Shagspear & Morelove

- „Nor shall death brag thou”…
– Nor shall… death?! Why death?
– Death is good. Go on, „when in eternal lines to Time thou grow’st”…
– What does that mean?!
– Just say it…

I tak właśnie William S. tworzył sonety – powtarzając za kolegą,
Lepiej będzie dla was, jeśli nie przeczytacie tego wpisu, ale skoro już zaczęliście…

Gdy dowiedziałam się, że toto będą wystawiać, pomyślałam: motyla noga, spektakl na motywach hollywoodzkiej komedii romantycznej? Poważnie? Co będzie następne, Park Jurajski? Tyle ciekawszych rzeczy, nie idę.
Podczas, gdy zapierałam się, że nie będę chciała tego oglądać, opatrzność chichotała, zacierając ręce.
Konsekwencja. Moje drugie imię.

Żywiłam pewną obawę, że nawet jeśli ten spektakl okaże się niestrawny, nieoglądalny, męczący i nudny, będę zachwycona, oraz że z dwudziestu ośmiu osób (i psa) w obsadzie zapewne nie zauważę dwudziestu siedmiu (ani psa) – mam taką dysfunkcję, że czasem wybiórczo tracę wzrok i słuch.
Ale – recenzje ociekały gwiazdkami. Jedno tylko zdanie wywołało u mnie pogardliwe prychnięcie. The cast is mostly unknowns.
Phi. Dla kogo unknowns, dla tego unknowns. Twój problem, drogi autorze, że znasz nie tych, co trzeba.

Najpierw dygresja.
Istnieją tacy aktorzy, którzy mają swoje kościoły – z milionami zaangażowanych wyznawców świadomych każdego kichnięcia (oczywiście najlepiej, żeby bóstwo nakichało na nich), obeznanych w biografii do ósmego pokolenia wstecz i skwapliwie liczących, ile razy w danej scenie bóstwo mrugnęło, ile słów na literę A wypowiedziało oraz dyskutujących – z możliwym uwzględnieniem rękoczynów – czy bóstwo wygląda lepiej z zarostem czy bez tudzież z przedziałkiem po prawej czy lewej. To jest ten poziom boskości, gdy w grę muszą wchodzić opancerzone limuzyny i ochrona o rozmiarach Golemów, bo inaczej fanki zaduszą, zadepczą i rozerwą na strzępy. Jeśli bóstwo gra w teatrze, ludzie nie pozwalają mu wypowiedzieć ani zdania bez frenetycznej owacji. Gdy w prasie przypadkiem pojawi się artykuł bóstwu poświęcony, sekundę później pojawiają się komentarze informujące autora, że jest niedouczony, niezorientowany, nie przygotował się i nie napisał wystarczająco czołobitnego peanu. Jak nie daj Boże skrytykuje, następnego ranka ma przebite opony i zdechłą rybę na wycieraczce.
Przykładów nie będę podawać, bo wszyscy znamy przynajmniej kilka; pamiętam te dialogi latające w przerwie transmisji Koriolana, „jakim prawem ta baba go całuje, baba won ze sceny” (zresztą poczytajcie sobie komentarze pod tym filmikiem i zadumajcie się) i temu podobne. Jestem pewna, że wiele blogerek ma już w wersjach roboczych zapisane pięciogwiazdkowe recenzje Hamleta z Cumberbatchem, choć premiera za rok. Tak czy inaczej, niektórzy mają kościoły i limuzyny, inni jeżdżą metrem i mają ledwie skromne kółka modlitewne, w których garstka zahipnotyzowanych oszołomów jest prowokowana do rozważań, o czym pisałby Shakespeare, gdyby w jego czasach żyły dinozaury. Temat do rozmowy jak każdy inny przecież. A pod artykułami o nich nikt się nie kłóci z haniebnie niedoinformowanym autorem, ponieważ tych artykułów na razie nie napisano.
Wolę tych drugich, bo pierwsi wydają mi się jacyś nierealni, a poza tym nie potrafię podniecać się kimś, kogo zapewne nigdy nie spotkam.
Tak pechowo się złożyło, że nabawiłam się pewnej wstydliwej słabości, którą w dodatku z masochistycznym upodobaniem pielęgnuję, gdy tylko mam okazję. Nie będę wchodzić w szczegóły, stali czytelnicy znają je lepiej, niżby chcieli, a niestali mogą znaleźć detale w archiwach, ale nie polecam. W dużym skrócie mówiąc, słabość sprowadza się do tego, że niżej podpisana ma oczy jak spodki i gumka w majtkach jej się luzuje.
Postanowiłam zwalczać słabość metodą „jak się napatrzę, to nienawidzę, że aż strach”.
Dwanaście miesięcy, kilka ciekawych wydarzeń i jeden uścisk ciepłej łapki później mogę powiedzieć jedno.

Ta metoda nie działa.

No cóż, każda dziewczyna ma swój gust. Gdzieś przeczytałam, że Martin Freeman to chodzący seks, więc wiecie.

Tyle opisów przyrody, teraz gołe fakty.

Film prawie wszyscy oglądali, ale tych, co nie widzieli – półminutowe streszczenie. Jest sobie niejaki Shakespeare, aktor i dramaturg, któremu ciężko idzie pisanie, a napisać coś trzeba. Na razie chłopak ma tytuł – Romeo i Ethel, córka pirata (albowiem każdy rasowy pirat nazwałby córkę Ethel, nieprawdaż). Jest też dziewczę z dobrego domu, któremu marzy się aktorstwo, ale w owych czasach na scenie prężyli się tylko faceci, więc co poradzić, trzeba zostać facetem. Oczywiście on i ona się spotykają, iskry fruwają, dramaty nagle same się piszą, a wszystko zmierza ku niewesołemu końcowi.
W teatrze jest zupełnie inaczej niż w filmie, choć to ciągle opowieść o tym, jak zmagający się z twórczą niemocą chłopak stał się największą literacką gwiazdą wszech czasów. Ale nie jest to spektakl li o romansie barda z ponętną blondynką – również o innych ludziach, którzy odegrali znaczącą rolę w jego życiu. W tym o najjaśniej lśniącej teatralnej gwieździe schyłku szesnastego wieku pod nazwiskiem Christopher Marlowe. Gwiazda świeciła, aż pewnej nocy została zamordowana. JEŚLI została, bo podług jednej z wielu teorii spiskowych sfingowała swoją śmierć i zwiała za granicę. Dodajmy, że pracowała na drugim etacie jako szpieg Jej Królewskiej Mości – Anglia w czasach elżbietańskich nie była miejscem zbyt sielskim i miała już całkiem sprawnie działający zalążek przyszłego MI6. Jakby nie było dość zagadkowo, naukowcy ostatnio stwierdzili, że portret uchodzący za jedyną podobiznę Marlowe’a przedstawia kogoś innego. Tropicieli spisku zastanawia też fakt, że Shakespeare niczego nie napisał przed zniknięciem Marlowe’a, więc próbują dowieść, że ci dwaj w gruncie rzeczy byli jedną osobą i tak naprawdę to, co przypisujemy bardowi ze Stratford – który ponoć nie miał w domu ani jednej książki, a jego córki były analfabetkami – napisał Marlowe, znacznie lepiej wykształcony, obyty w świecie i mówiący językami (ponadto zdeklarowany ateista i niemal na pewno gej). W rzeczywistości tych dwóch panów prawdopodobnie wcale się nie przyjaźniło, być może nawet nie spotkało, choćby dlatego, że więcej ich dzieliło niż łączyło; poza tym William był w istocie osobą dość nudnawą, a Kit wprost przeciwnie – jeden z profesorów literatury opisał go jako „veteran street fighter, a counterintelligence agent, and generally bad news”. Muszę powiedzieć, że ten opis bardzo pasuje, gdyż nasz drogi sceniczny Marlowe emanuje łobuzerskim wdziękiem i jest niezaprzeczalnie uroczy (chciałabym powiedzieć, że na moją opinię w tej sprawie nie mają wpływu jego raczej imponujące łydki, ale to niestety nieprawda). I jest jedną z głównych postaci, darzącą tytułowego bohatera subtelnie dwuznacznym uczuciem. Jest trochę kumplem, trochę rywalem o lotnym umyśle i przeraźliwie ciętym języku, podszeptującym Williamowi słynne frazy.
Ach, tak. Williamowi, właśnie. To jest przedstawienie o Williamie. Jak mogłam zapomnieć. No to poświęćmy mu dwa zdania.
Chłopiec w roli tytułowej daje radę, ale rozpędza się dopiero, gdy komedia zmienia się w tragedię. Wtedy jest przejmujący.
(Informacja dla Demirji – ten koleżka, co Ci się podobał na obrazku, z całą pewnością nie ma tatuażu, chyba że na jedynej części ciała, której widzowie nie mogli zaobserwować).
Jest też John Webster, który w przyszłości też zostanie wielkim dramaturgiem, ale na razie to jeszcze dzieciak, dość niepokojący psychol z jednym oczkiem kaprawym, a drugim zezującym. Coś cudownego.

Och, i jest jeszcze pies. Pies oczywiście budzi w publice euforię. Miałam wrażenie, że wszyscy czekają tylko na występ psa.
Całość jest nieopisanie przyjemna dla oka i ucha. Muzyka jest śliczna, cała na żywo i przepięknie wykonywana. Scenografia jest śliczna. Wchodzicie do teatru i… wchodzicie do teatru, bo na scenie widzicie scenę. Nie, nie zapętliłam się – spędzacie trzy godziny wewnątrz teatru Rose (którego ruiny, nota bene, są od pewnego czasu przywracane do teatralnego życia). W pewnej chwili widownia staje się kulisami. Światło jest śliczne, momentami zmieniające scenę w olejny obraz, a bohaterów w mgliste cienie. Aktorzy są śliczni i śliczne noszą kostiumy. I wszyscy mówią pięknie pentametrem jambicznym, czyli w metrum, w którym Shakespeare pisał – dziesięć sylab w parach po dwie w wersie, akcent na drugą sylabę w każdej parze, co daje efekt przypominający bicie serca. To jest doskonale słyszalne w oryginale i brzmi mniej więcej tak: shall-I-com-PARE-thee-TO-a-SUM-mer’s-DAY albo what-AN-gel-WAKES-me-FROM-my-FLOWE-ry-BED, albo a-RISE-the-SUN-and-KILL-the-EN-vious-MOON, albo oczywiście a-HORSE-a-HORSE-my-KING-dom-FOR-a-HORSE. Zresztą cała ekipa musiała przejść trening odpowiedniego mówienia. Bez dwóch zdań trenowała pilnie.
Któryś z recenzentów napisał, że to przedstawienie jest jednym wielkim listem miłosnym do teatru. Trudno się nie zgodzić. Końcowe sceny, gdy spektakl, który miał być katastrofą – bez psa, bez odtwórców głównych ról, z niemożebnym jąkałą wygłaszającym prolog i charczącą basem Julią – zmienia się w arcydzieło, są w jakiś sposób wzruszające. Poza tym efekty specjalne są, jak onegdaj, robione ręcznie, więc rzeka wyczarowywana jest za pomocą dwóch wiader z wodą i szmat. Kurtyny nie ma, scenografię noszą aktorzy. No i jig! Zamiast pospolitych ukłonów obsada wykonuje dość wariacki taniec – tak się kończyły przedstawienia w elżbietańskim teatrze. Tak nadal kończą się w Globe.
Udało się uchwycić tajemnicę miejsca, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje, a jednak dostarcza najprawdziwszych wrażeń. Na sąsiednich scenach musicale kipią od wodotrysków i fajerwerków, regularnie generując horrendalne straty finansowe, a to genialne w swojej prostocie przedstawienie mówi widzowi – potrzebujesz tylko wyobraźni. To jest cały twój teatr.

Ze zdjęć pojawiających się czasami w tych bardziej mrocznych odmętach internetu można wywnioskować, że kulisami też dzieje się wiele ciekawych rzeczy; panowie świetnie się bawią, wyżebrali całą lodówkę piwa od jednego z browarów, założyli bibliotekę, a w wolnych chwilach tarmoszą swojego kolegę po fachu.

Nie miałabym nic przeciwko oglądaniu tego codziennie. Albo choć raz w tygodniu.
W związku z tym zastanawiam się właśnie, co ze sobą zrobić dziś wieczorem, bilety jeszcze są… Bo po południu Ryszard III ze wspomnianym Freemanem.

On the road to imminent disaster

image

- To miejsce jest fascynujące – mówię najzupełniej szczerze do poznanego kwadrans wcześniej człowieka. Śmieje się.
– Wiem – mówi. – Pracuję tu od trzydziestu lat i ciągle odkrywam coś nowego. Poza tym codziennie poznaję ciekawych ludzi – mruga do mnie. – Też macie średniowieczną katedrę w Krakowie, prawda?
Mamy.

Serce mnie bolało, gdy wlokłam się na dworzec. Ociągałam się, wstąpiłam na jeszcze jedną pintę, żeby wreszcie odkryć, iż ostatni autobus do Londynu odjechał godzinę temu, toteż pozostaje pociąg – dwa razy szybszy i trzy razy droższy. W mordę. Nie będzie nowej torebki.
Pola malowane zbożem rozmaitem z wolna ustępowały miejsca zagonom niewyraźnych szeregowych domków, centrom handlowym i piętrowym parkingom; wreszcie na horyzoncie wyrosły szklane wieże. We are now approaching London Waterloo, this train terminates here.

Żeby złagodzić szok, porzuciłam plecaczek w hotelu i ruszyłam obcować z przyrodą. Mogłam oczywiście spodziewać się, że w tak słoneczny dzień na ten sam pomysł wpadnie każdy turysta oraz wszystkie londyńskie matki, ale na szczęście Kew Gardens są na tyle duże, że można snuć się po nich chwilami tylko we własnym towarzystwie. No to się snułam.

Jak widać, że względu na bliskie sąsiedztwo Heathrow obcowanie z przyrodą jest mniej więcej raz na minutę zakłócane przez lądujący samolot, ale po pewnym czasie człowiek przestaje to słyszeć. Po prostu idzie przed siebie albo siada pod krzakiem lawendy, albo pod drzewem tak ogromnym, że nie sposób dostrzec czubka.

A później nadeszły godziny szczytu i obsługa monitoringu na stacji King’s Cross St Pancras mogła zobaczyć prawie ten sam co zawsze ludzki strumień, te same mundurki. Czarny. Granatowy. Czarny. Granatowy. Czarny. Granatowy. Czarny. Wtem błąd w matriksie pod postacią maszerującego dziarsko malinowego różu.
Wysączyłam gin z tonikiem, obejrzałam sobie cudowne przedstawienie, po zakończeniu skręciłam w kierunku przeciwnym niż reszta wychodzących i pogawędziłam z bardzo miluchnym chłopcem, który zdążył znaleźć mnie na Twitterze (nie mam pojęcia, jak) i wysłać mi arcyuprzejmą wiadomość z ukłonami za konwersację, zanim dotarłam do hotelu. Z wrażenia potknęłam się o własną szczękę.
Chyba
natychmiast
muszę
się
położyć…

The Kingdom of Heaven is someone searching for something very beautiful and precious

Wysiadam z autobusu, gdy jest już zupełnie ciemno. Ze mną przyjechały tylko dwie osoby – nie licząc kierowcy, który przez całą drogę mówił do mnie dear; dokąd jedziesz, dear, nie masz żadnej walizki, dear?…
Nie mam, dear, ale mój plecaczek zmieścił dwie torebki, trzy sukienki i tyleż par butów! I książkę, i lustrzankę, i perfumy, i kurtkę przeciwdeszczową, bo nie ufam waszemu klimatowi, choć wiem, że roczna suma opadów wyższa jest w Rzymie niż w Londynie, jak na ironię.
Gapię się przez chwilę na mapkę wywieszoną na murze, starając się zapamiętać trasę od czerwonego punktu zaznaczającego miejsce, w którym stoję, do krańców mapki, gdzie mam mieszkać. Prosta w sumie droga. Wzdłuż rzeczki. Nie powinnam się zgubić. Tylko czy oni nie mogliby jakoś gęściej umieszczać tabliczek z nazwami ulic? Oraz, luźna sugestia, lamp? Jeśli w tym mroku źle skręcę i wlezę na czyjąś łąkę…
A jeśli o łąki chodzi, jest tu w czym wybierać.

Pięknie. Spokojnie. Motyle fruwają, krowy muczą, słońce praży jak oszalałe. Można iść przez otwarte przestrzenie, z rękami w kieszeniach i oczami wpatrzonymi w horyzont, od czasu do czasu mijając innego osobnika, na ogół w towarzystwie psa.
To miejsce sprawia wrażenie o całe galaktyki odległego od rzeczywistości, jest tak sielskie i błogie. Cieszę się, że tu przyjechałam. Mam zresztą piękny pokoik na poddaszu, pachnący rumiankiem, z biblioteczką pełną książek (wiersze zebrane Sylvii Plath między innymi) i łóżkiem, na którym mogę się pokładać wśród siedmiu wypełnionych pierzem poduszek. Na śniadanie dostałam specjalnie dla mnie usmażone naleśniki z malinami, cały dzbanek świeżo zaparzonej kawy i niedzielną prasę do poczytania – jestem jednym z dwojga gości, więc czuję się trochę jak z wizytą u nadopiekuńczej cioci. Bardzo w porządku.
Spokoju mojego snu pilnuje ta oto wcielona groza.
image

A poza tym – właściwie to przypadkiem – byłam dziś rano w kościele. Na mszy. Wlazłam z ciekawości i zostałam na półtorej godziny. Ja, bezbożnica. I nawet się przejęłam. Zwłaszcza w chwili, gdy chór zaryczał potężnie, a wpadające przez okna światło zupełnie mnie oślepiło.
I jeszcze poza tym, choć to już temat na inną opowieść, którą może kiedyś postanowię się podzielić – przydarzyło mi się coś raczej nieprawdopodobnego. Być może opatrzność uznała, że moje długo wyczekiwane pojawienie się w kościelnej nawie trzeba jakoś nagrodzić, nie wiadomo.
Tak, może kiedyś wam opowiem. Teraz napiję się wina, ciesząc się tylko, że nie wywaliłam się na pysk, potknąwszy się o korzeń, który wyrósł mi pod nogami akurat wtedy, gdy wytrzeszczyłam oczy na coś innego.

Nagłówek, nawiasem mówiąc, to fragment kazania – jak ulał pasuje do ostatnich 24 godzin. Dawno aż tyle nie przytrafiło mi się jednego dnia, w dodatku na pachnącej sianem prowincji, gdzie z założenia guzik się dzieje; a biorąc pod uwagę, że to dopiero początek moich wakacji, obawiam się ich końca…

Just smile and wave

Poważnie rozważam, czy by nie zaciągnąć się jako wolontariuszka na piknik lotniczy w Nowym Targu. Mogłabym polerować skrzydła szmatką do połysku albo coś w tym guście. Albo zwyczajnie stać i się uśmiechać, w czym jestem raczej dobra. To mi chyba w życiu wychodzi najlepiej.

Naprawdę nie dzieje się nic. Pracuję. Pakuję się (dziś, o ironio, Dzień Włóczykija, więc mogę oficjalnie celebrować moją ekscytację rychłym wyjazdem i niemożność usiedzenia na tyłku). Walczę z nieco przytłaczającą mnie rzeczywistością, od której na szczęście niebawem ucieknę. Nadal męczą mnie przesadnie erotyczne sny. Tym samym na trochę zamilknę; dam wam zatęsknić za moim niezbyt uporządkowanym strumieniem świadomości. Ale nie lękajcie się, cisza w eterze nie potrwa zbyt długo. Jestem dziwnie przekonana, że w przyszłym tygodniu obejrzycie trochę krzywo wykadrowanych zdjęć (chciałabym powiedzieć, że to zawsze zabieg artystyczny…) i zrozumiecie, dlaczego żadne szacowne czasopismo kulturalne nigdy nie poprosi mnie o pisanie recenzji teatralnych (podpowiedź – ponieważ bywają rzewne niczym „Pokuta Aweryli”).
Och, i nie wykluczam, że będzie trochę o pończochach.

 

PS. W sprawie nieszczęsnego  prezentu – ludzkość uratowana, zimny pot z czoła otarty. To jest tak fajna rzecz, że wcale nie mam ochoty tego oddawać, mimo całej sympatii do osoby obdarowywanej.

The madness of the eyes is the lure of the abyss

Narobiłam w życiu sporo zakupów przez internety i nigdy nie narzekałam (pomijając przypadek firmy kurierskiej z cyfrą w nazwie, dla której zbyt wielkim trudem okazało się podwiezienie przesyłki pod inny adres i musiałam gnać pod Kraków, żeby ją odebrać).
I oto zdarzył się dzień, gdy potrzebowałam prezentu dla kogoś. Deadline – najbliższa sobota. Żeby nie obudzić się z przysłowiową rączką w nocniku, postanowiłam raz w życiu podejść do sprawy metodycznie i rozpoczęłam poszukiwania trzy tygodnie wcześniej. Lubię ludzi obdarowywać, ale nie znoszę prezentów, że tak powiem, generycznych. Bardzo byłam dumna z tego, co tym razem wymyśliłam. Puchłam z dumy do chwili, gdy odkryłam, że tego właściwie nie sposób kupić, bo „produkt niedostępny”. Już prawie oklapłam jak przekłuty balonik, gdy z odsieczą przyszedł mi Merlin. Merlin obiecał sześć dni. Doskonale, jeszcze zdążę zapakować i napisać okolicznościowy wierszyk.
Dnia szóstego, o godzinie dwudziestej kurwa trzeciej, Merlin wysłał mi wiadomość, iż ups. Taki mały problemik. Mogę poczekać, aż będzie wiadomo, czy moje zamówienie da się zrealizować. Za czternaście dni powinni wiedzieć.
Za czternaście dni.
Za czternaście dni to ja sobie będę mogła mojego zamówienia użyć do wymiatania pajęczyn. Za czternaście dni planeta Ziemia może nie istnieć. Ja w ogóle nie znam takiego słowa jak czternaście. John, fetch me my revolver.
Cała zabawa zaczyna się od nowa, a dziś przecież mamy już wtorek. Przed piątkiem będę siwa jak gołąbek, jeśli tego cholerstwa nie znajdę. A można było kupić wazonik. Albo butelkę wina. Albo nadmuchiwanego smoka wawelskiego.

Tymczasem naukowcy potwierdzili – no, brawo! – że po spojrzeniu można określić, czy ktoś jest nami zainteresowany. Inaczej łypiemy na kogoś, z kim chętnie powędrowalibyśmy do ołtarza, a inaczej na tego, kogo chcielibyśmy wychędożyć na najbliższym stole.
Pół sekundy. Tyle nam potrzeba, żeby ocenić, które z powyższych rozwiązań bardziej nas pociąga.
Zawsze uważałam, że całe te podchody i serenady pod oknami to niepotrzebne odwlekanie nieuniknionego.
Skoro już o podchodach wspominam, miły przypuszcza atak, mówiąc rzeczy, których na ogół nie mówi. Nie można było tak od razu? Mimo wszystko nadal czekam na działania; wygląda na to, że kobiety z wiekiem stają się coraz bardziej odporne na słowa.

I can laugh and you’ll be free

Mamy w grajdołku budkę z belgijskimi frytkami.
Jestem nieopisanie szczęśliwa.
Inni mogą sobie kochać sashimi i jagódki goji, dla mnie boskim pokarmem są niestety pospolite frytki, a gdy jeszcze są oblane sosem… Ochhh, tak. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie odwiedziła wspomnianej budki. Wcześniej towarzystwo wyciągnęło mnie na czeskie piwa (świetne miejsce, dobre węgierskie wina też mają), więc znowu oczywiście jestem na diecie. Przez najbliższy tydzień – liść sałaty dziennie. Będzie to o tyle proste, że budzi się już we mnie podekscytowanie, a ono zwykle odbiera mi apetyt, bo kto by o jedzeniu myślał, gdy tyle się dzieje.

Długie letnie poranki dają mi mnóstwo czasu na myślenie. Mam o czym myśleć chwilowo.
Zawsze czuję się jakoś nieswojo – przyjemnie, ale nieswojo – gdy piszę coś, wciskam wyślij i sekundy później odkrywam, że ktoś napisał niemal dokładnie to samo, co ja i w tym samym czasie, co ja. Gdy znowu mówi coś, co mam na końcu języka. Gdy trafia w miejsce, w którym akurat chciałam być. Jeśli to dzieje się raz, w porząsiu, przypadek. Jeśli dzieje się po raz nie-pamiętam-który, mam ochotę spytać: kim ty jesteś? Ale tak naprawdę, kim ty jesteś i skąd?
Czasami mam szczere wątpliwości, czy ktoś jest żywą istotą, czy wytworem mojej wyobraźni, tak bardzo nieprawdopodobny mi się wydaje.
Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Miałam wrażenie, jakbym patrzyła na kogoś, kogo już znam. Nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć, to było bardzo dziwne uczucie. Trochę to niewygodne dla takiego sceptyka jak ja – bo niby co, mam uwierzyć, że znamy się z poprzednich żyć? Albo jesteśmy jakimś gwiezdnym rodzeństwem? Większość moich przyjaźni rodziła się bardzo powoli. To jest coś innego.
Być może rozum mi odbiera, ale powiem wam, że z wolna tracę wiarę w zbiegi okoliczności. Zaczynam za to wierzyć, że nasze życie w gruncie rzeczy rozgrywa się w tych niewidocznych wymiarach z teorii strun.
Nie zdarzamy się sobie przypadkiem, chyba nie.

Z innej beczki – wiadomości nadal nie czytam, nie oglądam i nie słucham.
Przejeżdżałam przez izraelsko-palestyńskie checkpointy ubiegłej wiosny – dzieciak, ze dwadzieścia lat najwyżej, z przewieszonym przez ramię karabinem, zaspanymi oczami zaglądał do wnętrza samochodu i machał ręką, jedźcie.
Wolałabym tak to wszystko zapamiętać.
W gruncie rzeczy wolałabym, żeby w ogóle nie musiał tam być.
Mam już serdecznie dość tego wszystkiego, ale ludzi z mocą sprawczą to w żaden sposób nie obchodzi niestety.

Midgets and dwarfs have very little in common

Kurwa.

Wróciłam do domu głodna, marząc o długiej kąpieli w pianie. Chciałam tylko sprawdzić, co się dzieje w świecie podczas gdy podgrzewał mi się obiad. Odpaliłam laptop i natychmiast zrozumiałam, że obiadu nie zjem.
Świecie, przestań już. Po prostu przestań. Weź się ogarnij. Z góry dziękuję, bo coraz bardziej boję się czasów, w których przyszło mi tu być.
Mam nadzieję, że wszelkie instytucje odpowiedzialne za pokój i dobrostan na planecie wreszcie przestaną „wyrażać głębokie zaniepokojenie” i inne podobnie żałosne pierdoły wygadywać ze swoich miękkich foteli.

W samolotach na ogół drzemię, usypiana dźwiękiem silników spokojnie mruczących w zabójczym mrozie za szybami i głęboko pewna, że ta maszyna doniesie mnie do domu, to w końcu niezawodne cudo techniki, które jest w stanie lecieć i wylądować nawet, jeśli te silniki wysiądą.
Oczywiście pod warunkiem, że ludzie mu na to pozwolą.
Nie dość, że włosy mi dęba stają podczas czytania wiadomości z Gazy, to jeszcze to.

Znowu mam potrzebę błyskawicznej ucieczki, zniknięcia, zamknięcia się w bezpiecznej skorupce. Nie żeby pod moim własnym sufitem, z moim własnym widokiem na szumiące drzewa było źle, ale…
Uciekam dopiero za tydzień. Wpatrywanie się w zegarek niestety nie sprawia, że wskazówki suną naprzód szybciej, a szkoda, bo mam na co czekać niecierpliwie. Po pierwsze – Zakochanego Szekspira wystawiają od raptem dwóch tygodni, a ludzie już chodzą na to po kilka razy i kwiczą z zachwytu, że jest piękny, cudowny i wzruszający. Podobno trwa ponad trzy godziny – bardzo dobrze, dla mnie mógłby trwać nawet osiem, co wyjaśnia załączony obrazek, ale nie będę zbaczać z tematu. Wszystko w swoim czasie.
Po drugie – mój znajomy poszedł na Medeę i wyszedł na kolanach, więc też sporo sobie obiecuję. Wygląda magicznie. Też będziecie mogli zobaczyć, albowiem trafi do kin jesienią.

A poza wszystkim bardzo bawi mnie dowcip z nagłówka. To tak żeby nie kończyć zbyt smutno.

If a black cat crosses your path, it signifies that the animal is going somewhere

Jak może zauważyliście, niżej podpisana jest zabobonna niczym średniowieczny kmiot. Duchów co prawda nie wywołuje, nie zarzyna kogutów o północy ani z różdżką po domu nie lata, ale ma swoje specjalności. Wróży sobie z radia, wierzy, że silny wiatr zawsze coś przynosi (na ogół stare gazety i powietrze znad kombinatu), łapie się za guzik na widok kominiarza, zawsze siada na sekundę, kiedy musi po coś wrócić do domu, a gdy na czymś bardzo jej zależy, nigdy nie mówi o tym głośno, żeby nie zapeszyć. Nosi swoje brzęczące bransoletki, koraliki, cornicelli, a mieszkanie ma obwieszone przywożonymi zewsząd pierdółkami, które niby mają przynosić szczęście. Takie moje niegroźne dziwactwo. Nie zaszkodzi przecież.
Z Azji przywiozłam sobie malutkiego uśmiechniętego Buddę z jadeitu. Nie rozstawałam się z nim przez ostatnie miesiące, aż któregoś poranka odkryłam, że sznureczek się przetarł i Budda trzyma się siłą woli właściwie, na ostatniej słabej nitce. Cud, że go nie zgubiłam.
Wysłużony sznureczek został zastąpiony mocnym łańcuszkiem i książę Siddhartha wrócił tym samym na swoje miejsce, to jest w mój dekolt. Od razu lepiej. W najbliższych tygodniach spodziewam się bowiem wielu sytuacji, w których będę ściskać go nerwowo z nadzieją, że mi pomoże.
Zdumiewająco mocno wdrukowałam sobie przeświadczenie, że on działa. Córka inżyniera, kształcona, raczej bezbożna, ogromnie sceptyczna wobec wszelkiej ezoteryki. I proszę bardzo.

Wróciłam z terenu. W terenie było naprawdę przyjemnie, dużo nowych wyzwań, dużo nowych twarzy, praca z ludźmi, którzy dobrze znają Józefa, a na domiar szczęścia wieczorem można było pochlapać się w bąbelkach. Konieczność częstych wyjazdów poza grajdołek ogromnie mi odpowiada, choć cierpi na tym moje życie towarzyskie, bo im piękniejszy mam pomysł na wakacje, tym bardziej muszę go zmieniać, a znajomi, nawet ci obdarzeni świętą cierpliwością, nieco się irytują, gdy po raz trzeci przesuwam spotkanie. Nie dziwię się – też tego nie lubię u innych. Powoli do mnie dociera, że w obecnej sytuacji planowanie czegokolwiek z wyprzedzeniem większym niż tydzień lub dwa nie ma najmniejszego sensu. Ale – sama chciałam takich zmian, więc nie ubolewam. Z czasem nauczę się w tym funkcjonować.
Wróciłam i od razu mi ciśnienie wzrosło. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że na wywczas udam się z kartonikiem, na którym będzie stało WILL WORK FOR FOOD. Albo lepiej WILL WORK FOR GIN.

Tymczasem we wsi, do której się wybieram, odbędzie się weekend archeologiczny. Napisali na stronie, że ręce ubabrane po łokcie są absolutnie konieczne, natomiast bat i kapelusz – opcjonalne.
Może pójdę? Nie będę przecież całymi dniami czatować na farmera.

Och, i niech mi ktoś wyciągnie z uszu ten kawałek. Architecture In Helsinki od zawsze lubię, ale ten akurat numer tak się mnie uczepił, że choć mam go dość, nie mogę przestać słuchać.

Do not swear by the moon for she changes constantly

Nie mam o czym pisać, droga redakcjo, ponieważ w przerwach pomiędzy odliczaniem godzin do urlopu odliczam minuty do urlopu. A jeśli zdarzy się chwila, gdy nie spoglądam na kalendarz ani zegarek, gotuję się na miękko w salach konferencyjnych.
Toteż w oczekiwaniu na wenę i przypływ wolnego czasu pokażę wam obrazek. Owszem, to jest to, co myślicie.
Te różowe wstążeczki – coś pięknego. Takie to jest ładne, że aż szkoda byłoby… no, sami wiecie.

Dwie noce pod ogromnym księżycem sprawiły, że budziłam się niepewna, czy się obudziłam. Sny miałam nieziemskie, zmysłowe i wyraziste. Co jakiś czas wyrywało mnie z nich jasne światło zza okien i siadałam na łóżku ogłupiała, nie wiedząc, gdzie jestem i gdzie podział się ktoś, kto przed chwilą tu ze mną był, no przecież był, jestem pewna. Nie?…

I choose to take back my life

Zastanawiam się, jak to jest, że niektóre kobiety potrafią tak łatwo wejść w kolejny związek – tak szybko; czasami trzymają tę drugą gałąź jeszcze przed puszczeniem pierwszej. Przynajmniej zauważają wokół jakichś kandydatów. U mnie zawsze było inaczej. Kochliwa nie jestem jakoś bardzo, nie umiem spotykać się z kimś dla samego spotykania, dla tej przysłowiowej pary gaci w domu i ramienia w pobliżu. To znaczy umiem, ale budzi to we mnie emocje niewiele większe niż podróż MPK z domu do roboty i prędzej czy później dochodzę do wniosku, że mi to niepotrzebne. Nie lubię niczego, co raptem letnie – słabej kawy, półwytrawnych alkoholi, stonowanych barw, plumkającej muzyki, łagodnych obyczajowych powieści. Niestety, niestety. Mnie musi uderzyć, sparaliżować, oszołomić.
Liczę po cichu, że jeszcze kiedyś oszołomi.

Nie narzekam, bo dni właściwie płyną całkiem przyjemnie. W pracy inne powietrze (dosłownie – bo chwilowo przebywam na wygnaniu w terenie), nowe doświadczenia, wspólne obiady na mieście, kąśliwe żarty. Po pracy planowanie powrotu z Wysp – nie całkiem to wyszło tak, jak chciałam onegdaj, bo ograniczył mnie zakładowy grafik, ale jakoś wyszło – i zniecierpliwienie coraz większe.
Świat dał mi następujący wybór:
1. podróż na trasie Wielka Brytania-Polska za ponad 1000 peelenów (żeby nikt nie miał złudzeń, tanią linią; pogięło)
2. podróż na trasie Wielka Brytania-Polska z przystankiem w Holandii, całodziennym, pozwalającym wyjść do miasta na śledzia i piwo, za niespełna połowę tej kwoty.
Ech, gdybyż świat codziennie dawał mi tak proste wybory…
Idąc za ciosem, przygarnęłam bilet na Medeę (przeraźliwie chciałam zobaczyć, odkąd wiem, że muzykę robi Goldfrapp) i na Juliusza Cezara. Na tego drugiego zapragnęłam pójść, gdy wyczytałam, że akcja znowu rozgrywa się w dużej mierze wśród audytorium. Innymi słowy – mała czarna nie wchodzi w grę, za to dżinsy i pepegi owszem. Fantastycznie.
A gdy próbują osiąść mnie najczarniejsze kruki, przypominam sobie, że za dwa tygodnie czeka mnie kolejny bolesny seans tortur lukrem i toffi. Na samą myśl wypływa mi na pyszczek nie do końca inteligentny uśmiech. Tego się trzymajmy; kruki boją się takich uśmiechów.

Wszystko będzie dobrze.
Wszystko będzie dobrze.

Pełnia za oknami; może dlatego tyle we mnie pary. All for you, oh hungry moon

PS. Być może to księżyc sprawił, że nastąpiła próba przełamania spiętrzonych lodów. Bardzo miło, ale czyny, chłopaku, czyny.

Nikodem Żaboklicki, czyli przed czym drży nasza bohaterka

Czasami człowiek gapi się na strugi deszczu za oknem, niesłusznie przekonany, że robi to bezmyślnie. Ale tak naprawdę myśli o czymś bardzo, bardzo intensywnie, nie od wczoraj i przez cały czas; to wgryzło się w jego głowę tak głęboko, że przestał to zauważać.
Myśli, że za czymś tęskni. Za emocjami.
Te ukradkowe spojrzenia najpierw, uparte udawanie, że nie widzi się przeciwnika. Spojrzenia coraz dłuższe, aż do nagłego uświadomienia sobie, że ktoś wam się przygląda i wcale nie zamierza odwracać wzroku. Przeciwnie, zmusza was do podjęcia gry w „kto pierwszy się podda”. A później następują jeszcze ciekawsze rzeczy, dialogi bez użycia słów i uśmiechy, a później ktoś w końcu ośmiela się odezwać, a później temperatura rośnie. Sprawy nabierają tempa albo umykają bez śladu, zostawiając po sobie tylko mgliste, ale przyjemne wspomnienie. Tak czy inaczej na początku scenariusz zawsze jest ten sam, nihil novi sub sole, przynajmniej od czasu, gdy wyszło z mody łupnięcie maczugą i zaciągnięcie za włosy do jaskini.
Ostatnio mój mięsień sercowy jest nieco udręczony, już mu się nie chce i nic nie wskazuje na to, by sprawy miały pójść ku lepszemu. Gdyby mi się trafił jakiś coup de foudre, nie broniłabym się wcale. Bogiem a prawdą – nawet liczę, że mi się trafi.
Czuję się jak ta pogoda za oknem – ubolewam tylko, że nie mam możliwości tłuczenia piorunami.

Skoro o piorunach mowa, zmienię może temat, zanim moje serce i libido zaczną przemawiać za mnie. Otóż spotkała mnie dziś przygoda mrożąca krew w żyłach.
Muszę się przyznać do trzech fobii. Pierwszą jest woda, bo kiedyś omal nie utonęłam i do tej pory na samą myśl, że moja głowa mogłaby znaleźć się pod wodą, robi mi się słabo. Na jacht, prom, kajak et cetera wsiadam tylko wtedy, gdy muszę.
Drugą są burze. Ubóstwiam je, ale tylko pod warunkiem, że znajduję się w bezpiecznym miejscu. Nie ma takiej możliwości, żebym podczas burzy znajdowała się na zewnątrz, po prostu nie i już. Przyczyna jest prosta, otóż pięć lat temu podczas górskiej wycieczki nie zdążyłam przed burzą uciec i piorun uderzył kilka metrów ode mnie. Od tamtej pory panikuję.
Trzecią fobią, eee, są żaby.
Nie lubię. Zawsze się obawiam, że skoczą mi na twarz.
Dziś, wracając do domu w samym środku apokalipsy, którą ostatnimi czasy mamy w Krakowie każdego popołudnia (i zastanawiając się, czy jednak nie lepiej byłoby nieść buty w ręce, skoro i tak całkowicie przemokły), nagle zauważyłam na chodniku, na MOIM chodniku, pod MOIM domem, coś malutkiego, co poruszało się w przód metodą niewielkich podskoków. O Boże Boże żaba. Ze wszystkich zwierząt zamieszkujących królewskie miasto stołeczne akurat żaba. A co, jeśli spróbuję ją wyprzedzić i ona mi wtedy wskoczy na stopę?…

Do domu dotarłam. Teraz siedzę na mojej jakże ukochanej sofce i z wolna odzyskuję równowagę.
To dobrze, bo mam dziś jeszcze bardzo poważną rzecz do przemyślenia.

I want to walk in the open wind

Przeczytałam dziś o pani, która opublikowała debiut powieściowy w wieku lat – UWAGA – sześćdziesięciu siedmiu. I nie koniec na tym, bo cztery lata później rozpoczęła karierę komika, którą zresztą z powodzeniem kontynuuje.

Jest jeszcze dla mnie nadzieja.

I całe szczęście, bo poniedziałek był tak strasznie poniedziałkowy, tak okropnie i stresująco, tylu się nasłuchałam mięsistych kurew tnących powietrze wokół jak małe odrzutowce, tyle odgrażania się, że koniec z tym cyrkiem, odpierdol się strażaku, idziemy w diabły, niech się inni martwią.
Jakby tego było mało, nastąpiło nad miastem apokaliptyczne oberwanie chmury. Człowieku, który wjechałeś z pełną prędkością w kałużę właśnie przeze mnie omijaną – wiedz, że znajdę ciebie, twoją matkę, siostrę, kota i chomika.
Niech już będzie za trzy tygodnie, błagam, proszę. Niech ktoś przyśpieszy czas. Za trzy tygodnie świat na nowo będzie pięknym miejscem – w dużej mierze dlatego, że będę w innej jego części. Poza tym ani mi w głowie przełączać tam telefon z trybu samolotowego, który jest wspaniałym rozwiązaniem i wybitnie ułatwia odzyskanie równowagi psychicznej, bo przecież nikt nie może się wtedy do was dodzwonić. Powinnam jeszcze rozważyć wyłączenie Wi-Fi, ale to mogłoby być za dużo naraz; nie jestem pewna, co bym zrobiła bez regularnej kontroli twarzoksiążki i tłytera (zupełnie jakby ludzie aż tyle ciekawych rzeczy pisali w czasie, gdy tam nie zaglądam).

Ale, ale. Do ad remu.
Wyobraźcie sobie, że to jest mój tysiąc pierwszy wpis pod tym adresem. Prezenty z okazji tego osiągnięcia przyjmuję codziennie między dziewiątą a osiemnastą. Sama nie dowierzam, że w ciągu raptem czterech lat aż tyle tego naprodukowałam – i w dodatku ktoś to czyta, ostatnio nawet jakaś odważna dusza postanowiła zanurzyć się w lepkie odmęty mojego archiwum. Osobiście nie jestem pewna, czy warto.
Mam niezbite wrażenie, że w kółko piszę o tym samym, od czasu do czasu – jak przystało na osobę coraz bardziej blondwłosą – zarzucając myślą godną Coelho lub uprawiając niemiłosiernie pretensjonalne powzdychiwania. Co poradzić. Inaczej nie potrafię. Ja się naprawdę bardzo staram, żeby P.T. czytelnicy coś wynieśli z lektury, cokolwiek w sumie, ale chyba nie zawsze mi wychodzi… No cóż, ktoś wam musi serwować wiedzę, bez której moglibyście pogodnie przeżyć całe życie, i raczyć was refleksjami znanymi ludzkości od pięciuset lat.

(Dla mających Spotify – cudowna muzyka na niezbyt spokojną dobranoc. Na Jutubie pana też można znaleźć, ale nie tę niepokojącą piosneczkę, która mi urwała głowę na chwilę; inne toże są ładne i tylko troszkę, troszkę dziwne…).

You’re my heart, you’re my soul

Nie wiem, czy oglądacie „Teorię wielkiego podrywu”, ale był tam taki odcinek, w którym do Penny przyjechał kolega z Wielkiej Brytanii i Leonard szalał z zazdrości.
Bo ludzie z Wielkiej Brytanii mają akcent.
I potrafią tym akcentem zrobić wam bardzo złe rzeczy.
Właściwie to mają różne akcenty, ale ten, który mam na myśli, to tak zwana received pronunciation, czyli w pewnym uproszczeniu to, co słyszycie w BBC; taka ładna, krągła, pozbawiona głoski r wymowa, która sprawia, że myślicie o mówiącym jak o bardzo wykształconej i wyrafinowanej osobie. Osobiście mam koszmarną słabość – zwłaszcza że moje uszy mają bezpośrednie połączenie nerwowe z jajnikami, jak sądzę.
Już się cieszę na myśl, że za trzy tygodnie będę znów taplała się w tym akcencie po same uszy.
W jakże przystojnym wydaniu na domiar złego.
To kolejne ciężkie działo wytoczone przeciwko moim deprechom.
Innym działem był mój kumpel, który zmusił mnie wczoraj do włożenia czegoś na siebie (czy wy też przy tych temperaturach paradujecie po chałupie w stroju urodzinowym?) i wyjścia z domu.
– Chodź, zjemy coś. Będzie ci lepiej.
Zjedliśmy (idźcie, ładny widoczek na rzekę, dobre jedzenie i duży Bernard za skromne 8 peelenów), pogadaliśmy, wyściskaliśmy się i dopchali wspaniałymi miętowymi lodami po drugiej stronie kładki – tej samej, o której krzyczano, że zabije Kazimierz i Podgórze, a która sprawiła, że część miasta, gdzie strach było zapuścić się po zmierzchu, odżyła i zakwitła.

Są takie popołudnia, gdy naprawdę lubię moje miasto. Niełatwo się w nim mieszka, ale miło przez chwilę być w nim turystką.
wpid-dsc_0004.jpg

I’m that mountain peak up high

Trzeba być mną, żeby w piątkowy wieczór zająć knajpiany stolik obok grupy psychiatrów (chyba…) w delegacji. W ciągu niespełna godziny dowiedziałam się sporo o profilaktyce zachowań autodestrukcyjnych. Oraz o najczęstszych rodzajach samobójstw u kobiet i mężczyzn. Oraz trochę o typowych ofiarach seryjnych morderców. Niestety akurat zaczynał się mecz, więc panowie odeszli do knajpy z telebimem, zanim zdążyłam odkryć, czy mam szansę na zostanie typową ofiarą.
Lub seryjnym mordercą.

Moje drogie przyjacielstwo zabrało do miasta psa, bo pies młody, energiczny i w domu go nie sposób zostawić na długo. Toteż, upewniwszy się dwanaście razy, czy nie mam nic przeciwko siedzeniu w barowym ogródku z istotą plującą i gubiącą sierść, przybyli z istotą plującą i gubiącą sierść.
Muszę tu coś wyjaśnić.
Ja kocham psy. Wychowywałam się z nimi; rodzice zawsze mieli zwierzę. Kocham też ludzi, którzy kochają psy, każdy psiarz ma u mnie na starcie ogromny kredyt zaufania; bo mam taką teorię, że są to ludzie dobrzy – i ta teoria się sprawdza. (Gwoli ścisłości, nie mam nic przeciw kotom, też je miętoszę, gdy mi pozwolą, ale psi światopogląd jest mi bliższy). Od razu na widok tych szczenięcych jeszcze łap padłam na kolana, wyciągnęłam dłoń do obniuchania, pozwoliłam się wycałować mokrej mordzie. Natychmiast zakochałam się w tym pięknookim młodzieńcu, zwłaszcza że oczy naprawdę ma bursztynowe i spojrzenie z gatunku „przecież mi się nie oprzesz, nie oprzesz mi się, mówię ci, że nie”.
– No – powiedział mąż mojej przyjaciółki. – To chyba znaleźliśmy opiekunkę dla psa, gdybyśmy chcieli wybrać się na wakacje. Uważaj, bo ci obślini całą sukienkę!
Się wypierze przecież. Poza tym psia ślina ma właściwości antyseptyczne, więc jeśli nawet nie pomoże, to z pewnością nie zaszkodzi.
Wracając, spotkaliśmy jeszcze jedną taką maniaczkę, która na widok młodzieńca kwiknęła, spytała uprzejmie, czy może pogłaskać, przykucnęła i jęła tarmosić.
I jeszcze pan z mojego ulubionego ostatnimi czasy kazimierzowskiego przybytku rozpusty znienacka przyniósł młodzieńcowi michę wody, by dzieciak miał czym się zająć, gdy dorośli sączyli czeskie piwa. Jest nadzieja dla tego świata, powiadam.

Zostałam przez towarzystwo obdarzona komplementami, że taka promienna, uśmiechnięta i opalona – i moja deprecha poczuła się nieswojo, nie na miejscu, nieproszona, niemile widziana. Na domiar szczęścia w domu (do którego dotarłam po mrożącej krew w żyłach podróży z taksówkarzem przez całą drogę oglądającym mecz na tablecie; ja rozumiem, że drogi po północy są raczej puste, ale miej pan litość) odkryłam wiadomość składającą się z linka i dopisku „spodoba ci się ;)))” – kliknęłam i przez chwilę nie wiedziałam, czy zasłonić oczy, czy je wytrzeszczyć. Ech, niektórzy ludzie to wiedzą, jak rozjaśnić mi wieczór w odrobinę perwersyjny sposób.

Desire grows by what it feeds on

O w mordeczkę.
Dużo można o moim życiu powiedzieć, ale z pewnością nie to, że pozwala mi się nudzić. Jęczałam o tym wyspiarskim farmerze i co?
Wchodzę ja sobie o świcie na moją twarzoksiążkę, żeby zobaczyć, kto jaką smutną piosenkę lub rzewny cytat wrzucił nocą, kto się pokłócił o Korwin-Mikkego, a kto publikuje seryjnie memy, których nie rozumiem – a tam wiadomość od zdobytego podczas ostatniej wizyty londyńskiego kolegi (długa historia; opowiem wam w jakiś zimowy wieczór). Kolega chce się dowiedzieć, kiedy znowu będę w mieście, którego nie ma, bo może byśmy na piwo poszli.
Uniosłam brwi po sam kucyk.
A poszlibyśmy, czemu nie.
Kolega nie jest rolnikiem, zajmuje się… nie pamiętam czym, ale i tak cała sytuacja bawi mnie niebywale – to wyczucie czasu, doprawdy. Jak to trzeba uważać, bardzo uważać, o czym się myśli…
(To jeszcze poproszę, żeby mi się spełniło to, o czym lubię rozmyślać, kiedy nie mogę zasnąć, a gdy o tym rozmyślam, nie mogę zasnąć jeszcze bardziej, tylko pławię się w ekstazie; z góry dziękuję i pozdrawiam serdecznie).

Drugą dobrą wiadomością jest to, że jeśliby kto chciał zobaczyć tego ociekającego krwią Tytusa na własne oczy, to Globe go sfilmował i wypuści na DVD. Osobiście na dwieście procent nabędę. Obawiam się tylko, że w nagraniu nie będzie najzabawniejszego fragmentu przedstawienia, czyli antraktu, w którym umęczona publiczność rozsiada się na gołej glebie, a na scenę wyłazi chłop z mopem, żeby zmyć całą tę krew z desek.
Przy okazji – gdybyście chcieli pobawić się w reżysera teatralnego, Globe właśnie wykombinował taką fajną interaktywną zabawkę. Możecie wyreżyserować trzy sceny, mając do dyspozycji każdą kwestię w czterech wersjach. Najzabawniej wychodzi, gdy miksujecie naprzemiennie wersję wkurwioną i uwodzicielską, albo arogancką i przerażoną (efektem jest na przykład Makbet zachowujący się, jakby cierpiał na ostrą schizofrenię), a co szczególnie fajne, jest to tak zrobione, że nawet najbardziej absurdalne połączenia są ze sobą zgrane. I oczywiście na końcu widzicie swoje dumne i blade nazwisko w napisach końcowych, tuż obok written by William Shakespeare.

Więcej dobrych wiadomości dziś nie mam, ale żywię nadzieję, że znajdę jakieś w najbliższych dniach. Zresztą weekend sam w sobie jest dobrą wiadomością i tego się trzymajmy w tym smutnym okresie Sturm und Drang.

PS. Regularnie ktoś tu wchodzi dzięki temu, że wbił w wujaszka Gugla hasło o rozwartych nogach. Przykro mi w sumie, bo pewnie liczy na jakieś bezeceństwa, a trafia na notkę o górach.

PPS. Nie wiecie może, czy można w naszym jakże pięknym kraju dostać coś takiego jak pralinki z żubrówką? Znalazłam w internetach przepisy na wyrób własny, ale nie czuję się na siłach.

Tears are tasty and drinkable on all occasions

Z ciekawostek – zdobyłam dziś wiedzę o tym, ile kalorii ma ugotowane ludzkie ciało.

Z innych ciekawostek – nie znoszę, nie cierpię, nienawidzę momentu, gdy opada mi poziom adrenaliny i dociera do mnie, co właśnie się wydarzyło. W silnym stresie zawsze włącza mi się tryb maszyny. Działam jak automat, robię, co jest do zrobienia, bezrefleksyjnie. Żadnego panikowania, żadnego lania łez, darcia szat, rwania głosów – trzeba uratować świat, to ratuję. I wszystko jest w porządku do chwili, gdy mogę usiąść i otrzeć z ulgą pot z czoła. Wtedy z komiksowej superbohaterki wyłazi rozdygotana wyjąca żaba. Jest strasznie.
Wczoraj wieczorem właśnie taki moment przeżyłam. Maszyna się wyłączyła, włączyły się buzujące emocje. Poczułam, że wszystko w środku mi się trzęsie. Nie lubię płakać i bardzo rzadko to robię, ale czasami to jedyne, co przychodzi mi do głowy.

W sprawie wiadomej mielizna. Zaczynam chcieć, żeby mi się trafił ten rolnik.
Mam ochotę zrobić sobie dziś potężne tiramisu, zwinąć się z nim w fotelu i obejrzeć z pięć odcinków jakiegoś krwawego serialu.
Albo lepiej frytki. Frytki działają cuda, jeśli chodzi o leczenie deprechy.
(Taa, a później dopiero będzie płacz, zgrzytanie zębów i jeden sucharek dziennie).

We have no scar to show for happiness

Powróciwszy z urlopu, wzdycham już do kolejnego. Niezbyt dobrze czuję się w domu, bowiem po pierwsze wydarzyło się coś, co ogromnie mnie zmartwiło, a po drugie przechodzę właśnie ostry kryzys w sprawach uczuciowych. Bardzo ostry. W szczegóły wchodzić nie będę. Dopadła mnie taka frustracja i zwątpienie, że zastanawiam się, czy przypadkiem nie nadszedł czas, by pozbierać zabawki i ruszyć dalej w poszukiwaniu szczęścia. Usiłuję nie myśleć za dużo,nie gryźć się, nie szarpać, ale niezbyt dobrze mi to wychodzi – chciałabym znaleźć przepis na niemyślenie, może szorowanie wanny szczoteczką do zębów? Może sen? Przesypianie problemów zawsze mi pomagało; szkopuł w tym, że one od tego nie znikają. No i przez sen trudno podejmować ważkie decyzje.
Nie wiem, no, nie wiem. Trzeba mi wdać się w letni romans czy coś. Przeżyć jakiś poryw serca (albo przynajmniej lędźwi).
Wątpliwe mam chyba na to szanse, biorąc pod uwagę, że lwią część tego kolejnego urlopu przyjdzie mi spędzić na angielskiej wsi, a tam w najlepszym wypadku spotkam paru rolników. Z drugiej strony chłop z ziemią to nie w kij dmuchał jednak…

Tymczasem, poniekąd na otarcie łez, kupiłam sobie kolejną różową sukienkę, w dodatku o rozmiarach chusteczki do nosa. Zależało mi na tym, by była bardzo krótka i jest. Sukienka będzie miała pewną szczególną misję do wypełnienia niebawem, ale o tym na razie sza. Powiedzmy, że mam rachunki do wyrównania.

Capitano, abbatti le mura!

Ot, piątkowe popołudnie. Siedzę na stopniach przed ciasnym barem, popijam prosecco, przyglądam się upływającemu światu. Dookoła mury Lukki i piękni ludzie. Trochę filmowo. Czy to jest dzień z mojego życia?…

Włochy to niby nienowy dla mnie świat i nie taka znowu wielka wyprawa, a jednak za każdym razem mnie fascynują. Przyznaję od razu – toskańskie miasteczka nie złamały mi serca tak, jak Neapol, dużo mniej powabny, ale bardziej zmysłowy. Tak czy inaczej, to moje kochane Włochy, przyjemnie obniżające mi ciśnienie, spowalniające ciągły galop moich myśli i ograniczające zawartość mojej głowy do niezbędnego minimum, to jest – co dziś zjeść do porannej kawy, gdzie zatrzymać się na winko, a gdzie na kolację, jaki czas naświetlania ustawić, robiąc zdjęcia w katedrze (dużo fot poszło do kosza, ale z każdym kolejnym wyjazdem coraz więcej się udaje). To są moje włoskie problemy. Nie śpieszę się tam donikąd, a już najmniej – do domu.

Opowiem wam obrazkami. Nie majstrowałam przy nich, bo jak zwykle po powrocie nic mi się nie chce, panie doktorze. Chce mi się tylko kupić kolejny bilet. Och, wróć. Mam kolejny bilet.

Wrota do mojego hotelu w Pizie. Budynek z XIII wieku – co oznacza klatki schodowe, w których zmieściłby się domek jednorodzinny, wspaniałe posadzki, drewniane sufity i ciągnięcie waliz po niekończących się schodach, jeżeli macie walizy oczywiście, bo ja to akurat nie miałam. A najcudowniejsze było to, że na parterze znajdowała się piekarnia i o piątej rano budził mnie rozkoszny zapach świeżych bułeczek i rogalików.
SONY DSC
Komuś po sąsiedzku urodziły się bliźnięta.
SONY DSC
Na południu Włoch człowiek przechodzi przez ulicę z duszą na ramieniu i „Boże dopomóż” na ustach. Tutaj nie, bo ruch kołowy jest ograniczony do minimum i kto może, zapyla na rowerze.
SONY DSC
Jeśli sądzicie, że w Italii codziennie słoneczko, jesteście w straszliwie mylnym błędzie.
SONY DSC
SONY DSC

SONY DSC
Piękna dama z Camposanto.
SONY DSC
Nie miałabym nic przeciwko, gdyby mnie tam pochowano. Bo tak, Camposanto to w istocie cmentarz. Zbombardowany w czasie wojny, ale odratowany. Jeśli kto lubi rzeźby i freski, będzie wniebowzięty.
SONY DSC

SONY DSC
SONY DSC
Duomo. Imponująca. Wewnątrz spoczywa to, co zostało z lokalnego świętego, notabene patrona podróżników. Co roku w rocznicę jego śmierci w mieście odbywają się regaty. Wioślarze, którzy docierają na metę ostatni, w nagrodę otrzymują parkę kaczek.
SONY DSC
Ruch Wyzwolenia Poezji. Piza to studenckie miasto, ma więc dość uroczy, wyluzowany klimacik.
SONY DSC
Nasza bohaterka tłucze pałacową kołatką w nadziei, że z okna wychynie przystojny posiadacz ziemski w bufiastych rękawach i pończochach. Cóż. Innym razem.
SONY DSC
Burzowe chmury nad Arno. Swoją drogą – gdy leciałam w tamtą stronę, na horyzoncie szalała przerażająca burza. Widzieliście kiedyś burzę z góry? Obłędne zjawisko. Przylepiałam nos do zimnej szyby, patrząc z zachwytem na trzaskające gęsto pioruny i mając nadzieję, że samolot to rzeczywiście duża puszka Faradaya.
SONY DSC
Palazzo Blu. Muzeum-cudeńko na brzegu Arno. Wstęp za jeden uśmiech, a można się zabawić antygrawitacją, zobaczyć, jak drobniutkie drobiazgi bozonu Higgsa zlepiają się w wasz kształt. Niesamowite.

Podstawa diety toskańskiej – cantuccini i vin santo. Wcięcie w talii staje się mglistym, smutnym wspomnieniem.
SONY DSC
Jedzeniu mogłabym poświęcić oddzielną notkę, ale o włoskiej kuchni mądrzejsi ode mnie napisali wystarczająco dużo. Napomknę tylko, że po raz pierwszy w życiu z własnej, nieprzymuszonej woli zamówiłam w knajpie flaczki – ja, która nie lubię mięsa, a podrobów nie tknę kijem. I te flaczki, trippa alla lucchese, były kulinarnym arcydziełem i wielokrotnym orgazmem. Doskonałe.
Moją wielką miłością są italskie bary, niepiękne, nawet obskurne czasem i wielofunkcyjne; można na miejscu kupić bilet autobusowy, puścić totolotka, poczytać gazetę, zerknąć na wynik meczu, zjeść kanapkę z mozzarellą, łyknąć kawę za skromnego eurasa, kieliszek niezgorszego wina obalić. Nikt w tych barach nie przesiaduje, klientela załatwia swoje i wychodzi – ale te miejsca są esencją tego kraju.

Lukka. Lukka jest absolutnie śliczna i czarująca. Najlepiej wetknąć mapę do kieszeni i po prostu się w tym miasteczku zgubić. Niczym zresztą to nie grozi, albowiem jest maleńkie i prędzej czy później człowiek dotrze do okalających je murów.
Bazylika San Frediano. Zbudowana raptem w XII wieku, cóż takiego…
SONY DSC

SONY DSC

Tak, to jest domofon.
SONY DSC

Lokalne kociuchy.
SONY DSC
SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC
Ot, widoczek z mojego okna. Z okna w łazience, gwoli ścisłości.
SONY DSC

Jeszcze jedna piękna katedra. Wspominałam kiedyś, że uwielbiam kościoły?
SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Ale żebyście nie myśleli, że ja tylko wertuję przewodnik i zwiedzam… We Włoszech wszędzie blisko nad morze, więc gdy tylko się wypogodziło, pognałam oparzyć sobie stopy na piasku.
SONY DSC

SONY DSC

Dzień z mojego życia. Właściwie pięć dni. Nie film, nie popis wyobraźni.
Chyba może być, nie?…

Miracoli e tradimenti

image

Odrobina falliczności na dobranoc nikomu nie zaszkodzi przecież.
Jest mniejsza niż myślałam (hmm…), ale bezwzględnie piękna, choć moim zdaniem prawdziwe cuda to pobliska katedra i Camposanto. Czułam się przyjemnie głaskana po oczach.

image

Jutro dalej w kraj, a tymczasem popijam wino wyciągnięta na łóżku, pod niemozliwie wysokim sufitem, bo budynek, w którym mieści się mój B&B, pamięta czasy Sforzów i Medicich. Och, chciałabym posiedzieć sobie chwilkę na XV-wiecznym Półwyspie Apenińskim, ale podejrzewam, że nie byłaby to chwila zbyt ucieszna… Trochę czytałam… Chyba lepiej fotografować stare mury w przerwach między włóczeniem się w poszukiwaniu jak najmilszego miejsca do wypicia kawy.

You become what you think about all day long

Po weekendzie spostrzeżenie mam jedno – męczy mnie towarzystwo ludzi, którym zawsze wiatr w oczy i choćby gwiazdka z nieba spadła im na podołek, to i tak byliby niezadowoleni, bo ich życie nigdy nie jest dość fajne, bo może inni mają lepiej i ciekawiej, a w ogóle to jaki sens w tym wszystkim. Parę godzin takiej gadaniny i czuję się jak przedziurawiony balonik. Mam ochotę usiąść w kącie, wynaleźć sobie parę problemów pierwszego świata i ubolewać.
Szczęśliwie znam też ludzi, którzy jakiś tam sens dostrzegają. Właściwie nie tyle dostrzegają, co sami go sobie wytwarzają.
Mój znajomy zaczytuje się literaturą, o której nie mam zielonego pojęcia – niszowy gatunek science-fiction, kompletnie pokręcony. Zamawia z końca świata stare, od lat niewznawiane tytuły za kosmiczne pieniądze, walczy po nocach na eBayu, załamuje rodzinę obudowywaniem kolejnych ścian półkami na panoszące sie w domu książki.
Uwielbiam, gdy o tym opowiada. Zagadnięty o drobiazg natychmiast rozjarza się jak żarówka i rozpoczyna wykład; może go ciągnąć godzinami, mnożąc niuanse i anegdotki o autorach, wymieniając nawiązania do klasyki, wytykając błędy. Ma na tym punkcie absolutnego pierdolca.
Owszem, czasami gubię wątek po kwadransie. Czasami nie wiem, o czym mówi i nie bardzo kumam, co fascynuje go w tym wszystkim, ale to nie ma znaczenia. Jego głęboki, lekko zwariowany zapał jest ujmujący. Bardzo dobrze się bawię, słuchając go i ani trochę nie przeszkadza mi uparte trzymanie się jednego tematu lub próby wplecenia go w każdy inny wątek. Lubię takich ludzi. A jeszcze bardziej lubię tę przyjemną nić porozumienia. To poczucie, że trafiło się na kogoś, kto być może wie, co czujemy; wie, jak się żyje częściowo w śnie, w jakiejś osobnej rzeczywistości, we własnym ciasnym światku, w którym liczy się niewiele poza tym, co nas do nieprzytomności cieszy. I chociaż sam obiekt czyjegoś szaleństwa nie do końca do nas przemawia – to nieważne, samo szaleństwo się liczy. Ono i ulga, że ktoś ma tak jak my, że nie jesteśmy kompletnie sami.

Tymczasem na kilkanaście godzin przed wyjazdem jestem w proszku zupełnym. Jak zwykle zresztą. Być może nadejdzie kiedyś dzień, gdy nauczę się pakować z wyprzedzeniem, ale Bogiem a prawdą – nawet mi się nie chce. Im częściej wyjeżdżam, tym mizerniejszy Reisefieber, właściwie znikomy. Byle się nie spóźnić na samolot, byle się nie zgubić na miejscu, nie zapomnieć dowodu osobistego – ot i wszystko. Gdzieś uciekł cały romantyzm. Tak przynajmniej wydaje mi się teraz, w tej chwili; podejrzewam mimo wszystko, że zamykając jutro drzwi na wszystkie zamki, poczuję znajome mrowienie w dole kręgosłupa.
Bądźcie niezbyt grzeczni i pilnujcie państwa pod moją nieobecność.

PS. Ciekawy artykuł. Mam taki kufelek z Once na półeczce.

Follow Following Unfollow Blocked Unblock Pending Cancel

Miało dziś być o czymś innym, ale wróciłam do domu, przeczytałam najświeższe newsy i wszystkie moje tiki nerwowe mnie napadły.

A jednak odwołali ten poznański spektakl.
Czy ktoś może mi wytłumaczyć, czemuż to banda oszołomów uzurpuje sobie prawo do decydowania o tym, co oglądają inni ludzie – z własnego wyboru, za własne pieniądze? Podobno nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka, więc czemu ta ich wolność sięga dalej i bezceremonialnie wpieprza się w moją?
Poczytałam sobie komentarze na twarzoksiążce. Dewianci ponieśli klęskę, ktoś napisał. Polacy nie dadzą się zeszmacić pseudosztuce, napisał ktoś inny (no nie dadzą, bo jej nie zobaczą). Trzeba mieć nierówno pod sufitem, żeby oglądać takie zbydlęcenie (oglądałam gorsze – na dobrą sprawę wystarczy włączyć dowolny kanał informacyjny). Dewianci seksualno-emocjonalni zgniją we własnym bagnie moralnym (hm… przynajmniej w dobrym towarzystwie). Co za ludzie grają w takich przedstawieniach, czy oni Boga się nie boją? (aktor, taki zawód – płacą mu za to, że udaje kogoś, kim nie jest i mówi różne rzeczy, których na ogół nie ma na myśli; znam zresztą aktorów bardzo wierzących i ani praca nie przeszkadza im w wierze, ani odwrotnie).
Savonarola odnalazłby się w naszych czasach.
Z jednej strony rozumiem decyzję władz – gdyby faktycznie tym fanatykom odwaliło, to nie byłoby zabawnie – ale z drugiej uważam uginanie się przed podobnymi protestami za niewłaściwe i niebezpieczne. Co to ma być w ogóle? Czy ja jutro mogę sobie też pogrozić zamieszkami, bo coś mi się nie podoba i miasto mi ustąpi? Toż to czysty terror. Dotychczas sądziłam, że z terrorystami się nie negocjuje.
I w imię czego to wszystko? Wyjaśni mi kto?

Nie ogarniam. Misteria Męki Pańskiej jakoś mogą być krwawe i dosadne, i nikomu to nie przeszkadza. Przeciwko okropnym, jarmarcznym, raczej bluźnierczym dewocjonaliom nikt nie protestuje. Gdzieś musi tkwić subtelna różnica, tylko widocznie zbyt głupia jestem, by tę różnicę dostrzec.

Powiem wam, że jeśli gdzieś w świecie trafię na to przedstawienie, to pójdę bez wahania. Szkoda tylko, że nie mogę tego zrobić w moim nadwiślańskim kraju, bo jacyś dewoci, którzy ostatni raz byli w teatrze na „Balladynie” w szóstej klasie podstawówki, uznali za stosowne mi tego zabronić.
Takiego, moi mili.

Mama zawsze mówiła, że nie należy iść spać w złości, więc na otarcie łez porozmawiajmy o Mundialu. Doprawdy mogli tego Alessio Cerciego wcześniej dziś wpuścić na boisko i częściej pokazywać. Co prawda nie jestem fanką włoskiej urody i wolę wymiętych łobuzów w kraciastych koszulach, niemniej on jest całkiem uroczy. O, a tutaj wygląda tak, że rolę w kolejnej części Hobbita powinni mu dać bez castingu.
Dla nieprzekonanych Alessio z wątłymi nóżętami na wierzchu.
Ale i tak jestem zirytowana.
To nie może tak być.

Sugar pie, honey bunch

Przyszedł wczoraj w moim życiu zawodowym taki moment, w którym poczułam, że muszę natychmiast się dowiedzieć, jak starać się o wizę nowozelandzką.
O, proszę bardzo, w dobrej turystycznej wierze do trzech miesięcy nie potrzebuję. Mogę wjechać.
To chyba wjadę, zanim mnie szlag trafi. Postarawszy się wcześniej o wyłączenie roamingu.
Dziś szczęśliwie mam wolne i mogę – obok sprawdzania, jak ubiegać się o azyl na Antypodach – ciężko pracować wyłącznie na rzecz urody. Kremiki, odżywki, olejki na końcówki włosów, masowanie piętek i takie tam.

Czytam Moją walkę i mam rosnący problem z bohaterem-autorem. Recenzje były entuzjastyczne lub fatalne – i doskonale rozumiem, dlaczego. Bardzo mi trudno zapałać do tego człowieka sympatią; jego światopogląd jest kosmicznie odległy od mojego. Obrazowo rzecz ujmując, na piwo bym z nim nie poszła. Tak czy inaczej, zabrać się za tę dziwną książkę warto, choć to właściwie tylko – chwilami porażająco zimne – sprawozdanie z życia, w którym na dobrą sprawę nie wydarzyło się nic niezwykłego. Nic poza tym, co u wszystkich; pierwszy łyk alkoholu, pierwszy orgazm, pierwsza śmierć, pierwszy nieudany związek, nieprzespane noce, frustracje, rozczarowania. Nic nadzwyczajnego. A może?…
Żeby się nie przeintelektualizować, obejrzałam sobie zdjęcia z prób do nieszczęsnego Zakochanego Szekspira, na którego wybieram się jakby za miesiąc.
Przescrollowałam tylko pobieżnie*, ale mam wątpliwość, czy to zdjęcia z prób spektaklu, czy z zawodów drwali.

*Och, nie ściemniaj. Przescrollowałaś pobieżnie piętnaście razy.

And then I decided I was a lemon for a couple of weeks

Dajcie już spokój z tymi aferami. Waluty przez to drożeją, a ja akurat potrzebuję. Być może kiepski ze mnie obywatel, ale chwilowo znacznie bardziej od zakulisowych rozgrywek – które były, są i będą – martwi mnie to, gdzie schowałam moje ulubione krótkie spodenki. W temacie podsłuchów natomiast wystarczy mi czytana akurat książka o podwójnych szpiegach, znacznie bardziej pasjonująca niż serwisy radiowe. Zawsze chciałam być szpiegiem – ale nie w dzisiejszych nieromantycznych czasach satelitów, logów, billingów i kamer wielkości eugleny zielonej; raczej takim ze starych filmów i powieści, no wiecie, szampan od rana, romanse, podróże, jedwabne pończochy i kubańskie cygara, i to wszystko na koszt państwa. No cóż. W innym życiu.
(Cygara mogłabym odpuścić – raz w życiu spróbowałam i łzy mi z oczu trysnęły; wymieniłabym się za więcej szampana).

Odkopałam sobie wczoraj, targnięta nagłym sentymentem, notatki z zeszłorocznego czerwca.
Ależ to był szalony czas. Żeby było zabawniej, od tamtej pory sprawy ciągle przyśpieszają, a z życia, które znałam i lubiłam (choć nic szczególnego w nim się nie działo), nie zostało prawie nic.
Ktoś, kto rzadko mnie widuje, powiedział mi ostatnio, że jeszcze ubiegłej wiosny wyglądałam na spiętą i nieustannie poirytowaną, jak jakieś dzikie zwierzątko, które wszędzie wietrzy niebezpieczeństwo i które wyraźnie źle się czuje w w sytuacji, w której się znalazło – a teraz sprawiam wrażenie nieustannie czymś rozbawionej.
Bo i też nieustannie coś mnie bawi.
Oczywiście zdarzy się od czasu do czasu zblazowany przypadek, któremu mogę się wydawać egzaltowaną wariatką, ale trudno; zresztą doskonale wiem, że jestem egzaltowaną wariatką i całkiem dobrze czuję się w tych butach. Poza tym ani trochę mi to w życiu nie przeszkadza.

Chociaż… Może gdybym mocniej trzymała się ziemi, nie zgubiłabym spodenek. Nie macie pojęcia, co i jak często można skutecznie gubić na skromnych 38 metrach kwadratowych. Mógłby mi ktoś samochód w pokoju zaparkować i też dałabym radę go zapodziać.

Zapomniałabym. Na okoliczność świąteczną wesoła piosenka. Nietrudno zgadnąć, czemu od razu mi się spodobała.

Pink elephants and lemonade

Swoisty urok Kazimierza polega na tym, że knajpy mnożą się jak grzyby po deszczu, nowe zastępują stare, a w miejscach, w których do niedawna straszyła witryna z rozbitą szybą, nagle rozbłyskuje neon. Zostałam wezwana do takiej właśnie nowej placówki, sprytnie zresztą ukrytej i przeszłam obok niej wielokrotnie tam i nazad, pomstując, aż wreszcie zadzwoniłam z informacją, że oto stoję na tym właśnie rogu, gdzie miał być lokal, ale lokalu nie widzę, no jak jest jak nie ma, i czy może trzeba popukać w którąś ścianę albo rozpędzić się w jej kierunku?
– Poczekaj – słyszę w słuchawce. – Ja cię chyba widzę… Jezu, to ty! Widziałam jakąś blondynkę, jak biegała tam i z powrotem ulicą, ale cię nie poznałam! Jak to się stało, że ty masz takie długie włosy? I takie jasne?…

Kilka godzin umiarkowanie zdrowego hedonizmu, czyli niefiltrowane piwa, tokaj, śmiech do bólu brzucha, mokry bruk za oknami i cudowny bazar podróżniczych wspomnień. I wtem ktoś zabrzęczał:
– Tam nie ma po co jechać, za dużo Polaków.
Oczywiście.
Jak wiadomo, prawdziwie wielcy podróżnicy udają się tylko do Ürümqi, by stamtąd ruszyć na bezdroża Tasmanii. Rowerem i kanoe.
Nie znoszę takiego gadania. Włóczenie się poza utartym szlakiem jest bez dwóch zdań cudowne i wiem doskonale, że najlepiej jak najgłębiej zanurzyć się w nieznane środowisko, ale wcale nie trzeba wyruszać na odległe zadupia, żeby znaleźć skarby. Za to zamykając się w ględzeniu podobnego rodzaju, można bardzo wiele przeoczyć. Inna sprawa, że – pomijając rzadkie przypadki nawalonych w sztok, hałaśliwych osiłków w niesławnym wieczornym samolocie na Stansted – nigdy nie miałam szczególnego problemu z krajanami zagranico. Właściwie to nawet fajnie usłyszeć znajomy język albo pomachać z daleka spotkanym na moście ludziom, z którymi spędziło się parę godzin w podróży z Warszawy do Tbilisi.
Przypomina mi taka gadanina uprawiane w szkole snobowanie się na Cortazara, choć i tak było wiadomo, że wszyscy zaczytywali się „Jeżycjadą”.

Poza wszystkim wygląda na to, że wreszcie nauczyłam się piec. Weekend spędziłam w upojnym towarzystwie truskawek, cynamonu i budyniu (tym razem mam na myśli prawdziwy, taki z mleka). Od dziś ponownie jestem na diecie. Ewentualnie od jutra, bo jeszcze mi pół blachy zostało.
Tak, od jutra. Dziś jeszcze ze spokojem sobie zjem, oglądając wszystkie te umięśnione łydki w telewizorze.

If you never discover, forever you’ll suffer

W mieszkaniu pod moją nieobecność rozrabiają gobliny, jestem tego całkowicie pewna.
Albo po prostu ja mam za mało czasu i sił na sprzątanie. Ostatnio po powrocie padam na fotel, włączam serial i w ten szalenie ambitny sposób spędzam wieczór. Praca śni mi się po nocach – dosłownie.
Pociesza mnie to, że zerwał się dziś fantastyczny wiatr. Wiatr zawsze coś przynosi.

Koję zszargane nerwy rozmyślaniami o wakacjach. O wakacjach codziennie miło pomyśleć, zwłaszcza gdy człowiek znajduje się już w tym nieprzyjemnym stanie, gdy wyobraża sobie spokojną taflę wody i czyjąś głowę pod tą wodą przytrzymywaną. Powiadam, przechodzę tyle załamań nerwowych w ciągu dnia, że gdybym na horyzoncie zobaczyła grzyb atomowy, westchnęłabym tylko z rezygnacją.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za dwa tygodnie będę piła americano tutaj. Następnie wrócę na chwilę do domu, żeby trzy niedziele później odlecieć do krainy herbaty z mlekiem, zaszyć się na parę dni w ślicznej wiosce – w której niczego nie ma, ale jest śliczna, więc będę po prostu się nudzić w malowniczych okolicznościach przyrody – po czym wsiąść w pociąg do Londynu. Skrycie liczę na powtórkę z ubiegłego lata, mianowicie smażenie się na skwarkę w parku za dnia (a niech spróbuje lać…) i łażenie po teatrach po zmierzchu. Jakby tego było mało, przy odrobinie pomyślnych wiatrów udam się nieco dalej, za Morze Irlandzkie. Ambitna koncepcja, ale musi się udać. No, w każdym razie bardzo bym tego chciała. Notabene – wyjazd na ponad tydzień jedynie z małym podręcznym to będzie wyzwanie, a muszą zmieścić się i buty do wiejskich wędrówek, i mini.
Latem zamierzam też zrobić coś, co na razie wydaje mi się absolutnie przerażające, choć właściwie częściowo już się dokonało – czas na tę trudniejszą połowę. Szczegóły na razie przemilczę, bo nie chcę kusić losu, w każdym razie jest to możliwość tyleż straszna, co ekscytująca.
Podumałam nad nią i uznałam, że skoro nadarza się okazja, okazję bezwzględnie należy łapać. Raz kozie śmierć, trudno. Nie znoszę odkładania na później. „Później” to jakaś mglista kraina nie wiadomo gdzie. To, co odkładam, na ogół nigdy się nie wydarza. Zresztą jeśli mogę to odłożyć bez chlipania w poduszkę, to chyba znaczy, że wcale aż tak bardzo tego nie chcę.
Słyszę czasem od znajomych, że jestem odważna. Nie uważam się za taką. Być może to, że potrafię sama polecieć na koniec świata, nie ma sprawy, mogę bujać się w powietrzu przyczepiona do kawałka nylonu i zdarzało mi się wpuszczać do domu nieznajomych mężczyzn, jest jakimś tam wariantem odwagi – lub też skrajnej głupoty. Ale boję się bardzo wielu rzeczy, które innym ludziom przychodzą łatwo. No i często boję się też samych ludzi, o czym w poprzedniej notce. Niemniej – lubię przesuwać moje granice. Lubię sprawdzać, czy mogę zapanować nad tym, co mi się w głowie dzieje. Gdy uświadamiam sobie, że przez jakieś głupie strachy ominie mnie coś, o czym marzyłam od lat, próbuję te strachy złapać za mordę. Tym razem będą musiały na chwilę się zamknąć.
(Jeżeli się nie zamkną, pozostanie wypić mocnego drinka i/lub wypalić grubego jointa przed – ale to byłby fatalny pomysł w tej konkretnej sytuacji).