If I close my eyes and make a wish

Jak wielokrotnie wspominałam, nie mam śmiałości do ludzi.
Mam takiego kolegę w pracy, którego się okropnie boję. On nie jest niemiły, nic z tych rzeczy, ale coś w jego zachowaniu jest niebywale deprymujące. On jest jak bryła lodu. To człowiek, który posyła wam Spojrzenie. Poczuwszy Spojrzenie na sobie, natychmiast sobie uświadamiacie, że jesteście niedouczonymi debilami. Boicie się odezwać, bo po pierwsze zapewne się mylicie, a po drugie – zwłaszcza że jego pierwszy język jest moim drugim – może walniecie jakiś gramatyczny błąd. Ja się czuję dość swobodnie w angielskim, ale gdy mam doń wysłać mail, trzy razy sprawdzam, czy na pewno wystarczająco po angielsku napisałam. To człowiek, który wypowiada wasze imię i kurczycie się gwałtownie, bo wiecie, że zada wam pytanie, na które nie znacie odpowiedzi, a nawet jeśli znacie, to nie macie dość odwagi, żeby mu powiedzieć.
Nie potrafię odezwać się doń pierwsza, bo zawsze się niepokoję, że może akurat przeszkadzam mu w ratowaniu świata.
Nie tylko ja się go boję.
Jakoś tak mi się zdarzyło wczoraj, że rozmawiałam z nim prywatnie. Spotkaliśmy się w biurowej kuchni i zagaił. Bo akurat czekaliśmy na czajnik. Autorka jak zwykle zamknięta na wszystkie spusty, a tu nagle taka zimna ryba pyta, co słychać.
I cóż się okazało.
Dusza człowiek. Przesympatyczny. Pożartowaliśmy sobie. On umie żartować! Później każde z nas oddaliło się do swoich obowiązków i znowu zobaczyłam lodowate Spojrzenie, ale już się go nie bałam.
W pewnym sensie to mój bohater. Sprawia wrażenie cyborga, owszem, ale to się doskonale sprawdza w życiu zawodowym. Może tak trzeba.

Tyle o pracy.
A żeby weekend minął wam rozkosznie, proszę bardzo, zdjątko mojego ulubieńca. To najładniejsza, najsłodsza i najbardziej urocza rzecz, jaką zobaczycie dziś. Albo nawet w tym tygodniu. Albo nawet w tym miesiącu (heteroseksualni mężczyźni mogą być innego zdania, ale ono mnie nie interesuje). Jeśli zauważycie, że na tym zdjęciu jest też kot, to gratulacje dla was. Mnie to trochę czasu zajęło.
Zawsze wiedziałam, że to dobry człowiek.

No. To wy sobie popatrzcie na tę ucieleśnioną słodycz, a ja tymczasem idę na kolację, na Kazimierz. Obywatel jest przystojny i ładnie pachnie – takie mam ciężkie życie. Cieniem na tych urokach kładzie się fakt, że w kolacyjnych planach obywatela są podroby. Wykluczone. Chociaż może…

Adultery is a most conventional way to rise above the conventional

Dziś mam dzień z gatunku „panie doktorze, wszystko mnie wkurwia” (plusem takich dni jest to, że zszargane nerwy są znakomitym wytłumaczeniem dla nabycia nowych kolczyków i/lub zjedzenia frytek na kolację – tych drugich wyczekuję tym bardziej, że zostawiłam portmonetkę we wczorajszej torebce, ergo nie miałam czym zapłacić za obiadek, ergo nie było obiadku; zresztą zapewne nie byłoby go i tak ze względu na kalendarz zawalony z góry na dół).
Jeden z moich ulubionych bohaterów literackich zwykł mawiać: My good opinion once lost is lost forever.
No. I właściwie mogłabym dziś te słowa wytatuować sobie na czole.
Znacie zapewne to jakże przyjemne uczucie, ten nieopisany komfort, gdy dowiadujecie się przypadkiem, że ktoś nie umie języka za zębami utrzymać, tylko musi nim klepać, nie poświęciwszy nawet minutki na refleksję, czy w ogóle powinien. Gadulstwo irytuje mnie niezmiernie, zwłaszcza gadulstwo połączone ze wścibstwem. A można było zastanowić się przez dwie sekundy, czy klekocząc niepowstrzymanie dziobem, nie postawi się kogoś w bardzo niewygodnej sytuacji. Jednak moja zasada oszczędności w słowach i ograniczonego zaufania przydaje się bardzo.

Gdy już się pozłościłam na cholerną pleciugę, a żeby ją opryszczka dotknęła, wydarzyła się kolejna ciekawa sprawa. Pamiętacie tego pana, co przede mną tygodni temu znienacka roztoczył przed niżej podpisaną frapującą wizję wycieczki w obce kraje? Na swój koszt?
No, to już wiem, czemu chciał takiej wspólnej eskapady. Tak podejrzewałam i się potwierdziło.

To jest jednak zabawne momentami, jak taki myśli, że kobieta nie jest w stanie skojarzyć faktów. Większość z nas potrafi sobie dodać dwa do dwóch; pewne zachowania prowadzą do oczywistych wniosków. Nie potrzebujemy widzieć obrączki na palcu, żeby zorientować się, że mamy być dla pana skokiem w bok. Istnienia żony można się bardzo łatwo domyślić, naprawdę. A ja, chociaż kręgosłup moralny mam niezbyt sztywny, mam taką zasadę, że się nie zabawiam z żonatymi (owszem – raz ją złamałam, jeden jedyny raz, lat temu dziesięć). Po pierwsze nie lubię czynić drugiemu, co mnie niemiło, po drugie nie znoszę konkurencji i myśl o życiu w trójkącie raczej mnie odrzuca, po trzecie wreszcie cenię sobie spokój i nie pakowałabym się w układy wymagające jakichś kombinacji i uników. Nigdy mnie nie kręciły schadzki w samochodach, parkach i hotelach, krótkie, żeby facet mógł wrócić do domu na noc. Wolę móc normalnie, spokojnie zasnąć z nosem wciśniętym w bark i pożegnać się dopiero rano. Po czwarte wreszcie, mam duży problem z wiarą w głodne kawałki pod tytułem „już ze sobą nie sypiamy, moje małzeństwo to fikcja/ruina/tragedia et cetera et cetera”. W moim osobistym przekonaniu, na bazie moich osobistych doświadczeń ludzie nie zdradzają tylko dlatego, że im w związkach źle. Czasami po prostu nadarza się okazja, ot i wszystko.
Tak czy inaczej – w tym konkretnym przypadku jeszcze zanim moje przypuszczenia okazały się słuszne, wykręciłam się uprzejmie. Bo i sytuacja niezbyt zręczna, i jakiś taki dziwny pomysł trochę. Miła propozycja, ale nie, dziękuję, kawa wystarczy.
Zastanawiają mnie w tym wszystkim dwie rzeczy. Primo – zaufanie zdradzających lub chcących zdradzać żonatych do innych kobiet; trudno przecież o pewność, że potencjalna lub faktyczna kochanka pozostawi sprawę w tajemnicy, ba, że nie zacznie grać do przeciwnej bramki. Drugie primo – mam podejrzane szczęście do stawania się obiektem zainteresowania zajętych chłopów i nie mogę dociec przyczyny. Może mi z oczu tak jakoś patrzy.
Chyba mam ochotę odświeżyć sobie Strach przed lataniem w związku z tym.
Ale najpierw – frytki.

Żeby zakończyć pozytywnym akcentem, piosneczka na dziś, dość dobrze odzwierciedlająca stan mojego umysłu. Wersja chóralna też jest cudna, a jeszcze cudniejszy jest ktoś, kto zapętlił ją na dziesięć godzin. Zważcie moje słowa, za pierwszym razem stwierdzicie, że autorce rzeczywiście musiał wybuchnąć niedawno mózg, za dziesiątym będziecie sami śpiewać o kokosach.

There is nothing either good or bad, but thinking makes it so

Chyba znowu będę musiała dosłodzić sobie życie jakąś guilty pleasure, bo dzisiejszy dzień wymęczył mnie niemiłosiernie.
Najpierw robota, a w tej bite osiem godzin wysiłku intelektualnego. Z końcem czułam się, jakby mi się mózg rozpuścił. Zawsze tak mam, gdy odkrywam burdel taki, że najlepiej byłoby podłożyć ogień i zbudować od nowa na zgliszczach.
Następnie wasza szanowna dostała po uszach – do pewnego stopnia zasłużenie, bo szanowna niestety potrafi czasem, jakby to delikatnie ująć, troszeczkę kogoś zlekceważyć. Czasami też, co wstyd przyznać, robi to świadomie. Na ogół wtedy, gdy czuje, że ktoś próbuje podejść do niej zbyt blisko, a ona nie ma na to ochoty.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem jakimś oziębłym monstrum, które spuszcza po brzytwie każdego, kto ośmieli się doń zagadać. Są ludzie, którzy znajdują się w absolutnym środeczku mojego wszechświata i zrobiłabym dla nich wszystko, być może nawet popełniła czyn zabroniony (większego kalibru, niż przechodzenie na czerwonym świetle) – ale do środeczka mojego wszechświata nikt nie dostaje się przypadkowo. To bardzo wyjątkowi ludzie i jest ich bardzo niewielu. Nie można ode mnie oczekiwać, że będę chciała tę strefę poszerzyć, a już na pewno nie można próbować wepchnąć się do niej na siłę. Czy można potem mówić mi, że jest się rozczarowanym tym, iż postanowiłam jednak utrzymywać dystans? Można. Czy się tym przejmę? Może.

No, ale porzućmy już tę smętną refleksję.
Dzisiaj w mieście, którego nie ma, oficjalna premiera CumberHamleta – o północy naszego czasu zdejmują embargo na recenzje, więc bardzom ciekawa, czy będzie powszechnie pianie, czy powszechne ostrożne „hmm”. Nawiasem mówiąc, kolejna aferka zdążyła wybuchnąć i przygasnąć, bo w pierwotnej wersji spektaklu Ten Słynny Monolog padał na początku. Trochę to się prasie nie spodobało (dotykać czegoś u Szekspira? grzech!). Monolog został zatem nazad przeniesiony we właściwe miejsce. To także prasie się nie spodobało (ulegać sugestiom mediów? grzech!). Różne są komentarze na ten temat – że racja, bo świętego barda nie wolno przerabiać na własną modłę, gdyż jest to bluźnierstwo i będą wam za to przez wieczność podpiekać pięty w piekle; że może i racja, ale zarazem reżysera prawo i jeśli będzie chciał, to może sobie osadzić akcję w środowisku LGBT na Seszelach; że bzdura, bo teatr musi iść z duchem czasu i jeśli będziemy kręcić nosem na śmiałe pomysły – nawet średnio udane – to naprawdę w końcu zostanie nam zmurszała nuda i pięć osób na widowni. Ja tam się w sumie cieszę z tego drobnego zamieszania, bo głos w sprawie zabrał nawet jeden z moich ulubieńców (zaprawdę powiadam, bardzo chcę pójść z nim na kawę któregoś dnia) i oczywiście się z nim zgadzam. Zawsze, gdy ktoś domaga się klasyki wystawianej klasycznie, zżymam się i mam wielką ochotę wdać się w polemikę, i czasami niestety to robię. Naprawdę nie znoszę podejścia w stylu „na kolanach, w muzealnych papućkach i z miotełką do kurzu”.
Zanim pójdę z Crystalem na cappuccino (jeśli oszczędza struny głosowe i nie pija kawy, wino też będzie okej), robię sobie szybki test okołotematyczny – przy okazji w ramach guilty pleasures również. Wyszedł mi Jude Law. Bardzo dobrze, osobiście jestem zadowolona. Najprzystojniejszy z całej ferajny. Gdyby tylko nie miał coraz wyższego czoła, ale ech, co poradzić, nawet bóstwom licznik bije.

Have you got your breath back yet?…

No więc obejrzałam to dzieło, które wyczaiłam (niechcący – będę się trzymać tej wersji) w internecie. Nie było takie złe, jak się obawiałam, chociaż scenariusz to by się chyba zmieścił na knajpianej serwetce. Naiwne, owszem, przesłodzone, owszem, ale wiecie, czasami trzeba – jak wtedy, gdy oficjalnie się odchudzacie, ale któregoś dnia kupujecie sobie ptysia; nigdy byście się nie przyznali nawet przyjaciółce, niemniej sami przed sobą się usprawiedliwiacie z łatwością i bez najmniejszego wyrzutu sumienia, bo dla spokoju ducha potrzebujecie takiego grzeszku. Wstydliwe przyjemności może nie wpływają trwale na dobrostan, ale pozwalają położyć się spać z uśmiechem. A to ważne. Nawiasem mówiąc, w życiu nie zaufałabym osobie, która takowym nigdy się nie oddaje.

Kontynuując wątek mniej lub bardziej fortunnych obiektów westchnień, otóż podobno w królewskim mieście stołecznym przebywa akurat Rupert Grint wraz z jakimś koleżką z „Gry o tron”, którego nazwisko oraz twarz kompletnie nic mi nie mówią. Byli widziani tu i tam. Widocznie podczas minionego weekendu odwiedzali inne lokale niż ja, bo żadnego nie spotkałam. No, nie wpisali mi się do kalendarzyka, więc trudno.
Ja tymczasem najechałam Ursa Maior, w którym niezmiennie leją wyśmienite bieszczadzkie piwa, a w toalecie trzeba tańczyć, no, naprawdę trzeba…


Przypomina mi się miejsce z powieści Douglasa Adamsa, Ursa Minor Beta, gdzie zawsze panuje leniwe niedzielne popołudnie.
Cieszę się, że Plac Wolnica wreszcie jest miejscem, w którym można, a wręcz należy spędzać wieczory w kawiarnianych ogródkach (zwłaszcza że blisko do domu mam stamtąd). Cieszę się również z naszych foodtruckowych zakątków, choć znowu nażarłam się do nieprzytomności, kończąc posiłek metodą „za mamusię, za tatusia” i turlałam się do chałupy siłą rozpędu, obiecując sobie, że przez całą niedzielę tylko kawa i suchary.
Przyjemnie było. Ale i tak gdzieś z tyłu głowy została mi myśl, że niekoniecznie lubię spędzać czas z narcyzami, którzy zamiast rozmów uprawiają irytujący monolog, ja mnie moje, nie zapytawszy ani razu przez cały wieczór, co u mnie słychać (choć może to i lepiej). Nie wiem, skąd założenie, że interesuje mnie twoje życie uczuciowe, drogi rozmówco.

I like you; your eyes are full of language

Niejako w nawiązaniu do poprzedniego wpisu i dla udowodnienia, że ja jednak też miewam swoje odpały czasami – nie mogę się doczekać momentu, gdy dotrę dziś do domu, bo niechcący (taak, niechcący, a teraz powiedz to samo do lustra, nie śmiejąc się) znalazłam w internecie coś, czego jeszcze nie widziałam, co chyba nie powinno być dostępne online i co trwa całe półtorej godziny, więc problem planów na piątkowy wieczór rozwiązany. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jutro wychodzę między ludzi i zamierzam prowadzić prawdziwe życie towarzyskie. Na Kazimierzu.

Gawędziłam sobie wczoraj z panem i władcą, i tak jakoś zeszło na moje odczucia w pewnej sprawie.
– Tak, wiem – odparł mój drogi koleżka. – Widziałem.
– Jak to widziałeś?
– Normalnie, w oczach ci widziałem.
No. I tak jest zawsze.
Strach myśleć, co on widzi. Zapewne znacznie więcej niż chciałabym, by widział. Nie dlatego, że jest przenikliwy, choć jest, ale dlatego, że autorka jest osobą niezdolną do czegoś takiego, jak kamienna twarz. Nie mówię może dużo, nigdy nie podnoszę głosu, ale zdecydowanie nadrabiam przekazem pozawerbalnym. Po mnie widać absolutnie każdą emocję, więc jeśli mój rozmówca jest przeciętnie spostrzegawczy, bardzo łatwo się domyśli, że jestem na niego wściekła, że uważam, iż chrzani od rzeczy, że się go boję, nudzi mnie albo się w nim zakochałam. Mogę się starać to ukrywać, ale kiepsko mi idzie. Zazdroszczę nawet czasem tym, na których facjatach niezmiennie maluje się taka sama obojętność i potrafią wszystko, co w nich buzuje, zamaskować tak, by otoczenie nigdy się nie dowiedziało. A moje ócz błękity całemu światu obwieszczają, co mam w środku. Ech, naprawdę chciałabym być tajemnicza i niedostępna. Innym razem.

I’ll follow you until you love me

Już kiedyś o tym pisałam, ale powtórzę. Gdy stoję sobie na przejściu dla pieszych, a obok stoi wyczesana fura, której niewidoczny za ciemnymi szybami właściciel wyraźnie dociska co chwila pedał gazu, to naprawdę blednę z wrażenia i marzę o tym, by go poznać.
Mogłabym go wtedy zapytać, co sądzi o teorii, jakoby przechwalanie się samochodem miało związek z wiadomym kompleksem.
Gdyby taki dosiadał wierzchowca na oklep, to istnieje pewna szansa, że kiedy ruszyłby, ja też bym ruszyła – za nim, z okrzykiem: „Ej, ej! Poczekaj!!”. Niestety w moim mieście ludzie rzadko wierzchem jeżdżą. Motoryzacja budzi we mnie emocje zbliżone do tych, które budzą podatki. Wiem, że toto istnieje, nie znam się na tym i wcale nie chcę się znać. Gdy miałam osiemnaście lat i koledzy mnie wozili na koncerty swoimi rupieciami, regularnie łamiąc przepisy, to tak, wtedy mnie to nawet ekscytowało. Teraz zaimponowałby mi raczej facet umiejący grać na skrzypcach.
Ale nie o tym chciałam.

Plotkowali o was kiedyś? O mnie raz, w byłej pracy. Po powrocie z L4, przydługiego nieco, bo spowodowanego wypadłym dyskiem i rehabilitacją, zostałam przydybana przez koleżankę i zapytana, jak długo zamierzam jeszcze przychodzić do biura. Zapatrzyłam się na nią w głębokim niezrozumieniu. Gdy dziewczę zorientowało się, że nie mam pojęcia, o co jej chodzi, wyjaśniło z pewną krępacją, że dział wytłumaczył sobie moją absencję na swój sposób i według jego wersji jestem w ciąży.
Jakiś czas później zostałam posądzona o romans, którego nie miałam – ale wtedy i mnie, i mojego drogiego kolegę, z którym rzekomo miałam schadzać się po godzinach, bardzo to bawiło. Gdzieś pomiędzy całą uciechą dotarło jednak do mnie, jak dużo ludzie potrafią sobie dopowiedzieć i jak ostrożnym trzeba być, bo jeden z drugim zawsze dorobią sobie historię do przypadkiem zasłyszanej wymiany zdań.
Ale ja to mała mróweczka jestem i na szczęście nikogo za bardzo nie interesuje, z kim sypiam oraz jakie są tego skutki.

Czytałam wczoraj trochę brytyjskiego teatralnego forum, gdzie ludzie piszą, co widzieli i co myślą o tym, co widzieli, a także puszczają w eter różne nowinki, które czasami są prawdziwe, a czasami nie. W każdym razie w wątku o tej sztuce, o której teraz cały świat mówi ktoś wspomniał, że zagorzałe (by nazwać to łagodnie) fanki protagonisty ukuły całą potężną teorię spiskową dotyczącą prywatnego życia swojego idola. Ponieważ wczorajszy wieczór miał być przeznaczony na sprzątanie, w ramach prokrastynacji zainteresowałam się tym newsem i postanowiłam zgłębić temat. Po paru godzinach researchu, podczas którego oczy wyłaziły mi z orbit, mogę powiedzieć jedno.
Otóż dostęp do internetu powinien być przyznawany jedynie osobom, których zdrowie psychiczne i dojrzałość emocjonalna nie budzą wątpliwości. Myślę, że powinno się też wprowadzić pewnego rodzaju testy sprawdzające, czy potencjalny użytkownik sieci odróżnia prawdę od fikcji.

W mojej epoce nastoletniej byłam zbyt skupiona na pisaniu koszmarnych wierszy i prężeniu się na konkursach recytatorskich, żeby załapać się na bycie czyjąkolwiek fanką. Nigdy na niczyj widok nie piszczałam, nigdy nie chciałam, by ktoś mnie opluł, nie chciałam też posiadać niczyjego włosa czy zużytej chusteczki. Co prawda na starość trochę mi się pogorszyło pod tym względem i dorobiłam się kilku ulubieńców, dla których jestem zdolna do, nazwijmy to, pewnych poświęceń, ale ogólnie uważam, że całkiem porządna i kulturalna ze mnie wielbicielka. Koniec końców, mam swoje życie i zero problemu z akceptacją faktu, że moje mniej lub bardziej wstydliwe słabości też je mają. Zmartwiłabym się, gdyby nie miały. W końcu to postaci rzeczywiste, nie fikcyjne, i – inaczej niż filmowi bohaterowie – istnieją nie tylko wtedy, gdy na nich patrzę, ale przez cały czas, poza wszelkimi scenariuszami i poza moją wyobraźnią. Inna sprawa, że dorastałam w czasach, gdy sława troszeczkę inaczej wyglądała. Nie było internetu (to znaczy był, taki z piszczącego modemu, drogi jak fiks) i nikomu się nie śniło o jakichś Tumblrach czy innych takich miejscach, w których ludzie zbierają się, by wspólnie zanosić modły do swojego bóstwa z ekranu i podziwiać jego bokobrody. Można sobie było plakat z Bravo przykleić na ścianie i pomarzyć, że może kiedyś jakimś cudem zobaczy się stworzenie ze zdjęcia na własne oczy. Cudowny wynalazek WWW sprawił, że idole są bliżej niż kiedykolwiek, co oczywiście samo w sobie jest fajną sprawą – ale nie wtedy, gdy fani uznają idoli za swoją absolutną własność. I tak oto moje nieszczęsne oczy przeczytały wpisy osób, które są przekonane, że biedny Benny nie dożyje końca roku, bo już wygląda na wyczerpanego, jak tak można zmuszać (?) go do występowania siedem razy w tygodniu. Są głęboko zdegustowane faktem, że Cucumber nie ubiera się dość modnie, wychodząc do ludzi po spektaklu – celebryta w DŻINSACH? skandal! – i sugerują mu zatrudnienie stylisty na tę okoliczność. Och, i dostają absurdalnego wścieku, bo nazwisko innej miłośniczki wymieniono w artykule w New York Timesie i teraz wyjdzie na to, że miłość tamtej jest większa, a to przecież niemożliwe. A idol na pewno czyta tę gazetę i na pewno to nazwisko zapamięta (tak, na pewno). Obraziły się na idola, bo rozdaje autografy, a miał tego nie robić, tymczasem ośmielił się zmienić zdanie (no, to jednak trzeba być skończonym bucem, by przy podejmowaniu decyzji nie wziąć pod uwagę zdania grupy oszołomów, o których istnieniu nie ma się pojęcia).
To nie są nastolatki. To najzupełniej dorosłe kobiety, które ubolewają w internecie, że ich idol wyraźnie nie umie używać prezerwatyw (tak, tak…), bo jakaś tam reżyserka, kto to w ogóle jest, nikt o niej słyszał, dziecko mu powiła, pewnie specjalnie się tak zakręciła, wrobiła go, cwana bladź. On nawet przez nią zbrzydł – zanim się pojawiła, był przystojniejszy, a teraz jakoś tak niezdrowo wygląda. Pewnie ma depresję. Rozwiodą się. Gdyby się zabezpieczył, toby nie miał problemu, a tak ma i to straszny, bo będzie musiał całe życie łożyć kasę na sprytną sucz i jej bachora.
Przecież to jest obrzydliwe. Ale na tym nie koniec wcale. Otóż Jedyne Prawdziwe Fanki umyśliły sobie – w ramach redukcji dysonansu poznawczego chyba – że małżeństwo i ojcostwo idola to mistyfikacja. PR-owy wymysł, żeby podkręcić popularność. Dziecka przecież nikt nie widział, więc ono nie istnieje – zrozumiałe (widzicie, potwierdza się moja teoria, że o nieistnieniu kalorii – widział kto jaką?). Gdyby istniało, małżonka idola zabrałaby je do teatru (bo przecież tam właśnie zabiera się niemowlęta). Ale małżonki też nie ma, bo idola widziano bez obrączki, a ją widziano na kawie z innym facetem i się do niego uśmiechała, a poza tym na zdjęciach nie wyglądają, jakby za sobą szaleli. No, ale że cała sprawa jest mistyfikacją, to Benedykt jest do wzięcia. Tym samym wystarczy czekać dnia, gdy swoją którąś z Jedynych Prawdziwych Fanek wypatrzy ze sceny (jak wiadomo, aktorzy wychodzą na scenę głównie po to, żeby obczajać lale na widowni) i w te pędy się zakocha. Tymczasem sadzi światu ściemę o rodzinnym szczęściu, bo to na okładkach kolorowych czasopism dobrze wygląda. No, a tak w ogóle to wiadomo, że wszyscy artyści to geje, więc pewnie się zmówili. W końcu lepiej, żeby był gejem, niż żeby miał jakąś, tfu, babę.
Teoria jest tak kuriozalna, że nawet przeszło mi przez głowę, czy aby nie jest jakimś eksperymentem socjologicznym mającym dowieść, że ludziom można sprzedać w mediach społecznościowych największą nawet bzdurę, a i tak ktoś uwierzy i przekaże dalej. Bo powiem wam szczerze, w pale mi się nie mieści, że można coś takiego uprawiać na poważnie i rzeczywiście rozumować w taki sposób. Z drugiej strony mamy przecież frakcję antyszczepionkową i Frondę, więc chyba jednak można.
Stanisław Lem miał rację jednak.

Magic to make the sanest man go mad

Wierzcie lub nie, ale naprawdę większość piątku spędziłam na oglądaniu – i słuchaniu, z ogromną przyjemnością – ludzi czytających grecki epos. Kiedy musiałam wyjść z domu, by udać się w podróż na zieloną trawkę (nadal nie całkiem do mnie dociera, że istnieje we wszechświecie coś takiego, jak długie weekendy), włączyłam sobie transmisję w telefonie – daj Boże, iż nie zużyłam całego limitu przesyłu danych na grecki epos. Facet w autobusie zaglądał mi przez ramię bez krępacji, licząc być może, że to, co oglądam, umili mu najbliższe nudne godziny, ale w końcu zrezygnował. Widocznie podejrzewał, że oglądam serial z licznymi scenami erotycznymi albo bitewnymi chociaż, a nie jakichś gadających ludzi, którzy od czasu do czasu wymachują rękami albo robią dziwne miny. Trzeba mieć coś z głową, żeby wolny, słoneczny piątek spędzić w taki sposób. Pocieszam się, że z pewnością chodzą po tym łez padole ludzie, którzy mają dziwniejsze zainteresowania. Bardziej niezdrowe również. Moje może są umiarkowanie pasjonujące dla postronnych, ale przynajmniej nikomu nie szkodzą.
Wreszcie, późno wieczorem, doczekałam się tego, na co czekałam od rana. Żywię cichą nadzieję, że ten wycięty fragment streamingu został może opublikowany przynajmniej półlegalnie, za przyzwoleniem kierownictwa teatru i samego wykonawcy (jaaasne…). Tak czy inaczej, jeszcze długo nie przestanę piać nad obezwładniającym talentem tego faceta. Z pewnością są w szołbiznesie przystojniejsi i bardziej popularni, i wiecie co, weźcie ich sobie.

Na zielonej trawce było cudownie, dopóki znienacka mnie, zagłębionej w lekturze na leżaku, ubranej tylko na tyle, żeby sąsiedzi zza płota się nie gorszyli, nie zaniepokoiła podejrzana kropla, która mi spadła z nieba na czytaną akurat stronę. Podniosłam głowę, żywiąc cichą nadzieję, że to przelatujący kos nasiusiał. Zamiast kosa zobaczyłam piętrzące się cumulonimbusy. Chwilę potem wiałam w popłochu, ciągnąc za sobą leżak. A przed zmierzchem mamy już jesień pełną gębą.

Ale, ale. Żebyście nie myśleli, że ja taka ambitna, tylko starożytni, niedziele nad opasłymi tomiszczami i podobne nudziarstwa. Otóż drugim wspaniałym odkryciem minionych dni jest to, iż szczególnie ceniony przeze artysta (dufam, iż nazwisk już nie muszę podawać, ale tak, tak – znany miłośnik sztuk wizualnych, sam zarazem będący sztuką wizualną) założył sobie konto na Instagramie. Chciałabym powiedzieć, że non stop tej aplikacji używam; niestety słabo ją kumam – wiem, nędzny ze mnie bloger, skoro nie jestem oblatana w social media i nie informuję wszelkimi dostępnymi kanałami, w jakiego koloru piżamie sypiam (dla zainteresowanych, w cielistej, hmhm). Niemniej jeśli sprawy tak się mają, to spróbuję się przekonać, bo przecież sobie nie odmówię. Zawartości na rzeczonym profilu na razie niewiele, ale ta, która jest, przyprawiła mnie o szczery kwik. Ot, siedem sekund cenionego artysty miziającego małe, puchate źrebaczki i wybuchającego swoim rozbrajającym gulgotem – i nasza bohaterka od razu jest bardzo zadowolona z życia. Ludzkość by od razu złagodniała, gdyby takie wrzuty pojawiały się w sieci codziennie. Jak to niewiele trzeba do szczęścia…

Everything is more beautiful because we are doomed

Jutro trzeba będzie wcześnie wstać, bo w mieście, którego nie ma, będą przez cały dzień czytać Iliadę i transmitować to na żywo w sieci. I zobaczcie, kto będzie czytał. Oj, jakie piękne nazwiska na tej długiej liście.

Nie jestem tylko pewna, czy wytrzymam cały dzień z poezją grecką – po tym szalonym tygodniu chyba niekoniecznie. Powiem wam tylko, że jestem z siebie niebywale dumna, gdyż mogłam zabić. Mnie naprawdę trudno wytrącić z równowagi, ale gdy komuś się uda, trafia taki delikwent na najczarniejszą z czarnych list i przekonuje się na własnej skórze, że autorka, znana z bycia istotą raczej łagodną, potrafi być zaskakująco nieprzyjemna w obejściu i przestaje reagować na żarty. Mnie się raczej nie zdarza komuś przerywać albo w odpowiedzi na jego nieustające „tak, ale…” komenderować ozięble: „po prostu zrób, co mówię”, niemniej przez ostatnie dni moje zdolności komunikacyjne bardzo zbrzydły, a wypowiedzi balansowały na granicy arogancji, ogromnie mi przykro. Nie lubię ludzi, którzy trajkoczą bardzo dużo, ale nie słuchają, i na wszystko mają swój pomysł, i upierają się przy podważaniu każdej decyzji. Rykoszetem oberwała moja przyjaciółka, która na swoją obszerną i kipiącą podekscytowaniem wiadomość o tym, jak to dużo się u niej dzieje i jaki to cudowny jest jej nowy ukochany, otrzymała zwięzłą replikę, że u mnie też wszystko okej, dzięki za pytanie (nie spytała). Wstyd mi trochę, ale naprawdę czasami muszę wymienić baterię w aureoli.
A taka była piękna ta poniedziałkowa noc. Cóż. Przyjdzie kolejna.

No, a teraz biegusiem do kina, schłodzić się nieco i zapomnieć na dwie godziny o wszystkich ludziach, którzy nadepnęli mi na odcisk. Jeżeli ktoś też się wybiera, to niech mi koniecznie powie, jak mu się podobało. Z góry przepraszam za fatalny nastrój, w jakim zapewne będziecie wracali do domu, zachodząc w głowę, czemu znowu posłuchaliście tej baby, która zawsze poleca smętne kawałki i spektakle, po obejrzeniu których chce się skoczyć do Wisły, a mogłaby, jak normalni ludzie, wrzucać filmiki z kotkami. Jutro mamy przecież święto, więc będzie można pomalutku, ostrożnie zbierać się do kupy.

PS Streaming działa doskonale i możecie pić sobie kawunię na własnej kanapie, będąc jednocześnie w British Museum i słuchając najpiękniejszych angielskich głosów czytających wam Homera.

Going commando

Dziś był jeden z tych dni, gdy człowiek – co prawda znacznie przed oficjalnym czasem rozpoczęcia służby, bo go podwieziono wspaniałomyślnie – wśliznął się do fabryki, usiadł za biureczkiem i miał cichą nadzieję, że uda mu się kolejne osiem godzin przesiedzieć w tym swoim kąciku, zapadając od czasu do czasu w drzemkę. Dzień zapowiadał się taki raczej leniwy.
I wtem wybiła dziewiąta, a do człowieczej skrzynki jęły spływać zaproszenia na spotkania (dziś), prośby o zrobienie czegoś (na dziś) i ogólnie jakby ktoś puszkę Pandory otworzył. Człowiek zasmucił się bardzo, bo zrozumiał, że jego chęć łagodnego przedryfowania przez ten dzień po nader intensywnej nocy była daremna.
Dodajmy, że człowiek miał na sobie sukienkę, ale pod sukienką nie miał żadnego z ogólnie przyjętych elementów bielizny, więc przez cały dzień bardzo uważał, żeby nikt za nim po schodach w górę nie chodził. Szczególnie groteskowy był moment, gdy człowiek udał się na Bardzo Ważne Spotkanie i zasiadł naprzeciw Bardzo Ważnych Osób w niewielkiej i przeraźliwie dusznej sali (dwudziesty stopień zasilania, rozumiecie), starając się wypowiadać rozsądnie, z mądrymi słowami i dobrą dykcją, i myśląc jednocześnie, że oto, po przespaniu całych trzech godzin minionej nocy, siedzi naprzeciw Bardzo Ważnych Osób bez majtek (to znaczy – on jest bez majtek, nie one, choć w tym ukropie nie można wykluczyć możliwości…), w sukience pachnącej męskimi perfumami, na której pewnie dałoby się znaleźć jakiś przydługi, pofalowany włos, z zadrapaniem na nadgarstku. I zapewne to, że człowiek nie spędził minionego wieczoru na czytaniu „Beniowskiego”, jest dla postronnych raczej oczywiste.
Po co mi jakieś zaproszenia na wycieczki, jeśli tu, w moim grajdołku, mogę spędzić czarowną noc na balkonie z kimś, kogo znam od lat, sącząc białe wino, puszczając sobie nawzajem piosenki (jak nastolatki, a nie ludzie odpowiednio po trzydziestce i po czterdziestce), zaśmiewając się z dowcipów, które bawią tylko nas i całując. I tak dalej. I wierzcie mi, to mi wystarczy do szczęścia. Są ludzie, którzy pojawiają się w waszym życiu PO COŚ i to jest właśnie jeden z takich ludzi.
Czasami mnie ten osobnik złości niemożebnie. Swoje wady ma. Dużo ma tych wad. Ja też mam dużo, może dlatego tak dobrze się dogadujemy. Ale ma i zalety. To jedna z bardzo niewielu istot na tym świecie, przy których czuję się absolutnie wyluzowana (gdy sobie przypomnę nasze pierwsze spotkania, podczas których stremowana mamrotałam we własne buty, to zakrawa na cud); czuję się też ładna, nawet gdy wiem, że z pewnością tak chwilowo nie wyglądam. To istota przy okazji inteligentna i z ciętym językiem. Z niesamowicie twardą psychą, a jednak bardzo wrażliwa. Nade wszystko jednak kosmicznie lojalna wobec swoich. Może być zajęta, może być na was wkurzona, niemniej drobny sygnał, że coś u was złego się stało, owocuje oddzwonieniem w trzydzieści sekund, śmigłowcem, wozem strażackim na sygnale i w ogóle ruszeniem z posad bryły świata, jeśli to wam będzie mogło pomóc. A nade wszystko ramieniem, w które można chlipać do woli.
No, i oczywiście…

Czekając, aż mi rumieniec zblednie, przypominam tymczasem, że pojutrze w Multikinie Widok z mostu.
Idziecie.
Koniecznie idziecie.
Osobiście zamierzam to obejrzeć trzeci raz. Pan krytyk zdziwił się i poprawił okulary, gdy mu to powiedziałam, po czym stwierdził, że choć jego zdaniem to naturalnie doskonałe przedstawienie, oglądanie go po raz wtóry to raczej masochizm. W rzeczy samej. Niemniej to akt masochizmu, który warto przeżyć – choćby po to, żeby zobaczyć, że Mark Strong w pełni zasłużył na swoją nagrodę Oliviera (i parę innych). Tak, to boli. Siedzicie i czujecie, jak zbliża się katastrofa, której nikt już nie jest w stanie powstrzymać. Wydarzy się coś bardzo złego, a wy będziecie tego świadkami. Nigdy wcześniej nie słyszałam takiej ciszy na widowni, jakby publiczność bała się oddychać. Wychodzi się z tego spektaklu z uczuciem, że zostało się dotkliwie potrąconym przez rozpędzony pociąg. Zatem: jeśli lubicie, gdy teatr przyprawia was o pełnowymiarową deprechę, wstrząs i potrzebę wypicia szklanki wódki dla ugaszenia Weltschmerzu, jeśli nie obawiacie się, że to, co zobaczyliście, zostawi w was ślad na zawsze – idźcie musowo. Jeśli wolicie teatr frywolny, o którym zapomina się już następnego ranka – idźcie tym bardziej, żeby zobaczyć, że jest w tym wszystkim coś więcej. Wierzcie mi, to wyśmienity spektakl, który niżej podpisana okupiła łzami. Wieloma. Żadnej nie żałuje.

Alas, poor Yorick

Nie powiem, który link w poprzednim wpisie wygrał konkurs popularności, niemniej im bardziej ostrzegam, żeby niekoniecznie coś klikać, tym bardziej, oczywiście, klikacie. A uprzedzałam. Tym samym celebrytów, kulturę wysoką i haute couture pokonała czyjaś skromna tęczówka. No i dobrze, należało jej się.
To jeszcze raz. Nigdy dość!

Moje zamiłowanie do teatru odbija mi się chwilowo okrutną czkawką, bo jeśli zobaczę jeszcze jeden news o CumberHamlecie, to zacznę krzyczeć. Ileż można. Bo wszedł, bo wyszedł, bo się uśmiechnął, bo zjadł śniadanie, bo upomniał publiczność, żeby nie filmowała i nie robiła zdjęć, bo kolejki przed teatrem, bo widzowie przylatują z całego świata (phi – znam kuriozum, które lata na czytania XVII-wiecznych sztuk, bez udziału gwiazd), bo ktoś napisał recenzję z próby generalnej, bo coś tam. Wczoraj wypuszczono oficjalne zdjęcia, no bardzo ładne (Es Devlin zrobiła scenografię – to kobieta, która ma kolosalną wyobraźnię i stoi między innymi za The Nether, którym onegdaj się zachwycałam), ale później mi te zdjęcia latały non stop przed oczami na twarzoksiążce, gdyż wszyscy uznali, że stosownie będzie je udostępnić, na wypadek gdyby ktoś ich jeszcze czternaście razy nie widział. Oczywiście ludzie już piszą, że to najlepsza rzecz, jaką w życiu oglądali. Mówiłam. Moim zdaniem tego rodzaju stwierdzenia są bardzo śmiałe, chyba że ogląda się niewiele, ale tak, jestem sceptyczna. Zobaczymy w październiku.

Tymczasem, drogie panie. I panowie.
Wyobraźcie sobie sytuację, że ktoś do was uderza. Ktoś, kogo znacie, ale niezbyt dobrze. Przesympatyczny, ale bez majtek przez głowę.
Sadzi wam różne czarowne komplementy i dodaje znienacka, że chciałby zaprosić was na weekend. Nie tutaj, w kraju ościennym (no, prawie). Gdy zaskoczeni odpowiadacie uprzejmie, że fajnie, ale jesteście raczej spłukani, dodaje również, że z radością zapłaci za wasz samolot.
I co robicie?
1. odsyłacie na drzewo z komentarzem, że chyba was z kimś pomylił,
2. zgadzacie się, bo a nuż będzie fajnie,
3. udajecie, że propozycja nie padła?

Serio pytam, bo nic podobnego mnie uprzednio nie spotkało. Osobiście przemyślę przez weekend, który zamierzam spędzić z tym boskim tysiącem stron. Wiem, że to świetna książka, ale Bertie na okładce tego wydania czyni ją jeszcze lepszą.
image

It was a great pleasure to have met your acquaintance

There are certain times when you’re flying into London and you’re held – the skies are that busy – and it’s just like bees around the honeypot. You hit the London frequency on the radio and suddenly everyone’s jabbering away. There’s a million and one voices on and a controller’s not got five seconds to take a breath. You get a frequency, talk and then get off the frequency. They’ll tell you what you need to do, and then you get out the way. It’s busy, you’re gonna hold, everybody wants to get into London. Those planes are heading to London for a reason, and the people on board want to be there for a reason.

Wróciłam. Cieszycie się? Ja też nie.
Możemy za to jechać dalej z relacją.

O piątkowym Lanczu już było, zachwyty nad Bertiem były, czas zatem wspomnieć o sobocie.
Wycierpiawszy potworną nudę podczas Procesu, obawiałam się trochę, co mnie czeka wieczorem i nie spodziewałam niczego dobrego.
Tym bardziej nie spodziewałam się, że wychodząc po mojego tradycyjnego interval drink po pierwszym akcie, będę sobie wycierała oczy.
Recenzje Człowieka-słonia były umiarkowane – nie to, że złe, ale bez zachwyconych kwiknięć. Ja to rozumiem, bo tekst sztuki sam w sobie wybitny nie jest, to nie Ibsen czy coś. Co nie zmienia faktu, że Bradley Cooper jest w swojej roli bardzo dobry.
Publiczność najpierw widzi go w samych gatkach – widzi przystojnego, muskularnego mężczyznę. Widzi hollywoodzkie ciacho, nie widzi Merricka, cierpiącego na rzadki zespół Proteusza. Aktor grający lekarza i opiekuna człowieka-słonia, też dobry Alessandro Nivola, wyczytuje z medycznego raportu problemy pacjenta, jeden po drugim. Jedną po drugiej, Cooper przyswaja fizyczne wady swojego bohatera. Wykrzywia usta. Wygina się. Kuleje. Nienaturalnie zgina prawą rękę, jakby nie w pełni wykształconą, zwiniętą, przyklejoną do tułowia. Bełkocze. Prycha (Merrick nie mógł położyć się na plecach, bo nie byłby w stanie oddychać – podług jednej z teorii on nie umarł, w wieku raptem 27 lat, przypadkiem przybrawszy fatalną pozycję podczas snu, ale świadomie odebrał sobie życie, sam się skazując na uduszenie, i ten zresztą motyw wykorzystano w sztuce). I nagle hollywoodzkiego ciacha już nie ma. To ciekawy zabieg, obsadzić w roli istoty budzącej odrazę aktora regularnie mianowanego jednym z najseksowniejszych ludzi świata. I on daje radę, naprawdę daje. Inna sprawa, że on już może sobie pozwolić na ryzykowne wybory, nie obawiając się tego, że porzucenie emploi może oznaczać koniec miłości fanek i producentów. Kończąca pierwszy akt scena, w której Merrick w ciemnościach sceny jęczy: I have nobody… przyprawiła autorkę o wyciek spod powieki. Wrażliwa jestem na historie o samotności, a według autora sztuki tego nieszczęśliwego, delikatnego człowieka zabiła właśnie ona, nie jego fizyczne deformacje.
Tyle o spektaklu. Nawiasem mówiąc, gdy opuszczałam widownię, minęła mnie zdążająca za kulisy Nicole Kidman. Poważnie. No dobrze, skoro już taki celebrycki wieczór, z ciekawości poszłam zobaczyć, co się wydarza pod stage door.


Szaleństwo, krzyki, piski. To zabawne momentami było, bo piski rozbrzmiewały za każdym razem, gdy ktoś pojawiał się w drzwiach, by od razu przejść w rozżalone westchnienia – e, to nie on… (jest prawdą powszechnie uznaną, że gwiazdy nigdy nie wychodzą pierwsze). Podejrzewam, że ci, którzy dopchali się do zasieków, w ogóle nie byli na spektaklu, bo nie zdążyliby inaczej zająć takich miejsc. A tylko ci stojący najbliżej, co oczywiste, mieli szansę na wymianę uprzejmości lub też zdobycie jakiegoś trofeum, bo gdyby facet ambitnie chciał zadowolić wszystkich, musiałby tam stać do rana. Zawinął się w pięć minut. W sumie miło z jego strony, że w ogóle to robi, bo taki Cucumber – który dziś zaczyna Hamleta – nie będzie, aczkolwiek przypuszczam, że pod Barbicanem i tak będą się działy rzeczy straszne. Ciekawie będzie to zobaczyć. Podobno już wczoraj jakieś zagubione dusze ustawiły się w kolejce po dzienne bilety na dzisiejszy pierwszy szoł. Do aż takich poświęceń nie byłabym zdolna dla nikogo.

Co nie znaczy, że nie jestem do nich zdolna w ogóle.
Być może myślicie, że czegoś na tym blogasku dawno nie było, a autorka przecież była w Londynie, więc pewnie by sobie nie odmówiła okazji do szczególnie uroczej radości. Słabości należy w końcu pielęgnować. Śpieszę tym samym uspokoić, iż specjalnie dla was (no, poniekąd) udałam się na daleki wschód miasta Londyn, obejrzeć wystawę. Wystawa jest malutka, mieści się w miejscu dość nietypowym, bo na stacji metra i w sumie nie jest to wybitne wydarzenie kulturalne, ale z pewnej przyczyny jakoś chciałam ją zobaczyć. Ekhm.
Proszę bardzo, oto przyczyna.
Dla odważnych tutaj zbliżenie, które wykonałam, upewniwszy się, że ani z lewej, ani z prawej nikt nie nadciąga. Coś pięknego po prostu.
Jeśli jesteście ciekawi, jak to możliwe, że nie opublikowałam dotychczas maniakalnie entuzjastycznej recenzji spektaklu, z którego to zdjęcie pochodzi, odpowiedź jest prosta – ten spektakl nie istnieje. Na wystawie prezentowane są fotografie z przedstawień, które nigdy nie powstały.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że byłam też na innej wystawie, Savage Beauty mianowicie. Miałam szczęście, bo załapałam się na ostatni dzień, czyli niedzielę. Tłumy przeupiorne. Mimo tego drobnego dyskomfortu wrażenie oszałamiające. Jest coś niebywale teatralnego w kreacjach McQueena, coś pobudzającego wyobraźnię. Są olśniewające (nie powiem, że nie chciałabym jednego z prezentowanych płaszczy, być może wszystkich płaszczy, ewentualnie zadowoliłabym się kurteczką), to absolutne dzieła sztuki. Nie wolno było robić zdjęć, szkoda troszeczkę, ale z drugiej strony to słuszna decyzja, bo gdyby każdy pstrykał fotkę każdej sukience, wystawa zakorkowałaby się kompletnie. Szczęka opada, gdy wchodzi się do jednej z sal, nazwanej gabinetem osobliwości, i widzi bezlik obracających się manekinów, od podłogi po sam wysoki sufit. Nie wiadomo, na co patrzeć. Tak, jest to wszystko olśniewające, ale jest w tym jakiś niepokojący mrok. Alexander McQueen, jak pewnie wiecie, popełnił samobójstwo.
Taki był mój niedzielny poranek. Opuściwszy V&A, podreptałam – tak, podreptałam, sześć kilometrów piechotką, bo dzień ładny – na drugi brzeg miasta, do Globe. Bez wizyty w Globe wycieczka by się nie liczyła. Nabyłam Globe Ale (tak, oni mają swoją markę piwa, tacy są fajni) i ustawiłam się w kolejce do wejścia. Bo oczywiście siedzieć po wielkopańsku nie zamierzałam.
wpid-2015-08-04-19.08.43.jpg.jpeg
Atmosfera wśród groundlings była iście plażowa, zrzucone japonki, kapelusze, lemoniada – gdyż słońce przygrzewało nieźle, a po kilkudziesięciu minutach stania w takiej lampie człowiek ma przeraźliwą ochotę zacząć pozbywać się części garderoby. Dlatego w Globe są fontanny z wodą do picia, a obsługa rozdaje takie papierowe czapeczki tym, którzy obawiają się udaru słonecznego. Trochę się pozmieniało od czasów Szekspira i spółki. Z drugiej strony jakby nie zmieniło się nic, bo tuż przed spektaklem na widownię wparowali hałaśliwi aktorzy, czyli prostytutki i ich rubaszni klienci, i się zaczęło. Jeden z aktorów krzyknął: Could someone finish me off? i jął przechadzać się wśród publiczności, zaglądając jej żeńskiej części głęboko w oczy i zachęcając do ulżenia mu, bo przed chwilą zapłacił w lupanarze, ale niezbyt wiele z tego wyszło. Widzki gwałtownie wbiły wzrok w podłogę i udawały nieobecne, niemniej i tak udało mu się jakąś spurpurowiałą biedaczkę dorwać i nagabywać. Dziewczyna miała barwy jak flaga ZSRR i raczej nie od słońca. Nie jest to najlepsze z Globowych przedstawień, niemniej jest przezabawne, momentami lubieżne na granicy dobrego smaku (zresztą drewniane tabliczki przed wejściami ostrzegają, że spektakl zawiera goliznę – męskie pośladki, znaczy – i naughtiness of a sexual nature), czyli jest dokładnie tym, czego człowiekowi trzeba w letnie popołudnie. Cała ta ucieszność nie jest bez drugiego dna, bo chodzi w tej opowieści o nasze moralne wybory i o naszą hipokryzję.

Jakby mi jeszcze nie było dość niedzielnych wrażeń, wróciłam do hotelu, przebrałam się w elegantsze – bo uznałam, że wieczorem w podartych dżinsach i kwiecistym podkoszulku to może jednak nie bardzo korzystnie będę się prezentować – i ruszyłam do Sadler’s Wells. Nieopodal całkiem, więc znowu pieszo. Zbyt gorąco, by metrem jeździć, a Islington budzi żywe skojarzenia z „Nigdziebądź” Gaimana, więc aż miło się przejść tymi ulicami w nadziei, że coś choć troszkę magicznego się wydarzy.
Miejsce jest piękne. Teatry West Endu, w większości dziewiętnastowieczne budynki, są tyleż śliczne, co ciasne i niewygodne, pełne ciasnych korytarzy i wąziutkich schodów. Spróbujcie się dostać do toalety w antrakcie. Garderoby bardzo często nie mają okien. Sadler’s Wells też ma swoje lata, ale to teatr całkowicie przebudowany, świetnie zaprojektowany, przestronny, z widownią mieszczącą półtora tysiąca widzów – i siedząc na tej widowni, można nogi wyciągnąć. W sensie dosłownym, nie przenośnym, Boże uchowaj.
Na balety poszłam.
The Car Man jest luźno osadzoną w realiach Ameryki lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku adaptacją opery Bizeta. Tylko że nikt nie śpiewa Habanery, bo to absolutnie obłędny balet. Doskonała rzecz. Zrobiona z wielkim rozmachem, ale to nie skala ma znaczenie, tylko niewyobrażalny wysiłek tancerzy, którzy sprawiają wrażenie, jakby tak sobie pląsali od niechcenia i jakby przerzucenie sobie nad głową ważącego 80 kg kolegi było najprostszą sprawą w życiu. To wybitnie zmysłowy, seksowny spektakl – uchh, te mięśnie, i włosy, i pot, i ramiona, i stopy. Niezmiernie przyjemnie się to ogląda. Ale nie ogląda się tego łatwo, bo historia jest poruszająca i nie kończy się dobrze.
Gdy światła po ostatniej scenie zgasły, nastąpiła frenetyczna owacja na stojąco. Się nie dziwię. Też bym sobie zatańczyła z Marcelo Gomesem; to jeden z najbardziej uznanych tancerzy baletowych naszych czasów. Cóż, może kiedyś.

I to był ostatni oficjalny punkt w moim grafiku. Wdrapałam się na moje pięterko, wzięłam prysznic, spać jak zwykle nie mogłam, a następnego ranka poszłam czytać w parku, bo cóż lepszego od czytania w parkach.
wpid-2015-08-04-19.21.01.jpg.jpeg
Bardzo polecam tę książkę – to zbiór reportaży o ludziach (autor oddaje im głos, nie doszlifowując ich nie zawsze wyrafinowanego języka czy takiej sobie gramatyki), którzy są w nim zakochani i którzy z niego uciekli, którzy znaleźli w nim ziemię obiecaną albo piekło na ziemi, o tych w przelocie i tych na zawsze. O bezdomnych, o ludziach sukcesu; o imigrantach, o turystach, którzy tam pierwszy raz, o ludziach, którzy nigdy wcześniej nie jechali pociągiem i na stacji Victoria sparaliżowało ich przerażenie; o aktorach i didżejach, rykszarzach, dominach, prawnikach, policjantach, hydraulikach, o tych, których głos słyszycie, jadąc tamtejszym metrem, o pilotach, którzy przez długie minuty okrążają londyńskie lotniska w niekończących się kolejkach do lądowania, a startując, muszą opuścić jego zatłoczoną przestrzeń jak najszybciej. The climb out of London is tricky but then you fly through this cloud, which takes almost five seconds to get through, and all of a sudden upstairs is blue skies, brilliant sunshine. You’re still listening to the London frequency but there’s this sunshine. You can see the dots of other airplanes. You do feel as you’re leaving behind the beehive. You change to another frequency and you know it’s going to get quieter. But then, of course it would. You’re leaving the energy behind.

Za dwa miesiące nazad. Przy okazji, mam taką gorącą prośbę do przyszłych współpasażerów, ażeby NIE miażdżyli kolan ludziom siedzącym za nimi i NIE wieszali marynarek na fotelach ludzi siedzących przed nimi, którzy bardzo cenią skromne centymetry swojej samolotowej przestrzeni. I jeszcze żeby nie zajmowali tym ludziom miejsc, opuszczając je później z fochem. Powiadam, lot powrotny to był jakiś dramat, cały wachlarz umiarkowanie cywilizowanych zachowań. A że miałam za sobą cztery bardzo intensywne dni i był późny wieczór, byłam nieziemsko zmęczona i obawiałam się, że sama lada moment zachowam się grubiańsko.

What seemed likely did not happen. But for the unexpected a god found a way.

Gdy człowiek zrywa się z łóżka o czwartej rano, z brzydkim słowem na ustach, bo znów pomylił guzik „przesuń o 10 minut” z przyciskiem „wyłącz”, przez cały poranek marzy tylko o tym.

image

Niechby z proszku. Byle było gorące i w miarę gorzkie.

Rozespana i półżywa dzięki wrażeniom ostatnich dni, doleciałam cało, przylepiając nos do zimnej szyby, jakbym nigdy wcześniej tego miasta nie widziała. Przyczesałam włos w lotniskowej łazience i wsiadłam do metra, zachodząc w głowę, jak ten cały Lancz będzie wyglądał.
Otóż, proszę ja was, było raczej uroczo. Pan krytyk to nie żadna napuszona persona, ale wielce sympatyczny dżentelmen o ogromnej teatralnej wiedzy i takich też konszachtach. Zjedliśmy obiad, wypiliśmy po koktajlu, pogawędziliśmy sobie o tym i owym, dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy o paru ciekawych ludziach, natomiast przez cały czas, siedząc w tej knajpie, która istotnie jest raczej stagey, miałam wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę.
– You’re in for a treat tonight – powiedział mi pan krytyk, gdy się rozstawaliśmy. – Please let me know your thoughts after the show.
Pan krytyk miał na myśli Bachantki, których premiera odbyła się poprzedniej nocy. Kiedy świtem siedziałam na lotnisku, w otchłań internetu wyruszały pierwsze wielogwiazdkowe recenzje i zdjęcia wzbudzające pragnienie zobaczenia tego natychmiast.
Almeida Theatre to taki nieduży teatr w Islington, w północnym Londynie. Znany z tego, że robi dobre rzeczy i nie obawia się pojechać po bandzie. I teraz wystawili w nim Eurypidesa. Grecka tragedia, niby nic nowego, nieprawdaż.
Byłam zachwycona. Rozumiem przy tym, że to nie jest rzecz z gatunku podobających się każdemu i że można opuszczać widownię, mamrocząc pod nosem „co to, k****, było”. Powiedzmy, że ta historia nie jest opowiadana w zwyczajny sposób (choć jednocześnie w najbardziej klasyczny z możliwych, z zachowaniem teatralnych zasad starożytnej Grecji). Mamy tylko trzech mężczyzn grających wszystkie główne role – i chór, złożony z dziesięciu bosych kobiet, wyśpiewujący całą opowieść, zanoszący momentami nieco spazmatyczne, zmysłowe modły do swojego boga i wieszczący nędzną przyszłość tym, którzy się go nie ulękną. Bo bóg, napełniający serca i lędźwie swoich wyznawczyń czystą radością, potrafi okrutnie się zemścić na tych, którzy nie oddają należnego mu szacunku.
Śpiew tych kobiet oszałamia i uwodzi, i dzięki niemu cały spektakl przypomina raczej operę, przetykaną tylko z rzadka dialogami.

Ben Whishaw to jest bez dwóch zdań zwierzę sceniczne, które trochę przegląda się w oczach publiczności i łatwo wchodzi z nią w interakcję, jest też aktorem bardzo zdolnym. I jest w nim coś niebywale uwodzicielskiego.
Co nie zmienia faktu, że spektakl kradnie Bertie.
Bertie, zdobywca Oliviera za rolę panny Trunchbull w Matyldzie, na imprezę po premierze Bachantek przyszedł w małej czarnej. Sukience. To zdjęcie dowodzi, jaki facet ma do siebie dystans. Zaniepokojonych, iż tu jakiś dżęder będzie, pragnę uspokoić, że wczoraj po przedstawieniu Bertie objawił się w całkiem pospolitych dżinsach. Bardzo, ale to bardzo chciałam mu powiedzieć, co myślę o jego robocie w tym spektaklu, ale od razu złapali go w objęcia starsi państwo – rodzice, jak przypuszczam – i nie było okazji. Następnym razem z pewnością to zrobię, kosztem trzęsących się kolan, gdyż ten facet to fenomen.
To jeden z tych aktorów, którzy ani chybi żyły by sobie otworzyli, gdyby rola tego wymagała. Na szkoleniach z team buildingu zwykle jest takie ćwiczenie, które polega na tym, że ktoś rzuca się plecami na podłogę, licząc, że stojąca za nim osoba go złapie. Bertie tak robi z publicznością. Jest cały jej. Jest jak rozpędzony bolid, który, mając mur przed sobą, tylko przyśpiesza. Najpierw niepozorny, znienacka ciska swoim napalmem, przyprawiając widzów o gwałtowny opad szczęki. W pierwszych scenach nic nie zapowiada trzęsienia ziemi – ot, wyżelowany koleś w garniturze. Całkiem przeciętny, taki młody, ale zdolny działacz polityczny albo trzęsący giełdą zza biurka bankier z City, pełno takich w wiadomościach, mówiących okrągłe zdania i pachnących władzą. Zwolennik twardych zasad, komunikujący jasno – pozbądźcie się tych zwariowanych bab, nie pozwolę na taki nieporządek. Tylko że (jeśli wybieracie się na ten spektakl, NIE CZYTAJCIE DALEJ) w ostatniej scenie Bertie gra matkę swojego bohatera ze scen pierwszych; przewodzi temu szaleństwu, jest jedną z bachantek, na wpół zdziczałą kobietą z potarganymi siwymi włosami, z pokrytymi błotem ramionami i stopami, zawodzącą śpiewnie – ma się ten głos – nad ciałem zabitego syna. Jego przemiana jest szokująca. Whishaw, pojawiający się w ostatnich minutach jako rozgniewany Bachus, pół-byk, zadający karę nieposłusznym, jest oczywiście fantastyczny, ale to Carvel zabrał sobie bezczelnie to przedstawienie i zrobił ze swojej roli coś w stylu „a teraz pokażę wam, co potrafię zagrać, cóż, wszystko potrafię, nawet ciebie, i ciebie też”. Jego wielką zaletą jest to, że jest z twarzy podobny do nikogo, to znaczy oczywiście atrakcyjny zeń mężczyzna, ale o ile Whishaw jest niesłychanie charakterystyczną osobą, o tyle Bertie jest taki… zwyczajny, i dzięki temu bardzo plastyczny, zdolny do gwałtownych metamorfoz. To, co z niego na scenie wyłazi, jest nie do ogarnięcia, zwłaszcza gdy po przedstawieniu widzicie takiego tam gostka w szarym sweterku podążającego do teatralnego baru.
Nawiasem mówiąc, jest w tym spektaklu scena, gdy jego Penteusz wydaje rozkazy strażom, a tak naprawdę widzom, mówiąc prosto do nich i celując w nich palcem – w tym w niżej podpisaną, oczywiście wziętą w tym momencie żywcem do nieba. Bertie ma niebieskie oczy.
Nota bene, panowie Whishaw i Carvel studiowali razem i przyjaźnią się od lat. I to się czuje. Jest między nimi wielka chemia. W ich wspólnych scenach aż dymi. Nie mam tu na myśli efektów specjalnych (choć są – a najlepsze jest oświetlenie, przesuwający się bezgłośnie dysk z reflektorami, płynący nad sceną jak latający spodek czy raczej tarcza słońca), tylko powalającą charyzmę tych dwóch.

I to jest właśnie to. Ta magia. Dziś po południu wróciłam znużona z przedstawienia, które nie mogło się nie udać – osławiony teatr Young Vic, Proces Kafki, wspaniały Rory Kinnear w głównej roli. A jednak. Zamysł dobry, momenty bardzo dobre, ale całość rozłaziła się w szwach do tego stopnia, że facet obok mnie zasnął. Poważnie. Ja też, Bogiem a prawdą, chwilami myślałam tylko o tym, że Kinnear ma bardzo owłosione plecy i o tym, że w sumie głodna jestem, bo nijak nie mogłam skupić się na treści.
A Bachantki, cóż…

image

Women and wine – toxic combination!

Sogno di mezza estate

29 lipca to też ciekawa data.
Znakomicie pamiętam ten dzień ubiegłego roku. Po wszystkich prowincjonalnych atrakcjach wsiadłam w pociąg i udałam się do Londynu, by w nim spędzić drugą część urlopu. Część ta zasadniczo składała się z chodzenia do teatrów wieczorem i opalania się w parkach za dnia. Pogoda była jak malowanie, niebo bez jednej chmurki.
I w tenże właśnie wtorek rankiem snułam się po Kew Gardens, a wieczorem poszłam na przedstawienie – z założeniem, że po przedstawieniu udam się pod stage door, chociaż absolutnie nigdy wcześniej tego nie robiłam. Miałam bardzo dokładnie obmyślone, co bym chciała powiedzieć, więc przez cały pierwszy akt ten śmiały pomysł wydawał mi się znakomity. W drugim akcie opadły mnie wątpliwości, które narastały przez kolejną godzinę, aż wreszcie na trzęsących się nogach opuściłam widownię i z sercem w gardle, jakbym szła na ścięcie – miejcie na uwadze, że autorka naprawdę nie ma śmiałości do ludzi – skręciłam za róg. To, że tak powiem, wyjście dla personelu znajduje się w takim malutkim, wątpliwej urody zaułku i ma się absolutnie nijak do efektownej fasady teatru, o zdobionych wnętrzach nie wspomnę. Dokładnie naprzeciwko znajduje się wyjście z drugiego teatru, jest to zatem taka uliczka, którą przechodzą wyłącznie ludzie z branży i ci, którzy mają sprawę do ludzi z branży. Widziałam parę miesięcy wcześniej, jaki dziki, kłębiący się tłum potrafi warować niecierpliwie w takich miejscach. Toteż właśnie dzikiego, kłębiącego się tłumu oczekiwałam. No dobrze, może nie tłumu, ale kilku osób – owszem.
Jakież było moje zdziwienie, gdy zorientowałam się, że kolejka miłośników jest bardzo krótka.
Mianowicie od początku do końca tworzę ją ja.
Poza mną nie było nikogo.
Niżej podpisana przełknęła głośno ślinę i pomyślała, że w takim razie to ona spieprza. Uciekaj – radził głos w jej głowie. Stój – radził drugi. Przestępowałam z nogi na nogę przez jakieś dziesięć minut i gdy już prawie miałam oddalić się kurcgalopkiem, drzwi się otworzyły, drzwiami wyszła bardzo wyględna osoba z odkapslowanym piwem w dłoni, osoba powiodła po mnie wzrokiem, a ja zastygłam w bezruchu, uświadamiając sobie, że teraz byłoby cokolwiek niegrzecznie odwrócić się na pięcie i zwiać. Niestety uświadomiłam sobie również, że moja starannie obmyślona przemowa właśnie poszła, excusez le mot, w pizdu.
Ponieważ osoba mnie zauważyła i wyraźnie nie śpieszyła się z odejściem, zdałam sobie sprawę, że chyba dobrze byłoby coś powiedzieć. Niestety w miejscu umysłu miałam akurat lej po bombie i żadnej koncepcji na zagajenie, zatem w akcie desperacji zrobiłam kroczek w kierunku osoby i powiedziałam właśnie to – że miałam przygotowaną długą orację, ale zapomniałam. Osoba się zaśmiała i odparła, że to nic.

Jakąś godzinę później dotarłam do hotelu, z wielkimi oczami i takimż uśmiechem. Nalałam sobie zasłużony kieliszek białego wina i już chciałam wygramolić się przez okno na balkon (uroki skąpego budżetu – tak czy inaczej, miałam balkon!), gdy zauważyłam, że mój telefon, złapawszy Wi-Fi, wyraźnie mruga i twierdzi, że mam nową wiadomość prywatną na Twitterze. Zobaczyłam, od kogo to i moje oczy zrobiły się jeszcze większe.
Reszta jest historią.

Jutro, kolejnego 29 lipca, nie spodziewam się podobnych przygód. Serce w gardle mam za to znowu. Spodziewam się niełatwej rozmowy, bo, ekhm, przeszłam do tego etapu, w którym dzwonią z pytaniem, czy kwota, która oferują, jest dla mnie do przyjęcia (oj, jest, BARDZO jest). Innymi słowy – wygrałam ten cały konkurs i zaproponowano mi nową pracę. W raptem siedem dni. Nie dowierzam. Startowali bardziej doświadczeni ode mnie. Boję się przeokropnie, ale też jestem podekscytowana do nieprzytomności. Ja naprawdę wcale nie miałam tego w planach, niemniej jak śpiewał wieszcz – życie jest tym, co ci się zdarza, gdy jesteś zajęty planowaniem innych rzeczy.
Tym samym przepraszam, ale chyba zaraz pójdę płakać, bo jak nie wiem, co zrobić, to płaczę. Uniwersalna metoda. Na wszystko pomaga. Wychlipię się i jestem jak nowa.

Do you remember the old days?…

Na trzy dni i czternaście godzin przed wyjazdem, zaplanowanym bodaj w marcu, przypomniałam sobie, że jakby przecież nie zarezerwowałam sobie noclegu. A jestem już w tym wieku, że muszę przespać kilka godzin w ciągu doby, bo inaczej albo wpadnę pod autobus, albo kogoś zabiję (albo ktoś zabije mnie, nie zdzierżywszy mojego maruderstwa). Poza tym skoro mam obcować z kulturą wysoką, muzea teatry te sprawy, to wypadałoby uprzednio chociaż prysznic wziąć. W związku z tym zabrałam się za przegląd dostępnych opcji. Ceny przypominają mi, dlaczego do Londinium najlepiej lecieć w listopadzie albo lutym. Wtedy można turlać się po wielkich łożach za nieduży pieniążek, bo hotele szukają gości – teraz wprost przeciwnie, za wielki pieniążek człowiek spędza noc na uważaniu, żeby z łóżka nie spaść, bo takie wąskie. Może by człowiek lepiej dał się zamknąć w księgarni, jak ten pan, co go kiedyś niechcący zatrzaśnięto w Waterstones na noc. Albo w teatrze, ale chyba wtedy skonałby ze strachu lub przynajmniej osiwiał do rana. Tak, latem lepiej odpuścić sobie peregrynacje w popularne miejsca, ja o tym doskonale wiem, ale co poradzić. Terminy moich wycieczek zależne są od różnych i niesłychanie ważnych czynników, o których sporo naczytacie się w pobliżu weekendu. Nie obawiajcie się, tym razem nie będzie kwikania, chyba że wypatrzę sobie jakiś nowy obiekt scenicznych powzdychiwań, a niestety mogę. Ach tak, i jeszcze Bertie, więc jednak moje relacje mogą nie być chłodno rzeczowe. Przeczytałam sobie ostatnio wywiad i od paru dni wybijam sobie z głowy myśl, żeby pójść się z nim przywitać.

Oczywiście podekscytowana jestem niezmiernie, bo stęskniłam się za moim drugim życiem. Nie podoba mi się tylko niedzielna prognoza pogody, ale z cukru nie jestem (to znaczy, ma się rozumieć, oczywiście, proszę nie mieć co do tego wątpliwości – jestem nieopisanie słodką osobą, niemniej byle ulewa krzywdy mi nie zrobi).

Dziś jest 27 lipca.
Może was to zaskoczy, ale rok temu też był 27 lipca. Zwracam uwagę na ten fakt, albowiem był to jeden z najbardziej niesamowitych dni mojego życia, choć wcale tak się nie zapowiadał. Wyjechałam otóż na wakacje, które miały być od początku do końca spokojne – łąki, książki, zapach rumianku, maliny z krzaka, cream tea. Spokój trwał przez pierwsze popołudnie i poranek drugiego dnia.
Pamiętam, że wracałam wtedy do domu, czując się, jakbym wiozła dodatkowy bagaż. Ten bagaż szczęśliwie zelżał przez kolejne miesiące, aż wreszcie prawie w ogóle wyparował, ale nie mogę powiedzieć, żeby zupełnie nic nie zostało. Czuję czasem lekki niepokój, coś mnie jakby kłuje – ale tylko wtedy, gdy sobie na to pozwalam, na ogół gdy nie mogę zasnąć, gdy księżyc za mocno świeci, gdy ktoś w rozmowie rzuci słowem, które uruchamia lawinę skojarzeń. I nadal mam na playliście kawałek, którego konsekwentnie nie słucham, żeby sobie nie przypominać, żeby do tego nie wracać, skoro udało się wszystko na nowo uporządkować – ale skasować nie potrafię, bom sentymentalna baba.
Mam jeszcze jedną taką piosenkę i też ją trzymam Bóg wie po co. To coś w rodzaju pokoju w muzeum, którego nigdy się nie otwiera, bo zbyt dobrze wiadomo, co tam jest, ale pozbycie się zawartości nie wchodzi w grę. Może trzyma się to w nadziei, że kiedyś nabędzie się dość dystansu, by sobie wszystko śmiało przypomnieć i opisać w bestsellerowych wspomnieniach.

Nigdy już nie będzie takiego lata, myślę sobie dzisiaj, przyglądając się ciemnym chmurom za oknem, wsłuchując w jednostajny szum klimatyzacji, odpisując na maile, przeglądając kalendarze, prowadząc kurtuazyjne pogaduszki, zastanawiając się, co zrobię, gdy przyjdę do domu i dlaczego najpewniej usiądę zagapiona w przestrzeń. Nigdy już nie będzie takiego lata i trudno uwierzyć, że niepostrzeżenie minął rok.
Cały tamten urlop był dziwny – wyglądało to, jakby opatrzność postanowiła robić mi jeden prezent za drugim. Nie obraziłabym się wcale, gdyby ten nadchodzący wyglądał podobnie. Ubolewam jedynie, że będzie bardzo krótki, ale cóż, nadrobimy w październiku (tak, ja z tych, co nie lubią ciepłej wódki i spoconych mężczyzn, a szczerze mówiąc – po prostu z tych mniej asertywnych, którzy spędzają całe lato w pracy).

Un vecchio che cammina tutto solo

Dziś będzie króciutko. Czuję się tego pochmurnego ranka tak, czyli też mam ochotę śpiewać z rękami w kieszeniach, bo o tym jest ten kawałek – a dlaczego, to między innymi poniżej.

Spotkało mnie wczoraj coś bardzo uroczego.
Idę sobie otóż do domu po okrutnie ciężkim i nonsensownym dniu w robocie, jak zwykle z słuchawkami w uszach, pogrążona w myślach i marzeniach, przy których scenariusze hollywoodzkich filmów wydają się przaśnie zwyczajne, a z naprzeciwka nadchodzi starszy pan. Pan zbliża się ku mnie, zatrzymuje się i coś mówi. Może o drogę chce spytać, myślę, pośpiesznie zdejmuję słuchawki, a przechodzień do mnie w te słowa:
– Dzień dobry. Ja tylko chciałem powiedzieć, że ma pani bardzo ładny wyraz twarzy.

Absynt

Miałam dziś kolejną rozmowę z tym koleżeństwem, co się zainteresowało moim CV. Ciekawa to rozmowa była, zwłaszcza pytanie: „co musielibyśmy ci zaproponować, żebyś była zadowolona”, bo, Bogiem a prawdą, po raz pierwszy coś takiego usłyszałam i zaskoczona nawet nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć. Zwykle to ja musiałam udowadniać, jaka jestem obłędna i jak szybko umiem klaskać uszami. Jak mi poszło i co będzie dalej, pojęcia nie mam, ale ponieważ emocje jeszcze mi stygną, napiszę o czymś innym.

Otworzyli nam w miasteczku nowy teatr jakoś wiosną. Taki niby bardziej rozrywkowy. Jak wiadomo, ja to najbardziej lubię wychodzić z przedstawień zapłakana i rwąc włosy nad kondycją ludzką, więc śpieszyć się tam nie będę, choć oczywiście nie wykluczam, że coś mnie skusi.
W teatrze rewia miała być pokazywana – taka prawdziwa, szałowa, wiecie, schody, pióra, nogi, cekiny i wow – przez dziesięć lipcowych dni. Skończyło się na trzech, po czym rewia nieoczekiwanie się zwinęła. Wydarzenie rzekomo ma powrócić jesienią, ale sądząc po raczej jednoznacznie miażdżących recenzjach i komentarzach, śmiem powątpiewać. Zresztą – pięcioosobowa rewia?… U mnie to słowo budzi raczej takie skojarzenia (kiedyś to robili filmy, ech?).
Okej, fajnie mieć i u nas to, co mają w Paryżach i Londynach, ale równie fajnie porządnie to zrobić, jeśli już mieć to musimy. Zwłaszcza że publiczność głupia nie jest, w świecie coraz częściej bywa i nie da sobie wcisnąć byle czego.

A tymczasem, a propos krytyków, mój ulubieniec – ten, który onegdaj ubolewał nad fatalnym pomysłem emitowania retransmisji spektakli w miejscach tak żałośnie plebejskich, jak kina – napisał nowy felieton o Krakowie.
Jest to w pewnym sensie zbiór prawd powszechnie uznanych, bo każdy, kto spędza dłuższą chwilę w moim grajdołku, zauważa, że panuje tu dość duszny klimacik. Ale jest to też zbiór prawd nieco wydumanych.

Mieszkam tu szesnasty rok. Nadal sobie nie przyswoiłam, że borówka to tutaj nie jest ten czerwony gorzki owocek, tylko ten fioletowy słodki, ale odstawmy kwestie słownikowe na bok. Każdy, kto co jakiś czas zagląda na mój blogasek, wie, że z tym miastem łączy mnie swoisty love/hate relationship – czasami mam ochotę wynieść się stąd natychmiast, męczy mnie tutejsza konserwa, dziwaczne uczucie mieszkania w maleńkim miasteczku, w którym każdy z każdym, wkurzają mnie korki, powietrze, zamykane księgarnie, rynek pracy zdominowany przez centra usług, pstrokaty turystyczny jarmark w Rynku (dla nietutejszych wyjaśnienie: gdy mieszkaniec Krakatau mówi „w Rynku”, i przymknijmy oko na językową pokraczność tej formułki, ma na myśli z grubsza wszystko w obrębie jakiegoś kwadransa pieszo od Rynku faktycznego, dlatego gdy się z jakimś umawiacie pod Adasiem i on – mieszkaniec Krakatau, nie Adam Mickiewicz – w umówionej godzinie spotkania wysyła wam SMS, że już „w Rynku” jest, to może znaczyć, iż jeszcze trochę sobie na niego poczekacie… tak, o sobie również mówię). I jak wielu tutejszych, na Starym Mieście bywam na ogół wtedy, gdy mam gości. Wszyscy wiedzą, że tam się nie imprezuje i z nielicznymi wyjątkami również nie jada (a już na pewno nie w Charlotte, na Zeusa). Wzgórze wawelskie mnie nie osacza, nawet lubię sobie na nie popatrzeć w drodze do pracy. Hejnał mi niczego nie świdruje, bo częściej słyszę go w radiu niż na żywo. Krakowskie życie, takie prawdziwe, coraz bardziej rozpełza się poza obręb Plant, ale jeśli tylko ten kawałek miasta weźmie się pod lupę, to istotnie o entuzjazm trudno. Tylko że Kraków ma dzielnic osiemnaście – ten felieton opisuje część jednej z nich. Innymi słowy, nie jest to felieton o Krakowie.

Jak napisałam – czasami chcę uciekać stąd pierwszym pociągiem. Czasami jednak mój grajdołek mnie zachwyca i o tym pisałam wielokrotnie.
Bo jest ładny, po prostu. Nadal zdarza się, że pocztówkowy widok przyprawia mnie o opad szczęki.
Bo trzeba się postarać, żeby się w tym mieście nudzić. A gdy tubylec – jak ja – nie może wyjechać na urlop, to mimo wszystko da radę spędzać tu popołudnia, czując się niemal jak na wakacjach. Leżaki – są. Koktajle – są. Romantyczne zachody słońca nad rzeką – też. Co nie zmienia faktu, że klimat ciągłego karnawału dotyczy jedynie wybranych okolic w Krakatau, a z pewnością nie dosięga mieszkańców, którzy każdego dnia o ósmej rano suną zatłoczonym zbiorkomem do szklanych biurowców, by tam odrobić szychtę. Bo tak, tacy też tu są, choć z pewnością woleliby sączyć absynt* po kawiarniach. Zresztą ten lubiący powracać obrazek krakusów zajmujących się od rana do wieczora – a potem znów do rana – pisaniem poezji na barowych serwetkach to miraż. Owszem, lubimy się snuć od stolika do stolika, lubimy tracić czas na przyglądanie się światu z kawiarnianego ogródka zastawiającego chodnik, bo to przyjemne, ale w pracy nam to jakoś bardzo nie przeszkadza. Ba, Kraków w swojej manianie to cienki bolek, gdyby go zestawić z takim Tel Awiwem na przykład; przez pierwsze dni tam zachodziłam w głowę, kto w ogóle w Tel Awiwie pracuje, skoro najwyraźniej wszyscy siedzą albo w knajpach, albo na plaży. A jednak.
Jeszcze co do tej linii muru getta, też bym coś dorzuciła od siebie, ale już nie chcę się czepiać. Mam tylko nadzieję, że autor jest świadom faktu, że getto w Krakowie też było, a fragmenty jego muru nadal stoją. Przechodzę obok nich, wracając z Kazimierza do domu.

Nawiasem mówiąc, powracając do kwestii słownikowych i już niezbyt poważnie, czekałam niecierpliwie, aż ktoś w komentarzu do tego felietonu wytknie użycie słowa „bajgle” i doczekałam się, ma się rozumieć. Nazewnictwo tego smakołyku (jeśli o mnie chodzi, preferowane mocno wypieczone z solą) to od lat i pewnie po wsze czasy zabawny punkt zapalny na linii stolica stara-stolica nowa. W grajdołku poproszenie o bajgla wiąże się z ryzykiem otrzymania owszem, zamawianego obwarzanka, ale razem ze znaczącym spojrzeniem. Obowiązująca tutaj nomenklatura zakłada użycie słowa „precel”, choć wszyscy wiemy, że preclem to nie jest. Bardzo to wszystko skomplikowane, ale w pewnym sensie urocze, takie lokalne smaczki.

*Osobiście wolałabym nie. Absynt piłam raz w życiu. Następnego dnia torturował mnie kac o nieopisanych rozmiarach i nigdy więcej świństwa nie tknę.

Naprawdę nie dzieje się nic

Gdyby kto był ciekaw, moje kolczyki spodobały się na tyle, że jakimś cudem przeszłam do kolejnego etapu. Zrobi coś człowiek od niechcenia i od razu zamieszanie. Wygląda na to, że im mniej w/w człowiekowi zależy, tym lepiej sprawy idą. Co oczywiście nie jest odkryciem na miarę prawa grawitacji, ani tym bardziej teorii Anny Łoś i wszyscy od dawna o tym wiedzą.

Druga łamiąca wiadomość jest natomiast taka, że wspominany jakiś czas temu Lancz w istocie się wydarzy, już nawet stolik zarezerwowany. Co prawda gdy weszłam na stronę restauracji, w której rzeczony stolik oczekuje i poczytałam sobie menu, troszkę pobladłam, bo ten Lancz ani chybi pochłonie połowę mojego budżetu na wyjazd. No cóż. Najwyżej najem się na zapas, przez pozostałe dni będę żywiła się kurzem i miłością do wszystkich powabnych artystów, których zamierzam w tym czasie obejrzeć, i będę chodzić po Londinium pieszo, co nie jest wielkim problemem, bo lubię, choć nigdy nie przywyknę do obyczaju przechodzenia przez jezdnię na czerwonym świetle. Zwłaszcza będąc osobą, która wiele lat temu została przyłapana na tym przez policję, nocą, na całkowicie pustej nowohuckiej ulicy i wykręciła się od mandatu w sposób raczej żałosny, to jest z drgającą bródką wyjaśniła aspirantom, że się zgubiła. Znajomi do tej pory natrząsają sie z tej historii, a ja do tej pory na czerwonym tkwię nieruchomo jak żona Lota.
Pan krytyk napisał, że miejsce jest fun and stagey. Fun and stagey. Świetnie. W co ja się w ogóle ubiorę, rany julek.
O tematy do rozmowy się nie martwię, bo ludzie z jednakową obsesją porozumieją się bez dwóch zdań. Swoją drogą, cała ta historia jaskrawo dowodzi, że obsesje warto mieć, bo mogą nas zaprowadzić w miejsca, w których inaczej nigdy byśmy się nie znaleźli.

Nie mogę się doczekać – a dziś dopiero wtorek, w perspektywie jeszcze kilka dni wypełnionych tępym gapieniem się w rzędy cyfr i przeglądaniem umiarkowanie pasjonujących dokumentów… Droga redakcjo, jak to się robi, żeby czas nieco szybciej płynął?

Tell us something about yourself

Niech już będzie za dwa tygodnie, proszę, dziękuję. Odliczam nerwowo dni. Przechodziłam rankiem przez dworzec kolejowy, gapiąc się zazdrośnie na ludzi z walizami, biegnącymi do pociągów nad morze i w góry. Będą wstawali niezbyt rano, włączali Lato z radiem (jeśli ktoś jeszcze tego słucha – osobiście mam ogromny sentyment do informacji o stanie wody w Zawichoście), szli do jadalni na śniadanie podsunięte im pod nos, potem na plażę albo może na szlak. Też bym sobie w góry pojechała. Nad morze właściwie też. Wszędzie. Byle dalej stąd. Wiadomo jednak, że zamiast plaży będzie trawa w parku, a zamiast gór – niekończące się ruchome schody.
Nawiasem mówiąc, znajomy od dwóch tygodni jeździ sobie po jednym z moich ukochanych skrawków świata. Wiem, że tam jest, bo co pół godziny mam na fejsbukowej ścianie nowe selfie lub informację o tym, pod jakim adresem właśnie spożywa makaron. To wakacje są? Online 24/7?

Zdarzyła mi się w ostatnich dniach, bogatych we wrażenia różne – od nieomal zostania potrąconą przez porsche po zepsutą spłuczkę – rozmowa kwalifikacyjna. Czyli taka godzina, gdy człowiek udaje, że wie, o czym mówi, przy czym nawet jeśli istotnie wie, ma wrażenie, że brzmi, jakby nie wiedział.
Zawsze czuję się nieswojo, gdy ktoś w mojej obecności czyta moje curriculum vitae, w dodatku – co widzę – pokreślone markerem tu i ówdzie, z notatkami maczkiem na marginesach. Przerabiałam to masę razy z drugiej strony stołu, z tej jest zdecydowanie trudniej (no shit, Sherlock). Zawsze się zastanawiam, co oni tam pomazali i tam co sobie notują.
A nie wygląda…
Dziwne poczucie humoru.
Ciekawe, czy zawsze się tak denerwuje.
Zastanawiający akcent.
Lista zainteresowań trochę schizofreniczna.
Fajne kolczyki, spytałabym, skąd ma.
Kupić mleko.

Nie było źle. Z samozadowolenia nie puchnę, ale poszło całkiem w porządku. Bogu dziękować, pominięto pytania z cyklu „jaką przyprawą byłabyś”, „z kim z nieżyjących chciałabyś pójść na randkę” lub też „sprzedaj mi odkurzacz”.
Wielkiego parcia nie mam, dobrze mi, gdzie jestem, ale warto czasem dostarczyć sobie trochę adrenaliny – i być może spróbować czegoś nowego. Nie jestem dużą fanką zmian, ale rutyna usypia czujność i rozleniwia. Lubię stabilizację, niemniej tylko pod warunkiem, że od czasu do czasu mogę z niej wyskoczyć i sprawdzić się w czymś nowym. Gdy gnuśnieję, mój umysł wędruje w niebezpieczne rejony i robię głupie rzeczy, więc wolę, kiedy coś się dzieje. Ruch w interesie sprawia, że nabieram energii. Skoro nadarzyła się okazja, to z okazji skorzystałam. Co będzie dalej, zobaczymy. W najgorszym wypadku potrzebę zmian zaspokoję remontem mieszkania.

Innych wiadomości brak – poza taką może, że nadal przeprowadzam czystki towarzyskie, jednocześnie ciesząc się obecnością tych, którzy obecni być chcą mimo wszystkich moich wolt, wybryków i napadów aliena. Lepiej mniej, ale lepiej, jak wiadomo.

Who’s next?…

Jak widać, ciągle nadaję, co oznacza, że przetrwałam moje wystąpienie. Zgodnie z podejrzeniami większość audytorium zajmowała się sprawdzaniem maili. Albo Fejsbuka. Albo przesuwali w lewo i prawo na Tinderze, być może. Jestem jednak dłużniczką osoby, która siedziała w pierwszym rzędzie i uśmiechała się do mnie. Nie wiem, czy kiedykolwiek ponownie się spotkamy, ale ma u mnie duże piwo.

Nie zdążyłam pojechać do domu, więc taka wysztafirowana, w sukienusi i w czółenkach pomaszerowałam z tej imprezy prosto do kina na transmisję Everymana. Tym razem zabrałam znajomych. I dobrze, bo inaczej chyba publiczność dałoby się policzyć na palcach jednej ręki. Nie wiem, czy to przez sezon ogórkowy, czy przez fakt, że nie gra w tym żadne z niebieskookich bożyszczy o międzygalaktycznej sławie. Szkoda. To był naprawdę ciekawy spektakl. Domyślam się, że nie każdemu mógł przypaść do gustu – ale po kolei.
Jest sobie facet. Człowiek sukcesu. Trochę jak Patrick Bateman, choć nieco bardziej sympatyczny. Nie jakiś tam przeciętny Józio – jeden z tych, którzy żyją ponad problemami reszty społeczeństwa. Forsy jak lodu, wypasiony dom, Rolex, imprezy, seks, narkotyki (scena zbiorowego wciągania koki przy dudniącym I Feel Love fenomenalna). Po jednej z takich imprez, jego urodzinowej zresztą, budzi się z wyjątkowo kiepskim samopoczuciem i w wyjątkowo niepokojącym towarzystwie – nieco cudaczny starszy pan obok niego, wciągając lateksowe rękawiczki, przedstawia mu się jako Śmierć i informuje, że Bóg wzywa. Przerażony bohater odmawia i tak rozpoczyna się jego ucieczka przed kostuchą. Król życia, nieposkromiony bon vivant musi stawić czoła dość bolesnej prawdzie – ziemskie prawa dotyczą go tak samo, jak wszystkich innych, choćby z nie wiadomo jakim uporem je ignorował. Próbuje szukać pomocy u ludzi, którzy mogliby pójść z nim, ale przyjaciele przytomnie odpowiadają: „dla ciebie wszystko, stary, ale jak my stamtąd wrócimy?”. Próbuje udowodnić, że jednak był dobrym synem (nie był), że spełniał dobre uczynki (nie spełniał). Liczy, że ocali go majątek – ale czy ktokolwiek zabrał zbytki ze sobą w zaświaty? Może pokuta i umartwianie się? Może wdzięczność za to, co się przeżyło? Musi istnieć coś, co przekona opatrzność, że czas tego konkretnego człowieka – o imieniu Everyman, Każdy – jeszcze się nie skończył. Musi. Tak przynajmniej sądzi Everyman. Nie wie tylko, że jego nerwowa ucieczka przed końcem, usiłowanie oczyszczenia się z win i wytargowania sobie jeszcze paru chwil na świecie – że to wszystko na próżno. Wkrótce się dowie, że w gruncie rzeczy nigdy nie obudził się z tego, co wydawało mu się pijackim snem. Consummatum est.
Nie jest to spektakl kipiący odkrywczymi myślami, to po prostu wariacja na temat „nie znasz dnia ani godziny” (zresztą to uwspółcześniony średniowieczny moralitet), w pewnym sensie – bo to, choć momentami mocne, jest całkiem zabawne – satyra na naszą wiarę w życie wieczne i skłonność do wmawiania sobie, że śmiertelność to problem innych, a my mamy jeszcze mnóstwo czasu.
I jest to olśniewające wizualnie. Jeśli nawet treść nie zachwyci, to formie trudno się oprzeć.

– Czy oni tam drinki piją?… – spytał mój kumpel na parę minut przed rozpoczęciem, wskazując ekran, na którym zapełniała się widownia. Tak, piją. Oni są tacy zepsuci, ci Anglicy, że nawet w teatrze chętnie sączą. A w antrakcie zażerają się lodami, ewentualnie idą odebrać sobie kolejny, czekający na nich w barze interval drink. I oni Napoleona pokonali.

Gorzko ironiczny epilog zdarzył nam się podczas powrotu, gdy o mało nie zostaliśmy zepchnięci z jezdni przez wściekle pędzące porsche ścigające się z motocyklem. Gdyby nie refleks naszego drogiego szofera, który gwałtownie skręcił na tory tramwajowe, to dopiero przednio byśmy się ubawili. Włosy na grzbiecie dęba stanęły. Co z tymi ludźmi?…

Dla otrząśnięcia się wdepnęliśmy jeszcze do podgórskiej knajpy, gdzie akurat plumkał łagodny jazzik na żywo. Ci, co mogli, napili się wina i przed północą wrócili do domu. Zasnęli znacznie później, bo chociaż niemożebnie zmęczeni, nie potrafili się rozluźnić. To był interesujący dzień…

Oh no, I’m not nervous. My mind is a sick horse at the racetrack

Dla odmiany dziś śniło mi się, że byłam na wycieczce górskiej z kolegą, który podczas zejścia nielegalnie przekroczył granicę, został aresztowany i ja potem organizowałam wielką międzynarodową akcję uwolnienia go. Bohaterka, ech? A ja się dziwię, że rano z łóżka nie mam siły wstać.
Tymczasem niech już będzie jutro o tej porze, błagam. I niech wszyscy święci – plus Spacey – mają mnie w opiece. I niech mi się przytrafi coś dobrego dla zniwelowania duszącego mnie stresiora, może być malutkie, może być cokolwiek (no, idzie się wieczorem na transmisję Everymana, na żywo tym razem, dobre czasy nadchodzą). Naprawdę nie znoszę być w centrum uwagi. Wierzcie mi, o wiele lepiej czuję się w drugim rzędzie, wylądowanie na świeczniku byłoby dla mnie karą i udręką.
Spokojnie. I tak wszyscy będą bawili się telefonami, a zanim dotrą do domu, zapomną, co mówiłaś.
Tak przy okazji – znajomi, którzy wiedzą o moim drobnym problemie z tremą wywracającą mi flaki na lewą stronę, uspokajają mnie, że dam radę, ale część idzie dalej i tłumaczy, że należy zaprogramować się na sukces, przełamywać swoje bariery, wszystko siedzi w głowie, jesteś gwiazdą czy innym tam kryształem itepe. Na mnie to zupełnie nie działa. Nigdy nie byłam zachwyconym odbiorcą motywacyjnych gadek. U mnie skutkuje tylko jedna prosta myśl, mianowicie „zepnij, kobito, pośladki i jedziesz”. Pozostaję wszakże pod wrażeniem ludzi, którzy powyższe zdanie potrafią rozciągnąć do rozmiarów kilkusetstronicowego poradnika lub wielogodzinnego wykładu i wierzą przy tym, że ciągle mówią coś nowego. Miewam przy tym wrażenie, że w tych modnych ostatnio zapewnieniach „możesz wszystko”, „przesuwaj swoje granice”, blabla, nader często zapomina się o drugiej ważnej części, brzmiącej „jeśli chcesz”. Ja na ten przykład wcale nie chcę. Dobrze mi w moim kąciku i co mi zrobicie.

PS Człowiek od nagich scen w teatrze wrócił. Inne wdzięczne trafienia to poszukiwanie dziewczyn na telefon i zapytanie o skuteczne pieszczoty. To ostatnie, mój kochany/-a, obawiam się, można odkryć jedynie metodą prób i błędów z zastosowaniem żywego organizmu.

How do I unfriend?

Żyję, żyję.
Tylko spoglądanie w mój kalendarz i zaokienna ponurność nieco mnie dobijają. Czwartku natomiast obawiam się niemożebnie. Na szczęście moje wystąpienie ma być krótkie, więc jest szansa, że je przeżyję bez żenującej kompromitacji, jeśli tylko odpowiednio przygotuję się mentalnie. Sprawdziłam w zaproszeniu, że uczestników będzie z pięćdziesięciu. No, świetnie. Podejrzewam, że początek mojej przemowy płynny nie będzie.
Dziś rano oczywiście zwleczenie się z łóżka było niemożliwością, kto to widział taką pogodę organizować przy poniedziałku. A w dodatku tuż przed przebudzeniem (w każdym razie tak mi się wydaje) miałam absolutnie piękny i ekscytujący sen. Ubolewam, że nie można nagrywać snów i odtwarzać ich wielokrotnie. Ten bym chyba zajeździła na amen, więc gdyby mógł przyśnić mi się ponownie… Może się jakoś zaprogramuję? Podobno się da.

Weekend sam w sobie nieco był irytujący, bo zostałam w grajdołku tylko po to, by się spotkać z kimś od dawna niewidzianym. Spotkanie zostało odwołane na godzinę przed, gdy już zbierałam się do wyjścia. Nie po raz pierwszy. Ja jestem bardzo cierpliwa, ale przy następnej takiej okazji, gdy znowu usłyszę, że musimy koniecznie się spotkać, zamierzam być ogromnie zajęta, bo nie znoszę, gdy nie szanuje się mojego czasu. Traktujmy się jak dorośli, motyla noga. Doskonale rozumiem, że zdarzają się różne rzeczy, człowiek może zostać uprowadzony przez kosmitów, wpaść do studzienki kanalizacyjnej, zachorować, mieć pożar w pracy, za bardzo się rozluźnić poprzedniego wieczora albo po prostu dostać przeogromnego niechcieja, poczuć przemożną potrzebę okopania się na kanapie i spędzenia reszty dnia na oglądaniu skeczy Rowana Atkinsona (ten zwłaszcza lubię, i ileż przydatnych angielskich słówek, ekhm) – zdarza się. Ale jeśli mi ktoś czwarty raz wykręca taki numer, staje się dla mnie całkowicie jasne, że nieszczególnie mu zależy. Nic na siłę, mam jeszcze innych znajomych. Kiedyś zależało mi na utrzymywaniu kontaktów za wszelką cenę, teraz jestem o wiele mniej sentymentalna. Acz, trzeba przyznać, trochę niekomfortowo, gdy chodzi o człowieka, którego zna się od kilkunastu lat. Kawałek życia się traci. Z drugiej strony może dzięki temu zrobi się miejsce na kogoś nowego.

I serio, ludzie się tną po facjatach, żeby upodobnić się do swoich idoli? Za moich czasów to się ich na koszulkach nosiło. Nie ma już ratunku dla tego świata, naprawdę. W ogóle co to za idol?… Ja chrzanię, naprawdę niewiele trzeba, żeby zostać sławnym. Szkoda.
Dla równowagi i jeśli akurat nie zamierzacie rozcinać sobie tkanek ani wstrzykiwać atramentu w gałki oczne w podziwie dla, ranyboskie, autorytetu, tu macie bardzo dobry tekst o tym, co ostatnio wyjątkowo mnie męczy, czyli zaletach bycia miłym i o tym, czemu tak bardzo się tego boimy, niepotrzebnie.

Rough winds do shake the darling buds of July

Wiecie, czego nienawidzę najbardziej na świecie, prawda?
Poza tartą marchewką, ma się rozumieć.
Otóż publicznych wystąpień. Ja się po prostu do tego nie nadaję. Wyrobiłam swoją normę na konkursach recytatorskich w liceum, dziękuję bardzo.
Niestety znowu zostałam wrobiona w takowe. Co gorsza, moje wystąpienie będzie dotyczyło sprawy, o której wszyscy woleliby zapomnieć i na samo wspomnienie której przewracają w udręce oczami, więc obawiam się, że audytorium postanowi wykorzystać okazję do wylania swych gorzkich żali, jak również zadania mi pytań o sens tego wszystkiego (nie znam go). Znowu będzie rycie przemowy na pamięć, ściskanie w kieszeni mojego wisiorka-Buddy, wyobrażanie sobie publiki nago – co może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego – i przypominanie sobie, że pan i władca ma z czymś takim do czynienia w robocie codziennie, i że Kevin Spacey jest tylko dwa uściski dłoni ode mnie, a Kevin Spacey na pewno by się nie bał, tylko całe towarzystwo od niechcenia rozjechał walcem.
Godzina zero za tydzień. Trzymajcie kciuki, żeby mnie nie pożarli żywcem.

Mail oznajmiający mi, że zostałam uszczęśliwiona w ten sposób, przeczytałam rano, gdy tylko dotarłam do biura, skacząc przez gałęzie i przewrócone słupy reklamowe (troszeczkę nam tu wiało nad ranem – moje pelargonie wczoraj jeszcze były na balkonie, dziś została z nich jakaś poszarpana nędza; mięta w ogóle znikła, nie wiem, dokąd odleciała). Zwiesiłam smętnie głowę w przeświadczeniu, że oto czeka mnie trzeci poniedziałek w tym tygodniu, choć raczej dużo gorzej być nie może. Wieczorem mogę jednak z pełnym przekonaniem stwierdzić, iż ten trzeci poniedziałek nie był taki znowu paskudny.
Wspominałam onegdaj, że krytyk teatralny z miasta Londyn zaczął mnie obserwować na Tłyterze. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że samo to o niczym nie świadczy, bo niektórych śledzi się dla czystej frajdy z ich głupoty lub dlatego, że to znajomi znajomych znajomych, lub też zupełnie nieznajomi, ale jęli obserwować was pierwsi, więc niech mają. Wczoraj, celem skomentowania czegoś, co tam akurat bredziłam, facet wysłał mi prywatną wiadomość. Od słowa do słowa – i jakimś sposobem, moi szanowni, jesteśmy umówieni na lancz! Poważnie! Autorka, taki tam skromny krakowski urzędas i prawdziwy, żywy londyński krytyk teatralny!! Na lancz!!! Nie do końca wiem, jak to się stało, ale się stało.

PS Gdyby powyższe nie wystarczało, wieczorem w internetach pojawiła się kopia mojego słynnego już obrazka z następującą odautorską adnotacją, uwaga, cytat: The original was the first piece of mine to sell at my first exhibition. Selling art work is an odd sensation. You feel a little like you’ve lost something – or hopefully that you’ve shared something you greatly care about.
No, po prostu…
Aż mi bródka zadrgała, szczerze mówiąc.
Dwa lata temu, półtora tysiąca kilometrów stąd, przyglądając się tej istocie paradującej wyniośle po scenie w pięknym fraku, z utrefionymi włosami i spojrzeniem mówiącym: „sama wasza obecność na tym świecie mnie obraża”, nie miałam pojęcia, że całkiem niedługo to będzie mój, tak jakby, znajomy i co z tego wyniknie. Trochę to jest jednak niesamowite.

My strongest suit

Bardzo rzadko ostatnimi czasy piszę o prywatnych sprawach, zwłaszcza tych, które mają związek z porywami serca i innych organów (może nawet bardziej tych innych) – ale dziś muszę. Jestem bowiem w nastroju nieco miłosnym, a że to mój blogasek i mogę na nim pisać o czym chcę, dam się wygadać sercu i innym organom (może nawet bardziej tym innym).
Wczorajszy dzień przebiegł zgodnie z oczekiwaniami, to jest rwałam włosy z głowy, wyjaśniając różnym zirytowanym ludziom, że nie ja podjęłam decyzje, o które mają pretensje, i że nie mam mocy, by te decyzje cofnąć. Posłaniec zawsze obrywa, wiadomo. Tu znowu chciałoby się napomknąć o tym, że dobrze jest być uprzejmym, że to popłaca ogromnie, w przeciwieństwie do bycia arogantem, ale niektórzy wyraźnie czują się lepiej, gdy w kogoś wystrzelą z grubej rury, jakby im obraził babcię. Tak czy inaczej, spodziewałam się, że będzie ciężko, więc włożyłam moją „szczęśliwą” sukienkę.
Lubię ją ogromnie. Ładna jest, zwiewna, barwna, nogi odsłania. Ma kieszenie, więc można schować ręce, gdy człowiek się denerwuje i nie wie, co z nimi zrobić. Spędziłyśmy razem wiele miłych chwil. Ta sukienka miałaby parę historii do opowiedzenia.
Tym samym, oczekując fatalnego dnia, a nie rozbieranej randki czy innych tam słodyczy, włożyłam tę kieckę i szłam w niej jak z tarczą.
Nie do końca pomogło, ale jednak czułam się lepiej. Bezpieczniej. Ze wszystkimi wspomnieniami, które ten skrawek szmatki niesie i w nadziei, że skoro tyle razy przyniosła mi szczęście, to może i tym razem przynajmniej troszeczkę mnie ochroni.
Sukienka to nasza zbroja czasem.
A najlepsze było to, że słodycze też dostałam, bo wieczorem moje męki zostały nieoczekiwanie wynagrodzone.
Obejrzawszy sobie z bliska pana i władcę, wpadłam w całkowity, obezwładniający zachwyt, jakbym go widziała po raz pierwszy. Znam go nie od wczoraj i również nie od wczoraj wiem, jak wygląda, ale nadal czasami odbiera mi mowę i robię wielkie oczy, i myślę, że mogłabym spędzić resztę życia, po prostu mu się przyglądając, a jeszcze chętniej – dotykając go. Kolega ma czterdzieści cztery lata. Przypuszczam, że od pewnego czasu trzyma w szafie swój portret. Ewentualnie żywi się krwią. Nigdy nie widziałam piękniejszego męskiego ciała, bardziej harmonijnej, sprężystej sylwetki. Zapewne upał i hormony robią swoje, ale…
Dobrze, już kończę, musiałam tylko podzielić się oszołomieniem.

Ale – skoro już ruszyłam temat pięknych mężczyzn, to o pięknych mężczyznach jeszcze słówko powiem, bo ku mojej ogromnej radości dotarłam do informacji, że bilety na niedzielne przedstawienia czegoś, co ogromnie chciałam zobaczyć, są w tym tygodniu tańsze o połowę. I akurat ta jedna, jedyna pasująca mi niedziela była na liście dostępnych terminów. Tak, wiem, wiadomość nie ekscytuje nikogo poza mną. W każdym razie potwierdza się moja teoria, że życie dąży do równowagi (a może to nie moja teoria, tylko jakiś komunał z hollywoodzkiego filmu?) i prędzej czy później musi wydarzyć się coś dobrego.
Wcale się nie dziwię, że toto zbiera takie entuzjastyczne recenzje. Ekhm.

PS Kto mi tam znowu brnie przez archiwa?… Proszę nie być nieśmiałym.

Very tragical mirth

Jeszcze jeden wybitny inaczej cytat z książki o człowieku, którego penis drga i słyszy muzykę.
„Likewise,” he says, and I can tell from his accent that he’s British.
Coś mi to przypomina. Ale wcale mi się nie podoba, że jedno z moich jakże ulubionych słów (dlaczego, to sobie pokopcie w archiwach, choć nie polecam, a ja w tym czasie powzdycham) występuje w takiej… literaturze.

Wściek nie ustępuje, a nawet rozkwita. Na szczęście życie dąży do równowagi i zawsze coś dobrego wydarza się wtedy, kiedy człowiek poważnie obawia się, że albo kogoś pobije, albo pójdzie na most z kamieniem u szyi. Od miesięcy niczym nie marzę tak gorąco, jak o położeniu się plackiem na plaży, w ciepłym i wilgotnym klimacie, i to właśnie miałam robić za tydzień, ale nie zrobię, ponieważ zostałam ubrana w coś, czym zdecydowanie nie chcę się zajmować, w zastępstwie ludzi, którzy, zgadnijcie co, jadą leżeć plackiem na plaży. Nie chcecie wiedzieć, jak bardzo jestem z tego powodu nieszczęśliwa. Wstyd przyznać, ale osobnikowi, który mnie w to wszystko wrobił, mając w głębokim poważaniu moje plany, serdecznie życzę ulewnych deszczy nad morzem.
Na otarcie łez zostałam wczoraj wypędzona z domu, spędziłam fantastyczny wieczór w plenerze, wycałowana, wyprzytulana, zaopiekowana przez cudowne, słodko pachnące istoty płci męskiej (ależ ja mam przystojnych kolegów) – i w środku tegoż wieczoru usłyszałam, że bardzo ładnie wyglądam. I przyznam próżnie, że to ostatnie sprawiło mi ogromną radość.
Kraków też wczoraj wyglądał bardzo ładnie. Ciągle mam jakieś pretensje o coś do tego miasta, ale muszę przyznać, że w letnie noce potrafi być czarujące. Człowiek, choć mieszka tu od kilkunastu lat, pstryka czasem o zmierzchu fotki jak turysta.

Ale, ale. W ubiegłym tygodniu ktoś dostał się na mój blogasek, wbiwszy w Gugla manifest: kocham Colina Morgana (ponownie pojawił się też fan gołych scen w teatrze; który to już raz?…). Nie bardzo rozumiem, po co takie oświadczenia w Gugla wpisywać – żeby sprawdzić, jak wielu ludzi dotknęła podobna udręka? Z drugiej strony przyznaję, trudno nie kochać. Mam toteż doskonałą wiadomość dla tego złamanego serduszka, dla tych, nie załapali się na transmisje Globe On Screen w naszych kinach, dla tych, którzy chcieliby, a boją się polecieć do Londynu, dla tych, którzy zwyczajnie chcą obejrzeć coś dobrego przy wieczornym kieliszku wina i wreszcie dla tych, którzy – jak ja – bardzo potrzebują, żeby coś ich skutecznie rozbawiło. Globe zrobił mi prezent w tym trudnym tygodniu i wszystkie trzy sztuki, które u nas wiosną emitowano (Makbeta, Burzę, z Colinem właśnie, i Sen nocy letniej), umieścił dziś w swojej telewizji. Można sobie je wypożyczyć albo ściągnąć i upajać się nimi do końca życia. Polecam tym bardziej, że download trzech razem kosztuje 25 funciorów, co, biorąc pod uwagę cenę pojedynczego DVD z każdym spektaklem, jest świetną okazją. Zaraz sobie odpalę scenę konania Tyzbe i będę rechotała nieskrępowanie. Być może odpalę ją wielokrotnie. Poza tym, wiecie, tych dwóch dżentelmenów zawsze miło mieć w domu na własność. Prawda?…

I wonder what else of his is huge; probably his kitchen

Staram się przypomnieć sobie, kiedy ostatnio miałam taki wściek.
Chyba jakoś za Napoleona.
Jestem tak… zirytowana (och, nazwij to po imieniu: jesteś wkurwiona, wkurwiona po prostu, nie ma co owijać), że nie mogę znieść nawet tego, że ktoś obok mnie mówi. I lepiej, żeby nie mówił do mnie. Mój cudownie słodki nastrój jest taki nie bez przyczyny, niemniej nieszczególnie chcę o tym pisać, ba, nie chcę nawet o tym myśleć.
Zamierzam przekuć ten wściek w coś pozytywnego, muszę, bo inaczej niewinni ucierpią.
Ale to później, bo jeszcze nie wiem, co to mogłoby być.

Żyjemy w takich zabawnych czasach, że wszyscy ludzie są zdumiewająco łatwo osiągalni. Tacy, którzy w epoce przed internetem byli nieosiągalni dla zwykłych żuczków, też już są. Czasami to im bardzo pomaga w karierze, czasami może skończyć się katastrofą.
Może już wiecie, a może nie, ale autorka powiastki o tym, jak mały Jasio wyobraża sobie BDSM, miała wczoraj Q&A z fanami na Twitterze. To znaczy – miała mieć. Nie bardzo to wyszło. Q&A co prawda zyskało niesamowitą popularność, ale nie dzięki odpowiedziom.
Nie jestem fanką trollowania, niemniej czasami sama gryzę się w palce, żeby nie strzyknąć sarkazmem w komentarzu do czyichś bzdur. Bo ręce opadają niekiedy. W tym przypadku pani pisarka przekonała się, jak wielu ludziom opadły ręce w starciu z jej twórczością. Mogli taktownie przemilczeć i pewnie w rzeczywistości by to zrobili. Ale to Twitter. Twitter nie zna litości, działa błyskawicznie, a na nieszczęście pani pisarki korzystają zeń nie tylko nastolatki bezskutecznie żebrzące o uwagę celebrytów mających tam konta. No i się wylała cała Amazonka pytań od publiczności. Przejrzałam je sobie przy śniadaniu – sporo uciechy przy tym miałam. Poniżej tylko drobny ułamek.
Czego nienawidzisz bardziej, poprawnej angielszczyzny czy niezależnych kobiet?
Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że brwi nie mogą rozszerzać się w zdumieniu?
(Tak, tak…)
Czy jeśli będę prześladował dziewczynę, to będzie oznaczało, że ją naprawdę kocham?
Jaki jest twój ulubiony odcień szarości z pięćdziesięciu? Czy zamierzasz wydać książkę o każdym odcieniu osobno?
Czy te wszystkie negatywne komentarze uważasz za molestowanie? Bo ja uważam, że są wystarczająco romantyczne, by złożyć je w powieść!
Czy twoim zdaniem jest OK wmawiać dziewczynom, że dręczenie w związku jest fajne, jeśli tylko facet jest bogaty i przy okazji przystojny?
Czy sądzisz, że czytanie twojej książki będzie wystarczającą karą dla osoby uległej?
Czy wiedzę o BDSM zdobyłaś podczas pojedynczej wizyty w butiku Ann Summers?
Kupiłem twoją książkę w antykwariacie – ma tylko trzy strony, każda gruba na cal, to tak miało być?
Czy myślałaś kiedyś, że gdyby główny bohater nie miał fortuny, ta historia nie nadawałaby się na romans, tylko na kolejny odcinek serialu „Prawo i porządek”?
Spytałam szefa, czy mogę go pocałować. Nie zgodził się, ale i tak to zrobiłam, bo przecież „nie” znaczy „tak”, prawda?
Co myślisz o tym, że twoje książki budują w ludziach na całym świecie przekonanie, że KAŻDY może pisać?
Czy umiałaś już czytać, gdy pisałaś tę książkę?
Spaghetti mi spadło na kartkę papieru, mogę prosić o adres twojego wydawcy?
Chciałbym zadać ci tyle pytań, ale większość zaczyna się słowem „dlaczego” i kończy potępieńczym skowytem.

Zapewne były i jakieś ciepłe wyznania z gatunku „ignoruj te wściekłe brzydkie feministki, twoi prawdziwi czytelnicy i tak cię kochają”, ale trudno im było przebić się przez ten ostrzał. Ktoś zbyt krótko się zastanawiał przed zorganizowaniem tego wydarzenia, bo przecież przy wszystkich kontrowersjach narosłych wokół bestsellera i biorąc pod uwagę fakt, że internet dla nikogo nie jest łaskawy, było wiadome, że to się skończy źle. Mimo wszystko pani pisarka miała szansę, żeby odpowiedzieć na zarzuty o grafomanię, o plagiat, o prezentowanie fałszywego obrazu i relacji międzyludzkich, i BDSM – mogła wdać się w polemikę, zapewne wtedy części ciosów by sobie oszczędziła. Podobno nigdy tego nie robi, na wszelkie tego rodzaju dociekania reaguje zablokowaniem pytającego (to nie jest dobre posunięcie w mediach społecznościowych). Niektóre faktycznie były agresywne, zresztą personalne ataki nigdy nie są OK – ale większość pytań, które widziałam, była jednak zasadna, choć niewątpliwie niewygodna.
Podobno nad filmową adaptacją książki miał pracować Patrick Marber – dramaturg, który napisał między innymi Closer. Autorce nie spodobały się zmiany w dialogach i go wywaliła, co dowodzi, że musi mieć naprawdę dobre zdanie o swoich umiejętnościach pisarskich. Zresztą ponoć ma już kolejną książkę napisaną i drugą na warsztacie – wielkie nieba, gdybym ja miała taką wenę twórczą… W moim obecnym stanie ducha w tydzień spłodziłabym kryminał, mam obmyślonych parę morderstw. Może zacznę wieczorem, zobaczymy.

Nawiasem mówiąc, gdy będzie wam smutno i źle, sięgnijcie po parodię dzieła; jest fenomenalna. Niestety spłodzono też coś takiego. Można było się spodziewać. Ktoś po prostu musiał wpaść na pomysł zestawienia jednego z drugim. Powiem wam w sekrecie, że odczuwam jakąś perwersyjną pokusę przeczytania tego, tak dla intelektualnego sponiewierania się, czasami miło – chociaż Jane Austen, o której niektórzy mówią, że zeszła z tego świata, zachowawszy wianek, chyba by się w grobie przewróciła.

Lavender Moon

Czyżbym była w złym humorze?…
Stan zawieszenia, w którym od kilku tygodni żyję – na własne życzenie, nikt mnie w to nie ubrał przecież – trochę już mnie męczy. Nie jest przyjemnie codziennie zastanawiać się, czy planowana od pięciu miesięcy podróż w ogóle się odbędzie, ani tym bardziej kombinować, czy jednak postawić wszystko na jedną kartę, czy też raz w życiu użyć rozumu. Oczywiście wiem, że są to problemy, które trudno problemami nazwać. Ludzie mają większe zmartwienia. Urlop można przełożyć na później, za nie dość interesującą szansę można podziękować. To raczej dobra lekcja na przyszłość dla mnie: nie planować niczego z nadmiernym rozmachem, nie angażować się w coś, do czego nie jestem do końca przekonana. Tak czy inaczej, po raz wtóry zauważam ten sam mechanizm, pewnego rodzaju samosterowność. Jeśli czegoś bardzo chcę, będę nie całkiem świadomie dążyć do tego za wszelką cenę i w końcu dopnę swego (kosztem niechby sprzedania nerki). Jeśli czegoś nie chcę, tylko tak mi się wydaje (bo taki chwilowy kaprys, bo powinnam, bo ludzie mówio, bo coś tam), będę rzucać sobie jakieś imaginowane kłody pod nogi, aż wreszcie odetchnę z ulgą – no, wiedziałam, że się nie uda! Im dłużej żyję, tym jaskrawiej to zauważam, więc może w końcu przestanę udawać przed samą sobą, że robię coś innego, niż w istocie robię.
Prawda jest też taka, że coraz mniej w moim życiu rzeczy, których naprawdę mocno chcę. Trochę mnie opatrzność rozpieściła przez ostatnie lata i jakoś zobojętniałam.
Tymczasem dziś, w jednym z nielicznych słonecznych momentów, targnięta gwałtowną nostalgią zorganizowałam sobie drobne, to jest godzinne wakacje na własnym balkonie (w towarzystwie wznowienia Królów przeklętych Druona, dobrze, bo stare wydania zapodziały się w przeprowadzkach – nic lepszego nad mordujących się nawzajem członków rodziny, w dodatku naprawdę istniejącej; jeszcze to muszę sobie sprawić kiedyś, pojęcia nie mam, skąd u mnie umiłowanie tematu wysoce toksycznych familii, skoro moja jest całkiem normalna… tak mi się wydaje). O. Tak dziś było. wpid-2015-06-28-17.49.37.jpg.jpeg Lavender Fizz, wspomnień czar. Gin, prosecco, lawenda, cytryna. Och, czyż to nie było piękne lato dwadzieścia cztery miesiące temu, upalne i pełne niespodzianek. Nie obraziłabym się, gdyby to nadchodzące było choć trochę podobne. Nie zapowiada się – ale wtedy też przecież się nie zapowiadało.

A tak poza wszystkim – czy ja dobrze przeczytałam, że jakże przeze mnie ceniony redaktor Terlikowski uznał kobiety za nieczyste narzędzia w ręku szatana? Niech mi tępej dzidzie ktoś wytłumaczy, jakimż to cudem on ma żonę (i czemu ta żona znosi w domu towarzystwo mizogina).

I see you

Od kilku miesięcy czekam na nadejście dnia, w którym pani sprzątająca w fabryce odpowie na moje „dzień dobry”.
Dotychczas nie nastąpiło to ani razu. Ja co prawda raczej cicho mówię, ale ludzie zwykle mnie słyszą jednak.
Parę dni temu stałam sobie w fabrycznej kuchni, czekając, aż czajnik ugotuje wodę na moją poranną kawunię, gdy wtem weszła jakaś osoba, bez słowa złapała czajnik, wlała wodę do WŁASNEGO kubka i nadal bez słowa odeszła. A ja ostałam się bez kawuni. Wyraźnie nie tylko mnie nie słychać, ale również nie widać. Albo może osoba uznała, że moja funkcja w przedsiębiorstwie polega na gotowaniu wody innym ludziom. Chyba powinnam pomyśleć nad wymianą garderoby.
Wczoraj byłam świadkiem dialogu, właściwie monologu z jakimś biednym konsultantem infolinii sieci komórkowej. Tak, ja wiem, że człowiek zwykle dzwoni pod takie numery, gdy nie jest zbyt zadowolony, ale dziewczę wrzeszczało do słuchawki z niebywałą ekspresją, podważając co chwila zdolności intelektualne rozmówcy, że to tak oględnie ujmę. Dziś rano przechodziłam obok pana zajętego głośnym proszeniem dziewczyny rozdającej ulotki, żeby mu dupy nie zawracała. Tu i ówdzie komuś przeszkadza, że taksówkarz do niego zagadał albo sklepowa nazwała go kochanym. Tu i ówdzie ten i ów powiadamia, że na jego szacunek trzeba sobie zasłużyć (niezmiernie mnie rozbawiają takie teksty), a zresztą większość ludzi to i tak świnie, nóż w plecy i tak dalej.

Ponieważ cierpię na syndrom Pollyanny, lubię rozmawiać z taksówkarzami i nie czuję się dotknięta do żywego, gdy pani na bazarku nazywa mnie złociutką; lubię także zakładać, że ludzie dookoła mnie jednak takimi świniami nie są. Nie przeczę, że parę razy założenie to okazało się błędne, a autorka tygodniami lizała rany w kąciku. Niemniej wolę być nastawiona życzliwie, tak z automatu, i wcale nie tak rzadko mam do czynienia z aktami życzliwości innych, często w niespodziewanej chwili i z niespodziewanej strony. Dużo nie trzeba, żeby człowiekowi uprzyjemnić dzień.
Nie urodziłam się wczoraj, a jednak ciągle się dziwię, gdy mam do czynienia z kompletnie niepotrzebną agresją, z arogancją, z olewaniem wszystkiego i wszystkich, jakby świat wokół był całkowicie zbędny i tylko przeszkadzał. Niezbyt chce mi się wierzyć, że z bycia nieuprzejmym można czerpać przyjemność, choć sądząc po popularności zjawiska, niektórzy istotnie uważają, że bycie bucem jest sexy. Nie wiem, może ja jakaś dziwna jestem, ale lubię być miła, nie męczy mnie to jakoś bardzo, i lubię miłych ludzi. Wymiana głasków dobrze robi obu stronom. Każdy z nas tego potrzebuje.
Oglądaliście TED Talk Amandy Palmer? Kocham tę kobietę bardzo i sama bym się z nią ożeniła, gdyby Neil Gaiman tego nie zrobił. Tak czy inaczej, dobrze podsumowała to, co nieudolnie próbuję wam wyeksplikować, w opowieści o tym, jak onegdaj pracowała jako ludzka rzeźba uliczna. Tutaj macie całość, a tutaj fragment, o który mi chodzi:
When someone came by and dropped in money, I handed them a flower and some intense eye contact. And if they didn’t take the flower, I threw in a gesture of sadness and longing as they walked away. So I had the most profound encounters with people, especially lonely people who looked like they hadn’t talked to anyone in weeks, and we would get this beautiful moment of prolonged eye contact being allowed in a city street, and we would sort of fall in love a little bit. And my eyes would say, „Thank you. I see you.” And their eyes would say, „Nobody ever sees me. Thank you”.

No właśnie, no właśnie.

Only truthful hands write true poems

Dobrze, wystarczy już o duńskim księciu. Jeszcze się o nim naczytacie zapewne, obawiam się.

Wczoraj wieczorem robiłam przegląd moich zdjęć i opadła mnie niemożebna nostalgia. Niesamowite, jak dobrze można pamiętać dotyk czyjejś dłoni. Jej ciepło, fakturę skóry, siłę nacisku. Moment trwający może trzy sekundy potrafi rozciągnąć się w pamięci w nieskończoność; pewnie też pamięć trochę go podbarwia, ale to nieważne. Chwila, w której pierwszy raz się dotknęliśmy lata później jest ciągle bardzo żywa, mogę ją odtworzyć jak z taśmy – miałam wtedy wrażenie, jakby mnie prąd poraził, tyle że zdecydowanie bardziej przyjemne. Jakby wszystkie siły rządzące wszechświatem przybiły sobie piątkę i odetchnęły z ulgą: „no, wreszcie się znaleźli”. Coś takiego nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej – ani później. Zabawne. W ogóle już nie pamiętam dotyku kogoś, z kim spędziłam znacznie dłuższy kawałek życia, a tamten pamiętam. I to wszystko, co mi zostało. Wcale nie chcę pozbywać się tego wspomnienia, choć być może dawno powinnam była to zrobić.

No, a poza tym cała nuda poszła w diabły.
Złożono mi ofertę, i owszem, fanfary i confetti – ale szkopuł w tym, że od zaraz. To po pierwsze. Drugim szkopułem jest oczywista kwestia decydująca na ogół o chęci zmiany pracy, która to kwestia nie jest w tym przypadku jakoś bardzo przekonująca. Tym samym połowa autorki krzyczy: „bierz!”, a połowa przypomina: „don’t go for second best”. Mam jeszcze dobę na przemyślenie sprawy, ale znam siebie trochę i wiem, że wahanie zwykle oznacza, że podjęłam już decyzję. Chociaż tak zupełnie pewna to nie jestem. Nie wiem.

The slings and arrows of outrageous fortune

Są pewne dobre szkoły cierpliwości na tym łez padole.
Mgła na lotnisku.
Zakopianka w kierunku Krakowa po długim weekendzie.
Ogonek do przymierzalni w Zarze podczas wyprzedaży.
Moja osiedlowa poczta po siedemnastej.
Szpitalny Oddział Ratunkowy.
Kupowanie biletu na oblegane przedstawienie. Jak wspominałam, trafiły mi się w loteryjce organizowanej przez Barbican dwa takowe, na całkowicie wyprzedanego Hamleta, przypadkiem granego przez największą chyba obecnie gwiazdę. Nie dostałam ich ot, tak sobie, musiałam je odstać w kolejce. Każdy ze zwycięzców miał teoretycznie zagwarantowane miejsce, ale wiadomo – chodzi też o datę. Niezbyt by mi się uśmiechała środowa popołudniówka, bo, panie Benedykt, muszę z grajdołka dolecieć.
Pięć godzin, ladles & jellyspoons. Przez pięć godzin gapiłam się na zielonego hipka na stronie Barbican Centre. Bo wasz postęp w kolejce ilustruje grafika przedstawiająca zielonego człowieczka maszerującego trochę jak w ten w czołówce programu W starym kinie. Hipek poinformował mnie na dzień dobry, że jestem sześćset siedemdziesiąta, a potem szedł bardzo, ale to BARDZO powoli. Wreszcie poinformował mnie, siedzącą z nosem wspartym o kubek kawy: It’s your turn! Click to proceed.
Klikam, by procedować.
I co widzę?
PAGE CANNOT BE DISPLAYED.
W takich chwilach człowiek przypomina sobie, że potrafi zbudować zdanie wielokrotnie złożone, używając wyłącznie słów, excusez, „kurwa”, „chuj” i „pierdolić” w dowolnych, licznych konfiguracjach. Jestem czasem wdzięczna polszczyźnie za możliwości wyrażania żarliwych, wybitnie żarliwych uczuć.
Sprawdzam drugie okno. To samo. Tu dygresja i zarazem wyjaśnienie, czemu te kolejki lubią być tak absurdalnie długie. Otóż polujący na bilety zwykle otwierają sobie parę okien w przeglądarce, a czasem nawet i parę przeglądarek, plus jeszcze smartfona. Przypuszczają zmasowany atak, generując tym samym sztuczny tłum. Zdarza się, że można całą tę udrękę ominąć, czekając do późna wieczorem albo z głupia frant zaglądając do innego serwisu biletowego, który przypadkiem i po cichu dysponuje skromną liczbą miejsc (albo nabywając członkostwo i tym samym priorytet, niemniej trudno takie rozwiązanie polecić komuś, dla kogo wizyta w zamorskim teatrze to raczej jednorazowa przygoda).
Powtórzyłam całą operację z tym samym efektem.
Ty tam, informatyku w Barbican. Z całym szacunkiem, zaraz mnie blady, wymieniony powyżej, na ch, strzeli.
Oświeciło mnie wtem, że mam zmieniacz IP. Zmieniłam zatem na Wielką Brytanię w nadziei, że to cokolwiek zmieni. Może to nie bardzo prawe posunięcie, ale skuteczne. Oczom mym niedowidzącym natychmiast ukazał się kalendarz dostępnych dat. Tym sposobem z bardzo bliska może Benedykta nie zobaczę, ale z bardzo daleka też nie, i na przedstawieniu będę. Przedstawienie zawsze lepsze niż transmisja, to oczywista prawda.
Nawiasem mówiąc, wejście w posiadanie bileciku jest obwarowane tyloma obostrzeniami (wejście tylko z dokumentem tożsamości, bilety drukowane dopiero na krótko przed terminem spektaklu, nie do odstąpienia, kupujący musi być jednym z widzów) że człowiek czuje się, jakby szedł na audiencję do królowej.
Powiem wam szczerze, że bardziej fascynuje mnie cała ta otoczka niż samo przedstawienie; Hamlet zresztą nie jest moim ulubionym bohaterem; chodzi taki i marudzi. Tym o podobnej opinii gorąco polecam słynną wersję skróconą – zwłaszcza część czwartą, zagraną na przyśpieszonych obrotach i od tyłu. Z wielką ciekawością obserwuję natomiast to, co dzieje się dookoła Cucumbera, tę ponadgraniczną obsesję, gwiazdorstwo w skali sięgającej absurdu, niemal galaktycznej – nie zamierzam odmawiać talentu, ale przecież nie on jeden wśród wyspiarskich aktorów ma głęboki głos, nie on jeden dobrze gra, nie on jeden podoba się kobietom (tu muszę przyznać, że nie do końca rozumiem, dlaczego, bo o posągowej urodzie mówić tu nie można, aczkolwiek moja znajoma, osoba lat trzydzieści pięć, uważa, że jest śliczny i oszałamiająco seksowny – i raczej nie należy wchodzić z nią w polemikę, jeśli chce się zachować wszystkie palce). Myślę, że równie interesujący spektakl będzie rozgrywał się pod teatrem. Walka o garstkę dziennych biletów, walka o zobaczenie niechby skrawka grzywki z oddali. Już raz widziałam koczujące w śpiworach fanki, w lutym; na Boga, w Anglii zimą jest cieplej niż u nas, ale nie aż tak ciepło.
No, zobaczymy. Będzie co opisywać chyba.

Poza tym w moim małym życiu nic szczególnego się nie dzieje, co przyjmuję z gromkim, pełnym ulgi UFF. Najciekawsze są sny, znowu bardzo intensywne.
Długo ten stan błogiej nudy raczej nie potrwa, ale o tym innym razem.

PS Drogi szukający – nie wiem, jak zawrócić swetr do sklepu, litości.

Music is the brandy of the damned

Jakoś tak mam, że największą radość sprawia mi zwykle to, na co wcale nie miałam ochoty.
Nie pociągał mnie jakoś ten Man and Superman. Zagorzałą wielbicielką Fiennesa nie jestem, a poza tym prawie czterogodzinny spektakl, ojoj, przecież ja spać z kurami chodzę (nie marudź, przesiedziałaś pięć godzin na Warlikowskim, bez oparcia w dodatku)… Ale te z moich wyspiarskich wtyk, które były i widziały na miejscu, zgodnym chórkiem piały z zachwytu, a ponieważ gust przynajmniej jednej z tych osób jest bardzo bliski mojemu i jej zadarty nos nigdy się nie myli, gdy idzie o teatr, klepnęłam sobie bilet i wczoraj po robocie pomaszerowałam do Multikina na retransmisję.
Wiecie, Ralph Fiennes zawsze wydawał mi się jakiś taki… zimny. Jeden z tych, co mają niepokojące spojrzenie, idealny akcent i uśmiechają się samymi ustami. Doceniałam talent, i owszem, ale nigdy mi do serduszka nie przemówił.
Aż do wczoraj.
Z wielkimi nazwiskami zwykle jest tak, że krytycy lubią traktować je nieco pobłażliwie; dużo mogą wybaczyć, bo to przecież TEN, o NIM nie wypada źle mówić. Widzowie często wybaczają jeszcze więcej, bo to przecież TEN, a TEN jest wspaniały i należy wielbić ziemię, po której stąpa. Tym sposobem najkoszmarniejsze nawet chały nierzadko cieszą się powodzeniem tylko dlatego, że gwiazda w obsadzie. To szczęśliwie nie jest ten przypadek.
Nie podejrzewałam, jak wyśmienita jest ta sztuka. Wiedziałam, że napisał to George Bernard Shaw, jedyny dotychczas człowiek, który zgarnął zarówno Oscara, jak i literacką nagrodę Nobla, ale to jest nie najbardziej znana z jego robótek. Bardzo rzadko wystawiana, bo pełna wersja trwałaby godzin pięć. Obfita, nieskrępowana prezentacja Shawa filozofii życiowej, dość osobliwej, ale jakże trafnej – z całością można się nie zgadzać, ale ten tekst jest tak bogaty, mięsisty i błyskotliwy, że chce się zapisać każde słowo, by móc cytować przy każdej nadarzającej się okazji. Gdzieś w internecie przeczytałam, że najsłabszy z obsady był Fiennes. Nie jestem pewna, czy autor tej recenzji oglądał ten sam spektakl, co ja; być może zasnął w połowie, a może tylko obejrzał plakat. Główna rola bowiem to absolutne tour de force – widać i słychać, że stoi za nią tytaniczna praca. Niekończące się kwieciste monologi głównego bohatera, słowa wystrzeliwane z prędkością karabinu maszynowego z kryształową dykcją – to czysta rozkosz. Dodajmy, że człowiek, który przez cały ten długi spektakl olśniewa fenomenalnym warsztatem, przy okazji jest elokwentnym erudytą, przyjemnym antidotum na powódź celebryctwa. Już kiedyś pisałam, że bardzo nie lubię, gdy aktor prywatnie rozwiera usta i natychmiast cały jego czar pryska, bo staje się jasne, że ostatnią książką, jaką czytał, był „Plastusiowy pamiętnik” (z całym szacunkiem dla Plastusia) i generalnie za dużo do powiedzenia to on nie ma, choć ku utrapieniu słuchaczy głęboko wierzy, że ma. Tak, oczywiście oni nie są od tego, żeby się wymądrzać na dowolny temat, ale mój podziw rośnie błyskawicznie, gdy okazuje się, że któryś jednak umie z wdziękiem się powymądrzać.
Nie podejrzewałam też, że będzie to tak zabawne. To rozbudowany, wielowarstwowy traktat o sile kierującej człowiekiem, o wyborach, których dokonuje, JEŚLI dokonuje, bo być może jego decyzje są pozorne, a stoją za nimi moce silniejsze od jego woli – i jednocześnie rasowa romantyczna komedia. Dla przykładu, taki wiersz miłosny bandyty Mendozy jest jeszcze lepszy niż te moje, com za młodu pisała. Głębia aż boli. Proszę bardzo. Kto nie widział, niech sobie wyobrazi recytację tego dzieła z przesadnym afektem i mocnym hiszpańskim akcentem.

Louisa, I love thee.
I love thee, Louisa.
Louisa, Louisa, Louisa, I love thee.
One name and one phrase make my music, Louisa.
Louisa, Louisa, Louisa, I love thee.

Mendoza thy lover,
Thy lover, Mendoza,
Mendoza adoringly lives for Louisa.
Theres nothing but that in the world for Mendoza.
Louisa, Louisa, Mendoza adores thee.

O wert thou, Louisa,
The wife of Mendoza,
Mendoza’s Louisa, Louisa Mendoza,
How blest were the life of Louisa’s Mendoza!
How painless his longing of love for Louisa!

Naprawdę bardzo dobra rzecz. Mam na myśli spektakl, nie poezję. Jeżeli będą powtarzać, idźcie musowo – nawet nie zauważycie, że to takie długie. To i komiczne, i mądre, i z rozmachem zainscenizowane (sceny National Theatre są wyposażone w imponującą maszynerię i reżyser nie wahał się jej użyć). Zdziwiłam się, nawiasem mówiąc, że kino było pustawe.
I dodam jeszcze jedno. Mianowicie uważam, że Indira Varma jest najpiękniejszą kobietą, jaką ten świat nosi, a do tego jakże charyzmatyczną.
It is the self-sacrificing women that sacrifice others most recklessly. Because they are unselfish, they are kind in little things. Because they have a purpose which is not their own purpose, but that of the whole universe…

Z innych nowinek – kontynuując wątek wielkich nazwisk – chyba jednak pójdę na tego Hamleta z Cumberbatchem, bo sądząc po mailu, który rankiem znalazłam w skrzynce (i który zaczyna się słowem Congratulations), poszczęściło mi się w losowaniu i będę mogła w poniedziałek nabyć bilecik za oszałamiającą sumę 10 funtów. Na czarnym rynku chodzą po 3000.
Głupi ma zawsze szczęście, jak mawia moja mama. W losowaniu podobno wzięło udział ponad 40 tysięcy osób, więc konkurencję miałam sporą. Chyba dzisiaj totolotka puszczę, idąc za ciosem.
Dodajmy, że zarejestrowałam się tak z głupia raczej, bo wcale mi jakoś ogromnie nie zależało na obejrzeniu tej sztuki. Może w tym tkwi klucz.