What seemed likely did not happen. But for the unexpected a god found a way.

Gdy człowiek zrywa się z łóżka o czwartej rano, z brzydkim słowem na ustach, bo znów pomylił guzik „przesuń o 10 minut” z przyciskiem „wyłącz”, przez cały poranek marzy tylko o tym.

image

Niechby z proszku. Byle było gorące i w miarę gorzkie.

Rozespana i półżywa dzięki wrażeniom ostatnich dni, doleciałam cało, przylepiając nos do zimnej szyby, jakbym nigdy wcześniej tego miasta nie widziała. Przyczesałam włos w lotniskowej łazience i wsiadłam do metra, zachodząc w głowę, jak ten cały Lancz będzie wyglądał.
Otóż, proszę ja was, było raczej uroczo. Pan krytyk to nie żadna napuszona persona, ale wielce sympatyczny dżentelmen o ogromnej teatralnej wiedzy i takich też konszachtach. Zjedliśmy obiad, wypiliśmy po koktajlu, pogawędziliśmy sobie o tym i owym, dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy o paru ciekawych ludziach, natomiast przez cały czas, siedząc w tej knajpie, która istotnie jest raczej stagey, miałam wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę.
– You’re in for a treat tonight – powiedział mi pan krytyk, gdy się rozstawaliśmy. – Please let me know your thoughts after the show.
Pan krytyk miał na myśli Bachantki, których premiera odbyła się poprzedniej nocy. Kiedy świtem siedziałam na lotnisku, w otchłań internetu wyruszały pierwsze wielogwiazdkowe recenzje i zdjęcia wzbudzające pragnienie zobaczenia tego natychmiast.
Almeida Theatre to taki nieduży teatr w Islington, w północnym Londynie. Znany z tego, że robi dobre rzeczy i nie obawia się pojechać po bandzie. I teraz wystawili w nim Eurypidesa. Grecka tragedia, niby nic nowego, nieprawdaż.
Byłam zachwycona. Rozumiem przy tym, że to nie jest rzecz z gatunku podobających się każdemu i że można opuszczać widownię, mamrocząc pod nosem „co to, k****, było”. Powiedzmy, że ta historia nie jest opowiadana w zwyczajny sposób (choć jednocześnie w najbardziej klasyczny z możliwych, z zachowaniem teatralnych zasad starożytnej Grecji). Mamy tylko trzech mężczyzn grających wszystkie główne role – i chór, złożony z dziesięciu bosych kobiet, wyśpiewujący całą opowieść, zanoszący momentami nieco spazmatyczne, zmysłowe modły do swojego boga i wieszczący nędzną przyszłość tym, którzy się go nie ulękną. Bo bóg, napełniający serca i lędźwie swoich wyznawczyń czystą radością, potrafi okrutnie się zemścić na tych, którzy nie oddają należnego mu szacunku.
Śpiew tych kobiet oszałamia i uwodzi, i dzięki niemu cały spektakl przypomina raczej operę, przetykaną tylko z rzadka dialogami.

Ben Whishaw to jest bez dwóch zdań zwierzę sceniczne, które trochę przegląda się w oczach publiczności i łatwo wchodzi z nią w interakcję, jest też aktorem bardzo zdolnym. I jest w nim coś niebywale uwodzicielskiego.
Co nie zmienia faktu, że spektakl kradnie Bertie.
Bertie, zdobywca Oliviera za rolę panny Trunchbull w Matyldzie, na imprezę po premierze Bachantek przyszedł w małej czarnej. Sukience. To zdjęcie dowodzi, jaki facet ma do siebie dystans. Zaniepokojonych, iż tu jakiś dżęder będzie, pragnę uspokoić, że wczoraj po przedstawieniu Bertie objawił się w całkiem pospolitych dżinsach. Bardzo, ale to bardzo chciałam mu powiedzieć, co myślę o jego robocie w tym spektaklu, ale od razu złapali go w objęcia starsi państwo – rodzice, jak przypuszczam – i nie było okazji. Następnym razem z pewnością to zrobię, kosztem trzęsących się kolan, gdyż ten facet to fenomen.
To jeden z tych aktorów, którzy ani chybi żyły by sobie otworzyli, gdyby rola tego wymagała. Na szkoleniach z team buildingu zwykle jest takie ćwiczenie, które polega na tym, że ktoś rzuca się plecami na podłogę, licząc, że stojąca za nim osoba go złapie. Bertie tak robi z publicznością. Jest cały jej. Jest jak rozpędzony bolid, który, mając mur przed sobą, tylko przyśpiesza. Najpierw niepozorny, znienacka ciska swoim napalmem, przyprawiając widzów o gwaltowny opad szczęki. W pierwszych scenach nic nie zapowiada trzęsienia ziemi – ot, wyżelowany koleś w garniturze. Całkiem przeciętny, taki młody, ale zdolny działacz polityczny albo trzęsący giełdą zza biurka bankier z City, pełno takich w wiadomościach, mówiących okrągłe zdania i pachnących władzą. Zwolennik twardych zasad, komunikujący jasno – pozbądźcie się tych zwariowanych bab, nie pozwolę na taki nieporządek. Tylko że (jeśli wybieracie się na ten spektakl, NIE CZYTAJCIE DALEJ) w ostatniej scenie Bertie gra matkę swojego bohatera ze scen pierwszych; przewodzi temu szaleństwu, jest jedną z bachantek, na wpół zdziczałą kobietą z potarganymi siwymi włosami, z pokrytymi błotem ramionami i stopami, zawodzącą śpiewnie – ma się ten głos – nad ciałem zabitego syna. Jego przemiana jest szokująca. Whishaw, pojawiający się w ostatnich minutach jako rozgniewany Bachus, pół-byk, zadający karę nieposłusznym, jest oczywiście fantastyczny, ale to Carvel zabrał sobie bezczelnie to przedstawienie i zrobił ze swojej roli coś w stylu „a teraz pokażę wam, co potrafię zagrać, cóż, wszystko potrafię, nawet ciebie, i ciebie też”. Jego wielką zaletą jest to, że jest z twarzy podobny do nikogo, to znaczy oczywiście atrakcyjny zeń mężczyzna, ale o ile Whishaw jest niesłychanie charakterystyczną osobą, o tyle Bertie jest taki… zwyczajny, i dzięki temu bardzo plastyczny, zdolny do gwałtownych metamorfoz. To, co z niego na scenie wyłazi, jest nie do ogarnięcia, zwłaszcza gdy po przedstawieniu widzicie takiego tam gostka w szarym sweterku podążającego do teatralnego baru.
Nawiasem mówiąc, jest w tym spektaklu scena, gdy jego Penteusz wydaje rozkazy strażom, a tak naprawdę widzom, mówiąc prosto do nich i celując w nich palcem – w tym w niżej podpisaną, oczywiście wziętą w tym momencie żywcem do nieba. Bertie ma niebieskie oczy.
Nota bene, panowie Whishaw i Carvel studiowali razem i przyjaźnią się od lat. I to się czuje. Jest między nimi wielka chemia. W ich wspólnych scenach aż dymi. Nie mam tu na myśli efektów specjalnych (choć są – a najlepsze jest oświetlenie, przesuwający się bezgłośnie dysk z reflektorami, płynący nad sceną jak latający spodek czy raczej tarcza słońca), tylko powalającą charyzmę tych dwóch.

I to jest właśnie to. Ta magia. Dziś po południu wróciłam znużona z przedstawienia, które nie mogło się nie udać – osławiony teatr Young Vic, Proces Kafki, wspaniały Rory Kinnear w głównej roli. A jednak. Zamysł dobry, momenty bardzo dobre, ale całość rozłaziła się w szwach do tego stopnia, że facet obok mnie zasnął. Poważnie. Ja też, Bogiem a prawdą, chwilami myślałam tylko o tym, że Kinnear ma bardzo owłosione plecy i o tym, że w sumie głodna jestem, bo nijak nie mogłam skupić się na treści.
A Bachantki, cóż…

image

Women and wine – toxic combination!

Sogno di mezza estate

29 lipca to też ciekawa data.
Znakomicie pamiętam ten dzień ubiegłego roku. Po wszystkich prowincjonalnych atrakcjach wsiadłam w pociąg i udałam się do Londynu, by w nim spędzić drugą część urlopu. Część ta zasadniczo składała się z chodzenia do teatrów wieczorem i opalania się w parkach za dnia. Pogoda była jak malowanie, niebo bez jednej chmurki.
I w tenże właśnie wtorek rankiem snułam się po Kew Gardens, a wieczorem poszłam na przedstawienie – z założeniem, że po przedstawieniu udam się pod stage door, chociaż absolutnie nigdy wcześniej tego nie robiłam. Miałam bardzo dokładnie obmyślone, co bym chciała powiedzieć, więc przez cały pierwszy akt ten śmiały pomysł wydawał mi się znakomity. W drugim akcie opadły mnie wątpliwości, które narastały przez kolejną godzinę, aż wreszcie na trzęsących się nogach opuściłam widownię i z sercem w gardle, jakbym szła na ścięcie – miejcie na uwadze, że autorka naprawdę nie ma śmiałości do ludzi – skręciłam za róg. To, że tak powiem, wyjście dla personelu znajduje się w takim malutkim, wątpliwej urody zaułku i ma się absolutnie nijak do efektownej fasady teatru, o zdobionych wnętrzach nie wspomnę. Dokładnie naprzeciwko znajduje się wyjście z drugiego teatru, jest to zatem taka uliczka, którą przechodzą wyłącznie ludzie z branży i ci, którzy mają sprawę do ludzi z branży. Widziałam parę miesięcy wcześniej, jaki dziki, kłębiący się tłum potrafi warować niecierpliwie w takich miejscach. Toteż właśnie dzikiego, kłębiącego się tłumu oczekiwałam. No dobrze, może nie tłumu, ale kilku osób – owszem.
Jakież było moje zdziwienie, gdy zorientowałam się, że kolejka miłośników jest bardzo krótka.
Mianowicie od początku do końca tworzę ją ja.
Poza mną nie było nikogo.
Niżej podpisana przełknęła głośno ślinę i pomyślała, że w takim razie to ona spieprza. Uciekaj – radził głos w jej głowie. Stój – radził drugi. Przestępowałam z nogi na nogę przez jakieś dziesięć minut i gdy już prawie miałam oddalić się kurcgalopkiem, drzwi się otworzyły, drzwiami wyszła bardzo wyględna osoba z odkapslowanym piwem w dłoni, osoba powiodła po mnie wzrokiem, a ja zastygłam w bezruchu, uświadamiając sobie, że teraz byłoby cokolwiek niegrzecznie odwrócić się na pięcie i zwiać. Niestety uświadomiłam sobie również, że moja starannie obmyślona przemowa właśnie poszła, excusez le mot, w pizdu.
Ponieważ osoba mnie zauważyła i wyraźnie nie śpieszyła się z odejściem, zdałam sobie sprawę, że chyba dobrze byłoby coś powiedzieć. Niestety w miejscu umysłu miałam akurat lej po bombie i żadnej koncepcji na zagajenie, zatem w akcie desperacji powiedziałam właśnie to – że miałam przygotowaną długą orację, ale zapomniałam.

Jakąś godzinę później dotarłam do hotelu, z wielkimi oczami i takimż uśmiechem. Nalałam sobie zasłużony kieliszek białego wina i już chciałam wygramolić się przez okno na balkon (uroki skąpego budżetu – tak czy inaczej, miałam balkon!), gdy zauważyłam, że mój telefon, złapawszy Wi-Fi, wyraźnie mruga i twierdzi, że mam nową wiadomość prywatną na Twitterze. Zobaczyłam, od kogo to i moje oczy zrobiły się jeszcze większe.
Reszta jest historią.

Jutro, kolejnego 29 lipca, nie spodziewam się podobnych przygód. Serce w gardle mam za to znowu. Spodziewam się niełatwej rozmowy, bo, ekhm, przeszłam do tego etapu, w którym dzwonią z pytaniem, czy kwota, która oferują, jest dla mnie do przyjęcia (oj, jest, BARDZO jest). Innymi słowy – wygrałam ten cały konkurs i zaproponowano mi nową pracę. W raptem siedem dni. Nie dowierzam. Startowali bardziej doświadczeni ode mnie. Boję się przeokropnie, ale też jestem podekscytowana do nieprzytomności. Ja naprawdę wcale nie miałam tego w planach, niemniej jak śpiewał wieszcz – życie jest tym, co ci się zdarza, gdy jesteś zajęty planowaniem innych rzeczy.
Tym samym przepraszam, ale chyba zaraz pójdę płakać, bo jak nie wiem, co zrobić, to płaczę. Uniwersalna metoda. Na wszystko pomaga. Wychlipię się i jestem jak nowa.

Do you remember the old days?…

Na trzy dni i czternaście godzin przed wyjazdem, zaplanowanym bodaj w marcu, przypomniałam sobie, że jakby przecież nie zarezerwowałam sobie noclegu. A jestem już w tym wieku, że muszę przespać kilka godzin w ciągu doby, bo inaczej albo wpadnę pod autobus, albo kogoś zabiję (albo ktoś zabije mnie, nie zdzierżywszy mojego maruderstwa). Poza tym skoro mam obcować z kulturą wysoką, muzea teatry te sprawy, to wypadałoby uprzednio chociaż prysznic wziąć. W związku z tym zabrałam się za przegląd dostępnych opcji. Ceny przypominają mi, dlaczego do Londinium najlepiej lecieć w listopadzie albo lutym. Wtedy można turlać się po wielkich łożach za nieduży pieniążek, bo hotele szukają gości – teraz wprost przeciwnie, za wielki pieniążek człowiek spędza noc na uważaniu, żeby z łóżka nie spaść, bo takie wąskie. Może by człowiek lepiej dał się zamknąć w księgarni, jak ten pan, co go kiedyś niechcący zatrzaśnięto w Waterstones na noc. Albo w teatrze, ale chyba wtedy skonałby ze strachu lub przynajmniej osiwiał do rana. Tak, latem lepiej odpuścić sobie peregrynacje w popularne miejsca, ja o tym doskonale wiem, ale co poradzić. Terminy moich wycieczek zależne są od różnych i niesłychanie ważnych czynników, o których sporo naczytacie się w pobliżu weekendu. Nie obawiajcie się, tym razem nie będzie kwikania, chyba że wypatrzę sobie jakiś nowy obiekt scenicznych powzdychiwań, a niestety mogę. Ach tak, i jeszcze Bertie, więc jednak moje relacje mogą nie być chłodno rzeczowe. Przeczytałam sobie ostatnio wywiad i od paru dni wybijam sobie z głowy myśl, żeby pójść się z nim przywitać.

Oczywiście podekscytowana jestem niezmiernie, bo stęskniłam się za moim drugim życiem. Nie podoba mi się tylko niedzielna prognoza pogody, ale z cukru nie jestem (to znaczy, ma się rozumieć, oczywiście, proszę nie mieć co do tego wątpliwości – jestem nieopisanie słodką osobą, niemniej byle ulewa krzywdy mi nie zrobi).

Dziś jest 27 lipca.
Może was to zaskoczy, ale rok temu też był 27 lipca. Zwracam uwagę na ten fakt, albowiem był to jeden z najbardziej niesamowitych dni mojego życia, choć wcale tak się nie zapowiadał. Wyjechałam otóż na wakacje, które miały być od początku do końca spokojne – łąki, książki, zapach rumianku, maliny z krzaka, cream tea. Spokój trwał przez pierwsze popołudnie i poranek drugiego dnia.
Pamiętam, że wracałam wtedy do domu, czując się, jakbym wiozła dodatkowy bagaż. Ten bagaż szczęśliwie zelżał przez kolejne miesiące, aż wreszcie prawie w ogóle wyparował, ale nie mogę powiedzieć, żeby zupełnie nic nie zostało. Czuję czasem lekki niepokój, coś mnie jakby kłuje – ale tylko wtedy, gdy sobie na to pozwalam, na ogół gdy nie mogę zasnąć, gdy księżyc za mocno świeci, gdy ktoś w rozmowie rzuci słowem, które uruchamia lawinę skojarzeń. I nadal mam na playliście kawałek, którego konsekwentnie nie słucham, żeby sobie nie przypominać, żeby do tego nie wracać, skoro udało się wszystko na nowo uporządkować – ale skasować nie potrafię, bom sentymentalna baba.
Mam jeszcze jedną taką piosenkę i też ją trzymam Bóg wie po co. To coś w rodzaju pokoju w muzeum, którego nigdy się nie otwiera, bo zbyt dobrze wiadomo, co tam jest, ale pozbycie się zawartości nie wchodzi w grę. Może trzyma się to w nadziei, że kiedyś nabędzie się dość dystansu, by sobie wszystko śmiało przypomnieć i opisać w bestsellerowych wspomnieniach.

Nigdy już nie będzie takiego lata, myślę sobie dzisiaj, przyglądając się ciemnym chmurom za oknem, wsłuchując w jednostajny szum klimatyzacji, odpisując na maile, przeglądając kalendarze, prowadząc kurtuazyjne pogaduszki, zastanawiając się, co zrobię, gdy przyjdę do domu i dlaczego najpewniej usiądę zagapiona w przestrzeń. Nigdy już nie będzie takiego lata i trudno uwierzyć, że niepostrzeżenie minął rok.
Cały tamten urlop był dziwny – wyglądało to, jakby opatrzność postanowiła robić mi jeden prezent za drugim. Nie obraziłabym się wcale, gdyby ten nadchodzący wyglądał podobnie. Ubolewam jedynie, że będzie bardzo krótki, ale cóż, nadrobimy w październiku (tak, ja z tych, co nie lubią ciepłej wódki i spoconych mężczyzn, a szczerze mówiąc – po prostu z tych mniej asertywnych, którzy spędzają całe lato w pracy).

Un vecchio che cammina tutto solo

Dziś będzie króciutko. Czuję się tego pochmurnego ranka tak, czyli też mam ochotę śpiewać z rękami w kieszeniach, bo o tym jest ten kawałek – a dlaczego, to między innymi poniżej.

Spotkało mnie wczoraj coś bardzo uroczego.
Idę sobie otóż do domu po okrutnie ciężkim i nonsensownym dniu w robocie, jak zwykle z słuchawkami w uszach, pogrążona w myślach i marzeniach, przy których scenariusze hollywoodzkich filmów wydają się przaśnie zwyczajne, a z naprzeciwka nadchodzi starszy pan. Pan zbliża się ku mnie, zatrzymuje się i coś mówi. Może o drogę chce spytać, myślę, pośpiesznie zdejmuję słuchawki, a przechodzień do mnie w te słowa:
– Dzień dobry. Ja tylko chciałem powiedzieć, że ma pani bardzo ładny wyraz twarzy.

Absynt

Miałam dziś kolejną rozmowę z tym koleżeństwem, co się zainteresowało moim CV. Ciekawa to rozmowa była, zwłaszcza pytanie: „co musielibyśmy ci zaproponować, żebyś była zadowolona”, bo, Bogiem a prawdą, po raz pierwszy coś takiego usłyszałam i zaskoczona nawet nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć. Zwykle to ja musiałam udowadniać, jaka jestem obłędna i jak szybko umiem klaskać uszami. Jak mi poszło i co będzie dalej, pojęcia nie mam, ale ponieważ emocje jeszcze mi stygną, napiszę o czymś innym.

Otworzyli nam w miasteczku nowy teatr jakoś wiosną. Taki niby bardziej rozrywkowy. Jak wiadomo, ja to najbardziej lubię wychodzić z przedstawień zapłakana i rwąc włosy nad kondycją ludzką, więc śpieszyć się tam nie będę, choć oczywiście nie wykluczam, że coś mnie skusi.
W teatrze rewia miała być pokazywana – taka prawdziwa, szałowa, wiecie, schody, pióra, nogi, cekiny i wow – przez dziesięć lipcowych dni. Skończyło się na trzech, po czym rewia nieoczekiwanie się zwinęła. Wydarzenie rzekomo ma powrócić jesienią, ale sądząc po raczej jednoznacznie miażdżących recenzjach i komentarzach, śmiem powątpiewać. Zresztą – pięcioosobowa rewia?… U mnie to słowo budzi raczej takie skojarzenia (kiedyś to robili filmy, ech?).
Okej, fajnie mieć i u nas to, co mają w Paryżach i Londynach, ale równie fajnie porządnie to zrobić, jeśli już mieć to musimy. Zwłaszcza że publiczność głupia nie jest, w świecie coraz częściej bywa i nie da sobie wcisnąć byle czego.

A tymczasem, a propos krytyków, mój ulubieniec – ten, który onegdaj ubolewał nad fatalnym pomysłem emitowania retransmisji spektakli w miejscach tak żałośnie plebejskich, jak kina – napisał nowy felieton o Krakowie.
Jest to w pewnym sensie zbiór prawd powszechnie uznanych, bo każdy, kto spędza dłuższą chwilę w moim grajdołku, zauważa, że panuje tu dość duszny klimacik. Ale jest to też zbiór prawd nieco wydumanych.

Mieszkam tu szesnasty rok. Nadal sobie nie przyswoiłam, że borówka to tutaj nie jest ten czerwony gorzki owocek, tylko ten fioletowy słodki, ale odstawmy kwestie słownikowe na bok. Każdy, kto co jakiś czas zagląda na mój blogasek, wie, że z tym miastem łączy mnie swoisty love/hate relationship – czasami mam ochotę wynieść się stąd natychmiast, męczy mnie tutejsza konserwa, dziwaczne uczucie mieszkania w maleńkim miasteczku, w którym każdy z każdym, wkurzają mnie korki, powietrze, zamykane księgarnie, rynek pracy zdominowany przez centra usług, pstrokaty turystyczny jarmark w Rynku (dla nietutejszych wyjaśnienie: gdy mieszkaniec Krakatau mówi „w Rynku”, i przymknijmy oko na językową pokraczność tej formułki, ma na myśli z grubsza wszystko w obrębie jakiegoś kwadransa pieszo od Rynku faktycznego, dlatego gdy się z jakimś umawiacie pod Adasiem i on – mieszkaniec Krakatau, nie Adam Mickiewicz – w umówionej godzinie spotkania wysyła wam SMS, że już „w Rynku” jest, to może znaczyć, iż jeszcze trochę sobie na niego poczekacie… tak, o sobie również mówię). I jak wielu tutejszych, na Starym Mieście bywam na ogół wtedy, gdy mam gości. Wszyscy wiedzą, że tam się nie imprezuje i z nielicznymi wyjątkami również nie jada (a już na pewno nie w Charlotte, na Zeusa). Wzgórze wawelskie mnie nie osacza, nawet lubię sobie na nie popatrzeć w drodze do pracy. Hejnał mi niczego nie świdruje, bo częściej słyszę go w radiu niż na żywo. Krakowskie życie, takie prawdziwe, coraz bardziej rozpełza się poza obręb Plant, ale jeśli tylko ten kawałek miasta weźmie się pod lupę, to istotnie o entuzjazm trudno. Tylko że Kraków ma dzielnic osiemnaście – ten felieton opisuje część jednej z nich. Innymi słowy, nie jest to felieton o Krakowie.

Jak napisałam – czasami chcę uciekać stąd pierwszym pociągiem. Czasami jednak mój grajdołek mnie zachwyca i o tym pisałam wielokrotnie.
Bo jest ładny, po prostu. Nadal zdarza się, że pocztówkowy widok przyprawia mnie o opad szczęki.
Bo trzeba się postarać, żeby się w tym mieście nudzić. A gdy tubylec – jak ja – nie może wyjechać na urlop, to mimo wszystko da radę spędzać tu popołudnia, czując się niemal jak na wakacjach. Leżaki – są. Koktajle – są. Romantyczne zachody słońca nad rzeką – też. Co nie zmienia faktu, że klimat ciągłego karnawału dotyczy jedynie wybranych okolic w Krakatau, a z pewnością nie dosięga mieszkańców, którzy każdego dnia o ósmej rano suną zatłoczonym zbiorkomem do szklanych biurowców, by tam odrobić szychtę. Bo tak, tacy też tu są, choć z pewnością woleliby sączyć absynt* po kawiarniach. Zresztą ten lubiący powracać obrazek krakusów zajmujących się od rana do wieczora – a potem znów do rana – pisaniem poezji na barowych serwetkach to miraż. Owszem, lubimy się snuć od stolika do stolika, lubimy tracić czas na przyglądanie się światu z kawiarnianego ogródka zastawiającego chodnik, bo to przyjemne, ale w pracy nam to jakoś bardzo nie przeszkadza. Ba, Kraków w swojej manianie to cienki bolek, gdyby go zestawić z takim Tel Awiwem na przykład; przez pierwsze dni tam zachodziłam w głowę, kto w ogóle w Tel Awiwie pracuje, skoro najwyraźniej wszyscy siedzą albo w knajpach, albo na plaży. A jednak.
Jeszcze co do tej linii muru getta, też bym coś dorzuciła od siebie, ale już nie chcę się czepiać. Mam tylko nadzieję, że autor jest świadom faktu, że getto w Krakowie też było, a fragmenty jego muru nadal stoją. Przechodzę obok nich, wracając z Kazimierza do domu.

Nawiasem mówiąc, powracając do kwestii słownikowych i już niezbyt poważnie, czekałam niecierpliwie, aż ktoś w komentarzu do tego felietonu wytknie użycie słowa „bajgle” i doczekałam się, ma się rozumieć. Nazewnictwo tego smakołyku (jeśli o mnie chodzi, preferowane mocno wypieczone z solą) to od lat i pewnie po wsze czasy zabawny punkt zapalny na linii stolica stara-stolica nowa. W grajdołku poproszenie o bajgla wiąże się z ryzykiem otrzymania owszem, zamawianego obwarzanka, ale razem ze znaczącym spojrzeniem. Obowiązująca tutaj nomenklatura zakłada użycie słowa „precel”, choć wszyscy wiemy, że preclem to nie jest. Bardzo to wszystko skomplikowane, ale w pewnym sensie urocze, takie lokalne smaczki.

*Osobiście wolałabym nie. Absynt piłam raz w życiu. Następnego dnia torturował mnie kac o nieopisanych rozmiarach i nigdy więcej świństwa nie tknę.

Naprawdę nie dzieje się nic

Gdyby kto był ciekaw, moje kolczyki spodobały się na tyle, że jakimś cudem przeszłam do kolejnego etapu. Zrobi coś człowiek od niechcenia i od razu zamieszanie. Wygląda na to, że im mniej w/w człowiekowi zależy, tym lepiej sprawy idą. Co oczywiście nie jest odkryciem na miarę prawa grawitacji, ani tym bardziej teorii Anny Łoś i wszyscy od dawna o tym wiedzą.

Druga łamiąca wiadomość jest natomiast taka, że wspominany jakiś czas temu Lancz w istocie się wydarzy, już nawet stolik zarezerwowany. Co prawda gdy weszłam na stronę restauracji, w której rzeczony stolik oczekuje i poczytałam sobie menu, troszkę pobladłam, bo ten Lancz ani chybi pochłonie połowę mojego budżetu na wyjazd. No cóż. Najwyżej najem się na zapas, przez pozostałe dni będę żywiła się kurzem i miłością do wszystkich powabnych artystów, których zamierzam w tym czasie obejrzeć, i będę chodzić po Londinium pieszo, co nie jest wielkim problemem, bo lubię, choć nigdy nie przywyknę do obyczaju przechodzenia przez jezdnię na czerwonym świetle. Zwłaszcza będąc osobą, która wiele lat temu została przyłapana na tym przez policję, nocą, na całkowicie pustej nowohuckiej ulicy i wykręciła się od mandatu w sposób raczej żałosny, to jest z drgającą bródką wyjaśniła aspirantom, że się zgubiła. Znajomi do tej pory natrząsają sie z tej historii, a ja do tej pory na czerwonym tkwię nieruchomo jak żona Lota.
Pan krytyk napisał, że miejsce jest fun and stagey. Fun and stagey. Świetnie. W co ja się w ogóle ubiorę, rany julek.
O tematy do rozmowy się nie martwię, bo ludzie z jednakową obsesją porozumieją się bez dwóch zdań. Swoją drogą, cała ta historia jaskrawo dowodzi, że obsesje warto mieć, bo mogą nas zaprowadzić w miejsca, w których inaczej nigdy byśmy się nie znaleźli.

Nie mogę się doczekać – a dziś dopiero wtorek, w perspektywie jeszcze kilka dni wypełnionych tępym gapieniem się w rzędy cyfr i przeglądaniem umiarkowanie pasjonujących dokumentów… Droga redakcjo, jak to się robi, żeby czas nieco szybciej płynął?

Tell us something about yourself

Niech już będzie za dwa tygodnie, proszę, dziękuję. Odliczam nerwowo dni. Przechodziłam rankiem przez dworzec kolejowy, gapiąc się zazdrośnie na ludzi z walizami, biegnącymi do pociągów nad morze i w góry. Będą wstawali niezbyt rano, włączali Lato z radiem (jeśli ktoś jeszcze tego słucha – osobiście mam ogromny sentyment do informacji o stanie wody w Zawichoście), szli do jadalni na śniadanie podsunięte im pod nos, potem na plażę albo może na szlak. Też bym sobie w góry pojechała. Nad morze właściwie też. Wszędzie. Byle dalej stąd. Wiadomo jednak, że zamiast plaży będzie trawa w parku, a zamiast gór – niekończące się ruchome schody.
Nawiasem mówiąc, znajomy od dwóch tygodni jeździ sobie po jednym z moich ukochanych skrawków świata. Wiem, że tam jest, bo co pół godziny mam na fejsbukowej ścianie nowe selfie lub informację o tym, pod jakim adresem właśnie spożywa makaron. To wakacje są? Online 24/7?

Zdarzyła mi się w ostatnich dniach, bogatych we wrażenia różne – od nieomal zostania potrąconą przez porsche po zepsutą spłuczkę – rozmowa kwalifikacyjna. Czyli taka godzina, gdy człowiek udaje, że wie, o czym mówi, przy czym nawet jeśli istotnie wie, ma wrażenie, że brzmi, jakby nie wiedział.
Zawsze czuję się nieswojo, gdy ktoś w mojej obecności czyta moje curriculum vitae, w dodatku – co widzę – pokreślone markerem tu i ówdzie, z notatkami maczkiem na marginesach. Przerabiałam to masę razy z drugiej strony stołu, z tej jest zdecydowanie trudniej (no shit, Sherlock). Zawsze się zastanawiam, co oni tam pomazali i tam co sobie notują.
A nie wygląda…
Dziwne poczucie humoru.
Ciekawe, czy zawsze się tak denerwuje.
Zastanawiający akcent.
Lista zainteresowań trochę schizofreniczna.
Fajne kolczyki, spytałabym, skąd ma.
Kupić mleko.

Nie było źle. Z samozadowolenia nie puchnę, ale poszło całkiem w porządku. Bogu dziękować, pominięto pytania z cyklu „jaką przyprawą byłabyś”, „z kim z nieżyjących chciałabyś pójść na randkę” lub też „sprzedaj mi odkurzacz”.
Wielkiego parcia nie mam, dobrze mi, gdzie jestem, ale warto czasem dostarczyć sobie trochę adrenaliny – i być może spróbować czegoś nowego. Nie jestem dużą fanką zmian, ale rutyna usypia czujność i rozleniwia. Lubię stabilizację, niemniej tylko pod warunkiem, że od czasu do czasu mogę z niej wyskoczyć i sprawdzić się w czymś nowym. Gdy gnuśnieję, mój umysł wędruje w niebezpieczne rejony i robię głupie rzeczy, więc wolę, kiedy coś się dzieje. Ruch w interesie sprawia, że nabieram energii. Skoro nadarzyła się okazja, to z okazji skorzystałam. Co będzie dalej, zobaczymy. W najgorszym wypadku potrzebę zmian zaspokoję remontem mieszkania.

Innych wiadomości brak – poza taką może, że nadal przeprowadzam czystki towarzyskie, jednocześnie ciesząc się obecnością tych, którzy obecni być chcą mimo wszystkich moich wolt, wybryków i napadów aliena. Lepiej mniej, ale lepiej, jak wiadomo.

Who’s next?…

Jak widać, ciągle nadaję, co oznacza, że przetrwałam moje wystąpienie. Zgodnie z podejrzeniami większość audytorium zajmowała się sprawdzaniem maili. Albo Fejsbuka. Albo przesuwali w lewo i prawo na Tinderze, być może. Jestem jednak dłużniczką osoby, która siedziała w pierwszym rzędzie i uśmiechała się do mnie. Nie wiem, czy kiedykolwiek ponownie się spotkamy, ale ma u mnie duże piwo.

Nie zdążyłam pojechać do domu, więc taka wysztafirowana, w sukienusi i w czółenkach pomaszerowałam z tej imprezy prosto do kina na transmisję Everymana. Tym razem zabrałam znajomych. I dobrze, bo inaczej chyba publiczność dałoby się policzyć na palcach jednej ręki. Nie wiem, czy to przez sezon ogórkowy, czy przez fakt, że nie gra w tym żadne z niebieskookich bożyszczy o międzygalaktycznej sławie. Szkoda. To był naprawdę ciekawy spektakl. Domyślam się, że nie każdemu mógł przypaść do gustu – ale po kolei.
Jest sobie facet. Człowiek sukcesu. Trochę jak Patrick Bateman, choć nieco bardziej sympatyczny. Nie jakiś tam przeciętny Józio – jeden z tych, którzy żyją ponad problemami reszty społeczeństwa. Forsy jak lodu, wypasiony dom, Rolex, imprezy, seks, narkotyki (scena zbiorowego wciągania koki przy dudniącym I Feel Love fenomenalna). Po jednej z takich imprez, jego urodzinowej zresztą, budzi się z wyjątkowo kiepskim samopoczuciem i w wyjątkowo niepokojącym towarzystwie – nieco cudaczny starszy pan obok niego, wciągając lateksowe rękawiczki, przedstawia mu się jako Śmierć i informuje, że Bóg wzywa. Przerażony bohater odmawia i tak rozpoczyna się jego ucieczka przed kostuchą. Król życia, nieposkromiony bon vivant musi stawić czoła dość bolesnej prawdzie – ziemskie prawa dotyczą go tak samo, jak wszystkich innych, choćby z nie wiadomo jakim uporem je ignorował. Próbuje szukać pomocy u ludzi, którzy mogliby pójść z nim, ale przyjaciele przytomnie odpowiadają: „dla ciebie wszystko, stary, ale jak my stamtąd wrócimy?”. Próbuje udowodnić, że jednak był dobrym synem (nie był), że spełniał dobre uczynki (nie spełniał). Liczy, że ocali go majątek – ale czy ktokolwiek zabrał zbytki ze sobą w zaświaty? Może pokuta i umartwianie się? Może wdzięczność za to, co się przeżyło? Musi istnieć coś, co przekona opatrzność, że czas tego konkretnego człowieka – o imieniu Everyman, Każdy – jeszcze się nie skończył. Musi. Tak przynajmniej sądzi Everyman. Nie wie tylko, że jego nerwowa ucieczka przed końcem, usiłowanie oczyszczenia się z win i wytargowania sobie jeszcze paru chwil na świecie – że to wszystko na próżno. Wkrótce się dowie, że w gruncie rzeczy nigdy nie obudził się z tego, co wydawało mu się pijackim snem. Consummatum est.
Nie jest to spektakl kipiący odkrywczymi myślami, to po prostu wariacja na temat „nie znasz dnia ani godziny” (zresztą to uwspółcześniony średniowieczny moralitet), w pewnym sensie – bo to, choć momentami mocne, jest całkiem zabawne – satyra na naszą wiarę w życie wieczne i skłonność do wmawiania sobie, że śmiertelność to problem innych, a my mamy jeszcze mnóstwo czasu.
I jest to olśniewające wizualnie. Jeśli nawet treść nie zachwyci, to formie trudno się oprzeć.

– Czy oni tam drinki piją?… – spytał mój kumpel na parę minut przed rozpoczęciem, wskazując ekran, na którym zapełniała się widownia. Tak, piją. Oni są tacy zepsuci, ci Anglicy, że nawet w teatrze chętnie sączą. A w antrakcie zażerają się lodami, ewentualnie idą odebrać sobie kolejny, czekający na nich w barze interval drink. I oni Napoleona pokonali.

Gorzko ironiczny epilog zdarzył nam się podczas powrotu, gdy o mało nie zostaliśmy zepchnięci z jezdni przez wściekle pędzące porsche ścigające się z motocyklem. Gdyby nie refleks naszego drogiego szofera, który gwałtownie skręcił na tory tramwajowe, to dopiero przednio byśmy się ubawili. Włosy na grzbiecie dęba stanęły. Co z tymi ludźmi?…

Dla otrząśnięcia się wdepnęliśmy jeszcze do podgórskiej knajpy, gdzie akurat plumkał łagodny jazzik na żywo. Ci, co mogli, napili się wina i przed północą wrócili do domu. Zasnęli znacznie później, bo chociaż niemożebnie zmęczeni, nie potrafili się rozluźnić. To był interesujący dzień…

Oh no, I’m not nervous. My mind is a sick horse at the racetrack

Dla odmiany dziś śniło mi się, że byłam na wycieczce górskiej z kolegą, który podczas zejścia nielegalnie przekroczył granicę, został aresztowany i ja potem organizowałam wielką międzynarodową akcję uwolnienia go. Bohaterka, ech? A ja się dziwię, że rano z łóżka nie mam siły wstać.
Tymczasem niech już będzie jutro o tej porze, błagam. I niech wszyscy święci – plus Spacey – mają mnie w opiece. I niech mi się przytrafi coś dobrego dla zniwelowania duszącego mnie stresiora, może być malutkie, może być cokolwiek (no, idzie się wieczorem na transmisję Everymana, na żywo tym razem, dobre czasy nadchodzą). Naprawdę nie znoszę być w centrum uwagi. Wierzcie mi, o wiele lepiej czuję się w drugim rzędzie, wylądowanie na świeczniku byłoby dla mnie karą i udręką.
Spokojnie. I tak wszyscy będą bawili się telefonami, a zanim dotrą do domu, zapomną, co mówiłaś.
Tak przy okazji – znajomi, którzy wiedzą o moim drobnym problemie z tremą wywracającą mi flaki na lewą stronę, uspokajają mnie, że dam radę, ale część idzie dalej i tłumaczy, że należy zaprogramować się na sukces, przełamywać swoje bariery, wszystko siedzi w głowie, jesteś gwiazdą czy innym tam kryształem itepe. Na mnie to zupełnie nie działa. Nigdy nie byłam zachwyconym odbiorcą motywacyjnych gadek. U mnie skutkuje tylko jedna prosta myśl, mianowicie „zepnij, kobito, pośladki i jedziesz”. Pozostaję wszakże pod wrażeniem ludzi, którzy powyższe zdanie potrafią rozciągnąć do rozmiarów kilkusetstronicowego poradnika lub wielogodzinnego wykładu i wierzą przy tym, że ciągle mówią coś nowego. Miewam przy tym wrażenie, że w tych modnych ostatnio zapewnieniach „możesz wszystko”, „przesuwaj swoje granice”, blabla, nader często zapomina się o drugiej ważnej części, brzmiącej „jeśli chcesz”. Ja na ten przykład wcale nie chcę. Dobrze mi w moim kąciku i co mi zrobicie.

PS Człowiek od nagich scen w teatrze wrócił. Inne wdzięczne trafienia to poszukiwanie dziewczyn na telefon i zapytanie o skuteczne pieszczoty. To ostatnie, mój kochany/-a, obawiam się, można odkryć jedynie metodą prób i błędów z zastosowaniem żywego organizmu.

How do I unfriend?

Żyję, żyję.
Tylko spoglądanie w mój kalendarz i zaokienna ponurność nieco mnie dobijają. Czwartku natomiast obawiam się niemożebnie. Na szczęście moje wystąpienie ma być krótkie, więc jest szansa, że je przeżyję bez żenującej kompromitacji, jeśli tylko odpowiednio przygotuję się mentalnie. Sprawdziłam w zaproszeniu, że uczestników będzie z pięćdziesięciu. No, świetnie. Podejrzewam, że początek mojej przemowy płynny nie będzie.
Dziś rano oczywiście zwleczenie się z łóżka było niemożliwością, kto to widział taką pogodę organizować przy poniedziałku. A w dodatku tuż przed przebudzeniem (w każdym razie tak mi się wydaje) miałam absolutnie piękny i ekscytujący sen. Ubolewam, że nie można nagrywać snów i odtwarzać ich wielokrotnie. Ten bym chyba zajeździła na amen, więc gdyby mógł przyśnić mi się ponownie… Może się jakoś zaprogramuję? Podobno się da.

Weekend sam w sobie nieco był irytujący, bo zostałam w grajdołku tylko po to, by się spotkać z kimś od dawna niewidzianym. Spotkanie zostało odwołane na godzinę przed, gdy już zbierałam się do wyjścia. Nie po raz pierwszy. Ja jestem bardzo cierpliwa, ale przy następnej takiej okazji, gdy znowu usłyszę, że musimy koniecznie się spotkać, zamierzam być ogromnie zajęta, bo nie znoszę, gdy nie szanuje się mojego czasu. Traktujmy się jak dorośli, motyla noga. Doskonale rozumiem, że zdarzają się różne rzeczy, człowiek może zostać uprowadzony przez kosmitów, wpaść do studzienki kanalizacyjnej, zachorować, mieć pożar w pracy, za bardzo się rozluźnić poprzedniego wieczora albo po prostu dostać przeogromnego niechcieja, poczuć przemożną potrzebę okopania się na kanapie i spędzenia reszty dnia na oglądaniu skeczy Rowana Atkinsona (ten zwłaszcza lubię, i ileż przydatnych angielskich słówek, ekhm) – zdarza się. Ale jeśli mi ktoś czwarty raz wykręca taki numer, staje się dla mnie całkowicie jasne, że nieszczególnie mu zależy. Nic na siłę, mam jeszcze innych znajomych. Kiedyś zależało mi na utrzymywaniu kontaktów za wszelką cenę, teraz jestem o wiele mniej sentymentalna. Acz, trzeba przyznać, trochę niekomfortowo, gdy chodzi o człowieka, którego zna się od kilkunastu lat. Kawałek życia się traci. Z drugiej strony może dzięki temu zrobi się miejsce na kogoś nowego.

I serio, ludzie się tną po facjatach, żeby upodobnić się do swoich idoli? Za moich czasów to się ich na koszulkach nosiło. Nie ma już ratunku dla tego świata, naprawdę. W ogóle co to za idol?… Ja chrzanię, naprawdę niewiele trzeba, żeby zostać sławnym. Szkoda.
Dla równowagi i jeśli akurat nie zamierzacie rozcinać sobie tkanek ani wstrzykiwać atramentu w gałki oczne w podziwie dla, ranyboskie, autorytetu, tu macie bardzo dobry tekst o tym, co ostatnio wyjątkowo mnie męczy, czyli zaletach bycia miłym i o tym, czemu tak bardzo się tego boimy, niepotrzebnie.

Rough winds do shake the darling buds of July

Wiecie, czego nienawidzę najbardziej na świecie, prawda?
Poza tartą marchewką, ma się rozumieć.
Otóż publicznych wystąpień. Ja się po prostu do tego nie nadaję. Wyrobiłam swoją normę na konkursach recytatorskich w liceum, dziękuję bardzo.
Niestety znowu zostałam wrobiona w takowe. Co gorsza, moje wystąpienie będzie dotyczyło sprawy, o której wszyscy woleliby zapomnieć i na samo wspomnienie której przewracają w udręce oczami, więc obawiam się, że audytorium postanowi wykorzystać okazję do wylania swych gorzkich żali, jak również zadania mi pytań o sens tego wszystkiego (nie znam go). Znowu będzie rycie przemowy na pamięć, ściskanie w kieszeni mojego wisiorka-Buddy, wyobrażanie sobie publiki nago – co może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego – i przypominanie sobie, że pan i władca ma z czymś takim do czynienia w robocie codziennie, i że Kevin Spacey jest tylko dwa uściski dłoni ode mnie, a Kevin Spacey na pewno by się nie bał, tylko całe towarzystwo od niechcenia rozjechał walcem.
Godzina zero za tydzień. Trzymajcie kciuki, żeby mnie nie pożarli żywcem.

Mail oznajmiający mi, że zostałam uszczęśliwiona w ten sposób, przeczytałam rano, gdy tylko dotarłam do biura, skacząc przez gałęzie i przewrócone słupy reklamowe (troszeczkę nam tu wiało nad ranem – moje pelargonie wczoraj jeszcze były na balkonie, dziś została z nich jakaś poszarpana nędza; mięta w ogóle znikła, nie wiem, dokąd odleciała). Zwiesiłam smętnie głowę w przeświadczeniu, że oto czeka mnie trzeci poniedziałek w tym tygodniu, choć raczej dużo gorzej być nie może. Wieczorem mogę jednak z pełnym przekonaniem stwierdzić, iż ten trzeci poniedziałek nie był taki znowu paskudny.
Wspominałam onegdaj, że krytyk teatralny z miasta Londyn zaczął mnie obserwować na Tłyterze. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że samo to o niczym nie świadczy, bo niektórych śledzi się dla czystej frajdy z ich głupoty lub dlatego, że to znajomi znajomych znajomych, lub też zupełnie nieznajomi, ale jęli obserwować was pierwsi, więc niech mają. Wczoraj, celem skomentowania czegoś, co tam akurat bredziłam, facet wysłał mi prywatną wiadomość. Od słowa do słowa – i jakimś sposobem, moi szanowni, jesteśmy umówieni na lancz! Poważnie! Autorka, taki tam skromny krakowski urzędas i prawdziwy, żywy londyński krytyk teatralny!! Na lancz!!! Nie do końca wiem, jak to się stało, ale się stało.

PS Gdyby powyższe nie wystarczało, wieczorem w internetach pojawiła się kopia mojego słynnego już obrazka z następującą odautorską adnotacją, uwaga, cytat: The original was the first piece of mine to sell at my first exhibition. Selling art work is an odd sensation. You feel a little like you’ve lost something – or hopefully that you’ve shared something you greatly care about.
No, po prostu…
Aż mi bródka zadrgała, szczerze mówiąc.
Dwa lata temu, półtora tysiąca kilometrów stąd, przyglądając się tej istocie paradującej wyniośle po scenie w pięknym fraku, z utrefionymi włosami i spojrzeniem mówiącym: „sama wasza obecność na tym świecie mnie obraża”, nie miałam pojęcia, że całkiem niedługo to będzie mój, tak jakby, znajomy i co z tego wyniknie. Trochę to jest jednak niesamowite.

My strongest suit

Bardzo rzadko ostatnimi czasy piszę o prywatnych sprawach, zwłaszcza tych, które mają związek z porywami serca i innych organów (może nawet bardziej tych innych) – ale dziś muszę. Jestem bowiem w nastroju nieco miłosnym, a że to mój blogasek i mogę na nim pisać o czym chcę, dam się wygadać sercu i innym organom (może nawet bardziej tym innym).
Wczorajszy dzień przebiegł zgodnie z oczekiwaniami, to jest rwałam włosy z głowy, wyjaśniając różnym zirytowanym ludziom, że nie ja podjęłam decyzje, o które mają pretensje, i że nie mam mocy, by te decyzje cofnąć. Posłaniec zawsze obrywa, wiadomo. Tu znowu chciałoby się napomknąć o tym, że dobrze jest być uprzejmym, że to popłaca ogromnie, w przeciwieństwie do bycia arogantem, ale niektórzy wyraźnie czują się lepiej, gdy w kogoś wystrzelą z grubej rury, jakby im obraził babcię. Tak czy inaczej, spodziewałam się, że będzie ciężko, więc włożyłam moją „szczęśliwą” sukienkę.
Lubię ją ogromnie. Ładna jest, zwiewna, barwna, nogi odsłania. Ma kieszenie, więc można schować ręce, gdy człowiek się denerwuje i nie wie, co z nimi zrobić. Spędziłyśmy razem wiele miłych chwil. Ta sukienka miałaby parę historii do opowiedzenia.
Tym samym, oczekując fatalnego dnia, a nie rozbieranej randki czy innych tam słodyczy, włożyłam tę kieckę i szłam w niej jak z tarczą.
Nie do końca pomogło, ale jednak czułam się lepiej. Bezpieczniej. Ze wszystkimi wspomnieniami, które ten skrawek szmatki niesie i w nadziei, że skoro tyle razy przyniosła mi szczęście, to może i tym razem przynajmniej troszeczkę mnie ochroni.
Sukienka to nasza zbroja czasem.
A najlepsze było to, że słodycze też dostałam, bo wieczorem moje męki zostały nieoczekiwanie wynagrodzone.
Obejrzawszy sobie z bliska pana i władcę, wpadłam w całkowity, obezwładniający zachwyt, jakbym go widziała po raz pierwszy. Znam go nie od wczoraj i również nie od wczoraj wiem, jak wygląda, ale nadal czasami odbiera mi mowę i robię wielkie oczy, i myślę, że mogłabym spędzić resztę życia, po prostu mu się przyglądając, a jeszcze chętniej – dotykając go. Kolega ma czterdzieści cztery lata. Przypuszczam, że od pewnego czasu trzyma w szafie swój portret. Ewentualnie żywi się krwią. Nigdy nie widziałam piękniejszego męskiego ciała, bardziej harmonijnej, sprężystej sylwetki. Zapewne upał i hormony robią swoje, ale…
Dobrze, już kończę, musiałam tylko podzielić się oszołomieniem.

Ale – skoro już ruszyłam temat pięknych mężczyzn, to o pięknych mężczyznach jeszcze słówko powiem, bo ku mojej ogromnej radości dotarłam do informacji, że bilety na niedzielne przedstawienia czegoś, co ogromnie chciałam zobaczyć, są w tym tygodniu tańsze o połowę. I akurat ta jedna, jedyna pasująca mi niedziela była na liście dostępnych terminów. Tak, wiem, wiadomość nie ekscytuje nikogo poza mną. W każdym razie potwierdza się moja teoria, że życie dąży do równowagi (a może to nie moja teoria, tylko jakiś komunał z hollywoodzkiego filmu?) i prędzej czy później musi wydarzyć się coś dobrego.
Wcale się nie dziwię, że toto zbiera takie entuzjastyczne recenzje. Ekhm.

PS Kto mi tam znowu brnie przez archiwa?… Proszę nie być nieśmiałym.

Very tragical mirth

Jeszcze jeden wybitny inaczej cytat z książki o człowieku, którego penis drga i słyszy muzykę.
„Likewise,” he says, and I can tell from his accent that he’s British.
Coś mi to przypomina. Ale wcale mi się nie podoba, że jedno z moich jakże ulubionych słów (dlaczego, to sobie pokopcie w archiwach, choć nie polecam, a ja w tym czasie powzdycham) występuje w takiej… literaturze.

Wściek nie ustępuje, a nawet rozkwita. Na szczęście życie dąży do równowagi i zawsze coś dobrego wydarza się wtedy, kiedy człowiek poważnie obawia się, że albo kogoś pobije, albo pójdzie na most z kamieniem u szyi. Od miesięcy niczym nie marzę tak gorąco, jak o położeniu się plackiem na plaży, w ciepłym i wilgotnym klimacie, i to właśnie miałam robić za tydzień, ale nie zrobię, ponieważ zostałam ubrana w coś, czym zdecydowanie nie chcę się zajmować, w zastępstwie ludzi, którzy, zgadnijcie co, jadą leżeć plackiem na plaży. Nie chcecie wiedzieć, jak bardzo jestem z tego powodu nieszczęśliwa. Wstyd przyznać, ale osobnikowi, który mnie w to wszystko wrobił, mając w głębokim poważaniu moje plany, serdecznie życzę ulewnych deszczy nad morzem.
Na otarcie łez zostałam wczoraj wypędzona z domu, spędziłam fantastyczny wieczór w plenerze, wycałowana, wyprzytulana, zaopiekowana przez cudowne, słodko pachnące istoty płci męskiej (ależ ja mam przystojnych kolegów) – i w środku tegoż wieczoru usłyszałam, że bardzo ładnie wyglądam. I przyznam próżnie, że to ostatnie sprawiło mi ogromną radość.
Kraków też wczoraj wyglądał bardzo ładnie. Ciągle mam jakieś pretensje o coś do tego miasta, ale muszę przyznać, że w letnie noce potrafi być czarujące. Człowiek, choć mieszka tu od kilkunastu lat, pstryka czasem o zmierzchu fotki jak turysta.

Ale, ale. W ubiegłym tygodniu ktoś dostał się na mój blogasek, wbiwszy w Gugla manifest: kocham Colina Morgana (ponownie pojawił się też fan gołych scen w teatrze; który to już raz?…). Nie bardzo rozumiem, po co takie oświadczenia w Gugla wpisywać – żeby sprawdzić, jak wielu ludzi dotknęła podobna udręka? Z drugiej strony przyznaję, trudno nie kochać. Mam toteż doskonałą wiadomość dla tego złamanego serduszka, dla tych, nie załapali się na transmisje Globe On Screen w naszych kinach, dla tych, którzy chcieliby, a boją się polecieć do Londynu, dla tych, którzy zwyczajnie chcą obejrzeć coś dobrego przy wieczornym kieliszku wina i wreszcie dla tych, którzy – jak ja – bardzo potrzebują, żeby coś ich skutecznie rozbawiło. Globe zrobił mi prezent w tym trudnym tygodniu i wszystkie trzy sztuki, które u nas wiosną emitowano (Makbeta, Burzę, z Colinem właśnie, i Sen nocy letniej), umieścił dziś w swojej telewizji. Można sobie je wypożyczyć albo ściągnąć i upajać się nimi do końca życia. Polecam tym bardziej, że download trzech razem kosztuje 25 funciorów, co, biorąc pod uwagę cenę pojedynczego DVD z każdym spektaklem, jest świetną okazją. Zaraz sobie odpalę scenę konania Tyzbe i będę rechotała nieskrępowanie. Być może odpalę ją wielokrotnie. Poza tym, wiecie, tych dwóch dżentelmenów zawsze miło mieć w domu na własność. Prawda?…

I wonder what else of his is huge; probably his kitchen

Staram się przypomnieć sobie, kiedy ostatnio miałam taki wściek.
Chyba jakoś za Napoleona.
Jestem tak… zirytowana (och, nazwij to po imieniu: jesteś wkurwiona, wkurwiona po prostu, nie ma co owijać), że nie mogę znieść nawet tego, że ktoś obok mnie mówi. I lepiej, żeby nie mówił do mnie. Mój cudownie słodki nastrój jest taki nie bez przyczyny, niemniej nieszczególnie chcę o tym pisać, ba, nie chcę nawet o tym myśleć.
Zamierzam przekuć ten wściek w coś pozytywnego, muszę, bo inaczej niewinni ucierpią.
Ale to później, bo jeszcze nie wiem, co to mogłoby być.

Żyjemy w takich zabawnych czasach, że wszyscy ludzie są zdumiewająco łatwo osiągalni. Tacy, którzy w epoce przed internetem byli nieosiągalni dla zwykłych żuczków, też już są. Czasami to im bardzo pomaga w karierze, czasami może skończyć się katastrofą.
Może już wiecie, a może nie, ale autorka powiastki o tym, jak mały Jasio wyobraża sobie BDSM, miała wczoraj Q&A z fanami na Twitterze. To znaczy – miała mieć. Nie bardzo to wyszło. Q&A co prawda zyskało niesamowitą popularność, ale nie dzięki odpowiedziom.
Nie jestem fanką trollowania, niemniej czasami sama gryzę się w palce, żeby nie strzyknąć sarkazmem w komentarzu do czyichś bzdur. Bo ręce opadają niekiedy. W tym przypadku pani pisarka przekonała się, jak wielu ludziom opadły ręce w starciu z jej twórczością. Mogli taktownie przemilczeć i pewnie w rzeczywistości by to zrobili. Ale to Twitter. Twitter nie zna litości, działa błyskawicznie, a na nieszczęście pani pisarki korzystają zeń nie tylko nastolatki bezskutecznie żebrzące o uwagę celebrytów mających tam konta. No i się wylała cała Amazonka pytań od publiczności. Przejrzałam je sobie przy śniadaniu – sporo uciechy przy tym miałam. Poniżej tylko drobny ułamek.
Czego nienawidzisz bardziej, poprawnej angielszczyzny czy niezależnych kobiet?
Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że brwi nie mogą rozszerzać się w zdumieniu?
(Tak, tak…)
Czy jeśli będę prześladował dziewczynę, to będzie oznaczało, że ją naprawdę kocham?
Jaki jest twój ulubiony odcień szarości z pięćdziesięciu? Czy zamierzasz wydać książkę o każdym odcieniu osobno?
Czy te wszystkie negatywne komentarze uważasz za molestowanie? Bo ja uważam, że są wystarczająco romantyczne, by złożyć je w powieść!
Czy twoim zdaniem jest OK wmawiać dziewczynom, że dręczenie w związku jest fajne, jeśli tylko facet jest bogaty i przy okazji przystojny?
Czy sądzisz, że czytanie twojej książki będzie wystarczającą karą dla osoby uległej?
Czy wiedzę o BDSM zdobyłaś podczas pojedynczej wizyty w butiku Ann Summers?
Kupiłem twoją książkę w antykwariacie – ma tylko trzy strony, każda gruba na cal, to tak miało być?
Czy myślałaś kiedyś, że gdyby główny bohater nie miał fortuny, ta historia nie nadawałaby się na romans, tylko na kolejny odcinek serialu „Prawo i porządek”?
Spytałam szefa, czy mogę go pocałować. Nie zgodził się, ale i tak to zrobiłam, bo przecież „nie” znaczy „tak”, prawda?
Co myślisz o tym, że twoje książki budują w ludziach na całym świecie przekonanie, że KAŻDY może pisać?
Czy umiałaś już czytać, gdy pisałaś tę książkę?
Spaghetti mi spadło na kartkę papieru, mogę prosić o adres twojego wydawcy?
Chciałbym zadać ci tyle pytań, ale większość zaczyna się słowem „dlaczego” i kończy potępieńczym skowytem.

Zapewne były i jakieś ciepłe wyznania z gatunku „ignoruj te wściekłe brzydkie feministki, twoi prawdziwi czytelnicy i tak cię kochają”, ale trudno im było przebić się przez ten ostrzał. Ktoś zbyt krótko się zastanawiał przed zorganizowaniem tego wydarzenia, bo przecież przy wszystkich kontrowersjach narosłych wokół bestsellera i biorąc pod uwagę fakt, że internet dla nikogo nie jest łaskawy, było wiadome, że to się skończy źle. Mimo wszystko pani pisarka miała szansę, żeby odpowiedzieć na zarzuty o grafomanię, o plagiat, o prezentowanie fałszywego obrazu i relacji międzyludzkich, i BDSM – mogła wdać się w polemikę, zapewne wtedy części ciosów by sobie oszczędziła. Podobno nigdy tego nie robi, na wszelkie tego rodzaju dociekania reaguje zablokowaniem pytającego (to nie jest dobre posunięcie w mediach społecznościowych). Niektóre faktycznie były agresywne, zresztą personalne ataki nigdy nie są OK – ale większość pytań, które widziałam, była jednak zasadna, choć niewątpliwie niewygodna.
Podobno nad filmową adaptacją książki miał pracować Patrick Marber – dramaturg, który napisał między innymi Closer. Autorce nie spodobały się zmiany w dialogach i go wywaliła, co dowodzi, że musi mieć naprawdę dobre zdanie o swoich umiejętnościach pisarskich. Zresztą ponoć ma już kolejną książkę napisaną i drugą na warsztacie – wielkie nieba, gdybym ja miała taką wenę twórczą… W moim obecnym stanie ducha w tydzień spłodziłabym kryminał, mam obmyślonych parę morderstw. Może zacznę wieczorem, zobaczymy.

Nawiasem mówiąc, gdy będzie wam smutno i źle, sięgnijcie po parodię dzieła; jest fenomenalna. Niestety spłodzono też coś takiego. Można było się spodziewać. Ktoś po prostu musiał wpaść na pomysł zestawienia jednego z drugim. Powiem wam w sekrecie, że odczuwam jakąś perwersyjną pokusę przeczytania tego, tak dla intelektualnego sponiewierania się, czasami miło – chociaż Jane Austen, o której niektórzy mówią, że zeszła z tego świata, zachowawszy wianek, chyba by się w grobie przewróciła.

Lavender Moon

Czyżbym była w złym humorze?…
Stan zawieszenia, w którym od kilku tygodni żyję – na własne życzenie, nikt mnie w to nie ubrał przecież – trochę już mnie męczy. Nie jest przyjemnie codziennie zastanawiać się, czy planowana od pięciu miesięcy podróż w ogóle się odbędzie, ani tym bardziej kombinować, czy jednak postawić wszystko na jedną kartę, czy też raz w życiu użyć rozumu. Oczywiście wiem, że są to problemy, które trudno problemami nazwać. Ludzie mają większe zmartwienia. Urlop można przełożyć na później, za nie dość interesującą szansę można podziękować. To raczej dobra lekcja na przyszłość dla mnie: nie planować niczego z nadmiernym rozmachem, nie angażować się w coś, do czego nie jestem do końca przekonana. Tak czy inaczej, po raz wtóry zauważam ten sam mechanizm, pewnego rodzaju samosterowność. Jeśli czegoś bardzo chcę, będę nie całkiem świadomie dążyć do tego za wszelką cenę i w końcu dopnę swego (kosztem niechby sprzedania nerki). Jeśli czegoś nie chcę, tylko tak mi się wydaje (bo taki chwilowy kaprys, bo powinnam, bo ludzie mówio, bo coś tam), będę rzucać sobie jakieś imaginowane kłody pod nogi, aż wreszcie odetchnę z ulgą – no, wiedziałam, że się nie uda! Im dłużej żyję, tym jaskrawiej to zauważam, więc może w końcu przestanę udawać przed samą sobą, że robię coś innego, niż w istocie robię.
Prawda jest też taka, że coraz mniej w moim życiu rzeczy, których naprawdę mocno chcę. Trochę mnie opatrzność rozpieściła przez ostatnie lata i jakoś zobojętniałam.
Tymczasem dziś, w jednym z nielicznych słonecznych momentów, targnięta gwałtowną nostalgią zorganizowałam sobie drobne, to jest godzinne wakacje na własnym balkonie (w towarzystwie wznowienia Królów przeklętych Druona, dobrze, bo stare wydania zapodziały się w przeprowadzkach – nic lepszego nad mordujących się nawzajem członków rodziny, w dodatku naprawdę istniejącej; jeszcze to muszę sobie sprawić kiedyś, pojęcia nie mam, skąd u mnie umiłowanie tematu wysoce toksycznych familii, skoro moja jest całkiem normalna… tak mi się wydaje). O. Tak dziś było. wpid-2015-06-28-17.49.37.jpg.jpeg Lavender Fizz, wspomnień czar. Gin, prosecco, lawenda, cytryna. Och, czyż to nie było piękne lato dwadzieścia cztery miesiące temu, upalne i pełne niespodzianek. Nie obraziłabym się, gdyby to nadchodzące było choć trochę podobne. Nie zapowiada się – ale wtedy też przecież się nie zapowiadało.

A tak poza wszystkim – czy ja dobrze przeczytałam, że jakże przeze mnie ceniony redaktor Terlikowski uznał kobiety za nieczyste narzędzia w ręku szatana? Niech mi tępej dzidzie ktoś wytłumaczy, jakimż to cudem on ma żonę (i czemu ta żona znosi w domu towarzystwo mizogina).

I see you

Od kilku miesięcy czekam na nadejście dnia, w którym pani sprzątająca w fabryce odpowie na moje „dzień dobry”.
Dotychczas nie nastąpiło to ani razu. Ja co prawda raczej cicho mówię, ale ludzie zwykle mnie słyszą jednak.
Parę dni temu stałam sobie w fabrycznej kuchni, czekając, aż czajnik ugotuje wodę na moją poranną kawunię, gdy wtem weszła jakaś osoba, bez słowa złapała czajnik, wlała wodę do WŁASNEGO kubka i nadal bez słowa odeszła. A ja ostałam się bez kawuni. Wyraźnie nie tylko mnie nie słychać, ale również nie widać. Albo może osoba uznała, że moja funkcja w przedsiębiorstwie polega na gotowaniu wody innym ludziom. Chyba powinnam pomyśleć nad wymianą garderoby.
Wczoraj byłam świadkiem dialogu, właściwie monologu z jakimś biednym konsultantem infolinii sieci komórkowej. Tak, ja wiem, że człowiek zwykle dzwoni pod takie numery, gdy nie jest zbyt zadowolony, ale dziewczę wrzeszczało do słuchawki z niebywałą ekspresją, podważając co chwila zdolności intelektualne rozmówcy, że to tak oględnie ujmę. Dziś rano przechodziłam obok pana zajętego głośnym proszeniem dziewczyny rozdającej ulotki, żeby mu dupy nie zawracała. Tu i ówdzie komuś przeszkadza, że taksówkarz do niego zagadał albo sklepowa nazwała go kochanym. Tu i ówdzie ten i ów powiadamia, że na jego szacunek trzeba sobie zasłużyć (niezmiernie mnie rozbawiają takie teksty), a zresztą większość ludzi to i tak świnie, nóż w plecy i tak dalej.

Ponieważ cierpię na syndrom Pollyanny, lubię rozmawiać z taksówkarzami i nie czuję się dotknięta do żywego, gdy pani na bazarku nazywa mnie złociutką; lubię także zakładać, że ludzie dookoła mnie jednak takimi świniami nie są. Nie przeczę, że parę razy założenie to okazało się błędne, a autorka tygodniami lizała rany w kąciku. Niemniej wolę być nastawiona życzliwie, tak z automatu, i wcale nie tak rzadko mam do czynienia z aktami życzliwości innych, często w niespodziewanej chwili i z niespodziewanej strony. Dużo nie trzeba, żeby człowiekowi uprzyjemnić dzień.
Nie urodziłam się wczoraj, a jednak ciągle się dziwię, gdy mam do czynienia z kompletnie niepotrzebną agresją, z arogancją, z olewaniem wszystkiego i wszystkich, jakby świat wokół był całkowicie zbędny i tylko przeszkadzał. Niezbyt chce mi się wierzyć, że z bycia nieuprzejmym można czerpać przyjemność, choć sądząc po popularności zjawiska, niektórzy istotnie uważają, że bycie bucem jest sexy. Nie wiem, może ja jakaś dziwna jestem, ale lubię być miła, nie męczy mnie to jakoś bardzo, i lubię miłych ludzi. Wymiana głasków dobrze robi obu stronom. Każdy z nas tego potrzebuje.
Oglądaliście TED Talk Amandy Palmer? Kocham tę kobietę bardzo i sama bym się z nią ożeniła, gdyby Neil Gaiman tego nie zrobił. Tak czy inaczej, dobrze podsumowała to, co nieudolnie próbuję wam wyeksplikować, w opowieści o tym, jak onegdaj pracowała jako ludzka rzeźba uliczna. Tutaj macie całość, a tutaj fragment, o który mi chodzi:
When someone came by and dropped in money, I handed them a flower and some intense eye contact. And if they didn’t take the flower, I threw in a gesture of sadness and longing as they walked away. So I had the most profound encounters with people, especially lonely people who looked like they hadn’t talked to anyone in weeks, and we would get this beautiful moment of prolonged eye contact being allowed in a city street, and we would sort of fall in love a little bit. And my eyes would say, „Thank you. I see you.” And their eyes would say, „Nobody ever sees me. Thank you”.

No właśnie, no właśnie.

Only truthful hands write true poems

Dobrze, wystarczy już o duńskim księciu. Jeszcze się o nim naczytacie zapewne, obawiam się.

Wczoraj wieczorem robiłam przegląd moich zdjęć i opadła mnie niemożebna nostalgia. Niesamowite, jak dobrze można pamiętać dotyk czyjejś dłoni. Jej ciepło, fakturę skóry, siłę nacisku. Moment trwający może trzy sekundy potrafi rozciągnąć się w pamięci w nieskończoność; pewnie też pamięć trochę go podbarwia, ale to nieważne. Chwila, w której pierwszy raz się dotknęliśmy lata później jest ciągle bardzo żywa, mogę ją odtworzyć jak z taśmy – miałam wtedy wrażenie, jakby mnie prąd poraził, tyle że zdecydowanie bardziej przyjemne. Jakby wszystkie siły rządzące wszechświatem przybiły sobie piątkę i odetchnęły z ulgą: „no, wreszcie się znaleźli”. Coś takiego nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej – ani później. Zabawne. W ogóle już nie pamiętam dotyku kogoś, z kim spędziłam znacznie dłuższy kawałek życia, a tamten pamiętam. I to wszystko, co mi zostało. Wcale nie chcę pozbywać się tego wspomnienia, choć być może dawno powinnam była to zrobić.

No, a poza tym cała nuda poszła w diabły.
Złożono mi ofertę, i owszem, fanfary i confetti – ale szkopuł w tym, że od zaraz. To po pierwsze. Drugim szkopułem jest oczywista kwestia decydująca na ogół o chęci zmiany pracy, która to kwestia nie jest w tym przypadku jakoś bardzo przekonująca. Tym samym połowa autorki krzyczy: „bierz!”, a połowa przypomina: „don’t go for second best”. Mam jeszcze dobę na przemyślenie sprawy, ale znam siebie trochę i wiem, że wahanie zwykle oznacza, że podjęłam już decyzję. Chociaż tak zupełnie pewna to nie jestem. Nie wiem.

The slings and arrows of outrageous fortune

Są pewne dobre szkoły cierpliwości na tym łez padole.
Mgła na lotnisku.
Zakopianka w kierunku Krakowa po długim weekendzie.
Ogonek do przymierzalni w Zarze podczas wyprzedaży.
Moja osiedlowa poczta po siedemnastej.
Szpitalny Oddział Ratunkowy.
Kupowanie biletu na oblegane przedstawienie. Jak wspominałam, trafiły mi się w loteryjce organizowanej przez Barbican dwa takowe, na całkowicie wyprzedanego Hamleta, przypadkiem granego przez największą chyba obecnie gwiazdę. Nie dostałam ich ot, tak sobie, musiałam je odstać w kolejce. Każdy ze zwycięzców miał teoretycznie zagwarantowane miejsce, ale wiadomo – chodzi też o datę. Niezbyt by mi się uśmiechała środowa popołudniówka, bo, panie Benedykt, muszę z grajdołka dolecieć.
Pięć godzin, ladles & jellyspoons. Przez pięć godzin gapiłam się na zielonego hipka na stronie Barbican Centre. Bo wasz postęp w kolejce ilustruje grafika przedstawiająca zielonego człowieczka maszerującego trochę jak w ten w czołówce programu W starym kinie. Hipek poinformował mnie na dzień dobry, że jestem sześćset siedemdziesiąta, a potem szedł bardzo, ale to BARDZO powoli. Wreszcie poinformował mnie, siedzącą z nosem wspartym o kubek kawy: It’s your turn! Click to proceed.
Klikam, by procedować.
I co widzę?
PAGE CANNOT BE DISPLAYED.
W takich chwilach człowiek przypomina sobie, że potrafi zbudować zdanie wielokrotnie złożone, używając wyłącznie słów, excusez, „kurwa”, „chuj” i „pierdolić” w dowolnych, licznych konfiguracjach. Jestem czasem wdzięczna polszczyźnie za możliwości wyrażania żarliwych, wybitnie żarliwych uczuć.
Sprawdzam drugie okno. To samo. Tu dygresja i zarazem wyjaśnienie, czemu te kolejki lubią być tak absurdalnie długie. Otóż polujący na bilety zwykle otwierają sobie parę okien w przeglądarce, a czasem nawet i parę przeglądarek, plus jeszcze smartfona. Przypuszczają zmasowany atak, generując tym samym sztuczny tłum. Zdarza się, że można całą tę udrękę ominąć, czekając do późna wieczorem albo z głupia frant zaglądając do innego serwisu biletowego, który przypadkiem i po cichu dysponuje skromną liczbą miejsc (albo nabywając członkostwo i tym samym priorytet, niemniej trudno takie rozwiązanie polecić komuś, dla kogo wizyta w zamorskim teatrze to raczej jednorazowa przygoda).
Powtórzyłam całą operację z tym samym efektem.
Ty tam, informatyku w Barbican. Z całym szacunkiem, zaraz mnie blady, wymieniony powyżej, na ch, strzeli.
Oświeciło mnie wtem, że mam zmieniacz IP. Zmieniłam zatem na Wielką Brytanię w nadziei, że to cokolwiek zmieni. Może to nie bardzo prawe posunięcie, ale skuteczne. Oczom mym niedowidzącym natychmiast ukazał się kalendarz dostępnych dat. Tym sposobem z bardzo bliska może Benedykta nie zobaczę, ale z bardzo daleka też nie, i na przedstawieniu będę. Przedstawienie zawsze lepsze niż transmisja, to oczywista prawda.
Nawiasem mówiąc, wejście w posiadanie bileciku jest obwarowane tyloma obostrzeniami (wejście tylko z dokumentem tożsamości, bilety drukowane dopiero na krótko przed terminem spektaklu, nie do odstąpienia, kupujący musi być jednym z widzów) że człowiek czuje się, jakby szedł na audiencję do królowej.
Powiem wam szczerze, że bardziej fascynuje mnie cała ta otoczka niż samo przedstawienie; Hamlet zresztą nie jest moim ulubionym bohaterem; chodzi taki i marudzi. Tym o podobnej opinii gorąco polecam słynną wersję skróconą – zwłaszcza część czwartą, zagraną na przyśpieszonych obrotach i od tyłu. Z wielką ciekawością obserwuję natomiast to, co dzieje się dookoła Cucumbera, tę ponadgraniczną obsesję, gwiazdorstwo w skali sięgającej absurdu, niemal galaktycznej – nie zamierzam odmawiać talentu, ale przecież nie on jeden wśród wyspiarskich aktorów ma głęboki głos, nie on jeden dobrze gra, nie on jeden podoba się kobietom (tu muszę przyznać, że nie do końca rozumiem, dlaczego, bo o posągowej urodzie mówić tu nie można, aczkolwiek moja znajoma, osoba lat trzydzieści pięć, uważa, że jest śliczny i oszałamiająco seksowny – i raczej nie należy wchodzić z nią w polemikę, jeśli chce się zachować wszystkie palce). Myślę, że równie interesujący spektakl będzie rozgrywał się pod teatrem. Walka o garstkę dziennych biletów, walka o zobaczenie niechby skrawka grzywki z oddali. Już raz widziałam koczujące w śpiworach fanki, w lutym; na Boga, w Anglii zimą jest cieplej niż u nas, ale nie aż tak ciepło.
No, zobaczymy. Będzie co opisywać chyba.

Poza tym w moim małym życiu nic szczególnego się nie dzieje, co przyjmuję z gromkim, pełnym ulgi UFF. Najciekawsze są sny, znowu bardzo intensywne.
Długo ten stan błogiej nudy raczej nie potrwa, ale o tym innym razem.

PS Drogi szukający – nie wiem, jak zawrócić swetr do sklepu, litości.

Music is the brandy of the damned

Jakoś tak mam, że największą radość sprawia mi zwykle to, na co wcale nie miałam ochoty.
Nie pociągał mnie jakoś ten Man and Superman. Zagorzałą wielbicielką Fiennesa nie jestem, a poza tym prawie czterogodzinny spektakl, ojoj, przecież ja spać z kurami chodzę (nie marudź, przesiedziałaś pięć godzin na Warlikowskim, bez oparcia w dodatku)… Ale te z moich wyspiarskich wtyk, które były i widziały na miejscu, zgodnym chórkiem piały z zachwytu, a ponieważ gust przynajmniej jednej z tych osób jest bardzo bliski mojemu i jej zadarty nos nigdy się nie myli, gdy idzie o teatr, klepnęłam sobie bilet i wczoraj po robocie pomaszerowałam do Multikina na retransmisję.
Wiecie, Ralph Fiennes zawsze wydawał mi się jakiś taki… zimny. Jeden z tych, co mają niepokojące spojrzenie, idealny akcent i uśmiechają się samymi ustami. Doceniałam talent, i owszem, ale nigdy mi do serduszka nie przemówił.
Aż do wczoraj.
Z wielkimi nazwiskami zwykle jest tak, że krytycy lubią traktować je nieco pobłażliwie; dużo mogą wybaczyć, bo to przecież TEN, o NIM nie wypada źle mówić. Widzowie często wybaczają jeszcze więcej, bo to przecież TEN, a TEN jest wspaniały i należy wielbić ziemię, po której stąpa. Tym sposobem najkoszmarniejsze nawet chały nierzadko cieszą się powodzeniem tylko dlatego, że gwiazda w obsadzie. To szczęśliwie nie jest ten przypadek.
Nie podejrzewałam, jak wyśmienita jest ta sztuka. Wiedziałam, że napisał to George Bernard Shaw, jedyny dotychczas człowiek, który zgarnął zarówno Oscara, jak i literacką nagrodę Nobla, ale to jest nie najbardziej znana z jego robótek. Bardzo rzadko wystawiana, bo pełna wersja trwałaby godzin pięć. Obfita, nieskrępowana prezentacja Shawa filozofii życiowej, dość osobliwej, ale jakże trafnej – z całością można się nie zgadzać, ale ten tekst jest tak bogaty, mięsisty i błyskotliwy, że chce się zapisać każde słowo, by móc cytować przy każdej nadarzającej się okazji. Gdzieś w internecie przeczytałam, że najsłabszy z obsady był Fiennes. Nie jestem pewna, czy autor tej recenzji oglądał ten sam spektakl, co ja; być może zasnął w połowie, a może tylko obejrzał plakat. Główna rola bowiem to absolutne tour de force – widać i słychać, że stoi za nią tytaniczna praca. Niekończące się kwieciste monologi głównego bohatera, słowa wystrzeliwane z prędkością karabinu maszynowego z kryształową dykcją – to czysta rozkosz. Dodajmy, że człowiek, który przez cały ten długi spektakl olśniewa fenomenalnym warsztatem, przy okazji jest elokwentnym erudytą, przyjemnym antidotum na powódź celebryctwa. Już kiedyś pisałam, że bardzo nie lubię, gdy aktor prywatnie rozwiera usta i natychmiast cały jego czar pryska, bo staje się jasne, że ostatnią książką, jaką czytał, był „Plastusiowy pamiętnik” (z całym szacunkiem dla Plastusia) i generalnie za dużo do powiedzenia to on nie ma, choć ku utrapieniu słuchaczy głęboko wierzy, że ma. Tak, oczywiście oni nie są od tego, żeby się wymądrzać na dowolny temat, ale mój podziw rośnie błyskawicznie, gdy okazuje się, że któryś jednak umie z wdziękiem się powymądrzać.
Nie podejrzewałam też, że będzie to tak zabawne. To rozbudowany, wielowarstwowy traktat o sile kierującej człowiekiem, o wyborach, których dokonuje, JEŚLI dokonuje, bo być może jego decyzje są pozorne, a stoją za nimi moce silniejsze od jego woli – i jednocześnie rasowa romantyczna komedia. Dla przykładu, taki wiersz miłosny bandyty Mendozy jest jeszcze lepszy niż te moje, com za młodu pisała. Głębia aż boli. Proszę bardzo. Kto nie widział, niech sobie wyobrazi recytację tego dzieła z przesadnym afektem i mocnym hiszpańskim akcentem.

Louisa, I love thee.
I love thee, Louisa.
Louisa, Louisa, Louisa, I love thee.
One name and one phrase make my music, Louisa.
Louisa, Louisa, Louisa, I love thee.

Mendoza thy lover,
Thy lover, Mendoza,
Mendoza adoringly lives for Louisa.
Theres nothing but that in the world for Mendoza.
Louisa, Louisa, Mendoza adores thee.

O wert thou, Louisa,
The wife of Mendoza,
Mendoza’s Louisa, Louisa Mendoza,
How blest were the life of Louisa’s Mendoza!
How painless his longing of love for Louisa!

Naprawdę bardzo dobra rzecz. Mam na myśli spektakl, nie poezję. Jeżeli będą powtarzać, idźcie musowo – nawet nie zauważycie, że to takie długie. To i komiczne, i mądre, i z rozmachem zainscenizowane (sceny National Theatre są wyposażone w imponującą maszynerię i reżyser nie wahał się jej użyć). Zdziwiłam się, nawiasem mówiąc, że kino było pustawe.
I dodam jeszcze jedno. Mianowicie uważam, że Indira Varma jest najpiękniejszą kobietą, jaką ten świat nosi, a do tego jakże charyzmatyczną.
It is the self-sacrificing women that sacrifice others most recklessly. Because they are unselfish, they are kind in little things. Because they have a purpose which is not their own purpose, but that of the whole universe…

Z innych nowinek – kontynuując wątek wielkich nazwisk – chyba jednak pójdę na tego Hamleta z Cumberbatchem, bo sądząc po mailu, który rankiem znalazłam w skrzynce (i który zaczyna się słowem Congratulations), poszczęściło mi się w losowaniu i będę mogła w poniedziałek nabyć bilecik za oszałamiającą sumę 10 funtów. Na czarnym rynku chodzą po 3000.
Głupi ma zawsze szczęście, jak mawia moja mama. W losowaniu podobno wzięło udział ponad 40 tysięcy osób, więc konkurencję miałam sporą. Chyba dzisiaj totolotka puszczę, idąc za ciosem.
Dodajmy, że zarejestrowałam się tak z głupia raczej, bo wcale mi jakoś ogromnie nie zależało na obejrzeniu tej sztuki. Może w tym tkwi klucz.

Tame a wild human

Wiem, że nie jestem zbyt łatwa we współżyciu, albo inaczej – mogę nie być od czasu do czasu. Moje samotnictwo i umiłowanie wolności czasami odzywają się głośniej. Ktoś, kto chce się ze mną zbratać, musi to na ogół (zdarzają się wyjątki) robić metodą baby steps, bo inaczej mogę poczuć się osaczona. Niechętnie się zwierzam, nie potrzebuję towarzystwa do kina, na obiad, na urlop i tak dalej, nie jestem dobra w kurtuazyjnym podtrzymywaniu kontaktów i bywa, że czasami zapominam o bożym świecie, łącznie z innymi jego mieszkańcami. Ogólnie rzecz biorąc, nie jestem takim zwierzątkiem, które z machającym ogonem podbiega do każdego i daje się podrapać po brzuszku, tylko raczej takim, które trzyma się na dystans i jak będzie chciało, to podejdzie, jak zaufa, to będzie je można po brzuszku drapać godzinami, ale jeśli wyciągnie się do niego rękę zbyt szybko, to zwierzątko nie będzie zadowolone i nastroszy wibrysy.
Bardzo, ale to bardzo nie lubię, gdy ktoś usiłuje stać się moim nowym najlepszym przyjacielem, choć znamy się niedługo i nie mamy ze sobą zbyt wiele wspólnego. Osobowość mocno ekstrawertyczna, bazylion znajomych, życie towarzyskie, którym można by obdzielić trzy osoby. Osobowość nieco wampiryczna emocjonalnie, uwielbiająca skupiać na sobie uwagę. Osobowość z gatunku wydzwaniających, zaczepiających na twarzoksiążce, nie dających za wygraną. Problem w tym, że gdy umawiacie się z nią na spotkanie, okazuje się, że umówiliście się jeszcze z tuzinem innych ludzi. Których nie znacie lub znacie bardzo słabo. Nie mój kubek herbaty, że tak powiem.
Osobowość poczyniła mi dziś wykład drogą mailową, że chyba jej nie lubię i jej unikam.
Owszem, unikam. I w sumie tak chyba powinnam odpisać, choć przede wszystkim nie rozumiem, po co w ogóle takie maile słać. Jeśli nie zabanglało, to nie zabanglało, trudno, nie wszyscy muszą być best friends forever, zwłaszcza jeśli ich charaktery są dramatycznie różne – i wydawać by się mogło, że człowiek po trzydziestce to rozumie. Najwyraźniej nie.
Mam wrażenie, że to skutek uboczny życia w mediach społecznościowych, gdzie z jakichś przyczyn tak niesłychanie ważne jest to, ile osób nas lubi, ale mniej ważne, za co i – przede wszystkim – czy naprawdę. Ludzie jakby odwykli od tego, że kontakty mogą zacieśniać się i rozluźniać, różnie się układa, a czasami zwyczajnie nadajemy na innych falach i to żadna tragedia, zdarza się. Można nad tym przejść do porządku dziennego. Chyba.

Ech, a może to ja jestem antyspołeczna.

No, ale żeby zakończyć przyjemnym akcentem – bardzo ciekawe rzeczy będą się działy w Nowej Hucie tego lata. Przeglądając program, autorka w pewnej chwili wyszczerzyła się promiennie do ekranu; stali czytelnicy natychmiast zakumają, który punkt wprawił ją w wielkie podekscytowanie.
Tymczasem autorka żegna serdecznie, by udać się do kina, znaczy do teatru.

Why is your tummy rumbling?

Czerwień się przybrązowiła i wyglądam, jakbym wróciła z jakichś prawdziwych, normalnych wakacji, typu Ibiza czy coś. Oczywiście od momentu wylądowania – a jeszcze bardziej od momentu włączenia służbowego laptopa – tkwię w głębokiej depresji, ale coś mi się zdaje, że to nie potrwa długo.

Wszyscy dookoła, w biurowej kuchni, na twarzoksiążce, na blogaskach i w radio przeżywają Grę o tron, tam się chyba coś ważnego stało? Czuję się nieco wyobcowana, bo pojęcia nie mam, o co całe halo, jako że żyję pod kamieniem i obejrzałam tylko jeden sezon, który wcale aż tak bardzo mi się nie spodobał. Jeśli idzie o telewizyjny aspekt kultury masowej, z każdym odcinkiem Jonathana coraz intensywniej podkochuję się w Bertiem (Bertie czytający poezję to samo szczęście, choć jako wściekłe babsko też nieźle sobie radzi). Jeszcze trochę i zacznę rozważać pójście się przywitać po spektaklu.
Lepiej nie, misiu. Zły pomysł. Raz poszłaś i wszyscy wiemy, co z tego wyszło.

Czytałam dzisiaj o przedstawieniu bardzo ciekawym, które – mam nadzieję – pewnego dnia uda mi się zobaczyć. Użyłam złego słowa. Nawet jeśli uda mi się kupić bilet, nie zobaczę tego na pewno.
Widzom zasłania się oczy.
Śpiewający aktorzy podchodzą do nich, ostrożnie podnoszą ich z krzeseł i przytulają. Trzymają ich w uścisku, ciągle śpiewając a capella, chórem. Gwałtownie ociemniała publiczność nie widzi wykonawców, ale może poczuć ich mięśnie, drgającą przeponę, ciepły oddech, głos w uchu.
Kuriozalnie to może brzmi, ale to musi być niesamowite doświadczenie. Wszystkie recenzje, które dotychczas przejrzałam, kipiały zachwytami na granicy egzaltacji (no dobrze, jedna widzka napisała, że ten śpiewak, co jej się trafił, wyjątkowo ładnie pachniał – to też ma znaczenie). Ludzie podobno płaczą. Powiem wam, że parę lat temu nie poszłabym na taki spektakl za chińskiego boga, choćby mi niewiadomoco za to obiecano. Po pierwsze – obcy człowiek miałby mnie dotknąć? Po drugie – interakcja z aktorami, nigdy w życiu, umarcie ze wstydu natychmiast. Po trzecie – gdy nie widzimy, jesteśmy bezbronni. Pozostałe zmysły wskakują za to na bardzo, bardzo wysokie obroty. A tu nieznajomy, któremu nawet nie możemy spojrzeć w oczy, ma przekroczyć nasz próg intymności.
Trochę śmielsza się stałam ostatnimi czasy i dziś już bym się nie bała. Chętnie bym coś takiego przeżyła. Ktoś mógłby zapytać, zapewne słusznie, po cholerę płacić za tego rodzaju atrakcję, skoro mniej więcej to samo można sobie załatwić we własnej sypialni za darmo. No cóż – ciekawość. Okropna cecha.

Brunost

Tak naprawdę to ja wcale nie zamierzałam znaleźć się w Oslo. Kiedyś tak, owszem, ale niekoniecznie tego lata. Niemniej, jak powszechnie wiadomo, dla mnie wystarczającym powodem do wyjazdu jest to, że jeszcze gdzieś nie byłam. A że nadarzyła się bardzo sympatyczna okazja, no to poleciałam. Musiałam wstać o trzeciej w nocy, bo samolot odfruwał w porze absolutnie morderczej, i wcale nie byłam z tego powodu zadowolona. Gdy wylądowałam i wyściubiłam nos z dusznej kabiny, nos zarejestrował przenikliwe zimno. Nie spodobało mi się to ani trochę. Mimo to wróciłam cała w rumieńcach. Ee, dosłownie.

Sweterek owszem, przydawał się po zmierz… powiedzmy, że wieczorem. Za dnia można było paradować i w bikini, bo pogoda była piękna, a niedaleko centrum miasta leży lesista wysepka z plażami – może niezbyt spektakularnymi, ale jednak. Niedaleko to znaczy pięć minut promem od przystani w centrum Oslo. Gdyby kto był ciekaw, morze upiornie zimne, co tubylcom oczywiście nie przeszkadzało w kąpielach i trenowaniu skoków do wody. Na wysepce, która może i ma rozmiary chusteczki do nosa, ale mieści między innymi ruiny średniowiecznego klasztoru, można się ukryć w cichym zakątku z widokiem na fiord i piknikować do upadłego – no, w każdym razie do ostatniego promu kursującego pod Ratusz.

wpid-20150611_173901.jpg

Promy, no właśnie. Jeśli pamiętacie poprzednie relacje, to wiecie, że autorka nieszczególnie lubi podróże drogą wodną, ze względu na wybitnie przykre doświadczenie z młodości. Niestety co jakiś czas trafia w miejsce, w którym jest na taki transport skazana. Wreszcie się przyzwyczaja, ale pierwszemu razowi zawsze dotyczy ten sam irytujący zestaw rozważań (ciekawe, jak tu jest głęboko? czy to powinno tak się kołysać? czy naprawdę nie możemy usiąść bliżej wyjścia? czy górny pokład powinien mieścić aż tylu pasażerów? czy ten wycieczkowy kolos płynący przed nami robi duże fale? czemu odpływamy tak daleko od brzegu? gdzie są kamizelki ratunkowe? dlaczego nie robią takiego safety demo jak w samolotach? wcale nie uważam, żebym zbyt mocno trzymała się siedzenia, ale czy ktoś może ma przy sobie odrobinę koniaku?…). Ale na Hovedøyę, tę właśnie wysepkę, inaczej niż statkiem nie da rady. Do muzeów na półwyspie Bygdøy owszem, da się autobusem, ale bądźmy twardzi, to tylko dziesięć minut na morzu, wytrzymasz… Jak na ironię, właśnie w Oslo odkryłam, że nie tylko nie jestem osamotniona w mojej fobii, ale też mam w niej całkiem interesujące towarzystwo. Thor Heyerdahl – ten, który tratwą Kon-Tiki przepłynął Ocean Spokojny – bał się wody i ledwo umiał pływać (o żeglowaniu nie wspominając), gdy wyruszał w swoją podróż.
Nie lubicie morza? Plażowanie nie bardzo? Nie ma najmniejszego problemu. Wsiadacie w metro w kierunku stacji Frognerseteren, kolejka tuż po opuszczeniu ścisłego centrum wyjeżdża spod ziemi, więc jedziecie sobie, obserwując, jak wagonik wspina się wśród wzgórz, a w dole błyszczy morze, i po trzydziestu minutach wysiadacie w środku czegoś, co do złudzenia przypomina nasze Beskidy – gęsty las, błotniste szlaki, kamieniste ścieżki. Szarlotka w schronisku. Komary. Podmokłe łąki. A między tym wszystkim jezioro, nad brzegami którego można, oczywista, piknikować. Można też stopę zamoczyć, ma się rozumieć. Włos może ździebko się jeży, niemniej da się.
Koniec końców, gdy żadna z opcji przyrodniczych (łącznie z miejskimi parkami, w których kwitną jeszcze bzy, dozwolone jest leżenie na trawnikach i przytulanie się do drzew – tak stało na tabliczce pod Pałacem Królewskim) turysty nie przekonuje, turysta może łazić od muzeum do muzeum i gapić się z zachwytem na takiego na przykład Muncha.

Gdy weźmiecie do ręki dowolne pismo podróżnicze i przeczytacie o dowolnej europejskiej stolicy, najpewniej dowiecie się z tekstu – zwłaszcza jeśli autor cierpiał na brak weny – że to miasto kontrastów.
Problem z Oslo polega na tym, że do niego to określenie pasuje. Spójrzcie tylko. To wszystko mieści się w granicach administracyjnych stolicy Królestwa Norwegii.

Wrócę po więcej, gdy tylko nadarzy się kolejna okazja, a pewnie się nadarzy, bo gdy człowiek chce, to jakoś tak sam się o te okazje stara…
I tak, to prawda, co mówią – światło jest niesamowite.

Interwebular absence

Kilkudniowa nieobecność w sieci zrobiła mi wyjątkowo dobrze, bo przeczekałam nieświadomie parę burz i nie wdałam się w parę zapewne jałowych dyskusji, a poza tym gdy tuż po powrocie włączyłam na nowo transfer danych, odkryłam, że w sumie to nic ważnego się nie wydarzyło. A ja, chodząc po lasach, wylegując się na plażach i ciesząc się nieustającym dniem, mogłam przynajmniej odpocząć. Chciałabym powiedzieć, że wreszcie się wyspałam, gdyby nie fakt, że nieustający dzień właściwie nie pozwalał spać. Dla zilustrowania – tak miały się sprawy odpowiednio kwadrans po dwudziestej trzeciej i tuż po trzeciej nad ranem.

Rozwlekły opis będzie najpewniej jutro (choć nie mogę obiecać), a tymczasem na zaostrzenie apetytu jeden ze spotkanych na urlopie tubylców.

SONY DSC

They’re all mistakes, children! Filthy, nasty things. Glad I never was one!

Wiecie, że ten Jonathan Strange grał żeńską rolę w musicalu na motywach Matyldy Roalda Dahla? I część widzów w ogóle nie zorientowała się, że to facet? Nie? Już wiecie. On jest zachwycający. Jestem pod rosnącym wrażeniem, a to nigdy nie wróży nic dobrego. W każdym razie moja Sekretna Lista Wstydliwych Słabości wydłużyła się o kolejny punkt.
(Och, i właśnie doczytałam, że będzie grał w Bachantkach z Whishawem, co oznacza, że tego lata zobaczę go na żywo. Maska tlenowa może się przydać).
((To jeszcze tylko raz loczki – khhh… – i przechodzimy do rzeczy)).

Tymczasem moja ulubiona fundacja, która onegdaj zniechęcała do rozwodów, teraz zachęca do rozmnażania się. Ta fundacja protestowała przeciw ratyfikacji konwencji przeciwko przemocy, co samo w sobie jest znaczące. I fundacja ewidentnie ma wyraźną opinię na temat roli kobiety w społeczeństwie. Opinię, z którą zdecydowanie się nie zgadzam.
Gwoli ścisłości, nie kwestionuję faktu, że człowiek ma – jakkolwiek paskudnie to brzmi – datę przydatności. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje szanse na macierzyństwo z wiekiem maleją, aż wreszcie znikną zupełnie, mimo wysiłków medycyny. Co nie zmienia faktu, że mogę nie chcieć mieć dzieci. Kogoś, kto nie chce, żadna kampania nie nawróci. Jeśli ktoś na starość pożałuje, że podjął w życiu ciąg takich, a nie innych decyzji, to ciągle jego prywatna, najbardziej prywatna z prywatnych sprawa i sam będzie musiał się z tym zmierzyć. Nikomu nic do tego. To niesłychanie intymny wybór. Nie zawsze zresztą wybór.
Bardzo chętnie spotkałabym się z pomysłodawcami tej kampanii i porozmawiała sobie z nimi od serca. Tymczasem proponuję im, żeby zastanowili się, jak wielu ludziom, którzy dzieci mieć zwyczajnie nie mogą – z rozmaitych przyczyn – wymierzyli policzek tym bzdurnym filmikiem.
Jako potencjalny, obawiam się, target tej akcji (który w dodatku był w Tokio – to już w ogóle przerąbane mam), mogę wyjaśnić zainteresowanym, jak wiele czynników na to wpływa i zapewnić, że w licznych przypadkach sprowadzanie bezdzietności do kaprysu jest zwyczajnie niestosowne. Przy czym nawet jeśli kobieta istotnie woli po prostu robić karierę, to ma do tego święte prawo, ponieważ po tym łez padole chodzi tylko jedna osoba zdolna decydować o jej życiu i jest to ona sama. Nota bene, dzieło powinno wylądować w Wikipedii jako ilustracja pojęcia „stereotyp”. Karierowiczka w szpilkach przechadza się smętnie po pustych dizajnerskich wnętrzach. Interesujące jest też to, że zdaniem pomysłodawców wyraźnie można albo być panią menago, albo potomstwo rodzić i gotować konfitury. To dość zerojedynkowa wizja świata, nieprawdaż. Aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku można taką mieć. I bardzo chciałabym zapytać, gdzie w tym spocie jest mężczyzna. Bez udziału takowego kobieta dziecka raczej się nie nabawi (chyba że zdaniem tęgich mózgów stojących za kampanią wystarczy podejść do jakiegoś na ulicy i grzecznie zapytać), a znam bardzo wielu facetów niechętnych zakładaniu rodziny – dlaczego nie ma spotu kierowanego do nich? Tylko my jesteśmy odpowiedzialne za spadający przyrost? Te kobiety to samo zło, doprawdy. Zdaje mi się, że autor(ka) scenariusza powinien – lub powinna – przyjrzeć się trochę otoczeniu przed spłodzeniem tego swojego opus magnum; może wtedy by dotarło, że świat zamieszkują nie tylko ludzie, którzy poślubili swoją pierwszą studencką miłość, a bezdzietne kobiety sukcesu, które chodzą po domu w butach na wysokich obcasach, to raczej rzadkość jest (pewnie nawet Anna Wintour nosi kapcie). I nikt raczej nie porzuca wizji rodzicielstwa na rzecz wycieczki do Paryża, do którego w naszych czasach można dotrzeć kosztem dwóch godzin i paru stów.
Skoro już założyli fundację, lepiej by pomagali samotnym rodzicom albo nieszczęśliwym dzieciakom, o których dobro tak się ponoć troszczą, a nie wtrącali się w życie dorosłych ludzi. Dziękuję za pochylenie się nad moim losem, ale please do kindly fuck off i zajmijcie się czymś naprawdę pożytecznym.

How can you not want to believe in magic?…

Skoro nie może być wpisu o mieście, którego nie ma (i o warsztatach robienia trąbek z ogórków – nie mogę przeboleć, naprawdę, być może zdobyłabym pierwszą w życiu przydatną umiejętność), to będzie taki o mieście, w którym jestem. Dziś co prawda nie zamierzam ruszać się z domu, ale wczoraj ruszyłam się, i to bardzo – dlatego między innymi dziś nie zamierzam, obawiam się bowiem, że nieco mi przeszkadza huk obracającej się Ziemi, jeśli wiecie, co mam na myśli.
Bo wczoraj było między innymi tak.
wpid-20150606_2124452.jpg.jpeg

(Zdjęcie wykonane celem zirytowania pana i władcy, który musiał spędzić sobotnie popołudnie w pracy, nieszczęście).
A miał być tylko obiad w mieście. W Hospudce, na Mostowej. Dla towarzystwa spoza Krakatau wyjaśnienie – Mostowa to taka ulica, na którą przez wiele lat zapuszczali się tylko ci, którzy naprawdę musieli. Później wybudowano kładkę na Podgórze (czy tylko mnie to zdjęcie wydaje się nieco lubieżne? Dobrze, to macie drugie). Nie trzeba było długo czekać – po obu stronach rozkwitło życie knajpiane. Ja tam się cieszę, wydatnie mi się skróciła droga do tzw. miasta; wreszcie mogę chodzić na kawę pieszo. Poza tym bardzo lubię tę trasę i uważam, że nocny spacer rozświetloną kładką to czysta rozkosz. Za dnia nieco gorzej, bo przeważnie ślubne sesje zdjęciowe wymuszają zatrzymywanie się co chwila.
Mostowa jest nieco hipsterska, ale to taka ulica – niezbyt długa – na której można spędzić cały dzień, przesiadając się do kolejnych knajpeczek i obserwując przechodzący obok was świat. Hospudka fajna, bo mają čepované pivo jak należy, z cudną pianą, aż szkoda ją psuć piciem. Jedzenie też mają, też czeskie i całkiem w porządku, pod warunkiem, że człowiek nie przyjmuje do wiadomości, ile kalorii pochłania. Nie jestem wielką fanką kuchni naszych braci z południa, ale sympatyczne to bardzo miejsce i głodni nie wyjdziecie.
Gdy człowiek pożre takie coś i popije kuflem, dokąd może się udać? Ależ rzecz jasna. Na lody. Te z gorgonzoli. I z granatów. Nad imbirowymi już onegdaj się rozpływałam, więc nie będę się powtarzać, niemniej koniecznie zalecam pójście. Nawiasem mówiąc, obok znajduje się całkiem sympatyczny pub, w którym można się wygodnie rozsiąść i trawić. Gdy zignoruje się powietrze, rozgrzany asfalt i weekendowy tłok, Kraków latem przypomina leniwy kurort. A jeśli akurat nie można wyjechać, to potrafi dostarczyć całkiem atrakcyjnych wrażeń.
Kładką powróciło się na Kazimierz i przechodziło się obok Ursa Maior (pyszne bieszczadzkie piwa – z których akurat moje najmniej mi smakowało, no taki los; świetne wnętrze, zwłaszcza dla miłośników surowego drewna), więc się wstąpiło.
No, a później okazało się, że akurat Noc Synagog (zaklinam was, nie czytajcie komentarzy pod tekstem – niektórzy ludzie są bardzo chorzy), więc szkoda wracać do domu, skoro można po zmierzchu odwiedzić niesamowite miejsca. Szkopuł w tym, że człowiek jakby zgłodniał, przecież nie jadł od godziny. Człowiek podreptał zatem na skwer Judah i po raz pierwszy w życiu pochłonął maczankę po krakowsku. To znaczy, nie do końca pochłonął. Z żalem stwierdza, że nie zmieścił całej. A pyszna była, delikatne, marynowane w winie mięsko z rabarbarem i grillowaną cukinią. Piszę to jako człowiek, który za mięsem ogólnie nie przepada i świetnie obywa się bez niego – fenomenalne jedzenie. Mój obwód w talii niebawem doścignie równik.
Koncert Djamchid Sisters w synagodze Tempel (to była stajnia podczas II wojny światowej…) bardzo piękny, poruszający i klimatyczny. Byłby. Gdyby nie publiczność. Drogie panie siedzące za mną – mam szczerą nadzieję, że pizza, o której z takim zapałem na głos rozprawiałyście, gdy koncert już się zaczął i tak jechałyście przez kolejne dwadzieścia minut, przyprawiła was o dotkliwą zgagę. Potem sobie niestety poszłyście, ale po was przybyli dwaj elegancko wyczesani młodzieńcy ze smartfonami. Otóż nie chodzi się na koncerty, żeby plotkować, ani żeby sprawdzać, co na wallu wam napisano. Gdyby wymazać te indywidua spośród publiczności – cudowne, mistyczne doświadczenie. Jeśli będziecie mieli okazję, koniecznie idźcie. Sama wizyta w synagodze jest wyjątkowym przeżyciem.

Dziś tym samym ze spokojem pielęgnuję moje nabyte wczoraj kilogramy, słucham izraelskich sióstr na Jutubie i oglądam Jonathana Strange’a i pana Norrella – cudowny serial. Wessałam trzy odcinki do śniadania; czekam na czwarty (ubolewam, że moda na fraki i postawione kołnierze odeszła – w tym nie sposób wyglądać źle). Miłośnicy Anglozy i wątków nie z tego świata zaserwowanych w lekko mroczny sposób będą zachwyceni. A Bertie Carvel ma tak czarownie wibrujący głos, że daj mu Boże zdrowie. Mój fetyszyzm rozkwita w pełni.

Masz za swoje

Dawno nie było żadnego zwrotu akcji, co?

Zmiana planów, ladles and jellyspoons. Czasami trzeba.
Siedzę ci ja sobie dziś w biurze, znudzona niemiłosiernie, bo nawet ust otworzyć nie ma do kogo, w odpowiedzi na 95% wysłanych maili dostałam automatyczną zwrotkę, no, ale podobno oszczędnością (czy uczciwością?… nigdy nie pamiętam) i pracą ludzie się bogacą. Ja nie oszczędzam, więc pracuję.
Siedzę i kątem oka zauważam, że telefon mi dzwoni. Jakiś dziwny zagraniczny numer. Nie odbieram, myślę. Drgawki telefonu po minucie ustępują. Dziesięć minut później zaczynają się na nowo. He? Znajomi z Brytfanny nigdy do mnie nie dzwonią. Podejrzliwa sięgam po telefon, ale bestia złośliwie akurat wtedy milknie… po czym przychodzi SMS.
Daj znać, kiedy będziesz mogła rozmawiać, chyba mamy coś interesującego dla ciebie. Przepraszamy, że dzwonimy, ale to pilne. Pozdrowienia, XX.

Szczerze pisząc, ja byłam pewna, że zawaliłam poprzedni interview, bo zdenerwowana ględziłam kosmiczne bzdury i raczej nie nastawiałam się na to, że jakieś Wielkie Zmiany w moim życiu nadejdą, niemniej o dziwo przeszłam do drugiej rundy, na zupełnie inne stanowisko i w poniedziałek mam kolejną rozmowę. Dlatego nie bardzo mogę do tego Londynu. Instytucja, do której z głupia frant wysłałam aplikację, mieści się owszem, w Zjednoczonym Królestwie, ale daleko od stolicy, a klient, z którym mam gadać, w ogóle w innej części świata i czasu przebywa, więc pozostaje dobrodziejstwo internetu. Serce mnie trochę boli, toteż powiedzcie mi, proszę, że podejmuję dobrą, dorosłą decyzję. Nawet, jeśli nic z tego nie wyjdzie. Kto nie ryzykuje i tak dalej, prawda? Prawda?…
Poza tym gdyby przypadkiem się udało, to mogłabym odwiedzać wiadome miasto znacznie częściej. Gra warta świeczki chyba.
Widzicie, jak to trzeba uważać na to, o czym się marzy? To naprawdę potrafi zajść was od tyłu i poklepać po ramieniu, gdy najmniej się spodziewacie.
Najzabawniejsze jest to, że dopóki była to mglista wizja, byłam niebywale podekscytowana. Odkąd z tej wizji wyłania się coś bardzo namacalnego, jestem przerażona. Najchętniej wlazłabym do kącika i trzęsła się tam ze strachu. Oczywiście może się zdarzyć, że moje małe życie będzie toczyło się nadal niezmiennym rytmem i tyle – złe nie będzie, lubię je bardzo – ale może też zdarzyć się, że nie.

Sweet feet

Pojutrze będę w Londynie. Nic niezwykłego, wiem.
Moja czcigodna stopa po raz dwudziesty dotknie ziemi Wysp Brytyjskich.
Dwudziesty. Dość to niesamowite.
W stolicy mojego własnego kraju tyle razy nie byłam.

Pamiętam pierwszy raz, jedenaście lat temu, mój pierwszy samotny lot, przylepianie nosa do zamarzniętej szyby w ciemności gdzieś nad kontynentem, aż wreszcie za morzem rozbłysła plama światła. Pamiętam potężny dworzec King’s Cross, mojego ówczesnego, który mieszkał w południowym Londynie, ale pochodził z Melbourne, więc i australijskie knajpy (co ciekawe, rugbista, który mi tymczasowo zawrócił w głowie zeszłego lata, też był z antypodów – widocznie coś jest na rzeczy, może chodzi o akcent?), snakebite, okropne i wściekle kaloryczne jedzenie w Chicken Shack po nocy, poszukiwania barów otwartych po 23, powroty nocnym autobusem do domku w Clapham. Nawet mi się nie śniło wtedy, że będę tak często latać i że w tym mieście wydepczę własne, wąskie ścieżki. Nie podejrzewałam, że ta plama światła stanie się moim drugim domem, z przyjaciółmi, mężczyznami, ulubionymi miejscami i rozrywkami – czasami męczącym, czasami przytłaczającym, ale jednak. Kiedy wróciłam po sześciu latach nieobecności, stare sentymenty też wróciły – i od tamtej pory, jak wiadomo, jestem tam co chwila.

Jedenaście lat później wszystko jest inaczej, a jakby tak samo.

Nothing in the world is quite as adorably lovely as a robin when he shows off

Och, jak ja lubię, gdy mnie ptaki budzą o czwartej rano. Bez ironii, naprawdę lubię. To mój drugi ulubiony sposób budzenia się (pierwszy jest oczywisty, więc nie będę tu świntuszyć). Można wstać, wypić kawę, pomaleńku podryfować w dzień z przeczuciem, że będzie przynajmniej niezły. A gdy kosy ucichną, włączyć sobie ulubioną poranną audycję, której prowadzący jest – ku mojej radości – wielkim miłośnikiem Kate Bush.

Jestem ostatnimi czasy w dobrym humorze i mam różne sympatyczne przygody, toteż postanowiłam wykorzystać falę wznoszącą; wzięłam mianowicie udział w loterii dla tych, co chcą wygrać okazyjny bilecik na Hamleta z Bennym Cucumberem. Jeśli mnie nie wylosują, płakać nie będę, bom przyzwyczajona – w życiu tylko raz coś wygrałam, dokładniej zajęłam pierwsze miejsce w konkursie poetyckim (stali czytelnicy mieli okazję zapoznać się z moją poezją produkowaną w wieku czternastu lat, coś tam pisałam, że mokre kaktusy i głąb chodnika – wyobraźcie sobie, że owszem, ktoś jednak postanowił dać mi za to nagrodę; swoją drogą nie pamiętam już nawet, jaką). Poza tym niebawem w grajdołku też odbędzie się premiera Hamleta, a przynajmniej dwóch członków obsady budzi we mnie żywsze emocje niż Cumberbatch. Idę oczywiście, po powrocie z urlopu. Jako że jest to w Starym i jako że jest to Szekspir, spodziewam się serii ubolewań nad kondycją kultury polskiej, upadkiem narodowej sceny i szarganiem świętości barda. Jeśli tylko barda, to pół biedy. Zdążyłam już wyczytać, iż plakat do spektaklu jest bluźnierczy. No to go sobie obejrzałam czym prędzej, bo jeśli coś może wzbudzić moje natychmiastowe zainteresowanie, to z pewnością rzeczy gorszące.
Powiem wam szczerze, że przez dłuższą chwilę gapiłam się na ten plakat, próbując jakąkolwiek bluźnierczość w nim dostrzec. Czyli jednak każdy widzi to, co chce.
Skoro już o wykorzystywaniu oczu mowa – po raptem dwóch tygodniach wpatrywania się w mój słynny już obrazek odkryłam, że on z przodu też jest podpisany. Dodam na swoje usprawiedliwienie, iż trzeba się naprawdę mocno przyjrzeć (nie, nie jeździłam nosem po tym, mam swój honor). Przez poprzednie czternaście dni myślałam, że to jakiś niedokończony wzorek jest – wygląda jak dorysowany ołówkiem listek wyrastający z gałęzi. Dziś mnie oświeciło, że to nie jest żaden listek, tylko inicjały.
Wątpię, ale gdyby jednak przypadkiem ktoś z was skrycie marzył o podobnym wytworze, to od paru dni są do nabycia po bożemu, via internet (a można było na ten pomysł wpaść od razu…). Bardzo ładne, tyle tylko, że to już są druki, a nie oryginały. Jakby komuś zbywało, niech spojrzę na kursy walut, skromne pięćset siedemdziesiąt złotych – przez wrodzoną uprzejmość nie skomentuję – to sobie może sprawić. Och, plus jeszcze osiemdziesiąt za przesyłkę. Moja dotarła na koszt strony wysyłającej. VIP treatment, nie?

This is my normal face

Piątek, północ zaraz, obok nas dryfują długowłose nimfy, wytrwale ignorując fakt, że kocie łby – zwłaszcza mokre – nie sprzyjają wysokim obcasom. Idziemy w kierunku taksówek, gdy nagle znajoma łapie mnie pod ramię, odciąga od reszty towarzystwa i konspiracyjnym szeptem mruczy:
– On ci się podoba, co?
– Eee… Kto mi się podoba?
– No, jak to – wskazuje niedyskretnie palcem mojego Bogu ducha winnego kumpla maszerującego nieopodal. – Dlatego tak znacząco się uśmiechasz. Coś jest na rzeczy moim zdaniem.
To szalenie interesujące, ale moim zdaniem nie.
Owszem, piątkowa noc, w całym mieście duszno od zapachu perfum, za parę godzin rozkwitnie wiele przelotnych romansów, niemniej nie zostanę obsadzona w żadnym z nich.
Bardzo nie lubię takich sugestii, podobnie jak nie lubię – delikatnie mówiąc… – bycia swataną na siłę. Domyślam się, że niektórzy postrzegają zabiegi skojarzenia mnie jako akt życzliwości, ale niechciane są równie komfortowe, co bycie porwaną do tańca przez pijanego wujka na weselu.
Niestety co jakiś czas spotykam kogoś (na ogół jest to kobieta), kto w każdym uśmiechu wystrzelonym w kierunku przedstawiciela płci przeciwnej dopatruje się flirtu, choć uśmiecham się zwyczajnie dlatego, że tego akurat przedstawiciela znam od lat i bardzo lubię, bo pod wieloma względami jesteśmy do siebie podobni, ale żadnych dodatkowych wrażeń to on mi nie przysparza. Znam również jego żonę. I nie uśmiecham się znacząco – po prostu taka moja uroda, tak mi się mięśnie twarzy układają. Niektórzy tak mają, że zawsze, a przynajmniej często wyglądają, jakby coś z tyłu głowy knuli i ja do nich wyraźnie należę, choć staram się nad tym panować, bo jak widać, różnie to bywa odczytywane. A że moja wewnętrzna szelma przez ostatnie miesiące siedziała skulona i przygnieciona tonami dramatów, korzysta z każdej okazji, żeby się ujawnić. Niegroźnie, bez niecnych zamiarów. Po prostu czasem trzeba się pośmiać.

Nota bene – gdyby w istocie mi się podobał, moje zachowanie byłoby zgoła inne i z pewnością nie tak beztroskie. Prawdopodobnie skora do diagnoz koleżanka sympatyczna uznałaby wówczas, że za gościem nie przepadam. Jeśli patrzę mu w oczy, a nie w stopy, znaczy, iż absolutnie nic się nie dzieje.
Tyle o piątku. Bardzo udanym zresztą.

Podczas weekendu przyrumienił mi się nos, albowiem jest prawdą powszechnie uznaną, że najlepiej czyta się książki na świeżym powietrzu, kiwając skąpo przyodzianą nóżką i sącząc szprycerka. Przerobiłam jedną całą i drugiej pół, więc teraz do końca tygodnia mogę gnuśnieć intelektualnie. I tak zresztą zapewne będzie, gdyż mój mózg raczej nie będzie pracował na szczególnie wysokich obrotach przez najbliższe dni – gwałtownie wszedł w tryb urlopowy, toteż funkcjonują jedynie obszary odpowiedzialne za pakowanie się, pogrążanie w upajających wizjach, rozważania, czy ciekawiej byłoby pójść na wystawę poświęconą taksydermii, czy może jednak obejrzeć greckie rzeźby (mam szerokie zainteresowania…), kombinowanie, czy lepiej zabrać sukienkę, czy jednak poczciwe dżinsy – bo jednak pewnie będzie trochę siedzenia na podłodze – i jak to zrobić, by w kilkanaście godzin po powrocie być w pełni gotową do podróży w innym kierunku. Treść moich snów już się zmienia, już pojawiają się dobrze mi znane wątki, jakby nie do końca senne, w każdym razie nader prawdziwe. To ten moment, gdy moja chmurka unosi się wyżej. I wyżej. I jeszcze wyżej.

Never touch your idols: the gilding will stick to your fingers

Wpis nieco inspirowany będzie. O niczym szczególnym, bo dziś akurat nic szczególnego się nie zdarzyło (poza tym, że jeden zamorski krytyk teatralny zaczął mnie obserwować na Tłyterze, ekhm – nie wiem, czemu ten zaszczyt zawdzięczam, ale przyjemnie), a nadal boję się zajrzeć do skrzynki pocztowej, gdyż może być tam bardzo ważny mail lub może go nie być i trudno powiedzieć, co gorsze – lub lepsze, nie jestem w sumie pewna. Dlatego zajmuję się wszystkim innym, zwłaszcza rzeczami kompletnie nieistotnymi.

Wpadł mi niedawno w ręce tekst o tym, jak to nie powinno spotykać się ze swoimi bohaterami. Ja tam co prawda mam same pozytywne doświadczenia (o nie nie, stara, nawet nie próbuj skręcać w lepkie odmęty jednego ze swoich ulubionych tematów…), ale wielu jest ludzi, których wyobrażenia o tym, jak cudowną istotą jest ich idol/autorytet/sekretna miłość/obsesja/bóstwo/heros z dzieciństwa/niepotrzebne skreślić legły w gruzach w bardzo przykry sposób.
Autor tamtego felietonu rozczarował się szczególnie, bo idol był idolem od zawsze. Wiadomo, gdy obdarzamy ciepłym uczuciem kogoś, kogo nie znamy i tylko za to, co robi (albo jak wygląda, czasami jedno i drugie), to lubimy myśleć, że prywatnie czytuje Prousta, ratuje zwierzątka, umie upiec suflet, gra na flecie, robi zakupy staruszkom, potrafi wypowiedzieć się mądrze na każdy temat od opieki zdrowotnej po architekturę gotycką i ma czarującą osobowość. Robimy z niego takiego naszego osobistego komiksowego superbohatera. I dopóki on zamieszkuje tylko naszą wyobraźnię, wszystko gra. Ale gdy we własnej osobie wyrasta przed nami, to już może być różnie. W przypadku autora było słabo, gdyż ulubieniec na dzień dobry łypnął na niego, jakby chciał zapytać „czego chcesz, plebsie”, a w rozmowie wylazł z niego typ raczej odpychający. No, bywa. Wśród znanych też są ludzie nieśmiali albo zwyczajnie kiepscy w gadce-szmatce, ale ten był po prostu… umiarkowanie sympatyczny. Nawiasem mówiąc, dawno temu poznałam kolegę kolegi kolegi, jednocześnie pewne nasze bożyszcze kobiet (na początku nawet nie wiedziałam, że nim jest, bo nie miałam wtedy telewizora) i przez cały wieczór walczyłam z ochotą chluśnięcia mu drinkiem w twarz, ale że byłam wówczas ubogą studentką, szkoda mi było drinka zmarnować. Spotkałam go jeszcze dwukrotnie i za każdym razem mi się przedstawiał, bo mnie nie pamiętał. Kretyn.
Bardzo podobny tekst czytałam kiedyś o Allenie Ginsbergu, który niezmiernie zawiódł młodą fankę swoją obcesowością. Ona do niego wystartowała z emocjonalnym wyznaniem, mówiąc, że jego poezja przeprowadziła ją przez bardzo ciemny czas, a on za to mało grzecznie odmówił podpisania jej biletu na spotkanie autorskie.

Jest jeszcze drugi potencjalny problem, mianowicie my. No bo coś trzeba powiedzieć, nieprawdaż. Coś względnie inteligentnego. W końcu to może jedyna szansa w życiu, żeby naszemu Supermanowi czy też Wonder Woman w oczy spojrzeć. I na ogół kończy się jak w Dirty Dancing, gdy Baby, przedstawiona Johnny’emu, informuje go, że ona tylko arbuza przyniosła. Autor wspomnianego przeze mnie felietonu wyznał swojemu ukochanemu aktorowi serialowemu, że codziennie rano pije kawę z kubka z jego nadrukowaną twarzą (i w odpowiedzi otrzymał spojrzenie mówiące „taaaaaak…”). Moja znajoma stała w makabrycznie długiej kolejce do swojego bóstwa, po czym – gdy była już druga! – w panice odwróciła się i zwiała. Stephen Mangan przedstawił się Robertowi de Niro jako Robert de Niro.
Czyli może rzeczywiście lepiej nie. W wyobraźni jest bezpieczniej. Z drugiej strony nasza XXI-wieczna rzeczywistość pozwala tak łatwo zbliżyć się do ludzi, których podziwiamy, że czasem żal nie skorzystać. W najgorszym wypadku się wygłupimy. Albo oni. Jak to u homo sapiens.