Who’s next?…

Jak widać, ciągle nadaję, co oznacza, że przetrwałam moje wystąpienie. Zgodnie z podejrzeniami większość audytorium zajmowała się sprawdzaniem maili. Albo Fejsbuka. Albo przesuwali w lewo i prawo na Tinderze, być może. Jestem jednak dłużniczką osoby, która siedziała w pierwszym rzędzie i uśmiechała się do mnie. Nie wiem, czy kiedykolwiek ponownie się spotkamy, ale ma u mnie duże piwo.

Nie zdążyłam pojechać do domu, więc taka wysztafirowana, w sukienusi i w czółenkach pomaszerowałam z tej imprezy prosto do kina na transmisję Everymana. Tym razem zabrałam znajomych. I dobrze, bo inaczej chyba publiczność dałoby się policzyć na palcach jednej ręki. Nie wiem, czy to przez sezon ogórkowy, czy przez fakt, że nie gra w tym żadne z niebieskookich bożyszczy o międzygalaktycznej sławie. Szkoda. To był naprawdę ciekawy spektakl. Domyślam się, że nie każdemu mógł przypaść do gustu – ale po kolei.
Jest sobie facet. Człowiek sukcesu. Trochę jak Patrick Bateman, choć nieco bardziej sympatyczny. Nie jakiś tam przeciętny Józio – jeden z tych, którzy żyją ponad problemami reszty społeczeństwa. Forsy jak lodu, wypasiony dom, Rolex, imprezy, seks, narkotyki (scena zbiorowego wciągania koki przy dudniącym I Feel Love fenomenalna). Po jednej z takich imprez, jego urodzinowej zresztą, budzi się z wyjątkowo kiepskim samopoczuciem i w wyjątkowo niepokojącym towarzystwie – nieco cudaczny starszy pan obok niego, wciągając lateksowe rękawiczki, przedstawia mu się jako Śmierć i informuje, że Bóg wzywa. Przerażony bohater odmawia i tak rozpoczyna się jego ucieczka przed kostuchą. Król życia, nieposkromiony bon vivant musi stawić czoła dość bolesnej prawdzie – ziemskie prawa dotyczą go tak samo, jak wszystkich innych, choćby z nie wiadomo jakim uporem je ignorował. Próbuje szukać pomocy u ludzi, którzy mogliby pójść z nim, ale przyjaciele przytomnie odpowiadają: „dla ciebie wszystko, stary, ale jak my stamtąd wrócimy?”. Próbuje udowodnić, że jednak był dobrym synem (nie był), że spełniał dobre uczynki (nie spełniał). Liczy, że ocali go majątek – ale czy ktokolwiek zabrał zbytki ze sobą w zaświaty? Może pokuta i umartwianie się? Może wdzięczność za to, co się przeżyło? Musi istnieć coś, co przekona opatrzność, że czas tego konkretnego człowieka – o imieniu Everyman, Każdy – jeszcze się nie skończył. Musi. Tak przynajmniej sądzi Everyman. Nie wie tylko, że jego nerwowa ucieczka przed końcem, usiłowanie oczyszczenia się z win i wytargowania sobie jeszcze paru chwil na świecie – że to wszystko na próżno. Wkrótce się dowie, że w gruncie rzeczy nigdy nie obudził się z tego, co wydawało mu się pijackim snem. Consummatum est.
Nie jest to spektakl kipiący odkrywczymi myślami, to po prostu wariacja na temat „nie znasz dnia ani godziny” (zresztą to uwspółcześniony średniowieczny moralitet), w pewnym sensie – bo to, choć momentami mocne, jest całkiem zabawne – satyra na naszą wiarę w życie wieczne i skłonność do wmawiania sobie, że śmiertelność to problem innych, a my mamy jeszcze mnóstwo czasu.
I jest to olśniewające wizualnie. Jeśli nawet treść nie zachwyci, to formie trudno się oprzeć.

– Czy oni tam drinki piją?… – spytał mój kumpel na parę minut przed rozpoczęciem, wskazując ekran, na którym zapełniała się widownia. Tak, piją. Oni są tacy zepsuci, ci Anglicy, że nawet w teatrze chętnie sączą. A w antrakcie zażerają się lodami, ewentualnie idą odebrać sobie kolejny, czekający na nich w barze interval drink. I oni Napoleona pokonali.

Gorzko ironiczny epilog zdarzył nam się podczas powrotu, gdy o mało nie zostaliśmy zepchnięci z jezdni przez wściekle pędzące porsche ścigające się z motocyklem. Gdyby nie refleks naszego drogiego szofera, który gwałtownie skręcił na tory tramwajowe, to dopiero przednio byśmy się ubawili. Włosy na grzbiecie dęba stanęły. Co z tymi ludźmi?…

Dla otrząśnięcia się wdepnęliśmy jeszcze do podgórskiej knajpy, gdzie akurat plumkał łagodny jazzik na żywo. Ci, co mogli, napili się wina i przed północą wrócili do domu. Zasnęli znacznie później, bo chociaż niemożebnie zmęczeni, nie potrafili się rozluźnić. To był interesujący dzień…

Reklamy

Music is the brandy of the damned

Jakoś tak mam, że największą radość sprawia mi zwykle to, na co wcale nie miałam ochoty.
Nie pociągał mnie jakoś ten Man and Superman. Zagorzałą wielbicielką Fiennesa nie jestem, a poza tym prawie czterogodzinny spektakl, ojoj, przecież ja spać z kurami chodzę (nie marudź, przesiedziałaś pięć godzin na Warlikowskim, bez oparcia w dodatku)… Ale te z moich wyspiarskich wtyk, które były i widziały na miejscu, zgodnym chórkiem piały z zachwytu, a ponieważ gust przynajmniej jednej z tych osób jest bardzo bliski mojemu i jej zadarty nos nigdy się nie myli, gdy idzie o teatr, klepnęłam sobie bilet i wczoraj po robocie pomaszerowałam do Multikina na retransmisję.
Wiecie, Ralph Fiennes zawsze wydawał mi się jakiś taki… zimny. Jeden z tych, co mają niepokojące spojrzenie, idealny akcent i uśmiechają się samymi ustami. Doceniałam talent, i owszem, ale nigdy mi do serduszka nie przemówił.
Aż do wczoraj.
Z wielkimi nazwiskami zwykle jest tak, że krytycy lubią traktować je nieco pobłażliwie; dużo mogą wybaczyć, bo to przecież TEN, o NIM nie wypada źle mówić. Widzowie często wybaczają jeszcze więcej, bo to przecież TEN, a TEN jest wspaniały i należy wielbić ziemię, po której stąpa. Tym sposobem najkoszmarniejsze nawet chały nierzadko cieszą się powodzeniem tylko dlatego, że gwiazda w obsadzie. To szczęśliwie nie jest ten przypadek.
Nie podejrzewałam, jak wyśmienita jest ta sztuka. Wiedziałam, że napisał to George Bernard Shaw, jedyny dotychczas człowiek, który zgarnął zarówno Oscara, jak i literacką nagrodę Nobla, ale to jest nie najbardziej znana z jego robótek. Bardzo rzadko wystawiana, bo pełna wersja trwałaby godzin pięć. Obfita, nieskrępowana prezentacja Shawa filozofii życiowej, dość osobliwej, ale jakże trafnej – z całością można się nie zgadzać, ale ten tekst jest tak bogaty, mięsisty i błyskotliwy, że chce się zapisać każde słowo, by móc cytować przy każdej nadarzającej się okazji. Gdzieś w internecie przeczytałam, że najsłabszy z obsady był Fiennes. Nie jestem pewna, czy autor tej recenzji oglądał ten sam spektakl, co ja; być może zasnął w połowie, a może tylko obejrzał plakat. Główna rola bowiem to absolutne tour de force – widać i słychać, że stoi za nią tytaniczna praca. Niekończące się kwieciste monologi głównego bohatera, słowa wystrzeliwane z prędkością karabinu maszynowego z kryształową dykcją – to czysta rozkosz. Dodajmy, że człowiek, który przez cały ten długi spektakl olśniewa fenomenalnym warsztatem, przy okazji jest elokwentnym erudytą, przyjemnym antidotum na powódź celebryctwa. Już kiedyś pisałam, że bardzo nie lubię, gdy aktor prywatnie rozwiera usta i natychmiast cały jego czar pryska, bo staje się jasne, że ostatnią książką, jaką czytał, był „Plastusiowy pamiętnik” (z całym szacunkiem dla Plastusia) i generalnie za dużo do powiedzenia to on nie ma, choć ku utrapieniu słuchaczy głęboko wierzy, że ma. Tak, oczywiście oni nie są od tego, żeby się wymądrzać na dowolny temat, ale mój podziw rośnie błyskawicznie, gdy okazuje się, że któryś jednak umie z wdziękiem się powymądrzać.
Nie podejrzewałam też, że będzie to tak zabawne. To rozbudowany, wielowarstwowy traktat o sile kierującej człowiekiem, o wyborach, których dokonuje, JEŚLI dokonuje, bo być może jego decyzje są pozorne, a stoją za nimi moce silniejsze od jego woli – i jednocześnie rasowa romantyczna komedia. Dla przykładu, taki wiersz miłosny bandyty Mendozy jest jeszcze lepszy niż te moje, com za młodu pisała. Głębia aż boli. Proszę bardzo. Kto nie widział, niech sobie wyobrazi recytację tego dzieła z przesadnym afektem i mocnym hiszpańskim akcentem.

Louisa, I love thee.
I love thee, Louisa.
Louisa, Louisa, Louisa, I love thee.
One name and one phrase make my music, Louisa.
Louisa, Louisa, Louisa, I love thee.

Mendoza thy lover,
Thy lover, Mendoza,
Mendoza adoringly lives for Louisa.
Theres nothing but that in the world for Mendoza.
Louisa, Louisa, Mendoza adores thee.

O wert thou, Louisa,
The wife of Mendoza,
Mendoza’s Louisa, Louisa Mendoza,
How blest were the life of Louisa’s Mendoza!
How painless his longing of love for Louisa!

Naprawdę bardzo dobra rzecz. Mam na myśli spektakl, nie poezję. Jeżeli będą powtarzać, idźcie musowo – nawet nie zauważycie, że to takie długie. To i komiczne, i mądre, i z rozmachem zainscenizowane (sceny National Theatre są wyposażone w imponującą maszynerię i reżyser nie wahał się jej użyć). Zdziwiłam się, nawiasem mówiąc, że kino było pustawe.
I dodam jeszcze jedno. Mianowicie uważam, że Indira Varma jest najpiękniejszą kobietą, jaką ten świat nosi, a do tego jakże charyzmatyczną.
It is the self-sacrificing women that sacrifice others most recklessly. Because they are unselfish, they are kind in little things. Because they have a purpose which is not their own purpose, but that of the whole universe…

Z innych nowinek – kontynuując wątek wielkich nazwisk – chyba jednak pójdę na tego Hamleta z Cumberbatchem, bo sądząc po mailu, który rankiem znalazłam w skrzynce (i który zaczyna się słowem Congratulations), poszczęściło mi się w losowaniu i będę mogła w poniedziałek nabyć bilecik za oszałamiającą sumę 10 funtów. Na czarnym rynku chodzą po 3000.
Głupi ma zawsze szczęście, jak mawia moja mama. W losowaniu podobno wzięło udział ponad 40 tysięcy osób, więc konkurencję miałam sporą. Chyba dzisiaj totolotka puszczę, idąc za ciosem.
Dodajmy, że zarejestrowałam się tak z głupia raczej, bo wcale mi jakoś ogromnie nie zależało na obejrzeniu tej sztuki. Może w tym tkwi klucz.

I’m aching to find someone to share my life with

Dzisiejsza moja pogadanka będzie najpierw płytka i beztroska, ale nie należy liczyć, że pozostanie taka do końca.
Otóż zapoznałam się z listą najbardziej seksownych mężczyzn na tym łez padole.
Zacznijmy od tego, że większość nazwisk musiałabym wyguglać, bo pojęcia nie mam, co to za jedni – ale mi się nie chciało. Natomiast mój komentarz do pierwszej dziesiątki pozwolę sobie przedstawić w poniższych punktach.
1. Nie w moim typie.
2. Ja wszystko rozumiem, ale seksowny?…
3. Nie w moim typie, przy czym obleci.
4. Nie w moim typie.
5. Nie znam.
6. Nie znam.
7. Nie znam.
8. Nie znam.
9. Nie w moim typie.
10. A w życiu.
Oczywiście żaden z moich szczególnie ulubionych na tę listę nie trafił, więc tak się zastanawiam, czy ja może mam z gustem coś nie tak?… Ach nie, przepraszam. Idris Elba jest. Choć on jeden broni mojego honoru.
Dobrze, tośmy sobie poplotkowali. Wystarczy. Teraz będę spuszczać emocje.

Był ktoś na Johnie z National Theatre? Bo ja po powrocie z rozczarowująco pustawego kina powiem wam jedno.
Cieszę się bardzo, że nie poszłam na to do teatru.
Wywieźliby mnie z widowni w strzępach.

Domyślam się, że nie do każdego trafia taka stylistyka, takie historie i tak śmiały sposób ich opowiadania – to nie jest przedstawienie, o którego pierwszej scenie zdążycie zapomnieć po dwudziestu minutach, boków też nie zerwiecie, a po wyjściu nie powiecie: „no, fajnie było, to teraz możemy iść na drinka”. O nie. Prędzej wypełzniecie z widowni obolali i niezbyt szczęśliwi, udając, że coś wam do oka wpadło. Albo wymaszerujecie zirytowani, że taką tanio skandalizującą chałę ktoś wam kazał oglądać.
Osobiście wypełzłam. Trafiło w mój czuły punkt. Jeśli macie jakieś demony pod skórą, jakieś wspomnienia, które wolelibyście wyprzeć – jest bardzo prawdopodobne, że ten spektakl je obudzi.
Sporo w tym było groteskowych scen i tekstów, przy których widownia chichotała, ale w gruncie rzeczy to łamiąca serce, porażająco bolesna opowieść o człowieku, który nie miał szans ułożyć sobie porządnie życia – dorastał z ojcem katującym rodzinę (w drugiej minucie wiadomo, skąd ostrzeżenia, że to spektakl dla dorosłych…), matka się zapiła, bracia zginęli. Jako osiemnastolatek dorobił się własnego syna, którego przez wiele lat nie widział. Nabawił się wszystkich możliwych nałogów, mieszkał na ulicy, nielicznych przyjaciół zabrało mu AIDS. Wreszcie trafił do pudła za popełnione na haju przestępstwo. Po latach nieudanych związków z kobietami zrozumiał, że jest gejem. Można by się zżymać, że to niemal telenowelowe nagromadzenie zwrotów akcji i nieszczęść, gdyby nie fakt, że to wszystko prawdziwe opowieści z najzupełniej prawdziwego życia.

W pewnym momencie głos aktora zostaje zastąpiony głosem prawdziwego Johna. Niewyraźnym, nieśmiałym głosem poturbowanego przez los pięćdziesięciolatka, który bardzo chce wreszcie uporządkować cały ten burdel. John, ogromnie pogubiony, szuka tego, co my wszyscy – czyjejś bliskości. Czyjejś uwagi. Kogoś, kogo mógłby obdarzyć całą miłością, jaką w sobie ma.
Zanim ta przejmująca scena nastąpi, wędrujemy z nim przez ciemne pokoje rodzinnego domu, ulice Clapham, przytułki i więzienia, żeby wreszcie trafić do męskiej sauny, w której John czeka, aż ktoś go zauważy. Po prostu.

Gdyby to była zwykła sztuka, pewnie uznałabym ją za zbyt rzewną, ale DV8 nie robi zwykłych sztuk. Nie kombinuje z wydumanymi scenariuszami, bo poszukuje ich w rzeczywistości. DV8 przypomina, że podstawowym instrumentem aktora jest jego ciało – i udowadnia, jak doskonały jest to instrument.
Ten spektakl może się podobać albo odstręczać, ale zrobiony jest z imponującą perfekcją. Są sceny, gdy widz zachodzi w głowę, czy stopy protagonisty zostały przybite gwoździami do podłogi, bo normalny człowiek takich ruchów nie jest w stanie wykonać, nie odrywając kończyn od gleby. Każde słowo jest ilustrowane gestem i to gest determinuje jego znaczenie; można być głuchym na samą fabułę, ale cielesna ekspresja wykonawców poruszających się w rytm słów oszałamia. Domyślam się, jak morderczy wysiłek za tym stoi, biorąc pod uwagę, że aktorzy mówią i tańczą jednocześnie, jedno i drugie wykonując jakby od niechcenia. Z dziwną fascynacją ogląda się ich piękne lub niepiękne ciała, kropelki potu i tatuaże, wygięte barki, napięte mięśnie łydek, naprężone palce stóp, obnażone i nie zawsze płaskie brzuchy. Jak oni cudownie ze sobą współpracują. To momentami ogromnie zmysłowe, momentami odpychające, ale przez bite dziewięćdziesiąt minut wzroku nie sposób oderwać.

Nawiasem mówiąc, to samo napisałam w 140 znakach, by świtem odkryć, że odtwórca głównej roli posłał dalej mój tweet. Och.

Stories only happen to those who are able to tell them

Walcząc z deszczem i wiatrem od gór, w których niestety spadł już śnieg, pognałam dzisiejszego wieczoru na randkę z Paulem Austerem.
Wspaniały człowiek.
Olśniewająca erudycja i ironia. Na dobry wieczór powiedział, że pisać, jeśli już się chce, trzeba o tym, co nie daje nam spokoju, czymś, czego nie możemy wyrzucić z głowy, czymś, co nas męczy – inne tematy niekoniecznie są warte wysiłku; być może trzeba będzie odłożyć je na lata. Recytował Chaucera w Middle English (brzmiąc jak rasowy germański oprawca) i zachichotał, że prowadzący spotkanie aż się przestraszył. Opowiadał o tym, jak reżyserował film i bał się przerwać improwizującym aktorom; jak ktoś wydzwaniał do niego w wierze, że dodzwonił się do Agencji Pinkertona (i Auster bardzo bolał, że nigdy nie powiedział: „Tak, a w jakiej sprawie?”). Mówił, że najbardziej wolni jesteśmy wtedy, gdy jesteśmy sami w zamkniętym pokoju – wolni, ale nigdy samotni, bo w gruncie rzeczy składamy się z innych ludzi, których spotkaliśmy po drodze i którzy coś w nas zaszczepili. Mówił o przypadkach, najbardziej niesamowitych przypadkach, które wyśmialibyśmy w powieściach i filmach, ale w rzeczywistości jednak się zdarzają. O tak, zdarzają się.
Wychodziłam zakochana.
Lubię ludzi, których chciałabym słuchać przez całą noc. Lubię pisarzy, którzy przedkładają treść nad formę. Nie ubierają prostych rzeczy w gęste falbanki spiętrzonych zdań, żeby udowodnić czytelnikom, jakie to mają giętkie pióro. Lubię tych, którzy trzymają się sedna. Auster właśnie taki jest.
(Dodam też, że nasze nowe ICE jest naprawdę piękne, ogromne i imponujące. Jest tam też przeraźliwie zimno, ale to cudo działa od raptem paru dni, więc może jeszcze nagrzać nie zdążyli. Mimo zsiniałego nosa jestem pod wielkim wrażeniem. Zabawne, jak wielu opinii naczytałam się o tym, że tak nowoczesna architektura nie pasuje do Krakowa – cóż, Kraków to nie muzeum, ale miasto jak każde inne na tym łez padole, i jak każde inne potrzebuje zastrzyków świeżości).

Humor zepsuł mi się bardzo, gdy w drodze do domu przeczytałam w tramwaju felieton Macieja Nowaka o transmisjach.
Powiem krótko.
Albo nie. Powiem długo.
Gdyby zsumować wszystkie moje wyjazdy do UK w ciągu ostatniego roku, spowodowane względami osobistymi i nie tylko, wyszedłby ponad miesiąc spędzony w Londynie i okolicach. W tym czasie, korzystając z okazji, obejrzałam na miejscu 28 przedstawień. Mam to wielkie szczęście, że mogę. Przyszły rok zapowiada się podobnie. Wychodzi na to, że moje ciężko zarobione pieniądze trafiają w ręce krwiopijców o imperialistycznych zapędach. Nie zmienia to faktu, że regularnie uczestniczę w wydarzeniach kulturalnych w moim grajdołku, jak wskazuje pierwsza część powyższej notki (choć też można by się uczepić, Auster wszak jest nowojorczykiem). Nie uważam brytyjskiego teatru za lepszy od polskiego – tego rodzaju porównania moim zdaniem są pozbawione sensu – acz jest bez dwóch zdań inny. Długo by mówić o różnicach, ale podejrzewam, że to niekoniecznie kogokolwiek interesuje, więc ten fragment pominę, bo i tak czytelnicy mogą już mieć serdecznie dość, że ja znowu o tym samym.
Nigdy nie byłam na koncercie muzyki, dajmy na to, grindcore, w związku z czym nie pisuję o muzyce grindcore. Z samochodów rozróżniam ładne i brzydkie, więc nie podnoszę kwestii motoryzacyjnych. Jak się jednak okazuje, można publikować felietony w dużym dzienniku, nie mając pojęcia o zjawisku, które obiera się za temat swoich ubolewań.
Obawiam się, że w przeciwieństwie do autora mam pewne rozeznanie w temacie – nie tak duże, jak chciałabym, bo żaden ze mnie edukowany specjalista, po prostu bardzo zapalony widz – toteż pozwolę sobie wtrącić mój grosik.

Jeśli o mnie chodzi, nie zamierzam stawiać tym wstrętnym imperialistom najmniejszego oporu. Mogą sobie dokonywać dywersji, perfidnie sącząc w uszy nadwiślańskiej widowni wersy tego swojego barda, wymawiane z tym swoim akcentem. Proszę bardzo.

Pisałam wielokrotnie, że nie przepadam za oglądaniem teatru w kinie ani w telewizji, bo to nie jest i nigdy nie będzie to samo. Nie i już. Nie ta sama ekscytacja. Nie usłyszę, że aktor gra chory i zanosi się koszmarnym kaszlem, gdy tylko wpada za kulisy, jak to się ostatnio zdarzyło. Nie zobaczę, jak się gotuje albo zapomina tekstu i szyje naprędce, albo opluwa ludzi w pierwszym rzędzie podczas swojego żarliwego monologu. Nie będę mogła przez cały wieczór gapić się nabożnie na jedną osobę z obsady, bo kamera wybierze za mnie, na co patrzę. Brakuje mi nawet tego charakterystycznego zapachu. Ale – chodzę na NT Live. Czasami bywam zachwycona i mam ochotę klaskać na końcu, czasami szlag mnie trafia, gdy dookoła siedzą fanki, które przyszły pooglądać gołą klatę Hiddlestona i na każde jego słowo reagują piskliwym chichotem. Z drugiej strony nie mogę patrzeć na nie krzywo; moja przygoda z miejscem, jak je nazywa mój ulubiony dramaturg, bardzo nienormalnym, zaczęła się tylko dlatego, że w liceum zapisałam się na warsztaty teatralne, bo skrycie się kochałam (jak to ja) w facecie, który je prowadził. Ktoś może pójść na filmową buzię, powód dobry jak każdy inny, a wrócić do domu oczarowany przedstawieniem samym w sobie i znienacka odkryć w sobie miłośnika XIX-wiecznej dramaturgii skandynawskiej.
Teatry za kanałem La Manche, tak samo jak nasze, czasami proponują widzom niesamowity chłam. Ale te transmitowane spektakle to naprawdę dobre rzeczy, nie wersje light z celebrytą w głównej roli, tylko bardzo mocne, rzetelnie zrealizowane, wciągające produkcje. To po pierwsze. Po drugie, to często są widowiska zmajstrowane z wielkim technologicznym rozmachem i warto coś takiego choć raz zobaczyć, niechby po to, żeby następnie przez cały wieczór zadawać sobie pytanie: „JAK oni to zrobili?…”. Po trzecie – to tak naprawdę powinien być pierwszy punkt – transmisje są wyciągnięciem ręki do widza; trafiają do ludzi, którzy dotychczas do teatru nie chodzili, nie lubili, a nagle odkrywają, że to wcale nie taka straszna nuda. Uczą się. Dobrze jest się uczyć. Po czwarte, można urlopu nie dostać, żeby obejrzeć na miejscu (być może pan autor nie jest świadom faktu, że życie brytyjskiego spektaklu potrafi trwać dwa tygodnie, a potem demontują scenografię i cześć pieśni, innej okazji nie będzie). Można nie mieć forsy na podróż do Anglii. Można polec w walce z przeciążonymi serwerami i tysiącami chętnych, bowiem kupowanie biletów na bardzo popularne przedstawienia to bywa regularny Mortal Kombat; ludzie ustawiają się w kolejce do kasy w środku nocy czasami. Koniec końców wreszcie, tyle się mówi o kulturze nieznającej granic, a tu się okazuje, że niektórzy tych granic broniliby zapamiętale. Po co?… Nasze teatry wbrew pozorom nie świecą pustkami. Idąc dalej tym torem i broniąc rzekomo demolowanego lokalnego rynku, możemy w ogóle ograniczyć repertuar do Słowackiego i Gombrowicza, jakby nie byli wystarczająco wyeksploatowani.
Podejrzewam, że dyrekcja National Theatre przejmie się strasznie oskarżeniami o neokolonializm i jutro jak jeden mąż pójdzie skakać z pobliskiego mostu z kamieniami u szyi. Ciekawam, czy autor felietonu, domagając się gościnnych występów, zarejestrował w ogóle fakt, że Shakespeare’s Globe był u nas nie dalej jak miesiąc temu.

A w ogóle to mierzi mnie strasznie retoryka z gatunku: „bywam w teatrze i jestem przez to niebywale wyrafinowany, bo to taka wysoka kultura”. Otóż nieprawda.

That you’d leave me

A ja zawsze lubiłam panów czenistów.
Te uda, wiecie.
I w dodatku strażak.
Och, zamknij się.

Sobota oznacza, że trzeba chałupę ogarnąć. Wstać rano, wzuć papućki, zakasać rękawy, umyć lodówkę, odpalić pralkę i odkurzacz. Nienawidzę odkurzać. Mogę zmywać, szorować wannę i kafelki (flizy! flizy! w Krakowie mieszkasz), ale odkurzania nie cierpię. Któregoś dnia wreszcie sobie kupię to samojezdne ustrojstwo. Życie będzie nieco prostsze, choć nie ufam robotom. Uważam, że one nas w końcu zlikwidują – o ile wcześniej nie zlikwidujemy się sami, nad czym ciężko pracujemy przecież.
Taki na ogół jest plan.
Rzeczywistość? Wstaję rano, wzuwam papućki, zakasuję rękawy, robię sobie waniliową herbatę i odpalam laptop, obiecując sobie, że tylko sprawdzę, co się dzieje.
Trzy godziny później nadal tylko sprawdzam.
Co weekend to samo. Tym razem przynajmniej wessała mnie kultura. Żeby uspokoić sumienie, jednak umyłam podłogi, zanim zwinęłam się w fotelu.

Uważam, że Andrew Scott powinien zostać zdelegalizowany.
Pamiętacie, jak wam kazałam oglądać Sea Wall? Teraz już nie można co prawda za darmo, trzeba wydać trzy funty – ale doprawdy, piętnaście złotych za możliwość oglądania tego w kółko, dożywotnio, to śmieszna kwota. Najpierw taka sobie historyjka, kręci się facet po mieszkaniu i opowiada o wakacjach z córką. A później nagle dostajecie nożem między żebra. Wiele razy.

Otóż wczoraj przyleciało moje 50-lecie National Theatre. Miesiąc leciało, zapewne gołąbem pocztowym, ale doleciało. Gdybym wiedziała, to bym je sobie dawno sama przywiozła. Odebrałam je wczoraj, rozpakowałam jeszcze w biurze i gapiłam się przez chwilę w okładkę rozjarzonymi oczami. Po powrocie do domu przyspawałam się do telewizora i nadal jestem przyspawana. Śpiewająca Judi Dench, Maggie Smith – ależ z niej była żyleta! – Helen Mirren (która bez dwóch zdań jest najseksowniejszą kobietą świata, a ma lat… nie wasza sprawa; scena, w której szoruje sobie uda, jest powalająca), Michael Gambon, Ralph Fiennes, Benedykt… Same rozkosze, najlepsze sceny z najlepszych sztuk i piękne zakończenie, gdy na scenie, oklaskiwani przez aktorów, pojawiają się ci wszyscy, których nigdy na niej nie widać, a dzięki którym cała ta niesamowita maszyna działa. Ubrane na czarno duszki z nieodłącznymi krótkofalówkami. Bardzo, bardzo wzruszające.

Ale, ale. Wchodzi sobie taki Scott, nieduży koleś z urokliwymi brwiami. Wchodzi i wszystkich zmiata w kąt. Nasza bohaterka chichocze, żeby minutę później rozpaczać we łzach nad bezsensem życia. On potrafi sprawić, że chcecie zwymiotować własny śmiech.
Nienawidzę go.
Uwielbiam go. Choćby za to, jak odbierał BAFTę – był w krawacie, a zauważył, że wszyscy inni mieli muszki i sobie pośpiesznie zaimprowizował takową. I za to, jak w tym wywiadzie dostał dresik, w którym występował w debiucie jako dziecko i, nie przestając odpowiadać na pytania, poskładał go w kosteczkę… Ja nie umiem tak ubrań składać. Andrew, może byś wpadł do Małopolski i zrobił mi porządek w szafie? Zapewniam wikt i opierunek.

A poza tym jest leworęczny. To jak mam go nie wielbić?
(Swoją drogą – to już kolejny raz, gdy paskudny złoczyńca w serialu/filmie jest lewusem. Wiem oczywiście, że jesteśmy bardziej inteligentni, wrażliwi, utalentowani i częściej powodujemy wypadki samochodowe niż praworęczni, ale to doprawdy nie powód, by nas demonizować).
((I tak skrycie dzierżymy władzę nad światem, nic nie poradzicie)).