I’m gonna explode like atomic bomb

Nadal mam „jeden z tych dni”, tylko że dziś jest „jeden z tych dni”, gdy oblewam się kawą, zaczyna walić żabami dwie minuty po moim wyjściu z domu, podczas kupowania biletu w automacie wytrząsam sobie zawartość portmonetki w kałużę, starannie rozczesywane włosy przegrywają sromotnie w starciu z aurą i wyglądam, jakbym wsadziła sobie na głowę mop lub wylazła z dziczy jakiejś (nigdy nie zrozumiem tej rażącej niesprawiedliwości, że niektóre kobiety mają przez dzień cały sierść idealnie gładką, a ja mogę sobie szczotkować, prasować, odżywki nakładać, a godzinę później każdy kłak w swoją stronę, przez 30 lat były proste jak drut, a teraz nie tyle falują, co urządzają sobie sztorm). I to nie koniec, bo kalendarz na grudzień rozpada się z wielkim hukiem, a poza tym uświadamiam sobie, że odkryta parę dni temu, excusez le mot, chujnia z grzybnią jest chujnią rozmiarów wprost nieopisanych. To ostatnie to niby nie mój problem, ale znacznie więcej roboty niewątpliwie.
Och, i jeszcze dostałam ofertę pracy w bardzo interesującej branży, po czym przeczytałam całą wiadomość i zwiesiłam nos na kwintę, bo wymagana jest znajomość języka, którego z pewnością nie znam, ani pół słóweczka w nim nie znam.
Jakby to nie wystarczało, mam ochotę powiedzieć parę słów od serca mojemu życiu osobistemu, bo zirytowało mnie niezmiernie. Są ostatnimi czasy chwile, gdy rozważam odwieszenie życia osobistego na kołek w ogóle. Dzieci mogą mieć wymyślonych przyjaciół, to ja sobie zorganizuję wymyślonego kochanka. Zero nieporozumień, zero stresów, święty spokój, jest zawsze, gdy potrzebuję i znika, gdy nie; jak mi się znudzi, to mu zmienię kolor włosów albo imię. Coś w stylu męskiej wersji Galatei, ale istniejącej tylko w mojej wyobraźni.
Powiadam. Jeśli przed północą nie zdarzy mi się coś miłego, to chyba pęknę.
I pomyśleć, że cała ta dzisiejsza seria zaczęła się tak niewinnie i zwodniczo, od jednej z ulubionych piosenek w radiu. Coś mi się wydaje, że ten mój zabobon nie działa.

Gdzieś tam w świecie są szerokie, ciepłe plaże, drinki z palemką, surferzy z rozwianym włosem, miękki piasek i kiczowate zachody słońca.
Tylko mnie tam nie ma.
Ale jeszcze 45 dni i będę miała całą dobę urlopu.

Security blanket

Wczoraj był niedobry dzień, bo ogarnęła mnie wielka smuta – nie bez przyczyny, ale o tym nie chcemy mówić. Na wielką smutę działają w moim przypadku trzy lekarstwa:
1. bilet dokądś,
2. chędożenie,
3. lody.
Pierwszego sobie odmówiłam, jak wiadomo. Na drugie w miniony weekend nie było szans, a szkoda, bo odczuwałam pewne ciśnienie. Ale trzecie dało się zastosować. Tym samym spędziłam niedzielne popołudnie zwinięta pod kocykiem, karmiąc się obficie lodami o smaku białej czekolady i oglądając film, do którego oglądania (nie po raz pierwszy…) nigdy w życiu się nie przyznam, bo chyba bym umarła ze wstydu, a wyczerpałam już limit przypadków umierania ze wstydu na ten rok. No, czasem trzeba. Nie mogę zawsze być wyrafinowana, przemądrzała i zafascynowana kulturą wysoką; wystarczy, że nie czytam głupich książek i nie oglądam telewizji. Są dni, kiedy człowiek po prostu musi się odmóżdżyć przy beznadziejnym, ale dziwnie lubianym filmie albo musi się nagapić na ciacha w koszulach rozpiętych/mokrych/podartych/wszystko naraz, ewentualnie na skaczące pingwinki, bo inaczej zwariuje lub zapłacze się na śmierć. Nie ufam ludziom, którzy nie mają żadnych guilty pleasures.
Nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam na dno. Dno opakowania, rzecz jasna. Koniec z lodami do końca roku.

I shall be miserable if I have not an excellent library

Z cyklu „nie mam większych problemów” – zawsze mi trochę niewygodnie, nie, nie trochę, bardzo niewygodnie, gdy ktoś z moich znajomych publikuje na fejsbuku jakiś rasistowski albo homofobiczny tekst. Wicie rozumicie – wydaje wam się, że wiecie całkiem dużo o człowieku, lubicie go, a ten nagle wyjeżdża z opinią, za którą najchętniej byście go spoliczkowali (co prawda nigdy tego nie zrobiłam, bom z natury raczej łagodnie usposobiona, ale to nie oznacza, że nie miewam przemożnej ochoty).
Ech.
Jeśli dzisiejszy dzień skończy się tak, jak się zaczął, to istnieje poważne ryzyko, że ktoś rzeczywiście oberwie z liścia. Bo mam nowych sąsiadów. Studentów. Sąsiedzi studenty to zło w czystej postaci. Studenty lubią z piątku na sobotę wracać nawalone do granicy przytomności. Ponieważ moje drzwi są tuż obok ichnich drzwi, studenty niekiedy mylą się i dobijają do mnie. To nie jest wcale takie zabawne, gdy ktoś wam usiłuje wejść do mieszkania – pozamykanego na trzy spusty oczywiście, ale jednak – o trzeciej w nocy.

Na otarcie łez odkryłam coś wspaniałego.
Bibliotekę na Orkadach. I teraz bardzo chcę polecieć na Orkady, zwłaszcza że trochę sobie o nich od rana poczytałam.
Stali czytelnicy wiedzą, że ja miewam dziwne fascynacje i nie zawsze mądrze jest klikać to, co linkuję na blogasku – ale może wyjaśnię, czemu nagle zainteresowałam się biblioteką na Orkadach. Otóż radio, którego codziennie rano do kawy słucham ostatnimi czasy, każdego tygodnia ma inny motyw przewodni i ostatnio były to książki, a dokładniej biblioteki. I dzięki temu właśnie dowiedziałam się o istnieniu takiej, na krańcach naszego kontynentu, dalej już tylko ocean (miasteczko, w którym ten przybytek się mieści, ma całe dziewięć tysięcy mieszkańców – i średniowieczną katedrę – a autorka bardzo kocha średniowieczne katedry). O tej bibliotece nikt nigdy by się nie dowiedział, gdyby nie fakt, że jeden z jej pracowników (zdjęcia niestety nie znalazłam, ale jeśli wygląda tak dobrze, jak pisze…) prowadzi w jej imieniu konta w portalach społecznościowych, konta fenomenalne i nagradzane. Dawno się tak nie ubawiłam, jak dzisiejszego ranka, pokwikując nad bibliotecznymi znaleziskami – mają w zbiorach książki tak przeokropne, że 50 twarzy Greya to niemal Proust, książki z najkoszmarniejszymi okładkami (ta druga przyprawiła mnie o spazmy – nie wiem, czy bardziej niefortunne jest foto, czy układ graficzny tytułu), książki o czymś takim, że nie uwierzylibyście, iż ktokolwiek o tym książkę napisał, książki wreszcie szalenie przydatne, bo o szyciu strojów na bale przebierańców. I to wszystko okraszone zwięzłym, ale pysznie zjadliwym komentarzem.
Czyli jednak fejsbuki et al. mogą przydać się do czegoś dobrego. Borges byłby zadowolony.
A ja nawet nie wiem, gdzie moja najbliższa biblioteka – za bardzo lubię mieć moje własne, pachnące jeszcze drukarnią książki. Może czas się zapisać.

Don’t you drain those big blue eyes

Neil Gaiman (którego nie sposób nie kochać za całokształt twórczości, a jeśli nie, to chociaż za loki) napisał kiedyś, że każdy z nas nosi w sobie tajemniczy świat, którego inni nie potrafią sobie nawet wyobrazić, wspaniały, głupi i niesamowity – świat, a może nawet tysiące światów.
W jednym z moich właśnie trwa impreza, bo przeczytałam wspaniałą wiadomość. Wiadomość na pierwszy rzut oka jest zła, ale dla mnie jest fantastyczna. Dzięki niej zapomniałam o wielkim bólu, jaki zdarzył mi się wczoraj. Bo wczoraj w Warszawie odbył się koncert, o którym dowiedziałam się na godzinę przed jego rozpoczęciem – aż tak szybko pociągi w naszym kraju nigdy nie będą jeździć, a ja na karierę świętej szans nie mam i bilokacja odpada. Dodajmy, że był to koncert mojej ukochanej ostatnio kapeli. Wykształciłam sobie nawet taką małą obsesję na jej punkcie; poza tym kojarzy mi się z przyjemnie niegrzecznymi październikowymi wieczorami. Ja to potrafię ważne rzeczy przegapiać. No cóż, trzeba ponosić ten koszt, gdy żyje się na chmurce, od czasu do czasu jedynie spoglądając w dół na rzeczywistość.

Zwyciężyłam nad moim małym rozumkiem i wyperswadowałam sobie kuszącą przygodę, której wizja zamęczała mnie przez kilka dni – nie bez trudu, bo już siedziałam na stronie Norwegian, już witałam się z gąską w postaci karty pokładowej i w ostatniej właściwie chwili usłyszałam głos mówiący „zaprzestań, kobieto, weź zmądrzej na parę dni chociaż”. Obiecałam sobie jakąś przyjemną nagrodę za unieruchomienie mojego zbyt ostatnio ruchliwego tyłka w Krakowie, spodziewam się zatem, że w niedzielę znowu będę narzekać, jak nagrzeszyłam. Jedną małą nagrodę właściwie już dostałam, gdyż mama zadzwoniła z takimi oto wieściami:
– Wiesz, zobaczyłam dziś w sklepie buty i pomyślałam, że by ci się spodobały, więc kupiłam.
– O, to świetnie, dzięki. A jaki kolor?
– Różowe.
Nie będę tego komentować.

I must get my soul back from you

Nad ranem wraca. Staram się o tym nie myśleć za dużo, ale jednak gdzieś pod spodem, pod wszystkimi splątanymi warstwami to tkwi cały czas, 24/7, w wiecznym trybie czuwania – i czeka na właśnie takie okazje. Na czwartą rano, kapanie deszczu, chłód zza niedomkniętego okna. Wtedy cały ten głęboko zakopany ferment wyłazi na wierzch.
Naiwnością było przekonanie, że łatwo będzie to odchorować, przejść do porządku dziennego i udać, że nic nigdy się nie wydarzyło. Bo w gruncie rzeczy gdyby to się nie wydarzyło, nie byłabym tu, gdzie dziś jestem. Gdyby się nie wydarzyło, nie wiedziałabym tego, co wiem. Gdyby się nie wydarzyło, byłabym zupełnie innym człowiekiem i nie ma co ściemniać sobie, że to bez znaczenia.
A poza tym nikt nigdy tak na mnie nie działał. Z nikim innym nie czułam tej dziwnej mieszanki napięcia i rozluźnienia. Na niczyj widok nie czułam natychmiast, jak mi się wszystko w środku rozpływa – trochę z czułości, ale bardziej z oszałamiającego podniecenia, które mi odbierało rozum; z paraliżującego pożądania. Niczyj dotyk nie działał jak impuls elektryczny. Niczyjej skóry nie pamiętam tak dobrze. Żadne inne oczy, żadne inne ręce i tak dalej, wiadomo, nuda, piosenka znana ludzkości od zarania dziejów, choć podobno niektórym udaje się nigdy jej nie usłyszeć.
Być może to tylko projekcje umysłu przywykłego do wiecznego emocjonalnego haju, po czym nagle odciętego od tego swojego opium – ale mam przeczucie, że to wcale nie koniec tej historii. Któregoś dnia nastąpi kolejny zaskakujący bohaterów dramatu zwrot akcji.

Wiem, że już nie zasnę, więc wstaję, kawa, radio, gorąca piana, włosy, rzęsy. Zaraz minie. Zaraz się zapomni, bo trzeba będzie tyle ważnych rzeczy zrobić. I mija.
Tyle rzężenia o moich krętych dróżkach w życiu pozablogowym.
Z innych nowości – znowu toczę wewnętrzną walkę i tłumaczę sobie, że tak naprawdę to ja wcale czegoś nie chcę, zresztą byłoby głupie, nieodpowiedzialne i ogólnie rzecz biorąc, w telegraficznym skrócie: NIE. Autorka jest wielką miłośniczką spontanu, alleluja i do przodu, bo niby czemu odpuszczać wspaniały i pojawiający się znienacka pomysł wyjazdu z dnia na dzień, zarwania nocy przed ważnym spotkaniem lub wydania oszczędności przeznaczonych na zgoła inne cele, żeby pójść na koncert? Tym razem jestem już całkiem bliska wyperswadowania sobie impulsywnego przedsięwzięcia, ale wiem, że lada dzień znajdę sobie następną ciekawą fantazję do zrealizowania ASAP.

PS Pewna firma, której nazwy przez grzeczność nie wymienię, śmieci mi na Twitterze reklamami – cytuję – streetowego looku. Poważnie? Jestem utterylnie zbafflowana i zappallowana, honestnie. Tak, wiem, znowu się czepiam, ale już mnie bolą jelita od tych wynalazków.
Wybrałam przynajmniej zachwycającą metodę łagodzenia moich cierpień na wszystkich płaszczyznach.

PPS Gdyby paniom – i panom również – było dziś smutno, polecam rozważyć nabycie kalendarza. Znalazłam to przypadkiem (oczywiście), szukając czegoś innego (oczywiście). Wiedziałam, że wioślarstwo to efektowny sport, ale nie miałam pojęcia, że aż tak…

01:30 CET

Z niejasnych przyczyn obudziłam się dziś święcie przekonana, że już trzeba wstawać. Ziewnęłam i podreptałam dokonać ablucji, dziwiąc się, że za oknami jakoś cicho jak na poniedziałkowy poranek (bo że ciemno, to wiadomo, listopad), by następnie w drodze z łazienki do kuchni rzucić okiem na zegar wskazujący godzinę pierwszą trzydzieści i mocno się zafrasować. Autorka upewniła się, iż zegar tyka, plasnęła rączką w czółko, po czym z zadowoleniem pośpieszyła nazad w pościel, żeby przespać kolejne przysługujące jej w dniu roboczym pięć godzin.

Czasami miewam napady ostrego zakręcenia (czasami? miewam?!) i dziś wyraźnie nie jest mój dzień. Bo jakby tego było mało, od rana – to jest, od momentu, gdy wstałam po raz drugi – nie mogę pozbyć się wrażenia, że z kimś się umówiłam, ale nie pamiętam, z kim ani po co. Jeśli zatem ktoś akurat czeka na mnie w kawiarni, na siłowni (musiałabym być bardzo chora lub pijana, żeby umówić się z kimś w poniedziałek na siłowni, poziom masochizmu nie do przyjęcia, aż tak źle chyba ze mną nie jest), pod kinem, muzeumem lub gdziekolwiek indziej i wyzywa mnie od najgorszych, to ja przepraszam bardzo.
Chyba muszę sobie kupić jakieś witaminy.

Za to jest plan na kolejny urlop. Mam na myśli taki prawdziwy urlopowy urlop, a nie ganianie z wywieszonym językiem po trzecim wśród największych miast kontynentu. Skoro na razie nie stać mnie na oglądanie torbaczy na antypodach – co nie przeszkodziło mi zwiększyć ostatnimi czasy częstotliwości sprawdzania cen biletów – to sobie je obejrzę w Irlandii, bo przecież jak wszyscy wiemy, Irlandia stoi kangurami.
Prześlicznie wygląda ta wyspa. Znowu przypomniało mi się – o, wreszcie coś mi się przypomniało! – jak rozmawiałam kiedyś z jednym naszym podróżnikiem i wtem usłyszałam, że on Europę zostawia sobie na emeryturę, bo reszta świata jest zbyt ciekawa, żeby po naszych nieciekawych okolicach jeździć. No, nie wiem. W promieniu półtora tysiąca kilometrów – w każdą stronę – od mojego przedmieścia mam do zobaczenia tyle miejsc, że wątpię, żeby mi vis vitalis starczyło.

Neon lights, shimmering neon lights

Zawsze natrząsałam się z grodzonych osiedli i mam za swoje.
Ogrodzili mój przepastny apartament.
Płot rósł od dni paru, a ostatecznie wyrósł wczoraj, gdy siedziałam w domu, bo 1) miałam pisać artykuł, 2) głowa była nieco ciężka po długim wieczorze, więc oglądałam zwierzątka na Jutubie i czytałam bardzo złe blogi.
Zrobili to tak sprytnie, że dziś rano wyjście do sklepu po bułeczki urosło do rangi problemu, gdyż nie mogłam znaleźć furtki. Być może któregoś dnia dostrzegę sens w tym pomyśle, ale dziś jeszcze nie jest ten dzień. Wiem, że wielu sąsiadów chciało. Osobiście wolałabym, żeby nam wspólnota zorganizowała jakiś piknik zapoznawczy, a nie ostrokoły stawiała.
Ponieważ rankiem znowu obiecałam sobie, że napiszę ten cholerny tekst, wyszukuję sobie dziwne zajęcia, słucham muzyki chóralnej na przemian z Deanem Martinem, na przemian z Charlotte Gainsbourg, na przemian ze Starwalker i zdobywam ciekawą, zupełnie niepotrzebną wiedzę.
Oto przykład tej wiedzy. Wszyscy pamiętają, jak mniej więcej półtora roku temu poszłam do teatru i gwałtownie stałam się bardzo religijna, bo przez bite trzy godziny modliłam się żarliwie: „Panie Boże, ja cię proszę, niech on na mnie spadnie”.
Nic takiego się nie stało.
Nie boleję, opatrzność mi wynagrodziła z nawiązką. Właściwie to powinnam być wdzięczna, że moje modły nie zostały wysłuchane, bo oto dowiedziałam się, że moja wstydliwa słabość rzeczywiście raz wzięła i spadła ze sceny. Na widza. Widz pewnie byłby wniebowzięty, gdyby nie fakt, że spadająca gwiazda niechcący wymierzyła mu solidnego kopniaka w fizys.
Przy całym bezmiarze moich zachwytów nie jestem pewna, czy chciałabym mieć pamiątkę w postaci szwu na twarzy.

Poranna prasówka pozwoliła mi dowiedzieć się również, że mieszkam w mieście, dla którego nie ma ratunku. Ruja i porubstwo (co, nawiasem mówiąc, jaskrawo ilustruje poprzedni wpis). No i jak żyć.

Now he rocks me gently

– Może ja najpierw wyjaśnię, po co tutaj jestem…
– Nie trzeba, wiem. Już mi o tobie mówili.
– O. Mam nadzieję, że nic złego.
– Powiedzieli, że jesteś bardzo miła.
Tyle dobrego. Jestem bardzo miła. Jeśli chodzi o złe – coś, co miało być prostą robótką, parę godzin i pozamiatane, okazało się upiornym bagnem bez dna i nie robótką, ale orką. Tygodnie, jeśli nie miesiące zajmie mi ogarnięcie tego szamba. Będę ryła w nie powiem czym jak świnia brodata. Jest sobotnie popołudnie, a ja z przerażeniem myślę o poniedziałku.

Jest sobotnie popołudnie po piątkowym wieczorze, który miał być spokojny, a nie był. Śmiałam się do bólu brzucha (i gardła, ale to odkryłam dopiero dziś), dowiedziałam się, że ładnie wyglądam z długimi włosami i zapomniałam, jak cudownie smakuje niezdrowe jedzenie o czwartej nad ranem. A że knajpy zamknęli, gdy było jeszcze TYLE do omówienia, towarzystwo wylądowało u mnie w domu i kolega gej spał na mojej kanapie, by opuścić ją rano po starannym wyściskaniu mnie (najwyraźniej uruchamiam tryb Bridget Jones, do kompletu brakuje skrupulatnego notowania wagi, wielkich majtasów i skomplikowanego życia erotycznego… chwileczkę…).
Nota bene – nie podoba mi się zupełnie kierunek, w którym zmierza Plac Nowy. Neon kręgielni, krążące fury, nastolatki chwiejące się na niebotycznych obcasach. Zmarszczyłam się w wielkim smutku, gdy zaśpiewano mi 23 złote za drinka. Hola, to nie Covent Garden. I to nie był courvoisier.
Na szczęście ciągle są miejsca, które opierają się upływowi czasu i zawsze jest w nich tak samo, nawet ludzie przy barze ci sami.
I my. Też się opieramy.

Check ignition and may God’s love be with you

Dzielny mały Philae troszkę się pogubił, ale ciągle siedzi na komecie. Wiecie, że każdego z nas, Europejczyków, jego dziesięcioletnia podróż kosztowała raptem odrobinę ponad trzy eurasy? Jeśli o mnie chodzi, proszę bardzo, zużywajcie tak moje podatki.
Nawiasem mówiąc, on i sonda Rosetta, która go na kometę wyniosła, mają konta na Twitterze, piszą w pierwszej osobie i prowadzą słodkie konwersacje. Jasna sprawa, że wszystkie tweety płodzi jakiś Ziemianin, ale niesamowite, jak wiele taki prosty – i bezpłatny – zabieg PR-owy może zdziałać. Lądownik dorobił się fanów. Gdyby to był kawałek blachy wystrzelony w kosmos, nikt by się nie przejął, co chwila coś wystrzeliwują. Ale ten kawałek blachy ma imię i „mówi” – i tysiące ludzi piszą do niego, żeby życzyć mu bezpiecznej podróży, żeby się tam trzymał jakoś sam w kosmosie.

Skoro mowa o kosmosie.
Wczoraj miałam dzień z poezją Vogonów, psia jego mać.
Jak być może zdążyliście zauważyć, toczę beznadziejną walkę z wtykaniem anglicyzmów wszędzie tam, gdzie ze spokojem można użyć ładnych polskich odpowiedników, mających w dodatku kilka lub więcej synonimów, gdyby człowiek chciał zabłysnąć.
Usłyszawszy, że ktoś ma poważne hezitejszyn odnośnie skołpu i w związku z tym zastanawia się, czy by nie sholdować całej inicjatywy, bo być może ona jest juzles, poczułam, że zaraz zacznę w rozpaczy walić łbem w biurko. Mózg miałam i tak zlasowany po paru dniach grzebaniny w bardzo złożonych tematach, i łamanie czyjegoś paskudnego szyfru językowego tylko pogarszało mój stan.
Sama nie jestem całkiem kryształowa, używam angielskich skrótów i popularnych terminów-wytrychów, bo czasem tak wygodniej i szybciej, ale gdy kiedykolwiek skonstruuję zdanie takie jak powyżej, zamilknę ze wstydu na resztę życia.

Poza tym nowy David Bowie. Mnie się podoba.
Jak ja go kiedyś nie cierpiałam. Coś mnie w nim drażniło niebywale. Nie pamiętam, jak to się stało, że znienacka trafił na listę moich sekretnych miłości, a wiecie, co się dzieje, gdy ktoś na tę listę trafia. Wielbię i wszystko, co facet robi, łykam jak młody pelikan. Marzę, żeby z nim na drinka pójść. Raczej mi to nie grozi, więc po prostu oglądam sobie jego koncerty i wzdycham.

When you touch down from outer space

Szantażu emocjonalnego ciąg dalszy, tym razem w innym wydaniu, niekoniecznie bardziej znośnym. Cały długi weekend upłynął mi na przygryzaniu warg, żeby nie warknąć w końcu „weź się k**** ogarnij”. Bardzo przykre jest obserwowanie, jak człowiek wpycha innych w poczucie winy, bo wszystko mu nie pasuje i wszyscy mu zawadzają; ochrzania, bo w przyniesionej mu pod nos kawie za mało mleka, bo śniadania o tej porze to on nie będzie jadł, bo w ogóle to on nie ma na nic ochoty i idzie spędzić dzień zamknięty w pokoju z książką – nieważne, że na zewnątrz przepiękne słońce. Nieważne, że książka była moja, przeczytana w połowie i pech chciał, że zostawiłam ją na wierzchu.
Mam mieszane uczucia. Z jednej strony jestem istotą niezbyt społeczną i dobrze wiem, jak to jest, gdy nie ma się ochoty na obcowanie z nikim (poza tymi, którzy mają do mnie dostęp 24/7, ale to bardzo mała grupa). Doskonale to uczucie rozumiem. Z drugiej strony – jeśli nie mam na obcowanie ochoty, celowo się izoluję. Dla obopólnej korzyści, żeby nie wkurwiać innych i nie męczyć siebie samej. Z trzeciej strony zdarzają się wyjątki, bo głupio mi odwalać aliena, gdy wiem, że komuś zależało, żeby się ze mną spotkać, gdy obiecałam wcześniej to i owo &c &c. Nie potrafię czerpać przyjemności z samoumartwiania i jednoczesnego pokazywania światu: „patrzcie, jaka jestem nieszczęśliwa bidusia”, a tym bardziej z wyżywania się na innych, bo mam akurat bad hair day.
Wiecie, jak to jest. Jeden osobnik sączący kwas w otoczenie wystarczy, żeby za jakiś czas struli się wszyscy, tym samym z – w założeniu – miłego rodzinnego zjazdu zrobiła się może nie tyle wojna, co wymiana ostrzegawczych salw, a niektórzy od razu wycofali się i zakamuflowali. Przez bite 72 godziny starałam się być empatyczna, ale z każdą kolejną moja wyrozumiałość słabła, aż w końcu jej wskaźnik zjechał na czerwone pole. Zasznurowałam wtedy pepegi, zabrałam słuchawki i pośpiesznie wyszłam na długi spacer. DŁUGI spacer. Nieopodal akurat Via Regia przebiega; dobrze, że w nią nie skręciłam, bo mogłabym z rozpędu i wścieku znaleźć się w Akwizgranie. Albo i pójść za znakiem muszli do samego Santiago. Albo nawet tam, gdzie nieustraszony Philae. Nota bene – też się tak ucieszyliście, gdy wysłał sygnał, że wylądował? Ja się po dzieciacku ekscytowałam całą tą historią z kometą.

Wiąże się z tym moim upiornym weekendem jeszcze jedna ponura sprawa – mianowicie dotarło do mnie, że era beztroski dobiega (lub już dobiegła) końca. Dorosłość gubi brokat, zmarszczki wyłażą na wierzch. Impreza już była, teraz pora po niej sprzątać. Czas wziąć odpowiedzialność za własny bajzel i przyzwyczajać się do myśli, że nie można dłużej być rozpieszczanym juniorem, bo trzeba będzie złapać za rogi sprawy dotychczas odsuwane w kąt świadomości; sprawy, które do tej pory dotyczyły innych, tylko innym się zdarzały, a lada moment zdarzą się mnie. Toteż wróciłam do Krakowa raczej przygnębiona i z poczuciem ulgi, że teraz będę mogła odpocząć we własnym domu. Przez chwilę.

Jest jedna dobra wiadomość w ten prawie poniedziałek. Otóż wróciłam do Krakowa nie tylko ja, ale również British Airways.
Zaczną latać w pobliżu moich urodzin akurat. Bardzo dobrze. Bardzo w związku z moimi pobożnymi podróżniczymi marzeniami, bo jak sobie popatrzę, do ilu miejsc można zalecieć z Heathrow… Czas uruchomić świnkę-skarbonkę; świnki jako takiej nie mam, ale na któreś tam urodziny dostałam skarbonkę w kształcie pękatego samolotu z wymalowanym uśmiechem i nieco zezującymi oczami. Zalega obecnie gdzieś na dnie szafy, pod moim boa (tak, ciocia ma takie rzeczy, ciocia ma w szafie bardzo różne rzeczy), szpilami we wzorek z wężowej skóry, dekoracjami świątecznymi i płytami, które wstydziłam się ustawić na półce. Może, idąc za ciosem, te płyty również dumnie wyjmę.

Sugar sugar honey, pumpkin pie

Sobota służy temu, żeby człowiek powłóczył się po mieście w ulubionym towarzystwie, zjadł zbyt obfite śniadanie, przeszedł kilkaset metrów, żeby napić się czeskiego piwa – zdecydowanie zbyt dobrego – a wreszcie polazł na obiad, bo skoro już jesteśmy na Kazimierzu, skoro dzień taki miły, to czemu by nie dobić swoich arterii i żołądka.
A potem można wrócić do domu i spędzić wieczór na gadaniu przez telefon, jakby cały dzień nie wystarczył, by się nagadać.
Na całe moje nieszczęście przechodziłam w drodze powrotnej przez Plac Nowy, a tam akurat małe targi dizajnu trwały. Nie wiem, jak to się stało, ale do domu wróciłam jeszcze bardziej brzęcząca niż zwykle…
wpid-dsc_000422.jpg.jpeg
Temu służy sobota.
Niedzielne poranki służą za to czasami nieśmiałym łzom, bo lipcowe nastroje – a ileż to wszystko wtedy trwało, 48 godzin? – jakoś mi gwałtownie wróciły. Fatalna kombinacja, zmysłowy sen, tryb losowy w odtwarzaczu i nie ten kawałek (można było dawno temu usunąć z playlisty; nie wiem, czemu tego nie zrobiłam po powrocie, chyba chciałam mieć jakiś smutek na zapas), kapiący deszcz. Na moje szczęście nastroje przebywają w bezpiecznej odległości, w GMT i nie ma co rwać sobie blond włosów. Cześć pieśni. Gdy kiedyś będę pisać autobiografię, poświęcę pół rozdziału – a może nie, może lepiej nie mówić nikomu – ale teraz trzeba zapomnieć. Kiedyś przestanie się śnić, przestanie się przypominać i będzie dobrze. Będzie jak dawniej.
Albo i nie.

Postanowiłam dziś łzy otrzeć raz na zawsze.
Nie żebym sobie kupiła bilet do Australii (jest w planach). Otóż nie. Upiekłam ciasto. Bo ja lubię piec. Nawet bardzo. Pieczenie mnie relaksuje. Tym samym przed południem śmiało zabrałam się za tres leches. Przed pieczeniem pozbyłam się dżinsów – mam taki nieszczęśliwy zwyczaj, że gotując, wycieram ręce w tylne kieszenie lub uda, w związku z czym zawsze jestem przeraźliwie upaćkana – toteż piekłam ubrana do połowy.
Wyszło doskonale. Prawie całkiem doskonale. Kiedy mozolnie ubijałam śmietankę na wierzch, nastąpiła przykra sprawa.
– Myślisz, że ona już jest gotowa?
– Łatwo sprawdzić, musisz odwrócić miskę i…
CHLAST.
– …
– Chyba niegotowa.

I tak się zje.

Handsome experience

Po kilku dniach wysiłku intelektualnego zdobyłam nową umiejętność do wpisania w CV. Ku mojemu zdziwieniu rzecz okazała się o wiele bardziej interesująca, niż się obawiałam. Nigdy nie sądziłam, że moja kariera skręci w takim kierunku, ale po raz pierwszy w życiu mogę powiedzieć, że lubię to, co robię, nie czując przy tym, jak wydłuża mi się nos.
A że dziś piątek, umysły błądziły niezbadanymi ścieżkami. Podczas zajęć w podgrupach ja próbowałam się wzbić na wyżyny kreatywności – nie było łatwo, co wie każdy, kto musiał coś wymyślić w piątkowych poobiednich godzinach – a sprytniejszy kolega wziął na siebie rolę skryby.
– Hands-on experience…. Czekaj, napisałeś ‘handsome’. ‘Hands-on’, nie ‘handsome’.
– O, rzeczywiście. Ale to by ci nawet pasowało jako wymaganie, no nie?
– To jest warunek wyjściowy.

Przy okazji zdobywania wiedzy poznałam chyba najbardziej zasadniczą osobę w tej części galaktyki. Wiecie, ja ze Śląska jestem. Lubię porządek. Ale mój grafik zawiera sporą, poszerzającą się z każdym rokiem rubrykę „inne”. Boję się ludzi, którzy nie mają tej rubryki, działają od A do Z, nie przewidując żadnego przypisu, nawiasu, żadnego odchylenia od normy. A tu poznałam kogoś, kto nawet życie po godzinach – randki, zakupy, knajpy, leżenie na kanapie z książką – ma rozpisane stosownie. Żadnego spontanu, żadnego pozwalania sobie na poluzowanie krawata.
To ja już chyba wolę drama queens.

Dziś od godzin ciężko rannych męczę Kate Bush. Ulubione radio puściło mi, gdy akurat po ciemku wlokłam się do łazienki, zahaczywszy po drodze o kuchnię, żeby kawa była gotowa, kiedy wyjdę spod prysznica.
Przez długie lata nie znosiłam Kate Bush. Bo co tu lubić, piszczy taka i skacze po wrzosowiskach. Potem gwałtownie się w niej zakochałam. A erotyczny ładunek tego klipu niezmiennie powala mnie na łopatki.

Fool moon

W tym tygodniu mamy w grajdołku halny i pełnię księżyca jednocześnie. Wybuchowe połączenie. Spodziewam się wielu ciekawych wydarzeń (a także drobnych problemów ze snem, ale to akurat nic nowego). Jeżeli znowu ktoś kogoś będzie gonił z maczetą lub grabiami, albo napadnie na bank, grożąc klamką – ani trochę się nie zdziwię.
Mnie tam halny wielce cieszy, ale na niektórych warunki atmosferyczne chyba już wpłynęły negatywnie.
Jak ja nie lubię drama queens.
Zwłaszcza w wydaniu męskim. Zawsze mam ochotę poprosić takiego, żeby przestał mi jęczeć nad uchem i wrócił, jak mu przejdzie. Ale jeśli takiej królewnie-histeryczce powie się, by nieco wyluzowała, królewna uderza w tony jeszcze bardziej dramatyczne, bo nikt go nie rozumie, nikt go nie kocha, ludzie to wilki. No i teraz królewna jest na mnie obrażony – pociesza mnie jedynie to, że poza mną jest obrażony na cały świat. A uściślając, pocieszałoby, gdybym należała do osób, na które takie metody działają. Tymczasem moją jedyną reakcją na szantaże emocjonalne jest narastająca irytacja i potrzeba szybkiego odseparowania się od lamentującej męczydupy.

Wczoraj wspominałam pytanie o seks u dentysty, więc dziś pojawiło się nowe cudne trafienie – seks z robotnikiem. No ludzie. Ja mam bujną przeszłość, ale aż tak obeznana nie jestem, żeby móc zaprezentować tutaj cykl poświęcony poszczególnym zawodom i ich talentom łóżkowym.
Och, skoro już o tym mowa – słyszeli, że Benny Cucumber się żeni? Fanki dookoła globu leją ślozy i ostentacyjnie występują ze swojego kościoła zapewne.
(I po co ta zjadliwość).

Why must I keep needing things

Narzekałam niedawno na gnoma, któremu na tyle podobają się moje dokonania, że chętnie sobie z nich korzysta. Na szczęście jest też ktoś, kto moje dokonania również docenia, ale wybiera tradycyjną metodę wyrażania aprobaty, to jest po prostu mówi mi o tym. Jest to tym milsze, że ten człowiek niechętnie prawi komplementy, jest raczej wymagający i bardzo cyniczny. Przyznam, że dzięki temu znowu mi się zachciało i znowu poczułam, że wbrew pozorom może jest jakiś sens w tym, co robię.

Nic przyjemniejszego nad poranny przegląd statystyk. Trafienia z wyszukiwarek to zawsze gwarancja udanego dnia. Ostatnimi czasy zostałam zapytana, jak słuchać przez ścianę. Szklanki nigdy nie przykładałam, ale ze słuchaniem przez ścianę nie mam problemu, niestety przymusowo, bo moi nowi sąsiedzi darzą obsesyjnym zamiłowaniem jeden kawałek hiphopowy i potrafią tłuc go przez godzinę w kółko. Ja też potrafię tłuc przez godzinę w kółko, ba, przez pół nocy w kółko, niemniej od pewnego czasu jestem świadoma istnienia zmyślnego wynalazku zwanego słuchawkami i dzięki temu oszczędzam innym mieszkańcom ryzyka, że nauczą się na pamięć każdej nutki rzępolenia, które akurat przypadło mi do gustu, i będą dostawać przykrych torsji, słysząc to trzydziesty raz jednego wieczoru.
Inne zapytanie dotyczy kolegi z pracy, który się podoba, ale chyba czuje się osaczony, bo unika. Hm. W tym nie pomogę, ponieważ nie mam doświadczenia w osaczaniu. Jak wiele razy wyjaśniałam, w starciu z atrakcyjnymi osobami płci przeciwnej często zachowuję się jak ktoś, kto niedawno przeszedł lobotomię – trudno kogokolwiek osaczyć, wpatrując się bez słowa w podłogę. Znam jednak kobietę, która potrafi za wybrankiem po mieście jeździć. No, co kto lubi.
Pytano mnie jeszcze o seks u dentysty, ale niestety (?) w tym obszarze wprawę mam jeszcze mniejszą niż w nachodzeniu wyględnych kolegów. Coś mało przydatny ten mój blog.
Nawiasem mówiąc – to byłoby arcyciekawe, choć dość ryzykowne doświadczenie, gdyby potraktować zapytania ludzi trafiających tu z Gugla jak wyzwania. Robić to wszystko i opisywać.

Toczę właśnie wewnętrzną walkę, bo dostałam wiadomość z ucieszną informacją, że bilety na coś, co już widziałam cztery razy, są przecenione o połowę w tym tygodniu.
Mam przemożną ochotę potraktować to jak palec boży.
Prawda jest taka, że gdy ja w ogóle toczę wewnętrzną walkę, to znaczy, że już tę walkę przegrałam. Pozamiatane. Nigdy nie udało mi się wmówić sobie, że czegoś nie chcę, nie potrzebuję, nie mogę teraz. Ogólnie rzecz biorąc, sprawy w moim życiu dzielą się na dwie proste kategorie:
1. obojętne, może być, jak nie będzie, nie zatęsknię,
2. ubóstwiam, szaleję i oddam za to nerkę (niekoniecznie własną).
Ach, szlag by to wszystko trafił, gdzie moja karta?…

Jakby tego było nie dość, moje ulubione tego roku miejsce we wszechświecie uruchomiło platformę, na którą wrzuca zarejestrowane przedstawienia i nie tylko. Będę mogła leżeć na mojej sofce z orzeszkami i białym winem, i oglądać do nieprzytomności.
Nie taki najgorszy ten wtorek.

Windshear

Dziś jest drugi listopada.
Nie, nie zalogowałam się tutaj, by ogłosić prawdę objawioną. Przedzierałam się rankiem przez mgłę do osiedlowego sklepiku, bo mi się kawa skończyła, a jak można bez kawy po śniadanku, i tak sobie myślałam, drugi listopada, coś mi się z tą datą kojarzy, ale co?…
Przypomniałam sobie.
(Po kawie, rzecz jasna).
Tego dnia mój pierwszy prawdziwy chłopak po raz pierwszy mnie pocałował.
To było piętnaście lat temu. Doskonale ten wieczór pamiętam. Kluczowa scena miała miejsce zasnutych mgłą na Błoniach, po długim spacerze nadwiślańskimi bulwarami. Później poszliśmy na piwo – żadnego z nas nie było stać na bardziej wyrafinowany sposób świętowania, a romantycznych knajp z widokiem na niebo i rzekę jeszcze w tym mieście nie było.
Spędziliśmy razem trzy lata, przy czym rok ostatni upłynął na bezsensownych próbach reanimowania nieboszczyka. To nie mogło się udać. Różniło nas wszystko, absolutnie wszystko. Ale wtedy, w tamtym listopadzie byłam wściekle zakochaną dziewiętnastolatką, która właśnie wyrwała się z domu i w swoim oszołomieniu bardzo wielu rzeczy nie widziałam. Nie uważam tego czasu za zmarnowany; sporo wyniosłam z tej historii. Miłość do gór na przykład.
Anno domini 2014 on jest (mam nadzieję, że nadal) żonaty, a ja, cóż, jestem jak marynarz.
Piętnaście lat temu. W mordę.

Nie pamiętam dat innych pierwszych pocałunków – no, poza jednym. Żadnemu późniejszemu nie towarzyszyły takie emocje.

Obiecałam sobie, że skoro nie wyjeżdżam donikąd w cmentarny weekend, to wreszcie uprzątnę ciuchy, wypiorę firanki, dokończę tekst o Smallsbury – moim wakacyjnym miasteczku z piernika, które wyprzedziło znacznie większy i na pierwszy rzut oka kuszący bardziej imponującymi cudami Wiedeń w rankingu miejsc do odwiedzenia w 2015 podług Lonely Planet – ale wyszło jak zwykle. Nic nie robiłam. Oglądałam serial (o rety, jakie to jest dobre, jacy wszyscy są pokręceni) i rosyjskie musicale, snułam wyjazdowe plany na przyszły rok, leżałam zbyt długo w pianie, piłam gorącą kawę w pościeli, nurkowałam wśród poduszek z książką, odbyłam wszystkie te weekendowe rytuały, żeby zakończyć je świńską rozmową i pytaniem „kiedy wracasz?”.
Lubię, gdy niby nic się nie dzieje…

Piętnaście lat temu inaczej wyobrażałam sobie moje życie za piętnaście lat. Swoją drogą ciekawam bardzo, co będzie w 2029; może zamieszkam w kontenerze w Nowej Zelandii…

The ghosts of long-dead cookies

Jakby mój grajdołek nie był dość dziwnym miejscem, okazało się dziś, że w tutejszych cukierniach można było nabyć bułeczki z dodatkowym nadzieniem. Psychoaktywnym. Niestety nikt mi o tym nie powiedział wcześniej, a policja skonfiskowała bułeczki, zanim przed cukierniami ustawiły się długie kolejki krakusów. Szkoda, przydałoby się akurat.

Po pierwsze primo, zamieszanie w sprawach damsko-męskich ma się dobrze i najwyraźniej nie zamierza się zwijać. W szczegóły wchodzić nie będę, bo z wiekiem przechodzi mi zapał do opisywania życia erotycznego i/lub uczuciowego na blogasku, a poza tym sama nie ogarniam.
Po drugie primo, są na tym najlepszym ze światów ludzie, których kiedyś chciałam przytrzymywać pod wodą, ale teraz już tylko smutny uśmiech pogodnej rezygnacji u mnie wywołują. Nie jestem pewna, czy to w istocie postęp.
Po trzecie primo, może to jest dziwne, ale bardzo nie lubię, gdy ktoś bierze sobie moją robotę i prezentuje ją jako własną. Na domiar szczęścia spotyka mnie to drugi raz w ciągu bodaj miesiąca. Jeśli delikwent nie umie sam, to może powinien rozważyć przerzucenie się na inne zajęcie albo poprosić o pomoc, której chętnie udzielę, albo, do kurwy nędzy, zwyczajnie spytać, czy może skorzystać z tego, co wyprodukowałam – ale zrzynanie jest brzydkie. Zrzynanie przyprawia autorkę o niezgorszy wściek. Człowiek się wysila, rwie włosy z głowy, gdy proces twórczy nie idzie, stara się, żeby to wszystko miało ręce, nogi i do tego nie powielało znanych do bólu schematów, wypija przy tym za dużo kawy – po czym jakiś czas później odkrywa, że komuś bardzo, za bardzo spodobał się efekt jego wielogodzinnej męki.
Zabawne, że takie gamonie są przekonane, iż nikt się nie zorientuje. A nawet jak się zorientuje, to przecież nic takiego się nie stało. Inspiracja taka. Komplement właściwie.
Ale czemu ja się w ogóle dziwię, ech. Kiedyś, wiele lat temu czytałam dokument spłodzony przez mojego ówczesnego przełożonego i zdziwiłam się, że tak mu się angielski poprawił (bo nie był dobry – oględnie rzecz ujmując). Z ciekawości skopiowałam pierwszy akapit i wbiłam w wyszukiwarkę. Koleś cały tekst ściągnął z internetu.

Oj. Właśnie doczytałam, że stężenie narkotyku w ciasteczkach było tak niskie, iż na samopoczucie nie mogło wpływać. Ubolewam i poszukuję innego sposobu na uspokojenie – z cichutką nadzieją, że miłośnik pożyczania bez pytania dostanie straszliwej wysypki wszędzie, a najbardziej w miejscach intymnych tuż przed rozbieraną randką.
Jeśli go przyłapię trzeci raz, zobaczy, jak wredni potrafią być mili ludzie.

W Weltschmerzu towarzyszy mi ten bezbłędny i piękny numer, ale słuchałam go już tyle razy, że weźcie go ode mnie, nim mi zaszkodzi. Ten rytm, ten rytm.

Memory’s fog is rising

Na mojej szerokości geograficznej bez zmian. Oto dzisiejsza droga do domu.

wpid-dsc_0001.jpg

Kraków mógłby nieźle zarabiać na filmowcach, udostępniając jesienią plenery do kręcenia horrorów.
Po wszystkim, co dziś usłyszałam i przeczytałam, mogłabym w takim horrorze gościnnie wystąpić jako zmasakrowany zewłok. Dawno nie zdarzyło mi się takie nagromadzenie irytujących istot wokół. Może karma taka, nie wiem, ostatnio zwinęłam z hotelu szampon i teraz opatrzność stosuje wobec mnie sankcje negatywne. W każdym razie rzadko mi się zdarza, że całą energię poświęcam na unieruchomienie szyi, by nie kręcić głową z politowaniem. Dziś cały boży dzień mi na tym upłynął. Nieprzyjemne to jest bardzo, gdy nagle tracicie wspólny język z kimś, kogo przez lata lubiliście, taki fajny wam się wydawał, wszystkie jego żarty was bawiły, tyle wspólnych doświadczeń, pod tyloma stwierdzeniami chcieliście się podpisać – i wtem. Jakby inny człowiek. Albo wy jesteście inni. Coś się zmieniło i zmieniło się na gorsze. Już nie chcecie podpisywać się pod tym, co mówi, o nie, zastanawiacie się raczej, o czym on w ogóle mówi i po co, a jedyny komentarz, jaki pcha się wam na usta, brzmi PFFF.

Boska Komedia klepnięta. W grudniu znowu będę łazić niewyspana i lekko głodna, bo prosto z pracy do teatru. Oby tylko nie było takiego mrozu, jak dwa lata temu, gdy czekając pod cholernym studiem w cholernym Łęgu na późnowieczorny autobus po raptem pięciogodzinnym spektaklu, prawie uświerkłam. Ot, poświęcenie maniaka.
Jakby tego było mało – dawno niczego nie knułam, więc pomyślałam, że najwyższy czas poknuć i jest już pierwszy efekt. Szanowni państwo, zagadka. Z kim spędzę walentynki 2015?
Odpowiedzi na kartkach pocztowych.

Medea was in love, and nothing could cause her rest

Przez ostatnie dni Krakowa nie było. Co roku o tej porze przerabiamy to samo; miasto nam znika. Mieszkańcy popadają w niewdzięczną melancholię i snują się po ulicach, tęskniąc za widokiem własnego cienia – za widokiem czegokolwiek właściwie. Jesienią mój grajdołek, zanurzony w gęstej mgle, staje się miejscem bardzo fotogenicznym i jeszcze bardziej depresyjnym (szczególnie dla tych, co nie mogą udać się na urlop, bo nasze lotnisko, jeden z czołowych małopolskich powodów do dumy, w takiej pomroce nie działa).

Wydarzenia ostatnich dni zaowocowały jedną tylko refleksją. Bardzo otóż cieszę się z tego, że odkąd pamiętam, nie znoszę i unikam przynależności. Zawsze byłam bardzo „osobna”. To z pewnością nie czyni ze mnie łatwej w obejściu, ale chroni mnie przed sytuacjami, w których muszę deklarować lojalność, przed kwasami w towarzystwach wzajemnej adoracji itepe. W życiu swoim całym tylko raz należałam do stowarzyszenia – jeszcze na studiach. Wytrzymałam trzy miesiące. Klasycznie rozumianą paczkę przyjaciół miałam tylko w liceum, później odkryłam, że lepiej mniej, ale lepiej. Im jestem starsza, tym bardziej mi się pogłębia to przekonanie. Moja uporczywie podkreślana niepodległość nie jest cechą wspaniałą i godną naśladowania, nie mam co do tego złudzeń, ale nie zamierzam nad tym pracować. Językiem biznesowym mówiąc – to moje akceptowalne ryzyko. A gdy obserwuję, jak dorośli ludzie powtarzają czyjeś mętne bzdury i przyklaskują sobie nawzajem bez cienia pomyślunku, żeby tylko nie wypaść z łask towarzystwa, to mi trochę słabo się robi.

Jeżeli nie macie dziś wieczorem nic do roboty, a macie w pobliżu Multikino, przypominam o Medei. Bo autorce się podobało. Wiecie, że ja podejrzanie lubię mroczne historie, mrocznych bohaterów, wątki ciemne, dołujące i niejasne moralnie, i trudno byłoby znaleźć historię lepiej pasującą do moich upodobań. Przy czym to jedna z tych rzeczy, które pozbawiają was dobrego humoru w taki sposób, że chcielibyście, by ktoś was codziennie dobrego humoru tak pozbawiał. No i ścieżka dźwiękowa. Mam wielką słabość do Goldfrapp, więc moja opinia siłą rzeczy jest wykrzywiona, ale gdy muzyka przyprawia mnie o dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa, to znaczy, że jest dobrze. O ile nie odstraszy was przeraźliwy krzyk w pewnym momencie, tutaj więcej. A tu, wśród tych niepokojących dźwięków, zaraz wydarzy się wiadome zło.

I zaraz ogłaszają tegoroczny program Boskiej Komedii. Końce roku to taki smutny czas. Kojarzą mi się wyłącznie z wbijaniem zębów w ścianę po tym, jak kupiło się za dużo biletów na wszystko, co chciałoby się obejrzeć.

I say patattah

Anglosaski teatr w ubiegłym tygodniu stał się naczelnym tematem na polskich blogach. Nigdy nie sądziłam, że takiego dnia dożyję, ale cóż, widocznie rok dobry dla okołoteatralnych afer – najpierw Golgota, teraz to. W związku z tym ciekawy wątek poboczny.
W miniony piątek aktorzy West Endu – dość znane buzie, wystarczy powiedzieć, że jeśli oglądacie angielskie filmy, możecie je znać i już tu ich nazwiska padały – wyszli na ulice, żeby sprzedawać Big Issue, czasopismo, które na ogół dystrybuują bezdomni lub ludzie mający jakieś tam problemy z utrzymaniem się na powierzchni. Włożyli kurtki, które sprzedawcy BI zawsze noszą i jęli zachęcać mijających ludzi do nabycia pisemka.
Myślicie, że przechodnie rzucali się na nich z piskiem i wyrywali sobie egzemplarze z rąk?

Żeby było śmieszniej – choć to niezbyt właściwe słowo w tym kontekście – artyści krążyli pod teatrami, w których pracują, obwieszonymi z każdej strony podświetlanymi zdjęciami swoich gwiazd.
Takie akcje są powtarzane co jakiś czas, a refleksje uczestników ponuro niezmienne: jest ciekawie, ale bardzo ciężko. Ludzie, do których po spektaklach ustawiają się kolejki fanów chcących podpis, zdjęcie, poradę życiową, wyznać miłość i tak dalej, zdumiewająco łatwo stają się niewidzialni, zbywani, omijani.

Jeśli nie macie nic do roboty w ten piękny, mglisty poranek – który na przykład moi znajomi spędzają, siedząc od sześciu godzin na krakowskim lotnisku i czekając, aż pogoda się poprawi – możecie przysłużyć się nauce, czyli wziąć i powiedzieć „ziemniak”.
(Tak, jeden z autorów to ten głos; mam nadzieję, że ktoś wreszcie umieści na Jutubie dziesięciogodzinną pętlę z nim czytającym cokolwiek, albo po prostu mówiącym potejtopotejtopotejtopotejto).
Ja tymczasem włączam dynamiczny funk i oddalam się posprzątać (wiem, niedziela, ale wczoraj okropnie mi się nic nie chciało – no, może niezupełnie nic, bo z wielkim zapałem zaangażowałam się w oglądanie filmów i jedzenie). Rodzina mnie dziś nawiedza i niekoniecznie chciałabym demonstrować mój wielki talent do aranżowania przestrzeni wokół siebie w sposób odbiegający od standardów przyjętych w cywilizacji zachodniej. A poza tym sprzątanie dobrze robi na głowę, co istotne w chwili, gdy człowieka życie uczuciowe wskakuje na nowy poziom skomplikowania.

We are all aliens to ourselves

Moja przyjaciółka i ja ciągle przeżywamy tego Austera. Każdy, kto odwiedził mój nieszczęsny blogasek więcej niż raz wie, że ja potrafię przeżywać. Oj, jak ja potrafię. W przeżywaniu jestem doskonała. Jeśli mnie ktoś/coś zachwyci, mogę całymi dniami miauczeć z uwielbieniem, bić czołem w oczarowaniu i produkować rozwlekłe apoteozy. Na swoją obronę dodam, że takie naprawdę wielkie zachwyty nie zdarzają mi się codziennie. Ani nawet raz w tygodniu.
– Boże, jak ja bym chciała z nim porozmawiać. Mogłyśmy podejść – bolała przyjaciółka.
– W życiu.
– Miałabyś autograf na stronie tytułowej, nie chciałabyś?
– Nie. Nigdy nikogo o autograf nie prosiłam.
– A ja tak. Czemu nie chciałaś, przecież ty odważna jesteś…
Odważna? Może i wpadam na rozmaite nierozsądne pomysły, ale jestem mniej więcej tak odważna, jak te zwierzątka, co na widok drapieżnika zastygają w bezruchu, udając martwe. Co gorsza, mam ostatnio wrażenie, że moja nieśmiałość z wiekiem się pogłębia. Kiedyś nie miałam problemu z wystąpieniami publicznymi – miałam tremę, oczywiście, ale nie taką, jaką miewam teraz. Kolana zaczynają mi się trząść na dwa dni przed godziną zero, a w godzinie zero trzęsie mi się już wszystko, cały człowiek mi się trzęsie, razem z umysłem niestety, który mi wówczas traci sygnał, śnieży, aż wreszcie staje się kompletnie, całkowicie, przerażająco pusty. Jeśli ktoś z was to uczucie zna, to wie, że ten gwałtowny mentalny paraliż i niemota są czystym koszmarem, i bardzo wtedy chciałoby się rozpłynąć w powietrzu. Oczywiście jakoś biorę się w garść, gdy sytuacja wymaga powiedzenia sobie: „No stara, nie ma czego się bać, spinasz pośladki i jedziesz”, ale na ogół po wszystkim jestem zupełnie wypompowana. Nienawidzę tych momentów podczas szkoleń, gdy prowadzący prosi uczestników, żeby powiedzieli coś ciekawego o sobie. Podziwiam bardzo ludzi, którzy do każdego podejdą, z każdym pożartują, porwą tłum na konferencji, zaśpiewają publicznie (co ostatnio zdarzyło mi się w wieku lat 14), zadzwonią do radia, dadzą się przepytać przez telewizyjną sondę uliczną, wezmą udział w zabawie weselnej i tak dalej.
Odnośnie dzwonienia – być może ktoś jeszcze pamięta anegdotkę sprzed wielu lat, jak to autorka przez jedyne dwa tygodnie zbierała się do wykonania pewnego telefonu. W końcu go wykonała, ale walnęła sobie uprzednio dwie lampki wina, dwie duże lampki, bo inaczej byłaby zbyt spanikowana. Takie historie zdarzają mi się co chwila.
No cóż. Nie jestem w najgorszym towarzystwie z moją niewdzięczną przypadłością. Barbra Streisand też jest nieśmiała podobno. I Johnny Depp. Elfriede Jelinek nie odebrała osobiście swojej Nagrody Nobla, bo bała się ceremonii. A mój jakże ukochany Matthew Macfadyen w dzieciństwie wymiotował z nerwów przed swoim przyjęciem urodzinowym, biedactwo. Niektórzy uważają nieśmiałość za uroczą, no bardzo być może, ale ja tam wolałabym nie słyszeć donośnego walenia mojego serca ani dobywającego się ze mnie słabiutkiego głosiku.
Zdaniem Zimbardo liczba takich przypadków jak mój wzrosła w ostatnich latach. Może to jakaś choroba cywilizacyjna.
Wydaje mi się, że przekroczyłam mój limit przypadków chowania nieśmiałości do kieszeni na ten rok. Toteż przykro mi bardzo, pisarz odleci na Brooklyn, nie poznawszy mnie.

W ramach podsumowania tematyczna piosneczka w mojej ulubionej wersji.

PS. Dzięki Bogu za internet. Spłodziłam na Tłyterze miłosny ćwierk o Austerze (rym niezamierzony) i minutę później jakiś miły i nieznajomy człowiek napisał mi, że ów jest już w Zurychu, gdzie też ma spotkanie autorskie, które jest właśnie transmitowane na żywo online. Możecie zgadywać, jak spędziłam wieczór.

Stories only happen to those who are able to tell them

Walcząc z deszczem i wiatrem od gór, w których niestety spadł już śnieg, pognałam dzisiejszego wieczoru na randkę z Paulem Austerem.
Wspaniały człowiek.
Olśniewająca erudycja i ironia. Na dobry wieczór powiedział, że pisać, jeśli już się chce, trzeba o tym, co nie daje nam spokoju, czymś, czego nie możemy wyrzucić z głowy, czymś, co nas męczy – inne tematy niekoniecznie są warte wysiłku; być może trzeba będzie odłożyć je na lata. Recytował Chaucera w Middle English (brzmiąc jak rasowy germański oprawca) i zachichotał, że prowadzący spotkanie aż się przestraszył. Opowiadał o tym, jak reżyserował film i bał się przerwać improwizującym aktorom; jak ktoś wydzwaniał do niego w wierze, że dodzwonił się do Agencji Pinkertona (i Auster bardzo bolał, że nigdy nie powiedział: „Tak, a w jakiej sprawie?”). Mówił, że najbardziej wolni jesteśmy wtedy, gdy jesteśmy sami w zamkniętym pokoju – wolni, ale nigdy samotni, bo w gruncie rzeczy składamy się z innych ludzi, których spotkaliśmy po drodze i którzy coś w nas zaszczepili. Mówił o przypadkach, najbardziej niesamowitych przypadkach, które wyśmialibyśmy w powieściach i filmach, ale w rzeczywistości jednak się zdarzają. O tak, zdarzają się.
Wychodziłam zakochana.
Lubię ludzi, których chciałabym słuchać przez całą noc. Lubię pisarzy, którzy przedkładają treść nad formę. Nie ubierają prostych rzeczy w gęste falbanki spiętrzonych zdań, żeby udowodnić czytelnikom, jakie to mają giętkie pióro. Lubię tych, którzy trzymają się sedna. Auster właśnie taki jest.
(Dodam też, że nasze nowe ICE jest naprawdę piękne, ogromne i imponujące. Jest tam też przeraźliwie zimno, ale to cudo działa od raptem paru dni, więc może jeszcze nagrzać nie zdążyli. Mimo zsiniałego nosa jestem pod wielkim wrażeniem. Zabawne, jak wielu opinii naczytałam się o tym, że tak nowoczesna architektura nie pasuje do Krakowa – cóż, Kraków to nie muzeum, ale miasto jak każde inne na tym łez padole, i jak każde inne potrzebuje zastrzyków świeżości).

Humor zepsuł mi się bardzo, gdy w drodze do domu przeczytałam w tramwaju felieton Macieja Nowaka o transmisjach.
Powiem krótko.
Albo nie. Powiem długo.
Gdyby zsumować wszystkie moje wyjazdy do UK w ciągu ostatniego roku, spowodowane względami osobistymi i nie tylko, wyszedłby ponad miesiąc spędzony w Londynie i okolicach. W tym czasie, korzystając z okazji, obejrzałam na miejscu 28 przedstawień. Mam to wielkie szczęście, że mogę. Przyszły rok zapowiada się podobnie. Wychodzi na to, że moje ciężko zarobione pieniądze trafiają w ręce krwiopijców o imperialistycznych zapędach. Nie zmienia to faktu, że regularnie uczestniczę w wydarzeniach kulturalnych w moim grajdołku, jak wskazuje pierwsza część powyższej notki (choć też można by się uczepić, Auster wszak jest nowojorczykiem). Nie uważam brytyjskiego teatru za lepszy od polskiego – tego rodzaju porównania moim zdaniem są pozbawione sensu – acz jest bez dwóch zdań inny. Długo by mówić o różnicach, ale podejrzewam, że to niekoniecznie kogokolwiek interesuje, więc ten fragment pominę, bo i tak czytelnicy mogą już mieć serdecznie dość, że ja znowu o tym samym.
Nigdy nie byłam na koncercie muzyki, dajmy na to, grindcore, w związku z czym nie pisuję o muzyce grindcore. Z samochodów rozróżniam ładne i brzydkie, więc nie podnoszę kwestii motoryzacyjnych. Jak się jednak okazuje, można publikować felietony w dużym dzienniku, nie mając pojęcia o zjawisku, które obiera się za temat swoich ubolewań.
Obawiam się, że w przeciwieństwie do autora mam pewne rozeznanie w temacie – nie tak duże, jak chciałabym, bo żaden ze mnie edukowany specjalista, po prostu bardzo zapalony widz – toteż pozwolę sobie wtrącić mój grosik.

Jeśli o mnie chodzi, nie zamierzam stawiać tym wstrętnym imperialistom najmniejszego oporu. Mogą sobie dokonywać dywersji, perfidnie sącząc w uszy nadwiślańskiej widowni wersy tego swojego barda, wymawiane z tym swoim akcentem. Proszę bardzo.

Pisałam wielokrotnie, że nie przepadam za oglądaniem teatru w kinie ani w telewizji, bo to nie jest i nigdy nie będzie to samo. Nie i już. Nie ta sama ekscytacja. Nie usłyszę, że aktor gra chory i zanosi się koszmarnym kaszlem, gdy tylko wpada za kulisy, jak to się ostatnio zdarzyło. Nie zobaczę, jak się gotuje albo zapomina tekstu i szyje naprędce, albo opluwa ludzi w pierwszym rzędzie podczas swojego żarliwego monologu. Nie będę mogła przez cały wieczór gapić się nabożnie na jedną osobę z obsady, bo kamera wybierze za mnie, na co patrzę. Brakuje mi nawet tego charakterystycznego zapachu. Ale – chodzę na NT Live. Czasami bywam zachwycona i mam ochotę klaskać na końcu, czasami szlag mnie trafia, gdy dookoła siedzą fanki, które przyszły pooglądać gołą klatę Hiddlestona i na każde jego słowo reagują piskliwym chichotem. Z drugiej strony nie mogę patrzeć na nie krzywo; moja przygoda z miejscem, jak je nazywa mój ulubiony dramaturg, bardzo nienormalnym, zaczęła się tylko dlatego, że w liceum zapisałam się na warsztaty teatralne, bo skrycie się kochałam (jak to ja) w facecie, który je prowadził. Ktoś może pójść na filmową buzię, powód dobry jak każdy inny, a wrócić do domu oczarowany przedstawieniem samym w sobie i znienacka odkryć w sobie miłośnika XIX-wiecznej dramaturgii skandynawskiej.
Teatry za kanałem La Manche, tak samo jak nasze, czasami proponują widzom niesamowity chłam. Ale te transmitowane spektakle to naprawdę dobre rzeczy, nie wersje light z celebrytą w głównej roli, tylko bardzo mocne, rzetelnie zrealizowane, wciągające produkcje. To po pierwsze. Po drugie, to często są widowiska zmajstrowane z wielkim technologicznym rozmachem i warto coś takiego choć raz zobaczyć, niechby po to, żeby następnie przez cały wieczór zadawać sobie pytanie: „JAK oni to zrobili?…”. Po trzecie – to tak naprawdę powinien być pierwszy punkt – transmisje są wyciągnięciem ręki do widza; trafiają do ludzi, którzy dotychczas do teatru nie chodzili, nie lubili, a nagle odkrywają, że to wcale nie taka straszna nuda. Uczą się. Dobrze jest się uczyć. Po czwarte, można urlopu nie dostać, żeby obejrzeć na miejscu (być może pan autor nie jest świadom faktu, że życie brytyjskiego spektaklu potrafi trwać dwa tygodnie, a potem demontują scenografię i cześć pieśni, innej okazji nie będzie). Można nie mieć forsy na podróż do Anglii. Można polec w walce z przeciążonymi serwerami i tysiącami chętnych, bowiem kupowanie biletów na bardzo popularne przedstawienia to bywa regularny Mortal Kombat; ludzie ustawiają się w kolejce do kasy w środku nocy czasami. Koniec końców wreszcie, tyle się mówi o kulturze nieznającej granic, a tu się okazuje, że niektórzy tych granic broniliby zapamiętale. Po co?… Nasze teatry wbrew pozorom nie świecą pustkami. Idąc dalej tym torem i broniąc rzekomo demolowanego lokalnego rynku, możemy w ogóle ograniczyć repertuar do Słowackiego i Gombrowicza, jakby nie byli wystarczająco wyeksploatowani.
Podejrzewam, że dyrekcja National Theatre przejmie się strasznie oskarżeniami o neokolonializm i jutro jak jeden mąż pójdzie skakać z pobliskiego mostu z kamieniami u szyi. Ciekawam, czy autor felietonu, domagając się gościnnych występów, zarejestrował w ogóle fakt, że Shakespeare’s Globe był u nas nie dalej jak miesiąc temu.

A w ogóle to mierzi mnie strasznie retoryka z gatunku: „bywam w teatrze i jestem przez to niebywale wyrafinowany, bo to taka wysoka kultura”. Otóż nieprawda.

Soft sir, you must be dieted

Mój znajomy jest akurat, że tak powiem, poszukujący. Szuka kolejnej miłości życia. Nie ma jakiegoś wielkiego ciśnienia, bo młody jest, bardzo wysoki, przystojny (typ, z którym fajnie się chodzi po mieście, bo kobity się za nim oglądają) i obdarzony niezgorszym poczuciem humoru, więc raczej się nie nudzi w temacie przygód damsko-męskich. Ale ostrożnie rozgląda się za czymś trwającym dłużej niż 6 godzin.
– I chciałbym, żeby była taka jak ja – powiedział mi dziś.
– To znaczy?
– Ja się bardzo angażuję, za bardzo. Jestem cały dla kogoś. Chciałbym, żeby ona była taka sama.
– Mhm – odparłam wymijająco, żywiąc pobożną nadzieję, że nie zbladłam z przerażenia.
Wiem, że niektórzy z zachwytem przyjęli partnera oddanego im bez reszty. Ja bym raczej zwiała. Nie chcę kogoś takiego. Sama zresztą zdecydowanie nie należę do osób z gatunku „cały dla kogoś” i o ile bywam zdolna do wielkich poświęceń dla drugiej strony, o tyle nie ma mowy o oddaniu mojego kawałka przestrzeni i marginesu swobody. Ten margines jest u mnie dość szeroki, dodajmy. Niekiedy jak Amazonka. I nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak wyglądają związki oparte na wzajemnym zaangażowaniu „za bardzo”.
Tyle rozważań o chorobach sercowych. Teraz pokażę wam coś, co ktoś mi onegdaj wcisnął na ulicy, a ja bez czytania wetknęłam to do kieszeni płaszcza i dziś, wyjąwszy go z szafy po moim zdaniem zbyt krótkim okresie ochronnym, znalazłam. Przeczytałam. Moja słynna prawa brew, którą zwykłam wyrażać zdziwienie, natychmiast weszła w rolę.

wpid-dsc_00102.jpg.jpeg

W gruncie rzeczy chodzi mi o ostatni fragment. Że jedzenie i picie zimnego powoduje chudnięcie.
Rozpromieniłam się natychmiast.
Bo takie czipsy. Jakby nie patrzeć – zimne. Mój ulubiony KitKat z masłem orzechowym (nigdy nie mam odwagi przeczytać tabelki z wartościami energetycznymi) – zimny. Lody bakaliowe – ma się rozumieć. Wreszcie, proszę państwa, rzecz oczywista, czyli wódka – wiadomo, że zimna. Co prawda to wszystko razem wzięte jakoś nie wydaje mi się fenomenalnie skuteczną dietą odchudzającą, ale przecież mogę nie wiedzieć wystarczająco dużo o życiu…

The aerobics of comfort

Leniwe weekendy nie są aż tak znowu znakomitym wynalazkiem. Ogarnięcie się i spionizowanie w poniedziałkowy ranek okazało się nadzwyczaj trudne. Kto w ogóle wymyślił poniedziałkowe ranki? Czy one rzeczywiście są ludzkości do czegokolwiek potrzebne? Czemu nie możemy zaczynać tygodnia od środy? Dość powiedzieć, że przez ponad godzinę przesuwałam budzik – za dziesięć minut, za dziesięć minut, za jeszcze dziesięć minut… Następnie wetknęłam sobie szczoteczkę od tuszu do rzęs w oko, a później w wyniku napadu potwornej indolencji skazałam się na dwie przesiadki w drodze do fabryki. Ogólnie rzecz biorąc, bardzo potrzebuję mojego kocyka i kubełka z earl grey.
W takie ciemne dni nawet jakoś tęsknię za moją bezsennością, która lubiła wyrywać mnie z łóżka o czwartej nad ranem. Tymczasem serwuję sobie odpowiednio smętną muzykę, doskonale pasującą do lepkiej szarości za oknem. Bardziej od jesieni chyba tylko wątróbki nienawidzę. Wiem, że są fani spadających liści, mgieł i świateł odbijających się w kałużach, więc niech sobie wezmą te liście, te mgły, te kałuże w diabły. Najchętniej zasnęłabym i śniła o… wiem, o czym chciałabym śnić, ale nie powiem.

Na dzień dobry ubawiłam się za to bardzo. Nie ma to jak wysłuchać narzekań na fatalne polskie tłumaczenia i zapewnień, że czyta się tylko w oryginale, bo rodzimi tłumacze w ogóle języka nie znajo, kaleczo, psujo i szkoda gadać. Nie byłoby w tej opinii nic dziwnego, gdyby nie fakt, że widziałam, jakich konstrukcji językowych w lengłydżu dopuszcza się jej autor i łapałam się za głowę (coś w deseń village killed by desks). Pogratulować wiary w talenta lingwistyczne. No, ale dobrze. Trzeba się na coś snobować. Lepsze to niż obrażanie się na torebki za to, że są sprzedawane w Lidlu.

Blood, sweat and tears really don’t matter….

Dom. Kursuję pomiędzy łóżkiem a kanapą. Mam zapas seriali z przystojnymi mężczyznami. Książek mam zapas. Lodówkę pełną. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Dałam się wyciągnąć z ukochanych czterech ścian tylko dlatego, że moja przyjaciółka akurat była w mieście. Tym samym można było znów popróbować czeskich piw (serdecznie dziękuję, szanowna Domówko, za Granata za sześć złotych).
Musiałam odpowiedzieć na dużo kłopotliwych pytań dotyczących mojego ostatniego wyjazdu.
– Co to za jakieś ciemne piwnice wrzucasz na Facebooka?
– To nie są ciemne piwnice. To jest teatr.
– A nie wygląda…
Jak chce, to wygląda bardzo dobrze. Wspominałam już, że to zaczarowane miejsce? Wiem, ośmiokrotnie w minionym tygodniu. Robią tam Halloween w tym roku – pokroiłabym się, żeby tam być. O ile wiem, po spektaklu cała ferajna idzie odwiedzić niedaleki cmentarz prostytutek.
– A co to za gość, co cię odprowadzał po nocy przez dwie godziny?
Odmawiam zeznań. Dziewczyna musi mieć swoje tajemnice.
– Co jeszcze robiłaś?
– Byłam na, eee, czytaniu sztuki.
– Słucham?
Patrzy na mnie, jakbym powiedziała jej, że zapisałam się do kółka prząśniczek.
– Ja cię bardzo przepraszam, ale możesz mi wyjaśnić, co w tym ciekawego?
A ile mamy czasu?…
Chyba nie bardzo mogę – to jakby tłumaczyć komuś, dlaczego lubi się japońskie kreskówki, skąd głęboka fascynacja śpiewem gardłowym, co fajnego w fotografowaniu codziennie tego samego pejzażu albo czemu w knajpach pije się tylko białą kawę, choć w domu zawsze czarną – niemniej szczerze się cieszę na kolejny raz. Czasami coś po prostu pasuje do naszej układanki, a może odwrotnie, może to my jesteśmy tej układanki brakującą częścią i czujemy, że wreszcie trafiliśmy, gdzie trzeba. No – i nie wszystko jest tak nudne, jak z pozoru się wydaje.
Gdyby nie te czytanki, nigdy nie pogadałabym z tak wieloma uroczo postrzelonymi ludźmi… i nie dowiedziałabym się, że powstał sequel „Poskromienia złośnicy”, autorstwa rówieśnika Szekspira i jego częstego współpracownika (bo Sz. nie wszystko napisał zupełnie sam). Bohater po śmierci złośnicy pierwszej (biedna Kasia) wziął za żonę złośnicę drugą, która zabarykadowała się w swoich komnatach i ani myślała łatwo się poddać – uzbroiła wszystkie okna w wypełnione nocniki. W innym dramacie onegoż król postanowił wydać kochankę za swojego przyjaciela, żeby romans nie wyszedł na jaw. Kochanka się oburzyła, przywiązała króla do łóżka, król już się oblizywał na myśl o wyuzdanych rozkoszach, gdy wtem kochanka go zadźgała.
Teatr to nie jest tak niesłychanie wyrafinowana rozrywka, jak niektórzy lubią myśleć. Wprost przeciwnie. Bywa uroczo prosta i lubieżna, zresztą tak się zaczęła. Nie trzeba przyjść w odprasowanej małej czarnej i perłach, nie trzeba uprzednio zaliczyć całego Eurypidesa w oryginale. Byle mieć głowę gotową na wszystko, co może się wydarzyć.
Dobrze, wystarczy coelhozy i powtarzania oczywistości, już przestanę o tym pisać i wreszcie się rozpakuję. Pranie zrobię, łazienkę sprzątnę, zajmę się jako tako prawdziwym życiem.
(Chociaż już sama nie wiem, gdzie ono właściwie jest).

Ach – i ciągnąc cykl „autorka kontra sławni ludzie”, powiadamiam, że dzięki mojemu drogiemu koleżeństwu weszłam w posiadanie wejściówki na spotkanie z Paulem Austerem w ramach Festiwalu Conrada. Nie jestem ani trochę podekscytowana. Ani trochę. W ogóle.

I feel just like I’m living someone else’s life

Pragnę uspokoić, że nadal żyję, przełączyłam tylko moje baterie w tryb stamina. Od powrotu z Londynu przespałam w domu jedną noc; w drodze będę do końca tygodnia. Zawsze chciałam żyć na walizkach, więc nie ośmielę się narzekać, ale brakuje mi trochę moich codziennych rytuałów, a przede wszystkim – czasu. Wysiadam z pociągu, docieram do hotelu, rzucam bagaże w kąt, rozbieram się i stoję nago przez długie kwadranse pod prysznicem, później zwijam się w kłębek w łóżku i skaczę bezmyślnie po kanałach, aż zasnę. Hotelowa pościel jest zawsze tak samo gładka i sztywna, pachnie pralnią i niczym więcej; zawsze się boję, że niedokładnie zmyję tusz do rzęs i na poduszce zostaną rzewne ślady mojej walki z bezsennością. Wszędzie powtarzalny scenariusz. Odprasowane kamizelki w recepcji, szum klimatyzacji, okna, których nie sposób otworzyć, nad czym ubolewam przy moim wielkim zamiłowaniu do – mniej lub bardziej – świeżego powietrza, zbyt starannie złożone białe ręczniki, moja walizka, której nawet nie chce się rozpakowywać, bo i po co. Rano znowu prysznic, posłodzona rozpuszczalna kawa w towarzystwie BBC World, CNN, cokolwiek tam dają; zjazd windą na śniadanie, dżem i sok pomarańczowy, biuro, siedem godzin rozmów, hotel – albo dworzec – i następnego ranka rewind, 24 godziny od początku. Ratują mnie dźwięki w słuchawkach.
Ostrożnie z tym, o czym marzycie. Bardzo ostrożnie.

W przerwie między jednym a drugim spotkaniem otwieram prywatną pocztę i ku swojemu ogromnemu zdziwieniu widzę w niej wiadomość takiej treści:
I’m thrilled you enjoyed the shows so much. I hope we get a chance to say hello when you next come over.
O, bez wątpienia, proszę pana. Bez wątpienia.
Dorobiłam się drugiego życia – tego tam. I to drugie sprawia, że jakoś wytrzymuję w pierwszym.

PS. Kontynuując wątek z poprzedniego wpisu – w mrocznych odmętach sieci pojawiają się zdjęcia, więc proszę, tak wyglądało to, co widziałam. Główny bohater lada moment utraci dość istotny z męskiej perspektywy kawałek ciała.

AVAST!!!

What shall we do with a drunken sailor?
We’ll put him in bed with the captain’s daughter
Put him in bed with the captain’s daughter
Put him in bed with the captain’s daughter
Early in the morning!

Tutaj będzie wpis o piratach. Takie przynajmniej jest założenie, a co mi w istocie z tego wpisu wyjdzie, to się okaże w praniu. Myślę, że do rzeczy przejdę jakoś w ostatnich linijkach.
„W sztuce teatralnej autorem, dekoratorem, twórcą kostiumów, kompozytorem, aktorem, tancerzem – powinien być właściwie jeden człowiek. Tak wszechstronny tytan nie istnieje. Jednostkę trzeba więc zastąpić tym, co jest najbardziej podobne do jednostki: grupą przyjaciół”.
Tak kiedyś powiedział Jean Cocteau. I tak najkrócej da się opisać niedzielne czytanka w Globe. O co w nich chodzi, wyjaśniałam już parę razy, więc dziś tę sekcję pominę.
Najpierw obszerna dygresja NIE o piratach.
Uwaga, będę kwikała teraz.
Wszyscy wiedzą, że mam słabość, do której nie przyznam się łamana kołem. Nabawiłam się jej kilkanaście miesięcy temu i nie miałam wówczas pojęcia, ilu dziwnych ludzi dzięki niej poznam i w ilu niezwykłych wydarzeniach wezmę udział.
Znacie taką starą piosenkę, Sunshine Superman się nazywa? I’ll pick up your hand and slowly blow your little mind? Jakoś mi się skojarzyła.
Jeżeli kiedykolwiek zostanie ogłoszony konkurs na najmilszego człowieka we wszechświecie – ja go nie wygram. Ani, przykro mi, nikt z was. Ale wiem, kto wygra i to jeszcze zanim się odezwie.
Przy czym ja nie do końca jestem pewna, czy to jest człowiek. Tak czy inaczej, jest absolutnie nieznośny.
To stworzenie sfrunęło z innej planety, ale abstrahując od zaawansowanego zwariowania i hermetycznego poczucia humoru, jest chodzącą uroczością w powalającym stężeniu. I nie chodzi mi tu wcale o obnoszoną z nonszalancją urodę porcelanowej laleczki od szyi w górę i Popeye’a po szpinaku od szyi w dół. Ani o deprymującą erudycję. Ani o to, że stworzenie powinno dostać jakiś międzyplanetarny medal za dobre serduszko. Toto jest nieopisanie miłe i uprzejme, wyluzowane jak tybetański mnich i bardzo, ale to BARDZO łagodne, co ma niebagatelne znaczenie w sytuacji, gdy stoicie pół metra odeń, otwieracie buzię i wtedy właśnie uświadamiacie sobie, że zapomnieliście, co chcieliście powiedzieć.
Gdy nie daj Boże wspomnicie cokolwiek o zamiłowaniu do teatru, zainteresowanie rzeczonego waszą skromną osobą wyraźnie wzrośnie. Jeśli tym bardziej nie daj Boże wspomnicie trzy magiczne słowa, chłopaczek rozjarzy się jak żarówka, w karmelowych oczętach błyśnie porozumiewawcza iskierka i od razu inna rozmowa, aż w pewnej chwili z przerażeniem zauważycie wyciągniętą w waszym kierunku łapkę. Chłopak wymiędli wam rączkę i będzie się domagał, żebyście przyszli się przywitać następnym razem. Być może ktoś inny odmówiłby, ale ja mam bardzo słabą wolę, więc potulnie chodzę się witać. Mam też bardzo słabe nerwy i odwagę królika, toteż każde takie spotkanie rozpoczyna się minutą ciszy, podczas której nasza bohaterka rozpaczliwie usiłuje przypomnieć sobie dowolne słowo w języku angielskim oraz jak się nazywa. Kiedyś też zabłysnę swadą. Ewentualnie napiszę sobie tekst wcześniej na dłoni.
Pod żadnym pozorem nie należy niczym go obdarowywać, bo będzie wylewnie dziękował przez kwadrans. Nie należy też się przedstawiać, bo można się bardzo zdziwić niedługo później, jeśli występujecie w mediach społecznościowych.
To jest nie do wytrzymania. Jakby was ktoś ptysiami bombardował albo masował watą cukrową.
I ta właśnie wysoko stężona słodycz została przez swoją własną publiczność skazana na wyreżyserowanie sztuki właściwie niewystawialnej. Jak zwykle w przypadku tych osobliwych wydarzeń – dostała na to pięć godzin.
(Nawiasem mówiąc, podtrzymuję opinię ze stycznia, sweterek musi odejść. A w ogóle kto nosi Christmas jumpers na początku października?).

Słodycz zemściła się na publiczności bezlitośnie.
Po pierwsze kazała widzom przebrać się za piratów.
Po drugie zmontowała obsadę z aktorów przyprawiających o migotanie komór (bardzo miły człowiek i bardzo mi się podobało, gdy czaił się u moich kolan) lub przedsionków (facet wygląda doskonale piracko – jakby która była zainteresowana, to ten pan zajmuje się również treningiem personalnym), ale też zatrzymała ekipę, która zawsze w tych wesołych czytankach bierze udział.
Po trzecie, usiadłszy sobie skromnie w kąciku, demonstrowała cały repertuar swoich numerów popisowych, to jest dręczyła niewinnych ludzi regularnym hair porn, zalotnym kręceniem nóżką obutą w znające trudy życia najki, marszczeniem się z przejęcia, rumieńcami, gryzieniem palców (czy oni mogliby ustawowo tego zabronić w tym kraju) i zaraźliwym gulgotem.
Po czwarte naprawdę dobrze jej to wyszło, jak na taką partyzantkę. Widzowie dostali trzy godziny bezdechu, czkawki, łez i bólu brzucha.
Jak zwykle bohaterowie jeden za drugim kopali w kalendarz w męczarniach – literaci czterysta lat temu byli trochę jak Ania z Zielonego Wzgórza i uważali, że dramatis personae powinny koniecznie umrzeć – i jak zwykle było to przeraźliwie śmieszne. Bo taki też jest koncept całej zabawy.
Nie podejmuję się streszczenia, ale to z pewnością jest bardzo złe dzieło. Być może najgorsze w historii dramaturgii europejskiej. Ono jest tak DURNE, że tego się nie da wystawić serio. Jest antysemickie, antyislamskie, antyfeministyczne, anty co tam jeszcze zechcecie. Wątki pokręcone i urwane w połowie, zero spójności, masa przemocy, masa seksu, a gdy autorowi brakowało wyobraźni do opisania czegoś dialogiem, sięgał po pantomimę, zostawiając aktorom luźne wskazówki, co mają pokazać. Efektem była najbardziej kuriozalna scena, jaką w życiu widziałam. Całkowicie improwizowana, niema scena konwersji na islam, w której aktorzy dobrowolnie zgłaszali się do robienia za księżyc, kapłana, hurysę, małpę, osła, kielich wina lub tron. Biedny tron trochę się namęczył, osioł, będący drobniutką kobietą o połowę mniejszą od dosiadającego go jeźdźca, jeszcze bardziej. Scena kończyła się obrzezaniem głównego bohatera. Publika płakała ze śmiechu, wykonawcy również.
Były też inne cudeńka.
Wszystkie śmierci były bardzo okrutne, bardzo. Ale znowu – trudno nie parskać, gdy leżące na scenie zwłoki zakładają nogę na nogę. Albo gdy czarny charakter każe swojemu umyślnemu się związać, po czym informuje, że teraz on zwiąże jego.
– Jak? – pyta przytomnie umyślny.
– Nie wiem, przewróć mi stronę, to ci powiem…
Zwłoki głównego bohatera, koszmarnie ugodzonego w tętnicę, opadają na zwłoki uprzednio zabitego (mieczem w jelito grube, że to tak ujmę). Uprzednie zwłoki czule obejmują zwłoki główne. Publiczność bezwładnie zwisa z ławek i rzęzi.
Jeden z bohaterów wygłasza żarliwy, przydługi monolog.
– Mam nadzieję, że zrozumieliście cokolwiek z tego – dodaje na końcu, sam nieco skonfundowany.
Groźny pirat z pluszową papugą przyszytą na okrętkę do rękawa każde swoje wejście rozpoczyna złowrogim „haHAA!”.
Aktor, który za chwilę zginie (straszną śmiercią, nie inaczej), pośpiesznie zdejmuje okulary.
Żona jednego z głównych bohaterów zdradza – za kulisami, ale głośno i dynamicznie – męża z tym, co zaraz będzie okulary zdejmował. Jego spodnie lądują na scenie, mąż je znajduje, pożar, sodoma i gomora. W kolejnej scenie pojawia się mufti w turbanie na głowie… udrapowanym z tychże gaci. Widownia wyje.
Nie każdego to bawi, bo to jednak odjechana prowizorka, nader często ocierająca się o granice dobrego smaku – być może dlatego na ogół widzę te same twarze – ale jeśli wessie, to na dobre. Poza tym czasami jest niespodziewanie magicznie i pięknie. No i nigdzie indziej nie doświadczyłam takiej kooperacji widzów z aktorami, tak niesamowicie życzliwej, kumpelskiej wręcz atmosfery; nawet gdyby miała nastąpić całkowita katastrofa, ludzie i tak wiwatują, jakby Bóg wie co zobaczyli. Szaleństwo i stężenie absurdu nie do opisania.
Dopadłszy reżysera na schodach po wszystkim i odbębniwszy tradycyjne nieszczęsne h…h…he…hello, wyjąkałam jedynie, że nie jestem pewna, czy znam stosowne angielskie słowo na określenie tego, co właśnie widziałam. Reżyser trzepnął rzęsami, zagulgotał i odparł, że on takiego słowa też nie zna.

Ta sztuka jest osnuta na faktach. No, w każdym razie opowiada o kimś, kto naprawdę istniał. John Ward rzeczywiście był piratem, który z miłości przeszedł na islam. Przez pewien czas działał całkiem legalnie pod auspicjami Elżbiety I, obrabiając hiszpańskie statki w czasie, gdy Anglia toczyła wojnę z Hiszpanią, ale potem wojna się skończyła i źródło dochodów również. Ward olał zatem ojczyznę i został piratem pełną gębą, na Morzu Śródziemnym. Kradł okręty, łupił, mordował, a jedną ze swoich łajb zatopił (razem z liczną załogą…), bo zainstalował na niej zbyt ciężkie działa.
A tak, wybuchy też były. Bardzo imponująca bitwa morska była. Na confetti i serpentyny. Wszyscy siedzący na dole wytrzepywali z włosów bitewne odłamki.
Ward był podobno pierwowzorem Jacka Sparrowa.
Nie wiem czemu, ale bardzo mnie rozbawiła informacja o tym, że w rzeczywistości ten wielki pirat owszem, liczne miał przygody, ale w końcu osiadł w Tunezji, by zająć się hodowlą kurcząt.

Taak, wiem. Nuda. Ale bądźcie dla mnie wyrozumiali, proszę. Jestem bardzo nieszczęśliwa, że wróciłam. A poza tym mam katar.
Kolejny urlop spędzam nad ciepłym morzem, sącząc daiquiri i unikając wszelkich wydarzeń choć trochę kulturalnych. Tak mi dopomóż.

Everything you’ve imagined – it is. It’s out there. Everything.

Uprzedzam, to będzie długi wpis. Dłuuugi wpis.
Przyleciałam z powrotem. Wstałam w bezbożnej godzinie, żeby przylecieć z powrotem. Podróżowanie bladym świtem ma jeden tylko plus – możecie ze spokojem poczęstować się prosecco zamiast porannej kawy; il gusto del viaggio, wiecie. Lotniskowe zegary wskazują jakieś tam godziny, oczywiście, ale nikogo nie obchodzi, czy to poranek, czy wieczór.

Gdybyście chcieli wiedzieć, co porabiałam, gdy nie chodziłam do teatru, to na przykład chodziłam na spacery – w środku październikowej nocy, bo czemu by nie, skoro towarzystwo bardzo miłe, a z rugbistą po ciemku człowiek się nie boi. Co prawda z zimna i z wysokich obcasów odpadły mi stopy, ale to nieistotny drobiazg. Trafiłam na pełnię, więc Londyn wyjątkowo malowniczo się prezentował (dodać trzeba, że tylko wieczorami, bo za dnia rąbało z nieba żabami i wiało z każdej strony).

wpid-dsc_0041_3.jpg

wpid-dsc_0003_32.jpg

wpid-dsc_0006_21.jpg

W świetle dnia natomiast poszłam na fenomenalną wystawę o wiedźmach i chciałam ukraść co drugą grafikę. Z latawicami, jak wiadomo, głęboko się utożsamiam. wpid-dsc_0012_14.jpg

A potem znowu kurtyna w górę.
National Theatre to dość paskudne miejsce – wstrętny betonowy bunkier z kilkoma salami teatralnymi mieszczącymi tysiące ludzi. O głębię wrażeń trudno. Wolę teatry bardziej intymne, mniejsze, niekoniecznie naćkane technologią (o tym, jak zrobić show całkowicie bez technologii, ufając wyobraźni i poczuciu humoru widzów, będzie jakoś w weekend), w których nie czuję się jak mróweczka.
Gwoli ścisłości, doceniam misję NT – dzięki nim mogę oglądać sobie sławne spektakle, nie ruszając się z Krakowa (choć oczywiście wolę się ruszyć). Ale to przedstawienie nie będzie raczej transmitowane – z trzech powodów. Po pierwsze Cillian Murphy bardzo krytycznie odnosi się do filmowania teatru – i w sumie ma sporo racji – po drugie to rzecz, która na ekranie nie zadziała, będzie kompletnie bez sensu, po trzecie to bardzo specyficzna sztuka. O czym? Nie podejmę się wyjaśniania. W czyjejś recenzji przeczytałam, że nawet po wypiciu butelki wina nie sposób pojąć, o co chodziło. Niektórzy twierdzą, że to wariacja na temat Czekając na Godota i coś w tym jest. Oto jest dwójka bohaterów żyjących w wyimaginowanym miasteczku, we własnym szczelnie zamkniętym pokoju, z którego nie wyściubiają nosów, zanurzeni w dziwacznych rytuałach (nota bene, scena porannych, kaskaderskich wręcz ablucji i ćwiczeń gimnastycznych przy dźwiękach tej pieśni – rzecz dzieje się w latach osiemdziesiątych – była widowiskiem jedynym w swoim rodzaju). Jeden z nich bardzo chciałby wydostać się, uwolnić, a drugi wprost przeciwnie. Tymczasem ganiają po scenie, gadają pozornie od rzeczy, gdy wtem z potwornym hukiem wali się tylna ściana. Za którą, jak się okazuje, czeka bohater numer trzy. Wejdzie się przywitać, strzepnąć papierosa do herbaty i zapowiedzieć, że owszem, niedługo sobie pójdzie, ale nie sam; kogoś ze sobą zabierze. Pan Bóg? Śmierć? Lokalny mafioso?…

Ale Cillian. Co za gość.
(Fanki klikają i miękną).
Zwierzę, po prostu zwierzę. W tym facecie jest coś niemożliwie psychotycznego. On potrafi zmieniać się w ułamku sekundy, jak przystało na rasowego świra. Żadnych półśrodków chyba na scenie nie uznaje. Ma niesłychanie plastyczne ciało i głos; gra trochę tak, jakby był gotów życiem to przypłacić, rzuca się na dechy, wali głową w ściany. Rozsadzał teatr tego wieczoru.
Dziwne to było, dziwne i niepokojące.
Kolejny dzień spędziłam na suszeniu przemoczonych do cna pepegów na widowniach. Najpierw wzięłam się za tę atrakcję (huhu, czekałam na okazję do podlinkowania tego zdjęcia), już mi znaną i niezmiennie zachwycającą, później wylądowałam drzwi obok, żeby zobaczyć Wielką Brytanię po śmierci królowej, z nowym królem, który nieszczególnie sobie radzi, zwłaszcza że z tylnego siedzenia kieruje ktoś inny… Fantastyczna rzecz, bardzo groteskowa. My nie mamy konstytucji. Mamy tradycję. Duch księżnej Diany straszy Karola, Karol niezbyt chce przejąć władzę, książę Harry odkrywa Leicester Square i kebaby nad ranem, a wolność słowa wymyka się spod – o ironio – kontroli. Ale tradycja, tradycja, mundur i ordery nade wszystko. Aktorzy mówią wierszem, parodiując szekspirowski rytm, w cudownie surowej scenografii przywodzącej na myśl średniowiecze – gołe cegły wznoszą się po sam strop. Jakby czas zatrzymał się dla monarchii. Tylko czy można kurczowo trzymać się przeszłości? I w ogóle po co to robić?
Ta sztuka bezlitośnie kpi ze świętości korony, z niechęci do podążania z duchem czasu, z nieporadności oderwanej od realiów władzy w starciu z najzwyklejszymi ludźmi.
A na widowni zasiadał razem ze mną niejaki Rowan Atkinson. Ahem.

Następnego wieczoru pędziłam znów południowym brzegiem, gapiąc się z zachwytem na filmowy pejzaż. Tak, wieczory były naprawdę piękne. O dniach nie warto wspominać.

wpid-dsc_0026_8.jpg

Pędziłam do Rose.
Tak dziś wygląda ten teatr.
wpid-dsc_0029_5.jpg
To jest miejsce, w którym niejaki William S. występował, a dla którego Marlowe pisał sztuki. Miejsce zapomniane i zrujnowane, dostępne dla wtajemniczonych. Ktoś kiedyś napisał, że gdyby Marlowe pożył dłużej, europejska literatura wyglądałaby zupełnie inaczej. Trudno się nie zgodzić. Kit nie przebierał w środkach, skandali się nie bał. Pisałam – gej, ateista, z paroma wyrokami na koncie i piórem jak brzytwa. W końcu się doigrał, ale zanim go zadźgali, zdążył napisać bardzo krwawą sztukę o nocy świętego Bartłomieja, którą teraz w tych mokrych zakamarkach można sobie obejrzeć, w bardzo niezwykłych okolicznościach. Robi to wszystko ekipa szaleńców i fachowców zarazem, więc te przedstawienia, ukryte perełki, są w mgnieniu oka wyprzedawane. Ja, dzięki serii przyjemnych zbiegów okoliczności, trafiłam na próbę generalną, na której aktorów było więcej niż widowni, więc po owacji nastąpiło zbiorowe spożywanie przyniesionych przez kogoś ciasteczek. Doświadczyłam czegoś niezwykłego w miejscu, które zwykle nocami jest zamknięte, śpi w ciemności – a ja mogłam w nie wejść. Rose bywa otwierany w sobotnie przedpołudnia i uroczy wolontariusze bardzo chętnie po nim oprowadzają, ale wieczorami działa rzadko, bo – jak wspominałam – nie ma w nim żadnej infrastruktury. Widzowie nieczęsto odbywających się przedstawień muszą liczyć się z niewygodami – ale też z magiczną atmosferą; w tym zimnym powietrzu i mroku jest coś nieuchwytnego. Po wszystkim jeden z aktorów opowiadał mi o ruinach, a drugi zasuwał z odkurzaczem, bo trzeba było całą krew uprzątnąć.
– Następnym razem chętnie pomogę odkurzyć…
– Weź miotłę.
– Przylecę na niej.
– Świetnie. Będziesz miała większy limit bagażu niż w easyJecie.

Cry God for Harry, England and The Rose

Może bym się odezwała, bo ktoś a nuż ciekaw, czy przeżyłam lot. Owszem. Ryanair z jakichś przyczyn postanowił wynagrodzić mnie kolejką priorytetową (polega to z grubsza na tym, że wyganiają was na zewnątrz, gdy samolot jeszcze jest sprzątany i pozwalają wam postać przez dwadzieścia minut pod mruczącymi słodko silnikami, podczas gdy zwykli kolejkowicze czekają w ciepełku). Acz łatwo nie było, bo tuż za kanałem La Manche wlecieliśmy w paskudne deszczowe chmursko, które nas wybujało bezlitośnie. Jeśli mam być szczera, nie podoba mi się wcale, gdy samolot nad samym pasem startowym nagle przechyla się na bok, bo zawiało.
Buty mi przemokły podczas sprintu z płyty do terminalu. Tak było ślicznie. Ale gdy o zmierzchu maszerowałam do Southwark, księżyc świecił w najlepsze.
Londinium może sobie słynąć z neonów West Endu i gwiazd na wyciągnięcie ręki, ale prawdziwe skarby są dobrze ukryte.

Przedstawienie było bezwzględnie cudowne i warte wszystkich zachwytów, które nad nim wylewano w internecie. A poza tym miejsce jest magiczne – to ruiny nieistniejącego teatru. Od wielu lat trwa walka o to, by go odbudować, a w każdym razie umożliwić granie w nim spektakli dla publiczności w jako takich warunkach, obecnie bardzo przaśnych. Nie ma ogrzewania, miejsce jest malutkie, ludzi więc przychodzi garstka. Ale te ruiny, oświetlone wątłymi płomykami świec, oszałamiają. Widownia i aktorzy tłoczą się na antresoli, a w dole, w gęstej ciemności migoczą te ogniki, ślady sprzed 450 lat.
– Uważajcie – powiedziała pani stage manager, jednocześnie bileterka. – Duchy was tu słuchają.
The Woman in the Moon to zapomniana sztuka; wystawiana po raz pierwszy od 400 lat. Czemu zapomniana, nie mam pojęcia, bo jest genialna. To dziwny, mocno erotyczny miks biblijnych historii, mitów i astrologii; opowieść o pierwszej kobiecie, której kolejne bóstwa – Mars, Wenus, Jupiter, Merkury – przekazują swoje moce,więc jest na zmianę wściekle agresywna, namiętna, chimeryczna, cwana, potulna. Znacie to skądś, drogie panie? W Pandorze, kierowanej boskimi mocami, kochają się beznadziejnie czterej pocieszni pastuszkowie i każdy na swój nieporadny sposób próbuje ją zdobyć. A wyższe moce mają swoje plany.
Cudowna rzecz.

Następnego dnia wstali niektórzy bladym świtem, żeby skompletować piracki outfit (przed wyjazdem zdobyłam tylko koszulkę – w samej koszulce pójść to jednak przesada byłaby…). Jest tylko jedno miejsce, w którym w ciągu minuty znajdziecie kolczyki z Jolly Rogerem za funta.

image

To, co dziś widziałam, opiszę innym razem, bo nie dość, że makijaż mi spłynął ze śmiechu, to jeszcze inteligencja mi się zatrzymała. Serdecznie nienawidzę chwil, w których moja zdolność konwersacji gwałtownie się upośledza i przez długie sekundy stoję niema i spanikowana. Ale jakoś ciągle się w takie sytuacje pcham…

We’ll run where lights won’t chase us

– Masz jakieś plany obiadowe na dziś? Otwarło się nowe miejsce…
SZLAAAAG.
I to byłoby wszystko, jeśli chodzi o moją dietę.
Do soboty żyję o wodzie.
Tak czy inaczej, autobus zdecydowanie wart odwiedzin, zupa rybna wyśmienita – tak wyśmienita, że powinni podawać ją w znacznie większych kubełkach, być może nawet wiaderkach – dorsz mięciuchny i do tego leją kwas chlebowy z beczki.

Studenty wróciły, miasto w związku z tym wściekle zatłoczone, a ja mam tradycyjny październikowy rzut socjopatii.
Obiecałam sobie, że nie będę wypowiadać się w sprawie diskopolowego klubu otwierającego się tam, gdzie niegdyś był Lizard King. Może i to nie było moje ulubione miejsce, ale zdarzały się dobre koncerty. A teraz taka żałość. Coraz rzadziej bywam, jak to się tutaj mówi, w Rynku i wyraźnie niewiele tracę, bo coraz większy tam lunapark.
Tym bardziej nie będę wypowiadać się w sprawie cenionego przeze mnie wielce pisarza, bo nie lubię pudelkozy i wywalania publicznie prywatnego błocka, nawet gdy zostało się do tego sprowokowanym.
Czas pakować się na urlop. Jak zwykle będę ćwiczyć bilokację lub też pędzić z wywieszonym językiem z miejsca w miejsce, bo napchałam sobie atrakcji co niemiara. A i tak najbardziej chciałabym poleżeć w parku, choć nie podejrzewam, by październikowa pogoda temu sprzyjała. Lista wydarzeń, w których zamierzam wziąć udział, świadczy o chyba o mojej słabo tajonej schizofrenii, ale co mi tam. Najpierw pójdę na stację metra – ale nie po to, żeby dokądś pojechać, bynajmniej. Później do księgarni, na moje nieszczęście specjalizującej się w literaturze podróżniczej. Zaplanowałam sobie też dość dziwne muzeum, wystawę o czarownicach, ociupinę sztuki współczesnej, dwie wizyty u Wiktorii i Alberta, wiadome przebieranki, bardzo niezwykły teatr (jeden z raptem pięciu podczas tej wycieczki), barowy wieczór z takim jednym dżentelmenem – różnie może się potoczyć – i coś jeszcze, ale chwilowo zapomniałam. Spodziewajcie się wielu przydługich wpisów, w których będę ekscytować się do nieprzytomności raczej nudnymi sprawami. Oraz najpewniej jednego złożonego z naprzemiennych kwiknięć i powzdychiwań. Tak tak, jeżeli z niepokojem – lub z ulgą – zauważyliście, że dawno tu czegoś nie było, pragnę uspokoić – lub ostrzec – że niebawem będzie, to znaczy nasza bohaterka okropnie się nacierpi. Dla stałych czytelników ta podpowiedź powinna być oczywista (można już trenować zamaszysty facepalm), dla niestałych wyjaśniający wszystko obrazek. Moim zdaniem słodsze to jest niż mała panda na koniku bujanym – dla porównania rzeczona panda.

No to cześć. Idę sprawdzić, jak bardzo rozciągliwy jest mój bagaż podręczny.

It’s the difference between using a feather and using a chicken

Moja ukochana Dorothy Parker taki żarcik kiedyś wymyśliła (uwaga, brzydki):
Q: What’s the difference between an enzyme and a hormone?
A: You can’t hear an enzyme.

Czemu nim zaczynam w ten irytująco słoneczny poniedziałek?

Otóż ogromnie męczą mnie ludzie, którym wszystko się kojarzy.
Też mam czasem takie dni, nigdy zresztą nie narzekałam na niedobory kosmatych myśli – ale jakoś wolę zachowywać je dla siebie, a nie rzucać od niechcenia w rozmowach na dowolny temat, od narzekań na komunikację miejską po azjatyckie indeksy giełdowe. Nieustające gadanie o seksie (i to rzadko w postaci subtelnych double entendres) wcale nie jest takie fajne i cool, jak może się niektórym wydawać. Czuję się, jakby miała do czynienia z napalonym małolatem.
A propos małoletniości – zdarzyła mi się wczoraj rzecz niebywała, mianowicie zostałam wylegitymowana podczas nabywania wina. Zakładam, że człowiek za ladą chciał po prostu być dla mnie miły, albo też to taka akcja marketingowa mająca na celu zachęcanie klientek do regularnych odwiedzin. I tak nie mam po drodze.

Być może jesteście ciekawi, choć wątpię, jaki postęp poczyniłam w sprawie mojego przebrania na niedzielę.
Zerowy.
Nie mam zresztą – wielkie nieba, co się ze mną stało?! – ochoty na chodzenie po sklepach. Widziałam jeden fajny kostium w Toys’R’Us przy okazji kupowania prezentu dla sąsiadkowego dziedzica. Elegancki i bardzo piracki, ale po pierwsze z całą pewnością nie dopięłabym się w biuście, a po drugie musiałabym mieć metr dziesięć wzrostu.