We are all aliens to ourselves

Moja przyjaciółka i ja ciągle przeżywamy tego Austera. Każdy, kto odwiedził mój nieszczęsny blogasek więcej niż raz wie, że ja potrafię przeżywać. Oj, jak ja potrafię. W przeżywaniu jestem doskonała. Jeśli mnie ktoś/coś zachwyci, mogę całymi dniami miauczeć z uwielbieniem, bić czołem w oczarowaniu i produkować rozwlekłe apoteozy. Na swoją obronę dodam, że takie naprawdę wielkie zachwyty nie zdarzają mi się codziennie. Ani nawet raz w tygodniu.
– Boże, jak ja bym chciała z nim porozmawiać. Mogłyśmy podejść – bolała przyjaciółka.
– W życiu.
– Miałabyś autograf na stronie tytułowej, nie chciałabyś?
– Nie. Nigdy nikogo o autograf nie prosiłam.
– A ja tak. Czemu nie chciałaś, przecież ty odważna jesteś…
Odważna? Może i wpadam na rozmaite nierozsądne pomysły, ale jestem mniej więcej tak odważna, jak te zwierzątka, co na widok drapieżnika zastygają w bezruchu, udając martwe. Co gorsza, mam ostatnio wrażenie, że moja nieśmiałość z wiekiem się pogłębia. Kiedyś nie miałam problemu z wystąpieniami publicznymi – miałam tremę, oczywiście, ale nie taką, jaką miewam teraz. Kolana zaczynają mi się trząść na dwa dni przed godziną zero, a w godzinie zero trzęsie mi się już wszystko, cały człowiek mi się trzęsie, razem z umysłem niestety, który mi wówczas traci sygnał, śnieży, aż wreszcie staje się kompletnie, całkowicie, przerażająco pusty. Jeśli ktoś z was to uczucie zna, to wie, że ten gwałtowny mentalny paraliż i niemota są czystym koszmarem, i bardzo wtedy chciałoby się rozpłynąć w powietrzu. Oczywiście jakoś biorę się w garść, gdy sytuacja wymaga powiedzenia sobie: „No stara, nie ma czego się bać, spinasz pośladki i jedziesz”, ale na ogół po wszystkim jestem zupełnie wypompowana. Nienawidzę tych momentów podczas szkoleń, gdy prowadzący prosi uczestników, żeby powiedzieli coś ciekawego o sobie. Podziwiam bardzo ludzi, którzy do każdego podejdą, z każdym pożartują, porwą tłum na konferencji, zaśpiewają publicznie (co ostatnio zdarzyło mi się w wieku lat 14), zadzwonią do radia, dadzą się przepytać przez telewizyjną sondę uliczną, wezmą udział w zabawie weselnej i tak dalej.
Odnośnie dzwonienia – być może ktoś jeszcze pamięta anegdotkę sprzed wielu lat, jak to autorka przez jedyne dwa tygodnie zbierała się do wykonania pewnego telefonu. W końcu go wykonała, ale walnęła sobie uprzednio dwie lampki wina, dwie duże lampki, bo inaczej byłaby zbyt spanikowana. Takie historie zdarzają mi się co chwila.
No cóż. Nie jestem w najgorszym towarzystwie z moją niewdzięczną przypadłością. Barbra Streisand też jest nieśmiała podobno. I Johnny Depp. Elfriede Jelinek nie odebrała osobiście swojej Nagrody Nobla, bo bała się ceremonii. A mój jakże ukochany Matthew Macfadyen w dzieciństwie wymiotował z nerwów przed swoim przyjęciem urodzinowym, biedactwo. Niektórzy uważają nieśmiałość za uroczą, no bardzo być może, ale ja tam wolałabym nie słyszeć donośnego walenia mojego serca ani dobywającego się ze mnie słabiutkiego głosiku.
Zdaniem Zimbardo liczba takich przypadków jak mój wzrosła w ostatnich latach. Może to jakaś choroba cywilizacyjna.
Wydaje mi się, że przekroczyłam mój limit przypadków chowania nieśmiałości do kieszeni na ten rok. Toteż przykro mi bardzo, pisarz odleci na Brooklyn, nie poznawszy mnie.

W ramach podsumowania tematyczna piosneczka w mojej ulubionej wersji.

PS. Dzięki Bogu za internet. Spłodziłam na Tłyterze miłosny ćwierk o Austerze (rym niezamierzony) i minutę później jakiś miły i nieznajomy człowiek napisał mi, że ów jest już w Zurychu, gdzie też ma spotkanie autorskie, które jest właśnie transmitowane na żywo online. Możecie zgadywać, jak spędziłam wieczór.

Stories only happen to those who are able to tell them

Walcząc z deszczem i wiatrem od gór, w których niestety spadł już śnieg, pognałam dzisiejszego wieczoru na randkę z Paulem Austerem.
Wspaniały człowiek.
Olśniewająca erudycja i ironia. Na dobry wieczór powiedział, że pisać, jeśli już się chce, trzeba o tym, co nie daje nam spokoju, czymś, czego nie możemy wyrzucić z głowy, czymś, co nas męczy – inne tematy niekoniecznie są warte wysiłku; być może trzeba będzie odłożyć je na lata. Recytował Chaucera w Middle English (brzmiąc jak rasowy germański oprawca) i zachichotał, że prowadzący spotkanie aż się przestraszył. Opowiadał o tym, jak reżyserował film i bał się przerwać improwizującym aktorom; jak ktoś wydzwaniał do niego w wierze, że dodzwonił się do Agencji Pinkertona (i Auster bardzo bolał, że nigdy nie powiedział: „Tak, a w jakiej sprawie?”). Mówił, że najbardziej wolni jesteśmy wtedy, gdy jesteśmy sami w zamkniętym pokoju – wolni, ale nigdy samotni, bo w gruncie rzeczy składamy się z innych ludzi, których spotkaliśmy po drodze i którzy coś w nas zaszczepili. Mówił o przypadkach, najbardziej niesamowitych przypadkach, które wyśmialibyśmy w powieściach i filmach, ale w rzeczywistości jednak się zdarzają. O tak, zdarzają się.
Wychodziłam zakochana.
Lubię ludzi, których chciałabym słuchać przez całą noc. Lubię pisarzy, którzy przedkładają treść nad formę. Nie ubierają prostych rzeczy w gęste falbanki spiętrzonych zdań, żeby udowodnić czytelnikom, jakie to mają giętkie pióro. Lubię tych, którzy trzymają się sedna. Auster właśnie taki jest.
(Dodam też, że nasze nowe ICE jest naprawdę piękne, ogromne i imponujące. Jest tam też przeraźliwie zimno, ale to cudo działa od raptem paru dni, więc może jeszcze nagrzać nie zdążyli. Mimo zsiniałego nosa jestem pod wielkim wrażeniem. Zabawne, jak wielu opinii naczytałam się o tym, że tak nowoczesna architektura nie pasuje do Krakowa – cóż, Kraków to nie muzeum, ale miasto jak każde inne na tym łez padole, i jak każde inne potrzebuje zastrzyków świeżości).

Humor zepsuł mi się bardzo, gdy w drodze do domu przeczytałam w tramwaju felieton Macieja Nowaka o transmisjach.
Powiem krótko.
Albo nie. Powiem długo.
Gdyby zsumować wszystkie moje wyjazdy do UK w ciągu ostatniego roku, spowodowane względami osobistymi i nie tylko, wyszedłby ponad miesiąc spędzony w Londynie i okolicach. W tym czasie, korzystając z okazji, obejrzałam na miejscu 28 przedstawień. Mam to wielkie szczęście, że mogę. Przyszły rok zapowiada się podobnie. Wychodzi na to, że moje ciężko zarobione pieniądze trafiają w ręce krwiopijców o imperialistycznych zapędach. Nie zmienia to faktu, że regularnie uczestniczę w wydarzeniach kulturalnych w moim grajdołku, jak wskazuje pierwsza część powyższej notki (choć też można by się uczepić, Auster wszak jest nowojorczykiem). Nie uważam brytyjskiego teatru za lepszy od polskiego – tego rodzaju porównania moim zdaniem są pozbawione sensu – acz jest bez dwóch zdań inny. Długo by mówić o różnicach, ale podejrzewam, że to niekoniecznie kogokolwiek interesuje, więc ten fragment pominę, bo i tak czytelnicy mogą już mieć serdecznie dość, że ja znowu o tym samym.
Nigdy nie byłam na koncercie muzyki, dajmy na to, grindcore, w związku z czym nie pisuję o muzyce grindcore. Z samochodów rozróżniam ładne i brzydkie, więc nie podnoszę kwestii motoryzacyjnych. Jak się jednak okazuje, można publikować felietony w dużym dzienniku, nie mając pojęcia o zjawisku, które obiera się za temat swoich ubolewań.
Obawiam się, że w przeciwieństwie do autora mam pewne rozeznanie w temacie – nie tak duże, jak chciałabym, bo żaden ze mnie edukowany specjalista, po prostu bardzo zapalony widz – toteż pozwolę sobie wtrącić mój grosik.

Jeśli o mnie chodzi, nie zamierzam stawiać tym wstrętnym imperialistom najmniejszego oporu. Mogą sobie dokonywać dywersji, perfidnie sącząc w uszy nadwiślańskiej widowni wersy tego swojego barda, wymawiane z tym swoim akcentem. Proszę bardzo.

Pisałam wielokrotnie, że nie przepadam za oglądaniem teatru w kinie ani w telewizji, bo to nie jest i nigdy nie będzie to samo. Nie i już. Nie ta sama ekscytacja. Nie usłyszę, że aktor gra chory i zanosi się koszmarnym kaszlem, gdy tylko wpada za kulisy, jak to się ostatnio zdarzyło. Nie zobaczę, jak się gotuje albo zapomina tekstu i szyje naprędce, albo opluwa ludzi w pierwszym rzędzie podczas swojego żarliwego monologu. Nie będę mogła przez cały wieczór gapić się nabożnie na jedną osobę z obsady, bo kamera wybierze za mnie, na co patrzę. Brakuje mi nawet tego charakterystycznego zapachu. Ale – chodzę na NT Live. Czasami bywam zachwycona i mam ochotę klaskać na końcu, czasami szlag mnie trafia, gdy dookoła siedzą fanki, które przyszły pooglądać gołą klatę Hiddlestona i na każde jego słowo reagują piskliwym chichotem. Z drugiej strony nie mogę patrzeć na nie krzywo; moja przygoda z miejscem, jak je nazywa mój ulubiony dramaturg, bardzo nienormalnym, zaczęła się tylko dlatego, że w liceum zapisałam się na warsztaty teatralne, bo skrycie się kochałam (jak to ja) w facecie, który je prowadził. Ktoś może pójść na filmową buzię, powód dobry jak każdy inny, a wrócić do domu oczarowany przedstawieniem samym w sobie i znienacka odkryć w sobie miłośnika XIX-wiecznej dramaturgii skandynawskiej.
Teatry za kanałem La Manche, tak samo jak nasze, czasami proponują widzom niesamowity chłam. Ale te transmitowane spektakle to naprawdę dobre rzeczy, nie wersje light z celebrytą w głównej roli, tylko bardzo mocne, rzetelnie zrealizowane, wciągające produkcje. To po pierwsze. Po drugie, to często są widowiska zmajstrowane z wielkim technologicznym rozmachem i warto coś takiego choć raz zobaczyć, niechby po to, żeby następnie przez cały wieczór zadawać sobie pytanie: „JAK oni to zrobili?…”. Po trzecie – to tak naprawdę powinien być pierwszy punkt – transmisje są wyciągnięciem ręki do widza; trafiają do ludzi, którzy dotychczas do teatru nie chodzili, nie lubili, a nagle odkrywają, że to wcale nie taka straszna nuda. Uczą się. Dobrze jest się uczyć. Po czwarte, można urlopu nie dostać, żeby obejrzeć na miejscu (być może pan autor nie jest świadom faktu, że życie brytyjskiego spektaklu potrafi trwać dwa tygodnie, a potem demontują scenografię i cześć pieśni, innej okazji nie będzie). Można nie mieć forsy na podróż do Anglii. Można polec w walce z przeciążonymi serwerami i tysiącami chętnych, bowiem kupowanie biletów na bardzo popularne przedstawienia to bywa regularny Mortal Kombat; ludzie ustawiają się w kolejce do kasy w środku nocy czasami. Koniec końców wreszcie, tyle się mówi o kulturze nieznającej granic, a tu się okazuje, że niektórzy tych granic broniliby zapamiętale. Po co?… Nasze teatry wbrew pozorom nie świecą pustkami. Idąc dalej tym torem i broniąc rzekomo demolowanego lokalnego rynku, możemy w ogóle ograniczyć repertuar do Słowackiego i Gombrowicza, jakby nie byli wystarczająco wyeksploatowani.
Podejrzewam, że dyrekcja National Theatre przejmie się strasznie oskarżeniami o neokolonializm i jutro jak jeden mąż pójdzie skakać z pobliskiego mostu z kamieniami u szyi. Ciekawam, czy autor felietonu, domagając się gościnnych występów, zarejestrował w ogóle fakt, że Shakespeare’s Globe był u nas nie dalej jak miesiąc temu.

A w ogóle to mierzi mnie strasznie retoryka z gatunku: „bywam w teatrze i jestem przez to niebywale wyrafinowany, bo to taka wysoka kultura”. Otóż nieprawda. Teatr jest dla ludzi. Teatr nie służy temu, żeby poczuć się od kogoś lepszym. Teatr dotrwał naszych czasów dzięki setkom cieśli i szewców, którzy płacili parę groszy, żeby obejrzeć krwawą jatkę albo lubieżną komedyjkę, coś przy tym zjeść (podczas prac archeologicznych w ruinach teatrów elżbietańskich znajdowano widelce), a nawet wypić. Czego dowodzi poniższa fotka.
wpid-dsc_00392.jpg.jpeg

Soft sir, you must be dieted

Mój znajomy jest akurat, że tak powiem, poszukujący. Szuka kolejnej miłości życia. Nie ma jakiegoś wielkiego ciśnienia, bo młody jest, bardzo wysoki, przystojny (typ, z którym fajnie się chodzi po mieście, bo kobity się za nim oglądają) i obdarzony niezgorszym poczuciem humoru, więc raczej się nie nudzi w temacie przygód damsko-męskich. Ale ostrożnie rozgląda się za czymś trwającym dłużej niż 6 godzin.
– I chciałbym, żeby była taka jak ja – powiedział mi dziś.
– To znaczy?
– Ja się bardzo angażuję, za bardzo. Jestem cały dla kogoś. Chciałbym, żeby ona była taka sama.
– Mhm – odparłam wymijająco, żywiąc pobożną nadzieję, że nie zbladłam z przerażenia.
Wiem, że niektórzy z zachwytem przyjęli partnera oddanego im bez reszty. Ja bym raczej zwiała. Nie chcę kogoś takiego. Sama zresztą zdecydowanie nie należę do osób z gatunku „cały dla kogoś” i o ile bywam zdolna do wielkich poświęceń dla drugiej strony, o tyle nie ma mowy o oddaniu mojego kawałka przestrzeni i marginesu swobody. Ten margines jest u mnie dość szeroki, dodajmy. Niekiedy jak Amazonka. I nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak wyglądają związki oparte na wzajemnym zaangażowaniu „za bardzo”.
Tyle rozważań o chorobach sercowych. Teraz pokażę wam coś, co ktoś mi onegdaj wcisnął na ulicy, a ja bez czytania wetknęłam to do kieszeni płaszcza i dziś, wyjąwszy go z szafy po moim zdaniem zbyt krótkim okresie ochronnym, znalazłam. Przeczytałam. Moja słynna prawa brew, którą zwykłam wyrażać zdziwienie, natychmiast weszła w rolę.

wpid-dsc_00102.jpg.jpeg

W gruncie rzeczy chodzi mi o ostatni fragment. Że jedzenie i picie zimnego powoduje chudnięcie.
Rozpromieniłam się natychmiast.
Bo takie czipsy. Jakby nie patrzeć – zimne. Mój ulubiony KitKat z masłem orzechowym (nigdy nie mam odwagi przeczytać tabelki z wartościami energetycznymi) – zimny. Lody bakaliowe – ma się rozumieć. Wreszcie, proszę państwa, rzecz oczywista, czyli wódka – wiadomo, że zimna. Co prawda to wszystko razem wzięte jakoś nie wydaje mi się fenomenalnie skuteczną dietą odchudzającą, ale przecież mogę nie wiedzieć wystarczająco dużo o życiu…

The aerobics of comfort

Leniwe weekendy nie są aż tak znowu znakomitym wynalazkiem. Ogarnięcie się i spionizowanie w poniedziałkowy ranek okazało się nadzwyczaj trudne. Kto w ogóle wymyślił poniedziałkowe ranki? Czy one rzeczywiście są ludzkości do czegokolwiek potrzebne? Czemu nie możemy zaczynać tygodnia od środy? Dość powiedzieć, że przez ponad godzinę przesuwałam budzik – za dziesięć minut, za dziesięć minut, za jeszcze dziesięć minut… Następnie wetknęłam sobie szczoteczkę od tuszu do rzęs w oko, a później w wyniku napadu potwornej indolencji skazałam się na dwie przesiadki w drodze do fabryki. Ogólnie rzecz biorąc, bardzo potrzebuję mojego kocyka i kubełka z earl grey.
W takie ciemne dni nawet jakoś tęsknię za moją bezsennością, która lubiła wyrywać mnie z łóżka o czwartej nad ranem. Tymczasem serwuję sobie odpowiednio smętną muzykę, doskonale pasującą do lepkiej szarości za oknem. Bardziej od jesieni chyba tylko wątróbki nienawidzę. Wiem, że są fani spadających liści, mgieł i świateł odbijających się w kałużach, więc niech sobie wezmą te liście, te mgły, te kałuże w diabły. Najchętniej zasnęłabym i śniła o… wiem, o czym chciałabym śnić, ale nie powiem.

Na dzień dobry ubawiłam się za to bardzo. Nie ma to jak wysłuchać narzekań na fatalne polskie tłumaczenia i zapewnień, że czyta się tylko w oryginale, bo rodzimi tłumacze w ogóle języka nie znajo, kaleczo, psujo i szkoda gadać. Nie byłoby w tej opinii nic dziwnego, gdyby nie fakt, że widziałam, jakich konstrukcji językowych w lengłydżu dopuszcza się jej autor i łapałam się za głowę (coś w deseń village killed by desks). Pogratulować wiary w talenta lingwistyczne. No, ale dobrze. Trzeba się na coś snobować. Lepsze to niż obrażanie się na torebki za to, że są sprzedawane w Lidlu.

Blood, sweat and tears really don’t matter….

Dom. Kursuję pomiędzy łóżkiem a kanapą. Mam zapas seriali z przystojnymi mężczyznami. Książek mam zapas. Lodówkę pełną. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Dałam się wyciągnąć z ukochanych czterech ścian tylko dlatego, że moja przyjaciółka akurat była w mieście. Tym samym można było znów popróbować czeskich piw (serdecznie dziękuję, szanowna Domówko, za Granata za sześć złotych).
Musiałam odpowiedzieć na dużo kłopotliwych pytań dotyczących mojego ostatniego wyjazdu.
– Co to za jakieś ciemne piwnice wrzucasz na Facebooka?
– To nie są ciemne piwnice. To jest teatr.
– A nie wygląda…
Jak chce, to wygląda bardzo dobrze. Wspominałam już, że to zaczarowane miejsce? Wiem, ośmiokrotnie w minionym tygodniu. Robią tam Halloween w tym roku – pokroiłabym się, żeby tam być. O ile wiem, po spektaklu cała ferajna idzie odwiedzić niedaleki cmentarz prostytutek.
– A co to za gość, co cię odprowadzał po nocy przez dwie godziny?
Odmawiam zeznań. Dziewczyna musi mieć swoje tajemnice.
– Co jeszcze robiłaś?
– Byłam na, eee, czytaniu sztuki.
– Słucham?
Patrzy na mnie, jakbym powiedziała jej, że zapisałam się do kółka prząśniczek.
– Ja cię bardzo przepraszam, ale możesz mi wyjaśnić, co w tym ciekawego?
A ile mamy czasu?…
Chyba nie bardzo mogę – to jakby tłumaczyć komuś, dlaczego lubi się japońskie kreskówki, skąd głęboka fascynacja śpiewem gardłowym, co fajnego w fotografowaniu codziennie tego samego pejzażu albo czemu w knajpach pije się tylko białą kawę, choć w domu zawsze czarną – niemniej szczerze się cieszę na kolejny raz. Czasami coś po prostu pasuje do naszej układanki, a może odwrotnie, może to my jesteśmy tej układanki brakującą częścią i czujemy, że wreszcie trafiliśmy, gdzie trzeba. No – i nie wszystko jest tak nudne, jak z pozoru się wydaje.
Gdyby nie te czytanki, nigdy nie pogadałabym z tak wieloma uroczo postrzelonymi ludźmi… i nie dowiedziałabym się, że powstał sequel „Poskromienia złośnicy”, autorstwa rówieśnika Szekspira i jego częstego współpracownika (bo Sz. nie wszystko napisał zupełnie sam). Bohater po śmierci złośnicy pierwszej (biedna Kasia) wziął za żonę złośnicę drugą, która zabarykadowała się w swoich komnatach i ani myślała łatwo się poddać – uzbroiła wszystkie okna w wypełnione nocniki. W innym dramacie onegoż król postanowił wydać kochankę za swojego przyjaciela, żeby romans nie wyszedł na jaw. Kochanka się oburzyła, przywiązała króla do łóżka, król już się oblizywał na myśl o wyuzdanych rozkoszach, gdy wtem kochanka go zadźgała.
Teatr to nie jest tak niesłychanie wyrafinowana rozrywka, jak niektórzy lubią myśleć. Wprost przeciwnie. Bywa uroczo prosta i lubieżna, zresztą tak się zaczęła. Nie trzeba przyjść w odprasowanej małej czarnej i perłach, nie trzeba uprzednio zaliczyć całego Eurypidesa w oryginale. Byle mieć głowę gotową na wszystko, co może się wydarzyć.
Dobrze, wystarczy coelhozy i powtarzania oczywistości, już przestanę o tym pisać i wreszcie się rozpakuję. Pranie zrobię, łazienkę sprzątnę, zajmę się jako tako prawdziwym życiem.
(Chociaż już sama nie wiem, gdzie ono właściwie jest).

Ach – i ciągnąc cykl „autorka kontra sławni ludzie”, powiadamiam, że dzięki mojemu drogiemu koleżeństwu weszłam w posiadanie wejściówki na spotkanie z Paulem Austerem w ramach Festiwalu Conrada. Nie jestem ani trochę podekscytowana. Ani trochę. W ogóle.

I feel just like I’m living someone else’s life

Pragnę uspokoić, że nadal żyję, przełączyłam tylko moje baterie w tryb stamina. Od powrotu z Londynu przespałam w domu jedną noc; w drodze będę do końca tygodnia. Zawsze chciałam żyć na walizkach, więc nie ośmielę się narzekać, ale brakuje mi trochę moich codziennych rytuałów, a przede wszystkim – czasu. Wysiadam z pociągu, docieram do hotelu, rzucam bagaże w kąt, rozbieram się i stoję nago przez długie kwadranse pod prysznicem, później zwijam się w kłębek w łóżku i skaczę bezmyślnie po kanałach, aż zasnę. Hotelowa pościel jest zawsze tak samo gładka i sztywna, pachnie pralnią i niczym więcej; zawsze się boję, że niedokładnie zmyję tusz do rzęs i na poduszce zostaną rzewne ślady mojej walki z bezsennością. Wszędzie powtarzalny scenariusz. Odprasowane kamizelki w recepcji, szum klimatyzacji, okna, których nie sposób otworzyć, nad czym ubolewam przy moim wielkim zamiłowaniu do – mniej lub bardziej – świeżego powietrza, zbyt starannie złożone białe ręczniki, moja walizka, której nawet nie chce się rozpakowywać, bo i po co. Rano znowu prysznic, posłodzona rozpuszczalna kawa w towarzystwie BBC World, CNN, cokolwiek tam dają; zjazd windą na śniadanie, dżem i sok pomarańczowy, biuro, siedem godzin rozmów, hotel – albo dworzec – i następnego ranka rewind, 24 godziny od początku. Ratują mnie dźwięki w słuchawkach.
Ostrożnie z tym, o czym marzycie. Bardzo ostrożnie.

W przerwie między jednym a drugim spotkaniem otwieram prywatną pocztę i ku swojemu ogromnemu zdziwieniu widzę w niej wiadomość takiej treści:
I’m thrilled you enjoyed the shows so much. I hope we get a chance to say hello when you next come over.
O, bez wątpienia, proszę pana. Bez wątpienia.
Dorobiłam się drugiego życia – tego tam. I to drugie sprawia, że jakoś wytrzymuję w pierwszym.

PS. Kontynuując wątek z poprzedniego wpisu – w mrocznych odmętach sieci pojawiają się zdjęcia, więc proszę, tak wyglądało to, co widziałam. Główny bohater lada moment utraci dość istotny z męskiej perspektywy kawałek ciała.

AVAST!!!

What shall we do with a drunken sailor?
We’ll put him in bed with the captain’s daughter
Put him in bed with the captain’s daughter
Put him in bed with the captain’s daughter
Early in the morning!

Tutaj będzie wpis o piratach. Takie przynajmniej jest założenie, a co mi w istocie z tego wpisu wyjdzie, to się okaże w praniu. Myślę, że do rzeczy przejdę jakoś w ostatnich linijkach.
„W sztuce teatralnej autorem, dekoratorem, twórcą kostiumów, kompozytorem, aktorem, tancerzem – powinien być właściwie jeden człowiek. Tak wszechstronny tytan nie istnieje. Jednostkę trzeba więc zastąpić tym, co jest najbardziej podobne do jednostki: grupą przyjaciół”.
Tak kiedyś powiedział Jean Cocteau. I tak najkrócej da się opisać niedzielne czytanka w Globe. O co w nich chodzi, wyjaśniałam już parę razy, więc dziś tę sekcję pominę.
Najpierw obszerna dygresja NIE o piratach.
Uwaga, będę kwikała teraz.
Wszyscy wiedzą, że mam słabość, do której nie przyznam się łamana kołem. Nabawiłam się jej kilkanaście miesięcy temu i nie miałam wówczas pojęcia, ilu dziwnych ludzi dzięki niej poznam i w ilu niezwykłych wydarzeniach wezmę udział.
Znacie taką starą piosenkę, Sunshine Superman się nazywa? I’ll pick up your hand and slowly blow your little mind? Jakoś mi się skojarzyła.
Jeżeli kiedykolwiek zostanie ogłoszony konkurs na najmilszego człowieka we wszechświecie – ja go nie wygram. Ani, przykro mi, nikt z was. Ale wiem, kto wygra i to jeszcze zanim się odezwie.
Przy czym ja nie do końca jestem pewna, czy to jest człowiek. Tak czy inaczej, jest absolutnie nieznośny.
To stworzenie sfrunęło z innej planety, ale abstrahując od zaawansowanego zwariowania i hermetycznego poczucia humoru, jest chodzącą uroczością w powalającym stężeniu. I nie chodzi mi tu wcale o obnoszoną z nonszalancją urodę porcelanowej laleczki od szyi w górę i Popeye’a po szpinaku od szyi w dół. Ani o deprymującą erudycję. Ani o to, że stworzenie powinno dostać jakiś międzyplanetarny medal za dobre serduszko. Toto jest nieopisanie miłe i uprzejme, wyluzowane jak tybetański mnich i bardzo, ale to BARDZO łagodne, co ma niebagatelne znaczenie w sytuacji, gdy stoicie pół metra odeń, otwieracie buzię i wtedy właśnie uświadamiacie sobie, że zapomnieliście, co chcieliście powiedzieć.
Gdy nie daj Boże wspomnicie cokolwiek o zamiłowaniu do teatru, zainteresowanie rzeczonego waszą skromną osobą wyraźnie wzrośnie. Jeśli tym bardziej nie daj Boże wspomnicie trzy magiczne słowa, chłopaczek rozjarzy się jak żarówka, w karmelowych oczętach błyśnie porozumiewawcza iskierka i od razu inna rozmowa, aż w pewnej chwili z przerażeniem zauważycie wyciągniętą w waszym kierunku łapkę. Chłopak wymiędli wam rączkę i będzie się domagał, żeby przyjść się przywitać następnym razem. Być może ktoś inny odmówiłby, ale ja mam bardzo słabą wolę, więc potulnie chodzę się witać. Mam też bardzo słabe nerwy i odwagę królika, toteż każde takie spotkanie rozpoczyna się minutą ciszy, podczas której nasza bohaterka rozpaczliwie usiłuje przypomnieć sobie dowolne słowo w języku angielskim oraz jak się nazywa. Kiedyś też zabłysnę swadą. Ewentualnie napiszę sobie tekst wcześniej na dłoni.
Pod żadnym pozorem nie należy niczym go obdarowywać, bo będzie wylewnie dziękował przez kwadrans. Nie należy też się przedstawiać, bo można się bardzo zdziwić niedługo później.
To jest nie do wytrzymania. Jakby was ktoś ptysiami bombardował albo masował watą cukrową.
I ta właśnie wysoko stężona słodycz została przez swoją własną publiczność skazana na wyreżyserowanie sztuki właściwie niewystawialnej. Jak zwykle w przypadku tych osobliwych wydarzeń – dostała na to pięć godzin.
(Nawiasem mówiąc, podtrzymuję opinię ze stycznia, sweterek musi odejść. A w ogóle kto nosi Christmas jumpers na początku października?).

Słodycz zemściła się na publiczności bezlitośnie.
Po pierwsze kazała widzom przebrać się za piratów.
Po drugie zmontowała obsadę z aktorów przyprawiających o migotanie komór (bardzo miły człowiek i bardzo mi się podobało, gdy czaił się u moich kolan) lub przedsionków (facet wygląda doskonale piracko – jakby która była zainteresowana, to ten pan zajmuje się również treningiem personalnym), ale też zatrzymała ekipę, która zawsze w tych wesołych czytankach bierze udział.
Po trzecie, usiadłszy sobie skromnie w kąciku, demonstrowała cały repertuar swoich numerów popisowych, to jest dręczyła niewinnych ludzi regularnym hair porn, zalotnym kręceniem nóżką obutą w znające trudy życia najki, marszczeniem się z przejęcia, rumieńcami, gryzieniem palców (czy oni mogliby ustawowo tego zabronić w tym kraju) i zaraźliwym gulgotem.
Po czwarte naprawdę dobrze jej to wyszło, jak na taką partyzantkę. Widzowie dostali trzy godziny bezdechu, czkawki, łez i bólu brzucha.
Jak zwykle bohaterowie jeden za drugim kopali w kalendarz w męczarniach – literaci czterysta lat temu byli trochę jak Ania z Zielonego Wzgórza i uważali, że dramatis personae powinny koniecznie umrzeć – i jak zwykle było to przeraźliwie śmieszne. Bo taki też jest koncept całej zabawy.
Nie podejmuję się streszczenia, ale to z pewnością jest bardzo złe dzieło. Być może najgorsze w historii dramaturgii europejskiej. Ono jest tak DURNE, że tego się nie da wystawić serio. Jest antysemickie, antyislamskie, antyfeministyczne, anty co tam jeszcze zechcecie. Wątki pokręcone i urwane w połowie, zero spójności, masa przemocy, masa seksu, a gdy autorowi brakowało wyobraźni do opisania czegoś dialogiem, sięgał po pantomimę, zostawiając aktorom luźne wskazówki, co mają pokazać. Efektem była najbardziej kuriozalna scena, jaką w życiu widziałam. Całkowicie improwizowana, niema scena konwersji na islam, w której aktorzy dobrowolnie zgłaszali się do robienia za księżyc, kapłana, hurysę, małpę, osła, kielich wina lub tron. Biedny tron trochę się namęczył, osioł, będący drobniutką kobietą o połowę mniejszą od dosiadającego go jeźdźca, jeszcze bardziej. Scena kończyła się obrzezaniem głównego bohatera. Publika płakała ze śmiechu, wykonawcy również.
Były też inne cudeńka.
Wszystkie śmierci były bardzo okrutne, bardzo. Ale znowu – trudno nie parskać, gdy leżące na scenie zwłoki zakładają nogę na nogę. Albo gdy czarny charakter każe swojemu umyślnemu się związać, po czym informuje, że teraz on zwiąże jego.
– Jak? – pyta przytomnie umyślny.
– Nie wiem, przewróć mi stronę, to ci powiem…
Zwłoki głównego bohatera, koszmarnie ugodzonego w tętnicę, opadają na zwłoki uprzednio zabitego (mieczem w jelito grube, że to tak ujmę). Uprzednie zwłoki czule obejmują zwłoki główne. Publiczność bezwładnie zwisa z ławek i rzęzi.
Jeden z bohaterów wygłasza żarliwy, przydługi monolog.
– Mam nadzieję, że zrozumieliście cokolwiek z tego – dodaje na końcu, sam nieco skonfundowany.
Groźny pirat z pluszową papugą przyszytą na okrętkę do rękawa każde swoje wejście rozpoczyna złowrogim „haHAA!”.
Aktor, który za chwilę zginie (straszną śmiercią, nie inaczej), pośpiesznie zdejmuje okulary.
Żona jednego z głównych bohaterów zdradza – za kulisami, ale głośno i dynamicznie – męża z tym, co zaraz będzie okulary zdejmował. Jego spodnie lądują na scenie, mąż je znajduje, pożar, sodoma i gomora. W kolejnej scenie pojawia się mufti w turbanie na głowie… udrapowanym z tychże gaci. Widownia wyje.
Nie każdego to bawi, bo to jednak odjechana prowizorka, nader często ocierająca się o granice dobrego smaku – być może dlatego na ogół widzę te same twarze – ale jeśli wessie, to na dobre. Poza tym czasami jest niespodziewanie magicznie i pięknie. No i nigdzie indziej nie doświadczyłam takiej kooperacji widzów z aktorami, tak niesamowicie życzliwej, kumpelskiej wręcz atmosfery; nawet gdyby miała nastąpić całkowita katastrofa, ludzie i tak wiwatują, jakby Bóg wie co zobaczyli. Szaleństwo i stężenie absurdu nie do opisania.
Dopadłszy reżysera na schodach po wszystkim i odbębniwszy tradycyjne nieszczęsne h…h…he…hello, wyjąkałam jedynie, że nie jestem pewna, czy znam stosowne angielskie słowo na określenie tego, co właśnie widziałam. Reżyser trzepnął rzęsami, zagulgotał i odparł, że on takiego słowa też nie zna.

Ta sztuka jest osnuta na faktach. No, w każdym razie opowiada o kimś, kto naprawdę istniał. John Ward rzeczywiście był piratem, który z miłości przeszedł na islam. Przez pewien czas działał całkiem legalnie pod auspicjami Elżbiety I, obrabiając hiszpańskie statki w czasie, gdy Anglia toczyła wojnę z Hiszpanią, ale potem wojna się skończyła i źródło dochodów również. Ward olał zatem ojczyznę i został piratem pełną gębą, na Morzu Śródziemnym. Kradł okręty, łupił, mordował, a jedną ze swoich łajb zatopił (razem z liczną załogą…), bo zainstalował na niej zbyt ciężkie działa.
A tak, wybuchy też były. Bardzo imponująca bitwa morska była. Na confetti i serpentyny. Wszyscy siedzący na dole wytrzepywali z włosów bitewne odłamki.
Ward był podobno pierwowzorem Jacka Sparrowa.
Nie wiem czemu, ale bardzo mnie rozbawiła informacja o tym, że w rzeczywistości ten wielki pirat owszem, liczne miał przygody, ale w końcu osiadł w Tunezji, by zająć się hodowlą kurcząt.

Taak, wiem. Nuda. Ale bądźcie dla mnie wyrozumiali, proszę. Jestem bardzo nieszczęśliwa, że wróciłam. A poza tym mam katar.
Kolejny urlop spędzam nad ciepłym morzem, sącząc daiquiri i unikając wszelkich wydarzeń choć trochę kulturalnych. Tak mi dopomóż.

Everything you’ve imagined – it is. It’s out there. Everything.

Uprzedzam, to będzie długi wpis. Dłuuugi wpis.
Przyleciałam z powrotem. Wstałam w bezbożnej godzinie, żeby przylecieć z powrotem. Podróżowanie bladym świtem ma jeden tylko plus – możecie ze spokojem poczęstować się prosecco zamiast porannej kawy; il gusto del viaggio, wiecie. Lotniskowe zegary wskazują jakieś tam godziny, oczywiście, ale nikogo nie obchodzi, czy to poranek, czy wieczór.

Gdybyście chcieli wiedzieć, co porabiałam, gdy nie chodziłam do teatru, to na przykład chodziłam na spacery – w środku październikowej nocy, bo czemu by nie, skoro towarzystwo bardzo miłe, a z rugbistą po ciemku człowiek się nie boi. Co prawda z zimna i z wysokich obcasów odpadły mi stopy, ale to nieistotny drobiazg. Trafiłam na pełnię, więc Londyn wyjątkowo malowniczo się prezentował (dodać trzeba, że tylko wieczorami, bo za dnia rąbało z nieba żabami i wiało z każdej strony).

wpid-dsc_0041_3.jpg

wpid-dsc_0003_32.jpg

wpid-dsc_0006_21.jpg

W świetle dnia natomiast poszłam na fenomenalną wystawę o wiedźmach i chciałam ukraść co drugą grafikę. Z latawicami, jak wiadomo, głęboko się utożsamiam. wpid-dsc_0012_14.jpg

A potem znowu kurtyna w górę.
National Theatre to dość paskudne miejsce – wstrętny betonowy bunkier z kilkoma salami teatralnymi mieszczącymi tysiące ludzi. O głębię wrażeń trudno. Wolę teatry bardziej intymne, mniejsze, niekoniecznie naćkane technologią (o tym, jak zrobić show całkowicie bez technologii, ufając wyobraźni i poczuciu humoru widzów, będzie jakoś w weekend), w których nie czuję się jak mróweczka.
Gwoli ścisłości, doceniam misję NT – dzięki nim mogę oglądać sobie sławne spektakle, nie ruszając się z Krakowa (choć oczywiście wolę się ruszyć). Ale to przedstawienie nie będzie raczej transmitowane – z trzech powodów. Po pierwsze Cillian Murphy bardzo krytycznie odnosi się do filmowania teatru – i w sumie ma sporo racji – po drugie to rzecz, która na ekranie nie zadziała, będzie kompletnie bez sensu, po trzecie to bardzo specyficzna sztuka. O czym? Nie podejmę się wyjaśniania. W czyjejś recenzji przeczytałam, że nawet po wypiciu butelki wina nie sposób pojąć, o co chodziło. Niektórzy twierdzą, że to wariacja na temat Czekając na Godota i coś w tym jest. Oto jest dwójka bohaterów żyjących w wyimaginowanym miasteczku, we własnym szczelnie zamkniętym pokoju, z którego nie wyściubiają nosów, zanurzeni w dziwacznych rytuałach (nota bene, scena porannych, kaskaderskich wręcz ablucji i ćwiczeń gimnastycznych przy dźwiękach tej pieśni – rzecz dzieje się w latach osiemdziesiątych – była widowiskiem jedynym w swoim rodzaju). Jeden z nich bardzo chciałby wydostać się, uwolnić, a drugi wprost przeciwnie. Tymczasem ganiają po scenie, gadają pozornie od rzeczy, gdy wtem z potwornym hukiem wali się tylna ściana. Za którą, jak się okazuje, czeka bohater numer trzy. Wejdzie się przywitać, strzepnąć papierosa do herbaty i zapowiedzieć, że owszem, niedługo sobie pójdzie, ale nie sam; kogoś ze sobą zabierze. Pan Bóg? Śmierć? Lokalny mafioso?…

Ale Cillian. Co za gość.
(Fanki klikają i miękną).
Zwierzę, po prostu zwierzę. W tym facecie jest coś niemożliwie psychotycznego. On potrafi zmieniać się w ułamku sekundy, jak przystało na rasowego świra. Żadnych półśrodków chyba na scenie nie uznaje. Ma niesłychanie plastyczne ciało i głos; gra trochę tak, jakby był gotów życiem to przypłacić, rzuca się na dechy, wali głową w ściany. Rozsadzał teatr tego wieczoru.
Dziwne to było, dziwne i niepokojące.
Kolejny dzień spędziłam na suszeniu przemoczonych do cna pepegów na widowniach. Najpierw wzięłam się za tę atrakcję (huhu, czekałam na okazję do podlinkowania tego zdjęcia), już mi znaną i niezmiennie zachwycającą, później wylądowałam drzwi obok, żeby zobaczyć Wielką Brytanię po śmierci królowej, z nowym królem, który nieszczególnie sobie radzi, zwłaszcza że z tylnego siedzenia kieruje ktoś inny… Fantastyczna rzecz, bardzo groteskowa. My nie mamy konstytucji. Mamy tradycję. Duch księżnej Diany straszy Karola, Karol niezbyt chce przejąć władzę, książę Harry odkrywa Leicester Square i kebaby nad ranem, a wolność słowa wymyka się spod – o ironio – kontroli. Ale tradycja, tradycja, mundur i ordery nade wszystko. Aktorzy mówią wierszem, parodiując szekspirowski rytm, w cudownie surowej scenografii przywodzącej na myśl średniowiecze – gołe cegły wznoszą się po sam strop. Jakby czas zatrzymał się dla monarchii. Tylko czy można kurczowo trzymać się przeszłości? I w ogóle po co to robić?
Ta sztuka bezlitośnie kpi ze świętości korony, z niechęci do podążania z duchem czasu, z nieporadności oderwanej od realiów władzy w starciu z najzwyklejszymi ludźmi.
A na widowni zasiadał razem ze mną niejaki Rowan Atkinson. Ahem.

Następnego wieczoru pędziłam znów południowym brzegiem, gapiąc się z zachwytem na filmowy pejzaż. Tak, wieczory były naprawdę piękne. O dniach nie warto wspominać.

wpid-dsc_0026_8.jpg

Pędziłam do Rose.
Tak dziś wygląda ten teatr.
wpid-dsc_0029_5.jpg
To jest miejsce, w którym niejaki William S. występował, a dla którego Marlowe pisał sztuki. Miejsce zapomniane i zrujnowane, dostępne dla wtajemniczonych. Ktoś kiedyś napisał, że gdyby Marlowe dożył przynajmniej czterdziestki, europejska literatura wyglądałaby zupełnie inaczej. Trudno się nie zgodzić. Kit nie przebierał w środkach, skandali się nie bał. Pisałam – gej, ateista, z paroma wyrokami na koncie i piórem jak brzytwa. W końcu się doigrał, ale zanim go zadźgali, zdążył napisać bardzo krwawą sztukę o nocy świętego Bartłomieja, którą teraz w tych mokrych zakamarkach można sobie obejrzeć, w bardzo niezwykłych okolicznościach. Robi to wszystko ekipa szaleńców i fachowców zarazem, więc te przedstawienia, ukryte perełki, są w mgnieniu oka wyprzedawane. Ja, dzięki serii przyjemnych zbiegów okoliczności, trafiłam na próbę generalną, na której aktorów było więcej niż widowni, więc po owacji nastąpiło zbiorowe spożywanie przyniesionych przez kogoś ciasteczek. Doświadczyłam czegoś niezwykłego w miejscu, które zwykle nocami jest zamknięte, śpi w ciemności – a ja mogłam w nie wejść. Rose bywa otwierany w sobotnie przedpołudnia i uroczy wolontariusze bardzo chętnie po nim oprowadzają, ale wieczorami działa rzadko, bo – jak wspominałam – nie ma w nim żadnej infrastruktury. Widzowie nieczęsto odbywających się przedstawień muszą liczyć się z niewygodami – ale też z magiczną atmosferą; w tym zimnym powietrzu i mroku jest coś nieuchwytnego. Po wszystkim jeden z aktorów opowiadał mi o ruinach, a drugi zasuwał z odkurzaczem, bo trzeba było całą krew uprzątnąć.
– Następnym razem chętnie pomogę odkurzyć…
– Weź miotłę.
– Przylecę na niej.
– Świetnie. Będziesz miała większy limit bagażu niż w easyJecie.

Cry God for Harry, England and The Rose

Może bym się odezwała, bo ktoś a nuż ciekaw, czy przeżyłam lot. Owszem. Ryanair z jakichś przyczyn postanowił wynagrodzić mnie kolejką priorytetową (polega to z grubsza na tym, że wyganiają was na zewnątrz, gdy samolot jeszcze jest sprzątany i pozwalają wam postać przez dwadzieścia minut pod mruczącymi słodko silnikami, podczas gdy zwykli kolejkowicze czekają w ciepełku). Acz łatwo nie było, bo tuż za kanałem La Manche wlecieliśmy w paskudne deszczowe chmursko, które nas wybujało bezlitośnie. Jeśli mam być szczera, nie podoba mi się wcale, gdy samolot nad samym pasem startowym nagle przechyla się na bok, bo zawiało.
Buty mi przemokły podczas sprintu z płyty do terminalu. Tak było ślicznie. Ale gdy o zmierzchu maszerowałam do Southwark, księżyc świecił w najlepsze.
Londinium może sobie słynąć z neonów West Endu i gwiazd na wyciągnięcie ręki, ale prawdziwe skarby są dobrze ukryte.

Przedstawienie było bezwzględnie cudowne i warte wszystkich zachwytów, które nad nim wylewano w internecie. A poza tym miejsce jest magiczne – to ruiny nieistniejącego teatru. Od wielu lat trwa walka o to, by go odbudować, a w każdym razie umożliwić granie w nim spektakli dla publiczności w jako takich warunkach, obecnie bardzo przaśnych. Nie ma ogrzewania, miejsce jest malutkie, ludzi więc przychodzi garstka. Ale te ruiny, oświetlone wątłymi płomykami świec, oszałamiają. Widownia i aktorzy tłoczą się na antresoli, a w dole, w gęstej ciemności migoczą te ogniki, ślady sprzed 450 lat.
– Uważajcie – powiedziała pani stage manager, jednocześnie bileterka. – Duchy was tu słuchają.
The Woman in the Moon to zapomniana sztuka; wystawiana po raz pierwszy od 400 lat. Czemu zapomniana, nie mam pojęcia, bo jest genialna. To dziwny, mocno erotyczny miks biblijnych historii, mitów i astrologii; opowieść o pierwszej kobiecie, której kolejne bóstwa – Mars, Wenus, Jupiter, Merkury – przekazują swoje moce,więc jest na zmianę wściekle agresywna, namiętna, chimeryczna, cwana, potulna. Znacie to skądś, drogie panie? W Pandorze, kierowanej boskimi mocami, kochają się beznadziejnie czterej pocieszni pastuszkowie i każdy na swój nieporadny sposób próbuje ją zdobyć. A wyższe moce mają swoje plany.
Cudowna rzecz.

Następnego dnia wstali niektórzy bladym świtem, żeby skompletować piracki outfit (przed wyjazdem zdobyłam tylko koszulkę – w samej koszulce pójść to jednak przesada byłaby…). Jest tylko jedno miejsce, w którym w ciągu minuty znajdziecie kolczyki z Jolly Rogerem za funta.

image

To, co dziś widziałam, opiszę innym razem, bo nie dość, że makijaż mi spłynął ze śmiechu, to jeszcze inteligencja mi się zatrzymała. Serdecznie nienawidzę chwil, w których moja zdolność konwersacji gwałtownie się upośledza i przez długie sekundy stoję niema i spanikowana. Ale jakoś ciągle się w takie sytuacje pcham…

We’ll run where lights won’t chase us

– Masz jakieś plany obiadowe na dziś? Otwarło się nowe miejsce…
SZLAAAAG.
I to byłoby wszystko, jeśli chodzi o moją dietę.
Do soboty żyję o wodzie.
Tak czy inaczej, autobus zdecydowanie wart odwiedzin, zupa rybna wyśmienita – tak wyśmienita, że powinni podawać ją w znacznie większych kubełkach, być może nawet wiaderkach – dorsz mięciuchny i do tego leją kwas chlebowy z beczki.

Studenty wróciły, miasto w związku z tym wściekle zatłoczone, a ja mam tradycyjny październikowy rzut socjopatii.
Obiecałam sobie, że nie będę wypowiadać się w sprawie diskopolowego klubu otwierającego się tam, gdzie niegdyś był Lizard King. Może i to nie było moje ulubione miejsce, ale zdarzały się dobre koncerty. A teraz taka żałość. Coraz rzadziej bywam, jak to się tutaj mówi, w Rynku i wyraźnie niewiele tracę, bo coraz większy tam lunapark.
Tym bardziej nie będę wypowiadać się w sprawie cenionego przeze mnie wielce pisarza, bo nie lubię pudelkozy i wywalania publicznie prywatnego błocka, nawet gdy zostało się do tego sprowokowanym.
Czas pakować się na urlop. Jak zwykle będę ćwiczyć bilokację lub też pędzić z wywieszonym językiem z miejsca w miejsce, bo napchałam sobie atrakcji co niemiara. A i tak najbardziej chciałabym poleżeć w parku, choć nie podejrzewam, by październikowa pogoda temu sprzyjała. Lista wydarzeń, w których zamierzam wziąć udział, świadczy o chyba o mojej słabo tajonej schizofrenii, ale co mi tam. Najpierw pójdę na stację metra – ale nie po to, żeby dokądś pojechać, bynajmniej. Później do księgarni, na moje nieszczęście specjalizującej się w literaturze podróżniczej. Zaplanowałam sobie też dość dziwne muzeum, wystawę o czarownicach, ociupinę sztuki współczesnej, dwie wizyty u Wiktorii i Alberta, wiadome przebieranki, bardzo niezwykły teatr (jeden z raptem pięciu podczas tej wycieczki), barowy wieczór z takim jednym dżentelmenem – różnie może się potoczyć – i coś jeszcze, ale chwilowo zapomniałam. Spodziewajcie się wielu przydługich wpisów, w których będę ekscytować się do nieprzytomności raczej nudnymi sprawami. Oraz najpewniej jednego złożonego z naprzemiennych kwiknięć i powzdychiwań. Tak tak, jeżeli z niepokojem – lub z ulgą – zauważyliście, że dawno tu czegoś nie było, pragnę uspokoić – lub ostrzec – że niebawem będzie, to znaczy nasza bohaterka okropnie się nacierpi. Dla stałych czytelników ta podpowiedź powinna być oczywista (można już trenować zamaszysty facepalm), dla niestałych wyjaśniający wszystko obrazek. Moim zdaniem słodsze to jest niż mała panda na koniku bujanym – dla porównania rzeczona panda.

No to cześć. Idę sprawdzić, jak bardzo rozciągliwy jest mój bagaż podręczny.

It’s the difference between using a feather and using a chicken

Moja ukochana Dorothy Parker taki żarcik kiedyś wymyśliła (uwaga, brzydki):
Q: What’s the difference between an enzyme and a hormone?
A: You can’t hear an enzyme.

Czemu nim zaczynam w ten irytująco słoneczny poniedziałek?

Otóż ogromnie męczą mnie ludzie, którym wszystko się kojarzy.
Też mam czasem takie dni, nigdy zresztą nie narzekałam na niedobory kosmatych myśli – ale jakoś wolę zachowywać je dla siebie, a nie rzucać od niechcenia w rozmowach na dowolny temat, od narzekań na komunikację miejską po azjatyckie indeksy giełdowe. Nieustające gadanie o seksie (i to rzadko w postaci subtelnych double entendres) wcale nie jest takie fajne i cool, jak może się niektórym wydawać. Czuję się, jakby miała do czynienia z napalonym małolatem.
A propos małoletniości – zdarzyła mi się wczoraj rzecz niebywała, mianowicie zostałam wylegitymowana podczas nabywania wina. Zakładam, że człowiek za ladą chciał po prostu być dla mnie miły, albo też to taka akcja marketingowa mająca na celu zachęcanie klientek do regularnych odwiedzin. I tak nie mam po drodze.

Być może jesteście ciekawi, choć wątpię, jaki postęp poczyniłam w sprawie mojego przebrania na niedzielę.
Zerowy.
Nie mam zresztą – wielkie nieba, co się ze mną stało?! – ochoty na chodzenie po sklepach. Widziałam jeden fajny kostium w Toys’R’Us przy okazji kupowania prezentu dla sąsiadkowego dziedzica. Elegancki i bardzo piracki, ale po pierwsze z całą pewnością nie dopięłabym się w biuście, a po drugie musiałabym mieć metr dziesięć wzrostu.

The pines were roaring

Piąta trzydzieści rano. Sobota. Powtarzam, sobota, piąta trzydzieści. Wrzątek bulgocze w kawiarce, radio szemrze i nie ułatwia sprawy, coś niepokojąco kapie za oknami. Trudno powiedzieć, co – bo nic nie widać, na dole i u góry jednakowo gęsta szarość.
Zapinam kurtkę, naciągam kaptur, nabieram powietrza w płuca i wychodzę z domu. Po drodze na dworzec przynajmniej czterokrotnie myślę, żeby zawrócić. Moja ciepła kołderka, moja wanienka z pachnącą pianą, moje nieprzeczytane książki, po co ja się pcham w jakieś góry w taką pluchę i zimno?

Wysiadka na zakopiance, bo do początku szlaku trzeba dojść kawałek poboczem. Szliście kiedyś poboczem zakopianki? W deszczu? Na widok wyłaniającego się zza zakrętu tira należy odskoczyć jak najdalej w krzaki, a i tak oberwiecie fontanną jak z armatki wodnej. Pierwszą litanię kuchennej łaciny (kurwajapierdolęwracamdodomu) odmówiłam po dwudziestu sekundach. Szczęśliwie bardzo to był krótki odcinek, a gdy człowiek skręcił w las, od razu zrobiło mu się lepiej. I nawet jakby mniej padało.
Szlak bardzo przyjemny i łagodny, ale że warunki atmosferyczne od kilku dni były, jakie były, pokonywanie kałuż wymagało niekiedy uwieszania się gałęzi i innych ćwiczeń gimnastycznych. Błota co niemiara.
DSC_0015_9

DSC_0016_9
Tu przerwa na odśpiewanie pieśni miłosnej do moich butów, bo są najwspanialsze na świecie. To germański wynalazek, którego nic się nie ima. Urodę mają może trochę w stylu quadratisch, praktisch, gut, ale to bez znaczenia. One się nie ślizgają. Nie przemakają. A do tego są cieplutkie i lekkie, bardzo dobrze trzymają stopę, ale nie unieruchamiają jej jak w betonie, co niektóre górskie buciszcza robią. Gdyby przyszło mi uciekać z płonącego domu, złapałabym tylko te buty. Poważnie – dla mnie one nawet nie są warte każdej zapłaconej złotówki, one są bezcenne. Szkoda, że nie pasują do biurowych sukienek, bo nosiłabym je codziennie.
Jeśli ktoś zadaje sobie pytanie, po kiego właściwie pchać się w Beskidy w taką pogodę, jeśli ani słoneczka, ani widoczków na niezbyt odległe tatrzańskie szczyty – cóż. Szczerze pisząc, nie wiem. Bo tak?… Góry w deszczu wcale nie są mniej piękne. Wprost przeciwnie. Są puste, są bardzo ciche, trochę baśniowe. Trudno pozbyć się wrażenia, że lada chwila zza mokrych pajęczyn wychynie strzyga czy inna tam driada. W gęstej mgle potężne pnie buków przypominają zapałki i nie widać, co jest za zakrętem.
DSC_0012_12

DSC_0018_9

DSC_0019_9

DSC_0027_4
A poza tym wyłaniające się nagle z oparów zarysy budynku schroniska, oznaczające same nieopisane rozkosze (czyt. wysuszenie kurtki, usadzenie tyłka na ławce i grzane piwo), to jeden z najprzyjemniejszych widoków, jakie można sobie wyobrazić. Radość ogromna – mimo, że schroniskowa toaleta wygląda tak.
DSC_0024_6

W jadalni obok nas biesiadowała grupa wycieczkowiczów. Bardzo byliby sympatyczni, gdyby nie fakt, że z nielicznymi wyjątkami byli nawaleni w sztok. Chcieli się zaprzyjaźnić. Mam niską tolerancję na podstarzałych adoratorów, którzy ukradkiem dolewają wódki do kufla z piwem, sądząc, że siedząca nieopodal żona nie zauważy, toteż pośpiesznie przełączyłam się w tryb jeszcze kulturalnego socjopaty i zasłoniłam się mapą. Towarzystwo na szczęście poszło dalej innym szlakiem niż my.
– Numer do GOPR mają? – zastanowił się chłopak za bufetem, odprowadzając ich wzrokiem. Drugi machnął ręką.
– Po prostym jakoś pójdą. Najwyżej zjadą po tym błocie na sam dół.

Gdy schodziliśmy, upiorny ziąb zmusił do włożenia na siebie wszystkich warstw garderoby (w tym samym czasie w odległym o 60 kilometrów Krakowie świeciło piękne słońce i ludzie spacerowali nad Wisłą), ale wtem cudownie przestało padać i mgła się rozwiała. Nagle okazało się, że rzeczywiście jesteśmy w górach.
DSC_0035_2
W drodze powrotnej oczywiście każdy ciął komara aż miło (nawet ja, choć boję się podróżowania przeładowanymi busikami). Bardzo miałam bogate plany na wieczór, ale gdy dotarłam do domu, okazało się, że właściwie wszystko, na co jeszcze mogę wykrzesać z siebie siły, to natychmiastowe położenie się spać. Co prawda wielce się cieszyłam na rozgrzewającą herbatkę z rumem, ale gdy ją sobie przyrządziłam, wypiłam dwa łyki i padłam bez życia w pościel. Obudziłam się sześć godzin później, tak nabuzowana, że zdążyłam już zrobić pranie – nie jestem pewna, czy moje wysłużone gacie są jeszcze do uratowania po tylu błotnych kąpielach, ale daję im szansę – umyć okna (tak, wiem, przy niedzieli), zapełnić lodówkę i spłodzić wpis. Będzie gorzej. Zbyt dobrze wiem, jak spędzę kolejny weekend, więc jestem głęboko przekonana, że co noc będę spała krócej. Panna Hyde już się uśmiecha.

I’ve developed into quite a swan

Dzień drugi diety został zakończony jeszcze bardziej sromotną klęską niż dzień pierwszy.
Moi ulubieni sąsiedzi zaprosili mnie na podziwianie dziedzica. Ja już ich trochę znam i wiem niestety, że nie wypuszczą gościa, dopóki ten nie będzie nażarty do granic wytrzymałości i znietrzeźwiony winem. Od wina udało mi się wykręcić – od sutej kolacji nie. Dotoczyłam się do domu i niemal od razu zasnęłam, obiecawszy sobie tylko przedtem, że od jutra to już na dwieście procent listek sałaty i dziesięć kilometrów truchtem dziennie.
Ja ci dam truchtem. Jakim kurde truchtem? Biegiem. Na kopiec Kościuszki. Ciągnąc za sobą worek piasku.

Dziedzic uroczy, ma szałową tonsurę, nieśmiały bezzębny uśmiech, pulchniutkie rączki i zabawne, nieproporcjonalnie wielkie stopy. Jeszcze bardziej urocza moja sąsiadka, której macierzyństwo służy bez dwóch zdań – jest śliczna i promienieje. Cudownie się na nią patrzy. W ogóle piękna historia jej się zdarzyła, dość filmowa. Dziewczyna myślała, że już żaden książę nie nadjedzie, więc ułożyła sobie życie sama. Nie narzekała na brak zajęć ani brak znajomych, jeździła w obce kraje, bywała tu i tam, ale żadnego nowego związku nie miała w planach. I nagle zjawił się taki jeden. Nawet go zbytnio nie lubiła na początku. Później okazało się, że mają jednakowe zamiłowania, śmieją się z tych samych dowcipów, a gdy jedno zaczyna zdanie, drugie je kończy. Ledwo się obejrzeli, a iskry fruwały – aż wreszcie zjawił się na świecie ten pyzaty koleżka z łysiną.
Budujące.
Kiedy tylko weszłam, moja promienna sąsiadka do mnie w te słowa:
– Ale ty rewelacyjnie wyglądasz! Na wakacjach byłaś czy co?
Potrząsnęłam głową, nieco zaskoczona, bo w moim osobistym odczuciu ostatnimi czasy wcale nie mam zwyżki formy, jeśli idzie o urodę.
– Zakochałaś się?
Śliski temat.
– Niesamowite! Jeśli tak wygląda kobieta po… Sorry, rozpędziłam się, pewnie nie chcesz o tym mówić.
Ależ nie, żaden problem, tylko właściwie nie jestem pewna, co miałabym o tym wszystkim powiedzieć, bo moja sytuacja na wiadomej płaszczyźnie jest – delikatnie mówiąc – niejasna. I nie pracuję nad tym, żeby stała się choć odrobinę jaśniejsza, bo mi to nie w głowie teraz. Przez najbliższe dni, zapewne nawet tygodnie wszelkie wątki okołomęskie będą na szarym końcu listy. Mam ważniejsze sprawy.

A w ogóle to poznałam wczoraj zwolennika kreacjonizmu, który wierzy, że ludzie żyli na Ziemi razem z dinozaurami. Nie czułam się na siłach, by podjąć polemikę – po prostu siedziałam z szeroko otwartymi oczami i brwiami unoszącymi się coraz wyżej i wyżej. To lepsze niż teoria Anny Łoś.

Round and round and round it goes

Jakaś miła pani HaErka z firmy usadowionej w Yorkshire podłączyła się do mnie w serwisie kojarzącym ludzi pracy.
W związku z powyższym dziś po południu zamierzam leżeć krzyżem i zanosić żarliwe modły.

Poza tym stara bieda.
Po pierwsze wiadomości nadal umiarkowanie dobre. Nikt jeszcze nie napisał poradnika o tym, co robić w sytuacjach, gdy ktoś stanowczo odmawia leczenia, choć nieleczenie oznacza krzyż na drogę. Z jednej strony to oczywista oczywistość, że każdy ma prawo do decydowania o tym, w jaki sposób chce z tego pociągu wysiąść (choć oczywiście opatrzność może mieć inne zdanie na ten temat i wykopać delikwenta w innym stylu niżby ów sobie życzył). Z drugiej… no, właśnie nie wiem, co z drugiej. Mogę sobie do woli gdybać, że ja w takich okolicznościach podjęłabym inną decyzję – ale to czysta fantazja. Tak czy inaczej, ani trochę nie podoba mi się fakt, że pierwszy słoneczny dzień od dawna spędzam na rozważaniach, czy faktycznie zawsze warto walczyć.
Po drugie chłopaczek z oczami co dnia mnie ostrzeliwuje. Nie mam pojęcia, jak na to reagować, więc na razie w typowy dla siebie sposób udaję ścianę.
Po trzecie jestem na diecie. Urlop się zbliża, wyglądać trzeba. W ramach obchodów mojego przejścia na dietę zostałam perfidnie wmanewrowana w spożycie kolosalnego burgera. I jeszcze akurat tego dnia dodawali frytki za darmo. Tak się nie godzi. Jeżeli w ogóle wbiję się w ten gorset, który mi się marzy, to chyba przypłacę to życiem.
Po czwarte wreszcie postanowiłam, że nie będę wypowiadać się w temacie tego wolnomyśliciela, co to nawoływał do rzucania kamieniami przez tych, którzy nigdy nie wykorzystali nietrzeźwej, a później w samoobronie bredził coś o kaszalotach, ale nie do końca to zrozumiałam, bo mój mały rozumek aż takich wyżyn abstrakcji nie sięga. Mam zbyt delikatne opuszki palców, żeby je niszczyć na pisanie o tego rodzaju refleksjach. Ja się tylko nad jednym zastanawiam przy okazji każdego kolejnego takiego przypadku – jakim cudem na świecie istnieją kobiety, które uważają podobne poglądy za słuszne. Mogę to zrozumieć u małolat; gdy się ma piętnaście lat, to się śmieje z knajackich dowcipasów kolegów, żeby wyjść na fajną i wyluzowaną. Ale gdy ma się dwa razy tyle?…

I niech mi ktoś wyjaśni, proszę, jak to możliwe jest, że ten brodaty dziad leśny przemawiający w ONZ to Leonardo di Caprio.

And up she rises early in the morning

Weekend jakoś przetrwałam, choć łatwo nie było. W gruncie rzeczy potrzebowałabym kolejnego – tylko dla siebie, bez nerwowego wyczekiwania, bez ściśniętego żołądka i nasłuchiwania głosów nocą.
Ponieważ mam bardzo dużo bardzo ważnych rzeczy do zrobienia, a stres odbiera mi zdolność myślenia na chłodno, zabrałam się za przegląd internetów w poszukiwaniu odpowiedniej konfekcji (vide wpis poniżej), bo czas płynie.
No chyba nie.
Też nie.
Tym bardziej nie.
Matkobosko.
Znalazłam jeden kostium, który wydaje mi się nawet ładny, ale i tak mam wrażenie, że wyglądałabym w nim jak skrzyżowanie Heidi z dominą. Niestety przy okazji znalazłam buty, w których jestem teraz strasznie zakochana i gdy tylko któregoś dnia wygram w szczęśliwy numerek (nie gram), to je sobie sprawię.
Urodziła mi się przez ostatnie godziny koncepcja mojego wdzianka i będę nad nią pracować przez deszczowe wieczory. Olśniło mnie, że w Krakowie mamy miejsce zwane Tandetą – królestwo rozkosznego kiczu, ostatnią deskę ratunku dla poszukujących sznurowanych kozaczków i poliestrowych gorsecików. Przekopywanie tamtejszych złóż będzie moim głównym zajęciem przez najbliższe popołudnia. Jeśli ktoś wszak słyszał o jakimś fajnym lumpeksie…
Przydałoby się też znaleźć mój eyeliner. Nie mam pojęcia, gdzie to badziewie wetknęłam. Dokądś z nim ostatnio wyjeżdżałam, więc zapewne przebywa w jednej z torebek.
Proszę, nie dziwcie się, że poświęcam wątpliwie ważnemu tematowi tyle miejsca – na moim miejscu też byście woleli.

Czytam tego Chatwina i powzdychuję w zachwycie co chwila. On podobno nie był najsłodszym misiem pod słońcem, ale z jego listów przebłyskuje taka inteligencja i humor, że można mu to wybaczyć. Macie parę pysznych cytatów (a jeszcze nawet do połowy nie dotarłam).
To główna prawda mojej wiary: nie jeść nigdy martwych warzyw.
Helena Rubinstein zamęczyła wielu ludzi za swojego długiego życia i zachowała tę zdolność nawet w grobie (Chatwin pracował dla domu aukcyjnego i w swoim czasie katalogował jej kolekcję).
Wysyłając znajomemu pocztówkę z obliczem człowieka z Cro Magnon, napisał tak: Na odwrocie jeden z wielu krewnych Elizabeth (żony), którego strata była dla nas straszliwym ciosem. Wzdragamy się myśleć, że i ty pójdziesz w jego ślady.
O swoim koledze z pracy. Maurizio jest zaręczony z ptaszyną z Wessex, jak ją nazywa. Co nie oznacza, że Maurizio nie ma ptaszyn w każdym innym europejskim mieście, którego nazwa padnie przypadkiem w rozmowie. Aktualnym obiektem jego westchnień jest Eva […]. Eva jest tryskającą entuzjazmem blondyną o rozłożystych biodrach, w odblaskowych niebieskich okularkach i z końskimi zębami. Mieszka z wykwitną, lecz wyrachowaną matką, której Maurizio chyba nie uwzględnia w transakcji. Matka i córka działają jako tandem, są zdeterminowane, aby upolować Herr Doktora Maurizia. […] Pomimo niejasnego przeczucia, że Eva jest przez niego w ciąży, Maurizio z niewzruszonym spokojem planuje ostateczny wyjazd w przyszłym tygodniu. „To bardzo proste – mówi. – Wybuchnę płaczem, a kiedy ja płaczę, kto się może na mnie gniewać?”.
Dalej. Wciąż piszę te cholerną książkę. Ukończyłem ją już raz ku własnemu zadowoleniu, którego niestety nie podzielał wydawca, a teraz mam głębokie przekonanie, że jest to stek pozbawionych humoru, egotystycznych, sentencjonalnych bzdur. Więc odłożyłem to na bok, by napisać opowiadanko o francuskiej kurwie w dawnym stylu, która wycofuje się na pustynię, żeby poprowadzić hotel, i jeszcze jedno, o młodym handlarzu tanią bielizną z Hongkongu, który łapie syfilis w Wolnym Mieście, przez co nie może wrócić do domu i nowonarodzonego syna. Muszę podłapać więcej chińskiego żargonu, zanim z tego drugiego coś wyjdzie.
I wreszcie… Niektórzy podróżują w interesach. Ja jednak nie mam ekonomicznych powodów do wyjazdów, natomiast mam wszelkie powody, by tkwić w miejscu. Moja motywacja jest zatem, z materialnego punktu widzenia, irracjonalna. Czym jest ten neurotyczny niepokój? […] Włóczęga może w jakimś stopniu zaspokoić moją wrodzoną ciekawość świata, ale po jakimś czasie tęsknota ciągnie mnie z powrotem do domu. Mam wewnętrzny przymus wędrowania i przymus powracania – instynkt naprowadzający ku domowi, jak u wędrownych ptaków
Poszłabym z nim na whisky, jeśli tam u góry podają.

Ahoy, me hearties

Och, jejku.
Najważniejsze – zdaniem organizatorów – wydarzenie kulturalne tego roku, czyli przybycie do stolicy dwóch supergwiazd, zostało odwołane. Z przyczyn niezależnych.
Niech pomyślę. Chętni do wybulenia dwóch kafli za obejrzenie wywiadu na żywo nie pchali się drzwiami i oknami?…
Nawiasem mówiąc, nazywanie czegoś takiego najważniejszym wydarzeniem kulturalnym jest zabawne.
Tymczasem na czytanie sztuki, w którym wezmę udział za kilkanaście dni (i nadal nie wiem, co na siebie włożyć) nie ma już ani jednego biletu. Wyprzedane. Szok i niedowierzanie. Bilecików na te imprezy nigdy nie było dużo, bo to raczej kameralne posiadówki, ale na ogół widownia nie była zapełniona w całości – raz nie była zapełniona nawet w połowie… Wiadomo, w niedzielne popołudnie to się raczej na piwo idzie. A tu proszę.
Szczerze pisząc, wizja uczestnictwa w tym… czymś trzyma mnie przy życiu – no, może nie aż tak dramatycznie. Sprawia, że daję radę wygramolić się spod kołdry i pokazać ludziom. Trzeba mieć przed sobą choć jedną przyjemną perspektywę.

Jakby nie mogło wystarczyć mi gwałtowne dokształcanie się w temacie neurochirurgii, musiałam wczora z wieczora dokształcić się hydraulicznie. Chciałam spędzić uroczy wieczór skulona w fotelu, siorbiąc herbatkę, jednym okiem oglądając serial, a drugim podczytując nabyte za 10 peelenów listy Chatwina („kocham was w drobny mak” – urocze), ale oczywiście, że nie – bo niedługo po powrocie z trwogą odkryłam awarię w łazience. I tak oto spędziłam uroczy wieczór, owszem, klęcząc na kafelkach z kombinerkami w łapce. Naprawiłam. SAMA. SUKCES. No, w każdym razie zorganizowałam workaround, który będzie musiał na chwilę wystarczyć.
W mordę.
Naprawdę bardzo potrzebuję spokojnego weekendu i kogoś, kto choć na chwilę osłoni mnie przed tą cholerną zawieruchą. Cały smutek w tym, że ten najbliższy weekend spokojny z pewnością nie będzie.

Update
Wspominałam, że nie wiem, co na siebie włożyć? Problem rozwiązany.
qwer

Come not between the dragon and his wrath

To nie jest mój dzień. Nie jestem miłośniczką rozmów telefonicznych zaczynających się frazą „tylko się nie denerwuj”. A to był dopiero początek.

Wielokrotnie pisałam, że jestem osobą niespotykanie spokojną i trzeba się postarać, żeby mnie wytrącić z równowagi. Na ogół raczej łagodna ze mnie istota, która nie lubi się strzępić i psuć sobie oraz innym humoru. Ale gdy nadepnie się tej istocie na odcisk, z motylka wyłazi tyranozaur gotów torturować przed likwidacją.
Rozważam właśnie, czy lepszy będzie wywar z konwalii, czy z oleandra i ile kilogramów wapna trzeba będzie kupić po wszystkim.
Trochę nie lubię, gdy ktoś podpisuje się pod moją pracą.
Trochę dostałam wścieku. Wydobył się ze mnie lodowaty syk. Ziemia zadrżała, niebo pociemniało.
Trochę mam ochotę trzasnąć obrotowymi drzwiami.

Globe właśnie wrzucił na twarzoksiążkę info, że poszukują przewodników do oprowadzania wycieczek po teatrze i wystawach.
Biorąc pod uwagę moją ślepą furię, bardzo się sobie dziwię, że jeszcze nie pognałam na lotnisko, żeby na kolanach i zawodzącym głosem błagać o przyjęcie mnie.

Uspokajam się za pomocą tego cudeńka (zabawne – usłyszeć w radio piosenkę o płakaniu właśnie wtedy, gdy wyciera się oczy), ale nadal na czole mam dziś wypisane wielkie, jaskrawe NIECH MNIE KTOŚ PRZYTULI. Niestety najmniejszych szans na to dziś brak, chyba że zacznę napastować przypadkowych przechodniów.

Go drunk, you’re home

Jest lepiej, bez dwóch zdań lepiej. Tylko muzyka nadal niezbyt dynamiczna.
Wczoraj było o dźwiękach aż zbyt przyjemnych, to dziś będzie odwrotnie. Mój biurowy kolega (nie, nie strzelający ócz błękitami chłopaczek) ma te takie relaksujące chińskie kulki i relaksuje się z ich pomocą przez długie godziny. Otoczenia kulki te nie relaksują bynajmniej, ponieważ brzęczą jak jasny pieron. Jeszcze trochę i sama będę musiała sięgnąć po podobne rozwiązanie – może strzelanie z folii bąbelkowej albo ciamkanie gumy do żucia.
Ale nie o tym chciałam.

Co jakiś czas zdarza mi się gdzies przeczytać bohaterski tekst o kobiecie, która coś zrobiła sama.
Zapisała się na siłownię albo pojechała na wakacje. Nie z namiotem na pustynię Gobi, tylko – powiedzmy – na Ibizę, ogólnie w cywilizowane miejsce (Ibiza to może zły przykład wobec tego; postawmy na Sztokholm). To jeszcze jestem w stanie zrozumieć; jeśli ktoś dotychczas nie podróżował sam, może mieć drobnego stresa. No bo jednak trzeba sobie zorganizować czas, trzeba się samemu pilnować, uważać, żeby nie wsiąść do złego pociągu, nie zaplątać się w jakieś ciemne kąty, nie przepłacić za taksówkę, nie utonąć w morzu (mnie się prawie udało, ale nie chcemy o tym mówić), nie zostać rażonym piorunem w górach (to też mi się prawie udało). Ja mam odwrotny problem, mianowicie stres pojawia się wtedy, gdy wyjeżdżam z kimś. Tak już mam, że najbardziej lubię własne towarzystwo – to żaden powód do dumy, ale trudno mi z tym walczyć i socjalizować się na siłę. Zresztą samotne podróżowanie chyba jednak pozwala przeżyć więcej – no i daje poczucie absolutnej wolności. Mimo wszystko rozumiem zarówno obawy, jak i ekscytację.
Dziś tymczasem przeczytałam wywiad z pewną panią, dość znaną między Bugiem a Odrą. Pani nie posiadała się z dumy, że poszła sama do kina.

To ci dopiero.

A poza tym wiecie, gdzie szuka się prezentów dla trzydziestoletnich mężczyzn?
W dziale „dla dzieci”.
Serio.
I nie, to nie jest podarek z cyklu humorystycznych. Myślę, że się spodoba.

Woke up lost

Są takie chwile w życiu niżej podpisanej, gdy czuje się, jakby ktoś jej powiedział, że nie ma świętego Mikołaja.
Mam przykrą skłonność do bujania w obłokach, snucia mętnych planów, tworzenia sobie wyimaginowanych światów pod powiekami, tonięcia w alternatywnej wersji rzeczywistości, obmyślonej tak starannie, że niemal namacalnej.
Wszystko pięknie do czasu, gdy obłoki bezceremonialnie strącają mnie na glebę. Coś ty sobie myślała, dziewuszka? Że twoje życie jest baśnią? Że jesteś wyjątkowym zjawiskiem? Spójrz w lustro czasem, przyjrzyj się uważnie temu, co widzisz. Zwykłą, trzydziestoparoletnią kobietę z niedużym mieszkaniem na przedmieściu, włosy przeciętnie długie, oczy przeciętnie niebieskie, biurwę bez perspektyw na nagrodę Nike w najbliższym czasie, ze średnio udanym życiem miłosnym i ciągłym debetem na koncie. Takich jak ty są miliony. Po co w ogóle rozdmuchiwać sobie ego myślą, że to, co ci się przytrafia, jest niezwykłe? Po co zakładać, że ludzie, w których życiu się pojawiasz, w ogóle cię zapamiętają? Że któregoś dnia – no właśnie, KTÓREGO dokładnie dnia? – rzeczywiście dotkniesz czegoś niesamowitego?
Jeśli wolisz, śnij dalej.
Ale to zawsze będą sny. A ty jesteś tutaj, w swojej zagraconej kuchni, ze swoimi nieotwartymi rachunkami i zachrzanem w pracy, i powinnaś lepiej o tym pamiętać. Nie przywiązywać się do omamów.

W związku z powyższym na playliście same smęty, wyjątkowo zresztą adekwatne.

Żeby was nie zostawiać z taką deprechą, śpieszę poinformować, że mam nową miłość. Zostało mi toto perfidnie podesłane na twarzoksiążce (znajomi za dużo o mnie wiedzą; muszę chyba bardziej się tajniaczyć z moimi fetyszami, choć o największych obsesjach i tak z uporem milczę, żeby wstydu nie było) i spędziłam bardzo uroczy wieczór wczoraj. Gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości – mam na myśli tego młodszego, ryżego. Wielkie nieba, co za głos. Co za olśniewający głos. Ryży nie tylko gra, on też książki pisze. Mam nadzieję, że wydaje je w wersji audio i sam czyta. Mam ochotę zmontować sobie wielogodzinną pętlę i słuchać przed zaśnięciem, co dziś akurat nie byłoby wcale złym pomysłem, biorąc pod uwagę, że zasnąć z pewnością będzie trudno. Nie lubię zostawać sama z moimi smutkami.

We should all, always, look like that, each with his eyes full of horror at his own, inescapable solitude

Jeszcze tylko trzy tygodnie, trzy krótkie tygodnie i wszystko znów przez chwilę będzie dobrze, na swoim miejscu, jak należy, moje nieodłączne ostatnimi czasy poczucie rozdarcia nieco przygaśnie i może nawet przez jakiś czas będę się czuła najzupełniej szczęśliwa, pewna, że jestem tam, gdzie powinnam być i z ludźmi, z którymi powinnam być.
Trzy krótkie, zbyt długie tygodnie. Tymczasem ciągle jestem tutaj i od czasu do czasu w środku nocy budzi mnie przykra samotność. Ona nigdy nie zjawia się w słoneczne przedpołudnie – nie, zawsze wtedy, gdy człowiek budzi się z dziwnego snu zmęczony i zlany potem, w tych ciemnych godzinach, gdy za oknami panuje przeraźliwa cisza, a wskazówki zegara przesuwają się nieznośnie powoli, może nawet zatrzymują się zupełnie, gdy nie patrzy się na nie. Wtedy właśnie ta sucz najbardziej lubi wpadać z wizytą, przynosząc wszystkie wypierane tęsknoty i strachy.
Za dnia bardzo dobrze idzie mi niemyślenie o tym, czego bym chciała i o tym, kogo bym chciała, ale nocami kompletnie sobie z tym nie radzę.
Wystarczy.

Żeby was przy poniedziałku nie dołować jeszcze bardziej – wpadło mi dziś w oko ogłoszenie o castingu. Poszukiwana kobieta w średnim wieku.
Uwaga.
32-36 lat.
Tom się uśmiała… Co prawda znam osoby, które uważają, że po TYCH urodzinach powinno się rytualnie spalić lub przynajmniej zakopać tenisówki, koszulki z bohaterami kreskówek, krótkie spodenki i zbyt kolorowe ubrania, ustatkować się, zamienić piątki w knajpie na soboty w hipermarkecie, a polowania na bilety zastąpić oszczędzaniem na działkę pod miastem, ale osobiście jestem raczej odporna na tego rodzaju sugestie. Człowiek w swoich latach trzydziestych moim skromniuchnym zdaniem wcale nie jest w wieku średnim i jeszcze długo nie będzie – wyjąwszy oczywiście te przypadki, które już rodzą się stare i przez całe życie reprezentują ten sam zgrzybiały światopogląd.

Nie wiem, czy chciałabym poznać organizatorów tego castingu.
Trzydziestoletnia kobita w średnim wieku, niech mnie kule biją.
Swoją drogą ciekawa jestem, jak wygląda klasyfikacja wiekowa mężczyzn.

Don’t go for second best, baby

Jak onegdaj wspominałam, przeniesiono mi biureczko.
Bardzo nie lubię zmieniać miejsc, nie lubię też przemeblowań ani niczego podobnego. W związku z tym kręciłam nosem od lewa do prawa.
Ale już się nie gniewam.
Jakiś rok temu zostałam wytypowana na ochotnika, by wyszkolić się w obszarze, który nigdy nie wydawał mi się szczególnie przyjazny. Szkolenie było fascynujące, ale nie tyle dzięki przekazywanym treściom, co uroczemu zestawowi uczestników, a szczególnie jednemu uczestnikowi, który nie dość, że był wyględny (i miał neonowo błękitne oczy), to jeszcze nieustannie się śmiał. A ja bardzo lubię ludzi, którzy dużo się śmieją. Jeszcze bardziej lubię ludzi, którzy sprawiają, że płaczę i boli mnie brzuch. Poza tym jestem starym lubieżnym satyrem w wersji damskiej, więc oględnie rzecz ujmując, nie nudziłam się na tym szkoleniu.
No i teraz się okazało, że chłopaczek rezyduje właśnie tam, gdzie mi biureczko przeniesiono.
I on mnie chyba pamięta.
Bo mi się przygląda i śle te cholerne uśmiechy.
Wolałabym, żeby tego nie robił. Jak człowiek ma się skoncentrować w takich warunkach? Nie zniesę.

Tom sobie ponarzekała, a teraz do rzeczy.
– Ależ szybko ci się marzenia spełniają – usłyszałam dziś przy porannej rozpuszczalnej. – Gdybym ja tak miał, to już leżałbym na Hawajach. Jakieś czary odprawiasz czy co?
Szybko? No, nie wiem. Owszem, jeśli zafiksuję się ostro i muszę coś zdobyć lub przeżyć natychmiast, muszę, bo inaczej pęknę – wtedy owszem, prę do przodu z uporem maniaka i jestem gotowa ponieść dowolny koszt. Trochę to makiaweliczne, ale tak jest. Najzupełniej szczerze pisząc, nie chciałabym sama sobie stanąć sobie na drodze w takiej sytuacji, bo wiem, że moje skrupuły kurczą się wtedy do rozmiarów niedostrzegalnych gołym okiem.
Tak czy inaczej, większość moich marzeń nie spełnia się szybko (jeśli spełniają się w ogóle). Problem w tym, że moje plany na przyszłość nigdy nie są, że tak powiem, S.M.A.R.T., gdyby przyłożyć do nich korporacyjne miary. Chcę wielkich rzeczy i chcę ich już. Zamiast zastanowić się, czy moje pobożne życzenia mają w ogóle ręce i nogi, zamiast przysuwać się do nich dziecięcymi kroczkami, rzucam się na główkę, bez pomyślunku zupełnie. I czasami pożądam czegoś, co jest absolutnie szalone lub umiarkowanie prawdopodobne. Nie potrafię metodycznie planować, nie oceniam trzeźwo moich szans na to czy owo; idę na żywioł i liczę, że może jakimś cudem mi się poszczęści. Anglojęzyczni mają bardzo ładny idiom opisujący podobne nastawienie – „on a wing and a prayer”. Jakoś dolecimy. Niestety nastawienie to rzadko sprawdza się w praktyce, toteż często kończę z potłuczonym tyłkiem, płaczem na końcu nosa i smętną refleksją, że ech, przynajmniej próbowałam.
Ale – różne moje cudaczne wypadki nauczyły mnie, że im bardziej niemożliwe coś się wydaje, tym większa szansa, że któregoś dnia wpadnie mi w ręce. Jakiś czas temu przestałam pozwalać sobie na myśli z gatunku „to nigdy się nie wydarzy, zapomnij o tym, otrząśnij się, rzuć te mrzonki”. Wolę trzymać się nieznośnie romantycznej, naiwnej koncepcji „dum spiro, spero” i czekać na kolejne zrządzenia losu.

Z innych nowinek – otrzymałam przerażający mail pod tytułem Zawiadomienie o zmianie rozkładu lotów. Jak zwykle mam grafik urlopowy naćkany co do minuty nieomal, więc blady strach na mnie padł. Okazało się, że zmiana zmusza mnie do pozostania u celu kilkanaście godzin dłużej.
Och jej.
Zdążyłam sobie już zagospodarować ten czas. A że dosłownie drzwi obok znajduje się drugi teatr i bilety jeszcze były – cóż
Można cmokać z politowaniem.

Amanita muscaria

Napisałam dziś dwadzieścia stron.
Nie, nie mojej wymarzonej powieści gotyckiej. Raportu w pracy. Obiecałam sobie pójść za ciosem i w domu przysiąść nad nieco bardziej twórczą pisaniną, ale po drodze przeczytałam tekst, który boleśnie stępił mi pióro. Niektórzy ludzie są tak obrzydliwie zdolni, że powinni zostać zabronieni. Każde zdanie było idealnie spiętą, melodyjną całością, wdzięcznie i gładko łączyło się z poprzednim i kolejnym, metafory były błyskotliwe i rzucane od niechcenia, a w chwili, gdy czytelnik lekko się zasmucał, autor gwałtownie skręcał w kierunku zabawnej puenty. A co najgorsza, wszystko to sprawiało wrażenie napisanego na kolanie, bez jednego skreślenia, bez gryzienia palców nad klawiaturą, bez tuzina wersji roboczych – ten tekst po prostu płynął. Nagle poczułam się smętną grafomanką z niekończącym się writer’s block.
Umysł człowieka piszącego w taki sposób musi być miejscem nie z tego świata. Niesamowitym. Muszę go kiedyś poznać.

Dlatego właśnie dzisiejszego wieczoru nie będzie fajerwerków literackich, a sucha relacja.
Żeby nie było zbyt sucho, dołożę obrazki.
Dawno w górach nie byłam. Jakoś nie mogłam się zebrać, bo tego lata ciągle coś się działo, ciągle mnie nie było i nie składało się. Wystarczyło krótkie spotkanie z dawno niewidzianymi znajomymi, żeby podjąć śmiałą decyzję – jedziemy. Niedaleko, w Beskid Wyspowy. Ludzie lubią go omijać, jadąc dalej na południe – bo szlaki są dość strome, bo właściwie nie ma schronisk, a wierzchołki bywają zarośnięte (co nie zmienia faktu, że przy odrobinie szczęścia macie Tatry jak na dłoni).
Żeby nie było zbyt lekko i przyjemnie, postanowiliśmy, że nie pojedziemy ot, tak sobie, ubrudzić się i zadyszeć, o nie. My pojedziemy NA GRZYBY.
Tak. To już ten wiek, gdy człowiek jeździ na grzyby lub zaczyna wędkować.

Wstaliśmy bladym świtem, wjechali z krakowskich przedmieść w przepiękne morza mgieł i wreszcie ruszyli z buta w górę.
Całe życie sądziłam, że mam grzybną ślepotę i grzybów zwyczajnie nie zauważam, choćbym się o nie potykała.
Otóż nic bardziej mylnego.
Pojęcia nie miałam, że ich zbieranie to taka frajda. Przez pierwsze minuty w lesie okropnie się nudziłam, wszyscy w euforii znajdowali jakieś muchomory, a ja nic. Chrzanię taką imprezę, poczekam na nich na górze, pomyślałam, GDY WTEM!
Przez kolejne dwie godziny autorka zaglądała pod każdą paproć, rzucała się plackiem na mech, z narażeniem spodni przeskakiwała powalone drzewa i uwieszała się gałęzi. I uzbierała całkiem sporo. Co prawda od części znalezionych trofeów odskakiwała z obrzydzeniem, bo ładny z wierzchu kapelusz krył pod spodem całą falangę glizd wszelakich, a wiele zebranych nie przetrwało późniejszej domowej selekcji, ale i tak duma rozpierała.
I takie rzeczy widziałam po drodze.
SONY DSC
– O, jaki ładny, jaki kosmaty…
– Nie dotykaj! W horrorach takie zawsze skaczą do tętnicy!
(Poniewczasie okazało się, że to jadalna odmiana purchawki).

Pierony sięgają niemal kolan. Ogromne rosną.
SONY DSC

Jeśli macie nieprzystojne skojarzenia, to się nie martwcie – ten grzybek nazywa się sromotnik bezwstydny. Bywają też idealnie wyprostowane. Są trujące, ale ponoć młode po odpowiednim przyrządzeniu można zjeść, coś jak z rybą fugu. Kiedyś z tych grzybków eliksir miłosny przyrządzano. Obawiam się, że mógł zadziałać tylko raz, a dobrze…
SONY DSC

W przyrodzie nic nie ginie, wiecie.
SONY DSC

SONY DSC

I wreszcie gwiazdy – musicie przyznać, urodę mają filmową.
SONY DSC

SONY DSC
Z której strony chcielibyście ugryźć?…

Po drodze popas drobny musiał być. Prawie jak u skautów. Słodycze, kanapki, termos i… nie, to nie woda w moim kubeczku.
SONY DSC
Nalewka. Broń Boże nie zachęcam do opilstwa w górach, ale banieczka na rozgrzanie i w nagrodę za trudy nie zaszkodzi.

Szliśmy pięć godzin. Zgadnijcie, ilu po drodze spotkaliśmy ludzi.
A to naprawdę piękne góry, puste i niebywale malownicze. Salamandra pierzchająca wam spod stóp nie jest w nich zjawiskiem wyjątkowym (dodajmy, że to czterdzieści minut jazdy od Krakowa). Stan szlaków chwilami woła o pomstę do nieba, ale z drugiej strony to, że są trochę pozostawione same sobie, jest ich wielką zaletą.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Szlak wreszcie się wypłaszczył, poniósł nas w dół przez jabłkowe sady. Zdrowo zmęczeni dotarliśmy do celu, czyli, emm, do browaru. Bo w Szczyrzycu przy nieźle karmiącej restauracji jest malutki browar, który produkuje bardzo dobre piwa. Można je sobie nabyć na wynos – jest świeżuchne, przed chwilą zabutelkowane, kobieta za ladą przy was nakleja etykietki.
Wracaliśmy do miasta krętymi dróżkami, mijając kolejne ogniska – sezon na wykopki – i przystanki pekaesu z wyczekującymi kursu do miasta odprasowanymi młodzianami. Wracaliśmy w ciszy, wszyscy zmęczeni, nie chcąc wracać, bo ubłocone buty, ciuchy do natychmiastowego prania, potargane włosy, nos błyszczący i piegowaty od słońca to zawsze pełnia szczęścia.

First love is the best love

Kolejne piękne trafienie z wyszukiwarki.
„Czy Ben Whishaw lubi seks”.
Droga osobo – z wielką przykrością stwierdzam, że nie znam chłopaka aż tak dobrze. A nawet gdybym znała, to obawiam się, że i tak bym się nie dowiedziała ze względu na fakt, iż mamy jednakowe upodobania w temacie płci partnerów.

Przeczytałam wczoraj kolejne tomiszcze moich pamiętników – dotarłam do matury i dałam sobie spokój. Oczywiście w kółko to samo. Po tym, jak już przestałam podkochiwać się żałośnie w aktorze, który prowadził u nas zajęcia teatralne, znalazłam sobie nowy obiekt westchnień. Żeby zarysować tło historyczne – w trzeciej klasie liceum dołączył do nas chłopak, który absolutnie zawrócił mi w głowie. Imponował mi szalenie, bo miał prawo jazdy i nawet brał udział w rajdach samochodowych. Trzeba mu przyznać, że był nawet fajny, choć ewidentnie wiedział o mojej słabości i dość perfidnie z niej korzystał – plaskałam rączką w czoło co pięć minut, czytając moje ckliwe wspomnienia. No, ale człowiek siedemnastoletni bierze wszystko za dobrą monetę i z uporem maniaka nagina rzeczywistość do swoich romantycznych wyobrażeń. Jeden zeszycik składa się w całości z: ach jaki piękny, ach jaki mądry, ach jaki zabawny, ach jakie ma cudowne dżinsy, ach popatrzył na mnie, ach odezwał się do mnie (tu zawsze dokładny cytat i pięć stron rozważań nt. możliwej interpretacji), spać nie mogę, bo go kocham i jestem taka nieszczęśliwa.
Swoją drogą – któregoś dnia odważyłam się powiedzieć mu o moim wielkim uczuciu. Z nieznanych przyczyn uznałam, że to będzie świetny pomysł. Nie był. Za to przynajmniej mam za sobą scenę jak ze słabego dramatu – wiecie, deszcz, wycieraczki, długie chwile ciszy.
Ostatni raz widziałam go jakoś w czerwcu 1999; ciekawa jestem, co u niego słychać. Jeszcze bardziej ciekawa jestem, czy moje serce choć odrobinę by drgnęło, gdybym zobaczyła go po tylu latach. Wątpię, choć może?…
Wyobraźcie sobie, że raz się z nim całowałam. Niezły był w te klocki. Jakim cudem nie zeszłam wtedy na rozległy zawał, pozostaje dla mnie zagadką do tej pory.
Ale – są też inne ciekawe wątki.
Po pierwsze internet. Bardzo się zachwycałam internetem, bo on akurat wtedy wchodził pod strzechy. Mogłam sobie wczoraj przypomnieć każdy ton piszczącego modemu po wybraniu osławionego numeru 0202122 (i nerwowe gryzienie palców, gdy w skrzynce pocztowej pojawiała się koperta z rachunkiem od Tepsy). Niesłychanie ekscytująca była możliwość porozmawiania sobie z kimś z Kalifornii, zarejestrowania się na forum miłośników Z Archiwum X, obejrzenia ładujących się sto lat zdjęć z premiery nowych Gwiezdnych wojen i poświntuszenia przez IRC. Emocji co niemiara.
Po drugie bezdenna głupota i niefrasobliwość. Szczerze wam powiem, że po przeczytaniu tego okołomaturalnego tomu moich zapisków nie mogłam uwierzyć w to, jacy my byliśmy durni.
Wybraliśmy się raz – w środku srogiej zimy – na wagary w góry, w piątkę jednym rozklekotanym samochodem. Bo przecież to taki świetny pomysł, mieć prawko od dwóch miesięcy i ruszyć polonezem na wycieczkę po krętej, oblodzonej drodze. Wypijaliśmy oceany alkoholu – teraz człowiek padłby trupem po takiej dawce przyjętej w tak krótkim czasie. Pomaturalna popijawa na dzikiej plaży nad jeziorkiem też oczywiście być musiała. A że koleżeństwo miało swoją – bardzo amatorską, ale jednak – kapelę, niejeden raz lądowałam na pokoncertowej imprezie z samymi facetami (matka jednego z moich kolegów wyjeżdżała na tyle często, że chłopak mieszkał praktycznie sam, więc miał wolną chatę); więcej szczęścia niż rozumu, podejrzewam. Sytuacje okołoerotyczne w naszej paczce były zresztą dość powszechne, w różnych konfiguracjach.
Wydawało nam się wtedy, że na tym właśnie polega dorosłość – na przesuwaniu granic i sprawdzaniu, ile możemy zrobić bez ponoszenia konsekwencji.
Potem okazało się, że ona jednak polega głównie na płaceniu rachunków na czas.

Ech, nie mogę się powstrzymać. Dołożę wam jeszcze parę perełek.
Kwiecień 1994.
Boże. Już nic mnie w życiu nie zdziwi.
A założymy się?…

Zachód słońca był taki chiński.
?

Więcej poezji, oszczegam.
Jesteś prawdziwy do krańcowej rozpaczy.
I dlatego nie patrz tak rzadko, tylko często.

Pociąga mnie to. Świat zabawny, artystyczny, pełny dymu, kolorów i twórczych zmagań.
I ja czuję w sobie twórczy rozmach.
Może napiszę wiersz.

Boże uchowaj.

Człowiek budzi się, sięga po książkę i po chwili znajduje się w grobie.
Nie, to nie była kolejna filozująca myśl, tylko fatalny skrót myślowy, bo akurat czytałam „Bogów, groby i uczonych” Cerama.

Byłam wczoraj w kinie na Bondzie. Chyba jednak powinnam nakręcić własny film. Składałoby się na niego dużo ładnych dźwięków, tylko ukochane pejzaże. Bez akcji. Takie powolne płynięcie.
Oj kochana, ludzie zabijaliby się o bilety na taki blockbuster.

Oczy tego robala, czyli old habits die hard

Pozdrawiam dzielnie brnących przez moje archiwa – a pisałam niedawno przecież, że nie polecam.
Zastanawiam się, jak to jest, że największą popularnością cieszą się te wpisy, których najbardziej się wstydzę i w których wyłazi ze mnie płycizna, pensjonarstwo, galopująca melodramatyczność, nieskomplikowanie umysłowe, skłonność do obsesji i przeświadczenie, że moje refleksje są niebywale odkrywcze.

Dlatego przygotowałam dziś dla Was coś specjalnego.
Gwoli wyjaśnienia – rejestrowaniem moich dziwnych przypadków zajmuję się, odkąd nauczyłam się pisać. Nadal przechowuję wszystkie moje pamiętniki i wczoraj wieczorem, korzystając z faktu, że padł mi w domu internet, sięgnęłam po najstarszy z nich. Zaraz wam udowodnię, że jestem dokładnie na tym samym etapie rozwoju emocjonalnego, na którym byłam jako trzynastolatka.

Chyba jestem jak drzewo. Rosnę razem z korzeniami, a one rozrastają się. Chyba zrozumiałam cały trud – nie wolno uschnąć, jeśli chce się coś osiągnąć.
Immanuel Kant mode on. Nie mam pojęcia, co miałam na myśli, ale podejrzewam, że pora na zrobienie quizu „jakim drzewem byłabyś, gdybyś była drzewem”.

Pomógł mi na matmie. I na historii. Ale dawno już postanowione, że zakocham się w kimś lepszym od niego.

(W szkole podstawowej zostałam posadzona w ławce z chłopakiem, który okropnie mi się podobał).

Uwaga. Poezja będzie.
Wzrok wbity / w puste ciemię / Oczy pragnące / najbardziej ze wszystkich / Musnąć pocałunkiem / zwoje drucianych włosów etc.
Puste ciemię i druciane włosy.
Gdyby ktoś był zainteresowany, mam tego więcej.

Kocham facetów z zarostem. Lubię takich trochę dzikich.
Czyli już wtedy wiedziałam, co mi się podoba. Niedogolony i nieostrzyżony zawsze spoko.

Po przemyśleniu wszystkiego doszłam do wniosku, że życie nie jest ani ciężkie, ani trudne.
Seeeerio?…
Dziesięć stron dalej rozważań życiowych ciąg dalszy.
Życie jest trudne (powtarzam przecież – konsekwencja to moje drugie imię), poskręcane, śliskie i paskudne jak dżdżownica. Można je albo rzucić komuś na pożarcie, albo wcisnąć z powrotem w ziemię, albo zdeptać czy zamoczyć w chemikaliach i wyrzucić na śmietnik, albo schować do pudełka i karmić sałatą, można też w ogóle się nie przejmować i pomyśleć: „Hej! Oczy tego robala należą do mnie!”.

Panowie, brace yourselves.
Płeć męska jest wspaniała. Jest kapitalna.

Jaki to jest fajny chłopak! I ma bardzo ładne oczy. W odcieniu kasztana. A ja ludzi oceniam po oczach. Ale się w nim nie zakocham.
O ile dobrze pamiętam (i jak dowodzą późniejsze dramatyczne wpisy), zakochałam się na zabój.

Mistrzowski poziom samokrytyki.
Strasznie mi się podoba mój wczorajszy zapis. Naprawdę jest ładny i chociaż nie do końca wiadomo, o co chodzi, jest taki pełny.

Plan na ferie zimowe anno domini 1994.
Pewnie pojadę do Krakowa. Wspaniałe miasto. No i muszę pójść do TEATRU!
Gdyby ktoś tej dziewczynce powiedział wtedy, że w tym „wspaniałym mieście” zamieszka, a jej teatralna mania urośnie do rozmiarów wiodących ją na skraj niewypłacalności…

Mistrzowski poziom samokrytyki kontraktakuje.
Jakie ja wartości sobą reprezentuję, poza wartościami chłodnej intelektualistki?

Nasza bohaterka znowu się zakochała. I ten właśnie fragment dowodzi, że przez ostatnie dwie dekady nic się nie zmieniło.
Głupio mi się na niego gapić, a muszę. Czasem on też patrzy na mnie. A ma takie piękne oczy! Ma trochę dłuższe włosy (chcesz startować do autorki – zapomnij o fryzjerze na jakiś czas). Jest niesamowity. Nigdy nikogo takiego nie widziałam. Mam bardzo dziecinny wzrok, gdy na niego patrzę, czuję to.

Doskonale wiem, że urodziłam się artystką.
Yeah, right.

Immanuel Kant mode on ponownie.
Myślę, że życie nie jest takie, jakim je dziś widzę, jutro będzie inne i tak w kółko.

Znikam w tłumie. Uciekam w głąb chodnika.
Głąb chodnika.

Sięgnęłam w rowek depresji.

Rowek depresji.

Myślę, czy by się nie zająć pantomimą.
Trzeba było – z pożytkiem dla wszystkich.

Usiłowałam poderwać go ustami, których natura mi nie poskąpiła.
Eeeem…

Jestem osobą, która poprzez mordercze samodoskonalenie się dąży do samounicestwienia.
Raczej mordercze bimbanie sobie, ale niech będzie.

Jestem wiatrem niesionym ręką Boga po świecie pełnym motylich kwiatów.
Bez komentarza.

Mam fantastyczne sny. Śniło mi się na przykład, że spotkałam dwóch przystojnych chłopaków. Dookoła nich fruwały gołębie.

Sami widzicie.
Niewiele rzeczy na świecie potrafi człowiekowi przynieść tyle radości, co stary pamiętnik. Całkiem zresztą ładny, zamykany na kłódeczkę, z dziewczynką siedzącą wśród kwiecia na okładce. A na dole okładki wydrukowane są słowa Come live with me and be my love.
Wiecie, kto je napisał?
Christopher Marlowe :D

My temper I cannot vouch for

Nie zawsze chce mi się być zabawną. Czasami przychodzi taki dzień, że czuję się, jakbym biła ten rekord. Przy życiu utrzymuje mnie myśl, że wrócę do domu, przełączę telefon w tryb samolotowy – a dzwońcie se na zdrowie – włączę łagodne smęty i pozwolę całemu światu zapomnieć o mojej skromnej, udręczonej osobie.

Po pierwsze przeżyłam dziś napad takiej frustracji, że byłam o włos od czegoś, co zawsze chciałam zrobić, czyli złapania torebki i pójścia w pi… pójścia bardzo daleko. Powstrzymało mnie to, że jestem w miarę dobrze wychowana.
– Ten fragment mi się nie podoba. Czy możesz to zmienić na [tu fraza miażdżąca wszystkie możliwe zasady poprawności językowej]?
– Ale to jest niepoprawne…
– E, mnie się wydaje, że jest okej. Zmień proszę.
Z zaciśniętymi zębami, krwawiącym sercem i moim wewnętrznym gramatycznym nazistą skręcającym się z bólu zmieniam. Pociesza mnie jedynie myśl, że to nie ja będę ten dokument wysyłać innym ludziom i nie ja będę się wstydzić.
Po drugie bardzo nie lubię, gdy ktoś potrzebuje ode mnie czegoś na zaraz, tylko zapomina mi o tym powiedzieć, w związku z czym ja zapominam o piciu i siusianiu (dla mięczaków…), rzucam wszystko i zasuwam, poganiana co pięć minut, z rosnącym poczuciem, że przed końcem dnia niezbędne mi będzie coś takiego.
Po trzecie człowiek, który mi troszkę namieszał parę tygodni temu, przebywa akurat z córką na wakacjach po naszej stronie kanału La Manche. I co wieczór do mnie pisze. Nie ułatwiasz mi zadania, kolego.
Znacie być może takie uczucie, gdy wszystko jest cudowne, piękne i wyluzowane, keine Grenzen, słońce wam świeci nad głową 24/7 i w ogóle alleluja, po czym nagle człowiek wypada z tej fantastycznej karuzeli z wrażeniem, że zaraz się porzyga. No więc ja właśnie tak się czuję.
Prawda jest taka, że jestem bardzo zmęczona.
Ostatnie miesiące to była jedna wielka jazda bez trzymanki, przygoda za przygodą, emocja za emocją. Żyję teraz w rozkroku i ten rozkrok zaczyna mi przeszkadzać. Odsuwam się od tego, co miałam dotychczas, ale nie zbliżam do tego, co chcę mieć. Wydaje mi się czasami, że trochę za szybko to wszystko pędzi i w końcu stracę nad tym kontrolę. Absolutnie nie narzekam – sama na siebie to wszystko sprowadziłam, sama chciałam, mam (oględnie mówiąc) ciekawe życie. Tylko niekiedy przydałby się ktoś, kto złapałby mnie za warkoczyk i powiedział – ej, hamuj.

Oraz – jeśli mnie czyta ktoś z Trójmiasta lub pobliża, śpieszę zawiadomić, że Globe do was przyjeżdża niebawem. Nie będę pisała, że polecam, bo wiadomo, że polecam. Idźcie i opowiedzcie mi, jak było.

Brave Captaine, through death we’ll follow thee

Och, kurza melodia.
Piątego października w Londynie wystąpi Shah Rukh Khan. W towarzystwie innych bollywoodzkich superhipergwiazd. Wyobrażam sobie, jaka to będzie porywająca impreza, ale niestety nie mogę wziąć w niej udziału. Piątego października idę bowiem na piratów. Przebrnęłam z mozołem przez to dzieło, pokręcone do ósmej potęgi i jestem pewna, że to będzie raczej długie popołudnie. Coraz silniejsze mam też przeczucie, że będę gorzko żałować wybrania miejsca w pierwszym rzędzie. A w ogóle to co ja na siebie włożę…

Nieważne. Z rzeczy ważnych – ogłoszono konkurs na mural na Rondzie Mogilskim. Zwycięzca przygarnie pięć kafli. Konkurs już, ku mojemu ubolewaniu, rozstrzygnięto, a szkoda, bo chciałam zaproponować znakomity projekt, mianowicie mój akt. Wygraną nawet mogłabym przeznaczyć na dobroczynność.
Mmhm. Już widzę, co by się działo, gdyby gdziekolwiek w tym mieście zawisła goła baba. Świynte oburzenie zatrzęsłoby ziemią.

PS. Zapomniałam dodać. Jeśli jesteście w Krakowie, idźcie koniecznie na wystawę o czeskim symbolizmie w MCK. Ostatni tydzień. Bardzo warto, szczególnie gdy lubi się baśnie, mroczne historie, powiastki o piekle i niebie, o śmierci i seksie, strzygi, gobliny, duszki, błędne ogniki…

Coincidence is God’s way of remaining anonymous

Dziś jest poniedziałek. Jeszcze ciągle nie wrzucili do sieci tego, na co czekam (z egzaltowanym piskiem na końcu języka), więc mogę sobie troszkę popisać. Albowiem bardzo uroczy weekend mam za sobą.

Cały problem z moim grajdołkiem polega na tym, że zdarza mi się wyskoczyć rano tylko na szybką kawę i wrócić do chałupy po zmroku. Wczorajszego ranka miałam nadzieję, że zrobię całą masę pożytecznych rzeczy, okna umyję, artykuł wyślę, pranie ogarnę, przeczytam parę stron mądrej książki – ale zadzwonił znajomy z pytaniem, czy przypadkiem nie miałabym ochoty na śniadanie. I tu przechodzimy do mojego drugiego problemu, mianowicie jako niepoprawna hedonistka zawsze mam ochotę na jedzenie (no, prawie; pominę milczeniem fazy ostrego zakochania, bo wówczas posiłki są mi całkowicie zbędne). Tym samym, przymknąwszy oko na fakt, że właśnie przełknęłam bułeczkę oraz serniczek, natychmiast uznałam śniadanie za wyśmienity pomysł i udaliśmy się do Kolanka, gdzie do południa można jeść, aż żołądek pęknie.

Później okazało się, że po mieście włóczy się jeszcze kilka znanych mi osób i postanowiliśmy połączyć siły, w związku z czym śniadanie gładko przeszło w obiad, a obiad w pogaduszki nad piwem. Sporo było masowania przepony i nieco prztykania się o palące kwestie polityczne – znowu wyszło, że jestem nieuleczalną idealistką.
I wtem nastąpił zwrot akcji jak z bardzo słabej telenoweli (typowe w moim życiu – mnie lubią się przydarzać rzeczy, nazwijmy to, umiarkowanie prawdopodobne). Podczas całkowicie przypadkowej konwersacji na całkowicie przypadkowy temat okazało się bowiem, że ja i osoba, którą znam od piętnastu lat i która jest jedną z najbliższych mi w tym mieście, otóż że ja i ta osoba najpewniej jesteśmy spokrewnione. I to wcale nie jakaś siódma woda po kisielu. Wiedziałam niby, że mamy w Małopolsce rodzinę, z którą kontakt urwał się wiele lat temu w dość dramatycznych okolicznościach, w czasie wojny – ale nigdy bym nie przypuszczała, że ta rodzina jest tak blisko mnie.
Ja cię kręcę, doprawdy. Ten rok jest jedną wielką niespodzianką, wybuchającą co chwila fajerwerkami i confetti.

I know I can do this because I went to London on my own

Mam problem z teatrem w kinie. Oczywiście uważam, że retransmisje to wspaniała sprawa, ale troszeczkę czuję tę czwartą ścianę jednak. Niezaprzeczalną zaletą teatru na żywca jest to, że gdybyście nieco się wychylili, moglibyście złapać aktora za kostkę (nie żebym próbowała to robić), a bardziej serio: że całkiem prawdopodobna jest interakcja pomiędzy wami a nim. Ponadto co wieczór coś jest inaczej, bo ktoś się pomyli albo ugotuje, albo będzie musiał improwizować, jedna scena będzie dłuższa, a inna krótsza i wiecie, że gdy pójdziecie na ten sam spektakl po raz drugi, szósty, dwunasty, nie będzie tak samo. No i koniec końców jest – choć nie zawsze, rzecz jasna – ta dziwna chemia, dość ulotne poczucie wspólnoty. Kamera to bardzo skutecznie zabija.
Mam też taki problem, że na końcu chcę klaskać, ale byłoby głupio.
Tym razem naprawdę bardzo chciałam.

Najpierw była książka.
Książkę zaadaptował na deski niejaki Simon Stephens – ten sam, który napisał Sea Wall. Po obejrzeniu Sea Wall cierpiałam na ostry bezsens życia przez dobę, więc domyśliłam się, że mogę spodziewać się czegoś, co mnie uszczypnie w miękki brzuszek. I tak było.
Jest scena, niezbyt duża, otoczona widownią z każdej strony, scenografii zero. Jest autystyczny nastolatek (w rzeczywistości odtwórca głównej roli miał w momencie rejestrowania tego spektaklu 28 lat, jeśli możecie w to uwierzyć), który znajduje zadźganego widłami psa sąsiadki. Lubił tego psa, więc postanawia przeprowadzić śledztwo i dowiedzieć się, kto zabił. Ale dowie się przy okazji rzeczy, które zburzą cały porządek jego delikatnego świata i ruszy w odważną podróż pociągiem do Londynu, żeby odkryć prawdę.
Odważna podróż pociągiem do Londynu brzmi śmiesznie, co? To nie polowanie na grubego zwierza. Wystarczy wstukać punkt docelowy w automacie biletowym, wsunąć kartę albo wrzucić pinionszki, przeczytać na ekranie, z którego peronu odjeżdża najbliższy pociąg, wsiąść doń i wysiąść u celu, po czym zjechać schodami ruchomymi piętro niżej do metra. W metrze miła pani czyta nazwy kolejnych stacji, więc człowiek się nie pogubi. Tak to zazwyczaj wygląda. Łatwizna. Tylko wyobraźcie sobie, że pociągi hałasują tak, że pęka wam głowa, ktoś gada z głośników, jakieś światło miga, ludzi jest za dużo i wszyscy się na was pchają, i was dotykają, choć tego nie znosicie. A wy nigdy dotąd nie ruszyliście się sami donikąd – cóż dopiero do tak ogromnego miasta. Jesteście przerażeni szalonym światem wokół was, ale jeszcze bardziej przeraża was wizja powrotu do świata, który wydawał wam się znany.
To jest bardzo zabawne, jeszcze bardziej wzruszające – tata Christophera, prosty człowiek, któremu trafiło się arcytrudne zadanie opieki nad dzieckiem tyleż inteligentnym, co emocjonalnie niedostępnym, pocił mi oko, ilekroć się pojawiał – i ogromnie wciągające. A już zupełnie uwodzi ostatnia scena – gdy bohater (który przez tę chwilę jest aktorem w przedstawieniu na motywach napisanej przez siebie książki, choć może to już aktor grający bohatera grającego aktora?…) tłumaczy, jak rozwiązał zadanie z algebry i robi to za pomocą oświetlenia, uruchamiając całą teatralną maszynerię. To jest ten moment, gdy widzowi opada szczęka.
Nie wiem, czy kina będą to jeszcze powtarzać, ale jeśli tak, idźcie koniecznie.

Dziś tymczasem mam dzień marudy, nic na to nie poradzę. Może dlatego, że mało spałam. Będę się czepiała. Uwaga, zaczynam.
Mam otóż uczulenie na słowo „totalnie”.
Gdy widzę słowo „totalnie”, zwłaszcza w czymś, co ma uchodzić za fachowy tekst, a już nie daj Boże w druku, budzi się we mnie mój mały wewnętrzny psychopata. A gdy budzi się we mnie mój mały wewnętrzny psychopata, nigdy nie jest dobrze. Mojego małego wewnętrznego psychopaty należy unikać za wszelką cenę.
Jakaś taka cudaczna moda nastała, że teraz filmy są totalnie dobre, książki totalnie nudne, kobiety totalnie zakochane, woda w morzu totalnie zimna, a język polski totalnie sponiewierany.
Absolutnie. Całkowicie. Nieopisanie. W pełni. Bez reszty. Do cna. Kompletnie. Niebywale. Stuprocentowo. Bezwzględnie. Niemożebnie. Do szpiku kości. Nieprawdopobnie. Dogłębnie. Na amen. Mogę tak przez cały dzień.
Polszczyzna jest taka bogata – na cholerę kopiować z amerykanckiego?
Drugi punkt na liście dzisiejszych uczepień to kontynuacja wspominanej w poprzednim punkcie historii z hasłem reklamowym. Jakoś tak się obawiałam, że wymyśliła je kobieta, która zresztą twierdzi, że z tej właśnie przyczyny slogan nie jest seksistowski. Ciekawy tok rozumowania i chyba za nim nie nadążam.
Na domiar złego nie wiem, jakie mam plany na sobotę, albowiem osoby, które mi złożyły wstępne propozycje wspólnego korzystania z różnych miejskich atrakcji – czyli głównie jedzenia – postanowiły nagle zamilknąć, wstąpiły do zakonu lub wyemigrowały, nie wiem. W każdym razie nie lubię takich zagrań i lada moment na wszystkich się wypnę, postanawiając spędzić weekend z serialami.

Ale – dzień marudy osładza mi fakt, że w poniedziałek (dlaczego dopiero w poniedziałek?) pojawi się w dziewiątym kręgu piek… internetu coś, co zapewne obejrzę siedemdziesiąt razy z nosem przyklejonym do monitora. Pozwolę sobie oszczędzić wam linka. W każdym razie gdybym milczała w przyszłym tygodniu, nie lękajcie się – to będzie znaczyło, że nadal jestem bardzo zajęta oglądaniem i mam już oczy jak Marty Feldman. Trzeba mieć jakieś radości w tym totalnie smutnym życiu, nie?

I shall look forward personally to exterminating you

Uczestniczyłam dziś w arcyważnej dyskusji.
Tak mi się wydaje.
Przez niemal cały czas jej trwania nie miałam pojęcia, o co chodzi i zastanawiałam się, czy ktokolwiek takie pojęcie ma. Miałam wrażenie, że niekoniecznie, ale ponieważ bezpieczniej udawać zrozumienie, uczestnicy przerzucali się długimi słowami, skomplikowanymi skrótami i frazesami nadającymi się do użycia w każdej okazji. Główny dyskutant posługiwał się do tego angielszczyzną tak okropną, tak boleśnie kulawą, tak gęsto najeżoną bezmyślnymi kalkami z języka ojczystego, że naszą bohaterkę, znaną miłośniczkę (ba, fetyszystkę) potoczystej wyspiarskiej mowy ze stosownym akcentem, bolało serduszko.
A propos angielszczyzny – jeżeli czyta mnie jakiś wysoki, bardzo wysoki osobnik płci męskiej, który od dzieciństwa marzy o zostaniu gwiazdą filmową, to niniejszym informuję, że pojawiła się szansa. Właśnie ogłoszono casting na czarny charakter w nowym filmie o Bondzie. Ja tam ciągle liczę, że któregoś dnia ta rola trafi w urocze rączki mojej wstydliwej słabości, ale z pewnością nie tym razem, bo podstawowego kryterium słabość nie spełnia, choćby się Bóg wie jak naprężała.

Też bym chciała zagrać takiego bondowskiego szwarccharaktera, najlepiej jakąś wredną, dwulicową sucz ze sztyletem za gołymi plecami, która oczywiście ginie straszliwą śmiercią, ale dopiero po tym, jak… no, wiadomo, w końcu to Bond.
Ech. Tyle talentu się marnuje.

Kontynuując wątek okołofilmowy – jutro oczywiście idę do kina, czyli do teatru, bo czegóż innego można się po mnie spodziewać. Powinnam chałupę ogarnąć, o sobie nie wspominając, bo wszystko, co już dawno powinnam była zrobić, leży odłogiem. Czasami mam wrażenie, że przydałby się ktoś, kto stałby nade mną z batem i walił za każdym razem, gdy w mojej głowie pojawia się myśl „och, przecież mogę zrobić to później”.

PS. Pomysłodawca – lub pomysłodawczyni – hasła mającego przyciągnąć sponsora tytularnego nowej hali w moim grajdołku powinien – lub powinna – dobrze zastanowić się nad tym, czy copywriting to właściwy kierunek. Nalewanie piwa w knajpie też może być ciekawe.

Does it hurt to be so beautiful?

Nic się nie dzieje. Deszcz kapie. Rozkłady jazdy zmieniają na powakacyjne. Wszyscy już chyba oblali się lodowatą wodą, przyprawiając damską połowę świata o migotanie komór, miłośniczki Marl Szekspira o wzdech (Barney!), czytelników o napad miłości, a fanów Star Trek o zachwyt staromodną klasą i ironią. Jesień nadciąga – nie znoszę zapachu końca lata, takiego gorzkiego, nieprzyjemnego, dziwnie duszącego, kojarzącego się natychmiast z mgłą, rozmytym światłem, wysychającymi trawami i żółknącymi liśćmi. Pociesza mnie jedynie perspektywa październikowego wyjazdu, który będzie oczywiście absolutnie wariacki, niemądry i w ogóle dorośnij wreszcie, ale nic na to wszystko nie poradzę. Tęsknię już.

Ktoś tu wszedł, poradziwszy się wujka Gugla w sprawie tyleż dramatycznej, co dobrze znanej wielu z nas. Mianowicie, cytat dosłowny, „jak się zemścić za to że mi ktoś zawrócił w głowie przez swoją urodę”, koniec cytatu.
Zemścić? Ale na kim, na sobie za to, że się uległo, czy na tym/tej, co wprawia naszą biedną głowę w ostre turbulencje? Bo jeśli to drugie, to nie wiem. Może łypać nienawistnie albo plwać ukradkiem do herbaty, choć w sumie to nie człowieka wina, że się ładny urodził. Obawiam się mimo wszystko, że w przypadkach, gdy bardzo nam się w głowie kręci, medycyna jest bezradna. Opór bezcelowy. Trzeba po prostu się przyzwyczaić. Prędzej czy później każdą śliczność przestaje się zauważać – a czasami taki anioł gwałtownie brzydnie, gdy otwiera usta i okazuje się, że to jakaś tempa szczała.

Kiedyś pojawiło się inne pytanie, które zbiło mnie z tropu. „Co zrobić, żeby neurotyk zatęsknił za swoją partnerką”. Jakieś pomysły, szanowni? Osobiście starałam się całe życie trzymać możliwie z daleka od neurotyków, więc nie bardzo mogę pomóc odnośnie wzbudzania w takowym tęsknot. Chyba nawet nie chciałabym, żeby jakiemuś niestabilnemu emocjonalnie mężczyźnie ckniło się za mną.

Jest jeszcze osoba, która regularnie zagląda tu w poszukiwaniu przystojnego kelnera z Trufli (niestety nie znam, choć w Trufli bywam) oraz wysokiego nordyka. No cóż.
Co prawda w sprawach sercowych, sądząc po moim życiu uczuciowym, zdecydowanie nie powinnam doradzać, chyba że ludziom ze znikomym instynktem samozachowawczym – ale wolę takie trafienia z wyszukiwarek niż pytanie, z powodu którego kiedyś na chwilę stanęło mi serce, mianowicie „czy mysza (tak było napisane – przyp. aut.) może wejść do gardła człowieka”. Odkąd znalazłam toto w moich statystykach, przed zaśnięciem zaglądam pod łóżko.

Aha – czy ktoś wie, o jakich firankach marzyła Ania Shirley? Bo ja pamiętam, że pragnęła sukienki z bufami, ale o firankach nic, a jakaś biedna dusza też chciała się dowiedzieć.