Para llevar

W ubiegłą niedzielę wstałam o godzinie wielce nieprzyzwoitej. W samolocie czytałam, czytałam… i nagle obudziłam się – ale jak to, zasnęłam?! – przykryta kocykiem, z opuszczoną zasłonką okienną i lunchem czekającym na moim stoliku.
Podziękowania dla anioła z obsługi, który zadbał o tę strudzoną duszę.
A w dole czekał Madryt.

Cóż można rzec.
Jeszcze pięć nocy tutaj, a ja już mam płacz na końcu nosa. Nie chcę stąd wyjeżdżać, bo nikt nie chce. Jak pisałam po wielokroć, Madryt ma magiczną moc. Madryt obejmuje i mówi: „no cześć, miło cię widzieć, świetnie wyglądasz”. Inna sprawa, że to samo mówią spojrzenia tutejszych mężczyzn – i kobiet – dla których flirt to przednia rozrywka. To zupełnie niegroźne, nic za tym nie idzie, oni to robią dla zabawy, dla relaksu.

Spędziliśmy cały tydzień, obżerając się nieprzyzwoicie – „ja dziś tylko sałatkę… o, ładnie wygląda ten tatar z łososia z kozim serem, to ja też
poproszę, i huevos rotos na drugie, dziękuję”. W czwartek poszliśmy na churrasco, które nas wykończyło. Wczorajszy lekki lunch to były talerze pełne owoców morza (w Madrycie zawsze świeże, bo przylatują dwa razy dziennie) i parę flaszek piwa w wiaderku wypełnionym lodem. Moja talia już nie istnieje.

Poza tym oczywiście nabyłam mnóstwo ubrań, ponieważ w dzielnicy Chueca możecie kupić ciuch, o którym zawsze marzyliście. Ja marzyłam o steampunkowym płaszczu, czy raczej fraku – i mam! Owszem, zamierzam nosić ten płaszczyk narzucony na moje granatowe, odprasowane służbowe mundurki.
– Skąd jesteś? – pyta pani sznurująca mój płaszcz, dopasowany niczym gorset.
– Z Polski.
– Jezu, ja też! Ale teraz mieszkam tutaj.
– Zazdroszczę, to wspaniałe miasto.
Kupiłam zatem kolejny płaszcz, przezroczyste szpilki, które pan i władca zaaprobował natychmiast, masę innych szmat i upychanie ich w walizce w piątkowy poranek będzie koszmarem…

A dziś po prostu poczłapałam – z przerwami na sangrię i croquetas – do parku Retiro, zajęłam drzewo i opalałam się, i drzemałam. Cudownie się drzemie w tym najpiękniejszym parku świata, boso na trawie, oparta o masywny pień, doskonałą, bezpieczną podporę. To prawie lepsze od zasypiania z facetem.

Reklamy

Travel changes you. As you move through this life and this world you change things slightly, you leave marks behind, however small. And in return, life—and travel—leaves marks on you.

Szybki pit stop w Krakowie i nazad w świat. Gdy wczoraj szef zadzwonił, żeby spytać, jak się mam, powiedziałam tylko, że jestem zmęczona. Oczywiście wizja powrotu do mojego ukochanego miasta nęci, ale… Ale. Dobrze, nie będę znowu narzekać, sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.

Wczoraj, gdy siedziałam sobie na nudnej telekonferencji i robiłam to, co robi się podczas nudnej telekonferencji, czyli próbuje dotrzeć do końca Twarzoksiążki, nagle przeczytałam news, który mnie zmroził zupełnie.
Dziwne trochę, że w tym roku co chwila muszę o tym pisać. Wróć, nie muszę. Chcę, bo to pomaga.
Uwielbiałam Bourdaina. Za jego książki, fantastyczne. Za programy telewizyjne. Za to, że czasami z tego przeklinającego, szorstkiego twardziela wyłaził człowiek wrażliwy i pełen współczucia. Za kuchnię i to, czego uczył ludzi o jedzeniu. Za rozbrajający, szczery hedonizm, umiłowanie prostoty i niesamowitą charyzmę – w dobie instagramowych celebrytów to była rzadka, prawdziwa osobowość. Wydawał się niezniszczalnym typem, jednym z tych, którzy po apokalipsie otrzepują się z kurzu i zapalają papierosa.
Wydawał się, dobre słowo.
Problem z depresją i jej równie uroczymi towarzyszami polega na tym, że z zewnątrz tego często nie widać. To nie jest tak, że człowiek chodzi zalany łzami i wzdycha smętnie. Często wygląda całkiem pogodnie, opowiada dowcipy, sprawia wrażenie zupełnie wyluzowanego. Generalnie lotos na tafli, zen, flauta. Wewnątrz sprawy mają się nieco inaczej. Wewnątrz wszystko boli. Wewnątrz człowieka dręczy irracjonalny strach albo smutek nie do ogarnięcia – bezsensowny, ale nie do opanowania. Można doceniać ziemskie rozkosze, a jednocześnie myśleć „to wszystko nie ma sensu”. A nawet „nie chcę już tu być”.
Po wielokroć słyszałam „jak ty to robisz, że jesteś taka spokojna?”. Nie jestem spokojna. Przez większość mojego dnia jestem dokładnym przeciwieństwiem osoby spokojnej – nie macie pojęcia, jakie pierdoły potrafią mnie zestresować. Tak, nie widać tego, przynajmniej do momentu, gdy moje ciało mówi „sorry, mam dość” i wtedy… no cóż, relacjonowałam ostatnio. Człowiek maskuje się, bo nie chce, żeby bliscy się martwili, że mu kiepsko. Nie chce, żeby w pracy uznali go za niezbyt godnego zaufania świra. Nie chce usłyszeć o sobie, że za dobrze mu się powodzi i wymyślił sobie modną hipsterską melancholię (to jest nieprawdopodobne, jak wielu ludzi w XXI wieku nadal tak myśli). Człowiek sam sobie powtarza szkodliwe ” weź się, kurwa, w garść”, choć wie, że sobie szkodzi. Wie, że jego strachy i smutki nie mają żadnego racjonalnego wytłumaczenia, bo nic złego się nie dzieje, i tym gorzej się czuje – czuje się winny, ma pretensje do siebie.
No i, koniec końców, samemu przed sobą nie jest łatwo przyznać się, że coś jest nie tak, że potrzebuje się pomocy. W tym naszym XXI wieku żyjemy mocno opancerzeni. Pancerz jest mocny, to, co pod nim – niekoniecznie. Moment, w którym zdejmujecie tę zbroję, jest – wierzcie mi – trudny, czujecie się słabi i żałośni jak nigdy w życiu. To jest też moment, po którym będzie lepiej. Może nie cudownie, ale lepiej. Oczywiście pod warunkiem, że macie wokół ludzi, którzy was wspierają, a nie mówią „no weź, nie żartuj”. Co niestety nie jest regułą. Ja mam przyjaciół, którzy znają dobrze tego potwora pod łóżkiem, mam wyrozumiałych rodziców, pana i władcę, wtajemniczonego szefa, który co tydzień dzwoni i pyta, czy jest okej i wiem, że gdybym powiedziała „nie”, wysłałby mnie natychmiast na urlop. Mam wielkie szczęście. Nie każdy je ma. Zwłaszcza w czasach, gdy presja jest ogromna i masz być nieustająco wyszczerzony, zadowolony, piękny, cały w hashtagach #slowlife i #mindfulness.

Potwornie mi smutno. Owszem, było mi smutno, gdy zmarł Bowie (bardzo), gdy odszedł Alan Rickman, ale to… to jest dużo gorszy smutek. Te przykre, przerażające słowa w komunikacie prasowym – took his own life – zamrażają człowiekowi serce na krótką, upiorną chwilę. Jezu, stary, czemu.
Nie wiem, jak ci się podobała ta podróż, Anthony – mam nadzieję, że nie jest zbyt turbulentnie na tej trasie – ale skrycie liczę, że przyjdzie ten dzień, że gdzieś tam spotkamy się w barze, podpiszesz mi się na koszulce, wypijemy parę głębszych i zjemy coś zachwycającego, a ty będziesz, jak to ty, przeklinał sakramencko swoim głębokim głosem pomiędzy jednym a drugim toastem.

Żeby się pocieszyć, poszłam do knajpy obok domu – bo tak, doczekałam się tego szczęśliwego dnia, gdy mam knajpę obok, jak w amerykańskich serialach. Dostałam potężną michę rewelacyjnie doprawionych muli, ponieważ knajpa jest prowadzona przez prawdziwego, żywego Sycylijczyka (co on robi w mojej dzielni, to ja nie wiem, ale cieszę się, że się tu zaplątał), i pappardelle z jeżowcami i krewetkami królewskimi, które mnie wykopało w kosmos.
img_20180609_182648_hht76333171.jpg
Na początek poprosiłam o Aperol Spritz.
Twoje zdrowie, Anthony.
A teraz przepraszam, muszę spać, budzik zadzwoni chwilę po trzeciej.

Egyptian cotton

Szlag.
Gdy ktoś wam powie, że raptem w piątek był w Madrycie, a w poniedziałek leci do Paryża, to można sobie pomyśleć, że żyje jak król. To właśnie mnie czeka za dwa tygodnie.
Owszem, podróże są przyjemne. Owszem, rezydowanie w śródmieściu, w pokoju z ogromnym łóżkiem, szklaną łazienką, szlafroczkiem z egipskiej bawełny i spokojnie, niewzruszenie szumiącą klimatyzacją ze świadomością, że firma płaci za to bez mrugnięcia okiem, też jest przyjemne. Przebywacie nieustannie z lokalsami, pracując wśród nich, chodząc na obiady tam, gdzie oni, pijąc piątkowe drinki w knajpach w ich dzielnicy. A punkty na waszych kartach lojalnościowych nabijają się same, od czasu do czasu otrzymujecie tylko mail o treści „gratulujemy osiągnięcia poziomu silver

Ale.
Mamy czerwiec. Od marca jestem w drodze przez cały czas. Tęsknię jak diabli. Jestem piekielnie zmęczona (dlatego, przyleciawszy w piątek wieczorem do Polski, w sobotę nie robiłam nic – zupełnie nic, niente, nada, do piętnastej leżałam w łóżku niczym trup w sonecie Morsztyna, pranie zamierzam zrobić jutro, weekend poświęciłam na ładowanie baterii).
Nie jestem zadowolona z tego, że wpakowano mi w grafik kolejny wyjazd po Madrycie. Zwłaszcza że chodzi o Paryż, którego całym sercem nie znoszę. O długie cztery tygodnie w Paryżu. Madryt jest cudownym miastem, Paryż… jest, jaki jest.
Kto wie, może się w sobie zakochamy po kolejnej próbie charakterów.

Tak czy inaczej, w niedzielę znienacka wyciągnięto mnie na miasto, na festiwal piwa, i wielce było to fajne. Nie tylko z powodu piwa – całe życie nie cierpiałam IPA, bo mi wionęło selerem, a wypiłam dwa (i parę innych przetestowałam, cud, że w poniedziałek nie pękła mi głowa) – ale dzięki paniom, które mnie wyrwały z zaklętego kręgu prania i prasowania, i pogadałyśmy sobie. Tak wiecie jak. Jak gadają kobiety. Kobiety, które znają Józefa. Miałyśmy wyjść na dwie, może trzy godziny. Wróciłam do domu po siedmiu.
Chryste, jak mi tego było trzeba.
Zaczyna się od gadania o butach (buty przyleciały z Madrydzia, więc oczywiście, że są nieco odjechane; abibasy z połyskującej różowej koronki to ostatnia rzecz, jaką nabyłabym w Krakatau, ale tam to zupełnie normalny ciuch – pierwszym zresztą przyodziewkiem, jaki w Madrycie kupiłam tym razem, była marynarka w kwiatki, ponieważ oczywiście) i wakacjach, kończy się na tym, że spowiadacie się ze swoich bardzo intymnych spraw.
Trzeba czasem z siebie rzeczy wywalić, to najdoskonalsza terapia. I nagle okazuje się, że nie jesteście sami w swoich lękach, samotności, w zadawaniu sobie pytania, czy to tak ma być i po co to wszystko.
Na szczęście pozostaję sobą, chyba. Jak dowodzi poniższy dialog.
– Zaraz, to ty masz kogoś?
– A i owszem.
– Przepraszam, że się dziwię, ale ty tyle mówisz o różnych mężczyznach i tak się przy tym zapalasz… on nie ma nic przeciwko? I jak ci to wszystko razem gra?
A dlaczego miałoby nie grać? Gra. I on nie ma nic przeciwko, rzekłabym, że odwrotnie nawet. Miłość miłością, fascynacje fascynacjami – niegroźne, potrzebne, dobre, zwłaszcza dla kogoś, kto żyje jak ja. To dwie oddzielne szuflady. Moje zachwyty nigdy nie będą konkurencją dla pana i władcy. Jako wielka hedonistka lubię sobie umilać życie, ale też mam bardzo sztywno poustawiane priorytety. Mam oczy, to i widzę atrakcyjnych ludzi wokół. Co nie znaczy, że robię cokolwiek poza tym właśnie zauważaniem ich. Dla mnie to jest to samo, co zachwycanie się pachnącą lipą, kolorem nieba, dobrym posiłkiem. Absolutnie nic nie musi za tym iść. Natomiast ja wielce potrzebuję drobnych przyjemności, więc tak, będę się oglądała za hiszpańską policją konną i uśmiechała się do niej. Cokolwiek przyprawia mnie o uśmiech, jest na wagę złota, więc teges, wicie rozumicie.

Un cortado y una caña, por favor

Dzień dobry.
Od ostatnich przygód zdążyłam zmienić kraj i nawet pobyć w domu przez 30 godzin. Przyleciałam do Krakatau w piątek wieczorem, w niedzielę o czwartej rano byłam już nazad na lotnisku, o czwartej po południu natomiast opychałam się tapas. Madryt jest niezmiennie piękny, dostojny, ale rozkosznie wyluzowany. Powietrze pachnie rozhulaną wiosną. Jedzenie jest wszędzie wyśmienite i kosztuje grosze (lub nic – są i takie knajpy, w których zawsze dostajecie do piwa talerz tapas, nie są one może zbyt wysublimowane, ale są). Wino toże. Drinki – ostrzegam lojalnie, są mocniejsze niż gdziekolwiek indziej, bo barmani na ogół leją na oko lub po prostu mówią „powiedz, kiedy dość”. W Madrycie każdy smutek można załagodzić za pomocą jamon iberico albo croquetas, albo pimientos. Albo pintxos. Pierwsze lokalne słowa, jakich nauczycie się w Hiszpanii, będą dotyczyły jedzenia.
(Madryt ma również najlepsze sklepy z ciuchami na tym łez padole – zapomnijcie o Londynach i Paryżach, to w Madrycie znajdziecie rzeczy, których cała dzielnica będzie wam zazdrościć, o butach już nawet nie wspominam. Wyjeżdżając z Madrytu, zamyka się walizkę z użyciem siły i licznych wulgaryzmów).

Cieszę się, że tu jestem, bo jestem tu szczęśliwa – co nie jest trudne. Każdy jest szczęśliwy w Madrycie. To miasto, choć ogromne, jakimś cudem nie jest przytłaczające i łatwo poczuć się w nim u siebie. Madryt was obejmuje jak starych przyjaciół. Dość powiedzieć, że w piątkową noc barman, którego widziałam drugi raz w życiu, dał mi buziaka na pożegnanie.
Dodam także, że Madryt skłonił mnie do zjedzenia wątróbki. Ja nie jadam wątróbki, nienawidzę. Tymczasem wczoraj w Mercado San Anton nie tylko z własnej woli ją zamówiłam, ale też pożarłam z takim zachwytem, że prawie się popłakałam – była tak zachwycająco delikatna, mięciuchna i chrupiąca zarazem, i tak niewątróbkowa. Tak. Madryt potrafi.

Żeby wszakże nie było tak słodko… Chciałabym powiedzieć, że wydarzenia minionego tygodnia to już zamknięty rozdział, ale niestety zgodnie z okrutnym mechanizmem mojej przypadłości teraz ciągle mam z tyłu głowy obawę, że to się zdarzy ponownie. Piątkowa potężna burza przechodząca nad Madrytem przestraszyła mnie z dwóch powodów – po pierwsze dlatego, że ogólnie boję się burz od czasu, gdy mnie jedna złapała w środku lasu i piorun rąbnął na tyle blisko mnie, że zobaczyłam świat w negatywie, ale po drugie dlatego, że… bałam się bać. Tak, to dziadostwo wytwarza w was lęk przed poczuciem lęku (bo co, jeśli to znowu rozpędzi się do stanu, w którym przeżywacie swój największy koszmar na jawie?). Można to opanować, na szczęście. Teraz już wiem, jak (swoją drogą, wysmarowałam sążnistą epistołę w sekcji „podziękowania” na stronie internetowej londyńskiego pogotowia, bo facet bez podawania mi jakichkolwiek medykamentów zrobił dla mnie więcej niż mój doktor w Polsce).
Nieważne, nieważne. Nie myślimy o tym. Chwilowo mam inny problem.
Kuchnie tu otwierają się najwcześniej o 13, a ja jestem okropnie głodna. I chciałam iść się opalać do parku Retiro, a jest pochmurno. No wiesz co, Madryt?…

Do something every day that scares you

To nie będzie wpis o jedzeniu, teatrze ani przystojnych mężczyznach.
Ale myślę, że jest ważny. Jest też dość… prywatny. Cóż – czasem trzeba napisać o tym, o czym niekoniecznie chcielibyście opowiadać komuś na pierwszej randce.

Kilka lat temu trafiłam prosto z biura na SOR, bo nagle zrobiło mi się słabo, dostałam duszności i zaczęłam się trząść.
Dostałam jakiś wybitnie uspokajający środek, po którym długo czułam się i zachowywałam, jakbym oberwała łopatą w głowę. W szpitalnej poczekalni spędziłam pięć godzin, czekając na swoją kolej, po czym poszłam do domu. Nie myślałam o tym aż do ubiegłego roku, gdy jesienią zaliczyłam gwałtowny zjazd nastroju i objawy wróciły. Znowu bywało mi słabo, serce mi kołatało, coś mnie dusiło, chciało mi się płakać. Zwykle wtedy, gdy byłam zdenerwowana lub przemęczona. Dało się to opanować wizytą u lekarza po pigułki na „spokojność” i zwiększoną czułością – wysypiać się, jeść regularnie, unikać w miarę możliwości sytuacji, które mnie bardzo stresują. Jak jednak wiadomo, tego typu choróbska nie są całkowicie uleczalne, można tylko je mniej lub bardziej skutecznie kontrolować.

Jedna na cztery osoby na tym łez padole ma, miała lub mieć będzie, jak to się brzydko mówi, problemy z głową. Między innymi ja, ale to może być też – i zapewne jest – ktoś obok was.

Ja mam ataki paniki, które nazywam dusiołkiem. To bardzo niefajna rzecz, szczęśliwie pojawia się rzadko. Bywa jednak dość dotkliwa. Ostatnio dusiołek w ogóle się nie odzywał. Trochę w styczniu, ale bardzo nieznacznie. Uff, dobra nasza. Może sobie poszedł na dobre?…

We wtorek przez cały dzień czułam się tak sobie. Nie jadłam za dużo, więc dziwne samopoczucie po południu uznałam za spadek cukru i poszłam coś zjeść, ale nim na dobre zaczęłam, poczułam, że mnie mdli. Położyłam się na chwilę, niemniej samopoczucie miałam coraz gorsze – oblały mnie zimne poty, coraz trudniej było mi nabrać powietrza (o czym za chwilę), moje kochliwe serce trzepotało w piersi i ogarniał mnie coraz większy niepokój. Byłam pewna, że z moim ciałem jest coś nie tak, bo nigdy w życiu nie czułam się tak źle. Wreszcie na chwiejnych nogach zeszłam na dół i zapytałam recepcjonistę, czy może zadzwonić po lekarza.
– To ja wezwę ambulans – rzekł przejęty pan.
Mój ogarnięty czystym przerażeniem umysł jeszcze bardziej się przeraził. Jezu. Karetka, na sygnale, zamieszanie, zabiorą mnie do szpitala, a co z pracą. W obcym kraju chorować, matkobosko. Osunęłam się na fotel i wtedy ta straszna karuzela ruszyła pełną parą.

Żeby wyjaśnić tym, którzy tej rozkoszy nie zaznali – przy ostrym ataku paniki ma się niepokojące fizyczne objawy, które w dodatku nasilają się tym bardziej, im bardziej o nich myślicie, a myślicie, bo się nasilają. Innymi słowy, to upiorne błędne koło i najgorszemu wrogowi nie życzę. Ofiara takiego ataku myśli, że lada chwila będzie po niej.
Z jakiejś przyczyny lub nawet bez przyczyny wasz mózg postanawia bowiem uznać, że dzieje wam się coś złego. Organizm przechodzi w tryb „fight or flight”, więc pompuje adrenalinę jak oszalały, serce wali, powietrza wam brakuje, zaczynacie oddychać tak szybko i głęboko, jak tylko się da (co tylko pogarsza sprawę), ściska i piecze was w klatce piersiowej, niedobrze wam – ale niekoniecznie możecie zwymiotować, bo wasz układ trawienny jest zablokowany – w głowie się kręci, człowiek się trzęsie jak osika i myśli „Boże, mam zawał/epilepsję/duszę się”. Najgorsze jest to ostatnie – macie wrażenie, że powietrze nie dociera wam do płuc.
Tylko że to nieprawda.

Czuje się człowiek okropnie, ma wrażenie, że zaraz zemdleje lub umrze (pierwsze jest raczej umiarkowanie prawdopodobne, bo wasz organizm jest w „trybie bojowym”, drugie wcale nie jest, niemniej na tym etapie już nie macie kontroli nad tym, co myślicie). I naprawdę panicznie się boi, wariuje ze strachu. Ale to tylko błąd oprogramowania mózgu, który uruchamia alarm przeciwpożarowy bez powodu. Tylko że taka myśl nawet nie ma szans przebić się przez narastający lęk i wrażenie, że lada moment stracicie przytomność.

– Bardzo przepraszam za kłopot – wyjąkałam w kierunku zestresowanego recepcjonisty.
– To żaden kłopot, ludzie chorują. Mam na imię David, tak w ogóle.
Oczywiście. Nie inaczej. Wszystkie Dawidki to fajne chłopaki.

„Ambiwalentne” to właśnie to uczucie, które wam towarzyszy, gdy słyszycie coraz głośniejsze wycie syreny i wiecie, że ona wyje z waszego powodu. „Dzięki Bogu, uratują mnie” miesza się w głowie z „O k…., to po mnie, ja się boję, ja nie chcę do szpitala”. Tak czy inaczej, dźwięk gwałtownie ucichł i pogotowie objawiło się w postaci dżentelmena na motocyklu. Ale jak to. Ja tu umieram, gdzie tlen, gdzie defibrylator, czemu przysyłają samotnego gościa na motorze, jak on mi ma niby pomóc (prawda taka, że oni to wszystko i tak mają przy sobie, a ścigacz przebije się przez centralny Londyn znacznie szybciej niż tradycyjna karetka – jest to oczywiście bardzo imponujące i cool, gdyby się zastanowić, jednakże gdy widzicie światło w tunelu, to macie takie niuanse w głębokim poważaniu).
Pan przyjrzał mi się, zmierzył mi puls, nieśpiesznie zainstalował się przede mną (gościu, czemu ty jesteś taki spokojny, gdy ja tu konam?!), zapytał tylko, czy zdrętwiały mi dłonie, a gdy potwierdziłam, pokiwał głową, wetknął mi ponownie na palec pulsoksymetr i rzekł łagodnie:
– Spójrz. Ta liczba tutaj to nasycenie twojej krwi tlenem. U zdrowych zazwyczaj wynosi od 95 do 100 procent. Ty masz 100, więc twoje płuca pracują doskonale i masz tyle tlenu, ile ci potrzeba. Poza tym przed chwilą powiedziałaś całe zdanie na jednym oddechu. Myślę, że masz atak paniki. Wiem, że to bardzo nieprzyjemne i straszne, ale niedługo przejdzie.
Autorka wytrzeszczyła oczy, w które nadal śmierć jej zaglądała, ale nagle jakby mniej natarczywie.
– Myślałam, że mam zawał serca czy coś…
– Wierz mi, człowiek z zawałem wygląda znacznie gorzej niż ty w tej chwili. Wszystko będzie dobrze.
Ponieważ cała sytuacja miała miejsce w kącie hotelowej recepcji i każdy przechodzący gapił się na postać w jaskrawozielonej kamizelce pochyloną nad skuloną w fotelu kupką nieszczęścia, autorka, powoli odzyskując świadomość sytuacji, zasugerowała:
– Może pójdziemy na górę?
Gdyż to dokładnie mówi się mężczyznom poznanym dwie minuty temu.
– Za chwilę. Obiecuję, że nie zrobię ci tutaj nic poza zmierzeniem ciśnienia. OK?
– OK.
Pan zrobił, jak obiecał, odstawił mnie na moje piętro, posiedział ze mną przez dwadzieścia minut, ponownie mnie zbadał i porównawszy wyniki, powiedział wesoło, że szpital nie jest dziś dla mnie właściwym miejscem, zasugerował, żebym poszła na krótki spacer, gdy odzyskam siły, oraz skoro jestem w Wielkiej Brytanii sama, żebym dzwoniła w razie potrzeby (nie do niego, na ichni numer alarmowy – trochę szkoda, bo ratownik medyczny w kombinezonie motocyklowym i z opaską London Marathon na nadgarstku to wiecie, no, codziennie się nie spotyka).
– Chyba to dygotanie jeszcze nie przeszło ci do końca, co? – zapytał, studiując mój efektowny podpis pod swoim raportem.
– Nie, to mój charakter pisma.
– Zanim pójdę – następnym razem, gdy poczujesz, że zbliża się coś podobnego, znajdź sobie „happy place” w głowie i skoncentruj się na tym. Gdyby powtórzyło się niedługo, dzwoń.
– Bardzo dziękuję.
– Nie ma za co.

I nagle wszystko mija, tylko czujecie się potwornie wyczerpani. Wypompowani. Nic dziwnego, wasz organizm stoczył wielką walkę. Przeciwko nieistniejącemu wrogowi, ale jednak.

David tak się zestresował, że nie tylko został po godzinach, aż ratownik wyszedł spokojnie z mojego pokoju (nie ciągnąc za sobą moich zwłok), ale też rano przybył do pracy wcześniej, żeby sprawdzić, jak się miewam. Strasznie mi było głupio. Ale cóż, zdarza się. Mnie, innym ludziom. Wam, być może, choć oby nie. Piszę o tym trochę po to, żeby sobie ulżyć, a trochę, żeby dołożyć swoją opowieść. Bo takie przygody to dolegliwość jak każda inna, dotykająca coraz więcej ludzi, i nie ma sensu o niej milczeć, jakby to było wstydliwe. Nie jest. Różne organy nam szwankują – jednym nerki, innym oczy, niektórym mózg. Po prostu.

Poza tym mam ciekawą pamiątkę. Zawsze sądziłam, że hiperwentylacja zdarzy mi się pod stage door na widok jakiegoś bóstwa, a tu proszę, na hotelowej kanapie.

Red is is the colour of sex and danger and signs that say „do not enter”. All my favourite things in life.

Dopiero przyleciałam, a już kolejny poniedziałek minął. Zdążyłam świętować urodziny w knajpie z gwiazdką Michelin, pójść do teatru po robocie i w weekend, kupić parę biletów na kolejne dni, spędzić dwa radosne wieczory na komentowaniu półfinałów Eurowizji. Po drodze troszeczkę nawet popracowałam i zdążyłam zatruć życie lokalnemu IT, który zachowuje się zupełnie jak w serialach – „nie zawracaj mi głowy, kobieto, wyłącz i włącz ponownie”.

Niby jestem daleko od domu, ale wcale tak się nie czuję. Ja i to miasto oswoiliśmy się dawno temu. Gdy moja mama usłyszała, że tu wyjeżdżam, wzruszyła tylko ramionami.

W środę z biura pobiegłam na West End, zobaczyć Alfreda Molinę w Red.
Mój Boże, cóż to za klasa.
Wyśmienity aktor w bardzo mocnej roli.
Mark Rothko to wybitny malarz naszych czasów. Postać niezwykła i tragiczna. Zagrać go mógł tylko ktoś stosownie utalentowany, stosownie wrażliwy i stosownie charyzmatyczny, a Alfred Molina to jest takie mięcho aktorskie, że oczu nie sposób oderwać. To jest teatralna Formuła 1. To jest człowiek, którego każdy gest śledzicie z zapartym tchem. Trudno polubić jego bohatera, bo to typ marudny, zadufany w sobie i arogancki, choć w pewnym sensie, w końcu „ojcuje” nieco swojemu młodemu asystentowi, mówiąc mu w ostatnich scenach – wyjdź stąd. Zacznij robić swoje, żyj po swojemu. Zacznij tworzyć. Dla siebie.
Enoch – też Alfred – pojawia się w tym przedstawieniu jako onieśmielony chłopak z prowincji, gość do płukania pędzli, mieszania farb i parzenia kawy. Ale on też jest malarzem. I człowiekiem równie bystrym co Rothko, więc prędko zaczyna kwestionować jego artystyczne wybory, w tym zwłaszcza malowanie obrazów na zamówienie restauracji – swoją drogą, Rothko w końcu wycofał się z umowy, a rzeczone obrazy można dziś oglądać w Tate Modern. Gdy asystent wyjaśnia mistrzowi, czemu nie lubi tego akurat odcienia czerwieni (Rothko wścieka się na samo słowo „czerwony” – bo co to jest, czerwony? Karmazyn? Karmin? Magenta? Światła uliczne? Krew?), na widowni zapada głęboka cisza.

W angielskim sztuki, w których gra tylko dwóch/dwoje aktorów, nazywa się two-hander. To trudne zadanie. Trzeba utrzymać dynamikę. Nie stłamsić partnera, ale też nie dać mu się ograć. To nie jest pojedynek, raczej gra do jednej bramki. I dwa Alfredy radzą z tym sobie doskonale. Choć jest właściwie trzeci aktor w tym przedstawieniu i są to obrazy. Pięknie jest to przedstawienie oświetlone, intymnie i malarsko.
Tak pysznie trafiłam, że po spektaklu było krótkie Q&A z aktorami i reżyserem, bardzo uroczym człowiekiem. Ludzie zadawali bystre pytania, na przykład o symbolikę religijną – są takie dwie sceny, gdzie nie sposób nie zauważyć… – o to, czy któryś lubi Andy’ego Warhola, o to, który ze scenicznych partnerów Moliny (on gra tę rolę od dziewięciu lat, Enoch jest jego trzecim scenicznym partnerem, pierwszym był Eddie Redmayne) w tej sztuce jest ulubiony. Tu muszę dodać moje stałe przemyślenie – wielki mam od zawsze szacun dla brytyjskich aktorów za to, że nie gwiazdorzą. Pewnie niektórzy tak, jasna sprawa, ale często zdumiewa mnie, że te wielkie nazwiska to ludzie w istocie skromni i sympatyczni. I rozczulające to było, jak Alfred Molina nazywał swojego młodego imiennika „Alfie”. No i powiedział, że publiczność tego wieczoru wyjątkowo mądra i dobrze wygląda. Żarty żartami, ale mówił – jak i reżyser – bardzo dużo o tym, jak ważne są reakcje publiczności podczas przedstawienia, jak wiele one potrafią zmienić. Ciekawe bardzo.
Rzekłabym, że to jedna z najmocniejszych rzeczy, jakie widziałam ostatnimi czasy.

W piątek wszak, niejako dla równowagi i ponieważ piątek w Londynie to piątek w Londynie, więc nie idziemy spać o dwudziestej pierwszej, wybrałam się na Kinky Boots.
I była to znakomita decyzja.
Wiecie, ja nie jestem jakąś wielką fanką musicali, ale czasami człowiek ma przemożną potrzebę nacieszenia się życiem. Kinky Boots potrzebę tę spełniają z naddatkiem. Wspaniałe to jest.
To jest piękny, radosny spektakl. Pysznie zagrany i odkłamujący stereotypy. Historia jest prosta (i prawdziwa, choć nie w całości). Oto chłopak dziedziczy upadającą fabrykę butów w Northampton. Wie, że aby utrzymać się na rynku – i nie zwolnić pracowników, których zna przez całe życie – musi wyprodukować coś wyjątkowego. Znaleźć niszę. I znajduje, dzięki pomocy kogoś, kto przypadkiem staje na jego drodze. Jak wszyscy wiemy, przypadkowe spotkania są najlepsze i potrafią zmienić życie, a Lola, atrakcyjna miłośniczka butów postawi życie głównego bohatera na głowie. Czy raczej na obcasach.
Lola to muskularny facet, zawodowy bokser. Drag queen i twardy gość. On pociąga kobiety i mężczyzn. Nie sposób nie kochać Loli.
A buty są oczywiście czerwone.

Pysznie się bawiłam.
Chciałabym powiedzieć to samo o sobotnim Makbecie w National Theatre, ale głównie myślałam o tym, że jestem głodna i zjadłabym coś niezdrowo kalorycznego, i to cała recenzja tego spektaklu. Jak można uczynić Makbeta – sztukę, w której są morderstwa, duchy, wiedźmy i chodzący las – nudnym, nie wiem, ale właśnie tak się stało. Smuteczek.

W niedzielę było czytanko – rewelacyjne, z ogromną i przystojną obsadą, i z piosenkami! Miło było znów zobaczyć znane twarze. I zawsze miło posiedzieć w Sam Wanamaker Playhouse, mimo że jest tam boleśnie niewygodnie.
A dziś idę do opery.
W biurze już mnie nawet nie pytają, czy pójdę wieczorem na drinka.
– Ty chyba lubisz teatr, co?
Trochę.

The nicest thing about feeling happy is that you think you’ll never be unhappy again

W piątek odebrałam paczkę z książkami. Skromnie, siedem sztuk. Powinno wystarczyć na ten tydzień. Plany na majówkę miałam bowiem właśnie takie – pomiędzy wyjazdami leżę i czytam.
Pomiędzy wyjazdami.
No właśnie.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zorganizowała sobie bardzo krótkiej wycieczki do Londynu. Może nie AŻ tak krótkiej, jak potrafiły być w przeszłości (czyt. mniej niż 24 godziny), ale jednak. Koncepcja wycieczki pojawiła się niespełna miesiąc temu, gdy przeglądałam internet w przerwie na obiad i WTEM. Autorka westchnęła, dokonała kalkulacji i sięgnęła po portfelik.
Dwa tygodnie pózniej drogie moje przedsiębiorstwo uznało, że czas mi jechać w kolejną podróż służbową, żebym się nie zasiedziała w Polsce. Nawet jakoś bardzo mnie to nie rozczarowało. Ani nie zaskoczyło. Ucieszyło nawet, zwłaszcza że miejscem kolejnego zesłania jest Londyn właśnie. Innymi słowy, w niedzielę po południu, gdy każdy porządny obywatel siedzi nad rosołem, ja znowu będę siedzieć w samolocie lecącym do miasta, z którego dwa dni temu wróciłam.
I tak to u mnie wygląda.
W każdym razie. Wracajmy do tematu.

W sobotni poranek – ale nie żeby zbyt wcześnie, chyba się starzeję i już mi się nie chce wstawać o czwartej rano, jeśli nie jest to bezwzględnie konieczne – spłynęłam z łóżka, uczesałam się, rzęsy podmalowałam, wrzuciłam rzeczy najpotrzebniejsze do mojej ukochanej podróżnej torebusi (mam inne, ale ta jest najlepsza) i w drogę. Ponieważ był to wyjazd nie do końca dobrze obmyślany, mój sobotni wieczór i niedzielne popołudnie organizowałam sobie w ostatniej chwili i wybrałam dwa przedstawienia.
Mood Music i Pocałunek kobiety-pająka.
Pierwsze, bo historia o dziewczynie, która próbuje przebić się w przemyśle muzycznym, na co nie do końca pozwala jej zadufany w sobie szalenie producent, wydała mi się jakoś pociągająca. Gitary na scenie i tak dalej. No i Ben Chaplin w roli tegoż producenta.
Drugie, bo zawsze fascynowała mnie historia Moliny i Valentina. Bardzo lubię książkę, pamiętam musical w Teatrze Rozrywki i gdy dowiedziałam się, że będzie nowa sceniczna adaptacja tej powieści, natychmiast się podekscytowałam. Zwłaszcza że w skromnej obsadzie znalazło się dwóch wspaniałych mężczyzn – Samuel Barnett i Declan Bennett.

Mood Music okazało się lepsze niż sądziłam.
Nie jest to spektakl wybitny i nie należy tego po nim oczekiwać. Jest to spektakl szarpiący strunę #timesup, spektakl o kobiecie w świecie zdominowanym przez mężczyzn – bo showbiznes jest taki. Kobieta, dziewczyna właściwie, ma swoje pomysły na kawałki, ale dla producenta jest tylko damskim głosem, a wokalistki są tańsze niż wokaliści. Jego nie obchodzi, co ona ma do powiedzenia. Obchodzi go, co on może na jej płycie i trasie ugrać. Bohater Chaplina to sukinsyn jakich mało – dowcipny, owszem, to mu trzeba przyznać. Każdy kiedyś poznał takiego. Narcyz. Samochwała. Arogancki. Bez mrugnięcia okiem wykorzysta talent i emocje innych ludzi. Gdy sprawy toczą się nie po jego myśli, robi z siebie ofiarę. Ja chciałem dobrze, tylko nie wyszło, a teraz wszyscy mają do mnie pretensje.
(Oglądając ten spektakl, myślałam o tych słodkich osobach, które podpisywały się pod moją wielogodzinną pracą. Kij im… na drogę).
Oczywiście Ben Chaplin sprawia, że trudno wam znienawidzić jego postać, choć też nie stara się go usprawiedliwiać ani wygładzać.
Jest to przedstawienie, które przypomina nieco przesłuchanie (bo obie strony mają prawników i psychologów, rzadko rozmawiają ze sobą, mówią raczej do adwokata czy terapeuty, którzy nierzadko bezlitośnie ich punktują) i skromnie zaadaptowane na ogromną scenę Old Vic, ot, goła przestrzeń studia z krzesłami, mikrofonami, gitary jakieś – ale jest ciekawe, dynamiczne i rezonuje przykro w dzisiejszych czasach. W jego prostocie tkwi siła, bo widz musi słuchać. Podejrzewam, że Old Vic nie bez przyczyny wybrał tę akurat sztukę, biorąc pod uwagę wydarzenia ubiegłej jesieni – jego były dyrektor artystyczny, wiadomo… To było ryzykowne posunięcie. A jednak się udało. Dziś ukazały się bez wyjątku bardzo dobre recenzje, więc gdybyście przypadkiem byli w Londynie tej wiosny, może warto rozważyć.
Wracając do hotelu przez most Waterloo, trzęsłam się z zimna. Bywałam już w Wielkiej Brytfannie po wielokroć na przełomie kwietnia i maja, i zwykle było uroczo. Nie tym razem. Lało. Wiało. Chciało mi się tylko zanurkować w ciepłą, krochmaloną, hotelową pościel, otulić pierzyną i tak leżeć.
Następnego dnia jednak poderwałam się dziarsko, wyjrzałam przez okno, zadrżałam, włożyłam rajstopki i udałam się najpierw do restauracji Joe Allen.
Joe Allen to kawał historii West Endu. Tę restaurację otwarto w latach 70. w Covent Garden, sercu teatralnego Londynu, jeśli nie Europy. Byłam w niej parę lat temu, zanim przegnano ją z dotychczasowej lokalizacji. Potem przygarnął ją hotel Strand Palace. Jest teraz trochę bardziej wytworna, ale nadal pełna teatralnych memorabiliów, plakatów podpisanych przez na przykład Lizę Minnelli, z pianistą grającym Sinatrę, z dobrym jedzeniem (nie wybitnym, ale dobrym).
Zjadłam, popiłam winem, wyszłam do Menier Chocolate Factory, położonej na południowym brzegu, nieopodal mostu Southwark. To istotnie jest budynek starej fabryki, który zamieniono na teatr. Bardzo przyjemne, kameralne, bezpretensjonalne miejsce.
Przyszłam tu, bo Samuel i Declan. Dwa niezwykłe talenty, dwa zwierzęta sceniczne. Dwaj aktorzy, którzy otwarcie mówią o swojej orientacji. Ale to nie jest, jak ktoś mógłby przewrócić oczami, kolejna sztuka o gejach. To bardzo tragiczna opowieść o relacji dwóch mężczyzn, którzy nie mogliby być bardziej różni. Jeden z nich jest więzniem politycznym, drugi – homoseksualistą skazanym za niemoralny występek. Obaj dzielą celę, więc i codzienność siłą rzeczy. Żeby zabić czas, Molina, poza więzieniem dekorator sklepowych witryn, opowiada Valentinowi swoje ulubione filmy, zwykle nędzne – ale gdy to robi, ich obskurna cela zmienia się w miejsce magiczne (wizualna strona tego spektaklu jest poruszająca, bo w czasie opowieści Moliny ściany ożywają dzięki kunsztownym animacjom, przywodzącym na myśl teatr cieni). Valentin nie wie, że Molina jest też szpiegiem, a paczki z dulce de leche, które otrzymuje, wcale nie są od jego matki; to nagroda za donoszenie. Molina jednakże jest też człowiekiem pełnym współczucia i jego nieoczekiwana pomoc współtowarzyszowi niedoli, gdy ten cierpi, znacząco zmienia ich wspólne relacje.
Oczywiście ta historia nie może skończyć się dobrze – i nie kończy się. Tylko bardzo nieczułemu widzowi nie pękłoby serce. Zwłaszcza że o ile Bennett – znany doskonale z roli Jezusa w niezapomnianym Jesus Christ Superstar w Open Air Theatre, granej z wielkim poświęceniem przez dwa sezony – tu jest dość wycofany (nie oznacza to, że nie jest dobry – po prostu jego rola ma nieco inny ciężar), o tyle Barnett jako Molina absolutnie kradnie show. Ten facet jest moim równolatkiem, ale na scenie, z ogoloną głową, w zwisających portkach, na bosaka wygląda tak chłopięco i krucho, że aż chciałoby się go przytulić. Zabrać stamtąd. Cela w argentyńskim więzieniu to nie miejsce dla takich. A jednak jego bohater okazuje zdumiewający hart ducha – i wtedy, gdy troskliwie, bez śladu obrzydzenia pielęgnuje chorego Valentina, i wtedy, gdy się kochają, i wreszcie wtedy, gdy wychodzi z więzienia na pewną w sumie śmierć. Molina we własnych oczach jest piękną, tragiczną bohaterką swoich ulubionych filmów.
Spłakałam się. Ludzie obok mnie też.

Otarłszy oko (wraz z makijażem) i odkrywszy, że na zewnątrz jest JESZCZE ZIMNIEJ niż było, popędziłam co koń wyskoczy nazad na West End, gdzie czekała moja wiśnia na torcie.
Nie będę was po raz kolejny wprowadzać w temat mojej wstydliwej słabości. Wiele już o tym napisałam, nie będę przynudzać. Przez lata słabość ewoluowała i mam nadzieję, że nie mam już tego odruchu, który kiedyś przyuważył miły współwidz oglądający razem ze mną niezapomnianego Zakochanego Szekspira (pan był uprzejmy powiedzieć mi, że wyglądam, jakbym oglądała mecz tenisowy, w skupieniu wodząc wzrokiem – myślałam, że spalę się ze wstydu).

W każdym razie, ponieważ uroczy ów dżentelmen cztery lata temu powiedział mi, żebym przyszła się przywitać następnym razem, to tak już z rozpędu chodzę, a on pewnie zadaje sobie pytanie, co takiego zrobił, że go pokarało taką babą.
Mniejsza.
Co kilka lat fundacja zajmująca się edukacją teatralną dzieci i młodzieży organizuje pewne osobliwe wydarzenie – mianowicie, stawia przed sądem jednego z szekspirowskich bohaterów. Bohater tenże grany jest przez prawdziwego, żywego aktora (przy okazji procesu Makbeta był to Christopher Eccleston), świadkowie również – ale proces odbywa się z udziałem prawdziwych, żywych londyńskich prawników. Tym razem zajęto się Ryszardem III.
Tu nieco uroczych (słowo klucz) szczegółów niedzielnego wydarzenia. Co prawda istnieje scenariusz, ale zwykle sprawy wymykają się spod kontroli, bo nigdy nie wiadomo, czy aktor nie spróbuje odpowiedzieć w kuriozalnie nieoczekiwany sposób, a prawnik nie zada mu pytania, którego w scenariuszu nie było (oni nie mają litości, naprawdę). Co niekiedy owocuje dialogami w stylu:
– Czy mógłby pan nam powiedzieć, książę Buckhingam, gdzie pan był, gdy…
– Nie.
– Pan jest aktorem?
– … To zależy.
Cudownie się to oglądało, było to kompletnie zwariowane (dwóch katów pokrętnie tłumaczyło sędziom, że małe dzieci oczywiście mogą uciec z Tower po ciemku, reżyser uznał, że słynny song z Króla Lwa idealnie pasuje do historii Ryszarda III – ale czyż nie?! – a tuż przed wyrokiem na scenę wtargnął naprany książę Clarence, wyjaśniając, że on wcale nie utonął w tej niesławnej beczce wina, tylko wypłynął na powierzchnię, i czy może jeszcze jakieś winko zostało?).
Po zakończonej uciesze wyszłam, ominęłam teatr, odczekałam swoje, pomachałam rączką do osoby, osoba odmachała mi i podeszła, by znowu powiedzieć, że miło mnie widzieć. Pewnie kłamie, ale doceniam.
– Co zrobiłeś z pogodą w tym kraju? – pytam, myśląc, że to anielskiej urody stworzenie widzi zapewne przed sobą mój zsiniały nos.
– Przepraszam… – odpowiada uprzejmie, mrużąc karmelowe oczęta w uśmiechu, bo to naprawdę miły człowiek jest. – Ale podobało ci się? Szalone było, prawda?
Tak, drogi, szalone.

Jak i moje życie.
Jutro ostatni dzień czytania książek, a potem znowu w drogę, dobrze znaną tym razem.

O partigiano, portami via

Mam wrażenie, że nadciąga moje osobiste załamanie pogody, to jest nastrój zjeżdża mi w dół. Już się nauczyłam to wyłapywać, gdy jeszcze jest to, powiedzmy, mżawka, a nie oberwanie chmury, i reagować. Tak, kochana, nie wszystko jest OK, ale wpływ masz na to żaden, więc nie ma co ani się dołować, ani bać na zapas. Zrób dla siebie coś miłego. ASAP.

Jeśli chodzi o weekend, sprawa była prosta. Na stare lata odkrywam, że dobrze sobie po prostu pomieszkać, posiedzieć we własnym fotelu, wypić herbatę z własnego kubka. Wyjść na miasto. Ostatnimi czasy rzadko to robię, bo weekendy na ogół spędzam poza Krakatau. Niemniej ponieważ zaczęłam mieć poczucie, że moje miasto przestaje być moje (ciekawe dlaczego, nie?), a dom przestaje być domem, postanowiłam zostać i trochę nacieszyć się Krakowem, który – choć wiele ma wad – wiosną jest jednak miastem bardzo przyjemnym i można spędzić cały boży dzień, przenosząc się z jednego kawiarnianego ogródka do drugiego.
Co też uczyniłam.
Dobrą decyzją było jednak zamieszkanie na moim brzegu Wisły. Podgórze przez 12 lat naszego wspólnego życia bardzo się zmieniło. Co prawda zatrważa mnie trochę liczba i tempo wyrastania nowych, podobnych do siebie osiedli, mam wrażenie, że niezupełnie w tę stronę miała iść cała ta rewitalizacja, ale – już nie muszę zasuwać do centrum, żeby dobrze zjeść czy napić się wina, czy też uratować się od nadciągającego kryzysu egzystencjalnego porcją lodów. Bo praktycznie wszystkie najlepsze knajpy otwarte ostatnimi czasy mam tutaj. W tym tę szczególnie ulubioną, Euskadi, w której mają najpyszniejszego kraba pod słońcem, a w sobotę podano mi taki sorbet lawendowy, że prawie się popłakałam nad nim z czystego szczęścia. Ja oczywiście od roku mam totalnego świra na punkcie hiszpańskiej kuchni (a w marcu on się jeszcze bardziej pogłębił, ten świr), ale zaprawdę powiadam, nie zna życia, kto nie jadł w Euskadi.
Skończywszy uprawiać bezczelny hedonizm, wróciłam do domu, by zmienić trampki na szykowne różowe czółenka i udałam się do mojej drugiej ulubionej dzielnicy, Nowej Huty. Napisałam już o niej wiele. I otóż moim zdaniem Nowa Huta wyrasta na alternatywne kulturalne serce Krakowa, pod względem teatralnym dzieje się tam tyle dobrego, że naprawdę trudno o inną myśl.
No i właśnie.
Jak się jest tępą dzidą, to czasem nie doczyta się godziny rozpoczęcia spektaklu wydrukowanej na bilecie, więc pędziłam na Osiedle Szkolne co koń wyskoczy, by przekonać się, że jestem o godzinę za wcześnie. Szczęśliwie w budynku Łaźni znajduje się Kombinator, klub taki, gdzie można wino wypić na leżaku i czas upływa miło na obserwowaniu słońca zachodzącego na nowohuckim niebie. Spędziłam zatem godzinę ponownie na bezczelnym hedonizmie, po czym weszłam na Łaźniową (Łaziebną?) widownię.
Wielkie, wielkie wrażenie zrobiło na mnie to, co zobaczyłam.

Jak po wielokroć pisałam, ja nie lubię, gdy teatr jest lekki, łatwy i przyjemny. No dobrze, od czasu do czasu tak, ale ogólnie uważam, że jego rolą jest zmuszanie widza do zadawania sobie niewygodnych pytań. Wytrącanie go ze strefy komfortu. Kolejna część tego wpisu poświęcona jest właśnie temu, jak mnie wytrącono. I jestem za to bardzo wdzięczna.

Konformista 2029 to spektakl na motywach powieści Moravii i filmu Bertolucciego, opowiadający historię – gdyby to ująć najprościej, jak to możliwe – człowieka, który chce po prostu być normalny, nie wyróżniać się, nie odstawać, a że akurat ruch faszystowski jest w modzie, no to przyłącza się doń, jak większość, to i ja, co nie. Jest to też spektakl, który uderza wizualnie, całą przestrzeń sceny wykorzystano do maksimum. Jest to spektakl świetnie zagrany. Nie ma w nim słabszej roli, ale prawda taka, że rządzi i na deski widzów powala Szymon Czacki w roli tytułowej. Szymonem Czackim nie sposób nie być zafascynowanym. Czacki jest przystojny. Czacki ma ten swój spokojny baryton, ale to ten rodzaj spokoju, który widzowi w głowie czerwoną lampkę zapala. Czacki gra bez jednej fałszywej nuty. Nie schodzi ze sceny przez ponad dwie godziny, a można się domyślić, że odrobinę wysiłku go ta rola kosztuje. I to jeden z tych aktorów, którzy mogliby obierać ziemniaki w kącie sceny, a wy klaskalibyście z zachwytem. A w tym spektaklu, jako mydłek i – cóż – konformista, człowiek bez właściwości budzi sympatię mimo bardzo wątpliwych wyborów życiowych i posunięć. Mój ulubiony typ bohatera – wiecie, że w sumie nie ma za co go lubić, właściwie należałoby mu napluć w twarz, ale jednak wbrew sobie trzymacie jego stronę.
Razem z nim gra w tym spektaklu Krzysztof Globisz, oczywiście uwielbiany w moim mieście, a odkąd po udarze postanowił wrócić do pracy, uwielbiany jeszcze bardziej. To troszeczkę oczywiście boli, widzieć, jak fenomenalny aktor musi zmagać się z własnym ciałem, które zbuntowało się przeciwko niemu, ale też jest niebywale budujące. Chapeau bas. I miałam nawet przez chwilę wrażenie, że on to swoje niedomaganie wykorzystał, budując rolę. To jest akt wielkiej odwagi.
I do tego jeszcze świetna – jak zawsze – muzyka Dominika Strycharskiego. Zresztą nie tylko muzyka, to coś znacznie więcej. On jest zawsze obecny na scenie. Dźwiękami komentuje to, co się na niej wydarza. Komentuje dosadnie.
To nie jest teatr, który pozwoli wam spokojnie sobie siedzieć i nudzić się przez dwie godziny dwadzieścia, ale przyznam, że dawno nie widziałam publiczności tak zaangażowanej i zafrapowanej, ciekawej, co się wydarzy. Tak bardzo skupionej. I sama chętnie obejrzę to znów, bo wyszłam z poczuciem, że wreszcie dostałam coś naprawdę mocnego, pod każdym względem.

Tyle relacji z Nowej Huty.
(Pojadę obejrzeć to znów).

W poniedziałek znowu polazłam do teatru, bo w obawie przed kolejnymi wyjazdami kupuję tak dużo biletów, jak tylko mogę, zanim znowu dokądś polecę*.
Poszłam na ulicę Krakowską. Tam, mamy w Krakowie ulicę Krakowską. Ponieważ dlaczego nie. Na rogu ulicy Krakowskiej i Skawińskiej, w tej spokojniejszej części Kazimierza, nieopodal Wisły, zainstalował się na nowo Teatr Nowy, teraz Teatr Nowy Proxima.
I w tym teatrze Iwona Kempa wystawiła przedstawienie na motywach powieści Vedrany Rudan, Murzyni we Florencji. Przedstawienie o współczesnej chorwackiej rodzinie. Z rodziną to wiecie – najlepiej na zdjęciu się wychodzi, ale po kolei. Córka (wspaniała Martyna Krzysztofik, której płacz i wściekłość są zaraźliwe) nosi jednak dzieci Serba, z którym zaszła w nieplanowaną i nie do końca chcianą ciążę. Jej matka pracuje we Włoszech, by utrzymać rodzinę – i buzuje w niej złość na nieudane życie; nic nie poszło tak, jak miało pójść. Ojciec, były żołnierz, cierpi na syndrom stresu pourazowego i głównie siedzi w swoim pokoju. Jego monolog, brawurowo podany przez Jacka Romanowskiego jest jednym z najbardziej przejmujących, jakie kiedykolwiek w teatrze słyszałam i jednym z tych, które chciałoby się odsłyszeć – okrucieństwo w tej opowieści jeży włos na grzbiecie. Gdyby to była telewizja, człowiek powiedziałby „nie, ja nie mogę tego słuchać” i zmienił pośpiesznie kanał. W teatrze widz nie ma takiego komfortu i dobrze, że nie ma. Babcia głównie rozważa, jak to niepotrzebnie szanowała swoją cześć za młodu, a puszczające się koleżanki miały przecież dużo wygodniejsze życie, miały na buty i dentystę. Brat wrócił z emigracji w USA, bo tęsknił za chorwackimi zachodami słońca, tak mówi, choć szybko okazuje się, że to nie całkiem tak było. Ogólnie niezbyt wesoło jest.
No i są te dwa bliźniaki w wodach płodowych, Cezar i Juliusz, Juliusz Chrząstowski i Sławomir Maciejewski, komentujące cudownie to, co słyszą, debatujące, co zrobią „jak się urodzimy, jeśli się urodzimy”. Czasami wpadają sobie w objęcia, czasami się kłócą, i cudowny, gorzki humor wprowadzają w tę sztukę.
Zagrane jest to, że palce lizać. Widać i słychać, że aktorzy rzucają się w ten przykry tekst na główkę, odważnie, do bólu, do łez. Widać i słychać też, że to wspólna praca, dobry i zgrany zespół. A w ten akurat poniedziałkowy wieczór obsada nieco się poszerzyła. Podczas przedstawienia na zewnątrz rozpętała się upiorna burza. Szum deszczu i pomruki gromów nieoczekiwanie stały się kolejnym aktorem tego spektaklu i zadziwiająco wymownym, doskonale wpasowującym się w jego brzmienie.

(A Juliusz Chrząstowski przez kilka minut siedział obok mnie i to mi, że użyję tej brzydkiej kalki, zrobiło dzień, bo ja go uwielbiam i kiedyś być może odważę się pójść i mu to powiedzieć).

*Niestety, jak właśnie się okazało, krakowski teatr będzie musiał obejść się beze mnie i ja bez niego przez kolejny miesiąc, jeśli nie więcej. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.

Prawdziwy fachowiec nie zaczyna pracy w poniedziałek

Mon Dieu.
Wróciłam w piątek wieczorem, po tradycyjnej już pogoni za samolotem przez frankfurckie lotnisko. Zdążyłam w weekend odpocząć, nasłonecznić się, przeczytać jedną średnio dobrą książkę i nacieszyć myślą, że w poniedziałek nie mam za dużo pracy.
W poniedziałek spakowałam laptop i ruszyłam do biura, rześka niczym skowronek. Coś mnie tknęło po drodze jednak, bo jakoś ciężko mi się ten laptop niosło. Zajrzałam do torby, spodziewając się znaleziska w postaci zapomnianej książki lub butelki wina, ale zamiast tego z przerażeniem skonstatowałam, że pomyliłam laptopy i zabrałam mój prywatny, nie tak nowoczesny i znacznie cięższy. Poirytowana wróciłam do domu, stwierdzając jednak, że nie ma tego złego, bo wobec tego z domu sobie popracuję. Znakomicie. Zasiadłam zatem zadowolona przed laptopem właściwym, by skonstatować po godzinie nonsensownej walki, że laptop absolutnie nie zamierza pozwolić mi się zalogować. Zadzwoniłam do miłej pani w odległym kraju na Wschodzie po pomoc, a pani po długiej inwestygacji rozłożyła rączki i rzekła, że nie ma to tamto, jedyną metodą jest udanie się do biura. Autorka zaklęła szpetnie, ponownie zgarnęła graty i po raz drugi wyruszyła do biura. Ponieważ było już mocno późno, zamówiła taksówkę. Taksówka przyjechała dość szybko, ale kierowca na wstępie oznajmił, że to jego pierwszy dzień i jeśli chcę zapłacić kartą, to on musi najpierw do kolegi zadzwonić, bo nie wie, co i jak. Następnie nieco się pogubił w mieście, a ja – z moim legendarnym zmysłem orientacji (tak, ja z tych, którzy kręcą mapą na wszystkie strony, żeby odnaleźć na niej swoje położenie, po czym ZAWSZE udają się w złym kierunku, by po przejściu dziesięciu kilometrów w niewłaściwą stronę zorientować się, że chyba coś nie tak) – nie mogłam mu pomóc. Nic to. Dojechaliśmy. Laptop odpalił. Dobra nasza.
Pięć minut później telefon.
Z informacją, że mój kolejny wyjazd prawdopodobnie przesunie się nieco. W tył się przesunie, czyli nastąpi wcześniej. Niedługo. Mogę już zacząć planować.

Ja się w sumie cieszę, tylko trochę się boję pójść z newsem do pana i władcy, bo on ma wielką cierpliwość do moich wojaży, a poza tym zawsze dostaje prezenty, ale jednak ciągłe odseparowanie to bolesna dość sprawa na dłuższą metę (sama sobie nie zdawałam sprawy, jak bardzo). Z drugiej strony ostatnio usłyszałam, że gdybym dokądś wyjeżdżała, to może on by wpadł na tydzień albo dwa. To jest całkiem istotna wiadomość, gdyż pan i władca uwielbia podróżować – pod jednym warunkiem. Że prowadzi. Bardzo to lubi, twierdzi, że go to relaksuje i faktycznie, gdy jedzie się z nim samochodem, to ten samochód jakby płynie (trochę szybko, ale jednak). Niestety słabo zna się na prowadzeniu samolotów i… boi się latać. Zupełnie jak mój ojciec, którego od lat bezskutecznie namawiam na wspólną wycieczkę.

W każdym razie był to najbardziej poniedziałkowy z możliwych poniedziałków. Bogu dziękować, że windy nie mam, bo na sto procent zacięłaby się ze mną w środku.
Teraz już z górki, co nie? Byle do piątku. W sobotę idę do Łaźni na przedstawienie z Szymonem Czackim, a ja się w nim skrycie kocham (kto się nie kocha, bądźmy szczerzy). A w kolejny weekend, uprzedzam lojalnie, unikajcie tego miejsca, bo hiperglikemia murowana. Innymi słowy, wszystko po staremu.

Lux in tenebris

Już była nasza bohaterka w ogródku, już witała się z gąską, a tu, obrazowo rzecz ujmując, dupa blada.
Innymi słowy, choć moje zesłanie do Luksemburga miało trwać niecałe dwa tygodnie, potrwa jednak trzy z okładem. Dowiedziałam się w środę po południu. Bilety oczywiście horrendalnie drogie, jako i hotel, ale to nie mój problem, nieprawdaż.
Luksemburg, jaki jest, wszyscy wiemy. Pisałam.
Lubię go i zarazem nienawidzę. O tym też pisałam.
Zaskakuje mnie czasami niebem z obrazów, olśniewającym chiaroscuro, ale proszę, ja bym chciała nieco życia! Chciałabym też wykorzystać moje bilety do teatrów w Krakowie, które kupiłam na ten akurat tydzień, a których nie wykorzystam.

Moja mama:
– Dziecko, ale ty się ubierz ładnie, jak do takiego porządnego hotelu jedziesz.
Ja:
– Jasne.
Poleciałam w dżinsach i pepegach. Taksówkarz bardzo zaangażowany.
– Bo wie pani, ja mam taką stałą klientkę i ją zawiozłem z psem do weterynarza akurat tu w Podgórzu, to tak pomyślałem, że zdążę z panią obrócić na lotnisko, bo pieskowi zabieg się kończy w południe… A dokąd pani jedzie? Luksemburg? Zawsze mi się myli z Liechtensteinem. Ładnie tam? Nie byłem. Ale to jakieś stare księstwo jest, nie? 

Wyjeżdżamy na obwodnicę. Pan kierowca gaz do dechy dociska stanowczo, fucząc pod nosem na kierowców z Wieliczki, a przy okazji nieprzerwanie monologuje. 

– Ja to Włochy kocham. Pani też? Przysięgam, kiedyś wezmę miesiąc urlopu i będę jeździł po Włoszech. Kiedyś byłem w Mediolanie, i wie pani, ta kawa! Teraz mnie trochę nie stać, bo mieszkanie remontuję, ale tak jeszcze z rok i jadę. Cała Toskania moja.
Na randce wczoraj byłem. Fajna knajpa, już pani pokażę nazwę… Też tam u nas w Podgórzu. Bardzo dobra knajpa, dziewczyna zamówiła krewetki, no drogie były, ale jak ja idę na randkę, to idę. Nie ma, że drogie. A to jest świeża sprawa, wie pani. Bo ja rozwiedziony. Przez pracę. Nie, proszę jeszcze nie wysiadać, podjedziemy pod drugie wejście, tamtędy szybciej.

– A ten piesek, po którego pan jedzie z powrotem – pytam. – To coś poważnego?
– Dwa guzy miał wycięte. Dwanaście lat. Taki mały, sympatyczny. 
– To proszę jechać.
– Do zobaczenia. Proszę tam do tego księstwa dolecieć. 
– Do zobaczenia!

Gudden Owend

Wróciłam z wakacji, przepakowałam walizkę i poleciałam do pracy. Nie pierwszy raz, ale szczerze pisząc, powoli myślę, że może czas rozważyć opcje, jak to mówią. Nawet nie z powodu takiego, iż to męczące, choćby człowiek nie wiem jak zaklinał rzeczywistość – ale z takiego, że coraz bardziej tęsknię. Na niewyspanie, zaczerwienione oczy i katar od klimatyzacji (tu pragnę podziękować pani w lotniskowej kasie, która zaoferowała mi chusteczki, mówiąc, że ma ten sam problem) można znaleźć lekarstwo. Kupię sobie fajny kremik, zjem coś dobrego, może nawet pośpię do dziewiątej w wolny dzień. Na tęsknotę lekarstwa nie ma. Tęsknoty nie ucisza nic, choćby gadało się znowu do rana – koleżka bardzo późno chodzi spać, więc niby zawsze mogę zadzwonić, ale to nie to samo. Tęsknię za tym zapachem, ale też za mamą przypominającą, czy zapłaciłam rachunki („eee… pewnie!”) i za znajomymi, z którymi można zjeść sobotnią kolację.

Luksemburg nic się nie zmienił od mojej ostatniej wizyty, poza tym, że ma tramwaj. Luxemburgery, ludzie bardzo oszczędni, strasznie byli przeciwni temu tramwajowi, bo w sumie – i taka prawda – nie jest on im bardzo potrzebny. Komunikacja publiczna w mieście jest w miarę dobra (poza nim to inna sprawa), w soboty darmowa i jak na ten kraj, raczej tania – dwugodzinny bilet kosztuje raptem 2 eurasy. Ale się uparli, bogaci, to mogą i teraz mają tramwaj, który zasadniczo ma trasę krótką, bo kursuje li po Avenue Kennedy w Kirchbergu, biurowo-europejskiej dzielnicy Luksemburga. Tramwaj jest wspaniały, siedzenia podświetlane, o każdym przystanku uprzejmie informuje inna muzyczka, ale Kirchberg to Kirchberg. Szkło w dole i ołowiane niebo w górze. Podobne do siebie, niskie biurowce. Podobni do siebie ludzie wchodzący i wychodzący do nich, kursujący na trasie biuro-hotel-biuro-hotel, z atrakcją w postaci dodatkowego kursu na lotnisko w piątek wieczorem.
I ja.
Też podobna.
Jestem przez parę dni, wyjadę, wrócę, wyjadę, jak większość tutaj. Podobna do wszystkich i do nikogo, ubrana w bezpieczne biurowe kolory, tylko może te brzęczące bransoletki mnie odróżniają. Bez bransoletek się nie ruszam, jak i bez mojego wisiorka – właściwie nigdy go nie zdejmuję, czego skutkiem wieczna biała plama na opalonym dekolcie.

Lubię Luksemburg za ten spokój i porządek, ale zarazem właśnie za to go nie lubię. W różnych miejscach byłam przez ostatnie dwa i pół roku, i tylko w tym jednym ani na chwilę nie udało mi się zadomowić. Nie wiem, feng shui nie takie czy co, ale nawet mimo posiadania znajomych na miejscu czuję się tam obco, nie potrafię się zrelaksować. Nie jestem w tym osamotniona. W mieście Luksemburg trudno nie odnieść wrażenia podobnego do tego, jakie ma się w lotniskowej poczekalni – nikt nie jest stąd. No i ta pogoda zasmucająca, przy której słynna angielska to nieomal Majorka. Oczywiście jest to kraj malowniczy i ze wspaniałą historią, a starówka jest bardzo ładna, ale nic na to nie poradzę, że czuję się tam jak w „Truman Show”, jakby to wszystko była scenografia.
We wtorek o świcie lecę tam znów.
Przynajmniej białe wino mają w porządku, naprawdę, z doliny Mozeli.

20180328_193327.jpg

Yo solo quiero pegar en la radio

Pierwszą moją zagraniczną podróż odbyłam do Hiszpanii.
Było to wiele lat temu, w czasach, gdy nikomu nie śniły się tanie linie lotnicze, a Polska wstąpić miała do Unii Europejskiej dopiero w kolejnej dekadzie. Wówczas podróż na Półwysep Iberyjski zabierała dwa mordercze dni. Niewiele pamiętam z tamtej wycieczki, bo miałam raptem 14 lat i byłam irytująco zblazowaną nastolatką, a przeładowanie wrażeniami też zrobiło swoje – zostały mi w pamięci pojedyncze obrazki. Bardzo barwne.
Potem, po wielu latach, zdarzył mi się Madryt – dwukrotnie, raz w 2011, raptem na parę styczniowych, samotnych dni i w ubiegłym roku, na cały szczęśliwy miesiąc z okładem. Wtedy na dobre straciłam głowę. Ale wcale nie zamierzałam wracać tam na wakacje. Ponieważ jednak obecnie tanie linie lotnicze nikomu już nie muszą się śnić, a ja czasami lubię od niechcenia sprawdzać ceny biletów, to jakoś tak wyszło, że przypadkiem nabyte zostały dwa takie na Wyspy Kanaryjskie, dla mnie i mojej madre. Pomyślałam, że słońce dobrze mi zrobi, a przy okazji są tam przecież góry i szlaki. Znakomicie. Czego chcieć więcej. Przypomniałam sobie nawet, że dawno temu kupiłam przewodnik po Teneryfie dla piechurów. Odkopałam go, odkurzyłam, spakowałam plecak, zasznurowałam pepegi i w drogę.

Banalne to stwierdzenie, ale słońce leczy.
Naprawdę.
Wiatr i zmęczenie też leczą. Zatrzymałam się na chwilę po drodze na Montaña Blanca (taka górka skromna, 2748 metrów n.p.m., przylepiona do majestatycznego Teide), zdyszana, było mi jednocześnie zimno i gorąco – bo wicher lodowaty, poza tym wysoko, ale słońce paliło niemiłosiernie – i złapałam się na tym, że uśmiecham się tak szeroko, że aż twarz mnie boli. Byłam zmęczona, spocona, piekły mnie opalone policzki, niemniej czułam się obłędnie szczęśliwa. Bo tak. Dawno mi takie czyste uczucie szczęścia przez nerwy i żyły nie przebiegło, od włosów po palce stóp.

Do rzeczy wszak, do rzeczy.
Oczywiście, jak to ja, wybrałam sobie mieścinę maleńką, żaden tam hałaśliwy kurort, bo nie lubię. Do mieściny maleńkiej musiał nas dowieźć autobus, a te na wyspie funkcjonują zaskakująco sprawnie, co prawda jak we Włoszech nie ma co za bardzo przywiązywać się do rozkładu jazdy, ale prędzej czy później autobus – zielony, z uśmiechniętym kierowcą słuchającym bachaty lub transmisji meczu – przyjedzie. Kierowcy chętnie zwalniają, by komuś pomachać, wdają się w konwersacje, czasami gubią drogę przy okazji objazdów i ogólnie sympatycznie się jedzie.
Wysiadam. Przystanek jest na rogu, parę metrów po lewej koniec ulicy i morze, parę metrów po prawej koniec ulicy i plantacja bananów. Dzwonię domofonem.
– Hola – mówię, bo tyle potrafię, przedstawiam się i dalej już śmigam po angielsku, by usłyszeć, że osobnik po drugiej stronie odwiesił słuchawkę. No, fajnie się zapowiada, doprawdy. Chwilę później słyszę jednak, że kilka pięter wyżej otwiera się okno i widzę, że ktoś macha zapamiętale, pokazując, że zaraz zejdzie i otworzy drzwi. Półtorej godziny później zasypiam kamiennym snem, a na ulicy dokazują marcowe koty. Przed świtem budzi ptasie radio.
Po świcie wyruszam w poszukiwaniu kawy. Może nie bardzo po świcie – w Hiszpanii dzień wstaje powoli, nie ma do czego się śpieszyć. Kawy za to szukać nie trzeba. Kawę podają na każdym rogu. W barze niekoniecznie ładnym, czasami nieco obskurnym nawet, ale cortado jest mocne i gorące, gdyby chciało się przekąsić kanapkę, to coś się znajdzie, na blat wyjeżdża świeża tortilla, gazetę też można poczytać. Trzeciego poranka w takim miejscu traktują człowieka jak swojego. Nieopodal panowie w porcie odpływają kutrami w morze, po świeże ryby, które wieczorem lokalne knajpy będą podawać na kolację.
(Nawiasem mówiąc – gdybyście, jeżdżąc po Teneryfie, zawędrowali do Playa de San Juan, małego rybackiego miasteczka w odległości paru przyjemnych godzin nadmorskiego marszu od klifów Los Gigantes, koniecznie proszę odwiedzić cudowną piekarnię 100% Pan y Pasteleria – fenomenalne, chrupiące pełnoziarniste pieczywo, pyszne ciacha w kształcie – na przykład – ust Marilyn Monroe, doskonała kawa. Taki skarb mały, dobrze ukryty w niedużej mieścinie. Łatwo trafić, nos was zaprowadzi).

Teneryfa to jest oczywiście miejsce, które – i ja im się wcale nie dziwię – ukochali sobie zamożni europejscy emeryci, więc w co większych ośrodkach można poczuć się jak w jakiejś osobliwej angielskiej czy też germańskiej kolonii. Bogiem a prawdą, gdybym mogła, też bym tam sobie kupiła jakiś schowek na szczotki i spędzała tam zimy. Ale wystarczy wyjechać poza te większe ośrodki i oczy nie nadążają rejestrować zachwytów. Jest to bowiem wyspa arcypiękna, wyspa poryta głębokimi wąwozami, wyspa zatok z ostrymi skałami i szalejącymi falami, wyspa czarnych, wulkanicznych plaż i górskich lasów zanurzonych w wiecznej mgle, wyspa sucha i surowa na południu i kipiąca świeżą zielenią na północy. Wyspa z najwyższym szczytem Hiszpanii, El Teide, którego szczyt z dołu przez większość dnia bywa niewidoczny. Szlaki wychodzące z El Portillo (dalej droga jest w remoncie, co znacząco skomplikowało mój starannie obmyślony plan wycieczki) prowadzą już nad chmurami.
Na rozgrzanie wybrałyśmy się do Barranco del Infierno. Ten wąwóz był przez parę lat zamknięty po tym, jak spadający kamień niestety zabił turystkę i po otwarciu każdy z raptem 300 wchodzących dziennie musi włożyć twarzowy kask. Mam zdjęcie w kasku. Nie pokażę. W każdym razie jest to bardzo miły, rekreacyjny marsz ścieżką momentami nieco eksponowaną, potem już wzdłuż strumienia, aż do wodospadu. Rudziki podśpiewują nad uchem, sokoły krążą wysoko. Gdy człowiek nieostrożnie stanie, gołą łydkę oparzy pokrzywa, świeża, wiosenna. Albo kolec kaktusa popieści.
Po marszu bez dwóch zdań należało się wzmocnić. Nie było to trudne, ponieważ w kraju tym cudownym jedzenie jest wszędzie, a dzień wcześniej wyczytałam na plakacie w mieścinie, że urządzają noc wina i tapas. Należało tylko nabyć kuponiki w biurze informacji turystycznej (jeden kuponik za jedno euro = jeden kieliszek wina, żyć nie umierać). Nie była to może największa impreza, w jakiej brałam udział – bo i miasteczko małe, i dopiero marzec – ale bardzo urocza. Był wielce zaangażowany DJ, był zespół rzępolący dość okrutnie, były bodegi z butelkami, z których szczodrze nalewano, i solidne porcje tapas, dla przykładu kałamarnica. Przyznam szczerze, że dawno tak dobrze się nie bawiłam (dawno nie bawiłam się w ogóle). Kuponiki nabyte zawczasu jakoś szybko nam się skończyły, ale w jednym z namiocików sprzedawano nowe, więc ustawiłyśmy się w ogonku, bo madre jeszcze bardzo chciała spróbować różowego wina (które było doskonałe, a ja różowego nie lubię, więc zważcie moje słowa) i kanapek z rybką. Niestety wszystkie spalone w górach kalorie – niby nie wierzę w nie, bo czy kto kiedy widział kalorię?… – wracały jak bumerang, tego dnia i we wszystkie inne. Warto pamiętać bowiem, że w tym strasznym kraju przystawka potrafi być wielkości dania głównego, i że dużym błędem może okazać się zamówienie croquetas i tortilli, a potem jeszcze dorsza. Ale z drugiej strony jak sobie odmówić? Grzech.

Minęło parę uroczych, leniwych dni w mieścinie – jednego z nich biegałam po niezbyt licznych sklepach w poszukiwaniu bikini, japonek i mocniejszego środka na słońce, bo zapowiadane 20 stopni zamieniło się w rasowy letni dzień i do końca mojego pobytu pogoda była nie całkiem zgodna z prognozami, ale za to jak malowanie. Wreszcie ponownie wsiadłam do zielonego autobusu i pojechałam do Puerto de la Cruz na północy, bo stamtąd najłatwiej dostać się w pobliże Teide. Puerto de la Cruz to już kurort pełną gębą, ma więcej niż trzy ulice, ma Starbucksa i supermarkety. W Puerto de la Cruz chodzi się głównie w górę i w dół, bo tak jest położony, więc znakomite miejsce, by niechcący zadbać o kondycję po drodze do i z knajpy. Jak dla mnie troszkę to już za duża miejscowość na wakacje, ale tak czy inaczej przyjemna. Poza tym każdego ranka wychodziłam na balkon, a przede mną, nad pobliskimi dachami i koronami drzew, pysznił się ośnieżony wierzchołek wulkanu. Tenże wydaje się na wyciągnięcie ręki, ale dotarcie doń komunikacją publiczną – która, choć niestrudzona, nie jest dla tych, którym zależy na czasie – zajmuje blisko półtorej godziny. A ostatni autobus powrotny odjeżdża o 16:30 i nie ma zmiłuj. Udało mi się wleźć na tę nieszczęsną Montaña Blanca i wrócić na czas, choć prawda taka, że w okolicy bardzo chętnie zostałabym na kolejne dwa lub trzy dni. Jest tam gdzie łazić, a szlaki są przepiękne – w dole morze chmur, wokół pustka, krajobraz niemal marsjański, w pewnym momencie śpiew ptaków ucicha, bo już nic tam nie rośnie. Jesteście tylko wy, góra, oślepiające słońce i wiatr. Wieje potężnie, spycha ze ścieżki, przeszywa do szpiku kości; pośpiesznie wyjmowałam z plecaka rękawiczki i żałowałam, że nie zabrałam czapki.
Wspaniale.

Jakiż wielki był smutek na lotnisku.

Myślę, że wrócę.

A teraz przepraszam, muszę iść. Trzeba się pakować. Jutro w południe lecimy do roboty.

A dzieci, wiem coś o tym, latają samolotem

Dobry wieczór.
Jutro jadę na urlop. Szok i niedowierzanie, ale nie będę ganiać po teatrach, tylko spacerować nieśpiesznie po górach – w tym jednej całkiem wysokiej, bo ponad 3500 metrów ma dziewczyna – i plażach kraju, w którym wszyscy wiedzą, jak mam na imię, choć im się nie przedstawiam.
Kolesie w pensjonacie, w którym zaklepałam nocleg, mówią tylko po tubylczemu, więc właśnie wysmarowałam im, spociwszy się nieco (bo ja tylko „hola”, „caña”, „para compartir”), piękny mail po ichniemu. Oby zrozumieli, bo muszą mi jutro około dwudziestej klucze do kwaterki wydać.

Z urlopu wracam w przyszły piątek. W niedzielę odlatuję do znanego z pięknej pogody i bujnego życia nocnego Luxembourg City. Na dwa tygodnie. Co dalej, zobaczymy. Pan i władca coś nawijał, że mógłby może spróbować wpaść, ale najwyższy szczyt w Luksemburgu ma 560 metrów, a długość tras narciarskich w ogóle to aż 2 kilometry. No to ja nie wiem, co on miałby tam robić. Musiałby ze mną całe dnie spędzać.
Wcale nie chcę go znowu zostawiać, jeśli mam być szczera. Wolałabym z nim na kanapie siedzieć.

Witajcie w moim życiu.

Kiedyś chciałam podróżować.
I mam za swoje.

A marble mask of girlish innocence, the mouth caught in a shy smile

Hamilton i po Hamiltonie.
Obudziłam się rano w pokoju tak zimnym, że spacerek do łazienki – że nie wspomnę o stąpnięciu na łazienkowe kafelki (dla krakusów tłumaczenie: flizy) – urasta do rangi prawdziwej wyprawy. Wyglądam przez okno. Płatki śniegu wirują romantycznie. Wzdycham i odpalam czajnik, bo wiecie, wspaniałością angielskich pokoi hotelowych jest to, że mogą być rozmiaru schowka na miotłę, ale czajnik zawsze się w nich zmieści.

Pomysł marszu do Trafalgar Studios zarzuciłam natychmiast po wyjściu na zewnątrz. No wolne żarty. Ja wypraszam sobie. Wiatr zwiał mi kaptur, śnieg mnie spoliczkował, więc ślizgając się nieco na oczywiście, że nieodśnieżonym chodniku dotarłam do stacji metra i z fasonem zajechałam na Trafalgar Square. Ponieważ ja zawsze boję się o to, że się spóźnię, to zawsze jestem wszędzie zbyt wcześnie. Szczęśliwie Trafalgar Studios to miejsce ciepłe i wygodne, z przytulnym barem i miłą obsługą.
– Dzień dobry, poproszę o białe wino i o program.
– Bardzo proszę. Uwielbiam to przedstawienie – mówi barman. – Widziałem je ponad dwadzieścia razy. Jest troszkę creepy, ale wspaniałe. A ja nawet nie lubię musicali.
Bo jest wspaniałe. I owszem, creepy, ale czegóż można spodziewać się po adaptacji mrocznej powieści Victora Hugo o chłopcu z twarzą wskutek okaleczenia wykrzywioną w wiecznym uśmiechu, przypominającej baśnie braci Grimm, adaptacji intymnej i powalającej perfekcją wykonania? Same głosy protagonistów – Louis Maskell powaliłby mnie na kolana, gdybym nie siedziała w pierwszym rzędzie tuż przy scenie i nie miała jak uklęknąć. Ursus Seana Kingsleya.
I Lalki. Mój Boże, lalki.
I Julian Bleach. Julian Bleach to jest zwierzę sceniczne, pamiętny Machiavelli z Rodziny Borgiów i bardzo wszechstronny artysta, współtwórca musicalu Shockheaded Peter.
Teatr był raczej pustawy, bo pogoda, zatem przesiedziałam grzecznie pierwszy akt w pierwszym rzędzie, oglądając każdy wytarty obcas i każdą kroplę potu – uwielbiam to – ale w antrakcie zapytałam grzecznie dżentelmena sprzedającego lody, czy może mogłabym się przesiąść, żeby zobaczyć to przedstawienie z innej perspektywy. Skoro tyle pustych miejsc…
– Pewnie tak, ale ja zawołam szefową – powiedział.
– Nie, proszę sobie nie robić kłopotu…
– To żaden kłopot.
Wtem wyrosła przede mną dziewczyna z pomazanym markerami planem widowni i rzekła:
– Możesz usiąść tam. Stamtąd najlepiej widać.
To prawda.
Ogromnie mi się to podobało. Z wielkim smakiem i miłością zrobiona rzecz, bardzo równo zagrana, z wielkim zaangażowaniem, mroczna i wzruszająca, choć i zabawna momentami. Trochę istotnie musical dla ludzi, którzy nie lubią musicali. Zresztą mimo, że publiczności było niewiele, to nagradzała wykonawców rzęsistymi brawami i owacją na stojąco. Niedługo piękny ten spektakl schodzi z afisza, więc warto obczaić, jeślibyście wybierali się w kierunku miasta Londyn.

No dobrze. Opuściwszy teatr, uznałam, że warunki atmosferyczne nadal urągają mej godności, więc jak najprędzej przebiegłam do Wyndham’s Theatre, gdzie oczekiwali mnie Lesley Manville, nominowana do Oscara, i niejaki Jeremy Irons, też swego czasu nominowany i nawet zdobywca takiego. Oczywiście zawsze marzyłam, by zobaczyć go na scenie, bo któż nie marzyłby o tym. Nie podejrzewałam, że będzie to prawdopodobne, ponieważ w ostatnich latach w teatrze zbyt często się nie pojawiał, a w jednym z wywiadów w ogóle rzekł, że on to nigdy do pracowitych nie należał, a teraz jest już w tym wieku, że woli żaglówkę albo spacer z psem. Możliwe zatem, że Zmierzch długiego dnia to ostatnia szansa, by go na scenie zobaczyć. No to skorzystałam. Przebrnęłam przez te urągające mej godności warunki atmosferyczne z egzemplarzem sztuki pod pachą, na wszelki wypadek. Sztuka jest to wyjątkowa, uważana za absolutne arcydzieło, na poły autobiograficzna. Zgodnie z żądaniem jej autora, Eugene O’Neilla, miała zostać opublikowana najwcześniej 25 lat po jego śmierci, ale wdowa po nim sprzeciwiła się jego woli i wymusiła publikację, w ślad za którą oczywiście poszły pierwsze wystawienia. I dlaczego jest to arcydzieło, państwo zapytają. Jest to tylko przecież, w gruncie rzeczy, faktycznie opowieść o długim dniu w życiu rodziny. Nawet nic szczególnego się nie wydarza.
Tyle że jest to rodzina głęboko dysfunkcyjna. Pozornie wszystko wygląda ładnie. Niemniej każdy – ojciec, matka i dwóch synów – jest uzależniony. Mężczyźni piją od rana. Matka ma problem z morfiną, co nieudolnie ukrywa. Niby była na leczeniu, ale wróciła do nałogu. Wraca na oczach widzów. No, niby nie, bo odurza się w zaciszu sypialni, dyskretnie, ale i rodzina, i widownia zauważają, że po raz wtóry walkę przegrała, że z każdym jej pojawieniem się w salonie jest coraz gorzej, że jej dziwne zachowanie i nieskładna, rozwlekła paplanina to nie efekt bezsenności, ale tego, iż daje sobie w żyłę. Jakby tego było mało, ojciec zdaje sobie sprawę, że synowie kradną mu alkohol. Pod pięknym dachem wytwornego domu wszyscy ciągną siebie nawzajem w dół, w opary morfiny i whisky, wyrzucając sobie kolejne winy.
Bardzo, BARDZO przykry jest to spektakl.
Mało brakowało, a bym go nie obejrzała jednakże. Przez własne roztargnienie.
Wchodzę bowiem do teatru, odstaję swoje w kolejce do kasy, przedstawiam się uprzejmie, a pan w okienku mi mówi, że takiego nazwiska nie ma na żadnym z biletów w pudełku. Ale jak to. Przecież dostałam potwierdzenie transakcji i wszystko… Koleżanka pana w okienku mówi, że sprawdzi w systemie i sprawdza.
– Tak, ale hm, pani ma bilet na jutro…
Międlę w ustach żarliwe polskie przekleństwa pod własnym adresem. Niemniej, jak mawia moja mama, co drugi głupi ma szczęście.
– A czy są jakieś wolne na dziś? – pytam, przeprosiwszy po wielokroć. Pani w okienku kiwa głową.
– Są. Właściwie to będzie pani miała lepsze miejsce.
I miałam, nie dopłaciwszy ani grosza. Doskonałe.

Po spektaklu skręcam za róg, spodziewając się tłumu spragnionych ogrzania się w blasku gwiazdy fanów.
„Za róg” oznacza St Martin’s Court. Uliczkę pomiędzy dwoma teatrami, zakończoną z jednej strony Charing Cross Road i zawsze tłoczną stacją metra, z drugiej legendarną restauracją Sheekey’s, gdzie ochoczo pija wino lud pracujący West Endu po zakończonych spektaklach. Jeśli czytaliście „Rzeki Londynu” Aaronovitcha, to jedna z kluczowych scen właśnie w tym maleńkim kawałku Londynu ma miejsce. Nawiasem mówiąc, tam właśnie mój pierwszy stagedooring uprawiałam. I jak to się skończyło, wszyscy wiemy.
Skręcam zatem.
Chwileczkę. Gdzie są wszyscy?
W pustym zaułku stoi nas aż troje. Troje plus radosny stage door manager o imieniu Joshua.
Oczywiście jak to ja, myślę nerwowo o tym, co powiedzieć, gdy Jeremy wreszcie opuści teatr. Pierścień ucałować czy co. To Jeremy Irons w końcu. Deprymująca dość postać.
– A jeśli nie wyjdzie? – pyta nerwowo chłopak obok mnie. Joshua uśmiecha się ze spokojem człowieka, który wie więcej niż śmiertelnicy.
– Wyjdzie.
Po czym Joshua zajmuje się demontowaniem barierek, bo troje zziębniętych okularników najwyraźniej nie stanowi zagrożenia dla gwiazdy w jego doświadczonych oczach.
No i wychodzi. Wysoki, siwiejący, w szaliku.
– O rety, przepraszam, pewnie zmarzliście! Podobało wam się? A skąd jesteście?
Trochę zmarzłam, i owszem, ale żeby od razu narzekać, to nie.
Jeremy Irons składa zamaszysty podpis na moim egzemplarzu sztuki, Sincerely, Jeremy Irons.
Och.
Wracam metrem do hotelu, tuląc tę książczynę do piersi jak skarb największy.
Jeremy musiał być w dobrym humorze, albo po prostu żal mu się zrobiło tych skostniałych śmiertelników, bo choć podobno nie zgadza się na selfies, chłopak oczekujący ze mną dał radę go uprosić. Czyli ludzki człowiek jednak.

Dzień trzeci.
Z obawą pewną wyjrzałam przez okno.
Śnieg padał.
Nic to. Udałam się do Royal Academy na świetną wystawę zbiorów króla Karola I – bardzo polecam, może w życiu królowi za bardzo się nie powiodło i skończył na szafocie, ale kolekcję dzieł sztuki zebrał efektowną – po czym na południowy brzeg, do Bridge Theatre, gdzie Ben Whishaw gra obecnie Brutusa w Juliuszu Cezarze. Opuściłam stację London Bridge bardzo niewłaściwym wyjściem, więc krążyłam w tej cholernej chlapie coraz bardziej zirytowana, wypatrując rozpoznawalnych punktów na horyzoncie (oczywiście w drodze powrotnej odkryję, że nadłożyłam znacznie drogi, choć byłam bardzo blisko i zamiast miotać się jak ta głupia, mogłam w kwadrans być u celu).
Juliusz Cezar to jedna z moich ulubionych sztuk Williama S. To rasowy, emocjonujący kryminał. Opowieść o ludziach chorych na władzę. Bardzo, bardzo mocno rezonuje w naszych brzydkich czasach.
Twórcy tego spektaklu mocno go unowocześnili, rozpoczynając go sceną wyborczego wiecu z głośno grającym bandem, wiwatami i powiewającymi chorągiewkami, ale co ciekawsze, obsadzili widownię w roli rzymskiego tłumu. Ci, którzy wybrali miejsca stojące (za jedyne 15 funtów), mają aktorów na wyciągnięcie palca, ale też są przepychani z kąta w kąt, wrzeszczy się na nich lub zachęca do wznoszenia okrzyków, rozlegają się strzały i ktoś krzyczy: GET DOWN!, i rzymski tłum kuli się na lepkiej podłodze.
Czytałam ciekawą recenzję tego przedstawienia, autorstwa człowieka znanego mi z czytanek, szekspirologa. Napisał on otóż, że o ile sam spektakl jest znakomity, to jednak pewna subtelna granica została przekroczona – ludzie bowiem nie powinni w teatrze się bać. Oczywiście, on może sprawiać, a nawet czasem dobrze, by sprawiał, że poczujemy się niekomfortowo, że zaczniemy zadawać sobie pytania, ale nie powinien wzbudzać w nas lęku, bo to o krok za daleko, szczególnie w czasach, gdzie dźwięk wystrzału w ciemności, niechby ślepakiem – kto by się zastanawiał – może wywołać prawdziwą panikę, w tłumie niebezpieczną.
Może i trochę ma rację. Z jednej strony ja wcale nie uważam, że teatr powinien być miejscem całkowicie komfortowym i nigdy nie wytrącać widza z równowagi, wprost przeciwnie. Z drugiej… rzeczywiście nie powinien wywoływać lęku.

Powróciwszy do hotelu, nastawiłam budzik na rozkoszną czwartą trzydzieści, by jak najwcześniej dotrzeć na lotnisko; wszak nie mogłam być pewna, że mojego pociągu też nie odwołają. Ponieważ jednak zasnąć nie mogłam, zmrużyłam oko jakoś w pobliżu drugiej. I znowu wróciłam z urlopu zmęczona. Droga redakcjo, co ja robię źle?…

Will they tell your story?…

Moją bramą Londynu jest na ogół dworzec St Pancras. Tu po raz pierwszy postawiłam stopę na londyńskiej ziemi, w listopadzie 2004 roku.
St Pancras o piątej rano jest pusty, pod tym wysokim sklepieniem przemykają pojedyncze zaspane istoty czekające na poranne pociągi, kolejkujące z cierpliwą rezygnacją w dwóch otwartych miejscach, gdzie można dostać kawę (pachnącą trochę jakby mokrym psem, ale nie czepiajmy się szczegółów o tej porze). Ktoś gra na pianinie nostalgiczny kawałek i dźwięki niosą się przez całą halę – za dnia zwykle giną w jednostajnym szumie rozmów, kroków, turkotu kółek ciągniętych walizek, ale o tej porze, jeszcze przed świtem wypełniają tę ogromną przestrzeń.
Wyruszyłam w podróż powrotną tak wcześnie, bo poprzedniego wieczoru pociągi odwoływano jeden po drugim, a przed dworcowymi tablicami tkwiły dziesiątki ludzi z wypisanym na posmutniałych twarzach pytaniem: „to jak ja wrócę do domu?”. Mimo obaw o pogodę – w Wielkiej Brytanii śnieg to koniec świata – mój pociąg na lotnisko odjechał punktualnie i oto jestem znowu w mojej kwaterze głównej. Po to, oczywiście, by skwapliwie opisać – którą to już?… – kolejną teatralną eskapadę, zaskakująco udaną mimo pluchy, zimna i mojego roztargnienia. Relację podzielić postanowiłam na dwie części, bo całości naraz nikt by nie przełknął.

Najpierw, ma się rozumieć, wyleciałam do Londynu. Przywitała mnie śnieżyca i lodowaty pokój hotelowy.

Rzuciłam toboły, oko podmalowałam, opatuliłam się szczelnie i popędziłam nazad na dworzec, by udać się do Victoria Palace Theatre, gdzie od niedawna wystawiany jest sławny Hamilton. The room where it happens, stuletni ponad teatr został gruntownie wyremontowany, dopieszczony, wypiękniony i wygląda olśniewająco, pachnie jeszcze nowością (jest w nim też bardzo zimno, ale mój ogromny szalik pozwolił przetrwać). Gdy kupowałam bilet – ponad rok temu – czytałam o wszystkich obwarowaniach mających uchronić przed sprzedażą biletów – wartych tyle co ten złoty Willy’ego Wonki – na czarnym rynku, w tym takim, że zasadniczo to nie ma żadnego fizycznie istniejącego biletu (w istocie jest, ale to raczej mało efektowny druczek), że trzeba dzierżyć kartę, którą dokonało się zakupu, że trzeba zjawić się godzinę wcześniej. No, to się zjawiłam. Trzy minuty później byłam już w środku i poszukiwałam baru. Znalazłszy, zajęłam miejsce na widowni wśród wielce rozemocjonowanych ludzi wszelkich ras i narodów – i zaczęło się.

Uważam, że Lin-Manuel Miranda zrobił rzecz wielką.
Pokazał młodym ludziom, że historia to nie są nudne życiorysy olejnych portretów, a postaci z banknotów i patroni ulic miewają fascynujące, imponujące biografie. Pokazał, że można je opowiadać w sposób bardzo współczesny, w bardzo dynamicznej konwencji. Przyciągnął masy do teatru – dla wielu przecież to było pierwsze z nim spotkanie.
Oczywiście wkurza mnie trochę, że koleś raptem chwilę starszy ode mnie ma na koncie nagrodę Pulitzera i kilka nagród Tommy, i Grammy, i co tam jeszcze rozdawali. Ale on na to wszystko w pełni zasłużył, pisząc nie tylko bardzo dobry musical (nie jego pierwszy…), ale przede wszystkim dokonując absolutnego przełomu w nieco, umówmy się, zaśniedziałym świecie teatru muzycznego. Bo owszem, postaci historyczne były już bohaterami musicali – że wspomnę doskonałą Evitę, ale to było w latach 70. I nagle wchodzi taki Lin-Manuel Miranda, biorąc na warsztat historię jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Nieślubnego syna i imigranta, który zawędrował bardzo wysoko, by zginąć tragicznie (w pojedynku, których, o gorzka ironio, był wielkim przeciwnikiem). Ale zamiast iść w pompatyczną orkiestrację, Miranda postawił na naturalny muzyczny język współczesności – na hip-hop. Tym samym jest to spektakl świeży, dynamiczny, rytmiczny, toczący się w wartkim tempie, może ja bym troszkę podkręciła potencjometr, ale ogólnie rozumiem doskonale ludzi, którzy zamęczają długimi tygodniami ścieżkę dzwiękową. Przy tym nie da się nie przytupywać dziarsko.
Miranda nie powędrował na West End z rolą graną przez siebie na Broadwayu, choć niektórzy bardzo na to liczyli. Oddał ją aktorowi młodemu, z niewielkim w sumie dorobkiem, Jamaelowi Westmanowi. Lin-Manuel i Jamael różnią się odrobinkę zewnętrznością, jak widać. Londyński Alexander Hamilton, ze swoją imponującą posturą, urodą i niewątpliwym szarmem, przykuwa uwagę widowni od pierwszej sceny, ale…
Ale moim zdaniem daje się przyćmić kolegom.
Oczywiście pamiętać trzeba, że to jest aktor raptem dwudziestosześcioletni w roli, o której cały świat mówi od kilku lat, więc niebagatelne wyzwanie, i że to pierwsze tygodnie grania. Niemniej czegoś mi w jego Hamiltonie brakowało – nie do końca sprawiał wrażenie postaci naprawdę charyzmatycznej, mającej przecież realny wpływ na politykę i gospodarkę rodzącego się państwa. Giles Terera jako jego nemezis, Aaron Burr, jest bez dwóch zdań bardziej wyrazisty i trudno nie odnieść wrażenia, że to przede wszystkim jego przedstawienie. Są też wspaniale barwne, choć ocierające się o groteskę role drugoplanowe – król Jerzy III, przywodzący na myśl Eltona Johna z epoki glam, Jefferson Jasona Pennycooke’a jako przerysowana (dla niektórych za bardzo) krzyżówka Liberace, Prince’a i Little Richarda. Świetne role kobiece. Eliza, żona Hamiltona (nawiasem mówiąc, zdarzył mu się romans, któremu towarzyszył niemały skandal, ale to poboczny wątek) to najbardziej – obok Burra – poruszająca postać. Żona skazana na wieczne czekanie na zajętego męża. Matka, która traci pierworodnego. Wdowa, która zadba o to, by pamięć o jej ukochanym nie wyblakła, a ona sama też przejdzie do historii, kierując pierwszym prywatnym sierocińcem w Nowym Jorku.
Publiczność reagowała niesłychanie entuzjastycznie, owacja na stojąco ocqzywiście. A ja?
Czy mi się podobało? Tak, bardzo.
Czy poszłabym jeszcze raz? Tak, ale niekoniecznie rzuciłabym się natychmiast kupować kolejny bilet.
Czy jest to najlepszy musical wszech czasów i tak dalej? Nie jestem pewna. Bez wątpienia jest wyjątkowy, jest po prostu inny od tego, do czego teatr nas przyzwyczaił. Sama raczej nie będę opowiadać o nim tygodniami każdemu, kogo spotkam. Jeśli będziecie mogli, wybierzcie się jednak, bo warto – i po to, by zobaczyć coś przyjemnie nowatorskiego, i po to, by poznać człowieka, który nie zamierzał zmarnować swojej szansy.
Dwa następne dni obfitowały w podobne teatralne spotkania, ale o tym w odcinku drugim.

Gizd

Same sukcesy. Sobota jest, świat nadal się kręci, przepracowałam cały tydzień bez napadów „rzucam to wszystko i wyjeżdżam na Orkady” (fakt, pracowałam z domu, w gustownej bluzeczce u góry i gaciach od dresu na dole, i przynajmniej nikt mi nie plotkował nad uche), upiekłam ciasteczka pod wdzięczną nazwą „cmentarz much” – smakuje to zdecydowanie lepiej niż brzmi; ogólnie ostatnimi czasy, gdy kto mnie pyta, co czytam, odpowiadam, że Yotama Ottolenghiego. Wchodzę w 2018 z Yotamem jako moim duchowym przywódcą.
Przyszła sobota może być wszakże nawet lepsza od tej, choć z całą pewnością nie będzie mi w głowie pisanie, bowiem będę wracać do ojczyzny (tak tak, w końcu trzeba ruszyć tyłek w świat, prawie dwa miesiące przesiedziałam na nim, cellulitu dostanę od tego bezruchu). Do ojczyzny wracać będę z przedstawienia Hamiltona i paru innych, jak to ja. Trochę nie mogę się doczekać, odrobinę.

W przyszłą sobotę przypadają też urodziny – matko bosko, kolejne – pewnej ważnej osoby, którą poznałam w czasach, gdy jeszcze dinozaury władały Ziemią.
To taki człowiek, który pojawił się nieoczekiwanie i został, i chyba już zostanie. Mam nadzieję, bo nie wyobrażam sobie, że mogłoby go nie być. Pamiętam do dziś to wejście smoka, jak również moją reakcję, czyli nagły, obezwładniający coup de foudre. Oczarował mnie ten przystojny osobnik natychmiast osobliwą mieszanką staroświeckiej kindersztuby i imponującego wyluzowania, szorstkości i czułości, i ciętą ripostą na każdą okazję. Do dziś ma nieprawdopodobny, jak to anglojęzyczni mówią, sense of wit. Każdą szpilę kontruje błyskawicznie. Wkręca mnie też doskonale, z kamienną twarzą; załapuję, że kolega bezczelnie się ze mnie nabija zwykle dopiero wtedy, gdy już nie może powstrzymać śmiechu.
Poległam zabita strzałą miłości od razu, znajomi mieli ubaw, bo chodziłam wówczas jak pijana i Bogu dzięki, że nie wpadłam pod tramwaj ani nic takiego. Nigdy wcześniej ani pózniej niczego takiego nie przeżyłam i szczerze pisząc, nie wiem, czy chciałabym znowu przez to przechodzić.
Znajomi jednakowoż spodziewali się, że to nie potrwa długo, a szanowny dżentelmen zniknie tak, jak się pojawił. Hm. Być może to kwestia nalewki z trawy cytrynowej, którą go onegdaj poczęstowałam – na spirytusie była, może dlatego trzyma go do dziś.

I nawet nie musiał się zalecać.
No niestety, nie byłam księżniczką w niezdobytej twierdzy – miałam oczy maślane i jak pięć złotych. Trudno. Nawet się cieszę, że całe te męczące gry w pozorny brak zainteresowania mnie ominęły.

Uwielbiam go jako mężczyznę, pięknego, bardzo zmysłowego, z którego charyzma aż paruje. Jako gościa, który doskonale wie, co potrafi, ale nie zamierza wyłazić ze skóry, by to udowodnić. I po prostu, przede wszystkim jako dobrego, wrażliwego, uczciwego człowieka, który chętnie pomaga innym, bo to dla niego naturalne, tak trzeba i już. Zawsze mnie bardzo wspierał, najgłupsze pomysły przyjmuje ze zrozumieniem, nie pozwala mi samobiczować się za fakapy, stres potrafi przegonić – czasami ostrymi słowy, czasami zaparzeniem mi herbaty, czasami tuleniem przez pół nocy. Ogromnie mi pomógł w trudnej wcześniej walce z upiorną nieśmiałością i takim sobie poczuciem własnej wartości. Wiem, że mogę mu powiedzieć absolutnie wszystko i wszystko mówię. Bo prawda taka, że przez te wszystkie lata zwyczajnie się zaprzyjazniliśmy. No i potrafimy do siebie zadzwonić w dokładnie tej samej chwili.
Nie jest to chodząca doskonałość. Wielu ludzi wkurza jego dominująca osobowość (mnie akurat, jako osobie raczej wycofanej, to bardzo odpowiada). Jest pracoholikiem. Ma krótki lont (herbu Wścieklica jest ten dżentelmen bez dwóch zdań, ale nigdy nie wkurzył się na mnie, choć z pewnością niejeden raz dałam mu powód – ma do mnie jakąś kosmiczną cierpliwość, może poza tym jednym wieczorem, gdy usiłował nauczyć mnie grać na gitarze i uczeń okazał się tępy). Kradnie kordłę. Jest sakramencko uparty. Znam tylko jednego człowieka bardziej upartego niż ten gamoń – no zgadnijcie, kogo… Jeżeli mówi „nie”, to jest takie „nie”, że mowy nie ma o negocjacjach, trud wasz daremny. Jest też wielce zdyscyplinowany, co zawsze robiło na mnie wielkie wrażenie, bo ja to raczej sybaryta, nieprawdaż, najpierw przyjemność, najlepiej to w ogóle tylko przyjemność. Kolega żadnych taryf ulgowych wobec siebie nie stosuje, niczego nie robi na pół gwizdka i czasami okropnie włazi mi na ambicję.
No i niech mi włazi, byle jak najdłużej.
Gdy tylko wrócę, będę pędzić prosto do niego. Komuś trzeba będzie o tym Hamiltonie opowiedzieć przy winie. A on mi potem będzie przez długie godziny opowiadał o swoich odpałach, demonstrował nowe sprzęty, pokazywał zdjęcia. No i fajnie. Tego właśnie trzeba dziewczynie.

Czy­ście może szli ze śpiew­ką?

Bardzo lubię Nową Hutę.
Gdybym nie mieszkała na moim brzegu Wisły, to wybrałabym Hutę właśnie. Gdy kiedyś będę bogata, kupię sobie mieszkanie na ostatnim piętrze jednego z budynków przy Placu Centralnym i będę stamtąd spoglądała na świat. Oczywiście bogactwo mi nie grozi, bo nie potrafię oszczędzać, nie mam zamożnych krewnych w bardzo podeszłym wieku i nigdy w życiu niczego nie wygrałam (przepraszam, raz mi się poszczęściło z loterią na „Hamleta” z Cumberbatchem, niemniej czy to było aż takie szczęście, to nie wiem, biorąc pod uwagę, o ilu rzeczach niezwiązanych z tym spektaklem rozmyślałam podczas jego trwania), ale pomarzyć zawsze można.
Oczywiście fakt, że Nową Hutę co dnia blaskiem swym opromienia pan i władca, ma swoje znaczenie, niemniej po prostu lubię tę dzielnicę. Chociaż to w sumie nie tyle dzielnica, co osobne, fascynujące miasto w mieście. Ogromne w dodatku. Zawsze się tam gubię – ale nie jestem w tym osamotniona, bo taksówkarze wożący mnie do rezydencji p&w też nader często się gubią, a ja nie potrafię im pomóc, z uwagi na moją dramatycznie słabą orientację w przestrzeni (ja z tych, co muszą kręcić mapą, by ustalić swoje położenie) i fakt, że na tamtejszych osiedlach numeracja budynków niekoniecznie ma głęboki sens, choć z drugiej strony ta na moim osiedlu też nie ma szczególnego. Tylko że moje osiedle, choć znacznie bliższe centrum Krakatau, nie jest ani w połowie tak zadbane, jak to panoiwładcze, które jest bardzo zielone, a przyblokowe ogródki z ich dekoracjami są pierwsza klasa. Zieloność okolic doceniła również dzika zwierzyna – pod balkonem pana i władcy mieszkają jeże, co prawda nigdy ich nie widziałam, ale kolega widuje regularnie i twierdzi, że mu tam sapią.
Pamiętam koncert Polish Icons w Hali Ocynowni parę lat temu, w ramach festiwalu Sacrum Profanum – zimno było jak jasny pieron, prawie mi biust odpadł, ale poza genialną muzyką (och, ten moment, gdy Grasscut wplótł „Boże coś Polskę” w swój set) pamiętam też, jak widzów przybywających na koncert do Kombinatu wsadzano w autobus tuż za jego bramą i potem jechaliśmy dłuuuugo, długo… Nie mogłam się nadziwić, że taka ta huta wielka.
Pamiętam liczne wieczory w Łaźni Nowej (tam narodził się mój trwający od lat skryty zakoch w Błażeju Peszku – Wejście smoka to był tak cudownie odjechany spektakl) i obowiązkowy pospektaklowy spacer na Plac Centralny – niby przystanek tramwajowy jest znacznie bliżej, ale lubię się przejść.
Pamiętam moją pierwszą wizytę w Teatrze Ludowym. To było Kochanowo i okolice, spektakl, który może i nie był wybitny, ale był wielce sympatyczny. I z muzą na żywo. Z Kurtyną Siemiradzkiego (bo w Krakowie mamy takie dwie, nie wiem, czy wiecie – jedną można od czasu do czasu zobaczyć w Teatrze Słowackiego, a druga to kapela założona przez aktorów). Ponieważ siedziałam w drugim rzędzie, a Teatr Ludowy dość kameralny jest, usłyszałam ze sceny, że mam ładną bluzeczkę.
Wczoraj nadszedł czas na wizytę kolejną. Teatr Ludowy wyrasta na bardzo znaczącą scenę – scenę, która ostatnio triumfy święci. Nie dość, że wygrali ostatnią edycję festiwalu Boska Komedia wyśmienitym Sekretnym życiem Friedmanów, to jeszcze teraz wzięli się za Wyspiańskiego i ze starcia z nim wyszli z tarczą. Albowiem Sędziowie to spektakl świetnie zagrany, intymny i mocny zarazem. Zagrany bez zbędnej emfazy, ale wymownie. I scenografia jest znakomita. I nieustający przyćmiony knajpiany gwar w tle. Zwykle boję się nienumerowanych miejsc nieco, ale wczoraj celowo zajęłam takie w pierwszym rzędzie i była to dobra decyzja, prawie jakbym siedziała w karczmie, czy może raczej w jednej ze współczesnych imprezowni, w której Jewdocha podaje do stołu (zresztą podała mi lemoniadę…). Ale reżyserka pokusiła się o jeszcze jeden zabieg – zamieniła miejscami scenę i widownię. Widzowie siedzą na scenie, na widowni rozgrywają się ostatnie, dość przejmujące sceny. Dla fetyszystów jak ja, kochających całe teatralne zaplecze, wytarte deski i kable, to cudowne, ale to też ogromnie znaczące. Bo oto widzowie przestają być widzami. Stają się częścią spektaklu. Stają się poniekąd tymi właśnie, tytułowymi sędziami. I ten krótki, ale niesłychanie intensywny spektakl naprawdę jest jedną z lepszych rzeczy, jakie ostatnio oglądałam. A ja dużo oglądam.
Po przedstawieniu zdarzyło mi się zresztą zamienić parę słów z panią stojącą przy barze w teatralnej klubokawiarni, i ona też użyła tego słowa – intensywny.
Idźcie.

All the small things

Mój ulubiony Niemiec podwiózł mnie w środę do domu. Miło, że zatroszczył się, bym nie wracała zbiorkomem w taki przyjemnie lutowy wieczór. Jechaliśmy w śnieżnej brei (osobiście wolę piękne śląskie słowo „ciaplyta” – ono tak doskonale oddaje istotę rzeczy, co prawda ono właściwie oznacza błoto, ale moja urodzona w Szopienicach po sąsiedzku z niejakim Kazimierzem Kutzem babcia używała tego pięknego słowa na określenie wszystkiego, w czym buty toną), zawiei i zamieci, więc jechaliśmy długo, to i mogliśmy sobie pogadać. O niczym wielkim – planach na wakacje, knajpach. Bardzo mi takiej sympatycznej, momentami nieco złośliwej gadki-szmatki brakowało.
– Zdążymy na pomarańczowym.
– To już było czerwone.
– Ciemnopomarańczowe…
– A wiesz, raz przechodziłam na czerwonym świetle i złapała mnie policja. Dawno temu.
(W Nowej Hucie, o dwudziestej trzeciej, w pobliżu nie było żywego ducha ani samochodu – poza tym jednym, radiowozem, z którego szeroko uśmiechał się do mnie policjant, i uśmiechał się tym szerzej, im głośniej wypowiadałam w myślach dobitne „szlaaaag…”).
– Oho, żyjesz na krawędzi. I co? Zapłaciłaś mandat?
– Nie. Rozpłakałam się i powiedziałam, że się zgubiłam.
True story. Zresztą naprawdę się wtedy zgubiłam.
Ulubiony Niemiec podrzucił mnie pod same drzwi niemal, bo to dobry człowiek jest. Ostatnie metry w brei (ciaplycie), zawiei i zamieci pokonałam pieszo, nie czując nawet zimna czy śniegu oblepiającego mi powieki, bowiem miałam przed sobą rozkoszną perspektywę nabywania biletów. To moja ulubiona czynność, jak wszyscy wiedzą. Jakie masz hobby? A, bilety kupuję.
Mogłam sobie na ten nieoczekiwany eksces pozwolić, albowiem dostałam premię, co mnie samą zaskoczyło wielce, bo nie sądzę, żebym faktycznie na nią zasługiwała jakoś bardzo. Bądźmy szczerzy, przez ostatnie miesiące byłam daleka od pełni sił. I wiem, że to wpłynęło na moją pracę. Nie było szans, żeby nie wpłynęło. Szczęście w nieszczęściu, że trafiłam na ludzi, których mój nagły zjazd formy zaniepokoił na tyle, że się zainteresowali, zamiast cmokać z dezaprobatą nad moim spadkiem produktywności. Nadal się dziwię, jak wiele ludzie widzą, jeśli oczywiście widzieć chcą – bo smutna prawda jest taka, jak przekonałam się przy okazji, iż wielu uporczywie nie chce zauważyć tego, że ktoś wyraźnie nie funkcjonuje jak dotychczas, że zachowuje się jakoś dziwnie. I to wcale nie pomaga. Uczulam, ladles and jellyspoons – gdy widzicie, że ktoś jakby przestał być sobą, to ma to przyczynę. Nie musicie robić za terapeutę, ale najmniejszy głask jest na wagę złota. Nie chodzi o to, by współczuć czy klepać po ramieniu, ale żeby po prostu dać komuś sygnał: hej, jestem tutaj.
Kupiłam zatem bilety (Jeremy Irons to w końcu Jeremy Irons, prawda, a jego sceniczna partnerka, Lesley Manville, ma podobno duże szanse na Oscara, więc nie ma to tamto – poza tym mój stary znajomy, Ian McKellen, wraca na West End i spędziłam wczoraj ponad dwie godziny w cholernej internetowej kolejce, ale mam; co prawda nie sposób było wybrać miejsc, a tylko przedział cenowy, więc pewnie będę siedziała w korytarzu, niemniej darowanemu koniu – królestwo za konia, oj wróć, nie ta sztuka – w zęby się nie zagląda). Dobrze jest mieć coś przed sobą. Zresztą nie tylko to mam przed sobą, bo marzec zapowiada się atrakcyjnie. Nie tylko dlatego, że w marcu pan i władca obchodzi urodziny – liczby świeczek na torcie nie ogarniam, ludzie tyle nie żyją. A jeśli żyją, to z pewnością tak nie wyglądają. No, ale on jakoś się trzyma, siedzi właśnie w tych swoich górach (gdzieżby indziej) i wysyła mi lubieżne esemesy. Nieźle, jak na takiego grzyba. W każdym razie marzec powinien być w porządku.
Zakończywszy sprawunki, odkryłam w telefonie wiadomość od mojego kolegi, którego sama onegdaj przyjmowałam do pracy. Kontakt utrzymujemy raczej od święta, ale napisał do mnie, czy przypadkiem chciałabym bilet do opery, bo on wie, że dzielimy zamiłowania. Chciałam, ale nie mogę, bo tego dnia podróżuję, niemniej ucieszyłam się bardzo, że pamiętał. Następnie odkryłam także, że PBS emitujący za wielką wodą „Victorię” udostępnił podcasty z udziałem obsady, w tym człowieka, którego żarliwie nienawidzę (a w lipcu stuknie pięć lat, odkąd go po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłam – kto by pomyślał, co się wydarzy w tym czasie?). Zawsze miło posłuchać tego warkotliwego głosiku i uroczo okrągłego akcentu, i gulgotu, ma się rozumieć. I „that’s alright”, oczywiście.
A wczoraj, proszę państwa, było moje ulubione święto. Żadne tam gwiazdki, walentynki, majówki, nie – kocham Tłusty Czwartek i zawsze będę kochać. Wrąbałam tylko jednego pączka, nad czym boleję, ale wyczytałam, że gdzieś w Krakowie podają pączki nadziewane lodami i niniejszym mam plan na weekend.
A dziś jest już piątek, nawet piątkowy wieczór. Jutro idę do teatru – szok i niedowierzanie, prawda?
Przetrwałam tydzień. Był to tydzień, w którym nie nastąpiła żadna rewolucja, ale tydzień zwyczajnie pogodny, dzięki drobiazgom, które mi się przydarzyły. Dzięki człowiekom, które były dla mnie miłe. Był to też tydzień, w którym byłam spokojna, więc dobra nasza.
Dałyśmy radę, stara.

If you think that love isn’t found on the radio, well – tune right in you may find the love you lost

Przychodzi taki moment w życiu człowieka, gdy ktoś go pyta o plany na weekend.
A człowiek odpowiada z lekką krępacją, że brak.
Z krępacją, ale i z ulgą, bo w sumie to lubi siedzieć w domu i odpoczywać, zamiast gdzieś łazić. Nie trzeba rzęs tuszować, nie trzeba się stroić, a gdyby zabrakło czekolady, to można wyskoczyć do sklepu w mitycznej piżamie.
(Dbam jednak o to, by nie zabrakło, bo kluczem do udanego weekendu jest zapełniona lodówka, i szafeczka ze słodyczami też).

Zatem umościłam się wygodnie na kanapie, słucham Cilliana Murphy’ego w radiu, piję herbatę i więcej mi do szczęścia nie trzeba. Cillian gra swoje ulubione piosenki i opowiada o nich ciekawie, i nie miałabym nic przeciwko temu, by robił to co tydzień, albowiem bardzo miło się go słucha. Poza tym cóż to za przyjemna robota, grać ludziom swoje ukochane kawałki! Zawsze marzyłam o takim zajęciu – niestety lub stety jest mocno wątpliwe, by kiedykolwiek było mi dane. Inna sprawa, że zapewne gdyby mnie to spotkało, z przerażenia nie wydałabym z siebie dźwięku. Ale Cillian wydaje i moje uszy są z tego faktu bardzo zadowolone.
No i taki to mamy piątkowy wieczór, on i ja.
O ironio. Kiedyś, w dawnych czasach, byłam duszą towarzystwa i nie wyobrażałam sobie, że można spędzić piątek na kanapie. Była to dla mnie kompletna marnacja czasu, życia, energii, seksapilu i wszystkiego. Prowadziłam życie bardzo intensywne, zawsze wiedziałam, co gdzie się dzieje, mogłam do ulubionych lokali iść w ciemno wieczorową porą, bo zawsze kogoś znajomego przy barze się spotkało. Wracało się nad ranem lub i później.
Był taki czas, że kumpli różnej maści miałam całe masy i czułam się jak królowa życia, przynajmniej taka lokalna, krakoska.
Teraz… Hm. Teraz jest inaczej.
Po pierwsze, lista kontaktów skurczyła mi się wielce. Są oczywiście ludzie, z którymi nadal utrzymuję bliskie relacje, ale jest ich bardzo niewielu. Część relacji wygasła naturalnie, część nie – trochę sama ucięłam, trochę ucięli inni, w paru przypadkach pewnie na to zapracowałam, paru nie rozumiem. Tak czy inaczej, nie jest to chyba niczym nadzwyczajnym.
Po drugie, wielu rzeczy już mi się zwyczajnie nie chce. Wszystko może się człowiekowi znudzić. W sumie moje potrzeby towarzyskie całkowicie zaspokaja pan i władca (wino jest, muzyka jest, niekiedy na żywo, ciekawe rozmowy są, ćwiczenia fizyczne są, potańczymy sobie nawet czasem, czego więcej chcieć), od czasu do czasu mogę sobie wyjść na jakiś obiad, ale żebym miała ochotę często na mieście bywać, to nie. Bo trzeba podjąć wysiłek wyjścia z domu, wyprasowania garsonki, oko wypadałoby przynajmniej jedno pomalować i jeszcze za taksówkę trzeba zapłacić, jeśli odjedzie ostatni tramwaj, a po co, skoro można sobie kupić za to książkę. Nie potrafię wskazać momentu, w którym ta zmiana nastąpiła, ale jest mi z nią bardzo dobrze. Dobrze mi z moją nudą i nie wiem, czy jest coś, co w moim życiu cenię ostatnio wyżej, niż spokój. Taki normalny, święty spokój z herbatą i radiem. A jutro zamierzam czynić dokładnie to samo i co mi zrobicie. Nauczyłam się cenić lenistwo, można powiedzieć.

January is your third most common month for madness

Dzień dobry.
Taki żarcik. W końcu jutro poniedziałek.

Początek nowego roku był trudny, co oczywiście nie jest niczym nowym – nie dlatego, że obiecałam sobie przejście na dietę warzywną, rzucenie palenia (byłoby to względnie proste, bo nie palę), zapisanie się na siłownię, oszczędzanie (autorka zaśmiała się przez łzy) czy cokolwiek innego. Schwytał mnie otóż dotkliwy dusiołek i trzymał przez dni parę. Dusiołek ma to do siebie, że zjawia się bez oczywistej przyczyny, ale okoliczności zewnętrzne nie pomagały wcale, albowiem praca wpędziła mnie w wielki stres, zdrowie nie dopisywało (czas chyba przestać sypiać zimą w stroju urodzinowym…), a i wiadomości niemal codziennie w ostatnich dniach przyprawiały mnie o chęć natychmiastowej emigracji wewnętrznej. Oczywiście wiem – mogłabym się nie interesować. Są ludzie, którzy nie oglądają, nie czytają, nie słuchają i mają się dobrze, ale ja mam wewnętrzny przymus. Trochę pozostałość z czasów, gdy jeszcze wyobrażałam sobie siebie jako przyszłego Ryszarda Kapuścińskiego w spódnicy (dziś dziękuję niebiosom, że nie pracuję w mediach), a trochę takie zwykłe poczucie, że nie chciałabym przegapić czegoś ważnego, zostać któregoś dnia niemile zaskoczona. Z drugiej strony gdy oglądam sobie przy niedzielnym drugim śniadaniu – no co, sama sobie upiekłam, sama sobie zjem – pana posła, który reportaż o naszych rodzimych neonaziolach komentuje słowy, że w Niemczech to mają jeszcze gorzej – ach, skoro tak, to luz – i panią posłankę, która dodaje, że doprawdy straszne, ale pewnych rzeczy jednak media nie powinny pokazywać, to naprawdę zastanawiam się, czy aby nie lepiej zająć się oglądaniem filmów ze skaczącymi kózkami na jutubie. Ale jednak nie robię tego. Bo mimo wszystko nie do końca chcę żyć w świecie samych ładnych obrazków i pozytywnych historii, i nie zgadzam się z panią poseł, że media tego i owego nie powinny, bo jeszcze ktoś potraktuje to jak inspirację. Ależ powinny. Jak najbardziej. Powinny pokazywać to, co jest brzydkie i nieprzyjemne, powinny mówić o ludzkiej głupocie, zaniechaniu, próżności i okrucieństwie. To jest ich podstawowa rola. Absolutnie podstawowa.
Na drugą nóżkę, och, ten pisarz powieści fantasy, który boleje, że dostał wyrok za obrażenie kobiety na Twitterze i brnie w zaparte, zamiast pomyśleć, czy może aby jednak istotnie przypadkiem nie przesadził. I czy stare dobre powiedzenie „nie czyń drugiemu, co tobie niemiło” nie ma jednak głębokiego sensu (podpowiem – ma). Ponieważ z lubością używam Twittera do stalkowania moich ulubieńców, to i niestety czasami zapędzam się w kąty, w które zapędzenia się po fakcie żałuję. Zalazłam zatem na profil rzeczonego pisarza i znalazłam całe oceany żarliwych wymiotów jego miłośników, bolejących, jak to po pierwsze primo prawdę powiedział, po drugie primo to zamach na wolność słowa, po trzecie primo jak można literata, który z definicji jest kulturalno osobo, po sądach jakichś ciągać, a po czwarte primo [tu wstawić dowolną obelgę pod adresem powódki, na ogół dotyczącą jej wyglądu, seksualności lub jednego z drugim]. Uwielbiam tę gorliwą obronę wolności słowa i zarazem kompletne, uporczywe wypieranie faktu, że za słowo należy być odpowiedzialnym. Uwielbiam przaśne seksualne aluzje w wykonaniu wannabe samców alfa, którzy sami zapewne nie chcieliby, by ktoś komentował, jak często chodzą do łóżka i z kim. Naprawdę nie trzeba pisać w internecie wszystkiego, co nam przyjdzie do głowy. Z pewnością nie to, czego nie powiedzielibyśmy komuś, stojąc z nim oko w oko. A jeśli już gębę mamy niewyparzoną, to trzeba brać poprawkę na to, że kogoś naszym strumieniem świadomości urazimy. Takie to proste.

No dobrze, tom wylała żale.
Zbieram się do teatru. Pół dnia z tej okazji ganiałam w papilotach i oczywiście włosy proste jak drut. Panu i władcy kręcą się od samego wstawania rano, gdzie tu sprawiedliwość, ja się pytam.

Lezioni di nirvana

Wyjątkowo opornie szło mi tego roku pisanie podsumowania. W dużej mierze dlatego, że wcale nie był to rok szczególnie dla mnie przyjemny. Był barwny, to na pewno. Był interesujący. Wiecie, jak to jest ze słowem „interesujący”…
Zdarzyło mi się wiele przemiłych rzeczy, przygody miałam fascynujące, ale gdyby mnie kto zapytał, czy chciałabym przeżyć to wszystko jeszcze raz, zapewne powiedziałabym, że nie. Tak czy inaczej, co roku piszę podsumowanie i oto jest.
Nie wiem, ile przeczytałam książek ani obejrzałam spektakli, ani o ile za dużo godzin spędziłam na Netfliksie. Nie mam przeboju roku (gdybyście zobaczyli moją listę najczęściej słuchanych utworów w 2017, to ja nie wiem, ja nie wiem…). Wiem, że spędziłam 117 nocy poza domem. Ale po kolei.

Styczeń. Podczas, gdy normalni mieszkańcy kontynentu odsypiają szaleństwa sylwestrowej nocy, niżej podpisana siedzi w samolocie niosącym ją z Londinium nazad do Polski. Takie sobie wymyśliła powitanie 2017 i nie żałowała.
Raptem dwa dni później pan i władca mnie uprowadza. Tamta raczej zwariowana noc bardzo wiele zmieniła i podejrzewam, że te zmiany pójdą nieco dalej, ale o tym sza na razie. Z drugiej strony także w styczniu w rączki autorki wpada jej wyczekiwana przesyłka. Autorka musi użyć dynamitu, by ją rozpakować. Jak okaże się niebawem, nie jest to wcale koniec historii, albowiem jak niektórzy wiedzą, zamiast jednego motyla mam koniec końców dwa. Oraz dwa bardzo urocze liściki, które sobie czytam, gdy mi smutno. Fragment jednego z liścików stał się moim zdjęciem profilowym na twarzoksiążce (moim jako mnie, osoby, nie mnie, blogera) ze względu na – delikatnie mówiąc – osobliwy kształt jednej z liter.

Luty. Hamlet. Ten Hamlet. TEN HAMLET. Nigdy bym nie pomyślała, że spłaczę się na słynnym monologu, ale tak właśnie się wydarzyło. Idę po spektaklu pod stage door i cała znerwicowana mówię zmęczonemu chłopakowi w roli głównej, że czuję się, jakby mnie pociąg potrącił, a on się śmieje i odpowiada, że on też. To było jedno z najważniejszych teatralnych wydarzeń mojego życia.

Marzec. Ot, jeden z tych miesięcy, które przeleciały bez niczego szczególnego. W sumie jedyny tego roku.

Kwiecień. Jeszcze zimno, gdy odlatuję do Madrytu. To zupełnie niespodziewana wycieczka – i całkiem długa, bo spędzam w Madrycie blisko 5 tygodni. Zakochuję się w tym niesamowitym mieście i jestem w nim bardzo szczęśliwa. Bo ten nieprawdopodobny lazur nieba, bo ludzie, bo kwitnące już kasztany, bo madryckie mercados z piramidami tapas zapijanymi sangrią, bo muzea. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie udała się na wielce ekspresową wycieczkę do miasta, którego nie ma – tak ekspresową, że nawet nie zarezerwowałam sobie noclegu, tylko od razu po ostatnim spektaklu pojechałam na lotnisko i przeczekałam do samolotu o szóstej. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na taki pomysł, rozpędźcie się w kierunku najbliższej ściany i zróbcie baranka. Bo nie polecam, choć dobrze się bawiłam.

Maj. Ciągle Madryt. Spędzam urodziny – samotne, ale piękne – wśród eukaliptusów w parku Retiro i na obiedzie w Juana La Loca. Odlatuję do domu z płaczem, by raptem kilka dni później pofrunąć do Włoch, do miasta świętego Mikołaja i królowej Bony. Planując ten urlop, nie miałam pojęcia, że robota szykuje dla mnie sześciotygodniową delegację w Italii, rozpoczynającą się… trzydzieści sześć godzin po końcu moich wakacji tamże. Jak nie dam rady, jak dam.

Czerwiec. Italia przez cały miesiąc. Uczę się pić Aperol Spritz i stawiam sobie za życiowy cel wynalezienie, gdzie serwują do niego najlepsze rarytasy. Włosi nawracają mnie na kawę. Oglądam włosy Lukrecji Borgii i zupełnie sama zwiedzam prześwietną wystawę o domu mody Rinascente (no, w towarzystwie przystojnego ochroniarza, którzy podąża za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie selfies z manekinami). Odkrywam bogactwo knajp w Navigli i zżerają mnie komary w parku Sempione – ale zżerają mnie tak, że zdesperowana istotnie opsikuję łydki preparatem do mycia szyb, jak radzono w pewnym filmie. Pomieszkuję sobie tam we Włochach z kolejnym krótkim wyskokiem do Londynu. Wieczorem, gdy się pakuję przed powrotem, oglądam jednym okiem BBC News i nagle wszystko we mnie sztywnieje, ponieważ raptem parę godzin wcześniej przechodziłam tamtędy. Wracam przez Weronę, bo bilet na samolot tańszy niż do Mediolanu. Zwiedzam pobieżnie w tłumie niemożebnym, wracam pociągiem do rzeczonego Mediolanu i płaczę dopiero pod prysznicem.

Lipiec. Dla odmiany, Germania. Jem sznycle i piję Apfelwein, i kupuję pierwsze Birkenstocki (o których zawsze myślałam, że prędzej mi kaktus na dłoni, niż ja takie coś przywdzieję, a potem spędziłam w tych Birkenstockach całe lato, nosząc je do wszystkiego i rozważając zakup kolejnych par), i oglądam Pride. Miły pan rzuca mi prezerwatywę, którą nadal gdzieś w którejś torebce mam – ma wielkie logo czołowej niemieckiej partii na opakowaniu, co jest nieco jakby, hm, choć z drugiej strony w odpowiednim nastroju któż przejmowałby się logo.

Sierpień. Znowu Londyn, znowu Hamlet i znowu Jesus Christ Superstar wsród lip, z głosami jakże potężnymi i wzruszeniem ogromnym (nie popieram filmowania spektakli, ale ufam, że to zrobił to ktoś, komu było wolno).

Wrzesień. Miesiąc, w którym autorka, rozochocona tempem swojego życia i niekoniecznie dbająca o swój dobrostan w tym pędzie szalonym, nagle zaczyna czuć się źle. Bardzo źle. Na tyle źle, że nie śpi – lub dla odmiany śpi całymi dniami – i wymiotuje każdego ranka. Miewa problemy z oddychaniem – i to nie takie, jak wtedy, gdy widzicie Hiddlestona we fraku, tylko jakby ktoś usiadł wam na klatce piersiowej. Jak się okazuje, nie ma co wtedy chojraczyć, tylko należy pójść do doktora, przedstawić sytuację i powolutku sobie na prostą wychodzić. Jak się okazuje, nie ma czego się obawiać ani wstydzić, bo ludziom o dziwo zależy, byście czuli się dobrze. Mało tego – są duże szanse, że ktoś zauważy waszą niedyspozycję, zanim wy sami do niej się przyznacie. I jeśli to zrobi, to należy wziąć sobie jego słowa do serca, a nie próbować nadal udawać, że wszystko świetnie, w życiu nie było lepiej, co prawda żyję z żołądkiem w gardle, nie radzę sobie z dotychczas prostymi rzeczami i myślę o ucieczce w lasy Kaukazu trzy razy dziennie, ale fantastycznie się mam.
Oczywiście dusiołka nie da się pozbyć w ciągu paru tygodni i oczywiście, że nie da się go pozbyć bezpowrotnie, niestety. I to jest mój cel na ten rok – nauczyć się znajdować równowagę. Słuchać organizmu. Nauczyć się wyczuwać ten moment, gdy za chwilę będę zbyt zmęczona/zestresowana, i reagować od razu. Dbać o to i bronić tego, a nie jechać na 7% baterii. Oraz – to będzie najtrudniejsze – nie denerwować się na zapas, nie nakręcać się.

Październik. Małymi kroczkami wychodzę na prostą. Lecę znowu do Londka, by usłyszeć z takim właśnie uśmiechem wykrzyknięte Olaaa! No, mnie też miło cię znów widzieć. Widzicie, jednak są w moim życiu rzeczy, które się nie zmieniają – dobrze wiedzieć. Zwłaszcza w kontekście upiorów wrześniowych.

Listopad. Amsterdam. Miasto, które odkrywam po kilku latach na nowo i które pozostaje cudowne. Wiozę do domu walizę pełną holenderskich serów, cała zatrwożona, że ten aromatyzowany marihuaną psy wywąchają na lotnisku. Psy nie wywąchały. Pan i władca zeżarł wszystkie, mrucząc i spoglądając na mnie miłośnie. Zawsze tak patrzy, gdy wydaję jedzenie. Gdybym była złośliwa, dodałabym, że jedynie wtedy.
Grudzień. Wrocław. Śledzę krasnale i oprowadzam cudzoziemców po mieście, którego nie znam, ale jako jedyna w zestawie znam lokalne narzecze, więc nadrabiam miną. Wracam do domu na święta, spędzam kilka dni na czytaniu, po czym mój ofiarny ojciec (jakby miał wybór) odwozi mnie na lotnisko o piątej rano, w śnieżycy aż miło, zarzekając się przez całą drogę solennie, że to ostatni raz, kiedy on mnie do jakiegoś Londynu odwozi. I żegnam poprzedni rok w tym samym mieście, gdzie go zaczęłam.
Powróciwszy do Krakowa, idę na Wesele w Starym – naprawdę bardzo trudno mi ten spektakl w jakikolwiek sposób ocenić, ale jedno wiem: owacja była momentem potężnym i poruszającym. Momentem, w którym wykonawcy i publiczność mocno złapali się za ręce – w przenośni, choć gdyby mogli, złapaliby się z pewnością. Nie da się tego teatru tak łatwo posłać do kąta. Ani widowni.

A co dalej?
Ba, zobaczymy. Nie mam planów podróżniczych – poza jednym. Planów teatralnych mam, jak to ja, co niemiara i zobaczymy, jak pójdzie z realizacją. Poza tym chcę tylko mniej tęsknić, bo to jednak był główny ból minionego roku. No i może zdrowiej jeść.

I’m a superstar in a wonderbra

Przedczoraj po zmierzchu szłam przez pozamykany przed nocnym pokazem fajerwerków Londyn, złorzecząc, że muszę nadkładać drogi, przeciskać się przez dziki (i częściowo już wstawiony) tłum i w ogóle po co mi to, w przyszłym roku spędzę sylwestra w domu.
Wczoraj wszakże, lecąc nad Europą, wzdychałam smętnie.
Nie dogodzisz.
Był to wyjazd, muszę przyznać, wyjątkowo udany. Być może najbardziej w tym roku (wybacz, mały paskudo). Każdego dnia przynajmniej raz płakałam, to fakt. Ale nie dlatego, że byłam nieszczęśliwa – wprost przeciwnie. To była wycieczka pełna silnych emocji, dobrych emocji. W jakiś przewrotny sposób oczyszczająca. Głównie moje konto, choć nie tylko.

Zaczęłam od musicalu. Tu muszę podkreślić, że ja za musicalami aż tak znowu nie przepadam. Dawkuję je sobie bardzo oszczędnie. A jednak, gdy usłyszałam o Romantics Anonymous, nos zmarszczył mi się znacząco i zanim zorientowałam się, co czynię, miałam bilet w koszyczku. Skusiłam się z dwóch powodów. Po pierwsze, rzecz wystawiana być miała w moim ulubionym teatrze na całym tym łez padole, Sam Wanamaker Playhouse. Po drugie natomiast, reżyserii podjęła się Emma Rice, dyrektor artystyczna Shakespeare’s Globe, z którym rozstała się niby w zgodzie po tym, jak uznano, że jej spektakle są jednak zbyt nowatorskie. Było to dla mnie ogromne rozczarowanie, bo lubiłam te jej barwne, głośne, krzykliwe adaptacje. Tym samym jej pożegnalny spektakl zobaczyć musiałam.
Jest to opowieść – na motywach filmu zresztą – o dwojgu chorobliwie nieśmiałych ludzi i o tym, co ich ze sobą połączyło, mianowicie o czekoladzie. I tu dygresja.
Gdy po raz pierwszy weszłam do Sam Wanamaker Playhouse, w maju 2014 roku, natychmiast pomyślałam, że to miejsce wygląda jak bombonierka. Jest maleńkie, intymne, siedzi się na ławeczkach niewygodnych biodro w biodro, więc i zażyłość ze współwidzami większa niż w normalnym teatrze, a aktor oglądany nawet z najdalszego punktu jest na tyle blisko, że zauważycie, iż prawego policzka nie dogolił; wnętrze z jego złoceniami naprawdę przypomina zdobione pudełeczko. Nie sposób byłoby znaleźć lepszego miejsca dla tego przedstawienia. Od progu bowiem macie wrażenie, że oto w jakiś czarodziejski sposób znaleźliście się w pudełku pralinek. Dostajecie zresztą czekoladkę od dziarskiej, mówiącej li po francusku panienki – zaznacza ona przy tym, że nie wolno czekoladki zjeść od razu, ale dopiero na sygnał. Bo to magiczna czekoladka.
Czekoladka odgrywa w przedstawieniu rolę rybki Babel, jeśli czytaliście Douglasa Adamsa.
Nie muszę dodawać, że kupiona zostałam od razu.
Ale tak naprawdę coś innego w tym spektaklu mnie ujęło. Nie słodycze, nie czarowna muzyka, nie wspaniałe role (poza dwojgiem głównych bohaterów aktorzy mają po trzy wcielenia i niekiedy tempo, z jakim przeskakują pomiędzy nimi, jest imponujące – ja w takim czasie z trudem bym jeden trampek zasznurowała, a oni przebierają się caluchni łącznie z peruką). Sama historia. Historia uczucia rozkwitającego pomiędzy ludźmi, którzy boją się własnego cienia. Którzy nie potrafią okazać komuś, że jest im bliski – bardzo by chcieli, ale gdy się za to zabierają, wychodzi im koślawo. Dla których prosta konwersacja, a już nie daj Bóg spojrzenie komuś w oczy to wyzwanie dnia. Widzicie, ja wiem, jak to jest i może dlatego tak mnie ten spektakl wzruszył. Wiem, że nieśmiałość, która postronnym może wydawać się urocza, wcale taka urocza nie jest. Jest osobliwym rodzajem paraliżu, który sprawia, że trudno nabrać powietrza w płuca, nie sposób mówić pełnym głosem, bo gardło ściśnięte, dłonie lodowate, w głowie pustka. Zupełnie jak bohaterka tego przedstawienia, ludzie nieśmiali wolą nie odnosić sukcesów lub świętują je po cichu, bo nie muszą wtedy się bać, że ktoś będzie na nich patrzył. Przez wiele lat celowo wystawiałam się na sytuacje, które mogły mnie zestresować, żeby pozbyć się nerwów – albo choć nauczyć się trzymać je na wodzy, żeby nie były aż tak widoczne. Jakiś tam postęp poczyniłam, to fakt. W końcu jednak walczyć z moją nieśmiałością i wycofaniem przestałam. Zrozumiałam bowiem, że nie muszę być przebojowa, nie muszę najgłośniej się śmiać, a w barze tańczyć na stole, nie muszę natychmiast ze wszystkimi się zaprzyjaźniać, nie muszę chcieć kontaktu fizycznego z ludźmi, których nie znam, nie musi wszędzie być mnie pełno, nie muszę koniecznie mieć czegoś do powiedzenia na każdy temat – bo to nie będę ja. Ja jestem cicha i wszystkim przejmuję się zanadto, i czasami wyglądam, jakbym musiała pooddychać przez chwilę do torebki. Tak mam. I już. Może i moja nieśmiałość nie jest słodka i rozczulająca dla mnie, ale skoro bywa słodka i rozczulająca dla innych, to może w sumie nie ma co udawać pyskatego mocarza?…
Śliczne to było popołudnie i wszyscy opuszczali widownię uśmiechnięci.
Autorka również.
By, otarłszy niedyskretnie łezkę wzruszenia, pobiec do Donmar Warehouse, gdzie oczekiwał jej sam James Norton.
(To znaczy, James Norton tak naprawdę mnie nie oczekiwał, bo i też na swoje szczęście nie ma pojęcia o moim istnieniu. Taka figura retoryczna. Niech mam coś z życia).
Oczywiście się zgubiłam. O ile po głównych arteriach West Endu mogę maszerować z zamkniętymi oczami, o tyle te uliczki kręte to moje przekleństwo. Ja mam fatalną orientację w przestrzeni. Wreszcie wpadłam zdyszana do baru w Donmar, zaordynowałam lampkę wina i udałam się na widownię, gdzie niechcący stałam się świadkiem kłótni pewnej pary. Para siedziała w rzędzie obok mnie. SiedziałaBY, gdyby się nie pokłóciła – szeptem co prawda, ale i tak wszyscy słyszeliśmy – i pani odmówiła kategorycznie zajęcia miejsca obok pana. Nie wiem, o co poszło. Pan usiadł, pani stała nadąsana. Ponieważ obsługa w londyńskich teatrach jest uprzejma, ale gotowa porazić was prądem, gdy nie współpracujecie, na 15 sekund przed rozpoczęciem spektaklu madame zgodziła się usiąść, ale w trakcie oklasków opuściła przybytek, ciągnąc za sobą długi i obfity tren swojego focha. Nigdy nie zrozumiem ludzi.
Ta jednakże kłótnia była ciekawym wprowadzeniem do samego przedstawienia, którego osią też jest związek. Ot, dwoje młodych i pięknych Amerykanów mieszka sobie w Paryżu, w dzielnicy Belleville. On ma świetną pracę, ona… no, poszukuje, powiedzmy, ale mieszka w Paryżu z przystojnym, odnoszącym sukcesy mężem u boku. Cóż może pójść źle, państwo zapytają.
Otóż od pierwszych scen widz czuje, że coś tu nie gra. Co gorsza, żadnego z dwojga bohaterów nie potrafi obdarzyć szczerą sympatią. I co gorsza, zachodzi w głowę, jakim cudem oni w ogóle są razem.
Paryż okazuje się piekłem, w którym dwoje ludzi uwięziło się z powodu pozornie niewinnych kłamstw. Jak wiemy, żeby przykryć jedno kłamstwo, wymyśla się drugie. Spirala się nakręca, aż wreszcie pęka. Ich piękny Paryż zawala się pod ciężarem fałszu i miłości, której nigdy chyba nie było, a jeśli była, to nie taka, która buduje, tylko taka, która ciągnie w dół.
Lubię historie pozornie o niczym. Największe tragedie przecież rozgrywają się właśnie w czterech ścianach mieszkań w ładnych miastach, najbardziej winni są ludzie pozornie doskonali.

Sobota.
Autorka leniwie zsuwa nóżkę z łóżka o ósmej rano, wymacuje kapciuszek, bierze prysznic, nakłada bransoletki, stawia kołnierz i zasuwa na wczesny lunch do Wellcome Collection po sąsiedzku. Wspaniałe muzeum – jak większość w Londynie, darmowe. Możecie sobie obejrzeć kolekcję pił do amputacji, krzesła porodowe sprzed wieków, zmumifikowane głowy i sztuczne nogi. A potem możecie zamówić dobrą herbatę i zjeść do niej naprawdę dobrą tartę. A że Tottenham Court Road za rogiem, to i za 20 minut szybkim krokiem będziecie na West Endzie.
Ale nie szłam na West End.
Przemierzyłam marszem Strand i przez Waterloo Bridge wmaszerowałam wprost w objęcia teatru Old Vic.

Złą prasę miał Old Vic ostatnio. Bo wiadomo, poprzedni dyrektor artystyczny i tak dalej.
Jest to jednakże wspaniały teatr, z bogatą historią i niezmiennie w czołówce. Wchodzących wita neon mówiący: „Dare, always dare”. Te słowa miała ponoć powieszone nad biurkiem jego pierwsza dyrektor, Lilian Baylis, postać raczej niesamowita.
Tenże teatr postanowił wystawić Opowieść wigilijną. Wiadomo, święta. I choć myślałam, że znam przecież tę historię doskonale z licznych adaptacji, i że jest to raczej przeznaczone dla ludzi, którzy jeszcze chodzą wcześnie spać i nie mają dowodów osobistych, kupiłam bilet i poszłam. Przeżyłam dzięki temu dwie doskonałe godziny, popłakałam się niemożebnie (nie tylko ja – facet obok mnie łkał rzewnie i bezwstydnie, i bardzo dobrze, teatr po to jest, żeby czasem spuścić trochę emocji, po prostu, jak dziecko). Można udawać cynika, wiecie, można mówić, że nie przepada się za całym tym bożonarodzeniowym cyrkiem i tak dalej, można mówić, że dorosłemu już tego i owego nie wypada – a jednak znienacka zdarza się coś, co sprawia, że oczy bardzo się pocą i zapomina się na dwie błogosławione godziny o całym świecie na zewnątrz.
Oto jest Ebenezer Scrooge, okropny, zgorzkniały. I trzy duchy świąt, które go odwiedzą, nim zegar wybije pierwszą. Scrooge’a gra Rhys Ifans – tak, ten sam. Spike z Notting Hill i sexy radio DJ z Radia na fali (uwielbiam). Wyśmienity aktor.
Podczas spektaklu na widownię pada gęsty śnieg i sfruwają brukselki na malutkich spadochronach.
Tak.
Brukselki na spadochronach.
Gdy myślicie, że w teatrze widzieliście już wszystko, sfruwają na wasz podołek brukselki. Na spadochronach.
Po spektaklu lekko spłakana pobiegłam za róg; gęgam swoje „przepraszam, nie chcę zajmować ci czasu” i mówię coś kosmicznie głupiego, co – jak to na ogół bywa – budzi zainteresowanie tego bardzo wysokiego kolesia, który, mimo że wyraźnie biegnie po coś do zjedzenia między dwoma spektaklami, zatrzymuje się na chwilę, by pogadać, składa zamaszysty podpis na moim bilecie, uśmiecha się do mnie i życzy mi szczęśliwego nowego. Jak na osobę, która z rzadkimi wyjątkami nie uprawia stagedooringu, z przyczyn opisanych kilka akapitów wyżej, to całkiem nieźle mi poszło, myślę. No i teraz nowy rok musi być szczęśliwy!
(A tutaj możecie posłuchać, jak Rhys mówi w swoim ojczystym języku. On na pewno potrafi wymówić „Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch”).

Pozostając na południowym brzegu, wolnym kroczkiem (z przerwą na grzane wino) podreptałam do National Theatre, a że byłam dużo za wcześnie, to spłukałam się sakramencko w tamtejszej księgarni. Powinnam jej unikać, ale jakoś zawsze mnie tam zaniesie. Zataszczyłam moje zakupy na widownię, usiadłam i obejrzałam Follies. Bo Imelda Staunton, wiadomo. Imelda Staunton to zwierzę sceniczne, jakich mało. Drobniutka postać o potężnej charyzmie i głosie, który obudziłby nieboszczyka. Sam spektakl fabuły może nie ma zbyt złożonej, ba, ma ją przeraźliwie prostą – ot, spotkanie dawnych gwiazd rewii po latach, odżywają wspomnienia, budzą się dawne, niespełnione miłości – ale jest takim rasowym, klasycznym musicalem z piosenkami Sondheima, z piórami i cekinami, ze stepowaniem i obrotową sceną. Nie jest to moja teatralna bajka do końca, ale przyznam, że oglądało mi się to z wielką przyjemnością, bo jest to po prostu niesłychanie dobrze zrobione, podręcznikowo wręcz. No i te cekiny. Będzie u nas w kinach, więc polecam. Zwłaszcza dla Imeldy. Trudno uwierzyć, że ta skromna starsza pani w garsonce to toksyczna i pociągająca Martha z Kto się boi Virginii Woolf.

Taka to była sobota.
W niedziele na ogół teatry w Wielkiej Brytfannie są zamknięte, ale że była to niedziela wyjątkowa, trafiły mi się dwa spektakle, w tym jeden wieczorny, ku mojej ogromnej radości. Najpierw udałam się wszak do muzeum. Do Sir John Soane’s Museum, które chyba stało się moim ulubionym z ulubionych, choć nie ma w nim kawiarni ani kanap do kontemplowania dzieł sztuki. Są za to tych dzieł sztuki setki, zgromadzone w ciasnej przestrzeni domu przy Lincoln’s Inn Fields, nietkniętego od 180 lat. Jeśli do Londynu nie wybieracie się w najbliższym czasie, a chcielibyście zobaczyć to absolutnie niewiarygodne miejsce – mam znakomitą wiadomość, otóż muzeum zdigitalizowano i tutaj możecie je zwiedzić. Soane, wybitny architekt, wolnomularz i zapalony kolekcjoner, życzył sobie, by jego oszałamiające zbiory były w pełni dostępne i tak się stało. W jego domu zatem (może to i dziwne, ale naprawdę niemal czuje się tam czyjąś obecność) jest nieco klaustrofobicznie od natłoku rzeźb, obrazów, szkiców, archeologicznych skarbów – łącznie z alabastrowym sarkofagiem faraona Setiego. Coś cudownego. Niesłychanie pobudza wyobraźnię. Natychmiast pomyślałam, że aż chciałoby się spędzić tam noc. To co prawda raczej niemożliwe, ale wyczytałam, że można zorganizować sobie prywatne zwiedzanie po zmroku (może sprawdzę, gdy będę przy forsie, co przy moim stylu życia nastąpi w przyszłym życiu).
Opuściwszy muzeum, pospacerowałam sobie przez podekscytowany sylwestrowo Londyn aż pod Tower Bridge. Długi był to spacer, ale nienudny. Nieopodal Tower Bridge otwarto kilka miesięcy temu nowy londyński teatr, nazwany – w życiu nie zgadlibyście – Bridge Theatre. Teatr jest duży, pachnie jeszcze nowością, ma wygodne fotele, dobrze zaopatrzony bar (można sobie zamówić na antrakt świeżo wypiekane magdalenki). Ma też gwiazdy w spektaklach, ponieważ jego głównodowodzącym jest były dyrektor artystyczny National Theatre, Nicholas Hytner, człowiek, za czasów którego w tymże pojawiły się największe hity – War Horse, Dziwny przypadek psa nocną porą czy też Frankenstein z dwoma nikomu nieznanymi aktorami w rolach głównych. To za czasów Hytnera pojawiły się tanie bilety i retransmisje spektakli. A i sam wyreżyserował na przykład Otella na tej scenie. Nawiasem mówiąc, Hytner wydał bardzo dobre i zabawne wspomnienia z czasów swojego kierowania jedną z najważniejszych scen tego globu, Balancing Acts, które serdecznie polecam. Nie tylko dlatego, że urodził się 7 maja, jak najdoskonalsi ludzie na tym świecie (autorka skromnie spuszcza oczy). Teraz jednakże Hytner ma swój własny teatr, a w tym teatrze Młodego Marksa z Rorym Kinnearem w roli tytułowej i prześwietnym oraz jakże przystojnym Oliverem Chrisem w roli Engelsa. Też będzie w kinach. Dobre – są momenty bardzo błyskotliwe – ale nie z gatunku spektakli zmieniających życie. Ot, przyjemnie zobaczyć. Czarujący Engels troszkę kradnie Kinnearowi – trochę dziwnie oglądać go z włosami… – przedstawienie.
Wyszłam rozbawiona, ale nie poruszona. Szczęśliwie nie był to koniec mojej wycieczki. Musiałam tylko wrócić na drugi brzeg, co proste nie było, ponieważ trwały już przygotowania do sylwestrowego pokazu sztucznych ogni pod London Eye – co w praktyce oznacza zamknięcie części nabrzeża oraz niektórych mostów. Autorka maszerowała zatem wybitnie okrężną trasą, klnąc pod nosem i mając nadzieję, że się nie spóźni.
Zdążyłam.
I bardzo się z tego cieszę.
Albowiem miałam najlepszy koniec roku, jaki mogłam sobie wymarzyć.
A rok ów ogólnie nie był dla mnie lekki – co zapewne mogliście wyczytać między wierszami i nie tylko.
Czasami jest tak, że coś wcale was nie interesuje, po czym nagle słyszycie w głowie głos opatrzności mówiący: KUP BILET. Macie jakieś takie dziwne przeczucie, że powinniście to coś zobaczyć. I tak właśnie było z Everybody’s Talking About Jamie.
Od dwóch dni mam ochotę mówić tylko o Jamiem, to fakt.
Kim jest Jamie, zapytacie.
Otóż Jamie Campbell to jak najbardziej prawdziwy chłopak z Sheffield, który jako nastolatek już wiedział, że chce zostać drag queen. I został. Pewnego dnia ktoś wpadł na pomysł, by z jego historii zrobić musical. Tak też się stało i spektakl stał się sensacją. Wystawiany początkowo w Sheffield właśnie, prędko trafił na West End, gdzie bilety sprzedają się na pniu, a krytycy nie szczędzą pochwał. Są i tacy, którzy twierdzą, że to będzie klasyk. Myślę, że mają rację.
Jest to niesamowicie ogrzewająca serce historia. Jamie jest uparty w swoim dążeniu. Jest zawadiacko pewny siebie, zbyt pewny czasem, jak to małolat. Szkolnemu dręczycielowi odcina się zjadliwie. Ale pod tą pewnością tkwią kompleksy i rany – ojciec go nie akceptuje, kiedyś mu powiedział, że jest paskudny i Jamie wziął to sobie do serca. Kartki urodzinowe za tatę wysyła Jamiemu nieustannie wspierająca go mama, dla której to, że syn chciałby w prezencie czerwone szpilki, nie jest najmniejszym problemem. Jamie wreszcie odkrywa, że mama niekiedy podszywa się pod tatę, by syn nie czuł się porzucony, i oczywiście się wścieka. Tak czy inaczej, wie, czego chce i zamierza pójść na szkolny bal w sukience. I pewnie, że idzie. Nie czekaj, aż ktoś pozwoli ci być sobą, mówi przyjaciółka Jamiego.
Siedziałam otoczona przystojnymi dżentelmenami (jeden z nich, jak się okazało, był szkolnym kolegą aktora w głównej roli – zjawiskowego), zatem niechcący słuchałam ich rozmów. Jeden z nich w antrakcie powiedział, że zwykle musicale są dobre w warstwie muzycznej, ale słabe, gdy idzie o sam tekst i fabułę, ale tu jedno i drugie jest bardzo dobre. Całkowicie się z tym zgadzam. Następnie dżentelmen ów zapytał, czy wino mi smakuje – to był sylwestrowy wieczór, więc bary w Apollo Theatre pracowały na najwyższych obrotach, a zwykle zdystansowani Anglicy byli nawet gotowi z kimś się zbratać. A ja w ostatnich godzinach 2017 roku przytupywałam dziarsko nóżką na widowni i klaskałam w rączki, i płakałam trochę, i śmiałam się głośno. To było TO. Tego potrzebowałam.
Wspaniałe, wspaniałe.
(Prawdziwy Jamie i jego mama przybyli zresztą na premierę – spójrzcie, jacy są cudni).

A gdy wracałam do hotelu przez miasto już gotowe na Nowy Rok, Spotify w moim telefonie, ustawione na tryb losowy, znienacka postanowiło – naprawdę! – zagrać mi tę piosenkę.
– No nie wierzę – powiedziałam w głos po polsku.

Oby nam się, moi mili, wiele takich „no nie wierzę” chwil zdarzało w 2018.

I feel it in my fingers, I feel it in my toes

Darzę wielką miłością pracowe spotkania wigilijne.
Żart.
W poprzedniej pracy były w miarę okej, bo ekipa mała i bardzo zżyta, w tej to dla mnie raczej obowiązek. Nie czuję się jakoś szczególnie związana z tym koleżeństwem (i szczerze pisząc, nie mam potrzeby jakoś bardziej się integrować, choć ludzie są bardzo mili). Niemniej jak wiadomo, czasem trzeba się pouśmiechać i powymieniać uprzejmości, więc poszłam. Rozmowa przy korzennym śledziku, zgodnie z oczekiwaniami, dotyczyła głównie niczego – trochę o śniegu, trochę o smogu, trochę o lepieniu uszek. Wreszcie, siłą rzeczy padło na noc sylwestrową.
– Wyjeżdżam – odpowiedziałam. Bo taka prawda. Sylwestra spędzam tam, gdzie w ubiegłym roku. Wracam w noworoczne przedpołudnie.
– Ale że sama?
– No… tak. Mój, eee, chłopak wtedy pracuje.
– Ojej, a to przykre. A co robi?
Aj, mój błąd. Pan i władca, widzicie, ma dość specyficzną pracę, zdaniem jednych superfajną, zdaniem drugich okropną, zdaniem moim nie mówmy o tym, bo się zdenerwuję, w każdym razie budzącą zainteresowanie. W każdym razie zwykle gdy mówię ludziom, czym się zajmuje, w odpowiedzi nie słyszę typowego uprzejmego „ahaaa…” (jak w moim przypadku) lub „czyli właściwie co?” (jak w moim przypadku). Nie nie, ludzie zwykle chcą wiedzieć więcej. Jest to jak najbardziej zrozumiałe, ale przychodzi taki moment, gdy już nie chcę mówić więcej. Wczoraj moje przesłuchanie trwało dobre pół godziny i sprawiło, że czułam się jak smażona na patelni.
Może to dziwne, ale ja nie lubię o nim mówić, niezależnie od tego, za jak wspaniałą i przystojną istotę go uważam. Niepytana raczej o gamoniu nie opowiadam, a zapytana staram się możliwie szybko zmienić temat – może to też z powodu niegdysiejszych przykrych doświadczeń, gdy ktoś uznał, że ma prawo do oceny moich inwestycji uczuciowych i dość mocno mnie tym zranił. Na tyle mocno, że był to ostatni raz, gdy tę osobę widziałam. Zadra powstała wskutek tego sprawiła, że stałam się może nadmiernie dyskretna. Z drugiej strony ja ogólnie nie lubię rozprawiać o moim życiu prywatnym, bo uważam, że dla osób, z którymi moje związki są raczej wątłe lub czysto zawodowe, nie powinno to mieć najmniejszego znaczenia. Ani nie chcę im się spowiadać, ani też nie jestem zainteresowana słuchaniem ich historii. No niestety. Ja nie z tych, z którymi można urządzić sobie ploty o facetach. Jest tyle ciekawszych tematów. Oj, wróć, to kiepsko zabrzmiało. Jest tyle INNYCH tematów.

Dziś dla odmiany poszłam po pracy na zakupy świąteczne, bo prezentów zero. I to był drugi błąd.
W przyszłym roku kupię w październiku.
Udało mi się kupić jeden prezent dla mamy, nie jestem zeń do końca zadowolona, ale jako że w tym dzikim tłumie poirytowanych ludzi zaczęło kręcić mi się w głowie, szybko uciekłam do domu. Na tarczy, znaczy. Jutro, ewentualnie w sobotę rano trzeba będzie podjąć kolejną próbę… chyba że do tego czasu znajdę w mieszkaniu coś, co mogłabym owinąć w ładny papier i podarować.
(Dobra, udało mi się też kupić dwie książki, bo akurat w księgarni nie było kolejki. Obie dla siebie. Jestem nędznym człowiekiem).

I think baking cookies is equal to Queen Victoria running an empire

Niedziele wynaleziono po to, by oglądało się programy kulinarne, leżąc na kanapie.

Dziesięć – ba, pięć lat temu nie napisałabym tego zdania, ale człowiek jednak się starzeje. A dla mnie w tym roku domowe niedziele to największa z wyobrażalnych przyjemności. Takie prawdziwe, od początku do końca, z comfort food, z kocem, z herbatą, bez pakowania się, bez myśli, że trzeba wstać o czwartej, a przede wszystkim w DOMU. W ramach podsumowania roku zaczęłam liczyć, ile nocy przespałam poza nim – ale przerwałam liczenie, bo przypomniałam sobie, że ostatnie noce tego roku także spędzę poza ojczyzną.
Idealnie byłoby, ażeby to panoiwładcza kanapa była. Niestety. Tęsknię za tym drabem ogromnie i nie mogę się doczekać, aż te ramiona rozłożyste mnie przygarną znowu. Chcę na gwiazdkę tylko tego, żebyśmy mieli czas dla siebie. Żadnych fajerwerków, brylantów, Seszeli.

Leżę zatem, oglądam, tęsknię. Myślę, że może przez rok jeszcze dam radę tak funkcjonować. Myślę, że gdybym miała znów wybierać zawód, postanowiłabym zostać cukiernikiem i piekła dla ludzi – lubię piec. To taka terapia, utytłanie łap w lepkim cieście wyśmienicie odstresowuje. A przy okazji ludzie nawet potrafią przełknąć to, com upiekła, zatem dobra nasza.
Wymęczyły mnie te ostatnie miesiące strasznie. Tak strasznie, że nawet odpocząć nie potrafię do końca.

Snappy snaps

No nie wierzę.

Blog.pl przechodzi do historii.

Wielkie nieba. Mój pierwszy blogasek tam założyłam. Żeby było śmieszniej, zrobiłam to, bo chłopak mnie rzucił i potrzebowałam miejsca, gdzie mogłabym wylewać żale. Było to wiosną 2001 roku.
(Swoją drogą, rzucił mnie dla swojej byłej i bardzo dobrze, że to zrobił – oczywiście wtedy tak nie uważałam, ale dziś tamta tragedia bardzo mnie cieszy. Myślę, że byłabym nieszczęśliwa. A tak, choć płacę swoją cenę za życie, które zawsze chciałam prowadzić, przynajmniej żyję w zgodzie ze sobą).
Blogasek tamże prowadziłam przez lat dziewięć, w czasach, gdy robiło się to dla zabawy, bo blogosfera była mała, ludzie się znali, wódeczkę razem pili, przyjaźnie były, romanse, co rusz afera wstrząsała tym światkiem. Pisało się o tym, co nas wczoraj na przystanku spotkało, a nie liczyło wejścia i publikowało listy 10 najbardziej trendy solniczek lub 25 najbardziej motywujących zdań z „50 twarzy Greya”. Na blog.pl swoje małe ogródki uprawiali naprawdę znakomicie piszący ludzie. Ludzie, którzy potrafili zrobić perełkę z historii o tym, jak rozmrażali lodówkę.
Ech.
Koniec epoki.

Ale, ale. Nie o tym chciałam.

Przeczytałam ostatnio w The Stage o tym, że producent teatralny dostał z liścia od partnera widzki, której zwrócił uwagę, bo używała telefonu w trakcie spektaklu. Rzecz działa się w teatrze Old Vic, który już i tak ma złą prasę ostatnimi czasy z uwagi na wiadomy skandal.
Fajnie, co?
Wiecie, ja jestem bardzo zasadnicza. Jeśli nie wolno, to nie wolno. Nie przechodzę przez jezdnię na czerwonym świetle (co prawda tegoroczne siedem tygodni we Włoszech sprawiło, że trochę poluzowałam tę gumkę, ale nadal za każdym razem udzielam sobie wewnętrznej reprymendy). Nigdy nie przekraczam żółtej linii. Nie wiem, czy czytaliście Aleję Słoneczną – głęboko identyfikuję się z postacią wujka w tej książce, który tak się obawiał kontroli granicznej pomiędzy Berlinem Wschodnim a Zachodnim, że kupiony batonik przylepił sobie taśmą klejącą do nogi i przemycał. Bo myślał, że nie wolno. Ja tak mam.
Ktoś może uznać, że mam kij w zadku. Może i mam. Generalnie jednak uważam, że jeśli coś jest zabronione, to jest zabronione. Istnieją, oczywiście, zakazy absurdalne, idiotyczne nawet, ale za większością z nich stoi jakiś przyczyna lub kilka. A zatem. Ja się naprawdę bardzo cieszę, gdy ludzie idą do teatru i podoba im się przedstawienie, które mnie się podobało. Ekstra. Ja się naprawdę bardzo nie cieszę, gdy minutę później widzę zdjęcie wyraźnie zrobione w trakcie przedstawienia. Tego robić nie wolno ani u nas, ani nigdzie – ze względu na prawo autorskie po pierwsze, ale też ze względu zwykły szacunek dla (kolejność przypadkowa) po pierwsze ludzi siedzących obok (wiara w to, że w ciemności widz obok nie dostrzeże światła z sąsiedniego fotela, jest mocno naiwna), po drugie dla wykonawców, którzy mogą nie chcieć być opstrykiwani ukradkiem – i zwykle nie chcą – chcą raczej, by ktoś z uwagą obejrzał. I wreszcie prawda jest taka, że podobne fotki, tak samo jak nagrania z koncertów – czyż nie kochamy tych chwil, gdy próbujemy zobaczyć nasz ukochany band na scenie przez las uniesionych rąk ze smartfonami… – są zwykle bezużyteczne. Zamazane, ciemne, gdzieś tam jakaś kolorowa plamka, która być może jest kimś sławnym, ale równie dobrze może być stojakiem na ubrania.
Na ogół nie reaguję, albowiem ja z tych nieśmiałych, więc tylko wzdycham nerwowo. Tym razem postanowiłam zareagować. I był to błąd.
Gwoli ścisłości, nadal jestem zadowolona, że w ogóle pokusiłam się o komentarz. Uważam, że złe zachowanie trzeba tępić. Ale co ciekawe, ludzie, którzy tak się zachowują, raczej nie mają poczucia, że zrobili coś nie tak. Wprost przeciwnie. Gdy zwróci im się uwagę, dostaje się w odpowiedzi „no to co, wcale nie czuję się winny/a”, a gdy powie się, że tu nie chodzi o winę, li o pospolite zachowywanie się zgodnie z zasadami – ojjjj. Generalnie get a life, gurl. Co się czepiasz. Kto ty wogle jesteś, żeby mie uwage zwracać.
Jestem widzem, który uwielbia teatr i dlatego stosuje się do zasad w nim przyjętych. To dość proste. Ktoś, kto się nie stosuje, dla mnie jest kawał buroka, ot i wszystko. Chcesz mieć fotkę przystojnego pana ze sceny? Idź za róg, przywitaj się, poproś, zapewne się zgodzi. Teatr powinien zostać w twojej głowie, nie na zdjęciach. Jeśli nie potrafisz tego pojąć, zostań w domu z popcornem z mikrofali.
Chcemy dokumentować wszystko za wszelką cenę, co może i byłoby dobre, gdyby nie fakt, że zapominamy to przeżywać przy okazji.

I cannot be felt or moved, but as you come closer, i get more distant

Gdy w poniedziałek musicie wstać o piątej i ZNOWU opuścić chałupę z walizką, po czym jechać pociągiem przez kraj posmutniały od zacinającego mokrego śniegu, to naprawdę bardzo miło znaleźć w skrzynce coś, co was uśmiecha od ucha do ucha. Są takie nałogi, którymi dobrze zarażać. Drobne niby rzeczy, które wcale nie są aż takie drobne, jak się okazuje.

Poza tym u mnie dziękuję, po staremu, co oznacza stan zawieszenia i jedno wielkie „nie wiadomo”. Piszę te słowa, ma się rozumieć, w hotelowym łóżku, bo gdzie mogłabym być. Tyle dobrego, że nie muszę martwić się o sprzątanie czy pranie, śniadanie też gotowe. Mam szklane ściany w łazience, z czego pan i władca byłby pewnie bardzo zadowolony, gdyby tu był. Żyć nie umierać. Prawie, no. No.
Udało mi się wywalczyć kilka biletów na spektakle Boskiej Komedii, co poczytuję sobie za ogromny sukces, niemniej z drugiej strony nie wiem, czy te bilety uda mi się wykorzystać, bo przecież mogę nadal być poza Krakowem, co nie byłoby niczym niezwykłym. Mam też inne bilety, bo przecież wieczór sylwestrowy trzeba spędzić w stosownym towarzystwie, ale o tym później.

Ten stan zawieszenia nieco już mnie męczy, przyznaję. Przyłapuję się na zazdroszczeniu ludziom tego, że mogą zaplanować sobie życie towarzyskie czy w ogóle cokolwiek. Niezmiennie powtarzam sobie, że sama chciałam i że nie może być idealnie – nawet gdyby z boku tak wyglądało. Wymarzona codzienność istnieje tylko na Instagramie, w odpowiednio wykadrowanych i przefiltrowanych fotach przyciętych do zgrabnego kwadratu, w postach blogerek lajfstajlowych, które radzą mi, jak mam organizować sobie czas – ten czas, którego nie mam. Wiem, że nie mogę być zachwycona moim życiem 24/7. Jeśli będę zadowolona przez połowę tego czasu, to już będzie dobrze. I generalnie jestem, mimo różnych niespodziewanych zawirowań tego roku. Nie muszę być codziennie – to jedno z odkryć dorosłości; dziołszka, musisz zrozumieć, że nie każdego dnia wszystko będzie pięknie i wspaniale. No i trudno, tak to już działa.

Splendid solitude

Śpieszę donieść, że Wrocław jest bardzo przyjemnym miastem, na mojej ulicy znalazłam krasnala (jak również, na mijanej codziennie wystawie galerii sztuki, grafikę, którą bardzo chciałabym mieć, ale boję się wejść i zapytać o cenę) i ogólnie podoba mi się bardzo. Miasto. I mają wystawę Cranacha, na którą zamierzam wpaść zamiast lunchu, gdyż inaczej to czasu nie znajdę.
Pomińmy może fakt, że usiłując rozgryźć palącą kwestię sterowania klimą i oświetleniem w pokoju hotelowym, rozregulowałam jedno i drugie całkowicie. Pierwszą noc przespałam przy „relaksującym” (tak było napisane w instrukcji) świetle i w narastającym ukropie. Nieważne.

Jedno tylko mnie tu dręczy nieco. Otóż spędzam długie dnie i wieczory z ludźmi. Z raczej przyjemnymi ludźmi, życzliwymi, zabawnymi, błyskotliwymi, to prawda. Pracujemy razem, jemy obiady razem, wyskakujemy na wieczorne drinki razem. Rankiem widujemy się w jadalni, gdy żujemy nieelegancko nasze niezdrowe śniadania, choć oficjalnie, rzecz jasna, spożywamy li komosę ryżową i popijamy takowoż ryżowym mlekiem.

Z drugiej strony cieszy mnie wielce czyjaś obecność. Tęsknię za panem i władcą, zwłaszcza wieczorami, więc dobrze mi robi na głowę towarzystwo.
Z trzeciej – mam tej obecności momentami całkowicie dość i wczoraj wykręciłam się raczej słabo, bo zwyczajnie chciałam pobyć sama. Posiedzieć sobie w moim pokoju owinięta w ręcznik, poczytać i tyle. Nawet przebywanie z bardzo kochanymi ludźmi w nadmiarze mnie męczy – potrzebuję swojego kawałka samotności – cóż dopiero z takimi, których znam od kilku dni. Nie jestem istotą jakoś bardzo społeczną, są chwile, gdy czuję, że muszę odseparować się byle szybciej. Samotność mnie uspokaja.

Na szczęście jutro do Krakowa, w sobotni poranek na lotnisko, jeden wieczór w mieście, którego nie ma (powiedziałam w końcu, że przyjdę znów), powrót, a potem jeszcze kilka dni tutaj. Właściwie to w tym roku z wolna przestaję zauważać różnice między własnym domem a hotelem.

Białe linie

Niewiele rzeczy tak irytuje, jak sprawdzanie służbowej poczty w weekend. Musiałam, bo jutro wyjeżdżam (tiaaa…), a adres biura na miejscu wyleciał mi z głowy. Coś mnie podkusiło, by mail od nadszyszkownika przeczytać – wysłany, jakże sprytnie, w piątek, gdy byłam już poza biurem, żebym wkurwiła się dopiero w poniedziałek. Nie znoszę takich zagrań, zwłaszcza gdy dotyczą spraw, które jednak porządniej byłoby zakomunikować w oczy. Ale to standard w tym wykonaniu.
Mniejsza o to.
Pan i władca pewnie rzekłby „Oleńko, olej” i to właśnie zamierzam zrobić.

Byłam wczoraj w Teatrze Śląskim, na Sztuce (jakie piękne, świetliste te moje Katowice się zrobiły!). Owszem, widziałam tę sztukę wcześniej, w dalekim kraju i z inną obsadą. Tamta wersja podobała mi się nieco bardziej – chyba dlatego, że była prościej, oszczędniej zagrana; nie jestem fanką nadmiernej afektacji, a na naszych scenach zdarza się czasem obserwować emfazę i wyolbrzymianie gestów, zamiast powściągania ich. I to czasami brzmi nienaturalnie. Co nie zmienia faktu, że jest to znakomicie napisana rzecz, rzecz dla trzech różnych aktorów o różnej ekspresji, rzecz opisująca historię przyjaciół, których wieloletnia relacja zostaje wystawiona na ciężką próbę po tym, jak jeden z nich dokonuje osobliwego zakupu.
Kupuje obraz.
Biały.
Za straszne pieniądze.
Może ze snobizmu, jak podejrzewają kumple, którzy uważają, że oszalał, a dzieło jest niewiele warte. Może dlatego, że naprawdę mu się podoba (choć cóż w tym do podobania się – białe linie na białym tle!). Trudno powiedzieć. W każdym razie coś sprawiło, że postanowił wydać szaloną kwotę. Niby jego sprawa, a jednak ten właśnie obraz sprawia, że wieloletnia przyjazń chwieje się w posadach i przez chwilę nawet wydaje się, że z powodu głupiego płótna na dobre się rozpadnie. Ale nie chodzi tylko o płótno. Nagle bowiem wyłazi cała masa skrywanych pretensji – jeden przyjaciel serdecznie nienawidzi żony drugiego. Drugi uważa, że wielkoświatowe aspiracje pierwszego zniszczyły ich przyjaźń, bo poczuł się odtrącony. Trzeci żeni się z kimś, kogo nie kocha, żeby wreszcie reszta towarzystwa przestała drwić z jego nieudacznictwa.
Yasmina Reza pisze wyśmienite, gorzko ironiczne sztuki o drobiazgach, które urastają do rangi wojen i tragedii tylko z powodu ludzkiego uporu, zjadliwości, egoizmu, chęci zaimponowania – albo niechęci do urażenia kogokolwiek, niechęci do zajęcia stanowiska, żeby wszystkim było miło. I mimo, że to pozornie tylko komedia o gościu, który kupuje bohomaz, żeby cieszyć się jego „wibracjami”, to w gruncie rzeczy seria pytań. Czy mamy prawo oceniać czyjeś wybory – w sprawach banalnych i mniej banalnych? Czy mamy prawo mówić komuś, że to, co bardzo chciał mieć i wreszcie ma, jest nic nie warte? Czy możemy zawsze zachowywać wygodny dystans i unikać konfliktów za wszelką cenę?… Przypomina mi się słowo kiedyś namiętnie używane przez jednego z moich wykładowców, a doskonale pasujące do przesłania tej sztuki – paralaksa. To, co widzisz, wygląda inaczej z innego miejsca. Może zatem warto czasem uznać, że to, co dla mnie jest badziewiem, dla kogoś jest bezcenne. Coś, co ja uważam za zbędne całkowicie, komuś jest potrzebne.

Oczywiście jako znana w pewnych kręgach „kolekcjonerka” „sztuki” chichotałam w tych miejscach, w których nikt inny się nie śmiał. Norma.
(Nawiasem mówiąc, mój ulubiony ahtysta wczoraj wyprowadzał lisa – prawdziwego lisa – z teatru, bo się lisek zaplątał. I widzimy się znów za dwa tygodnie. Ale to tylko taki wtręt. W ogóle się nie cieszę).

Tom się nagadała. Świtem natomiast do Wrocławia. Oddam się za bilet na Makbeta w Capitolu, gdyż brak ich w dniach, gdy tam będę.

Talk dirty to me

Wysiadł nam przedwczoraj prąd w mojej części grajdołka. Akurat tego dnia, gdy z zadowoleniem wracałam wcześniej z roboty, myśląc, jak to miło spędzę wieczór. Spędziłam bardzo miło, przy świecach. Bez herbaty, bez piekarnika, bez ogrzewania, BEZ INTERNETU, bez ciepłej wody w kranie (przepraszam za ten wulgarnie polityczny wtręt).
Bez domofonu. Co nie byłoby problemem, gdyby wasza niżej podpisana była lepiej zorganizowana i nie zgubiła klucza do drzwi wejściowych. Uściślając, nie zgubiłam go. Wywaliłam niechcący, wynosząc śmieci. Nieważne, nauczyłam się kodu na pamięć – a tę mam upierdliwie dobrą – więc radziłam sobie świetnie bez rzeczonego klucza. Jak się okazało, nie tylko ze mnie taka dupa wołowa, bo dotarłszy do domu, odkryłam, że przed klatką schodową przestępuje nerwowo z nogi na nogę kilka osób, wyczekując niecierpliwie momentu, aż ktoś postanowi wyjść, ergo drzwi się otworzą.
I wtem się otwarły.
Powiadam, Hiddleston pod stage door marzyłby o takiej ekstazie, z jaką powitany został nasz sąsiad wyprowadzający psa na spacer.

Młodzian z naprzeciwka za to odprowadził mnie pod same drzwi, „bo ja mam jeszcze dużo baterii w telefonie, to poświecę pani, aż pani drzwi otworzy”.

Ale nie o tym chciałam tak naprawdę.

Czytam sobie, wiecie, o tym pisarzu, co się nieładnie wyraził.
Czytam sobie jego obronę. Żarliwą. W wykonaniu kobiet. Pisarek, dziennikarek.
Panowie artysty mają swój język. Bo to taki kod. Tak się w pewnych kręgach mówi. Taki żarcik, poczucie humoru trzeba mieć. Oczywiście nie każdy rozumie seksistowskie żarty, ale żeby zaraz shitstorm urządzać, ojejej.
Że tak przekornie powiem, chuj, a nie kod.
Każdy głupi potrafi posługiwać się wulgaryzmami. Sama to często robię, zbyt często najpewniej, a pan i władca jeszcze to już w ogól przeklina sakramencko, gdy się zirytuje, ale nigdy nie robi tego publicznie. Kuchennej łaciny używają właściwie wszyscy ludzie, których znam. Ludzka rzecz. Natomiast to, w jaki sposób jej się używa, to już inna sprawa. To nie jest tak, że komuś wolno więcej, bo jest cyganerią. To nie jest tak, że można buraczane zachowanie tłumaczyć, iż to takie środowisko, w tym środowisku to norma. To w końcu nie jest tak, że możemy publicznie pieprzyć, co nam ślina na język przyniesie.
Wisienką w tej całej sprawie była reakcja dziennikarki, która pisarza wzięła w obronę, zaprezentowawszy przy tym kilka jego flagowych dowcipów i chyba nie spodziewała się, że ludzie zareagują na jej wpis takim oburzeniem. Te czarownie frywolne grepsy pisarza, które zacytowała, coś tam o dwóch batach, okazały się bowiem nie tyle strzałem w stopę, co upuszczeniem sobie na nią granatu odłamkowego. Zamykając komentarze, strzeliła rasowego focha i napisała coś o nienagannych zasadach moralnych adwersarzy. No lytości. Tu nie chodzi o zasady moralne, bo mój dla przykładu kręgosłup jest giętki i mam na sumieniu czyny od moralności tak odległe, jak Auckland od Krakowa. Tu chodzi o elementarną przyzwoitość i dobre wychowanie. O to, żeby nie być przykrym bucem. Rzecz zrabialna i w sumie całkiem prosta.
Nie znoszę tłumaczenia chamstwa poczuciem humoru, bo jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Jeszcze bardziej nie znoszę stosowania podwójnych standardów. Bo istotnie, gdyby taki tekst padł z ust kogoś, kogo modnie jest nie lubić, wielkie byłoby oburzenie. Ale padł z ust, wicie rozumicie, intelektualisty, reprezentanta bohemy i tak dalej, ogólnie swojego człowieka. A że swój, to będziemy kosztem pogrążania się bronić go za wszelką cenę. Ja wiem, dysonans poznawczy i tak dalej. Zdążyłam w życiu swoim niestety poznać znanych i lubianych, którzy w realu byli tak aroganckimi bucami, że aż bolało.
Tu nie ma czego bronić.
Zawsze zaczyna się od słów, taka prawda.
Zawsze jeden z drugim powie, że jedna z drugą z kijkiem w dupie nie poznała się na żartach.
Bo ci fajni, ci z poczuciem humoru takim, wiecie, to zawsze ktoś się ich głupio uczepi.
Toteż ja się ich czepiam w tym wpisie.

Ik spreek geen Nederlands

Poznałam kiedyś kogoś, kto nie lubił Amsterdamu.
Ale jak to, nie mogłam się nadziwić. Jak można nie lubić Amsterdamu? To jak nie lubić weekendowych poranków. Czekolady. Przytulania po rozkoszach. Prysznica po zbyt długim dniu. Śniadania, które ktoś dla was zrobił. Wychodzenia z biura w piątek, krokiem Tony’ego Manero.
I nadal nie mogę się nadziwić. Amsterdam jest bowiem miastem niesłychanie sympatycznym. W odróżnieniu od Londynów czy innych Madrytów jest też uroczo kameralny (pomijając lotnisko, które jest tak ogromne, że zdawać by się mogło, iż połowę Niderlandów zajmuje). Ja tam go lubię.
Przede wszystkim natomiast lubię Holendrów.
Są oni narodem ogromnym.
Dosłownie.
Są tacy, że ja, dumny metr siedemdziesiąt trzy, głowę zadzieram, żeby z jednym czy drugim kontakt wzrokowy jako taki móc utrzymać. Jak wspominałam, według badań Holendrzy są najwyższymi ludźmi na świecie i wierzcie mi, w odróżnieniu od wielu bzdurnych opinii naukowców typu „spanie na lewym boku sprawia, że częściej masz koszmary” jest to absolutna prawda i rzecz, którą bardzo szybko zauważycie. Wiecie, że jesteście w Holandii, bo nagle czujecie się jacyś tacy niewyrośnięci. Mam taką teorię, że oni – mieszkając w kraju jednak płaskim, a nawet wklęsłym – mają dalej do słońca i dlatego tak rosną. No chyba że to przez goudę.
Mniejsza wszak o ich zewnętrzność. Holendrzy są narodem przyjaznym. Uśmiechniętym. Bezpośrednim. Co prawda uścisk dłoni te olbrzymy potrafią mieć miażdżący, ale wolę miażdżący niż zdechłego śledzia (swoją drogą, śledzie też mają fenomenalne). Bardzo łatwo nawiązać z nimi kontakt, żartują, zagadują, ciekawscy są i pomocni. Pomijając roześmianych dryblasów w biurze – wczoraj otóż stoję sobie w kolejce do kasy w supermarkecie. Koszyk wyładowany waflami, serem, piwem, wszak nie wrócę do domu bez prezentów. Kasjerka pyta, czy mam ichnią kartę lojalnościową. No nie mam. Skąd mam mieć. Ja tu przecież tylko na chwilę.
– Powiedzmy, że masz – mówi kasjerka i płacę o kilka euro mniej niż powinnam.
W biurowej kantynie podobnie. Gdy wczorajszego popołudnia koleżanka odbiła się od drzwi, bo przyszła o kwadrans za późno, kucharz zrobił jej kanapkę za jeden uśmiech.

Amsterdam już kiedyś zwiedzałam i w snach najśmielszych nie podejrzewałam, że kiedyś praca mnie tam przywiedzie. A jednak. Nie miałam tym razem czasu na leniwe snucie się po nim – a jest to miasto wymarzone do leniwego snucia – ale udało się troszeńkę wieczorami połazić, zjeść frytki z joppiesaus, czmychać przed falangami rowerów nadjeżdżających znienacka, cebulki tulipanów dla mamy kupić. Dobrze mi zrobił. Amsterdam to takie miasto, w którym człowiekowi kąciki ust bezwiednie się unoszą.

Wczoraj wieczorem siedzę w samolocie niosącym mnie do domu i wyglądam przez okno, za którym spokojnie, miarowo miga światełko na skrzydle. Przypomina mi się kawałek z The Art of Travel de Bottona (można go nie lubić, ale ta książka mu się udała; jak na ironię, kupiłam ją bardzo daleko stąd): The engines show none of the effort required to take us to this place. They hang in the inconceivable cold, patiently and invisibly powering the craft, their sole requests, that we do not walk on them and that we feed them „Oil only’. Jednostajny, kojący szum – który w istocie jest potężnym wyciem przecież, ale tego nie mam szans usłyszeć zamknięta w środku – sprawia, że powieki mi opadają. Lądujemy. Kraków. Czterdziesty pierwszy lot w tym roku za mną.
Czterdziesty kurwa pierwszy.
To oznacza osiemdziesiąt dwie wizyty na lotniskach. Gdyby podsumować ten czas, spędziłam na nich łącznie kilka dni.
Zawsze chciałam dużo podróżować i cieszę się ogromnie, że mogę, mimo niewątpliwego zmęczenia, które temu towarzyszy. Ale zaprawdę, gdy sobie policzyłam czas spędzony poza domem w tym roku, odrobinę się zdziwiłam. Rzecz jasna, zawsze sobie tego życzyłam, ale wiemy, jak jest – gdy o czymś marzymy, opatrzność lubi cisnąć w nas całą toną tego. Jakby mówiła: masz, żebyś znowu nie marudziła za jakiś czas. Tylko pamiętaj, złotko, sama chciałaś.