„Is it true that this world will be destroyed?”… „It’s already happened. And it will happen again. And again”.

Po sobocie przyszła niedziela, jak to na ogół bywa.
W niedzielę wiadomo, co się robi. Idzie się na czytanko i tak też było tym razem.
Dzień był wyjątkowo ładny, choć prawie mnie z mostu do rzeki zwiało. Zanim udałam się na południowy brzeg, poszłam na obiad z moją przyjaciółką. Na Sunday roast, bo cóż innego. Kilka dni później nadal zachodzę w głowę, jakim cudem udało mi się samodzielnie zeżreć pół kury, poprawiając pieczonymi ziemniaczkami. I popić to wszystko rioją. Grzeszne. Albion, widzicie, to nie jest kraj dla dbających o linię.
To bardzo fajna osoba jest, ta moja przyjaciółka. A my się w początkach naszej znajomości wcale jakoś bardzo nie lubiłyśmy. Pracowałyśmy razem i przeszłyśmy parę prób ognia – w pierwszej trochę zawaliłam i ona mnie za to, będąc moją ówczesną przełożoną, potwornie opierdoliła (wybaczcie, ale nie eufemizmy nie oddadzą). Później mnie przeprosiła. A jeszcze później jakoś tak się stało, że się zbratałyśmy; nasze zawodowe drogi rozeszły się bardzo, ale prywatnie utrzymujemy kontakt, a to, że mieszkamy chwilowo w dwóch różnych krajach, nie jest szczególnym problemem. Zresztą widuję ją częściej niż wielu zawsze-bardzo-zajętych znajomych w moim grajdołku, co mi daje do myślenia – ona zawsze niechby godzinę na kawę gdzieś po drodze wykroi, wiedząc, że przylatuję, a z innymi, mieszkającymi parę przystanków tramwajem dalej, nie mogę się spotkać miesiącami, bo ciągle odwołują.

– A może byś poszła ze mną? – spytałam. Przyjaciółka uniosła brew i spytała, co to za przedstawienie. Wyjaśniłam, że to właściwie nie jest przedstawienie, tylko jakby hm, czytanie sztuki (noweli właściwie, napisanej w XVI wieku, która Szekspirowi posłużyła za inspirację podczas pisania „Zimowej opowieści” – bo on, jakby wam to powiedzieć, niewiele swoich fabuł wymyślił zupełnie sam), w warunkach dość spartańskich.
– Nie spodziewałabym się po tobie niczego normalnego – odrzekła. – Ale widzisz, muszę mieszkanie posprzątać…

Tak, to nie jest najbardziej fantastyczna rozrywka w mieście, które ma London Eye i The Shard, i kolejkę linową, i dinozaury, i w ogóle. Ale to niewątpliwie jedna z rozrywek najmilszych. Oto nieźli aktorzy poświęcają swój jedyny wolny dzień w tygodniu (w brytyjskim teatrze to niedziela, nie poniedziałek jak u nas), żeby wam poczytać i przed wami zrobić z siebie durniów. W tym wydarzeniu brała udział tylko piątka aktorów, a ról było wiele – włączając zwierzęta – więc oczywiście wszystko się rozjechało, i powiem wam, że nie ma wielu radośniejszych widoków nad człowieka o urodzie amanta i aksamitnym barytonie (ten po prawej na zdjęciu), który wygłasza żarliwy monolog, a jego towarzysze zabawy wyglądają na dziwnie skonfundowanych, i on wtedy spogląda na nich, na trzymany w dłoni skrypt, znowu na nich, znowu na skrypt, by powiedzieć: „Oh fuck… Sorry, wrong page!”.
Walor edukacyjny tych wydarzeń jest oczywisty, walor zabawowy również (im większa tragedia, tym więcej śmiechu), ale czytanka moim zdaniem pełnią też funkcję terapeutyczną. Jeśli wstydzicie się interakcji, boicie się pierwszego rzędu, przeraża was myśl o tym, że aktor mógłby spojrzeć wam w oczy albo nie daj Bóg usiąść obok was – okaże się, że ten wasz strach jest zupełnie niepotrzebny. Bo to wszystko zabawa. Spędzamy sobie razem miło czas. Przez tych kilka godzin macie wrażenie, że jesteście wśród swoich. I jesteście. Bo oto jeden z dwojga pierwszych pracowników Shakespeare’s Globe, mózg tej inicjatywy, zsuwa okulary na koniec nosa i puszcza wam oko, bo już waszą pyzatą twarz rozpoznaje.

Stukot metra z powrotem do pokoiku.

Następnego dnia poszłam na Battlefield.
Na motywach Mahabharaty.

wp-1455150725806.jpeg

Oryginał trwał dziewięć godzin. Ta wersja, okrojona do wątków bitewnych, ale reżyserowana przez tego samego Petera Brooka, absolutnie największe nazwisko w teatralnym świecie, trwa nieco ponad godzinę. I ta godzina pozostawia widza nietomnym z wrażenia. To tylko kilkoro aktorów snujących się boso po pustej scenie i jeden Japończyk wybijający rytm na swoim bębenku – a szczęka opada. Niczego więcej nie trzeba.
Niesamowite. Poruszające.
To było moje wielkie marzenie, zobaczyć coś, co ten bez dwóch zdań wybitny reżyser, już teraz 90-letni zrobi.
Udało się przypadkiem, bo bilety oczywiście były wyprzedane, ale postanowiłam z ciekawości zaglądać, bo może a nuż coś się zwolni – i tym sposobem zdobyłam miejsce w pierwszym rzędzie. Bo się zwolniło.

Poszłam, zobaczyłam, przejęłam się.
Ciary, powiadam. Rzecz tak prosta, tak czysta, ale tak intensywna…

wp-1455145061598.jpeg

Odczekałam stosownie długo przy wyjściu dla aktorów, które przypadkiem znajduje się na parterze Young Vic i w świetnej knajpie pod nazwą The Cut (tak też się nazywa londyńska ulica, na której oba Viki – Young i Old – się znajdują, i tak też się nazywa serwowany w ichnim barze drink z malinami, polecam), żeby jednemu powiedzieć, jak bardzo jest dobry.
To zabawne, zobaczyć kogoś, kto przed chwilą na scenie wydawał wam się potężny, a pod tymi drzwiami ledwo wam do ramienia sięga.
Ot, czary.

A head full of dreams

Wróciłam.
Podróż na lotnisko zajęła mi wieki i jestem niezmiernie wdzięczna panu w okienku, który mi powiedział, żeby nie płacić wyuzdanej sumy za Gatwick Express, bo z peronu obok zaraz odjeżdża pociąg, który jedzie tylko trzydzieści pięć minut i dotrze na miejsce przed kolejnym ekspresem.
A w samolocie kapitan powiedział:
– Ci z państwa, którzy wiedzą cokolwiek o geografii, zapewne domyślili się, że lecimy na wschód.
Uch, ten subtelny wyspiarski dowcip.

Nie zamierzam opisywać wszystkiego w jednej notce, bo wyszedłby mi z tego Stary Testament lub coś o podobnej długości, choć właściwie nic się nie wydarzyła.

Zacznijmy od tego, że nie przepadam za spektaklami z udziałem dzieci. Przypadkiem tak się wydarzyło, że takie dwa obejrzałam.
Ale najpierw przeczytałam, że Lyric Hammersmith wystawia Herons.
Tę sztukę napisał niejaki Simon Stephens, facet odpowiedzialny za sceniczną adaptację Ciekawego przypadku psa nocną porą, autor Sea Wall i Birdland. Musiałam to zobaczyć. Tym samym w upiornie wietrzną sobotę okutałam się we wszystko, co miałam i pojechałam metrem do Hammersmith, by odkryć fantastyczny teatr – z fantastyczną knajpą, z fantastycznym tarasem na dachu i toaletami opisywanymi bezczelnie jako loos.

Każdy z nas pamięta, jak był nastolatkiem.
To paskudny czas.
Zwłaszcza jeśli nie jesteśmy najpiękniejsi. Może za parę lat będziemy, ale będąc piętnastolatkami, jesteśmy brzydcy, pryszczaci, kostropaci i nadwrażliwi.
Nie wiem jak wy, ale ja byłam przez parę lat w grupie tych raczej wyśmiewanych. Kujonka. Okularnica. Niezbyt pewna siebie. Cóż dodać?…
To jest opowieść o właśnie takim chłopcu. Nękanym przez wrednego kolegę (Billy Matthews – twarzyczka aniołka i spojrzenie psychopaty; powiadam, i nie tylko ja, on będzie bardzo sławny), którego brat trafił do więzienia, bo przyczynił się do śmierci dziewczyny, której zwłoki znalazł ojciec głównego bohatera, rybak.
Cała scena jest zalana wodą; aktorzy brodzą w niej po kostki. Każdy ich krok sprawia, że woda się porusza. Każdy podskok – że woda leci na widownię. Wody przybywa w trakcie. Cały pierwszy rząd jest pusty, nie bez przyczyny. Siedząc w drugim, wychodziłam mokra.
I otóż te małolaty grają tak świetnie, tak mocno, że szczęka uderza o glebę.
Dzieci są okrutne, prześladowanie w ich wydaniu również. Ale to, co się dzieje, gdy ofiara bierze odwet i gdy okazuje się, że doznane upokorzenie pozbawiło ją wszelkich skrupułów…
Opuszczałam widownię sztywna z przejęcia.
Stephens to naprawdę wybitny dramaturg. Szkoda, że tak słabo znany poza ojczyzną.
(Przy okazji całkiem wyględny zeń osobnik – wiem, nie jest to szczególnie istotne, gdy idzie o ludzi parających się pisaniem – i wiosną ukaże się jego pamiętnik; świetnie, kupię sobie na urodziny).

Wróciłam do hotelu, włos (bezskutecznie) wyprostowałam, bluzeczkę zmieniłam. Wsiadłam nazad do metra i ruszyłam na West End.

Jak mówiłam, wcale nie byłam jakoś bardzo zainteresowana tym przedstawieniem, ale któregoś dnia zmieniłam zdanie.
Pewna urocza osoba napisała bowiem, że ją to zniszczyło i że dużo płakania i w ogóle mus zobaczyć. Umówmy się, ów dżentelmen ma piękny five o’clock shadow, ale samcem alfa to on raczej nie jest, przeciwnie – jest delikatną istotą, która zdaje się być nie z tego świata; taki prawie jakby Mały Książę, którego byle kwiatek czy inny tam motylek wzrusza.
No dobra, pomyślałam. Skoro tak mówisz, to przetestuję na sobie.
LoveTheatre akurat miało w ofercie promocyjne bilety, więc skwapliwie nabyłam.
Zasiadłam na widowni z przekonaniem, że ja przecież nie jestem jakaś rurka z kremem, więc tak łatwo się nie rozkleję.

Ludzie kochani.
Rzadko wychodzę na zewnątrz, nie wytuszowawszy rzęs. Mniej więcej w 10. minucie tego przedstawienia zdałam sobie sprawę, iż popełniłam straszliwy błąd.
Bo wtedy po raz pierwszy zaczęło mnie coś pod powieką szczypać.
Przez bite dwie godziny zalewałam się łzami. Nie chcę nigdy więcej w życiu usłyszeć tej piosenki.

Najpierw trochę historii.
Otóż gdy Wielka Brytania wypowiedziała wojnę III Rzeszy po tym, jak ta druga zignorowała wezwanie do wycofania oddziałów z pewnego kraju, zaczęto wywozić z narażonego na naloty Londynu to, co najcenniejsze. Dzieci mianowicie. Dzieci trafiały do rozmaitych rodzin – albo i samotnych ludzi – na głębokiej prowincji. Bohaterem tej sztuki jest właśnie taki obywatel, William, nieduży, chudziutki, z małym tobołkiem, który pewnego dnia staje na progu pana Toma. Pan Tom to cyniczny wdowiec, mieszkający z psem na pięknym odludziu. Pan Tom ma nazwisko jak najbardziej, ale dla małego pozostanie panem Tomem. Do pewnej – ostatniej sceny.
Otóż William stoi w kuchni swojego nowego gospodarza. Gospodarz przegląda jego skromny bagaż. Podstawowy rekwizyt, który wszyscy musieli wtedy mieć przy sobie. Biblia, takie tam. I wtedy z torby wypada skórzany pas, a chłopczyk w mgnieniu oka kuli się pod stołem i wymiotuje ze strachu.
To pierwszy moment, gdy w gardle oglądającego ten spektakl dorosłego rośnie potężna gula wkurwu.
Bo to jest tak naprawdę główny wyzwalacz łez – nie to, że historia sentymentalna, choć owszem, ale złość, złość i bezradność. Złość na to, jak bardzo niesprawiedliwie ten nasz kawałek wszechświata jest urządzony. To, że podczas wojen najbardziej cierpią niewinni, wszyscy wiemy, i wszyscy wiemy, że to tak nie powinno być.

William na sielską wieś nie przyjechał z dobrego, spokojnego domu. W pewnym sensie wojna go uratowała – przed brutalną matką-dewotką.
Jest w tym przedstawieniu moment, gdy mały, powróciwszy na chwilkę do domu, podaje mamie obrazek, który dla niej narysował, a ona go zgniata, nawet nie spojrzawszy.
Ktoś siedzący za mną westchnął wtedy: Oh, God…
Szczęśliwie pan Tom – z psem – tknięty złym przeczuciem postanawia pojechać do Londynu i zobaczyć, czy jego sublokator ma się dobrze. Po raz pierwszy w życiu opuszcza swoje sielskie odludzie. Znajduje małego dzięki nieprawdopodobnemu zbiegowi okoliczności, w strasznych warunkach – ten kawałek pominiemy, bo jest naprawdę wielce łzawy – i usłyszawszy od lekarza, że dziecko tak okaleczone wojną i krzyczące nocami będzie musiało trafić do takiego specjalnego szpitala (czyt. wariatkowa), postanawia Willa porwać.

Ta opowieść pięknie pokazuje oczywistą prawdę – wszyscy potrzebujemy tego samego. Miłości nie w górnolotnym, nadętym znaczeniu, ale takiej prostej, okazywanej czasem szorstko, raczej gestami niż słowami; miłości jako pospolitej troski i porozumienia. Jako zwykłego życzenia komuś dobrze. Poklepania po ramieniu. Chęci zaopiekowania się kimś.

Oczywiście jako Polka mogłabym przyjąć pozę z cyklu „co wy na tej swojej wyspie wiecie o wojnie…” i być może byłoby to słuszne, ale… Ale. Nieważne. Nieszczęścia się nie wartościuje.
Jeśli myślicie, że byłam jedyną z kilkuset osób na widowni, która nadmiernie przeżywała, to otóż jesteście w błędzie. Sądząc po licznych odgłosach pociągania nosem po prawej i lewej, z przodu i z tyłu, było nas całkiem dużo, bo raczej wątpię, żeby przypadkiem aż tylu ludzi w audytorium miało katar. W pewnym sensie było to budujące. Jeszcze się całkiem nie uodporniliśmy jako gatunek.

Czyli, gwoli podsumowania, zamiast pójść na błyszczące musicale i spędzić sobotę przyjemnie, spędziłam ją w części pierwszej wyłamując sobie palce z nerwów, a w części drugiej rycząc jak bóbr. Warto było.

I met a traveller from an antique land

Najbardziej lubię wyjeżdżać w piątki wieczorem. Ot, przychodzę niewinnie do biura, z nieco tylko większą niż zwykle torebką. Siadam. Klepię w klawiaturę. Przy kawuni i rozmowach o planach na weekend nie wyrywam się z własnymi. Gdy wybija siedemnasta, składam moje zabawki i wychodzę, i jadę prosto na lotnisko.
Owszem, docieram do celu w stanie właściwym dla konia po westernie.
Ale jest w tym coś z przygody, tak po prostu wyjść sobie po szychcie i udać się prosto do innego kraju. Ma się rozumieć, to nie Spitsbergen czy inna Amazonia, ale wszystko w swoim czasie. Poza tym, jak przekonałam się wielokrotnie, przygoda, jeśli się uprze, dopadnie człowieka wszędzie.
Stoję sobie zatem parę godzin później w kolejce pod wielkim napisem UK BORDER, w dłoni dowód, pod pachą książka, na ramieniu mój cały bagaż na 3 najbliższe noce. Za szybkami trzech stanowisk troje urzędników – jeden sympatyczny (na oko) starszy pan, jedna ponura baba z trwałą i jeden młody, uroczy okularnik. Błagam, losie, pchnij mnie do okularnika, myślę, jednocześnie kalkulując swoje szanse. I wyobraźcie sobie, że dwa pozostałe okienka jakoś się zakorkowały, więc oto młody, uroczy okularnik zamachał wesoło do niżej podpisanej, coby doń podeszła.
No przecież nie odmówię.

Ale najpierw był sen.
Sen, który sprawił, że dźwięk budzika – choć bardzo łagodny, nie znoszę terkoczących budzików – przyjęłam z najwyższym niezadowoleniem.
To było coś takiego, jakby moja podświadomość postanowiła na chwilkę wyciągnąć mnie z rzeczywistości, w której robiłam nieco bokami, i osłodzić mi trudy nadchodzącego – teraz już minionego – dnia. Sen, który zgromadził wszystkie moje fetysze, miłości i fascynacje w jednej całkiem realnej historii. Ot, koncert życzeń damskiej wyobraźni. Aż by się chciało, by choć jeden wątek był proroczy.
Usiadłszy na łóżku i przetarłszy oczy – ostrożnie, żeby całego snu nie wytrzeć – stwierdziłam, że wezmę to za dobrą monetę i zapowiedź udanej ucie… wycieczki.
Zaczęło się o tyle przyjemnie, że tuż przed wyjściem z biura przeczytałam, iż planowany na ten weekend strajk w metrze został odwołany. No ba. Jakby wiedzieli, że przyjeżdżam.

Zobaczymy, jak będzie.
Dziś najpierw przedstawienie, o którym pisano, że jest nieprzyjemne, brutalne i poruszające – czyli coś dla mnie – a potem przedstawienie, którego wcale nie chciałam oglądać… do momentu, gdy przeczytałam, że trzeba na nie zabrać tonę chusteczek. Czyli coś dla mnie. 
A pomiędzy… Hmmm, sama nie wiem. Dokądś mnie pewnie nogi poniosą.

Little known fact

Słuchajcie, ludzie, bo jest taka sprawa.
Otóż potrzebne są konsultacje społeczne.
Niżej podpisana lada dzień weźmie udział w warsztatach. Dziś dostała mail z informacjami, jak się do nich przygotować, co przeczytać uprzednio i tak dalej, a podsumowując tę długą listę, organizatorzy proszą o przysłanie „little known fact” o sobie. Żeby można było lepiej się poznać nawzajem.
Na niżej podpisaną padł blady strach.
Zacznijmy od tego, że NIENAWIDZĘ tego momentu na szkoleniach, gdy trzeba powiedzieć coś o sobie, na przykład wymienić trzy cechy, których nazwy zaczynają się od pierwszej litery waszego imienia (tu mam dodatkowy problem, bo to zależy, czy wybiorę wersję oficjalną, czy zdrobnioną) czy co tam teraz trenerzy wymyślają. Zawsze mam nadzieję, że zostanę pominięta. Zazdroszczę ludziom, którzy na żywca rzucają zabawne anegdotki ze swoich biografii, ja tak nie potrafię.
Owszem, mało znanych faktów o mnie jest więcej niż faktów dobrze znanych, ale ja raczej doceniam ten stan rzeczy. Są sprawy, o których nie mają pojęcia moi wieloletni znajomi. Oczywiście na blogasku o tym i owym można anonimowo (poniekąd…) napomknąć, niemniej niekoniecznie chciałoby się, by wiedział o tym ktoś, kto na przykład z wami pracuje. Nie wspominając o rodzinie.
Nie umiem grać na oboju ani powozić zaprzęgiem, więc nie bardzo mam czym zabłysnąć przed zgromadzonymi. Z drugiej strony niekoniecznie chciałabym obcych ludzi zawiadamiać na dzień dobry, że boję się żab, wyrzuciłam sobie klucz do drzwi wejściowych do śmieci albo że kiedyś biegałam nago po klatce schodowej (okej, z przodu przysłonięta ręcznikiem i naprawdę mogę to wyjaśnić) – bo nie chciałabym spędzić wszystkich przerw podczas tych warsztatów, stojąc samotnie pod ścianą i przyglądając się, jak normalniejsi się socjalizują. Toteż pytanie, czy też prośba raczej. Potrzebuję inspiracji. Gdybyście mieli wybrać jeden fakt z życia autorki – przynajmniej jeden z tych, które przewinęły się przez blogasek lub o którym dowiedzieliście się, poznawszy mnie we własnej osobie – taki, że można bez większej krępacji przyznać się doń innym, to na co byście postawili? Nie zakładam, rzecz jasna, że znacie na pamięć moje archiwum, zresztą mocno bym się zaniepokoiła w takiej sytuacji. Ale gdybyście z faktów, które jakoś tam ze mną się kojarzą, mieli wybrać jeden, żeby w żołnierskich słowach przedstawić mnie nieznajomym?…

To wszystko z mojej strony na dziś, teraz idę słuchać najpiękniejszego głosu na tym łez padole i jego niesłychanie wygadanego taty, który udowadnia, że można mówić o Szekspirze, przywołując Homera Simpsona. Właściwie to powinnam sprzątać, bo jutro przyjeżdża madre, a madre każdy pyłek za szafą dostrzeże, ale są ważniejsze sprawy od pyłków. Jutro idziemy do teatru (dziwne, nie?), pojutrze fryzjer, popojutrze o tej porze będę już gdzieś nad Niemcami, jak sądzę. Nie nudzimy się.

I needed a drink, I needed a lot of life insurance, I needed a vacation, I needed a home in the country. What I had was a coat, a hat and a gun. I put them on and went out of the room.

Za tydzień o tej dokładnie porze będę robić coś niesłychanie pasjonującego, to jest siedzieć na czytaniu sztuki napisanej w tysiąc pięćset którymś tam roku, której bohater zakochuje się we własnej córce.
Niesłychanie mnie ta perspektywa cieszy.
Nigdy nie twierdziłam, że jestem osobą w pełni poczytalną.

Wczoraj tymczasem, idąc na dworzec, wstąpiłam przypadkiem do lumpeksu, bo zobaczyłam na wystawie piękny płaszcz, wełniany i uszyty dość księcioseksualnie, że tak powiem, z tym pięknym, stylowym haftem na piersiach (nie wiem, czemu wszyscy tak się zaśmiewają z tej mody – mnie się nawet podoba, znacznie bardziej niż te nieszczęsne brody i rurki, poza tym ten frak ze zdjęcia nr 2 sama bym przygarnęła z rozkoszą, spodnie też, a takie pikowane oficerki jak na zdjęciu nr 4 to nawet posiadam, acz muszą odwiedzić szewca, bo przez moje zamiłowanie do nich troszeczkę się zużyły – czy ktoś zna jakiegoś dobrego w Krakatau?).
Rzadko w second-handach bywam, bo brakuje mi cierpliwości do grzebania celem wyłuskania perełek; poza tym często zdarza się, że tych perełek nie ma. Ale ten sklepik okazał się prawdziwą wyspą skarbów, toteż opuszczałam go z dwoma płaszczami, trzema torebkami i jeszcze jakimiś tam szmatkami, i butami, które są arcypiękne, ale mają obcas tak wysoki, że mocno wątpię, bym pokonała w nich trasę dalszą niż z mojego, ekhe, salonu do sypialni (czyt. jakieś dwa metry). I na to wszystko wydałam sto złotych polskich. Poczułam się bardzo szczęśliwa.

Do miasta powracałam za to dziś w towarzystwie dziewczęcia, któremu nikt nie powiedział, jak używać gumy do żucia i ciamkało tak niemiłosiernie, że w pewnym momencie byłam o włos od zaatakowania jej czytaną w drodze książką Michała Rusinka o Szymborskiej (w twardej oprawie). Dziewczę przy tym owszem, również czytało, co samo w sobie jest chwalebne. Tylko że ono czytało teatralnym szeptem. Nawiasem mówiąc, to już kolejny przypadek ostatnimi czasy, gdy w środkach transportu spotykam osobę czytającą na głos i wydaje mi się to nieco dziwne – zdawało mi się, że człowiek uczy się czytać samymi oczami za dziecka jeszcze?
Ale może to ja jestem dziwna. Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać i gdy szłam do szkoły, czytałam płynnie i czytałam absolutnie wszystko (wskutek czego ojcowe książki o medycynie sądowej musiały wywędrować na najwyższe półki po tym, jak wykazałam zainteresowanie nimi i zauważyłam, że są w nich obrazki… jakie to obrazki były, możecie się domyślić; w każdym razie od tamtej pory tata starał się, by w zasięgu moich krótkich jeszcze wtedy rączek znajdowali się najwyżej Kajko i Kokosz, potem i tak dorwałam kryminały Chandlera, ale z tym już rodzice nie walczyli – zresztą to świetna literatura przecież). W pierwszej klasie wiele dzieci dukało i myślałam, że to tak ma być, więc postanowiłam też tak robić. Jako siedmiolatka byłam okropną konformistką. Wydało się w końcu, bo nauczycielka zauważyła, że przejeżdżam oczami po tekście, dodała sobie dwa do dwóch i powiedziała mojej mamie na wywiadówce, że jej zdaniem udaję, że nie umiem. Mama mi podówczas wyjaśniła, że niekoniecznie dobrze jest robić coś tylko dlatego, że inni to robią. Czasami przypuszczam, że żałuje, iż mi to powiedziała, bo taki raróg jej wyrósł.
Swoją drogą i a propos czytania na głos w komunikacji miejskiej byłoby to całkiem miłe, gdyby zamiast tej bzdurnej telewizji tramwajowej, w której emitowane są newsy sprzed dwóch dni, lekcje tańca bez dźwięku, i „skąd się wzięły nazwy krakowskich przystanków”, czytano poezje czy co tam. Żeby ludzie jadący rano do pracy, niewyspani i ściśnięci jak sardynki, mogli usłyszeć z głośników piękny głos mówiący coś pięknego. Tak. Myślę, że to wszystkim zrobiłoby dobrze.

Na dobranoc proszę bardzo, świeżuchny numer jednej z moich ulubionych kapel, której frontman lubi pisać piosenki brzmiące jak soundtrack do baśni braci Grimm, ale czasami pisze kawałki zwyczajnie delikatne i wzruszające. I ten właśnie taki jest. Ubóstwiam. Posłuchajcie musowo.

We are diamonds taking shape

Wyczytałam ostatnio, że blogerzy nie powinni pisać o bieżących wydarzeniach, gdyż jest to a) nudne, b) szybko się dezaktualizuje. Być może. Niemniej gdy ostatnio zrobiłam sobie przegląd blogasków, ogromna większość z nich zawierała li teksty w stylu: „8 sposobów parzenia herbaty ekspresowej”, „dlaczego musisz mieć Snapczata”, „moje najlepsze selfies z Instagrama, #nofilter”, „jak seksownie chodzić po chodniku”, „czy kobieta to człowiek” et cetera et cetera.
Ponieważ piszę w internetach dłużej niż niektórzy żyją i ponieważ gdy ktoś mi mówi, że czegoś nie powinnam, lubię posłać w odpowiedzi słodki uśmiech mówiący „to patrz” i ponieważ od rosnących zasięgów wolę sobie pogadać z czytającymi, to dziś będzie tutaj nieco jakby esej. Nudny i szybko się dezaktualizujący.

Ledwo człowiek wrócił do grajdołka, a tu nowa awantura. Muszę sobie biegusiem bilety do Łaźni zarezerwować, bo ich koprodukcja we współpracy z teatrem w Tarnowie wywołała w tym drugim mieście świynte oburzenie. Wśród radnych. Można zgadywać, z którego ugrupowania. Złożyli nawet wniosek o odwołanie dyrektora teatru, ale prezydent miasta podziękował im uprzejmie za opinię (szacun!).
Tamtejszy przewodniczący komisji kultury oznajmił, że w życiu nie słyszał tylu przekleństw. Cóż, nigdy nie byłam w Tarnowie (trzeba by się wybrać w jakiś weekend, w końcu blisko i podobno ładnie) i nie wykluczam, że jest zamieszkały przez znakomicie wychowanych ludzi, którzy nigdy nie używają brzydkich słów, ale we wszystkich miastach, które do tej pory odwiedziłam, wystarczy wsiąść do autobusu albo postać w kolejce do kasy w sklepie, żeby się nasłuchać jebanych kurew i chujów napierdalających szerokim strumieniem. A czy pan przewodniczący może czytał „Bal w operze” Tuwima? Tam też trochę mięsa pada – doskonale pamiętam, bo prawie mnie zdyskwalifikowano w konkursie recytatorskim za to – a jednak jest to arcydzieło.
I znowu te wartości. Że wartości nie wnosi. To ja się ponownie pytam – jakich? Teatr (ani film, ani literatura, ani malarstwo, ani cokolwiek) nie jest od tego, żeby mówić ludziom, jak powinni postępować. Jest od opowiadania historii – to nie muszą być ładne i wygładzone historie, bo nasze życie nie jest ładne i wygładzone. Jeżeli ktoś poszukuje takich wątków, niech sięgnie po Barbarę Cartland. Wykładanie widzowi, co powinien myśleć, robić i w co wierzyć, byłoby obrażaniem tegoż widza inteligencji.
Ze smutkiem zgadzam się z dyrektorem Szydłowskim z naszej Łaźni – być może politycy zorientowali się, że robienie zamieszania wokół rzekomo gorszących wydarzeń kulturalnych, na ogół jednak znacznie mniej gorszących niż pierwsze strony gazet każdego poranka w świecie, w którym żyjemy, sprawi, że będą przez chwilę sławni. Narobię poruty, to będą o mnie gadać. To bardzo żenujące.
Tyle dobrego, że uwalono poprawkę przesuwającą miliony z wydatków na kulturę do uczelni naszego lokalnego Aleksandra VI.

Nawiasem mówiąc, niezmiennie dziwi mnie to, że ludzie kwiczą z zachwytu nad serialami, w których co 5 minut ktoś wciąga kreskę, zalewa się w trupa, uprawia ryzykowny seks, znęca się nad rodziną, odstrzeliwują mu kawałek twarzy, odrzynają palce itepe itede, ogólnie przemoc i niemoralność – ale oglądając to samo w teatrze, ubolewają, że to bardzo złe i szokujące. I chyba nawet wiem, skąd to się bierze. Postaci na ekranie to dwuwymiarowe celuloidowe figurki. Postaci na scenie są live in technicolor, w trójwymiarze, w dodatku na tyle blisko, by widz zauważył, że są prawdziwe. Tym prawdziwsze jest to, co robią i co im się przydarza. I to nagle boli. Przefiltrowane przez piksele ekranu było w porządku.

Poza tym nic nowego u mnie nie słychać, dziękuję i zapewniam, że to nie potrwa długo.
Tymczasem idę do łóżka z kupionym parę lat temu przewodnikiem po miejscu, w które bardzo chciałam polecieć, ale nie wychodziło, więc przewodnik został wciśnięty głęboko pomiędzy inne książki i wczoraj, gdy opróżniałam półki przed nadchodzącym remontem, upadł mi na stopę. Jak na ironię, to jest właśnie to miejsce, w którym mogę spędzić całą wiosnę.
Niech to będzie już, proszę.
A przynajmniej niech już będzie przyszły piątek.

Sleep no more!

Wróciłam.
Na chwilę właściwie, bo może nie wiecie, ale w przyszły piątek, 19:05, odlatuję w kierunku Albionu. Co więcej, przedłużyłam tę wizytę o poniedziałek, bo przeczytałam recenzję, która uświadomiła mi, że muszę coś jeszcze zobaczyć, mimo że nie planowałam i mimo że ta recenzja składała się raptem z trzech słów. Bóg mnie chyba opuścił, ale z drugiej strony nie wiem, kiedy nadarzy się kolejna okazja, więc trzeba korzystać, póki się da.

20160123_231805.jpg

Leciałam do domu, czytając z uwagą fenomenalny katalog wystawy o butach w Muzeum Wiktorii, Alberta i Ernesta, wróć, Wiktorii i Alberta (Ernest to brat księcia Alberta, umiarkowanie sympatyczny koleżka z chorobą weneryczną, i jakoś później w tym roku zrozumiecie, czemu mi to wpadło pod palce – kręcą akurat w Wielkiej Brytfannie serial o królowej Wiktorii, i połączenie tych dwóch faktów powinno dać wam do myślenia, ale na razie koniec dygresji). Wystawa mnie zachwyciła. Czego na niej nie ma. Futurystyczne obuwnicze projekty architektów, ottomańskie papućki, japońskie geta (mam takie), wytworne czółenka z dworu Króla Słońce, koszmarnie maleńkie chińskie buciki na skrępowane stopy, szpilki Marilyn, kinky boots, fetyszystyczne buty wykombinowane przez Davida Lyncha (tego samego), wyprofilowane w sposób zmuszający noszącą do poruszania się na czworakach i mające do tego przezroczystą podeszwę, i oczywiście Louboutiny. Katalog ma prawie dwieście stron i obok fotografii wszystkich tych nieprawdopodobnych pantofelków zawiera świetne eseje. Pasjonujące nawet, rzekłabym.
Inna sprawa, że po obejrzeniu eksponatów zapragnęłam mieć własne Manolo Blahniki. Tak, wiem, próżne. Są ważniejsze rzeczy w życiu niż gromadzenie dóbr, ale te jego buty to przecież właściwie dzieła sztuki, więc… Trzeba świnkę-skarbonkę odpalić i wrzucać za każde użyte przekleństwo.
Nawiasem mówiąc, Manolo zaprojektował onegdaj model butów o nazwie Suwałki i one na tej wystawie też są. Nieszczególnie w moim stylu, ale ja z Krakowa jestem…

Muzeum, jak na kulturalno osobę przystało, odhaczone, w związku z czym mogłam ze spokojem udać się na spektakl opisywany w poniższej notce (piękny wywiad z Dawsonem, swoją drogą – czy ja kiedyś wspominałam, że ogromnie lubię inteligentnych aktorów? I tak wdzięcznie opisuje całą intymność tego przedstawienia: We could sit on your knee if you so desired (…). It feels like quite a dangerous space when an actor is just a foot away from you) i wypłakać sobie oczy. Swoją drogą, uwaga, chwalę się bezwstydnie, znowu kopnął mnie zaszczyt na Twitterze, gdyż reżyser The Dazzle zobaczył moje wynurzenia i posłał je dalej w internet z takim oto komentarzem:
SE.

A napisałam tylko, że o to właśnie chodzi w prawdziwym teatrze – o dobrych aktorów opowiadających dobre historie, bez zbędnych fajerwerków.

Wypłakawszy sobie oczy, zameldowałam się w hotelu, wzięłam prysznic i pomaszerowałam na drugi brzeg rzeki, zobaczyć drugie przedstawienie.
Chciałam na to pójść, bo zrobiła to Carrie Cracknell, osoba odpowiedzialna za niezapomnianą Medeę, emitowaną też u nas w kinach, niestety tylko raz, a szkoda. I chciałam na to pójść, bo pojawia się w tym Benio. Mam drobną słabość do tego dżentelmena, bo wygląda, jak wygląda (inna sprawa, że on się nazywa Lamb – „jagnię” – co jest nieco zabawne, biorąc pod uwagę, że to jest potężne bydlę), a poza tym swego czasu wystąpił w czytaniu bez dwóch zdań najgorszej sztuki w historii i nawet przez kilka minut kulił się pod sceną u moich stóp – jakoś w przypływie animuszu kupiłam sobie bilet w pierwszym rzędzie, rządku raczej, bo tam się mieści tylko sześć osób, sześć szczupłych osób. Ech, wspomnień czar. Ale, ale. Wróćmy do Makbeta.
Bardzo mieszane recenzje ten spektakl zebrał – gdzieś jedną gwiazdkę, gdzieś pięć. Wybitny to on nie był, ale mnie się spodobał; zapewne dlatego, że szłam na niego bez wielkich oczekiwań, z myślą, że idę na wariację na temat Szekspira i wiedząc, że to w dużej mierze teatr ruchu. Nie oczekiwałam podążania za jedynie słuszną tradycją, unowocześnień się nie boję i nie uważam, że klasykę trzeba wystawiać klasycznie, bo ileż można facetów w rajstopach oglądać.
Trzeba powiedzieć, jest to bardzo wysmakowane wizualnie. Światło fenomenalne. Cała scenografia to właściwie ten tylko korytarz, ale każdy jego element jest ruchomy… Pod względem estetycznym – mistrzostwo. Ponadto muzyka, lodowate, dudniące elektro, bardzo na tak. Właściwie to jest chyba jednocześnie największy problem i największa zaleta tego przedstawienia – ono jest klinicznie zimne.
Ale są w nim dobre role. Taki na przykład Heffernan. Jeśli mieliście do czynienia z ostatnim sezonem Luthera, to tam jest taki obrzydliwy ryżawy psychopata… i on tu właśnie gra Makbeta, serwując słynne kwestie niebywale czystym, pięknym głosem, wyraźnie ciesząc się brzmieniem tego metrum.
Większość – licznych, jak wiemy – śmierci dokonywała się przez założenie ofiarze foliowego worka na głowę, co wyglądało troszkę niebezpiecznie, ale bez obaw, na sali był lekarz. Uściślając, na scenie był lekarz, mianowicie Prasanna, facet, który skończył medycynę na Oxfordzie i mało brakowało, a zostałby chirurgiem (niesamowita, dość inspirująca historia – zanim obrał kurs na teatr, przepracował parę lat w szpitalu. Kiedy go spytano w wywiadzie, co by zrobił, gdyby ktoś wśród widzów źle się poczuł, odparł, że zeskoczyłby ze sceny ratować, bo przedstawienie jest mniej ważne; zresztą raz cucił widzkę – fala miłości autorki za 3…2…1…) w roli Banqua, który po rozstaniu się z życiem staje się kimś w rodzaju MC, leżąc z boku sceny i komentując wydarzenia szatańskim śmiechem.
W skrócie – jak na nie do końca udany spektakl, była to rzecz całkiem dobra.
A z pewnością ciekawa.
No i Benio jako Malcolm.

W kapiącym niemrawo deszczu wróciłam przez Waterloo Bridge do ciepłego hotelowego pokoju, zasnęłam, obudziłam się zbyt wcześnie, wsiadłam w metro, wsiadłam w pociąg, wsiadłam w samolot. Szef mnie spytał, jak spędziłam weekend, to powiedziałam, że dobrze.

Everything that is, is fine

Wczoraj wieczorem, gdy zanurzałam się w urywany sen, wiedząc, że muszę o trzeciej z minutami zwlec się z łóżka, żeby zdążyć na samolot – myślałam, że może jednak odpuszczę. Wyśpię się chociaż. Raz w tygodniu. Powstrzymała mnie myśl, że hotel pewnie już mi zablokował sumę za nocleg i ściągnie ją bezlitośnie, i że  jeśli teraz nie zobaczę tych przedstawień, to nie zobaczę ich już nigdy.
I oto w sobotnie popołudnie pojawiłam się na Charing Cross Road 111, w przeraźliwie zimnej i nieco zrujnowanej kamienicy, niegdyś zajmowanej przez słynną szkołę artystyczną St Martins (Alexander McQueen i tacy tam do niej  uczęszczali).

Widzicie, to jest dość niesamowite w tym  mieście – możecie spędzić parę godzin w zimnych, odrapanych murach, mając na wyciągnięcie ręki bardzo sławnych aktorów, którzy mogliby przechadzać się po czerwonych dywanach, ale z jakiejś przyczyny wolą marznąć razem z jakąś setką widzów w tym osobliwym miejscu.
Ja już kiedyś napisałam, że Andrew Scott to jest zwierzę sceniczne. Jego palącego wzroku się nie zapomina. Jest kompletnie nieprzewidywalny. I jeśli macie go w pamięci jako Moriarty’ego – słusznie skądinąd – albo jako cierpiącego ojca z Sea Wall , to w tym spektaklu zobaczycie go jako pianistę z wyraźnym spektrum autyzmu, jako kogoś tyle genialnego, co bezradnego życiowo, kim przez całe życie opiekuje się brat (wspaniały David Dawson). Brat, który zawsze chciał być sobą, ale siłą rzeczy pozostał tylko  opiekunem tej chimerycznej istoty, potrafiącej spędzić cały dzień, obserwując liść. Nim nigdy nikt się nie zaopiekował. I  to jego historia jest najbardziej wstrząsająca.
O ile Andrew po swojemu szarżuje, o tyle David gra bardzo wycofanie i delikatnie. Moim zdaniem chłopak idzie po wielką sławę. A jeśli nie po sławę, bo tę zyskują nie zawsze najlepsi, to przynajmniej po uznanie, bo bez wątpienia to jeden z najlepszych aktorów pokolenia w anglojęzycznym świecie.
Nawiasem mówiąc, to się wydarzyło naprawdę. W 1947 roku w Nowym Jorku odnaleziono ciała dwóch zdziwaczałych braci Collyer, pośród ogromu rzeczy, które uzbierali.
Sztuka sama w sobie nie jest wybitna, ale jest wybitnie zagrana.
Ci dwaj naprawdę sprawiają wrażenie, jakby byli braćmi.
I to wszystko zdarza się w tej ciasnej, lodowatej przestrzeni, na którymś piętrze na Charing Cross Road. Za oknem czarne taksówki, autobusy, karetki i neony West Endu. A jakby tego nie było. Ten spektakl, zagrany na dużej scenie, straciłby na intensywności, a w tak kameralnym miejscu, z aktorami poruszającymi się centymetry od was, czując ich ruch, oddech i zapach, jesteście w środku tej tragicznej opowieści o miłości niespełnionej na każdym możliwym poziomie. Widzicie te ciemne, niemal czarne, prawie jak otchłań oczy Andrew i przejmująco smutne, spokojne spojrzenie Davida.
I gdy kłaniają się wam po wszystkim, a przypadkiem siedzicie w pierwszym rzędzie, możecie złapać ich uśmiech i spojrzenie mówiące: o rany, nie płacz, to tylko przedstawienie.

Making my way through the muddy minutes

Och, proszę państwa.
Proszę państwa.

Przez cały wczorajszy dzień musiałam bardzo ostro ściągać sobie lejce, bo inaczej skakałabym i brykała, i chichotała, i popiskiwała publicznie. Jestem w obezwładniającej ekstazie, a nic nie zapowiadało…

Jak zapewne zauważyliście, nasza bohaterka jest osobą raczej mobilną i gdy siedzi zbyt długo na tyłku, staje się nieznośna. Musi się dokądś wyrwać. Co prawda zawsze się zarzeka, że nienawidzi lotnisk, czekania, zawieszenia właściwie nie wiadomo gdzie i ludzi poruszających się nie dość dynamicznie, ale koniec końców rzadko bywa szczęśliwsza niż wtedy, gdy pada magiczna formułka „arm doors and cross check”. Oczywiście dotyczy to wylotów, bo przy okazji powrotów ta akurat pasażerka rzadko bywa zadowolona.
Zawsze chciałam dużo podróżować. To był jeden z powodów, dla których zaczęłam rozglądać się za nową robotą i to był główny powód, dla którego bez wahania przyjęłam ofertę.
Wczoraj rano, w zwykłą, niezbyt urodziwą środę, zasiadłam przy moim biureczku, siorbnęłam kawuni i zauważyłam w skrzynce mój grafik na najbliższe półrocze. Otworzyłam i siorbniętą kawunią prawie się zakrztusiłam.
Trzy kraje, dwa kontynenty, łącznie prawie trzy miesiące poza domem.
Jeden z tych krajów zawsze chciałam odwiedzić, bo jakoś dotychczas nie mogło się złożyć. Mało brakowało, a wylądowałabym tam poprzedniego lata, ale musiałam zrezygnować z wakacji, toteż i nie wylądowałam.
Nie potrafię ubrać w słowa mojej uciechy. Jestem przeszczęśliwa.
Powiem wam, że to wszystko ciągle wydaje mi się snem. Ciągle mam wrażenie, że to się wydarzyło jakoś poza moją kontrolą, choć wiem przecież, że bardzo chciałam takiego życia i pracowałam na nie. Mniej lub bardziej świadomie.
A już za 48 godzin miasto, którego nie ma.

Funny how life can unfold

Tak z czytanej wczoraj w drodze książki, jeszcze nawiązanie do tego, o czym pisałam poprzednio:
Pod co najmniej jednym względem nasze życie naprawdę jest jak film. Główną obsadę tworzą rodzina i przyjaciele. Role drugoplanowe grają sąsiedzi, współpracownicy, nauczyciele i znajomi, których widujesz na co dzień. Są też aktorzy epizodyczni: ślicznie uśmiechnięta kasjerka z supermarketu, przyjazny barman w pobliskiej knajpie, kumple, z którymi trzy razy w tygodniu ćwiczysz na siłowni. Do tego dochodzą tysiące statystów – ludzie, którzy przemykają przez świat każdego jak woda przez sito, raz zobaczeni i zapomniani (…). Czasem jednak w twoje życie wkracza osoba niemieszcząca się w żadnej z tych kategorii. To joker, który przez długie lata wyskakuje z talii wtedy, kiedy się tego najmniej spodziewasz. W branży filmowej taką postać zwie się piątą osobą dramatu albo agentem zmiany. Kiedy widzisz kogoś takiego na ekranie, wiesz, że jest tam, bo tak chciał scenarzysta.
Zamknęłam książkę i zamyśliłam się.
Wielu takich agentów przez moje dotychczasowe życie przeszło. Właśnie poprzedniego ranka korespondowałam z jednym z nich. Nie jest to gość jakoś szczególnie mi bliski – nigdy nie mieliśmy okazji do tego, żeby lepiej się poznać. Tak czy inaczej, spędziliśmy nieco czasu, pracując wspólnie, zdarzyło się kilka towarzyskich spotkań, ale trzymaliśmy się na uprzejmy dystans (choć niezmiennie dobrze się rozumieliśmy i miałam wrażenie, że on mnie – jeśli wiecie, co mam na myśli – WIDZI). Zawsze mnie trochę deprymował, jak wielu mężczyzn, ale też zawsze traktował mnie dość delikatnie i wreszcie poczułam, że przy nim mogę zupełnie się wyluzować. Tak czy inaczej, to był gość, który mnie zmotywował do zakręcenia się za nową robotą, do wyruszenia z tego mojego wygodnego, ale nudnego do bólu trzewi barłogu. Po kilku miesiącach nasze drogi się rozeszły, albowiem któregoś dnia oznajmił, że właśnie złożył wypowiedzenie (czego absolutnie nic nie zapowiadało) i wyjeżdża w świat, bo zawsze chciał. To było jakoś późną wiosną. Zaraz potem sama zaczęłam rozważać opcje. W podejrzanym przypływie śmiałości parę dni temu napisałam do niego, dziękując mu za tego nieświadomie danego mi kopa, a on mi na to: „no no, proszę mi żadnych zasług nie przypisywać, bo sama to zrobiłaś, ale cieszę się – trzeba czasem dupsko ruszyć!”.
Jak to on. Bez zbędnego słodzenia.
Teraz próbujemy umówić się na obiad.
Rzeczywiście, jak w scenariuszach, są tacy, którzy grają jakiś tam niby drobny epizod, a po czasie okazuje się, że to przez nich – nie przez tych, którzy stale wam towarzyszą – dokonały się w tym filmie, którego tytułem jest wasze imię i nazwisko, największe zmiany.
Mówię wam, im dalej w ten las, tym bardziej potwierdza się moja teoria, że ludzie nie pojawiają się w naszym życiu przypadkiem. Zawsze po coś. Może nie dotyczy to wszystkich, na przykład arcyniemiłej baby w dworcowej kasie chyba jednak nie, ale ogólnie coraz częściej mam wrażenie, że to wszystko tutaj to coś w stylu kolosalnej partii szachów.

Z innej beczki, wreszcie rozpoczął się tydzień, który będę mogła zakończyć wyjazdem do Londynu (kolejny sprint – w poniedziałek jak zwykle będę przy swoim biureczku). Już się odprawiłam, hotel zarezerwowałam i w ogóle. Co więcej – i co dowodzi, że mnie już naprawdę Bozia opuściła – bardzo mocno rozważam nieplanowane udanie się ponownie w to samo miejsce niedługo później. Pisząc „niedługo” mam na myśli NAPRAWDĘ „niedługo”.
Nawiasem mówiąc, twarzoksiążka dziś mi przypomniała o tym, że dokładnie dwa lata temu z wielkim zachwytem oglądałam American Psycho (odtwórca głównej roli, Matt Smith niejaki, był mi wówczas całkowicie nieznany – nie znam się przecież za bardzo na Doktorze Who – i nie bardzo rozumiałam, dlaczego widownia składała się w 80% z ogromnie podekscytowanych młodych kobiet). Niestety wiem, o czym twarzoksiążka przypomni mi jutro, mianowicie o tym, jak to się wybrałam na czytanie sztuki. Bardzo dobrze to traumatyczne popołudnie pamiętam. Nie wracajmy do tego. Inna rzecz, że aż chciałoby się westchnąć, jak ten czas…

Ale, ale – wyobraźcie sobie, że niebawem pojadę w inne miejsce! Nie na tę zimną wyspę! Naprawdę! Nie w celach wypoczynkowych jednakowoż, bo te chyba dopiero we wrześniu…

I do take my work seriously and the way to do that is not to take yourself too seriously

No bez przesady.
Żeby dwa razy w jednym tygodniu świat musiał przechodzić to samo…

Alan powiedział kiedyś takie coś: Actors are agents of change. A film, a piece of theatre, a piece of music, or a book can make a difference. It can change the world.
Przyszło nam żyć w takich osobliwych czasach, w których, stając się coraz bardziej cyniczni, coraz mniej mamy autorytetów. Bo i też coraz rzadziej znajduje się ktoś, kogo można podziwiać. Naprawdę podziwiać, a nie – nienawidzę tego słowa i bardzo przepraszam, że go użyję – fangirlować w stylu „bo on tak ładnie pluje”. Często traktujemy ludzi z ekranu jak maskotki; inna sprawa, że im samym nader często to wystarcza, chcieli być sławni i są. Tym sposobem dorobiliśmy się masy woskowych celebrytów znanych nie wiadomo z czego, mających miliony followersów na Twitterze, ale nie mających im nic do powiedzenia, za to pojawiających się w newsach (sekstaśma, kolor sukienki, prowadzenie pod wpływem, rozstanie z modelką – niepotrzebne skreślić) z zastraszającą regularnością. Im nieszczególnie zależy, żeby cokolwiek w czyimkolwiek życiu zmienić.
Ale ciągle są i tacy, którzy naprawdę chcą się czymś podzielić. Coś przekazać – i też coś wziąć. Którzy wiedzą, że ich najważniejszym przełożonym jest ich publiczność i zamiast tylko pieścić własne ego, traktują to swoje zajęcie jak swoistą misję, szansę na to, żeby zrobić z tego kawałka skały pędzącego przez próżnię troszeczkę lepsze miejsce.
Osobiście myślę, że do bycia naprawdę dobrym aktorem potrzeba dwóch cech. Po pierwsze niebagatelnego intelektu. Po drugie skromności. To może brzmieć, jakby nawzajem się wykluczało, bo przecież aktorem nie chce się zostać po to, by przebierać nóżkami w kącie, ale spójrzcie – ci najlepsi to naprawdę skromni i pokorni ludzie, którzy nie ściemniają, że budzą się każdego popołudnia w jedwabiach i że urodę po 50-tce zawdzięczają genom, tylko mówią, że to niewdzięczna, ciężka, kosztowna emocjonalnie, fizyczna praca z regularnymi okresami bezrobocia.
I to prawda, co powiedział. Wiem, bo sama tego doświadczyłam po wielokroć. Jedna książka, jedna płyta, jedno przedstawienie może zupełnie zmienić świat. Czyjś świat. Może pomóc wyjść z depresji albo pomóc się zakochać (albo pomóc wyznać komuś miłość). Może komuś życie wywrócić do góry nogami. Może sprawić, że ktoś podejmie najważniejszą decyzję kiedykolwiek. Wyjdzie ze spektaklu i jadąc tramwajem do domu, przemyśli sobie wszystko i wywróci swoje małe żyćko do góry nogami. Albo zrobi coś, czego zawsze się bał. Albo ruszy w podróż za marzeniem. Albo zacznie pisać książkę. Albo sięgnie po tę, która go nigdy nie przekonywała i się zachwyci. Zacznie słuchać muzyki poważnej. Pójdzie do muzeum, choć dotychczas nie lubił. Zadzwoni do kogoś, z kimś dawno temu się poprztykał o jakąś pierdołę.

Ogólnie rzecz biorąc chodzi o jedno słowo – inspirację. Ktoś, kto was do czegoś zainspirował, kto wam pokazał coś nowego, zostaje przecież z wami na całe życie jako wasz szczególny przyjaciel, nawet jeśli nigdy się o tym nie dowie. Nawet jeśli nigdy go we własnej osobie nie spotkacie.
Jego akurat bardzo chciałam spotkać.
I taki numer mi wywinął.

Whenever young actors now say to me „what advice do you give me?”, I say, „forget about acting”. Whatever you do as an actor is cumulative. Go to art galleries, listen to music, know what’s happening on the news and the world. Form opinions, develop your taste and judgements, so that when a quality piece of writing is put in front of you, your imagination, which you’ve nurtured, has something to bounce off. And then you have to start learning about courage. Because you have to be courageous with yourself..

Babylon back in business

W mojej nowej fabryce mam koleżankę – bardzo sympatyczną – która z żelazną konsekwencją nazywa mnie Kasią.
Hm.
Szkopuł cały w tym, że ja nie mam zbyt wiele wspólnego z Kasią jakąkolwiek. Od urodzenia mam inaczej na imię i na ogół (choć nie zawsze) wiem, jak. Ale też głupio mi wyprowadzić ją z błędu, więc ona do mnie mówi „cześć, Kasiu”, a ja w odpowiedzi produkuję uśmiech wyrażający chyba pewne zaambarasowanie.
Z drugiej strony może to taka taktyka. Po co zapamiętywać dziesiątki imion, skoro można wszystkich nazywać jednym. Proste i ile miejsca w pamięci zostaje.

Jak zapewne zauważyliście, jestem miłośniczką teorii, że życie dąży do równowagi. Gdy wydarza się coś złego, opatrzność, czy też kosmiczne struny, czy co to tam decyduje o naszych losach (bo w przypadki to ja już od dawna nie wierzę) stara się zachwiany porządek rzeczy wyprostować. Tak jest i w tym tygodniu, który wszyscy wiemy, jak się zaczął.
Usłyszałam dzisiaj, że mój nowy szacowny żywiciel zamierza przedłużyć moją umowę. Cieszę się niezmiernie, bo każdy wie, że zmiana pracy to stresująca przygoda, a zbliżanie się do końca okresu próbnego to już w ogóle masakra. Wcale nie byłam pewna, że oni się na to zdecydują, nie wspominając o tym, że zmiana branży na taką, o której jeszcze pół roku temu miałam bardzo mizerne pojęcie, była ryzykownym zagraniem. Nie do końca w moim stylu. No, ale się udało.
Co więcej, gdybyście słyszeli o kimś, kto ma trochę czasu i mógłby czasem wpaść podlać mi kwiatki, to dajcie cynk, bo wiele wskazuje na to, że znaczną część nadchodzącej wiosny spędzę w innej części naszego kontynentu (nie, nie tej, o której zapewne myślicie, ale wielce atrakcyjnej pod wieloma względami).
Otworzyłabym dziś szampana, gdyby nie to, że nie umiem i nie chciałabym wybić sobie szyby. Ani oka.
Przekazawszy mi tę radosną wieść, nadszyszkownik poprosił, żeby podzielić się z nim planami urlopowymi na najbliższy czas, co skwapliwie uczyniłam, informując przy okazji, że będę potrzebowała wakacji w pierwszy poniedziałek października (jak przez ostatnie dwie jesienie).
– Hoho, za dziesięć miesięcy! Z wyprzedzeniem planujesz…
– Widzisz, po prostu w niedzielę będę za granicą i potrzebowałabym tego poniedziałku na powrót.
– Coś ważnego tam się dzieje?
Nie nazwałabym tego w ten sposób…
Mój szef jest raczej uroczy i sprawia wrażenie człowieka gotowego przyjąć dużo do wiadomości ze spokojem, więc mu powiedziałam, o jakiego rodzaju wydarzenie chodzi. Pomilczał przez chwilę, ale nie dał po sobie poznać, że właśnie pojął, iż zatrudnił jakąś wariatkę.
W przyszły weekend też wylatam z ojczyzny, ale ten powód jest – powiedzmy – obiektywnie nieco bardziej zrozumiały.
Innymi słowy, u mnie wszystko w normie.

The stars look different tonight

I co ja mogę powiedzieć.

Jako osoba uzależniona od informacji mam taki nawyk, że po tym, jak rano wstanę, sprawdzam Twittera. I gdy dzisiaj sprawdziłam, to prawie upuściłam telefon. To nie była wiadomość, którą chciałoby się przeczytać poniedziałkowym szarym świtem, ani żadnym innym. Jest mi dziś przeraźliwie ponuro i źle – jedynym, co mnie pociesza, jest to, że tak samo czuje się wielu ludzi na świecie, znanych i nieznanych, blisko i bardzo daleko. Fala smutku, jaka się dziś przetoczyła przez internet, i fala wyznań (ktoś, będąc nastolatkiem, uciekł z domu na koncert, ktoś obsesyjnie oglądał Labirynt, ktoś wydał pierwsze zarobione pieniądze na płytę, ktoś miał Davida poznać, ale był tak zdenerwowany, że z przejęcia upił się w sztok…) jednak dowodzą, że nie jest jeszcze straconym miejscem ta nasza planeta. I że ten facet robił coś wyjątkowego, przez lata ucząc nas słuchać, patrzeć, czuć, szukać w sobie, akceptować siebie, cieszyć się z własnej inności. Kształtując wrażliwość Ziemian w tak wielu aspektach, od sztuki po seksualność.
A potem sobie poszedł.
Wrócił do siebie, mam nadzieję.

Powiem wam – zresztą już kiedyś pisałam – że ja kiedyś Bowiego strasznie nie lubiłam (rosnąc w domu, w którym był wielbiony). A jako dziecko to w ogóle się go bałam, bo miał te swoje dziwne oczy, ten osobliwy tembr głosu. Widocznie trzeba było dojrzeć, bo przeprosiłam się z nim jakoś w moich późnych latach dwudziestych i wtedy zupełnie się w nim zakochałam. Celowo napisałam „w nim”, nie tylko w tym, co robił, bo on miał jakiś szalony magnetyzm w sobie – jeśli oglądaliście jego koncerty czy inne tam wystąpienia (ten uśmiech…), wiecie, o czym mówię. W nim było coś niepokojąco pociągającego. Był taki czas w moim życiu, że słuchałam cięgiem tylko tej płyty. Żadna inna nie była mi potrzebna. Właściwie gdybym miała uciekać z płonącego domu i mogła złapać jedną, złapałabym tę (zresztą zawsze leży na wierzchu).
Ktoś dziś napisał w sieci, że trzeba myśleć o sobie jak o szczęściarzu – świat ma pięć miliardów lat, a nasze krótkie życie przypadło akurat na czasy, gdy chodził po nim David Bowie. I to jest, moi złoci, rzecz do zapamiętania, jeśli wy też wojujecie dziś z poczuciem straty. A przecież nawet się go nie widziało na własne oczy, więc dlaczego tak?…

Ale żeby nie było tak rzewnie.
W mojej poprzedniej pracy, dawno temu, miałam szefa-Anglika, który był (nadal jest) przecudownym człowiekiem. Pracowaliśmy razem dość krótko, bo przeszedł na emeryturę, niemniej mimo wszystko nadal utrzymujemy kontakt. Jest to postać dość intrygująca, bo co prawda przez wiele lat od 9 do 17 wykonywał raczej nudną pracę w wielkim koncernie, ale prywatnie był zapalonym muzykiem i spędził młodość (przypadającą na lata 60. – w Anglii…), grywając po knajpach z ludźmi, którzy później w paru przypadkach stali się całkiem sławni. Ogólnie spokojny siwy dżentelmen, który nie wygląda, jakby mógł porozmawiać z wami o czymkolwiek poza pogodą, ale och, jakże pozory mylą. Dziś napisał na Fejsbuku – gdzie ogólnie rzadko bywa – że jest na tyle posunięty w latach, iż zdarzyło mu się być na koncercie Bowiego w czasach, gdy ów jeszcze inaczej się nazywał i był muzykiem folkowym (oraz mimem), i że nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczył. Wieczór jednak nie był do końca udany, w każdym razie nie dla wszystkich, bo mój przyszły szef poszedł na ten koncert ze znajomym i jego dziewczyną… którą Bowie, wtedy jeszcze nie będący Bowiem, po koncercie poderwał.
Cóż.
Myślę, że większość z nas, i to zapewne płci obojga, dałaby się mu poderwać.

Ciekawe, jak tam jest, w gwiazdach.

When we said our first hello, little did we know

Dzień dobry. Jak wasza niedziela? Osobiście spędzam ją z Dehnelem (nawet trochę się zgadzam z kąśliwymi uwagami o 33-latku wydającym dzienniki i od niechcenia wzmiankującym, gdzie to go znowu zaprosili, ale tak czy inaczej przepadam za jego sposobem pisania), dałam pieniądze na nową willę wiadomego wroga publicznego i najeździłam się co niemiara na lodzie w drodze do sklepu o poranku, bo mamy w Krakowie troszeczkę ślisko. Wracałam do domu na bezczela jezdnią, gdyż chodnikiem iść się nie dało.

Nie potrafię wam powiedzieć, ile razy w ciągu ostatnich kilkunastu godzin wysłuchałam tego Wichita Lineman i mój zachwyt ciągle rośnie. Ja tak mam. Gdy mi się coś spodoba, ale tak naprawdę spodoba, potrafię zamęczać to w nieskończoność, aż doprowadzę się do stanu przedawkowania i muszę na chwilkę przestać.
Toteż postanowiłam zrobić sobie odwyk. Sięgnęłam po ciężki kaliber, czyli po Franka.
Franka darzę wielką miłością i uważam, że ci wszyscy współcześni croonerzy mogliby mu w najlepszym wypadku buty czyścić, a i to za pozwoleniem. Jest w tej postaci coś fascynującego – wiecie, Hollywood lat 50., Rat Pack, wytworne garnitury, imprezy z JFK w Las Vegas, małżeństwa z aktorkami, romanse, piszczące fanki, hazard, jakieś tajemnicze mafijne historie… To jest życie, nie? Nie jakaś tam rurka z kremem.
Ale, ma się rozumieć, Frank nie był znany z tego, że był bon vivantem pełną gębą, tylko z tego, że miał głos. GŁOS. Jakby wam kto masował uszy aksamitem. Jakby was trzymał za rękę, śpiewając. We Franku nie sposób się nie podkochiwać, nawet jeśli urodziło się w czasach, gdy był już sędziwym dżentelmenem. Nikt nie śpiewa Franka piosenek lepiej niż Frank – on był też w końcu aktorem i nie wyśpiewywał tych wersów tak po prostu, żeby ładnie brzmiały; on coś opowiadał przy okazji. Ten głos sprawia, że natychmiast czujecie się niepokojąco romantycznie, jakoś wam miękko i widzicie la vie en rose (to akurat jego kolega, też błyskawicznie robiący z słuchacza budyń). Frank ociepla stosunki międzyludzkie i pomaga, gdy wam samotnie, a gdy cierpicie na wkurw, to was uspokoi. Ogólnie jest bardzo skutecznym lekarstwem na wszystko.
Szczególnie uwielbiam to. A jeszcze bardziej w wersji na żywo, gdzie chłopak idealnie frazuje, nie przeszkadzając sobie przy tym w piciu i paleniu (i robiąc to wszystko z wielką klasą – tak, on miał coś, czego u wielu współczesnych facetów mi brakuje, bo jakoś wyszło z mody: luz mianowicie). Znalazłam kiedyś w sieci wersję nagraną podczas jednego z jego ostatnich koncertów i ta piosenka miała wówczas rozdzierająco inny wydźwięk…
Ale wczoraj wieczorem, kopiąc pomiędzy niezliczonymi klasykami, znalazłam coś innego. Jakimś cudem nie słyszałam wcześniej tej piosenki. Nie mam pojęcia, jak to możliwe, ale to prawda. Wyczytałam, że to ponoć był jeden z prywatnie Franka ulubionych kawałków. Mogę to zrozumieć.
I zrobiłam sobie coś bardzo złego.
Jest czasem tak, że słuchacie czegoś i macie wrażenie, że oto ktoś napisał tekst o kawałku waszego życia, a ktoś inny dopisał do niego muzykę. Otóż te skromne trzy minuty rozwaliły mnie w drobny mak. Wróciło wszystko, co sobie starannie, przez ponad rok zakopywałam, mając nadzieję, że w końcu da się uznać za niebyłe. Otóż nie da się. Czasami człowiek nawet nie wie, jak tęskni. Czasami człowiek myśli, że może jednak podjął złą decyzję?… Cóż, nie da się odwrócić. Stało się. Ale – przynajmniej się stało. Przynajmniej coś niesamowitego się przeżyło.
Siedziałam, słuchałam i płakałam. Mówię wam przecież, coś jest nie tak z tym rokiem, ciągle się mazgaję.
A później, o ironio, okrutne Spotify wrzuciło mi to.
Muszę w lepszy krem pod oczy zainwestować, bo doprawdy. Znacie jakiś porządny?…

La curva más bonita de una mujer es su sonrisa

Najmocniej przepraszam, ale jeszcze pokontynuuję wątek z poprzedniego wpisu, bo nie wyczymie.
Co to tam było? Chrześcijańskie wartości?
Proszę, przegląd tweetów nowego prezesa TVP1.
Czy ktoś może mi wytłumaczyć, bo ja jestem prosta dziewczyna i może pewnych błyskotliwych niuansów nie kumam, jak to się do siebie nawzajem ma? Czyż nie jest to odrażająca hipokryzja i podwójna moralność? Powiadam wam, gdy czytam i słucham tekstów niektórych przedstawicieli naszych nowych niosących wiatr odnowy władz, to sobie myślę, że przy nich papież Aleksander VI powinien od razu zostać wyniesiony na ołtarze. Że też im nie wstyd. Publicznie, pod płaszczykiem kultywowania rzeczonych wartości i tradycji patriotycznych (partiotycznych mi się niechcący napisało, w sumie słusznie), demonstrować takie zakłamanie, no, jestem pod wrażeniem. Kiedyś ktoś o tym dobry film nakręci.
I ponownie nie mogę się nadziwić, jak to jest, że przeciętny szary obywatel, starając się o pracę, musi liczyć się z tym, że rekruter wbije jego nazwisko w wyszukiwarkę, sprawdzi, co nawypisywał na Facebooku (tak, to się robi i to całkiem często znacząco zmniejsza szanse kandydatów), zamówi u specjalistów przegląd jego ewentualnych zaległości finansowych, a wreszcie poprosi o dostarczenie zaświadczenia o niekaralności.
(Nota bene, gdy poszłam załatwić sobie to ostatnie, przy okienku mnie zatchnęło z nerwów, bo nie doczytałam, iż dotyczy to wyłącznie wyroków wydanych na podstawie kodeksu karnego, a nie spraw typu mandat zapłacony z tygodniowym opóźnieniem).
A tymczasem czołowe stanowiska w państwie można objąć bez żadnych takich cyrków. Nie trzeba być ani uczciwym, ani dobrze wychowanym, ani taktownym w wyrażaniu opinii publicznie. Bo media społecznościowe to jest jednak „publicznie” i choćby się skwapliwie kasowało żenujące wypowiedzi, zawsze znajdzie się ktoś, kto zdąży zrobić zrzut ekranu.
Żeby nie było – uważam, że przekleństwa są zdrowe. Sama stosuję i wiem, jaka to ulga, gdy się to mięsiste „rrr” wypowie. Lubię momenty, gdy wśród biurowej ciszy wtem rozlega się ciche westchnienie kogoś, kto dostał właśnie mail, który go nieco wytrącił z równowagi: „ja pierdolę”… Pokażcie mi osobę, która uderzywszy się w łokieć albo kopnąwszy nieobutą stopą w cokolwiek, wyszeptuje jakieś tam ojejki. Cenię nadzwyczaj funkcjonalność tych słów, to, że właściwie dowolną emocję czy zjawisko można nimi opisać. Znam ludzi, którzy potrafią przeklinać z niebywałym wdziękiem – piętrzą tę kuchenną łacinę, budują z niej zdania wielokrotnie złożone, ale na ogół ci sami ludzie potrafiliby powtórzyć to, co przed chwilą wybluzgali, piękną staromodną polszczyzną. A tu mamy tylko więcej kurwy w kurwie. W ustach prezesa środka przekazu, publicznie. Trochę słabe.

To sobie ponarzekałam.
W gruncie rzeczy chciałam dziś ponarzekać na siebie, bo mam do się pretensje, że przez ostatnie trzy miesiące wysoce zaniedbałam towarzystwo – nowa praca i częste weekendowe wyjazdy wywróciły mi życie do góry nogami, i wiem, że ten i ów ma do mnie pretensje. Sama nie lubię ciągle słyszeć „wtedy nie mogę, wtedy też nie mogę”. Wstyd mi trochę. A tym bardziej wstyd, że wiem, że nie będzie lepiej. Gdyż tę nową robotę wzięłam właśnie dlatego, że oferowała możliwość częstych podróży, a weekendowych ucieczek w góry i do Londinium (tyle Read Not Dead w tym roku! I znowu w tym pokoiku z brudnym dywanem! Aye!) tym bardziej nie odpuszczę. Za rok, można podejrzewać, moimi jedynymi znajomymi będą panowie w TPN i w kontroli bagażowej na Balicach. Ale tego przecież chciałam. Gonienie za marzeniem jest czasem skazaniem się na to marzenie, biletem w jedną stronę.
Pamiętam, gdy jako nastolatka czytałam Śniadanie u Tiffany’ego. Wszyscy wiemy, co miała na wizytówce napisane bohaterka, prawda? Panna Holiday Golightly, w podróży. Nawiasem mówiąc (i jako wielka fanka Capote’a), niezmiennie uważam, że to najlepsze nazwisko w literaturze, doskonale określające postać. Holly Golightly. Tak czy inaczej, małoletnia wówczas autorka pomyślała, że to byłoby fajne, żyć w taki sposób, by też móc tak się podpisywać i wreszcie tego doczekała, tylko pewnym kosztem.
Bardzo jestem niezadowolona z dorosłości, bo przychodzi w niej taki moment, gdy zdajecie sobie sprawę, że to nie jest uroczy karnawał i każdy wybór oznacza utratę czegoś innego. Ale trudno.

Żeby nie było tak refleksyjnie i publicystycznie: na dobranoc macie ładną muzyczkę, piękną i łagodną, taką, że tylko się przytulić ufnie do poduszki i uśmiechnąć do snów. Po tak czarownej kołysance sny oduśmiechną się z pewnością.

What fools these mortals be

Już przestałam ubolewać nad losem biednego Charliego z Endeavour (tak, wiem, na liście obsadzonych nie ma nikogo, kto grałby osobę o takim imieniu, ale jak pisałam, to wszystko iluzja), ale chyba zaraz będę potrzebowała nowej dawki przyjemności w moim życiu. Gdyż los dostarczył mi wrażeń umiarkowanie słodkich.

Po pierwsze, wczoraj zapomniałam portmonetki. Nie tyle właściwie zapomniałam, co nie przełożyłam wszystkiego z jednej torebki do drugiej – dziewczyny wiedzą, jak to jest. Z trwogą dokonałam przeszukania siebie samej i znalazłam dwa złote czterdzieści. Za mało nawet na dwudziestominutowy bilet w Kraku. Cudownie. Było za późno, żeby wrócić do domu (mam taką osobliwą fobię związaną ze spóźnianiem się, nie znoszę, nienawidzę), więc cóż, przez cały wczorajszy dzień z duszą na ramieniu podróżowałam na gapę. Sorry, ZIKiT. Przyznaję, przejechałam się na wasz koszt, wyrażam skruchę.

Po drugie, przeczytałam sobie koncepcję tej nowej ustawy o mediach publicznych i powiem wam szczerze, że się wkurwiłam. Innego słowa nie znajduję.
Ja co prawda nie oglądam telewizji (acz słucham Trójki na ogół rano, lub też Radia Kraków), niemniej skończyłam w końcu to dziennikarstwo. Poza tym moje życie prywatne miałoby tu coś do powiedzenia, nieprawdaż – choć wolę nie pytać go o zdanie, bo jestem głęboko przekonana, że w odpowiedzi usłyszałabym taki rzut mięsa, że aż by mnie uszy zabolały. W każdym razie womitować mi się chce, gdy czytam farmazony w stylu: „kultywowanie tradycji narodowych oraz wartości patriotycznych i humanistycznych”. Czy możemy w końcu przestać o tych wartościach mówić, proszę. Jestem od wielu lat dorosła i dawno temu sama sobie je wybrałam, podobnie jak wielu mieszkańców tego kraju, więc nie trzeba nam ich wtłaczać do głowy. Nie oczekuję również od mediów, by „respektowały chrześcijański system wartości”, bo nie tylko chrześcijanie w Polsce żyją – raczej by respektowały elementarne zasady etyki, takiego wzajemnego, ludzkiego szacunku dla siebie nawzajem i pospolitej uczciwości.
Jeśli założę sobie, dajmy na to, prywatne radio czy inne tam pisemko, nie żeby było mnie na to stać, ale załóżmy, to mogę sobie w nim publikować niemal dowolne treści i lansować opinię, że światem rządzi Cthulhu, poświęcać 80% zawartości każdego wydania Ryanowi Goslingowi czy cokolwiek innego. Moje prawo. Jeżeli jednak biorę się za kierowanie czymś finansowanym w znacznej mierze przez obywateli kraju, to uczciwie byłoby wziąć pod uwagę fakt, że nie wszyscy z tych, co płacą na te moje media, wyznają jednakowy światopogląd. A odbiorcy głosują w prosty sposób – pilotem. Te ich codzienne głosowania mają znaczenie dla reklamodawców, bo po co im wyrzucać forsę w błoto?… No, ale będzie władza miała swoje upragnione prawdziwie polskie media. Sama se je będzie oglądać najpewniej.
I ta cała Rada Mediów Narodowych, pięcioro ludzi na sześć lat, a gdyby coś przewodniczący Rady źle zrobił, to i tak można mu naskoczyć, bo odwołanie z tej funkcji ma być możliwe li wtedy, gdy złoży rezygnację. Niezła posadka.
W mordę. Szkoda komentować.

Z innej wszak beczki, milszej memu sercu, Shakespeare’s Globe istotnie ogłosił nowy sezon, pod przewodnictwem nowej, dość kontrowersyjnej dyrektorki. W planach między innymi Sen nocy letniej, który dzieje się w lesie oczywiście, i ten las ma wychodzić na nabrzeże (bo Globe stoi kilkanaście metrów od Tamizy). I Makbet. Będzie dużo latania tam i nazad.

Smoke and mirrors

Bardzo dobrze się ten rok zaczyna. Same małe rzeczy, a cieszą. Oczywiście jest upiornie zimno – no, dobrze, że napisałaś, bo by ludzie nie zauważyli… – a ja w akcie poniedziałkowego napadu tępoty postanowiłam wyłączyć ogrzewanie, wychodząc rano z domu (i zastało mnie w tymże po powrocie 14 stopni, ale to i tak małe miki w porównaniu z aktem mojego znajomego, który zostawił również otwarte okno i wyjechał w Sylwestra, by wrócić wczoraj i nieco się zakłopotać). Niemniej, poza temperaturą, wszystko inne jest piękne.
Najpierw ten pan Kelly, daj mu Boże zdrowie,

MFOL

potem ten kuriozalny odcinek Sherlocka, który zawiera coś, co darzę wielkim uwielbieniem, a następnie to, co zawiera coś, co darzę uwielbieniem nawet większym (jak również coś, co mam jeszcze do zrobienia; może kiedyś się uda, życie się zabawnie plecie). Bo jak wszyscy wiedzą, nabawiłam się onegdaj pewnej niegroźnej dolegliwości. I nasza bohaterka w przypływie ułańskiej fantazji podczas jednej z wizyt za Kanałem postanowiła przedstawić się tej chorobie i nawet się z nią jakby zakolegowała wskutek dalszych wydarzeń, co mnie ciągle dziwi, ale widocznie tak miało być. Wobec moich słabości jestem niebywale lojalna, zatem w godzinie zero odpaliłam stronę ITV – a żeby im krowy wyzdychały za te reklamy co chwila – i zawczasu przezornie splotłam rączki w zachwycie.
To jest dokładnie to, czego się spodziewałam. Nie chcę nikomu psuć zabawy, więc tylko napiszę, że tym razem żyjący chwilowo na sielskiej prowincji konstabl Morse (musi tam to normalne, że się drewno rąbie w krawacie) zawiązuje osobliwą przyjaźń z mieszkającym nieopodal milionerem o czarującym usposobieniu, z zamiłowaniem do bicia rekordów prędkości i skłonnością do nadużywania pewnego określenia, ale też dość enigmatycznym, jakby nie do końca odnajdującym się wśród zepsutych i zblazowanych wyższych sfer. Tymczasem na pobliskiej leśnej drodze znalezione zostają zwłoki kobiety, która wpadła pod samochód, tylko że po wielokroć wpadła.
Bardzo lubię, gdy jestem troszeczkę wodzona za nos jako widz i czuję, że coś jest nie tak, ale nie wiem co – i, gdy już prawie wydaje mi się, że kumam, o co chodzi, scenarzyści wyciągają królika z kapelusza (w tym przypadku niemal dosłownie). A cały ten odcinek – właściwie porządny półtoragodzinny film – udowadnia wam, że to, co widzicie, niekoniecznie jest tym, co naprawdę przed wami stoi. Ot, iluzja. Et voilà!
Można co prawda odnieść wrażenie, że sponsorem odcinka był L’Oréal, ale tym przyjemniej się to ogląda. Niektórych ludzi włosy powinny być oddzielnie wymieniane w liście płac. A całość spięta jest bardzo ładnie sfilmowaną klamrą, przy czym jedna z końcowych scen, króciutka doprawdy, całkowicie mnie oczarowała i myślę, że jak sami zobaczycie, to zrozumiecie.
I zawsze uważałam, że pałace strachów to nieciekawe miejsca.
Inna sprawa, że błyskawiczne rozpoznanie kogoś pojawiającego się w ciężkiej charakteryzacji przez sekundę na drugim planie świadczy chyba o tym, iż jako pozornie poważny człowiek spędzam chyba za dużo czasu na błogim nurzaniu się w kulturze masowej. Ale dzięki temu drobiazgowi bliżej końca uświadomiłam sobie, że scenarzysta, zdolny człowiek, ciągnąc widza głównymi wątkami na manowce, tak naprawdę od początku podrzuca drobniutkie szczegóły, z gatunku „mrugnij, a przeoczysz”, które podpowiadają rozwiązanie zagadki, kogoś przełażącego przez plan w tle albo odbicie w szybie, drobne napomknienie jednego z bohaterów: one was damned and one was saved. Innymi słowy – oglądać uważnie, nie wychodzić do toalety ani po herbatę, nie bawić się telefonem. Cały ten odcinek jest napisany jak magiczna sztuczka; odwraca waszą uwagę od tego, co macie przez cały czas przed oczami. Nic więcej nie powiem. Obejrzyjcie. Można zrobić pyszny kryminał bez strzelanin i pościgów.
No, a poza tym wszystkim jutro Shakespeare’s Globe publikuje mój grafik urlopowy, to znaczy swój repertuar na przyszły rok. Mówię przecież, że dobrze się zaczyna.

It’s not the fall that kills you – it’s the landing

Jak wasz Nowy Rok? Bo ja to w sumie od początku płaczę.
W piątek, gdy skonany naród odsypiał trudy świętowania, już o siódmej rano byłam w blokach startowych. Zaparzyłam sobie przywiezionej z Londinium herbatki, zjadłam na obiad sorbet malinowy, ponieważ kto mi zabroni, i wykończyłam Fronczewskiego. Czy już mówiłam, że to trzeba przeczytać? Otóż trzeba; takich już nie robią. W świecie błyszczących celebrytów skaczących na lodzie czy jakoś tak, odzywa się niebywale skromny i błyskotliwy człowiek, mówiący o aktorstwie jak o ciężkiej fizycznej pracy i służbie widzowi, a nie o brylowaniu na dywanach. Cytaty zapełniłyby ten blogasek na najbliższy rok, ale jeden – przy noworocznej okazji – zwrócił moją uwagę. Otóż wywiadowany zastanawia się, dlaczego i po co spotkał Gustawa Holoubka, bardzo ważną w jego życiu osobę (Holoubek zatrudnił go w teatrze, tym samym uruchamiając jego karierę; spotkali się przypadkiem, w pociągu). I odpowiada sam sobie: „bo miałem go spotkać”.
Trudno zaprzeczyć, że to niekiedy jedynie słuszne wytłumaczenie. Ja, osoba małej wiary, też jestem głęboko przekonana, że odkryłam pewne miejsca, bo miałam się w nich zjawić i poznałam tych i owych, bo miałam ich poznać.
Bo tak na zdrowy rozum nie umiem wytłumaczyć.
Dodam tylko, że on tak pięknie mówi o swojej mamie (która ma 103 lata! zdrowia dla mamy!), że aż naszej bohaterce parę łez skapnęło do kubka z herbatą.
Jakby tych śloz było mało, w ostatnich godzinach minionego roku wydarzyło się coś jeszcze.
Pamiętacie, jak pisałam o Mr Foote’s Other Leg? Skomentowałam zatem w piątek wpis autora tej sztuki (i książki, na motywach której została osnuta), i zarazem aktora w jednej z głównych ról, pisząc, że to było jedno z najbardziej poruszających teatralnych wydarzeń w moim życiu – no, bo było. I otóż on mi odpisał, że dziękuje i że to mu zrobiło sylwestra. Oczywiście, że wielce egzaltowana autorka popłakała się w odpowiedzi.

Wczoraj natomiast wyszłam na chwilkę na zewnątrz – tylko by uzupełnić lodówkę – zasmuciłam się bardzo, paluszki mi prawie odpadli i w ramach protestu nie zamierzam wychodzić ponownie, nim temperatura nie wzrośnie powyżej zera (ciekawe, co twoja firma na to…). Grzejąc się pod kordłami, obejrzałam specjalny odcinek Sherlocka – który jest czystym, dziewięćdziesięciominutowym żartem i puszczeniem oka do publiczności, i pojawia się w nim… mniejsza, co się pojawia. Jest to w każdym razie coś, co darzę ogromnym uwielbieniem. I coś, co zobaczę za kilka tygodni! Może nawet pójdę się przywitać (zły pomysł, Oleńko, nie rób tego kolejnemu człowiekowi). Aż kwiknęłam, gdy usłyszałam ten wielce charakterystyczny głos. Za dużo napisałam, prawda?

Skoro tak w tym domu siedzę, to czytam dużo i jestem o włos od zaciągnięcia się na kurs.
Muszę chyba zarysować tło tego pomysłu. Otóż gdy byłam dzieckiem, po wielokroć czytałam tę książkę. To była jedna z ulubionych książek mojej mamy, gdy sama była mała. Bardzo ją lubię do dziś (książkę, mamę w sumie trochę też). I chyba tej właśnie lekturze zawdzięczam mój osobliwy fetysz. Otóż, jak starzy czytelnicy wiedzą, lubię latać. To widać, gdy wejdzie się do mojego mieszkania, bo obok gryzmołów różnych ludzi na ścianach wiszą fotografie z Wydmy Piłata. Spędziłam nawet jeden urlop, nocując w hangarze (gdybyście byli ciekawi, jak to jest, odpowiadam – wykurwiście zimno i śmierdzi paliwem). Niestety raz, we wrześniu 2009 roku, lecąc na paralotni, postanowiłam wylądować z wiatrem. Tego się nie robi. Zawsze, każdym statkiem powietrznym, startuje się i ląduje pod wiatr. Żelazna zasada. Inaczej możecie się bardzo dotkliwie przekonać, co na wasz temat sądzi powietrze, ten niewidoczny i pozornie niegroźny żywioł.
Tak mną p… cisnęło o glebę, że Bogu dziękować, iż tylko zerwałam mięsień.
Od tamtej pory jestem tylko pasażerem. Ale tęsknię. I to bardzo. Coraz bardziej.
Bo to uczucie, którego nie da się zapomnieć. Ani opisać. Biegniecie, biegniecie, ciągniecie tę szmatę za sobą i wtem dociera do was, że przebieracie nogami w powietrzu, unoszeni w górę przez coś, co waży 10 razy mniej niż wy. I ten moment zostaje z wami na całe życie. Kto to przeżył, ten wie, kto nie, nie będzie mu łatwo sobie wyobrazić.
Zawsze marzyłam, żeby się szybowcem przelecieć. Pamiętam, raz na Żarze (górze będącej mekką polskiego latactwa, a przy okazji miejscu, w którym występuje anomalia grawitacyjna, będąca w gruncie rzeczy złudzeniem optycznym – wygląda, że butelki toczą się pod górę…), świętując zakończenie sezonu, siedziałam na startowisku, sącząc piwo, a nad głową – dosłownie nad głową, parę metrów – przelatywały mi szybowce. One wydają absolutnie niesamowity dźwięk. Piękny. Trochę podobny do tego, który słyszycie, przykładając do ucha muszlę.  Tną powietrze z takim delikatnym świstem.
Tamten dzień pamiętam jeszcze z jednego powodu. Jeden z Żelaznych przepuścił mnie w kolejce do baru, mówiąc, że ma czas. Tydzień później chłopaki zderzyli się w powietrzu, a autorka nigdy więcej nie poszła na żadne pokazy lotnicze.
Ale, tknięta sentymentem, wykopała zdjęcia z tamtego dnia.

How do you solve a problem like Ola?

Ostrzegam, panie i panowie. Poniżej rozciąga się wpis obszerny niczym opis przyrody u Orzeszkowej. U znawców blogosfery, którzy onegdaj wyrażali dezaprobatę dla moich długich wpisów, poniższym rozwlekłym wywodem o długości nieomal Starego Testamentu już zupełnie skażę się na potępienie i czarną listę, ale nieważne.

Jednym słowem: podsumowanie roku.
Uwielbiam je pisać i na ogół tuzin razy poprawiam, bo zawsze mi się przypomina coś arcyważnego, co mi umknęło.

To był dziwny rok. Gdybym miała go najkrócej streścić: rok, w którym wydarzyło się bardzo wiele w bardzo niewielu sferach. Rok, w którym przekonałam się, że czasami naprawdę warto opuścić ten swój bezpieczny barłóg i pójść dalej, choć dotychczas mnie to przerażało. Rok, w którym parę razy zasypiałam z myślą: „no dobrze, coś takiego się wydarzyło, kto by przypuszczał… jutro o tym pomyślę, bo teraz nie wiem, co z tym zrobić”. Rok, w którym nauczyłam się dzielić i przekonałam się, że ludzka życzliwość potrafi być ogromna, a z podawania jej dalej można czerpać niebagatelną przyjemność. Ale to też rok, w którym dowiedziałam się, że smutek – czy melancholia raczej – w pewnym momencie życia zagnieżdża się w nas na dobre. Niemniej to nie jest złe uczucie, przeciwnie, bardzo człowiekowi potrzebne, żeby nie zmienił się w cyniczną zjawę.
No i rok, w którym nader często postępowałam zgodnie z zasadą „prędko, zanim do nas dotrze, że to, co robimy, jest bez sensu”.

Statystycznie: spłodziłam 153 wpisy. Pokonałam 24530,8 kilometrów drogą lotniczą (specjalnie policzyłam). Kupiłam tylko 3 nowe torebki. Pracę zmieniłam raz. Romansów miałam zero (acz pewien dziwny kandydat owszem, był, nie wspominajmy tego). Książek przybyło mi… próbowałam porachować, ale poległam. Jeśli chodzi o kilogramy, to nie jest istotne, umówmy się.
Dobrze, przeróbmy to może per miesiąc.

Styczeń. Autorka świętuje nadejście nowego roku w teatrze (i jedną z pierwszych osób składających jej życzenia jest Lidia Bogaczówna we własnej osobie). Dziesięć dni później wsiada do samolotu o morderczo wczesnej godzinie. Pędzi na pierwsze przedstawienie, wpada do hotelu, by porzucić toboły i oko podmalować, powtarza przed lustrem orędzie i wychodzi na przedstawienie drugie. Po spektaklu – ostatnim w tej obsadzie, to ważne (kto nie wie dlaczego, musi cofnąć się o rok…) – skręca za róg. Odczekuje, aż pstrykną wszystkie flesze, rozdadzą się wszystkie podpisy. Otwiera buzię, nabiera powietrza w płuca i wtem słyszy:
– Hello again!
– He… – autorka przerywa, zdawszy sobie sprawę z tego, co usłyszała i stwierdza błyskotliwie:
– You remember me.
– Of course I remember you!
Dzięki. Przez całe popołudnie obmyślałam, co chcę powiedzieć, nauczyłam się tego na pamięć i wszystko mi popsuł.

Luty. Autorka idzie któregoś poranka do pracy i spoglądając na swój biurowiec majaczący na horyzoncie, myśli: „chciałabym w przyszłym roku o tej porze być już gdzieś indziej”. Poza tym spędza walentynki z Jamesem McAvoyem (gwoli ścisłości, on o tym nie ma pojęcia, ale to nieważne) i po raz pierwszy w swoim życiu idzie na rozdanie nagród. Czerwony dywan, trzask migawek, koczujące pod wejściem nastolatki, potężny ochroniarz wyłapujący z tłumu ludzi z biletami i niemal wpychający ich do środka, te sprawy. Hiddleston w kolejce do baru i odbierający ku zaskoczeniu wszystkich nagrodę. I oczywiście, że autorka, jak rasowy Kopciuch, łamie na tym dywanie obcas. Jakby tego nie było dość, pierwszą osobą, na którą wpada po zakończeniu imprezy, jest wcielona uroczość, więc autorka staje jak wryta z zachwyconym uśmiechem, aż znajoma ciągnie ją za rękaw płaszcza, bo czas udać się na gin z tonikiem.
To było jedno z najbardziej surrealistycznych doświadczeń w moim życiu.

Marzec. Autorka znowu leci i w sumie to powtarza się ten sam scenariusz, więc tę część pominiemy (Oleńko, a czy ty kiedyś może słyszałaś o takim zjawisku jak stalking? Nie? To widać).

Kwiecień i maj to smutne miesiące. Już to prawie przerobiłam, ale im starsza jestem, tym mocniej czuję, że są rzeczy, które nie przestaną mnie boleć. Zawsze będą gdzieś tam uwierały. Nie potrafię pogodzić się z tym, że ludzie tak szybko potrafią zniknąć. Szybciej, niż zdąży im się powiedzieć, jak bardzo są ważni. I to ludzie z mojego pokolenia, a swoje pokolenie przecież każdy uważa za nieśmiertelne, nietykalne. My? My przecież jesteśmy wiecznie młodzi. Zdrowi. Nic nas się nie ima.
Ale jakby na dowód tego, że życie dąży do równowagi – również w maju, wskutek z głupia frant wypowiedzianego życzenia i dzięki działalności zorganizowanej międzynarodowej siatki wspólników, zostaję kolekcjonerem sztuki (jak się uważnie przyjrzycie temu zdjęciu, to zobaczycie artystę…). Parę tygodni później dowiem się, że byłam pierwszym nabywcą kiedykolwiek. Z Indii natomiast przylatują do mnie papierowe cudeńka, robione przez dziewczynę, która nigdy wcześniej niczego nie wysyłała za granicę i nawet nie miała tego w planach, ale pocztą pantoflową uwielbiająca niepospolitą biżuterię autorka dowiedziała się o jej kunszcie i jakoś się udało – z pomocą kolejnej siatki – to zdobyć. Cudeńka przychodzą wraz z odręcznie napisanym liścikiem zakończonym zdaniem: I wish you all the happiness in the world.

Czerwiec. Norwegia i najpiękniejsze światło, jakie w życiu widziałam. Uroki Nordmarka, dzikie lasy, w które da się dotrzeć metrem, rozpieszczone kucyki w schroniskach, przypiekanie grzesznego ciałka na bałtyckich wyspach, Munch i brunost. Zanim się zorientuję, jestem w tym kraju zakochana po uszy. Wybaczam mu nawet to, że nie mogę zasnąć, bo jasno, a gdy zasypiam, to zaraz świta.
Jakoś po drodze, zirytowana sytuacją w obecnej fabryce i poczuciem, że moja umiarkowana (czyt. znikoma) asertywność jest jakby nieco wykorzystywana, składam CV w dwa miejsca – jedno w kraju, drugie zagranico. Z obu miejsc oddzwaniają.

Lipiec. Życie zawodowe nagle odpala silnik odrzutowy i sprawy dzieją się niebywale szybko. Sama sobie się dziwiąc, autorka składa wypowiedzenie i tego samego dnia wyjeżdża do Londynu, wypić drina z prawdziwym tamtejszym krytykiem teatralnym (nie pytajcie mnie, jakim cudem do tego doszło, bo do tej pory nie wiem) i zobaczyć Bachantki – oraz parę innych rzeczy, ale głównie Bachantki. Carvel swoją bezkompromisowością, sceniczną odwagą i charyzmą wywołuje u autorki taki opad szczęki, że autorka tą szczęką szoruje po chodniku przez całą drogę do hotelu. Chciała nawet pójść mu to powiedzieć, ale gdy już zebrała się na odwagę, było za późno.
Podczas tej samej wizyty płacze rzewnie na Człowieku-słoniu i idzie na cudowne balety, The Car Man. Planując wcześniej letni urlop, zastanawiała się, czy celować w ten weekend, czy w kolejny. Wybrała wcześniejszy. Tydzień później, w drodze na ostatni spektakl, zginie odtwórca głównej roli.

Sierpień. Jakoś tak przemknął przez palce. Było nieco spontanicznych figli i siedzenia na Bardzo Ważnych Spotkaniach z myślą „ciekawe, czy widzą, że spałam 4 godziny i mam na sobie tę samą sukienkę, co wczoraj”. Czasami trzeba odrobiny rokendrola w życiu. Poza tym nic ważniejszego się nie wydarzyło. Spokój. Cisza przed burzą właściwie.

Wrzesień. Było się w arcypięknych Tatrach Zachodnich i zjeżdżało się na pace. Tyłek trochę obtrzaskany, bo kierowca nieco się rozpędził, ale przygoda bez wątpienia. Zawsze o tym marzyłam i, jak to zwykle się dzieje, spełniło się zupełnym przypadkiem.
Po raz pierwszy w życiu słyszałam wtedy jelenie na rykowisku. Wierzcie mi, gdy ten dźwięk – tyleż piękny, co przerażający – rozlega się blisko was, nagle odkrywacie, że wypisane na drogowskazach czasy przejścia szlaków są grubo na wyrost, bo przebieracie nogami ile wlezie, modląc się, by wam taki agresywny byk nie zaszedł drogi. Niestety im szybciej schodzicie, tym dłuższy szlak się wydaje, a jelenie ryczą raz po lewej, raz po prawej…

Październik. Znowu Londyn. Muzea, wiewióry i słoneczne łąki w Alexandra Palace, ubranie pochlapane sztuczną krwią, Nicole Kidman, przypadkowe, ale niezbyt zaskakujące i niesłychanie przyjemne spotkanie z wcieloną uroczością (odnoszę dziwne wrażenie, że gdyby za moim rozmówcą bomba atomowa wybuchła, to bym nie zauważyła) i przysypianie na osławionym Hamlecie. Nadal nie odważyłam się pójść na retransmisję, ale znajomi postanowili uszczęśliwić mnie biletem do kina i sztywnieję na myśl o tych trzech godzinach…

Listopad. Z żołądkiem w gardle i sercem na ramieniu, albo odwrotnie, trudno powiedzieć, autorka wędruje w objęcia nowego żywiciela. Boi się strasznie i parę nocy przed godziną zero przepłakuje, tak na wszelki wypadek – w końcu opuszcza bezpieczne terytorium. Gdy czeka cała w nerwach w hallu, schodzi po nią uroczy dżentelmen, jak się wkrótce okaże, jej pierwszy nauczyciel w nowym nieznanym świecie. W przerwie między terminowaniem i nieśmiałymi próbami zrobienia czegoś samodzielnie autorka wyrywa się do Londynu, ma się rozumieć, w smutny poranek paryskiego zamachu. Przygnębiająca to wycieczka – deszcz, wzmożone kontrole, miejskie atrakcje podświetlone na trójkolorowo. Pierwsze przedstawienie bardziej autorkę wzrusza niż rozbawia, po drugim na miękkich kolanach podąża pod stage door i, zwalczywszy napad paniki, odkrywa, że Bertie Carvel to przefajny koleś jest. Z uśmiechem dookoła głowy. Nawet autorkę po ramieniu poklepie. Nawet ją nazwie słodką. Och.
Autorka w typowy dla siebie sposób będzie popiskiwała w środku przez tydzień. I nadal, gdy sobie przypomina, to tak troszkę popiskuje, w związku z czym obawia się, że jeszcze się spotkają.

Grudzień. Kolejna króciutka wycieczka, okupiona fontanną łez, które mi otarł (ubolewam, ale nie dosłownie) Bateman. Czyli zaczęłam z nim rok i skończyłam, na to wychodzi. Pierwsze prawdziwe zadania w nowej pracy, stresu po zęby – bo co, jeśli mnie uznają za jakiegoś tłumoka? – i niesamowite wsparcie. Święta bardzo skromne, ale sympatyczne i słodkie, z psami, książkami i ludźmi, którym oddałabym ostatnią koszulę. Może nie jest to Gwiazdka jak z filmów, ale pozwala odpocząć. A tego bardzo było mi trzeba.

Ten rok ma jeszcze kilkadziesiąt godzin i wiele może się wydarzyć, ale nieostrożnie ośmielę się powiedzieć, że to była niesamowita przygoda i jazda bez trzymanki. Jednak warto robić rzeczy, których człowiek się obawia (ale naprawdę musisz jechać Coelho, stara?).
Jakoś tak samo wyszło. I gdy czytam to wszystko powyżej, to kurza twarz, strach się bać, co będzie dalej…

Szczęśliwego Nowego, moi drodzy.

A was?…

Widzieliście zachód słońca dziś?..
wp-1451237358290.jpeg

Powiem wam w sekrecie, że czasami ubolewam, iż nie weszłam dotychczas w posiadanie jednego z tych legendarnych renesansowych trujących pierścieni, które niekiedy były wyposażone w maleńki szpikulec pozwalający niepostrzeżenie wkłuć truciznę w ciało irytującego delikwenta. Sądzę, że przedświąteczna gorączka z każdego potrafi uczynić socjopatę.
To wszystko, całe to moje wątpliwe zadowolenie z przebywania wśród ludzi w tym czasie (acz to samo dotyczy często lotnisk i innych okoliczności przyrody, w których jest nas dużo), bierze się stąd, że nader rzadko zważamy, że nie jesteśmy w jakimś miejscu sami. Pewnie też mam swoje na sumieniu, nie wykluczam, ale niekiedy niezmiernie wkurza mnie to, że niektórzy jakby nie są w stanie rozważyć, czy przypadkiem może komuś nie byłoby warto zrobić trochę miejsca, a nie zajmować całą przestrzeń dla siebie, albo zastanowić się, czy może ktoś się nie śpieszy i ucieszyłby się ogromnie, gdyby mu się zeszło z drogi po czwartym „przepraszam”. Wszyscy jedziemy w końcu na tym samym wózku, więc czemu by czasem nie obejrzeć się na siebie nawzajem? Nie okazać sobie nawzajem drobniuchnego aktu życzliwości, zamiast uparcie udawać, że ten świat, sklep, przedział kolejowy, kolejka do toalety są naszym osobistym, niepodzielnym królestwem?
Piszę o tym, bo moja podróż w rodzinne strony nosiła wszelkie znamiona koszmaru osoby tyleż nieśmiałej, co przekonanej, że dobrze jest być miłym. Najpierw musiałam spytać paniusię, której torebka ze sztucznej skóry – nie wyglądała na taką, której należy się osobny fotel – czy to miejsce jest wolne. Paniusia zabiła mnie wzrokiem. Może jestem starej daty, ale to chyba trochę niegrzeczne, gdy ktoś widzi, że pasażerów przybywa, ale nie zdejmuje swoich klamotów z sąsiednich miejsc, by komuś ustąpić, tylko z uporem maniaka wpatruje się w smartfon albo zapamiętale wertuje prasę, mając nadzieję, że kandydat do miejsca zostawi go w spokoju i pójdzie dalej. No dobrze. Usiadłam. Paniusia wysiadła po drodze i wtedy dosiadł się do mnie osobnik, który od razu sięgnął po jedzenie (do przejechania była raptem godzina, ale to mogę wybaczyć, bo może głodny), ale potem zaczął, wiecie, tak nieznośnie cmokać (tego nie mogę wybaczyć), włożył sobie w uszy słuchawki i puścił na full muzykę taką, że playlista RMF to przy tym repertuar Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, a wreszcie rozwalił się w fotelu, rozkładając szeroko nogi. Nie cierpię, gdy faceci siadają w ten sposób naprzeciwko lub obok mnie. Oczywiście przy pewnym poziomie zażyłości wszystko jest dozwolone, ale umówmy się. Są na tym świecie mężczyźni, z którymi chętnie zetknę się udami. Są i tacy, których genitalia będę z ochotą podziwiać, niemniej nie jest ich aż tak znów wielu i nie należą do nich kompletni nieznajomi w autobusie, na Zeusa.
I to był właśnie ten moment, gdy jęłam rozmyślać o mitycznych borgiowskich pierścieniach.
Brrr.
Na szczęście wysiadłam, na szczęście czekał na mnie padre*, spojrzał na moje liczne toboły, westchnął „dziecko, ciebie chyba Bóg opuścił” i zabrał mnie na święta.

Świętowało się całkiem przyjemnie. Były psy, były pewne wypadki kuchenne, wino, książki, oglądanie filmów do późna w noc – i ta nasza nieliczność, której tak się obawiałam, nie była wcale smutna czy straszna. Przeciwnie. Zrobiliśmy sobie święta bezpretensjonalne i po naszemu, bez składania sobie życzeń, za to z długim zbiorowym uściskiem.
Książki. Właśnie.
Wyjeżdżając z Krakatau, niestety zahaczyłam o księgarnię. Miałam jeszcze chwilę do odjazdu, to pomyślałam, że sobie wdepnę.
Ani razu w życiu nie udało mi się wyjść z księgarni z tylko jedną książką. Dla takich jak ja powinni w tego typu przybytkach trzymać w odwodzie wózki widłowe (a gdy kiedyś zamówię wszystko to, co mam w koszykach na Amazonie, to będą musieli wysłać cargo Antonowem).
– Trzysta dwadzieścia złotych. Zapakować?
– Eee… Słucham?
– Trzysta dwadzieścia złotych. Zapakować?
Przyznam wszak, że na razie ani złotówki nie żałuję. Jedną z książek kupiłam nieco wbrew sobie – bo ja przecież pochodzę z bezbożnej rodziny i sama też jestem na bakier – a mimo to pochłonęłam z uwagą w jeden dzień. Nie we wszystkim zgadzam się się z jej bohaterem, ba, czasami bardzo się nie zgadzam,  niemniej mam wrażenie, że gdybym się z nim spotkała, pogadalibyśmy sobie na różniące nas tematy, może nieco zapalczywie, ale się nie pokłócili. Być może trochę za dużo jego ulubionej rioji poszłoby przy okazji. To ksiądz dużo mniej świątobliwy (czy, jakby to moja – nawiasem mówiąc, bardzo wierząca – przyszywana babcia powiedziała, świętojebliwy) niż wielu znanych mi biegających co niedziela do kościółka, za to ogromnie uważny i życzliwy, i otwarty, i zdający sobie sprawę z tego, że na tym kawałku skały pędzącym z zawrotną prędkością przez kosmos mieszkają różni ludzie.
Drugą książką, którą mam na warsztacie, jest autobiografia profesora Sacksa, ledwo liźnięta dopiero, ale bardzo obiecująca i kipiąca wiedzą i dowcipem – a trzecią wywiad-rzeka z Piotrem Fronczewskim.
Jeśli jesteście z mojego pokolenia, to zapewne wychowaliście się na Panu Kleksie. Piosenki znacie na pamięć. Do tej pory włos wam się jeży, gdy oglądacie marsz wilków, bo choć to już nie wygląda tak strasznie, pamiętacie, gdy jako pięciolatki umieraliście ze strachu na sam dźwięk tego wycia.
Ale też zapewne macie na sumieniu noce przetańczone przy zblazowanej melorecytacji Franka.
Być może oglądaliście pana Piotrusia.
Że nie wspomnę o studencie Awasie. Nawiasem mówiąc, oglądałam oryginalną wersję – rosyjską – i uważam, że jest znacznie mniej zabawna; nasi dwaj panowie są jak urodzeni dla siebie.
I Halo Szpicbródka. I Lata dwudzieste – takie kiedyś filmy u nas robili, tak!
Abstrahując już od tego, że głos tego faceta wychował całe pokolenia – jego opowieści o ojcu, więźniu obozowym, którego paskudnie życie doświadczyło, o dzieciństwie w odbudowywanej Warszawie, o pierwszych teatralnych doświadczeniach („teatr to nie jest pensja dla dobrych panien”), o nocnym życiu bohemy, Holoubku, Axerze i Hanuszkiewiczu, o tym, jak nosił halabardę i wreszcie dostał czołowe role – to wszystko opowiadane z cudowną erudycją i wielką skromnością, to jest naprawdę piękna, wzruszająca historia. I to, jak z jak uderzającą miłością on mówi o teatrze, o tym, że jako dzieciak chodził pod wyjście dla aktorów, zobaczyć ich jeszcze raz, jak znikają na ulicy niezauważeni…
W zestawieniu z powszechną celebrytozą i ocenianiem kunsztu aktorów przez pryzmat ich popularności, a nie zawodowych wyborów, w dobie memów, pudelków i skoków do wody to się czyta jak opowieść z innego świata. Chyba z odchodzącego świata.

I jeszcze to trafiło do koszyka, będzie wszak musiało parę dni poczekać na swoją kolej.

*Padre twierdził, że nie ma nic dla mnie na Gwiazdkę. Oczywiście kłamał.
Lubię nosić bransoletki, a mój ulubiony kolor to niebieski. Mężczyźni są spostrzegawczy… Dzięki, padre.
2015-12-27-19.55.00.jpg.jpeg

Life is a mystery everyone must stand alone

Dziś znienacka do mnie dotarło, że w tym tygodniu święta. Nie czuję zbytnio klimatu, bo i jak mam czuć, skoro wychodząc w środku dnia na obiad, muszę luzować szalik i rozpinać płaszcz?… No i nie mam ani pół prezentu dla nikogo. Próbowałam dzisiaj, ale uciekłam z centrum handlowego. Też macie wrażenie, że w okresie okołogwiazdkowym do miasta wychodzą szczególnie chętnie ludzie, którzy mają problem z koordynacją ruchów i z dziwną skłonnością do zatrzymywania się w niewłaściwych miejscach? Albo lubią przyglądać się w takim niemal zen bezruchu, jak kasjer przesuwa nad skanerem ich zakupy, choć mogliby je pakować w tym czasie? Nie wiem, dam familii po bilecie do kina czy co… Bo sobie to wiem, co w prezencie nabędę (zresztą niektóre już mam).
Problemy pierwszego świata, nieprawdaż.
W ogóle od paru dni mam jakiś taki humor niezbyt wyśmienity, choć na ogół nie trzeba mi dużo do szczęścia. Nie potrafię zidentyfikować przyczyn mojego doła – nie jest to może duży dół, ale jest. Śmiem podejrzewać, że (obok tego, że co świt kolejny akt naszych nowych wspaniałych władz przyprawia mnie o opad rąk i piersi) to dlatego, iż będzie nas na kolacji mniej niż w ubiegłym roku. To jednak pobolewa troszeczkę.
O tyle mi dziś lepiej się zrobiło, że mój pracowy trener uściskał mnie (sic!) z okazji życzenia sobie nawzajem wesołych świąt. On jest nadzwyczaj bezpośredni – nie w sposób inwazyjny czy nieuprzejmy, broń Boże. Jest też wyraźnie lubiany przez kobiety i zaczynam rozumieć, dlaczego. Nieustannie czuję jego ramię wsparte o oparcie mojego krzesła, gdy coś mi objaśnia, i już go rozpoznaję bez patrzenia, gdy się zbliża, po wionącej wetiwerią wodzie kolońskiej. Nie mam dużo przeciwko temu, ale jako osobnik z zasady trzymający dystans (z wyjątkiem przypadku pana i władcy, któremu skrócenie tego dystansu do zera zajęło parę godzin, bez większego wysiłku, ale jest przed dwudziestą drugą, więc nie mówmy o tym) i raczej niespecjalnie dotykalski czuję się nieco dziwnie. Nie żeby źle, ma się rozumieć. Zawsze miło się przytulić do fajnego faceta.

Z innej beczki – chciałabym, żeby był już nowy rok, bo tuż po nim jest premiera Endeavour. Ten oficjalny trailer, to on mi się tak do końca nie podobał. To znaczy owszem, ciekawy, emocjonująco to wygląda, Shaun Evans jest przeraźliwie uroczy, no ale wiecie, no. Nie było wiśni na torcie dla autorki. Autorka, jak wiadomo, ma różne zamiłowania, a niektóre z nich są dość osobliwe i autorka jest im niebywale wierna, tylko czasem się zastanawia, kiedy dostanie zakaz zbliżania się. A że autorka jest osóbką cwaną i zdeterminowaną, która potrafi wszystko wykopać w internecie, udając, że zajmuje się niesłychanie poważnymi sprawami (aczkolwiek niekiedy żałuje, że pewne rzeczy znalazła – chyba jak wszyscy), postanowiła sprawdzić, czy nie ma czegoś więcej i oczywiście, że jest.
I jeśli jesteście z mojego sortu ludzi, będziecie ze słabnącą nadzieją wpatrywać się w pasek na dole, z myślą „no kurza twarz, przecież to się zaraz kończy, 2:58, 2:59″… Mam ochotę poważnie porozmawiać z osobą, która jest za ten preview odpowiedzialna. Takich rzeczy się nie robi. Tym niemniej, te nędzne sekundy wystarczyły mi, żeby nabrać pewnych podejrzeń względem osobowości tego bohatera i jakoś powątpiewam, by była ona czarująca.

PS Tymczasem wszystkim zdegustowanym obsadą teatralnego Pottera pragnę przypomnieć, że reżyser nie ma nawet cienia obowiązku dochowywania stuprocentowej wierności oryginałowi. Jeśli chce, to może stado owiec obsadzić w „Królu Learze” (true story). A aktorzy dzielą się jedynie na znających się na swojej robocie i na tych, co się znają gorzej, ot, jak wszyscy inni ludzie we wszystkich innych branżach.

Don’t you ever worry that you’re on the devil’s side without even knowing it?

Jak wszyscy wiedzą, ja mam bardzo pojemne serce i bardzo szybko się zakochuję. Niedziele służą temu, by swoje zakochy z lubością pielęgnować. Przy jednoczesnym czytaniu i spożywaniu na drugie śniadanie różanych lodów (ćśś, jestem dorosła, wolno mi), które odkryłam w moim osiedlowym sklepiku. Tu muszę dodać, że ogromnie lubię robić zakupy w moim osiedlowym sklepiku, choć parę kroków dalej mam tańszy dyskont z owadem w logo, bo pan za ladą w moim osiedlowym sklepiku jest arcymiły. A ja cenię miłych ludzi. Takie smutne czasy nastały, że modnie jest być cynicznym arogantem, a ten pan zawsze mnie wita, pyta, czy dobrze się mam i pogawędzi nawet chwilkę. Ale do rzeczy, do rzeczy.

Pisałam kiedyś, że uwielbiam Luthera? Otóż uwielbiam Luthera. Idrisa Elbę takoż (co prawda gusta muzyczne straszliwie nam się rozjeżdżają, ale miłość jest ślepa i takie drobiazgi lekceważy) i naprawdę mam nadzieję, że zostanie nowym Bondem, bo któż, jeśli nie on? Muszę nawet powiedzieć, że troszeczkę bym chciała go poznać. Na swoje szczęście facet nie grywa raczej w teatrze. Nawiasem mówiąc, mimo że zdaję sobie sprawę z faktu, iż aktorzy w cywilu rzadko mają cokolwiek wspólnego z postaciami, które grają (i całe szczęście), to oglądanie go uśmiechniętego budzi dziwne wrażenia… Detektyw Luther (ci, co nie widzieli, tu przestają czytać) ma duży problem z nerwami, żonę mu zabili, partnera też, a jego najlepsza przyjaciółka jest psychopatką z krwią własnej rodziny na rękach. Trudno się dziwić, że nie uśmiecha się prawie nigdy.
No, w każdym razie ten nowy sezon Luthera, którego pierwszy odcinek właśnie obejrzałam, zaczyna się jak rasowy horror. A ja z tych raczej łatwo przestraszalnych, którzy nie mogą oglądać scen z gatunku „kobieta sama w domu wieczorem słyszy skrzypienie podłogi”, bo potem mają pół nocy nieprzespane. Zaczyna się jak rasowy horror i dalej wcale nie jest lepiej, gdyż złoczyńca wyjątkowo odrażający, ale na szczęście wkracza DCI Luther, który nie dość, że ma wyjątkową intuicję, to jeszcze posługuje się metodami raczej bezkompromisowymi, to znaczy podejrzanego wali się po ryju i wrzuca do bagażnika, co się człowiek będzie certolił.
To taki typ, który może nie wzbudza wielkiej sympatii – choć niewątpliwie ma dobre serce – ale oglądacie to i myślicie sobie, że gdyby kiedyś wasze życie było zagrożone, to chcielibyście, żeby taki Luther was z opresji wyciągał. Bo by wyciągnął. Metodami nieco dyskusyjnymi, ale jednak.
Kocham.

A z innej beczki.
Człowiek myśli, że ma fajną pracę, może nawet komuś potrzebną, a potem ogląda takie coś i uświadamia sobie, jak mało znaczy.
Są anioły na tym beznadziejnym świecie.

Nehvous

Minister kultury ponoć się osobiście pofatyguje na nowe przedstawienie w Starym (ja też na nie oczywiście idę, i to nawet w przyszłym tygodniu, bo Bielenia w tym gra). Ciekawam bardzo, co powie na to, że role kobiece grają w tym spektaklu mężczyźni i na odwrót.
Nawiasem mówiąc, muszę wam się do czegoś przyznać – tak, znowu. Czasami, jak mam dobry dzień, to lubię sobie trochę potrollować na Facebooku tych, którzy walczą z antypolskim teatrem i gołymi dupami na scenie. Nie jest to trudne, a bardzo rozrywkowe, ponieważ osobnicy ci mają dość osobliwy tok rozumowania. Dotychczas jeszcze żaden mi nie wyjaśnił skutecznie, na czym polega ta antypolskość. Za to jak się wejdzie na profil jednego z drugim, na ogół widoczny dla wszystkich, bo po co ograniczać widoczność wpisów, to same chamskie, seksistowskie memy i zdjęcia na wpół rozebranych kobiet. Ale to jest okej, nieprawdaż.
Ech.
Natknęłam się też na uroczą osobę, która stwierdziła, że pełne widownie w Starym o niczym nie świadczą, bo w Koloseum też były. WTF.

Tymczasem mam za sobą straszny dzień. Straszny.
Nie żeby coś złego się wydarzyło. To tylko ja się nakręciłam, że się wydarzy.
Widzicie, ja jestem strasznym nerwusem. W sensie takim, że niepotrzebnie przejmuję się drobiazgami i w mojej wyobraźni one urastają do gargantuicznych rozmiarów. Do tego oczywiście boję się publicznych wystąpień (tak, dziś znowu było wydarzenie, przed którym musiałam sobie powtarzać, że Kevin Spacey by się nie bał). Nie trzeba dużo, żeby mnie zestresować. A stres tudzież trema nie są dla mnie motywujące – niektórym dają kopa i bardzo tym niektórym zazdroszczę, ale ze mnie robią strzęp człowieka. Trzęsą mi się ręce, zimno mi i gorąco na przemian (stara, może ty już po prostu menopauzę masz, a nie żaden tam stres), kolana też mi się trzęsą – może ktoś zna to uczucie, to trochę, jakby z waszych stawów kolanowych znikła cała tkanka kostna i została tylko galareta; człowiek ma wrażenie, że za chwilkę się wywali jak długi, mimo że jest całkowicie trzeźwy i ostatni posiłek spożywał stosunkowo niedawno – język mi się plącze i w ogóle jest źle. Jest bardzo źle. Staram się jakoś nad tym panować, ale nie zawsze się udaje. Gdy się nie udaje, moi rozmówcy na ogół przechodzą w tryb traktowania mnie bardzo łagodnie, jakby się bali, że dostanę zawału, i to jest jeszcze gorsze, bo wtedy czuję się cholernie nieprofesjonalna.
Ten projekt, nad którym siedzę w pracy, trochę się opóźnia, właściwie jedna jego część – nie z mojej winy, po prostu problem wyszedł po drodze. Każdy, kto pracuje, wie, że nie zawsze wszystko wychodzi idealnie. Nie może. Problem, obiektywnie rzecz biorąc, jest nieduży. I oczywiście kto się obwinia, że na pewno, na dwieście procent to on zawalił, choć jest tylko tym, kto tego problema znalazł, a nie tym, kto go stworzył? Odpowiedzi na kartkach pocztowych.
Przed tym dzisiejszym zbiorowym spotkaniem byłam absolutnie pewna, że się nasłucham przy publiczności, jak to wszystko przeze mnie i jak bardzo źle zrobiłam, i jeszcze najpewniej w dodatku będą mi zadawać pytania, na które nie będę znała odpowiedzi. O Boże Boże.
Zgadnijcie zatem, ile czasu poświęcono tej mojej działce.
Podpowiem. Otóż zero minut:zero sekund.

Jest jeden plus tego wszystkiego. Kalorie się spalają aż miło.

A poza tym wszystkim moja banda zorganizowała mi Sylwestra.
U mnie w domu.
„Bo ty mieszkasz tak akurat w środku, to wszystkim będzie najbliżej”.

I was born with a silver spoon

Widzę, że nowy ulubieniec narodu dalej jedzie po bandzie. Ale to już chyba nie jest li kwestia niedostatków erystycznych, tylko niewychowania. Tym samym po godzinie mam #gestapo na pierwszym miejscu w trendach na Twitterze, czyli potwierdza się moja teza, że nikt skuteczniej mieszkańców tego kraju nie jednoczy. Niemniej dajmy już spokój temu smutnemu przypadkowi.

Od początku tygodnia same dobre wiadomości. Spodziewam się w związku z tym, iż lada moment coś się popisowo zawali, niemniej na razie mam coś w stylu przedwczesnej Gwiazdki (swoją drogą, jakoś do mnie nie dociera, że święta w przyszłym tygodniu i po zastanowieniu nawet niezbyt ich chcę).
Po pierwsze, moi mili, Justin Bieber przyjeżdża do Krakowa.
Żartowałam.
To znaczy nie do końca, albowiem on naprawdę przyjeżdża, ale z mojej perspektywy to żadna tam szczególna wiadomość, ponieważ z całą pewnością nie wybieram się na koncert.
Przyjeżdża wszakże również Glen Hansard i to jest news z gatunku doskonałych.
Teraz muszę się do czegoś przyznać. Gdy pierwszy raz oglądałam Once, zupełnie, absolutnie, całkowicie to do mnie nie trafiło. Nawet troszkę się wynudziłam. Nic się nie dzieje, tylko łażą z tym odkurzaczem i śpiewają smutne piosenki. Potem, z nie do końca zrozumiałych dla mnie przyczyn, postanowiłam zobaczyć wersję sceniczną. Przed spektaklem dostałam mail z ogólnymi informacjami o tym, gdzie jest teatr, od której wpuszczają, jak skorzystać z happy hour i ze zdaniem, że bar na scenie uruchamiają pół godziny przed kurtyną. Ale jak to, bar na scenie?… No więc owszem, na scenie funkcjonował najprawdziwszy bar, można było sobie wejść, kupić wino w absolutnie czaderskim kubku (tak, można było zabrać do domu i mam), odwrócić się, zobaczyć całą widownię, światła wymierzone w siebie i pomyśleć, motyla noga, oto stoję na scenie na West Endzie. Jak to się stało w ogóle. No dobrze, przydługa ta dygresja o winie. W każdym razie ja na tym przedstawieniu ryczałam jak dziecko, a w finale w moim rzędzie to już w ogóle suchego policzka nie było. Obok mnie siedziało dwóch Irlandczyków, tacy zawadiaccy goście solidnej postury. Przy frazie you have suffered enough, ten bliżej mnie rozbeczał się tak, jak ja.
Wróciłam na nie i cała historia się powtórzyła. Obejrzałam też ponownie film i nagle się okazało, że jest cudowny. Muzykę nadal dawkuję sobie bardzo ostrożnie i słucham tylko, gdy jestem w odpowiednim nastroju, a już na pewno nigdy w miejscach publicznych. Ale skoro Glen Hansard przylatuje do mojego pięknego grodu, to ja oczywiście będę na tym koncercie. Jeśli też się wybierzecie i zauważycie taką panienkę, co będzie stała ze splecionymi rączkami i łzami lecącymi ciurkiem, to będę ja.
Swoją drogą – z wiekiem staję się coraz bardziej sentymentalnym mazgajem, nieco mnie to niepokoi… Z drugiej strony chyba gorzej byłoby, gdybym stawała się coraz bardziej cyniczna?

Po drugie, przy okazji nowej scenicznej roboty Andrzejka (dzisiaj mają oficjalną premierę, jak Bozia da, zobaczę za miesiąc) Andrzejek udzielił wywiadu, w którym wychodzi na niezwykle normalną osobę – i ta fota z kurzymi łapkami, które bardzo lubię widzieć u ludzi, bo to zmarchy od śmiechu przecież…
Nawiasem mówiąc, kupiłam bilet lotniczy na kurs na ten spektakl za osiemdziesiąt złotych w obie strony, co też czyni mnie tym bardziej szczęśliwą.

Po trzecie natomiast, w tym serialu będzie się pałętał autor mojego obrazka, i to jest tylko jedna z trzech rzeczy (z trzech, o których wiem…), które robi w przyszłym roku, i nie najbardziej ekscytująca. Jeszcze wam będzie z lodówki wyłaził, powiadam.

Wszystko to być może drobiazgi, ale mnie cieszą. No bo z takich małych kryształków się moje życie składa.
Jeszcze tylko bym chciała przestać tak się denerwować i czuć taką niepewność. Wtedy będzie pełnia szczęścia. Ale to grubsza sprawa.

PS Cztery. Cztery rzeczy. Niedużo przesadziłam z tą lodówką.

Go!

Pierwsze nadgodziny w nowej fabryce już za mną. Musiałam czekać na akcję mojego kolegi z biura w Wielkiej Brytfannie, z którym wspólnie robię ten projekt, a który sobie troszkę o mnie zapomniał w piątek i dopiero, gdy go dyskretnie zaczepiłam z grzecznym pytaniem, czy może miał szansę spojrzeć na moją wiadomość, oddzwonił:
– Przepraszam bardzo, przecież ty już pewnie wychodzisz…
(Od godziny, tak).
– Ależ nie nie, nic się nie stało, wszystko w porządku – odpowiadam. Bo jak inaczej odpowiedzieć, rozmawiając z Anglozą? Prawdę mówiąc, lubię ten ich osobliwy kod, tę niemiłosierną dyplomację, przepraszanie i dziękowanie za wszystko. Rozmówca może w skrytości ducha marzyć o odrzynaniu wam palców tępym narzędziem, ale i tak będzie do rany przyłóż. Czasami ten obyczaj niemówienia niczego wprost – oraz mówienia rzeczy, które niekoniecznie ma się na myśli, bo tak wypada – może pewną konfuzję powodować, ale można się nauczyć. W sumie myślę, że to zdrowe. Zwłaszcza w porównaniu z tym, że u nas w narodzie słabo z grzecznością, choć przyznaję, poprawia się. Wczoraj na przykład miły pan, który robił zakupy przede mną, tak sobie po prostu pomógł mi pakować moje sprawunki. Mała rzecz, a cieszy.

Przeżyłam moją pierwszą imprezę firmową pod nowymi skrzydłami. Tańczyłam nawet. Z moim szefem nawet (bardzo go bawiło, że nieustannie próbowałam przejąć prowadzenie – niestety, tańcząc z kimś w parze zawsze próbuję to robić, choć zdarzyło się parę wyjątków, na przykład mój ojciec, ale on przetańczył kawałek życia w zespole ludowym za młodu i takie wichrzycielki jak ja potrafi okiełznać). Wszyscy wiemy, jak wyglądają imprezy firmowe, na których procenty są za darmo, więc nie będę opisywać ze szczegółami. Tak czy inaczej, w pewnym momencie usiadłam sobie na sofce, by odpocząć po tańcach, dosiadła się do mnie koleżanka, pogawędziłyśmy miło i wtem panna mówi:
– Mogę ci coś powiedzieć?
Tusz mi się rozmazał czy coś?
– Ty jesteś strasznie urocza.
Siewie.
Gwoli ścisłości, koleżanka nie była aż tak wstawiona.
Niezależnie od tego komplementu muszę powiedzieć, że bardzo się cieszę ze zmiany żywiciela. Bałam się jak cholera i boję się nadal. Nadal nie czuję się pewnie. Muszę tyle się nauczyć. Ale czasem naprawdę warto opuścić swoje bezpieczne schronienie i wyruszyć po przygodę.

Dzięki temu, że wydarzyła się ta impreza i wskutek tejże byłam wczoraj nieco delikatna (dużo herbaty, duuuużo herbaty i opuszczone żaluzje, if you know what I mean), przegapiłam pewne ważkie wydarzenia.
Zawsze mnie uczono, że bardzo niskie jest sięganie po argumenty ad personam i źle to świadczy o osobie takowych używającej. Tak jest napisane w „Erystyce” Schopenhauera. Musiałam ją przeczytać do egzaminu na studiach i śmiem twierdzić, że każdy powinien.
Pochodzę z rodziny dość mocno wymieszanej, z którą historia śmiało sobie poczynała. Jeden z moich dziadków został siłą wcielony do armii, drugi trafił do obozu pracy i nie doczekał odszkodowania. Jego żona, po której noszę imię, działała w partyzantce i założyła amatorski teatr w szkole, w której uczyła po wojnie (nie zdążyłam jej poznać, ale mój tata, a jej syn twierdzi, że jestem jej wcieleniem; nie wiem, skąd wniosek…). Mogłabym nie – byłam przecież o włos od emigracji, miałam już ofertę pracy po drugiej stronie – ale zostałam, pracuję, odprowadzam uczciwie podatki, w sumie nawet lubię to miejsce i nawet odczuwam pewną dumę z urodzenia się między Odrą a Bugiem, choć w sumie żadna w tym moja zasługa. Istotnie, najgorszy sort. Mnie trudno urazić, ale… Tak czy inaczej, muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem osobliwej umiejętności tego zgorzkniałego i pełnego nienawiści człowieka do błyskawicznego jednoczenia ludzi. Przeciwko sobie.

Z drugiej strony, wiecie, zawsze chciałam być czarnym charakterem i w końcu wychodzi na to, że jestem. Kto by pomyślał?

Dobrze, zapomnijmy o tym, szkoda marnować klawiaturę.
Posłuchajmy sobie świetnej muzyki, bo cóż nam zostało. Public Service Broadcasting to taki niezbyt u nas popularny zespół, fenomenalną muzykę z wykorzystaniem prawdziwych nagrań radiowych. Macie zatem coś do pokiwania nóżką, a przy okazji lekcję historii. W tym kawałku słychać Buzza Aldrina i Armstronga w ich Apollo 11, tym maluchnym piździku, który poleciał na Księżyc i wrócił. Teraz moglibyśmy ich tam wysłać smartfonem, zdajecie sobie z tego sprawę?… Ma większą moc obliczeniową od tych kolosalnych komputerów NASA w latach 60. (inna rzecz, że pewnie częściej się zawiesza).
Świetną książkę przy okazji czytam. Miło spędzić wieczór z kimś tak błyskotliwym. Już po wielokroć pisałam, że ogromnie lubię odkrywać, jak za znaną buzią kryje się człowiek mądry, wrażliwy i elokwentny. Mnie to uwodzi dużo skuteczniej niż efektowne kości policzkowe. Niestety nie jest to rzecz częsta. Czasami czar gwałtownie pryska, gdy celebryta postanawia się wypowiedzieć w takiej czy innej sprawie, i okazuje się, że mamy pewien problem z budowaniem poprawnych zdań… Chciałoby się takiemu powiedzieć, żeby już lepiej nic nie mówił, żeby zajął się tylko wyglądaniem ładnie. Ale to poniżej to inna sprawa. To rzecz zabawna, ale smutno zabawna i momentami bardzo szczera. Nic w stylu „wszystko mi się zawsze udawało i nigdy w życiu nie powinęła mi się noga przez własną głupotę”. I czytając, prędzej czy później dotrzecie do momentu, gdy zapragniecie uścisnąć autora.

2015-12-14-19.06.50.jpg.jpeg

Godzien jesteś wziąć księgę i jej pieczęcie otworzyć

Ale w sumie to ja rozumiem tego naszego prezydenta. Też mam ludzi, dla których zrobię dużo, nawet z narażeniem wizerunku, i być może nawet z naruszeniem prawa, gdyby odpowiednio poprosili.
Tylko że ci moi to są chociaż przystojniejsi.
I nie chcą rządzić światem. A szkoda.

Mniejsza.

Boska Komedia się zaczęła i dziś byłam. Widownię opromieniał blask różnych sławnych ludzi (niektórych widuję co roku, podobnie jak niektórych widzów – nawiasem mówiąc, co trzeba zrobić, żeby móc zajmować siedzenia z napisem „industry”? to znaczy, ja wiem, że moja relacja z „industry” jest nieszczególnie profesjonalna, ale do jury mnie z pewnością nie zaproszą, więc może chociaż to?…). Spektakl świetny. O tym, co się dzieje z człowiekiem, gdy żarliwa wiara przeradza się w fanatyzm. Oto mamy nastolatkę wychowywaną samotnie przez ojca, która znienacka ucieka z zajęć na basenie. Ku zaskoczeniu rodzica wyjaśnia, że wspólne pływanie obraża jej uczucia religijne. I nie, to nie jest żart. Dziewczyna nie rozstaje się z Biblią, a jej pobożność się nasila. Jest to przy tym pobożność dość osobliwie rozumiana, bo prowadzone szeptem rozmowy z Najwyższym i chęć czynienia cudów nie przeszkadzają bohaterce traktować tego, co zapisane, całkowicie dosłownie. To nie jest chrześcijaństwo rozumiane jako kochaj bliźniego i nadstawiaj drugi policzek, o nie. To jest „kto nie z nami, ten przeciwko nam”. To jest karzący miecz. To jest wojna. Dziewczę jest gotowe umrzeć dla Pana Boga. Nawet ksiądz, z początku zachwycony jej religijnym oddaniem, powoli uświadamia sobie, że coś tu jest nie tak. Bo ona owszem, kocha Chrystusa (gdy dowiaduje się, że jej wychowawczyni ma żydowsko brzmiące nazwisko, syczy, że oni zamordowali pana Jezusa) i chciałaby być jak on, ale jest całkowicie głucha na jego nauki. Im bardziej postępuje jej obsesja, tym bardziej agresywna się staje. I jak łatwo się domyślić, jej wstręt do ludzkiej seksualności to czysty mechanizm wyparcia.
Oczywiście przedstawienie dorobiło się protestu w wykonaniu przedstawiciela zgadnijcie której partii, bo ponoć manipuluje tekstem Biblii. Cóż, każdy, kto czytał, raczej zauważył, że Stary Testament i Księga Apokalipsy zawierają od groma makabrycznie krwawych wątków. Pewnie, że Biblia zawiera też bardzo piękne teksty, ale ten spektakl opowiada o osobie, która bardzo źle rozumie chrześcijaństwo i odrzuca wszystkie te jego aspekty, które są związane z byciem blisko innych ludzi, na przykład. Z troską o pokój. Z szacunkiem dla drugiego człowieka, nawet jeśli jest bardzo inny od nas. To przedstawienie nie obraża religii jako takiej, absolutnie. Ono wytyka zaślepienie, świadome odrzucanie kodeksu moralnego, takiego pospolitego, ludzkiego, w imię bliżej niezdefiniowanego lepszego dobra, a wreszcie zło czynione w imię dobra i tę właśnie chęć pójścia na wojnę z całym światem, by zaprowadzić jedynie słuszny, czyli nasz porządek.
I jak dobrze to jest obsadzona rzecz. Głowacki. Kosiński. Tyndyk. Ogrodnik – uch, jak ja go uwielbiam i jak się zdziwiłam, gdy pojawił się jako ogolony na rekruta buńczuczny smyk w luźnych portkach i z plecakiem; nawiasem mówiąc, w najbardziej przejmującej scenie – gdy jego bohater, ogólnie rzecz biorąc, obchodzi się z protagonistką dość brutalnie, najprościej można to opisać jako „to ja ci pokażę, ty głupia zdewociała suko”, zjeżył mi włosy wszędzie. Roma Gąsiorowska, której nie poznałam. Aleksandra Konieczna w roli wychowawczyni-ateistki, która dużo, może zbyt dużo poświęca, by zrozumieć, co siedzi w głowie tej dziewczyny – bardzo kciuki w górę (ba, wiadomo, z takim imieniem!). Wreszcie, ma się rozumieć, Justyna Wasilewska. Ona wygląda jak maleńka niepozorna dziewuszka w tym spektaklu, prawie dziecko, zgarbione, chuderlawe, z plecaczkiem (a ja ją pamiętam z łódzkiego Otella, na którego specjalnie tłukłam się TLK przez pół Polski onegdaj), ale nie dajcie się zmylić. Ma siłę rozpędzonego pociągu i kolosalną charyzmę.
Jednym ten spektakl będzie się bardzo podobał, innym bardzo nie.

Tyle na dziś. Wracam do nerwowego sprzątania, bo jutro w moje progi zajeżdża osobista madre i jak zobaczy te wszystkie sterty ubrań…

It’s a funny world ours, isn’t it?…

Specjalnie sobie kupiłam bilet na wczesny poranek, żeby dotrzeć do domu o normalnej godzinie i mieć jeszcze porządną niedzielę.
A dotarłam trzy minuty po dwudziestej.
Otóż idę ci ja sobie wczoraj świtem na dworzec Liverpool, idę, bo oczywiście metro w niedziele rusza, jak się wszyscy wyśpią, docieram na ten dworzec półprzytomna, bo szósta rano, a ja bez kawuni, i cóż widzę. Otóż widzę pozamykane perony. Nie będzie pociągu na lotnisko, będzie autobus. Tylko widzicie, autobus jedzie dwa razy dłużej, a moje lotnisko jest oddalone o 60 kilometrów od Londynu i nie ma szans, żebym zdążyła. I co teraz, i co teraz.
Autorka podumała, podumała i stwierdziła, że może bezpieczniej będzie po prostu kupić bilet na późniejszy samolot – będzie bolało, ale trudno, rozsądniejsze to niż tłuczenie się przez półtorej godziny, by zobaczyć napis gate closed (pewnie mogłabym się jakoś tam dopominać o zwrot ze względu na przyczyny niezależne ode mnie, ale szkoda marnować czasu i nerwy mimo wszystko). Ryanair oferował bilety na popołudnie, owszem, ale pieniądze tak kosmiczne, że taksówką bym taniej dojechała, więc sprawdziłam British Airways, nauczona doświadczeniem, że normalne linie wbrew pozorom często – zwłaszcza przy kupowaniu z małym wyprzedzeniem – oferują bilety albo nieznacznie droższe, albo nawet tańsze. I tym sposobem BA dowiozło mnie do domu z pełną kulturą, cynamonową bułeczką (i ona była dobra, ta bułeczka, bo samolotowym jedzeniem często można kogoś zabić, gdyby się go uderzyło nim w skroń – lub też w ogóle nie wiecie, co jecie, to znaczy jest to nieśmiertelne chicken or fish, ale trudno dociec, gdzie leży różnica) i winem w cenie biletu, za który, gdyby kto był ciekaw, zapłaciłam coś około 400 złotych.
Swoją drogą – ta sama zasada dotyczy hoteli. Ja nie potrzebuję dużo, byle była ciepła woda pod prysznicem i świeża pościel, ale od pewnego czasu, jeśli jadę na krótko i poza sezonem, robię tak, że dla spokojności robię rezerwację, którą można odwołać bezpłatnie, po czym na jakieś 2-3 dni przed wyjazdem odpalam wyszukiwarkę jeszcze raz. Zwykle poza sezonem okazuje się, że porządne hotele mają pojedyncze pokoje do zapełnienia na noc lub dwie i bardzo obniżają ceny. Przez „bardzo” mam na myśli „BARDZO”. Tym samym, jeśli myślicie, że nie stać was na nocleg w Hiltonie w Londynie, to musicie tylko sprawdzić w odpowiednim czasie i ze zdumieniem odkryć, że jednak was stać.
Dowiedziawszy się, że ten pociąg nie pojedzie, autorka wróciła do hotelu, polazła do recepcji i powiedziała, że już się właściwie wymeldowała, ale sytuacja taka i taka, więc chętnie skorzysta ze śniadania, jeśli może.
– Ależ oczywiście – powiedziała recepcja. – Jaki był numer pani pokoju?
– 320. Już płacę…
– Nie nie, w tej sytuacji to na nasz koszt.
Poza śniadaniem był jeden ogromny plus tego całego nieszczęścia. Marsz przez niedzielny Londyn o siódmej rano. Wymarłe miasto, jak plan filmu o apokalipsie, całe dla was.

Do rzeczy.
Zapomnijcie o Koriolanach i innych Hamletach.
Farinelli i król jest tym przedstawieniem, które powinno być transmitowane wszędzie i regularnie; powinno być jak lektura obowiązkowa. Tak. Powinno pokazywać się je dzieciom – no, może nie dzieciom, ale młodzieży, żeby jej pokazać, co jest naprawdę dobre na świecie i co jest tak po prostu czysto piękne.
Ten spektakl, historię o wieloletniej, dość osobliwej przyjaźni najsłynniejszego kastrata z królem Hiszpanii, wystawiano w Sam Wanamaker Playhouse, zadaszonej scenie Shakespeare’s Globe. Nazwisko na chwilkę zachowajcie w pamięci, bo ono się pojawi tu raz jeszcze za chwilę. Wystawiano toto ubiegłego roku, ale SWP jest maleńki, więc zdobycie biletów graniczyło z cudem i musiałam obejść się smakiem. Jakoś tak się stało, że postanowiono spektakl przenieść na West End i bardzo zdeterminowana aktorka swój wyśniony bilecik w końcu zdobyła. Co urocze, na scenie teatru Duke of York’s wybudowano kopię wnętrza Sam Wanamaker Playhouse – to tylko dowodzi, jaki on jest kameralny – co prawda bez słynnego sufitu, ale i tak ładnie. I spektakl, podobnie jak tam, grany jest przy blasku świec jedynie.
– Piękna scenografia – powiedziała pani obok mnie. Przypadkiem usłyszał to bileter, uśmiechnął się, nachylił nad nią i wyjaśnił, że tak naprawdę to nie jest scenografia, że taka śliczna drewniana scena naprawdę w Londynie stoi, jakieś pół godziny spacerem stąd, a tu tylko ją odtworzono.
Dla dwóch tak wyrazistych ról trzeba było wybrać dwóch doskonałych wykonawców i to udało się bez wątpienia.
Mark Rylance, grający króla, jest dla wyspiarzy świętością. Według niektórych jest najlepszym aktorem, jaki obecnie stąpa po tej ziemi. Łatwo to zrozumieć, gdy ogląda się go na żywo. To jest zwierzę bardzo łatwo nawiązujące kontakt z publicznością i grające z nią, a nie do niej. Jest uwielbiany. Nie plącze się po telenowelach, nie gra w kasowych filmach, zajmuje się głównie teatrem – zresztą nawet mu dyrektorował – i w wyspiarskim świecie teatralnym ludzie się do niego modlą.
Ale jest też Iestyn Davies, czyli Farinelli.
Prawdziwy kontratenor. Genialny głos. Farinellego we własnej osobie gra aktor, całkiem zresztą dla oka miły; Iestyn – ubrany dokładnie tak samo – pojawia się tylko w scenach śpiewanych.
Może jestem sentymentalna i egzaltowana, ale gdy jego głos po raz pierwszy rozległ się w teatrze, trochę mi z oka pociekło. Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby mnie tak poruszył sam dźwięk czyjegoś głosu. Nie tylko chyba mnie, bo dawno nie słyszałam na widowni tak absolutnej ciszy. Nikt nawet nie ośmielił się kaszlnąć, gdy Iestyn śpiewał. A w finałowej scenie, bliżej podpisana ryczała rzewnymi łzami. Już nawet nie próbowała tych śloz ocierać, bo natychmiast wypływały nowe. Muszę dodawać, że była histeryczna owacja na stojąco?…
Polecałabym wam to bardzo, gdyby nie ten smutny fakt, że widziałam przedostatnie przedstawienie (to ma nawet fachową nazwę – muck up matinée – i to spektakl, podczas którego aktorzy wyjątkowo mają pełne prawo robić sobie nawzajem psikusy rozmaite). Tego samego wieczora Lascia ch’io pianga (tłumacząc na nasze: pozwól, że zapłaczę nad moim okrutnym losem)- oczywiście głos filmowego Farinellego jest sztucznym, cyfrowym tworem, ale teraz sobie wyobraźcie, jakie to jest uczucie, kiedy słyszycie to, śpiewane na żywo przez kogoś żywego, stojącego kilkanaście metrów od nas, kto naprawdę tak niebywały aparat gębowy posiada – zabrzmiało ze sceny ostatni raz. I koniec. Przedstawienie przeszło do historii. Tym samym mogę stwierdzić, że miałam wielkie szczęście uczestniczyć w czymś absolutnie wyjątkowym.

Wypłakawszy sobie oczy, utuliłam swój żal w księgarni, ale nie będziemy o tym mówić – inna rzecz, że to, jak udało mi się upchnąć pięć książek, cztery opakowania herbaty i kubek z Alicją z Whittarda (tylko mój jest kolorowy; Alicja ma różową sukienkę) oraz balerinki w bagażu podręcznym, dowodzi jaskrawo, że mylił się ten wannabe specjalista od fizyki, który twierdził, że nie da się włożyć rzeczy większej do mniejszej. Następnie pobiegłam do Garrick Theatre, zobaczyć dwie jednoaktówki pod batutą i z udziałem takiego ryżego gościa, Kenneth Branagh się nazywa, może znacie. Pierwszą, monodram Zoë Wanamaker (to przypadkiem córka człowieka, dzięki którego graniczącym z obsesją marzeniu i wysiłkom odbudowano Globe – notabene, on uciekł z Hollywood do Europy, bo trafił na słynną czarną listę McCarthy’ego; Sam Wanamaker nie dożył otwarcia Shakespeare’s Globe. Jego córka dokończyła dzieła i zajęła się również zbieraniem funduszy na wybudowanie Sam Wanamaker Playhouse właśnie) i drugą, historyjkę o tym, jak w trudnych okołowojennych czasach objazdowy teatr wystawiał Romea i Julię w miastach i miasteczkach kraju. Znowu teatr o teatrze. Mój ulubiony.
Oba spektakle, wystawiane razem, nie są wybitne, doskonałe i zmieniające życie, ale są bardzo dobrze zagrane i bardzo dobry wieczór zapewniają. Zoë, zajmująca pierwszą godzinę, jest zabawna i wzruszająca jednocześnie jako wdowa rozmawiająca ze zmarłym mężem, posądzająca go o to, że umarł jej specjalnie. W drugiej godzinie Branagh grający gwiazdę w tymże objazdowym teatrzyku – takiego wiecie, stereotypowego aktora, niespecjalnie lotnego, bardzo zakochanego w siebie i, Bogiem a prawdą, nie za dobrego, przy tym grającego Romea od, bagatelka, piętnastu lat… – jest świetny. Bateman jako nieco nerwowy menago, taki człowiek od wszystkiego, od noszenia dekoracji po organizowanie castingów, też. Wyrobił się chłopak trochę i bardziej go widać na scenie. Poza tym zupełnie nie wiem, jak to możliwe, że obserwując go wcześniej kilkukrotnie na deskach, nie zauważyłam, że on ma tak czarujący uśmiech (bo mu poświęcałaś 0,00004% uwagi, to jak miałaś zauważyć). Przy tym i tak przedstawienie kradnie Hadley Fraser w roli, no cóż, gościa noszącego halabardę. To bardzo klasyczna rzecz, ale bardzo przyjemna – i kolejne tego roku przedstawienie, które dowodzi, że teatr, ten dziwaczny świat, może być lekiem na całe zło, może też być miejscem (czy raczej stylem życia), którego nie sposób opuścić, gdy już raz się wejdzie, a całe nasze życie jest taką właśnie arlekinadą, nieustającą grą pozorów i melancholijnym uśmiechem.
Co do Batemana jeszcze, anegdotka mała.
Otóż w sobotnie wczesne popołudnie szłam sobie nieśpiesznie na Farinellego, na St Martin’s Lane, jeden z ważniejszych punktów West Endu, naćkany teatrami. Tu muszę dodać, że West End tak naprawdę jest raczej nieduży i teatry stoją bardzo blisko siebie, niekiedy dosłownie drzwi w drzwi. Idę sobie idę, skręcam z sentymentu w zaułek na zapleczu Noël Coward Theatre, w którym parę kwadransów życia spędziłam, chodząc nerwowo w tę i z powrotem jak jakiś przyuczający się do zawodu strażnik ochrony – och, wspomnień czar, kiedy to minęło… – w którym to zaułku o tej porze tylko wiatr hula, jeszcze nikt nie czeka podekscytowany, aż idol wyskoczy rozdawać podpisy czy co tam. W rogu zaułka jest kawiarnia, przed nią ogródek. W ogródku siedzi tylko jeden facet i gawędzi wesoło z kelnerem. I któż to jest? Ależ tak, Bateman we własnej osobie.

W trybie pilnym

Z każdym dniem rośnie moja wdzięczność wobec Pora i Selera za zapewnienie mi jakże rozkosznej rzeczywistości. Nie wysławiam się na ten temat obficie tylko dlatego, że muszę język mydłem szorować co wieczór.
Przeczytałam wczoraj, że ministerstwo (jak twierdzą) kultury zażądało od Narodowego Starego Teatru nagrań ostatnich spektakli, by ministerstwo (jak twierdzą) kultury mogło sprawdzić, czy są dość narodowe.
Będą przeprowadzać audyt artystyczny.
Audyt.
Artystyczny.
To, jak się uwzięli na ten Stary, w sumie dość zabawne jest.
Nie wiem, czy nowe władze pamiętają z lekcji historii, co się wydarzyło, gdy zdjęto z afisza pewien spektakl w 1968 roku. Pracują na to samo.
Bardzo mi się spodobała odpowiedź Starego, że owszem, oczywiście spełnią żądanie, bo nie mogą odmówić jako scena narodowa, ale uważają, że teatr lepiej oglądać na żywo, a poza tym będą wdzięczni za wysłanie prośby z oficjalnego konta (pan doradca do spraw odpowiedniego poziomu moralności wysłał prośbę o dostarczenie nagrań spektakli z prywatnego adresu mailowego, niesłychanie profesjonalnie). Innymi słowy, bardzo grzecznie ministerstwo strollowali. Swoją drogą, ja też bym ogromnie chciała nagrania wszystkich spektaklu Starego, mogę? Zresztą ktoś oczywiście to skomentował wdzięcznym memem, aż się prosiło.

Poza tym wszystkim dziś znowu miałam publiczne wystąpienie. I o tym, że będę występować, dowiedziałam się na pół godziny przed faktem, kiedy osobnik, który mnie szkoli (mówiłam, że ładnie pachnie?), klepnął mnie w ramię i powiedział „to się przygotuj”.
Ale jak to, przygotuj.
Czy ja mogę szybko wziąć urlop na żądanie?
Ja nie chcę. Ja się boję. Tam będą obcy ludzie z różnych stron świata. A co, jeśli mi zadadzą pytanie? A co, jeśli się pomylę? A co, jeśli walnę jakiś błąd gramatyczny?
Wiecie, że nie cierpię publicznych wystąpień, prawda? Umieram ze strachu, pocę się, jest mi zimno, chce mi się siusiu, zapominam języka w gębie i w ogóle dramat jest. A tu nagle taka niespodzianka. W sumie może i dobrze, że to tak rozegrał, bo gdyby powiedział mi dzień wcześniej, miałabym całą dobę panikowania, a tu tylko dwa kwadranse. Spokojnie, spokojnie. Wdech, wydech. Pamiętaj, Kevin Spacey jest o tylko jedną osobę oddalony od ciebie, Kevin Spacey raczej nie trząsłby portkami na samą myśl o wypowiedzeniu trzech zdań do grupki cudzoziemców. Pamiętaj, Bertie ci powiedział, że jesteś słodka. Jakie jest prawdopodobieństwo, iż Bertie nazwał słodkim któregokolwiek innego spośród uczestników tej wideokonferencji? Może nie zerowe, ale stosunkowo niewielkie, prawda? Po angielsku coś tam wydusisz? Wydusisz. Głupia jesteś? Nie, miewasz przebłyski inteligencji, czasem zaskakujące dla siebie samej. Wiesz, co robiłaś przez ostatni tydzień i potrafiłabyś to streścić? Wiesz. To czego histeryzuje koleżanka?
Dałam radę. Poza tym wszyscy byli życzliwi i pomocni, i gdy faktycznie po moim błyskawicznym przemówieniu urodziła się dość techniczna w treści dyskusja, zanim zdążyłam zdrętwieć, uprzejmie wtrącił się człowiek, w projekcie którego biorę udział i udzielił obszernej odpowiedzi. Nawiasem mówiąc, też się go troszkę obawiałam. Po południu musiałam go podręczyć z pytaniem, bo nie wiedziałam, z której strony coś ugryźć. Oczywiście wyprodukowałam mail w stylu: „bardzo przepraszam, jeśli pytam o rzecz oczywistą, ale wolę się upewnić, z góry dziękuję, przepraszam bardzo, gnę się w pokłonach, z poważaniem”. Pięć minut później miga mi komunikator. „TBH I don’t know either :D”, brzmi odpowiedź, „anyway, leave it with me”.
Uff.

No, a tymczasem trzeba… właściwie sama nie wiem, co trzeba. Iść spać? Pakować się? Żeby z własnej woli zrywać się w sobotę o trzeciej trzydzieści, bo trzeba na lotnisko zdążyć, i wracać po raptem dobie, to trzeba mieć jednak mocno naptane w głowie. Przegapiłam moment, gdy jeszcze mogłam to powstrzymać. Ale sami wiecie, no. Trzeba mieć jakieś priorytety w życiu. O tobie mówię, Bateman.

W mojej tragedii brak dla ciebie roli

Poszłam sobie przed teatrem coś zjeść. Wchodzę, moszczę się, zamawiam. Po chwili kelnerka wraca z łamiącą wiadomością, że mojej przystawki nie będzie, bo akurat przed chwilą została zamówiona ostatnia sztuka. Zaraz potem widzę tę ostatnią sztukę przynoszoną starszemu panu przy stoliku obok, siedzącemu do mnie tyłem. Obrzucam go ponurym spojrzeniem.
Tak czy inaczej, zjadłam to, co mi zostało, pan też zjadł, uprzejmie poprosił o rachunek, wstał, odwrócił się i wtedy właśnie odkryłam, że moją ostatnią przystawkę podwędził mi Jan Kanty Pawluśkiewicz we własnej osobie.

Teraz do rzeczy, czyli do Hamleta.
Otóż jeśli spodziewacie się człowieka w rajstopach mówiącego do czaszki, to go w tym przedstawieniu nie znajdziecie. Ba, słynnego monologu też nie znajdziecie. Ani niemal żadnej z cytowanych do znudzenia kwestii. Hamleta jako takiego za to owszem, i to nawet trzech. Historię zagubionego człowieka, który poszukuje zemsty – ale czy mu ta zemsta ulgę przyniesie… – a przede wszystkim sensu w tym wszystkim, również. Historię państwa, w którym dzieje się źle (jakże a propos). Ale nie oczekujcie Szekspira wyłożonego po bożemu, bo srogo się zawiedziecie. Co więcej, nie oczekujcie tradycyjnego przedstawienia.
Bo znaczna jego część rozgrywa się poza sceną.
Nie to, że na widowni, choć też.
Otóż w foyer.
Albo w ogóle na zewnątrz teatru (jeśli zdarzy wam się przechodzić przez krakowski Plac Szczepański w czasie, gdy w Starym akurat grają Hamleta, macie raczej dużą szansę wystąpić w spektaklu, nie wiedząc o tym). Za aktorami podążają kamery, publiczność widzi wszystko na ekranie umieszczonym na scenie. Ekran jest obrotowy; po drugiej stronie znajduje się ogromne lustro (czasami aktorów na scenie będziecie widzieć tylko w nim). Gdy lustro się porusza, po teatrze przepływają smugi światła, momentami oślepiające publiczność. Wizualnie to przedstawienie jest powalające.
I to znowu trochę teatr w teatrze, bo nikt nie ukrywa umowności. Ofelia, idąc się topić, zabiera ze sobą buteleczkę sztucznej krwi. Ekipa techniczna swobodnie chodzi po scenie. Towarzyszami Hamleta są Konrad Swinarski, podpowiadający mu, jak tę rolę należy zagrać, i oczywiście Modrzejewska, której wielki portret wisi w foyer Starego. To ona powie, że Hamletów jest trzech. I jest. Pięćdziesięcioletni, trzydziestolatek i smarkacz. Pięknie się uzupełniają.
Jak wszyscy wiedzą, serce moje należy do Bieleni, który z tą swoją anielską, śliczną jak u renesansowej rzeźby twarzyczką i drobniutką posturą sprawia wrażenie niewiniątka, ale jak łypnie tym psycholskim spojrzeniem, jak ryknie z głębi trzewi (nota bene, ma piękny głos i, jak się okazuje, dobrze śpiewa)… Chłopak jest nieprzyzwoicie utalentowany i ma charyzmę, która pozostałych lekko spycha ze sceny. Tak sobie od niechcenia, bezczelnie kradnie uwagę samą obecnością. A on ma dopiero 23 lata. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Niemniej ma tu mocną konkurencję w osobie Krzysztofa Zarzeckiego, który – sądząc po reakcjach nastolatek na widowni – popularny jest na mieście… To też taki aktor, który mógłby sobie żyć jak pączek w maśle, grając amantów, bo jest wysoki i przystojny (naprawdę przystojny), a wybiera inne, niewdzięczne i wymagające role, dość śmiało. I bardzo dobrze.
Oni obaj osobno i we wspólnych scenach to dynamit.

No, a z innych wiadomości.
Gdyby ktoś chciał doznać mojej pamiętnej traumy, to owszem, parkowa Duma i uprzedzenie wraca przyszłego lata, ale oryginalna obsada, czyli ten tam, jak mu tam było, jednak już na pewno nie wróci. Co nie znaczy, że nie warto się wybrać.

Ну когда заберёт меня маленький самолёт

Po niedzielnemu trochę lepiej. Co prawda przyśnił mi się najpierw napad ludzi z karabinami (musisz przestać czytać wiadomości, kochana), a potem tsunami (zapewne dlatego, że wieczorem oglądałam Interstellar – a ja się boję wody, jak wszyscy wiemy, to znaczy nie tej pod prysznicem, tylko głębokiej wody i takie sceny przerażają mnie bardziej niż sikająca z tętnic krew) i dwukrotnie budziłam się zlana zimnym potem, ale dzień jako taki był w porządku. Owszem, jestem nadal zestresowana i pewnie będę, dopóki wreszcie nie poczuję, że zrobiłam coś dobrze. Dopóki nie poczuję się dobrze osadzona w miejscu, w które trafiłam. Bo to, że ludzie mnie zaakceptowali, to jeszcze nie dość. Oczywiście wszyscy są bardzo serdeczni i nikt ode mnie nie oczekuje, że po raptem czterech tygodniach będę wiedziała wszystko o wszystkim – ale moja śląska ambicja daje znać o sobie.
Tak czy inaczej, dzień bardzo w porządku. Postanowiłam traktować się łagodnie, z delikatnością i poważaniem. Przeczytałam trochę makulatury, wypiłam ocean herbaty z imbirem i obejrzałam po raz wtóry cudowną Panią Henderson. Przecudny, poruszający – oparty zresztą na faktach, bo Windmill Theatre Laury Henderson istniał naprawdę – film o tym, jak West End zwyciężył z drugą wojną światową; jak rewia pani Henderson grała mimo nalotów i wyjących alarmów, dostarczając ludziom tego, co jest im najbardziej potrzebne – uśmiechu. Wersja sceniczna przenosi się z Bath do Londinium jakoś wczesną wiosną i chyba zahacza o moje urodziny. Czytałam onegdaj żarliwą dyskusję w temacie tego, czy aktorki w rolach aktorek noszą wyjątkowo świetnie dopasowaną cielistą bieliznę, czy też mają skoszony ogródek, że to tak ujmę, bo w finałowej scenie pojawiają się całkowicie sauté. Nie udało się adwersarzom dojść do porozumienia, bo jedni widzieli majtki, a drudzy brak majtek, więc sama chyba sprawdzę i doniosę. Mojej wstydliwej słabości bardzo się ten spektakl podobał – no pewnie, że się podobał, każdemu by się podobał, gołe baby hasały po scenie przez dwie godziny – ale abstrahując od tego ważkiego kryterium, podobno rzeczywiście jest bardzo dobry. A ja uwielbiam teatr o teatrze. Jeżeli tylko się da, to się wybiorę…

No, a z innej beczki. Choć właściwie z tej samej.
Opis przyszłego weekendu może być nieco ciekawszy. Nie wiem, jak wam to powiedzieć, ale…

std

Proszę zwrócić uwagę na cokolwiek szalone ramy czasowe.
Gwoli ścisłości, to nie jest żaden spontan. Wycieczka, jeśli jest w ogóle można dawno to tak nazwać, została dawno temu zaplanowana; to poprzednia była nadprogramowa. Kiedy ja się wyśpię, mój Boże…

PS przy poniedziałku: pierwszy dzień Prawdziwej Pracy za mną. Jak można było przewidzieć, nerwy, koszmary i jadłowstręt nie były aż tak znowu uzasadnione…