Quadratisch, praktisch, gut

Jestem w domu i przynajmniej przez miesiąc donikąd się nie wybieram. Grand Tour zakończone.
Przyleciałam do Krakatau bardzo wygodnie i spokojnie, acz znowu otrzymałam na pokładzie bułę z tartą marchewką – nienawidzę, choć z drugiej strony jej widok jakoś mnie uspokaja, są pewne rzeczy niezmienne na tym łez padole. I zaobserwowałam panią, w moim wieku i raczej trzeźwą, która parła przez cały samolot, by zapytać stewardes w ogonie (gdzie zwykle się bunkruję – lubię latać w ogonie, co poradzę), gdzie jest rząd szósty. Cóż, przed rzędem numer dwadzieścia pięć, dwadzieścia cztery, dwadzieścia trzy…

Zakończyłam tournee, siedząc w taksówce w korku sakramenckim i słuchając radia Vox FM, z którego ćwierkał wesoły prowadzący i puszczał kolejne wesołe piosenki disco polo. Nie podzielałam jego radości. Zapytałam taksówkarza, czy mógłby zmienić stację. Nie usłyszał chyba.

Dziwne. Z jednej strony się cieszę, bo moje życie stanie się odrobinkę bardziej uporządkowane na nowo. Pomieszkam sobie trochę w domu. Z drugiej – daję sobie głowę uciąć, że najdalej za cztery tygodnie tyłek znowu będzie mnie świerzbieć. Ale och, wtedy przecież wyjeżdżam na urlop, więc nie ma problemu. Co nastąpi później – nie wiem, sytuacja jest dynamiczna. Za to szefostwo pochwaliło bardzo moje gościnne występy w Mediolanie, zatem chodzę dumna i blada.
Dużo toczyłam rozmów w ostatnich tygodniach o tym, ile można w taki sposób funkcjonować i jak to się przekłada na życie prywatne. Otóż całkiem w porządku się przekłada. Sądziłam, że będzie gorzej. Oczywiście faktem jest, że akurat moje życie prywatne jest bardzo elastyczne i łatwo je dopasować do rzeczywistości. Albo może raczej odwrotnie, nie wiem.

I cóżem zrobiła, wróciwszy na dobre.
Same fascynujące rzeczy. Wyprałam wszystko. Popierałam ubeckie protesty i irytowałam się polityką. Kupiłam bilety do teatru (nie ma szans, żebym tego nie zobaczyła) i do innego teatru (wcale nie chciałam na początku, ale zobaczyłam zdjęcia i poszło… ze mnie to jednak człowiek prosty, wystarczy mi golasa pokazać i już zadowolona; oczywiście tuż po zakupie przeczytałam świeże recenzje, umiarkowanie entuzjastyczne, ale cóż, takie moje szczęście). Rozdzieliłam prezenty i zamówienia – w tym wegańskie bezglutenowe czekoladki Ritter Sport. Wegańskie bezglutenowe. Świat się kończy. Ja tam dla siebie kupiłam tę ulubioną od dzieciństwa, gdy jeszcze przybywały w paczkach z Enerefu – z rumem i rodzynkami.
Nie wiem tylko, kto mi to pranie z pralki wyjmie, a tym bardziej rozwiesi, ponieważ upiornie boli mnie kręgosłup – pojęcia nie mam, od czego; co prawda ciągałam te moje toboły w miniony piątek, ale miałam czas odpocząć, zatem nie wiem, skąd ta nagła, skądinąd dobrze mi znana atrakcja. Dopuszczalne pozycje są ograniczone – chodzenie jest okej. Siedzenie w nienaturalnym skręcie albo głębokim odchyle jest okej. Wstawanie z krzesła jest bardzo nie okej, jako i leżenie na wznak. A jutro mam trwającą trzy godziny telekonferencję. Na samą myśl boli bardziej.

Nic to.
Czekając, aż przybędzie rycerz na białym koniu celem rozwieszenia mojej bielizny, przeczytałam w Guardianie artykuł o otwartych związkach i trochę się skrzywiłam. Nie dlatego, że potępiam, bo przy mojej biografii musiałabym być wyjątkową hipokrytką. Jest mi całkowicie obojętne, czy ktoś sypia z dziewczyną, z chłopakiem, z dziewczyną i chłopakiem, z dwiema dziewczynami, z trzema chłopakami albo z nikim w ogóle, bo go to nie kręci. Ich sprawa, jak się dogadają. Pod warunkiem, ma się rozumieć, że istotnie się dogadają i że nikt nikomu nie będzie robił koło pióra, nie szukał dodatkowych wrażeń w sekrecie. A przede wszystkim siebie samego nie oszukiwał. Żeby było uczciwie i z szacunkiem dla wszystkich zaangażowanych – i w relacjach czysto łóżkowych (choć jestem zdania, że takie na dłuższą metę nie istnieją) i w tych, w których stawka jest nieporównanie wyższa.
ALE.
Ja naprawdę zdecydowanie nie trawię dorabiania ideologii do wszystkiego. Jestem wielką zwolenniczką prostych komunikatów. I w tymże tekście zmęczył mnie pretensjonalny i, hm, lekko protekcjonalny ton autorki, trochę próba ubierania swoich preferencji seksualnych i/lub miłosnych w filozoficzne wdzianko. Nie cierpię tego. Nie tylko w tej sferze, w każdej. Nieważne, czy chodzi o frutarianizm, zamiłowanie do wysokich obcasów, poglądy polityczne. Jeśli coś lubisz i robisz to, bo tak właśnie lubisz, z pełnym i głębokim przekonaniem, że to ci pasuje, to naprawdę wystarczy. Tak lubię i tyle. Nie potrzeba dalszych falbanek słownych, kwiecistych akapitów, ani tłumaczenia się, ani reklamowania. Jestem sobie, jaka jestem. Zaprawdę nie muszę udowadniać, że to fajne i cool. Mnie jest z tym dobrze. Mojemu partnerowi czy partnerce, czy partnerom jest ze mną dobrze. Albo nie jest, bo nikogo takiego nie ma, bo nie czuję potrzeby, by był. Wszystko w temacie. Bogiem a prawdą, ilekroć ktoś próbuje dopisywać wielką filozofię do własnego życia seksualnego czy seksualności w ogóle, czuję się zaniepokojona i mam ochotę mu powiedzieć: ej, po prostu powiedz, jak jest. Albo nie mów wcale, bo naprawdę nie musisz. Jest OK. Trudno mi w podobnych sytuacjach pozbyć się wrażenia, że ów ktoś sam siebie próbuje przekonać, jak mu dobrze z tym, w jaki sposób żyje. Inna sprawa, że poznałam w swoim długim życiu towarzyskim całkiem sporo osób, które miały bardzo dużo do powiedzenia na temat swojego podejścia do związków i/lub rozwiązków, ale ze stosowaniem tego w praktyce miały jednakowo duży problem – jakoś ta piękna filozofia rozmijała się z wykonaniem. I to również w kwestiach tak fundamentalnych jak uczciwość wobec strony drugiej, trzeciej, czwartej czy której tam z kolei. Dlatego właśnie uważam, że czasami lepiej mówić mniej. Okazywać, jak najbardziej. Ale słowa w nadmiarze często, zwłaszcza na tak subtelnych i intymnych płaszczyznach, robią więcej szkody niż pożytku. Ludzie mają różne spojrzenia na miłość, różnie ją wyrażają, różnie ją uprawiają. To normalna sprawa. Toteż nie zrozumcie mnie źle. Jestem całkowicie za pełną otwartością, natomiast poważnie męczy mnie i rozbawia niekiedy trend tytłania wszystkiego, od przyprawiania zupy po seks, w nieznośnej lifestyle’owej panierce.

Am Main

Frankfurt, niedaleko, godzina raptem od Krakowa. Miasto ruchliwe, uroczo wielkomiejskie – bo szklana dzielnica finansowa, wiecie – i bardzo kameralne zarazem, bo wszędzie blisko, zgubić się nie sposób. Słynie z Apfelwein i zielonego sosu do sznycli, bardzo dobrego. Apfelwein toże warte uwagi. Dobrze któregoś popołudnia pójść do knajpy na drugim brzegu Menu, usiąść przy długim stole z nieznajomymi, zamówić dzbanek tegoż jabłecznika i przy głośnych śmiechach, nad kolosalnymi porcjami żarcia (mięcho, dużo mięcha), spędzić miły wieczór, gdy nad rzeką z wolna zapada zmierzch. Wrócić przez most do centrum – też tu mają kładkę z kłódkami – rzucić spojrzenie na elegancką frankfurcką skyline.
Frankfurt ma też sklepy z gumisiami, galerie sztuki, podłe grillbudy i lansiarskie bary, kina erotyczne, designerskie butiki i salony firmowe Birkenstock (mieli model z motylkiem, ale jakaś „wstrętna zapocona osoba”, cytując Dubravkę Ugresić, porwała ostatnią parę w moim rozmiarze). Miasto zabawnie różnorodne i przyjazne, bo ci Teutoni, co od dawna powtarzam, to bardzo miły i otwarty naród.

Wracam zatem wieczorem z Sachsenhausen do mojego tutejszego mieszkania. To apartamentowiec, dość porządny, ale nieco klaustrofobiczny. Widać, że nikt tu nie mieszka na stałe. Na domofonie żadnych nazwisk. Wiele okien ciemnych. W innych, gdy niechcący w nie zaglądam,takie samo wyposażenie – takie same łóżka, ten sam druk na ścianie. Na sąsiedzkich balkonach późno w noc toczą się prowadzone ściszonym głosem rozmowy telefoniczne w rozmaitych językach, z których żaden nie jest niemieckim.
Wracam zatem, włączam telewizję, tam akurat Lost in Translation  – aż śmiać się chce, jak bardzo a propos. Siadam i oglądam, choć znam ten film na pamięć. To mój ulubiony (bo wiecie, że autorka parę lat temu poleciała sama do Japonii, nie? Aerofłotem w dodatku?). I coraz bardziej rezonuje. Samotność w podróży potrafi człowieka uratować, gdy chce się uciec od wszystkiego, ale potrafi też wdeptać w glebę. Bywa ciężko. Można się nauczyć, można przywyknąć. To osobliwy stan ducha. Ale jest znacznie łatwiej, gdy dociera, że nie jesteście tak zupełnie osamotnieni, bo pod tym dachem, w ponurej wspólnej pralni, w swoich jednakowo wyglądających sypialniach i kuchniach, w których liczą się dwa sprzęty – mikrofalówka i korkociąg – ktoś wiedzie przez kilka tygodni takie samo życie, jak wy. W tym mieście, w kraju – jest ktoś taki jak wy, nie stąd.

Raise the roof and have some fun

Wczoraj zabrałam rodzinę na chinkali na ulicę Lipową i lody gorgonzolowe, spakowałam się, zamówiłam taksówkę na trzecią czterdzieści pięć dzisiejszego ranka, nastawiłam budzik na cholerną trzecią, wstałam, wyszłam z domu i poleciałam do kraku ościennego. Udało mi się dotrzeć z lotniska do biura, popracować, po czym z biura dotrzeć do mojego tymczasowego mieszkanka i się nie zgubić.
Wszystko to zrobiłam półprzytomna, bo tej nocy owszem, spałam mało, ale poprzedniej w ogóle nie zmrużyłam oka.

No bo tak. Nie mogę spać. Kręcę się, wzdycham, parzę herbatę, włączam radio, żeby mi coś szemrało usypiająco. Nope. Nie tej nocy, syczy moja stara znajoma bezsenność, która wyjątkowo lubi atakować mnie latem. Wtem esemes. Z zapytaniem, czy śpię, bo mój ulubiony z ulubionych ludzi właśnie wraca z wyjazdu i już zbliża się do miasta.
Owszem, śpię, odpowiadam.
Wpadniesz?
Jest piąta rano…
Jest, a w czym to przeszkadza?
Autorka staje przed trudnym wyborem. Nadal wiercić się samotnie, licząc, że wreszcie nadejdzie sen, albo spać jak kamień w objęciach człowieka, którego uwielbia i którego nie widziała na własne oczy od trzech miesięcy. Jest się nad czym zastanawiać, naprawdę.
Pechowo trafia mi się wielce ciekawski kierowca, który na domiar szczęścia nie zna okolic zamieszkania pana i władcy.
– Nie pomogę panu, ja też nie wiem, którędy będzie najlepiej.
– Och. Myślałem, że do domu panią wiozę.
– Niezupełnie.
– To co panią sprowadza o tej porze tutaj?
Ale poważnie pan pyta?…

Dzwonię domofonem. Znam kod, ale kulturalna jestem, zapowiem się. Dzwonię. Dzwonię. Niente. Świetnie, myślę. Ciągnął mnie na te swoje rubieże zapyziałe bladym świtem, a teraz wziął i zasnął. Uduszę gołymi rękami. Wyjmuję telefon i stukam numer. Zalotne „halooo” po drugiej stronie. Nie śpi, dobra nasza.
– Wiesz, bo ja stoję pod twoim domem i nie mogę wejść, czy mógłbyś mnie wpuścić, proszę?
– *&$#@! Domofon też nie działa?! *&$#@! *&$#@! *&$#@! *&$#@!*&$#@!*&$#@!*&$#@!! Już schodzę.
Czekam. Taksówkarz kulturalnie również czeka – mimo że już jasno – i przygląda mi się znacząco, myśląc pewnie, że jestem jakąś desperatką i/lub stalkerką, co wystaje ludziom pod domami, a im ani w głowie ją wpuścić.
Wreszcie taksówkarz odjeżdża, zobaczywszy, jak jakiś olbrzym otwiera drzwi i wciąga mnie do środka. No ja nie wiem, panie taksówkarz.
– Muszę cię uprzedzić, że u mnie jest… niezbyt romantycznie.
– O, a co się stało?
– Remont.
– Kiedy kończą?
– Tydzień temu.
Wchodzę. Rozglądam się.
Widzę kompletny bajzel oraz pana i władcę w stanie wkurwu level überturbomaster.
Tu muszę zarysować tło.
Pan i władca ma dość wyrazisty temperament, że tak powiem. Objawia się to w każdej sferze, ale przede wszystkim jest to nerwus. Ma metr dziewięćdziesiąt, a jak się wkurzy, to ze dwa i pół. Pan i władca wkurwia się też bardzo malowniczo. Zanim go poznałam, nie wiedziałam, że ludzie potrafią tak kląć. Koleżka w stanie irytacji buduje zdania wielokrotnie złożone z użyciem samych *&$#@!, %$#@((&^ oraz !?”%$(&, co mnie niezmiennie fascynuje. Dodajmy, iż jest to osobnik dość apodyktyczny („dość”, hehe), więc jeśli nie jest tak, jak chciał, to ooojjjjj.
Żebyście nie myśleli, że to jakiś psychopata jest – to bardzo dobrze wychowany, na ogół łagodny i uśmiechnięty facet, który nieustannie żartuje, wyluzowany ogromnie. Są jednak rzeczy, których nie toleruje. I gdy przekroczy się cienką czerwoną linię, można zacząć rozważać ucieczkę do innego kraju pod osłoną nocy.

Wkurw spowodowany był tym, że fachowcy nie tylko nie skończyli remontu na czas, ale też zostawili wsio rozgrzebane oraz mojego drogiego kolegę częściowo unplugged, ze zwisającymi tu i ówdzie złowrogo kablami, bez internetu, bez telewizji, części oświetlenia i wspomnianego domofonu. Dość współczuję tym fachowcom, bo będą przelatywali lotem koszącym nad Małopolską, gdy tylko p&w ich dorwie.
Niemniej, wyrzuciwszy z siebie negatywne emocje, kolega sympatyczny spogląda na mnie bacznie i rzecze:
– Tu jest bardzo dużo kurzu. Nie chciałbym, żebyś sobie ubrudziła sukienkę…
Mhm. Zrozumiałam.

I jakoś tak się stało, że na niedzielne śniadanie spożywałam piwo, bardzo kulturalnie (ale z eleganckiego kufelka, wygrzebanego dla mnie spośród tego bajzlu), siedząc w tym kurzu, wymieniając się opowieściami, obściskując, docinając sobie i tak dalej. Są kobiety, które potrzebują otoczki i fajerwerków. Ja już nie. Zresztą mój drogi sam w sobie jest niezłym fajerwerkiem.

Niezmiennie jednak chciałabym wiedzieć, jakim cudem człowiek w TYM wieku może TAK wyglądać. Fakt, zarost mu nieco siwieje, ale poza tym drobiazgiem to ja przepraszam. Trochę to niesprawiedliwe, uważam.
A właśnie. Przed opuszczeniem twierdzy tego łobuza chciałam się umalować na nowo – inaczej, wierzcie mi, budziłabym grozę – i wtedy odkryłam, iż w mieszkaniu zdjęto wszystkie lustra. Panu i władcy to zapewne różnicy nie robi, ale też nie podejrzewam, by regularnie robił sobie makijaż. Tym samym autorka pudrowała nos, przeglądając się w jedynej refleksyjnej powierzchni, jaką znalazła, to jest w czajniku.

Kobieta potrafi.

I mimo że wróciłam do domu pokryta efektowną warstwą pyłu, wcale nie miałam ochoty się kąpać – raczej zabrać ten zapach ze sobą. Szczęśliwie teraz nie trzeba będzie tyle czekać.

No, a 35 godzin później jakimś cudem siedzę u Teutonów. Mieszkanko mam bardzo przyjemne, choć nieduże. W samym centrum, więc sklepów i knajp tuż za winklem masa. Dwie minuty spacerkiem od progu znajduje się wyczesany, kolosalny sex shop. Oczywiście. Niemcy.

Szczęka wypadnie mi z zawiasów, jeśli ziewnę jeszcze raz – zatem bardzo przepraszam, idę się osunąć.

Atlantis is calling

Twarzoksiążka przypomniała mi dziś o dwóch wydarzeniach z przeszłości. Zwykle przewracam oczami na widok tych przypominajek – budzą we mnie odczucia podobne do tych, które dręczą człowieka, gdy czyta swoje pamiętniki z czasów nastoletnich (tu wstawić wzdych zażenowania). Czasami jednakowoż dają do myślenia. Jedno z tych wydarzeń już w przeszłości pozostanie, nie mam co do tego złudzeń (miałam jeszcze niedawno, ale pozbyłam się – jestem ostatnią osobą, która powinna uczyć innych moralności, niemniej nie znoszę podwójnych standardów i postępowania wbrew temu, co się deklaruje, ba, radzi pozostałym ludziom). Drugie, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, nie tylko się ciągnie, ale ewoluuje. Gdyby twarzoksiążka przyjmowała zakłady w czasie, gdy oba zdarzenia miały miejsce, obstawiłabym odwrotnie. Stwierdziłabym, że to pierwsze wywrze na mnie wpływ trwalszy i silniejszy, a drugie będzie pojedynczą radością, o której szybko zapomnę. Stało się inaczej. Nihil novi sub sole – wiele rzeczy, o których myślimy, że są na zawsze, znika w ciągu kolejnych 365 dni. Plany, miłości, przyjaźnie, zainteresowania, you name it. Tymczasem te pozornie zwiewne jakimś cudem ukorzeniają się w naszym życiu na dobre.

Przede mną pierwszy weekend w całości we własnym domu od ponad trzech miesięcy. Dziwne. Nie wiem, co ze sobą zrobię – poza tym, rzecz jasna, że muszę dziś zrobić pranie lub dwa i pozbyć się pajęczyn w mojej zapomnianej przez Boga i ludzi kwaterze głównej, a w niedzielę się spakować. Jeśli wszak sądzicie, że rozważam pomysły typu „wbiegnę na kopiec Kościuszki” lub „przygotuję deser Pavlova, bezglutenowy”, lub ewentualnie „pomaluję sufit w arabeski metodą suchego pędzla” (w sumie to by się przydało, jak tak na niego patrzę…), to jesteście w błędzie, w błędzie mylnym nawet. Zamierzam ograniczyć zużycie energii do minimum. Świetnie zaczęłam, bo zaległam w wannie z biografią Peggy Guggenheim (znakomitą, nawiasem mówiąc – ech, w idealnym świecie człowiek zajmowałby się byciem dziedziczką, romansowaniem z artystami i kolekcjonowaniem dzieł sztuki w swoim weneckim palazzo, ale niestety coś poszło grubo nie tak). Odkurzyłam moją kawiarkę i dość rozczarowałam się produktem końcowym; jednak trzy miesiące picia małej i upiornie mocnej kawy zrobiły swoje – ciekawe, czy już mam nadciśnienie… Tak czy inaczej, są na dziś filmy do obejrzenia, jest kolejny odcinek radiowego salonu fryzjerskiego do wysłuchania. Muszę również odrobinę zamordować pana i władcę, ale poczekam do wieczora. Spokojnie, tak go zamorduję, żeby jeszcze trochę pociągnął.

Powrót do biura był dość zabawny. Dziewczę w zagródce obok, które najwyraźniej dołączyło podczas mojej bytności tu i tam, wyciągnęło do mnie rękę.
– O, my się nie znamy. Jesteś nowa?
– … Nie, ja tu pracuję od dwóch lat, tylko rzadko bywam.
(Przez chwilę poczułam się jak ten gość z IT Crowd, co go trzymali zamkniętego w serwerowni i nigdy nie wyłaził).
Lub też kolega.
– Boże drogi, nie zauważyłem cię! Przepraszam! Zapomniałem, że przy tym biurku w ogóle ktoś siedzi!
Tak reagują ludzie z pracy. Cóż rzec o znajomych. Niektórzy myśleli, że ja się na dobre wyprowadziłam. Aż tak łatwo nie da się mnie pozbyć.
Rzekła autorka, po czym poszła załadować kolejną porcję prania. W poniedziałek odezwie się z krainy Teutonów. Co prawda nie mają tam Aperolu i język nie tak znów śpiewny, ale mają Apfelwein. Przetrwamy.

Sotto questo sole

Sobotnim przedświtem wetknęłam klucz w zamek moich osobistych drzwi. Przekręciłam i wciągnęłam walizkę do mojego osobistego salonu. Zrzuciłam buty i rozejrzałam się. Ciemno. Porządek dość nietypowy, świadczący wyraznie o tym, że właścicielki przez długi czas nie było w domu. Żadnych otwartych książek. Żadnych porozrzucanych ubrań. Żadnej korespondencji porzuconej w przedpokoju. Ale mój ptaszek wisi jak wisiał na ścianie i zezuje na mnie kontrolnie. Miło znowu cię widzieć.
Zabawne. Nie poczułam jakiejś szczególnej ulgi, że jestem znowu – wreszcie! – w domu. Może dlatego, że byłam zbyt zmęczona.
W piątek bowiem nad Europą szalały wściekłe burze. Akurat na mojej trasie do ojczyzny. Odleciałam zatem z Mediolanu (zjadłszy ostatnią pizzę i wypiwszy ostatni spritz; przyznać trzeba, że pożegnało mnie to miasto piękną tęczą nad Duomo) mocno spózniona i głęboko przekonana, że nie zdążę na przesiadkę w Warszawie. Jeśli nawet ja zdążę, to moja walizka znowu nie, bo ona – o ile wiem – nie ma nóg i jest całkowicie zależna od krzepy panów ładujących bagaże. Jakby tego było mało, przez całą drogę rzucało nami niemożebnie. Ja z tych raczej odpornych na turbulencje, wszak wiadomo, że skoro powietrze się rusza, to i samolot musi. Zdarzył się jednakże moment, gdy machina zanurkowała gwałtownie, ku wątpliwej uciesze zarówno pasażerów, jak i obsługi. Ajaj!
Gdy już, zrezygnowana i zestresowana nieustającym bujankiem, pogodziłam się z tym, iż zapewne spędzę noc w Warszawie, wtem zaskrzeczało z głośników, że samolot do Krakowa nadal czeka i należy gnać wprost do bramki. To i pognałam. Gnanie wprost do bramki byłoby prostsze, gdyby niektórzy pasażerowie nie wzdychali z dezaprobatą w kierunku osób, które grzecznie mówią: „przepraszam… przepraszam, ale ja się naprawdę bardzo śpieszę”. Bo oni się nie śpieszą, nieprawdaż. Dlaczego zatem mieliby się usunąć z drogi. Fuczą. Przewracają oczami. Nie znoszę.
Tak czy inaczej, ponieważ – jak mawia moja mama – co drugi głupi ma szczęście, dobiegłam z wywieszonym językiem do bramki, nad którą wyświetlano magiczne słowo KRAKÓW.
Pod bramką ową czekałam przez kolejną godzinę z okładem. Już mi było wszystko jedno.
Koniec końców wcisnęłam się w mój skromny fotelik przy oknie, a niedługo pózniej lądowałam na pięknym lotnisku Balice. Moja walizka, szczęśliwie, także.
Chciałabym powiedzieć, że przez kolejne tygodnie donikąd się nie wybieram, niemniej jest to oczywistą nieprawdą. Za tydzień o tej porze znów będę zagranico, ale niedaleko tym razem, i nie na długo.
Zanim jednak to nastąpi, parę dni zasłużonego leżenia plackiem, czytania (bardzo ciekawa biografia Guya Burgessa, brytyjskiego dżentelmena, który został sowieckim szpiegiem – osobliwy wątek jest taki, że jako młody chłopak znalazł swojego ojca martwego; tenże dostał zawału podczas seksu z matką bohatera i Burgess twierdził, że to właśnie wydarzenie miało ogromny wpływ na jego seksualność, no trudno się dziwić), oglądania (trudno określić ten film jako wybitny, ale cholernie mi brakowało Bollywood), dalszego oglądania (jestem oficjalnie za stara na filmy o zwierzątkach, bo płaczę; ale jestem też wielką fanką Paula Dano od czasów jego roli w jednym z moich ulubionych filmów, Little Miss Sunshine, i rozczuliła mnie informacja, że zabrał dziewczynkę grającą Miję na musical na Broadwayu) – i słuchania przede wszystkim. O, jakże na to czekałam. W sobotę, gdy już się ocknęłam i oporządziłam nieco, zasiadłam na balkonie z orzeszkami i wytęsknionym zimnym piwem, po czym odpaliłam sobie BBC Radio Wales, celem wysłuchania słuchowiska radiowego (które w oryginale było sztuką cieszącą się wielkim powodzeniem na festiwalu teatralnym w Edynburgu).
No dobrze. Jestem oczywiście skrajnie nieobiektywna, ale uważam, że jest to zabawne ogromnie. Otóż bowiem jest sobie salon fryzjerski w miasteczku Tonypandy, którego załoga – nie żeby jakoś wspaniale wykwalifikowana – głównie się nudzi, marząc o dniu, gdy próg salonu przekroczy celebryta, zachwyci się i wyniesie ich na orbitę fryzjerskiej sławy. Tymczasem wszyscy odwołują wizyty i ogólnie kaplica. Niemniej któregoś poranka do drzwi wali zdesperowany klient. Klient ma jedno, bardzo konkretne życzenie – chce wyglądać jak Karol I. Taki król, wiecie. Od tego zależy telewizyjna kariera klienta, nieistniejąca na tym etapie. Cóż, nic aż tak trudnego, wymagałoby to zakręcenia jego włosów w spływające loki, w sumie rzecz do zrobienia. Jest tylko jedna drobna przeszkoda.
Cudowne to jest i chichotałam aż miło. Zwłaszcza w momencie, gdy klientowi histerycznie głosik się załamał po tym, jak odkrył, że jego nowa imponująca fryzura jakoś dziwnie chrupiąca jest. Jeżeli potrzeba wam czegoś na pograniczu absurdu, co wam napompuje oklapły nastrój, to wizyta w salonie „Bleach For The Stars” będzie w sam raz. Poza tym oczywiście jedna z osób moich ulubionych w tym bierze udział i słychać, że pysznie się bawi, więc tym bardziej polecam. Wszyscy dożywają zakończenia (na razie przynajmniej, bo jeszcze trzy odcinki). Ubolewam, że tego nie widziałam, bo było nagrywane na żywo z udziałem publiczności, więc domyślam się, jaką wszyscy zgromadzeni mieli uciechę.

Dziwnie być z powrotem. Niby przyjemnie, ale nie tak uciesznie, jak mogłoby się zdawać.
Dziwnie.

Zanzare

W Mediolanie, po tygodniach dzikich upałów, pogoda się psuje. Niebiosom niech będą dzięki. Przyznać trzeba wszakże, że psuje się w sposób wybitnie widowiskowy, bo od jakichś dwóch godzin nad miastem trwa festiwal wyładowań atmosferycznych. Nic nie grzmi, tylko jakby w chmurach masa paparazzich trzaskała jedną fotkę po drugiej. Błyskbłyskbłyskbłysk. Niesamowite.

Mam wiadomości dobre i złe. Zacznijmy od złych.

Poszłam otóż sobie w sobotę do muzeum nauki i techniki imieniem pewnego człowieka z miejscowości Vinci, które mieści się jakieś 300 metrów od mojej tutejszej kwatery głównej. Myślałam, że oblecę prędko i pojadę do drugiego, ale muzeum okazało się arcyfascynujące. Możecie sobie dla przykładu zbudować w nim radio. Działające. A poza tym trafiłam na wystawę o kosmosie, toże bardzo atrakcyjną, pośrodku której w małym, ciemnym pokoiku w małej, szklanej kuli tkwi fragment skały księżycowej. Prawdziwy księżycowy kamień, jeśli pamiętacie tę piosenkę z dzieciństwa.
Spędziłam tam tyle czasu, że do drugiego muzeum nie było sensu jechać. No i świetnie, myślę, popołudnie piękne, to pójdę do parku zamiast. Uwielbiam parki. W parku można rozłożyć się na trawie, czytać, opalać się, obserwować ciekawe przypadki ludzkie. Załapać się na plenerowy koncert nieopodal Castello Sforzesco.
Zostać zjedzoną żywcem przez komary.
Rany boskie. Istnieje być może jedna część mojego ciała, którą te zmory oszczędziły. Nawet panie kasjerki w sklepie z troską – a zarazem jakby mnie przy tym nie było – komentowały moje obąblowane łydki.
Nie działa na to nic (okłady z octu i cebuli z oczywistej przyczyny nie wchodzą w grę, do biura muszę chodzić) poza moim odkryciem sezonu, kremem no-name z supermarketu za 1,29 euro, który w Polignano mnie ratował skutecznie po tym, jak się nieostrożnie przypiekłam, a tu pozbawia mnie chęci drapania się wszystkimi kończynami.
Mam nadzieję, że te małe wredne sukinsynki co do jednego padły w męczarniach, opiwszy się mojej krwi z domieszką Aperolu.
To była pierwsza zła wiadomość.

Druga jest taka, że czuję się już trochę zmęczona i bardzo tęsknię za domem. Nawet nie za domem jako takim, choć ucieszę się na widok moich obrazków, gdy otworzę drzwi. Tęsknię za herbatą. Za panem i władcą nie przez telefon. Za moim fotelem i weekendem spędzonym na oglądaniu seriali albo bollywoodzłych filmów. Coś takiego jednakże nastąpi chyba dopiero w sierpniu, bo raptem kilka dni po powrocie znowu wyjeżdżam. Tylko na dwa tygodnie co prawda, ale jednak.
A gdy wrócę, to będę musiała jechać do Gdańska.
I tu przechodzimy do wiadomości dobrych.

W Gdańsku bowiem Teatr Szekspirowski będzie wystawiał, uwaga, Zakochanego Szekspira.
Tak jest. Tego samego, którego obejrzałam pięć razy i nadal boleję, że tylko tyle – ale troszkę miałam daleko… A ponieważ teatr to nie film, któregoś wieczora światła zgasły na dobre i spektakl stał się miłym wspomnieniem. Inna sprawa, że dla mnie to przedstawienie uruchomiło całą lawinę wydarzeń – różnych, mniej i bardziej znaczących. Również takich, jak to na przykład, że sama jak wielu widzów leciałam do teatru z książką pod pachą, żeby dołożyć coś do biblioteki w garderobie. Między innymi. To było piękne przedstawienie – naprawdę, mimo że za całą scenografię robiła po prostu scena przypominająca te elżbietańskie, a rzekę udawało wiadro, i działało to jak złoto – ale też cały osobny świat poza przedstawieniem.
Tym samym ucieszyłam się ogromnie. Wybieram się bez dwóch zdań. Obawiam się oczywiście, że moje czułe sentymenty sprawią, że nieco się rozczaruję, ale to nic. Po pierwsze, to naprawdę zabawna (dużo bardziej niż film, wskutek pewnych zmian w fabule), melancholijna nieco sztuka o miłości do teatru i miłości w ogóle, po drugie zawsze chciałam odwiedzić to miejsce, a po trzecie nie byłam nad Bałtykiem od lat, zatem same wygrane.

Trzeba tylko wrócić do domu.

Caffè lungo

Jeszcze dwa tygodnie i wracam do ojczyzny na dobre. Taki przynajmniej jest plan na dziś.
Szczerze pisząc, tęsknię i nie tęsknię zarazem. Dziwny to stan. Tęsknię, bo pan i władca, z którym spędzam coraz dłuższe godziny na telefonie (pięć, PIĘĆ w czwartkową noc – wstawanie rano było bolesne, zwłaszcza że sporo do zrobienia miałam w piątek i w związku z tym co kwadrans biegałam po kawę; szczęśliwie włoska kawa potrafi obudzić nieboszczyka). Nie tęsknię, bo wreszcie mam, co chciałam. Stan swoistej bezdomności, zawieszenia pomiędzy, dziś tu, za miesiąc tam. Zawsze tak chciałam. Nie ma mnie, jestem daleko. Czuję się całkowicie niezależna. Niemniej – czuję też, ile za to płacę.

W Mediolanie jest gorąco, w Mediolanie wszyscy są piękni i znakomicie ubrani. W Mediolanie pachnie espresso i dobrą wodą po goleniu. W Mediolanie chodzi się nieśpiesznie, a lunche jada długo. W Mediolanie można wydać fortunę na buty i kiecki (siedem par, tyle tylko powiem, siedem cholernych par). Mediolan oczywiście cały pod znakiem Sforzów, bo to ich miasto.
Mediolan ma oczywiście wspaniałe muzea i wystawy, w tym mój ukochany Palazzo Reale, który sam w sobie jest miejscem fascynującym. W Palazzo Reale często arcyciekawe wystawy można zobaczyć – w ubiegłym roku trafiłam na Eschera, w tym na Keitha Haringa oraz świetną doprawdy wystawę poświęconą domowi mody Rinascente. Tenże właśnie dom mody znajduje się dokładnie naprzeciwko i jeśli macie odpowiednio dużo na koncie, to możecie świetnie się tam bawić. A że obchodzi sto lat – to otwarto mu w prezencie urodzinowym wspaniałą wystawę, którą naprawdę szczerze polecam. Czynna do września. Miałam takie szczęście, że zwiedzałam jako jedna z nielicznych w upalne niedzielne popołudnie, niedługo przed zamknięciem, więc byłam prawie sama (nie licząc wygarniturowanego pana ochroniarza, który podążał za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie głupawe selfie z kartonowymi figurami przystojnych modeli naturalnej postury, nie mówmy o tym, co?). Jeśli kto lubi modę i design, albo interesuje go historia ostatniego stulecia w Europie, ale opowiedziana w nietradycyjny sposób, to zaprawdę warto pójść.
Po tych wrażeniach oczywiście musowo trzeba zatrzymać się na spritz i poprzyglądać przechodzącemu światu.
To samo zresztą robiłam dzień wcześniej, po wizycie w Bibliotece Ambrozjańskiej, którą też ogromnie polecam. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, nie jest to miejsce niesłychanie popularne, mimo że można tam obejrzeć Caravaggia. I szkice Leonarda da Vinci na przykład (wyeksponowane fantastycznie w pięknej, starej, nieco mrocznej sali bibliotecznej i genialne – to lustrzane pismo!). Oraz pukiel jak najbardziej blond włosów niejakiej Lukrecji Borgii, zamknięty w szklanej, okrągłej kapsule, która trochę przypomina relikwiarz – z tą tylko różnicą, że z brzegów zwisają dwa maleńkie medaliony z wizerunkiem czerwonego byka, herbu Borgiów. Nie jest jakoś bardzo wyeksponowany, stoi w gablotce wśród innych osobliwości. Ogólnie rzecz biorąc, Biblioteka owa to miejsce, gdzie wyobraznia szaleje. Dla każdego miłośnika historii – a wiadomo, ta włoska to dość intrygująca i bogata jest – wizyta będzie bardzo ekscytująca.
A jeśli nie ma się ochoty na skrzypiące podłogi i marmury pałaców, to zawsze można udać się w kierunku Navigli, by spędzić miłe godziny nad kanałami, oczywiście z drinkiem i czymś bardzo dobrym do jedzenia. Da się żyć w tym Mediolanie, powiadam.

W piątek natomiast strajk był, ponieważ oczywiście. Włochy. Nie byłoby to problemem, gdyby nie fakt, że musiałam dostać się na lotnisko – bo wracałam na jedną noc do kraju, celem zobaczenia rodziców i zrzucenia części tobołów. Moi drodzy koledzy lokalsi opracowali jednak cały złożony plan awaryjny, wyczytawszy, że w określonych godzinach komunikacja miejska jednak będzie działać, a gdyby nie, to spróbują złapać mi taksówkę na dworzec.
– W najgorszym razie pożyczę ci mój motorino – zapewnił jeden z nich. Oczyma wyobraźni ujrzałam siebie jadącą po raz pierwszy w życiu na skuterze, przez Mediolan w godzinach szczytu, w przekrzywionym kasku i z żarliwą modlitwą na ustach. Podziękowałam serdecznie.

Co nie zmienia faktu, że będę ogromnie się cieszyć, gdy wrócę do Krakowa. Nie ze względu na Kraków. Kraków nieistotny. Ważne, że w końcu będę mogła przestać wisieć na telefonie przez długie nocne godziny.
– Co ci przywieźć?
– Nogi.

Up comes the moon when the city’s asleep

Czwartek.
Truchtam do pracy na stresujące spotkanie. Zaraz po nim – na lotnisko.
– A gdzie twój bagaż?
– To jest mój bagaż.
– Ale jak to, TO jest twój bagaż?…
Trening czyni mistrza, panie kolego. Pakowałam się w mniejsze. Po co mam szaleć, wyjeżdżając na 3 czerwcowe dni?
Zatem. Lotnisko. Spritz na pożegnanie. Samolot. Pociąg. Hotel – wątpliwej urody, ale tylko na taki było mnie stać tym razem. Za to tuż obok księgarnia, na moje nieszczęście.
Przebieram się pośpiesznie i pędzę do Globe na głosowanie. Jakoś pusto tym razem, ludzi niewielu, ale sami swoi jak zwykle. Po trzy sceny z trzech sztuk (do jednej, której akcja rozgrywała się częściowo w męskim lupanarze, poszukiwano dwóch pań chętnych do ról klientek – ojj, z jakim zapałem autorka wówczas obserwowała klepki na podłodze; z drugiej strony miałaś szansę wleźć na scenę, panienko!), wszystko opatrzone cudownie kąśliwym komentarzem. Mała rzecz, a cieszy. Brakowało mi takiego śmiechu. Nadal jednak uważam, że niezapomniana sztuka o piratach sprzed paru lat, zwieńczona finałem, w którym sterta zwłok leżała na scenie pokryta confetti i chichotała, powinna zostać wznowiona. Tak czy inaczej, historia o męskiej prostytucji wygrała tym razem. Uroczo. Mamy takie wyrafinowane gusta.
I wiecie – gdy tam sobie siedzę, zaśmiewając się do rozpuku, wśród ludzi, których twarze już dobrze znam, myślę sobie o dwóch rzeczach. Po pierwsze – że choć nasi specjaliści (et cetera) od teatru lubią grzmieć, iż to świątynia, to nieprawda. Nie ma nic dobrego w teatrze, który chce być świątynią. To jest, jakkolwiek Coelhowsko to zabrzmi, miejsce, w którym ludzie powinni czuć się razem, to przede wszystkim. Chodzi o wspólnotę doświadczeń, a nie szorowanie kolanami przed Szekspirem i spółką, ani tym bardziej o bicie czołem przed panami artystami.
Po drugie – że czuję się tam bardzo bezpiecznie. Nawet gdy próbują mnie wciągnąć do akcji. W końcu im się uda, mam przeczucie.

Znakomicie. Piątek. Ryba z frytkami na trawie w parku, Grant Museum z potworami takimi, że głowa mała (na pewno zawsze chcieliście zobaczyć słój wypełniony kretami, hm? Albo płód kangura? Jest też ponoć przepołowiony kot, ale nie znalazłam). Burza, którą postanowiłam przeczekać w jednym z antykwariatów, ale nie będziemy o tym mówić. Gdy deszcz ustał – spacer do Almeida Theatre, jednego z moich ulubionych. Mały, przytulny, z dobrym barem, z miejscami za dychę. Z dobrym repertuarem, choć trudno go nazwać lekkim i przyjemnym. I tym razem ani lekkie, ani przyjemne to nie było. Owszem, były wątki zabawne w postaci ślepego taksówkarza wożącego bohaterów przez Nowy Jork (widoczny dla widzów tylko jako rozmazane odbicie w tylnym lusterku, majaczące ponuro w tle). Oto bowiem główna bohaterka, uciekając od jednego oprawcy, trafia tak naprawdę w ręce innych, którzy używają jej jak pionka w swojej chorej grze. Jest samotna i zdesperowana, więc pozwala na to.
Przykre to przedstawienie i rozumiem, dlaczego nie każdemu się podobało. Zresztą w takich przypadkach trudno mówić o podobaniu się. To jedna z tych rzeczy, które odbiera się flakami. Albo zna się te emocje, albo nie.
Lekko mnie jedynie rozczarował Julian Ovenden, bo coś w nim było nieprzekonującego, jakby próbował na siłę bronić swojej śliskiej postaci. Niemniej cenię go tak czy inaczej, a poza tym dwukrotnie widziałam go nago. Nie, nie znamy się aż tak dobrze. Z drugiej strony lista aktorów, których NIE widziałam nago, coraz krótsza z każdym rokiem. Następnego popołudnia też obserwowałam przyrodzenie – i Bogiem a prawdą, trochę nie wiem, czy to było konieczne; nie mam nic przeciwko nagości na scenie, ale czasami da się odczuć, że reżyser wcisnął ją tylko dlatego, iż liczy, że to podkręci opadającą na widowni temperaturę (i powieki). Bo widzicie, jeśli jest zasadna – przestajecie ją zauważać bardzo szybko. Jeśli nie – siedzicie i zastanawiacie się: „ale o co chodzi z tym gołym facetem?”. Jasne, miło popatrzeć na piękne męskie ciało. Ale może dajmy mu coś do grania.
Taka tylko penisia dygresja. W każdym razie – chodzi o Woyzecka w Old Vic, z tym Johnem Boyegą z tych Gwiezdnych wojen. Kupiłam bilet w ostatniej chwili, zdumiona, że ich tyle. Jeszcze bardziej się zdumiałam, gdy okazało się, że z powodu umiarkowanego sukcesu spektaklu balkon zamknięty (a mam takie ulubione miejsce w Old Vic, wiszące nad sceną, z miejscem odłożenie płaszcza, odstawienie wina i co najważniejsze, na nogi – to nie jest takie powszechne w londyńskich teatrach, przestrzeń w których często sprawia, że tęsknicie za luksusami Ryanair; gdy stało się w kolejce po nogi, a nie po rozum, jak ja, to sprawa jest poważna) i przeniesiono mnie na arcydobre miejsce na parterze. Świetnie.
Brutalna to rzecz, nie ma co. Ja mam dość wysoką odporność, ale nawet dla mnie to jest brutalna rzecz. Zresztą Woyzeck to nigdy nie była historia słodka i subtelna, to zawsze była historia szaleństwa i traumy. Tu – przeniesiona w smutne realia granicy pomiędzy NRD i RFN, z murem w tle.

Sobotnie popołudnie bardzo było słoneczne, a moi – bardzo głodna, więc po wyjściu z teatru zjadłam pół metra dorsza w pięknych okolicznościach przyrody. Na południowym brzegu Tamizy. Tam właśnie.
I na West End.

I teraz przyznam się do czegoś, za co można mnie potępiać.
Otóż ja nigdy nie rozumiałam, skąd taka miłość do Tennanta. Tak, wiem. Napisałam to na głos. Teraz można mnie wybuczeć. Dobry aktor, owszem, świetny w Broadchurch, ale żeby aż taki szał? Niemniej – że ja z tych przekornych, gdy dowiedziałam się o tym, że będzie na scenie grał w mocno uwspółcześnionej wersji Don Juana, w terminach wdzięcznie zazębiających się z moim urlopem i z biletami w cenach przyzwoitych, to se pomyślałam, a co mi tam. Sprawdzę. Dziesięć funtów płacę, to nie będę rozpaczała, gdy się rozczaruję.
No i sprawdziłam.
I powiem tak.
Gdyby potraktować ten spektakl serio, to on nie jest dobry. Sama sztuka taka trochę yyych. Scenografia hmmm. Pewne rozwiązania zbyt oczywiste (jeśli na scenie pojawia się posąg naturalnej wielkości…). Ale gdyby potraktować go jako żart, jako swoistą parodię historii o Don Juanie zrobioną przez kumpli – Tennant i Patrick Marber (autor/reżyser) znają się i lubią od lat – to można pysznie się bawić. To nie jest spektakl zmieniający życie, nie mam co do tego złudzeń. To spektakl czasami celowo w złym guście. Ale jeśli właśnie tak się go bierze, bez oczekiwań, że będzie się o nim myślało przez trzy dni, to daje radę. Głównie dzięki obsadzie. Bo ten Tennantowy Don Juan jest bardzo filthy/gorgeous – ale też jest grany z uroczym dystansem. Jakby on się tą rolą bawił. I nie próbuje tego przed publiką ukrywać, przeciwnie, wciąga ją w tę zabawę. Toteż, zobaczywszy go na żywo – i te włosy, a mama MNIE zawsze mówi, żem nieuczesana – rozumiem, że można chłopa pokochać. Bo ma charyzmę nieprawdopodobną.
Opuszczałam zatem pluszowy fotelik w Wyndham’s Theatre rozbawiona bardzo i jakoś tak pozytywnie nabuzowana. Minęłam stage door, gdzie histeria trwała w najlepsze, po czym udałam się spokojnie do metra. Wróciłam do hotelu. Włączyłam BBC, żeby sprawdzić, co się dzieje i zabrałam się za upychanie w plecaczku wszystkich kupionych książek. Od czasu do czasu, siedząc, jak to ja, po turecku na podłodze, zerkałam kontrolnie na ekran.
Jedno zerknięcie sprawiło, że pakować się przestałam, bo znieruchomiałam.

Nocne linie metra nie przestały działać, ani też autobusy na Stansted, więc dotarłam na lotnisko, a stamtąd do Werony, którą opuściłam nieco rozczarowana. Jest ładna ona, jak to włoskie miasteczka, ale wiele innych przyjemniej odwiedzić, a tłok pod domem Julii przyprawia o duszności na sam widok. Pociąg do Mediolanu jechał trzy godziny, bo oczywiście zatrzymał się w polu jakimś cholernym huiwi po co (owszem, z miejsca, w którym się zatrzymał, roztaczał się piękny widok na jezioro Garda, ale bardziej ceniłabym punktualność – nie spałam prawie i mój organizm jął kwilić smętnie o pomoc). Wreszcie dotarłam do mieszkania, wbiegłam niemal prosto pod prysznic, popłakałam sobie trochę, wypiłam kieliszek wina i poszłam spać.
Dziś na szczęście w moim tymczasowym domu bardzo wietrznie i burze, powietrze lżejsze, umysł też.
A nim kto spyta – do Londynu wrócę niedługo, i wracać będę.

Porta Nuova

Jestem, jestem. Państwo wybaczo obsuwę w publikacjach, ale powody były.
Wczoraj napisałam piękny wpis – dobrze, piękny to może nie, ale długi wielce. I pokarało mnie za wodolejstwo, gdyż wpis poszedł w piiii… no, tam właśnie. Razem z moim telefonem, który kopnął w kalendarz wczora z wieczora, po uporczywym resetowaniu się przez cały dzień. Bardzo mnie to irytowało, bo poszłam sobie do Navigli, dzielnicy kanałów, knajp i sklepów z kuriozami, i nie mogłam robić zdjęć przez jego fochy. Aż wreszcie poległ. Tym sposobem stałam się dziś posiadaczką włoskiego numeru telefonu i teraz mogę wieczorami prowadzić romantyczne konwersacje z moimi włoskimi wielbicielami. Co prawda jeszcze zadnego się nie dorobiłam, ale nigdy nic nie wiadomo.
Chciałabym powiedzieć, że telefon to wszystko.

Otóż po latach częstego, a ostatnio przesadnie częstego nawet latania stało się to, co stać się w końcu musiało, czyli walizka moja nie zdążyła na przesiadkę. Zaprawdę powiadam – smutne to uczucie, gdy człowiek stoi samotnie przed opustoszałą karuzelą bagażową z gasnącą nadzieją, że może jednak, aż wreszcie karuzela się zatrzymuje. Ale jak to. Moja walizka. MOJA walizka. Mój jedyny towarzysz podróży. Mój łącznik z domem. Ba – mój mały, niebieski domek na kółkach.
Ze zwieszoną głową poczłapałam do punktu zgłaszania takich przypadków, gdzie siedział jowialny pan, który z niezrozumiałym dla mnie optymizmem zebrał ode mnie szczegóły.
– A skąd pani jest?
– A z Polski.
– Papa Wojtilla! Mój ulubiony papież.
Wspaniale, cieszę się bardzo, ale GDZIE MOJA WALIZKA. Biedna, samotna w dzikim świecie.
Nic to. Pan jowialny wręczył mi zestaw przetrwalnikowy i zapewnił, że mam się nic nie martwić, bo la mia valigia pewnie przyleci następnym samolotem.
I tak było – dwie godziny później dostałam wiadomość, że koleżanka wylądowała. Ale żeby nie było tak przyjemnie, kurier przywiózł mi ją następnego popołudnia. Prawie ją wyściskałam na powitanie. Nie macie pojęcia, jaka to radość. Gdyby tam sam Jude Law z wiechciem róż dla mnie stał,nie cieszyłabym się aż tak.

Poza tym wszystko w porządku. Mediolan oczywiście wyniosły, spritz drogi, upał większy niż w Madrydziu i nic nie wskazuje na to, by temperatura w najbliższych dniach spadła poniżej 30 stopni. Zamiast przyciasnego pokoju hotelowego mam ogromne mieszkanie, w którym może nie wszystko działa, ale jest nieopodal Navigli właśnie. I na dole mam całkiem fajny pub, w którym na zagrychę do Aperolu podają marchewkę, ale mogę wybaczyć.

Mam też szczerą nadzieję, że mój bagaż nie zgubi się znów w drodze powrotnej – a to za ponad miesiąc – bo będzie niósł cenny ładunek. Mianowicie spódnicę w motyle. Oczywiście. Musiałam, musiałam. Szłam ulicą, zobaczyłam na wystawie i zaraz byłam w środku z głębokim postanowieniem, że nie opuszczę tego kraju bez niej. Jest piękna, obfita, można nią zamiatać, faluje przy każdym ruchu. Motylki natomiast są przyszyte, nie wyhaftowane, więc kiecka naprawdę wygląda, jakby was farfalle obsiadły.
Cóż tu komentować. Prosta baba. Przewidywalna.

Nel cielo infinito

Włochy.

Jakoś tak się złożyło, że we Włoszech bywam od lat kilkunastu właściwie co rok. Przynajmniej na chwilę. Czasami w czerwcu, czasami w listopadzie. To proste – kupujesz bilet tanich linii, lądujesz i jesteś. A potem to już bywa różnie, zależnie od tego, czy trafiasz do wymuskanych północnych Włoch, gdzie wszystko działa jak w zegarku (nnno, prawie…), czy do południowych, które są już nie tak uporządkowane, autobusy się spózniają lub nie przyjeżdżają wcale, babcie sprzedające marynowane oliwki wielkości dziecięcej pięści wciskają wam je do ust, wino można pić o każdej porze dnia, kawa kosztuje mniej niż bilet tramwajowy w Krakowie i nikomu donikąd się nie śpieszy, za to wszyscy są bardzo zadowoleni z życia. Neapolem rządzą przesądy, na Sycylii czas stoi w miejscu, a w Apulii barmanka głośno śpiewa przy przyrządzaniu espresso, nie bacząc zupełnie na klientów. Głos ma piękny, nawiasem mówiąc. Włochy zawsze są przygodą. Są też miejscem doskonałym dla nerwusów takich jak ja, bo na Półwyspie trzeba wyluzować. Strajk? No to strajk. Nie sposób zameldować się w pensjonacie, bo właściciel akurat wyszedł? Trudno, poczekamy w knajpie. Pociąg nie rusza, choć powinien był odjechać ładnych parę minut temu? Oj tam, w końcu ruszy.

Docieram do Bari po ciemku już. GPS zawodzi po stokroć, więc łażę po ulicy tam i z powrotem jak głupia, aż w końcu dostrzegam nazwę mojego B&B na którychś z mijanych drzwi. Dzwonię. Nic. Wtem za moimi plecami wyrasta sympatyczny starszy pan, ściska mi dłoń i pyta, czy mówię po włosku.
– Trochę – odpowiadam, ale w jego uszach znaczyć to musi „biegle”, ponieważ rozmawia do mnie wyłącznie włoszczyzną. Wchodzimy i oczom nie wierzę – jest to prawdopodobnie najbardziej kiczowate miejsce, jakie w życiu widziałam, pełne aniołków, porcelanowych zakochanych par, sztucznych ptaszków, mniej lub bardziej udanych pejzaży, portretów świętych w ciężkich złotych ramach. Wygląda trochę jak magazyn antykwariatu i w gruncie rzeczy nim jest (ponieważ właściciel także antykwariat prowadzi). W pokoiku służącym za recepcję stoi dwumetrowa figura świętego z krzyżem i dość demonicznym szklanym spojrzeniem. W moim ogromnym i zaskakująco nowocześnie wyposażonym pokoju za to czeka prosecco, a pan ciągnie mnie na taras – równie gęsto upstrzony osobliwościami – na którym mogę codziennie śniadać, opalać się również, kawę parzyć sobie o każdej porze dnia i nocy, a gdybym miała ochotę na kieliszek wina czy brandy, to proszę bardzo, mogę się częstować. Ach. W porządku. Gdy rankiem wdrapuję się na śniadanie, odkrywam istne bachanalia, sterty croissantów, ciasteczek i owoców przygotowane raptem dla dwójki gości. Jakim cudem ten biznes się opłaca (płacę niespełna 300 peelen od łebka za dwie noce), nie mam pojęcia i być może wolę nie wiedzieć, ale bawię się świetnie.
Bari może nie jest miastem najpiękniejszym, raczej takim niepozornym, nieco zabałaganionym, ale ma niesamowitą XI-wieczną katedrę z prawdziwym świętym Mikołajem (jego szczątkami, gwoli ścisłości – jeśli będziecie mieli szczęście, załapiecie się na grekokatolickie nabożeństwo w krypcie, a warto, bo dudniące głosy oszałamiają – kto choć raz słyszał ektenię, ten wie), z sarkofagiem TEJ Bony Sforzy oraz innymi frapującymi relikwiami. Ma też swoje wąskie uliczki, gdzie życie toczy się jak w starych włoskich filmach – przed domami, drzwi których zawsze są otwarte, a na zewnątrz wraz z praniem schnie makaron. Orecchiette, uściślając, czyli uszka. Takie maleńkie.
No dobrze. Komu w drogę, temu w drogę. Autorka zabiera plecaczek, wsiada w pociąg i udaje się na wywczas właściwy, to jest do Polignano a Mare, gdzie znowu słyszy od właściciela B&B: „wszystkiego możecie używać do woli, jeśli zabraknie wam kawy w młynku, dajcie znać”.
Polignano to mieścinka cudnej urody, znana również z tego, że urodził się w niej Domenico Modugno. Jeśli tego nie wiecie, dowiecie się bardzo prędko, bo na jednym z licznych tarasów (tarasków właściwie) widokowych stoi pomnik tegoż z rozpostartymi ramionami, a Volare będziecie słyszeć z tuzin razy dziennie. Tak czy inaczej. Polignano jest śliczne i ma swoją słynną, wciśniętą między skały plażę. Niezbyt wielu miłośników nadmorskiego wypoczynku na niej się mieści, o tej porze roku i tak ich niewielu, więc po dwóch dniach rozpoznajecie każdego. Dziadka z harpunem, który dziarsko nurkuje i łowi ośmiornice, dwóch irytująco przystojnych włoskich kumpli ślących mi uśmiechy, gdy tylko właziłam do wody – lodowatej, swoją drogą, ale krystalicznie czystej – lokalne kolorowe panie ze skrzeczącym radyjkiem i zimnym piwkiem (chcę być taka na starość). Nie ma tam za dużo do roboty, jeśli mam być szczera, ale gdy człowiek lubi wygrzewać się jak jaszczurka na tej plażeńce maciupkiej lub okolicznych surowych skałach, a gdy tym bardziej lubi jeść owoce morza w ilościach przemysłowych i cenach śmiesznie niskich, oraz wieczorami sączyć aperitivo, to będzie w Polignano bardzo szczęśliwy.
Słońce. Morze. Niebo bez jednej chmurki (prognozy nie były takie wesołe, ale na miejscu upał niemożebny, acz gdy opuszczałam Apulię wczoraj wieczorem, lunęło). Plażowa literatura. Wino. Świeże morskie żyjątka na obiad i kolację, a jeśli nie, to przynajmniej burrata. Szczęście, proszę państwa, to jest szczęście. Oczywiście, że budzi mnie w nocy tęsknota czasami, ale byłabym głupia, gdybym pozwoliła jej się zdominować.
Zwłaszcza że we Włoszech zostaję na najbliższy miesiąc z okładem.
Zapraszam.

(Zdjęcia nieobrobione).

E pur si muove

Jak być może zauważyli ci, co mają nieszczęście podglądać mnie na twarzoksiążce, na urlop, który spędzam we Włoszech, udałam się przez Londyn, ponieważ to logiczne. Tylko na jedną noc, albowiem dawno temu kupiłam bilety na dwa spektakle, nie mając pojęcia, jak moja tegoroczna wiosna będzie wyglądała. No to poleciałam.
Znajoma drwiła, że służby graniczne witają mnie tam zapewne słowami: „znowu ty?…”.
Jeszcze nie, ale to może nastąpić, zwłaszcza biorąc pod uwagę koniec roku, bo wtedy będę warować pod teatrem z żołądkiem w gardle i pustką w głowie.

W sobotę po południu udałam się do Barbican Centre, czyli tego okropnie brzydkiego molocha wyrastającego nieopodal City. Nie znoszę Barbican Centre, zawsze się tam gubię. Poza tym sala teatralna jest ogromna, naprawdę ogromna, i scena również. Ja z tych ceniących intymność i troszeczkę kiepsko mi się ogląda przedstawienia wystawiane w takich potężnych przestrzeniach, bo niekiedy miejsce przytłacza i rozprasza. I tak, obawiam się, było w tym przypadku.
Balon oczekiwań miałam napompowany niesłychanie – wiadomo, piękny Jude Law, Ivo van Hove – ale potem pojawiły się recenzje, które były… takie sobie, delikatnie mówiąc. Parę było fatalnych. Ups. No dobrze, zobaczmy to na własne oczy, krytycy też się mylą czasami.
Niestety w tym przypadku mieli rację.
To Opętanie grzeszy nijakością. Jude jest oczywiście olśniewająco przystojny, na scenie pojawia się prawdziwy warczący silnik, ale spektakl jest kompletnie niezapamiętywalny. Wychodzicie i po dwóch godzinach nie pamiętacie, że to oglądaliście. Szkoda trochę, bo potencjał duży. Niemniej to kolejny dowód na to, że można mieć wspaniałego aktora, świetnego reżysera, dobrą historię, ale ten magiczny miks nie działa. Zatem gdybym tego nie obejrzała, moje życie nie byłoby uboższe. Tak czy inaczej, są tacy, którym się podobało, jedna pani nawet zdecydowała się na owację na stojąco, choć podejrzewam, że tutaj zaważył czynnik pt. Jude, a nie jakość przedstawienia.
W kolejce do protagonisty się nie ustawiłam. Śpieszyłam się. Zamiast jednakże pobiec prosto na drugi brzeg, do Young Vic, zrobiłam sobie krótki przystanek w katedrze świętego Pawła, gdzie akurat Evensong się zaczynało. Polecam, gdybyście mieli okazję, wszak nawet dla osób słabej wiary to bywa interesujące doświadczenie – chór ze swoimi anielskimi głosami, miejsce tyleż imponujące, co dziwnie uspokajające zarazem. Warto.
Wyciszenie moje jednakże zbyt długo nie trwało, ponieważ Young Vic zafundował mi nieco mocnych wrażeń. Chciałam zobaczyć Życie Galileusza nawet bardziej niż Opętanie, kierowana jakimś osobliwym przeczuciem, i nie pomyliłam się. Mimo że Brechta nie kocham jakoś bardzo. 
Po pierwsze, zmieniono wnętrze w planetarium. Sufit to okrągły ekran, na którym wyświetlane są projekcje ciał astralnych. Jakbyście podróżowali przez kosmos. Po drugie, muzyka jest fenomenalna (skomponowana przez połowę The Chemical Brothers), a momentami tak głośna, że czujecie drgania w brzuszku. Po trzecie, tytułowy bohater grany jest z takim powerem i charyzmą, że trudno oderwać oczy. Po czwarte wreszcie, to rzecz niebywale intensywna i angażująca. Wspaniały spektakl, trzy godziny jak z bicza. Autorka była pod wrażeniem i cieszyła się bardzo, że intuicja jej nie zawiodła.

A następnego ranka karnie powróciła do ojczyzny na dwie krótkie noce i zaraz udaje się nazad na lotnisko. Nuda, panie.

Cuidado con mi corazon!

Nocą ze środy na czwartek, wróciwszy z egipskiej świątyni (tak, Madryt ma taką – prawdziwą, otrzymał ją od rządu Egiptu w podziękowaniu za pomoc w ratowaniu tamtejszych zabytków; polecam wizytę o zachodzie słońca), załamywałam ręce nad walizką, która w pewnym momencie odmówiła współpracy. Co prawda mam pewne doświadczenie w pakowaniu się, niemniej jeszcze nie rozwiązałam kwestii praw fizyki, dokładniej pojemności bagażu, która jednak jest ograniczona. A ja, obok butelek wina i Pedro Ximenez, opuszczałam Madryt z sześcioma (sic!) parami butów i całą masą nowych ciuchów. I jak tu włożyć coś większego w coś mniejszego?
Da się.
Wymaga to pewnych poświęceń, na przykład podróżowania na lotnisko w cholernym płaszczu mimo 20 stopni Celsjusza, ale da się.

Z moim wyjazdem dziwnie zbiegło się załamanie pogody – potworna burza nocą, chmurny dzień, a wreszcie, gdy już zapakowano mnie do samolotu, ulewa wręcz biblijna. Mnie samej chciało się płakać trochę i nos do szyby przylepiałam, och, żegnaj, mój kochany Madrycie, kocham cię za budzenie mnie o poranku słońcem i usypianie mnie ciepłym wiatrem, za przygarnięcie tej cudzoziemki i oczarowanie jej. Ale Madryt popłakał się bardziej.

Mimo dziesięciu minut na przesiadkę w pięknym Monachium ja i moja walizka dotarłyśmy szczęśliwie do domu, by się rozbebeszyć, wyprać i zapakować nazad, bo jutro rano odlatuję na wakacje, z których jadę prosto do pracy – na kolejny półwysep. Padłam w pościel i zasnęłam natychmiast, ocknęłam się rano, spędziłam poranek na nudnych czynnościach organizacyjnych, gdy wtem mój telefon zatrzepotał. Czego znowu, myślę. Wszyscy wiedzą, że mam wakacje. Kto śmie mój święty spokój zakłócać. 
Widzicie, ja mam ustawione powiadomienia o działalności niektórych ludzi w mediach społecznościowych. Ilekroć oni coś opublikują, niezależnie od pory i wagi przekazywanych treści, ja się dowiem od razu. To ma skutki uboczne – zdjęcie żywopłotu o trzeciej w nocy to nie do końca jest coś, przez co chciałabym być wyrywana ze snu, ale godzę się na to. Dziś jednakowoż mój telefon informował mnie o czymś niesłychanie ważnym, mianowicie o tym, że jesienią, choćby skały i tak dalej, choćbym była wówczas w Melbourne/Montevideo lub pod kroplówką, jadę do Londynu i nie ma przebacz.
Autorka uśmiechnęła się półgębkiem, jakby wieść nie zrobiła na niej szczególnego wrażenia, po czym pognała do laptopa i natychmiast kupiła bilety.
Dopiero wtedy ją olśniło, dlaczego przez kilka ostatnich dni wspomniane powiadomienia dotyczyły głównie rozmaitych portretów Wenus. Cwaniak.
Cieszę się ogromnie i zacieram moje małe rączki, bo bite dwa lata czekałam, aż włosy wrócą na scenę wraz ze swoim obezwładniająco uroczym właścicielem, a i cały spektakl dobrze się zapowiada (czytałam oryginał, zresztą to troszeczkę moja bajka, cały ten klimacik… nieważne).

Coś jest mocno nie tak z tym 2017. On jest zbyt dobry dla mnie.

Ames a quien ames, Madrid te quiere 

Mój pobyt w Madrycie z wolna dobiega końca. Zostały trzy noce.
Ucieszyłabym się, gdybym jutro w biurze usłyszała, że muszę zostać jeszcze parę tygodni. To się jednakowoż nie wydarzy, bo czeka już na mnie inne miejsce. I urlop po drodze. Którego nie do końca potrzebuję, Bogiem a prawdą, bo otóż jest godzina dwudziesta, a ja skąpo odziana siedzę na moim cholernym tarasie, bo słońce pali w najlepsze (wczoraj w Madrycie pękło 30 stopni).
Zestarzałam się w miniony weekend. Niby niezbyt rozkosznie obchodzić urodziny samotnie i daleko od domu – ale Madryt bardzo się o mnie zatroszczył i przyznam, że były to chyba najlepsze z urodzin dotychczasowych. W sobotę ganiałam po Prado i Thyssen-Bornemisza (genialne muzeum, polecam wielce – nawiasem mówiąc, jakieś zwariowane Francuzki w kolejce do kasy przede mną wyczytały, że bilet dla grupy sześciu lub więcej osób jest tańszy… ich było pięć; spojrzały na mnie, stojącą solo za nimi i doszło do zmontowania grupy), zachwycałam się Goyą, kupowałam prezenty i druki – gdzie ja to wszystko powieszę, to nie wiem – w muzealnych sklepach. A potem odpoczywałam nad tapas i białą sangrią w Platea – arcysuper miejscu, które jest kolosalnym tapas barem, klubem i restauracją w jednym, urządzonym w nieczynnym kinie z epoki art decó. Co zabawne, jedno z wejść do Platea prowadzi przez sklep warzywny, niepozorny taki. Lokalsi, gdy idzie o knajping,który jest niesłychanie ważną częścią tutejszego życia, mają ogromną fantazję.

Wczoraj natomiast spędziłam cały dzień, jedząc, pijąc i snując się po parku Retiro. Retiro to niebo na tym łez padole. Gęsta zieleń, eukaliptusy pachną, ludzie wygrzewają się na trawie lub pływają łódkami. Raj.
I policja konna. Hm. Wiecie, Hiszpanie są generalnie przystojni. Na ogół mają piękne oczy, rzęsy jak wachlarze, karnację tę swoją słoneczną. Na ogół też doskonale zdają sobie sprawę ze swojego powabu, więc obnoszą go z takim czarującym, zabawnym, wyczuwalnym „jestem piękny i wiem o tym”. Zatem Hiszpan w mundurze wierzchem to już w ogóle za dużo szczęścia naraz.

 Dotarłam do Retiro z Juana La Loca. Miejsca, które ubzdurałam sobie, że odwiedzę, bo ponoć najlepsza tortilla w mieście, orgazm przez kubki smakowe, te sprawy. Ponieważ miałam te swoje urodziny, uznałam, że pójdę. Wyczytałam wcześniej w internetach, iż miejsce ciasne i tłoczne, i bez rezerwacji trudno o stolik. Niestety rezerwacje przyjmują tylko telefonem, a ja po hiszpańsku banglam umiarkowanie, choć umiem już złożyć zamówienie w knajpie. Przynajmniej jeśli chodzi o kawę lub wino. I burratę. O, i jeszcze rozumiem, gdy mnie w sklepie pytają, czy chcę siatkę na zakupy. Pomyślałam zatem, że pójdę, zaryzykuję, sama jestem, to może się zmieszczę.
Jak mawia mia madre, co drugi głupi ma szczęście. Wchodzę, piękny pan szef sali podaje mi szklaneczkę piwa i mówi, że wszystko zajęte, ale mogę zapisać się na listę kolejkową. Po czym wyjmuje zza pazuchy usmarowany do ostatniej linijki notatnik i zapisuje moje imię na dole. Doskonale. Będę tu stała całą wieczność, a potem usłyszę, że zamykają. 
Pięć minut później słyszę donośne
„Aleksandra!!” (wolałam podać wersję długą, bo wersja krótka oznacza tutaj „cześć” i wszyscy tego na okrągło używają, więc w takim miejscu nigdy bym się nie zorientowała, że chodzi o mnie). Piękny szef wymachuje rękami, bo oto zwolnił się stoliczek. Maciupki, ale zawsze. Zaraz potem zjawia się kelner. Tortilla? Ma się rozumieć. Pytam, co by mi polecił jako danie główne, a ten pyta, czy ma być bardzo duże, czy niekoniecznie. Witamy w Hiszpanii. Idę w wędzonego węgorza koniec końców. Okazuje się, że to jedna z najlepszych decyzji mojego życia, albowiem węgorz jest NIESAMOWITY. Tortilla też, z karmelizowaną cebulą – ale nad węgorzem prawie płaczę. Zaprawdę powiadam, jeśli będziecie przypadkiem w tym cudownym mieście – idźcie.
Jak na samotne urodziny, nie było tak źle. Zwłaszcza że, wędrując do hotelu przejedzona i opalona, nabyłam sobie ręcznie szytą kurteczkę, jakby mi nie wystarczył upolowany w ubiegłym tygodniu płaszcz w motylki (oczywiście).
Kocham to miasto i będzie mi bardzo, BARDZO ciężko je opuszczać. Ale wrócę. Wiecie przecież, że gdy ja się zakochuję, to na amen.  Na ament nawet.

We cry, and we take our tears, and we put ’em in the ice box, in the goddamn ice trays until they’re all frozen and then we put them in our drinks

Autorka czasem ma napady szaleństwa i robi rzeczy, nad którymi normalni ludzie przynajmniej ze dwa razy by się zastanowili.
Dlatego w piątek wieczorem poprosiła w recepcji o pobudkę i taksówkę. I parę godzin później była już w drodze.
Plan był… nie do końca przemyślany. Czy też raczej – nadmiernie ambitny, bo z niezrozumiałej dla mnie samej przyczyny wybrałam pierwszy powrotny lot, co w praktyce oznaczało zarwaną noc. A człowiek, choćby sobie uporczywie wmawiał, studentem już nie jest. Wróciłam do Madrytu, czując się i wygladając jak własne szczątki. Bardzo zadowolone szczątki, trzeba przyznać. Szczątki bowiem kupiły książkę i dostały egzemplarz z podpisem autora – mała rzecz, a cieszy. Szczątki podratowały niewyspany i głodny organizm cream tea, bez wątpienia najlepszy wynalazek Anglozy, może poza tą ich uprzejmością dojmującą. A właśnie. Stoję sobie w kolejce po bilet na Stansted Express, strasznie się ta kolejka wlecze, bo oczywiście ludzi dopiero przy kasie zbiera na rozmyślania, dokąd by w ogóle chcieli dotrzeć. Trochę przewracam oczami. Kolejka się przesuwa, gdy wtem kasjer zatrzymuje gestem klienta przede mną i mówi, wskazując na mnie:
– Ta pani była pierwsza.
– Ale… – pada z dwojga ust.
– Tak, tak – uśmiecha się kasjer z grzecznym uporem. – Ta pani była pierwsza.
Po tym, jak mnie raz przepraszano, gdy się spóźniłam – owszem, gdy JA się spóźniłam – niewiele powinno mnie dziwić, ale jeszcze czasem mnie zaskakują.

Londyn jak to Londyn. Śniadanko na Borough Market się wrzuciło, herbatę z mlekiem wypiło (lubię, co mi zrobicie). Do teatru się poszło, ma się rozumieć. Po to przyleciałam.
Kto się boi Virginii Woolf? to oczywiście rzecz wielka i legendarna, choćby z uwagi na tę adaptację. Jedna z tych historii, które zaczynają się spokojnie, ot, nic się nie dzieje, domowe drinki po imprezie – a kończą się katastrofą kolejową, z której widz wychodzi poharatany. Wspaniała sztuka i wspaniale wystawiona. Znakomicie zagrana. Każdy jest świetny w tej historii o toksycznych związkach, w których ludzie przez lata karmią się kłamstwem, pielęgnują nawzajem swoje nałogi – ale sceną rządzi Imelda.
Imelda Staunton to jest geniusz aktorstwa. Kobieta z uderzającą charyzmą i warsztatem. Imelda potrafi wszystko. Nieprawdopodobna postać – drobna, a rozsadza scenę. W jednym zdaniu potrafi zawrzeć tuzin różnych emocji. Potrafi sprawić, że widownia przestaje oddychać i panuje ta wyjątkowa dla dobrego teatru absolutna cisza – nawet przeziębieni widzowie powstrzymują się, ryzykując życiem, od kaszlu. Niewielu aktorów umie tę dzwoniącą w uszach ciszę wyczarować.
Jeśli będziecie mogli zobaczyć Imeldę na scenie – idźcie koniecznie. Jest to bowiem klasa, wielka klasa. I przy okazji można sobie uświadomić, że to ciężka fizyczna robota, żyłowanie swojego ciała i głosu do granic możliwości, i emocji również.

Och.

A potem przedreptałam przez Waterloo Bridge, by zobaczyć Rosencrantza i Guildensterna.
Pierwszym przedstawieniem, jakie w życiu swoim oglądałam w Londynie, był Equus Petera Schaffera, mocna dość sztuka o nastoletniej religijno-seksualnej fiksacji prowadzącej do okropnego czynu. Ubolewam, że rzadko wystawiana, choć mogę zrozumieć, dlaczego. W każdym razie głównego bohatera grał Daniel Radcliffe właśnie. Nastolatek jeszcze wtedy. Troszkę była aferka, bo on tam w całej krasie występował.
Ależ zleciało.
Wyrósł z tego chłopca dobry aktor; czuje scenę i publiczność. Może nie jest to rola na miarę Oliviera, niemniej bez wątpienia nie jest to przykład celebrity casting, czyli celowego obsadzania kogoś sławnego, by przyciągał ludzi gotowych zapłacić cenę małego samochodu za bilety, a potem się okazuje, że spektakl w najlepszym wypadku taki sobie. To nie ten przypadek. To bardzo dobrze zrobiony teatr o teatrze – i o tym, że, jak napisał pewien gość, który niedawno obchodził urodziny, świat jest sceną. Tę sztukę napisał Tom Stoppard, wybitny dramaturg, którego umiejętność bawienia się słowem i znaczeniem jest niesamowita. Stoppard w tej sztuce gra z widzem, licząc, że ów w pewnej chwili zrozumie, iż bohaterowie… no właśnie.

Oklaskałam, wyszłam i pomyślałam, że skoro mam mnóstwo czasu do nocnego autobusu na lotnisko, to może spróbuję ustawić się w kolejce. W TEJ kolejce. Po wiecie, możliwość poznania protagonisty.
Hm.
Nie mam wielkich doświadczeń ze stage dooringiem, a mój debiut w tej sferze był na tyle osobliwy (tak to jest, gdy się zaczyna od przyjaznego cudaka), że trochę wykrzywił moje wyobrażenia wobec tej zabawy. No, ale wtedy byłam sama. Teraz była nas setka czy coś koło tego – masa narodu w różnych stopniach podekscytowania. W związku z czym uruchomiono całą procedurę wpuszczania grupkami i tylko z ważnym biletem na spektakl.
Cóż mogę rzec. Jest to istotka maleńka. Oczy ma ogromne. Jest bardzo sympatyczna. Przy czym cały ten cyrk pokazuje jaskrawo, że jego praca nie kończy się, gdy schodzi ze sceny. On ma jeszcze drugie tyle do zrobienia, podpisując, fotkując, odpowiadając na głupie pytania niekończącego się strumienia ludzi. Pewnie jest zmęczony, pewnie wolałby do domu. Ale jednak do każdego się uśmiechnie i zagada. Pani przede mną bardzo się martwiła, bo była sama i nie wiedziała, czy będzie kogo poprosić o zrobienie jej zdjęcia z rzeczonym.
– Nie ma problemu – odparł ochroniarz. – Daniel zwykle sam się tym zajmuje.
I tak jest.
Co nie zmienia faktu, że przyjemniej jest, gdy to doświadczenie nie przypomina taśmociągu.

Na widowni, swoją drogą, był też Lin-Manuel Miranda. Nigdy bym nie zauważyła, gdyby dziewczę w moim rzędzie nie rozpiszczało się w ekstazie. Pomachał jej.

A potem – lotnisko, długie godziny oczekiwania, kelner w otwartej o drugiej kawiarni, który okazuje się być Włochem z Neapolu, urywany sen na pokładzie (miałam cały rząd dla siebie, bo samolot był dość pusty i zgodziłam się usiąść przy wyjściu awaryjnym – w nadziei, że nie będzie potrzeby otwierania tegoż; nawet gdyby była, pewnie bym ją przespała). Madryt. Łóżko. Nigdy więcej.

Para compartir

Moja praca składa się z wielu dni niepięknych i niewielu pięknych, ale lubię ją bardzo. Niestety raz na jakiś czas przychodzi dzień, gdy musimy wystąpić przed najwyższym szefostwem z naszymi spostrzeżeniami i przekonać rzeczone szefostwo, że to, co mówimy, ma sens. To cholernie stresujące i zwykle poprzedzane długimi godzinami ślęczenia nad wieloma stronami papierzysk.
Jak wiadomo, każde publiczne wystąpienie to dla autorki horror i ból wszystkiego, więc z nerwów chorowała cały dzień, aż do godziny zero. Szczęśliwie tym razem trafiła na porządną ekipę.

– Umówmy się, co? Nie zadajemy sobie pytań, nie podważamy nawzajem swoich tez. Jeśli ktoś palnie coś głupiego, to pozostali gorliwie potakują. Drużyna.
– Drużyna!

Wyłamała się tylko bladź z Paryża, znana wam z moich opowieści. I zgadnijcie, komu pytanie zadała.
Znałam odpowiedź, bo dobrze się przygotowałam, ale cieszę się, że nie było jej z nami w sali, gdyż odcięłabym jej palce wzrokiem. Nie rozumiem takiego zachowania. Jeśli pracujemy jako zespół, to pracujemy jako zespół i gramy do jednej bramki, zamiast podważać opinie kolegów, bo akurat szefostwo słucha, więc można się wykazać.
Uch.
Nieważne.
Jesteśmy, gdzie jesteśmy, zatem tuż po zakończonym spotkaniu poszliśmy na wino i tapas, a potem na wino i kolację (burrata!). A następnego dnia na obfity obiad z mnóstwem jamon i oczywiście deserem, bo wiadomo. Inaczej tu nie sposób. Dość rzec, że człowiek, z którym mieliście do czynienia przez kwadrans, zaprasza was na urodzinowe przekąski. Taki to kraj. 

Zaraz tymczasem udaję się na północ – zmęczona na samą myśl, ale sama chciałam – a później, o ironio, czekają mnie dwa miesiące na innym półwyspie. Nie jest to Hel.

Bonita

Weekend upłynął. 
Było słońce. Była sukienka.
Była procesja, 

nader kolorowa, krzykliwa i cudowna („guapa, guapa, GUAAAPAAA!!”). Było wino i karczochy w Mercado San Anton. Była rozpusta do mdłości w restauracji, która specjalizuje się w kuchni molekularnej i przy tym serwuje dania wyglądające jak coś innego niż są, wytrwale nie zdradzając gościom składników („na deser będzie spaghetti z klopsikami, tylko że to nie spaghetti i nie ma w tym żadnego klopsika”). Była kolacja po sąsiedzku – kiedyś, liczę na to, dożyję dnia, gdy i w moim grajdołku będę miała przynajmniej parę porządnych knajp w odległości 5 minut spacerkiem od kwatery głównej. I tak jest lepiej niż było, coraz gęściej, więc nie narzekam, tutaj wszakże mamy do czynienia z klęską urodzaju, bo bar na barze barem poganiany. Nauczyłam się korzystać z tej aplikacji do rezerwowania stolików – brawo Jasiu! – i odkryłam tym sposobem ziemie obiecane, czuję się jak dziecko w sklepie z zabawkami.
No, zatem po sąsiedzku serwowano wyśmienitego dorsza. Och, jaki on był pyszny. Na zakończenie wieczerzy poprosiłam wszakże o żynstonykem i jakież było moje zdumienie, gdy do mojego stoliczka podszedł barman ze szklanką lodu i butlą ginu, i rzekł:
– Powiedz, kiedy dość.

Ten kraj to jest jakaś zgroza.

I jakoś dzięki temu wszystkiemu znoszę perspektywę nerwowego spotkania (wspominałam ostatnio, że nie znoszę publicznych wystąpień?… i mówienia podczas nich o sprawach, na których umiarkowanie się znam? Staram się, jak zwykle, pamiętać, że Kevin Spacey, od którego jestem oddalona o raptem jedną osobę, rozjechałby słuchaczy walcem, ale nie mógł mnie zastąpić), tęsknoty, rozczarowania gatunkiem ludzkim – nie mam cierpliwości do podwójnych standardów i postępowania dokładnie odwrotnie, niż innym się doradza, no nie mam. Cóż. Jeszcze nie ignoruję, ale jestem na dobrej drodze. 

Club Tropicana

Jadę na lotnisko przez poranną szarość. Wielkanocny poniedziałek, szczęśliwe rodziny jeszcze w łóżkach, a ja targam te moje toboły do taksówki. Zimno, pada coś z nieba. W innej sytuacji nic i nikt nie wyciągnąłby mnie z pościeli, ale Madryt oczekuje. Staram się pamiętać, że jadę do pracy.

Siedzę nad cienką kawą i spoglądam na moją kartę pokładową. Rząd drugi. Toż to klasa biznes. Na stare lata dostałam upgrade. Doskonale. Będę mogła bezkarnie wypić wino na wielkanocne śniadanie i co mi zrobicie.

Trzy godziny później ponownie mijam Pireneje, w dzieciackim podekscytowaniu przyklejam nos do zimnej szyby – Hiszpania jest bardzo piękna z góry – a gdy poszarpany, surowy górski krajobraz ustępuje miejsca winnicom i sadom, cieszę się jeszcze bardziej, bo już zaraz będzie lotnisko, a z lotniska droga niedaleka do miasta.
Taksówkarz pędzi jak szalony szerokimi alejami, otworzywszy okna, zatem podmuchy wiatru prawie wywiewają mi soczewki z oczu, ale ani trochę mi to nie przeszkadza. W hotelu rzucam walizkę, biorę prysznic, przebieram się w luźne gacie, koszulkę, balerinki; wtykam słuchawki w uszy i ruszam pełną samochodów, biegaczy, deskorolkarzy i kwitnących kasztanowców Castellaną w kierunku Gran Via. Parę godzin później siedzę na stopniach Mercado de San Miguel i wyżeram owoce z mojego prawie opróżnionego kubka sangrii.

Przywykam do trzy- i czterodaniowych kolacji (moje dżinsy niekoniecznie, ale najwyżej kupi się nowe). Do café cortado, luzu, uśmiechów, tego, że słońce tu leniwie wstaje – ptaki zaczynają śpiewać jakoś w pobliżu siódmej – ale też późno zachodzi, a błękit nieba powala. Jeden wielki niebiesk całymi dniami. O, taki.

Nie wierzę, że ktoś w tym cudownym mieście mógłby czuć się źle. Pewnie znajdą się tacy, którzy nie lubią Madrytu. Koniec końców to tylko miasto. Ale ja jestem zakochana, wszystkie moje psie smutki poszły w cholerę i nawet katar nie przeszkadza mi ekscytować się jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Które, nawiasem mówiąc, są tu niestety obłędne. Jako i oczy lokalsów. 

Ms Holly Golightly, travelling

Ojciec odwiózł mnie dziś do Krakatau, żebym rano ze spokojem mogła udać się w drogę. Przez całe popołudnie udawałam wyluzowaną i zadowoloną z życia, ale prawda taka, że już od paru godzin żołądek mi się wywraca, jedzenie uważam za zbędną czynność i myślę tylko o tym, jak sobie poradzę. Madrytu się nie boję, na niego to się cieszę jak przed randką, ale gdy za kilka tygodni wrócę zeń wieczorem, następnego dnia około południa wyruszę na urlop, po powrocie z którego – o ile nic się nie zmieni – właściwie od razu (bo po dwóch nocach w ojczyźnie) polecę dalej na kolejny miesiąc. Świetnie. Dodać trzeba, ze z początkiem roku, nieświadoma tego, jak to wszystko będzie wyglądało, zaplanowałam sobie parę teatralnych weekendów i cholera, trzeba będzie jakoś je w to Grand Tour powciskać. Toteż dla przykładu, miast przyszły weekend spędzać na podziwianiu Guerniki (ale już widziałam), bladym świtem będę ponownie telepać się w kierunku Aeropuerto Madrid-Barajas. W niedzielę rano wrócę i zapewne padnę bez życia na hotelowe łóżko, w poniedziałek zamierzam grzecznie siedzieć w biurze. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że ten sam program zostanie powtórzony tydzień później. Szaleństwo i masakra piłą mechaniczną.
Mniejsza.
Wróćmy do ojca.
Ojciec po dzisiejszej wizycie nie ma najlepszego zdania o mojej inteligencji. Śmiem podejrzewać, że nigdy nie miał, ale teraz to już chyba całkiem się załamał.
– Wiesz co, ojciec, to moje nowe żelazko, to ono chyba jest zepsute. Albo przedłużacz, nie wiem.
– A co się dzieje?
– No nie działa.
– Jak to nie działa?
– No popatrz, wkładam wtyczkę do kontaktu, a żelazko nic.
– A włączyłaś je?
– … Hmmm?
– Tu jest taki guzik „POWER”.
– Och.
Kwadrans później.
– Ta samowłączająca się lampka też mi nie działa. Nie zapala się. Ale może żarówka się przepaliła…
– W ogóle nie działa?
– No, programator robi „pstryk”, ale lampka się nie zapala.
– OCZYWIŚCIE, ŻE SIĘ NIE ZAPALA! NIE JEST PODŁĄCZONA DO PRĄDU!!
– Och.

Lubię myśleć, że zostałam stworzona do wyższych celów, ale czasami podejrzewam, że ze mnie to naprawdę rasowy nieogar jest. Tępa dzida, która jakoś się prześlizguje przez życie, bo ma szczęście. Mogę być dobra w swojej robocie, świetna w życiu towarzyskim i kulturalnym, ale z taką zwykłą rzeczywistością, bądźmy szczerzy, nie radzę sobie zupełnie. Ojciec twierdzi, że odziedziczyłam duszę artysty-lekkoducha po jego mamie, której niestety nigdy nie poznałam. Moja babcia Karolina latała samolotem, a w szkole, w której uczyła po wojnie, założyła kółko teatralne. Zmarła na długo przed tym, nim przyszłam na świat. Szkoda, bo mam wrażenie, że miałybyśmy sobie bardzo dużo do powiedzenia – ale może w pewien pokrętny sposób kontynuuję rodzinną tradycję i może dlatego tata nigdy nie złości się na moje nieprzystosowanie do codzienności przy jednoczesnym umiłowaniu spraw niecodziennych.
Tak czy inaczej.
Lampka działa. Żelazko działa. Walizka się domyka i żywię pobożną nadzieję, że zdąży jutro przesiąść się w Warszawie, jako i ja. Zapakowałam wszystkie małe czarne, szwajcarski scyzoryk (matka zasugerowała, żeby zabrać… widzicie, jaka ta moja rodzina? a mam bardzo ładny Victorinox, różowy), parę krótkich spodenek na wszelki wypadek, nie mogę znaleźć eyelinera, ale trudno, najwyżej będę prezentować naturalną słowiańską pyzatą urodę bez podkreślonych zmysłowo oczu.
Najważniejsze, żeby dotrzeć na miejsce. Potem najwyżej będziemy improwizować. I chyba trzeba opatrzności zaufać od czasu do czasu – skoro ona nas wmiksowuje w takie wariackie plany, to znaczy, że wie, jak to wszystko pochytać. Jak mawiał mój nieoceniony instruktor paralotniarstwa: nie przeszkadzać, nie psuć bardziej, samo poleci.

Krótko, bo czas krótki

Spędzam świąteczny weekend – krótszy nieco niż zazwyczaj – w takim oto towarzystwie.

Prognoza pogody dla Madrytu nieco się zmieniła i teraz twierdzi, że w poniedziałek będzie 29 stopni Celsjusza. Jestem już prawie spakowana, siedzę jak na szpilkach.

Bertie wraca na scenę. Moja miłość dla Bertiego jest powszechnie znana i bardzo się cieszę, że będę mogła ją nieco postymulować. Kupiłam sobie bilecik za dziesięć funtów, potem będę kombinować, jak tam dotrzeć, bo już i tak mój grafik – tak zawodowy, jak prywatny, a oba ściśle się zazębiają – wygląda jak sen wariata. Nie mam pojęcia, jak to ogarnę i jak to wytrzymam, ale ogarnę i wytrzymam.

– Jak tam u ciebie, piórko?
– Dobrze, ale będę tęsknić.
– Ja też.
Mogę wyjeżdżać spokojna z tym w uszach.

I trust you’re having fun

Ja się pytam, co to jest. Dlaczego jest tak cholernie zimno. A człowiek dziś jak ta lebiega ostatnia wyszedł z domu z gołymi nogami.
Pocieszam się, że w poniedziałek w moim nowym ulubionym mieście (vide wpis poniżej) ma być 26 stopni. I tam to nie jest dzień wolny, więc będzie można pójść na tapas. Serio, po dotarciu do hotelu rzucam tylko walizę i lecę po sangrię.
Tak, ta perspektywa poprawiła mi humor, który od powrotu mam jakiś taki skopany. Być może PMS upomina się o swoją porcję smutków i frustracji, no wiecie – „nikt mnie nie lubi, jestem taka samotna, i gruba też jestem, moja robota nie ma sensu, w końcu się zorientują, że jestem beznadziejna, a może by pieprznąć tym wszystkim, dlaczego ten cholerny tramwaj tak się wlecze, po grzyba deszcz pada, pan i władca ciągle zarobiony et cetera et cetera”. Wypisz, wymaluj robot Marvin z Autostopem przez galaktykę.
No dobra, tak naprawdę to mam parę drobnych powodów do niezadowolenia – innych niż wymyślone – ale nie będziemy o nich mówić.

Mogłoby mi się zdarzyć coś miłego, smędził wasz robot Marvin przez dzień cały. Dodajmy, iż w pracy ekspres do kawy był zepsuty, co autorka już w ogóle uznała za dowód bezcelowości egzystencji.

Wróciłam w każdym razie do domu, z tymi gołymi nogami i zwieszonym nosem. Powiodłam wzrokiem po moim mieszkaniu, ustrojonym obficie w sterty ciuchów – jeszcze w niedzielę za tymi stertami stała pewna logika, te na wyjazd, te do prania, te do szafy, ale już mi się pomieszało – i kopczyki monet w różnych walutach. Niezbyt domowo to teraz wygląda, jeśli mam być szczera, raczej jak jakieś biuro rzeczy znalezionych. Wzrokiem powiodłam i dotarło do mnie, że nie ma takiej możliwości, bym to dziś wieczorem ogarnęła. Troszeczkę nie mam wyjścia jednakowoż, zatem dałam sobie chwilę na walkę wewnętrzną. Niemniej, jako że kobietą jestem i multitasking to u mnie rzecz wrodzona, bo nudzę się, gdy wykonuję tylko jedną czynność, to pomyślałam, że w trakcie walki wewnętrznej o to, czy sprzątać, czy zalec w wannie pod wieloma słusznymi pretekstami, chociaż sobie pocztę prywatną sprawdzę.
W której to poczcie zalegała wiadomość zwięzła, ale nader sympatyczna.
Autorka lekko kwiknęła, rozpromieniła się jak to teletubisiowe słoneczko i pomyślała, że właśnie tego jej było trzeba. To jest to „coś miłego”, po czym mi od razu lepiej. Niewiele trzeba czasem, by odzyskać wiarę w ludzkość. 
O, rety rety. Czas wrócić do gapienia się na sterty, bo może mi się nie chcieć, ale do powrotu na Półwysep coraz bliżej. A gdy misja na Półwyspie się skończy, rozpocznie się nowa.
W odmęty niezłego absurdu popłynęło moje życie, gdyby mu się przyjrzeć z bliska. I sama nie wiem, jak to się stało. To znaczy niby wiem, wszak byłam przy tym, ale jednak nie wszystko przewidziałam…

All doors in flight

Wróciłam na chwilę, ale za dni parę kieruję się ponownie na Półwysep Iberyjski, gdzie będę jeść, jeść oraz jeść, a w przerwach ewentualnie pracować. Życie takie ciężkie.

Tak sobie właśnie dziś myślałam, frunąc do domu nad słoneczną Europą, że nie jest źle. Naprawdę nie jest źle. Mam świetną pracę (przypomnijcie mi to przed kolejnym nerwowym spotkaniem), rzucają mnie w różne miejsca świata, spędzam wieczory na testowaniu kulinarnych rarytasów, pan i władca ciągle odbiera moje telefony (bądźmy szczerzy, leży to w jego najlepszym interesie, inaczej nie będzie dostawy wina i słodyczy). Obleci. Byłabym niemożliwie durna, gdybym narzekała – choć oczywiście nie zawsze jest rozkosznie. Za wszystko trzeba zapłacić. Ja płacę, jak wspominałam, samotnością, choć tym razem jest o tyle lepiej, że zespół, z którym teraz pracuję, jest cudowny. Chadzamy wieczorami na zbyt długie kolacje i ogólnie świetnie się bawimy, ale kto nie bawiłby się świetnie w tym mieście?
Wczoraj po pracy polazłam do Mercado de San Miguel – miejsca, które pamiętam z mojej pierwszej wizyty w Madrycie i które jest piekłem i niebem zarazem dla każdego człowieka ceniącego rozkosze podniebienia (jak i cały Madryt zresztą). Macie tam tapas ze wszystkim, co Bozia stworzyła, oraz sangrię w szklankach. Jest to miejsce, w którym można spędzić caluchny wieczór, wpychając w siebie kolejne przekąski mimo mdłości z przejedzenia. A za oknami wytrwale bezchmurne madryckie niebo, gęstwina uliczek i szerokie, ukwiecone aleje, po których samochody pędzą odrobinę zbyt szybko (mój kolega nieco się zestresował, gdy wieczorem wracaliśmy z knajpy taksówką do hotelu, bo zauważył 80 km/h na liczniku w centrum miasta), zapach świeżo parzonej kawy na każdym rogu, olśniewająco przystojni mężczyźni. Ratusz z wywieszonym napisem REFUGEES WELCOME. W Paryżu jakoś nie potrafiłam się odnaleźć, w Madrycie natychmiast poczułam się dobrze. Jedna z jego dzielnic – taka wiecie, cool – nazywa się Malasaña, co mnie zawsze bawiło trochę, bo malasana to też nazwa pozycji w jodze i w dokładnie taki sam stan umysłu jedno i drugie was wprawia. Madryt jest zrelaksowany, w Madrycie ludzie się uśmiechają. Jest ogromny, ale nie przytłaczający. Nie wiem, czy to przez słońce, czy wino, czy przez to, że wszystkich całymi dniami mdli z przejedzenia, ale Madryt jest bardzo wyluzowany. I zaraża tym. Któregoś wieczora w naszym hotelu wysiadła elektryczność. Normalnie by człowiek pomstował. Co zrobiła ekipa? Umówiła się natychmiast przy recepcji i poszła do knajpy za rogiem. Fenomenalnej zresztą. Jeśli w menu stoi zagadkowa pozycja pt. „słoik z ziemniakiem, jajkiem i truflą”, istotnie dostajecie słoik z ziemniaczanym puree, jajkiem na miękko i płatkami trufli do samodzielnego wymieszania (gdyby słowo „trufla” kojarzyło się wam ze słowem „drogie”, to nic z tych rzeczy, nie tutaj) i płaczecie ze szczęścia, a jeszcze deser, mus z gorzkiej czekolady podany w sporej misce, omatkobosko… i szef kuchni wygląda tak… Taki ten Madryt jest. Zgroza.

Ale poza tym, proszę ja was, to chyba się starzeję. I już nawet nie dlatego, że ostatnio ze zgrozą liczyłam siwe włosy w grzywce. Ja się po prostu staję socjopatą jakimś. Im jestem starsza, tym bardziej nie lubię ludzi. Coraz bardziej mnie męczą. A dziś na ten przykład, po raz pierwszy w życiu zwróciłam kobicie tarasującej przejście przez długie minuty, bo przecież trzeba przedyskutować z mężem, kto będzie siedział przy oknie, upychać pedantycznie wszystkie swoje liczne klamoty w schowku i poprawiać włosy – AAAARGHH! Wstałam o piątej i mam krótką przesiadkę, babo! I PMS takowoż! Chcę usiąść na moim siedzeniu, dostać moją nieśmiertelną bułę z tartą marchewką i polecieć do domu! Nie wytrzymałam wreszcie i poprosiłam kobitę, żeby choć nieco się przesunęła. Rzuciła mi Spojrzenie, ale ku uldze mojej i całej kolejki za mną łaskawie zabrała swą osobę z przejścia.
Nie znoszę tego. Całym swoim człowiekiem nie znoszę, gdy ktoś kompletnie nie zwraca uwagi na istnienie innych ludzi w jego przestrzeni. Zwłaszcza w podróży tego nie lubię. Nie lubię stania po obu stronach ruchomych schodów, nie lubię, gdy kto się snuje, jakby miał ciśnienie 50/30 i w taki sposób, że nie można go wyminąć, nie lubię zajmowania cudzych miejsc. Jeszcze parę takich by się znalazło. Powiedzcie mi proszę, że nie jestem w tym nielubieniu osamotniona i nie zmieniam się w zrzędliwą starą babę.
Niestety dotyczy to nie tylko przypadkowych maruderów spotkanych w drodze.
Coraz częściej z pewnych relacji się wyłączam. Nie chce mi się żebrać o kontakt. Sama popełniłam parę okropnych błędów w relacjach międzyludzkich, przyznaję, ale nie mam już siły na pytanie po raz wtóry, czy ten i ów ma chwilę w weekend. Nie ma? Trudno.

The rain in Spain falls mostly on the plain 

Uszanowanie. 

Doleciałam bez przygód, moja walizka zdążyła się przesiąść, udało mi się podczas przerwy w podróży kupić bilet na Hamleta (nerwy były, bo system się wywalił), Pireneje w dole prezentowały się wyjątkowo fotogenicznie, a później krajobraz w dole nabrał ładnych kolorków. 


Tym samym dotarłam do kolejnego z moich tymczasowych domów w nastroju bardzo dobrym. 
Po 48 godzinach w pięknym mieście Madryt z przyjemnością zawiadamiam, że jestem zachwycona – i ze smutkiem, że czuję, jak tyję. Oni tu są absolutnie niepoważni, jeśli chodzi o rozmiar porcji, a że jedzenie jest wszędzie… Cóż. Wczoraj zamówiłam sobie sałatkę na przystawkę i nie mogłam jej skończyć. Mój kolega ze smutkiem poddał się po zjedzeniu połowy własnego obiadu. Jutro idziemy na służbowy obiad – tutejsza szefowa postanowiła, że każdego tygodnia będziemy jeść w innej dzielnicy, to przy okazji miasto poznamy – i mdli mnie na samą myśl. Napisałam do pana i władcy, że wrócę gruba, to się ucieszył, że będzie więcej do… nieważne, to zboczuch stary przecież. Swoją drogą, w knajpie obok biura pracuje chłopak tak niepokojąco do niego podobny, że mam nadzieję, iż nie zestresowałam go moim psychopatycznym gapieniem się wczoraj. W każdym razie to kolejne z moich ważkich spostrzeżeń – mężczyźni tutaj są raczej urodziwi, a co ważniejsze, uśmiechnięci. No, ale czemu mieliby się nie uśmiechać – słońce im świeci, wino mają tanie, tapas na każdym winklu… Można to jakoś znieść. 

Tonta de remate

Wracam otóż w miniony poniedziałek do biura, otwieram skrzynkę pocztową, a tam szaleństwo, fumy i wapory, wszystko na wczoraj, bilety rezerwuj natychmiast, bo najpóźniej za tydzień musisz tu być.
Każą, to robię, co nie.
Całkiem dobrze to wygląda, muszę przyznać. Miejsce przyjemne. Ludzie fajni. Pierwsze zaproszenie na spotkanie, jakie dostałam, nosi tytuł: „Cotygodniowa kolacja i drinki”, co oznacza, że szefująca temu projektowi ma właściwie poustawiane priorytety. Zresztą znamy się nie od dziś, wobec czego spodziewam się, że pójdzie lepiej niż ze zmorą, daj jej Boże opry… zdrowie.

Nie pierwszy to raz i raczej nie ostatni, ale skłoniło mnie to wszystko do refleksji.
Nie mam potrzeby, nigdy nie miałam, jakiegoś szczególnie silnego ukorzenienia, dlatego też wybrałam taką pracę, jaką obecnie mam. Lubię ten mój grajdołek, doceniam jego uroki, niemniej niewiele mnie w nim trzyma – moja kwatera główna, pan i władca, trochę znajomych, ale już coraz mniej, Bogiem a prawdą. Z drugiej strony mam coraz więcej fumfli w innych punktach świata, widywanych rzadko, za to intensywnie. Za własnym łóżkiem nie tęsknię i zawsze – z większym lub mniejszym powodzeniem – staram się oswoić miejsca, w które trafiam. Odkrywam.
Ale jest jeden duży minus i minusem tym jest samotność. Ja sobie z nią ogólnie dość dobrze radzę jako ktoś, kto nie potrzebuje do szczęścia ciągłego towarzystwa innych ludzi (uuu, wprost przeciwnie). Dotychczas nie miałam z nią problemu. Toteż jakże się zdziwiłam, kiedy mnie po raz pierwszy uderzyła. Jakaś taka dziwaczna tęsknota cholera wie za czym, jakieś takie psie smutki, jakieś „mam wolne, ale nigdzie nie pójdę, zostanę w łóżku”. Nie bardzo wiedziałam, co z nią zrobić. I szczerze pisząc, trochę się jej obawiam, chociaż po całym ubiegłym roku już wiem, co trzeba robić w sytuacji, gdy człowiek ma ochotę siedzieć w kąciku i użalać się nad sobą, bo taki biedny sam daleko od domu (w którym nie może usiedzieć zbyt długo, jak na ironię). Trzeba wbrew sobie podnieść dupę i wyprowadzić ją za drzwi, pójść na porządny obiad, na fikuśnego drinka albo sprawdzić w internecie opcje wycieczek za miasto, kupić bilet i pojechać.
Niemniej przez te rozmyślania o tym, że znowu ja nieszczęsna, jak ten palec sama, koleżanki dzieci rodzą i domy pod miastem budują, a ja na walizkach, też mi się zachciało, co jeśli mama źle się poczuje, gdy mnie akurat nie będzie i tak dalej – wpędziłam się w dość podły nastrój.
W tymże podłym nastroju siedzę dziś w robocie i ciupię sobie coś tam skwapliwie, gdy wtem słyszę nieśmiałe bzz, bzz. Zerkam na telefon. Luxemburger!
– Cześć, wszystko dobrze?
Ja bardzo proszę, niech mi ktoś wyjaśni, skąd oni wiedzą, kiedy są potrzebni. O kobiecej intuicji tyle się mówi, a tymczasem to mężczyźni zachowują się niekiedy w taki sposób, że można zacząć podejrzewać, iż założyli wam kamery i podsłuch w domu. (W sumie to on przez parę godzin przebywał w moim mieszkaniu sam. I jest inżynierem. Rany boskie).
Odpowiadam.
– Jedziesz do Madrytu? Wspaniale! Złapiesz trochę słońca. Sklepy fajne. Wydałbym tam całą pensję.
Wiem, stary. Cienia wątpliwości nie mam. Byłam z tobą na zakupach. Żywo pamiętam mój szok po zobaczeniu kilkudziesięciu par ułożonych podług koloru spodni w twojej szafie. Ale – sama przecież przywiozłam z Madrytu właśnie mój ukochany płaszcz, więc wiem, że drogi kolega ma rację.
– Znajdziesz sobie jakieś przystojne lokalne towarzystwo… – kontynuuje człowiek z Beneluksu.
– Czy twoim zdaniem naprawdę wszystkie życiowe problemy rozwiązuje seks?… Nie odpowiadaj.
– A nie jest tak?
Gdyby się zastanowić…

Chciałabym powiedzieć, że mój ukochany i bezcenny płaszcz wraca do domu, ale wiosna to nie jego pora roku. Cóż, może nabędę nowy?

The beauty in our London skies

No i się stało w moim Londyniu to, co się stało. Ten oczywiście wstał, otrzepał się i poszedł dalej bez wahania. U nas tymczasem histeria, pani premier z właściwą sobie empatią wygłosiła w wywiadzie coś w stylu: „a nie mówiłam, bo złe emigranty”. Myślę, że już dość ją wszelkie Bloombergi, Reutersy i Financial Timesy dojechały za dzisiejszą wypowiedź, więc nie będę wredna i nie napiszę, co myślę o takich szczytach dyplomacji.
Ale moja miłość do miasta, którego nie ma, mimo tych myszy i pogody i cen i wszystkiego, rozkwitła jeszcze bardziej w ostatnich godzinach. Londyn to nie jest, jak to mówi mój znajomy, jakaś rurka z kremem. Londyn się nie ugnie tak łatwo. Londyn najwyżej powie: please kindly go fuck yourselves, cheers. I mówi. I to chyba jedyna metoda, by świrów wszelkich zniechęcić. Wczoraj wszystkie teatry West Endu – leżącego dość blisko Westminster – zgodnie oświadczyły, że przedstawienia odbędą się jak zwykle.
Całym sercem jestem z moim ulubionym miastem. Z miastem, które nie jest tylko setkami kilometrów kwadratowych zabudowanymi betonem, ale stanem umysłu (to w sumie jak Kraków, przypomina mi mój mały wewnętrzny cynik). Miastem, które niektórych bezwzględnie odrzuca, a innym daje się pokochać – jeśli was zechce, to na dobre. Zaprzyjaźniacie się z nim, zakochujecie w nim. Choć myszy i pogoda i ceny i wszystko. Zaczynacie o nim myśleć jak o KIMŚ.
Drugim moim takim jest Neapol (nieprędko zapomnę właściciela naszego B&B, który co rano wspinał się zdyszany po schodach, żeby przynieść nam świeże brioszki, zaparzyć paskudnie cienką jak na Włochy kawę i obowiązkowo pocałować moją mamę w rękę ze śpiewnym „Baaarbara!” – uwielbiałyśmy faceta mimo tej kawy, Eugenio mu było na imię), też niepiękny, brudny i wielce charyzmatyczny. Trzecim… Czwartym… Jeszcze parę by się znalazło.
Ale Londyn zawsze będzie pierwszy.
Bo to wspaniałe, wspaniałe miasto jest, wiecie.
Gdy tam wylądowałam po raz pierwszy w roku 2004, bałam się wszystkiego. Nigdy wcześniej nie byłam w takim dużym mieście. A potem odkryłam, że w Londynie nie sposób czuć się obco, bo on jakoś tak się wami opiekuje. Rozkłada nad wami swój parasol. Latałam do Londynu wesoła i smutna, czasami załamana nawet, a on mnie zawsze przyjmował ciepło (może poza tym razem, gdy przez półtorej godziny tkwiłam wściekła w kolejce do kontroli granicznej – ale w sumie i wtedy urzędnik powiedział, że mam ładny płaszcz i się odgniewałam). Jakby mi mówił: „Dobrze, że jesteś. Ja tu się tobą zajmę zaraz i będziemy się świetnie bawić”.
Kocham cię, Londyn.

I don’t sleep, I keep my radio on

Dzień dobry. U mnie nic nowego. Za to moja sąsiednia dzielnica z drugiej strony mostu, Nowa Huta, chce zostać uzdrowiskiem. Owszem, nie na serio, tylko wyśmiewając Podhale, na którym odór aż zatyka (pamiętam, jak raz siedziałam w zakopiańskiej knajpie, obserwując z rosnącym zdumieniem, jak kelnerka beztrosko wrzuca plastikowe kufle do kominka), ale w sumie argumenty pomysłodawców są uroczo trafne. I nawet byłabym za, bo tam zielono. Jeże tuptają nocą.

Tak sobie tymczasem czytam o tej repolonizacji mediów, czy też „udomawianiu”, bo takie słowo dziś padło, i śmiech pusty mnie ogarnia. Zapytałam onegdaj pana i władcę, co o tym sądzi jako, bądź co bądź, pracownik tejże branży. W odpowiedzi usłyszałam dokładnie to, czego się spodziewałam, czyli mięsistą wiązankę, uzupełnioną po chwili refleksji jeszcze bardziej mięsistą wiązanką. Niezmiennie pozostaję pod wrażeniem, jak on potrafi wiązankować. Może to niepokojące, ale bardzo lubię słuchać, jak klnie. Niewiele rzeczy poprawia mi humor tak skutecznie, jak staranne i dźwięczne kurwy kolegi. Jest to jedyna osoba, u której nadmiar takich słów mnie nie irytuje, bo on je tak cudnie i warstwowo kompiluje. Inna sprawa, że przez niego sama używam ich coraz więcej, choć ciągle jestem daleka od stanu, w jakim wróciłam wiele lat temu z tygodnia wśród lotników – wchłonęłam tyle kuchennej łaciny, że sama przez kilka dni po powrocie posługiwałam się grubymi słowami namiętniej niż kiedykolwiek wcześniej. Później na szczęście mój słownik wrócił do normy.
Tak czy inaczej, idiotyczny strasznie ten pomysł repolonizowania i podejrzewam, że dla władzuni może stać się mieczem obosiecznym, wszak media to też władza, i to całkiem potężna. Ruszanie z nimi na wojnę to troszkę słaby pomysł.
Zresztą gdy oglądam takie wyczyny w publicznej telewizji, to chyba już wolę te straszliwe germańskie media prywatne.
Poziom mojego zażenowania tym, co się wyprawia, ciągle rośnie, a wydawało mi się tyle razy, że już przebił sufit.

Oderint dum metuant

Wybrałam się wczoraj na Cesarza Kaligulę. Jak wspominałam, mam pasjonujące życie. Nie mam nic do lepszego do roboty, to po teatrach latam.

Początek podobał mi się bardzo – talk show z udziałem wyraźnie zagubionego specjalisty od biografii Kaliguli, którego odpowiedzi są całkowicie ignorowane przez przebojowego prowadzącego z zacięciem manipulatorskim – ale później to już różnie bywało. Osobiście uważam, że nic by się nie stało, gdyby troszeczkę ten spektakl skrócić, bo były momenty, gdy myśli mi uciekały, a on nieco traci tempo chwilami.
W sumie to nie bardzo wiem, jak to przedstawienie ugryźć.
Jedno muszę przyznać – bohater tytułowy wzbudził moją sympatię. Tak jest. Sądzę zresztą, że taki był zamysł, uczłowieczyć trochę to owiane krwawymi legendami monstrum. On i Makron, jego prawa ręka i człowiek od brudnej roboty. Elegancka sylwetka, lodowate spojrzenie, nieodłączne skórzane rękawiczki. I jeszcze Sabinus, w okropnie żółtym, ale jakże pięknie skrojonym garniturze (kostiumy są naprawdę, naprawdę pierwsza klasa, kamizelkę Kaliguli sama bym z rozkoszą nosiła, przepraszam za ten zbędny wtręt, ale taka prawda).
Trzeba jednak przyznać, że jest jeszcze jeden dobry aktor w tym spektaklu i jest to sama sala teatralna. Miejsce swoje robi, a scena na Sarego jest miejscem arcyciekawym. Bardzo lubię tam bywać. Kiedyś w tym budynku mieściła się loża masońska – owszem, owszem – i kasyno Oficerów WP Wyznania Mojżeszowego. W tym spektaklu właściwie nie ma scenografii, poza tymi dziewiętnastowiecznymi stiukami. I ekranami, na których możecie obserwować twarze aktorów. Sprawdza się to.

A gdy wracałam w środę z Łaźni, panie podążające za mną na przystanek autobusowy na Placu Centralnym toczyły ciekawy dialog.
– Ale ona strasznie choro wygląda.
– Widziałaś kiedyś aktora, który by zdrowo wyglądał z bliska?…
Publiczność to okrutna jednak jest.
Dziwne niebywale, doprawdy, że aktor wygląda jak człowiek. Że jeden z drugim poza sceną jest kruchy jak laleczka z saskiej porcelany albo zdumiewająco wysoki, nosi jakieś wytarte portki i byle sweterek, nie ogolił się dość dokładnie, nie maluje się, ma zmarszczki pod oczami, wygląda na swoje lata. I cóż z tego. Właściwie to ja nawet lubię widzieć ich „ludzką” stronę, jest w tym coś rozczulającego; coś wspaniałego również, bo wtedy dopiero zauważacie, co z nimi scena robi, jak nieprawdopodobną metamorfozę przechodzą. Jak na ironię, przed Koncertem życzeń wdepnęłam do klubu Kombinator, a tam w kąciku siedziała jakaś niepozorna osoba. Moment „o rany!” nastąpił dopiero po długich sekundach zastanawiania się, kogo ona mi przypomina.

(Dziś natomiast piękna, pierwsza tego roku burza huczała nad Podgórzem – ja się boję burz, a jeszcze bardziej, odkąd jedną przesiedziałam na plecaku na tatrzańskim szlaku, płacząc ze strachu – ale burze wiosnę niosą i wicher wieje, więc dobra nasza).

Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy

Nie mam nic lepszego do roboty w tym tygodniu (to znaczy mam, ale mi się nie chce), więc chodzę do teatru. Przedwczoraj byłam i wczoraj też. Aż takie mam pasjonujące życie. Jutro też pójdę, ale powiedzmy, że tę jutrzejszą wizytę da się wytłumaczyć moimi powiązaniami towarzyskimi.

Wtorkowy spektakl podobał mi się bardzo, choć ogromnie trudno go oceniać. Domyślam się, że to nie każdego para kaloszy.

Najbardziej lubię teatr o teatrze. Lubię też taki, który staje frontem do widza i mówi: „no widzisz, to wszystko jest na niby. Nie traktuj tego zbyt serio”.  Szewcy w Starym to jest takie właśnie przedstawienie w przedstawieniu, teatr o teatrze. O rzemiośle. Ten tu szewski warsztat, ze stukającymi miarowo maszynami, to tylko przenośnia. Zatem obok tekstów Witkacego mamy wypowiadane wprost do widowni ubolewania na los, na trzecioplanowe role (za takie nawet Oscarów nie dają), na pensje, na kolegów niekiedy żenujących w tym, co robią na scenie, na reżyserów, których jedyny pomysł na daną postać jest taki, by po prostu przesiedziała na scenie akt pierwszy, drugi i zapewne trzeci także. Ogólnie frustracja leje się ze sceny w uszy rozbawionej widowni wartkim strumieniem.
Ale.
Jak mówi Czeladnik II, czy też świetny w tym spektaklu Szymon Czacki w przerwie od bycia Czeladnikiem – aktor aktorem pozostaje stale, nawet na zmywaku w Anglii. A Radosław Krzyżowski, jeszcze świetniejszy, dodaje, że aktor w człowieku nigdy nie traci wiary, karierę po czterdziestce też da się zrobić (bo Marian Dziędziel…), po fakapie jakoś się człowiek pozbiera. I ten aktor zawsze wyłazi na wierzch. Nawet gdy człowiek idzie do mięsnego schab kupić i gdy otwiera usta do ekspedientki, natychmiast mu się głos obniża (to akurat prawda, zaobserwować miałam okazję po wielokroć).
To jest pierwsza warstwa tego przedstawienia.
Kolejną odkrywamy, gdy na scenie pojawiają się kolejne trzy osoby odwiedzające tę teatralną wersję szewskiego warsztatu. I ich niemiłosiernie znudzony swoją robotą przewodnik, na powitanie klepiący jak automat strofy Wyzwolenia, „wielka scena otworem” et cetera et cetera. Tu znowu publiczność, która zapewne w większości widziała świeże Wyzwolenie w Słowackim, zachichotała. Trzy osoby – aktorzy i goście jednocześnie – zasiadają w rogu sceny. Pytają. Dlaczego ten Sajetan nie jest siwiejącym blondynem, skoro w opisie stoi, że jest. Przewodnik wyjaśnia cynicznie, że krawiec kraje, jak mu materii staje. Po czym spaceruje leniwie za kulisy, żeby włożyć lśniący frak i piękne buty; błyszczy jako księżna, po czym na nowo jest zblazowanym animatorem kultury, po czym znów sobą, aktorem Krzyżowskim, po czym znów księżną. Squrvy tymczasem spogląda z boku. Z wysoka. Z pogardą.
Trójka aktorów operujących szewskimi maszynami – czeladnicy i Sajetan – to profesjonaliści dobrze znani widowni. Księżna i Scurvy również.
Druga trójka jest niepełnosprawna. Ale to nic nie zmienia.
Jest piękna scena w tym spektaklu, w którym jedni pomagają drugim wybijać rytm.
Właściwie to takich scen jest wiele – team spirit aż miło.

Taka to historia. Aktorzy. Całe życie w cudzych butach. Zresztą i one w tym przedstawieniu ważną rolę grają – buty noszone przez aktorów Starego na scenie. Między innymi obłędne kowbojki Krzysztofa Globisza z Wesela hrabiego Orgaza, brawurowej absolutnie rzeczy, którą lat temu parę miałam przyjemność widzieć.
I on sam.
Dobrze widzieć go znowu na scenie, a jeszcze lepiej widzieć go w dobrej formie, z ogniem w oczach. Widownia oczywiście zwariowała. Jego pojawienie się to piękna puenta całego spektaklu. Oto bowiem fantastyczny aktor zmagający się ze skutkami udaru, z afazją wychodzi śmiało na scenę i po prostu robi swoje.
Szczerze polecam. Naprawdę bardzo szczerze polecam. Nieczęsto zdarza się, że przedstawienie podoba mi się bezwzględnie i całkowicie, a to podobało mi się bezwzględnie i całkowicie, i pójdę jeszcze raz.

Wczoraj natomiast pofrunęłam do Nowej Huty, zobaczyć wreszcie Koncert życzeń. Zbierałam się i zbierałam, i zebrać się nie mogłam, aż wreszcie uznałam, że skoro siedzę akurat w Krakowie, a bilety jeszcze są, to nie ma to tamto. Trzeba iść. No i poszłam.
Jak być może wiecie, a być może nie, jest to monodram, ale o tyle niezwykły, że nie pada w nim ani jedno słowo. Ani jedno. A widzowie, zamiast siedzieć wygodnie, stoją wokół maleńkiej sceny, wysokiej raptem na 20 centymetrów. Mogą chodzić wokół, przyglądając się bohaterce krzątającej się po swoim mieszkanku pod różnym kątami. Obserwują jej wieczorny rytuał – jak wraca do domu z pracy, przebiera się, wyjmuje z siatki zakupy, przegląda pocztę (same rachunki i reklamowe gazetki), pierze rajstopy, zmywa makijaż. Robi sobie kolację, starannie, pedantycznie wręcz rozkładając naczynia i sztućce. Włącza radio, gdzie akurat trwa koncert życzeń. Wojciech Mann czyta miłosne historie słuchaczy. Twarz bohaterki na chwilę tężeje.
To jest ten moment, gdy na idealnie gładkiej, lśniącej szybie pojawia się pierwsze drobne pęknięcie.
Pogra jeszcze w Simsy, przygotuje łóżko do spania, nastawi budzik, sprawdzi, czy kurki zakręcone, czy mikrofalówka wyłączona. Położy się, ale zaraz wstanie i podrepcze na bosaka do kuchni, żeby wyjąć coś z szuflady.
W ostatniej scenie bohaterka po prostu schodzi pomiędzy widzów i staje wśród nich, jak kolejny obserwator. I stoją tak sobie wszyscy przez chwilę w przejmującej ciszy, aż wreszcie ktoś pierwszy, wyrwany z odrętwienia, nieśmiało zacznie klaskać.
Gdyby mnie kto spytał – uważam, że to wybitny spektakl. Duże słowo, wiem. Mimo wszystko będę się przy nim upierać. Zważcie, że to historia opowiedziana wyłącznie za pomocą zwykłych, powtarzalnych gestów, jakie każdy z nas każdego dnia wykonuje, brnąc przez to swoje żyćko. Spomiędzy tej rutyny wyłania się subtelnie tragedia. Cichutkie cierpienie. Odmiana raka szerzej znana pod nazwą samotność, zżerająca niepostrzeżenie zwyczajnych ludzi, którzy pozornie nie mają na co narzekać, wszystko przecież pod kontrolą, wszystko uporządkowane. To skromne i niedługie przedstawienie uderza tym mocniej, że widz czuje się dość nieswojo, podglądając czyjąś codzienność – ablucje, jedzenie, przebieranie się w domowe gacie. Wyobraźcie sobie, że z pokoju, w którym teraz siedzicie, nagle znikają ściany, za to otacza was kilkadziesiąt zapatrzonych w was osób. Zresztą mniejsza o gacie i obieranie pomidora. Wyobraźcie sobie, że oni widzą wasze emocje. To wszystko, czego nie musicie ukrywać, gdy jesteście sami. Troszkę przerażające, nie? Dla widza, zapewniam, również. Niekomfortowe. Ale ja lubię taki dyskomfort. Po to właśnie jest teatr – żeby nas czasami delikatnie wypchnąć, czasami brutalnie wykopać z naszej bezpiecznej, wygodnej strefy.
Coś fenomenalnego wydarza się podczas tego spektaklu, w którym aktorka nie ma trzech ścian chroniących ją przed brakiem czwartej, ale jednak ani razu – przynajmniej do ostatnich chwil – nie spogląda na publiczność. Otóż ta publiczność, stojąca najpierw przynajmniej metr od tej maciupkiej sceny, zgodnie z wszelkimi zasadami zachowania dystansu w kulturze europejskiej, stopniowo się do niej zbliża. Nie dlatego, że koniecznie chce zajrzeć bohaterce w talerz. Dlatego, że czuje się z nią coraz bardziej związana. I tworzy się wokół tej kobiety taki krąg niesamowity. Nie można jej uratować, ale chociaż można być bliżej niej.
Przy okazji Drugiej kobiety oglądanej podczas festiwalu Boska Komedia parę zim temu pisałam, że Danucie Stence truciznę bym z ręki zjadła. Egzaltowane to stwierdzenie aż zęby bolą, wiem, ale uwielbiam ją. Słowa nie opiszą mojego uwielbienia dla tego, co ona robi z widownią. Nie każdy aktor porwałby się na coś takiego. Jestem przeszczęśliwa, że to widziałam, choć nadal jest mi smutno.
(Dodajmy, iż zamyślona i przygnębiona autorka prawie przejechała przystanek w drodze do domu – Bogu dziękować, że mi wywalili nieopodal mojej kwatery głównej wielki i świecący kolorowo biurowiec, więc zauważyłam go w ostatniej chwili i wyskoczyłam z autobusu).

This constant condition

W tym tygodniu zajmowałam się głównie rozmyślaniami o tym, jak też następnego dnia będzie wyglądał mój zawodowy rozkład jazdy na najbliższe miesiące. Ma to dla mnie znaczenie dość spore, bo to rozkład jazdy dosłownie – jak być może zdążyliście zauważyć, ja dość często odwiedzam lotniska i nie dlatego, że mam takie hobby (no owszem, troszeczkę też). I gdy już w czwartek po południu grafik został jako tako poskładany, a ja stwierdziłam, że nie jest źle (mimo iż zaistniało ciekawe ryzyko powrotu z wakacji w sobotę i wyjazdu w delegację od razu w niedzielę – do tego samego kraju, w którym spędzam urlop!), wczoraj rano zastałam w skrzynce mail od szefa, składający się tylko ze zdania „zadzwoń do mnie koniecznie rano”.
No bo znowu się pozmieniało.
Pozmieniało się tak, że jeśli to istotnie się wydarzy, to będzie jakiś hardkor absolutny, ale jakże ekscytujący.
Zaprawdę, można się przyzwyczaić.

Zajmowałam się także obserwacją naszej sceny politycznej, coraz bardziej zdumiona tym, co widzę. Wstyd sakramencki. Zawsze byłam pod wrażeniem ludzi, którzy potrafią brnąć w całkowitą żenadę, byle tylko nie powiedzieć: „no dobra, głupio wyszło, sorki za to”. A gdy dziś usłyszałam, że ta wtopa straszliwa została nazwana zwycięstwem i pani premier dostała kwiaty, to już mi się natychmiast przypomniało. Same dobre wiadomości.

No i jeszcze Dzień Kobiet mieliśmy. Mam w związku z tym garść refleksji, jak zwykle.
Nie będę pisać, czy mi fajnie czy niefajnie z moją kobiecością – nie uważam, by bycie kobietą było szczególnym przywilejem. Ani karą. Nie mogę powiedzieć, że uwielbiam być kobietą i nie mogę powiedzieć, że tego nienawidzę. Jestem sobą, to przede wszystkim – jestem mną. Jestem pogodzona z moimi emocjami, z moim zmieniającym się ciałem, z seksualnością. Dogadujemy się.
To, z czym pogodzona nie jestem, to trochę dłuższa historia, ale ona nie dotyczy mnie samej.
Niektórzy dziwili się otóż niezmiernie, po co znowu te kobiety maszerują.
Niektóre właściwie.
Uwielbiam takie deklaracje, wiecie: „no ale o co chodzi, przecież MNIE jest dobrze!”. No, mnie w sumie też. Czekoladki dostałam i tak dalej. Ale nie ośmieliłabym się myśleć, że jeśli ja jestem ze swojej sytuacji zadowolona, to wszystkie inne kobiety też. Co więcej, moje zadowolenie może przecież jutro stać się pieśnią przeszłości. I gdyby się zastanowić, to nie czuję się aż tak znowu pewnie. Było o tym po wielokroć, bo feministycznych zapędów nigdy nie skrywałam, więc nie będę się powtarzać.
Ale, ale.
Trafiłam otóż w internetach na wpis dziennikarki naszej rodzimej, zaskoczonej bardzo właśnie protestami. Bo niby o co cho. Ona lubi kwiatki i tak dalej, miała przyjemny dzień i wszyscy byli dla niej mili. I czemu te kobiety znowu się pultają o tę aborcję bez powodu. Samo to może nawet by mnie nie ruszyło, okej, nie musi widzieć potrzeby, jej święte prawo. Później wszak ktoś zwrócił jej uwagę, że tu nie chodzi li o aborcję i pigułkę po, ale też o inne sprawy – pensje, mobbing, przemoc, mizerne kary za gwałty i fakt, że kobiety boją się je zgłaszać. Dziennikarka nasza rodzima odparła, że z tym mobbingiem to zależy, a gwałt to taka sprawa, gdzie zarówno oskarżenie, jak i wina są stopniowalne.
Oczywiście. Wszystko zależy. Wiadomo przecież.
Później natomiast trafiłam na komentarze żony mojego znajomego, że te marsze szkodzą prawdziwym kobietom.
Korciło, żeby spytać, kto to prawdziwa kobieta, ale nie chcę psuć sobie stosunków ze znajomym, co byłoby wielce prawdopodobne w tym przypadku, bo jak ktoś głupio gada, to autorka zabiera się za rzeczowe dociskanie, a cisnąć potrafi długo i namiętnie.
Jeszcze później tekst jakiegoś smutnego obywatela o tym, że te protestujące to przecież brzydkie baby są. Ładne, jak wiadomo, przeciwko niczemu protestować nie muszą. Brzydkie, skwaszone, samotne stare panny, co ich pies z kulawą nogą nie zechciał, to co innego. (Swoją drogą, gdybym miała retorykę pana przeciw niemu zastosować, to na zdjęciu nie za bardzo do Ryana Goslinga podobny, ale nie będę tego robić, bo ja wiem, że uderzanie w czyjś wygląd jest niegrzeczne, a on nie).
Im jestem starsza, tym mniej wesoły dla mnie 8 marca, powiadam. Co tu świętować, gdy gorzko.

Beware the Ides of March

– Ty tu u nas zostaniesz kiedyś – pisze mi mój były szef, ten od Bowiego, po tym jak zrecenzowałam mu miniony weekend.
– Co ty, Brexit i te sprawy. Zarzuciłam tę myśl.
– Przeznaczenie, moja droga.
– Wierzysz w takie rzeczy?
– Moja najstarsza córka ma imię Karma.
(Naprawdę ma!).

Od pewnego czasu istotnie głupio wierzę w przeznaczenie, bo pewne zdarzenia w moim życiu plączą się tak nieprawdopodobnie…

Tymczasem dziś urodziny obchodzi pewna przeraźliwie atrakcyjna osoba. Tak troszkę to mi trudno uwierzyć, że już ma tyle lat. A gdy go spotkałam, był przecież dokładnie w tym wieku, co ja teraz i pomyślałam wtedy: „hm, trochę stary”. Na swoje usprawiedliwienie dodam, iż uprzednio smaliłam cholewki do koleżki sporo ode mnie młodszego. Ale ten, choć taki niby wiekowy, w ogóle nie zachowywał się jak stateczny pan już bardziej przed czterdziestką niż po trzydziestce, był wyluzowany niemożebnie i bardzo temperamentny zarazem. Wybuchowa mieszanka, niemniej kusząca. Trochę mnie deprymował na początku, pamiętam. Potem jakoś poszło. W dużej mierze dzięki wielkiej zmysłowości, którą ów dżentelmen emanował i nadal emanuje.
Ani trochę nie złagodniał przez te lata. Może czułości mu trochę przybyło, ale poza tym wszystko tak samo, i w dodatku podejrzewam, że mam więcej siwych włosów niż on. Choć włosów jako takich ogólnie mniej. Życie jest takie niesprawiedliwe.
A że ostatnio przyznał, iż może nawet trochę momentami mnie lubi czy coś takiego, nieważne, to życzę mu (a właściwie sobie) żeby tak zostało. I oczywiście poza tym wszystkiego najlepszego. Choć gdy go zapytałam wczoraj, czego sam by sobie życzył, roześmiał się tym swoim pięknym, głębokim śmiechem i udzielił mi takiej odpowiedzi, że raczej nie mogę jej tu zacytować, przez wzgląd na wysoce perwersyjny wydźwięk. Jak mówię – nic się nie zmienia, mimo że lata lecą.

This above all: to thine own self be true

Widziałam się dziś w mieście Londynie z moją przyjaciółką. Zjadłyśmy miły obiad przed moim odlotem do domu.
– A co cię tu sprowadza tym razem? – spytała. – Znowu za tymi aktorzynami ganiasz?

No, wychodzi na to, że tak.

Ale od początku.
Najpierw poszłam na Sen nocy letniej. To moja ulubiona sztuka wiadomego dramatopisarza. Widziałam wiele jej adaptacji, a na tę musiałam pójść, odkąd przeczytałam zapowiedź, brzmiącą: „Dark fantasies and nightmarish visions unfold in this bold take on Shakespeare’s unparalleled tale of love, betrayal and desire”. Odrobinę się bałam – pierwsze recenzje zapowiadały tzw. Marmite, ktoś dał dwie gwiazdki, ktoś dał cztery. No dobra, pomyślałam, sprawdzę sama. Kupiłam sobie ostrożnie bilet za 10 funtów, korzystając z opcji lucky dip. To takie coś, że nie wiadomo, gdzie się siedzi – dowiadujecie się dopiero przed spektaklem i oczywiście, ponieważ głupi ma zawsze szczęście, wasza autorka kochana wylądowała w drugim rzędzie. I od razu troszkę się zaniepokoiła, albowiem caluchna scena pokryta była błotem.
Ja już dostałam ze sceny wodą (dwa razy), sztuczną krwią (jak poprzednio), aktorplazmą (nie zliczę), confetti, garnkiem raz niecelnie. Tym razem błotem troszeczkę. Niemniej zbyt wiele przeciwko temu nie miałam, bo spektakl bardzo ciekawy. To nie jest taki wesoły Sen nocy letniej, jaki znamy i lubimy, o nie. Owszem, są chwile bardzo zabawne, ale w gruncie rzeczy to raczej koszmar. Niesamowicie zmysłowa opowieść, fakt, ale i przerażająca. Puk w tym przedstawieniu jest raczej odpychający niż uroczy, obleśny wręcz i cała jego zabawa w swaty za pomocą czarów to bardziej cyniczna gra. Zakochani nie są aż tak znowu zakochani, chcą po prostu seksu. Lizander prawie gwałci Helenę.
Zatem błoto wszędzie – pod koniec aktorzy umazani są nim całkowicie, od stóp po włosy. Niezdrowa namiętność. Niepokojące wokalizy zamiast ścieżki dźwiękowej. Bardzo dobre role (och, panie Dagleish!), ale nawet moi ulubieni Rude Mechanicals nie są w tym przedstawieniu aż tak zabawni jak zwykle. Są raczej bandą dziwaków i nieudaczników (trzeba jednakowoż przyznać, że Bottom fantastyczny – to za nim to oczywiście „Tyzbe”, nie tak świetna jak jedyny w swoim rodzaju Christopher Logan w wersji Globe sprzed paru lat, którą niezmiennie polecam, bo wyję ze śmiechu za każdym razem, gdy ją oglądam; można sobie ściągnąć legalnie z ich strony). Czy zatem da się przerobić słynną komedię na niepokojącą opowieść o tym, że ludźmi w gruncie rzeczy rządzi ich libido? A i owszem.

Opuściłam południowy brzeg, wsiadłam w metro, bo szybciej, i via hotel (trzeba było policzki poróżowić w końcu, nie ma to tamto) pośpieszyłam do Islington.
W Islington stoi Almeida Theatre. Bardzo mały – jak na Londyn – teatr, kameralny. Świetny bar ma również (wiem, bo przyszłam wcześniej, gdyż nie miałam co ze sobą zrobić, cytując klasyka). Teatr ten od ładnych paru lat, mimo że mały i nie w centrum, nadaje tempo kulturalnemu życiu stolicy Brytanii i śmiem twierdzić, że jego znaczenie nawet dalej sięga.
No i wymyślili sobie w tym teatrze, że wystawią Hamleta. A na Hamleta wezmą takiego gostka, Andrew Scott się nazywa. Reżyserii podjął się Robert Icke, facet, który wyrasta na jedną z najbardziej znaczących osób w europejskim teatrze, znany z tego, że nie oszczędza ani aktorów, ani widzów. Nie wybierajcie się na przedstawienie w jego reżyserii, jeśli nie macie wolnych czterech godzin.

Andrew jest, jak wiadomo, jedną z moich miłości. Uwielbiam go. Za całokształt. Widziałam go lat temu parę w Birdland, w którym grał zblazowaną, zepsutą gwiazdę rocka, której lśniący świat nagle się wali, później w The Dazzle, na którym popłakałam się strasznie. Ruszyła mnie wielce ta historia – prawdziwa, dwóch braci żyjących w zagraconym apartamencie – ale też ruszył mnie on. Te jego oczy jak węgle. Otchłań, która na was patrzy. No i ruszyło mnie również to, iż facet wówczas, świeżo po roli w Bondzie, choć mógł gwiazdorzyć po czerwonych chodnikach, wybrał granie dla jakiejś setki ludzi na szóstym piętrze zimnej kamienicy. To jest wszakże rasowe zwierzę sceniczne i widać, czuć, że on potrzebuje publiczności, ma z nią świetny kontakt, czerpie z niej energię i jest cały dla niej. Ale też nie oszczędza jej. To jeden z tych aktorów, którzy od razu dają widowni do zrozumienia: nie myślcie, że sobie wygodnie posiedzicie.
Być może dlatego ten Hamlet jest tak dobry.
To nie jest Hamlet na koturnach, wygłaszający te swoje monologi dobitnie. To jest Hamlet, który się wścieka, wkurwia, wrzeszczy – ale też Hamlet, który szepcze do widzów. Hamlet zrezygnowany. On już wie, że tu nie bardzo jest o co walczyć. Słynne teksty serwuje z wdzięcznym sarkazmem, mrużąc oko do widowni, jakby chciał powiedzieć: już to gdzieś słyszeliście, co?… Zduszony chichot przeleciał po widowni przy okazji ironicznie wypowiedzianego Alas, poor Yorick – tym takim tonem, wiecie, „ojej, ale mi przykro”. Z drugiej strony TEN monolog wygłasza cichutko i delikatnie, stojąc na bosaka tuż przed widzami, zaglądając im w oczy, jakby czekał, aż mu odpowiedzą. Z trzeciej strony nigdy nie słyszałam lepiej i bardziej szczerze wygłoszonego mojego ulubionego szekspirowskiego zdania: there’s nothing either good or bad, but thinking makes it so.
Towarzyszy mu świetna ekipa aktorska i bardzo dobrze jest to wystawione. Doskonale odzwierciedla nasze smutne czasy postprawdy, farbowanych polityków, mediów wciskających się wszędzie, życia na celowniku obiektywu. Czasy, w których ważne jest tylko to, co pojawia się na pasku w telewizji.
W tej małej przestrzeni ta sztuka rezonuje znacznie bardziej niż rozdmuchana, nadęta i nudna Cumberbatchowa wersja. Ogląda się to jak kryminał. Momentami włos na grzbiecie się jeży. Sceny z oszalałą Ofelią, a tym bardziej duchem pojawiającym się w CCTV… o kryste panie.

Po wszystkim ustawiłam się w rządku pod teatrem. Co mi szkodzi, myślę. Może nam się pokaże, a może od razu ucieknie.
I wtem wychodzi taka pchła mała, chuchro takie, ledwo żywe, ale uśmiechnięte szeroko.
– Cześć, jak się masz? – pytają te dwa węgle, te otchłanie.
– Świetnie, ale czuję się, jakby mnie pociąg potrącił – mówię. Zawsze w takich sytuacjach denerwuję się i nie wiem, co powiedzieć, więc uruchamia mi się nadmierna szczerość. Chuchro się śmieje.
– Ja też!
Nie śmiem wątpić. Ja bym po takich czterech godzinach potrzebowała kroplówki.
Zrobił nam selfie. Zabrał mi telefon i zrobił nam selfie.