Ó Gente da Minha Terra, czyli podróże z moją matką

Zawsze chciałam pojechać do Portugalii.

Odkąd zobaczyłam Vitora Baię w bramce reprezentacji… Tfu, to jest odkąd w ogóle podróżuję, chciałam pojechać do Portugalii. Bo Portugalia kojarzyła mi się z końcem Europy. Dalej nic, tylko ocean.
Nie składało się przez wiele lat. Aż któregoś popołudnia wpadły mi w oko bilety, a że muszę do końca roku wykorzystać urlop, spytałam uprzejmie Najlepszego Szefa Pod Słońcem, Najlepszy Szef Pod Słońcem się zgodził i tyle mnie widziano.

Ma się rozumieć, nadal rwał mnie grzbiet, ale nie ma to tamto, trzeba jechać. W poniedziałkowy poranek pojechałam na lotnisko – co nie jest dla mnie niczym niezwykłym, ale tym razem jechałam lecieć na wakacje, zatem mogłam wina się napić i w ogóle. No i miałam towarzysza podróży. Moją mamę. Picie wina o jedenastej rano jest nieco degrengoladą, picie wina o jedenastej rano z własną matką jest degrengoladą level master, a płacenie lotniskowych cen za lampkę wina wypijaną z własną matką o jedenastej to już w ogóle jest poza skalą.
W każdym razie. Poleciałyśmy i wylądowałyśmy.
– Pierwszy raz w Lizbonie? – pyta kierowca. Potakuję.
– Piękne miasto. I ludzie, ludzie bardzo mili! A lubicie owoce morza? Owoce morza mamy najlepsze na świecie.
Oba stwierdzenia prawdziwe.
Język portugalski brzmi bardzo szorstko na dzień dobry. Zdążyłam się z nim osłuchać za młodu, bo mieszkałam podczas studiów z fanką kultury brazylijskiej, zatem Fernanda Porto i Tribalistas jechali w naszym mieszkanku non stop. Portugalski wygląda jak język romański, ale tak nie brzmi – brzmi surowo i obco. Brzmi jak język cudzoziemców, podróżników i żeglarzy. I zarazem tak śpiewnie, że nic dziwnego, iż kochają swoje fado, muzykę przepełnioną tęsknotą.
– Jutro mamy w naszej restauracji koncert fado – powiedział zaaferowany recepcjonista w hotelu. – Powinnyście przyjść. To taka piękna muzyka, której słucha się oczami.
?
– No, płaczesz – wyjaśnił.
Nie jestem pewna, czy to najlepsza rekomendacja, zwłaszcza dla mnie, która jestem okropną i nieuleczalną beksą i mazgajem, ale fado kocham.

Nasz pensjonat był absolutnie fenomenalny. Mieścił się w XVI-wiecznym pałacu, więc podłogi skrzypiały, a i kanalizacja nieco nawalała, ale było to piękne, dostojne i przytulne miejsce z salonem (i kominkiem!), łaźnią turecką w piwnicach i uroczo staroświecką kuchnią, w której zawsze na gości czekało świeżo upieczone ciasto i jabłuszka; i z pysznościowymi śniadaniami – kiedy ostatnio jedliście ryż na mleku z cynamonem?… Kuchnia była w pełni wyposażona, lecz ze względu na jej staroświeckość nowoczesne sprzęty były sprytnie zamaskowane.
Ponieważ nadal miałam zepsuty kręgosłup, tuż po dotarciu na miejsce zdjęłam portki i nieskromnie odziana zaległam na wznak na łóżku.
Wtem. Matka, która poszła do kuchni po wspomniane ciasto, otwiera drzwi, a za nią stoi jakaś zdezorientowana kobieta.
– Oluś… Bo tu pani nie potrafi znaleźć lodówki, pomogłabyś?
Nie mam pojęcia, jak moja nieznająca za bardzo angielskiego matka zrozumiała, czego pani szuka. W każdym razie w samych majtasach wyruszyłam do wspólnej kuchni, sama nie mając pojęcia, gdzie jest ta cholerna lodówka. Zdezorientowanej podróżniczki już i tak nie mogłam bardziej zdezorientować. Ale lodówka się znalazła. Autorka w swoich majtasach wróciła leżeć na wznak.

Lizbona to jest miasto absolutnie przeurocze. Zwłaszcza w listopadzie, i nie piszę tego ironicznie. Nawet jeśli pada, a może i szczególnie wtedy, choć bruki są mokre i śliskie, a bez parasolki ani rusz. Lizbona sprawia wrażenie małej i w jakiś sposób przytulnej, a najlepiej się ją zwiedza, zapomniawszy mapy. Znakomite miasto dla tęskniących za górskimi wycieczkami, bo chodzi się tam niemal wyłącznie w górę lub w dół, niekiedy całkiem stromo – ale gdy człowiek bardzo się zmęczy, to może podjechać kawałek słynnym tramwajem. Tramwaje nie tyle jeżdżą, co telepią się pomaleńku, zwykle są sakramencko zatłoczone, bo rzecz jasna, każdy chce się przejechać.
Pierwszego dnia dziarsko pojechałyśmy – tramwajem, ma się rozumieć – w pobliże słynnego klasztoru Hieronimitów i wieży obronnej Belém, która stoi naprawdę na krańcu świata, prawie tak się wydaje, bo niedaleko za nią rzeka łączy się z oceanem. Zresztą stoi częściowo w wodzie. W olśniewającym klasztorze Hieronimitów natomiast pochowany jest pewien facet, który dość lubił podróżować, jak ja, pod nazwiskiem Vasco da Gama. I ta dzielnica Lizbony, miejsce, z którego statki wielkich odkrywców wypływały w podróż, miejsce, gdzie na horyzoncie widzicie otwierający się ocean, a za plecami, raptem dziesięć minut dalej macie sarkofag człowieka, który dopłynął do Indii, to nie tyle punkt na mapie, co przeżycie. Dość wzruszające na swój sposób. Oto stoicie prawie na końcu świata.

No dobrze. Tramwaj zaliczony, wieża Belém zaliczona, Vasco da Gama odwiedzony, czas pomyśleć o czyś poważnym.
– Mamo, może byśmy coś zjadły?
– Sardynki.
– Ale ty nie lubisz ryb (przyp. aut. – moja mama jest praktycznie wegetarianką i naprawdę nie cierpi ryb, w odróżnieniu ode mnie).
– Ale tu bym chciała spróbować. I dorsza!
Portugalia stoi sardynką i dorszem, i przyrządza te ryby fenomenalnie. Sardynka jest w menu niemal każdej knajpy, po Lizbonie rozsiane są sklepy, w których sprzedaje się li puszki sardynek. A w knajpach taką prostą rybkę podają wam na grzance i jesteście w niebie.
W drodze z Belém wstąpiłyśmy jeszcze na przęsło słynnego mostu 25 Kwietnia, łączącego odległe o ponad dwa kilometry brzegi rzeki Tag. To wiszący most i możecie z bliska przyjrzeć się linom, które go trzymają (i powiedzieć na wdechu „o matko”) oraz zrobić niezgorsze zdjęcia z punktu widokowego z częściowo przezroczystą podłogą.

Najbardziej bez dwóch zdań ujęła mnie niedaleka Sintra, do której jedzie się pociągiem, a potem wciska do autobusu na malutkim dworcu. Pociąg zasuwa przez blokowiska na przedmieściach Lizbony, z wolna coraz więcej zieleni i chmur wkrada się w obrazek za oknem…
– Ale mają ładne ogóreczki w ogródku – zaobserwowała matka. – A mnie w tym roku nie wyrosło nic a nic.
… aż wreszcie lokomotywa zatrzymuje się na peronie w Sintrze.
Sintra jest trochę nie z tego świata. W Lizbonie tamtego ranka było piękne słońce, rozkosznie. Pobliska Sintra była spowita gęstą mgłą. Wspina się człowiek autobusikiem w górę aż do samych pałaców, z kierowcą wielce przystojnym i obojętnym na zakręty i fakt, że absolutnie nic nie widać.
Zanurzone w chmurach i gęstej zieleni pałace Sintry są jak sen. Szczerze pisząc, dla mnie to miejsce, które każdy w naszej części świata powinien odwiedzić, zapomnijcie o lśniących stolicach. Dwa najważniejsze pałace Sintry powstały całkiem niedawno, bo w XIX wieku (choć jeden wyrósł na ruinach dawnego klasztoru). Stojąc na wzgórzach nad oceanem, bezpiecznie otulone chmurami, są jak tajemnicze ogrody, trochę nierealne. Palacio da Pena wygląda jak scenografia do filmu fantasy, jakby ktoś użył za dużo kolorów i filtrów, ale jednak, przy całej swojej kiczowatości, jest zarazem fascynujący i piękny, zwłaszcza w mgle, w której sprawia wrażenie baśniowego, zaklętego pałacu.
Zjechałyśmy w dół do centrum Sintry, napiłyśmy się słynnej ginji z czekoladowych kieliszków na rozgrzewkę i ruszyłyśmy z buta do Quinta da Regaleira.
Quinta da Regaleira to jest niesamowite i przedziwne miejsce, a słynna Studnia Inicjacji tak naprawdę nie jest studnią i nie wiadomo po dziś dzień, po co ją zbudowano, ale wrażenie robi ogromne.
I tu muszę wam się do czegoś przyznać.
Otóż ja nie cierpię krętych, ciasnych schodów. Mam natychmiastowy rzut klaustrofobii. A tam jeszcze ciemno i mokro w dodatku.
ALE ZLAZŁAM na samo dno tej studni.
– Ale było fajnie – rzekła moja matka. – Patrz, jakie świetne zdjęcia zrobiłam po drodze! O, a tam jest jaskinia, chodźmy!
Ja nie wiem, po kim ja ją mam.
Wróciłyśmy do Lizbony.
Madre stwierdziła, że dzień jeszcze młody, więc trzeba może jeszcze skorzystać z Lisbon Card, i ustawiła mnie w kolejce do windy Santa Justa. Szyb windy jest bardzo piękny, sama winda jak winda, a gdy się nią wjedzie na górę, czekają na was kolejne kręte i ciasne schody.
Ale za to jakie widoki. Serio, to jest jedno z najpiękniejszych miast, jakie w życiu swoim widziałam.

Dzień ostatni.
Mimo wiatru i deszczu następujących naprzemiennie wyruszyłyśmy dziarsko do zamku górującego nad miastem – widoki już bez zaskoczenia ponownie olśniewające, to fakt, Lizbona jest naprawdę uderzająco malownicza. Po drodze w dół, zjadłyśmy jeszcze ciepłe pasteis de nata (słowa nie opiszą, jakie to jest pysznościowe, gdy ciepłe – to niby tylko kruche ciastko z budyniem, ale każdy w życiu potrzebuje takiego ciastka), przeczekując deszcz w jednej z bardzo, BARDZO licznych lizbońskich cukierni, i kolejny deszcz w Mercado da Ribeira (croquetas z konfiturą z fig!). Po drodze jeszcze bardziej w dół odwiedziłyśmy lizbońską katedrę i jezuicki kościół świętego Rocha, piękny, bardzo złoty i bardzo mroczny, zasponsorowany między innymi przez Borgiów. Z TYCH Borgiów, wiecie. W kościele tym, oprócz absolutnych cudów, w tym odbierającego dech sufitu, stoi też absolutnie straszliwy Jezusek, odziany w fiolet, z plastikowymi włosami i oświetlony jarzeniówką.

– Podobało ci się? – spytałam, gdy samolot unosił nas do domu, minąwszy inny słynny lizboński most, imieniem – nie zgadniecie – Vasco da Gamy.
Matka lekko się zadumała i odłożyła krzyżówkę.
– Bardzo – odparła.
I to jest dla mnie najważniejsze.

Oh my God, we’re back again

Londyn na szczęście pozostaje Londynem, ciepłym i deszczowym, szumiącym nieustannie od świtu do świtu, trochę brudnym, trochę za dużym. Cieszyłam się, gdy znowu tam wylądowałam. Spędziłam w tym mieście tyle nocy i poranków, tyle razy już je odwiedzałam, a jednak ciągle czuję ten sam przyjemny dreszcz. To zawsze trochę tak, jakbym szła na randkę.

Am I original?

Tym razem też wszystko zapowiadało się pięknie. Miałam bilety na pięć spektakli, pogoda całkiem przyjemna i był tylko jeden drobny problem. Otóż mianowicie po wielu latach świętego spokoju odezwała się moja nieszczęsna dolegliwość, która sprawia, że nerwy (te w ciele, nie te w głowie, choć to bywa powiązane) buntują się i dostarczają frapujących wrażeń w rodzaju irytującego, tępego bólu, dającego się we znaki zwłaszcza przy siedzeniu. Innymi słowy, pięć spektakli tym razem mogło stać się przyczyną mojej wielkiej udręki. No nic.

Zaczęłam od Come From Away – bo to najbardziej leczniczy spektakl, jaki można sobie wyobrazić. O tym, jak zupełnie obcy ludzie wrzuceni w sytuację, której nikt wcześniej sobie nie wyobrażał, pomagają sobie nawzajem. I somewhere in the middle of nowhere, w mieścinie na Nowej Fundlandii zawiązują się trwałe przyjaźnie, trwające do dziś, osiemnaście lat po 11 września. Prościuchno zrobione, z raptem tuzinem aktorów grających po kilka ról i krzesłami, które pozwalają błyskiem zmienić scenę w kawiarnię Tim Horton’s, wnętrze samolotu, autobus, szkołę, bar, wreszcie znowu samolot, tym razem odlatujący do USA, do domu. Mimo tragedii w tle, jest to musical z ogromnie pozytywnym ładunkiem, jakby ktoś was ciepło uścisnął, nie tak od niechcenia, tylko całym człowiekiem. Każdemu będę polecać, zwłaszcza gdy czuje się nieszczególnie i nawet jeśli nie cierpi musicali, bo ma to moc ogromną. Jest… szczere. A to bardzo ważne.
Otarłam łzę, wróciłam do hotelu, padłam plackiem na łóżko, by zreanimować kręgosłup, po czym ruszyłam do Old Vic.
Old Vic od paru lat praktycznie nie ma słabych rzeczy w repertuarze – ten rok miał wyjątkowo udany. Był to również rok lśniący od gwiazd na scenie. Lungs stało się hitem na wiele miesięcy przed premierą, bo okazało się, że w dwóch głównych rolach – w dwóch jedynych rolach – wystąpią Claire Foy i Matt Smith, znani ogromnie z telewizji. Oczywiście obsadzanie sławnych aktorów, choć z pewnością nęci publiczność, ma ten minus, że oni sobie nie zawsze radzą na scenie i czasami nie są w stanie obronić spektaklu, który jest zwyczajnie słaby.
Lungs tego ryzyka nie niosło, choć przedstawienie, w którym grają tylko dwie osoby, samo w sobie jest przedsięwzięciem ryzykownym, jeśli brak między nimi chemii. Smith to dobry aktor sceniczny jednak, człowiek ogromnie charyzmatyczny, ale ustąpił nieco miejsca Claire Foy, która tak naprawdę ciągnie to przedstawienie i można odnieść wrażenie, że robi to kompletnie bez wysiłku. Jako kobieta, która staje przed najważniejszą decyzją w życiu – czy mieć dziecko, czy mieć dziecko z tym mężczyzną – jest bardzo przekonująca; nieco neurotyczna, nieustannie na krawędzi podekscytowania i przerażenia, niepewna siebie, niepewna przyszłości, niepewna wszystkiego. To uczucie, które każda z nas dobrze zna, zwłaszcza że w pewnym momencie dociera do nas, że decyzja będzie nieodwracalna. To jest sztuka bardzo dobrze napisana, wielce dynamiczna, w której czas przyśpiesza coraz bardziej – sztuka o ludziach, którzy w pewnym momencie czują, że powinni zacząć podejmować dorosłe decyzje, powinni zacząć brać odpowiedzialność, ale nie do końca chcą. I, jak często się dzieje, zanim się namyślą, życie decyduje za nich.
Wielu widzów wybuchało śmiechem w momentach, które mnie zupełnie nie wydawały się zabawne, raczej gorzkie. Zapewne to kwestia osobistych doświadczeń.

Am I the only one?

Nastał czwartek. Obudziłam się odrętwiała jak Blaszany Drwal.
Bilet na Ghost Quartet kupiłam w dniu, gdy pojawiła się informacja o spektaklu. Rzadko mi się to zdarza, ale się zdarza. Bo i spektakl zapowiadał się cudownie, i grał w nim Zubin Varla, o którym napisałam już wiele – fenomenalny Judasz sprzed 20 lat, świetny jako złamany ojciec rodziny, gej w Fun Home, znakomity jako wycofany, spięty doktor Dysart w pięciogwiazdkowym Equusie. No i Ghost Quartet był pierwszą produkcją w zupełnie nowym miejscu, Boulevard Theatre; kameralnym teatrze ukrytym w samym sercu Soho, wśród sex shopów i salonów tatuażu. Osobliwe to, pachnące jeszcze nowością miejsce (ze wspaniałym barem) jest bardzo intymne i przez to doskonale nadaje się do opowiadania historii o duchach. Historii, dodajmy, w całości zaśpiewanej. Nie jest to musical, sam autor określa go jako cykl piosenek. Piosenki składają się na cztery przeplatające się ze sobą opowieści, snute w półmroku przez czworo znakomitych aktorów i muzyków, którzy grają na pianinie, gitarze, skrzypcach, harfie, bębnach i jeszcze paru instrumentach. Czwarta ściana regularnie jest – bardzo subtelnie – kruszona, wszak widownia częstowana jest whisky (prawdziwą, gdyby kto był ciekaw), a w fascynującym finale… Jeszcze nie napiszę, bo może ktoś się wybiera, nim spektakl zakończy życie w styczniu, ale finał jest niezwykły. Ghost Quartet wygrywa muzyką – trochę folkową, trochę korzenno bluesową, trochę honky tonk – ale też właśnie tym niezwykłym, intymnym klimatem, przywodzącym na myśl piwnice starego Krakowa, w których kiedyś bywałam na jam sessions, gdy byłam młoda i piękna.
Cudowne przedstawienie.
Wybieram się znów.

Am I sexual?

Wydobyłam swój obolały zadek z fotela i udałam się do Royal Court.
Royal Court to teatr-instytucja, jedna z najważniejszych scen w Europie, choć dość mała i mieszcząca się w zamożnej, zblazowanej dzielnicy Chelsea. W Royal Court odbywały się prapremiery wielu sztuk, które znalazły się w kanonie współczesnej dramaturgii, bo od zawsze teatr ten wspierał młode pisarstwo i reżyserię, zamiast po raz dwusetny wystawiać Szekspira.
Tak naprawdę to zamierzałam iść zobaczyć coś innego, ale przeczytałam, że w On Bear Ridge gra Rhys Ifans. A ja go bardzo lubię. Bo to bardzo zdolny i wszechstronny aktor, który po latach unikania sceny – twierdził, że go stresowała – powrócił na nią, obsadzony dość nieoczekiwanie w Opowieści wigilijnej we wspomnianym Old Vic dwie zimy temu. Wielu kręciło nosem, że rozczochrany koleś, kojarzony głównie z rolą nieco obleśnego Spike’a w Notting Hill nie podoła roli Ebenezera Scrooge’a. A on nie tylko jej podołał, ale wielu w tym absolutnie magicznym spektaklu wycisnął łzy z oczu. Od tamtej pory ze sceny właściwie nie schodzi – wycofał się tylko z Mood Music, gdy zmarł jego tata; zastąpił go wtedy Ben Chaplin. Rhys Ifans mógłby odcinać kupony od swojej oczywistej sławy, ale nie robi tego. A poza tym pozostaje bardzo wierny swoim walijskim korzeniom. On Bear Ridge miało zresztą premierę w Walii.
To sztuka dziwna, acz bardzo prosta. Sztuka o stracie. Ktoś napisał, że jej nastrój najlepiej wyraża walijskie słowo „hiraeth”, trudne do przetłumaczenia, oznaczające tęsknotę za czymś, co już minęło. Para mieszkająca na Niedźwiedzim Grzbiecie, w zapomnianym punkcie mapy, na nieco post-apokaliptycznym odludziu, tęskni za lepszymi, minionymi czasami. Za synem, który zginął. Za Dawnym Językiem, który jest już prawie zapomniany, nikt nim nie mówi, a jak wspominać coś, co minęło, jeśli nasz język też już zanika?… Któregoś dnia do drzwi małżeństwa puka zagubiony w górach żołnierz i wtedy nostalgię ubarwia nuta grozy, czy raczej czarnej komedii.
Może i autor (Ed Thomas, współscenarzysta serialu Hinterland) nieco się pogubił pomiędzy tą walijską wersją „saudade” a ponurą groteską a’la Martin McDonagh, ale mimo wszystko oglądało się to pysznie i myślę, że sztuka ta jest bardzo adaptowalna.
Po spektaklu zeszłam sobie do baru, zamówić lampkę wina na dobranoc, i wtem patrzę kątem oka, a tu jakiś brodaty, wysoki gość w skórzanej kurtce i kapeluszu niemal niepostrzeżenie przechadza się korytarzem, zagadywany przez ludzi konwersuje uśmiechnięty, podpisuje rzeczy. Zanim się zorientowałam, stałam obok bez żadnego pomysłu na zagajenie, ale lampka wina w połączeniu z naukami pana i władcy („jak nie wiesz, co powiedzieć, po prostu mów cokolwiek”) zadziałała jak złoto.
– Bardzo się cieszę. Miło było cię poznać – rzekł Rhys Ifans ze swej wysokości po tym, jak już wyrzuciłam z siebie nieskładny monolog.
– My już poznaliśmy się wcześniej – odparłam bezceremonialnie. – W Old Vic raz, po spektaklu…
– Ach, po „Opowieści”! Widziałaś!
– Tak jest.
I tak oto, na zakończenie tej krótkiej acz przyjemnej rozmowy, Rhys Ifans wziął i mnie uściskał, tak po prostu.
I to jest coś, co zapamiętam na bardzo, bardzo długo.

Nadszedł piątek. Obudziwszy się rano, odkryłam, że nadal mam kręgosłup. Toteż przez paskudną mżawkę i krokiem nieco sztywnym udałam się do Tate Modern, na retrospektywę Olafura Eliassona. Tak naprawdę jedną tylko jego pracę chciałam zobaczyć – słynne Your Blind Passenger. 39-metrowy korytarz wypełniony bardzo gęstą mgłą.
Niebywale jest to dziwne doświadczenie.
Otóż wchodzicie w… nic.
Nic nie widać. Obsługa uprzedza, że jeśli ktoś kiepsko się poczuje, bo klaustrofobia czy coś, to należy łapę wyciągnąć w bok, wymacać ścianę i iść wzdłuż niej.
A jednak po paru metrach w tej mgle (wyprodukowanej ze słodzika, to nie jest para wodna) człowiek o dziwo czuje się zdumiewająco bezpiecznie. Jest ciepło, jest jakoś tak przytulnie, świat jest nie wiadomo gdzie…

No dobrze. Wyszłam i udałam się na ostatni spektakl tej wycieczki.

Am I everything you need? You’d better rock your body now!

Słuchaliście kiedyś radia w noc sylwestrową?
Tuż po północy? Gdy już same szlagiery grają?
No właśnie.
& Juliet to jest tak zwany jukebox musical – musical zbudowany ze znanych już piosenek. Mogłoby się wydawać, iż to najgorsze możliwe zło i kicz.
Ale to jest jukebox musical, który WIE, że jest jukebox musicalem i robi sobie z tego niezłe żarty. Jest to cudownie, wyśmienicie kampowe. Jest różowe, tęczowe, brokatowe, głośne, różowe, tęczowe, brokatowe, głośne, kiczowate i BARDZO GŁOŚNE. Otóż pomyślcie, że ktoś kiedyś wpadł na pomysł, by zebrać wszystkie hiciory słynnego szwedzkiego producenta, Maxa Martina, który stoi za sukcesami Britney, Backstreet Boys, NSYNC, Bon Jovi i Katy Perry, i by zrobić z nich musical. No brawo. Ale ten ktoś pomyślał jeszcze, że można by z tej sylwestrowej playlisty wystrugać historię o szekspirowskiej Julii. O Julii, która nie umiera, bo dzielna żona autora sztuki, niejaka Anne Hathaway (dziewczę na widowni obok mnie zdziwiło się bardzo, że po pierwsze primo William miał żonę, po drugie ona istotnie tak się zwała) sprzeciwia się mężowi i domaga się napisania alternatywnej wersji losów bohaterki największego romansu wszech czasów. Bo niby czemu młoda dziewczyna ma tak się poświęcić? Czemu nie może ruszyć w świat w poszukiwaniu przygód, które niekoniecznie muszą być miłością po grób?
To wszystko wygląda, jakby ten biedny DJ pracujący w noc sylwestrową wypił o dwa kieliszki wina musującego za dużo i zasnął nad konsoletą, i przyśnił mu się kolorowy, błyszczący, bezsensowny sen złożony z samych powerplayów.
Jasna rzecz, moim ulubionym zespołem jest Foo Fighters, ale mam – jak każdy, nie wierzę, że nie… – na playliście pewne numery, *pewne* numery. & Juliet jest cudownym, oślepiająco kolorowym i świetnie zaśpiewanym spektaklem złożonym z właśnie takich numerów, do których tańczymy, gdy nikt nie widzi. Jest śmiały, zawiadiacki i uroczo bezpretensjonalny. I bardzo dobrze wykonany.
Rumiana ze śmiechu, po dwóch godzinach tupania nóżką powróciłam do hotelu, wspięłam się na moje pięterko i zasnęłam snem kamiennym, aż budzik mnie wyrwał ze snu. Dworzec, pociąg, lotnisko, lotnisko, taksówka, łóżko w Krakowie.
Kręgosłup uznał, że mimo wszystko było warto.

Emirates Macaroni Factory

Prawie całą podróż w tamtą stronę przespałam. Obudziłam się, podniosłam zasłonę i zobaczyłam tylko nieprzeniknioną ciemność. Tak czy inaczej, zegarek wskazywał, że jesteśmy już bardzo niedaleko. I rzeczywiście, nagle z tej ciemności wyłoniło się coś, co z daleka wyglądało jak ogromny lunapark.

Wyszłam z lotniska i, zupełnie jak trzy lata temu, uderzył mnie podmuch gorącego powietrza.
– Taksówka, ma’am?
– Poproszę.
Hotel, winda, trzydzieste trzecie piętro. Widok na całe downtown, suto oświetlone, bo nikt tu nie oszczędza na rachunkach za prąd. W dole potężna Sheikh Zayed Road, bardzo ruchliwa, mimo że sobotni wieczór, a na horyzoncie wiotka, ledwo widoczna w zamglonym powietrzu sylwetka Burj Khalifa. Osobiście uważam, że to jeden z najpiękniejszych budynków na świecie, również dlatego, że z daleka wydaje się niebywale delikatny, kruchy wręcz i trudno ogarnąć, że wznosi się na ponad 800 metrów. Wydaje się trochę przyćmiona blaskiem i masywnymi kształtami drapaczy chmur wyrastających wzdłuż centralnej arterii.
Jak głosi napis w jej marmurowych korytarzach, jestem siłą, która unosi dumnie głowę świata, ponad ograniczenia i oczekiwania – jestem Burj Khalifa.
Ogrom Burj Khalifa najlepiej widać, gdy stanie się tuż pod nią. I wtedy trzeba się wygiąć, by zrobić jej dobre zdjęcie, toteż u jej stóp zwykle roi się od ludzi przybierających bardzo dziwne pozy. Burj Khalifa po zmierzchu zmienia się w dodatku w największy ekran świata, jakby robiła za małe wrażenie. Ale już niebawem nie będzie najwyższą konstrukcją w tej części globu, albowiem powstaje Dubai Creek Tower.

Rankiem poszłam do biura. Biuro jak biuro, no. Złocone windy, windziarz naciskający za mnie guzik, marmury, garnitury, wody kolońskie z lokalnych domów perfumiarskich, intensywnie wionące słynną żywicą z drzewa agarowego; czasem przemknie ktoś tradycyjnie ubrany, zagadując angielszczyzną z wytwornym europejskim akcentem. Wszyscy bardzo mili. To jest zresztą coś, co bardzo szybko rzuca tam się w oczy – ludzie są mili i towarzyscy. Być może wynika to stąd, że Dubaj to miasto, w którym 90% mieszkańców jest skądś indziej – z Europy, z Azji – i tak sobie radzą z poczuciem wyalienowania. Mili nie są jedynie taksówkarze – niektórzy tak, wielu nie i bardzo lubią robić problemy z płaceniem kartą. Fakt, że w tym osobliwym mieście jest tak wielu cudzoziemców sprawia, że człowiek nie czuje się tam szczególnie egzotycznie – wyjąwszy klimat, wszechobecne epatowanie zamożnością i, ma się rozumieć, adhan, który rozlega się na plażach, w centrach handlowych i ulicach, i nawet na moim trzydziestym trzecim piętrze słychać było doskonale. To dość fascynujące, gdy nagle w tym kosmicznym lesie szklanych wież wyrastających na granicy morza i pustyni, przez szum tysięcy samochodów i wiatr przebija się zwielokrotniony głos muezzina.
Inna rzecz, że w Dubaju, w którym prawie każdy mijany człowiek jest cudzoziemcem, bardzo i natychmiastowo rzuca się w oczy rozwarstwienie. Ludzie z zachodu pracują tam w ładnych biurach lub wypoczywają. Ludzie ze wschodu te biura sprzątają, pracują w hotelowych pralniach, na wszechobecnych placach budowy, często w bardzo kiepskich warunkach. Są trochę niewidzialni. Pojawiają się w soboty, gdy chodzą na publiczne plaże albo do parków na piknik. Nie jadają w restauracjach. Najgorzej wykwalifikowani zarabiają kwoty, za które nie sposób się tam utrzymać, ale zostają, bo ta pachnąca, lśniąca metropolia daje im nadzieje.

Dubaj jest miastem zamieszkanym przez ponad trzy miliony ludzi, ale nie przypomina w niczym miast na naszym kontynencie, z ulicami i placami, ze skwerami i kawiarnianymi ogródkami. Przecież główną jego arterią jest w porywach 14-pasmowa autostrada. Kawiarniane ogródki owszem, są, ale nikt w nich za bardzo nie przesiaduje, bo za gorąco, a i lampki wina wypić się nie da (choć od niedawna przyjezdni niemieszkający na stałe w Emiratach mogą już kupować tu alkohol, ale tylko w nielicznych i znakomicie ukrytych sklepach). Dubaj wybudował sobie City Walk, czyli coś na kształt europejskiego bulwaru, dość efektownego, oczywiście podświetlanego na różowo, z ławeczkami i drzewkami, ale raczej to przygnębiające miejsce, bo pustawe. Niewielu ludzi chodzi tam piechotą, widzicie, a jeśli już, to przeważnie w strefach nadmorskich. Po Dubaju się jeździ – samochodem lub metrem, sprawnym, szybkim, czyściuchnym i bardzo klimatyzowanym. Metro ma przedział dla kobiet, gdyby kto nie chciał jechać w tłoku z mężczyznami. Nie oznacza to jednak, że Dubaj to tylko dzielnice biznesowe i hotelowe kombinaty nad morzem (nawiasem mówiąc, wybrzeże zabudowują okropnie i moim skromnym zdaniem nie jest to najpiękniejsze miejsce na wakacje, ale pogoda murowana), przeciwnie, to raj dla foodies. Tylko w moim kompleksie biurowym naliczyłam ponad 60 knajp. W Dubaju można zjeść wszystko – genialne libańskie jedzenie, izraelskie całodobowe śniadania, burgery z masowanych krów, owoce morza, bardzo pyszne sushi, laksę, indyjskie rarytasy (mój lokalny kolega pochodzący z Kerali, a mieszkający w Emiratach przez blisko połowę swojego życia zabrał mnie raz na obiad – „wiem, że macie tam u siebie indyjską kuchnię, ale tego nie macie, wierz mi”, rzekł i rzeczywiście), ale i kanapkę z dolewką kawy w poczciwym Tim Horton’s. Wszystko. Głodny tam nikt nie chodzi. No nie chodzi, bo jeździ.
– Skąd pani jest, ma’am? – pyta taksówkarz, gdy w piątkowe przedpołudnie jedziemy przez puściuchne miasto (piątek to dzień wolny w krajach arabskich).
– Z Polski.
– O! Uczyłem się o Polsce w szkole. Druga wojna światowa, prawda?
– Prawda, tak.
– Czy u was już jest zima?
– Jeszcze nie, za parę tygodni pewnie będzie.
– To musi być przyjemne, gdy jest tak chłodno… – wzdycha kierowca. Spoglądam na niego. Owszem, w tej części świata ukrop potrafi być nieznośny, ale równie nieznośna jest szalejąca wszędzie klimatyzacja, podkręcona na maksa. Także na zewnątrz, tu i ówdzie.

Trzy lata temu to przedziwne miejsce trochę mnie przerażało. Miałam wrażenie, że chodzę po planie filmowym. Dopiero zmieniłam też pracę, więc czułam się bardzo niepewnie. Był czerwiec, więc upał praktycznie uniemożliwiał przebywanie na zewnątrz przez dłużej niż godzinę. Teraz było inaczej.
Założyłam, że będzie spokojnie. Dlatego weekendy spędzałam na plaży – wcale nie było mi z tym źle. Dubaj obok lśniącej Jumeirah, gdzie ferrari krążą wokół hoteli, ma nową plażę – La Mer, nieco bardziej spokojną (na razie…). W weekendowe poranki zatem wstawałam, w październikowej mgle szłam na śniadanie – to zabawne, gdy wychodzicie na zewnątrz i okulary wam zupełnie zaparowują, i wędrujecie ulicą czując, jak oblepia was ta ciepła mgła – po czym wracałam, zaparzałam sobie herbatę, siadałam na sofie i czekałam, patrząc cierpliwie na ledwo widoczne zarysy wieżowców za oknem, aż mgła opadnie, a gdy tylko opadała, biegłam na dół z plecaczkiem wypełnionym ręcznikiem, książką, kremem od słońca i litrami płynów do picia.
Książka, właśnie.
Przepiękne, poruszające Skybound – wspomnienia kobiety, która zachorowała na raka i znalazła spokój w czymś, czego przez wiele lat się bała, w lataniu właśnie. Zrobiła kurs szybowcowy i zakochała się w niebie. Książka, wielki list miłosny do mocarnego, acz niewidocznego żywiołu zwanego powietrzem, została wydana po śmierci autorki, niestety. Można rzec, że niezbyt to plażowa lektura.
– Przepraszam, dzień dobry – zagaił starszy pan na plaży, gdy po moczeniu się przez dobrą godzinę w ciepluchnym morzu suszyłam się z lekturą. – To teraz rzadkie, że kogoś widuje się z książką. Wszyscy z telefonami.
(Tak naprawdę to w telefonie mam też książki, proszę pana, ale w słońcu kiepsko się je czyta).
– A co to za książka? Ciekawa?
– Tak, bardzo.
Unosiłam się na wodzie jak szczęśliwa, opalona (tłusta) boja do zachodu słońca, z przerwami na obiady. Czy miałam wyrzuty sumienia, że nie szalałam po pustyni w korkowym hełmie? Nie, chociaż pustynia wprawia mnie w podziw, odkąd zobaczyłam ją po raz pierwszy. Jest arcypiękna. Zupełnie przypadkiem widziałam tego razu burzę piaskową, małą taką trochę, ale jednak nagle znikąd pojawiła się gęsta chmura żółtawego pyłu i horyzont znikł na chwilę.

Im bliżej było do powrotu, tym smutniej się czułam, bo jednak było mi tam dobrze (w odróżnieniu od kolegi, Marvina, który każdego dnia świrował, co złego może spotkać cudzoziemca na Bliskim Wschodzie). To przedziwne miejsce, które wygląda jak miasto z przyszłości – wyjąwszy oczywiście starą część Dubaju, bo istnieje takowa – w którym wszystko musi być największe, najszybsze, najwyższe, najbardziej błyszczące, i mogłoby się zdawać, że przez to, iż wygląda jak wykreowana w komputerze scenografia, trudno z nim poczuć jakąkolwiek więź. A jednak się da.
Dlatego nie wykluczam, że za rok wrócę, zwłaszcza że Expo będą mieli i zapowiada się ono dość spektakularnie.
A teraz, cóż, pozostaje rozpakować walizkę (na razie wyjęłam tylko perfumy, cała reszta w niej siedzi), wytrzepać piasek i pogodzić się z myślą, że po tak długim lecie w końcu doczekałam się jesieni. Wcale mnie to nie cieszy.

Kopiec Kopciuszka

Październik.

Nie lubię tego miesiąca, zawsze wtedy jakoś mi smutno, dociera do człowieka, że lato już na dobre odeszło, a w perspektywie niekończące się wieczory, ziąb, pierwszy śnieg, i po co to wszystko, i jaki tego sens. Żałośnie.
W Krakowie październik oznacza też oczywiście przypływ studentów. Nagle całe miasto zapełnia się ludźmi. Na przystankach gęsto. Do tramwaju trudno wsiąść. Co chwila ktoś pyta o drogę. W knajpach pełniutko. Ta fala powodziowa minie za jakieś dwa tygodnie i będzie znowu mniej więcej normalnie, ale muszę przyznać, że moim ulubionym Krakowem jest ten letni, pustawy, w którym człowiek może poczuć się jak turysta.
W każdym razie.
Wracałam dziś do domu, pomstując na paskudne korki i studentów, i wtem uświadomiłam sobie, że oto przecież mija okrągła (yghhh) rocznica mojego zostania studentką. Jakoś bowiem dostałam się na Uniwersytet Jagielloński, szacowną uczelnię ukończoną przez wielu wybitnych ludzi, na przykład pana i władcę – choć on to wzorowym studentem nie był, bo inne rzeczy interesowały go znacznie bardziej, ale jakoś po latach dociągnął do magisterium. No i razem z październikiem wylądowałam w Krakowie.
Pierwsze dni były straszne. Nikogo nie znałam. Prawie nie jadłam, bo żołądek miałam ściśnięty z nerwów. Mieszkałam na stancji u pani, która była bardzo religijna i co wieczór słuchała głośno Radia Maryja, a ja miałam tylko discmana i mały telewizorek, bo wiadomo, jak się chciało internetów czy innych nowoczesności, to trzeba było zasuwać do kafejek internetowych i gadać na IRC-u. W każdym razie, u starszej pani mieszkałam bardzo krótko, potem przeniosłam się na Aleje (matkobosko, jakie tam imprezy były, drinki przyrządzaliśmy dosłownie w wiadrach, wychodziło się na dach przez okno! i mój arcyprzystojny współlokator raz niósł mnie na barana od Rynku aż pod naszą kamienicę – to był chyba ostatni raz, gdy ktokolwiek niósł mnie na barana), gdzie przemieszkałam kolejne trzy lata, by rok ostatni spędzić na Osiedlu Podwawelskim. No i z samotnością też szybko się uporałam. Okienka wszak spędzało się na piwie i towarzystwo studenckie bardzo się zżyło. Co ważniejsze jednak, już w drugim tygodniu mojego pierwszego krakowskiego października udałam się na pierwszą prawdziwą randkę.

Pamiętam jak dziś. Spotkałam się z dżentelmenem pod Mariackim, poszliśmy na kolację, a potem mój towarzysz zabrał mnie na spacer. Na Kopiec Kościuszki. I ja się na to, głupia, zgodziłam. Przez las po ciemku z obcym facetem. Fakt, z Kopca Kościuszki po zmroku widok jest przepiękny (choć jako wieloletnia mieszkanka Podgórza muszę powiedzieć, że z Kopca Krakusa widoki są dużo lepsze) i bardzo jest to romantyczne miejsce. Tak romantyczne, że po miesiącu takich spacerów pocałowaliśmy się i tak już się całowaliśmy przez kolejne parę lat, przez co moje życie studenckie było istną sielanką. Prawdą jest, że jako grzeczna jedynaczka przez pierwsze miesiące skrzętnie ukrywałam fakt pojawienia się w moim życiu chłopaka; trochę mnie to wysiłku kosztowało… Przez trzy lata podbijaliśmy wspólnie miasto, aż nagle wszystko dupnęło z hukiem (dziś uważam, że stało się dobrze, zwłaszcza że odkrycia kolejnych miesięcy były dość, jakby to ująć, szokujące). Ale przecież nie chcemy o tym mówić.

Żeby było śmieszniej, współlokator i najlepszy przyjaciel mojej ówczesnej wielkiej miłości pracował w miejscu, w którym dokładnie w tym samym czasie zjawił się pewien koleś przed trzydziestką, który wreszcie skończył te nieszczęsne studia i po latach rozmaitych frapujących zawodowych przygód postanowił podjąć w miarę normalną pracę, a tę zresztą niezmiennie wykonuje do dziś, z dużym powodzeniem. W odróżnieniu ode mnie, która w ciągu tych dwóch dekad zdążyłam kilkakrotnie zmienić i branżę, i zawód.
Czyli widzicie, pan i władca już wtedy gdzieś tam krążył obok mnie, i zastanawiam się czasami, co by było, gdybyśmy spotkali się wtedy, a nie dobre parę lat później.

Od tamtej pierwszej randki nigdy na Kopcu Kościuszki nie byłam. Po dziś dzień lubię sobie na niego spojrzeć. Po zmroku, gdy spojrzycie nań z perspektywy Błoń, wygląda jak takie UFO zawieszone nad miastem. Nad ciemnością Lasu Wolskiego nagle wyrasta świetlisty spodek.

Kiedy wylądowałam w Krakowie z październikowym wiatrem wiele lat temu, byłam bardzo przestraszona, a zarazem przekonana, że zostanę wybitną dziennikarką radiową. I Kapuścińskim w spódnicy też, będę podróżować i pisać. Ogólnie wielofunkcyjną gwiazdą mass mediów zostanę.
W radiu przepracowałam dwa miesiące w życiu. Co do podróżowania i pisania, cóż. Trochę popisałam, ale nie aż tak dużo. Przez wiele lat byłam bardzo sfrustrowana z tego powodu.
– Przecież ty właśnie to robisz – powiedziała mi koleżanka rok temu, gdy zesłane do roboty piłyśmy wino pewnego wieczoru. – Zobacz, gdzie jesteś. Podróżujesz i piszesz!
W sumie fakt. Jak na ironię, to właśnie robię. I dziś pakuję się przed kolejnym wyjazdem.
Dziwnie się to wszystko pokręciło. Zupełnie nie tak, jak się spodziewałam. Nie gorzej, ale tak bardzo inaczej, że gdyby ktoś mi powiedział, co będę robić 4 października 2019, zabiłabym go śmiechem.

Anxiety is a feeling grown too large

Jesień idzie, co czuję nader intensywnie, bo powietrze pachnie inaczej. Nad ranem budzi mnie chłód. To nawet mi nie przeszkadza.
Bardziej przeszkadza to, że o tej porze zwykle miewam zjazd nastroju. Ostatnie tygodnie nie były dla mnie szczególnie dobre – to znaczy, obiektywnie nie były złe, ale samopoczucie szorowało po dnie morza. Do tego stopnia, że wykręciłam się z udziału we wszystkich planowanych w minionym tygodniu wydarzeniach towarzyskich, a rankiem czasami trudno było wstać. Poczucie bezsensu wszystkiego nie jest moim ulubionym, że to tak ostrożnie ujmę.
Cóż.
Czekam na wiatr, co rozgoni.

Nie pomaga mi ani to, że chwilowo ogromnie irytuje mnie moja praca, ani to, że praca pana i władcy irytuje mnie tym bardziej, bo go wessała zupełnie i trudno mi go zobaczyć w jakichś ludzkich godzinach. Ani wiadomości z lewa i prawa, walące niczym w piorunochron.

Tylko w sobotę dowiedziałam się, że młody znajomy mojego ojca popełnił samobójstwo – tak po prostu, pokłócił się z żoną, wyszedł z domu i po ptokach; wpadł do taty na kawę dwa dni wcześniej, gadali jakby nigdy nic – a mój dobry kumpel przechodzi kolejną chemię.
Nie miałam o tym pojęcia. Zauważyłam, że nagle trochę znikł, ale przecież nikt nie myśli, że gdy ktoś cichnie, to dlatego, że ma raka. Może ma kłopoty z dziewczyną albo w pracy, albo doła – jak ja – ale że raka?… Nie jakiegoś dusiołka, od którego czasem chce się wymiotować czy boi się z domu wyjść, ale wiadomo, że nie zabije, tylko raka?…
Dowiedziałam się przypadkiem, bo on nie chciał, by ktoś spoza rodziny wiedział i całkiem dobrze to rozumiem. Myślę, że też bym nie chciała. Mimo wszystko usiadłam tam, gdzie stałam, z telefonem w dłoni.
Dziwne, to za każdym razem wydaje się tak nieprawdopodobnie dziwne, nie z tej ziemi, takie rzeczy zdarzają się innym. Nie naszym znajomym, nie naszej rodzinie, nie nam. Zdarzają się w smutnych filmach i zbiórkach na Facebooku, ale nie nam.
Za każdym razem, a było tych razy w moim życiu trochę za dużo, jestem tak samo zaskoczona i za każdym razem przeraża mnie ponura bezwzględność tego potwora.
Nie potrafię zgodzić się na to, że to włazi w życie ludzi mi bliskich – dotychczas zawsze po to, by mi ich zabrać. Oczywiście moja niezgoda nie ma najmniejszego znaczenia i nic nie zmieni.

Męczy mnie ten czas.
W biurze siedzę ledwo obecna. Czas poza biurem spędzam na stronach linii lotniczych, w nadziei, że znajdę bilet, który kupię i znów się stąd wyrwę, dokądś, gdzie nic mnie nie dotknie; albo rezerwując bilety do teatru. Albo też zakładam słuchawki na uszy, wychodzę z domu i maszeruję przed siebie. Uciekam, jak mogę. To żadne rozwiązanie, wiem. Mam tyle lat, ile mam i powinnam zachowywać się dojrzale, ale dojrzałości wystarcza mi na tyle, żeby po prostu piekielnie bać się i martwić, i nieudolnie próbować ten strach od siebie odsunąć.

Czasem, gdy nie mogę zasnąć, siadam na balkonie i patrzę na drzewa.
Ich szum mnie uspokaja.
Przed zaśnięciem upewniam się, że okno w sypialni mam otwarte. Żeby ten szum w nie wpadał.

In my mind’s eye

W środę wstałam bladym świtem, właściwie to nawet nie bladym, bo ciemnym (jesień idzie), wpakowałam me zwłoki do taksówki i pojechałam na lotnisko.
Na szczęście przyjechał po mnie taksówkarz, którego lubię – a on też chyba lubi jeździć ze mną, bo zawsze może ponarzekać na żonę, córkę i koszenie trawy, i swój dom, który wybudował, a teraz żałuje.
Dotarłam do Londynu. W Londynie wsiadłam w pociąg do York i z niepokojem obserwowałam deszcz zacinający za oknami. Cholera jasna. Oczywiście gdy tłukę się przez cały kontynent, żeby obejrzeć plenerowy spektakl, to musi lać. Wspaniale.
Trafiłam do mojego pensjonatu, w którym recepcjonistka mówiła z absolutnie niezrozumiałym akcentem, więc po prostu potakiwałam i uśmiechałam się, nie mając pojęcia, co ona do mnie mówi w ogóle. Pensjonat – za cenę, w której w Londynie dostajecie piwniczną izbę z widokiem na tory kolejowe, jeśli macie okno – był zdumiewająco wypaśny, nawet prosecco dostałam na powitanie. Wspaniale. Zerkając nerwowo na ciemne chmury, rozważyłam opcje ubraniowe i jednak poszłam w sukienkę. Trudno, pomyślałam. Najwyżej będę żałować i zmoknę.
Dlaczego udałam się na tę wycieczkę krajoznawczą, to wiadomo. Nie mogłoby mnie tam nie być, bo późną wiosną wypłynął zaskakujący nius, że w tym sezonie Shakespeare’s Rose Theatre jako Hamlet pojawi się nie kto inny, jak jedna z moich ulubionych osób na tym łez padole. Nie mogłam przegapić.
Najpierw dygresja. Pamiętam, że gdy jeszcze bywał w lub na czytankach Read Not Dead, to powszechnie przyjętym wśród stałych bywalców terminem był „our David”. Po prostu. I każdy wiedział, o kogo chodzi. Ten osobliwie familiarny stosunek do człowieka z bardzo charakterystycznym nosem nie wynikał jednak z tego, że obecni próbowali się lansować na znajomość z człowiekiem z telewizji, ale dlatego, że on był zwyczajnie ogromnie lubiany, taka trochę maskotka. Czemu trudno się dziwić, bo jest to postać o nieodpartym uroku (i bardzo pięknych karmelowych oczach, przepraszam, musiałam). Zwykle ze wszystkimi się witał, dał się ściskać starszym paniom, na widowni śmiał się tak, że robił się cały czerwony i naciągał sobie ubranie na twarz, ale na scenie miał wszystkich w garści i każdą wtopę ogrywał. Raz miałam szansę oglądać czytanko, siedząc naprzeciwko – to było jeszcze wtedy, gdy odbywały się w takiej trochę zakurzonej salce nieopodal Shakespeare’s Globe – i powiem wam, że z nikim tak bardzo nie przegrałam w staring contest. Fantastycznie się bawiłam, ale z treści nie pamiętam absolutnie nic. Po czytanku uciekłam, ale wtedy pomyślałam, że następnym razem wezmę i się przedstawię. Ten następny raz to był nieodżałowany Shakespeare in Love i mój misterny plan szedł świetnie do momentu, gdy a) zorientowałam się, że jestem pod stage door absolutnie sama, b) nie pamiętam, co chciałam powiedzieć. Na szczęście pamiętałam moje imię, i osobnik również je zapamiętał.
Reżyser tego Hamleta znakomicie wykorzystał cechy mężczyzny obsadzonego w głównej roli. Wydobył jego uderzającą urodę – to jest bardzo elegancki Hamlet – ale przede wszystkim to, za co publiczność i nie tylko lubi tego dżentelmena, mianowicie nieprawdopodobny wdzięk. To jest duński książę, który czaruje widownię, uśmiecha do niej, poklepuje po ramionach. Nie jest wściekły ani szalony, on raczej puszcza oko do publiczności, jakby chciał powiedzieć „patrzcie, oni próbują zrobić wariata z tego gościa, którego gram, to się z nimi zabawimy trochę”. Ten Hamlet pokazuje, że czasami obsadzanie po tzw. warunkach działa, a i warto niekiedy pozwolić aktorom, żeby po prostu byli sobą.
Żeby nie było, zauważyłam innych członków obsady. Klaudiusz był rewelacyjny, takoż ojciec Hamleta (wśród widowni była dziewczynka, która szczerze się go przestraszyła). Ofelia, tym razem również nie wariatka, ale dziewczyna, która dobrze wie, co się dzieje – także.
To nie jest adaptacja wybitna ani spektakl z gatunku zmieniających życie, bo w gruncie rzeczy to bardzo tradycyjnie zrobiony Szekspir, i dość mocno pocięty. Ale jest zrobiony bardzo rzetelnie i z sercem, monochromatyczne kostiumy są wspaniałe, muzyka na żywo też. Hamlet natomiast po brawach zwrócił się do publiczności i powiedział, że to było bardzo fajne przedstawienie dla niego i że awesome. No ba.
Wyszłam i oczywiście żołądek mi profilaktycznie do gardła podjechał ze stresu – no, tak mam. Teatr Shakespeare’s Rose stoi na terenach zamku w York, pod majestatyczną Clifford’s Tower. Na trawniku (bo to jest „składany” teatr, stawiany tylko latem, przez co atmosfera jest nieco piknikowa).
– Przepraszam, gdzie tu jest stage door, jeśli jest?
– Nie ma. Ale jak pani pójdzie przez ten trawnik, to oni tam gdzieś wychodzą.
Aha. Luzik. To idę.
Błoto jakieś. Ciemno jak wiadomo gdzie. Po głosie tylko typa poznałam.
– Hej! Long time no see!
(Ma chyba lepszy wzrok niż ja).
– To było DOBRE. I to miejsce jest wspaniałe!
– Ładne, czyż nie? Piękne miasto. Cieszę się, że ci się podobało.
Bardzo. Tylko czuję, jak mi trampek w błocie grzęźnie.

Poranek. Wygrzebałam się z łóżka, poszłam na dworzec, pojechałam do Londinium, dokładniej do Barbican Centre, tego paskudnego betonowego labiryntu, zobaczyć Jesus Christ Superstar.
Tę adaptację Jesus Christ Superstar widziałam dwukrotnie w Open Air Theatre i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Ponieważ nie tylko na mnie, spektakl powrócił po raz trzeci, tym razem na scenę pod dachem. Obsada się zmieniła, bo poprzednia para, Jezus i Judasz, czyli Declan Bennett i Tyrone Huntley, obecnie wspólnie gra w innym przedstawieniu, The View UpStairs, o którym zresztą poniżej. Scenografia, ruch sceniczny i ogólny koncept pozostały takie same, ale jest to przedstawienie dużo surowsze i nieporównanie głośniejsze niż to w OAT. Taki prawdziwy rockowy gig.
Jak to często w teatrze bywa, najprostsze środki bywają najskuteczniejsze. Mimo wszystko scena, w której Judasz wiesza się na kablu od mikrofonu (nie dosłownie, ale bardzo jest to czytelne) jest powalająca, jako i jest scena 39 batów, w której ciało tytułowego bohatera pokrywa się brokatem.
Ricardo Afonso ma taki głos, że mi majtki spadły przez głowę. Ja cię nie mogę. Petarda. Nie wiem, jak on to robi osiem razy w tygodniu. To była jego wymarzona rola, którą miał zagrać w Open Air Theatre trzy lata temu, ale musiał się wycofać z przyczyny takiej, że… prawie stracił głos. Los okazał się życzliwy i Ricardo w końcu został Judaszem. I jakiż to jest Judasz. Dach Barbican trzeszczy, gdy Ricardo wjeżdża w swoje tony.
Niezmiennie znakomite widowisko, a Judasz, mam nadzieję, ma przed sobą sławę i nagrody. Tyrone Huntley, który grał tę rolę przed nim w Open Air Theatre, był bardzo dobry i zdobył nominację do Oliviera, ale Ricardo po prostu rzuca się w ten show na główkę, śpiewa tak, jakby jego życie od tego zależało i po Superstar cały teatr zerwał się na równe nogi w ogłuszającej owacji. Niebywałe. Miałam ciary w miejscach niewymownych.

Wieczorem tego dnia wróciłam do Open Air Theatre, tym razem by obejrzeć Evitę.
Open Air Theatre jest bez dwóch zdań najpiękniejszym teatrem w Londynie, a być może w Europie. On jest mistrzowsko ukryty wśród gęstych drzew i krzewów – poważnie, jeśli nie wiecie, że w tym zagajniku w parku stoi teatr mieszczący ponad tysiąc osób, to przejdziecie obok, nie zauważając niczego. Do Evity natomiast mam stosunek osobisty, bo po pierwsze, dzieciakiem jeszcze będąc, byłam na polskiej prapremierze tego tytułu w chorzowskim Teatrze Rozrywki i śmiem twierdzić, że gdyby nie to wydarzenie, moja miłość do teatru nigdy by nie osiągnęła takich rozmiarów, a może nawet nigdy się nie zalęgła; a po drugie Eva Duarte urodziła się tego samego dnia, co ja (tylko 60 lat wcześniej, rzecz jasna). Tyle że jestem dziś starsza niż ona w dniu, w którym zmarła.
Evita miała paskudną postać raka, który ją zabrał niedługo po 33. urodzinach.  Jej śmierć wywołała w uwielbiającym ją narodzie kompletną rozpacz. Wyobraźcie, to było jak baśń – młoda, piękna, popularna pierwsza dama, anioł ubogich i idolka tłumów, odchodzi tragicznie z tego świata. Nic dziwnego, że media i popkultura wyidealizowały jej postać, choć jeśli poczyta się jej biografie, to już nie tak piękny obraz się wyłania. Dość powiedzieć, że zwłoki Evity zostały wywiezione z Argentyny, by uchronić je przed zbezczeszczeniem i przez wiele lat tułały się po świecie. „Mieszkały” między innymi w Mediolanie, ukryte na cmentarzu jako Maria Monti, i w Madrycie, w domu jej męża Juana Perona i jego nowej żony (jeśli to nie brzmi creepy, to ja nie wiem, co brzmi). Evita była równie mocno kochana, co nienawidzona, oskarżana o pychę, chciwość, malwersacje finansowe, karierę przez łóżko. Niebezpodstawnie.
Ta adaptacja Evity nie jest wygładzoną historią o Kopciuszku. Jest bardzo surowa. Eva przez cały spektakl nosi ten sam kostium – kusą białą sukieneczkę. Poza ostatnią, znaczącą sceną, ale o tym za chwilę. To jest Evita, która bardziej przypomina koncert gwiazdki pop i ona sama też jest bardziej gwiazdką pop. Wygina się, mizdrzy, ma lśniący srebrny mikrofon, jest bardzo all eyes on me. Trochę odpychająca ta Eva. Sława nade wszystko. Ale… Gdy przychodzi wiadome, wydaje z siebie nieludzki wrzask i to jest naprawdę bardzo przejmujący moment, bo do widza dociera, że ta irytująca dziewczyna z przerostem ambicji, z ogromnym apetytem na życie jest na swojej ostatniej prostej i jest wściekła na to, że umiera.
I dopiero w finale pojawia się w innym wydaniu, tym ikonicznym – jako postać w bieli, z blond włosami, z ramionami uniesionymi wysoko. Ta baśniowa księżniczka, w którą miliony ludzi uwierzyły.

No dobrze.
Metro, łóżko, spać.

Następnego dnia było absolutnie obrzydliwie, mokro i wietrznie, ale nie ma to tamto, ponownie wsiadłam w metro i wróciłam do miasta. Bo trzeba wam wiedzieć, że tym razem wyjątkowo zatrzymałam się u kolegi, który użyczył mi mieszkania w pięknym Richmond, a sam wyjechał na weekend. Mam dobrych kolegów. I miałam fajną chatę w zielonej okolicy do mojej wyłącznej dyspozycji.
Przy moich wyjazdach do Wielkiej Brytfanny zwykle jest tak, że mam jedną sztukę, którą MUSZĘ zobaczyć. Wszystkie chcę, ale jedna jest najważniejsza i to wokół niej obudowuję sobie całą wycieczkę.
– Widziałaś to wcześniej? – spytał sympatyczny barman w Trafalgar Studios.
– Tak, choć w innej wersji.
– Czyli… wiesz, o czym jest.
– Mhm. Dość mroczne, prawda?
– Dość!
Equus to sztuka, która jest niestety bardzo rzadko wystawiana. Być może ze względu na to, że jest dość kontrowersyjna w treści – nastolatek brutalnie oślepia konie w stajni, w której pracował. Trafia pod opiekę doskonałego, ale nieco zmęczonego robotą, sfrustrowanego psychiatry i obaj wyruszają w niezwykłą, szokującą podróż przez zakamarki udręczonego umysłu. Lekarz sądzi, że przyczyną zbrodni była obsesja chłopca na punkcie koni, czy właściwie jednego konia, boga ich wszystkich i jego. Equus. Alan jako dziecko miał nad łóżkiem obrazek Chrystusa – nie taki zwyczajny, bo przedstawiający Chrystusa prowadzonego na śmierć. Ojciec chłopca, zdeklarowany ateista, zastępuje niepokojący obrazek innym – fotografią konia, że tak powiem, en face, z oczami wpatrującymi się w patrzącego. Jakiś czas później przyłapuje syna na odprawianiu dziwnego, religijnego rytuału przed tą fotografią. Fascynacja Alana końmi jest czymś na pograniczu żarliwej pobożności i fetyszyzmu, ale jest w niej coś jeszcze – dręczące poczucie, że Equus, jego wszechmocny pan, go widzi.
Lekarz (grany przez Zubina Varlę, jak na ironię byłego Judasza w Jesus Christ Superstar w 1996, tu bardzo wycofany, zablokowany, przygarbiony, w niezgrabnym beżowym sztruksie – i tylko momentami pomiędzy słowami pobrzmiewa ten jego szorstki, potężny głos) zaczyna rozumieć, co doprowadziło do tragedii, ale jednocześnie zaczyna dzieciakowi zazdrościć. Zazdrości mu pasji, emocji tak silnych, jakich sam nigdy nie czuł. Przy tym wie, że nie może mu pomóc. Że prawdopodobnie skazuje go na resztę życia w szpitalu i na pigułach, które może uwolnią go z koszmarów, ale otępią i pozbawią tego, co było jego paliwem.
Equus jest też niewątpliwie wyczerpujący dla aktorów.
I bardzo trudny do wystawienia.
To jest sztuka o obsesji, ale też sztuka o tym, czym jest normalność – co to w ogóle jest, normalność?
W ostatniej, przejmującej scenie psychiatra mówi do śpiącego chłopca:
– Okłamuję cię, Alan. Gdy Equus odejdzie – jeśli kiedyś odejdzie – to z twoimi trzewiami w zębach. Nie będziesz już galopował. Ale będziesz żył bez bólu… Mniej więcej bez bólu.

To jest dużo lepsza wersja niż ta sprzed dwunastu lat, gdy w roli Alana występował Daniel Radcliffe. Tamta była bardziej widowiskowa, z obrotową sceną, tancerzami baletowymi (w tym zjawiskowym Willem Kempem w roli konia Nuggeta). Ta jest za to bardziej… intensywna, bardziej fizyczna. Pozornie skromniejsza, całą scenografią są białe zasłony okalające scenę, jak ściany. Jak… klatka? Światło jest fenomenalne, acz zdecydowanie nie dla osób, które mają problem ze stroboskopem. I choć obie główne role są grane z wielką pasją i zaangażowaniem, show kradnie fantastyczny Ira Mandela Siobhan grający Nuggeta. Ktoś napisał, że jest to najbardziej przekonujące przedstawienie zwierzęcia, jakie widział i trudno się nie zgodzić. Jego nozdrza, żyły, napięte mięśnie, parsknięcia, klatka piersiowa pokrywająca się kroplami potu, taka czysta, surowa fizyczność – coś fantastycznego.

W sobotę miałam jechać na Noc Iguany, bo Clive Owen i w ogóle, ale COŚ MNIE TKNĘŁO.
Zamiast zaszczycić Clive’a Owena moim towarzystwem, w ostatniej chwili kupiłam bilet na coś innego i powiadam, ogromnie się cieszę z tej decyzji.
The View Upstairs to znakomity musical o współczesnym, nazwijmy go, influencerze, który kupuje kamienicę w Nowym Orleanie. Nie wie, że niegdyś działał w niej gejowski bar, miejsce przygarniające nie tylko osoby LGBT, ale wszelkich odmieńców i wyrzutków. Nie wie również, że w 1973 roku goście tegoż baru tragicznie zginęli – to prawdziwa historia. Prawdziwa i tym bardziej przejmująca, że bywalcy UpStairs Lounge spłonęli lub udusili się dymem na oczach swoich przyjaciół, którzy nie mogli ich uratować. Siedem lat później sprawę zamknięto bez wskazania winnych – człowiek podejrzany o podpalenie popełnił samobójstwo.
Główny bohater cofa się w czasie do dni, zanim zdarzył się koszmar i – jako przybysz z przyszłości – poznaje całe to dziwne towarzystwo, twarze przy barze, które natychmiast przyjmują go jako swojego, może trochę cudaka, ale kto by się tym przejmował. Każdy z nas jest trochę cudak, co nie.
Bardzo jest ten musical radosny, bardzo pozytywny i porażająco smutny zarazem. Wstrząsający nawet.
W ostatniej scenie główny bohater przenosi się z powrotem do współczesności. Jeden z gości baru pozostaje, żeby mu opowiedzieć, co się wydarzyło po tym, gdy barmanka odpowiedziała na dzwonek do drzwi feralnego wieczoru. Jaki los spotkał każdego z jego lekko ekscentrycznych nowych przyjaciół z przeszłości. Henri otworzyła drzwi, dopływ powietrza spowodował wybuch, wybiegła na ulicę, płonąc i krzycząc o pomoc. Inez się modliła, podczas gdy jej syn, Freddy, szukał wyjścia. Kiedy zorientował się, że dym jest zbyt gęsty, wciągnął mamę pod fortepian, zamknęli oczy i znaleziono ich spopielone ciała razem.
– Proszę, nie mów dalej – mówi Wes, nowy właściciel kamienicy, kryjąc twarz w dłoniach.
– Po pięciu minutach nie było już klatki schodowej – kontynuuje spokojnie duch bywalca klubu UpStairs. – Buddy pomógł Williemu przecisnąć się przez kraty w oknie, ale sam utknął. Spłonął na oczach gapiów. Policja nie usuwała jego szczątków przez cały długi dzień.
– Ale ty… żyjesz?!
– Nie. Mojego ciała nigdy nie zidentyfikowano.
I wtedy ani jednego suchego oka na widowni nie ma.
Kościoły odmawiały pogrzebu ofiar. Kiedy w końcu do tych doszło, niektórzy zostali pochowani jako Unidentified White Male. Tragedia z 1973 została zapomniana na wiele lat. Ten spektakl ją przypomina, ale nie jest ponurym requiem, wprost przeciwnie.

Wypłakałam się i wyruszyłam w dalszą drogę, do Bridge Theatre. Troszkę to daleko od West Endu, ale spacer przyjemny, nad rzeczką.
Londyn tego lata ma trzy Sny nocy letniej, ponieważ kto bogatemu zabroni, ale ja chciałam zobaczyć tylko ten.
I powiem wam, że jest to spektakl fenomenalny.
Jest to również spektakl, który lepiej oglądać na stojąco, pod sceną. Wiem, że nie każdego podnieca perspektywa przestępowania z nogi na nogę przez kilka godzin, ale wierzcie mi, na ogół warto. Groundlings, jak to się ich po angielsku nazywa, zwykle płacą najmniej za bilety, za to najwięcej wrażeń mają. Aktorzy bowiem na ogół starają się wynagrodzić im techniczne niedogodności, wciągając ich do zabawy.
To nie jest adaptacja dla purystów, ale ona doskonale pokazuje brytyjski stosunek do Szekspira – oni go kochają, ale nie podchodzą do niego na kolanach. Potrafią go znakomicie uwspółcześnić, potrafią też wydobyć z niego cały humor. A teatr Bridge, jeszcze pachnący nowością, ma audytorium, które można całkowicie przebudować – jak w tym przypadku, ustawiając ruchomą scenę pośrodku, by widzowie mogli ją otoczyć. Puk huśta się nad ich głowami, wykonując momentami absurdalne wprost akrobacje. W ogóle uroczy jest ten Puk – to zawsze jest postać figlarna, ten w dodatku wygląda jak punk. A żeby było jeszcze goręcej, to nie Tytania zakochuje się w jednym z Rude Mechanicals (którzy zabierają telefon jednemu z widzów, żeby strzelić sobie roześmiane selfie – fantastyczną ktoś ma pamiątkę), ale Oberon. I mają sexy time w wannie z pianą i w ogóle jest przebosko. A oba akty kończy puszczone na full Love On Top Beyoncé, podczas którego groundlings są zachęcani do tańca razem z ekipą, podczas gdy w powietrzu wirują elfy. W finale, na domiar ekstazy „glebingów” (tak się zastanawiałam przez parę dni, jaki byłby polski odpowiednik tego słowa i wymyśliłam, może nie za bystre to, ale zawsze coś) wypuszczane są ogromne balony-księżyce i „glebingi” skaczą, odbijając je pomiędzy sobą jak dzieciaki. Nieprawdopodobna radość. Dawno, być może nawet nigdy czegoś takiego w teatrze nie przeżyłam.

No, a potem nadeszła niedziela i trzeba było wracać do domu.
Czekając na peronie, sprawdziłam od niechcenia moją kartę pokładową i okazało się, że mam bilet na poniedziałek.
The rest is silence.

Jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie

Kiedyś przeczytałam u jakiegoś podróżnika, że lubi latać, bo wtedy czuje się wolny od wszystkiego. Nie ma nad niczym kontroli. Godziny w samolocie to godziny, gdy ktoś (coś) myśli za niego, pracuje za niego, w telefonie zasięgu nie ma, więc nikt nie zadzwoni; ta maszyna po prostu zasuwa przez mroźne powietrze, a ludzie w środku mogą odpocząć. Absolutnie nic od nich nie zależy. W tym sensie zatem latanie daje pewnego rodzaju wolność.

Niemniej to „nic ode mnie nie zależy” ma też inny, mniej przyjemny wymiar, który odkrywa się, gdy coś pójdzie nie tak, a pójść może.

Każda historia ma swój początek.
No więc ja zaczęłam wracać z Mediolanu w miniony piątek – miniony, nie ten wczorajszy – i pan kapitan powiedział, że są okrutne burze nad Alpami, wskutek czego Szwajcaria i Austria bardzo ostrożnie wpuszczają kogokolwiek w przestrzeń powietrzną. Dlatego musimy poczekać na lotnisku we Włochach, aż Szwajcaria i Austria uznają, że można lecieć, bo ominąć tego w żaden sposób się nie da.
No i się nie dało.
Jak być może najstarsi górale pamiętają, szczerze wam oddana ukończyła kurs paralotniowy, którego częścią jest egzamin teoretyczny, z meteorologii. I nie uwierzycie, jak przydatną umiejętnością jest rozpoznawanie chmur po kształtach. I gdy zobaczyłam to potężne froncisko, w którego paszczę wlatywaliśmy, to aż mnie zmroziło.
To nie był przyjemny lot. Większość mojego tradycyjnie zamawianego białego wina wylądowała na mnie. Szacun jednakże dla pana pierwszego oficera, który tuż po tym, gdy podskoczyliśmy jak pingpongi w maszynie losującej totolotka, odezwał się głosem przyjemnym i wyluzowanym, że einen schönen guten Abend i absolutnie nic się nie dzieje, za pięć minut powinno być po bólu. Było. Co nie zmienia faktu, że wylądowaliśmy spóźnieni i w dodatku w jakimś stepie szerokim (lotnisko we Frankfurcie zajmuje większą powierzchnię niż miasteczko, w którym moi rodzice teraz mieszkają), i turlaliśmy się tym cholernym autobusem ad infinitum, wzdłuż pól malowanych i niekończących się hangarów.
Biegłam wszystkimi nogami do bramki, z której miał odlatywać Flug nach Krakau i zobaczyłam, jak odcumowuje, i znowu zaczęłam wniebogłosy przeklinać.
Ponieważ procedura jest mi już znana, pokornie zawróciłam, przeszłam przez całe to ogromne lotnisko, stanęłam w kolejce za innymi zasmuconymi osobami i czekałam.
– O – powiedziała wesoło bardzo miła pani. – Już panią przebukowano na poranny lot, o ósmej. Proszę, tu jest karta pokładowa. I jeszcze voucher na posiłek, gdyby pani chciała, kawiarnie są otwarte…
– Wiem. Byłam tutaj siedem tygodni temu.
– O rany, naprawdę? No dobrze. Tu jest voucher na taksówkę… Zaraz znajdziemy hotel… Hm.
Pani zmarszczyła brwi w sposób, który nieszczególnie mi się spodobał.
– Nie widzę żadnych dostępnych.
JEZUSMARIAJANIECHCĘSPAĆNAŁAWCEBOUMRĘ, przetoczyło się przez zmęczoną głowę autorki.
– To znaczy, że nie ma?!
– Nie, na pewno są. To po prostu program szwankuje.
Spojrzała na mnie, całą oklapłą.
– Proszę się nie martwić, znajdę pani pokój. Wiem, że pani nie chce tu być.
– Nie chcę – odparłam. – To znaczy, przepraszam, nie chodzi o panią, ale…
– Rozumiem doskonale. O, jest!
Wyszłam, zapakowałam się do taksówki.
– Znowu ciekawa noc dziś – rzecze kierowca. – Wszystkie taksówki we Frankfurcie zajęte, bo na lotnisku coś poszło nie tak.
– Często tak macie?
– Często. Mamy grupę na WhatsApp i gdy tylko któryś napisze, że przyszedł pasażer z voucherem, to od razu wszyscy jedziemy na lotnisko.
Dotarłam do domu w sobotnie przedpołudnie, bardzo wesołym samolotem z ekipą kawalerów na pokładzie (obsługa wrobiła go w zbieranie śmieci od pasażerów), siedząc pomiędzy panią z Syrii, która natychmiast po starcie zdjęła chustę, zarzuciła ją sobie na twarz i poszła spać, a panią z Irlandii Północnej, która pokłóciła się z lekko wstawionym partnerem siedzącym parę rzędów dalej. Dość się zakolegowałyśmy po drodze.
W niedzielę prałam. Takie życie fascynujące.
W poleciałek zaspałam, taksówkarz mnie ochrzanił, że zaspałam, zdenerwowałam się na dzień dobry, poleciałam do Madrytu. Weekend, a właściwie jego brak, odcisnął na mnie takie piętno, iż pani stewardessa musiała mnie budzić na lotnisku. Ja wiem, że szum mnie bardzo skutecznie usypia i w samolotach tnę komara jak dziecko, ale nigdy mi się nie zdarzyło, żebym przespała lądowanie.
– O rany, przepraszam bardzo.
– Nie ma za co przepraszać, jest siódma rano. Zdarza się każdemu.

Madryt, ma się rozumieć, to najpiękniejsze miasto w Europie. To nie podlega dyskusji. Zawsze jestem nim zachwycona. Madryt, ze swoimi szerokimi ulicami i kilkunastopiętrowymi kamienicami, ze swoim niebem w wyjątkowym kolorze i szumiącymi drzewami, jest bardzo majestatyczny, dostojny, ale zarazem przyjemnie wyluzowany. Może to przez mentalność lokalsów, którzy zawsze sprawiają, że nawet będąc tam w pracy, czuję się trochę jak na wakacjach.
Mój główny kontakt w Madrydziu to jest facet, który zęby zjadł na swojej robocie, profesjonalny do bólu. Przystojny jak cholera. Hiszpanie ogólnie są wyględni, ale José naprawdę jest posągowo przystojny. Taki trochę niższy Tom Ellis z szorstkim hiszpańskim akcentem. Zapalony fan Atletico Madrid – w tym mieście jest bardzo ważne, komu się kibicuje.
– Hola Ola! (Bardzo ich moje imię bawi w tym kraju). Chcesz kawę? Albo może arbuza?
– Nie nie, dziękuję bardzo.
– Ale to chociaż owocem się poczęstuj.
– Słuchaj, przepraszam, że znów ci głowę zawracam, ale nie do końca rozumiem jedną rzecz…
– A to ja ci wytłumaczę. Zaraz ci pokażę. Nie ma problemu. Siadaj. Na pewno nie chcesz arbuza?
Nie chcę arbuza, José.
– Będziesz tu w przyszłym tygodniu?
– Niestety, wracam do domu. Do zobaczenia następnym razem.
(Jako bardzo przesądna baba, nigdy się nie żegnam, wyjeżdżając i wielu ludzi w mojej pracy robi podobnie – mówimy sobie „do następnego razu”).

Zatem po czterech dniach z José i zarazem czterech dniach jedzenia zdecydowanie za dużo (hiszpańska kuchnia, w swym tradycyjnym wydaniu bardzo prosta, potrafi być olśniewająco finezyjna, ale z rozmiarem porcji to oni tam lubią przesadzać; po kolacji człowiek zwykle wytacza się z restauracji, trzymając się za brzuch i jęcząc, że mu niedobrze, i idzie do hotelu tak powoli, jak to możliwe, ale pochłoniętych tysięcy kalorii nie żałuje ani trochę) wracam do domu.
– Alejandra? – pyta taksówkarz czekający pod biurem. Alejandra!
– Si.
– Aeropuerto?
– Si.
(Proszę zwrócić uwagę na moją biegłość w hiszpańskim).
– Vale!
Lotnisko puściuchne. Kontrolę bezpieczeństwa przechodzę sama, nikogo przede mną, nikogo za mną. Madrileños wyjechali na wakacje, więc ruch mizerny.
Cała byłam zadowolona, że wszystko tak gładko, ale jedno wam powiem – w podróży nigdy nie należy być nadmiernie zadowolonym z tego, że wszystko gładko, bo zaraz coś się spektakularnie spierniczy i tyle widziano wasze zadowolenie.
No i samolot był opóźniony o godzinę. Bo się jakiś światowy komputer popsuł.
– Ojejku – rzekła autorka do siebie, przy czym w rzeczywistości absolutnie nie brzmiało to jak „ojejku”, raczej jak słowo, którego i tak niestety nadużywa. Albowiem w Monachium miała godzinę dziesięć na przesiadkę. To znaczy, już teraz tylko dziesięć. Co prawda lotnisko w Monachium jest fantastycznie zaprojektowane, ale nie zmienia to faktu, że jest ogromne i ponownie biegłam wszystkimi nogami. Zdążyłam.
Moja walizka, oczywiście, nie.
Bogiem a prawdą, nawet się nie zdenerwowałam, bo nie miałam siły, chciałam już tylko pójść spać.
– Zupełnie z panią nie mam po drodze – rzekł wesoło taksówkarz, ten, który często wraca ze mną do domu; chłopak zawsze zachrzania, ile fabryka dała. – Bo ja już kończę.
– A gdzie pan mieszka?
– W Głogoczowie.
– Oj, to kawałek.
– Luzik, przeskoczę sobie na Zakopiankę. Jakby pani potrzebowała jutro po ten bagaż wracać na lotnisko, to proszę zadzwonić, ja panią podrzucę.
– Nie trzeba. Ale dziękuję bardzo.
Walizka doleciała rano. Zero stresu, bo Lufa wysyła esemesy, informując, gdzie ona, na wypadek gdyby w tango poszła. Następnie wszak przez cały dzień zwiedzała Kraków z kurierem, mam nadzieję, że jej się podobało.

Wiecie co, chyba mam dość na jakiś czas.

Prossima fermata: Gioia

– Oj – mówi dziś mój lokalny kolega przy porannej kawie. – Gdybym miał dwadzieścia pięć lat, jak ty, to też by mi się chciało tak podróżować.

Dziękuję ci, mój drogi.
(Jest ode mnie dwa lata młodszy).
Nawiasem mówiąc, typowo włoskie zagranie. Włosi bardzo lubią czarować. Tak dla sportu, to nic nie znaczy. Ich to po prostu bawi, czyni życie nieco bardziej znośnym i wszystkim jest wesoło. Niezależnie od wieku i powabu, Italiani flirtują z przymrużeniem oka, rano i wieczorem, tak to tu działa i już. Wszyscy. Recepcjoniści, barmani, nieznajomi w windzie, dyrektorzy zarządzający. Tak to tu działa, i to w tym kraju lubię, bo wymierzony prosto i bezczelnie w was uśmiech mijanego przechodnia potrafi zdziałać cuda. Dwa lata temu, gdy siedziałam tu przez sześć tygodni, trochę mnie deprymował łamane przez wkurzał ich sposób bycia, który dla nas jest dość może nazbyt poufały, a dla nich normalny. Potem przywykłam, a teraz już wiem, że gdy do biura wkracza włoski kolega niewidziany przez dłużej niż tydzień, będzie ściskanie i buziaki w oba policzki. Koleżanek też to dotyczy.

Skąd się wzięłam w stolicy Lombardii, mogę wyjaśnić. W miarę łatwo. W miarę.
Jak wiemy, jedyną stałą w życiu jest to, że wszystko się zmienia.
Najpierw, zaraz po moim urlopie, miałam jechać do Madrytu. No i cudownie, myślałam. Wtem, gdy jeszcze sobie bimbałam na wakacjach, przyszła wiadomość.
– Przepraszam, była zmiana planów. Potrzebowalibyśmy cię w Luksemburgu w przyszłym tygodniu.
Ach, Luksemburg. Nie mogę sobie wyobrazić miejsca bardziej fascynującego. Okej, trochę jestem złośliwa, bo w istocie kraj Luksemburg jest bardzo ładny i lesisty, tylko że pracując tam, siedzę głównie w mieście Luksemburg, a ono jest mało porywające.
– Zmienię ci loty, nic się nie martw – czytam. No okej.
Dwa dni później.
– Nie, wiesz co, jednak nie musisz jechać do Luksemburga.
– To znaczy, że donikąd nie jadę?
– No… jedziesz. Tylko czy mogłabyś sobie sama zarezerwować lot, bo ja nie potrafię…
– A dokąd – pytam – jadę?
Jak możecie się domyślić, autorka była już w stanie najczystszej, niczym niezmąconej kurwicy.
– I czy ludzie na miejscu wiedzą, że przyjeżdżam?
– Och. No tak.
Aha.
– Dam im znać.
No myślę, bo przydałoby mi się biurko do pracy w poniedziałek.
Zadzwoniłam do agencji rezerwującej nam podróże.
– Od poniedziałku? – spytała pani. – Od tego poniedziałku?… To został tylko Hyatt.
No i dobrze. Nie mój problem, nieprawdaż.
Na dobry wieczór po przyjeździe pan recepcjonista mnie przeprosił, bo akurat trwa remont i wobec tego wszyscy goście mają darmowy wstęp do strefy wellness. Codziennie wieczorem łaziłam do strefy wellness pluskać się w nastrojowo oświetlonym basenie. Pewnego dnia, gdy windy się zepsuły i nie miałam jak zjechać do podziemia, pan recepcjonista pokazał mi zejście służbowe, z którego skwapliwie korzystałam i nikt mi nic nie powiedział, albowiem to Włochy, kraj, w którym procedury działają tylko wtedy, gdy ktoś patrzy.

I tak oto właśnie trafiłam do Mediolanu.
To nie jest moje ulubione włoskie miasto. Mało czyje jest, bo w porównaniu z innymi słynnymi miastami półwyspu Mediolan jest urody dość trudnej. Z drugiej strony ma swoje perły – Duomo, oczywiście (choć też nie wszyscy ją lubią), Castello Sforzesco i park Sempione, w którym jedynym minusem są wściekłe komary, ale rozłożyste drzewa służą cieniem, oparciem i energią; muzea i stare kościoły, dzielnice Isola i Navigli, wyluzowane, malownicze i z pyszną kuchnią, słynny Bosco Verticale.
No i mają Leonardo.
Mediolan kocha Leonardo, a w Castello Sforzesco właśnie trwa nieduża, ale piękna wystawa, w ramach której możecie wejść do sali przez ładnych parę lat zamkniętej, a którą Da Vinci zamienił dla Ludovico Sforzy, zwanego Il Moro (Maur, ale też morwa) w koronę drzewa właśnie. Coś niesamowitego, buzia sama się rozdziawia, zwłaszcza że staranne oświetlenie wydobywa wszystkie cuda tej koronkowej roboty. Rzecz jasna, każdy w naszym kręgu kulturowym wie, że Leonardo był geniuszem, ale spoglądanie na zaciągnięte w ramach kolejnego punktu męczącej wycieczki dzieciaki z Dalekiego Wschodu, zapatrzone dwie minuty wcześniej w swoje smartfony i nagle oczarowane sufitem nad ich głowami – wow.

W piątek poszliśmy do La Scali, która już właściwie zakończyła sezon, ale załapaliśmy się jeszcze na wieczór z dwiema krótkimi operami – pierwszą Salieriego, drugą Pucciniego w reżyserii Woody’ego Allena. Nie będąc ogromną wielbicielką opery jako takiej, jestem, jak wiecie, wielką fetyszystką teatru, toteż samo znalezienie się w tym miejscu było dla mnie czymś bardzo dużym.
Poszliśmy, to jest ja i mój towarzysz z kraju, który też stoi operą, ale raczej Wagnerem. Młody zna Józefa, powiem wam. Poszliśmy do baru w La Scali, gdzie wytworni panowie o kamiennych twarzach leją wino do kieliszków z rżniętego szkła, ponieważ oczywiście. Zajęliśmy strategiczne miejsce w foyer, pod kolumną, i obserwowaliśmy ludzi. Panie w cekinach i sukniach po pięty. Pana w szortach, stanowczo zatrzymanego w progu. Strażaków pilnujących bezpieczeństwa. Ludzi podekscytowanych i zblazowanych.
– Czy to nie jest ciekawe? – spytał Młody. – Lubię patrzeć na ludzi, a ty?
Ponieważ dzwonek zadzwonił, grzecznie przerwaliśmy obserwacje i wspięliśmy na nasz balkon, nie taki zły, jak się zdawało.
– Możecie zająć całą lożę, tu nikt więcej nie usiądzie – rzekł nam pan z obsługi i zamknął za nami drzwi.

Niedziela (bo sobotę poświęciłam wspomnianemu Leonardo. I zakupom. I ravioli z masłem i szałwią). Jak przy niedzieli wypada, relaksuję się. Kończę pizzę gourmet (teraz tu jest szał na pizzę gourmet, nie żeby ceny też były gourmet – Włosi nawet w światowej stolicy lansu nie będą przepłacać za posiłek tak podstawowy, jak pizza) w Assaje – serdecznie polecam, fenomenalne żarcie, a w ramach tradycyjnego rozchodniaczka zamiast limoncello podają melonówkę, w trzech smakach. Skwar jak jasny pieron. Docieram do hotelu, by schłodzić się w klimatyzacji, a najchętniej zatrzasnąć w minibarze. Telefon piszczy. Młody.
– Ola, a nie chciałabyś pójść na kolację do Navigli?
Szlag.
Dobrze, że spakowałam szorty na gumce (dodam, iż mimo gumki są bardzo szykowne, w sensie w niedzielne popołudnie oblecą).
Taksówkarz przez całą drogę gadał do mnie uroczą mieszanką włoskiego i angielskiego, a na masce rozdzielczej kiwał mu się Siddhartha. Przejechał dwukrotnie na czerwonym, zatem śmiem twierdzić, że obecność Siddharthy w jego samochodzie nie jest przypadkowa. Różaniec też miał, oczywiście. Zawsze warto wybrać możliwie najszerszą opcję ubezpieczenia.

Znaleźliśmy się w Navigli. Nie było to proste, bo autorka jest dość żenująco słaba w kwestiach nawigacji, ale za pomocą intensywnego machania – byliśmy na przeciwnych brzegach kanału – udało się.
Wypiliśmy Aperol lub dwa, zjedliśmy risotto – obłędne, z kwiatami cukinii tylko – słońce zachodziło nad kanałami, romantycznie bardzo.
– Nie czujesz się samotna, gdy tak podróżujesz? – zapytał mój towarzysz.
– Nie. Czasami… czasami tak. Ale gdy nauczysz się znajdować dom daleko od domu, to będzie dobrze.

(Dziś po szychcie poszliśmy na lody. Uprzednio młody padawan zjadł kotlet po mediolańsku, wpatrując się z niepokojem w mój makaron z sepią, bo ja mięso nie bardzo jadam: „to ci wystarczy?”).

Ola del mar

Wróciłam z Wielkiej Brytfanny w poniedziałek po południu, jeszcze cała w emocjach, a dwadzieścia cztery godziny pózniej wracałam na lotnisko, by wyjechać na te prawdziwe wakacje, z plażą i w ogóle.
I obudził mnie dusiołek.
I to jaki!
A ja beztrosko nieprzygotowana.
– Poczekaj – powiedziała moja nieoceniona matka. – Ja mam hydroksyzynę. Weterynarz kiedyś przepisał dla psa na lęk separacyjny, ale na niego nie działała. Może ci pomoże?
No to wzięłam.
Nie mam pojęcia, jak i dlaczego, ale ścięło mnie tak malowniczo, że jadąc na lotnisko, ziewałam jak opętana, a w samolocie zasnęłam kamiennym snem, obudziłam się już nad Hiszpanią. Prawda taka, że samo obudzenie się nad Hiszpanią jest jedną z najradośniejszych i najbardziej odprężających rzeczy, jakie mogą człowiekowi się zdarzyć. A co dopiero perspektywa spędzenia tam całego tygodnia. Nie miałam absolutnie żadnych planów. No, właściwie to miałam jeden – taki, żeby dużo jeść, pić wino i spędzać całe dnie na plaży. Z dumą stwierdzam, iż zrealizowałam go w stu procentach.

Gdy człowiek myśli o Hiszpanii jako miejscu na urlop, myśli zwykle o południu, pomarańczach, bulwarach wysadzanych palmami, Morzu Śródziemnym, kurortach, wyspach, obezwładniającym słońcu, całodobowych imprezach i hałaśliwych tubylcach. Wszystko prawda.
Północ tego kraju to zupełnie inna historia.
Gdy poczytacie trochę, zauważycie, że ludzie opisujący atlantyckie wybrzeże Hiszpanii zgadzają się w jednym – pogoda nie rozpieszcza. W jednym z artykułów opisujących Santander przeczytałam, że tam właściwie nie ma lata jako takiego. Zatem owszem, jest Hiszpania, w której w lipcu witają was ołowiane chmury i chłodny wiatr. Hiszpania, w której ziemia nie jest spalona słońcem, a w ogrodach kołyszą się potężne platany i sosny. Hiszpania wietrzna, zielona, deszczowa. Plaże długie, szerokie i puste. Przypływy i odpływy, według których można regulować zegarek. Autorka zarezerwowała dla siebie pokój na samym krańcu plaży Sardinero – dalej już tylko latarnia morska – nad brzegiem morza, więc zasypiała i budziła się przy szumie fal i serio, były to chyba najbardziej relaksujące wakacje, jakie można sobie wyobrazić.
Zatem co robiłam?
Głównie maszerowałam na bosaka. Zrobiłam mnóstwo kilometrów boso. Moczyłam zadek w oceanie. Czytałam książki, na plaży oczywiście. Ogólnie rzadko z plaży schodziłam, a jeśli już, to tylko po to, by coś zjeść. W Hiszpanii tak już jest, że człowiek nie ma szans chodzić głodny, bo nawet, gdy zamówi tylko piwo, zwykle dostanie przekąskę. Gdyby potrzebował czegoś bardziej konkretnego, to nie ma sprawy, w każdej knajpie czekają croquetas, kalmary, omułki albo… chipsy ze słoniny (tak, tak!), na obiad można dostać zupę rybną, w której łyżkę da się postawić na sztorc i pyszną żabnicę, i oczywiście flaszkę wina. A potem kelner przyjdzie i zapyta, jaki deser podać, by na koniec, gdy spocony z wysiłku i przejedzenia człowiek rozpina ukradkiem spodnie, wrócić z rachunkiem opiewającym na DZIESIĘĆ EURO.
Na śniadania jadałam tortillę.
Wcale nie czułam się winna.
WCALE.

Wszyscy wiedzą, że kocham ogromnie Madryt. Wyboru Kantabrii na miejsce urlopu dokonałam nieco przypadkiem tam właśnie, siedząc wieczorem w hotelu i przeglądając social media, w których nagle błysnęła mi wiadomość o otwarciu połączenia do Santander. Ponieważ Hiszpania kojarzy mi się z samymi rozkoszami, dla sybarytów to raj na tym łez padole, zarezerwowałam bilet, zakomunikowałam szefowi, że oto wtedy jadę i skreślałam dni na kalendarzu.
No i pojechałam.
Nie żałuję ani minuty. Oczywiście, że nie była to wyprawa wielkiego podróżnika, po prostu siedem dni świętego spokoju w bardzo malowniczym i kojącym zakątku świata. Santander trochę przypomina mi Tel Awiw – pod tym względem, że jak ten drugi, jest miastem plaż. Zewsząd blisko do oceanu. Na plażach toczy się życie, ludzie biegają, spacerują, kąpią się, surfują, grają w piłkę, trzymają się za ręce, spotykają ze znajomymi, przychodzą samotnie poczytać albo się zdrzemnąć. O ile jednak Tel Awiw jest olśniewająco biały, Santander to miasto raczej z cegły. Położone na wzgórzach (do Picos de Europa niedaleko), z niedużym starym miastem pełnym dość uroczych kamienic, z mercados, gdzie haki uginają się od ciężkich szynek, a stoły od moreli słodkich jak miód; z dzielnicą portową, która może niezbyt ładna, ale ma przyjazne, choć nieco obskurne bary z wiekowymi stałymi bywalcami kłócącymi się nad gazetą i obowiązkowymi pinchos do piwa; z dostojnymi willami ukrytymi wśród ogrodów przypominających raczej lasy, z dawnym pałacem królewskim górującym nad półwyspem wcinającym się w ocean. Santander nie aspiruje do bycia cool miejscówką, choć ze swoim oszałamiającym położeniem mogłoby bez dwóch zdań. To miasto jest nieprawdopodobnie spokojne. Jasne, w słoneczny weekend na plażach było gęsto – ach, ten sielski piaseczek, to łagodne zejście do morza (przynajmniej do mniej więcej piętnastej, bo wtedy zaczynał się przypływ). Nad zatokę przybywały całe hiszpańskie rodziny, od niemowlaka po prababcię, przygotowane znakomicie, każdy członek wycieczki był odpowiedzialny za taszczony przez się sprzęt – turystyczną lodówkę, stoliczek, krzesełko i parasol dla prababci lub sprzęt sportowy; rozkładali się metodycznie niczym wojsko, ale nie zajmując zbyt dużo miejsca, biesiadowali, pluskali się, a cudzoziemka mogła pod ich troskliwym okiem zostawić swój telefon i ręczniczek, by też pójść się popluskać. W dzień powszedni jednakże było rozkosznie cicho, pomijając nieustanny szum fal. Wieczorami po horyzont tylko te fale; czasami przy silnym wietrze na horyzoncie widać było góry. Nocą przez ciemność przebijało się migoczące miarowo światło latarni na skale w zatoce, Faro de Mouro. Burza nie burza, wicher nie wicher, światło spokojnie pobłyskiwało.

A na lotnisku kawa cortado kosztuje euro pięćdziesiąt; to już i tak sporo jak na lokalne standardy. Pozdrawiam serdecznie port lotniczy Kraków-Balice.

Przy okazji odkryłam, a właściwie odkryła towarzysząca mi w tym wypadzie nieoceniona matka, że trochę mówię po hiszpańsku, a jest to język, którego nigdy się nie uczyłam. Bardzo, BARDZO trochę, ale wystarczająco, żeby poczuć leciuchną dumę. Oczywiście, człowiek uczy się drogą osmozy przy moim trybie życia, gdy wszyscy wokół mówią w języku, którego nie rozumiecie, a wy swój wypieszczony angielski możecie sobie… W każdym razie. Potrafię się przywitać i pożegnać, powiedzieć w sklepie, że mam własną torbę na zakupy i że chcę wodę w temperaturze pokojowej, a nie schłodzoną, znam sporo określeń z mojej branży, które poza nią są oczywiście całkowicie bezużyteczne – no i dużo kulinarnych, co w Hiszpanii jest najważniejsze, bo w tym kraju wszystko kręci się wokół stołu. Mogę prostą i nieco koślawą, ale jednak konwersację poprowadzić w języku, który kiedyś wydawał mi się szorstki i krzykliwy, a teraz doceniam jego śpiewność. To dziwne.

Będę tęsknić.
Mam nadzieję, że niezbyt długo.

Present mirth hath present laughter: what’s to come, is still unsure

Tom sobie posiedziała w domu przez dni parę, nawet raz poszłam do biura, a potem poleciałam do Londynu.
Bo dawno donikąd nie leciałam.
Londyn to nie tyle podróż, co powrót.
Przespałam całą trasę, bo ja w samolotach śpię jak dziecko. Potrafię przespać start i lądowanie. Jak na osobę mającą duże problemy ze snem od lat, to dość osobliwe. Kobieta siada i nie ma jej. Jakby mi ktoś wtyczkę wyjął.
(Dlatego ta niedawna historia pani z Kanady, która obudziła się w zaparkowanym, zamkniętym, ciemnym samolocie, trochę mi zmroziła krew w żyłach).

Najpierw poszłam zobaczyć Śmierć komiwojażera w Young Vic. Wspaniale obsadzone – wybitna Sharon D. Clarke i Wendell Pierce – okraszone piosenkami i osadzone w końcówce lat 50. Willy i jego rodzina są ciemnoskórzy, co znacząco zmienia ciężar historii krążącego sprzedawcy walczącego o przetrwanie – i godność – we wrogim mu świecie. Ale mnie najbardziej poruszył Arinzé Kene w roli Biffa.
Arinzé Kene to jest arcygwiazda. To jest aktor, dramaturg i wokalista w jednym, uznawany przez wielu za nową twarz brytyjskiego teatru, obdarzony w dodatku niebywałą charyzmą. Kawał faceta również. Rozczulający był moment, gdy podczas curtain call objął rozemocjonowaną Sharon D. Clarke.
– Przepraszam, że zatrzymuję – powiedziałam, gdy go złapałam w barze Young Vic po wszystkim. – To było doskonałe i się popłakałam.
– Oj – rzekł. – Dziękuję, ta robota nabiera sensu, gdy słyszy się coś takiego. Teatr to branie i dawanie, prawda?…
Tak, Arinzé, to branie i dawanie.

No, a potem już tylko Old Vic i Andrew Scott.

Moja relacja z Andrew jest znana od dawna. Ja bym gościa mogła jeść łyżkami.

The Dazzle, w którym siedział wśród stert gratów, na szóstym piętrze zimnej kamienicy, w której przez krótki czas mieściła się efemeryczna scena Found111, otoczony wianuszkiem widzów siedzących na chybotliwych krzesłach, grając jednego z braci Collyer pospołu z Davidem Dawsonem. To był bezbłędny duet. Pamiętam te żarliwe oczyska, ciemne jak węgle, wodzące smutno po twarzach widzów.
W Birdland te same oczy były zupełnie puste. Nic. Jakbyście patrzyli w plastikowe oczy lalki.
Hamlet. Czterogodzinny Hamlet. Ja to jeszcze widziałam w teatrze Almeida, gdy po jednym z pierwszych spektakli wyszło do wątłej jeszcze wówczas, moknącej w lutowym deszczu kolejki takie drobne (Andrew jest dużo bardziej kompaktowy, niż się wydaje na scenie), wyrąbane jak koń po westernie stworzenie i zapytało mnie, jak JA się czuję.
– Jakby mnie pociąg potrącił – odpowiedziałam szczerze.
– Ja tak samo!
To był Hamlet niezwykły, bo bez tej całej pompatycznej otoczki. Ot, wkurwiony, rozczarowany, zagubiony człowiek.
I Sea Wall.
Sea Wall dla mnie zdefiniował go jako wybitnego aktora, zwłaszcza gdy zobaczyłam to na żywo (wersja filmowa jest dostępna w internecie za niedużą opłatą). A poleciałam specjalnie, żeby to zobaczyć. To jest króciuteńki monodram. Wyznanie ojca, który stracił córeczkę w tragicznym wypadku. On w tym ani na chwilę nie podnosi głosu, nie szarżuje, robi długie pauzy, trzymając widownię w ciszy wręcz nieznośnej. Spomiędzy tego pozornego spokoju przebija obezwładniająca rozpacz człowieka, który nie wie, jak sobie poradzić. Pamiętam, że przez cały spektakl światła na widowni Old Vic były zapalone – on chciał widzieć ludzi, do których mówi i chciał, żeby to nie był monodram pod tytułem „oto aktor stoi na scenie i gada w ciemność”, raczej konwersacja. Światła zgasły dopiero po ostatnim słowie. Na długo.
Scena kocha Scotta z wzajemnością. Kiedyś napisałam, że on mógłby siedzieć w kącie i obierać ziemniaki, a publiczność byłaby wniebowzięta. Opinię podtrzymuję. Bo to jest zwierzę. Nie zazdroszczę wszakże żadnemu aktorowi, który z nim na tej scenie się znajduje, bo istnieje duża szansa, że publiczność go po prostu nie zauważy.

Present Laughter wreszcie pozwala jego publiczności się wyśmiać. To dwie godziny czystej radości i bólu policzków.

W farsie trzeba mieć doskonałe wyczucie czasu. Andrew je ma. Dodać należy, że gra aktora lubiącego emfazę, po czterdziestce – zatem właściwie gra siebie, i ta zabawa własnym emploi jest cudowna. Przy czym nie jest to zwykły żart z bycia idolem; jest to wszystko podszyte samotnością i słabo skrywaną obawą przed upływającym czasem.

Jego bohater jest też biseksualny.
I powiem szczerze, końcówka pierwszego aktu jest tak zmysłowa, że chyba nie było na widowni człowieka, który nie chciałby pójść z Garry’m Essendine do łóżka. Główny bohater jest irytującym, pompatycznym, chimerycznym Piotrusiem Panem, ale jest też absurdalnie pociągający i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nikt mu się nie oprze.
To w ogóle jest ciekawe, bo Scott nigdy nie robił tajemnicy z własnej seksualności, ale w wywiadzie dla New York Times powiedział, że ogromna większość fanów przychodzących pod stage door to kobiety. Wyznaje, jak ja, zasadę, że chemia między ludźmi wykracza daleeeeko poza orientację seksualną, dlatego nie ma co się do niej za bardzo przywiązywać.
A poza tym wszystkim to miły, słodki człowiek, który dla każdego znajdzie czas, pogada swoim łagodnym i bardzo irlandzkim głosem, zrobi sobie zdjęcie (ja mam z nim już cztery – rozbawiło mnie bardzo, że teraz obok niego stoi smutny gość z lampą i zapala ją, gdy Andrew zabiera telefon kolejnej osobie, żeby strzelić fotę; widzicie, on jest taki uroczy, że nawet dba, by zdjęcia były porządne).

Wróciłam do hotelu o północy.
Dzień następny to tylko Read Not Dead w Globe – kocham Read Not Dead, z przyczyn, o których pisałam po wielokroć. To sama radość aktorów poświęcających swój wolny czas, żeby czytać ludziom zapomniane sztuki, czasami znakomite, czasami uciesznie złe. Tym razem, w ramach większego projektu zatytułowanego Hamlet Is Poland, zorganizowano czytanie „Odprawy posłów greckich” i trenów. Tak, tak. Kochanowski w Shakespeare’s Globe!
Śliczny jak malowanie Patrick Walshe McBride brał w tym udział. Między innymi. Świetnie to było zrobione, a jedna z ról była czytana po polsku.
Treny wielu widzów niezbyt zaznajomionych z życiem i twórczością naszego barda wyraźnie zasmuciły. Dodać trzeba, że były pięknie przetłumaczone i wykonane, i sama trochę się wzruszyłam, słuchając fraz Kochanowskiego, siedząc w tej drewnianej bombonierce nad Tamizą. Jeden z aktorów biorących udział w tym wydarzeniu napisał później na Twitterze, że łzy mu napływały do oczu.

Wróciłam do domu. Na, bardzo w moim stylu, 24 godziny. Dość powiedzieć, że tę relację kończyłam pisać już zupełnie gdzieś indziej.

Les Mille Et Une Nuits

Kolejne tygodnie w Paryżu mijają coraz szybciej, w poprzedni poniedziałek (poleciałek, chciałam napisać – w sumie pasuje), ledwo zdążywszy odetchnąć po wszystkich przygodach weekendu w ponoć pięknej Moguncji, zawiozłam tyłek z powrotem tutaj.
Dni przepracowują się spokojnie, właściwie same. Człowiek nabył doświadczenia, a pozbył się strachu, więc mu łatwiej. Wieczory są krótkie, bo czerwiec, a XVI dzielnica jest gęsto obsadzona lipami i pachnie tu obłędnie, więc tęsknota za domem łagodniejsza.

Weekend był przemiły – genialna, inspirująca wystawa Dory Maar w Centre Pompidou (bardzo polecam, a w ogóle to z ruchomych schodów Pompidou macie jeden z najlepszych widoków na miasto), a w niedzielę ostatni spektakl Fashion Freak Show w Folies Bergere. Musiałam być. W finale na widownię buchnęły cekiny, poziom decybeli na widowni osiągał wartości szkodliwe, ale jakże piękne, bo wszyscy wstali, klaskali i krzyczeli, i Jean Paul Gaultier we własnej osobie pląsał na scenie i wykonawcy się popłakali.

Ale nie o tym chciałam.
Ja wiem, że ja wiem i że wy wiecie, iż moje nastawienie do tego miasta przez ostatnie trzy lata zmieniło się ogromnie. Nie lubiłam Paryża. Było mi tu źle i bałam się tu wracać, do tego stopnia, że moja przyjaciółka niedawno powiedziała mi, że tuż przed ponownym wyjazdem do Francji rok temu wyglądałam na wręcz boleśnie spiętą. Dlatego czuję się w obowiązku parę rzeczy wyprostować.
Jest taki stereotyp, że paryżanie są niemili, niegrzeczni. No bo wiadomo. Kelnerzy z wiecznym fochem (acz mam takiego w bistro obok biura, który zawsze zgrywa bezczela, ale mruży przy tym oko, a nad babcią, która przychodzi tam codziennie na obiad i kieliszek czerwonego, pochyla się tak troskliwie, że serce roście). Motocykliści – bez wątpienia samobójcy czyhający za każdym winklem. Taksówkarze – jak wyżej, tylko jeszcze z klaksonem, wymuszający pierwszeństwo na matkach z wózkiem, staruszkach i karetkach. Ludzie u mnie w pracy – siedzący naprzeciwko z założonymi rękami, kontrujący każde pytanie lekko zirytowanym „ale co masz na myśli?”. Trochę mi zajęło, by zrozumieć, że rzeczy nie zawsze są takie, jakie się wydają. I że te moje France to nie takie france wcale.

Trzy tygodnie temu siedziałam w knajpie w Tuileries, sobota, słoneczko, gdy wtem przylazła chmura i jęło straszliwie lać. Zimno się zrobiło. Kelner krążący po ogródku zauważył, że jakiś lekko ubrany chłopiec przeczekujący ulewę z rodzicami trochę się trzęsie, więc mu pożyczył swoją bluzę.

Dwa tygodnie temu siedziałam w innej knajpie (tak, wiem). Madame przy stoliku obok paliła papierosa – niestety to ciągle bardzo tu modne. Ulicą nadciąga inna pani, dość wytwornie odziana, i pyta, czy tamta mogłaby poczęstować ją fajką. Ona zapłaci.
– Jasne i nie ma mowy – odpowiada pierwsza madame i wyciąga papierosa. Madame numer dwa grzebie w torebce w poszukiwaniu drobnych.
– Ja oddam.
– Nie ma potrzeby, to tylko jeden papieros.
– Ale tak w ogóle to ja nie palę na co dzień.
– Tym bardziej.
Wywiązuje się coś w rodzaju sprzeczki. Wreszcie madame numer jeden zapala papierosa madame numer dwa, która upiera się zostawić parę monet na stoliku i odchodzi, zaciągając się z ulgą.

Miniony piątek. Kelner od babci proponuje mi deser – tartę truskawkową. Jest obłędna, z kremem jak chmurka, ale porcja jest potężna, a ja wcześniej stek w towarzystwie clafoutis z cukinii zjadłam i zaraz pęknę.
– Przepraszam, to jest pyszne, ale ja już nie mogę, już poproszę o rachunek.
– Nie zjesz do końca? – spogląda na mnie surowo. – Jak to nie?!

Co dnia widuję kloszardów. Często rezydują na wywietrznikach metra, teraz już rzadziej, bo jest ciepło. I zwykle, idąc rano do pracy, widzę też ludzi, którzy zatrzymują się przy nich, wręczają banana i kubek kawy, zamieniają parę zdań i idą dalej. Trudno pozbyć się wrażenia, że to nie są wyjątkowe zrywy dobroci, ale pewien rytuał.

I ta czarodziejska anonimowa ręka, która w biurowej kuchni codziennie rano zostawia tacę pełną pain au chocolat. I czasami też takie dobre bułeczki z cukrem, nie wiem, jak się nazywają, ale wpakowanie całej do buzi to sama radość (przynajmniej do momentu, gdy po paru tygodniach takiej diety staracie się dyskretnie rozpiąć guzik w spodniach przy każdej próbie siadania).

Tak.
Paryż nauczył mnie nie tylko tego, że jestem twardsza niż myślałam i że wszędzie można się odnaleźć, ale też tego, że stereotypom nie warto ufać, bo zwykle są o kant dupy rozbić.
(No chyba że próbujecie jechać z walizką transportem publicznym, i nie działają ani schody ruchome, ani windy, i jeszcze wam kolej zastrajkuje, i wtedy miętolicie półgębkiem „k****, ten kraj”).
((Ale i do tego można przywyknąć)).
Paryż to była moja próba ogniowa. Wyszłam z niej z tarczą i tę tarczę w piątek wieczorem zabiorę ze sobą do domu, i będzie mi służyć, gdziekolwiek trafię.
I będę tęskniła. Naprawdę.

Lubię wracać tam, gdzie byłam

Zaczęło się od tego, że się pokłóciłam z panem i władcą.
Nie jakoś bardzo. Wystarczyło wszakże, żebym była w humorze mizernym i dodupnym.
Wróciłam do Paryża, w którym przez caluchny tydzień prało deszczem. Z każdej strony. W robocie wszystko się sypało. Tym bardziej cieszyłam się na weekend w rodzinnym ogrodzie, z trawą, komarami i świeżą miętą do herbaty.

W piątek w Paryżewie głowę urywało, a nad dachami kłębiły się piękne chmury o kształcie kowadła, znaczy cumulonimbusy, znaczy burza będzie. No słabo, pomyślałam. Ale wieczorem lecę, to może ucichnie.

Dupa nie ucichło.

– Proszę państwa – rzekł twardo kapitan. – Proszę wybaczyć, ale ze względów bezpieczeństwa nie będzie serwisu na pokładzie.
– Proszę państwa – rzekł kapitan 45 minut później. – Proszę wybaczyć, ale pogoda we Frankfurcie jest fatalna. Jesteśmy w kolejce do lądowania, niemniej jeszcze trochę poczekamy.
I tak krążyliśmy przez godzinę nad cholernym Frankfurtem, a inne samoloty tuż nad lub pod nami. Było ich za oknem coraz więcej. Wśród tych wszystkich błyskających świateł zobaczyłam jedno wyjątkowo silne i zrozumiałam, że okrążamy nie tyle nawet miasto nad Menem, co burzę.
– Proszę państwa – rzekł kapitan. – Powiem szczerze, takiego chaosu nigdy nie widziałem. Wiele lotów jest przekierowanych, ale spróbujemy wylądować. Wieża kazała podchodzić z najniższą możliwą prędkością, więc wylądujemy dopiero za jakieś 25 minut od teraz.
Burza nie burza, naprawdę straszne było to, że osoba za mną zdjęła buty i z uporem maniaka dotykała skarpetką mojej łydki. Yyyyyghhh. Nie dotykaj mnie skarpetką, człowieku.

Wylądowaliśmy.
Biegnę do bramki. Serce mi z klaty wyskakuje, bo lotnisko we Frankfurcie zajmuje skromne 23 kilometry kwadratowe i przemieszczanie się po nim to podróż sama w sobie. Dobiegam. Jakiś dżentelmen mi macha.
– Nie trzeba biec.
– Ale…
– Już nie trzeba.
– No kurrrwwa mać! – wzdycham żarliwie w języku ojczystym, który pozwala wyrazić emocje jak żaden inny.
– Proszę wrócić do stanowisk odprawy, tam się panią zajmą.
Popylam nazad przez cały ten niekończący się terminal. Odstaję swoje w kolejce. Uściślając, dwie godziny. Jestem zmęczona. Jest gorąco. Kobieta stojąca za mną pyta, czy chcę wody, bo rozdają, to mi przyniesie.
– Dzień dobry, mnie tu przebukowano na jutrzejszy lot…
– Mhm. Nie mogę pani wydrukować karty pokładowej. Proszę przyjść jutro. Tu jest voucher hotelowy. I drugi, na taksówkę. I trzeci, na taksówkę z powrotem.
Oczywiście we Frankfurcie nie ma już żadnego miejsca w żadnym hotelu, więc trafiam do podobno pięknej Moguncji. Nie wiem, bo widziałam tylko autostradę, zmordowanego recepcjonistę stojącego samotnie naprzeciwko kilkudziesięciorga „come from aways” (teraz wiem, jak to jest) o drugiej w nocy, pokój, jadalnię i znowu autostradę.
Padam na łóżko i piszę do pana i władcy, którego nadal chwilowo nienawidzę, że nie mogę wrócić do domu. Odpowiedź przychodzi po piętnastu sekundach. „Jak to? Co się stało?!”.

Zgodnie z instrukcją przychodzę jutro. Znaczy wczoraj. Ustawiam się w kolejce, ponownie złożonej z „come from aways”. Po czasie wystarczającym na obejrzenie odcinka serialu docieram do madame w okienku.
– Dzień dobry. Bo ja wczoraj nie poleciałam i dostałam od Lufthansy SMS, że mam rezerwację na lot dziś o szesnastej.
– Niech spojrzę.
Spogląda.
– Hm. Zaraz wrócę.
Kwadrans później. Kolejka za mną urasta do rozmiaru tej po lody na Starowiślnej i wszyscy na mnie nienawistnie patrzą.
– Wszystko się zgadza, my panią automatycznie przebukowaliśmy, ale coś poszło nie tak.
To nie są słowa, które chce człowiek usłyszeć na lotnisku.
– Nowa rezerwacja nie została zakończona. Było ich wczoraj mnóstwo i chyba system nie dał rady…
– To znaczy? Mogę lecieć?
– Prawdopodobnie. Proszę, tu jest bilet standby i voucher na posiłek.
– Standby? Ale…
– Sądzimy, że kilkoro pasażerów nie zdąży na ten lot. Ma pani szansę! Jeśli nie, na kolejny lot o dwudziestej drugiej są wolne miejsca, więc wtedy na pewno pani poleci. Proszę się nie martwić – dodaje dziewczyna przepraszająco. Ja się nawet na nią nie wkurzam, bo jest w tak samo chu… paskudnej sytuacji jak ja. Kobieta na stanowisku obok zbiera cięgi od zaryczanej pasażerki, której ani chybi przepadł naprawdę bardzo ważny lot.
No dobrze. Sytuacja jest, jaka jest. Może polecę, może nie polecę. Nic nie zależy ode mnie, więc w sumie to nie ma czym się przejmować. Przechodzę przez kontrolę – we Frankfurcie mają teraz takie czaderskie skanery, kiedyś też mieli, ale inne, takie jakby małe kabinki, gdzie trzeba było łapeczki w górę podnosić niczym śpiewający kronopio, a obecnie należy stanąć przed tablicą z narysowanym ludzikiem i stanąć tak, jak ludzik, a pan obsługujący tę maszynerię wciska guzik.
– Wonderful, ma’am – mówi do mnie, unosząc kciuk, i mruga. Chłopie, jesteś najmilszym, co mi się od dwudziestu czterech godzin zdarzyło. I gdyby obsługa security na lotnisku w Krakowie była taka sympatyczna…
Nabywam sobie lampkę wina i zasiadam w ulubionej mojej kawiarni. Tak, ja mam ulubione kawiarnie na lotniskach. Do tego doszło. Tę akurat lubię dlatego, że ma świetny widok na płytę, więc przynajmniej człowiek się nie nudzi.
Idę pod moją bramkę, a tam już stoją sierotki. Jestem siódma w kolejce. Pan za ladą bierze megafon i obwieszcza:
– Mamy osiemnastu pasażerów na liście oczekujących. Nie wiem, czy w samolocie będą miejsca dla wszystkich.
– A kiedy będzie wiadomo? – pyta przedsiębiorcza Niemka przede mną. Za mną stoi młodziuchny Ukrainiec, doktorant, zmierzający na wycieczkę do Zakopanego.
– Nie wiem, jakieś pięć minut przed zamknięciem bramki.
– A skąd wiadomo, kto z nas wsiądzie? – kontynuuje przedsiębiorcza Niemka, kobieta, której każdy z nas potrzebuje w życiu.
– Nie mogę pani teraz powiedzieć.
– Blondynki? Młode małżeństwa?
– A to ja się nie załapię, jestem gejem – mówi wesoło stojący za mną Ukrainiec w przypływie szczerości, która zdarza się tylko wobec obcych i w sytuacjach, gdy już i tak macie na wszystko wywalone.
– Ja się bardzo denerwuję – mówi mi przedsiębiorcza Niemka. – Cała tamtejsza rodzina na mnie czeka w Krakowie, specjalnie jadą na lotnisko z głębokiej Polski. Chciałabym zdążyć.
Wierzę.
– Jest jeszcze jeden lot do Krakowa późno wieczorem – mówię. – Podobno są miejsca…
– Wiem, ale… Rozumiesz.
No, rozumiem.
Koleś za ladą puka w mikrofon.
– ACHTUNG BITTE! Pasażerowie Iks i Igrek są proszeni do mnie po odbiór karty pokładowej… Pasażer Zet proszę… Pasażer Aleksandra…
– To ja! To ja! To ja!! – krzyczę i łapię moją utęsknioną kartę pokładową, czując się jak Charlie z „Fabryki czekolady” Roalda Dahla. Ukraiński doktorant załapuje się takoż. Dzierżąc nasze karty, zmierzamy do rękawa, po czym oglądam się na przedsiębiorczą Niemkę. Nie dostała biletu. Uśmiecha się smutno.
– Powodzenia! – wołam, zanim szklana furtka zamknie się za mną.
– Safe travels – odpowiada bezgłośnie.
Siadam. Piękne miejsce, wyjście awaryjne, dużo przestrzeni, nikt mnie nie będzie skarpetkami macał.
– Siedzi pani przy wyjściu awaryjnym – mówi pani personel pokładowy. – Czy wie pani, co robić, gdyby coś? Nic się nie stanie, ale muszę zapytać. Jeśli pani się boi, zamienimy panią z kimś na miejsca.
– Nie, dziękuję. Tu mi dobrze.
Wtem patrzę i widzę, że oto przedsiębiorcza Niemka przeciska się przez przejście. Udało się! Zauważa mnie. Macham i podnoszę kciuki. Ona też. Zapewne nigdy więcej się nie zobaczymy, ale to nie ma znaczenia.

Kraków.
Taksówkarz upiera się, by wieźć mnie najkrótszą trasą. Tłumaczę mu, że wolę najszybszą, a ta to obwodnica. Próżny trud. Jedziemy sobie żółwim tempem przez Wolę Justowską i Planty, szlag mnie trafia, podziwiam całe Stare Miasto, taksówka co chwila zatrzymuje się, by przepuścić pieszych lub też tramwaj.
– Jest pan pewien, że to najkrótsza trasa?…
– No, a nie?

A chcecie usłyszeć coś śmiesznego? Jutro rano wracam do Paryża.

Merci de ne pas déranger

Bonjour, tout le monde!
Wróciłam do Paryża i spędzę tu jeszcze chwilkę. Ma się rozumieć, po wylądowaniu zastał mnie strajk taksówkarzy – bo przecież nie może tak być, żeby tu wszystko działało – ale jestem dzielna i dotarłam do Paryża RER. Z walizką i zestrachanym kolegą pod pachą (kolega nie ufa komunikacji publicznej, żarliwie nie znosi Paryża i wie doskonale, że potrafię się zgubić na prostej ulicy, ale w desperackim akcie wiary oddał swój tułaczy los w moje ręce). RER nadal pachnie równie pięknie, jak i paryskie stacje. Motocykliści nadal próbują mnie zabić. Paryżanie nadal palą, kelnerzy nadal ignorują mnie z godnością, korki, klaksony, ne marche pas, ogólnie wszystko po staremu.
– Ale przyznaj – mówi moja francuska koleżanka. – Takich dobrych bagietek nigdzie nie ma.
Tu muszę się zgodzić.
Bagieta, ser lub trzy, wino (dodać należy, że we Francji nie trzeba się zapożyczać, by kupić wyśmienite wino, bo oni mają go dużo, bardzo dużo) i kolacja jak ze snów. Choć oczywiście zawsze można pójść do knajpy, najbliższe miejsce z jedzeniem w Paryżu zawsze jest w odległości wyczuwalnej nosem.
Mieszkam w małym i bardzo uroczym hotelu w dzielnicy ósmej, nieopodal Bulwaru Haussmanna – urbanisty, który nadał Paryżowi jego współczesny wygląd, ze słynną „gwiazdą” pośrodku (jeśli zdarzy wam się kiedyś odlatywać z traumatycznego lotniska Roissy Charles de Gaulle, macie duże szanse na to, że samolot przeleci nad centrum Paryża i zobaczycie w dole dwanaście ulic zbiegających się przy Łuku Triumfalnym, z wieżą Eiffla migoczącą nieopodal, i powiadam, z góry to wygląda imponująco, brawo, baronie Haussmann). Pokoje są urządzone w mało hotelowym stylu, bardzo przytulne, i bardzo dobrze sypiam, bo są też całkowicie dźwiękoszczelne, a wierzcie mi, w tym mieście to ma znaczenie. Jeśli ktoś tu jest punktualny, to śmieciarze. Nie ma zmiłuj, piątek świątek o siódmej rano zaczynają.
Wczoraj wyszłam z pracy i poszłam się wygrzewać w kawiarni pod kościołem Madeleine – bo tu ładna pogoda, w odróżnieniu od tej rozpaczy, którą zostawiłam w Krakowie. I tak sobie pomyślałam, zjadając zanurzone w moim szprycerze porzeczki (oni tu kochają drinki porzeczkami dekorować), że dobrze tu znów być. Paryż mnie przećwiczył jak żadne inne miejsce na tym łez padole. Ale – widocznie byliśmy sobie pisani.

Nie był to tydzień cudownie łatwy. Byłby, gdybym mogła przesiadać się z jednego kawiarnianego ogródka do drugiego, ale jestem tu jednak w pracy, a w niej to mi róż pod stopy raczej nie rzucają (choć croissantem czasem poczęstują). Domu też nie opuszczałam w najlepszym nastroju. A gdy już dotarłam tutaj, zdarzyło mi się coś dziwnego.

Trochę lat już żyję, ale nadal niezmiernie dziwię się, że istnieją ludzie, którzy czerpią przyjemność z dopierdalania innym. Tak, wiem…
Może to nie jest przyjemność zresztą. Może oni tylko muszą zwymiotować tym, co im leży na żołądku. Nie wiem. W każdym razie znienacka otrzymałam bardzo niefajną, bardzo ad personam wiadomość – nie od anonima, od osoby znanej mi od lat. Sądząc po późnej porze, zapewne to efekt jednej kolejki za dużo, ale mimo wszystko…
Najpierw zrobiło mi się trochę przykro, ale potem wiadomość usunęłam i po prostu poszłam spać.
Przebyte lata i kilometry robią swoje. Skóra grubnie (czy jest takie słowo? Widocznie jest, skoro mi nie podkreśliło). Mądrzeje się trochę – choć w moim przypadku raczej powoli…. Uczy się puszczać mimo uszu. Gdy bardzo źle, reagować bez skrupułów ciętą ripostą. Uczy się rozumieć, że nie jest zupą pomidorową, żeby go wszyscy lubili. Mnie można nie lubić. Wiem to dobrze. Znam mnie od urodzenia.
Dziesięć lat temu byłoby inaczej, ale teraz sobie myślę – serio, człowieku, odzywasz się tylko po to, żeby mi dowalić? I myślisz, że dowalisz? Ja mam dużo większe problemy niż twoje zjadliwe słowa, a może nie jestem najbardziej pancerna, ale wiem już, co powinno mnie obchodzić, a co nie. Ty wpadasz do szufladki z napisem „nie”. Sam się tylko, człowieku, trujesz swoją żółcią.
Nie wiem. Nie rozumiem czasami niektórych.
W każdym razie.

Idę pod prysznic.

„If I can’t breathe I’m in trouble” – Karl Lagerfeld

Rok temu spędzałam mój urodzinowy tydzień w Londynie. Praca mnie wysłała. Zbieg okoliczności, ma się rozumieć, ale byłam przeszczęśliwa. Czułam się, jakbym Ponbócka za nogi złapała. Pierwszego wieczoru poszliśmy do restauracji z gwiazdką Michelin – to były dokładnie moje urodziny – i pomyślałam „rany, co to się dzieje”. Niemal co wieczór biegałam na West End, kupiłam sobie też bilet do Royal Opera House…
… i nie poszłam.
Za to zrobiłam niezłą scenę w hotelowym lobby, myśląc, że umieram.

Do dziś pamiętam ten głupi dialog z dżentelmenem, który przybył mi na pomoc po tym, jak przerażony recepcjonista uznał, że słaniająca się na nogach babina sapiąca wniebogłosy niczym Darth Vader potrzebuje pogotowia.
– Nie mogę oddychać.
– Ale oddychasz, rozmawiasz ze mną. Nie mogłabyś mówić, gdybyś nie oddychała.
– …Naprawdę?

No niestety, człowiek w takim stanie nie jest tytanem intelektu i myśli bardzo, bardzo powoli.
Lada dzień minie rok od tej karuzeli śmiechu, więc pomyślałam, że z tej okazji przygotuję wpis rocznicowy.

Skąd to się bierze – nie wiadomo. Ilu ludzi, tyle przyczyn. Trauma, geny, hormony, chemia mózgu, inne choroby, uzależnienia lub… nic. Są na to lekarstwa, ale opinia wielu specjalistów jest taka, że stany lękowe nie są w pełni uleczalne. Zawsze mogą wrócić.
Dusiołek nie wybiera dnia ani godziny. Oczywista, są okoliczności, które szczególnie lubi, o czym później, ale jeszcze bardziej lubi zaskakiwać. Możecie obudzić się w spokojny sobotni poranek i poczuć, jak wam żołądek podjeżdża do gardła. Możecie jechać sobie wygodnie tramwajem i nagle poczuć, że musicie natychmiast wysiąść. Możecie znienacka poczuć paraliżujący strach przed czymś, co często robicie – taką absurdalną, ale głęboką pewność, że tym razem na dwieście procent coś pójdzie nie tak. Możecie siedzieć na nudnym spotkaniu i wtem oblać się zimnym potem; długopis trudno utrzymać w dłoni i macie pobożną nadzieję, że nikt nie zauważył waszej trzęsawki. Może obudzić was w nocy natrętna myśl, że coś złego się stanie. Zwolnią mnie. Rzuci mnie. Moi bliscy umrą. I zamiast ziewnąć i przewrócić się na drugi bok, zaczynacie się nakręcać, aż nadchodzi ranek i jesteście kompletnie wykończeni apokalipsą, która nie nadeszła.

Moja mama, zanim – podobnie jak ja – dokopała się do końca internetu, czytając o tej przypadłości, pytała mnie:
– Ale czym ty się właściwie denerwujesz? Czego się tak boisz?
Odpowiedź zawsze brzmiała tak samo:
– Nie wiem.
Na tym polega cały dowcip. Zagrożenie nie jest realne. Za to wasz lęk jest, jak najbardziej.
Można nauczyć się z dusiołkiem żyć. Nie powiedziałabym, że zaprzyjaźnić – to byłoby troszkę za duże słowo. I ludzie różnie żyją z dusiołkiem. Jedni robią sobie z niego tarczę, którą zasłaniają się przed światem, inni idą z nim na wojnę, ja uznałam, że to po prostu jak moja wada wzroku czy skolioza. Nie sposób udawać, że nie ma, ale też nie ma co się roztkliwiać.
Nie jestem jeszcze doskonała w radzeniu sobie z sytuacjami, gdy potwór mnie łapie za kostki. Nadal potrafi mnie zaskoczyć, choć nauczyłam się już wyczuwać, kiedy nadchodzi i mniej więcej wiem, co robić. Ogromnie dużo zmienia sama świadomość, że tak naprawdę nic złego mi się nie dzieje, nie umrę, nie zemdleję, po prostu mój mózg przeprowadza coś w rodzaju próbnej ewakuacji. Wystarczy sobie ostrożnie odwrócić uwagę od samopoczucia, wystarczy powoli wydmuchiwać powietrze z płuc (to powietrze, którego, jak się wydaje, wcale w nich nie ma) i potwór, niepocieszony, znika. Zresztą i tak zniknie – i to kolejna rzecz, której świadomość pomaga. To zawsze przechodzi. Nie ma szans na inne zakończenie.
Mam i piguły, rzecz jasna, ale nie lubię zbytnio na nich polegać, choć pomagają. Najbardziej jednak pomaga wiedza i nauka oswajania (czy raczej stanowczego odganiania widłami) tego nadmuchiwanego tyranozaura.
Oczywiście mam to szczęście, że mimo gorszych dni, które czasem się zdarzają (na przykład dziś) wylosowałam względnie łagodną postać. Można trafić gorzej. Niektórym zaburzenia lękowe praktycznie uniemożliwiają normalne funkcjonowanie – bywają nieszczęśnicy, którzy przestają wychodzić z domu. Ataki paniki dręczą ich nieustannie, a kto miał jeden, ten wie, że to jest pełnowymiarowy horror, na żywo w technikolorze. Trudno się dziwić, że niektórzy pechowcy targają się na życie.

Ale.
Żeby nie było tak smętnie.

Jako urodzona Pollyanna staram się wszędzie widzieć dobre strony. Ma się rozumieć, głupawo to brzmi w tym kontekście, niemniej spróbujmy. Czy czegoś dusiołek mnie nauczył?
Bien sûr.
Dbania o siebie.
Jak pisałam, są okoliczności, które ten gremlin lubi. Lubi niewyspanie, głód, zmęczenie, stres. Lubi życie na zbyt wysokich obrotach. Żyjąc z nim – i wiodąc życie, jakie wiodę – nauczyłam się, że trzeba mieć rytuały. Herbatka w łóżku, zanim wstanę, nawet jeśli wstaję o piątej rano. Przerwa na drugie śniadanie. Czas dla siebie. Gdziekolwiek jestem, muszę wykroić czas dla siebie. Przejść się, pobiegać, poleniuchować, zjeść coś treściwego, wziąć długi gorący prysznic. Nauczyć się nic nie robić i nie mieć wyrzutów sumienia. Posłuchać, gdy wasz organizm cichutko wam mówi „przepraszam, ale ja bym sobie na chwilkę usiadł”.
To właśnie usiłowanie bycia całodobowym sexy cool niezłomnym superbohaterem zasilanym energią kosmiczną doprowadziło mnie do tamtego czarownego stanu.
Zaprawdę powiadam, nie warto. I nie trzeba. Przez ostatni rok odkryłam też, że nie jestem sama. Takich jak ja jest mnóstwo. Czasami to ludzie, po których nigdy człowiek by się nie spodziewał. Czasami – ludzie z najbliższego otoczenia.

No i przestałam pić kawę. Zdumiewające, ale można żyć bez kawy.

There’s nothing in between me and the sky

W miniony piątek pożegnałam Lazurowe Wybrzeże (deszczowe i zimne przez cały tydzień, i to akurat ten tydzień, w którym trafił mi się pokój z tarasem) i – przez Amsterdam – udałam się do Krakowa, rozpocząć urlop. Na lotnisku w Nicei przeżyłam próbną ewakuację, dość przygłupią, bo strażacy wygonili ludzi z bistro i po prostu sobie poszli, oraz chwile grozy, gdy przeczytałam na tablicy straszne słowo DELAYED i pomyślałam, że oto cały mój ambitny plan może zostać zagrożony.
Ale jednak nie był.
Weszłam do mojego podgórskiego mieszkania jakoś przed dwudziestą trzecią. Opuściłam je trzy godziny pózniej. O ósmej rano dnia następnego zwłoki przypominające autorkę wylądowały w Londynie.
Innymi słowy, pokonałam trasę Monako-Nicea-Amsterdam-Kraków-Katowice-Londyn w szesnaście godzin.
Powiem jedno.
Nigdy więcej sobie tego nie zrobię. Ze zmęczenia bolał mnie cały człowiek. Trochę pomogło mi obfite śniadanie, ale i tak żywiłam obawę, że gdy wejdę do teatru (a miałam w planie dwa przedstawienia, jak zawsze w londyńską sobotę) i zgasną światła, to po prostu zasnę. Na moje szczęście spektakl – Downstate w National Theatre – okazał się zbyt dobry na to, by przyciąć komara w trakcie. Bardzo przejmujący. Bardzo nieprzyjemny. Bilet kupiłam impulsywnie, nie miałam tego w planach, zresztą było to przedostatnie przedstawienie. Opinie wszakże były tak znakomite, że zobaczyć musiałam. Nie żałuję. Oczywiście spektakl o pedofilach nie jest zbyt lekki, wywołuje niewąski dyskomfort – zwłaszcza w sytuacjach, gdy myślicie, że bohaterowie tacy sympatyczni… Ale genialnie to zagrane, od emocji aż gęsto w drugim akcie, aż włos na grzbiecie się jeży. Mam nadzieję, że zyska ten spektakl drugie życie, bo bezwzględnie warto go zobaczyć, nawet jeśli przez dwie godziny człowiek sam nie wie, co właściwie czuje. Sztuka jest tak wyśmienicie napisana, że naprawdę chciałabym zobaczyć ją w Polsce.
Z National Theatre udałam się do Westminster Abbey. Zmierzchało, gdy wchodziłam w krużganki.
Bilety na Shakespeare within the Abbey co roku rozchodzą się w mgnieniu oka, dosłownie w ciągu kilku godzin. Nic zaskakującego, bo wydarzenie jest niezwykłe – rzadko macie szansę zwiedzać opactwo w towarzystwie raptem dwustu osób, jest otwarte tylko dla was, można chodzić sobie po nim swobodnie, uczestnicząc jednocześnie w przedstawieniu, za wami podążają bowiem aktorzy recytujący sonety i monologi Szekspira. Czasami zatrzymują się przed grupą ludzi, czasem wybierają sobie jedną osobę (na przykład mnie, ehe – nagle poczułam, że ktoś delikatnie pociąga mnie za rękaw…). Mogą czekać w jednej z bocznych kaplic, mogą siedzieć przy czyimś nagrobku. I choć zawsze mnie przerażało „audience participation”, nie jest to w żaden sposób nachalne. Oczywiście, trochę się z ciekawości biega po opactwie i zagląda w najciemniejsze kąty, licząc, że może tam znajdzie się kolejnego aktora, ale też można po prostu wykorzystać tę niezwykłą okazję do spokojnego spaceru przez to wyjątkowe miejsce, w którym historia śpiewa do was niemal dosłownie na każdym kroku.
Magiczny, piękny wieczór, zakończony wymianą uścisków dłoni – „let’s receive one another” – a nawet przytulasów dla co bardziej odważnych, i wreszcie wspólnym odśpiewaniem i odtańczeniem Happy, tak, tego Happy Pharrella Williamsa. W życiu bym nie pomyślała, że coś takiego zdarzy mi się w takim miejscu. Byłam zachwycona.
Nie miałam żadnych planów na niedzielę (poza odsypianiem trudów podróży do oporu), bo i w niedziele brytyjskie teatry z nielicznymi wyjątkami są zamknięte. Ale – coś trzeba robić. Zapytałam znajomych. Koleżanka napisała, że w Bridge Theatre jest czytanie poezji kobiecej. No to sprawdzę, pomyślałam. Weszłam na stronę. Biletów moc, niedrogie. Patrzę, kto będzie czytał, a tam Helen McCrory i Helena Bonham Carter. Aha. Trzydzieści sekund pózniej jeden bilecik był już mój.
Czytanie było fantastyczne – wybrano kilkadziesiąt w sumie wierszy z bardzo ciekawej (i pięknie wydanej) antologii, wierszy napisanych przez kobiety i dotyczących kobiecości. Obie Heleny wspaniałe, obie bardzo inne – McCrory niemal dostojna, Bonham Carter wyluzowana niemożebnie – nieczęsto widuje się kobiety w spódnicy siedzące w taki sposób… – z tym swoim wielce charakterystycznym głosem. Złożyła mi dedykację na książce i powiedziała do mnie „darling”, co uczyniło mój wieczór absolutnie wspaniałym.
Następnego dnia wróciłam do Bridge Theatre, tym razem by zobaczyć Maggie Smith w A German Life.
Jak już pisałam na twarzoksiążce, na monodramach wielu się wywaliło. Nie jest łatwo utrzymać uwagę widowni tylko na sobie. I nawet, gdy tekst jest wspaniały, jeszcze trzeba go unieść. Trzeba mieć iskrę bożą. Niektórzy ludzie to potrafią, ale nie jest ich wielu.
Dame Maggie ma 84 lata, a od 12 nie stała na scenie. Powrót w spektaklu tego rodzaju – w półtoragodzinnym monologu opartym na wspomnieniach sekretarki Goebbelsa – to akt dość brawurowy. I udało się, oczywiście. Maggie Smith, siedząc przed widownią, opowiada z niezwykłą lekkością, od niechcenia jakby. Czasem jej bohaterka ma kłopot z przypomnieniem sobie czegoś. „Tyle zapomniałam”, mówi w otwierającej scenie. „Nie wiem, jak to działa…”. Poruszający to spektakl z wielu powodów – i samej historii, i faktu, że oto oglądacie absolutną legendę teatru i kina, w być może ostatniej scenicznej roli, roli, dodajmy, ogromnie wymagającej. Widzowie siedzieli w nabożnej ciszy, bardzo skupieni. Dość powiedzieć, że wielu ludzi – łącznie ze mną – dopiero w ostatniej scenie zauważyło, że podest, na którym siedziała Maggie, zmienił położenie…

Wtorek. Co robiliśmy we wtorek?
A tak. Pojechałam do Muzeum Designu na wystawę Kubricka (polecam, bardzo ciekawa, ale tłumy ogromne), kolega zabrał mnie na – o ironio – francuski obiad i wino, a potem odprowadził do Old Vic, gdzie oglądałam All My Sons.
W angielskim slangu teatralnym istnieje określenie „stunt casting”, opisujące zjawisko, gdy zatrudnia się bardzo sławną osobę, żeby nadać spektaklowi rozgłos. Czasami wychodzi to bardzo dobrze, czasami koszmarnie. All My Sons w Old Vic (który pod wodzą obecnego dyrektora chyba ma najciekawszy repertuar w Londynie, choć jego młodszy kolega kilkaset metrów dalej niewiele mu ustępuje) stało się głośne, gdy ujawniono absolutnie gwiazdorską obsadę – Sally Field, Bill Pullman, Jenna Coleman, Colin Morgan. No, w mordeczkę. Przy czym o ile Colin Morgan na scenie pojawia się często i z powodzeniem, o tyle trudno było powiedzieć, czy przypadkiem nie okażą się wyłącznie magnesami dla widzów, a z rolami średnio sobie poradzą.
Na szczęście to absolutnie nie ten przypadek. Cała czwórka daje radę, przy czym Pullman jako głowa rodziny Kellerów, dręczonej przez widma przeszłości, jest olśniewający. To jest rola zagrana bardzo oszczędnie, skromnie niemal, i przez to nawet bardziej przejmująca, aż do tragicznego końca (Arthur Miller jakoś lubił zabijać mężczyzn w swoich sztukach, czyż nie?). Bardzo interesująco się to oglądało. Bardzo to było przekonujące i szczere -wielce udany spektakl. I trzeba dodać, że scenografia przepiękna. Idylliczna niemal, choć oczywiście życie Kellerów z idyllą wspólnego nie ma nic.
Następnego dnia, jak na ironię, Old Vic ogłosił nowy sezon, który natychmiast mi uświadomił, że w przyszłym roku będę raczej uboga i będę znowu spędzała urlopy w Londynie… jeśli nie dalej. Bo ogłoszono też, że powraca Monster, do którego mam stosunek ogromnie emocjonalny. Splotłam rączki nabożnie, a następnie doczytałam, że owszem, wraca jak najbardziej, tylko nie do Old Vic, i nie na West End, ale do Stanów Zjednoczonych. No żeby was pokręciło, pomyślałam. Ale nie byłabym sobą, gdybym zaraz potem nie pomyślała, że to może wreszcie dobra okazja, by wybrać się za Atlantyk, bo jeszcze nie byłam. Dobrze, dość o fantazjach.
W środę wyruszyłam na Come From Away.
Widzicie, ja nie chodzę za bardzo na musicale, mimo że to od nich zaczęła się moja miłość do teatru. Ale na ten musiałam. Musiałam, jako ta, która od blisko czterech lat jest nieustannie w drodze – bo jaki inny musical mógłby do mnie przemówić niż ten, który opowiada historię ludzi pechowo (?) przekierowanych na głęboko prowincjonalne lotnisko po zamknięciu przestrzeni powietrznej USA 11 września?
Jest to tak cudne, tak ogrzewające serce, tak radosne i wzruszające jednocześnie, że powinno być zapisywane na receptę wszystkim ludziom smutnym, samotnym i potrzebującym otuchy. Nie jest to przy tym duszoszczipatielno słodkie ani sentymentalne. Ale porusza jak cholera, łzy kapią jak głupie. Każdy często podróżujący człowiek dobrze wie, co to znaczy chcieć usłyszeć głos kogoś w domu. Ten spektakl, z rozkoszną folkową muzyczką, przywodzący trochę na myśl Once wystawiany w tym samym zresztą teatrze, znowu robi piękną robotę, łącząc aktorów i widownię (która zresztą zerwała się na równe nogi i klaskała frenetycznie), i niosąc piękne, a bardzo proste przesłanie – wszyscy przybywamy z daleka. Pomóż komuś w potrzebie, bo przy okazji pomożesz sobie.
Posmarkawszy się żenująco i otarłszy łzy, poszłam troszkę bardziej w głąb West Endu, zobaczyć Wszystko o Ewie.
Serio uważam, że Ivo van Hove nigdy po WYBITNYM, niezapomnianym Widoku z mostu nie wzbił się ponownie na ten poziom. Ale jest to spektakl dobry, przede wszystkim wizualnie efektowny, bardzo wysmakowany. Ze świetną rolą Lily James, ale oczywiście, że to popis Gillian Anderson. I choć jej występ Oliviera wart nie jest, to jednak sama Gillian ma w sobie tę niesamowitą umiejętność skupiania uwagi. Ten spektakl, opowiadający o niezdrowej fascynacji idolami, ale przede wszystkim o lęku przed starzeniem się, dla kobiety oznaczającym usuwanie się w cień, znikanie, zapomnienie. W jednej ze scen Margo Channing (bohaterka Gillian Anderson) zmywa sceniczny makijaż, a kamera bezlitośnie to nagrywa. Momentami jest to zdumiewająco mocne, niemniej w całości pozostawia wrażenie pewnego niedosytu.
Po spektaklu Anderson spotyka się z ludzmi w foyer Noel Coward Theatre. Składa zamaszysty podpis srebrnym markerem i spogląda wam w oczy, i myślicie – no OK, warto było. Spotkałam ją.
Dzień ostatni.
Najpierw bardzo intrygująca wystawa Smoke and Mirrors w Wellcome Collection. Muzeum owo, po sąsiedzku ze szpitalem, specjalizuje się w wystawach medycznych i psychologicznych, ale ma też świetne jedzenie, gdyby kto był ciekaw (choć pani kelnerka nieco się skonfundowała, gdy złożyłam zamówienie i zapytała, czy na kogoś czekam). Następnie marsz na West End, bo akurat znalazłam jeden popołudniowy czwartkowy spektakl, The Twilight Zone, przeniesiony z teatru Almeida. Bardzo to ładny spektakl, nęcący dla oka i całkiem zabawny, oparty na historiach z kultowego serialu science fiction, ale ku mojemu dużemu zaskoczeniu widownia była prawie pusta – w moim rzędzie siedziało tylko pięć osób. Ambassadors to może nie jest duży teatr, ale mimo wszystko oklaski brzmiały dość przygnębiająco.
Gdy wyszłam, lało. Jak z cebra. A ja bez parasolki. Świetnie. Nie dość, że bez parasolki, to jeszcze w cholernych espadrylach. I prosto na kolejne przedstawienie, i co to będzie, jak mnie Hiddleston zobaczy taką przemoczoną.
Betrayal, ostatni spektakl, głośny stał się przede wszystkim dzięki obsadzie – Zawe Ashton, Charlie Cox i rzeczony Tom Hiddleston właśnie. Nic dziwnego, że każdy chciał bilet. A właściwie każda, jak się okazało, bo ogromną większością widzów były kobiety. Trudno się dziwić.
Przedstawienie zamyka cykl „Pinter at the Pinter” w teatrze Harolda Pintera, cykl bardzo rozgwieżdżony, bo któż nie pojawił się na scenie. Jest dobre, bardzo proste, surowe niemal, zatem możecie się skupić wyłącznie na osobliwej relacji trojga bohaterów. Trojga plus kelnera, który trochę kradnie show (świetny włoski akcent), i dziecka dość raczej słodkiego, które Hiddleston trzyma na rękach w dość długiej scenie, rozpuszczając publiczność, nawet mnie. Jak na opowieść o zdradzie i oszustwach, jest to całkiem zabawne momentami, choć to bardzo gorzki humor. Brawo jednakże za tę naprawdę minimalistyczną adaptację, dzięki której aktorzy lśnią, a widz podąża tylko za historią. I cała słynna trójka również dzięki temu może pokazać, że jest naprawdę dobra w swoje klocki.
I tyle. Wróciłam do hotelu. Wspięłam się na moje pięterko. Spakowałam, przeklinając upiornie, wszystkie kupione buty (4 pary) i książki (7 – i 2 skrypty, i programy…). Zwlokłam się na dworzec o piątej trzydzieści rano i wycieczka na dobre się skończyła. Teraz wreszcie mogę odpocząć.

When it’s not always raining

Dzień dobry.
Przesiedziawszy dwa tygodnie na Lazurowym Wybrzeżu (w biurze, nie na plaży – zresztą zbyt chłodno na kąpiele, choć niektórzy twardziele próbowali; kiedy około ósmej rano szłam do fabryki, widywałam śmiałe ciała unoszące się na wodzie, żywe gwoli ścisłości), wróciłam na parę okołoświątecznych dni do domu. Jakaż była moja radość, gdy dotarłam na lotnisko w Nicei, czyli nazad w Unii Europejskiej, a tam – darmowy transfer danych, kawa za półtora euro (a nie pięć, jak u sąsiadów jeżdżących bentleyami), ogólnie wszelkie unijne uroki. A propos tej kawy, nigdy nie zrozumiem, dlaczego wszędzie na świecie na lotniskach potrafi być tylko troszeczkę droższa niż w świecie na zewnątrz, a u nas jest w cenach kosmicznych, jakby to była ta, co ją cywety za przeproszeniem wydalają, kopi luwak. Bardzo mnie irytuje luksusowość polskich lotnisk, rozumiem, że czynsze wysokie, ale śmiech pusty mnie ogarnia, gdy płacę za niedobre espresso dwanaście złotych.

W poniedziałkowy wieczór dotarłam do hotelu, włączyłam kanał informacyjny i dowiedziałam się, że Notre Dame się pali.
Usiadłam i do pierwszej w nocy oglądałam. Przyznaję – byłam przejęta.
Pojawiło się pózniej wiele głosów – ojej, płaczecie nad katedrą, a nie płaczecie nad Syrią, puszczą, wielorybami, głodującymi dziećmi. Zupełnie jakby jedno wykluczało drugie. Zupełnie jakby ci, którzy przelali parę groszy na odbudowę – na przykład ja, bo mimo że jestem niewierząca, ta katedra to dla mnie bardzo ważne miejsce, często ją odwiedziałam, szłam po prostu sobie posiedzieć – nie wspierali żadnych innych inicjatyw. Nie wyobrażam sobie Paryża bez niej. Ona pomogła mnie, teraz ja pomogę jej. I tyle.
Na szczęście nie wygląda to tak fatalnie, jak się wydawało, a jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to za trochę ponad miesiąc dam wam znać, jak teraz wygląda, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że wracam do Paryża niebawem. Chciałabym, żeby pan i władca do mnie wpadł, wszak on ma do Francji wielki sentyment (będąc pięknym i młodym studentem, zarabiał tam podczas wakacji), ale czy to się uda, nie jestem pewna – po pierwsze ta jego robota, po drugie on, delikatnie mówiąc, nie przepada za podróżowaniem statkami powietrznymi i chyba by umarł ze stresu, taki wielki chłop, a jednak. Zobaczymy. W każdym razie.
Uczestniczyłam dziś w pierwszym od paru lat familijnym obiedzie. Kiedyś przewracałam oczami na samą myśl, teraz właściwie się ucieszyłam, bo człowiek z wiekiem dziwnie docenia obecność bliskich, choć zawsze wolał być outsiderem, Zresztą nie miałam dużo do gadania, gdyż rodzina uznała, że należy wreszcie spotkać się grupowo, bo dzieci mojej kuzynki nie widziały mnie od stuleci. A ja ich. Jej syn już studiuje, co mnie przeraziło. I dojechał w trzy dni nad morze rowerem, taki dzielny. Jako tajemnicza ciotka, której nigdy nie ma, przez cały POTĘŻNY obiad (jednak, proszę sobie wyobrazić, bez sałatki jarzynowej) udzielałam wywiadu.
– A gdzie ostatnio byłaś? Kiedy wyjeżdżasz? Już we wtorek, o rany! A co ty tam robisz wieczorami? A dokąd najczęściej podróżujesz? A właściwie to po co? A w którym z tych miejsc chciałabyś mieszkać? Nie boisz się latać tak często?
I chyba dopiero dziś, odpowiadając na te wszystkie pytania, zdałam sobie sprawę, że z podróżowania zrobiłam sobie styl życia. Ciotka zawsze w drodze.

Monegasque

Wcale nie chciałam znowu wyjeżdżać. Było mi w domu całkiem dobrze, dość leniwie. No, ale. Praca sama się nie zrobi.
Zatem w poniedziałek o czwartej stawiłam się karnie na lotnisku. Poleciałam.

Gdy idę tu do biura, wchodzę do budynku na ósmym piętrze. Nie, nie nauczyłam się latać. Po prostu wejście jest na ósmym piętrze, z którego zjeżdża się odpowiednio w dół (tak, wiem, nie można zjeżdżać w górę). Monako jest wielopoziomowym miastem i jeśli nie odczytacie mapy dokładnie, możecie odkryć po dotarciu na miejsce, że wasz cel jest istotnie naprzeciwko, ale kilkadziesiąt metrów w pionie nad lub pod wami (przypomina się moja ulubiona książka z dzieciństwa, „Śladami Stasia i Nel” i rozdział o tym, jak Marian Brandys wybrał się zobaczyć świątynię Hatszepsut – no i zobaczył, w dole…). Wtedy należy znaleźć najbliższe schody lub publiczną windę, bo tyrolek jeszcze tu nie zainstalowano, a szkoda, skracałyby znacząco czas przemieszczania się po tym maleńkim w sumie kraiku.

Praca jak praca. Ludzie mili. Kawa nawet niezła. Recepcjonista codziennie punkt trzynasta idzie na obiad i wówczas nie sposób dostać się do biura. Trzeba czekać, aż wróci.
Miasteczko… osobliwe. Oczywiście pysznie mieszkać nad samiuśkim morzem (wskutek awarii w hotelu numer jeden mój szef bez mrugnięcia okiem zgodził się, żebyśmy się przenieśli do hotelu numer dwa – wolne pokoje były tylko w jedynym w Monako, który ma prywatną plażę, no trudno). Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że tu wszyscy są przejazdem – ruch uliczny jest znikomy, ogromne apartamentowce po zmierzchu straszą ciemnymi oknami.
Jest tu nieco kosztownie. Nieco bardzo. Jedna trzecia mieszkańców to milionerzy, dwie pozostałe dla nich pracują – dość powiedzieć, że na uliczce, przy której wyrasta ósme piętro mojego biura, znajdują się trzy banki (ale nie takie dla nas maluczkich, to nie banki, do których możecie wejść i otworzyć rachunek – to one przychodzą do was, żebyście uprzejmie powierzyli im swój majątek), salon Louboutin i komis samolotowy, serio, „Cessna taki a taki model, przebieg tyle i tyle”. Zresztą z lotniska w Nicei do Monako najszybciej dostać się śmigłowcem, jeśli macie wolne 150 euro. Latają co chwila. Niżej podpisana dojechała autobusem. Przaśna taka.
W każdym razie.
Wydałam wczoraj bardzo dużo pieniędzy na obiad w słynnej Café de Paris obok kasyna. Samego kasyna odwiedzać nie chciałam, ale pomyślałam, że skoro już tu jestem i nie wiadomo, czy kiedykolwiek jeszcze będę, to… Był to obiad znakomity, choć przyznam, wolę knajpy, w których mogę sama dolać sobie wina z karafki, a kelner nie pojawia się z miotełką po każdym kęsie bagietki.
– Czy pani wie, jak to działa, madame? – pyta rzeczony kelner, stawiając przede mną wazę zupy rybnej, talerz grzanek i dwie miseczki – jedną z sosem rouille i drugą z tartym serem.
Ba. Wiem, jak to działa, monsieur.
(Uwielbiam rouille, już mam dwa słoiki w walizce).

Wczoraj dzień był lazurowy niemal pocztówkowo, zatem po tym, jak zjadłam i zostałam omieciona, udałam się do Muzeum Oceanograficznego i do katedry, przywitać się z księżną Grace (gdybyście chcieli znaleźć jej grób, po prostu idźcie za zapachem kwiatów – Grace Kelly kochała róże i lokalsi o tym pamiętają). A że dziś było wietrznie i deszczowo, nie starałam się o odznakę czołowego podróżnika. Połaziłam tylko po plaży, napatrzyłam na niespokojne morze, nawdychałam się świeżego powietrza, zjadłam – zgroza – ośmiorniczki, wypiłam lampkę calvadosu na trawienie i po powrocie do pokoju przebrałam się w szlafrok… po czym dwie godziny później obudziłam się zdumiona i wypoczęta. Tego mi było trzeba. Tlenu, szumu morza, stóp zanurzonych w lodowatej wodzie. Bywało gorzej.

They have their exits and their entrances

Dobry wieczór. Dziś dzień świętego Ernesta, męczennika (podobno wyjęto mu trzewia przez pępek – czy tylko ja uważam, że z żywotów świętych byłby znakomity serial?), ale co ważniejsze – przepraszam, Ernest – Światowy Dzień Teatru. I z tejże okazji fragment przepięknego tegorocznego orędzia kubańskiego twórcy Carlosa Celdrána: „Wszyscy mistrzowie teatru umierają ze swoimi momentami geniuszu i swym niepowtarzalnym pięknem, wszyscy znikają w ten sam sposób nie pozostawiając niczego, co by chroniło ich przed zapomnieniem i czyniło dostojnikami. Mistrzowie teatru to wiedzą, żadne uznanie nie ma znaczenia wobec pewności, że u podstaw naszej pracy leży tworzenie momentów prawdy, wieloznaczności, siły, wolności w czymś najbardziej nietrwałym. Nie pozostanie z tego nic więcej, niż jakieś dane lub nagrania prac na wideo i fotografie, które zachowają jedynie bladą ideę tego, co zrobili. I zawsze będzie brakować w tych zapisach cichej reakcji publiczności, która w mgnieniu oka rozumie, że to, co się dzieje na scenie, nie może być ani przełożone na to, co na zewnątrz ani tam odnalezione, że prawda, którą poznaje, to doświadczenie życiowe i że przez sekundę jest ona bardziej przejrzysta niż samo życie.
[…] Żyjesz tam, gdzie jest publiczność. Tam są twoi towarzysze, których potrzebujesz obok siebie. Poza twoim domem masz codzienną rzeczywistość, ponurą i nieprzeniknioną. Pracujesz więc w tym rzekomym unieruchomieniu, żeby tworzyć największą z podróży, żeby powtórzyć Odyseję, podróż Argonautów: jesteś nieruszającym się z miejsca podróżnikiem, który nie przestaje przyspieszać zagęszczenia i surowości twojego rzeczywistego świata. Twoja podróż prowadzi do tej ulotnej chwili, tego momentu niepowtarzalnego spotkania z tobie podobnymi. Twoja podróż wiedzie do nich, do ich serc, do ich wnętrza. Podróżujesz przez ich wnętrze, przez ich emocje, ich wspomnienia, budzisz je i uruchamiasz. Twoja podróż przyprawia cię o zawrót głowy i nikt nie może jej ani zmierzyć ani przerwać. Nikt też nie będzie mógł jej poznać we właściwym jej wymiarze, bo to podróż przez wyobraźnię twoich ludzi”.

Podróż.
Gdy rozmawia się z ludźmi teatru, to słowo często pada. Mówią o spektaklu na przykład, że to była podróż. Coś w tym jest, nie ma wątpliwości. I dla nas, widzów, to też często podróż. Podróż, z której nierzadko wracamy troszkę odmienieni, czasami wstrząśnięci, czasami oczyszczeni. To jest podróż przez naszą głowę, przez nasze wspomnienia, przez uprzedzenia, przez lęki, przez wściekłość, żal, ale też przez nasze „happy places”, nasze dziecięce marzenia. Oczywiście nie zawsze tak się dzieje; niektórzy malkontenci twierdzą, że coraz rzadziej. Ja mam chyba szczęście – albo może zwyczajnie wiem, czego potrzebuję od teatru i celowo wybieram określone przedstawienia (takie żeby przeciorały najlepiej). Teatr nie musi być dla mnie miejscem bezpiecznym – nie muszę czuć się wygodnie na widowni, w znaczeniu czysto emocjonalnym. Przeciwnie, lubię, gdy wywołuje u mnie poczucie pewnego dyskomfortu, dysonans poznawczy czy nawet ból. Jak ostatnio w Teatrze Ludowym – taki sympatyczny pan, nieśmiały, nie wygląda na pedofila, ale jeśli gwałcił dzieci, to powinnam szczerze go nienawidzić, więc dlaczego tak trudno mi to przychodzi? Czemu ja mu w sumie jakby współczuję?… Jak na Monsterze, gdy zdałam sobie sprawę, że ja też przecież kiedyś chciałam, żeby ktoś bardzo mi bliski już umarł i fontanna, jaka puściła mi się wtedy z oczu, była nie do porównania z żadną inną wywołaną w podobnych okolicznościach. Jak podczas Medei, gdy doskonale wiedziałam, co się wydarzy, ale do końca miałam nadzieję, że nie i znowu – nie potrafiłam bohaterce nie współczuć. Jak w ostatnich scenach Widoku z mostu, gdy siedziałam tak blisko, że słyszałam nieprzyjemny, głuchy dźwięk pięści uderzających z całej siły w zgarbione plecy głównego bohatera. Jak W mrocznym, mrocznym domu
Tak, lubię czuć się podrażniona. Bo to wyzwala emocje, które zwykle człowiek w sobie tłamsi – a wypuszczenie ich koniec końców, choć niekiedy bardzo nieprzyjemne, działa jednak leczniczo, nawet gdy pozostawia z pytaniami.

W teatrze niekiedy smuci mnie jego ulotność. Są spektakle, które chciałabym zobaczyć znów – na przykład ten pierwszy, w 1993, od którego wszystko się zaczęło – ale wiem, że to nigdy nie nastąpi. Nawet, jeśli ktoś kiedyś znowu ten tekst wezmie i wystawi, wszystko będzie inaczej, a sama historia niekoniecznie we mnie zagra. Z drugiej strony to jest właśnie ogromny plus teatru – ta jego nietrwałość. Bo siedząc na widowni, zdajesz sobie sprawę, że jesteś świadkiem czegoś wyjątkowego, co nigdy nie powtórzy się w dokładnie tym samym kształcie, a niebawem, może za miesiąc, może za pół roku – zniknie zupełnie. Zostaną najwyżej zdjęcia. Być może nagrania. Przy czym każdy, kto widział – w ramach NT Live na przykład – sfilmowane przedstawienie, które oglądał na żywo, odczuwa pewien niedosyt. Wszystko gra, ale czegoś jednak brakuje.
Teatr to jest spotkanie. Z tymi tam, na scenie bez dwóch zdań (a czasem też z nimi poza sceną, ale to już zupełnie inna opowieść i kiedyś o tym napiszę), ale też z tymi na widowni obok. Ostatnio czytałam na forum teatralnym wątek o tym, skąd wiemy, że oglądamy złe przedstawienie. Bo na przykład myślimy o tym, co byśmy zjedli (to ja). Bo myślimy o pracy i o tym, co jutro trzeba zrobić. Bo odtwarzamy sobie w pamięci ostatnio oglądany program telewizyjny i zastanawiamy się, dlaczego odpadł ten, co go najbardziej lubiliśmy. Bo przysypiamy. Bo nie możemy skupić się na niczym poza tym, że fotel jest cholernie niewygodny i kolana nas bolą. Bo liczymy reflektory. I tak dalej.
Przedstawienie dobre jest oczywiście wtedy, gdy nie mamy pojęcia, ile jest tych reflektorów, nie pamiętamy, czy aktor był w spodniach fioletowych, czy zielonych, a nawet jeśli fotel niewygodny, to dopiero po fakcie zdajemy sobie sprawę, że stawy nam zdrętwiały – ale dla mnie pierwsze, podstawowe i najważniejsze kryterium jest inne. Przedstawienie jest dla mnie bowiem dobre wtedy, gdy twórcom udaje się jakimś cudem wytworzyć wśród widzów poczucie wspólnoty. Gdy dwoje nieznajomych wymienia się w antrakcie wrażeniami albo gdy siedzą obok siebie i płaczą, i przyłapując się na coraz mniej dyskretnym pociąganiu nosem, spoglądają na siebie porozumiewawczo, jakby mówili: „spoko, nie wstydź się, ja też”. Kiedy jakiś drobniuchny niuans ich rozbawia. Albo gdy, jak po „Weselu” w Starym, podnoszą ręce. Jesteśmy w tym razem.
I z okazji dzisiejszego dnia właśnie tego wam i sobie życzę.
Jak rzekł Kantor, do teatru nigdy nie wchodzi się bezkarnie. Jak rzekłaby niżej podpisana, z dobrego przedstawienia nigdy nie wychodzi się samotnie.

20160602_211823.jpg

Nobody goes to bed in Madrid until they have killed the night

Poniedziałek, dwa tygodnie temu. Ląduję półprzytomna po tym, jak wstałam o trzeciej trzydzieści, zgarniam nową walizkę, pakuję się do taksówki. Moja kierowca dziarsko i mimo imponujących paznokci wrzuca mój tobół do bagażnika, i ruszamy autostradą do miasta.
Pani mnie zagaduje.
– Pierwszy raz w Madrycie?
– Oj nie.
– Podoba się pani to miasto?
– Uwielbiam je.
– Ja też!
Jedziemy do centrum, prowadząc miłą konwersację – lubię rozmawiać z taksówkarzami. Taksówkarze często mają dużo historii do opowiedzenia.
– Przyjechałam tu sama z córką z Rumunii – mówi. – Bałam się okropnie. A po miesiącu już miałam pracę! I mojej córce bardzo tu się podoba.
– Ale chyba nie tak łatwo zostać taksówkarzem w Madrycie? To jest kolos, i ten ruch…
– Ano nie. Ale zdałam egzamin i mam fajną pracę… – dodaje gazu, bo madryckie szerokie arterie aż się o to proszą – i fajny samochód! Jestem tu szczęśliwa.

Kto nie jest.

Po dwudziestu minutach wspólnej podróży rozstajemy się jak dobre znajome.

Po raz pierwszy przyleciałam do Madrytu w styczniu 2011 roku, z sercem nieco złamanym (niepotrzebnie, jak się później okazało). Byłam tu tylko przez trzy dni. Nawet nie pamiętam zbytnio, gdzie wówczas się włóczyłam – próbowałam wczoraj znaleźć miejsce, gdzie mieszkałam, to musiało być nieopodal dworca Atocha, ale poległam – wtedy jednak przywiozłam stąd mój słynny płaszcz.
Wróciłam sześć lat później na miesiąc. Tak się złożyło.
Rok później ponownie.
I tej wiosny ponownie.
Darzę to miasto miłością dla mnie samej niezrozumiałą. Oczywiście, Madryt jest przepiękny. Ma te swoje aleje ze strzelistymi kamienicami, ma głęboko szafirowe niebo, kołyszące się drzewa.
– Ten budynek jest niesamowity, ogromnie mi się podoba – powiedziała moja koleżanka, gdy szłyśmy na cotygodniową kolację.
– To ratusz.
– Naprawdę? Wow.
(Osobiście wolę Metropolis – drugi piękny i słynny budynek, tuż naprzeciwko).
Ale Madryt ma też ten rozkosznie przyjazny klimat. Nie jest przytłaczający, jak inne duże miasta. Jest taki… swojski. Niby ogromny, ale przytulny. Oszałamiający, ale zwyczajny. Madryt bierze was w objęcia i zajmuje się wami, starannie odpędza smutki i stresy, obniża ciśnienie krwi. Madryt, gdyby był człowiekiem, byłby tym czarującym przyjacielem, który głaszcze was po policzku, gdy smutno, a potem klepie w ramię i mówi: „dajesz”.

O tej porze roku w Madrycie pachnie wiosennym słońcem i pierwszymi pączkami na krzewach, i nawet gdy wieje potwornie i zimno się robi (w Madrydziu, położonym na wyżynie, temperatura potrafi bardzo gwałtownie spaść, ale i gwałtownie wzrosnąć), jestem zachwycona. Ptaki śpiewają pięknie. W słoneczne popołudnia ludzie biją się o stoliki w kawiarnianych ogródkach – niedługo bardziej pożądane będą te w cieniu – i wylegują na trawie w parku Retiro, bo nic milszego, niż zrzucić buty, oprzeć się o ogromny cedr i zamknąć oczy.

Odkąd przyjechałam, zdążyłam kupić sobie nowy płaszcz i pięć par butów. Zjadłam przynajmniej tyle, ile ważę. Trudno się dziwić, skoro w tym mieście życie kręci się wokół jedzenia, możecie zjeść pięciodaniową kolację w niepozornej restauracji, która ma gwiazdkę Michelin (wybitne jedzenie i czarujący właściciel, który nie tylko podał nam drugi deser, ale też strzemiennego… i zostawił butelki na stole, na wypadek gdybyśmy chciały jeszcze się poczęstować) i potężny kawał tortilli z cudownie płynnym jajkiem na śniadanie w barze z ladą z lastriko, dziadkami skupionymi wokół telewizora, maszyną z papierosami i kuponami na loterię. Dla przykładu, wczoraj w rewelacyjnej knajpie Celso y Manolo po raz pierwszy w życiu usłyszałam od kelnerki przyjmującej moje zamówienie:
– To może być troszeczkę za dużo…
Tym samym, jeśli wrócę, wyglądając jak kobieta z obrazów Botero (akurat trwa tu wystawa jego nowych prac), nikt nie powinien być szczególnie zaskoczony.

Mam i owszem, niezgorszy katar, bo po pierwsze wszystko kwitnie, po drugie słońce nieco mnie ogłupiło i latałam ubrana chyba nieco zbyt lekko, ale jakież to ma znaczenie. Jestem w Madrycie!
(I kilka dni temu kupiłam bilety na mój letni urlop. W Hiszpanii, ponieważ oczywiście. Nad oceanem, bo zawsze chciałam tam pojechać).

You saved me the day you came alive

– Poczekaj. Gdzieś mam okulary.
– Gdzieś masz, przepraszam, co?…
Już ostatnio zauważyłam, że czyta na odległość, ale pomyślałam, że każdemu zdarza się niedowidzieć.
– A wiesz – mówi. – Byłem u okulisty i powiedział, że takie rzeczy to raczej rzadkie u ludzi przed czterdziestką. A później zobaczył moją datę urodzenia…

Pan i władca kończy dziś czterdzieści osiem lat. Prawda jest taka, że on naprawdę nie wygląda na tyle. Ma imponującą sylwetkę, ma te swoje włosy żyjące własnym życiem, zarost może troszeczkę mu siwieje (ale zwykle się goli, więc nie widać) i to właściwie wszystko, co pozwala przypuszczać, że może jest w nieco bardziej dojrzałym wieku. Zawsze mnie to fascynowało. On wygląda właściwie tak samo, jak wtedy, gdy go poznałam, a było to sto lat temu. Zachowanie, trzeba przyznać, też uległo pewnym zmianom. Trudno go wyciągnąć na miasto (ale ja też z ćmy barowej zmieniłam się w kanapowego kartofla). Kiedyś nigdy nie mówił, że jest zmęczony, a teraz potrafi narzekać. Sen jest dla niego bezcenny – to akurat rozumiem, bo dla mnie także. Temperament ma, jaki miał, ale jednak jakby troszeczkę złagodniał. I rzucił palenie – skutecznie, bo liczne poprzednie próby kończyły się fiaskiem, gdy tylko coś wyprowadziło go z równowagi.
Czterdzieści osiem lat. Stary grzyb.
Gdy się poznaliśmy, był młodszy niż ja jestem teraz. Nigdy szczególnie nie zauważałam sporej różnicy wieku między nami, ale teraz widzę, że on mi się starzeje i przyznam, że w jakiś sposób mnie to wzrusza.
Kiedy go poznałam, wydał mi się zupełnie inny od wszystkich mężczyzn, z którymi miałam wcześniej do czynienia. Charyzmatyczny, erudyta, cięty jęzor i zawsze błyskotliwa riposta w zapasie, a przy tym koleś potrafił zachwycać się, że ptaki śpiewają czy księżyc wschodzi. Pierwszy raz w życiu nakryłam się nogami z wrażenia. Oczywiście, emocje z gatunku „ależ on ślicznie wkłada skarpetki, jak on chrapie melodyjnie” przez lata zostały uzupełnione emocjami z gatunku „jak on mnie wkurza, gołymi rękami typa uduszę”, ale wiecie, to jest nawet fajniejsze.
Mimo że nie zawsze było łatwo, pan i władca pozostaje moim najlepszym przyjacielem, cierpliwym terapeutą i znacznie mniej cierpliwym nauczycielem gry na gitarze („nie, nie tak, daj mi to, ja ci pokażę”), no i obezwładniająco pociągającym facetem o rafaelickiej urodzie.
Pan i władca lubi mi mówić, że jestem ładna. Mówi to niezależnie od okoliczności, gdy wpadam doń z mokrymi włosami ubrana w co było pod ręką, gdy mam katar, gdy trochę przytyłam, gdy budzę się rano i nie wyglądam jak w filmach, gdzie ludzie budzą się pachnący, umalowani i z pomadą na lokach. Kiedyś zrobił mi zdjęcie – jak siedzę nago z kieliszkiem czerwonego wina na podłodze w jego salonie, nieco rozczochrana i z makijażem już lekko roztartym. Zdjęcie jest czarno-białe. Brzmi to jak kompletna degrengolada, ale mimo wszystko ja się sobie podobam na tym zdjęciu, a generalnie nie lubię siebie na fotografiach. Może dlatego, że uśmiecham się w sposób, którego nigdy wcześniej u siebie nie widziałam i wyglądam na całkowicie wyluzowaną. Kiedy patrzę na to zdjęcie, to myślę, że on ze mnie istotnie potrafi wyciągnąć coś, czego ja sama nie widzę.
Nie byłabym dziś tu, gdzie jestem, gdyby nie on. Bo on mi wtłukł do głowy, że mogę. Do dziś pamiętam wieczór, gdy miałam dość niewdzięczną sytuację zawodową, płakałam chłopu w rękaw, a ten rzekł aksamitnie:
– Oleńko. Mądra jesteś, dasz radę. Pierdol ich.

A poza tym nikt na świecie nie przytula tak fantastycznie. Są na świecie ludzie, którzy mają tę niebywałą umiejętność przytulania – nie tak po prostu, otaczania człowieka ramionami, ale konkretnego przytulania. Zapewne wiecie, co mam na myśli. To uściski, które odcinają was od reszty świata, po prostu wszystko znika. Taki uścisk mi zostawił, wychodząc ode mnie po naszej drugiej randce, dawno temu. Nadal to robi, zresztą także przez sen.

Wszystkiego najlepszego, słońce.
Słońce jako takie jest właściwie niewiele starsze.

Komu się nie chce słuchać, temu się wydaje, że jest cicho

Ponieważ ostatnimi czasy rzadko bywam w domu, próbuję sobie jak najwięcej upchnąć w czasie, gdy tu jestem. Co niekiedy kończy się tym, że wzdycham „chrzanić to, nie chce mi się” i leżeniem brzuchem do góry przez cały weekend. Niemniej, ponieważ nigdy nie wiem, czy w przyszłym miesiącu też będę w Krakatau, staram się jak najwięcej oglądać.

Upolowałam wreszcie bilet na Sekretne życie Friedmanów – spektakl nagradzany tu i tam, grany już od paru lat, ale nigdy nie udawało mi się dotrzeć (przedstawienie ogląda naraz tylko kilkadziesiąt osób, więc gdy pojawia się w repertuarze, trzeba być szybkim). Trochę mnie zatchnęło, gdy przeczytałam na stronie teatru „czas trwania: 3 godziny 10 minut, bez przerwy”. Cóż. Trzeba być twardym. Ubrałam się wygodnie i wyruszyłam w podróż do Nowej Huty.
A Nowa Huta, jak już kiedyś pisałam, staje się z wolna centrum teatralnego świata Krakowa.
To jest przedstawienie wybitnie niewygodne. Dosłownie. Nie mam tu na myśli jedynie niewdzięcznej tematyki (Arnold Friedman, postać prawdziwa, był nauczycielem, który został oskarżony o molestowanie seksualne dzieci uczestniczących w jego kursach komputerowych). Widz nie może obejrzeć go spokojnie, siedząc w ciemności i obserwując scenę z założonymi rękami. Bardzo szybko zostanie zmuszony do wstania i podążenia za przewodnikiem publiczności. Przez kolejne trzy godziny odwiedzi salon Friedmanów, pokój przesłuchań, areszt śledczy, sąd. Przed drzwiami domu bohaterów czeka oficer. Zachęca widzów, by przeszukali wnętrze. Zajrzeli do szafek, przewertowali książki, pogrzebali w szufladach. Dziwne uczucie. Najpierw poczułam się nieswojo; ogólnie nie lubię interakcji i zawsze mnie to krępuje, zatem jakież było moje zdziwienie, gdy po chwili dziarsko, wespół z innymi, przeglądałam dobytek Friedmanów, ignorując ich okrzyki sprzeciwu. Niektórzy w zapamiętaniu podnosili nawet meble.
Potem trafiacie na komisariat, gdzie Arnold i jego syn, Jesse, są przesłuchiwani przez policję. I to kolejny nieprzyjemny moment, bo fenomenalny Kajetan Wolniewicz jako detektyw wściekłością niemal roznosi ciasne pomieszczenie. Jego podniesiony, dudniący głos budzi szczery przestrach zarówno w przesłuchiwanych, jak i w zbitych w grupkę widzach.
Arnold Friedman, rewelacyjnie, genialnie wręcz grany przez Piotra Pilitowskiego (jakoś w trakcie tego spektaklu przypomniałam go sobie w Kochanowie i okolicach, oglądanym parę lat temu, w roli o lata świetlne odległej od tej, i trochę mnie przytkało – trudno mi było uwierzyć, że patrzę na tego samego człowieka, a wiem, że jest to jeden z najlepszych aktorów, jakich między Odrą a Bugiem mamy) to postać, która wzbudza w widzu uczucia bardzo nieprzyjemne, a nieprzyjemne dlatego, że nieoczywiste. Oskarżony o koszmarne zbrodnie, sprawia wrażenie człowieka kompletnie przytłoczonego, wycofanego. Patrząc na jego sylwetkę, niepozorną i spiętą, chcielibyście go nienawidzić – w końcu to potwór. Ale Friedman Pilitowskiego budzi przedziwne, niekomfortowe współczucie. Nie litość. Współczucie. Zrobił to? Nie zrobił? A jego syn – czy to naprawdę maniak i sadysta, czy tylko osiemnastolatek wrzucony w cały ten koszmar przez pomyłkę?
Po trzech godzinach wracacie do sali, w której rozpoczęliście podróż przez historię Friedmanów. Siadacie w nadziei, że dowiecie się, jak to wszystko się kończy, dowiecie się, czy możecie w spokoju sumienia potępić, czy poczuć żal. Ale nie.

W poprzedni piątek otuliłam się moim ogromnym szalikiem, bardzo różowym, i ruszyłam na ulicę Rajską, do Małopolskiego Ogrodu Sztuki, w którym od kilku lat Teatr Słowackiego ma kolejną scenę.
Najpierw dygresja.
Historia Podhala od zawsze mnie fascynuje. Kupuję wszystkie książki na ten temat, a swego czasu wytrwale polowałam na Allegro na tomy z Serii Tatrzańskiej, wypuszczanej dawno temu przez Wydawnictwo Literackie (niestety nie wznawiają, a szkoda, bo są tam fantastyczne pozycje). Pamiętam, jak podczas jednej z pierwszych wizyt w rezydencji pana i władcy zagapiłam się na jego półki z książkami, po czym nagle jęknęłam w emocjach.
– Co jest?
– Ty masz… całą Serię Tatrzańską.
– No – odparł pan i władca beztrosko. – Mam. To jeszcze mama kupowała…
– Ja się biłam o te książki!
– Och. Możesz sobie pożyczyć. Ja już czytałem.
Czytam wszystko o historii tego regionu. Oczywiste zatem, że musiałam pójść na przedstawienie o jednej z najsłynniejszych i najbardziej kontrowersyjnych jego postaci – W ogień. Spektakl krótki, niesłychanie intensywny. Głośny. Świetna – jak zawsze – muzyka Dominika Strycharskiego, w przedstawieniach Klemma zwykle obecnego na scenie w roli, trudno nie odnieść takiego wrażenia, mistrza ceremonii.
Znowu, to nie jest przedstawienie, które odpowie wam na pytanie, kim był „Ogień”. Bohaterem? Bandziorem? Wolnością wiodącą lud na barykady? Terrorystą? Żadnych wskazówek. Czy widz ma współczuć Kurasiowi, bo mu zamordowano rodzinę, czy nim pogardzać, bo jego ludzie mordowali równie bezwzględnie? To były inne czasy, mówią bohaterowie niemal lekceważąco. Wtedy ludzie byli inni. To była wojna. A w ogóle to wszystko jest w broszurze IPN. To były inne czasy…
Bardzo nieliczna publiczność przybyła na ten spektakl, gdy go oglądałam – może dlatego, że pogoda paskudna, nie wiem – i zawsze mi troszkę głupio w takich sytuacjach, gdy aktorzy wypruwają sobie żyły dla raptem kilkudziesięciu widzów rozrzuconych po rzędach, ale nikt się nie oszczędzał. Nie wszystko w tym przedstawieniu mi się podobało, ale energia waląca ze sceny była niesamowita i niechby dla niej warto pójść.

A w tym tygodniu trafiłam na Królestwo. Nową premierę w Starym Teatrze.
Podczas oglądania tego spektaklu przypomniało mi się zdjęcie z konferencji prasowej w Starym, niedługo po tym, jak nowy dyrektor objął stanowisko. Bardzo wyraziste zdjęcie – zespół Starego Teatru stojący z zaciętymi twarzami naprzeciwko siedzącego dyrektora.
Kolejny sezon był dość burzliwy, ale gdy szło się na Wesele czy zwłaszcza Wroga ludu, ludzie wiwatowali, aktorzy nie schodzili ze sceny, a zamiast się kłaniać, podnosili ręce. Jednym to się podobało, innym nie. Cóż, teatr to nie zupa pomidorowa, wiadomo. Ale każdy, kto wiedział, co się stało we Wrocławiu, bał się, że w Starym powtórzy się ten sam paskudny, mściwy scenariusz. Na szczęście sprawy w Krakowie przybrały nieco inny obrót i Stary się obronił.
Ten szpital, w którym toczy się akcja spektaklu na motywach serialu von Triera, szpital pełny duchów i dziwaków, to tylko metafora, z czego bardzo szybko zdajecie sobie sprawę. To jest przedstawienie o Starym Teatrze i o sytuacji w nim. Aluzje wplatane w tekst wywołują szczery śmiech publiczności, która natychmiast łapie, do czego to nawiązania. Ekrany nad sceną, opakowaną w bardzo zimny, szpitalny dizajn, nieustannie pokazują to, co dzieje się za kulisami. Pokazują też zdjęcia z prób, aktorów w ogonku do bufetu i palących papierosy; ogłoszenia o zmianie kwoty pożyczki dla pracowników. Teatr, którego większość z nas nie widzi, niezbyt magiczny i niepiękny, ale zarazem jakoś bliski.
Żaden z bohaterów nie jest do końca normalny, chciałoby się rzec. Z całą pewnością nie jest to szpital, do którego chcielibyście trafić (wyobraźcie sobie, że patolog czyha na waszą wątrobę, bo jeszcze nie ma takiego przypadku w kolekcji i jest do tego stopnia zdesperowany, że jest gotów przeszczepić ją samemu sobie. Albo że źle reagujecie na narkozę, więc przed operacją was hipnotyzują. Albo że student medycyny, by udowodnić, jak gorącym uczuciem was darzy, przynosi wam głowę zwiniętą z prosektorium. Na zdrowie).
Żaden… poza dwojgiem. Oto bowiem na scenie przez cały czas obecna jest dwójka salowych, który w ten nieopanowany chaos wprowadzają jakże potrzebny element spokoju. A są to Anna Dymna i Krzysztof Globisz.
To nie jest przedstawienie wybitne, ono nie zmieni świata, ale to przedstawienie, które bardzo dobrze się ogląda, w dużej mierze dlatego, że na scenie widzicie zespół. Zespół, który funkcjonuje jak organizm. Oni grają ze sobą.
I z publicznością również.

Jestem bardzo zadowolona.
Teraz mogę znowu jechać w świat, ale to dopiero za dwa tygodnie. Chyba coś jeszcze zdążę zobaczyć…

Being human and being hurt are the same damn thing

Wróciłam.
Milczący taksówkarz wiozący mnie z lotniska słuchał Radia Zet – kto słucha Radia Zet w Krakowie?! – obwiózł mnie wielce okrężną trasą, i bez słowa wyjął moją strudzoną walizkę z bagażnika pod domem. Moja walizka ma raptem dwa lata, ale wygląda, jakby uczestniczyła w licznych wypadkach. Muszę wkrótce kupić nową, ale szkoda mi się z nią rozstać.
Termometr w mieszkaniu wskazywał 12 stopni Celsjusza. Włączyłam ogrzewanie, otworzyłam kontrolnie strudzoną walizkę, żeby sprawdzić, czy aby nic się nie rozbiło i żeby przenieść francuskie specjały (wionące na kilometr) pośpiesznie do lodówki, owinęłam się w dwa koce i poszłam spać. Weekend spędziłam w tym samym przyodziewku, oglądając The Kominsky Method (bardzo polecam, jeśli kto nie miał przyjemności). Gdy padła kwestia, którą pożyczyłam do nagłówka, zamyśliłam się na chwilę.

Wróciłam bowiem do trochę innej rzeczywistości.
Do rzeczywistości, która umiarkowanie mi się podoba, jeśli mam być szczera, ale wiem, że nie mogę absolutnie nic z tym zrobić. Pewne sprawy wykraczają poza kompetencje moje i każdego innego człowieka na Ziemi.

W ciągu ostatniego miesiąca dwoje bliskich mi ludzi – w moim wieku – straciło rodziców.
Dość nieoczekiwanie to się wydarzyło.
Najpierw, parę tygodni temu, zdziwiłam się, że mam kilka nieodebranych połączeń jednego wieczora – moi znajomi raczej do mnie nie dzwonią, tylko piszą, bo wiedzą, że przeważnie mam wyciszony telefon. Jeśli ktoś mimo wszystko próbuje się dodzwonić, to znaczy, że COŚ SIĘ STAŁO. Oddzwoniłam. Po drugiej stronie usłyszałam głos bardzo spokojny, nienaturalnie wprost spokojny. „Mój tata nie żyje”, powiedział, brzmiąc, jakby mówił o tym, że czajnik mu się zepsuł. Zorientowałam się po kilku chwilach, że chyba jest pijany. Trudno się dziwić czy winić w takiej sytuacji.
Potem mama mojej przyjaciółki miała kolejny zawał. Bardzo długo ją reanimowano, a bardzo długa reanimacja to jest właściwie… no, wiadomo. Cud się nie wydarzy. Nie chcę sobie wyobrażać, co moja przyjaciółka czuła przez cały ten czas, zanim stało się, co się stało. To przecież jakby siedzieć i słuchać tykającego zegara, i czekać, kiedy tykanie zamilknie. Czytywałam w gazetach nekrologi znanych mi ludzi, ludzi, z którymi po wielokroć rozmawiałam, ale przeczytanie tego nekrologu to było trochę uderzenie w głowę. Mimo że dowiedziałam się wcześniej.
Jest to bez dwóch zdań przerażające. Człowiek oczywiście w pewnym momencie życia zdaje sobie sprawę, że cała ta zabawa tutaj to podróż w jedną stronę i jego niestety też czeka żegnanie najbliższych. Mało tego, w pewnym momencie ta myśl na dobre zakorzenia się z tyłu głowy. Ale rzecz jasna, ma się nadzieję, że to jeszcze nie w tym roku, nie za pięć lat, nie za dziesięć, tylko w jakimś bardzo odległym kiedyś. A potem umierają rodzice waszych znajomych i nagle ten skutecznie odpychany lęk staje się bardzo namacalny.
I nie wiadomo, co powiedzieć. Nie wiadomo, jak się zachować. Żadne słowo nie brzmi dość dobrze. Wiecie, że ktoś bardzo wam bliski cierpi i nie wiecie, jak mu pomóc – gdybyście byli w tym samym pomieszczeniu czy choćby w tym samym mieście, tobyście zapytali, czy możecie przyjechać i z nim posiedzieć, ale nie jesteście. Zostają okrągłe formułki, które wydają się jakieś takie puste, takie pff. Bo co powiedzieć, „przykro mi”? No pewnie, że wam przykro. Czujecie się potwornie bezradni.
Nikt nas tego nie uczy. Nic nas na to nie przygotowuje.

Zawsze bardzo bałam się wszystkich tematów związanych ze śmiercią – nie moją, siłą rzeczy jest mi to raczej obojętne, ale moich bliskich. Kilka lat temu w niedługim odstępie czasu przeżyłam dwie, które mnie uderzyły strasznie i mam wrażenie, że z jedną po dziś dzień nie jestem do końca pogodzona. Przy czym jest rzecz, z którą radzę sobie gorzej niż z własnym bólem i tą rzeczą jest ból ludzi, na których mi zależy. Naprawdę chciałabym móc podać im jakieś magiczne lekarstwo. Żeby im ulżyło. Ale go nie mam.

Tak. Moment, gdy czujecie się dorośli, to nie jest ten moment, gdy podpisujecie umowę kredytową z bankiem. Ani ten moment, gdy zauważacie u siebie lwią zmarszczkę i że pośladki wam jakby lekko obwisły. To moment, w którym dociera do was, że będziecie coraz bardziej sami.

Sens: descente

Alain de Botton w swojej „Sztuce podróżowania” napisał, że fascynują go silniki samolotów. Niosące tę maszynę i pasażerów w jej wnętrzu ze spokojnym, jednostajnym szumem, pracujące cierpliwie i wytrwale w okrutnym mrozie.
Pisał też o korytarzach – tych, którymi wchodzimy do samolotów, jeśli mamy dość szczęścia, by korzystać z rękawa. O tym dziwnym uczuciu, gdy wchodzi się prosto w brzuch stalowego potwora, a kilka godzin później takim samym korytarzem wychodzi się w innym kraju. Na innym kontynencie niekiedy. Tak po prostu. Żadna to podróż. Niby. A jednak.

Po raz pierwszy leciałam samolotem dwadzieścia lat temu.
Dwadzieścia. Lat. Temu.
To było dla mnie ogromne przeżycie. Wtedy nie było tanich linii, regionalne lotniska były raczej puste. Nikt nie myślał, że latanie stanie się czymś zupełnie zwyczajnym.
Ja nie myślałam, że będę latać do pracy.
Byłam wtedy oszołomiona. Podekscytowana do nieprzytomności.
Dziś bywam raczej poirytowana, że ktoś przede mną się guzdrze. Potem zwyczajnie wsiadam i lecę. Przesypiam lot niekiedy – coraz częściej. Ale gdy się budzę i wyglądam przez okno, za którym słońce w zimowych chmurach odstawia swój show, to przylepiam nos do szyby, wyjmuję aparat, mimo że mam zdjęć nieba tuziny, i ciągle jestem oszołomiona. Bo nie tylko chmury jak u Turnera, ale na przykład tuż po starcie z Krakowa widzicie caluchny łańcuch Tatr. A i widok tych obłych silników mruczących niewzruszenie za oszronioną szybą jakoś nadal za każdym razem mnie rusza.

W miniony piątek wracałam do domu jak autostopowicz. Co się nawinie. Ponieważ odwołano mój lot, zadzwoniłam do linii i przerzucili mnie na lot kolejny. Przez Monachium. Nawet wolę, bo lotnisko w Monachium jest wspaniałe, wygodne i mimo kosmicznych rozmiarów ciche i jakieś takie przyjemne dla strudzonego podróżnika. Łatwizna. A tak moi koledzy narzekali na odwołane loty, gdy tu pff, samo miodzio. Świetnie.
Radość moja trwała dokładnie godzinę, bo wtem otrzymałam kolejną wiadomość, iż ten drugi, ratunkowy lot też został odwołany. Pysznie. Wyrzekłam mięsiste słowo i zadzwoniłam ponownie.
– Chwileczkę – rzekł pan w telefonie. – Przełączę panią na muzykę, dobrze?
To nigdy nic dobrego nie wróży, gdy was przełączają na muzykę, ale cóż. Czekam. Czekam. Czekam.
– Mam dla pani miejsce – odzywa się baryton w słuchawce. – Lot przez Amsterdam, osiemnasta czterdzieści.
– Doskonale.
– W Amsterdamie będzie pani o dwudziestej. Dwudziesta czterdzieści odlot do Krakowa.
– Przepraszam, odlot czy boarding?
– Odlot.
– … Niech będzie.
Lotnisko Schiphol jest troszkę duże. Ale nie mam bagażu, mam za to wygodne gacie i pepegi, jeśli wylądujemy o czasie i się rozpędzę, to zdążę… Odrobina sportu w piątek wieczorem nikomu nie zaszkodziła… Zebrałam zatem zadek w troki i pojechałam na lotnisko. Wcześniejszy lot do Amsterdamu był sakramencko opóźniony, ale mój tylko o kwadrans, zatem wsiadłam pełna ufności.
– Wszystkie połączenia są możliwe – obwieścił głos z kabiny, gdy kołowaliśmy nad krajem olbrzymów. – Ale prosimy udawać się natychmiast do wymienionych bramek.
Wzięłam sobie te słowa do serca i rozpędziłam się tak bardzo, że biegnąc ruchomym chodnikiem, minęłam moją bramkę i pognałam dalej. Zorientowałam się, przelatując w tempie Mo Farah obok bramki numer osiemnaście. Moja była numer pięć. Pokonywaliście kiedyś ruchomy chodnik biegiem w przeciwnym kierunku? No, ja tak. Podejrzewam, że goście w obsłudze monitoringu lotniska Schiphol trochę się pośmiali.

Dotarłam do domu.
Zimno.
Sobotę spędziłam pod kocem, a nawet wieloma, ograniczając aktywność do proszalnego wyciągania rączki po kolejny kubek herbaty, ale z imbirem koniecznie, i po kieliszek wina bliżej zmierzchu.
W niedzielę obudziłam się już w trybie podróżnym. Znowu to samo – ciuchy do walizki, walizka do bagażnika taksówki, taksówka na lotnisko, korytarz, samolot, korytarz, taksówka.

Dotarłam do mojego budynku.
– Mamy drobną awarię.
Oczywiście, że macie drobną awarię. Jesteśmy we Francji. Nie ruszają mnie już wasze awarie.
– Karty wejściowe nie odblokowują drzwi.
– … Chce mi pan powiedzieć, że nie dostanę się do mojego mieszkania?
Strapiony recepcjonista kiwa głową. Szkoda mi go bardzo, bo jest niedzielny wieczór, więc koleś jest sam, a zirytowani goście napierają. Wyszli z mieszkań niechby po kawę w lobby czy do Monoprix naprzeciwko, i ups, nie mogą wejść.
– Technik przyjedzie niedługo… To może ja państwu wino zaproponuję…
Godzinę później kryzys został zażegnany. Wiecie, dwa lata temu trafiałby mnie przeciągły, żarliwy szlag, ale cóż, co was nie zabije, to w was Paryż wzmocni.
Przetrwałam kolejny tydzień w niezbyt czułych objęciach tego miasta, ze śniegiem nawet, a jutro wracam do domu. Na cały długi miesiąc! Bardzo dobrze, bo mogłam wreszcie kupić bilety do Nowego i Starego Teatru, i Słowackiego też, i będę mogła je naprawdę wykorzystać, a poza tym pan i władca chwilami sprawia wrażenie, jakby się stęsknił, bo nie daje mi spać, ale być może chodzi mu o liczne butelki francuskiego wina, które zwożę do domu.
Miejmy jedynie nadzieję, że jutro wrócę do domu po bożemu, a nie przez Helsinki.

Choć w sumie nigdy nie byłam w Helsinkach…

Ce qu’elle voit en songe

W Paryżu codziennie wędruję do biura tą samą drogą. Niby niewiele się zmieniło, odkąd odleciałam stąd w listopadzie, a jednak inaczej to miasto wygląda. Nie tylko dlatego, że jest zimno, a słońce wstaje tu żenująco późno. Dlatego, że po drodze mijam zasłonięte deskami lub blachą witryny banków i sklepów. Mój francuski jest daleki od biegłego, ale rozumiem, co ktoś napisał żółtym sprayem na jednej z nich: „Tu i teraz dzieje się historia”.

W kontekście mijającego tygodnia ten koślawy napis na płycie pilśniowej ma zatrważająco mocny wydźwięk.
Żyjemy w trochę zbyt ciekawych czasach.

Ale, ale.
Poniedziałek, dwa tygodnie temu. Trzecia trzydzieści. Siadam na łóżku, przecieram oczy. Prysznic. Spodnie. Rzęsy. Taksówka. Lotnisko.

Prosimy umieścić bagaż podręczny przed fotelem, jeśli w schowku nie ma miejsca, samolot jest pełny; jeżeli bagaż się nie zmieści, będziemy musieli załadować go do luku, a to zajmie czas…, powtarza obsługa. Ostatni pasażer taszczy swój bagaż podręczny, na oko na trzy tygodnie wędrówki po Amazonii, rozglądając się z rozczarowaniem, bo schowki pełne. Typ ma oczywiście miejsce A w ogonie, obok mnie, ale z jakichś przyczyn postanowił poczekać z wsiadaniem do samego końca, żeby inni musieli wstawać i go przepuszczać. No, ale najpierw chce upchnąć swój amazoński sakwojaż, a schowki pękają w szwach, zatem łazi tam i nazad po samolocie, ku rosnącej irytacji pasażerów i obsługi.
Wtem rozlega się głos miły, acz stanowczy, z twardym germańskim akcentem:
– Panie i panowie, mówi kapitan. Proszę zająć miejsca, bo jeśli nie wystartujemy teraz, to następny wolny slot mamy za godzinę.

Typ widzi przed sobą 230 par oczu, wściekłych raczej, i pokornie upycha tobół pod siedzeniem. Jak się nie da, jak się da.
Cabin crew, take off.
Bogu dzięki. To mogę się zdrzemnąć.

Kilka godzin później. Lotnisko im. Charlesa de Gaulle’a w Paryżu.
Escalator moving. Please old the andrail, powiadamia beznamiętnie, acz z francuskim akcentem kobiecy głos w legendarnych tunelach z pleksi, przewożących pasażerów na drugą stronę Terminalu 1. Tunele niezmiennie przywodzą na myśl filmy science-fiction, zresztą zagrały w paru.

W biurze wszystko po staremu. Złota rybka, którą trzymali w dziale na drugim piętrze, nadal żyje i pływa w swoim akwarium. W kuchni nadal jakaś anonimowa osoba zostawia co rano ciastka.
Mieszkam w tym samym budynku, tylko okna wychodzą na ulicę, a nie patio, więc o siódmej budzą mnie normalne romantyczne paryskie odgłosy poranka – trzaskanie kubłów ze śmieciami, turkot wózków wiozących dobra do kawiarni, kaszel odpalanego motocykla.

Sobota. Idę przez miasto do Petit Palais. Idę Polami Elizejskimi, które są zdumiewająco puste. Docieram na miejsce, by skonstatować, że wokół wokół mnie barierki, radiowozy i policjanci uzbrojeni po zęby, przygotowani na nadchodzący protest.
– Ulica zamknięta. Nie ma przejścia.
– Ale ja mam bilet – macham biletem. – Na wystawy…
– OK. Tamtędy.
Idę tamtędy. Kolejny dżentelmen uprzejmie zastawia mi drogę. No przecież cholera mnie weźmie.
– Ale ja mam bilet.
– Tamtędy – opancerzony wskazuje kierunek, z którego przyszłam.
– Ja już tam byłam!
– Tamtędy – powtarza opancerzony, a przecież nie będę dyskutować z gościem, który wygląda jak Starship Trooper.
Wracam potulnie. Ja chcę tylko wejść na wystawę… Szczęśliwie kolejny zapytany policjant przepuszcza mnie i wchodzę z ulgą do Petit Palais. Petit Palais, mały sąsiad Grand Palais po przeciwnej stronie ulicy, jest miejscem absolutnie urzekającym, z pięknym patio i wspaniałymi kolekcjami, a w dodatku często gości wspaniałe wystawy, tak jak teraz. Pierwsza to wystawa Lequeu, wybitnego architekta, który nigdy nie postawił żadnego budynku. A szkoda. Paryż z jego rysunków, zdumiewająco dokładnych i nowoczesnych na powstałe w XVIII wieku – to byłoby miasto surrealistyczne i kosmicznie inne od tego, które znamy. Lequeu miał też wyobraźnię cudownie lubieżną. Zdecydowanie darzył sympatią kobiece piersi.
Druga wystawa, Fernanda Khnopffa, to istny sklep ze słodyczami dla fanów symbolizmu. Takich jak ja. Znany stałym bywalcom mój były szef go nie znosi i twierdzi, że to kicz straszliwy. Mnie się podoba i z lubością przyglądałam się tym obrazom przez długie godziny.

Jako że godzina młoda była, poszłam i do Grand Palais, na wystawę o wpływie Michaela Jacksona na sztukę współczesną. Nie jest to może wystawa wybitna, ale bardzo ciekawa, a co zabawne, największy tłum gromadził się nie przed pracami Warhola i innych, lecz przed ekranami, na których emitowano fragmenty koncertów Michała. Nota bene, wiedzieliście, że ktoś podłożył „Fly Me to the Moon” Sinatry pod układ choreo do „Smooth Criminal” i to doskonale pasuje? Ja już wiem.

No dobrze. Wystawy obejrzane, nowe buty kupione, czas wracać do domu. Idę w górę Pól Elizejskich. Coś podejrzanie niebiesko od migających świateł. Tłum podejrzanie gęstnieje. A ja akurat nieopodal tych migających świateł mieszkam i właśnie sobie uświadamiam, że zaraz wlezę w środek protestu. Choć mój wewnętrzny reporter czuje się zaciekawiony, grzecznie skręcam w jedną z przecznic.
KTÓRA WŁAŚNIE JEST ZAMYKANA.
No nie. Litości.
Kawał XVI dzielnicy zwiedziłam niechcący. I w dodatku zaczęło padać.

Nadal nie rozumiem, dlaczego to miasto mnie sobie wybrało, ale nieoczekiwany powrót tutaj przyjęłam jako coś naturalnego. I czuję się tu bardzo dobrze. Oczywiście jestem tu w wielce dziwnym czasie. Oczywiście jest tak, jak ten anonimowy ktoś napisał – historia się dzieje. A ja, czy mi się to podoba, czy nie, muszę się temu przyglądać. Muszę – i chcę.

Here’s to the girls on the go

Ostatnia podróż 2018 odfajkowana. Jestem z powrotem w domu, leżę z kieliszkiem maminego wina i czytam książki.

Londyn jak to Londyn, dobrze się mną zajął, zatroszczył się.

Zaczęłam od Antoniusza i Kleopatry w National Theatre, w którym oczywiście pojawiłam się zbyt wcześnie, więc nie miałam co ze sobą zrobić, więc polazłam do ich księgarni i… Nieważne.
Prawda jest taka, że Anglicy potrafią wystawiać Szekspira lepiej, niż jakikolwiek inny naród, bo oni go czują doskonale. Czują, że w pentametrze jambicznym zaklęty jest humor, sprośność, groteska i dwuznaczności, nawet w tragediach. Nie podchodzą do barda na kolanach, bijąc czołem w podłogę, a jego teksty jedynie na tym zyskują. Ta sztuka, wystawiana na największej scenie National Theatre – Olivier, wyposażonym w słynny Drum Revolve, obrotową konstrukcję, która pozwala na błyskawiczną i efektowną zmianę scenografii (wprowadzając tu na scenę na przykład łódz podwodną!), wystawiona śmiało, z rewelacyjną, charyzmatyczną Sophie Okonedo i niejakim Ralphem Fiennesem, wyśmienitym aktorem scenicznym (oglądałam go w Ibsenie w teatrze Old Vic parę lat wcześniej, serio, on jest wyśmienity) udowadnia, że z raptem kilkudziesięciu stron Szekspira da się wyciągnąć kryminał, romans, komedię, a na końcu ów Szekspir złamie wam serce.
Zebrałam się na odwagę i poszłam pod stage door po wszystkim, bez szczególnych oczekiwań, ale może a nuż. I powiem wam, że Ralph Fiennes jest przemiły i bardzo przystojny, acz oczywiście poza sceną wygląda uroczo niepozornie.

Następnego ranka zjadłam wszystko, co mogłam podczas hotelowego śniadania, ubrałam się ciepło i wygodnie, i pomaszerowałam na West End.
O The Inheritance słyszałam tyle dobrych rzeczy, że nie mogłam nie kupić biletu. Biletów właściwie, bo jest to sztuka w dwóch częściach, z których każda trwa ponad 3 godziny. Niektórzy postanawiają obejrzeć obie części jednego dnia, co samo w sobie jest raczej dość hardkorem, a teraz proszę sobie wyobrazić, że jesteście aktorem, który gra w obu częściach i nie schodzi ze sceny na dłużej niż dosłownie chwilkę. Mistrzostwo.
O tej sztuce niektórzy mówili, że to Anioły w Ameryce w wersji 2018 (uściślając, 2016 – jedną z kluczowych scen jest scena wyborów w USA). Trochę może tak, ale to krzywdzące porównanie, bo The Inheritance samo w sobie jest moim zdaniem arcydziełem, jedną z najważniejszych sztuk dekady, znakomicie napisaną. Dowcipną, lekką. Sztuką, która momentami drwi sama z siebie. Sztuką do bólu przejmującą, która opowiada o straconych zachodach miłości, o utracie i zdradzie. O uzależnieniu. O HIV. O dramacie ludzi, którzy, by sprawić przyjemność komuś, kogo kochają, godzą się, by się nim dzielić z innymi, a co gorsza, by dzielić się sobą z innymi. O nieuchronności wydarzeń.
To jest coś, co przeżyłam kilka razy w minionym już roku. Nagle na widowni ustaje wszelki kaszel i inne tam wiercenie się, zapada całkowita cisza, gęsta tak, że aż trudna do zniesienia. I wtem w tej ciszy słychać jakieś nieśmiałe pociągnięcie nosem. Pierwsze. Drugie. Osiemnaste. Dołączacie do tego osobliwego chóru, najpierw z pewnym zażenowaniem, bo mimo otaczającej ciemności to jednak jakoś głupio płakać publicznie, ale gdy dociera do was, że facet siedzący obok robi dokładnie to samo, spoglądacie na niego ukradkiem i widzicie, że on też ukradkiem na was spogląda w nadziei, że nie jest sam w swoim chlipaniu, wymieniacie się dyskretnym skinieniem głowy i oglądacie dalej, pochlipując już wspólnie i bez cienia wstydu.
Piękne, wybitnie poruszające przedstawienie – znowu, bez sentymentalnych zagrań, bez duszoszczypatielnych chwytów. Prawdziwe, po prostu.

Co tam jeszcze mieliśmy?
Doktora Faustusa w Sam Wanamaker Playhouse, przytulnym i klimatycznym, pachnącym słodko świecami z pszczelego wosku.
Niektórzy znawcy europejskiej dramaturgii twierdzą, że gdyby Marlowe, oj wróć, złe zdjęcie mi się podpięło, zatem gdyby Marlowe jako niespełna trzydziestolatek nie dał się ugodzić nożem w knajpie (lub też, według teorii spiskowych, gdyby nie uciekł za granicę jako szpieg), mielibyśmy dziś Marlowe’s Globe i w ogóle Shakespeare byłby tym mniej znanym nazwiskiem. Gdy ogląda się Faustusa, trudno nie zgodzić się z tym poglądem. Umiał pisać ten Marlowe, doskonale. Może i nie wrył się w powszechny język tak mocno jak Shakespeare, którego bezwiednie cytujemy całkiem często, nawet mówiąc po polsku, ale jego frazy są lekkie i bogate, a poza tym między słowami da się wyczuć jakiś mrok, jak w tej słynnej scenie, gdy Faustus pyta Mefistofelesa:
Tell me, where is the place that men call hell?
Under the heavens – odpowiada diabeł.
Ay, but whereabouts?
Within the bowels of these elements, where we are tortured and remain for ever. Hell hath no limits, nor is circumscribed in one self place, for where we are is hell.
W czasach autora ta sztuka, wybitna bez dwóch zdań, nie cieszyła się dobrą sławą, przeciwnie – w końcu mamy w niej scenę przywoływania diabła, która w słabym, migotliwym oświetleniu kameralnej sceny Shakespeare’s Globe wygląda istotnie rozkosznie diabolicznie. Nawet troszeczkę włos jeży się na grzbiecie.
W tej adaptacji role doktora i Mefisto grają kobiety, obie znakomite, obie charyzmatyczne i zabawne (scena, w której straszą procesję, jest doskonała, upiorna i zabawna zarazem).
– Ależ to było dziwne… – powiedziała pani w rzędzie za mną po ostatniej scenie.
Jestem pewna, że Marlowe roześmiałby się zadowolony, usłyszawszy taką recenzję.

Obejrzawszy spektakl w Globe, poturlałam się do dzielnicy Islington.
Żeby zobaczyć Jezioro Łabędzie w Sadler’s Wells. Gdy jedziecie do Sadler’s Wells, najlepiej wysiąść na stacji Angel. Fani Neila Gaimana uśmiechną się tu lekko.
W słynnej ostatniej scenie filmu „Billy Elliot” wzruszony ojciec Billy’ego ogląda go w Jeziorze Łabędzim i jest to ta właśnie, legendarna wersja spektaklu, w którym wszystkie role łabędzi tańczone są przez mężczyzn. Dorosły Billy pojawiający się w finale to Adam Cooper, pierwszy odtwórca głównej roli. Wielbiony przez widzów i krytyków balet w reżyserii Matthew Bourne’a od ponad 20 lat wraca co jakiś czas na scenę, żeby znowu oszołomić i wzruszyć. Jak każda rzecz Bourne’a, jest porażająco zmysłowy. Piękny. Poruszający (ten ostatni moment, gdy Łabędź trzyma Księcia na rękach…). Jako nerwus, który ciągle czymś się martwi, rzadko zapominam o bożym świecie, ale tu zapomniałam. Na dwie błogie godziny. Bourne kocha ludzkie ciało i potrafi pięknie je pokazać, ale też umieszcza je w baśniowej scenografii, przenosi was w ten wspaniały moment między jawą a snem. To spektakl olśniewający pod każdym względem i nie bez przyczyny legendarny.
W rzędzie przede mną siedział chłopiec – na oko dwunastoletni może – przez pierwszy kwadrans wyraźnie cierpiący, bo wiadomo, balet, mordęga, nuda, obciach level master. Potem go zaczarowało.

Następnego dnia dzielnie wyruszyłam z domu na lancz. Wierzcie lub nie, ale mam w Londynie znajomych, żywych ludzi, nie tylko takich, co ich dręczę pod stage door moimi nieskładnymi zachwytami. I otóż mój znajomy zabrał mnie na sylwestrowy obiad do Brasserie Zédel.
– Oliver – piszę nerwowo do znajomego, przeczytawszy nazwę restauracji – czy ty zarezerwowałeś stolik we francuskiej knajpie?…
– Haha, no tak, zastanawiałem się przez chwilę…
– Jesteś paskudnym trollem.
Tak czy inaczej, zostałam nakarmiona, napojona, uściskana i mogłam znowu pójść do teatru.
Gdy usłyszałam, że w Company gra Patti LuPone, pomyślałam, że uduszę się, będę żarła tynk, ale zobaczę. Patti LuPone, proszę państwa, to głos-legenda. Gdy byłam wczesną nastolatką zafascynowaną Evitą, wystawianą wtedy w Teatrze Rozrywki, moja madre zdobyła jakimś cudem kopię broadwayowskiego nagrania z nią w roli tytułowej i Mandym Patinkinem jako Che. Nauczyłam się tego na pamięć. Miałam 13 lat. W programie przeczytałam, że Eva urodziła się, jak ja, 7 maja. To był zatem strzał z dwururki – po pierwsze pierwsza taka premiera wielkiej rock-opery na polskiej scenie, po drugie spektakl o kimś, z kim ta nastolatka miała coś wspólnego.
Po dziś dzień znam każdą nutkę. Nie ma dla mnie lepszej Evy Peron. No i oto Patti LuPone pojawiła się na londyńskiej scenie, a ja na widowni.
To odwrócona wesja Company, w której główny bohater, Bobby, zmienił się w Bobbie, bohaterkę, która ma 35 lat i wcale nie chce wyjść za mąż.
Oczywiście LuPone, wykonująca Ladies Who Lunch, siedząc przy kawiarnianym stoliku, sącząc Vodka Stinger i śpiewając jakby od niechcenia głosem, który wam zrzuca skarpetki, dowodzi swojego absolutnego mistrzostwa, ale Jonathan Bailey jako Jamie kradnie zupełnie show.

A wieczorem, w ostatnią noc roku, wylądowałam znowu na Everybody’s Talking About Jamie, czując się bardzo dobrze, bo jednak wśród swoich. Tak, widziałam to ubiegłego roku, też w sylwestrowy wieczór, i bardzo mnie to uszczęśliwiło. Bo to dobry, ogrzewający serce spektakl, a John McCrea w roli tytułowej jest fenomenalny, choć trudno nie oprzeć się wrażeniu, że już czas, by ruszył dalej (i rusza – Jamiego wkrótce będzie grał ktoś inny).
– Czasami przychodzi prawdziwy Jamie – powiedziała pani sprzedająca programy. – Z mamą. Jest przeuroczy.

Wetknęłam obolałe od klaskania ręce w kieszenie. Poszłam Tottenham Court Road do hotelu, wzięłam gorący prysznic, zanurkowałam pod kołdrę i obejrzałam fajerwerki w telewizorze, po czym zasnęłam kamiennym snem, obudzona jedynie na chwilkę nad ranem wiadomością od pana i władcy. Zjadłam porządne angielskie śniadanie, kupiłam sobie nową torebkę i płaszcz również nowy, i wyruszyłam w podróż nazad. Zmęczona i szczęśliwa.

Jak pisałam – Londyn się zatroszczył. Bo jak śpiewał Sinatra, there is magic abroad in the air.

You do not write your life with words

Zostało jeszcze kilka dni do końca 2018, ale ponieważ – nie zgadniecie – jutro wyjeżdżam, by obejrzeć raptem siedem przedstawień w cztery doby, nie będę miała czasu na pisanie. Toteż piszę dziś, nieco przedwcześnie. Odprawiłam się już na mój 56. i ostatni lot w tym roku, pakowanie się zajmie mi najwyżej kwadrans, zatem bierzmy się do roboty.

Każdy bloger czeka na koniec roku, bo to czas, gdy może wreszcie rąbnąć solidne podsumowanie, do którego skwapliwie przygotowywał się przez długie miesiące. Nadchodzi wreszcie ten dzień, gdy można skompilować listę oczarowań i rozczarowań.
Tych ostatnich szczęśliwie nie było wiele, choć nie ma co ukrywać, były. Tych pierwszych – znacznie więcej, na szczęście.

Pierwszą osobą, która życzyła mi szczęśliwego nowego roku, był Rhys Ifans.
Naprawdę.
Zdziwiłam się, że on taki wysoki. I bardzo, bardzo sympatyczny.
Dobry znak, pomyślałam.
353 dni później trudno mi określić ten rok jako dobry lub zły. Wiem jedno – wrażeń mi nie brakowało. Pierwsze trzy miesiące były takie sobie, z ogromem podskórnego stresu. Potem ruszyło. I szczerze pisząc, jakoś mnie ten koniec roku zaskoczył. Jak to, już? Przecież dopiero był marzec.
Nie byłam ani razu w kinie i – jak na mnie – przeczytałam trochę mało książek (ale za to tylko wczoraj dwie). Słuchałam tylko starych płyt, numerów znanych od dawna, nie odkryłam żadnej nowej muzy – no, prawie żadnej – a jedynie otulałam się znanymi od lat muzycznymi kocykami bezpieczeństwa. Nie przeżyłam żadnego romansu (powzdychiwania do madryckiej policji konnej się nie liczą), nie powiłam dziedzica i raczej tego nie zrobię, ale za to moja przyjaciółka doczekała się córeczki. Nadal mieszkam w tym samym miejscu, choć rzadko tu bywam, nadal mam tę samą pracę i tego samego pana i władcę, który niestety również nadal ma tę samą pracę. Zdawać by się mogło, że zdarzyło się niewiele. Nuda.
Mimo wszystko trochę się zdarzyło.

Podróż roku: ha… w pierwszej chwili chciałam obstawić Singapur, wszak bardzo ciekawie było i pysznie się bawiłam, ale po chwili wahania wytypowałam innego laureata tej kategorii. Paryż. Miasto, którego szczerze nie znosiłam, a które w końcu mnie oswoiło, w którym wydeptałam moje ścieżki, znalazłam ulubione knajpy, ulubioną sobotnią trasę spacerową, ulubioną piekarnię, a w niej ulubioną kanapkę, niedzielny rytuał w postaci garnka muli. I piłam szampana w Folies Bergère! Paryż połknął 14 tygodni mojego mijającego roku, słownie czternaście. W przedostatni wieczór mojego pobytu dżentelmen za ladą w moim lokalnym Monoprix zaproponował mi kartę stałego klienta. Odmówiłam, tłumacząc, że ja tu tylko tymczasowo. A MOGŁAM PRZYJĄĆ.

Odkrycie roku: samotność, nawet jeśli znoszona dobrze (bo ja przecież taka samodzielna), prędzej czy później wystawia rachunek, a gdy połączy się ją z życiem w ciągłym napięciu, będzie to rachunek przykry. Ale – paradoksalnie może wam to wyjść na zdrowie.
I tym sposobem płynnie przechodzimy do bohatera roku, odzianego w skórę dżentelmena z London Ambulance Service, który mi powiedział, że nie jedziemy dziś do szpitala i że to, co mi się dzieje, jest bardzo nieprzyjemne, ale da się nad tym zapanować i będzie lepiej. I jest. Nadal postrzegam tego faceta jako anioła, bo on mi znacząco podniósł komfort życia i w dużej mierze dzięki niemu częściej niż rok temu łapię się na tym, że jestem całkowicie spokojna. Albowiem wiem, co robić, gdy dusiołek wyłazi, a w telefonie mam aplikację, która w najgorszym razie przypomina mi, jak się oddycha. Może brzmi to głupio, ale działa, a jeśli coś działa, to nie jest głupie. Dużo się zmieniło od tamtego dnia, a mój umysł wypełnił się kolekcją „happy places”, do których mogę uciec. Dbam o to, żeby weekendy były maksymalnie relaksujące, mam parę nowych rytuałów, mam też dobre wsparcie. Już nie staram się być komandosem, daję sobie prawo do poczucia się czasem krucho i delikatnie.
Drugie miejsce na tej zaszczytnej liście zajmuje frontman, człowiek, przez którego mam o parę więcej siwych włosów niewątpliwie, ale trzeba przyznać, że to dzięki niemu Paryż stał się dla mnie znośny. I te croissanty, które przynosił rano, ciepłe i takie cudownie tłuste, że masło aż zostawało na buzi (i w talii) – czyż to nie rycerskie?

Spektakl roku: Monster.
Bez cienia wątpliwości.
I mimo faktu, że mam jeszcze parę innych do zobaczenia.
Czytałam u kogoś, że po miesiącach od obejrzenia to przedstawienie nadal w nim żyje, i wywołuje uczucie bezbrzeżnego żalu, a zarazem dziwnego komfortu, pewnego rodzaju ulgi. Chyba każdy widz wyszedł z Old Vic z własną igłą cisu w sercu. W życiu nie widziałam niczego aż tak poruszającego. Tak właśnie powinno robić się teatr – odkręcać w widzu ten zawór, którego zawsze bał się dotykać. Wypuszczać z niego emocje, które sobie z premedytacją wtłoczył w najdalszy kąt świadomości, udając, że nie wie, nie pamięta, nie czuje.
I oczywiście, jak wspominałam, Stuart rozdaje absolutnie najlepsze uściski na świecie, nie żadne tam od niechcenia, ale takie z gatunku „uch, o matko… moje żebra…” i wielce troskliwe zarazem. We wprowadzeniu do skryptu reżyserka napisała, że od razu było dla niej jasne, iż sceniczny potwór nie może być lalką ani animacją, ale to musi być prawdziwy, żywy aktor o właściwej osobowości i tylko jeden facet przyszedł jej do głowy. Rozumiem, dlaczego. Ze wszystkich moich przygód pod stage door ta była najbardziej… Hm. Najbardziej.
Na drugim miejscu Murzyni we Florencji w Teatrze Nowym Proxima, z burzą za oknami i porażającym monologiem Jacka Romanowskiego, podczas którego na widowni zapadła cisza ciężka i bolesna. Na trzecim – Sea Wall. Znowu Old Vic, raptem pół godziny. Oglądałam ten spektakl online wcześniej i znałam fabułę doskonale. Mimo to po tych trzydziestu minutach byłam znowu kawałkiem zasmarkanej galarety. Dodajmy, że aby obejrzeć półgodzinne przedstawienie, które już widziałam, specjalnie poleciałam do Londynu (medal za poświęcenie i rozrzutność roku zarazem trafia do mnie, dziękuję). Na miejscu czwartym – Konformista 2029, za którego Szymon Czacki zasłużenie zgarnął nagrodę na festiwalu Boska Komedia. Nie dość wiele obejrzałam w Krakowie, trzeba przyznać. Cóż – moja krakowska kwatera główna przeważnie zarastała kurzem.
Chyba muszę wybierać zabawniejsze przedstawienia w przyszłym roku. Tak, pod względem łez wylanych na widowni 2018 był rekordowy. Szczęśliwie głównie tam się lały. Poza tym był dość pogodny. Trudny, męczący – gdy znajomi pytali, jak się mam, najczęściej odpowiadałam właśnie, że jestem zmęczona – ale jednak pogodny.
I oby tak zostało.
A zakończę go dokładnie w tym samym miejscu, w którym kończyłam 2017, i w tym samym towarzystwie.

Dobrze. No to idę, lepiej mieć to pakowanie z głowy.

img_20181227_175325-11269213784.jpg

When the shy star goes forth in heaven

Droga osobo wchodząca tu z pytaniem „co zrobić, żeby się dostać do nieba” – w sumie najprościej samolotem. Z moich obliczeń wynika, że spędziłam „w niebie” w tym roku ponad 150 godzin, czyli prawie tydzień. Jeśli zaś o niebo w sensie metaforycznym chodzi, to mam nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas nie będę mogła udzielić odpowiedzi na to pytanie. Poza tym z moją rogatą duszą jestem raczej bez szans. Zwłaszcza że ostatnio co wieczór z lubością sprzedaję duszę diabłu, ponieważ BBC ponownie wyemitowało radiową adaptację cudownego spektaklu The Wild Bride i przepadłam. Dostępne jeszcze przez 23 dni, co oznacza, że wysłucham tego jeszcze przynajmniej 23 razy. Lubię nabawiać się obsesji. Generalnie moje życie składa się z obsesji, ale szczęśliwie są one raczej niegroźne dla mnie i otoczenia, nikogo nie nachodzę ani coś, raz goniłam ulicą, fakt, ale to się nie liczy. W tym przypadku tylko słucham radia, a to nigdy nikomu nie zaszkodziło. Chyba.

Jest jeszcze inne niebo.

Spotkałam się dziś z moją przyjaciółką. Nie widziałam jej od blisko roku. Trudno się dziwić, ja ogólnie jestem słaba w widywaniu ludzi ostatnimi czasy, bo ciągle mnie nie ma. Przyjaciółka zdążyła w tym czasie powić cudną dziedziczkę, ja… no cóż. Umówiłyśmy się w cukierni, dość obłędnej, wyściskałyśmy się, zamówiłyśmy po dwa ciacha każda (specjalnie obiadu nie jadłam), przyjaciółka wręczyła mi prezent (wyszłam na podłe babsko, nie pomyślałam, że święta idą, a ona wpadła z tomem reportaży z Azji, bo wie, że lubię – muszę jej przywieźć coś fajnego), pokazała dziedziczkę i zapytała bezceremonialnie:
– Co ty za numery odstawiasz?
– Jakie numery?… – zdziwiłam się.
– Coś mi na Facebooku mignęło o pogotowiu.
– Kiedy? Ach! To było w maju!
– Coś ci się stało? Jesteś chora?
– Nic mi nie jest.
– No jak to nic ci nie jest, jeśli do ciebie pogotowie wzywają?!
– To było siedem miesięcy temu! Siedzę przed tobą i jem ciastko!
– Byłaś u lekarza?…
– Byłam.
– A hormony ci zbadali?
Sztorcowana przez kogoś, kogo znam dokładnie pół życia, z kim przerobiłam wiele wieczorów nad winem, wiele poranków nad kawą, wieczory autorskie, seanse w kinie, tańce do rana na nieistniejących już parkietach, straszne kłótnie, rozstania i powroty, starania o tego samego mężczyznę (myśleliście, że takie historie tylko w serialach z Jennifer Aniston?…), rodzinne tragedie, zawodowe zawirowania – poczułam się nagle bardzo bezpiecznie. Jak już kiedyś pisałam, mój obecny tryb życia ma jeden duży minus – jestem zwykle sama. Ze świadomością, że mogę polegać tylko na sobie. Można do tego przywyknąć, ale nie można udawać, że to nie jest spore emocjonalne obciążenie.
– No, ale przynajmniej zawarłaś nową ciekawą znajomość – stwierdziła moja przyjaciółka.
Tak, można tak powiedzieć. Też na to patrzę z tej perspektywy.
Zjadłyśmy, pogadałyśmy, pośmiałyśmy się, uściskały ponownie w padającym śniegu. Nie wiem, kiedy znów się zobaczymy; być może wiosną. Ale wiecie, dla mnie te dwie godziny to naprawdę było niebo. Być z kimś bardzo bliskim, kto we mnie czyta jak w otwartej książce i kto mi książkę przyniósł, bym się nie nudziła w święta, kto się martwi, czy ze mną wszystko w porządku, z kim rozumiem się bez słów i mogę pogadać o wszystkim od zaopatrzenia naszych osiedlowych Żabek, przez regularność miesiączek, treny Kochanowskiego i ostatnie spektakle w Starym, po strachy, które budzą nas w nocy.
Przyjaźń to jest trudny związek. Ale bez niej toby człowiek był jak ten cymbał.
Rzekłabym zatem, drogi poszukujący, że najprostszym sposobem, by dostać się do nieba, jest ona właśnie. Przyjaźń.

Home is where…

Podobno rozwód jest jednym z najbardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka.
Nigdy się nie rozwodziłam, ale wierzę. Uważam jednakże, iż na listę tych szczególnie przykrych, niszczących nerwy okoliczności powinno się wpisać otwieranie skrzynki pocztowej po urlopie. Osiemnaście beztroskich dni minęło i niestety nadszedł ten smutny poranek, gdy trzeba było odpalić służbową machinę w nadziei, że rzeczywistość potraktuje mnie łagodnie. W miarę.
Wszyscy znamy tę cudowną biegunkę umysłową rankiem w dniu powrotu do roboty: „na pewno o czymś zapomniałam i się pieklą, na pewno coś przed wyjazdem zawaliłam i się pieklą, na pewno odkryli, że dwanaście lat temu przejechałam się służbową taksówką trzy ulice dalej do chłopaka i się pieklą, a może zostawiłam na biurku zapisane hasło do komputera, na pewno zamykają nasz oddział, w ogóle firma upadła, na pewno, na pewno…”.

Wzięłam głęboki oddech, otworzyłam, a tu nic wielkiego. Biuletyny, świąteczne akcje dobroczynne, spam hotelowy, przypomnienia o boleśnie nudnych obowiązkowych szkoleniach, zaproszenia na spotkania, które już się odbyły i nikt nie zauważył mojej nieobecności. Informacja o wpadnięciu w wyższy próg podatkowy – aż mnie zatchnęło, gdy zobaczyłam kwotę, jaką w ubiegłym miesiącu państwu oddałam, a Mierzeja nadal nieprzekopana. Pocieszam się, że może to pójdzie na planowaną rozbudowę terminalu w Balicach, bo wygląda na to, że będę w nim upierdliwie częstym gościem. Drugim i ostatnim bowiem mailem, który natychmiast zwrócił moją uwagę, był ten od mojego szefa, zatytułowany znacząco Draft Schedule 2019. Zajrzałam i pokiwałam głową w zamyśleniu.
Mais oui.
Przeżyjemy.

Tymczasem za miesiąc o tej porze będę znowu w mieście Londyn. Dawno mnie tam nie było, nieprawdaż; w ogóle dawno nie było mnie nigdzie w ogóle. Okołonoworoczny to wyjazd, taką mam tradycję od paru lat i bardzo mi z nią dobrze. Ceny hoteli w tym roku są absolutnie kuriozalne, jakby wszyscy chcieli zobaczyć Wielką Brytfannę przed Brexitem, ale trudno. Tradycja to tradycja. Skromny hotel, w którym zazwyczaj się zatrzymuję, ma ceny wyższe niż sąsiedni Radisson. Zmrużyłam oczy. Poczekam na rozwój sytuacji.
Czasami ktoś się dziwi, że wolę spędzać wieczór sylwestrowy, siedząc w teatrze w obcym kraju i wracając do hotelu przed północą, ale to przecież najbardziej moje z moich rozwiązań. Poza tym balować już nie lubię, a dla pana i władcy święta wszelakie to czas wytężonej pracy, więc zamiast irytować się na małoletnich sąsiadów tłukących racami pod moim balkonem, mogę zrobić to, co robić lubię najbardziej.
I na wiosnę też będę w mieście Londyn, albowiem niejaki Tom Hiddleston wstępuje na scenę, a choć nie wyrywam sobie włosów w ekstazie na jego widok, to jednak należy korzystać z okazji. Bilecik nabyłam ze zdumiewającą łatwością, by godzinę później uświadomić sobie, że dwa miesiące temu kupiłam bilet na ten sam dzień, na inne przedstawienie. Westchnęłam głęboko, obdarzyłam samą siebie żarliwym epitetem, po czym zadzwoniłam na infolinię instytucji Delfont Mackintosh, gdzie bardzo miła pani bardzo aksamitnym głosem spytała, jak może mi pomóc, zaproponowała kilka innych terminów i znalazła lepsze miejsce, po czym poprosiła o podanie numeru karty i wtedy autorka dostała gwałtownego napadu kaszlu (bo we właściwym sobie stylu przeziębiła się natychmiast po powrocie z wakacji).
– Wszystko w porządku? – spytała pani na telefonie z uprzejmą angielską troską.
– Tak – wyrzęziłam. – Przepraszam, jestem troszkę chora.

Poza tym mieszkanie odkurzone, lodówka zapełniona, pościel zmieniona; moja kwatera główna znowu wygląda, jakby ktoś w niej mieszkał. Ptaszyna i motyle zerkają na mnie kontrolnie ze ściany – wreszcie nie muszą pilnować domu.
I właścicielki śpiącej głębokim snem we własnym łóżku.

Singapore Sling

W grudniu 2011 kupiłam bilet do Japonii. Zawsze o niej marzyłam, zawsze o niej mnóstwo czytałam i obiecywałam sobie, że któregoś dnia wezmę i pojadę. Któregoś dnia błąd taryfowy pewnej linii lotniczej sprawił, że bilet znalazł się w moim finansowym zasięgu. Modliłam się nad nim w niezdecydowaniu przez cały dzień, a wieczorem kupiłam.
I wtedy ogarnęła mnie panika. Czy ciebie pogrzało już całkiem, dziewczyno? Do Japonii? Sama? Do tej Japonii w Azji? W każdym razie kasa z konta poszła, bilet został wystawiony, urlop wyszarpałam, nie ma zmiłuj. No i poleciałam. Cały dowcip z atrakcyjną ceną mojego biletu polegał na tym, że wylatywałam z jednej europejskiej stolicy, a wracałam do innej. I pamiętam jak dziś moment, gdy dojeżdżałam do lotniska w Rzymie – chyba posiniałam wtedy z przerażenia, zrozumiawszy, że teraz to już naprawdę nie ma odwrotu. Okropnie się bałam.
Ale – poleciałam, świetnie się bawiłam, wróciłam cała i zdrowa. Od tamtej pory podobne czynności podejmuję regularnie. Bo to łatwe. Dla mnie łatwe, bo najlepiej podróżuje mi się w pojedynkę – może się zdawać, że to bardziej ryzykowne, w końcu jest tylko jedna osoba, która może w drodze zadbać o wasz tyłek i jesteście to wy sami, ale paradoksalnie to prostsze; nie trzeba z nikim niczego dogadywać, na nikogo czekać, nie martwić się o to, co będzie, gdy się pokłócicie. Nie zrozumcie mnie źle – potrafię wojażować w towarzystwie i nie duszę ludzi poduszką, gdy zasypiają, ale przynajmniej raz w roku muszę dokądś wystrzelić sama. Zresztą… człowiek w drodze nigdy nie jest sam. Czasami przegada się całą drogę ze współpasażerem, czasami ktoś was wepchnie do właściwego autobusu, narysuje drogę do najlepszej knajpy w okolicy albo nawet do niej zaprowadzi. Jest to zawsze pewien akt wiary, ale zwykle wychodzi na dobre. Co ważne, znakomicie też robi na pewność siebie.
Tak sobie niekiedy myślę, że dobrze byłoby ruszyć zadek w przeciwnym kierunku, bachatę na plaży potańczyć czy też amazońskie pijawki od chudych łydek odrywać, ale na razie ciągle mam potrzebę wracania do Azji. Bo mi tam wszystko odpowiada. Wilgotność powietrza, jedzenie (i powietrze pachnące jedzeniem, o tak, to kocham najbardziej), życzliwi lokalsi, miasta najeżone kosmiczną technologią i wysepki, gdzie podczas marszu można spotkać najwyżej ważkę. Od ostatniej wizyty minęły dwa lata, a że germański przewoźnik kusił promocją, to jakoś tak się stało, że poleciałam do tego Singapuru.
A mogłam nie.
Przyjeżdżam sobie cała zadowolona, w moim efektownym turystycznym rynsztunku (dres i abibasy) na lotnisko, idę do stanowiska odprawy, podaję panu paszport, pan przeciąga go przez tę swoją maszynkę, gdy wtem… BIIIP. Jeszcze raz. BIIIP.
– Coś nie tak? – pytam kurtuazyjnie.
– Nie nie, tylko… Hm. Spróbujmy jeszcze raz.
BIIIP.
– Chwileczkę, zadzwonię po kolegę.
Kolega przybywa z odsieczą, nie śpiesząc się zupełnie, ponieważ dlaczego miałby. Kombinują, kombinują, wpisują moje dane ręcznie, różne takie…
BIIIP.
– Takiego błędu jeszcze nie widziałem – mówi wreszcie kolega. Bardzo to pocieszające.
– Ale… mogę polecieć?
– Musi pani poprosić w Monachium o wydanie karty pokładowej na kolejny odcinek. Nie ma pani zakazu wjazdu do Singapuru czy coś?…
Prędzej wystawi mi go Wielka Brytania za gonienie aktorów po ulicach.
No dobrze. Poleciałam do Monachium, w którym powtórzyła się ta sama historia, ale kartę pokładową wreszcie dostałam i odleciałam w kierunku wschodzącego słońca.

– Je pani wieprzowinę? – zagaduje taksówkarz wiozący mnie przez szerokie i zalane deszczem ulice kilkanaście godzin później. – Bo obok pani hotelu podają świetną zupę ze świńskich wnętrzności.
(Nie spróbowałam jej koniec końców – aj, ten zapach – ale może następnym razem się przemogę).
W pokoju hotelowym – na Instagramie średnią karierę by zrobił, ale był bardzo funkcjonalny, a przede wszystkim miał wygodne łóżko, gorącą wodę pod prysznicem i szalejącą klimatyzację – padam i zasypiam, by budzić się po wielokroć w ciągu nocy z poczuciem całkowitego wyspania. To jest ten drobny minus okrągłej Ziemi – wasz mózg ogarnia, że zniknęło wam parę godzin z doby (lub przybyło), ale organizm reaguje z pewnym opóźnieniem. Jesteście pełni energii o trzeciej w nocy, ale padacie na mordę w południe. Na szczęście to dość szybko mija.
Następnego ranka spakowałam plecaczek, wypiłam morderczo słodkie kopi i ruszyłam w miasto.
Przez siedem kolejnych dni pysznie się w tym mieście bawiłam. Słowo „pysznie” jakoś mi się napatoczyło pod palce, ale ono dobrze opisuje Singapur. Dla każdego, kto lubi jeść, to miejsce jest Arkadią. Jedzenie jest wszędzie. Wszystkie kuchnie Dalekiego i Bliskiego Wschodu, kuchnie Europy i obu Ameryk, wszystko. WSZYSTKO. Każda jadalna rzecz na tym globie. Za grosze. Słynne hawker centres bywają otwarte 24 godziny na dobę i to jest bijące serce tej części świata. Wybieracie stoisko, wybieracie numerek potrawy, której zdjęcie do was najbardziej przemówiło (albo po prostu mówicie, że chcecie to samo, co ktoś przed wami), w oczekiwaniu na wydanie zgarniacie plastikową łyżkę i pałeczki, zanosicie do stolika, zimne piwo samo zjawia się po chwili. I jest pięknie.

Najgorsze teksty podróżnicze zaczynają się formułką „miasto/kraj kontrastów”. To gdy autor nie wie, co napisać. Polska – kraj kontrastów. Londyn – miasto kontrastów. Nowa Huta – dzielnica kontrastów. Idealne na każdą okazję. Ale Singapur to naprawdę JEST miasto kontrastów. To miejsce, w którym idziecie sobie przez Southern Ridges i słyszycie wrzaski małp, a w dole, całkiem bliziutko błyszczą szklane wieże i portowe żurawie. To miejsce, w którym możecie minąć trzy świątynie trzech różnych wyznań stojące niemalże płot w płot – mój hotel też sąsiadował z jedną – a słońcem na wyspie Sentosa (bez wątpienia jedno z najdziwniejszych miejsc, w jakich byłam) będą się cieszyć tak samo muzułmanki i tybetańscy mnisi. Miejsce, w którym muzeum sztuki i techniki jest oddalone o kwadrans spacerem od siedliska wydr. Miejsce, w którym jedna knajpa podaje rzeczoną zupę ze świńskich wnętrzności, a druga po sąsiedzku informuje w szyldzie, że wszystko halal. Trzecia to hipsterska kawiarnia z truflowym tiramisu. W hawker centre bankier z Londynu siorbie kluchy równie zapamiętale, co lokalny dziadzio w klapkach. I wszystko się zgadza, wszystko do siebie pasuje, wszyscy są na miejscu.
(Wczoraj, gdy zatrzymałam się na kolację przed wyjazdem, dwóch takich właśnie dziadziów pilnowało mojej walizki, gdy stałam w kolejce po laksę, żeby zjeść coś gorącego. Nie poprosiłam ich. Zgłosili się na ochotnika).

Pogoda była… no, jaka była. Nie wszystkie plany udało się zrealizować (chciałam popłynąć do Indonezji), w niektóre poranki budziły mnie upiorne grzmoty i moja poczciwa, stara, zakopiańska kurtka przeciwdeszczowa chwilami nie dawała rady, ale gdy tylko pojawiała się odrobina słońca, niżej podpisana pędziła co metro wyskoczy na plażę. A poza tym gubiła się chętnie i z premedytacją w mieście, w którym zgubić się naprawdę trudno – Singapur jest w gruncie rzeczy nieduży, mądrze rozplanowany, ma znakomity transport publiczny, a w najgorszym wypadku zawsze ktoś pomoże, bo tubylcy są bardzo mili. I jest niebywale bezpieczny, z czym oczywiście pewien związek ma bardzo surowe prawo. Gdy człowiek jedzie metrem, może kontemplować plakaty informujące grzecznie, że molestowanie jest przestępstwem, za które grozi aresztowanie, dwa lata więzienia i chłosta.

Dwadzieścia cztery godziny temu docieram na lotnisko. Oddaję walizkę.
– Dobry wieczór. Leci pani do Krakowa?
– Tak jest.
– Mhm. Do Krakowa zatem?
– Tak.
– Przepraszam, że dwa razy pytam, ale jak się pomylę…
– Nie ma problemu.
Wsiadam. Zajmuję mój kącik pod oknem. Nie żeby okno było potrzebne, bo widać tylko ogromne skrzydło. Pozostałe dwa miejsca obok mnie wolne. Och, wszyscy święci, proszę, niech tak zostanie. Spędzę tu trzynaście godzin. Proszę, proszę… Wpatruję się w te dwa puste fotele, mantrując w myślach, gdy wreszcie pada wyczekiwane:
– BOARDING COMPLETED.
Modły wysłuchane.
Wspomniane trzynaście godzin później smok z „Deutschland” na burcie (ochrzczony przez samą Angelę Merkel ponoć) cumuje we Frankfurcie z zaspaną i nieco połamaną autorką na pokładzie. Jeszcze tylko godzina i będziemy w domu. W domu zimno jak sk… zimno bardzo, więc biorę wrzący prysznic, wciągam niezbyt gustowną, ale grubiutką piżamę, pędzę do łóżka i cóż, nie mogę zasnąć. Toteż piszę.

It’s not the years, honey. It’s the mileage.

Jestem na urlopie.
Oficjalnie.
Przez dwa tygodnie kiwam nóżką i mam w głębokim poważaniu wszystko poza prognozą pogody.
Mój szef zadzwonił wczoraj, by życzyć mi przyjemnych wakacji i ze swoim uroczym uśmiechem zapowiedział co nieco na przyszły rok. Z jakichś przyczyn bardzo go bawi oznajmianie mi, dokąd tym razem mnie wysyła – ale jedno trzeba mu przyznać, dba facet o to, żebym się nie nudziła. (Zresztą w ogóle o mnie dba. Po raz pierwszy w życiu mam szefa, dla którego naprawdę chce mi się pracować i do którego mam całkowite zaufanie).
W ogóle to mamy w zespole nowego kolegę. Kolega chyba jeszcze nie wie, na jaką karuzelę kupił bilet. Wprowadzając go w arkana, staram się dawkować wrażenia, żeby nie zwiał w popłochu. Poszłam dni temu parę na obiad z innym moim kolegą, który dla odmiany mnie odbierał z recepcji pierwszego dnia, przestraszoną, spiętą i w odprasowanym garniturku. Garniturki porzuciłam jakiś czas temu, niezbyt praktyczne przy moim trybie życia, a tenże kolega obecnie robi coś innego, niemniej dobrze zna uroki mojego – i niegdyś jego własnego – zajęcia.
– Nowego macie, widziałem?
– Tak.
– Mhm… – uśmiecha się dżentelmen między jednym kęsem a drugim. – Tylko go nie przestrasz.

W każdym razie. Dość o pracy. Jestem na urlopie.
Jestem prawie spakowana. To się staje coraz prostsze i zajmuje coraz mniej czasu. I zabieram coraz mniej rzeczy (i tylko te wygodne). Na przykład odkryłam męskie kosmetyki 3 w 1 za dychę – pewnie chemii tam nawalone nieprawdopodobnie, ale cóż z tego, skoro o dziwo moje piekielnie wybredne i trudne w obsłudze włosy, które nie reagują na cudowne i horrendalnie drogie apteczne szampony z wyciągiem z łez morskiego ślimaka wymarłego w plejstocenie, po tym prostym wynalazku dla chłopów są gładziutkie jak szkło, a ja w dodatku oszczędzam miejsce w walizce. Jak wiemy, każdy centymetr miejsca w walizce jest bezcenny, gdy się wraca.
Jednakże…
Ponieważ nie jadę do pracy, tylko na wakacje i w dodatku niezbyt długie, postanowiłam zabrać mój mniejszy kuferek, który przez ostatnie dwa lata nie podróżował wcale. Wszystko się zmieściło, elegancko, gra muzyka. Usiadłam zadowolona z siebie i wtem oko mi spoczęło na stojącej w kącie Mojej Walizce. Walizce, która przez ostatnie dwa lata z hakiem była mi najbliższą przyjaciółką, towarzyszyła mi tu i tam, i choć porządna, po tych dwóch latach wygląda na nieco steraną życiem. Raz mi się zgubiła. No i właśnie, przed chwilą oko mi spoczęło na niej, pustej i stojącej w kącie, z tą wstążeczką zawiązaną na rączce, i zrobiło mi się przykro. Z POWODU WALIZKI. I teraz myślę, czy się przepakować i jednak zabrać ją ze sobą.
Mama moja śmiała się kiedyś, że zadzwoniłam do niej, wróciwszy do Krakowa, czekając przy taśmie bagażowej, rozmawiałam, rozmawiałam, po czym wtem wrzasnęłam z ulgą i uciechą: „WALIZKA!!” i rozłączyłam się natychmiast. Sami widzicie, jaki to związek. Jedziemy razem, kochana.

Chyba mam drobny Reisefieber. Zresztą gdy przed chwilą dostałam powiadomienie od germańskiej linii lotniczej, której jutro zawierzam mój tyłek, że odprawa otwarta, jakoś tak mi ciśnienie skoczyło.
Spokojnie, spokojnie. Damy radę, nie po raz pierwszy, nie ostatni.

Poza wszystkim udało mi się kupić bilecik na spektakl w ramach urodzinowego tournee Iana McKellena, i jestem dość uradowana tym faktem, zwłaszcza że jedyna data, która mi pasowała, to teatr nieduży, więc sir Ian będzie blisko.
Ze spokojem mogę zatem stwierdzić, że bywało gorzej.