Inside, her internal organs were grinding themselves into nervous pulp

Matko bosko.
Jedyną cechą mojej ujmującej osobowości, której serdecznie nie znoszę, jest zdolność denerwowania się w stopniu grożącym zawałem serca, udarem lub jednym i drugim naraz. Ja sobie potrafię wkręcić taką korbę, że jestem prawie nieprzytomna i umieram ze strachu, iż na pewno wszystko zawalę. Nie działają na to żadne afirmacje w stylu „och, przecież nie takie rzeczy robiłaś i się udało”, wyobrażanie sobie ukwieconych łąk, ludzi w bieliźnie ani czegokolwiek podobnego. Z wiekiem to mi się pogłębia, a dotyczy szczególnie moich wystąpień publicznych, choć niekiedy nieszczególnie publicznych, bo wystarczy jedna osoba, żeby mnie zestresować do granicy omdlenia. I tak właśnie dziś było. Człowiek w gruncie rzeczy był bardzo miły, ale niżej podpisana była tak przerażona, że chyba zauważył, że jego rozmówczyni lada moment się przekręci albo wpadnie w katatonię, bo bardzo się starał rozluźnić atmosferę, a na część pytań nawet odpowiedział sobie sam, gdyż niżej podpisana nie umiała znaleźć słowa.
Typowe.
To bywa – BYWA – na swój sposób ekscytujące, niemniej częściej jest pospolitym koszmarem i udręką. Dla mnie, bo dla otoczenia to raczej zabawne. W tym jedyna zaleta tej skłonności – pozwala mi zjednywać sobie ludzi, bo zwyczajnie im mnie szkoda. Nigdy nie wiesz, człowieku, co ci w życiu może pomóc.

Bardzo potrzebuję, by możliwie szybko zdarzyło mi się coś przyjemnego, choć miewam ostatnio wrażenie, że osiągnęłam już limit przyjemnych wydarzeń na ten rok. Czuję się nieco jakby osamotniona (inna sprawa, że przełączywszy się na pewien czas w tryb eremity, zaniedbałam moje życie towarzyskie – bo w pewnych okolicznościach ostatnim, na co macie ochotę, jest wyjście wieczorem z domu – więc może dobrze byłoby temu i owemu się przypomnieć). Co więcej, mam przeczucie, że zaraz będę miała zapalenie spojówek, bo oczęta mam czarownie purpurowe i z każdą godziną coraz trudniej mi nimi przewracać. Tym samym lepiej odseparuję się od komputera, nim oślepnę. Szkoda by było.

On Monday it rained, cooling the ache in the street’s burn

Och, jak ja nie znoszę poniedziałkowych poranków, zwłaszcza gdy za oknem pada deszcz i człowiek chciałby tylko naciągnąć kołdrę na głowę. A jeszcze bardziej chce wcisnąć nos w czyjś bark i spokojnie drzemać. Nic z tego. Zegar daje mi do zrozumienia, że jeśli natychmiast nie wstanę, to się spóźnię. Włosy, rzęsy, płaszczyk, torebka, klucze. Kolejny dzień, który przepłynie obok mnie. Jeden z tych, gdy marzy się o tym, żeby był już wieczór, żeby można było wśliznąć się w pościel i zamknąć oczy w nadziei, że przyśni się coś miłego, ktoś miły.

Przeczytałam wczoraj, jakie stawki mają blogerzy modowi.
Chyba zmienię zamiłowania, jak słowo daję. Kasowanie paru kafli za wpis na blogu rozwiązałoby wiele moich życiowych problemów. No i mogłabym wreszcie porzucić pracę w biurze, by zajmować się robieniem tego, co lubię najbardziej, czyli niczego. Niestety raczej nie mam szans na zmianę ścieżki kariery, jak to się ładnie mówi, ponieważ tematyka szmaciana nie interesuje mnie aż tak, a poza tym propozycję wyprodukowania wpisu na zamówienie otrzymałam tylko raz i była ona raczej kuriozalna. Z moimi wynurzeniami i upodobaniem do, nazwijmy to, umiarkowanie pasjonujących tematów nie jestem wymarzonym targetem specjalistów od marketingu. Wzdych. Tyle talentu się marnuje. Przy okazji, skoro już o tematyce mowa, ktoś tu wszedł, zadawszy Guglowi pytanie o przygody gejów w Nowej Hucie. No, w tym to ja z całą pewnością nie mogę pomóc.

Quos Deus vult perdere, prius dementat

Słyszeliście, że temu producentowi, którego poczęstował z piąchy Jeremy Clarkson, wskutek czego wyleciał z roboty (zwolniony etat w BBC chętnie przygarnę, mogłabym na przykład przeprowadzać wywiady przy świecach z moimi ulubionymi aktorami… tak, wiem, ale dajcie mi chwilę pomarzyć, nie?), jakieś świry grożą śmiercią w internecie? W ogóle nienawiść niemożebna leje się w kierunku tego człowieka. Świat jest bardzo chory. Niektórzy naprawdę powinni wyłączyć telewizor, wyjąć wtyczkę modemu z gniazdka i pójść na długi spacer.
Ja wiem, że idolowi można wybaczyć dużo; to działa trochę jak u zakochanych, którzy nie mogą się nadziwić, jak ślicznie pluje ich obiekt westchnień. Odmówił wspólnego zdjęcia i nasłał ochronę na fana? Pewnie nieśmiały. Zachowuje się jak buc? Ma zły dzień. Nie segreguje śmieci? Kto by spamiętał, czego z czym nie wolno wyrzucać. Parkuje na kopercie? Nie zauważył, może roztargniony. Szczypie koleżanki w tyłek? Od tego jeszcze nikt nie umarł. Rzucił talerzem w kelnera? Zestresowany jest. Tylko że ze stosowania podwójnych standardów jeszcze nigdy nic dobrego nie wynikło; waga przewinień nie jest zależna od kolejności dziobania.
Taka tylko dygresja, bo zdumiała mnie trochę gęstość komentarzy z cyklu „no co z tego, że arogancki, skoro ma talent”. Zgodziłabym się nawet z takim argumentem, gdyby chodziło o chirurga. Fizyka. Pisarza być może. Ale mówimy o celebrycie, na Boga.

Z innej beczki – przyglądałam się przed chwilą na twarzoksiążce dyskusji mojej znajomej z jej znajomymi. Rozmowa dotyczyła feminizmu, a dokładniej tego, jak przyjemnie nie być feministką. Nie śmiem wątpić. Poskładała mnie jedna z przeczytanych wypowiedzi, której sens był następujący: jak mogę być feministką, skoro lubię sprawiać przyjemność mojemu facetowi. Śniadanie mu zrobić i tak dalej. Jak mogę być feministką, skoro lubię być delikatna i krucha, i żeby się mną zaopiekował. I w sukienkach też lubię chodzić.
No tak, bo oczywiście jedno z drugim się wyklucza. Jak wiadomo, feministki każą mężczyznom spać na wycieraczce. Prędzej sczezną, niż pozwolą się przytulić. Chodzą jedynie w ogrodniczkach. Gdy partner feministki jest głodny, dostaje numer do pizzerii. Oto w dwudziestym pierwszym wieku wykształcone kobiety po trzydziestce pieprzą publicznie takie farmazony. Smutno mi czasami, gdy widzę, jak jedna z drugą obawia się, że użycie tego okropnego słowa na F natychmiast uczyni z niej tęgie, zarośnięte i agresywne monstrum budzące lęk w przedstawicielach płci męskiej. Ale cóż. Nie zamierzam nawet wdawać się w polemiki, bo w tej akurat sprawie to groch o ścianę na ogół.

Poza tym z wolna otrząsam się ze smutków i łagodnie wchodzę w weekend. Podejrzewam, że będzie wyglądał jak pierwsza część tego klipu (tak, szanowni – Chic wraca! Nóżka sama chodzi!), czyli podłoga, muza i bałagan; błyszczenie w nocnych klubach raczej sobie odpuszczę. A ponieważ nawet z nędznym samopoczuciem pozostaję wierna moim słabościom, pomyślałam rankiem, że sprawdzę, tak tylko z ciekawości, czy jeszcze w ogóle są bilety na to przedstawienie - i wyobraźcie sobie, że na jedyny wieczór, w który mogę się w ten sposób uszczęśliwić, został jeden samotny bilecik. Sam jeden. Jakby na mnie czekał. Uznałam to za znak od Boga i z przykrością zawiadamiam, że bilecik nie jest już dostępny, ponieważ siedzi w mojej skrzynce.

PS Na moje nieszczęście rzucili też dziś bilety na Farinellego i króla. Po południu zostały marne resztki. Spędziłam stanowczo za dużo czasu, szukając wśród tych resztek czegoś dla siebie – a do wyboru były głównie miejsca typu restricted view i premium (95 funtów? DZIEWIĘĆDZIESIĄT PIĘĆ FUNTÓW?!), i walcząc z systemem niechętnym sprzedawaniu pojedynczych biletów, ale wreszcie się udało. Mnie by się nie udało?

Now I know something you don’t

Nie wiem, czy wiecie, ale takie czasy nastały, że zakłady pogrzebowe oferują wam pamiątkowe kubki.

Jestem zmęczona. Po prostu bardzo zmęczona, tym bardziej, że w drodze do domu odebrałam wiadomość od rozświergolonej przyjaciółki, która śpieszyła mnie powiadomić, iż właśnie się zastanawiają z chłopakiem, gdzie zamieszkać i dokąd na wakacje pojechać, i coś tam jeszcze – żadnego nawet „a co u ciebie”. Przeczytałam. Nie odpowiedziałam. Bo i co miałam odpowiedzieć.
Co więcej – nie jestem pewna, czy odpowiem jutro, w piątek albo za tydzień.

Nawiasem mówiąc, wieczorno-nocno-poranna awaria sieci komórkowej przyprawiła mnie nieomal o apopleksję – telefon bezużyteczny, internetu brak, radia nie można posłuchać – co tu począć, panie dziejku. Jak tu wypić kawę bez przeglądu wieści ze świata. Jak wyjść z domu bez sprawdzenia, co ten czy tamten napisał na Twitterze. Co w ogóle ze sobą zrobić? Dotarło do mnie po chwili, jak bezsensowny jest mój strach. Chyba przydałby się odwyk.
Pomyślę o tym później. Teraz muszę się zagoić.

I tried to be grown up but I have no interest in abiding by the adult rulebook

Ależ ja tępa. Z każdej podróży wracam z bagażem wypchanym wbrew wszelkim prawom fizyki, niekiedy przenosząc przez kontrolę książki pod pachą, bo nie mieszczą się w torbie – a tu okazuje się, że mogłabym po prostu wyjechać z pustym węzełkiem, kupić ciuchy na miejscu i ostatniego dnia je oddać, twierdząc, iż jednak mi nie pasują. I wtedy nie miałabym najmniejszego problemu z targaniem ciężkiego tobołu i udawaniem, że ma odpowiednie wymiary.
Tak, zgadzam się z częścią nieszczęsnej wypowiedzi pana dziennikarza, w podróży trzeba sobie radzić.
Pytanie tylko, czy każdy sposób radzenia sobie jest jednakowo dobry.

Piątkowy wieczór nie był taki zły, jak się obawiałam, bowiem przed samotnym kiwaniem się w kąciku uratował mnie niespodziewany desant w postaci – jeśli go jeszcze pamiętacie – pana i władcy, który postanowił przesiedzieć pół nocy, rozmawiając ze mną, wysłuchując gorzkich żali, służąc ramieniem i dostarczając innych potrzebnych akurat ulg. Ponownie mam uczucie, że my jesteśmy na siebie w jakiś sposób skazani, cokolwiek się w naszym życiu wydarza.
Weekend spędzam w towarzystwie Mirandy - bo to świetne towarzystwo, gdy człowiek jest akurat bardzo delikatny i potrzebuje nieco wsparcia, niechby w postaci książki. Lubię Mirandę; Miranda udowadnia, że bycie tym odstającym od reszty towarzystwa jest rzeczą absolutnie normalną i nie ma czym się przejmować. Że nie tylko nam zdarzają się momenty paraliżu umysłowego, niemota, ciśnięcie w kogoś kawałkiem obiadu wskutek nieumiejętnego jedzenia pałeczkami (tak, też mi się kiedyś zdarzyło, na szczęście w obcym kraju). Że innym też zdarzają się chwile, gdy zastanawiają się, jak głęboko ich rozmówca jest przekonany o tym, iż niedawno przeszli rozległy udar mózgu. Że też wpadają w panikę, kiedy zapada niezręczna cisza i trzeba coś powiedzieć, więc niestety mówią („Eee… to jak się właściwie wymawia twoje imię, Bob?”). Że inni też wolą przeleżeć niedzielę na sofie, jedząc pizzę i lody, śpiewając wniebogłosy swoje ulubione piosenki, do których lubienia oczywiście nie zamierzają przyznać się publicznie, i oglądając po raz siedemdziesiąty film z gwiazdą, w której skrycie się kochają. Że najbardziej żenujące sytuacje przytrafiają im się wtedy, gdy w pobliżu znajduje się ktoś, na kim naprawdę chcieliby zrobić dobre, ba, piorunujące wrażenie.
Powiem wam, że to bardzo przyjemna odtrutka na świat, w którym wszyscy chcą was przekonać, że odżywiają się organicznie, codziennie uprawiają sport, w sobotnie przedpołudnia przebiegają półmaraton, by następnie udać się do dyskusyjnego klubu książki, zawsze skutecznie flirtują, nigdy nie tracą rezonu, potrafią chodzić w szpilkach i ubolewają, że ich największą wadą jest perfekcjonizm. Oni wrzucają na fejsbuka zdjęcia przyrządzonego przed chwilą soufflé z topinambura oprószonego płatkami fiołków i opisują, jak napotkany w windzie celebryta poprosił ich o numer telefonu, wy tymczasem spoglądacie na swoją chińszczyznę, dochodzicie do wniosku, że publikowanie fotografii kurczaka gong-bao to słaby pomysł, a opisać możecie najwyżej, jak złamaliście obcas.
(No, ale za to złamaliście go na czerwonym dywanie).

Tak. Czasem każdy potrzebuje upewnić się, że jest OK tak, jak jest. Niedoskonale, czasami dziwacznie, czasami śmiesznie, czasami bezbrzeżnie leniwie – i tak jest dobrze. I nie ma co napinać się ani pluć sobie w brodę, że nasze życie nie wygląda tak, jak wyobrażaliśmy je sobie w liceum, ani że my nie jesteśmy herosami, którzy każde zawirowanie przechodzą tak gładko, że nawet włos im się nie rozwieje, i wcale nie musimy nimi być. Trzeba czasem dać sobie prawo do bycia nieudacznikiem, wioskowym głupkiem, smutasem i ofiarą losu, bo ludzie, w których życiu takie chwile się nie zdarzają, nie istnieją.

Ponadto nie miałam pojęcia, że umiem świadomie śnić, ale najwyraźniej umiem – albo po prostu mój umysł postanowił urządzić mi przez sen coś na kształt autoterapii dla rozwiania smutków. Śniło mi się nad ranem coś absolutnie, absolutnie cudownego. Powiem tylko, że było to coś w rodzaju przedstawienia – wiadomo, przecież to MÓJ sen – w którym występowały beczki z wodą i nieubrani mężczyźni – co do jednego dobrze mi znani – wskakujący do tych beczek, a potem wyskakujący z nich, by następnie, tacy mokrzy, tarzać się po podłodze tak blisko mnie, że mogłam policzyć pieprzyki na ich łydkach. To samo w sobie byłoby wystarczająco odjechane, ale moja szyszynka postanowiła podkręcić temperaturę snu i wtedy dopiero zaczęło się dziać…
Tak, ja to potrafię poprawić sobie humor.

Następnego dnia
Och, więc mój wczorajszy sen to była zaledwie przygrywka. Dziś nad ranem… Ujmę to może tak. Już nigdy – a w każdym razie nie przez najbliższy rok – nie spojrzę niektórym ludziom w oczy.
Poziom realizmu moich sennych wizji bywa nieznośny. Otrząsam się potem przez pół dnia. Swoją drogą – zanim doszło do tego, do czego doszło, byłam swatana (bardzo romantycznie, przy ognisku) przez jedną z naszych czołowych gwiazd telewizyjnych. Bo cała rzecz miała miejsce na grupowej wycieczce pekaesem przez Polskę. Coś w stylu kolonijnego romansu, tylko raczej X-rated.
Z wielką niecierpliwością oczekuję dzisiejszej nocy.

There’s a little black spot on the Sun today – that’s my soul up there

Skoro wszyscy o zaćmieniu, to ja też.
Jak wiadomo, żyję sobie na swojej chmurce i zwykle jestem zajęta rozmyślaniami o różnych rzeczach, które mają znikome znaczenie dla losów świata, ale ogromne dla mnie. Rzeczywistość na ogół obsługuję na autopilocie. I to czasami szkodzi.
Dzisiaj na ten przykład robiłam sobie kawę. Tak, wiem, news z gatunku „piłkarze zjedli śniadanie”.
Robiłam kawę tak wiele razy w życiu, że przecież mogę jednocześnie myśleć o czymś innym. No to myślałam o czymś innym i w tym czasie nalałam nieco wody do czajnika. Wyjęłam kubeczek z szafki. Woda się zagotowała. Wlałam do kubeczka. Dolałam mleka. Pociągnęłam łyk. Splunęłam.
Kochanie, zapamiętaj na zawsze – kluczowym czynnikiem w robieniu kawy jest użycie kawy.

To nie jest zachowanie nietypowe. Wielokrotnie próbowałam otworzyć drzwi do domu biurowym pikaczem. Wielokrotnie szłam do sklepu i wracałam bez najważniejszej rzeczy, po którą poszłam. Zdarzyło mi się niejeden raz w panice zaglądać do pudełka z soczewkami, otwartego celem założenia tychże na gałki oczne, i zastanawiać się, czy się rozpuściły, po czym uświadamiać sobie, że widzę podejrzanie wyraźnie, czyli najpewniej już mam je w oczach. Bardzo często gubię rzeczy w moim mieszkaniu – jest pewną sztuką zgubienie czegoś na powierzchni 37 metrów kwadratowych. Niedawno zgubiłam telefon i wymyśliłam, że zadzwonię do siebie, usłyszę sygnał i dzięki temu go zlokalizuję (też wam coś nie gra w tej śmiałej koncepcji? Bo ja dopiero po chwili uświadomiłam sobie, dlaczego mój pomysł nie jest genialny).

Jeśli o inne sprawy chodzi, widziałam dziś rano w samiuśkim centrum miasta wiewiórkę. Wymieniłyśmy nieco zdziwione spojrzenia.

Jeśli o jeszcze inne sprawy chodzi, nie chcemy o nich mówić. Powiedzmy tylko, że czasami potrzebuję, żeby ktoś zaparzył mi herbatę i po prostu ze mną posiedział. Dziś chyba niestety będę tłukła demony samotnie, ale za to z ładną piosenką.

Come, you spirits

Stresujące spotkanie przełożone o dwa tygodnie. Świetnie, będę mogła denerwować się nieco dłużej. Miałam nadzieję, że dziś będzie po wszystkim i spokojnie pójdę do kina.
Ale do kina i tak poszłam.
Bo jak tu nie iść, skoro moje bez dwóch zdań ukochane miejsce na tym łez padole (ciągle mam nadzieję, że któregoś dnia postanowią mnie zatrudnić niechby na zmywaku, ja nawet lubię zmywać, ale nie pozwólcie mi na dygresje, bo wiadomo, jak to się u mnie kończy, toteż zamykam nawias) postanowiło wysyłać spektakle w świat. Od czasu do czasu naprawdę pakuje aktorów i sprzęt w samolot, ale na ogół prezentuje się zagranicznym widzom za pośrednictwem kinowych projektorów. Tylko że do nas te przedstawienia dotychczas raczej nie docierały.
Aż do dziś.
I na dobry początek wspaniale zapowiadającego się romansu słowiańska publiczność dostała tę niesławną szkocką sztukę.
Makbeta znaczy.
Tak, wiem, raptem tydzień temu o nim pisałam i znowu będę przynudzać. Oh, horror, horror, horror…
Środowisko teatralne mniej lub bardziej (w Wielkiej Brytanii bardziej) wierzy w to, że Makbet jest sztuką przeklętą i pechową. Słowa na M nie wolno wypowiadać w teatrze, chyba że podczas samego spektaklu lub próby. Jeśli człowiekowi się wymknie, istnieje cała masa rytuałów, które pozwalają odczynić urok – głośne przeklinanie, plucie przez ramię, skakanie na jednej nodze, wychodzenie z teatru i czekanie, aż ktoś litościwie wpuści do środka (samemu nie można wejść z powrotem). Niektórzy twierdzą, że to wszystko dlatego, że William w kwestiach wiedźm użył prawdziwych klątw. Legend namnożyło się przez ostatnie 400 lat – a to chłopak grający Lady Makbet w dniu premiery kopnął w kalendarz (i ponoć zastąpił go sam Szekspir), a to aktora naprawdę zadźgali na scenie, bo przypadkiem znalazł się na niej najzupełniej ostry sztylet, a to Abraham Lincoln miał czytać Makbeta wieczór przed swoim gwałtownym zejściem (też w teatrze przecież); a wśród dotkniętych klątwą mieli być sami Laurence Olivier, który prawie został przygnieciony scenografią, i Charlton Heston, który doznał dotkliwych poparzeń, gdyż jego pończochy ktoś niechcący lub chcący zamoczył w nafcie. Jak to jest naprawdę, nie wie nikt – stąpający twardo po ziemi zwracają uwagę, że w Makbecie jest mnóstwo scen walk, więc o obrażenia nietrudno, poza tym w otoczeniu, w którym każdy dyszy sobie w kark i zazdrości sławy, ten i ów może wpaść na głupi pomysł nieładnego odstawienia dłużej oklaskiwanego kolegi na bok, a poza tym to wszystko przypadki. Niemniej, jak mawiają ludzie z kraju barda, better safe than sorry i być może dla spokojności lepiej ugryźć się w język, gdy pcha się nań słowo na M.

Nie jestem obiektywna, bo w Globe spędziłam wiele czarownych popołudni, oblewana wodą, popychana i zmuszana do przebierania się za pirata. Było o tym wielokrotnie, więc nie będę się powtarzać. Kiedy jestem w Londynie, zawsze tam zalezę – jeśli nie na przedstawienie, to chociaż do ichniej księgarni albo winka się napić, albo po prostu nacieszyć się oszałamiającym widokiem, bo Globe siedzi nad samym brzeżkiem Tamizy, naprzeciwko katedry świętego Pawła, z wieżami City wyrastającymi dookoła. I w takim niesamowitym sąsiedztwie, nie bacząc na huczące samoloty, warkoczące statki i migoczące światła drapaczy chmur wystawia te swoje sztuki pod gołym niebem. Po staremu, jak to było w czasach Williama i jego koleżków. No, prawie.

Pokazywane u nas częściej produkcje National Theatre, myślę, mogą być dla wielu bardziej nęcące, bo rozmach, bo technologia, bo efekty specjalne. Globe nie sięga po nowoczesne techniki, bo ich po prostu nie ma; korzysta z bardzo prostych środków. Właściwie głównie z jednego najprostszego środka – aktorów. Takich, którzy uniosą tekst napisany w staroświeckim metrum, ale też wejdą łatwo w interakcję z publicznością, bez czego w tym teatrze nie da rady, bo czasem trzeba przez widownię przejść, by dostać się na scenę, a poza tym wzajemny kontakt to osobna atrakcja (och, Makbet zaczepiający ludzi w pierwszych rzędach i wyciągający rękę z pytaniem: would you like to kiss my ring?).
Pyszny był ten Makbet, bardzo intensywny. Momentami zaskakująco zabawny. Momentami przerażający; scena szaleństwa Lady Makbet włos jeżyła, Makbeta spotkanie z wiedźmami też. Scena, w której pojawił się niezaproszony na kolację duch Banqua (zawsze lubię oglądać zdjęcia z prób, takie surowe jeszcze), była fenomenalna. Banquo w ogóle świetny. Przez cały wieczór zachodziłam w głowę, skąd gościa znam, bo jakiś podejrzanie podobny do kogoś mi się wydawał. No i owszem. Byli tam też inni, który może popularni nie są, ale to o niczym nie świadczy, bo są dobrzy w tym, co robią; poza tym już parę razy się widzieliśmy, więc zawsze miło – mianowicie ci dwaj panowie. Po lewej Philip Cumbus, którego znam z czytanek przede wszystkim, po prawej pojawiający się w kilku rolach Colin Ryan, który wrył mi się na dobre w pamięć jako zezujący psychol, to jest wróć, John Webster z Zakochanego Szekspira. I wreszcie sam szkocki król, zanurzający się coraz głębiej w swój obłęd aż do momentu, gdy uświadomi sobie, że wszystko stracone. Bardzo lubię, gdy ktoś wzbudza we mnie nieco uwierające poczucie sympatii dla czarnego charakteru, w tym przypadku tyrana i okrutnika. To nie jest wielka filozofia, zagrać kogoś, kto jest jednoznacznie zły – ale pokazać, skąd to zło się wzięło, to już nieco wyższa szkoła jazdy. Klasa.
Nawiasem mówiąc, całą tę rozkosz wyreżyserowała aktorka. To był jej debiut w takiej roli. Ciekawam, jak odniósłby się do tego i wielogwiazdkowych recenzji jeden z naszych krytyków, powtarzający z lubością, że aktorzy nie powinni brać się za reżyserię.

Trochę ludzi wyszło tuż po ostatniej scenie, nie czekając na ukłony. Nawiasem mówiąc, w krakowskich teatrach też ten trend widzę coraz częściej; kurtyna opada i towarzystwo od razu rzuca się do wyjścia, nie zamierzając nikogo oklaskiwać, bo można się na tramwaj spóźnić. Tylko że w przypadku Shakespeare’s Globe to ogromny błąd, albowiem traci się wisienkę na torcie – jig. W dawnych czasach aktorzy nie wychodzili, ustawiali się w grzecznym rządku i kłaniali, o nie. Oni tańczyli. Niektórzy byli bardziej cenieni za swoje pląsy niż aktorstwo (to, obawiam się, w pewnych przypadkach zdarza się do tej pory…). W każdym razie Globe pozostaje wierny tej tradycji i oczywistością jest, że zabity bohater powstanie z martwych, by złapać się za rączki z tym, który go chwilę wcześniej usiekł i na pożegnanie zapodać wam choreo jak z Gorączki sobotniej nocy. Niezależnie od tego, jaką tragedię oglądacie, jak fatalny jest jej finał – na koniec zawsze będzie radosny jig. Muzykanci, tańczący aktorzy i tańcząca publiczność. I dopiero wtedy można się rozejść.
Następna retransmisja w kwietniu. Oczywiście idziecie.

PS Droga osobo, która siedziałaś obok mnie i co chwila świeciłaś swoim fejsbukiem w trakcie seansu – double, double toil and trouble, fire burn and cauldron bubble, oby cię dopadła okropna wysypka przed rozbieraną randką. Takich rzeczy nie robi się w kinie. I nie wymienia się na głos uwag z psiapsiółką, niezależnie od tego, za jak bardzo przystojnego uważa się odtwórcę głównej roli. Dziękuję.

Duma, uprzedzenie & Gabbana

Trochę przeszło. Po prostu nie można mieć za dużo czasu na myślenie i wtedy jest dobrze. A dziś czasu nie miałam, bo przygotowywałam się do ultraważnego jutrzejszego spotkania z ultraważną personą, od którego to spotkania całkiem sporo zależy, więc siedzę cała w nerwach i mam złe przeczucia. Zostałam uspokojona, że rozmówca jest bardzo miły. Tak, tacy są najgorsi.

Zanim wpadłam w nerwową drżączkę, dowiedziałam się, że cały świat bojkotuje Dolce & Gabbana za średnio udaną wypowiedź o in vitro i adopcji dzieci przez homoseksualistów. Cóż. Ja też bojkotuję ich siłą rzeczy przez całe życie i nie sądzę, by to się zmieniło, bo po pierwsze mnie nie stać, po drugie to nie mój styl (tak się tylko usprawiedliwiam, bo patrz po pierwsze) – ale rzeczywiście mogli sobie darować wykład o prawdziwej rodzinie i naturalnym toku życia, a później jeszcze tłumaczyć się wolnością słowa. Nie lubię bardzo, gdy ludzie zapominają, że wolność słowa to też odpowiedzialność za nie i że wygłaszając swoje ucieszne przemyślenia, warto mieć na uwadze, że ktoś może poczuć się nimi skrzywdzony. Poza tym cóż – wolność słowa ewidentnie w naszej części globu mamy, skoro panowie mogli publicznie wyrazić własną opinię, jaka by ona nie była, i absolutnie żadne konsekwencje – poza mięsistymi ripostami i kiepską prasą przez jakiś czas – ich nie spotkają. W niektórych krajach za niepopularne poglądy ciągle batożą.

Zapoznałam się też z innym newsem, który sprawił, że mój świat zadrżał w posadach. Ale jak to, handel niewolnikami? Darcy, wcielona cnota, miałby coś takiego robić?…
Chciałabym też zapytać o fragment: the novelist, who has been writing an updated version of Pride and Prejudice. Boję się myśleć, co to znaczy, to „updated version”. Ostatnio co rusz ktoś robi nową wersję. Duma i uprzedzenie jako kryminał, duma i uprzedzenie i zombie, duma i uprzedzenie i wampiry, duma i uprzedzenie w kosmosie, duma i uprzedzenie wśród Mormonów, duma i uprzedzenie w wersji erotycznej, no dajcie spokój.
Swoją drogą polecam poczytanie komentarzy pod tym artykułem, albowiem jest to przednia zabawa – tylko nie rozumiem, czemu niektórzy uparcie ją psują, przypominając, że bohater, którego niepokalany od dwóch stuleci wizerunek został zszargany w tym artykule, jakby to powiedzieć, nie istnieje.
Oj tam. Zaraz nie istnieje, nie czepiajmy się drobiazgów…

Replace us with the things that do the job better

Miało dziś być o czymś innym, ale przeczytałam wczora z wieczora pewną wiadomość, która zmusza mnie do kontynuowania wątku aktorskiego intelektu.
Lub jego braku.

Zapewne wam się obiło o uszy, jak nasza pani z telewizji robiła wywiad z Sigourney Weaver. Sigourney Weaver zapytała ją o Jerzego Grotowskiego. Pani z telewizji – świetnie zrobione brwi, przyznam – powiedziała, że nie wie, kto to jest. Reakcja rozmówczyni była, powiedziałabym, znacząca.
Szczerze?
Ja bym się po tym dyskretnie wycofała z branży i zajęła, nie wiem, pieczeniem babeczek. Nie posiadłam wszechwiedzy i za żadnego omnibusa się nie uważam, ale gdyby mnie cudzoziemska megagwiazda przyłapała na nieznajomości kultury mojego własnego kraju (a Grotowski to przecież jest nazwisko istotne i za granicą również znane) – modliłabym się o przenośną zapadnię. Pani z telewizji ponoć skończyła szkołę aktorską, ale chyba parę wykładów opuściła, oraz, jak na ironię, studiowała dziennikarstwo. Tak się składa, że ja też. I tłuczono mi do głowy, że musimy przed rozmową z kimś wiedzieć przynajmniej tyle o jego ogródku, by nie wyjść na debila. Efektownie wydepilowane brwi nie załatwią sprawy. Zatem, drogie TVN, czy naprawdę musimy wysyłać w wielki świat ludzi, którym brakuje elementarnej wiedzy? Bo w moim przekonaniu to naprawdę jest elementarna wiedza dla osoby, która podpisuje się jako dziennikarka i aktorka. To kolejny ostatnimi czasy przypadek, gdy zastanawiam się, czy i dlaczego musimy zmierzać w kierunku takiej bolesnej celebrytozy. Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy nie wydarzyło się nic o znaczącym wpływie na losy ludzkości, to tylko telewizja śniadaniowa, żadna ambitna publicystyka, a jedynie pogaduszki w przerwach między gotowaniem na antenie, nowinkami kosmetycznymi i poradami dotyczącymi efektywnego prania. I nie twierdzę wcale, że wszyscy musimy przy piwie rozmawiać o współczesnej dramaturgii norweskiej lub malarstwie późnego średniowiecza, oraz znać biografie wszystkich naszych wybitnych krajan do ósmego pokolenia wstecz. Ale proszę, proszę – nie pokazujmy społeczeństwu, że fajnie jest być ignorantem.

No dobrze. Zmieniam temat, bo złość szkodzi urodzie, a tego byśmy nie chcieli. Wrócę jeszcze na minutkę do minionej niedzieli i procesu, bo ku mojej radości w internecie pojawiły się zdjęcia (tak, to jest oskarżony szkocki król). Obejrzałam je sobie wszystkie, przy czym niektóre obejrzałam bardziej; aż mi ekran zaparował. Czy można się dziwić, że nasza bohaterka gwałtownie traci zdolność mówienia językami?…
Już przestaję, już naprawdę przestaję.

Zostawiam was w ten chłodny dzień z moim nowym, jak to anglojęzyczni nazywają, robalem usznym. Piękne, przepiękne wideo do tego singla zrobili. Mam bardzo dziwną relację z Hot Chip, mianowicie ilekroć słyszę ich nowy kawałek, to on mi się nie podoba. Ale gdy usłyszę go po raz drugi, ósmy, dwunasty, sprawy mają się zgoła inaczej, aż w końcu doprowadzam się do stanu głębokiego uzależnienia. Gdybyście zachodzili w głowę, co to są tytułowe Huarache Lights, śpieszę powiadomić, iż jest to model butów. Obawiam się, że z powodu tej piosenki niebawem zacznę tych butów bardzo pożądać.

Is this a dagger that I see before me?

Bogu niech będą dzięki za przyjaciół, którzy czekają z niżej podpisaną do czwartej nad ranem, oglądając z nią koncerty The Jacksons na jutubie, by wsadzić ją wreszcie do taksówki na lotnisko. I za tych, którzy czekają po drugiej stronie Kanału, z koktajlami i plotkami, dając jej przyjemne poczucie bycia prawie w domu.
Poleciałam na bardzo krótko tym razem. Właściwie tylko na herbatę z mlekiem, księgarnię i wizytę w teatrze.


Zachodzę w głowę, co się stało z niebieskim kurakiem, który uprzednio zajmował słynny czwarty cokół na Trafalgar Square, bo to nowe kościste coś to jakaś straszna paskuda. Ale nie o tym chciałam.
Wizyta w teatrze, właśnie. Właściwszym sformułowaniem byłoby „wizyta w sądzie”, bo tak to wyglądało. Szekspirowscy aktorzy zmierzyli się z londyńskimi prawnikami w procesie Makbeta i jako świadkowie dali się przesłuchać, a przysięgli mieli zdecydować, czy oskarżony idzie pod topór, czy nie. W słusznej wierze, bo to dobroczynna impreza była – zorganizowała to instytucja, która stara się docierać do dzieciaków przez Szekspira i kształcić ich teatralnie niezależnie od tego, w jakim otoczeniu dorastają i z jakim balastem. Makbetem – nawiasem mówiąc, uniewinnionym w końcu – był niejaki Christopher Eccleston, Lady Makbet – cudowna Haydn Gwynne. Oprócz upiornej pary przed ławą przysięgłych stanęli Macduff, Banquo i jedna z wiedźm.
Jeśli myślicie, że była to rzecz poważna i nadęta, nic bardziej mylnego. Aktorzy dostali zarys scenariusza i oczywiście znali los swoich postaci (to Makbet, więc sprawa jest prosta: wszyscy nie żyją), ale nie wiedzieli, o co zapytają przesłuchujący, więc cała zabawa polegała na wielkiej improwizacji z jednej strony i bardzo skutecznym zapędzaniu w kozi róg z drugiej. Mecenasi nie dawali zbić się z tropu absurdalnym odpowiedziom świadków, którzy, zaskakiwani stawiającymi ich pod ścianą pytaniami, brnęli w coraz większą konfuzję.
– So what was he doing?
– He was wending with witches.
– Wending with witches?
– Correct.
– And when was he wending with witches?
– When?…
– Yes, when?
– Wednesday – odpowiada ze śmiertelną powagą przesłuchiwany, po czym zanosi się śmiechem, jak i cała publiczność. Słodki był też Macduff odpierający argument, jakoby nie było świadków morderstwa i tłumaczący, że jeśli ktoś kogoś zabija, to przecież sam przy tym jest zazwyczaj, więc z której strony by nie patrzeć, jest jeden świadek, morderca znaczy.
– When you commit a murder, then you’re a witness to this murder. Are you not?
Swoją drogą, cudownie błyskotliwy ten aktor. Czasami lepiej nie wiedzieć, jacy oni są, gdy są sobą, bo to bywa piekielnie rozczarowujące – wygląda taki jak z żurnala, w roli jest olśniewający, a potem udziela wywiadu i z waszego oczarowania nie zostaje ani mizerny strzęp, bo zastanawiacie się, jakim cudem tak porażająco tępa strzała w ogóle skończyła szkołę. Ale do udziału w tym wydarzeniu chyba celowo nakłoniono takich, którzy mają co nieco do powiedzenia i lubią to robić, używając długich słów.
A że oskarżonym był Eccleston, wyobraźcie sobie liczbę nawiązań do Doktora Who. Niewiele zostało z szekspirowskiego oryginału, może poza Lady Makbet histeryzującą z powodu plam.

Gdyby ktoś zachodził w głowę, co mnie zainteresowało w takim wydarzeniu – poza osobliwą adaptacją Szekspira – odpowiedź jest prosta i, że tak powiem, urocza. Oczywiście poszłam się przywitać, jakżeby inaczej. Przepchnęłam się przez tłum wyczekujący Ecclestona pod tylnym wejściem do naszych drogich karmelowych ocząt usiłujących na próżno przemknąć niepostrzeżenie wśród tuzinów fanek Time Lorda – prawie by się biedactwu udało, gdyby nie pewna stuknięta Polka – i, gdy już przypomniałam sobie, że umiem po angielsku, pogadaliśmy sobie chwilkę o muzyce (tego trzeba słuchać z zamkniętymi oczami, zaprzestawszy wszelkich czynności, inaczej nie zadziała; ale uprzedzam, jeśli zadziała, będziecie męczyć ten kawałek w kółko przez kilka wieczorów z rzędu, albowiem jest piękny – gdy za pierwszym razem mi to zagrało w słuchawkach, po prostu usiadłam i tak siedziałam oszołomiona).
– It was lovely to see you again – palnęła autorka na zakończenie swojej jak zwykle chaotycznej przemowy.
– Likewise.
Och.
OCH.
Autorka nie pamięta, co odpowiedziała, bo jej mózg wykonał w tym momencie hard reset – więc obawia się, że nic.

Żeby nie było, że tylko wzdychałam – poszłam również na wystawę obrazów Rubensa i innych, dziełami Rubensa zainspirowanych. Sama wystawa świetna, mniej świetny był fakt, że odwiedziłam ją w niedzielę, więc żeby w ogóle zobaczyć jeden czy drugi obraz, należało odczekać swoje w kolejce. Ludzi jak mrówków. Tak czy inaczej, zdecydowanie warto. Uciesznie zmysłowe.
Ryanair w drodze powrotnej usadowił mnie między ojcem i synem, lecącymi do Krakowa na citybreak. Panowie byli ujmująco gadatliwi i natychmiast się ze mną zaprzyjaźnili. Poopowiadałam im trochę o mieście, zapisałam im w telefonach najlepsze miejsca na obiad i drinka, oni mnie poinstruowali odnośnie ciekawych katedr w Anglii, pogawędziliśmy o zabranych w podróż książkach, bo cała nasza trójka po zajęciu miejsc wydobyła z bagażu podręcznego prawdziwe, drukowane, nieco tylko wymięte tomiszcza – gdy wtem ojciec stuka palcem w pokryte szronem okno i mówi:
– You have some gorgeous mountains down there.
Patrzę i oczom nie wierzę. Całe pasmo Tatr jak na dłoni. Czasami Tatry z Krakowa widać, owszem, gdy wiatr jest tak silny, że przewiewa smog – ale na ogół nie. A dziś niczym w National Geographic, Rysy pokazały się z najlepszej strony. I Gerlach. I Łomnica. Ośnieżone szczyty na tle błękitnego nieba. Pocztówka.
– Yup, the Tatras.
– They’re beautiful.
– Yes they are.
Dawno takiego rzutu uczuć patriotycznych nie miałam. Przydadzą mi się, bo jak słowo daję, przez najbliższe trzy miesiące siedzę na tyłku w moim grajdołku.

Fuck me, I’m famous

Parę razy w życiu dosięgła mnie sława. Taka sława w mikroskali, nie żeby flesze i wywiady – choć przepraszam, udzieliłam raz wywiadu w radiu, gdy wygrałam konkurs poetycki. Raz byłam w telewizji, ale to niechcący. Podczas praktyk studenckich zagoniono mnie na konferencję prasową z ówczesnym prezydentem naszej pięknej krainy i tak się złożyło, że wlazłam w kadr. Mama oglądała wieczorne wiadomości i wtem zauważyła własne dziecko przechadzające się tam i nazad z wyrazem twarzy mówiącym „nie wiem, co tu robię, kazali mi tu być”. Moje nazwisko pojawiło się pod tekstem jednym i drugim w prasie, owszem, tylko że mało kto zwraca uwagę na podpis, zatem tego nie liczymy. No i, last but not least, moje osobiste uchachane oblicze razem z oczojebną sukienką znalazło się w materiałach prasowych Shakespeare’s Globe* – bynajmniej w roli głównej, jedynie jako dość wyraziste tło, ale zawsze.

Wczoraj tymczasem sława, lub raczej niesława, zaatakowała mnie od tyłu. Dosłownie. Przebywając na gościnnych występach, zeszłam sobie zjeść obiadek. Żuję sobie spokojnie coś, co w założeniu miało być łososiem i być może kilka wcieleń wstecz nawet nim było, gdy spomiędzy szmerów przy stoliku za mną wyłuskuję coś, co brzmi jak moje nazwisko. Się przesłyszałam pewnie, myślę i żuję dalej, czytam niegrzecznie przy jedzeniu, kiedy wtem znowu słyszę podejrzanie znajomo brzmiący szmer. Za trzecim razem jestem już całkowicie pewna. Ludzie za moimi plecami gadają w najlepsze o mnie. To właściwy moment na uniesienie jednej brwi w zdumieniu.
– … mamy z nią spotkanie dzisiaj…
– … a po co ona tu przyjechała?…
– … jakieś ważne zmiany podobno…
– … jakbyśmy nie mieli nic lepszego do roboty…
– … skąd ona właściwie jest?…
– … a, nie wiem nawet…
Trudno uśmiechać się półgębkiem podczas jedzenia, ale ona przemożną miała na to ochotę. Przez łepek onej przemknęła też myśl, by odwrócić się do towarzystwa i powiedzieć pogodnie „cześć”, ale ona nie chciała psuć zabawy.

Nawiasem mówiąc, po całym tym szalonym tygodniu ona też już nie wie, skąd jest i gdzie w tej chwili się znajduje; nie jest też do końca pewna, jak się nazywa, więc w sumie dobrze, że nieznajomi jej przypominają.
Dobrze za to wie, co będzie porabiać w najbliższą niedzielę i ta właśnie perspektywa utrzymuje ją przy – nazwijmy to – życiu. Niestety obawia się, że kolana będą jej się nieźle trzęsły, ale czasem to przyjemne.

Powiadam, jeśli przetrwam ten weekend, który sama sobie w chwili jakiejś straszliwej pomroczności zaplanowałam, zapominając, że potrzebuję drobiazgów typu sen na przykład – to wszystko przetrwam. Opowiem wam, gdy wrócę. Można przyjmować zakłady, dokąd wieczorem udaję się na niespełna 24 godziny, ale to przecież wszyscy wiedzą, więc nikt za dużo nie wygra.

*Gdybyście szukali powodu do wyjazdu sami-wiecie-dokąd, Globe będzie jesienią przenosił bardzo, bardzo piękne przedstawienie o Farinellim i królu na West End. W rolach głównych dużo świec, kontratenorzy i niejaki Mark Rylance, który za kanałem uznawany jest nie tyle za aktora, co za dobro narodowe.

The finest fury is the most controlled

No, mówiłam przecież.
Zmiana telefonu to jak klęczenie na grochu.
Moja karta SIM jest za duża. Nie wlezie do nowej maszynki. Szlag by tę całą technologię trafił.

Od wczoraj przebywam na gościnnych występach. Zaczęło się świetnie; podróż do biura zajęła mi skromne półtorej godziny zamiast zwykłych kilkunastu minut, bo przecież dlaczego nie. Pięć centymetrów śniegu w marcu to niebywale zaskakujące zjawisko, nieprawdaż. Dotarłam poirytowana (bardzo nie lubię się spóźniać) i z sierścią potarganą. I na dzień dobry stałam się świadkiem bardzo nieprzyjemnej sprzeczki, w której na moje szczęście nie musiałam brać udziału. Nawet gdyby ktoś mnie w sprawę postanowił wmieszać, wymieszałabym się błyskawicznie, ponieważ jako osoba z natury niekonfliktowa nie czerpię żadnej frajdy z dogryzania ludziom i nie znoszę tego rodzaju retoryki. Bywam złośliwa, jak każdy, ale mam bardzo niską tolerancję na złośliwość rozumianą jako uderzanie ad personam, uderzanie w stylu „ja jestem mądry, a ty głupi”. Obrażanie czyjejś inteligencji, publicznie zresztą i w wykonaniu dorosłego człowieka, w moich oczach jest jedną z najbardziej prostackich zagrywek, o jakie można pokusić się w dyskusji. W pewnym momencie, obserwując tę żenującą wymianę zdań – a właściwie nie tyle wymianę zdań, co bombardowanie pompatycznymi, pełnymi epitetów monologami z jednej strony i słabą obronę z drugiej – pomyślałam, że szkoda mi biednego człowieka; po co dał się w to w ogóle wciągnąć, zamiast odwrócić się na pięcie i odmaszerować po pierwszym agresywnym tekście.
Może przesadzam, ale obcowanie z kimś czerpiącym wyraźną satysfakcję z jeżdżenia po innych, z kimś, kto z jakiejś niezrozumiałej przyczyny obrał sobie za życiowy cel udowadnianie wszystkim wokół, jak bardzo są ograniczeni w porównaniu z Jego Cudownością, uruchamia mi w głowie wszystkie dzwonki alarmowe, poziom zaufania do delikwenta obniża do zerowego i wyrzuca czerwony napis UWAGA, PSYCHOL.
To wszystko zdarzyło się, nim zdążyłam wypić pierwszą kawę (no dobrze, pijam głównie mleko z kropelką lub dwiema kawy, ale jednak). Obawiałam się reszty dnia. Jak ja bym chciała móc obcować tylko z przyjaznymi ludźmi, ech.
Na szczęście dziś już wtorek, ba, nawet koniec wtorku, do niedzieli niedaleko. Trzymamy się przyjemnych dźwięków i nadchodzącego weekendu. To będzie jazda bez trzymanki, ale gdy już wpadło się na taki pomysł, nie ma innej możliwości, jak tylko stawić mu czoła.
– Kiedy znowu wyjeżdżasz?
– Ych… no… niedłuuugo… w… kwietniu?…
Nie mówmy o tym. Naprawdę, nie mówmy o tym.

Tell me people, am I going insane?…

Dni sobie płyną z podejrzanym spokojem, więc dla równowagi czytam taką oto wdzięczną książeczkę. Jest pasjonująca. Mam co prawda pewne podejrzenia, że któregoś dnia sama wyląduję w takim miejscu (w końcu jeden na czterech Polaków ma lub mieć będzie zaburzenia psychiczne, więc, że tak powiem, pewna szansa wylosowania szczęśliwego numerka jest), ale liczę, że ten dzień nie jest bliski.
Chyba że nastąpi w przyszłym tygodniu.
Bo plan jest taki – wyjeżdżam jutro na weekend do praszczurów, w poniedziałek wracam i po pracy jadę pracować w inną część naszej sielskiej krainy mlekiem i miodem płynącej, w piątek ponownie wracam, ażeby pójść na imprezę, w sobotę, nie zważając na kaca, wyjeżdżam do Warszawy, w niedzielę bladym świtem ze stolicy wyjeżdżam do… och, nie musicie wiedzieć wszystkiego, w każdym razie spędzam tam kilkanaście godzin, po czym wracam w poniedziałek i padam bez życia.
Mówię wam, uważajcie na to, o czym marzycie, bo jak wam wybuchnie w twarz…

A do tego mam nowy telefon i umieram z przerażenia na myśl o przenoszeniu wszystkich zdjęć, notatek i figlarnych esemesów z obecnej sfatygowanej zabawki, która jakimś cudem przetrwała stanowczo zbyt wiele upuszczeń i zdecydowanie nie wygląda jak telefon damy (nie pochlebiaj sobie, koleżanko). Ostatnim razem zajęło mi to dwa dni, wypełnione w całości potwornym złorzeczeniem i wygrażaniem. Bardzo to fajne, że noszę w kieszeni coś, co mogłoby wysłać człowieka w kosmos, ale z drugiej strony nadążanie za technologią wymaga coraz większego wysiłku. Czy wy też unikacie samoobsługowych kas w sklepach? Bo ja się nabawiłam swoistej fobii i nie potrafię samo-się-obsłużyć tak, żeby na mnie te maszyny nie krzyczały, że coś robię źle, choć skwapliwie podążam za instrukcją. To jak mam się nie bać nowego telefonu?

Why so serious?

Och, ten pierwszy dzień po wakacjach, gdy człowiek gapi się tępo w monitor i nie rozumie maili, które czyta, a każdą czynność okupuje nadludzkim wysiłkiem. Tak by sobie tylko posiedział. A najlepiej kocyk na głowę naciągnął. Ukojenie niosą niezmierzone dobra internetu, więc mogę nadal spędzać wieczory z moimi wszystkimi nowymi i starszymi miłościami, przynajmniej zanim nie dojadę do końca YouTube’a.

Czy już wszyscy zdążyli ponarzekać na słabość Oscarowego filmu, antypolskość, brzydkie sukienki i to, że reżyser w przemówieniu zrobił z Polaków ochlaptusów? To teraz ja ponarzekam – otóż nigdy, przenigdy, przeprzenigdy nie zrozumiem, czemu mój drogi naród z niczego nie może być od początku do końca zadowolony. Zawsze coś źle. Można by się po prostu cieszyć, ale nie. W pewien sposób nawet podziwiam umiejętność niektórych ludzi do reagowania fochem na najradośniejsze nawet wydarzenie, a jeszcze bardziej podziwiam to, że życia im nie szkoda. Bywam pod wrażeniem, z jakich drobiazgów można zrobić powód żarliwego protestu, krucjaty i osobistej śmiertelnej obrazy. Mnie by się nie chciało tak czepiać.
Nawiasem mówiąc, jestem bardzo ciekawa, co by zrobił ten osobnik, któremu tak przeszkadzało napomknienie o wstawionych przyjaciołach, gdyby to jego znajomy akurat Oscara odbierał. Wstał i odśpiewał „Rotę”? Bo ja z pewnością wznosiłabym toasty. Ale ja to zepsuta jestem i zdemoralizowana, wiadomo.
No dobrze. Dość już o tym wszystkim powiedziano przecież.

A w ogóle to, panie i panowie, przyszłam tutaj, żeby poinformować, iż wydarzyła się rzecz na pograniczu prawdopodobieństwa (to jak całe moje życie ostatnimi czasy, nieprawdaż). Autorkę kopnął zaszczyt i ktoś w końcu docenił. Dostała mianowicie awans.

PS Jakby tego było mało, blogasek właśnie mnie poinformował, że jest to mój tysięczny post. Kwiaty, czekoladki (tylko bez marcepanu), Veuve Clicquot, liściki miłosne lub wyrazy ubolewania na poste restante.

Can you love? Can your blood bubble, flesh melt, thighs twitch, heart burst for love?

Prawda jest taka, że z urlopów w Londynie zawsze wracam zmęczona. Niewyspana, bo kładę się późno i nie mogę zasnąć, a potem nagle niebo za oknem jaśnieje, ptaki śpiewają, śmieciarki się tłuką. I wrażeń za dużo. Znajomi. Koktajle. Tłok w metrze, tłok na ulicach. Bezmiar frustracji w księgarniach, które mają zbyt dużo pięter i działy poświęcone musicalom. Codziennie spektakl, dwa w niektóre dni. Chwilami nawet chcę już polecieć do domu i odpocząć.
Ale gdy samolot mnie unosi i widzę rzędy wiatraków obracających się miarowo w kanale La Manche, podbródek mi drga i jestem najbardziej nieszczęśliwą osobą na świecie. Widok tych wiatraków z drugiej strony jest jakiś ładniejszy. Zostawiam za sobą coraz więcej.
Nie chcemy o tym mówić. To coś, co niżej podpisana musi rozwiązać sama i w życiu pozablogowym.

Gotowi na długi wpis? Zresztą nieważne, gotowi czy nie, i tak będzie.
W sześć dni zobaczyłam osiem przedstawień – gdy człowiek rusza się z domu, chce wycisnąć z wakacji jak najwięcej. Ale to nie był dobry pomysł. Oczywiście szkoda sobie odmówić, ba, chciałoby się obejrzeć jeszcze więcej, tylko że… Tylko że to dość wyczerpujące. Może gdybym wybierała sobie same leciuchne musicale i ucieszne farsy, nie byłoby problemu, ale znacie moje upodobania. Masochizm w czystej postaci. Najlepiej, gdy spędzam dwie godziny, siedząc przejęta na brzeżku krzesła, podczas gdy przedstawienie łapie mnie za włosy i wali moją głową o futrynę, obrazowo rzecz ujmując. Jak niby miałabym dobrze się czuć po blisko tygodniu tak intensywnych doświadczeń?…
Zaczęłam od nocy z Regiem – i z nim też zresztą skończyłam, ale o tym później. Obudziłam się 14 lutego zupełnie nieświadoma faktu, że ten dzień będzie jednym z najprzyjemniejszych w mojej dotychczasowej karierze; wcale nie dlatego, że ktoś z czerwoną różą w zębach na wycieraczce stał. O nie. Coś znacznie lepszego. Można jednak powiedzieć, że nasza bohaterka troszeczkę się jakby zakochała.
(Jeśli uważacie, że w tym miejscu stosowny byłby komentarz „Boże, znowu” – to proszę bardzo).
Po kolei.
Sobota w Londynie oznacza na ogół, że na ulicach kłębią się dzikie tłumy i czasami człowiek porusza się w osobliwym ludzkim korku. Ale – może przed tym przerażającym chwilami tłokiem w bardzo prosty sposób uciec, bo sobota w Londynie oznacza również, że można pójść na dwa przedstawienia, jedno po południu i kolejne wieczorem, przerwę pomiędzy wykorzystując na przekąskę lub drinka. I tak właśnie na ogół robię.
Pierwsze było The Nether. Rzecz w najczystszym tego słowa znaczeniu przerażająca i poruszająca tematy najbardziej niewygodne z niewygodnych.
Jeśli zastanawiacie się, czy w ogóle da się wystawić na scenie cyberthriller, odpowiedź brzmi – da się. Rozwiązania wizualne wciskają w fotel, to jest niebywale efektowne, momentami wręcz zachwycające. Szkoda mrugać, powiedziałabym. Ale w tej oszałamiającej scenografii rozgrywa się historia absolutnie paskudna, przyprawiająca widza o niepokój, o obrzydzenie, o szok nawet. Wychodząc, czułam się, jakbym była brudna.
Opowieść toczy się w niezbyt dalekiej przyszłości, w świecie niemal całkowicie zwirtualizowanym, w którym internet doczekał się swojej policji. Dociekliwa pani detektyw (Amanda Hale, bardzo przejmująca, tak drobna, że niemal tonie w swoim czarnym ubraniu, ale z wielką mocą przykuwania na sobie uwagi) przesłuchuje człowieka, który w tytułowym The Nether – w sieci, znaczy – stworzył kryjówkę dla poszukujących przyjemności, wyglądającą jak sielska wiktoriańska posiadłość. Goście kryjówki pod postacią awatarów mogą spędzać w niej czas w towarzystwie słodkich dziewczynek. Mogą robić z nimi, co zechcą. Po wszystkim mogą je nawet zatłuc. One same podadzą im narzędzie.
Widz zostaje z masą nieprzyjemnych pytań. Czy wirtualna zbrodnia popełniana w wirtualnej rzeczywistości to nadal zbrodnia, czy tylko wytwór chorej wyobraźni? Czy dzieci w kryjówce naprawdę istnieją – a jeśli są tylko awatarami, to czy w ogóle można je skrzywdzić? Czy gdy podaję się za kogoś, kim nie jestem, żeby dostarczyć komuś perwersyjnej przyjemności, to ponoszę część winy? Czy w internecie naprawdę wszystko jest dozwolone i mogę przybrać dowolną tożsamość, tak dla zabawy? I czemu detektyw jest tak obsesyjnie zaangażowana w śledztwo?
Dzieci w tym spektaklu są grane przez dzieci – podobno chronione na wszelkie sposoby przed jakąkolwiek możliwością zapoznania się z całością tekstu. To dokłada ciężaru, bo gdy widzicie dziewczynkę zsuwającą ramiączko sukienki przed dorosłym mężczyzną… Ugh.
Mocne, powiadam. Bardzo mocne. Wyszłam, powłócząc nogami i z uczuciem, że potrzebuję długiego, gorącego prysznica oraz szorstkiej gąbki, żeby z siebie zmyć to wszystko.
I taki właśnie w mojej opinii powinien być teatr. Powinien jechać po bandzie i mówić widzowi „nie obchodzi mnie, że unikasz tego tematu – PATRZ”.
Jeżeli chcecie sami sprawdzić, jak to jest, możecie się zalogować.
Pozbierawszy się do kupy, ruszyłam w kierunku Trafalgar Square.
Nie miałam ogromnych oczekiwań związanych z tym przedstawieniem. Pierwsze sceny nieszczególnie mnie ruszyły. Ale potem na scenie pojawiła się niezbyt wysoka postać w mnisim kapturze i przepadłam. Trudno nie zapałać sympatią do głównego bohatera, choć to bez dwóch zdań psychol myślący, że jest Chrystusem, relaksujący się na krzyżu i odpowiadający „Yes?” na cudze westchnienia „My God…” – co prawda zostaje z tego przekonania uleczony, ale od razu rodzi się w nim inne, znacznie gorsze.
You deserve a big kiss.
– Not here in the garden. Last time I was kissed in a garden – it turned out rather awkward.

McAvoy, niezależnie od tego, czy w samych majteczkach zasuwa na jednokołowym rowerku z podziwu godną wprawą, czy w jedwabnym surducie wymachuje strzelbą, ma tak niebywałą charyzmę, że uwodzi natychmiast. Jesteście cali jego. Nic nie da się zrobić, medycyna jest bezradna. Ale on jest też cały dla was. 150% sił witalnych wkłada w pracę. Chłopak od razu łapie kontakt z publicznością, między nią a nim wytwarza się jakieś takie elektryczne porozumienie, które owocuje tym, że każdy jego geścik czy uśmieszek wywołuje u widzów błyskawiczną reakcję (i euforyczną owację na stojąco, na którą mały bez dwóch zdań zasłużył). Tu trzeba zaznaczyć, że dotychczas nie byłam jego zagorzałą fanką – właściwie to był mi całkowicie obojętny. Tymczasem w sobotę miałam dzięki niemu absolutnie fantastyczne Walentynki i szłam wieczorem przez miasto rozpromieniona jak po nadzwyczaj udanej randce.
Nawet mi pobłogosławił mój interval drink, o.
wpid-dsc_0038.jpg
I ten uśmiech, mój Boże, gdy on się uśmiecha do widowni, to aż chce się zabrać go do domu. Tak się cieszył z oklasków, że prawie świecił.
To szalone i groteskowe. W kosmos odjechane. Mamy morderstwa, wyuzdane praktyki autoerotyczne, zjadane żarówki, potwory, a przede wszystkim głęboko zaburzonych przedstawicieli wyższych sfer, którzy nie cofną się przed niczym, by obronić miejsce na świeczniku. Całe to barwne wariactwo podszyte jest nieprzyjemnie gorzką ironią. Naprawdę wyśmienity wieczór.
– How do you know you’re God?
– Simple. When I pray to Him I find I’m talking to myself.
Następnego dnia było to nieszczęsne rozdanie nagród, vide poprzedni wpis, a potem nastał poniedziałek. Brzydki, mokry poniedziałek i autorka miała ochotę spędzić go w całości pod kołdrą, ale przecież nie po to leci się 1300 kilometrów, żeby się w pościeli wylegiwać. Udając, że nie dotyczy mnie kapiący z nieba paskudny deszcz, powędrowałam na południowy brzeg. Bardzo lubię tamte okolice, bo są pełne skarbów i cudnych zakątków, można świetnie zjeść na Borough Market, a poza tym widok gotyckiej wieży stareńkiej katedry Southwark na tle migoczących szklanych ścian zawsze robi na mnie wielkie wrażenie. Nawet w ponury poniedziałkowy wieczór, gdy czuję, jak przecieka mi kaptur.
wpid-dsc_0006.jpg

wpid-dsc_0011.jpg
Southwark Playhouse to jest bardzo sympatyczne miejsce, zupełnie inne od całej tej oszalałej, jazgotliwej karuzeli West Endu. Mają arcyprzyjemną knajpeczkę – gdybyście przyszli zziębnięci, służą herbatą za funta – i znani są z wystawiania bardzo dobrych, niesztampowych przedstawień. To, które widziałam, istotnie było bardzo dobre, choć nie mogę powiedzieć, żebym opuściła widownię uśmiechnięta – wprost przeciwnie.
Gods and Monsters to podkolorowana opowieść o ostatnich dniach Jamesa Whale’a, reżysera słynnego Frankensteina z Borisem Karloffem w roli monstrum; o bardzo smutnych dniach, bo Whale, mocno podupadły na zdrowiu i samotny, ogromnie cierpiał – w końcu popełnił samobójstwo. Utopił się we własnym basenie (mimo przygasłej sławy ciągle był zamożnym człowiekiem). Sztuka opowiada o tym, jak emerytowany reżyser, który odsunął się od blichtru Hollywood, przeżywa krótką, ale intensywną fascynację ogrodnikiem, eksżołnierzem zbudowanym jak grecki bóg, którego zachęca do pozowania mu do szkiców. Niestety nic dobrego z tego wyjść nie może, choć dwaj skrajnie różni mężczyźni mimo wszystkich napięć i dramatycznego zwrotu akcji jednak zbliżą się do siebie. Nawet nowe oczarowanie i niespodziewana późna przyjaźń nie uratuje głównego bohatera przed tragedią.
To taki spektakl, w którym nie ma żadnych fajerwerków i gwiazd, ale tę historię człowieka rozstającego się z życiem, udręczonego chorobą sprawiającą, że rzeczywistość myli mu się z wytworami wyobraźni i nawiedzanego przez bolesne wspomnienia utraconej miłości ogląda się z zapartym tchem. Przy okazji ogląda się mnóstwo męskiej nagości w bardzo śmiałych konfiguracjach, ale znowu, to nie jest błyskanie tyłkiem dla samego błyskania tyłkiem. Nawiasem mówiąc, obiekt zachwytów głównego bohatera ma więcej mięśni w jednym ramieniu niż ja w całym ciele. Patrzenie na niego momentami jest aż niekomfortowe. Co nie zmienia faktu, że to świetny i wzruszający spektakl.
Obejrzałam, podążyłam pustym Millennium Bridge (jak ja lubię mieć cały ten widok dla siebie)
wpid-dsc_0012.jpg
do wygodnego łóżka i zasnąć oczywiście nie mogłam, choć bardzo chciałam być wypoczęta przed obfitującym w dalsze wrażenia wtorkiem. A wtorek był wyjątkowo piękny, niebo bez jednej chmurki, można było iść przez Bankside w rozpiętym płaszczu i czuć się jak pani wszechświata czy coś w tym guście. Poczucie zdecydowanie wzmacniał fakt, że wczesny lunch z przyjaciółką zakończył się deserem, bez dwóch zdań cudownym deserem, ale było dla mnie pewnym zaskoczeniem, iż głównym składnikiem żurawinowego crème brûlée był gin. Tak czy inaczej, przez cały dzień nieco unosiłam się nad ziemią, bo och, wieczorem Closer, och, Rufus Sewell we własnej osobie, och, z tym przeszywającym spojrzeniem, och! Umościwszy się w ciasnej przestrzeni Donmar Warehouse, byłam podekscytowana jak dziecko… i cała moja ekscytacja niedługo później była mglistym wspomnieniem, a ja coraz dotkliwiej odczuwałam, jak niewygodnie mi się siedzi. Jeśli sztuka jest dobra, jeśli do was trafia, zapominacie o bożym świecie i tym, że architekt projektował widownię z myślą o pozbawionych czucia w ciele karzełkach. Jeśli nie, z każdą minutą utwierdzacie się w przekonaniu, że projektował ją z myślą o pozbawionych czucia w ciele karzełkach. To przykre jest, wiecie, gdy staczacie walkę o bilet, przez długie tygodnie nie możecie się doczekać, a gdy wreszcie nadchodzi godzina zero, zachodzicie w głowę, czy to wasze oczekiwania były tak rozbuchane, czy może po prostu coś tu nie do końca się udało.
Nie kumam. Tekst jest poruszający, dla wielu to coś w rodzaju manifestu pokolenia, które samo nie wiedziało, czego szuka w relacji z drugim człowiekiem. Wszystkie te zdania, tak bliskie, że aż chciałoby się je sobie wytatuować.
I love everything about you that hurts.
What’s so exciting about truth? Try lying for a change.
Men want a girl who looks like a boy. They want to protect her but she must be a survivor; and she must come like a train but with elegance.

Have you ever seen a human heart? It looks like a fist, wrapped in blood.
Tyle mocnych słów, tacy świetni, charyzmatyczni aktorzy. Można było mieć nadzieję, że z takiego połączenia wyjdzie czysty dynamit, że to będzie eksplozja i wielokrotny teatralny orgazm. No i ja miałam. Nadzieję. A czułam się, jakby ktoś do mnie wystrzelił najwyżej z tuby confetti.
To nie było złe, ale chyba nawet wolałabym, gdyby było wyraźnie spieprzone od początku do końca, skoro już nie mogło mnie porwać. A było po prostu letnie. Grzech letniości jest trudny do wybaczenia.
Ale – przy kolejnej wizycie Postman’s Park, tak ważne miejsce w tej sztuce, koniecznie odwiedzę.

Na szczęście nadeszła środa, kolejny z podwójnych dni. Podwójny wskutek zbiegu okoliczności, przy czym o tym za chwilę.
Miałam iść tego dnia tylko na Widok z mostu, choć byłam na nim już raz, w maju ubiegłego roku. Ku mojej radości spektakl postanowiono wznowić – z tą samą fenomenalną obsadą, ale w innym teatrze. A że miejsce inne, to i ludzi trzeba było usadowić inaczej. W oryginalnej wersji widownia otaczała scenę z trzech stron. W dostojnym XIX-wiecznym Wyndham’s Theatre takiego rozwiązania zastosować się nie dało, więc pokuszono się o inne.
Część miejsc dla widzów umieszczono mianowicie na scenie. Niżej podpisana właśnie takie miejsce dla siebie zorganizowała. Oczywiście była wniebowzięta – choćby dlatego, że tym sposobem po raz trzeci w ciągu roku znalazła się na scenie na West Endzie (niezły wynik, ech?). To fascynujące, bo rzędy siedzeń umieszczono dokładnie w miejscu, w którym scena przechodzi w kulisy i z jednej strony widzicie zapełniającą się w dole widownię, wspinające się wysoko balkony, kryształowe żyrandole i złocone stiuki – a z drugiej odrapane cegły, hydrant, telefon, jakieś frapujące pokrętło z napisem DANGER 400 VOLTS, plątaninę kabli, wajchy Bóg wie czemu służące, strome stalowe drabinki wysoko nad sceną, reflektory obracające się z cichym szmerem. Gdy w finałowej scenie z sufitu spływa zabarwiona na czerwono woda, czujecie jej ohydny, chemiczny zapach. Jesteście tak blisko, że widzicie włoski jeżące się na przedramieniu aktora. Niesamowite. A jeszcze bardziej niesamowity był Mark Strong metr ode mnie. Słowa nie opiszą geniuszu i zwierzęcości tego człowieka.
Ktoś o tym przedstawieniu napisał, że to tak, jakby siedziało się na torach i wpatrywało w nadjeżdżający szybko pociąg, ale nie mogło się ruszyć. Zazwyczaj publiczność jakieś tam dźwięki wydaje – ktoś kaszlnie, ktoś odkręci butelkę z wodą, ktoś zaskrzypi fotelem. A tu momentami panowała cisza tak absolutna, jakby widownia bała się oddychać. Co zresztą jest prawdą. To przedstawienie wstrząsa i sprawia ból. Doskonale się to ogląda, ale nie ogląda się tego miło.
Jest taka przykra scena, w której Eddie Carbone jest okładany pięściami przez swoją ulubienicę, osieroconą siostrzenicę żony. Z bliska to wygląda strasznie, bo aktorka naprawdę wali weń z całych sił. Jest od niego mniejsza o połowę, on ją nosi prawie jak kubek czy gazetę, ale w tej jednej scenie ona go z całą energią bije. Słyszycie ten głuchy dźwięk zaciśniętych dłoni uderzających z impetem w ciało. Potworne.
Sponiewierana i zapłakana publiczność nagrodziła wykonawców owacją jak huragan. Przy okazji byłam świadkiem jednego z najbardziej kuriozalnych zachowań, o jakie może się pokusić czyjś wielbiciel. Brrr. Podziwiam czasem ludzi za odwagę – czy może raczej za brak poczucia obciachu – natomiast zatrważa mnie pragnienie natychmiastowego bratania się z idolem. Może i lubi nam się wydawać czasami, że ich znamy; tyle razy ich widzieliśmy, że to prawie starzy kumple. Nic tylko po pleckach klepać. Tylko że oni nas nie znają. Nie wiem, co musiałoby się stać, jak bardzo musiałabym być odurzona, by rzucać się z rękami do obcego człowieka (nie żebym parę razy w życiu nie miała na to ochoty).

– W tym spektaklu nie ma przerwy, więc przepraszam, ale muszę spytać, czy pani była w łazience, bo miejsc na scenie nie można opuszczać w trakcie, chyba że będzie ewakuacja – powiedziała miła dziewuszka z obsługi. – Gdyby pani na przykład źle się poczuła i jednak musiała wyjść, to ja siedzę tu z tyłu na krzesełku, proszę dać mi dyskretnie znać…
I rzeczywiście, siedziała. Codziennie sobie siedzi na krzesełku, oglądając Stronga zza kulis. Dziewczyno, masz najlepszą pracę na świecie.

Wyszłam z teatru i już miałam dreptać do hotelu, gdy coś mnie tknęło. Zamiast pójść prosto do stacji metra tuż obok, skręciłam nazad w Shaftesbury Avenue.
Strasznie chciałam zobaczyć My Night With Reg jeszcze raz – wątpiłam w powodzenie tego chcenia, gdyż bilety drogie, a spektakl prawie wyprzedany. Pomyślałam mimo wszystko, że wstąpię do teatru i spytam o coś, co się zowie day seats, czyli bileciki wypuszczane w dniu przedstawienia, zwykle dużo tańsze i nierzadko w przednich rzędach.
– Nie ma – powiedziała miła pani w kasie. – Ale zwolniło się miejsce w loży, tuż przy scenie. Chce pani?
Wyobraziłam sobie cenę takiego biletu i zmartwiałam na chwilę. Mimo wszystko przybrałam minę osoby, która nocuje w Ritzu i grzecznie spytałam, ile za to.
– Dziesięć funtów – odrzekła pani, a autorka w ułamku sekundy wysupłała stosowny banknot.
Powiem wam, że jest to nawet dość przyjemne, gdy obsługa otwiera przed wami drzwi do waszej prywatnej (no, trzyosobowej raptem), intymnej, ciemnej loży znajdującej się na wyciągnięcie ręki – dosłownie – od sceny. I oglądacie sobie, siedząc jak jakaś wielka persona, łapiąc spojrzenia aktorów. Myślę, że to było najlepsze zakończenie wycieczki, jakie mogłam sobie wyobrazić. A chłopaki naprawdę są cudowne. Gross indecency! – takie wznoszą toasty, aż się chce je pożyczyć. Nawet ubolewam nieco, że nie pobiegłam na tyły po spektaklu, żeby im napiszczeć, jacy są wszyscy fajni, ale mnie takie rzeczy trochę za dużo nerwów kosztują. Za to przynajmniej wiem, jak Lewis Reeves mówi, gdy nie mówi z akcentem z Birmingham, wybitnie antykoncepcyjnym moim zdaniem. To przedsięwzięcie nie mogło się nie udać, jeśli zebrało się inteligentnych aktorów, między którymi wytwarza się zaraźliwa chemia i którym wspólna praca wyraźnie sprawia przyjemność. I widzicie, to jest właśnie ta wielka zagadka teatru – ze spektaklu, w którym teoretycznie nic nie miało prawa zawieść, najlepiej zapamiętałam znakomite Mai Tai w teatralnym barze i to, że bałam się, że zakładając nogę na nogę, kopnę w głowę widza rząd niżej; a z innego, który opowiada historię pozornie przeterminowaną, odpuszcza sobie ruchomą scenografię i inne wodotryski, w ramach dodatkowych atrakcji serwując widzom tylko znane na pamięć dźwięki Bowiego i The Police, wychodziłam oczarowana.
What I really want to do is join the police.
– Are you musical, then?

Potem już tylko hotel, rozbebeszona walizka, mokre włosy na poduszce, budzik ustawiony na czwartą trzydzieści – ale zamiast jak najszybciej zasnąć, gapiłam się bezmyślnie to w Sky News z wyłączonym dźwiękiem, to w sufit, to w wieżę zegarową St Pancras za oknem, słuchając w kółko tej samej piosenki.

I to wszystko. Gratuluję, ściskam rękę, składam pocałunek w stylu Breżniewa i wręczam osobisty order każdemu, kto dojechał do końca.
Teraz trzeba tylko będzie powoli, pomaleńku wrócić do moich pospolitych realiów – i do mieszkania, w którym zastałam rozkoszną temperaturę 14 stopni Celsjusza, bo oszczędnie wyłączyłam ogrzewanie przed wyjazdem. Obawiam się, że wcale nie wróciłam nie na długo, ale to osobny rozdział.
Znam już chmury po drodze; koło tej dużej w lewo, i zaraz będzie dom… wpid-dsc_00272.jpg.jpeg

What’s off stage

Trzeba być mną, żeby w drodze na upstrzone celebrytami wydarzenie (czerwony dywan, flesze, piski, te sprawy) prawie zgubić obcas. Bucik mi się zepsuł. Chwiejnym bardzo krokiem, ale z podniesionym czołem weszłam do teatru. Ubolewam po fakcie, że bucika nie porzuciłam, wychodząc, bo akurat stały tam moje dwa ulubione książęta, och, panie Bateman, jaki pan wysoki z bliska, a ten niepozorny okularnik obok to kto?… Achh, tak. Na zarumienioną od ginu, podekscytowania, gorąca i wysiłku wkładanego w zachowanie równowagi na rozkołysanym obcasie twarz autorki wypłynął odruch warunkowy. Ot, moje szczęście – zawsze wpadnę na kogo trzeba.
Do hotelu nie tylko wróciłam w obu pantofelkach, ale jeszcze skrzypiącym metrem zamiast karocy. Muszę chyba trochę popracować nad moją kopciuszkowatością.
Przechodziłam pod teatrem, w którym cały ten cyrk miał miejsce, przed południem i jakież było moje zdziwienie, gdy pod zamkniętymi jeszcze na trzy spusty drzwiami spostrzegłam przykryte śpiworami małolaty. O osiemnastej stężenie małolat przekraczało wszelkie dopuszczalne normy; ochrona wyłuskiwała spomiędzy tej hordy publiczność z biletami unoszonymi w garści nad głową.
Wieczór był słodki – towarzystwo, koktajle, wspaniałe śpiewające głosy, sławni ludzie ocierający się o mój płaszczyk w foyer, czarujący we własnej osobie Tom Hiddleston, który ku ogromnemu zaskoczeniu widowni wparował na scenę, żeby odebrać nagrodę za best play revival, to jest „Koriolana”… (on na żywo wygląda jak przecinek, dłuuuugi i cienki). Niemniej niżej podpisana jest zirytowana niezmiernie, bo wygrali nie ci, którzy wygrać powinni byli.
Wygrali najbardziej popularni.
Nie dziwi mnie to, ale szkoda trochę. Nasza biedna wstydliwa słabość (och, te kujońskie pingle, i jeszcze z mamą się przyszło; mówię przecież, że toto jest urocze nie do zniesienia) nie miała szans, choć zapracowała. Mark Strong, który samym spojrzeniem wgniata widza w podłogę i rozciera po niej to, co z wstrząśniętego widza pozostało, przegrał z Doktorem Who. Helen McCrory, nad której Medeą rozpływałam się tu przynajmniej dwukrotnie, przegrała z towarzyszką Doktora Who. Facet siedzący obok mnie parsknął, gdy to ogłoszono. I to najlepsze podsumowanie.
Otoczka była bardziej fascynująca niż sama impreza, która w sumie sprowadzała się do wymieniania sponsorów i błyskawicznego przechodzenia od kategorii do kategorii. Byłam, widziałam, zapisałam w pamiętniku, wnukom opowiem, ale nie będę drzeć szat, jeśli więcej tam nie trafię.
Tak czy inaczej, to ciekawe doświadczenie, bardzo absurdalne i troszkę baśniowe – przeciskając się przez tłum przed wejściem w rytmie trzasku migawek, przez chwilę macie wrażenie, że jesteście w centrum wszechświata. Bardzo pięknego, pachnącego, lśniącego wszechświata, w którym nie istnieją żadne mroki i zmartwienia.

There’s a starman waiting in the sky

Obiecałam, że będą słabe zdjęcia i proszę. Luty, godzina szósta, mgła i szron. I niemiłosiernie zaspana autorka marząca o drzemce. Marzenie się spełniło – zasnęłam i obudziłam się już nad morzem.

image

Miasto, którego nie ma, przywitało mnie ponad godzinną kolejką do kontroli paszportowej – uroczo z ich strony, doprawdy. Dotarcie do centrum zajęło mi więcej czasu, niż lot z Polski. Nie spieszyłam się na szczęście. Teatr przecież dopiero wieczorem.
W ulewnym deszczu dotarłam na Shaftesbury Avenue, głośną, pstrokatą, pachnącą chińską kuchnią – Soho w najpełniejszym wydaniu. Weszłam na widownię, zajęłam miejsce i po kwadransie wiedziałam, że chcę to zobaczyć jeszcze raz. Ot, niby zabawna historia, starzy kumple spotykają się w domu jednego z nich i wspominają stare czasy. Są bardzo różni, od pociesznego, przeraźliwie samotnego grubaska po seryjnego łamacza serc nieznośnie świadomego swego uroku, ale mają coś wspólnego – wszyscy są gejami i w życiu każdego z nich znaczącą rolę odegrał (lub dopiero odegra) tajemniczy Reg. Ten obiekt powszechnych westchnień stanie się nemezis każdego z bohaterów. I tu właśnie historia przestaje być zabawna, a serce widza do ostatniej sceny będzie powoli, metodycznie i boleśnie łamane.
To właśnie to przedstawienie, na które tak bardzo chcialam pójść i na które przypadkiem upolowałam bilet za dychę. Intuicja mnie nie zawiodła.
image

To również przedstawienie, w którym są nadzy mężczyźni, owszem, przeoczyć części intymnych nie sposób, ale opowieść tę nagość uzasadnia. Dodać muszę, że właściciel ocenzurowanych pośladków (Lewis Reeves, zapamiętajcie na wypadek, gdyby został sławny) jest jedną z najpiękniejszych istot ludzkich, jakie w życiu widziałam – ta niewinna twarzyczka, mój Boże. Spójrzcie na ten profil. Do tego świetnie mówi z okropnym akcentem z Birmingham, uchodzącym tutaj za najbardziej obciachowy. Aż chciałabym usłyszeć go mówiącego po swojemu.
Oglądanie z pierwszego rzędu to dziwne doświadczenie. Trochę tracicie przez żabią perspektywę, ale za to macie na wyciągnięcie ręki aktora z jego najdrobniejszym grymasem, kolorem tęczówek, zmarszczkami, zapachem, mokrym czołem, piętami i… no, tym, co akurat było w pakiecie przy okazji tego przedstawienia. Pierwszy rząd to niemal kulisy. Widzicie, jak to nazywa mój znajomy aktor, samo mięcho. To dość ekscytujące.
Bardzo, przebardzo muszę jeszcze raz. Jeden z wieczorów mam ciągle niezagospodarowany, więc może się uda.
A dziś podobno jakieś święto zakochanych? To się świetnie składa. Słońce świeci, ptaszki za oknem śpiewają, więc przepraszam, ale zostawiam was i idę się zakochiwać.

On a steel horse I ride, and I’m wanted dead or alive

Poniższy wpis będzie nawiązaniem do wpisu poprzedniego. Będzie też wyjaśnieniem, dlaczego moje mieszkanie nie doczeka się remontu nie tylko w tym roku, ale i chyba w kolejnym.
Nigdy nie byłam zbyt mocna z przedmiotów ścisłych. W liceum byłam pierwsza do udziału w konkursach recytatorskich i podśpiewywania w chórkach w kapeli kumpla, wypracowania z polskiego pisałam połowie klasy, ale wszystkiego z cyferkami nienawidziłam serdecznie. Teraz na szczęście w obcowaniu z nimi wyręcza mnie technologia. Wtedy szukałam każdej okazji, żeby zwolnić się z lekcji, aż któregoś dnia, gdy znowu pokrętnie się tłumaczyłam z nieprzygotowania, moja nauczycielka chemii westchnęła:
– Ty jesteś niepoprawna.
Kilkanaście lat później te słowa pozostają aktualne i nadal nade mną wiszą; być może powinnam wydrukować je sobie na wizytówce: Panna Iksińska, niepoprawna, do usług.
Oto dowody mojej niepoprawności, nieuleczalności oraz tego, że rozum opuścił autorkę na dobre dawno temu. Autorka nie jest pewna, gdzie zamieszkał, ale z pewnością daleko.

Małe zadanie z cyklu „porównaj obrazki”.
W ubiegłym roku do mojej skrzynki pocztowej spłynęło coś takiego. To już wam pokazywałam.
RND

Dziś dla odmiany do mojej skrzynki pocztowej spłynęło coś takiego.
dead

Droga redakcjo, czy to jest normalne, żeby mieć plany na październik w lutym?
Mówiłam przecież, że to sekta. Raz pójdziecie i już na was lepką sieć zarzucają.
Coś zresztą jest na rzeczy – dzięki czytankom dorobiłam się różnych interesujących znajomych po obu stronach kurtyny, poznałam zakamarki Londinium, o których nie miałam pojęcia (i do których nie zawsze wolno ot, tak sobie wejść) i zdobyłam wiedzę, która jest mi absolutnie do niczego niepotrzebna, ale jest fascynująca. Wiem, rozpływałam się na ten temat wielokrotnie, przy czym to mój blogasek i mogę. Poza tym szczerze zachęcam do rozważenia uczestnictwa w takim wydarzeniu, jeślibyście przypadkiem planowali wycieczkę do Brytfanny. Czytanka mają tę przewagę nad pospolitymi wizytami w teatrze, że widz idzie na własne ryzyko, pojęcia nie mając, co go czeka. Jeszcze większym ich urokiem jest to, że podczas, w trakcie i po wszystkim panuje cudownie swojska, zrelaksowana atmosfera. Dlatego wracam, gdy tylko mogę. Nie jestem wcale jedyną cudzoziemką, która musi pokonać ponad tysiąc kilometrów, żeby wziąć w tym udział. Nawiasem mówiąc, o ile innostrańcy najeżdżający West End na drugim brzegu rzeki nikogo nie dziwią, o tyle tutaj, gdy tylko komuś nieostrożnie się przyznacie, skąd was przywiało, natychmiast stajecie się ciekawostką.
A mój pierwszy raz pamiętam doskonale. Wlazłam nieco zdezorientowana do foyer teatru, który za całe to zakrojone na 30 lat przedsięwzięcie odpowiada, a tam miły pan popatrzył na mój bilet i powiedział:
– Ale to nie tutaj. To chyba w naszej sali prób za rogiem, pierwsza w lewo…
Poszłam zatem do sali prób za rogiem, pierwsza w lewo. Zapytałam kolejnego miłego pana, czy to tutaj, a on pokręcił głową.
– Nie. Chyba w tym budynku naprzeciwko… Tak, na drzwiach wisi kartka.
No i rzeczywiście, na szklanych drzwiach zupełnie przeciętnego biurowca wisiała kartka z logo i napisem „Ahem! Please queue here”. Za tym pierwszym razem pysznie się bawiłam, ale przyznać trzeba, że czułam się jak intruz – jak ktoś, kto niechcący wbił się na czyjeś urodziny; za trzecim natomiast uświadomiłam sobie, że rozpoznaję większość publiki. I co prawda teraz te urocze imprezki mają swoją bardzo wytworną siedzibę, niemniej i tak lepiej sprawdzić, czy na pewno akurat tam należy się stawić.

Chciałabym powiedzieć, że to wszystko i nie podjęłam żadnych więcej wariackich decyzji.
Niestety.
Siedziałam wczoraj rano, słuchając jednym uchem opowieści koleżanki o tym, że ona chciałaby pomalować kuchnię na biało, a mąż na beżowo (suspens mnie zabijał, doprawdy) i przeglądając jednym okiem newsletter, gdy wtem oko zauważyło w newsletterze coś, co sprawiło, że natychmiast się ożywiłam i stoczyłam ze sobą krótką wewnętrzną walkę, a reszta jest milczeniem.

No dobrze. Czas wyjść pomnażać PKB, a następnym razem odezwę się już chyba z obcych krain. Jak zwykle jestem podekscytowana do granic wytrzymałości i najchętniej już pojechałabym siedzieć na lotnisku, wypadałoby mimo wszystko najpierw się spakować czy coś. Przede mną bardzo intensywny tydzień – przed wami natomiast, obawiam się, kilka przekrzywionych zdjęć, dużo rozwlekłych wynurzeń na tematy, które nie interesują nikogo poza autorką (aczkolwiek będzie też o golasach, innych golasach i o celebrytach). Podobno jest ciepło, więc będę mogła zabrać mój ukochany płaszcz. Bez niego ani rusz.

PS No i widzicie, wszystko się da, gdy człowiek odpowiednio się uprze. Głosowałam na niego. Cudowna historia.
Mam nadzieję, że w tym drugim głosowaniu też mi się – tfu tfu, ściskamy kciuki! – powiedzie. Się okaże w niedzielę. Co mi przypomniało, iż muszę pantofelki wypastować.

Read me a story, tuck me in tight

„Został już niecały tydzień do wyjazdu do miasta Londyn”, powiadomił mnie dziś rano newsletter. Tak, dziękuję serdecznie. Jakbym mogła zapomnieć.
Nadal nie mam żadnego pomysłu na niedzielną sukienkę, ale koniec końców doszłam do wniosku, że to właściwie bez znaczenia, bo i tak nikt na mnie nie zwróci uwagi. Nadal nie do końca wiem, jak to się stało, że wybieram się na taką imprezę, ale widocznie każdy Kopciuch musi doczekać się swojego balu i to jest mój. Poza niedzielną sukienką większych problemów nie mam.
Tymczasem moje ulubione miejsce w mieście Londyn poinformowało mnie dziś, że otwiera sprzedaż biletów na nowy sezon (formalnie od jutra, ale ci, co miejsce śledzą w mediach społecznościowych, dostali dodatkowe 24 godziny), z której to szansy skwapliwie skorzystałam, bo jakże mogłabym nie, skoro w jednym z przedstawień będzie się prężył ten sam uroczy młodzian, co w październiku czaił się u moich stóp, więc go lubimy bardzo. Ponadto miejsce powiadomiło, że jutro ogłasza nowy program czytanek – z niezrozumiałych dla mnie przyczyn (właściwie bardzo zrozumiałych, ale umówmy się, takich rzeczy nie robi się ludziom o słabym sercu) postanowiło zilustrować ten wpis zdjęciem, które wywołało u autorki nieco krępujący odruch warunkowy. A jakby tego było mało, miejsce zapowiedziało, że będą też wydarzenia z udziałem najcudniejszego głosu w naszej części wszechświata – raptem w miniony weekend zwierzałam się tutaj, jak mi się marzy podobna atrakcja – więc teraz pozostaje po prostu odłożyć remont na kolejny rok; ściany mogą poczekać, wrażenia niekoniecznie. Inni mogą zabijać się o bilety na tych wszystkich Fiennesów i Spaceyów, ja tam wolę moich skromnych ulubieńców i podążam za nimi wiernie.
Przeczytałam właśnie to, co napisałam powyżej i uświadomiłam sobie, że już nikt się nie nabierze na moje usilne próby snobowania się na miłośniczkę kultury wysokiej. Wysokiej i owszem, kultury – hmmm…
Spróbuję obronić mój wizerunek i dodam, że wczoraj po drodze do fryzjera wstąpiłam do księgarni i ku mojej niezmierzonej radości znalazłam przepiękne Szaleństwo katalogowania Eco, które zawsze chciałam mieć, za raptem 49 złotych, a kosztowało do niedawna 130. To bardziej książka do oglądania i nabożnego gładzenia kartek niż czytania – chociaż tekstu w niej nie brakuje – więc od wczoraj gładzę nabożnie. Nabyłam też Czarnego Anioła, zbliżam się już do końca i ponownie żałuję, że taki Kraków to już pieśń przeszłości, a ten nowy coraz mniej mi się podoba. Jakoś mi bliższe te ciemne piwniczne izby, a nawet wódeczka w czyjejś kuchni od miejsc, w których skinny flat white zakąsza się bezglutenowym burgerem przy dźwiękach muzyki od razu wypadającej drugim uchem. I już nie każdy tutaj, cytując Maleńczuka, mniej lub bardziej jest artysta. Trochę szkoda.

I’m aching to find someone to share my life with

Dzisiejsza moja pogadanka będzie najpierw płytka i beztroska, ale nie należy liczyć, że pozostanie taka do końca.
Otóż zapoznałam się z listą najbardziej seksownych mężczyzn na tym łez padole.
Zacznijmy od tego, że większość nazwisk musiałabym wyguglać, bo pojęcia nie mam, co to za jedni – ale mi się nie chciało. Natomiast mój komentarz do pierwszej dziesiątki pozwolę sobie przedstawić w poniższych punktach.
1. Nie w moim typie.
2. Ja wszystko rozumiem, ale seksowny?…
3. Nie w moim typie, przy czym obleci.
4. Nie w moim typie.
5. Nie znam.
6. Nie znam.
7. Nie znam.
8. Nie znam.
9. Nie w moim typie.
10. A w życiu.
Oczywiście żaden z moich szczególnie ulubionych na tę listę nie trafił, więc tak się zastanawiam, czy ja może mam z gustem coś nie tak?… Ach nie, przepraszam. Idris Elba jest. Choć on jeden broni mojego honoru.
Dobrze, tośmy sobie poplotkowali. Wystarczy. Teraz będę spuszczać emocje.

Był ktoś na Johnie z National Theatre? Bo ja po powrocie z rozczarowująco pustawego kina powiem wam jedno.
Cieszę się bardzo, że nie poszłam na to do teatru.
Wywieźliby mnie z widowni w strzępach.

Domyślam się, że nie do każdego trafia taka stylistyka, takie historie i tak śmiały sposób ich opowiadania – to nie jest przedstawienie, o którego pierwszej scenie zdążycie zapomnieć po dwudziestu minutach, boków też nie zerwiecie, a po wyjściu nie powiecie: „no, fajnie było, to teraz możemy iść na drinka”. O nie. Prędzej wypełzniecie z widowni obolali i niezbyt szczęśliwi, udając, że coś wam do oka wpadło. Albo wymaszerujecie zirytowani, że taką tanio skandalizującą chałę ktoś wam kazał oglądać.
Osobiście wypełzłam. Trafiło w mój czuły punkt. Jeśli macie jakieś demony pod skórą, jakieś wspomnienia, które wolelibyście wyprzeć – jest bardzo prawdopodobne, że ten spektakl je obudzi.
Sporo w tym było groteskowych scen i tekstów, przy których widownia chichotała, ale w gruncie rzeczy to łamiąca serce, porażająco bolesna opowieść o człowieku, który nie miał szans ułożyć sobie porządnie życia – dorastał z ojcem katującym rodzinę (w drugiej minucie wiadomo, skąd ostrzeżenia, że to spektakl dla dorosłych…), matka się zapiła, bracia zginęli. Jako osiemnastolatek dorobił się własnego syna, którego przez wiele lat nie widział. Nabawił się wszystkich możliwych nałogów, mieszkał na ulicy, nielicznych przyjaciół zabrało mu AIDS. Wreszcie trafił do pudła za popełnione na haju przestępstwo. Po latach nieudanych związków z kobietami zrozumiał, że jest gejem. Można by się zżymać, że to niemal telenowelowe nagromadzenie zwrotów akcji i nieszczęść, gdyby nie fakt, że to wszystko prawdziwe opowieści z najzupełniej prawdziwego życia.

W pewnym momencie głos aktora zostaje zastąpiony głosem prawdziwego Johna. Niewyraźnym, nieśmiałym głosem poturbowanego przez los pięćdziesięciolatka, który bardzo chce wreszcie uporządkować cały ten burdel. John, ogromnie pogubiony, szuka tego, co my wszyscy – czyjejś bliskości. Czyjejś uwagi. Kogoś, kogo mógłby obdarzyć całą miłością, jaką w sobie ma.
Zanim ta przejmująca scena nastąpi, wędrujemy z nim przez ciemne pokoje rodzinnego domu, ulice Clapham, przytułki i więzienia, żeby wreszcie trafić do męskiej sauny, w której John czeka, aż ktoś go zauważy. Po prostu.

Gdyby to była zwykła sztuka, pewnie uznałabym ją za zbyt rzewną, ale DV8 nie robi zwykłych sztuk. Nie kombinuje z wydumanymi scenariuszami, bo poszukuje ich w rzeczywistości. DV8 przypomina, że podstawowym instrumentem aktora jest jego ciało – i udowadnia, jak doskonały jest to instrument.
Ten spektakl może się podobać albo odstręczać, ale zrobiony jest z imponującą perfekcją. Są sceny, gdy widz zachodzi w głowę, czy stopy protagonisty zostały przybite gwoździami do podłogi, bo normalny człowiek takich ruchów nie jest w stanie wykonać, nie odrywając kończyn od gleby. Każde słowo jest ilustrowane gestem i to gest determinuje jego znaczenie; można być głuchym na samą fabułę, ale cielesna ekspresja wykonawców poruszających się w rytm słów oszałamia. Domyślam się, jak morderczy wysiłek za tym stoi, biorąc pod uwagę, że aktorzy mówią i tańczą jednocześnie, jedno i drugie wykonując jakby od niechcenia. Z dziwną fascynacją ogląda się ich piękne lub niepiękne ciała, kropelki potu i tatuaże, wygięte barki, napięte mięśnie łydek, naprężone palce stóp, obnażone i nie zawsze płaskie brzuchy. Jak oni cudownie ze sobą współpracują. To momentami ogromnie zmysłowe, momentami odpychające, ale przez bite dziewięćdziesiąt minut wzroku nie sposób oderwać.

Nawiasem mówiąc, to samo napisałam w 140 znakach, by świtem odkryć, że odtwórca głównej roli posłał dalej mój tweet. Och.

The G-spot is in the ears. He who looks for it below there is wasting his time.

Taki mam ostatnimi czasy nerw, że sama siebie nie lubię. Może to przez ten księżyc, może przez hormony, może dlatego, że jeszcze dziewięć długich dni do wyjazdu (no dobrze, osiem i pół – osiem i pół brzmi dużo lepiej, a jutro o tej porze będzie już siedem i pół, czyli do przeżycia), a może po prostu czasem człowiek musi tak mieć – ot, dla równowagi psychicznej, by potem przypomnieć sobie, jak dobrze potrafi być. Wszystko, absolutnie wszystko wytrąca mnie z równowagi i nic nie układa się jak należy. I wszyscy mnie drażnią. Ogólnie rzecz biorąc, chwilowo lepiej do mnie nie rozmawiać, jeśli nie ma się czegoś naprawdę a) ważnego, b) miłego do powiedzenia.

Kontynuując wczorajszy wątek prywatności – natknęłam się dziś na taki oto artykuł, jednocześnie rozbrajający i nieco, hm, przykry. Mieszane mam uczucia. Chodzi mianowicie o to, że korespondencja pomiędzy Vivien Leigh a sir Laurence Olivierem – bardzo pikantna korespondencja, bo oni ostro romansowali w swoim czasie, co zresztą skończyło się małżeństwem – ma zostać upubliczniona. Fragmenty można sobie przeczytać w tym tekście również. Autorki współczesnych powiastek erotycznych mogłyby się od Larry’ego sporo nauczyć. Uchh. Zawsze bardziej mi się podobali mężczyźni, którzy potrafią interesująco się wysławiać. Co prawda fragment z majteczkami nieco zbił mnie z tropu, ale gdy pisze się do kogoś pożądanego i bliskiego, każde wyznanie jest na miejscu i chce się powiedzieć wszystko. No właśnie. Gdy pisze się do kogoś bliskiego.
Z jednej strony wszystko to ciekawe, urocze i w pewnym sensie kuszące. Z drugiej – jest w tym pomyśle coś ogromnie niewłaściwego. Domyślam się, że rodziny obu stron zostały zapytane o zdanie i wyraziły zgodę na „odtajnienie”, ale to są zapisy bardzo intymnych dialogów między zakochanymi w sobie ludźmi, nie pospolite listy z podróży czy cokolwiek w ten deseń. Ja tam bym nie chciała, żeby moje frywolne wynurzenia trafiły pewnego dnia do publicznych archiwów. Oczywiście szanse na to mam znikome, bo raczej nigdy nie wypłynę w Hollywood i nikogo moja lubieżna korespondencja nie interesuje (poza odbiorcą, mam nadzieję), niemniej nie opuszcza mnie wrażenie, że listy tych dwojga jednak nie powinny być czytane przez nikogo poza adresatami. Nie wiem, może staroświecka jestem, ale chyba za bardzo się spudelkowaliśmy i za dużo chcemy wiedzieć o innych. A po co nam taka wiedza w ogóle – nie mam pojęcia.

Could you take my picture, ’cause I won’t remember?

Czytałam wczoraj, że Dame Helen Mirren, przebywająca akurat w Nowym Jorku na gościnnych występach, jeździ po mieście metrem. Wielu współpasażerów zastanawiało się, czy to możliwe w ogóle jest, żeby siedzieli w jednym wagonie z taką gwiazdą i zakładali, że to po prostu ktoś podobny, aż wreszcie ktoś zrobił zdjęcie – no i rzeczywiście, Helen Mirren. Jak w pysk strzelił, z całym szacunkiem.
Zawsze przyjemnie wiedzieć, że celebryci, o których lubimy myśleć, że są z innego uniwersum (inna sprawa, że niektórzy z nich sami lubią tak o sobie myśleć – nadal pamiętam moją niegdysiejszą rozmowę ze znajomym znajomego, naszym rodzimym aktorem znanym głównie ze średnio udanych seriali; wielkie nieba, cóż to był za niemiłosierny buc), nader często zachowują się jak wszyscy inni pospolici zjadacze chleba.
Piszę o tym, bo zastanowiło mnie to zdjęcie.
Nie wydaje mi się do końca właściwe cykanie fotek osobom publicznym w prywatnych okolicznościach. Wiem oczywiście, że dla nich to poniekąd wliczone w cenę bycia, kim są, ale to jakieś chyba niegrzeczne trochę. Znana twarz czy nie, to jednak ciągle człowiek, nie manekin, w dodatku obcy człowiek, i wcale nie musi lubić, gdy mu się przeszkadza w rozmowie, piciu piwa czy przemieszczaniu się z punktu A do punktu B. Pamiętam zresztą, jak kiedyś czytałam wywiad z moim jakże ukochanym Andrew Scottem, w którym też powiedział, że o ile zawsze chętnie spełnia prośby o strzelenie sobie wspólnej fotki, o tyle sytuacja, w której ktoś usiłuje ukradkiem go sfotografować, jest dla niego raczej krępująca i nieprzyjemna. Nawiasem mówiąc, on też jeździ metrem.
Trzy tygodnie temu, gdy sobie pokornie marzłam pod tylnym wejściem do teatru, zaobserwowałam właśnie takie zjawisko w postaci przyczajonych typków krążących dookoła jak elektrony – dodajmy, że to wejście mieści się w ciasnym, króciutkim zaułku przypominającym raczej podwórko i nie ma szans, żeby człowiek wmieszał się tam w tłum – i niby to niepostrzeżenie trzaskających foty telefonami. Pół biedy z telefonami. Jeśli macie takie coś w zwyczaju, a żywię nadzieję, że nie, zastanówcie się dwa razy, czy na pewno najlepszym narzędziem do zrobienia komuś dyskretnie zdjęcia jest iPad…
Nie kumam tego – podobnie, jak nie kumam filmowania koncertów. Nie wiem jak wy, ale ja po prostu pasjami uwielbiam stać za kimś, kto zasłania mi widok na scenę swoim świecącym Galaxy S-ile-tam-teraz-jest. Nie wiem jak wy, ale osobiście podejrzewam, że oglądanie filmu składającego się z drgającego obrazu i dźwięku, który brzmi raczej jak przejeżdżający pociąg towarowy niż muzyka, musi być niebywale ekscytujące.

Na drugą nóżkę przeczytałam wyniki sondażu o bywaniu w teatrze. Podobno 84% Polaków w ubiegłym roku w ogóle nie było, tylko 2% polazło tam więcej niż trzy razy (cześć!). Właśnie próbuję policzyć, za ilu rodaków wyrabiam normę (w czwartek idę na Johna, ale to do kina, więc liczy się połowicznie – niemniej to przy okazji pierwszy czwartek miesiąca, co oznacza tańsze bilety do Starego, z których ochoczo korzystam). Ponoć też kobiety bywają częściej niż mężczyźni, co mnie akurat nie dziwi ani trochę. 2% niebywających nie chodzi, bo nie ma się w co ubrać. To najsłabsze wytłumaczenie z możliwych, z gatunku „pies mi zjadł pracę domową”, ale niech będzie.
Tymczasem autorka „Zabić drozda” wydaje nową powieść. Po 55 latach. Pośpiech jest wrogiem postępu, jak wszyscy wiemy, więc może i ja przed setnymi urodzinami jednak będę miała ten wymarzony wieczór autorski (choć po dzisiejszym dniu w pracy jakoś powątpiewam, bym takich urodzin dożyła).

There are no miracles on Mondays

Zaprawdę powiadam, jest w życiu wiele przyjemniejszych chwil niż taka, w której stukacie notatki podczas niesłychanie ważnego spotkania, gdzie padają niesłychanie ważne słowa i wtem uświadamiacie sobie, że jeśli spotkanie nie skończy się w ciągu najbliższego kwadransa, to dalszą część notatek będziecie musieli spłodzić długopisem (którego nie macie) na papierze (którego nie macie), bo bateria coraz słabsza. Oczywiście spotkanie się przeciąga. I dokładnie w momencie, gdy mają paść najważniejsze ze wszystkich niesłychanie ważnych słów, ekran waszego laptopa staje się przerażająco, zupełnie i całkowicie czarny.
Modliłam się, żeby tych ważnych słów nie było za wiele, bo inaczej zapomnę i będzie problem.
– Zapisałaś to wszystko? – wyszemrało moje najwyższe kierownictwo.
– Oczywiście – odparłam z kamienną twarzą.
Na moje szczęście – i ku utrapieniu niektórych mężczyzn – mam dobrą pamięć.

Jakby tego było mało, po godzinie pisania innego dokumentu zamknęłam go, nie wcisnąwszy uprzednio CTRL+S, więc cała zawartość poleciała w kosmos. To nie jest mój dzień. Może dlatego, że nie mam dziś na sobie żadnej z moich szczęśliwych bransoletek, którymi zwykle dzwonię z daleka. Jako zabobonna baba rzadko wychodzę z domu bez całego arsenału moich talizmanów, niemniej dziś dramatycznie zaspałam i wybiegłam z domu, złapawszy tylko rzeczy najpotrzebniejsze. Właściwie to powinnam się cieszyć, że zaspałam, bo jak wiadomo, od pewnego czasu mam raczej odwrotny kłopot.

Po weekendzie nie mogę się nadziwić, jak mocne potrafią być nasze więzy z ludźmi, których właściwie znamy słabo, widujemy niezbyt często, a jednak za każdym razem nie możemy pozbyć się wrażenia, że oni w naszym życiu byli od zawsze – no chyba, że znamy się z poprzednich wcieleń. Nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć. To jakbyście odkryli, że macie bliźniaka (chyba – nigdy nie miałam rodzeństwa). Ja się nie zaprzyjaźniam łatwo i w gruncie rzeczy nie potrzebuję zbyt wielu ludzi w moim życiu, ale czasami, zdecydowanie zbyt rzadko, coś od razu klika i od razu wiem, że osobnik myśli tak, jak ja.
To miłe.
Mniej miłe jest to, że weekend zepchnął moją dietę w otchłań (bądźcie przeklęte, buraczane gnocchi w Trufli, utaplane w lubieżnej ilości koziego sera). A już tak dobrze szło. No cóż. Jest poniedziałek, możemy zacząć od nowa. Temu przecież służą poniedziałki.

Ach, zapomniałabym – ciekawa muzyczka na dziś. Tym razem nie smęty. Panowie lubią wykorzystywać w swoich kawałkach różne nietypowe dźwięki z przeszłości – i w tym przypadku wzięli na warsztat nagrania rozmów między centrum kontroli lotów w Houston a załogą Apollo 8, okrążającego akurat Księżyc. Wyszło im coś bardzo poruszającego.

Ale to jest Szekspir

Chciałabym, żeby napad amnezji pozbawił mnie wspomnień z dzisiejszego dnia. Brrr. Mózg mi zgalareciał.
W nagrodę za cierpienia kupiłam sobie sushi na kolację.
W mojej dzielnicowej Biedronce.
O, smutna ironio naszych kapitalistycznych czasów.
Nie było jakieś specjalnie dobre (przynajmniej dali dużo marynowanego imbiru…), ale zawsze przyjemnie pozasuwać pałeczkami.
Śmiem przypuszczać, że nikogo nie interesuje moja kolacja, idźmy zatem dalej. Nie żeby dalej było bardziej pasjonująco, bo o teatrze będzie.

Gdy stałam wczoraj w kolejce do szatni w Starym Teatrze, by wymienić moje futerko na numerek, młoda dama od stóp do głów odziana w lśniącą taftę posłała mi SPOJRZENIE.
Tak, wiem, w dżinsach przyszłam.
Rozejrzałam się i uświadomiłam sobie dotkliwie, że wokół same tafty, jedwabie, cekiny, perły i zamszowe szpilki. Wielkie nieba, jest środek tygodnia…
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że też miałam na sobie nobliwie czarny sweterek.

Usadowiłam się w fotelu, kurtyna opadła (tak – opadła, nie podniosła się) i zobaczyłam papieża w lektyce oraz rząd pokornych duchownych oddających mu hołd. Bo kto powiedział, że akcji Króla Leara nie można przenieść do Watykanu?… Znaczenie pozostaje takie samo, ta historia jednakowo mocno wybrzmiewa osadzona w odrealnionym, dusznym światku stolicy Piotrowej, w którym każdy ma chrapkę na władzę, a najmocniejsze więzy są nic nie warte.
Jerzy Grałek w głównej roli to czysta godność; może niedołężny starzec, może postradał zmysły, może wcale nie? – do końca dostojny w swojej słabości, bez cienia zbędnej pompy i emfazy. Wspaniała rola.
Ale, ale. Moment, w którym Edmund Gloucester tańczył w swojej wirującej sutannie, był momentem, w którym pomyślałam, że cokolwiek dalej się wydarzy, wrócę do domu zadowolona. Niechby dla tej jednej sceny warto kupić bilet. Już kiedyś rozpływałam się nad scenicznym urokiem Bartosza Bieleni i nadal uważam, że połączenie delikatnego, niemal dziecięcego piękna z lodowato spokojnym głosem i niepokojącym błyskiem w oku jest mieszanką wybuchową, która na scenie doskonale się sprawdza. Chyba mam nowego ulubieńca w mieście.

Podobało mi się. To nie jest wybitne przedstawienie; nie coś, co was sponiewiera emocjonalnie i skłoni do rozmyślań nad kondycją ludzkości – nie wybitne, ale moim skromnym zdaniem dobrze na nie pójść. Ten spektakl jest przede wszystkim oszałamiający, wysmakowany i piekielnie bogaty wizualnie; czysta przyjemność dla oka. Scenografia jest pozornie żadna, ot, ściany i drzwi – ale mnóstwo można na tych ścianach wyczarować światłem i obrazami z kamery zawieszonej nad sceną; efekty tych czarów momentami zapierają dech. A muzyka, och muzyka. Ta dziwna, jeżąca włosy wersja Nothing Compares 2 U otwiera i zamyka całą opowieść.
Tu macie trailer (z tańczącym Edmundem…) na zaostrzenie apetytu.

Wróciłam wczoraj do domu, jęłam guglać (tak mam, że lubię sprawdzać, co inni myślą na temat tego, co akurat zobaczyłam lub usłyszałam; bardzo efektywny sposób na podnoszenie mojego zwykle niskiego ciśnienia) i oczywiście trafiłam na recenzję pełną ubolewań, że w świątyni sztuki znowu się znęcają nad geniuszem barda, w dodatku ten okropny Klata znowu śmie kalać narodową scenę. O jejciu.
Akurat sobie ostatnio przywiozłam z miasta, w którym bard spędził ładny kawałek swojego życia, książkę autorstwa człowieka o prawdopodobnie najpiękniejszym głosie, jaki na tym świecie istnieje, przy okazji posiadającego ogromną wiedzę o twórczości Szekspira. Pochłonęłam całą w jedno popołudnie; to cudna lektura. Bardzo przyjemnie się to czyta, bo autor ma wdzięcznie cierpkie poczucie humoru i żongluje popkulturowymi aluzjami, ale ani na chwilę nie odbiega od tematu.
Od czasu do czasu ten i ów zżyma się na uwspółcześnianie wiekowych sztuk i wyciąga argument jego zdaniem kończący dyskusję, mianowicie „ale to jest Szekspir!”. Wszyscy ci zwolennicy koturnowości i wierności tradycji moim zdaniem powinni w te pędy zapoznać się z tym, co pan Crystal ma do powiedzenia.
Dużo ma, bo siedzi w temacie po uszy, w dodatku jest dziedzicznie obciążony – jego szanowny papa to uznany fachowiec od angielszczyzny. Ponadto jest aktorem, który w sztukach Willa S. również występował. Poza tym wreszcie objeżdża świat z warsztatami. Mam wielką nadzieję, że uda mi się zapolować na jakieś wydarzenie z udziałem onego, choć obawiam się, że gdyby się do mnie odezwał, to bym zemdlała.
Crystal w tej uroczej książeczce rozbiera Szekspira na części pierwsze i wydobywa jego tajemnice, ale najpierw zdejmuje go z zaśniedziałego cokołu. Podkreśla, że nie istnieje żaden jedynie słuszny sposób interpretacji Szekspira – są najwyżej wskazówki. Odkrywa, jak w kwestiach – nie w didaskaliach! – William przemycał instrukcje dla wykonawców; „reżyserował” ich przez tekst. Wyjaśnia, że słynny pentametr jambiczny (de-DUM-de-DUM… – częsta rada dla nierozumiejących, co Will miał na myśli, niestety działająca tylko wtedy, gdy mamy do czynienia z angielskim oryginałem, brzmi: zacznij czytać na głos i cię olśni) miał w rzeczywistości pospolicie praktyczne zastosowanie, bo łatwo było wypowiedzieć cały wers na jednym oddechu, brzmiało to naturalnie, a aktorzy szybciej uczyli się tekstu na pamięć – rytm im pomagał; najlepiej nam wszystkim znany rytm, w którym nasze ciało pracuje przez cały czas. He wrote speech, not speeches.
A nade wszystko Crystal przestrzega przed traktowaniem barda jak bóstwa, o którym można dobrze albo wcale, a jeśli dobrze, to tylko na kolanach i szeptem.
With fame has come a respect, a trend to deify him, to make his play sacrosanct. The six official commandments of Shakespeare:
You Cannot Change Any Of The Words
He Must Not Be Translated
He Must Be Performed A Certain Way
He Must Be Spoken A Certain Way
He Must Be Spoken Of In A Certain Way
We Will Celebrate His Birthday As If He Were Royalty
Alright, I just made those up. But you’d be surprised how many people deem every word absolute truth
.
To jak u nas z Mickiewiczem, nieprawdaż.
Otóż Szekspir nie wiedział, że pisze klasykę. Nie siadał do pisania z myślą „ach, oto zaraz spod mojego pióra wyjdzie arcydzieło, które za 400 lat będzie kanonem na całym globie”. W gruncie rzeczy on w ogóle nie tworzył literatury, ale scenariusze; dostarczał aktorom narzędzia do pracy. Szekspir pisał, jak wszyscy jemu współcześni, na czas i dla pieniędzy. Czasu nigdy nie było dużo, bo wtedy teatry potrzebowały nowej sztuki właściwie co tydzień. Pisał dla aktorów, nie dla czytelników (bo w jego czasach kupowanie wydrukowanych egzemplarzy dramatów to był jakiś kosmiczny snobizm). Pisał też w kawałkach. I nie zawsze sam. I nie wszystko w jednej wersji. I to, co czytamy teraz, zostało i tak po wielokroć uwspółcześnione. Nie ma czegoś takiego, jak „autentyczny” Szekspir. Tym samym zupełnie nie rozumiem, co takiego nietykalnego ma być w jego sztukach i czemu obruszać się na fakt, że ktoś ubiera jego historie we współcześnie modne szatki. Wątpię, by komplementem dla autora było traktowanie jego wytworów jak obiektów muzealnych, które traktuje się z nabożną czcią i od czasu do czasu odkurza miotełką, ale które są kompletnie martwe. Jeśli te opowieści są tak uniwersalne i plastyczne, czemu z tego nie korzystać? Czemu nie osadzać ich w przeróżnych kontekstach, skoro cały ich geniusz tkwi w tym, że da się to zrobić bez najmniejszego uszczerbku na znaczeniu?

Czasami lepiej zdjąć te niewygodne koturny, naprawdę. Bez nich więcej widać i słychać.

PS Bibliotekarz z Orkad jest sławny. W radio był (szkocki akcent bardzo drapie w uszy, ale on jest taki uroczy…).

What makes my bed seem hard seeing it is soft?

Jeśli kto ciekaw, co słychać u mnie i moich snów, odpowiadam – dziękuję, dobrze, to jest nadal są niemiłosiernie pokręcone (albo nie ma ich w ogóle i wówczas od wpół do piątej rano kręcę się po domu). Ostatnio zgubiłam się na irlandzkim wybrzeżu, po którym Bóg wie czemu włóczyłam się samotnie, i dotarłam do tonącego w mrokach miasta z potężną katedrą i ruchomymi rzeźbami na dziedzińcu przed nią, by w drodze powrotnej prawie wyzionąć ducha na bagnach. Innym razem trzykrotnie w ciągu jednej nocy – czemu nocy?… – wchodziłam i schodziłam z tej samej góry, stromym i śliskim szlakiem.
Dziś śniło mi się, że pakowałam się przed wyjazdem i zawartość torebki spadła mi na podłogę. Wśród całego tego badziewia, którego zazwyczaj pełno w babskich torebkach, w moich na pewno, znalazłam wisiorek. Okazało się, że to oprawiona fotografia. Gdy zobaczyłam, kto na niej jest, rozdziawiłam buzię ze zdumienia.
Nie o wszystkim daje się łatwo zapomnieć.
Ten ostatni sen właściwie mnie obudził, więc wstałam na długo przed piskiem budzika, tłumacząc sobie, że cudownie tak skoro świt, bo wreszcie ma się czas na spokojne wypicie herbaty, długą kąpiel i oczywiście stosowną porcję przepięknych smętów.

Tymczasem jeden z moich naczelnych problemów wczoraj znienacka rozwiązał się sam. No i dobrze. Rozwiązał się w sposób niezbyt dla mnie uroczy, ale mniejsza o to. Najważniejsze, że można wykreślić z listy, zamknąć, odepchnąć od siebie; jeden ciężar z pleców mniej. Na moje szczęście nie mam w zwyczaju rozpamiętywać przeszłości – wiem, że nie mogę w żadnym wydarzeniu wziąć udziału po raz drugi, rozegrać mojej partii inaczej. Trudno, stało się, idziemy dalej.
Drugi problem chyba także rozwiąże się sam, dzięki mojej inercji. Bo wszystko mi jedno i nie zamierzam podejmować żadnych dalszych wysiłków. Dziwnie nieprzyjemny jest moment, gdy człowiek uświadamia sobie, że zupełnie już mu nie zależy na czymś, co przez długi czas znajdowało się w centrum jego małego wszechświatka. Nieprzyjemny, a jednocześnie rozluźniający.
Trzeci problem właściwie sobie wymyśliłam, zatem wystarczy przestać o nim myśleć – czy to nie proste? (Nie).
Żebym nie czuła się, jakbym wygrała na loterii, w piątek czeka mnie służbowy wyjazd, zahaczający zresztą o weekend i niezbyt ekscytujący. Cóż, trzeba odrobić swoje, ekscytować się będziemy za raptem dwa tygodnie – a dopiero były cztery… Życie, jak widać, dąży do równowagi.

A w ogóle to chyba jednak żyłam w tej syberyjskiej jaskini, bo wczoraj rano w mojej niezmiennie ukochanej audycji radiowej usłyszałam to. Znam Divine Comedy, żyłam już – a nawet mogłam legalnie pić alkohol – w 1998 roku, gdy tę piosenkę wypuścili, ale jakimś cudem mijałyśmy się przez tyle długich lat. Zakochałam się natychmiast. Idąc wczoraj i wracając z pracy, słuchałam jej w kółko, ignorując trzysta innych kawałków na playliście i uśmiechając się, bo trudno się nie uśmiechać. Szkoda, że nie miałam tego numeru przy sobie podczas ostatniej podróży National Express, gdy w Londynie do autobusu wsiadły tylko cztery osoby. Trzy wysiadły w połowie drogi, a nasza bohaterka wesoło pojechała dalej, między łąki i pola, aż wtem autobus zatrzymał się w pachnącej owcami ciemności i usłyszała: That’s it, love! Nie ma to jak wybierać na wakacje miejsca znane z tego, że w zasadzie nic tam nie ma.
Może kiedyś znowu tam pojadę. Tak sobie tymczasem myślę, że do przedziału PKP w piątkowy poranek ta piosneczka też się nada, a kąśliwy tekst będzie nawet lepiej pasował. I może nawet przetrwamy tę delegację z podniesionym czołem.

Gołe fakty

Wracając jeszcze na chwilę do biletów i ich cen – być może pamiętacie, jak niedawno bardzo chciałam sobie kupić bilecik na przedstawienie z wieloma nagimi mężczyznami, ponieważ jeśli coś może mnie zainteresować, to z pewnością nadzy mężczyźni. Mój entuzjazm opadł, gdy sprawdziłam cenę biletu. Jestem w stanie wydać dużo na pielęgnowanie moich obsesji, ale to była absolutna przesada. Pociągnęłam smutno nosem i stwierdziłam, że innym razem.
Inny raz nastąpił dziś, bo uwolniono pulę tanich biletów w pierwszym rzędzie na dzień, który mi wyjątkowo odpowiada. Za jedną siódmą ceny wyjściowej.
Oby mi tylko oczu nie wykłuli…
Do wielu rzeczy w życiu mam pecha, ale w pewnych obszarach miewam wyjątkowego fuksa. Whatever Lola wants, Lola gets.

Takie poniedziałki to ja mogę. W pewnym sensie zresztą cieszę się, że weekend już minął, bo ostatnio spędzanie wielu godzin we własnym tylko towarzystwie zdecydowanie mi nie służy. Pół biedy, jeśli mam dużo zajęć i niezbyt dużo czasu na myślenie. Gorzej, gdy dzień jest raczej kanapowy. Do południa jeszcze jakoś biorę się w garść, ale później moje zakopane pod ośmioma warstwami pancerza emocje wyłażą na wierzch i zaczyna się wzdychulenie, międlenie problemu w myślach, rozkładanie go na mikroskopijne części, a może by sobie człowiek trochę popłakał, a może by sobie włączył smętną piosenkę… Makabra.

A w ogóle czy to prawda, że w telewizorze gwiazdy będą skakały do wody? Święta Rito.
(Sprawdziłam – prawda. Nazwiska tych gwiazd nic mi nie mówią, mimo że nie spędziłam ostatniej dekady w jaskini na Syberii).
((Mam parę pomysłów na ożywienie tego show)).

Shall I compare thee to an elephant

Tak się porobiło, że ludzie trafiają na mój blogasek, wbiwszy w Gugla cytat z Szekspira. Nie wiem właściwie, czy to dobrze, czy źle. Z drugiej strony nadal dominują zapytania o wódkę i seks z puszystą kobietą (WYPRASZAM SOBIE), więc niewiele się zmienia.
Dzisiejszy dzień jest dla mnie jakiś podejrzanie łaskawy. Oczywiście niezmiennie mam swoje powody do zamartwiania się, ale o nich, jak wiadomo, nie chcemy mówić.
Po pierwsze niesłychanie przyjemny był moment, gdy podczas tuszowania rzęs o poranku usłyszałam w radiu ulubioną piosenkę z ulubionego filmu. Uwielbiam ją, ale rzadko słucham, bo mnie bardzo rusza. Ech, tyle wspomnień.
Po drugie moje błyskawiczne i niezawodne źródła informacji o ciekawych wydarzeniach za Kanałem powiadomiły mnie, że mam już plany na lato, ponieważ latem w mieście, którego nie ma, będzie wystawiany Człowiek-słoń. Przeniesiony z Broadwayu. Z oryginalną obsadą. W roli głównej prawie nikomu nieznany typ pod nazwiskiem Bradley Cooper. Nasza bohaterka wydała z siebie swoje zwyczajowe „khhh…”, po czym natychmiast wzięła pod opiekę bilet na to wydarzenie.
BC
Nie jest źle.
Obiecałam sobie, że weekend spędzę na odgruzowywaniu mieszkania, rozsyłaniu aplikacji (jak mawiał mój były szef – no changes, no money), truchtaniu i robieniu całej masy niesłychanie pożytecznych rzeczy. Proszę o zbiorowe modły, by udało mi się dotrzymać danego sobie samej słowa. Jak wiadomo, nie jestem w tym najlepsza. Powiedzmy sobie szczerze, jestem beznadziejna. Nie pamiętam, czy w jakimkolwiek postanowieniu wytrwałam dłużej niż dwie godziny.

The world’s mine oyster

Moje sny w końcu doprowadzą mnie na skraj szaleństwa.
Przegląd z trzech ostatnich nocy, proszę bardzo.
Sen pierwszy. Uciekam przed humanoidalnymi robotami w towarzystwie jakiegoś starszego pana. Okazuje się, że aby się uratować, musimy dotrzeć do chińskiego baru na przedmieściach Krakowa, do którego oczywiście próbujemy dotrzeć miejskim autobusem, bo każde dziecko wie, że w sytuacji zagrożenia życia najlepiej uciekać zbiorkomem. Ponieważ, jak wspominałam, roboty wyglądają jak ludzie i pełno ich w pojeździe, staramy się wtopić w otoczenie, ale pech chce, że jeden z nich zauważa, iż noszę soczewki kontaktowe i tym sposobem demaskuje mnie jako żywą istotę. Nie wiem, co dalej, bo obudziłam się z okrzykiem przerażenia. Nie mam też pojęcia, kim był ten starszy pan i dlaczego ludzkość miałaby znaleźć ratunek akurat w chińskiej knajpie – ale o ile się nie mylę, to gdzieś w Bronowicach było. Do zapamiętania w przypadku inwazji kosmitów.
Sen drugi. Ten opiszę zwięźle, bo się wstydzę.
Śniło mi się mianowicie, że pewien zamorski teatr organizował warsztaty dla amatorów. Nazwisko prowadzącego pominę, żeby nikogo nie zemdliło. Warsztaty zakładały uczestnictwo tylko jednej osoby naraz, na celu miały wydobywanie tłamszonych emocji (bez komentarza), a ponadto były raczej wypaśne, bo obok samych zajęć w programie był lunch, a na ten lunch ostrygi.
Ostrygi.
Profesor Freud ryczałby ze śmiechu.
No, ja już to widzę.
Nie spodziewam się niestety, by mój piękny sen kiedykolwiek okazał się proroczy, ale mogę sobie wyobrazić, z jakże niepohamowanym zapałem wydobywałabym wszystko, zwłaszcza w takim towarzystwie i zwłaszcza nad tymi ostrygami. Pfff.
Sen trzeci. Całkiem realistyczny i wiem, skąd się wziął, ale jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić.
Kupuję otóż bilet do Nowego Jorku. Spontanicznie. Na za tydzień. Któż nie chciałby spontanicznie kupić biletu do Nowego Jorku i od niechcenia napomknąć szefowi: „och, sorki, nie będzie mnie na spotkaniu w poniedziałek i nie streszczę za ciebie wszystkich dokumentów, których nie przeczytałeś, bo będę na Manhattanie”… Podekscytowana do nieprzytomności pakuję się, jadę na lotnisko (oczywiście w ostatniej chwili – w snach zawsze wyruszam w podróż w ostatniej chwili, cała zestresowana; w rzeczywistości jest odwrotnie, bo przed wyjazdem na ogół mam upiorny Reisefieber i lubię zapas czasu, przy czym w drodze powrotnej zwykle wcale mi się nie śpieszy) i w kolejce do odprawy uświadamiam sobie, że przecież potrzebuję amerykańskiej wizy, a bez niej mogę sobie pojechać najwyżej pociągiem z powrotem do domu.
Czy ktoś jeszcze się dziwi, że wstaję zmęczona i jakoś dziwnie ciągle nie mam siły posprzątać mieszkania? Jeżeli ktoś całymi nocami romansuje, podróżuje i ucieka przed złymi, to jak może stawać w szranki z rzeczywistością za dnia? Mam swoją wytrzymałość…
(A dziś też nie posprzątam, gdyż albowiem będę oglądać).

As far as the altar and no further

Za cztery tygodnie mam niby brać udział w najbardziej dotychczas wyrafinowanej imprezie w moim życiu.
Nie, nie będzie to mój ślub. Wszyscy wiedzą, co myślę o ślubach, zresztą wrócimy do tego za chwilę.
Co prawda moje branie udziału w tejże imprezie w gruncie rzeczy ograniczy się do wciśnięcia się wejściem dla pospólstwa, grzecznego siedzenia na widowni - być może gwizdania na palcach i wymachiwania bielizną przez chwilę – i ewentualnego wysączenia lampki wina, ale i tak wyglądać trzeba. Nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć.
W związku z tym nasza bohaterka przygotowała szatański plan, zakładający tęskne spoglądanie na świeże bułeczki, całkowity zakaz kalorycznych używek, sumienne truchtanie dookoła dzielni, chodzenie spać przed północą, wyrywanie sobie brwi itepe. Jeśli w najbliższych dniach będę zachowywała się jak ktoś, komu odmówiono wszelkich życiowych przyjemności poza byciem bezinteresownie wrednym, to wiedzcie, że będę w istocie kimś, komu odmówiono wszelkich życiowych przyjemności.
A co do ślubów. Otóż mój znajomy pochwalił się, że za pół roku zmienia stan cywilny. Tu ważna dygresja – mój znajomy nigdy nie przejmował się szczególnie wiernością i mimo pozostawania w narzeczeństwie już od jakiegoś czasu, korzystał skwapliwie z rozmaitych możliwości (co zresztą spowodowało przerwę w narzeczeństwie, z której nie wysnuł absolutnie żadnych wniosków). No, ale teraz twierdzi, że za pół roku koniec na dobre, bo ołtarz to jednak nie w kij dmuchał i gdy już przysięgę złoży, to koniec z grzechem.
Z pewnością.
Nie wierzę – najzwyczajniej w świecie nie wierzę w cudowne przemiany tego rodzaju. Nie lubię też przysięgania na coś, do czego przywiązuje się umiarkowaną wagę i ze świadomością, że przysięgi niekoniecznie się dotrzyma. Jeśli wiem, że coś nie jest moją bajką, nie czuję tego, nie nadaję się do tego, nie rozumiem zasad, podług których to działa albo rozumiem je dobrze, ale ich nie akceptuję, to po co w ogóle mam to robić? Ech.
To nie na mój mały rozumek, powiadam. Może lepiej wrócę do kompilowania obrzydliwie zdrowej diety przy dźwiękach odpowiednio do tej okazji smętnej muzyczki.

I know you’re out there somewhere

Samopoczucie mam jak te ohydne ryby, co spędzają życie zagrzebane w mule.
Wystarczy napisać, że zamiast pójść wczoraj na długo wyczekiwane koktajle ze znajomą powróconą z Azji, siedziałam w domu w towarzystwie głosu Jima Morrisona i jednej z przywiezionych książek, ale trudno powiedzieć, bym czytała, chociaż rzecz jest bardzo interesująca i wciąga. Oględnie rzecz ujmując, jestem nieco wycofana. NIECO. Dobre sobie.
Pocieszam się, że to długo nie potrwa. Trzeba po prostu wytrzymać gwałtowny spadek formy, nie rozmyślać, nie rozpamiętywać, nie kombinować nad przyszłością – ot, skoncentrować się na sprawach bieżących. Gdyby ktoś tylko mógł mi powiedzieć, jak to zrobić?…

Czytałam dziś, że coraz więcej Polaków uprawia seksturystykę. Cóż, trzeba sobie jakoś radzić z udrękami codzienności. Na zdrowie. Podróże kształcą. Właściwie w ostatnich miesiącach mnie też można byłoby podciągnąć pod tę kategorię, choć – jeszcze – nie jestem ryczącą czterdziestką mrugającą do powabnych habibich. Nawiasem mówiąc, tego lata zamierzam wybrać się na pierwsze od dawna prawdziwe wakacje, to jest spakować tylko pareo, japonki, bikini i zapas lektur. Po bożemu. Tydzień plackiem w ciepłych krajach. O ile siebie znam, trzeciego dnia zacznę się rozglądać za przygodą (bez związku z pierwszym zdaniem tego akapitu) i ucieknę z plaży, żeby przez cały dzień boży maszerować przez chaszcze, śpiewając wniebogłosy celem odstraszenia węży/niedźwiedzi/tubylców/innych, niepotrzebne skreślić – tak bywało w przeszłości.
Tak. To jeszcze bardzo odległa wizja, ale dość ucieszna. Najważniejsze to mieć do czego odliczać.