie. Dość wzruszające na swój sposób. Oto stoicie prawie na końcu świata.

No dobrze. Tramwaj zaliczony, wieża Belém zaliczona, Vasco da Gama odwiedzony, czas pomyśleć o czyś poważnym.
– Mamo, może byśmy coś zjadły?
– Sardynki.
– Ale ty nie lubisz ryb (przyp. aut. – moja mama jest praktycznie wegetarianką i naprawdę nie cierpi ryb, w odróżnieniu ode mnie).
– Ale tu bym chciała spróbować. I dorsza!
Portugalia stoi sardynką i dorszem, i przyrządza te ryby fenomenalnie. Sardynka jest w menu niemal każdej knajpy, po Lizbonie rozsiane są sklepy, w których sprzedaje się li puszki sardynek. A w knajpach taką prostą rybkę podają wam na grzance i jesteście w niebie.
W drodze z Belém wstąpiłyśmy jeszcze na przęsło słynnego mostu 25 Kwietnia, łączącego odległe o ponad dwa kilometry brzegi rzeki Tag. To wiszący most i możecie z bliska przyjrzeć się linom, które go trzymają (i powiedzieć na wdechu „o matko”) oraz zrobić niezgorsze zdjęcia z punktu widokowego z częściowo przezroczystą podłogą.

Najbardziej bez dwóch zdań ujęła mnie niedaleka Sintra, do której jedzie się pociągiem, a potem wciska do autobusu na malutkim dworcu. Pociąg zasuwa przez blokowiska na przedmieściach Lizbony, z wolna coraz więcej zieleni i chmur wkrada się w obrazek za oknem…
– Ale mają ładne ogóreczki w ogródku – zaobserwowała matka. – A mnie w tym roku nie wyrosło nic a nic.
… aż wreszcie lokomotywa zatrzymuje się na peronie w Sintrze.
Sintra jest trochę nie z tego świata. W Lizbonie tamtego ranka było piękne słońce, rozkosznie. Pobliska Sintra była spowita gęstą mgłą. Wspina się człowiek autobusikiem w górę aż do samych pałaców, z kierowcą wielce przystojnym i obojętnym na zakręty i fakt, że absolutnie nic nie widać.
Zanurzone w chmurach i gęstej zieleni pałace Sintry są jak sen. Szczerze pisząc, dla mnie to miejsce, które każdy w naszej części świata powinien odwiedzić, zapomnijcie o lśniących stolicach. Dwa najważniejsze pałace Sintry powstały całkiem niedawno, bo w XIX wieku (choć jeden wyrósł na ruinach dawnego klasztoru). Stojąc na wzgórzach nad oceanem, bezpiecznie otulone chmurami, są jak tajemnicze ogrody, trochę nierealne. Palacio da Pena wygląda jak scenografia do filmu fantasy, jakby ktoś użył za dużo kolorów i filtrów, ale jednak, przy całej swojej kiczowatości, jest zarazem fascynujący i piękny, zwłaszcza w mgle, w której sprawia wrażenie baśniowego, zaklętego pałacu.
Zjechałyśmy w dół do centrum Sintry, napiłyśmy się słynnej ginji z czekoladowych kieliszków na rozgrzewkę i ruszyłyśmy z buta do Quinta da Regaleira.
Quinta da Regaleira to jest niesamowite i przedziwne miejsce, a słynna Studnia Inicjacji tak naprawdę nie jest studnią i nie wiadomo po dziś dzień, po co ją zbudowano, ale wrażenie robi ogromne.
I tu muszę wam się do czegoś przyznać.
Otóż ja nie cierpię krętych, ciasnych schodów. Mam natychmiastowy rzut klaustrofobii. A tam jeszcze ciemno i mokro w dodatku.
ALE ZLAZŁAM na samo dno tej studni.
– Ale było fajnie – rzekła moja matka. – Patrz, jakie świetne zdjęcia zrobiłam po drodze! O, a tam jest jaskinia, chodźmy!
Ja nie wiem, po kim ja ją mam.
Wróciłyśmy do Lizbony.
Madre stwierdziła, że dzień jeszcze młody, więc trzeba może jeszcze skorzystać z Lisbon Card, i ustawiła mnie w kolejce do windy Santa Justa. Szyb windy jest bardzo piękny, sama winda jak winda, a gdy się nią wjedzie na górę, czekają na was kolejne kręte i ciasne schody.
Ale za to jakie widoki. Serio, to jest jedno z najpiękniejszych miast, jakie w życiu swoim widziałam.

Dzień ostatni.
Mimo wiatru i deszczu następujących naprzemiennie wyruszyłyśmy dziarsko do zamku górującego nad miastem – widoki już bez zaskoczenia ponownie olśniewające, to fakt, Lizbona jest naprawdę uderzająco malownicza. Po drodze w dół, zjadłyśmy jeszcze ciepłe pasteis de nata (słowa nie opiszą, jakie to jest pysznościowe, gdy ciepłe – to niby tylko kruche ciastko z budyniem, ale każdy w życiu potrzebuje takiego ciastka), przeczekując deszcz w jednej z bardzo, BARDZO licznych lizbońskich cukierni, i kolejny deszcz w Mercado da Ribeira (croquetas z konfiturą z fig!). Po drodze jeszcze bardziej w dół odwiedziłyśmy lizbońską katedrę i jezuicki kościół świętego Rocha, piękny, bardzo złoty i bardzo mroczny, zasponsorowany między innymi przez Borgiów. Z TYCH Borgiów, wiecie. W kościele tym, oprócz absolutnych cudów, w tym odbierającego dech sufitu, stoi też absolutnie straszliwy Jezusek, odziany w fiolet, z plastikowymi włosami i oświetlony jarzeniówką.

– Podobało ci się? – spytałam, gdy samolot unosił nas do domu, minąwszy inny słynny lizboński most, imieniem – nie zgadniecie – Vasco da Gamy.
Matka lekko się zadumała i odłożyła krzyżówkę.
– Bardzo – odparła.
I to jest dla mnie najważniejsze.

Oh my God, we’re back again

Londyn na szczęście pozostaje Londynem, ciepłym i deszczowym, szumiącym nieustannie od świtu do świtu, trochę brudnym, trochę za dużym. Cieszyłam się, gdy znowu tam wylądowałam. Spędziłam w tym mieście tyle nocy i poranków, tyle razy już je odwiedzałam, a jednak ciągle czuję ten sam przyjemny dreszcz. To zawsze trochę tak, jakbym szła na randkę.

Am I original?

Tym razem też wszystko zapowiadało się pięknie. Miałam bilety na pięć spektakli, pogoda całkiem przyjemna i był tylko jeden drobny problem. Otóż mianowicie po wielu latach świętego spokoju odezwała się moja nieszczęsna dolegliwość, która sprawia, że nerwy (te w ciele, nie te w głowie, choć to bywa powiązane) buntują się i dostarczają frapujących wrażeń w rodzaju irytującego, tępego bólu, dającego się we znaki zwłaszcza przy siedzeniu. Innymi słowy, pięć spektakli tym razem mogło stać się przyczyną mojej wielkiej udręki. No nic.

Zaczęłam od Come From Away – bo to najbardziej leczniczy spektakl, jaki można sobie wyobrazić. O tym, jak zupełnie obcy ludzie wrzuceni w sytuację, której nikt wcześniej sobie nie wyobrażał, pomagają sobie nawzajem. I somewhere in the middle of nowhere, w mieścinie na Nowej Fundlandii zawiązują się trwałe przyjaźnie, trwające do dziś, osiemnaście lat po 11 września. Prościuchno zrobione, z raptem tuzinem aktorów grających po kilka ról i krzesłami, które pozwalają błyskiem zmienić scenę w kawiarnię Tim Horton’s, wnętrze samolotu, autobus, szkołę, bar, wreszcie znowu samolot, tym razem odlatujący do USA, do domu. Mimo tragedii w tle, jest to musical z ogromnie pozytywnym ładunkiem, jakby ktoś was ciepło uścisnął, nie tak od niechcenia, tylko całym człowiekiem. Każdemu będę polecać, zwłaszcza gdy czuje się nieszczególnie i nawet jeśli nie cierpi musicali, bo ma to moc ogromną. Jest… szczere. A to bardzo ważne.
Otarłam łzę, wróciłam do hotelu, padłam plackiem na łóżko, by zreanimować kręgosłup, po czym ruszyłam do Old Vic.
Old Vic od paru lat praktycznie nie ma słabych rzeczy w repertuarze – ten rok miał wyjątkowo udany. Był to również rok lśniący od gwiazd na scenie. Lungs stało się hitem na wiele miesięcy przed premierą, bo okazało się, że w dwóch głównych rolach – w dwóch jedynych rolach – wystąpią Claire Foy i Matt Smith, znani ogromnie z telewizji. Oczywiście obsadzanie sławnych aktorów, choć z pewnością nęci publiczność, ma ten minus, że oni sobie nie zawsze radzą na scenie i czasami nie są w stanie obronić spektaklu, który jest zwyczajnie słaby.
Lungs tego ryzyka nie niosło, choć przedstawienie, w którym grają tylko dwie osoby, samo w sobie jest przedsięwzięciem ryzykownym, jeśli brak między nimi chemii. Smith to dobry aktor sceniczny jednak, człowiek ogromnie charyzmatyczny, ale ustąpił nieco miejsca Claire Foy, która tak naprawdę ciągnie to przedstawienie i można odnieść wrażenie, że robi to kompletnie bez wysiłku. Jako kobieta, która staje przed najważniejszą decyzją w życiu – czy mieć dziecko, czy mieć dziecko z tym mężczyzną – jest bardzo przekonująca; nieco neurotyczna, nieustannie na krawędzi podekscytowania i przerażenia, niepewna siebie, niepewna przyszłości, niepewna wszystkiego. To uczucie, które każda z nas dobrze zna, zwłaszcza że w pewnym momencie dociera do nas, że decyzja będzie nieodwracalna. To jest sztuka bardzo dobrze napisana, wielce dynamiczna, w której czas przyśpiesza coraz bardziej – sztuka o ludziach, którzy w pewnym momencie czują, że powinni zacząć podejmować dorosłe decyzje, powinni zacząć brać odpowiedzialność, ale nie do końca chcą. I, jak często się dzieje, zanim się namyślą, życie decyduje za nich.
Wielu widzów wybuchało śmiechem w momentach, które mnie zupełnie nie wydawały się zabawne, raczej gorzkie. Zapewne to kwestia osobistych doświadczeń.

Am I the only one?

Nastał czwartek. Obudziłam się odrętwiała jak Blaszany Drwal.
Bilet na Ghost Quartet kupiłam w dniu, gdy pojawiła się informacja o spektaklu. Rzadko mi się to zdarza, ale się zdarza. Bo i spektakl zapowiadał się cudownie, i grał w nim Zubin Varla, o którym napisałam już wiele – fenomenalny Judasz sprzed 20 lat, świetny jako złamany ojciec rodziny, gej w Fun Home, znakomity jako wycofany, spięty doktor Dysart w pięciogwiazdkowym Equusie. No i Ghost Quartet był pierwszą produkcją w zupełnie nowym miejscu, Boulevard Theatre; kameralnym teatrze ukrytym w samym sercu Soho, wśród sex shopów i salonów tatuażu. Osobliwe to, pachnące jeszcze nowością miejsce (ze wspaniałym barem) jest bardzo intymne i przez to doskonale nadaje się do opowiadania historii o duchach. Historii, dodajmy, w całości zaśpiewanej. Nie jest to musical, sam autor określa go jako cykl piosenek. Piosenki składają się na cztery przeplatające się ze sobą opowieści, snute w półmroku przez czworo znakomitych aktorów i muzyków, którzy grają na pianinie, gitarze, skrzypcach, harfie, bębnach i jeszcze paru instrumentach. Czwarta ściana regularnie jest – bardzo subtelnie – kruszona, wszak widownia częstowana jest whisky (prawdziwą, gdyby kto był ciekaw), a w fascynującym finale… Jeszcze nie napiszę, bo może ktoś się wybiera, nim spektakl zakończy życie w styczniu, ale finał jest niezwykły. Ghost Quartet wygrywa muzyką – trochę folkową, trochę korzenno bluesową, trochę honky tonk – ale też właśnie tym niezwykłym, intymnym klimatem, przywodzącym na myśl piwnice starego Krakowa, w których kiedyś bywałam na jam sessions, gdy byłam młoda i piękna.
Cudowne przedstawienie.
Wybieram się znów.

Am I sexual?

Wydobyłam swój obolały zadek z fotela i udałam się do Royal Court.
Royal Court to teatr-instytucja, jedna z najważniejszych scen w Europie, choć dość mała i mieszcząca się w zamożnej, zblazowanej dzielnicy Chelsea. W Royal Court odbywały się prapremiery wielu sztuk, które znalazły się w kanonie współczesnej dramaturgii, bo od zawsze teatr ten wspierał młode pisarstwo i reżyserię, zamiast po raz dwusetny wystawiać Szekspira.
Tak naprawdę to zamierzałam iść zobaczyć coś innego, ale przeczytałam, że w On Bear Ridge gra Rhys Ifans. A ja go bardzo lubię. Bo to bardzo zdolny i wszechstronny aktor, który po latach unikania sceny – twierdził, że go stresowała – powrócił na nią, obsadzony dość nieoczekiwanie w Opowieści wigilijnej we wspomnianym Old Vic dwie zimy temu. Wielu kręciło nosem, że rozczochrany koleś, kojarzony głównie z rolą nieco obleśnego Spike’a w Notting Hill nie podoła roli Ebenezera Scrooge’a. A on nie tylko jej podołał, ale wielu w tym absolutnie magicznym spektaklu wycisnął łzy z oczu. Od tamtej pory ze sceny właściwie nie schodzi – wycofał się tylko z Mood Music, gdy zmarł jego tata; zastąpił go wtedy Ben Chaplin. Rhys Ifans mógłby odcinać kupony od swojej oczywistej sławy, ale nie robi tego. A poza tym pozostaje bardzo wierny swoim walijskim korzeniom. On Bear Ridge miało zresztą premierę w Walii.
To sztuka dziwna, acz bardzo prosta. Sztuka o stracie. Ktoś napisał, że jej nastrój najlepiej wyraża walijskie słowo „hiraeth”, trudne do przetłumaczenia, oznaczające tęsknotę za czymś, co już minęło. Para mieszkająca na Niedźwiedzim Grzbiecie, w zapomnianym punkcie mapy, na nieco post-apokaliptycznym odludziu, tęskni za lepszymi, minionymi czasami. Za synem, który zginął. Za Dawnym Językiem, który jest już prawie zapomniany, nikt nim nie mówi, a jak wspominać coś, co minęło, jeśli nasz język też już zanika?… Któregoś dnia do drzwi małżeństwa puka zagubiony w górach żołnierz i wtedy nostalgię ubarwia nuta grozy, czy raczej czarnej komedii.
Może i autor (Ed Thomas, współscenarzysta serialu Hinterland) nieco się pogubił pomiędzy tą walijską wersją „saudade” a ponurą groteską a’la Martin McDonagh, ale mimo wszystko oglądało się to pysznie i myślę, że sztuka ta jest bardzo adaptowalna.
Po spektaklu zeszłam sobie do baru, zamówić lampkę wina na dobranoc, i wtem patrzę kątem oka, a tu jakiś brodaty, wysoki gość w skórzanej kurtce i kapeluszu niemal niepostrzeżenie przechadza się korytarzem, zagadywany przez ludzi konwersuje uśmiechnięty, podpisuje rzeczy. Zanim się zorientowałam, stałam obok bez żadnego pomysłu na zagajenie, ale lampka wina w połączeniu z naukami pana i władcy („jak nie wiesz, co powiedzieć, po prostu mów cokolwiek”) zadziałała jak złoto.
– Bardzo się cieszę. Miło było cię poznać – rzekł Rhys Ifans ze swej wysokości po tym, jak już wyrzuciłam z siebie nieskładny monolog.
– My już poznaliśmy się wcześniej – odparłam bezceremonialnie. – W Old Vic raz, po spektaklu…
– Ach, po „Opowieści”! Widziałaś!
– Tak jest.
I tak oto, na zakończenie tej krótkiej acz przyjemnej rozmowy, Rhys Ifans wziął i mnie uściskał, tak po prostu.
I to jest coś, co zapamiętam na bardzo, bardzo długo.

Nadszedł piątek. Obudziwszy się rano, odkryłam, że nadal mam kręgosłup. Toteż przez paskudną mżawkę i krokiem nieco sztywnym udałam się do Tate Modern, na retrospektywę Olafura Eliassona. Tak naprawdę jedną tylko jego pracę chciałam zobaczyć – słynne Your Blind Passenger. 39-metrowy korytarz wypełniony bardzo gęstą mgłą.
Niebywale jest to dziwne doświadczenie.
Otóż wchodzicie w… nic.
Nic nie widać. Obsługa uprzedza, że jeśli ktoś kiepsko się poczuje, bo klaustrofobia czy coś, to należy łapę wyciągnąć w bok, wymacać ścianę i iść wzdłuż niej.
A jednak po paru metrach w tej mgle (wyprodukowanej ze słodzika, to nie jest para wodna) człowiek o dziwo czuje się zdumiewająco bezpiecznie. Jest ciepło, jest jakoś tak przytulnie, świat jest nie wiadomo gdzie…

No dobrze. Wyszłam i udałam się na ostatni spektakl tej wycieczki.

Am I everything you need? You’d better rock your body now!

Słuchaliście kiedyś radia w noc sylwestrową?
Tuż po północy? Gdy już same szlagiery grają?
No właśnie.
& Juliet to jest tak zwany jukebox musical – musical zbudowany ze znanych już piosenek. Mogłoby się wydawać, iż to najgorsze możliwe zło i kicz.
Ale to jest jukebox musical, który WIE, że jest jukebox musicalem i robi sobie z tego niezłe żarty. Jest to cudownie, wyśmienicie kampowe. Jest różowe, tęczowe, brokatowe, głośne, różowe, tęczowe, brokatowe, głośne, kiczowate i BARDZO GŁOŚNE. Otóż pomyślcie, że ktoś kiedyś wpadł na pomysł, by zebrać wszystkie hiciory słynnego szwedzkiego producenta, Maxa Martina, który stoi za sukcesami Britney, Backstreet Boys, NSYNC, Bon Jovi i Katy Perry, i by zrobić z nich musical. No brawo. Ale ten ktoś pomyślał jeszcze, że można by z tej sylwestrowej playlisty wystrugać historię o szekspirowskiej Julii. O Julii, która nie umiera, bo dzielna żona autora sztuki, niejaka Anne Hathaway (dziewczę na widowni obok mnie zdziwiło się bardzo, że po pierwsze primo William miał żonę, po drugie ona istotnie tak się zwała) sprzeciwia się mężowi i domaga się napisania alternatywnej wersji losów bohaterki największego romansu wszech czasów. Bo niby czemu młoda dziewczyna ma tak się poświęcić? Czemu nie może ruszyć w świat w poszukiwaniu przygód, które niekoniecznie muszą być miłością po grób?
To wszystko wygląda, jakby ten biedny DJ pracujący w noc sylwestrową wypił o dwa kieliszki wina musującego za dużo i zasnął nad konsoletą, i przyśnił mu się kolorowy, błyszczący, bezsensowny sen złożony z samych powerplayów.
Jasna rzecz, moim ulubionym zespołem jest Foo Fighters, ale mam – jak każdy, nie wierzę, że nie… – na playliście pewne numery, *pewne* numery. & Juliet jest cudownym, oślepiająco kolorowym i świetnie zaśpiewanym spektaklem złożonym z właśnie takich numerów, do których tańczymy, gdy nikt nie widzi. Jest śmiały, zawiadiacki i uroczo bezpretensjonalny. I bardzo dobrze wykonany.
Rumiana ze śmiechu, po dwóch godzinach tupania nóżką powróciłam do hotelu, wspięłam się na moje pięterko i zasnęłam snem kamiennym, aż budzik mnie wyrwał ze snu. Dworzec, pociąg, lotnisko, lotnisko, taksówka, łóżko w Krakowie.
Kręgosłup uznał, że mimo wszystko było warto.

Emirates Macaroni Factory

Prawie całą podróż w tamtą stronę przespałam. Obudziłam się, podniosłam zasłonę i zobaczyłam tylko nieprzeniknioną ciemność. Tak czy inaczej, zegarek wskazywał, że jesteśmy już bardzo niedaleko. I rzeczywiście, nagle z tej ciemności wyłoniło się coś, co z daleka wyglądało jak ogromny lunapark.

Wyszłam z terminalu, w którym długorzęsi dżentelmeni wbili mi pieczątkę w paszport i omietli wzrokiem bagaż. Zupełnie jak trzy lata temu, uderzył mnie podmuch gorącego, lepkiego powietrza.
– Taksówka, ma’am?
– Poproszę.
Zatem taksówka. Z różowym dachem – prowadzona przez kobietę; samotne dziewczyny przylatujące do Dubaju przeważnie są wsadzane do takich właśnie taryf. Hotel, winda, trzydzieste trzecie piętro. Widok na całe downtown, suto oświetlone, bo nikt tu nie oszczędza na rachunkach za prąd. W dole potężna Sheikh Zayed Road, bardzo ruchliwa, mimo że późny sobotni wieczór, a na horyzoncie wiotka, ledwo widoczna w zamglonym powietrzu sylwetka Burj Khalifa. Osobiście uważam, że to jeden z najpiękniejszych budynków na świecie, również dlatego, że z daleka wydaje się niebywale delikatny, kruchy wręcz i trudno ogarnąć, że wznosi się na ponad 800 metrów. Wydaje się trochę przyćmiona blaskiem i masywnymi kształtami drapaczy chmur wyrastających wzdłuż centralnej arterii.
Jak głosi napis w jej marmurowych korytarzach, jestem siłą, która unosi dumnie głowę świata, ponad ograniczenia i oczekiwania – jestem Burj Khalifa.
Ogrom Burj Khalifa najlepiej widać, gdy stanie się tuż pod nią. I wtedy trzeba się wygiąć, by zrobić jej dobre zdjęcie, toteż u jej stóp zwykle roi się od ludzi przybierających bardzo dziwne pozy. Burj Khalifa po zmierzchu zmienia się w dodatku w największy ekran świata, jakby robiła za małe wrażenie. Ale już niebawem nie będzie najwyższą konstrukcją w tej części globu, albowiem powstaje Dubai Creek Tower.

Rankiem poszłam do biura. Biuro jak biuro, no. Złocone windy, windziarz naciskający za mnie guzik, marmury, garnitury, wody kolońskie z lokalnych domów perfumiarskich, intensywnie wionące słynną żywicą z drzewa agarowego; czasem przemknie ktoś tradycyjnie ubrany, zagadując angielszczyzną z wytwornym europejskim akcentem. Wszyscy bardzo mili. To jest zresztą coś, co bardzo szybko rzuca tam się w oczy – ludzie są mili i towarzyscy. Być może wynika to stąd, że Dubaj to miasto, w którym 90% mieszkańców jest skądś indziej – z Europy, z Azji – i tak sobie radzą z poczuciem wyalienowania. Mili nie są jedynie taksówkarze – niektórzy tak, wielu nie i bardzo lubią robić problemy z płaceniem kartą. Fakt, że w tym osobliwym mieście jest tak wielu cudzoziemców sprawia, że człowiek nie czuje się tam szczególnie egzotycznie – wyjąwszy klimat, wszechobecne epatowanie zamożnością i, ma się rozumieć, adhan, który rozlega się na plażach, w centrach handlowych i ulicach, i nawet na moim trzydziestym trzecim piętrze słychać było doskonale. To dość fascynujące, gdy nagle w tym kosmicznym lesie szklanych wież wyrastających na granicy morza i pustyni, przez szum tysięcy samochodów i wiatr przebija się zwielokrotniony głos muezzina.
Inna rzecz, że w Dubaju, w którym prawie każdy mijany człowiek jest cudzoziemcem, bardzo i natychmiastowo rzuca się w oczy rozwarstwienie. Ludzie z zachodu pracują tam w ładnych biurach lub wypoczywają. Ludzie ze wschodu te biura sprzątają, pracują w hotelowych pralniach, na wszechobecnych placach budowy, często w bardzo kiepskich warunkach. Są trochę niewidzialni. Pojawiają się w soboty, gdy chodzą na publiczne plaże albo do parków na piknik. Nie jadają w restauracjach. Najgorzej wykwalifikowani zarabiają kwoty, za które nie sposób się tam utrzymać, ale zostają, bo ta pachnąca, lśniąca metropolia, brama pomiędzy Azją i Europą, daje im nadzieje.

Dubaj jest miastem zamieszkanym przez ponad trzy miliony ludzi, ale nie przypomina w niczym miast na naszym kontynencie, z ulicami i placami, ze skwerami i kawiarnianymi ogródkami. Przecież główną jego arterią jest w porywach 14-pasmowa autostrada. Gdy u nas znajdziecie się po niewłaściwej stronie ulicy, można po prostu ją przekroczyć – tam trzeba naginać kilometr do najbliższej kładki lub wziąć taksówkę, która przewiezie na drugą stronę niczym w Hadesie; chore, ale tak jest. Kawiarniane ogródki owszem, są, ale nikt w nich za bardzo nie przesiaduje, bo za gorąco, a i lampki wina wypić się nie da (choć od niedawna przyjezdni niemieszkający na stałe w Emiratach mogą już kupować tu alkohol, ale tylko w nielicznych i znakomicie ukrytych sklepach). Dubaj wybudował sobie City Walk, czyli coś na kształt europejskiego bulwaru, dość efektownego, oczywiście podświetlanego na różowo, z ławeczkami i drzewkami, ale raczej to przygnębiające miejsce, bo pustawe. Niewielu ludzi chodzi tam piechotą, widzicie, a jeśli już, to przeważnie w strefach nadmorskich. Po Dubaju się jeździ – samochodem lub metrem, sprawnym, szybkim, czyściuchnym i bardzo klimatyzowanym. Metro ma przedział dla kobiet, gdyby kto nie chciał jechać w tłoku z mężczyznami. Nie oznacza to jednak, że Dubaj to tylko dzielnice biznesowe i hotelowe kombinaty nad morzem (nawiasem mówiąc, wybrzeże zabudowują okropnie i moim skromnym zdaniem nie jest to najpiękniejsze miejsce na wakacje, ale pogoda murowana), przeciwnie, to raj dla foodies. Tylko w moim kompleksie biurowym naliczyłam ponad 60 knajp. W Dubaju można zjeść wszystko – genialne libańskie jedzenie, izraelskie całodobowe śniadania, burgery z masowanych krów, owoce morza, bardzo pyszne sushi, laksę, indyjskie rarytasy (mój lokalny kolega pochodzący z Kerali, a mieszkający w Emiratach przez blisko połowę swojego życia zabrał mnie raz na obiad – „wiem, że macie tam u siebie indyjską kuchnię, ale tego nie macie, wierz mi”, rzekł i rzeczywiście), ale i kanapkę z dolewką kawy w poczciwym Tim Horton’s. Wszystko. Głodny tam nikt nie chodzi. No nie chodzi, bo jeździ.
– Skąd pani jest, ma’am? – pyta taksówkarz, gdy w piątkowe przedpołudnie jedziemy przez puściuchne miasto (piątek to dzień wolny w krajach arabskich).
– Z Polski.
– O! Uczyłem się o Polsce w szkole. Druga wojna światowa, prawda?
– Prawda, tak.
– Czy u was już jest zima?
– Jeszcze nie, za parę tygodni pewnie będzie.
– To musi być przyjemne, gdy jest tak chłodno… – wzdycha kierowca. Spoglądam na niego i na termometr na desce rozdzielczej. Żałuję, że sweterka nie zabrałam. Owszem, w tej części świata ukrop potrafi być nieznośny, ale równie nieznośna jest szalejąca wszędzie klimatyzacja, podkręcona na maksa. Także na zewnątrz, tu i ówdzie.

Trzy lata temu to przedziwne miejsce trochę mnie przerażało. Miałam wrażenie, że chodzę po planie filmowym. Dopiero zmieniłam też pracę, więc czułam się bardzo niepewnie. Był czerwiec, więc upał praktycznie uniemożliwiał przebywanie na zewnątrz przez dłużej niż godzinę. Teraz było inaczej.
Założyłam, że będzie spokojnie. Dlatego weekendy spędzałam na plaży – wcale nie było mi z tym źle. Dubaj obok lśniącej Jumeirah, gdzie ferrari krążą wokół hoteli, ma nową plażę – La Mer, nieco bardziej spokojną (na razie…). W weekendowe poranki zatem wstawałam, w październikowej mgle szłam na śniadanie – to zabawne, gdy wychodzicie na zewnątrz i okulary wam zupełnie zaparowują, i wędrujecie ulicą czując, jak oblepia was ta ciepła mgła – po czym wracałam, zaparzałam sobie herbatę, siadałam na sofie i czekałam, patrząc cierpliwie na ledwo widoczne zarysy wieżowców za oknem, aż mgła opadnie, a gdy tylko opadała, biegłam na dół z plecaczkiem wypełnionym ręcznikiem, książką, kremem od słońca i litrami płynów do picia.
Książka, właśnie.
Przepiękne, poruszające Skybound – wspomnienia kobiety, która zachorowała na raka i znalazła spokój w czymś, czego przez wiele lat się bała, w lataniu właśnie. Zrobiła kurs szybowcowy i zakochała się w niebie. Książka, wielki list miłosny do mocarnego, acz niewidocznego żywiołu zwanego powietrzem, została wydana po śmierci autorki, niestety. Można rzec, że niezbyt to plażowa lektura.
– Przepraszam, dzień dobry – zagaił starszy pan na plaży, gdy po moczeniu się przez dobrą godzinę w ciepluchnym morzu suszyłam się z lekturą. – To teraz rzadkie, że kogoś widuje się z książką. Wszyscy z telefonami.
(Tak naprawdę to w telefonie mam też książki, proszę pana, ale w słońcu kiepsko się je czyta).
– A co to za książka? Ciekawa?
– Tak, bardzo.
Unosiłam się na wodzie jak szczęśliwa, opalona (tłusta) boja do zachodu słońca, z przerwami na obiady. Czy miałam wyrzuty sumienia, że nie szalałam po pustyni w korkowym hełmie? Nie, chociaż pustynia wprawia mnie w podziw, odkąd zobaczyłam ją po raz pierwszy. Jest arcypiękna.
Widziałam tym razem burzę piaskową, małą taką trochę, ale jednak niesamowitą. Nagle znikąd pojawiła się gęsta, pędząca chmura żółtawego pyłu i horyzont znikł na chwilę. Staliśmy w oknach zafascynowani.
– A, burza piaskowa – rzekł lokalny kolega, przyglądając się nam przyglądającym się wydarzeniom na zewnątrz. – Nieduża, to przejdzie zaraz. Byle dróg nie zasypało.

Im bliżej było do powrotu, tym smutniej się czułam, bo jednak było mi tam dobrze (w odróżnieniu od kolegi, Marvina, który każdego dnia świrował, co złego może spotkać cudzoziemca na Bliskim Wschodzie). To przedziwne miejsce, które wygląda jak miasto z przyszłości – wyjąwszy oczywiście starą część Dubaju, bo istnieje takowa – w którym wszystko musi być największe, najszybsze, najwyższe, najbardziej błyszczące, i mogłoby się zdawać, że przez to, iż wygląda jak wykreowana w komputerze scenografia, trudno z nim poczuć jakąkolwiek więź. A jednak się da.
Dlatego nie wykluczam, że za rok wrócę, zwłaszcza że Expo będą mieli i zapowiada się ono dość spektakularnie.
A teraz, cóż, pozostaje rozpakować walizkę (na razie wyjęłam tylko perfumy, cała reszta w niej siedzi), wytrzepać piasek i pogodzić się z myślą, że po tak długim lecie w końcu doczekałam się jesieni. Wcale mnie to nie cieszy.

Kopiec Kopciuszka

Październik.

Nie lubię tego miesiąca, zawsze wtedy jakoś mi smutno, dociera do człowieka, że lato już na dobre odeszło, a w perspektywie niekończące się wieczory, ziąb, pierwszy śnieg, i po co to wszystko, i jaki tego sens. Żałośnie.
W Krakowie październik oznacza też oczywiście przypływ studentów. Nagle całe miasto zapełnia się ludźmi. Na przystankach gęsto. Do tramwaju trudno wsiąść. Co chwila ktoś pyta o drogę. W knajpach pełniutko. Ta fala powodziowa minie za jakieś dwa tygodnie i będzie znowu mniej więcej normalnie, ale muszę przyznać, że moim ulubionym Krakowem jest ten letni, pustawy, w którym człowiek może poczuć się jak turysta.
W każdym razie.
Wracałam dziś do domu, pomstując na paskudne korki i studentów, i wtem uświadomiłam sobie, że oto przecież mija okrągła (yghhh) rocznica mojego zostania studentką. Jakoś bowiem dostałam się na Uniwersytet Jagielloński, szacowną uczelnię ukończoną przez wielu wybitnych ludzi, na przykład pana i władcę – choć on to wzorowym studentem nie był, bo inne rzeczy interesowały go znacznie bardziej, ale jakoś po latach dociągnął do magisterium. No i razem z październikiem wylądowałam w Krakowie.
Pierwsze dni były straszne. Nikogo nie znałam. Prawie nie jadłam, bo żołądek miałam ściśnięty z nerwów. Mieszkałam na stancji u pani, która była bardzo religijna i co wieczór słuchała głośno Radia Maryja, a ja miałam tylko discmana i mały telewizorek, bo wiadomo, jak się chciało internetów czy innych nowoczesności, to trzeba było zasuwać do kafejek internetowych i gadać na IRC-u. W każdym razie, u starszej pani mieszkałam bardzo krótko, potem przeniosłam się na Aleje (matkobosko, jakie tam imprezy były, drinki przyrządzaliśmy dosłownie w wiadrach, wychodziło się na dach przez okno! i mój arcyprzystojny współlokator raz niósł mnie na barana od Rynku aż pod naszą kamienicę – to był chyba ostatni raz, gdy ktokolwiek niósł mnie na barana), gdzie przemieszkałam kolejne trzy lata, by rok ostatni spędzić na Osiedlu Podwawelskim. No i z samotnością też szybko się uporałam. Okienka wszak spędzało się na piwie i towarzystwo studenckie bardzo się zżyło. Co ważniejsze jednak, już w drugim tygodniu mojego pierwszego krakowskiego października udałam się na pierwszą prawdziwą randkę.

Pamiętam jak dziś. Spotkałam się z dżentelmenem pod Mariackim, poszliśmy na kolację, a potem mój towarzysz zabrał mnie na spacer. Na Kopiec Kościuszki. I ja się na to, głupia, zgodziłam. Przez las po ciemku z obcym facetem. Fakt, z Kopca Kościuszki po zmroku widok jest przepiękny (choć jako wieloletnia mieszkanka Podgórza muszę powiedzieć, że z Kopca Krakusa widoki są dużo lepsze) i bardzo jest to romantyczne miejsce. Tak romantyczne, że po miesiącu takich spacerów pocałowaliśmy się i tak już się całowaliśmy przez kolejne parę lat, przez co moje życie studenckie było istną sielanką. Prawdą jest, że jako grzeczna jedynaczka przez pierwsze miesiące skrzętnie ukrywałam fakt pojawienia się w moim życiu chłopaka; trochę mnie to wysiłku kosztowało… Przez trzy lata podbijaliśmy wspólnie miasto, aż nagle wszystko dupnęło z hukiem (dziś uważam, że stało się dobrze, zwłaszcza że odkrycia kolejnych miesięcy były dość, jakby to ująć, szokujące). Ale przecież nie chcemy o tym mówić.

Żeby było śmieszniej, współlokator i najlepszy przyjaciel mojej ówczesnej wielkiej miłości pracował w miejscu, w którym dokładnie w tym samym czasie zjawił się pewien koleś przed trzydziestką, który wreszcie skończył te nieszczęsne studia i po latach rozmaitych frapujących zawodowych przygód postanowił podjąć w miarę normalną pracę, a tę zresztą niezmiennie wykonuje do dziś, z dużym powodzeniem. W odróżnieniu ode mnie, która w ciągu tych dwóch dekad zdążyłam kilkakrotnie zmienić i branżę, i zawód.
Czyli widzicie, pan i władca już wtedy gdzieś tam krążył obok mnie, i zastanawiam się czasami, co by było, gdybyśmy spotkali się wtedy, a nie dobre parę lat później.

Od tamtej pierwszej randki nigdy na Kopcu Kościuszki nie byłam. Po dziś dzień lubię sobie na niego spojrzeć. Po zmroku, gdy spojrzycie nań z perspektywy Błoń, wygląda jak takie UFO zawieszone nad miastem. Nad ciemnością Lasu Wolskiego nagle wyrasta świetlisty spodek.

Kiedy wylądowałam w Krakowie z październikowym wiatrem wiele lat temu, byłam bardzo przestraszona, a zarazem przekonana, że zostanę wybitną dziennikarką radiową. I Kapuścińskim w spódnicy też, będę podróżować i pisać. Ogólnie wielofunkcyjną gwiazdą mass mediów zostanę.
W radiu przepracowałam dwa miesiące w życiu. Co do podróżowania i pisania, cóż. Trochę popisałam, ale nie aż tak dużo. Przez wiele lat byłam bardzo sfrustrowana z tego powodu.
– Przecież ty właśnie to robisz – powiedziała mi koleżanka rok temu, gdy zesłane do roboty piłyśmy wino pewnego wieczoru. – Zobacz, gdzie jesteś. Podróżujesz i piszesz!
W sumie fakt. Jak na ironię, to właśnie robię. I dziś pakuję się przed kolejnym wyjazdem.
Dziwnie się to wszystko pokręciło. Zupełnie nie tak, jak się spodziewałam. Nie gorzej, ale tak bardzo inaczej, że gdyby ktoś mi powiedział, co będę robić 4 października 2019, zabiłabym go śmiechem.

Anxiety is a feeling grown too large

Jesień idzie, co czuję nader intensywnie, bo powietrze pachnie inaczej. Nad ranem budzi mnie chłód. To nawet mi nie przeszkadza.
Bardziej przeszkadza to, że o tej porze zwykle miewam zjazd nastroju. Ostatnie tygodnie nie były dla mnie szczególnie dobre – to znaczy, obiektywnie nie były złe, ale samopoczucie szorowało po dnie morza. Do tego stopnia, że wykręciłam się z udziału we wszystkich planowanych w minionym tygodniu wydarzeniach towarzyskich, a rankiem czasami trudno było wstać. Poczucie bezsensu wszystkiego nie jest moim ulubionym, że to tak ostrożnie ujmę.
Cóż.
Czekam na wiatr, co rozgoni.

Nie pomaga mi ani to, że chwilowo ogromnie irytuje mnie moja praca, ani to, że praca pana i władcy irytuje mnie tym bardziej, bo go wessała zupełnie i trudno mi go zobaczyć w jakichś ludzkich godzinach. Ani wiadomości z lewa i prawa, walące niczym w piorunochron.

Tylko w sobotę dowiedziałam się, że młody znajomy mojego ojca popełnił samobójstwo – tak po prostu, pokłócił się z żoną, wyszedł z domu i po ptokach; wpadł do taty na kawę dwa dni wcześniej, gadali jakby nigdy nic – a mój dobry kumpel przechodzi kolejną chemię.
Nie miałam o tym pojęcia. Zauważyłam, że nagle trochę znikł, ale przecież nikt nie myśli, że gdy ktoś cichnie, to dlatego, że ma raka. Może ma kłopoty z dziewczyną albo w pracy, albo doła – jak ja – ale że raka?… Nie jakiegoś dusiołka, od którego czasem chce się wymiotować czy boi się z domu wyjść, ale wiadomo, że nie zabije, tylko raka?…
Dowiedziałam się przypadkiem, bo on nie chciał, by ktoś spoza rodziny wiedział i całkiem dobrze to rozumiem. Myślę, że też bym nie chciała. Mimo wszystko usiadłam tam, gdzie stałam, z telefonem w dłoni.
Dziwne, to za każdym razem wydaje się tak nieprawdopodobnie dziwne, nie z tej ziemi, takie rzeczy zdarzają się innym. Nie naszym znajomym, nie naszej rodzinie, nie nam. Zdarzają się w smutnych filmach i zbiórkach na Facebooku, ale nie nam.
Za każdym razem, a było tych razy w moim życiu trochę za dużo, jestem tak samo zaskoczona i za każdym razem przeraża mnie ponura bezwzględność tego potwora.
Nie potrafię zgodzić się na to, że to włazi w życie ludzi mi bliskich – dotychczas zawsze po to, by mi ich zabrać. Oczywiście moja niezgoda nie ma najmniejszego znaczenia i nic nie zmieni.

Męczy mnie ten czas.
W biurze siedzę ledwo obecna. Czas poza biurem spędzam na stronach linii lotniczych, w nadziei, że znajdę bilet, który kupię i znów się stąd wyrwę, dokądś, gdzie nic mnie nie dotknie; albo rezerwując bilety do teatru. Albo też zakładam słuchawki na uszy, wychodzę z domu i maszeruję przed siebie. Uciekam, jak mogę. To żadne rozwiązanie, wiem. Mam tyle lat, ile mam i powinnam zachowywać się dojrzale, ale dojrzałości wystarcza mi na tyle, żeby po prostu piekielnie bać się i martwić, i nieudolnie próbować ten strach od siebie odsunąć.

Czasem, gdy nie mogę zasnąć, siadam na balkonie i patrzę na drzewa.
Ich szum mnie uspokaja.
Przed zaśnięciem upewniam się, że okno w sypialni mam otwarte. Żeby ten szum w nie wpadał.

In my mind’s eye

W środę wstałam bladym świtem, właściwie to nawet nie bladym, bo ciemnym (jesień idzie), wpakowałam me zwłoki do taksówki i pojechałam na lotnisko.
Na szczęście przyjechał po mnie taksówkarz, którego lubię – a on też chyba lubi jeździć ze mną, bo zawsze może ponarzekać na żonę, córkę i koszenie trawy, i swój dom, który wybudował, a teraz żałuje.
Dotarłam do Londynu. W Londynie wsiadłam w pociąg do York i z niepokojem obserwowałam deszcz zacinający za oknami. Cholera jasna. Oczywiście gdy tłukę się przez cały kontynent, żeby obejrzeć plenerowy spektakl, to musi lać. Wspaniale.
Trafiłam do mojego pensjonatu, w którym recepcjonistka mówiła z absolutnie niezrozumiałym akcentem, więc po prostu potakiwałam i uśmiechałam się, nie mając pojęcia, co ona do mnie mówi w ogóle. Pensjonat – za cenę, w której w Londynie dostajecie piwniczną izbę z widokiem na tory kolejowe, jeśli macie okno – był zdumiewająco wypaśny, nawet prosecco dostałam na powitanie. Wspaniale. Zerkając nerwowo na ciemne chmury, rozważyłam opcje ubraniowe i jednak poszłam w sukienkę. Trudno, pomyślałam. Najwyżej będę żałować i zmoknę.
Dlaczego udałam się na tę wycieczkę krajoznawczą, to wiadomo. Nie mogłoby mnie tam nie być, bo późną wiosną wypłynął zaskakujący nius, że w tym sezonie Shakespeare’s Rose Theatre jako Hamlet pojawi się nie kto inny, jak jedna z moich ulubionych osób na tym łez padole. Nie mogłam przegapić.
Najpierw dygresja. Pamiętam, że gdy jeszcze bywał w lub na czytankach Read Not Dead, to powszechnie przyjętym wśród stałych bywalców terminem był „our David”. Po prostu. I każdy wiedział, o kogo chodzi. Ten osobliwie familiarny stosunek do człowieka z bardzo charakterystycznym nosem nie wynikał jednak z tego, że obecni próbowali się lansować na znajomość z człowiekiem z telewizji, ale dlatego, że on był zwyczajnie ogromnie lubiany, taka trochę maskotka. Czemu trudno się dziwić, bo jest to postać o nieodpartym uroku (i bardzo pięknych karmelowych oczach, przepraszam, musiałam). Zwykle ze wszystkimi się witał, dał się ściskać starszym paniom, na widowni śmiał się tak, że robił się cały czerwony i naciągał sobie ubranie na twarz, ale na scenie miał wszystkich w garści i każdą wtopę ogrywał. Raz miałam szansę oglądać czytanko, siedząc naprzeciwko – to było jeszcze wtedy, gdy odbywały się w takiej trochę zakurzonej salce nieopodal Shakespeare’s Globe – i powiem wam, że z nikim tak bardzo nie przegrałam w staring contest. Fantastycznie się bawiłam, ale z treści nie pamiętam absolutnie nic. Po czytanku uciekłam, ale wtedy pomyślałam, że następnym razem wezmę i się przedstawię. Ten następny raz to był nieodżałowany Shakespeare in Love i mój misterny plan szedł świetnie do momentu, gdy a) zorientowałam się, że jestem pod stage door absolutnie sama, b) nie pamiętam, co chciałam powiedzieć. Na szczęście pamiętałam moje imię, i osobnik również je zapamiętał.
Reżyser tego Hamleta znakomicie wykorzystał cechy mężczyzny obsadzonego w głównej roli. Wydobył jego uderzającą urodę – to jest bardzo elegancki Hamlet – ale przede wszystkim to, za co publiczność i nie tylko lubi tego dżentelmena, mianowicie nieprawdopodobny wdzięk. To jest duński książę, który czaruje widownię, uśmiecha do niej, poklepuje po ramionach. Nie jest wściekły ani szalony, on raczej puszcza oko do publiczności, jakby chciał powiedzieć „patrzcie, oni próbują zrobić wariata z tego gościa, którego gram, to się z nimi zabawimy trochę”. Ten Hamlet pokazuje, że czasami obsadzanie po tzw. warunkach działa, a i warto niekiedy pozwolić aktorom, żeby po prostu byli sobą.
Żeby nie było, zauważyłam innych członków obsady. Klaudiusz był rewelacyjny, takoż ojciec Hamleta (wśród widowni była dziewczynka, która szczerze się go przestraszyła). Ofelia, tym razem również nie wariatka, ale dziewczyna, która dobrze wie, co się dzieje – także.
To nie jest adaptacja wybitna ani spektakl z gatunku zmieniających życie, bo w gruncie rzeczy to bardzo tradycyjnie zrobiony Szekspir, i dość mocno pocięty. Ale jest zrobiony bardzo rzetelnie i z sercem, monochromatyczne kostiumy są wspaniałe, muzyka na żywo też. Hamlet natomiast po brawach zwrócił się do publiczności i powiedział, że to było bardzo fajne przedstawienie dla niego i że awesome. No ba.
Wyszłam i oczywiście żołądek mi profilaktycznie do gardła podjechał ze stresu – no, tak mam. Teatr Shakespeare’s Rose stoi na terenach zamku w York, pod majestatyczną Clifford’s Tower. Na trawniku (bo to jest „składany” teatr, stawiany tylko latem, przez co atmosfera jest nieco piknikowa).
– Przepraszam, gdzie tu jest stage door, jeśli jest?
– Nie ma. Ale jak pani pójdzie przez ten trawnik, to oni tam gdzieś wychodzą.
Aha. Luzik. To idę.
Błoto jakieś. Ciemno jak wiadomo gdzie. Po głosie tylko typa poznałam.
– Hej! Long time no see!
(Ma chyba lepszy wzrok niż ja).
– To było DOBRE. I to miejsce jest wspaniałe!
– Ładne, czyż nie? Piękne miasto. Cieszę się, że ci się podobało.
Bardzo. Tylko czuję, jak mi trampek w błocie grzęźnie.

Poranek. Wygrzebałam się z łóżka, poszłam na dworzec, pojechałam do Londinium, dokładniej do Barbican Centre, tego paskudnego betonowego labiryntu, zobaczyć Jesus Christ Superstar.
Tę adaptację Jesus Christ Superstar widziałam dwukrotnie w Open Air Theatre i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Ponieważ nie tylko na mnie, spektakl powrócił po raz trzeci, tym razem na scenę pod dachem. Obsada się zmieniła, bo poprzednia para, Jezus i Judasz, czyli Declan Bennett i Tyrone Huntley, obecnie wspólnie gra w innym przedstawieniu, The View UpStairs, o którym zresztą poniżej. Scenografia, ruch sceniczny i ogólny koncept pozostały takie same, ale jest to przedstawienie dużo surowsze i nieporównanie głośniejsze niż to w OAT. Taki prawdziwy rockowy gig.
Jak to często w teatrze bywa, najprostsze środki bywają najskuteczniejsze. Mimo wszystko scena, w której Judasz wiesza się na kablu od mikrofonu (nie dosłownie, ale bardzo jest to czytelne) jest powalająca, jako i jest scena 39 batów, w której ciało tytułowego bohatera pokrywa się brokatem.
Ricardo Afonso ma taki głos, że mi majtki spadły przez głowę. Ja cię nie mogę. Petarda. Nie wiem, jak on to robi osiem razy w tygodniu. To była jego wymarzona rola, którą miał zagrać w Open Air Theatre trzy lata temu, ale musiał się wycofać z przyczyny takiej, że… prawie stracił głos. Los okazał się życzliwy i Ricardo w końcu został Judaszem. I jakiż to jest Judasz. Dach Barbican trzeszczy, gdy Ricardo wjeżdża w swoje tony.
Niezmiennie znakomite widowisko, a Judasz, mam nadzieję, ma przed sobą sławę i nagrody. Tyrone Huntley, który grał tę rolę przed nim w Open Air Theatre, był bardzo dobry i zdobył nominację do Oliviera, ale Ricardo po prostu rzuca się w ten show na główkę, śpiewa tak, jakby jego życie od tego zależało i po Superstar cały teatr zerwał się na równe nogi w ogłuszającej owacji. Niebywałe. Miałam ciary w miejscach niewymownych.

Wieczorem tego dnia wróciłam do Open Air Theatre, tym razem by obejrzeć Evitę.
Open Air Theatre jest bez dwóch zdań najpiękniejszym teatrem w Londynie, a być może w Europie. On jest mistrzowsko ukryty wśród gęstych drzew i krzewów – poważnie, jeśli nie wiecie, że w tym zagajniku w parku stoi teatr mieszczący ponad tysiąc osób, to przejdziecie obok, nie zauważając niczego. Do Evity natomiast mam stosunek osobisty, bo po pierwsze, dzieciakiem jeszcze będąc, byłam na polskiej prapremierze tego tytułu w chorzowskim Teatrze Rozrywki i śmiem twierdzić, że gdyby nie to wydarzenie, moja miłość do teatru nigdy by nie osiągnęła takich rozmiarów, a może nawet nigdy się nie zalęgła; a po drugie Eva Duarte urodziła się tego samego dnia, co ja (tylko 60 lat wcześniej, rzecz jasna). Tyle że jestem dziś starsza niż ona w dniu, w którym zmarła.
Evita miała paskudną postać raka, który ją zabrał niedługo po 33. urodzinach.  Jej śmierć wywołała w uwielbiającym ją narodzie kompletną rozpacz. Wyobraźcie, to było jak baśń – młoda, piękna, popularna pierwsza dama, anioł ubogich i idolka tłumów, odchodzi tragicznie z tego świata. Nic dziwnego, że media i popkultura wyidealizowały jej postać, choć jeśli poczyta się jej biografie, to już nie tak piękny obraz się wyłania. Dość powiedzieć, że zwłoki Evity zostały wywiezione z Argentyny, by uchronić je przed zbezczeszczeniem i przez wiele lat tułały się po świecie. „Mieszkały” między innymi w Mediolanie, ukryte na cmentarzu jako Maria Monti, i w Madrycie, w domu jej męża Juana Perona i jego nowej żony (jeśli to nie brzmi creepy, to ja nie wiem, co brzmi). Evita była równie mocno kochana, co nienawidzona, oskarżana o pychę, chciwość, malwersacje finansowe, karierę przez łóżko. Niebezpodstawnie.
Ta adaptacja Evity nie jest wygładzoną historią o Kopciuszku. Jest bardzo surowa. Eva przez cały spektakl nosi ten sam kostium – kusą białą sukieneczkę. Poza ostatnią, znaczącą sceną, ale o tym za chwilę. To jest Evita, która bardziej przypomina koncert gwiazdki pop i ona sama też jest bardziej gwiazdką pop. Wygina się, mizdrzy, ma lśniący srebrny mikrofon, jest bardzo all eyes on me. Trochę odpychająca ta Eva. Sława nade wszystko. Ale… Gdy przychodzi wiadome, wydaje z siebie nieludzki wrzask i to jest naprawdę bardzo przejmujący moment, bo do widza dociera, że ta irytująca dziewczyna z przerostem ambicji, z ogromnym apetytem na życie jest na swojej ostatniej prostej i jest wściekła na to, że umiera.
I dopiero w finale pojawia się w innym wydaniu, tym ikonicznym – jako postać w bieli, z blond włosami, z ramionami uniesionymi wysoko. Ta baśniowa księżniczka, w którą miliony ludzi uwierzyły.

No dobrze.
Metro, łóżko, spać.

Następnego dnia było absolutnie obrzydliwie, mokro i wietrznie, ale nie ma to tamto, ponownie wsiadłam w metro i wróciłam do miasta. Bo trzeba wam wiedzieć, że tym razem wyjątkowo zatrzymałam się u kolegi, który użyczył mi mieszkania w pięknym Richmond, a sam wyjechał na weekend. Mam dobrych kolegów. I miałam fajną chatę w zielonej okolicy do mojej wyłącznej dyspozycji.
Przy moich wyjazdach do Wielkiej Brytfanny zwykle jest tak, że mam jedną sztukę, którą MUSZĘ zobaczyć. Wszystkie chcę, ale jedna jest najważniejsza i to wokół niej obudowuję sobie całą wycieczkę.
– Widziałaś to wcześniej? – spytał sympatyczny barman w Trafalgar Studios.
– Tak, choć w innej wersji.
– Czyli… wiesz, o czym jest.
– Mhm. Dość mroczne, prawda?
– Dość!
Equus to sztuka, która jest niestety bardzo rzadko wystawiana. Być może ze względu na to, że jest dość kontrowersyjna w treści – nastolatek brutalnie oślepia konie w stajni, w której pracował. Trafia pod opiekę doskonałego, ale nieco zmęczonego robotą, sfrustrowanego psychiatry i obaj wyruszają w niezwykłą, szokującą podróż przez zakamarki udręczonego umysłu. Lekarz sądzi, że przyczyną zbrodni była obsesja chłopca na punkcie koni, czy właściwie jednego konia, boga ich wszystkich i jego. Equus. Alan jako dziecko miał nad łóżkiem obrazek Chrystusa – nie taki zwyczajny, bo przedstawiający Chrystusa prowadzonego na śmierć. Ojciec chłopca, zdeklarowany ateista, zastępuje niepokojący obrazek innym – fotografią konia, że tak powiem, en face, z oczami wpatrującymi się w patrzącego. Jakiś czas później przyłapuje syna na odprawianiu dziwnego, religijnego rytuału przed tą fotografią. Fascynacja Alana końmi jest czymś na pograniczu żarliwej pobożności i fetyszyzmu, ale jest w niej coś jeszcze – dręczące poczucie, że Equus, jego wszechmocny pan, go widzi.
Lekarz (grany przez Zubina Varlę, jak na ironię byłego Judasza w Jesus Christ Superstar w 1996, tu bardzo wycofany, zablokowany, przygarbiony, w niezgrabnym beżowym sztruksie – i tylko momentami pomiędzy słowami pobrzmiewa ten jego szorstki, potężny głos) zaczyna rozumieć, co doprowadziło do tragedii, ale jednocześnie zaczyna dzieciakowi zazdrościć. Zazdrości mu pasji, emocji tak silnych, jakich sam nigdy nie czuł. Przy tym wie, że nie może mu pomóc. Że prawdopodobnie skazuje go na resztę życia w szpitalu i na pigułach, które może uwolnią go z koszmarów, ale otępią i pozbawią tego, co było jego paliwem.
Equus jest też niewątpliwie wyczerpujący dla aktorów.
I bardzo trudny do wystawienia.
To jest sztuka o obsesji, ale też sztuka o tym, czym jest normalność – co to w ogóle jest, normalność?
W ostatniej, przejmującej scenie psychiatra mówi do śpiącego chłopca:
– Okłamuję cię, Alan. Gdy Equus odejdzie – jeśli kiedyś odejdzie – to z twoimi trzewiami w zębach. Nie będziesz już galopował. Ale będziesz żył bez bólu… Mniej więcej bez bólu.

To jest dużo lepsza wersja niż ta sprzed dwunastu lat, gdy w roli Alana występował Daniel Radcliffe. Tamta była bardziej widowiskowa, z obrotową sceną, tancerzami baletowymi (w tym zjawiskowym Willem Kempem w roli konia Nuggeta). Ta jest za to bardziej… intensywna, bardziej fizyczna. Pozornie skromniejsza, całą scenografią są białe zasłony okalające scenę, jak ściany. Jak… klatka? Światło jest fenomenalne, acz zdecydowanie nie dla osób, które mają problem ze stroboskopem. I choć obie główne role są grane z wielką pasją i zaangażowaniem, show kradnie fantastyczny Ira Mandela Siobhan grający Nuggeta. Ktoś napisał, że jest to najbardziej przekonujące przedstawienie zwierzęcia, jakie widział i trudno się nie zgodzić. Jego nozdrza, żyły, napięte mięśnie, parsknięcia, klatka piersiowa pokrywająca się kroplami potu, taka czysta, surowa fizyczność – coś fantastycznego.

W sobotę miałam jechać na Noc Iguany, bo Clive Owen i w ogóle, ale COŚ MNIE TKNĘŁO.
Zamiast zaszczycić Clive’a Owena moim towarzystwem, w ostatniej chwili kupiłam bilet na coś innego i powiadam, ogromnie się cieszę z tej decyzji.
The View Upstairs to znakomity musical o współczesnym, nazwijmy go, influencerze, który kupuje kamienicę w Nowym Orleanie. Nie wie, że niegdyś działał w niej gejowski bar, miejsce przygarniające nie tylko osoby LGBT, ale wszelkich odmieńców i wyrzutków. Nie wie również, że w 1973 roku goście tegoż baru tragicznie zginęli – to prawdziwa historia. Prawdziwa i tym bardziej przejmująca, że bywalcy UpStairs Lounge spłonęli lub udusili się dymem na oczach swoich przyjaciół, którzy nie mogli ich uratować. Siedem lat później sprawę zamknięto bez wskazania winnych – człowiek podejrzany o podpalenie popełnił samobójstwo.
Główny bohater cofa się w czasie do dni, zanim zdarzył się koszmar i – jako przybysz z przyszłości – poznaje całe to dziwne towarzystwo, twarze przy barze, które natychmiast przyjmują go jako swojego, może trochę cudaka, ale kto by się tym przejmował. Każdy z nas jest trochę cudak, co nie.
Bardzo jest ten musical radosny, bardzo pozytywny i porażająco smutny zarazem. Wstrząsający nawet.
W ostatniej scenie główny bohater przenosi się z powrotem do współczesności. Jeden z gości baru pozostaje, żeby mu opowiedzieć, co się wydarzyło po tym, gdy barmanka odpowiedziała na dzwonek do drzwi feralnego wieczoru. Jaki los spotkał każdego z jego lekko ekscentrycznych nowych przyjaciół z przeszłości. Henri otworzyła drzwi, dopływ powietrza spowodował wybuch, wybiegła na ulicę, płonąc i krzycząc o pomoc. Inez się modliła, podczas gdy jej syn, Freddy, szukał wyjścia. Kiedy zorientował się, że dym jest zbyt gęsty, wciągnął mamę pod fortepian, zamknęli oczy i znaleziono ich spopielone ciała razem.
– Proszę, nie mów dalej – mówi Wes, nowy właściciel kamienicy, kryjąc twarz w dłoniach.
– Po pięciu minutach nie było już klatki schodowej – kontynuuje spokojnie duch bywalca klubu UpStairs. – Buddy pomógł Williemu przecisnąć się przez kraty w oknie, ale sam utknął. Spłonął na oczach gapiów. Policja nie usuwała jego szczątków przez cały długi dzień.
– Ale ty… żyjesz?!
– Nie. Mojego ciała nigdy nie zidentyfikowano.
I wtedy ani jednego suchego oka na widowni nie ma.
Kościoły odmawiały pogrzebu ofiar. Kiedy w końcu do tych doszło, niektórzy zostali pochowani jako Unidentified White Male. Tragedia z 1973 została zapomniana na wiele lat. Ten spektakl ją przypomina, ale nie jest ponurym requiem, wprost przeciwnie.

Wypłakałam się i wyruszyłam w dalszą drogę, do Bridge Theatre. Troszkę to daleko od West Endu, ale spacer przyjemny, nad rzeczką.
Londyn tego lata ma trzy Sny nocy letniej, ponieważ kto bogatemu zabroni, ale ja chciałam zobaczyć tylko ten.
I powiem wam, że jest to spektakl fenomenalny.
Jest to również spektakl, który lepiej oglądać na stojąco, pod sceną. Wiem, że nie każdego podnieca perspektywa przestępowania z nogi na nogę przez kilka godzin, ale wierzcie mi, na ogół warto. Groundlings, jak to się ich po angielsku nazywa, zwykle płacą najmniej za bilety, za to najwięcej wrażeń mają. Aktorzy bowiem na ogół starają się wynagrodzić im techniczne niedogodności, wciągając ich do zabawy.
To nie jest adaptacja dla purystów, ale ona doskonale pokazuje brytyjski stosunek do Szekspira – oni go kochają, ale nie podchodzą do niego na kolanach. Potrafią go znakomicie uwspółcześnić, potrafią też wydobyć z niego cały humor. A teatr Bridge, jeszcze pachnący nowością, ma audytorium, które można całkowicie przebudować – jak w tym przypadku, ustawiając ruchomą scenę pośrodku, by widzowie mogli ją otoczyć. Puk huśta się nad ich głowami, wykonując momentami absurdalne wprost akrobacje. W ogóle uroczy jest ten Puk – to zawsze jest postać figlarna, ten w dodatku wygląda jak punk. A żeby było jeszcze goręcej, to nie Tytania zakochuje się w jednym z Rude Mechanicals (którzy zabierają telefon jednemu z widzów, żeby strzelić sobie roześmiane selfie – fantastyczną ktoś ma pamiątkę), ale Oberon. I mają sexy time w wannie z pianą i w ogóle jest przebosko. A oba akty kończy puszczone na full Love On Top Beyoncé, podczas którego groundlings są zachęcani do tańca razem z ekipą, podczas gdy w powietrzu wirują elfy. W finale, na domiar ekstazy „glebingów” (tak się zastanawiałam przez parę dni, jaki byłby polski odpowiednik tego słowa i wymyśliłam, może nie za bystre to, ale zawsze coś) wypuszczane są ogromne balony-księżyce i „glebingi” skaczą, odbijając je pomiędzy sobą jak dzieciaki. Nieprawdopodobna radość. Dawno, być może nawet nigdy czegoś takiego w teatrze nie przeżyłam.

No, a potem nadeszła niedziela i trzeba było wracać do domu.
Czekając na peronie, sprawdziłam od niechcenia moją kartę pokładową i okazało się, że mam bilet na poniedziałek.
The rest is silence.

Jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie

Kiedyś przeczytałam u jakiegoś podróżnika, że lubi latać, bo wtedy czuje się wolny od wszystkiego. Nie ma nad niczym kontroli. Godziny w samolocie to godziny, gdy ktoś (coś) myśli za niego, pracuje za niego, w telefonie zasięgu nie ma, więc nikt nie zadzwoni; ta maszyna po prostu zasuwa przez mroźne powietrze, a ludzie w środku mogą odpocząć. Absolutnie nic od nich nie zależy. W tym sensie zatem latanie daje pewnego rodzaju wolność.

Niemniej to „nic ode mnie nie zależy” ma też inny, mniej przyjemny wymiar, który odkrywa się, gdy coś pójdzie nie tak, a pójść może.

Każda historia ma swój początek.
No więc ja zaczęłam wracać z Mediolanu w miniony piątek – miniony, nie ten wczorajszy – i pan kapitan powiedział, że są okrutne burze nad Alpami, wskutek czego Szwajcaria i Austria bardzo ostrożnie wpuszczają kogokolwiek w przestrzeń powietrzną. Dlatego musimy poczekać na lotnisku we Włochach, aż Szwajcaria i Austria uznają, że można lecieć, bo ominąć tego w żaden sposób się nie da.
No i się nie dało.
Jak być może najstarsi górale pamiętają, szczerze wam oddana ukończyła kurs paralotniowy, którego częścią jest egzamin teoretyczny, z meteorologii. I nie uwierzycie, jak przydatną umiejętnością jest rozpoznawanie chmur po kształtach. I gdy zobaczyłam to potężne froncisko, w którego paszczę wlatywaliśmy, to aż mnie zmroziło.
To nie był przyjemny lot. Większość mojego tradycyjnie zamawianego białego wina wylądowała na mnie. Szacun jednakże dla pana pierwszego oficera, który tuż po tym, gdy podskoczyliśmy jak pingpongi w maszynie losującej totolotka, odezwał się głosem przyjemnym i wyluzowanym, że einen schönen guten Abend i absolutnie nic się nie dzieje, za pięć minut powinno być po bólu. Było. Co nie zmienia faktu, że wylądowaliśmy spóźnieni i w dodatku w jakimś stepie szerokim (lotnisko we Frankfurcie zajmuje większą powierzchnię niż miasteczko, w którym moi rodzice teraz mieszkają), i turlaliśmy się tym cholernym autobusem ad infinitum, wzdłuż pól malowanych i niekończących się hangarów.
Biegłam wszystkimi nogami do bramki, z której miał odlatywać Flug nach Krakau i zobaczyłam, jak odcumowuje, i znowu zaczęłam wniebogłosy przeklinać.
Ponieważ procedura jest mi już znana, pokornie zawróciłam, przeszłam przez całe to ogromne lotnisko, stanęłam w kolejce za innymi zasmuconymi osobami i czekałam.
– O – powiedziała wesoło bardzo miła pani. – Już panią przebukowano na poranny lot, o ósmej. Proszę, tu jest karta pokładowa. I jeszcze voucher na posiłek, gdyby pani chciała, kawiarnie są otwarte…
– Wiem. Byłam tutaj siedem tygodni temu.
– O rany, naprawdę? No dobrze. Tu jest voucher na taksówkę… Zaraz znajdziemy hotel… Hm.
Pani zmarszczyła brwi w sposób, który nieszczególnie mi się spodobał.
– Nie widzę żadnych dostępnych.
JEZUSMARIAJANIECHCĘSPAĆNAŁAWCEBOUMRĘ, przetoczyło się przez zmęczoną głowę autorki.
– To znaczy, że nie ma?!
– Nie, na pewno są. To po prostu program szwankuje.
Spojrzała na mnie, całą oklapłą.
– Proszę się nie martwić, znajdę pani pokój. Wiem, że pani nie chce tu być.
– Nie chcę – odparłam. – To znaczy, przepraszam, nie chodzi o panią, ale…
– Rozumiem doskonale. O, jest!
Wyszłam, zapakowałam się do taksówki.
– Znowu ciekawa noc dziś – rzecze kierowca. – Wszystkie taksówki we Frankfurcie zajęte, bo na lotnisku coś poszło nie tak.
– Często tak macie?
– Często. Mamy grupę na WhatsApp i gdy tylko któryś napisze, że przyszedł pasażer z voucherem, to od razu wszyscy jedziemy na lotnisko.
Dotarłam do domu w sobotnie przedpołudnie, bardzo wesołym samolotem z ekipą kawalerów na pokładzie (obsługa wrobiła go w zbieranie śmieci od pasażerów), siedząc pomiędzy panią z Syrii, która natychmiast po starcie zdjęła chustę, zarzuciła ją sobie na twarz i poszła spać, a panią z Irlandii Północnej, która pokłóciła się z lekko wstawionym partnerem siedzącym parę rzędów dalej. Dość się zakolegowałyśmy po drodze.
W niedzielę prałam. Takie życie fascynujące.
W poleciałek zaspałam, taksówkarz mnie ochrzanił, że zaspałam, zdenerwowałam się na dzień dobry, poleciałam do Madrytu. Weekend, a właściwie jego brak, odcisnął na mnie takie piętno, iż pani stewardessa musiała mnie budzić na lotnisku. Ja wiem, że szum mnie bardzo skutecznie usypia i w samolotach tnę komara jak dziecko, ale nigdy mi się nie zdarzyło, żebym przespała lądowanie.
– O rany, przepraszam bardzo.
– Nie ma za co przepraszać, jest siódma rano. Zdarza się każdemu.

Madryt, ma się rozumieć, to najpiękniejsze miasto w Europie. To nie podlega dyskusji. Zawsze jestem nim zachwycona. Madryt, ze swoimi szerokimi ulicami i kilkunastopiętrowymi kamienicami, ze swoim niebem w wyjątkowym kolorze i szumiącymi drzewami, jest bardzo majestatyczny, dostojny, ale zarazem przyjemnie wyluzowany. Może to przez mentalność lokalsów, którzy zawsze sprawiają, że nawet będąc tam w pracy, czuję się trochę jak na wakacjach.
Mój główny kontakt w Madrydziu to jest facet, który zęby zjadł na swojej robocie, profesjonalny do bólu. Przystojny jak cholera. Hiszpanie ogólnie są wyględni, ale José naprawdę jest posągowo przystojny. Taki trochę niższy Tom Ellis z szorstkim hiszpańskim akcentem. Zapalony fan Atletico Madrid – w tym mieście jest bardzo ważne, komu się kibicuje.
– Hola Ola! (Bardzo ich moje imię bawi w tym kraju). Chcesz kawę? Albo może arbuza?
– Nie nie, dziękuję bardzo.
– Ale to chociaż owocem się poczęstuj.
– Słuchaj, przepraszam, że znów ci głowę zawracam, ale nie do końca rozumiem jedną rzecz…
– A to ja ci wytłumaczę. Zaraz ci pokażę. Nie ma problemu. Siadaj. Na pewno nie chcesz arbuza?
Nie chcę arbuza, José.
– Będziesz tu w przyszłym tygodniu?
– Niestety, wracam do domu. Do zobaczenia następnym razem.
(Jako bardzo przesądna baba, nigdy się nie żegnam, wyjeżdżając i wielu ludzi w mojej pracy robi podobnie – mówimy sobie „do następnego razu”).

Zatem po czterech dniach z José i zarazem czterech dniach jedzenia zdecydowanie za dużo (hiszpańska kuchnia, w swym tradycyjnym wydaniu bardzo prosta, potrafi być olśniewająco finezyjna, ale z rozmiarem porcji to oni tam lubią przesadzać; po kolacji człowiek zwykle wytacza się z restauracji, trzymając się za brzuch i jęcząc, że mu niedobrze, i idzie do hotelu tak powoli, jak to możliwe, ale pochłoniętych tysięcy kalorii nie żałuje ani trochę) wracam do domu.
– Alejandra? – pyta taksówkarz czekający pod biurem. Alejandra!
– Si.
– Aeropuerto?
– Si.
(Proszę zwrócić uwagę na moją biegłość w hiszpańskim).
– Vale!
Lotnisko puściuchne. Kontrolę bezpieczeństwa przechodzę sama, nikogo przede mną, nikogo za mną. Madrileños wyjechali na wakacje, więc ruch mizerny.
Cała byłam zadowolona, że wszystko tak gładko, ale jedno wam powiem – w podróży nigdy nie należy być nadmiernie zadowolonym z tego, że wszystko gładko, bo zaraz coś się spektakularnie spierniczy i tyle widziano wasze zadowolenie.
No i samolot był opóźniony o godzinę. Bo się jakiś światowy komputer popsuł.
– Ojejku – rzekła autorka do siebie, przy czym w rzeczywistości absolutnie nie brzmiało to jak „ojejku”, raczej jak słowo, którego i tak niestety nadużywa. Albowiem w Monachium miała godzinę dziesięć na przesiadkę. To znaczy, już teraz tylko dziesięć. Co prawda lotnisko w Monachium jest fantastycznie zaprojektowane, ale nie zmienia to faktu, że jest ogromne i ponownie biegłam wszystkimi nogami. Zdążyłam.
Moja walizka, oczywiście, nie.
Bogiem a prawdą, nawet się nie zdenerwowałam, bo nie miałam siły, chciałam już tylko pójść spać.
– Zupełnie z panią nie mam po drodze – rzekł wesoło taksówkarz, ten, który często wraca ze mną do domu; chłopak zawsze zachrzania, ile fabryka dała. – Bo ja już kończę.
– A gdzie pan mieszka?
– W Głogoczowie.
– Oj, to kawałek.
– Luzik, przeskoczę sobie na Zakopiankę. Jakby pani potrzebowała jutro po ten bagaż wracać na lotnisko, to proszę zadzwonić, ja panią podrzucę.
– Nie trzeba. Ale dziękuję bardzo.
Walizka doleciała rano. Zero stresu, bo Lufa wysyła esemesy, informując, gdzie ona, na wypadek gdyby w tango poszła. Następnie wszak przez cały dzień zwiedzała Kraków z kurierem, mam nadzieję, że jej się podobało.

Wiecie co, chyba mam dość na jakiś czas.

Prossima fermata: Gioia

– Oj – mówi dziś mój lokalny kolega przy porannej kawie. – Gdybym miał dwadzieścia pięć lat, jak ty, to też by mi się chciało tak podróżować.

Dziękuję ci, mój drogi.
(Jest ode mnie dwa lata młodszy).
Nawiasem mówiąc, typowo włoskie zagranie. Włosi bardzo lubią czarować. Tak dla sportu, to nic nie znaczy. Ich to po prostu bawi, czyni życie nieco bardziej znośnym i wszystkim jest wesoło. Niezależnie od wieku i powabu, Italiani flirtują z przymrużeniem oka, rano i wieczorem, tak to tu działa i już. Wszyscy. Recepcjoniści, barmani, nieznajomi w windzie, dyrektorzy zarządzający. Tak to tu działa, i to w tym kraju lubię, bo wymierzony prosto i bezczelnie w was uśmiech mijanego przechodnia potrafi zdziałać cuda. Dwa lata temu, gdy siedziałam tu przez sześć tygodni, trochę mnie deprymował łamane przez wkurzał ich sposób bycia, który dla nas jest dość może nazbyt poufały, a dla nich normalny. Potem przywykłam, a teraz już wiem, że gdy do biura wkracza włoski kolega niewidziany przez dłużej niż tydzień, będzie ściskanie i buziaki w oba policzki. Koleżanek też to dotyczy.

Skąd się wzięłam w stolicy Lombardii, mogę wyjaśnić. W miarę łatwo. W miarę.
Jak wiemy, jedyną stałą w życiu jest to, że wszystko się zmienia.
Najpierw, zaraz po moim urlopie, miałam jechać do Madrytu. No i cudownie, myślałam. Wtem, gdy jeszcze sobie bimbałam na wakacjach, przyszła wiadomość.
– Przepraszam, była zmiana planów. Potrzebowalibyśmy cię w Luksemburgu w przyszłym tygodniu.
Ach, Luksemburg. Nie mogę sobie wyobrazić miejsca bardziej fascynującego. Okej, trochę jestem złośliwa, bo w istocie kraj Luksemburg jest bardzo ładny i lesisty, tylko że pracując tam, siedzę głównie w mieście Luksemburg, a ono jest mało porywające.
– Zmienię ci loty, nic się nie martw – czytam. No okej.
Dwa dni później.
– Nie, wiesz co, jednak nie musisz jechać do Luksemburga.
– To znaczy, że donikąd nie jadę?
– No… jedziesz. Tylko czy mogłabyś sobie sama zarezerwować lot, bo ja nie potrafię…
– A dokąd – pytam – jadę?
Jak możecie się domyślić, autorka była już w stanie najczystszej, niczym niezmąconej kurwicy.
– I czy ludzie na miejscu wiedzą, że przyjeżdżam?
– Och. No tak.
Aha.
– Dam im znać.
No myślę, bo przydałoby mi się biurko do pracy w poniedziałek.
Zadzwoniłam do agencji rezerwującej nam podróże.
– Od poniedziałku? – spytała pani. – Od tego poniedziałku?… To został tylko Hyatt.
No i dobrze. Nie mój problem, nieprawdaż.
Na dobry wieczór po przyjeździe pan recepcjonista mnie przeprosił, bo akurat trwa remont i wobec tego wszyscy goście mają darmowy wstęp do strefy wellness. Codziennie wieczorem łaziłam do strefy wellness pluskać się w nastrojowo oświetlonym basenie. Pewnego dnia, gdy windy się zepsuły i nie miałam jak zjechać do podziemia, pan recepcjonista pokazał mi zejście służbowe, z którego skwapliwie korzystałam i nikt mi nic nie powiedział, albowiem to Włochy, kraj, w którym procedury działają tylko wtedy, gdy ktoś patrzy.

I tak oto właśnie trafiłam do Mediolanu.
To nie jest moje ulubione włoskie miasto. Mało czyje jest, bo w porównaniu z innymi słynnymi miastami półwyspu Mediolan jest urody dość trudnej. Z drugiej strony ma swoje perły – Duomo, oczywiście (choć też nie wszyscy ją lubią), Castello Sforzesco i park Sempione, w którym jedynym minusem są wściekłe komary, ale rozłożyste drzewa służą cieniem, oparciem i energią; muzea i stare kościoły, dzielnice Isola i Navigli, wyluzowane, malownicze i z pyszną kuchnią, słynny Bosco Verticale.
No i mają Leonardo.
Mediolan kocha Leonardo, a w Castello Sforzesco właśnie trwa nieduża, ale piękna wystawa, w ramach której możecie wejść do sali przez ładnych parę lat zamkniętej, a którą Da Vinci zamienił dla Ludovico Sforzy, zwanego Il Moro (Maur, ale też morwa) w koronę drzewa właśnie. Coś niesamowitego, buzia sama się rozdziawia, zwłaszcza że staranne oświetlenie wydobywa wszystkie cuda tej koronkowej roboty. Rzecz jasna, każdy w naszym kręgu kulturowym wie, że Leonardo był geniuszem, ale spoglądanie na zaciągnięte w ramach kolejnego punktu męczącej wycieczki dzieciaki z Dalekiego Wschodu, zapatrzone dwie minuty wcześniej w swoje smartfony i nagle oczarowane sufitem nad ich głowami – wow.

W piątek poszliśmy do La Scali, która już właściwie zakończyła sezon, ale załapaliśmy się jeszcze na wieczór z dwiema krótkimi operami – pierwszą Salieriego, drugą Pucciniego w reżyserii Woody’ego Allena. Nie będąc ogromną wielbicielką opery jako takiej, jestem, jak wiecie, wielką fetyszystką teatru, toteż samo znalezienie się w tym miejscu było dla mnie czymś bardzo dużym.
Poszliśmy, to jest ja i mój towarzysz z kraju, który też stoi operą, ale raczej Wagnerem. Młody zna Józefa, powiem wam. Poszliśmy do baru w La Scali, gdzie wytworni panowie o kamiennych twarzach leją wino do kieliszków z rżniętego szkła, ponieważ oczywiście. Zajęliśmy strategiczne miejsce w foyer, pod kolumną, i obserwowaliśmy ludzi. Panie w cekinach i sukniach po pięty. Pana w szortach, stanowczo zatrzymanego w progu. Strażaków pilnujących bezpieczeństwa. Ludzi podekscytowanych i zblazowanych.
– Czy to nie jest ciekawe? – spytał Młody. – Lubię patrzeć na ludzi, a ty?
Ponieważ dzwonek zadzwonił, grzecznie przerwaliśmy obserwacje i wspięliśmy na nasz balkon, nie taki zły, jak się zdawało.
– Możecie zająć całą lożę, tu nikt więcej nie usiądzie – rzekł nam pan z obsługi i zamknął za nami drzwi.

Niedziela (bo sobotę poświęciłam wspomnianemu Leonardo. I zakupom. I ravioli z masłem i szałwią). Jak przy niedzieli wypada, relaksuję się. Kończę pizzę gourmet (teraz tu jest szał na pizzę gourmet, nie żeby ceny też były gourmet – Włosi nawet w światowej stolicy lansu nie będą przepłacać za posiłek tak podstawowy, jak pizza) w Assaje – serdecznie polecam, fenomenalne żarcie, a w ramach tradycyjnego rozchodniaczka zamiast limoncello podają melonówkę, w trzech smakach. Skwar jak jasny pieron. Docieram do hotelu, by schłodzić się w klimatyzacji, a najchętniej zatrzasnąć w minibarze. Telefon piszczy. Młody.
– Ola, a nie chciałabyś pójść na kolację do Navigli?
Szlag.
Dobrze, że spakowałam szorty na gumce (dodam, iż mimo gumki są bardzo szykowne, w sensie w niedzielne popołudnie oblecą).
Taksówkarz przez całą drogę gadał do mnie uroczą mieszanką włoskiego i angielskiego, a na masce rozdzielczej kiwał mu się Siddhartha. Przejechał dwukrotnie na czerwonym, zatem śmiem twierdzić, że obecność Siddharthy w jego samochodzie nie jest przypadkowa. Różaniec też miał, oczywiście. Zawsze warto wybrać możliwie najszerszą opcję ubezpieczenia.

Znaleźliśmy się w Navigli. Nie było to proste, bo autorka jest dość żenująco słaba w kwestiach nawigacji, ale za pomocą intensywnego machania – byliśmy na przeciwnych brzegach kanału – udało się.
Wypiliśmy Aperol lub dwa, zjedliśmy risotto – obłędne, z kwiatami cukinii tylko – słońce zachodziło nad kanałami, romantycznie bardzo.
– Nie czujesz się samotna, gdy tak podróżujesz? – zapytał mój towarzysz.
– Nie. Czasami… czasami tak. Ale gdy nauczysz się znajdować dom daleko od domu, to będzie dobrze.

(Dziś po szychcie poszliśmy na lody. Uprzednio młody padawan zjadł kotlet po mediolańsku, wpatrując się z niepokojem w mój makaron z sepią, bo ja mięso nie bardzo jadam: „to ci wystarczy?”).

Ola del mar

Wróciłam z Wielkiej Brytfanny w poniedziałek po południu, jeszcze cała w emocjach, a dwadzieścia cztery godziny pózniej wracałam na lotnisko, by wyjechać na te prawdziwe wakacje, z plażą i w ogóle.
I obudził mnie dusiołek.
I to jaki!
A ja beztrosko nieprzygotowana.
– Poczekaj – powiedziała moja nieoceniona matka. – Ja mam hydroksyzynę. Weterynarz kiedyś przepisał dla psa na lęk separacyjny, ale na niego nie działała. Może ci pomoże?
No to wzięłam.
Nie mam pojęcia, jak i dlaczego, ale ścięło mnie tak malowniczo, że jadąc na lotnisko, ziewałam jak opętana, a w samolocie zasnęłam kamiennym snem, obudziłam się już nad Hiszpanią. Prawda taka, że samo obudzenie się nad Hiszpanią jest jedną z najradośniejszych i najbardziej odprężających rzeczy, jakie mogą człowiekowi się zdarzyć. A co dopiero perspektywa spędzenia tam całego tygodnia. Nie miałam absolutnie żadnych planów. No, właściwie to miałam jeden – taki, żeby dużo jeść, pić wino i spędzać całe dnie na plaży. Z dumą stwierdzam, iż zrealizowałam go w stu procentach.

Gdy człowiek myśli o Hiszpanii jako miejscu na urlop, myśli zwykle o południu, pomarańczach, bulwarach wysadzanych palmami, Morzu Śródziemnym, kurortach, wyspach, obezwładniającym słońcu, całodobowych imprezach i hałaśliwych tubylcach. Wszystko prawda.
Północ tego kraju to zupełnie inna historia.
Gdy poczytacie trochę, zauważycie, że ludzie opisujący atlantyckie wybrzeże Hiszpanii zgadzają się w jednym – pogoda nie rozpieszcza. W jednym z artykułów opisujących Santander przeczytałam, że tam właściwie nie ma lata jako takiego. Zatem owszem, jest Hiszpania, w której w lipcu witają was ołowiane chmury i chłodny wiatr. Hiszpania, w której ziemia nie jest spalona słońcem, a w ogrodach kołyszą się potężne platany i sosny. Hiszpania wietrzna, zielona, deszczowa. Plaże długie, szerokie i puste. Przypływy i odpływy, według których można regulować zegarek. Autorka zarezerwowała dla siebie pokój na samym krańcu plaży Sardinero – dalej już tylko latarnia morska – nad brzegiem morza, więc zasypiała i budziła się przy szumie fal i serio, były to chyba najbardziej relaksujące wakacje, jakie można sobie wyobrazić.
Zatem co robiłam?
Głównie maszerowałam na bosaka. Zrobiłam mnóstwo kilometrów boso. Moczyłam zadek w oceanie. Czytałam książki, na plaży oczywiście. Ogólnie rzadko z plaży schodziłam, a jeśli już, to tylko po to, by coś zjeść. W Hiszpanii tak już jest, że człowiek nie ma szans chodzić głodny, bo nawet, gdy zamówi tylko piwo, zwykle dostanie przekąskę. Gdyby potrzebował czegoś bardziej konkretnego, to nie ma sprawy, w każdej knajpie czekają croquetas, kalmary, omułki albo… chipsy ze słoniny (tak, tak!), na obiad można dostać zupę rybną, w której łyżkę da się postawić na sztorc i pyszną żabnicę, i oczywiście flaszkę wina. A potem kelner przyjdzie i zapyta, jaki deser podać, by na koniec, gdy spocony z wysiłku i przejedzenia człowiek rozpina ukradkiem spodnie, wrócić z rachunkiem opiewającym na DZIESIĘĆ EURO.
Na śniadania jadałam tortillę.
Wcale nie czułam się winna.
WCALE.

Wszyscy wiedzą, że kocham ogromnie Madryt. Wyboru Kantabrii na miejsce urlopu dokonałam nieco przypadkiem tam właśnie, siedząc wieczorem w hotelu i przeglądając social media, w których nagle błysnęła mi wiadomość o otwarciu połączenia do Santander. Ponieważ Hiszpania kojarzy mi się z samymi rozkoszami, dla sybarytów to raj na tym łez padole, zarezerwowałam bilet, zakomunikowałam szefowi, że oto wtedy jadę i skreślałam dni na kalendarzu.
No i pojechałam.
Nie żałuję ani minuty. Oczywiście, że nie była to wyprawa wielkiego podróżnika, po prostu siedem dni świętego spokoju w bardzo malowniczym i kojącym zakątku świata. Santander trochę przypomina mi Tel Awiw – pod tym względem, że jak ten drugi, jest miastem plaż. Zewsząd blisko do oceanu. Na plażach toczy się życie, ludzie biegają, spacerują, kąpią się, surfują, grają w piłkę, trzymają się za ręce, spotykają ze znajomymi, przychodzą samotnie poczytać albo się zdrzemnąć. O ile jednak Tel Awiw jest olśniewająco biały, Santander to miasto raczej z cegły. Położone na wzgórzach (do Picos de Europa niedaleko), z niedużym starym miastem pełnym dość uroczych kamienic, z mercados, gdzie haki uginają się od ciężkich szynek, a stoły od moreli słodkich jak miód; z dzielnicą portową, która może niezbyt ładna, ale ma przyjazne, choć nieco obskurne bary z wiekowymi stałymi bywalcami kłócącymi się nad gazetą i obowiązkowymi pinchos do piwa; z dostojnymi willami ukrytymi wśród ogrodów przypominających raczej lasy, z dawnym pałacem królewskim górującym nad półwyspem wcinającym się w ocean. Santander nie aspiruje do bycia cool miejscówką, choć ze swoim oszałamiającym położeniem mogłoby bez dwóch zdań. To miasto jest nieprawdopodobnie spokojne. Jasne, w słoneczny weekend na plażach było gęsto – ach, ten sielski piaseczek, to łagodne zejście do morza (przynajmniej do mniej więcej piętnastej, bo wtedy zaczynał się przypływ). Nad zatokę przybywały całe hiszpańskie rodziny, od niemowlaka po prababcię, przygotowane znakomicie, każdy członek wycieczki był odpowiedzialny za taszczony przez się sprzęt – turystyczną lodówkę, stoliczek, krzesełko i parasol dla prababci lub sprzęt sportowy; rozkładali się metodycznie niczym wojsko, ale nie zajmując zbyt dużo miejsca, biesiadowali, pluskali się, a cudzoziemka mogła pod ich troskliwym okiem zostawić swój telefon i ręczniczek, by też pójść się popluskać. W dzień powszedni jednakże było rozkosznie cicho, pomijając nieustanny szum fal. Wieczorami po horyzont tylko te fale; czasami przy silnym wietrze na horyzoncie widać było góry. Nocą przez ciemność przebijało się migoczące miarowo światło latarni na skale w zatoce, Faro de Mouro. Burza nie burza, wicher nie wicher, światło spokojnie pobłyskiwało.

A na lotnisku kawa cortado kosztuje euro pięćdziesiąt; to już i tak sporo jak na lokalne standardy. Pozdrawiam serdecznie port lotniczy Kraków-Balice.

Przy okazji odkryłam, a właściwie odkryła towarzysząca mi w tym wypadzie nieoceniona matka, że trochę mówię po hiszpańsku, a jest to język, którego nigdy się nie uczyłam. Bardzo, BARDZO trochę, ale wystarczająco, żeby poczuć leciuchną dumę. Oczywiście, człowiek uczy się drogą osmozy przy moim trybie życia, gdy wszyscy wokół mówią w języku, którego nie rozumiecie, a wy swój wypieszczony angielski możecie sobie… W każdym razie. Potrafię się przywitać i pożegnać, powiedzieć w sklepie, że mam własną torbę na zakupy i że chcę wodę w temperaturze pokojowej, a nie schłodzoną, znam sporo określeń z mojej branży, które poza nią są oczywiście całkowicie bezużyteczne – no i dużo kulinarnych, co w Hiszpanii jest najważniejsze, bo w tym kraju wszystko kręci się wokół stołu. Mogę prostą i nieco koślawą, ale jednak konwersację poprowadzić w języku, który kiedyś wydawał mi się szorstki i krzykliwy, a teraz doceniam jego śpiewność. To dziwne.

Będę tęsknić.
Mam nadzieję, że niezbyt długo.

Present mirth hath present laughter: what’s to come, is still unsure

Tom sobie posiedziała w domu przez dni parę, nawet raz poszłam do biura, a potem poleciałam do Londynu.
Bo dawno donikąd nie leciałam.
Londyn to nie tyle podróż, co powrót.
Przespałam całą trasę, bo ja w samolotach śpię jak dziecko. Potrafię przespać start i lądowanie. Jak na osobę mającą duże problemy ze snem od lat, to dość osobliwe. Kobieta siada i nie ma jej. Jakby mi ktoś wtyczkę wyjął.
(Dlatego ta niedawna historia pani z Kanady, która obudziła się w zaparkowanym, zamkniętym, ciemnym samolocie, trochę mi zmroziła krew w żyłach).

Najpierw poszłam zobaczyć Śmierć komiwojażera w Young Vic. Wspaniale obsadzone – wybitna Sharon D. Clarke i Wendell Pierce – okraszone piosenkami i osadzone w końcówce lat 50. Willy i jego rodzina są ciemnoskórzy, co znacząco zmienia ciężar historii krążącego sprzedawcy walczącego o przetrwanie – i godność – we wrogim mu świecie. Ale mnie najbardziej poruszył Arinzé Kene w roli Biffa.
Arinzé Kene to jest arcygwiazda. To jest aktor, dramaturg i wokalista w jednym, uznawany przez wielu za nową twarz brytyjskiego teatru, obdarzony w dodatku niebywałą charyzmą. Kawał faceta również. Rozczulający był moment, gdy podczas curtain call objął rozemocjonowaną Sharon D. Clarke.
– Przepraszam, że zatrzymuję – powiedziałam, gdy go złapałam w barze Young Vic po wszystkim. – To było doskonałe i się popłakałam.
– Oj – rzekł. – Dziękuję, ta robota nabiera sensu, gdy słyszy się coś takiego. Teatr to branie i dawanie, prawda?…
Tak, Arinzé, to branie i dawanie.

No, a potem już tylko Old Vic i Andrew Scott.

Moja relacja z Andrew jest znana od dawna. Ja bym gościa mogła jeść łyżkami.

The Dazzle, w którym siedział wśród stert gratów, na szóstym piętrze zimnej kamienicy, w której przez krótki czas mieściła się efemeryczna scena Found111, otoczony wianuszkiem widzów siedzących na chybotliwych krzesłach, grając jednego z braci Collyer pospołu z Davidem Dawsonem. To był bezbłędny duet. Pamiętam te żarliwe oczyska, ciemne jak węgle, wodzące smutno po twarzach widzów.
W Birdland te same oczy były zupełnie puste. Nic. Jakbyście patrzyli w plastikowe oczy lalki.
Hamlet. Czterogodzinny Hamlet. Ja to jeszcze widziałam w teatrze Almeida, gdy po jednym z pierwszych spektakli wyszło do wątłej jeszcze wówczas, moknącej w lutowym deszczu kolejki takie drobne (Andrew jest dużo bardziej kompaktowy, niż się wydaje na scenie), wyrąbane jak koń po westernie stworzenie i zapytało mnie, jak JA się czuję.
– Jakby mnie pociąg potrącił – odpowiedziałam szczerze.
– Ja tak samo!
To był Hamlet niezwykły, bo bez tej całej pompatycznej otoczki. Ot, wkurwiony, rozczarowany, zagubiony człowiek.
I Sea Wall.
Sea Wall dla mnie zdefiniował go jako wybitnego aktora, zwłaszcza gdy zobaczyłam to na żywo (wersja filmowa jest dostępna w internecie za niedużą opłatą). A poleciałam specjalnie, żeby to zobaczyć. To jest króciuteńki monodram. Wyznanie ojca, który stracił córeczkę w tragicznym wypadku. On w tym ani na chwilę nie podnosi głosu, nie szarżuje, robi długie pauzy, trzymając widownię w ciszy wręcz nieznośnej. Spomiędzy tego pozornego spokoju przebija obezwładniająca rozpacz człowieka, który nie wie, jak sobie poradzić. Pamiętam, że przez cały spektakl światła na widowni Old Vic były zapalone – on chciał widzieć ludzi, do których mówi i chciał, żeby to nie był monodram pod tytułem „oto aktor stoi na scenie i gada w ciemność”, raczej konwersacja. Światła zgasły dopiero po ostatnim słowie. Na długo.
Scena kocha Scotta z wzajemnością. Kiedyś napisałam, że on mógłby siedzieć w kącie i obierać ziemniaki, a publiczność byłaby wniebowzięta. Opinię podtrzymuję. Bo to jest zwierzę. Nie zazdroszczę wszakże żadnemu aktorowi, który z nim na tej scenie się znajduje, bo istnieje duża szansa, że publiczność go po prostu nie zauważy.

Present Laughter wreszcie pozwala jego publiczności się wyśmiać. To dwie godziny czystej radości i bólu policzków.

W farsie trzeba mieć doskonałe wyczucie czasu. Andrew je ma. Dodać należy, że gra aktora lubiącego emfazę, po czterdziestce – zatem właściwie gra siebie, i ta zabawa własnym emploi jest cudowna. Przy czym nie jest to zwykły żart z bycia idolem; jest to wszystko podszyte samotnością i słabo skrywaną obawą przed upływającym czasem.

Jego bohater jest też biseksualny.
I powiem szczerze, końcówka pierwszego aktu jest tak zmysłowa, że chyba nie było na widowni człowieka, który nie chciałby pójść z Garry’m Essendine do łóżka. Główny bohater jest irytującym, pompatycznym, chimerycznym Piotrusiem Panem, ale jest też absurdalnie pociągający i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nikt mu się nie oprze.
To w ogóle jest ciekawe, bo Scott nigdy nie robił tajemnicy z własnej seksualności, ale w wywiadzie dla New York Times powiedział, że ogromna większość fanów przychodzących pod stage door to kobiety. Wyznaje, jak ja, zasadę, że chemia między ludźmi wykracza daleeeeko poza orientację seksualną, dlatego nie ma co się do niej za bardzo przywiązywać.
A poza tym wszystkim to miły, słodki człowiek, który dla każdego znajdzie czas, pogada swoim łagodnym i bardzo irlandzkim głosem, zrobi sobie zdjęcie (ja mam z nim już cztery – rozbawiło mnie bardzo, że teraz obok niego stoi smutny gość z lampą i zapala ją, gdy Andrew zabiera telefon kolejnej osobie, żeby strzelić fotę; widzicie, on jest taki uroczy, że nawet dba, by zdjęcia były porządne).

Wróciłam do hotelu o północy.
Dzień następny to tylko Read Not Dead w Globe – kocham Read Not Dead, z przyczyn, o których pisałam po wielokroć. To sama radość aktorów poświęcających swój wolny czas, żeby czytać ludziom zapomniane sztuki, czasami znakomite, czasami uciesznie złe. Tym razem, w ramach większego projektu zatytułowanego Hamlet Is Poland, zorganizowano czytanie „Odprawy posłów greckich” i trenów. Tak, tak. Kochanowski w Shakespeare’s Globe!
Śliczny jak malowanie Patrick Walshe McBride brał w tym udział. Między innymi. Świetnie to było zrobione, a jedna z ról była czytana po polsku.
Treny wielu widzów niezbyt zaznajomionych z życiem i twórczością naszego barda wyraźnie zasmuciły. Dodać trzeba, że były pięknie przetłumaczone i wykonane, i sama trochę się wzruszyłam, słuchając fraz Kochanowskiego, siedząc w tej drewnianej bombonierce nad Tamizą. Jeden z aktorów biorących udział w tym wydarzeniu napisał później na Twitterze, że łzy mu napływały do oczu.

Wróciłam do domu. Na, bardzo w moim stylu, 24 godziny. Dość powiedzieć, że tę relację kończyłam pisać już zupełnie gdzieś indziej.

Les Mille Et Une Nuits

Kolejne tygodnie w Paryżu mijają coraz szybciej, w poprzedni poniedziałek (poleciałek, chciałam napisać – w sumie pasuje), ledwo zdążywszy odetchnąć po wszystkich przygodach weekendu w ponoć pięknej Moguncji, zawiozłam tyłek z powrotem tutaj.
Dni przepracowują się spokojnie, właściwie same. Człowiek nabył doświadczenia, a pozbył się strachu, więc mu łatwiej. Wieczory są krótkie, bo czerwiec, a XVI dzielnica jest gęsto obsadzona lipami i pachnie tu obłędnie, więc tęsknota za domem łagodniejsza.

Weekend był przemiły – genialna, inspirująca wystawa Dory Maar w Centre Pompidou (bardzo polecam, a w ogóle to z ruchomych schodów Pompidou macie jeden z najlepszych widoków na miasto), a w niedzielę ostatni spektakl Fashion Freak Show w Folies Bergere. Musiałam być. W finale na widownię buchnęły cekiny, poziom decybeli na widowni osiągał wartości szkodliwe, ale jakże piękne, bo wszyscy wstali, klaskali i krzyczeli, i Jean Paul Gaultier we własnej osobie pląsał na scenie i wykonawcy się popłakali.

Ale nie o tym chciałam.
Ja wiem, że ja wiem i że wy wiecie, iż moje nastawienie do tego miasta przez ostatnie trzy lata zmieniło się ogromnie. Nie lubiłam Paryża. Było mi tu źle i bałam się tu wracać, do tego stopnia, że moja przyjaciółka niedawno powiedziała mi, że tuż przed ponownym wyjazdem do Francji rok temu wyglądałam na wręcz boleśnie spiętą. Dlatego czuję się w obowiązku parę rzeczy wyprostować.
Jest taki stereotyp, że paryżanie są niemili, niegrzeczni. No bo wiadomo. Kelnerzy z wiecznym fochem (acz mam takiego w bistro obok biura, który zawsze zgrywa bezczela, ale mruży przy tym oko, a nad babcią, która przychodzi tam codziennie na obiad i kieliszek czerwonego, pochyla się tak troskliwie, że serce roście). Motocykliści – bez wątpienia samobójcy czyhający za każdym winklem. Taksówkarze – jak wyżej, tylko jeszcze z klaksonem, wymuszający pierwszeństwo na matkach z wózkiem, staruszkach i karetkach. Ludzie u mnie w pracy – siedzący naprzeciwko z założonymi rękami, kontrujący każde pytanie lekko zirytowanym „ale co masz na myśli?”. Trochę mi zajęło, by zrozumieć, że rzeczy nie zawsze są takie, jakie się wydają. I że te moje France to nie takie france wcale.

Trzy tygodnie temu siedziałam w knajpie w Tuileries, sobota, słoneczko, gdy wtem przylazła chmura i jęło straszliwie lać. Zimno się zrobiło. Kelner krążący po ogródku zauważył, że jakiś lekko ubrany chłopiec przeczekujący ulewę z rodzicami trochę się trzęsie, więc mu pożyczył swoją bluzę.

Dwa tygodnie temu siedziałam w innej knajpie (tak, wiem). Madame przy stoliku obok paliła papierosa – niestety to ciągle bardzo tu modne. Ulicą nadciąga inna pani, dość wytwornie odziana, i pyta, czy tamta mogłaby poczęstować ją fajką. Ona zapłaci.
– Jasne i nie ma mowy – odpowiada pierwsza madame i wyciąga papierosa. Madame numer dwa grzebie w torebce w poszukiwaniu drobnych.
– Ja oddam.
– Nie ma potrzeby, to tylko jeden papieros.
– Ale tak w ogóle to ja nie palę na co dzień.
– Tym bardziej.
Wywiązuje się coś w rodzaju sprzeczki. Wreszcie madame numer jeden zapala papierosa madame numer dwa, która upiera się zostawić parę monet na stoliku i odchodzi, zaciągając się z ulgą.

Miniony piątek. Kelner od babci proponuje mi deser – tartę truskawkową. Jest obłędna, z kremem jak chmurka, ale porcja jest potężna, a ja wcześniej stek w towarzystwie clafoutis z cukinii zjadłam i zaraz pęknę.
– Przepraszam, to jest pyszne, ale ja już nie mogę, już poproszę o rachunek.
– Nie zjesz do końca? – spogląda na mnie surowo. – Jak to nie?!

Co dnia widuję kloszardów. Często rezydują na wywietrznikach metra, teraz już rzadziej, bo jest ciepło. I zwykle, idąc rano do pracy, widzę też ludzi, którzy zatrzymują się przy nich, wręczają banana i kubek kawy, zamieniają parę zdań i idą dalej. Trudno pozbyć się wrażenia, że to nie są wyjątkowe zrywy dobroci, ale pewien rytuał.

I ta czarodziejska anonimowa ręka, która w biurowej kuchni codziennie rano zostawia tacę pełną pain au chocolat. I czasami też takie dobre bułeczki z cukrem, nie wiem, jak się nazywają, ale wpakowanie całej do buzi to sama radość (przynajmniej do momentu, gdy po paru tygodniach takiej diety staracie się dyskretnie rozpiąć guzik w spodniach przy każdej próbie siadania).

Tak.
Paryż nauczył mnie nie tylko tego, że jestem twardsza niż myślałam i że wszędzie można się odnaleźć, ale też tego, że stereotypom nie warto ufać, bo zwykle są o kant dupy rozbić.
(No chyba że próbujecie jechać z walizką transportem publicznym, i nie działają ani schody ruchome, ani windy, i jeszcze wam kolej zastrajkuje, i wtedy miętolicie półgębkiem „k****, ten kraj”).
((Ale i do tego można przywyknąć)).
Paryż to była moja próba ogniowa. Wyszłam z niej z tarczą i tę tarczę w piątek wieczorem zabiorę ze sobą do domu, i będzie mi służyć, gdziekolwiek trafię.
I będę tęskniła. Naprawdę.

Lubię wracać tam, gdzie byłam

Zaczęło się od tego, że się pokłóciłam z panem i władcą.
Nie jakoś bardzo. Wystarczyło wszakże, żebym była w humorze mizernym i dodupnym.
Wróciłam do Paryża, w którym przez caluchny tydzień prało deszczem. Z każdej strony. W robocie wszystko się sypało. Tym bardziej cieszyłam się na weekend w rodzinnym ogrodzie, z trawą, komarami i świeżą miętą do herbaty.

W piątek w Paryżewie głowę urywało, a nad dachami kłębiły się piękne chmury o kształcie kowadła, znaczy cumulonimbusy, znaczy burza będzie. No słabo, pomyślałam. Ale wieczorem lecę, to może ucichnie.

Dupa nie ucichło.

– Proszę państwa – rzekł twardo kapitan. – Proszę wybaczyć, ale ze względów bezpieczeństwa nie będzie serwisu na pokładzie.
– Proszę państwa – rzekł kapitan 45 minut później. – Proszę wybaczyć, ale pogoda we Frankfurcie jest fatalna. Jesteśmy w kolejce do lądowania, niemniej jeszcze trochę poczekamy.
I tak krążyliśmy przez godzinę nad cholernym Frankfurtem, a inne samoloty tuż nad lub pod nami. Było ich za oknem coraz więcej. Wśród tych wszystkich błyskających świateł zobaczyłam jedno wyjątkowo silne i zrozumiałam, że okrążamy nie tyle nawet miasto nad Menem, co burzę.
– Proszę państwa – rzekł kapitan. – Powiem szczerze, takiego chaosu nigdy nie widziałem. Wiele lotów jest przekierowanych, ale spróbujemy wylądować. Wieża kazała podchodzić z najniższą możliwą prędkością, więc wylądujemy dopiero za jakieś 25 minut od teraz.
Burza nie burza, naprawdę straszne było to, że osoba za mną zdjęła buty i z uporem maniaka dotykała skarpetką mojej łydki. Yyyyyghhh. Nie dotykaj mnie skarpetką, człowieku.

Wylądowaliśmy.
Biegnę do bramki. Serce mi z klaty wyskakuje, bo lotnisko we Frankfurcie zajmuje skromne 23 kilometry kwadratowe i przemieszczanie się po nim to podróż sama w sobie. Dobiegam. Jakiś dżentelmen mi macha.
– Nie trzeba biec.
– Ale…
– Już nie trzeba.
– No kurrrwwa mać! – wzdycham żarliwie w języku ojczystym, który pozwala wyrazić emocje jak żaden inny.
– Proszę wrócić do stanowisk odprawy, tam się panią zajmą.
Popylam nazad przez cały ten niekończący się terminal. Odstaję swoje w kolejce. Uściślając, dwie godziny. Jestem zmęczona. Jest gorąco. Kobieta stojąca za mną pyta, czy chcę wody, bo rozdają, to mi przyniesie.
– Dzień dobry, mnie tu przebukowano na jutrzejszy lot…
– Mhm. Nie mogę pani wydrukować karty pokładowej. Proszę przyjść jutro. Tu jest voucher hotelowy. I drugi, na taksówkę. I trzeci, na taksówkę z powrotem.
Oczywiście we Frankfurcie nie ma już żadnego miejsca w żadnym hotelu, więc trafiam do podobno pięknej Moguncji. Nie wiem, bo widziałam tylko autostradę, zmordowanego recepcjonistę stojącego samotnie naprzeciwko kilkudziesięciorga „come from aways” (teraz wiem, jak to jest) o drugiej w nocy, pokój, jadalnię i znowu autostradę.
Padam na łóżko i piszę do pana i władcy, którego nadal chwilowo nienawidzę, że nie mogę wrócić do domu. Odpowiedź przychodzi po piętnastu sekundach. „Jak to? Co się stało?!”.

Zgodnie z instrukcją przychodzę jutro. Znaczy wczoraj. Ustawiam się w kolejce, ponownie złożonej z „come from aways”. Po czasie wystarczającym na obejrzenie odcinka serialu docieram do madame w okienku.
– Dzień dobry. Bo ja wczoraj nie poleciałam i dostałam od Lufthansy SMS, że mam rezerwację na lot dziś o szesnastej.
– Niech spojrzę.
Spogląda.
– Hm. Zaraz wrócę.
Kwadrans później. Kolejka za mną urasta do rozmiaru tej po lody na Starowiślnej i wszyscy na mnie nienawistnie patrzą.
– Wszystko się zgadza, my panią automatycznie przebukowaliśmy, ale coś poszło nie tak.
To nie są słowa, które chce człowiek usłyszeć na lotnisku.
– Nowa rezerwacja nie została zakończona. Było ich wczoraj mnóstwo i chyba system nie dał rady…
– To znaczy? Mogę lecieć?
– Prawdopodobnie. Proszę, tu jest bilet standby i voucher na posiłek.
– Standby? Ale…
– Sądzimy, że kilkoro pasażerów nie zdąży na ten lot. Ma pani szansę! Jeśli nie, na kolejny lot o dwudziestej drugiej są wolne miejsca, więc wtedy na pewno pani poleci. Proszę się nie martwić – dodaje dziewczyna przepraszająco. Ja się nawet na nią nie wkurzam, bo jest w tak samo chu… paskudnej sytuacji jak ja. Kobieta na stanowisku obok zbiera cięgi od zaryczanej pasażerki, której ani chybi przepadł naprawdę bardzo ważny lot.
No dobrze. Sytuacja jest, jaka jest. Może polecę, może nie polecę. Nic nie zależy ode mnie, więc w sumie to nie ma czym się przejmować. Przechodzę przez kontrolę – we Frankfurcie mają teraz takie czaderskie skanery, kiedyś też mieli, ale inne, takie jakby małe kabinki, gdzie trzeba było łapeczki w górę podnosić niczym śpiewający kronopio, a obecnie należy stanąć przed tablicą z narysowanym ludzikiem i stanąć tak, jak ludzik, a pan obsługujący tę maszynerię wciska guzik.
– Wonderful, ma’am – mówi do mnie, unosząc kciuk, i mruga. Chłopie, jesteś najmilszym, co mi się od dwudziestu czterech godzin zdarzyło. I gdyby obsługa security na lotnisku w Krakowie była taka sympatyczna…
Nabywam sobie lampkę wina i zasiadam w ulubionej mojej kawiarni. Tak, ja mam ulubione kawiarnie na lotniskach. Do tego doszło. Tę akurat lubię dlatego, że ma świetny widok na płytę, więc przynajmniej człowiek się nie nudzi.
Idę pod moją bramkę, a tam już stoją sierotki. Jestem siódma w kolejce. Pan za ladą bierze megafon i obwieszcza:
– Mamy osiemnastu pasażerów na liście oczekujących. Nie wiem, czy w samolocie będą miejsca dla wszystkich.
– A kiedy będzie wiadomo? – pyta przedsiębiorcza Niemka przede mną. Za mną stoi młodziuchny Ukrainiec, doktorant, zmierzający na wycieczkę do Zakopanego.
– Nie wiem, jakieś pięć minut przed zamknięciem bramki.
– A skąd wiadomo, kto z nas wsiądzie? – kontynuuje przedsiębiorcza Niemka, kobieta, której każdy z nas potrzebuje w życiu.
– Nie mogę pani teraz powiedzieć.
– Blondynki? Młode małżeństwa?
– A to ja się nie załapię, jestem gejem – mówi wesoło stojący za mną Ukrainiec w przypływie szczerości, która zdarza się tylko wobec obcych i w sytuacjach, gdy już i tak macie na wszystko wywalone.
– Ja się bardzo denerwuję – mówi mi przedsiębiorcza Niemka. – Cała tamtejsza rodzina na mnie czeka w Krakowie, specjalnie jadą na lotnisko z głębokiej Polski. Chciałabym zdążyć.
Wierzę.
– Jest jeszcze jeden lot do Krakowa późno wieczorem – mówię. – Podobno są miejsca…
– Wiem, ale… Rozumiesz.
No, rozumiem.
Koleś za ladą puka w mikrofon.
– ACHTUNG BITTE! Pasażerowie Iks i Igrek są proszeni do mnie po odbiór karty pokładowej… Pasażer Zet proszę… Pasażer Aleksandra…
– To ja! To ja! To ja!! – krzyczę i łapię moją utęsknioną kartę pokładową, czując się jak Charlie z „Fabryki czekolady” Roalda Dahla. Ukraiński doktorant załapuje się takoż. Dzierżąc nasze karty, zmierzamy do rękawa, po czym oglądam się na przedsiębiorczą Niemkę. Nie dostała biletu. Uśmiecha się smutno.
– Powodzenia! – wołam, zanim szklana furtka zamknie się za mną.
– Safe travels – odpowiada bezgłośnie.
Siadam. Piękne miejsce, wyjście awaryjne, dużo przestrzeni, nikt mnie nie będzie skarpetkami macał.
– Siedzi pani przy wyjściu awaryjnym – mówi pani personel pokładowy. – Czy wie pani, co robić, gdyby coś? Nic się nie stanie, ale muszę zapytać. Jeśli pani się boi, zamienimy panią z kimś na miejsca.
– Nie, dziękuję. Tu mi dobrze.
Wtem patrzę i widzę, że oto przedsiębiorcza Niemka przeciska się przez przejście. Udało się! Zauważa mnie. Macham i podnoszę kciuki. Ona też. Zapewne nigdy więcej się nie zobaczymy, ale to nie ma znaczenia.

Kraków.
Taksówkarz upiera się, by wieźć mnie najkrótszą trasą. Tłumaczę mu, że wolę najszybszą, a ta to obwodnica. Próżny trud. Jedziemy sobie żółwim tempem przez Wolę Justowską i Planty, szlag mnie trafia, podziwiam całe Stare Miasto, taksówka co chwila zatrzymuje się, by przepuścić pieszych lub też tramwaj.
– Jest pan pewien, że to najkrótsza trasa?…
– No, a nie?

A chcecie usłyszeć coś śmiesznego? Jutro rano wracam do Paryża.

Merci de ne pas déranger

Bonjour, tout le monde!
Wróciłam do Paryża i spędzę tu jeszcze chwilkę. Ma się rozumieć, po wylądowaniu zastał mnie strajk taksówkarzy – bo przecież nie może tak być, żeby tu wszystko działało – ale jestem dzielna i dotarłam do Paryża RER. Z walizką i zestrachanym kolegą pod pachą (kolega nie ufa komunikacji publicznej, żarliwie nie znosi Paryża i wie doskonale, że potrafię się zgubić na prostej ulicy, ale w desperackim akcie wiary oddał swój tułaczy los w moje ręce). RER nadal pachnie równie pięknie, jak i paryskie stacje. Motocykliści nadal próbują mnie zabić. Paryżanie nadal palą, kelnerzy nadal ignorują mnie z godnością, korki, klaksony, ne marche pas, ogólnie wszystko po staremu.
– Ale przyznaj – mówi moja francuska koleżanka. – Takich dobrych bagietek nigdzie nie ma.
Tu muszę się zgodzić.
Bagieta, ser lub trzy, wino (dodać należy, że we Francji nie trzeba się zapożyczać, by kupić wyśmienite wino, bo oni mają go dużo, bardzo dużo) i kolacja jak ze snów. Choć oczywiście zawsze można pójść do knajpy, najbliższe miejsce z jedzeniem w Paryżu zawsze jest w odległości wyczuwalnej nosem.
Mieszkam w małym i bardzo uroczym hotelu w dzielnicy ósmej, nieopodal Bulwaru Haussmanna – urbanisty, który nadał Paryżowi jego współczesny wygląd, ze słynną „gwiazdą” pośrodku (jeśli zdarzy wam się kiedyś odlatywać z traumatycznego lotniska Roissy Charles de Gaulle, macie duże szanse na to, że samolot przeleci nad centrum Paryża i zobaczycie w dole dwanaście ulic zbiegających się przy Łuku Triumfalnym, z wieżą Eiffla migoczącą nieopodal, i powiadam, z góry to wygląda imponująco, brawo, baronie Haussmann). Pokoje są urządzone w mało hotelowym stylu, bardzo przytulne, i bardzo dobrze sypiam, bo są też całkowicie dźwiękoszczelne, a wierzcie mi, w tym mieście to ma znaczenie. Jeśli ktoś tu jest punktualny, to śmieciarze. Nie ma zmiłuj, piątek świątek o siódmej rano zaczynają.
Wczoraj wyszłam z pracy i poszłam się wygrzewać w kawiarni pod kościołem Madeleine – bo tu ładna pogoda, w odróżnieniu od tej rozpaczy, którą zostawiłam w Krakowie. I tak sobie pomyślałam, zjadając zanurzone w moim szprycerze porzeczki (oni tu kochają drinki porzeczkami dekorować), że dobrze tu znów być. Paryż mnie przećwiczył jak żadne inne miejsce na tym łez padole. Ale – widocznie byliśmy sobie pisani.

Nie był to tydzień cudownie łatwy. Byłby, gdybym mogła przesiadać się z jednego kawiarnianego ogródka do drugiego, ale jestem tu jednak w pracy, a w niej to mi róż pod stopy raczej nie rzucają (choć croissantem czasem poczęstują). Domu też nie opuszczałam w najlepszym nastroju. A gdy już dotarłam tutaj, zdarzyło mi się coś dziwnego.

Trochę lat już żyję, ale nadal niezmiernie dziwię się, że istnieją ludzie, którzy czerpią przyjemność z dopierdalania innym. Tak, wiem…
Może to nie jest przyjemność zresztą. Może oni tylko muszą zwymiotować tym, co im leży na żołądku. Nie wiem. W każdym razie znienacka otrzymałam bardzo niefajną, bardzo ad personam wiadomość – nie od anonima, od osoby znanej mi od lat. Sądząc po późnej porze, zapewne to efekt jednej kolejki za dużo, ale mimo wszystko…
Najpierw zrobiło mi się trochę przykro, ale potem wiadomość usunęłam i po prostu poszłam spać.
Przebyte lata i kilometry robią swoje. Skóra grubnie (czy jest takie słowo? Widocznie jest, skoro mi nie podkreśliło). Mądrzeje się trochę – choć w moim przypadku raczej powoli…. Uczy się puszczać mimo uszu. Gdy bardzo źle, reagować bez skrupułów ciętą ripostą. Uczy się rozumieć, że nie jest zupą pomidorową, żeby go wszyscy lubili. Mnie można nie lubić. Wiem to dobrze. Znam mnie od urodzenia.
Dziesięć lat temu byłoby inaczej, ale teraz sobie myślę – serio, człowieku, odzywasz się tylko po to, żeby mi dowalić? I myślisz, że dowalisz? Ja mam dużo większe problemy niż twoje zjadliwe słowa, a może nie jestem najbardziej pancerna, ale wiem już, co powinno mnie obchodzić, a co nie. Ty wpadasz do szufladki z napisem „nie”. Sam się tylko, człowieku, trujesz swoją żółcią.
Nie wiem. Nie rozumiem czasami niektórych.
W każdym razie.

Idę pod prysznic.

„If I can’t breathe I’m in trouble” – Karl Lagerfeld

Rok temu spędzałam mój urodzinowy tydzień w Londynie. Praca mnie wysłała. Zbieg okoliczności, ma się rozumieć, ale byłam przeszczęśliwa. Czułam się, jakbym Ponbócka za nogi złapała. Pierwszego wieczoru poszliśmy do restauracji z gwiazdką Michelin – to były dokładnie moje urodziny – i pomyślałam „rany, co to się dzieje”. Niemal co wieczór biegałam na West End, kupiłam sobie też bilet do Royal Opera House…
… i nie poszłam.
Za to zrobiłam niezłą scenę w hotelowym lobby, myśląc, że umieram.

Do dziś pamiętam ten głupi dialog z dżentelmenem, który przybył mi na pomoc po tym, jak przerażony recepcjonista uznał, że słaniająca się na nogach babina sapiąca wniebogłosy niczym Darth Vader potrzebuje pogotowia.
– Nie mogę oddychać.
– Ale oddychasz, rozmawiasz ze mną. Nie mogłabyś mówić, gdybyś nie oddychała.
– …Naprawdę?

No niestety, człowiek w takim stanie nie jest tytanem intelektu i myśli bardzo, bardzo powoli.
Lada dzień minie rok od tej karuzeli śmiechu, więc pomyślałam, że z tej okazji przygotuję wpis rocznicowy.

Skąd to się bierze – nie wiadomo. Ilu ludzi, tyle przyczyn. Trauma, geny, hormony, chemia mózgu, inne choroby, uzależnienia lub… nic. Są na to lekarstwa, ale opinia wielu specjalistów jest taka, że stany lękowe nie są w pełni uleczalne. Zawsze mogą wrócić.
Dusiołek nie wybiera dnia ani godziny. Oczywista, są okoliczności, które szczególnie lubi, o czym później, ale jeszcze bardziej lubi zaskakiwać. Możecie obudzić się w spokojny sobotni poranek i poczuć, jak wam żołądek podjeżdża do gardła. Możecie jechać sobie wygodnie tramwajem i nagle poczuć, że musicie natychmiast wysiąść. Możecie znienacka poczuć paraliżujący strach przed czymś, co często robicie – taką absurdalną, ale głęboką pewność, że tym razem na dwieście procent coś pójdzie nie tak. Możecie siedzieć na nudnym spotkaniu i wtem oblać się zimnym potem; długopis trudno utrzymać w dłoni i macie pobożną nadzieję, że nikt nie zauważył waszej trzęsawki. Może obudzić was w nocy natrętna myśl, że coś złego się stanie. Zwolnią mnie. Rzuci mnie. Moi bliscy umrą. I zamiast ziewnąć i przewrócić się na drugi bok, zaczynacie się nakręcać, aż nadchodzi ranek i jesteście kompletnie wykończeni apokalipsą, która nie nadeszła.

Moja mama, zanim – podobnie jak ja – dokopała się do końca internetu, czytając o tej przypadłości, pytała mnie:
– Ale czym ty się właściwie denerwujesz? Czego się tak boisz?
Odpowiedź zawsze brzmiała tak samo:
– Nie wiem.
Na tym polega cały dowcip. Zagrożenie nie jest realne. Za to wasz lęk jest, jak najbardziej.
Można nauczyć się z dusiołkiem żyć. Nie powiedziałabym, że zaprzyjaźnić – to byłoby troszkę za duże słowo. I ludzie różnie żyją z dusiołkiem. Jedni robią sobie z niego tarczę, którą zasłaniają się przed światem, inni idą z nim na wojnę, ja uznałam, że to po prostu jak moja wada wzroku czy skolioza. Nie sposób udawać, że nie ma, ale też nie ma co się roztkliwiać.
Nie jestem jeszcze doskonała w radzeniu sobie z sytuacjami, gdy potwór mnie łapie za kostki. Nadal potrafi mnie zaskoczyć, choć nauczyłam się już wyczuwać, kiedy nadchodzi i mniej więcej wiem, co robić. Ogromnie dużo zmienia sama świadomość, że tak naprawdę nic złego mi się nie dzieje, nie umrę, nie zemdleję, po prostu mój mózg przeprowadza coś w rodzaju próbnej ewakuacji. Wystarczy sobie ostrożnie odwrócić uwagę od samopoczucia, wystarczy powoli wydmuchiwać powietrze z płuc (to powietrze, którego, jak się wydaje, wcale w nich nie ma) i potwór, niepocieszony, znika. Zresztą i tak zniknie – i to kolejna rzecz, której świadomość pomaga. To zawsze przechodzi. Nie ma szans na inne zakończenie.
Mam i piguły, rzecz jasna, ale nie lubię zbytnio na nich polegać, choć pomagają. Najbardziej jednak pomaga wiedza i nauka oswajania (czy raczej stanowczego odganiania widłami) tego nadmuchiwanego tyranozaura.
Oczywiście mam to szczęście, że mimo gorszych dni, które czasem się zdarzają (na przykład dziś) wylosowałam względnie łagodną postać. Można trafić gorzej. Niektórym zaburzenia lękowe praktycznie uniemożliwiają normalne funkcjonowanie – bywają nieszczęśnicy, którzy przestają wychodzić z domu. Ataki paniki dręczą ich nieustannie, a kto miał jeden, ten wie, że to jest pełnowymiarowy horror, na żywo w technikolorze. Trudno się dziwić, że niektórzy pechowcy targają się na życie.

Ale.
Żeby nie było tak smętnie.

Jako urodzona Pollyanna staram się wszędzie widzieć dobre strony. Ma się rozumieć, głupawo to brzmi w tym kontekście, niemniej spróbujmy. Czy czegoś dusiołek mnie nauczył?
Bien sûr.
Dbania o siebie.
Jak pisałam, są okoliczności, które ten gremlin lubi. Lubi niewyspanie, głód, zmęczenie, stres. Lubi życie na zbyt wysokich obrotach. Żyjąc z nim – i wiodąc życie, jakie wiodę – nauczyłam się, że trzeba mieć rytuały. Herbatka w łóżku, zanim wstanę, nawet jeśli wstaję o piątej rano. Przerwa na drugie śniadanie. Czas dla siebie. Gdziekolwiek jestem, muszę wykroić czas dla siebie. Przejść się, pobiegać, poleniuchować, zjeść coś treściwego, wziąć długi gorący prysznic. Nauczyć się nic nie robić i nie mieć wyrzutów sumienia. Posłuchać, gdy wasz organizm cichutko wam mówi „przepraszam, ale ja bym sobie na chwilkę usiadł”.
To właśnie usiłowanie bycia całodobowym sexy cool niezłomnym superbohaterem zasilanym energią kosmiczną doprowadziło mnie do tamtego czarownego stanu.
Zaprawdę powiadam, nie warto. I nie trzeba. Przez ostatni rok odkryłam też, że nie jestem sama. Takich jak ja jest mnóstwo. Czasami to ludzie, po których nigdy człowiek by się nie spodziewał. Czasami – ludzie z najbliższego otoczenia.

No i przestałam pić kawę. Zdumiewające, ale można żyć bez kawy.

There’s nothing in between me and the sky

W miniony piątek pożegnałam Lazurowe Wybrzeże (deszczowe i zimne przez cały tydzień, i to akurat ten tydzień, w którym trafił mi się pokój z tarasem) i – przez Amsterdam – udałam się do Krakowa, rozpocząć urlop. Na lotnisku w Nicei przeżyłam próbną ewakuację, dość przygłupią, bo strażacy wygonili ludzi z bistro i po prostu sobie poszli, oraz chwile grozy, gdy przeczytałam na tablicy straszne słowo DELAYED i pomyślałam, że oto cały mój ambitny plan może zostać zagrożony.
Ale jednak nie był.
Weszłam do mojego podgórskiego mieszkania jakoś przed dwudziestą trzecią. Opuściłam je trzy godziny pózniej. O ósmej rano dnia następnego zwłoki przypominające autorkę wylądowały w Londynie.
Innymi słowy, pokonałam trasę Monako-Nicea-Amsterdam-Kraków-Katowice-Londyn w szesnaście godzin.
Powiem jedno.
Nigdy więcej sobie tego nie zrobię. Ze zmęczenia bolał mnie cały człowiek. Trochę pomogło mi obfite śniadanie, ale i tak żywiłam obawę, że gdy wejdę do teatru (a miałam w planie dwa przedstawienia, jak zawsze w londyńską sobotę) i zgasną światła, to po prostu zasnę. Na moje szczęście spektakl – Downstate w National Theatre – okazał się zbyt dobry na to, by przyciąć komara w trakcie. Bardzo przejmujący. Bardzo nieprzyjemny. Bilet kupiłam impulsywnie, nie miałam tego w planach, zresztą było to przedostatnie przedstawienie. Opinie wszakże były tak znakomite, że zobaczyć musiałam. Nie żałuję. Oczywiście spektakl o pedofilach nie jest zbyt lekki, wywołuje niewąski dyskomfort – zwłaszcza w sytuacjach, gdy myślicie, że bohaterowie tacy sympatyczni… Ale genialnie to zagrane, od emocji aż gęsto w drugim akcie, aż włos na grzbiecie się jeży. Mam nadzieję, że zyska ten spektakl drugie życie, bo bezwzględnie warto go zobaczyć, nawet jeśli przez dwie godziny człowiek sam nie wie, co właściwie czuje. Sztuka jest tak wyśmienicie napisana, że naprawdę chciałabym zobaczyć ją w Polsce.
Z National Theatre udałam się do Westminster Abbey. Zmierzchało, gdy wchodziłam w krużganki.
Bilety na Shakespeare within the Abbey co roku rozchodzą się w mgnieniu oka, dosłownie w ciągu kilku godzin. Nic zaskakującego, bo wydarzenie jest niezwykłe – rzadko macie szansę zwiedzać opactwo w towarzystwie raptem dwustu osób, jest otwarte tylko dla was, można chodzić sobie po nim swobodnie, uczestnicząc jednocześnie w przedstawieniu, za wami podążają bowiem aktorzy recytujący sonety i monologi Szekspira. Czasami zatrzymują się przed grupą ludzi, czasem wybierają sobie jedną osobę (na przykład mnie, ehe – nagle poczułam, że ktoś delikatnie pociąga mnie za rękaw…). Mogą czekać w jednej z bocznych kaplic, mogą siedzieć przy czyimś nagrobku. I choć zawsze mnie przerażało „audience participation”, nie jest to w żaden sposób nachalne. Oczywiście, trochę się z ciekawości biega po opactwie i zagląda w najciemniejsze kąty, licząc, że może tam znajdzie się kolejnego aktora, ale też można po prostu wykorzystać tę niezwykłą okazję do spokojnego spaceru przez to wyjątkowe miejsce, w którym historia śpiewa do was niemal dosłownie na każdym kroku.
Magiczny, piękny wieczór, zakończony wymianą uścisków dłoni – „let’s receive one another” – a nawet przytulasów dla co bardziej odważnych, i wreszcie wspólnym odśpiewaniem i odtańczeniem Happy, tak, tego Happy Pharrella Williamsa. W życiu bym nie pomyślała, że coś takiego zdarzy mi się w takim miejscu. Byłam zachwycona.
Nie miałam żadnych planów na niedzielę (poza odsypianiem trudów podróży do oporu), bo i w niedziele brytyjskie teatry z nielicznymi wyjątkami są zamknięte. Ale – coś trzeba robić. Zapytałam znajomych. Koleżanka napisała, że w Bridge Theatre jest czytanie poezji kobiecej. No to sprawdzę, pomyślałam. Weszłam na stronę. Biletów moc, niedrogie. Patrzę, kto będzie czytał, a tam Helen McCrory i Helena Bonham Carter. Aha. Trzydzieści sekund pózniej jeden bilecik był już mój.
Czytanie było fantastyczne – wybrano kilkadziesiąt w sumie wierszy z bardzo ciekawej (i pięknie wydanej) antologii, wierszy napisanych przez kobiety i dotyczących kobiecości. Obie Heleny wspaniałe, obie bardzo inne – McCrory niemal dostojna, Bonham Carter wyluzowana niemożebnie – nieczęsto widuje się kobiety w spódnicy siedzące w taki sposób… – z tym swoim wielce charakterystycznym głosem. Złożyła mi dedykację na książce i powiedziała do mnie „darling”, co uczyniło mój wieczór absolutnie wspaniałym.
Następnego dnia wróciłam do Bridge Theatre, tym razem by zobaczyć Maggie Smith w A German Life.
Jak już pisałam na twarzoksiążce, na monodramach wielu się wywaliło. Nie jest łatwo utrzymać uwagę widowni tylko na sobie. I nawet, gdy tekst jest wspaniały, jeszcze trzeba go unieść. Trzeba mieć iskrę bożą. Niektórzy ludzie to potrafią, ale nie jest ich wielu.
Dame Maggie ma 84 lata, a od 12 nie stała na scenie. Powrót w spektaklu tego rodzaju – w półtoragodzinnym monologu opartym na wspomnieniach sekretarki Goebbelsa – to akt dość brawurowy. I udało się, oczywiście. Maggie Smith, siedząc przed widownią, opowiada z niezwykłą lekkością, od niechcenia jakby. Czasem jej bohaterka ma kłopot z przypomnieniem sobie czegoś. „Tyle zapomniałam”, mówi w otwierającej scenie. „Nie wiem, jak to działa…”. Poruszający to spektakl z wielu powodów – i samej historii, i faktu, że oto oglądacie absolutną legendę teatru i kina, w być może ostatniej scenicznej roli, roli, dodajmy, ogromnie wymagającej. Widzowie siedzieli w nabożnej ciszy, bardzo skupieni. Dość powiedzieć, że wielu ludzi – łącznie ze mną – dopiero w ostatniej scenie zauważyło, że podest, na którym siedziała Maggie, zmienił położenie…

Wtorek. Co robiliśmy we wtorek?
A tak. Pojechałam do Muzeum Designu na wystawę Kubricka (polecam, bardzo ciekawa, ale tłumy ogromne), kolega zabrał mnie na – o ironio – francuski obiad i wino, a potem odprowadził do Old Vic, gdzie oglądałam All My Sons.
W angielskim slangu teatralnym istnieje określenie „stunt casting”, opisujące zjawisko, gdy zatrudnia się bardzo sławną osobę, żeby nadać spektaklowi rozgłos. Czasami wychodzi to bardzo dobrze, czasami koszmarnie. All My Sons w Old Vic (który pod wodzą obecnego dyrektora chyba ma najciekawszy repertuar w Londynie, choć jego młodszy kolega kilkaset metrów dalej niewiele mu ustępuje) stało się głośne, gdy ujawniono absolutnie gwiazdorską obsadę – Sally Field, Bill Pullman, Jenna Coleman, Colin Morgan. No, w mordeczkę. Przy czym o ile Colin Morgan na scenie pojawia się często i z powodzeniem, o tyle trudno było powiedzieć, czy przypadkiem nie okażą się wyłącznie magnesami dla widzów, a z rolami średnio sobie poradzą.
Na szczęście to absolutnie nie ten przypadek. Cała czwórka daje radę, przy czym Pullman jako głowa rodziny Kellerów, dręczonej przez widma przeszłości, jest olśniewający. To jest rola zagrana bardzo oszczędnie, skromnie niemal, i przez to nawet bardziej przejmująca, aż do tragicznego końca (Arthur Miller jakoś lubił zabijać mężczyzn w swoich sztukach, czyż nie?). Bardzo interesująco się to oglądało. Bardzo to było przekonujące i szczere -wielce udany spektakl. I trzeba dodać, że scenografia przepiękna. Idylliczna niemal, choć oczywiście życie Kellerów z idyllą wspólnego nie ma nic.
Następnego dnia, jak na ironię, Old Vic ogłosił nowy sezon, który natychmiast mi uświadomił, że w przyszłym roku będę raczej uboga i będę znowu spędzała urlopy w Londynie… jeśli nie dalej. Bo ogłoszono też, że powraca Monster, do którego mam stosunek ogromnie emocjonalny. Splotłam rączki nabożnie, a następnie doczytałam, że owszem, wraca jak najbardziej, tylko nie do Old Vic, i nie na West End, ale do Stanów Zjednoczonych. No żeby was pokręciło, pomyślałam. Ale nie byłabym sobą, gdybym zaraz potem nie pomyślała, że to może wreszcie dobra okazja, by wybrać się za Atlantyk, bo jeszcze nie byłam. Dobrze, dość o fantazjach.
W środę wyruszyłam na Come From Away.
Widzicie, ja nie chodzę za bardzo na musicale, mimo że to od nich zaczęła się moja miłość do teatru. Ale na ten musiałam. Musiałam, jako ta, która od blisko czterech lat jest nieustannie w drodze – bo jaki inny musical mógłby do mnie przemówić niż ten, który opowiada historię ludzi pechowo (?) przekierowanych na głęboko prowincjonalne lotnisko po zamknięciu przestrzeni powietrznej USA 11 września?
Jest to tak cudne, tak ogrzewające serce, tak radosne i wzruszające jednocześnie, że powinno być zapisywane na receptę wszystkim ludziom smutnym, samotnym i potrzebującym otuchy. Nie jest to przy tym duszoszczipatielno słodkie ani sentymentalne. Ale porusza jak cholera, łzy kapią jak głupie. Każdy często podróżujący człowiek dobrze wie, co to znaczy chcieć usłyszeć głos kogoś w domu. Ten spektakl, z rozkoszną folkową muzyczką, przywodzący trochę na myśl Once wystawiany w tym samym zresztą teatrze, znowu robi piękną robotę, łącząc aktorów i widownię (która zresztą zerwała się na równe nogi i klaskała frenetycznie), i niosąc piękne, a bardzo proste przesłanie – wszyscy przybywamy z daleka. Pomóż komuś w potrzebie, bo przy okazji pomożesz sobie.
Posmarkawszy się żenująco i otarłszy łzy, poszłam troszkę bardziej w głąb West Endu, zobaczyć Wszystko o Ewie.
Serio uważam, że Ivo van Hove nigdy po WYBITNYM, niezapomnianym Widoku z mostu nie wzbił się ponownie na ten poziom. Ale jest to spektakl dobry, przede wszystkim wizualnie efektowny, bardzo wysmakowany. Ze świetną rolą Lily James, ale oczywiście, że to popis Gillian Anderson. I choć jej występ Oliviera wart nie jest, to jednak sama Gillian ma w sobie tę niesamowitą umiejętność skupiania uwagi. Ten spektakl, opowiadający o niezdrowej fascynacji idolami, ale przede wszystkim o lęku przed starzeniem się, dla kobiety oznaczającym usuwanie się w cień, znikanie, zapomnienie. W jednej ze scen Margo Channing (bohaterka Gillian Anderson) zmywa sceniczny makijaż, a kamera bezlitośnie to nagrywa. Momentami jest to zdumiewająco mocne, niemniej w całości pozostawia wrażenie pewnego niedosytu.
Po spektaklu Anderson spotyka się z ludzmi w foyer Noel Coward Theatre. Składa zamaszysty podpis srebrnym markerem i spogląda wam w oczy, i myślicie – no OK, warto było. Spotkałam ją.
Dzień ostatni.
Najpierw bardzo intrygująca wystawa Smoke and Mirrors w Wellcome Collection. Muzeum owo, po sąsiedzku ze szpitalem, specjalizuje się w wystawach medycznych i psychologicznych, ale ma też świetne jedzenie, gdyby kto był ciekaw (choć pani kelnerka nieco się skonfundowała, gdy złożyłam zamówienie i zapytała, czy na kogoś czekam). Następnie marsz na West End, bo akurat znalazłam jeden popołudniowy czwartkowy spektakl, The Twilight Zone, przeniesiony z teatru Almeida. Bardzo to ładny spektakl, nęcący dla oka i całkiem zabawny, oparty na historiach z kultowego serialu science fiction, ale ku mojemu dużemu zaskoczeniu widownia była prawie pusta – w moim rzędzie siedziało tylko pięć osób. Ambassadors to może nie jest duży teatr, ale mimo wszystko oklaski brzmiały dość przygnębiająco.
Gdy wyszłam, lało. Jak z cebra. A ja bez parasolki. Świetnie. Nie dość, że bez parasolki, to jeszcze w cholernych espadrylach. I prosto na kolejne przedstawienie, i co to będzie, jak mnie Hiddleston zobaczy taką przemoczoną.
Betrayal, ostatni spektakl, głośny stał się przede wszystkim dzięki obsadzie – Zawe Ashton, Charlie Cox i rzeczony Tom Hiddleston właśnie. Nic dziwnego, że każdy chciał bilet. A właściwie każda, jak się okazało, bo ogromną większością widzów były kobiety. Trudno się dziwić.
Przedstawienie zamyka cykl „Pinter at the Pinter” w teatrze Harolda Pintera, cykl bardzo rozgwieżdżony, bo któż nie pojawił się na scenie. Jest dobre, bardzo proste, surowe niemal, zatem możecie się skupić wyłącznie na osobliwej relacji trojga bohaterów. Trojga plus kelnera, który trochę kradnie show (świetny włoski akcent), i dziecka dość raczej słodkiego, które Hiddleston trzyma na rękach w dość długiej scenie, rozpuszczając publiczność, nawet mnie. Jak na opowieść o zdradzie i oszustwach, jest to całkiem zabawne momentami, choć to bardzo gorzki humor. Brawo jednakże za tę naprawdę minimalistyczną adaptację, dzięki której aktorzy lśnią, a widz podąża tylko za historią. I cała słynna trójka również dzięki temu może pokazać, że jest naprawdę dobra w swoje klocki.
I tyle. Wróciłam do hotelu. Wspięłam się na moje pięterko. Spakowałam, przeklinając upiornie, wszystkie kupione buty (4 pary) i książki (7 – i 2 skrypty, i programy…). Zwlokłam się na dworzec o piątej trzydzieści rano i wycieczka na dobre się skończyła. Teraz wreszcie mogę odpocząć.

When it’s not always raining

Dzień dobry.
Przesiedziawszy dwa tygodnie na Lazurowym Wybrzeżu (w biurze, nie na plaży – zresztą zbyt chłodno na kąpiele, choć niektórzy twardziele próbowali; kiedy około ósmej rano szłam do fabryki, widywałam śmiałe ciała unoszące się na wodzie, żywe gwoli ścisłości), wróciłam na parę okołoświątecznych dni do domu. Jakaż była moja radość, gdy dotarłam na lotnisko w Nicei, czyli nazad w Unii Europejskiej, a tam – darmowy transfer danych, kawa za półtora euro (a nie pięć, jak u sąsiadów jeżdżących bentleyami), ogólnie wszelkie unijne uroki. A propos tej kawy, nigdy nie zrozumiem, dlaczego wszędzie na świecie na lotniskach potrafi być tylko troszeczkę droższa niż w świecie na zewnątrz, a u nas jest w cenach kosmicznych, jakby to była ta, co ją cywety za przeproszeniem wydalają, kopi luwak. Bardzo mnie irytuje luksusowość polskich lotnisk, rozumiem, że czynsze wysokie, ale śmiech pusty mnie ogarnia, gdy płacę za niedobre espresso dwanaście złotych.

W poniedziałkowy wieczór dotarłam do hotelu, włączyłam kanał informacyjny i dowiedziałam się, że Notre Dame się pali.
Usiadłam i do pierwszej w nocy oglądałam. Przyznaję – byłam przejęta.
Pojawiło się pózniej wiele głosów – ojej, płaczecie nad katedrą, a nie płaczecie nad Syrią, puszczą, wielorybami, głodującymi dziećmi. Zupełnie jakby jedno wykluczało drugie. Zupełnie jakby ci, którzy przelali parę groszy na odbudowę – na przykład ja, bo mimo że jestem niewierząca, ta katedra to dla mnie bardzo ważne miejsce, często ją odwiedziałam, szłam po prostu sobie posiedzieć – nie wspierali żadnych innych inicjatyw. Nie wyobrażam sobie Paryża bez niej. Ona pomogła mnie, teraz ja pomogę jej. I tyle.
Na szczęście nie wygląda to tak fatalnie, jak się wydawało, a jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to za trochę ponad miesiąc dam wam znać, jak teraz wygląda, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że wracam do Paryża niebawem. Chciałabym, żeby pan i władca do mnie wpadł, wszak on ma do Francji wielki sentyment (będąc pięknym i młodym studentem, zarabiał tam podczas wakacji), ale czy to się uda, nie jestem pewna – po pierwsze ta jego robota, po drugie on, delikatnie mówiąc, nie przepada za podróżowaniem statkami powietrznymi i chyba by umarł ze stresu, taki wielki chłop, a jednak. Zobaczymy. W każdym razie.
Uczestniczyłam dziś w pierwszym od paru lat familijnym obiedzie. Kiedyś przewracałam oczami na samą myśl, teraz właściwie się ucieszyłam, bo człowiek z wiekiem dziwnie docenia obecność bliskich, choć zawsze wolał być outsiderem, Zresztą nie miałam dużo do gadania, gdyż rodzina uznała, że należy wreszcie spotkać się grupowo, bo dzieci mojej kuzynki nie widziały mnie od stuleci. A ja ich. Jej syn już studiuje, co mnie przeraziło. I dojechał w trzy dni nad morze rowerem, taki dzielny. Jako tajemnicza ciotka, której nigdy nie ma, przez cały POTĘŻNY obiad (jednak, proszę sobie wyobrazić, bez sałatki jarzynowej) udzielałam wywiadu.
– A gdzie ostatnio byłaś? Kiedy wyjeżdżasz? Już we wtorek, o rany! A co ty tam robisz wieczorami? A dokąd najczęściej podróżujesz? A właściwie to po co? A w którym z tych miejsc chciałabyś mieszkać? Nie boisz się latać tak często?
I chyba dopiero dziś, odpowiadając na te wszystkie pytania, zdałam sobie sprawę, że z podróżowania zrobiłam sobie styl życia. Ciotka zawsze w drodze.

Monegasque

Wcale nie chciałam znowu wyjeżdżać. Było mi w domu całkiem dobrze, dość leniwie. No, ale. Praca sama się nie zrobi.
Zatem w poniedziałek o czwartej stawiłam się karnie na lotnisku. Poleciałam.

Gdy idę tu do biura, wchodzę do budynku na ósmym piętrze. Nie, nie nauczyłam się latać. Po prostu wejście jest na ósmym piętrze, z którego zjeżdża się odpowiednio w dół (tak, wiem, nie można zjeżdżać w górę). Monako jest wielopoziomowym miastem i jeśli nie odczytacie mapy dokładnie, możecie odkryć po dotarciu na miejsce, że wasz cel jest istotnie naprzeciwko, ale kilkadziesiąt metrów w pionie nad lub pod wami (przypomina się moja ulubiona książka z dzieciństwa, „Śladami Stasia i Nel” i rozdział o tym, jak Marian Brandys wybrał się zobaczyć świątynię Hatszepsut – no i zobaczył, w dole…). Wtedy należy znaleźć najbliższe schody lub publiczną windę, bo tyrolek jeszcze tu nie zainstalowano, a szkoda, skracałyby znacząco czas przemieszczania się po tym maleńkim w sumie kraiku.

Praca jak praca. Ludzie mili. Kawa nawet niezła. Recepcjonista codziennie punkt trzynasta idzie na obiad i wówczas nie sposób dostać się do biura. Trzeba czekać, aż wróci.
Miasteczko… osobliwe. Oczywiście pysznie mieszkać nad samiuśkim morzem (wskutek awarii w hotelu numer jeden mój szef bez mrugnięcia okiem zgodził się, żebyśmy się przenieśli do hotelu numer dwa – wolne pokoje były tylko w jedynym w Monako, który ma prywatną plażę, no trudno). Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że tu wszyscy są przejazdem – ruch uliczny jest znikomy, ogromne apartamentowce po zmierzchu straszą ciemnymi oknami.
Jest tu nieco kosztownie. Nieco bardzo. Jedna trzecia mieszkańców to milionerzy, dwie pozostałe dla nich pracują – dość powiedzieć, że na uliczce, przy której wyrasta ósme piętro mojego biura, znajdują się trzy banki (ale nie takie dla nas maluczkich, to nie banki, do których możecie wejść i otworzyć rachunek – to one przychodzą do was, żebyście uprzejmie powierzyli im swój majątek), salon Louboutin i komis samolotowy, serio, „Cessna taki a taki model, przebieg tyle i tyle”. Zresztą z lotniska w Nicei do Monako najszybciej dostać się śmigłowcem, jeśli macie wolne 150 euro. Latają co chwila. Niżej podpisana dojechała autobusem. Przaśna taka.
W każdym razie.
Wydałam wczoraj bardzo dużo pieniędzy na obiad w słynnej Café de Paris obok kasyna. Samego kasyna odwiedzać nie chciałam, ale pomyślałam, że skoro już tu jestem i nie wiadomo, czy kiedykolwiek jeszcze będę, to… Był to obiad znakomity, choć przyznam, wolę knajpy, w których mogę sama dolać sobie wina z karafki, a kelner nie pojawia się z miotełką po każdym kęsie bagietki.
– Czy pani wie, jak to działa, madame? – pyta rzeczony kelner, stawiając przede mną wazę zupy rybnej, talerz grzanek i dwie miseczki – jedną z sosem rouille i drugą z tartym serem.
Ba. Wiem, jak to działa, monsieur.
(Uwielbiam rouille, już mam dwa słoiki w walizce).

Wczoraj dzień był lazurowy niemal pocztówkowo, zatem po tym, jak zjadłam i zostałam omieciona, udałam się do Muzeum Oceanograficznego i do katedry, przywitać się z księżną Grace (gdybyście chcieli znaleźć jej grób, po prostu idźcie za zapachem kwiatów – Grace Kelly kochała róże i lokalsi o tym pamiętają). A że dziś było wietrznie i deszczowo, nie starałam się o odznakę czołowego podróżnika. Połaziłam tylko po plaży, napatrzyłam na niespokojne morze, nawdychałam się świeżego powietrza, zjadłam – zgroza – ośmiorniczki, wypiłam lampkę calvadosu na trawienie i po powrocie do pokoju przebrałam się w szlafrok… po czym dwie godziny później obudziłam się zdumiona i wypoczęta. Tego mi było trzeba. Tlenu, szumu morza, stóp zanurzonych w lodowatej wodzie. Bywało gorzej.

They have their exits and their entrances

Dobry wieczór. Dziś dzień świętego Ernesta, męczennika (podobno wyjęto mu trzewia przez pępek – czy tylko ja uważam, że z żywotów świętych byłby znakomity serial?), ale co ważniejsze – przepraszam, Ernest – Światowy Dzień Teatru. I z tejże okazji fragment przepięknego tegorocznego orędzia kubańskiego twórcy Carlosa Celdrána: „Wszyscy mistrzowie teatru umierają ze swoimi momentami geniuszu i swym niepowtarzalnym pięknem, wszyscy znikają w ten sam sposób nie pozostawiając niczego, co by chroniło ich przed zapomnieniem i czyniło dostojnikami. Mistrzowie teatru to wiedzą, żadne uznanie nie ma znaczenia wobec pewności, że u podstaw naszej pracy leży tworzenie momentów prawdy, wieloznaczności, siły, wolności w czymś najbardziej nietrwałym. Nie pozostanie z tego nic więcej, niż jakieś dane lub nagrania prac na wideo i fotografie, które zachowają jedynie bladą ideę tego, co zrobili. I zawsze będzie brakować w tych zapisach cichej reakcji publiczności, która w mgnieniu oka rozumie, że to, co się dzieje na scenie, nie może być ani przełożone na to, co na zewnątrz ani tam odnalezione, że prawda, którą poznaje, to doświadczenie życiowe i że przez sekundę jest ona bardziej przejrzysta niż samo życie.
[…] Żyjesz tam, gdzie jest publiczność. Tam są twoi towarzysze, których potrzebujesz obok siebie. Poza twoim domem masz codzienną rzeczywistość, ponurą i nieprzeniknioną. Pracujesz więc w tym rzekomym unieruchomieniu, żeby tworzyć największą z podróży, żeby powtórzyć Odyseję, podróż Argonautów: jesteś nieruszającym się z miejsca podróżnikiem, który nie przestaje przyspieszać zagęszczenia i surowości twojego rzeczywistego świata. Twoja podróż prowadzi do tej ulotnej chwili, tego momentu niepowtarzalnego spotkania z tobie podobnymi. Twoja podróż wiedzie do nich, do ich serc, do ich wnętrza. Podróżujesz przez ich wnętrze, przez ich emocje, ich wspomnienia, budzisz je i uruchamiasz. Twoja podróż przyprawia cię o zawrót głowy i nikt nie może jej ani zmierzyć ani przerwać. Nikt też nie będzie mógł jej poznać we właściwym jej wymiarze, bo to podróż przez wyobraźnię twoich ludzi”.

Podróż.
Gdy rozmawia się z ludźmi teatru, to słowo często pada. Mówią o spektaklu na przykład, że to była podróż. Coś w tym jest, nie ma wątpliwości. I dla nas, widzów, to też często podróż. Podróż, z której nierzadko wracamy troszkę odmienieni, czasami wstrząśnięci, czasami oczyszczeni. To jest podróż przez naszą głowę, przez nasze wspomnienia, przez uprzedzenia, przez lęki, przez wściekłość, żal, ale też przez nasze „happy places”, nasze dziecięce marzenia. Oczywiście nie zawsze tak się dzieje; niektórzy malkontenci twierdzą, że coraz rzadziej. Ja mam chyba szczęście – albo może zwyczajnie wiem, czego potrzebuję od teatru i celowo wybieram określone przedstawienia (takie żeby przeciorały najlepiej). Teatr nie musi być dla mnie miejscem bezpiecznym – nie muszę czuć się wygodnie na widowni, w znaczeniu czysto emocjonalnym. Przeciwnie, lubię, gdy wywołuje u mnie poczucie pewnego dyskomfortu, dysonans poznawczy czy nawet ból. Jak ostatnio w Teatrze Ludowym – taki sympatyczny pan, nieśmiały, nie wygląda na pedofila, ale jeśli gwałcił dzieci, to powinnam szczerze go nienawidzić, więc dlaczego tak trudno mi to przychodzi? Czemu ja mu w sumie jakby współczuję?… Jak na Monsterze, gdy zdałam sobie sprawę, że ja też przecież kiedyś chciałam, żeby ktoś bardzo mi bliski już umarł i fontanna, jaka puściła mi się wtedy z oczu, była nie do porównania z żadną inną wywołaną w podobnych okolicznościach. Jak podczas Medei, gdy doskonale wiedziałam, co się wydarzy, ale do końca miałam nadzieję, że nie i znowu – nie potrafiłam bohaterce nie współczuć. Jak w ostatnich scenach Widoku z mostu, gdy siedziałam tak blisko, że słyszałam nieprzyjemny, głuchy dźwięk pięści uderzających z całej siły w zgarbione plecy głównego bohatera. Jak W mrocznym, mrocznym domu
Tak, lubię czuć się podrażniona. Bo to wyzwala emocje, które zwykle człowiek w sobie tłamsi – a wypuszczenie ich koniec końców, choć niekiedy bardzo nieprzyjemne, działa jednak leczniczo, nawet gdy pozostawia z pytaniami.

W teatrze niekiedy smuci mnie jego ulotność. Są spektakle, które chciałabym zobaczyć znów – na przykład ten pierwszy, w 1993, od którego wszystko się zaczęło – ale wiem, że to nigdy nie nastąpi. Nawet, jeśli ktoś kiedyś znowu ten tekst wezmie i wystawi, wszystko będzie inaczej, a sama historia niekoniecznie we mnie zagra. Z drugiej strony to jest właśnie ogromny plus teatru – ta jego nietrwałość. Bo siedząc na widowni, zdajesz sobie sprawę, że jesteś świadkiem czegoś wyjątkowego, co nigdy nie powtórzy się w dokładnie tym samym kształcie, a niebawem, może za miesiąc, może za pół roku – zniknie zupełnie. Zostaną najwyżej zdjęcia. Być może nagrania. Przy czym każdy, kto widział – w ramach NT Live na przykład – sfilmowane przedstawienie, które oglądał na żywo, odczuwa pewien niedosyt. Wszystko gra, ale czegoś jednak brakuje.
Teatr to jest spotkanie. Z tymi tam, na scenie bez dwóch zdań (a czasem też z nimi poza sceną, ale to już zupełnie inna opowieść i kiedyś o tym napiszę), ale też z tymi na widowni obok. Ostatnio czytałam na forum teatralnym wątek o tym, skąd wiemy, że oglądamy złe przedstawienie. Bo na przykład myślimy o tym, co byśmy zjedli (to ja). Bo myślimy o pracy i o tym, co jutro trzeba zrobić. Bo odtwarzamy sobie w pamięci ostatnio oglądany program telewizyjny i zastanawiamy się, dlaczego odpadł ten, co go najbardziej lubiliśmy. Bo przysypiamy. Bo nie możemy skupić się na niczym poza tym, że fotel jest cholernie niewygodny i kolana nas bolą. Bo liczymy reflektory. I tak dalej.
Przedstawienie dobre jest oczywiście wtedy, gdy nie mamy pojęcia, ile jest tych reflektorów, nie pamiętamy, czy aktor był w spodniach fioletowych, czy zielonych, a nawet jeśli fotel niewygodny, to dopiero po fakcie zdajemy sobie sprawę, że stawy nam zdrętwiały – ale dla mnie pierwsze, podstawowe i najważniejsze kryterium jest inne. Przedstawienie jest dla mnie bowiem dobre wtedy, gdy twórcom udaje się jakimś cudem wytworzyć wśród widzów poczucie wspólnoty. Gdy dwoje nieznajomych wymienia się w antrakcie wrażeniami albo gdy siedzą obok siebie i płaczą, i przyłapując się na coraz mniej dyskretnym pociąganiu nosem, spoglądają na siebie porozumiewawczo, jakby mówili: „spoko, nie wstydź się, ja też”. Kiedy jakiś drobniuchny niuans ich rozbawia. Albo gdy, jak po „Weselu” w Starym, podnoszą ręce. Jesteśmy w tym razem.
I z okazji dzisiejszego dnia właśnie tego wam i sobie życzę.
Jak rzekł Kantor, do teatru nigdy nie wchodzi się bezkarnie. Jak rzekłaby niżej podpisana, z dobrego przedstawienia nigdy nie wychodzi się samotnie.

20160602_211823.jpg