I know I can do this because I went to London on my own

Mam problem z teatrem w kinie. Oczywiście uważam, że retransmisje to wspaniała sprawa, ale troszeczkę czuję tę czwartą ścianę jednak. Niezaprzeczalną zaletą teatru na żywca jest to, że gdybyście nieco się wychylili, moglibyście złapać aktora za kostkę (nie żebym próbowała to robić), a bardziej serio: że całkiem prawdopodobna jest interakcja pomiędzy wami a nim. Ponadto co wieczór coś jest inaczej, bo ktoś się pomyli albo ugotuje, albo będzie musiał improwizować, jedna scena będzie dłuższa, a inna krótsza i wiecie, że gdy pójdziecie na ten sam spektakl po raz drugi, szósty, dwunasty, nie będzie tak samo. No i koniec końców jest – choć nie zawsze, rzecz jasna – ta dziwna chemia, dość ulotne poczucie wspólnoty. Kamera to bardzo skutecznie zabija.
Mam też taki problem, że na końcu chcę klaskać, ale byłoby głupio.
Tym razem naprawdę bardzo chciałam.

Najpierw była książka.
Książkę zaadaptował na deski niejaki Simon Stephens – ten sam, który napisał Sea Wall. Po obejrzeniu Sea Wall cierpiałam na ostry bezsens życia przez dobę, więc domyśliłam się, że mogę spodziewać się czegoś, co mnie uszczypnie w miękki brzuszek. I tak było.
Jest scena, niezbyt duża, otoczona widownią z każdej strony, scenografii zero. Jest autystyczny nastolatek (w rzeczywistości odtwórca głównej roli miał w momencie rejestrowania tego spektaklu 28 lat, jeśli możecie w to uwierzyć), który znajduje zadźganego widłami psa sąsiadki. Lubił tego psa, więc postanawia przeprowadzić śledztwo i dowiedzieć się, kto zabił. Ale dowie się przy okazji rzeczy, które zburzą cały porządek jego delikatnego świata i ruszy w odważną podróż pociągiem do Londynu, żeby odkryć prawdę.
Odważna podróż pociągiem do Londynu brzmi śmiesznie, co? To nie polowanie na grubego zwierza. Wystarczy wstukać punkt docelowy w automacie biletowym, wsunąć kartę albo wrzucić pinionszki, przeczytać na ekranie, z którego peronu odjeżdża najbliższy pociąg, wsiąść doń i wysiąść u celu, po czym zjechać schodami ruchomymi piętro niżej do metra. W metrze miła pani czyta nazwy kolejnych stacji, więc człowiek się nie pogubi. Tak to zazwyczaj wygląda. Łatwizna. Tylko wyobraźcie sobie, że pociągi hałasują tak, że pęka wam głowa, ludzi jest za dużo i wszyscy się na was pchają, i was dotykają, choć tego nie znosicie. A wy nigdy dotąd nie ruszyliście się sami donikąd – cóż dopiero do tak ogromnego miasta. Jesteście przerażeni szalonym światem wokół was, ale jeszcze bardziej przeraża was wizja powrotu do świata, który wydawał wam się znany.
To jest bardzo zabawne, jeszcze bardziej wzruszające – tata Christophera pocił mi oko, ilekroć się pojawiał – i ogromnie wciągające. A już zupełnie uwodzi ostatnia scena – gdy bohater (który przez tę chwilę jest aktorem w przedstawieniu na motywach napisanej przez siebie książki, choć może to już aktor grający bohatera grającego aktora?…) tłumaczy, jak rozwiązał zadanie z algebry i robi to za pomocą oświetlenia, uruchamiając całą teatralną maszynerię. Reflektory, rzutniki i diody LED kreślą dla was równania. To jest ten moment, gdy widzowi opada szczęka.
Nie wiem, czy kina będą to jeszcze powtarzać, ale jeśli tak, idźcie koniecznie.

Dziś tymczasem mam dzień marudy, nic na to nie poradzę. Może dlatego, że mało spałam. Będę się czepiała. Uwaga, zaczynam.
Mam otóż uczulenie na słowo „totalnie”.
Gdy widzę słowo „totalnie”, zwłaszcza w czymś, co ma uchodzić za fachowy tekst, a już nie daj Boże w druku, budzi się we mnie mój mały wewnętrzny psychopata. A gdy budzi się we mnie mój mały wewnętrzny psychopata, nigdy nie jest dobrze. Mojego małego wewnętrznego psychopaty należy unikać za wszelką cenę.
Jakaś taka cudaczna moda nastała, że teraz filmy są totalnie dobre, książki totalnie nudne, kobiety totalnie zakochane, woda w morzu totalnie zimna, a język polski totalnie sponiewierany.
Absolutnie. Całkowicie. Nieopisanie. W pełni. Bez reszty. Do cna. Kompletnie. Niebywale. Stuprocentowo. Bezwzględnie. Niemożebnie. Do szpiku kości. Nieprawdopobnie. Dogłębnie. Na amen. Mogę tak przez cały dzień.
Polszczyzna jest taka bogata – na cholerę kopiować z amerykanckiego?
Drugi punkt na liście dzisiejszych uczepień to kontynuacja wspominanej w poprzednim punkcie historii z hasłem reklamowym. Jakoś tak się obawiałam, że wymyśliła je kobieta, która zresztą twierdzi, że z tej właśnie przyczyny slogan nie jest seksistowski. Ciekawy tok rozumowania i chyba za nim nie nadążam.
Na domiar złego nie wiem, jakie mam plany na sobotę, albowiem osoby, które mi złożyły wstępne propozycje wspólnego korzystania z różnych miejskich atrakcji – czyli głównie jedzenia – postanowiły nagle zamilknąć, wstąpiły do zakonu lub wyemigrowały, nie wiem. W każdym razie nie lubię takich zagrań i lada moment na wszystkich się wypnę, postanawiając spędzić weekend z serialami.

Ale – dzień marudy osładza mi fakt, że w poniedziałek (dlaczego dopiero w poniedziałek?) pojawi się w dziewiątym kręgu piek… internetu coś, co zapewne obejrzę siedemdziesiąt razy z nosem przyklejonym do monitora. Pozwolę sobie oszczędzić wam linka. W każdym razie gdybym milczała w przyszłym tygodniu, nie lękajcie się – to będzie znaczyło, że nadal jestem bardzo zajęta oglądaniem i mam już oczy jak Marty Feldman. Trzeba mieć jakieś radości w tym totalnie smutnym życiu, nie?

I shall look forward personally to exterminating you

Uczestniczyłam dziś w arcyważnej dyskusji.
Tak mi się wydaje.
Przez niemal cały czas jej trwania nie miałam pojęcia, o co chodzi i zastanawiałam się, czy ktokolwiek takie pojęcie ma. Miałam wrażenie, że niekoniecznie, ale ponieważ bezpieczniej udawać zrozumienie, uczestnicy przerzucali się długimi słowami, skomplikowanymi skrótami i frazesami nadającymi się do użycia w każdej okazji. Główny dyskutant posługiwał się do tego angielszczyzną tak okropną, tak boleśnie kulawą, tak gęsto najeżoną bezmyślnymi kalkami z języka ojczystego, że naszą bohaterkę, znaną miłośniczkę (ba, fetyszystkę) potoczystej wyspiarskiej mowy ze stosownym akcentem, bolało serduszko.
A propos angielszczyzny – jeżeli czyta mnie jakiś wysoki, bardzo wysoki osobnik płci męskiej, który od dzieciństwa marzy o zostaniu gwiazdą filmową, to niniejszym informuję, że pojawiła się szansa. Właśnie ogłoszono casting na czarny charakter w nowym filmie o Bondzie. Ja tam ciągle liczę, że któregoś dnia ta rola trafi w urocze rączki mojej wstydliwej słabości, ale z pewnością nie tym razem, bo podstawowego kryterium słabość nie spełnia, choćby się Bóg wie jak naprężała.

Też bym chciała zagrać takiego bondowskiego szwarccharaktera, najlepiej jakąś wredną, dwulicową sucz ze sztyletem za gołymi plecami, która oczywiście ginie straszliwą śmiercią, ale dopiero po tym, jak… no, wiadomo, w końcu to Bond.
Ech. Tyle talentu się marnuje.

Kontynuując wątek okołofilmowy – jutro oczywiście idę do kina, czyli do teatru, bo czegóż innego można się po mnie spodziewać. Powinnam chałupę ogarnąć, o sobie nie wspominając, bo wszystko, co już dawno powinnam była zrobić, leży odłogiem. Czasami mam wrażenie, że przydałby się ktoś, kto stałby nade mną z batem i walił za każdym razem, gdy w mojej głowie pojawia się myśl „och, przecież mogę zrobić to później”.

PS. Pomysłodawca – lub pomysłodawczyni – hasła mającego przyciągnąć sponsora tytularnego nowej hali w moim grajdołku powinien – lub powinna – dobrze zastanowić się nad tym, czy copywriting to właściwy kierunek. Nalewanie piwa w knajpie też może być ciekawe.

Does it hurt to be so beautiful?

Nic się nie dzieje. Deszcz kapie. Rozkłady jazdy zmieniają na powakacyjne. Wszyscy już chyba oblali się lodowatą wodą, przyprawiając damską połowę świata o migotanie komór, miłośniczki Marl Szekspira o wzdech (Barney!), czytelników o napad miłości, a fanów Star Trek o zachwyt staromodną klasą i ironią. Jesień nadciąga – nie znoszę zapachu końca lata, takiego gorzkiego, nieprzyjemnego, dziwnie duszącego, kojarzącego się natychmiast z mgłą, rozmytym światłem, wysychającymi trawami i żółknącymi liśćmi. Pociesza mnie jedynie perspektywa październikowego wyjazdu, który będzie oczywiście absolutnie wariacki, niemądry i w ogóle dorośnij wreszcie, ale nic na to wszystko nie poradzę. Tęsknię już.

Ktoś tu wszedł, poradziwszy się wujka Gugla w sprawie tyleż dramatycznej, co dobrze znanej wielu z nas. Mianowicie, cytat dosłowny, „jak się zemścić za to że mi ktoś zawrócił w głowie przez swoją urodę”, koniec cytatu.
Zemścić? Ale na kim, na sobie za to, że się uległo, czy na tym/tej, co wprawia naszą biedną głowę w ostre turbulencje? Bo jeśli to drugie, to nie wiem. Może łypać nienawistnie albo plwać ukradkiem do herbaty, choć w sumie to nie człowieka wina, że się ładny urodził. Obawiam się mimo wszystko, że w przypadkach, gdy bardzo nam się w głowie kręci, medycyna jest bezradna. Opór bezcelowy. Trzeba po prostu się przyzwyczaić. Prędzej czy później każdą śliczność przestaje się zauważać – a czasami taki anioł gwałtownie brzydnie, gdy otwiera usta i okazuje się, że to jakaś tempa szczała.

Kiedyś pojawiło się inne pytanie, które zbiło mnie z tropu. „Co zrobić, żeby neurotyk zatęsknił za swoją partnerką”. Jakieś pomysły, szanowni? Osobiście starałam się całe życie trzymać możliwie z daleka od neurotyków, więc nie bardzo mogę pomóc odnośnie wzbudzania w takowym tęsknot. Chyba nawet nie chciałabym, żeby jakiemuś niestabilnemu emocjonalnie mężczyźnie ckniło się za mną.

Jest jeszcze osoba, która regularnie zagląda tu w poszukiwaniu przystojnego kelnera z Trufli (niestety nie znam, choć w Trufli bywam) oraz wysokiego nordyka. No cóż.
Co prawda w sprawach sercowych, sądząc po moim życiu uczuciowym, zdecydowanie nie powinnam doradzać, chyba że ludziom ze znikomym instynktem samozachowawczym – ale wolę takie trafienia z wyszukiwarek niż pytanie, z powodu którego kiedyś na chwilę stanęło mi serce, mianowicie „czy mysza (tak było napisane – przyp. aut.) może wejść do gardła człowieka”. Odkąd znalazłam toto w moich statystykach, przed zaśnięciem zaglądam pod łóżko.

Aha – czy ktoś wie, o jakich firankach marzyła Ania Shirley? Bo ja pamiętam, że pragnęła sukienki z bufami, ale o firankach nic, a jakaś biedna dusza też chciała się dowiedzieć.

Her smile, I’m sure, burnt Rome to the ground

– Jaka uśmiechnięta! Od razu widać, że piątek.
To nie piątek, mój drogi.
W gruncie rzeczy nie mam zbyt wielu powodów do uśmiechania się, ale ponieważ hormony niezmiennie robią mi z mózgu kleik waniliowy, to i chodzę z przynajmniej jednym kącikiem ust stale uniesionym.
Tymczasem same nieszczęścia. Poranki już zimne. Przeniesiono mi biureczko w fabryce i muszę na nowo się przyzwyczajać. Dziś rano dotarłam do łazienki po omacku i skonkludowałam z przerażeniem, że z kranu nic nie płynie. Ani woda, ani lemoniada, ani niestety wino, nic po prostu. Nie będzie mojej porannej herbatki. Tragedia. Tym samym niechcący zostałam buntownikiem, umyłam ząbki w resztce mineralnej i opuściłam kwaterę główną na brudasa. Wychodząc, natknęłam się na mojego lokalnego Stanisława Anioła, który zapewnił, że już wezwał wodociągi i nie omieszkał dodać, że całe to osiedle to w ogóle niedługo się zawali, niektórym już pękają ściany i na moim miejscu by się wyprowadzał. Dzięki.

Dobra wiadomość jest natomiast taka, że Zakochanego Marl Szekspira przedłużają do połowy stycznia (a potem być może poleci na Broadway). Będę mogła wybrać się znów. Wspaniale. Obsada się nie zmieni. Wspaniale.
No bo czyż on nie jest piękny?…

Ach. I znalazłam wywiad z moim idolem, o którym onegdaj pisałam (zdjęcia polecam obejrzeć…). Nie ma dziewczyny, ojej. A taki boży chłopiec. Na domiar złego nie zarabia nic a nic. Widzicie, on też nie ma powodów do uśmiechania się.

Bollocks

W moim życiu zdarzają się czasem dni, gdy chcę przeciąć sobie kabel od internetu i powstrzymuje mnie jedynie to, że mam bezprzewodowy.

Z wiekiem tracę zrozumienie dla przemożnej chęci wyrażania siebie.
Robi mi się bardzo smutno, gdy za pisanie biorą się ludzie, którzy pisać nie powinni. Może inaczej – niech sobie piszą, ale dla siebie. Coś jak ze śpiewaniem pod prysznicem.
Robi mi się jeszcze smutniej, gdy piszą o czymś, na czym akurat ja się znam, a oni nie. Budzi się we mnie wtedy wredny belfer, mam ochotę wyjąć czerwony mazak i pisać pod każdym akapitem: „źle”, „nieprawda”, „też nieprawda”, „tym bardziej nieprawda”, „a w ogóle to nie jest po polsku”. Koniec końców gryzę się w język, czy też raczej w palce i ze zwieszoną głową idę tylko nalać sobie kieliszek wina na uspokojenie.
Nie zrozumcie mnie źle – nie mam na myśli sytuacji, gdy ktoś ma inny pogląd niż ja co do najlepszej piosenki z filmów o 007 albo najgorszej kawy w Krakowie, ale sytuację, w której ktoś z absurdalną pewnością siebie wali merytoryczny byk za bykiem, a niżej podpisana, przebrnąwszy w ciągu ostatniej dekady przez ładnych parę tysięcy stron na temat, rwie bezsilnie włosy z głowy.
Internet jest oczywiście cudownym wynalazkiem, ale daje też pole do popisu ludziom skrajnie niekompetentnym, którzy bardzo by chcieli uchodzić za jedynych specjalistów w danej dziedzinie po tym, jak przeczytali o niej artykuł w Wikipedii. Może trzeba było wybrać inną dziedzinę. Nie wiem, lakiery do paznokci albo zupki chińskie.
Dostrzegam w tym wszystkim jedną jasną stronę – demonstrowana publicznie ignorancja motywuje mnie do działania. Bo skoro ktoś może pisać o czymś, nie mając o tym pojęcia, to ja mogę tym bardziej.

Kontynuując rozważania nad tym, czy internet naprawdę pomieści wszystko – pewnie czytaliście o egzekucji korespondenta w Syrii. I o tym, że film ją dokumentujący trafił do sieci. Został usunięty, ale gdzieś tam jeszcze krąży, jak podejrzewam, choć rodzina poprosiła, żeby go nie udostępniać i nie oglądać. Brytyjska policja ostrzegła, że takie próby mogą zostać uznane za wykroczenie – i zaczęły się kuriozalne jęki o wolności mediów oraz o tym, że nie można karać za ciekawość. Ja przepraszam. Kto normalny jest ciekaw, jak wygląda dekapitacja na żywo?
Mam coraz silniejsze wrażenie, że jako gatunek osuwamy się w mrok.
Ale może to tylko PMS lub otrząsanie się z gwałtownego zakochu. Może mam zły dzień. Tak, to na pewno tylko zły dzień.

My own feeling is that if adultery is wickedness then so is food

Obiecałam sobie, że dokończę tekst, który kończę od pół roku. w związku z tym zrobiłam całą masę niepotrzebnych rzeczy, obejrzałam całe mnóstwo głupawych filmików i przeczytałam ostatni rok mojego blogusia – to jest przerażające, jaka ja czasami mądra się sobie wydaję, och jaka mądra; człowiek powinien publikować notki dopiero, gdy poleżą parę tygodni lub miesięcy.
Podczas lektury wybuchnęłam kilka razy niepohamowanym śmiechem. Wiecie co, to jest nieco dziwne, nie, nie nieco dziwne, to jest BARDZO dziwne, ale ja sobie to wszystko wykrakałam. Przepowiedziałam. Zwał jak zwał.
Albo też zaprogramowałam się tak skutecznie, że mechanizm samospełniającego się proroctwa zadziałał bez zarzutu.
Boję się myśleć, co wobec tego będzie za rok, choć z drugiej strony czuję takie miłe mrowienie w dole pleców, jak przed czekającą podróżą albo randką.

Jakby mi było mało własnych rozterek, męczeństwa i dusiołka, robię ostatnimi czasy za psychoterapeutę.
Mam otóż znajomego. Nie przyjaciel, ale dobry znajomy. Znajomy przez ładnych parę lat był zaręczony z dziewczęciem, które widziałam bodaj dwa razy w życiu, bo dość starannie izolował pannę od reszty towarzystwa. Czemu – łatwo zgadnąć. Zdradzał ją.
Kiedyś tam powiedziałam mu, że moim zdaniem powinien z panną uczciwie się pożegnać, bo prędzej czy później sprawa się rypnie. O ile kobieta nie jest ślepa, głucha i ma iloraz inteligencji wyższy niż owca, w końcu doda dwa do dwóch, skojarzy fakty, wyciągnie wnioski i zmieni zamki.
No i wczora z wieczora siedzę sobie spokojnie w domu z książką (oraz smętną muzyką, nie inaczej), gdy wtem mój telefon piszczy rozpaczliwie.
Odeszła. Ładnych paru lat jakby nigdy nie było. Koleżka zrozpaczony.
Nie, nie westchnęłam do słuchawki „a nie mówiłam…”. Nie zmyłam chłopu głowy, bo już dostał za swoje i niepotrzebne mu wykłady; zresztą jestem ostatnią osobą nadającą się do umoralniających gadek. Wysłuchałam i zapewniłam, że gdyby potrzebował wylać ślozy nad browarem, to służę towarzystwem. Tyle mogę zrobić.

Rozbraja mnie czasami naiwna wiara w to, że nigdy nie zbierzemy burzy, zasiawszy wiatr i że ludzie w naszym otoczeniu nigdy nie zorientują się, co właściwie im robimy. Część oczywiście przymknie oko i uda, że wszystko w porządku – ze strachu przed samotnością, z obawy przed zaczynaniem od nowa, ale większość w końcu wyśle nas do diabła.

The stars move still; time runs; the clock will strike

Trzy dni niepogody, trzy książki. Uroczo i spokojnie, tak spokojnie, że szlag trafia. I znowu dziwne sny, nadzwyczaj prawdziwe, o miejscach, w których byłam i które wżarły mi się w głowę tak mocno, że nie potrafię funkcjonować bez ciągłej tęsknoty za nimi z tyłu głowy.

Popołudnie spędzam – dla odmiany… – w towarzystwie tej zacnej lektury. Wątpię, czy ją przełożą na nasze, ale serdecznie polecam. Masa ciekawych historii i biografii, przy których Casanova i hrabia Monte Christo to cienkie Bolki. Za wielką – i tą mniejszą – sztuką tamtych czasów nie stali wcale uduchowieni lirycy, ale chirurdzy, którzy w wolnych chwilach pisywali dramaty, fałszerze pieniędzy, bluźniercy posądzający Chrystusa o homoseksualizm i spiskowcy chcący wytruć całe katolickie seminarium. Można się dowiedzieć, jak wyglądało szesnastowieczne tournee po wioskach (z trupą wlokącą się pieszo od jednej do drugiej) i jak autorzy żebrali o forsę u właścicieli teatrów, zobowiązując się do dostarczenia nowej sztuki na wczoraj, żeby wybłagane szylingi następnie pożyczyć bardziej potrzebującym – bywało, że artysta w końcu trafiał do więzienia za długi. W czasach elżbietańskich młodzi chłopcy bywali wyłapywani na ulicach i zmuszani do grania; musieli odsłużyć swoje. Dorośli za to aktorzy to niezłe puszczalstwo było i panie widzki często posyłały po jednego z drugim po spektaklu, coby je w alkowie odwiedził z prywatnym monodramem. Innymi słowy, w cenie biletu na porządku dziennym były dodatkowe usługi.
Znowu urodziłam się za późno.
No i po co było zmieniać coś, co dobrze działało?…
(Może o to chodziło Noel Coward Theatre, gdy pytali, czy chcę VIP Treatment. A ja głupia odmówiłam).

Do kompletu przed oczami trochę skandynawskiej przemocy i trochę literatury górskiej – żeby zatęsknić; dokądś chyba ruszę we wrześniu, pokonanie pieszo odpowiedniej odległości ma zbawienny wpływ na zdrowie psychiczne. I niezmiennie smętna muzyka w słuchawkach.
Dziś mijają trzy tygodnie, właśnie teraz, w tej chwili. Nadal tego nie pojmuję, nie jestem pewna, po co się zdarzyło. Może ten nowy początek był od razu końcem, może był halucynacją. A może czegoś nie wiem. Czas pokaże. W każdym razie nigdy nie będzie tak samo, nigdy podobnie, jak przed tym niedzielnym popołudniem w miasteczku pełnym domków jakby z piernika. Coś na dobre się zmieniło, a ja tu muszę z tym żyć, wstawać rano, chodzić do pracy i codziennie zastanawiać się, po co to było, co będzie – jeśli będzie – dalej.

Epic fail

Nie jestem fanką synthpopu, a La Roux to już w ogóle serdecznie nie cierpiałam dotychczas, bo zapadło mi w pamięć za bardzo, gdy cztery lata temu leżałam godzinami na kozetce w goprówce ze zwichniętym kolanem. Panowie ratownicy w pokoju obok oglądali w telewizorze jakiś kanał muzyczny i to ohydne Bulletproof leciało razy kilka. Było coraz później, zimno, niewygodnie, chciało mi się siusiu i byłam głęboko pewna, że mam nogę złamaną z przemieszczeniem. Jak La Roux miałoby kojarzyć mi się dobrze?
Muszę odszczekać, bo wysłuchawszy nowej płyty – zupełnym przypadkiem zresztą – wpadłam w głęboki zachwyt. Zaprawdę powiadam, że dawno nie słyszałam piosenki tak pięknej i wzruszającej.

Mam za sobą ciężki dzień.
Wysłałam dziś najdziwniejszą aplikację w moim życiu – załączywszy do niej chyba pierwszy szczery list motywacyjny, jaki kiedykolwiek napisałam. Szanse powodzenia oceniam na mniej więcej 1:40000000, ale że ostatnio działo się wiele rzeczy prawie niemożliwych (i dzieją się nadal), głupio byłoby nie spróbować.
A później strasznie się namęczyłam.

Jednym z moich wielkich marzeń jest bycie zimną i wyniosłą. Opanowaną i enigmatyczną. Rzucającą od czasu do czasu wyrafinowanym dowcipem.

Chciałabym taka być zwłaszcza wtedy, gdy ktoś mi się podoba. Niestety – nie w tym życiu. Afekt natychmiast po mnie widać i obawiam się, że jest to widok komiczny – a może raczej przykry. To już zależy od poczucia humoru człowieka po drugiej stronie.
Pierwszym i podstawowym sygnałem jest to, że nie patrzę na ofiarę. Chyba że na jej buty, tak, buty mogą być. Do dziś pamiętam żarówiasto zielone sznurówki człowieka, który mnie swoim powabem absolutnie zniewolił. Ale jeśli staram się za wszelką cenę uniknąć twojego wzroku, wykazując niezdrową fascynację podłogą, ścianą, sufitem, krzesłem, własnymi trampkami, ludźmi przechodzącymi obok, ogólnie całą resztą świata – wiedz, że coś się dzieje. Jeżeli wysławiam się jak osoba o ilorazie inteligencji ślimaka i takim też refleksie – wiedz, że coś się dzieje. Jeśli robię wszystko, żeby jak najprędzej pożegnać się i szybkim krokiem odejść – wiedz, że coś się dzieje (ucieczka, cóż za świetna metoda na podryw). Jeżeli – cholera, jak ja tego nienawidzę! – co piętnaście sekund odgarniam włosy, tym bardziej wiedz, że coś się dzieje.

Chyba powinnam zacząć ćwiczyć przed lustrem, żeby następnym razem nie pragnąć rozpaczliwie, by ziemia się pode mną rozstąpiła, zanim znowu zachichoczę głupawo i zarzucę grzywą. Następnym razem to w ogóle upnę włosy w ciasny kok, usiądę tyłem do efektownego rozmówcy i na wszelki wypadek na rękach, żeby niczego głupiego z nimi nie robić. A parę wyrafinowanych dowcipów przygotuję sobie wcześniej i wykuję na pamięć.

Co ciekawe, kilku mężczyzn na tym świecie uznało, że temu cudacznie zachowującemu się dziewczęciu z rozbieganymi oczami warto dać szansę. Odważni.

Left hand of darkness

Dziś jest ważne święto.
Prawdopodobnie najważniejsze w tym roku. Cokolwiek robicie, zaprzestańcie natychmiast i biegnijcie dać soczystego buziaka osobom, których to święto dotyczy.
Trzynasty sierpnia to międzynarodowy dzień leworęcznych. My nie mamy łatwego życia, każdy słoik jest dla nas wyzwaniem, więc raz w roku można się nad nami pochylić.

Rozmawiałam przy tej okazji z kumplem, też lewusem, który dziwił się niezmiernie, że zauważyłam jego leworęczność od razu, podczas gdy jego dziewczyna zorientowała się po paru miesiącach (sic!). Lewusy w mgnieniu oka rozpoznają innych lewusów, wystarczy jeden zaobserwowany drobiazg. Kubek ustawiony po lewej stronie biurka albo telefon trzymany przy lewym uchu.

Bodaj troje znajomych, świadomych moich osobliwych zamiłowań, przesłało mi link z informacją o wielogodzinnych bataliach z przeciążonymi serwerami Barbican Centre w dniu, gdy rzucili bilety na wspominanego niedawno „Hamleta” z Cumberbatchem. I z pytaniem, czy mam już swój bilecik.
Otóż nie.
Nie mam i mieć nie zamierzam.
Mam natomiast swoje zdanie na temat wystawiania najbardziej znanej sztuki świata z najbardziej obecnie znanym aktorem świata w roli głównej. Jeśli to ludzi przyciągnie do teatru i sprawi, że zakochają się w tym niezwykłym miejscu, to oczywiście dobrze, ale mnie cały ten pomysł wydaje się zimną marketingową kalkulacją. Osobiście dziękuję, postoję.
Za to tę tutaj bardzo ciekawą adaptację opowiastki o duńskim księciu z rozkoszą obejrzę.

Wyzłośliwiałam się niedawno, że pewnie zagorzałe fanki na rok przed premierą mają gotowe pochlebne recenzje i wiecie co? Miałam rację. W mrokach internetów powstaje już, wyobraźcie sobie, fanfiction. Inspirowane „Hamletem”. Och, William, gdybyś ty dożył naszych czasów, to by ci skarpetki spadły…

Ja tam w październiku będę miała atrakcje być może nie tak spektakularne i nie opromienione blaskiem niczyjej oszałamiającej sławy, ale za to frapujące i, jak się obawiam, raczej pokręcone. Mianowicie seks, piratów i masakrę, w tej dokładnie kolejności, chyba że o czymś nie wiem. Ten plan podoba mi się dużo bardziej. Przyznaję jednak, że zapytana wczoraj przez familię, czy niebawem znowu się dokądś wybieram, nie miałam serca odpowiedzieć, że tak.

Try a banana in your shoe

Jest wiele spraw na tym świecie, których nie rozumiem.
Sens życia, oczywiście.
Matematyka.
Składki na ZUS.
Popularność „Doktora Who”.
Ludzie nielubiący psów.
Dlaczego na burzę zbiera się zawsze wtedy, gdy wychodzę z pracy, choć opatrzność musi doskonale wiedzieć, że panicznie boję się burzy (w dodatku jakoś tak mam, że nie lubię moknąć).
Dlaczego w dni powszednie zwleczenie się z łóżka o siódmej to nadludzki wysiłek, ale w sobotę człowiek świeżutki i zirytowany budzi się o piątej.
I przede wszystkim dlaczego kasowniki w tramwajach NIGDY nie znajdują się w pobliżu automatów biletowych, ale w odległości zmuszającej do przeciskania z narażeniem życia się przez wściekły tłum. Być może jest w tym pewien ukryty sens, którego jeszcze nie rozgryzłam, albo po prostu kierownictwo naszego zbiorkomu czerpie perwersyjną przyjemność z oglądania walki o życie ludzi, którzy z najwyższym trudem dopchali się do biletomatu, obsesyjnie pocierali o ścianki biletomatu wypluwanymi przezeń monetami, zanim w kark zadyszy im kontroler, aż wreszcie sukces, udało się – po czym rozglądają się skonfundowani, gdzież ten cholerny kasownik.
Plus – można wymienić wiele uśmiechów, grając w tramwajowe „podaj dalej”. Taka refleksja po wczorajszym popołudniu, gdy w ciągu dziesięciominutowej podróży skasowałam siedem biletów. Być może więc ma to na celu zacieśnianie więzi międzyludzkich. Speed dating w wersji MPK.

Jeśli zastanawiacie się, dlaczego małą i niezbyt rozumną główkę zaprzątam sobie tak nieistotną kwestią, wyjaśniam, iż jest to temat zastępczy, bo nie jestem w dobrym humorze. Rano w windzie wysłuchałam konwersacji dwóch eleganckich i pięknie umalowanych panien na wiadomy dziś temat. Panny przytakiwały sobie nawzajem, jakoby nie istniało nic takiego, jak depresja, ot, wóda, prochy i człowiekowi odwala, a poza tym czemu niby ktoś z udanym życiem miałby być smutny.
To był ten przykry moment, gdy życzyłam im serdecznie, by drzwi windy przytrzasnęły im te odprasowane kiecki.
Wysiadły przede mną, więc mogłam na głos podzielić się z pustą kabiną moją refleksją, która brzmiała:
– Ja pierdolę.
Bo czasami bardzo trudno znaleźć inne słowa, wiecie.

Make the moon drop from her sphere

Obiecałam sobie, że najbliższy tydzień spędzę na porządkach. W łazience, która wygląda, jakby żona i kochanka, obie z problemem kontroli gniewu, pobiły się w niej o faceta. W lodówce (to będzie proste – świeci pustkami). W torebkach (z nimi będzie gorzej; ostatnio znalazłam w jednej poszukiwaną od dwóch lat, niedoczytaną książkę). W głowie, w której mam tajfun, sztorm i trąbę powietrzną jednocześnie. Te ostatnie porządki będą najtrudniejsze. Zresztą ani trochę nie chcę ich robić. Wiem, że muszę, bo moja rzeczywistość – przynajmniej na razie – jest jednak tutaj, na moim przedmieściu, z moją przepaloną żarówką nad lustrem, moimi rachunkami do zapłacenia, zaległymi tekstami do napisania (chcesz wracać za dwa miesiące, słoneczko? to pisz i nie próbuj tego odkładać na jutro) i wszystkim, czym trzeba się zająć.
Poczyniłam pewne postępy, bo deprecha już wzięta za mordę została. Oraz zamknięta w komórce pod schodami do odwołania. W leżakowy weekend pochłonęłam trzy uroczo głupie powieści, a zamiast wycierać nos w każdej chwili samotności, gapiłam się w ogromny księżyc. Księżyc i ja pozostajemy w jakimś dziwnym, nie do końca zdrowym związku – podczas pełni nie mogę spać, ale to zimne światło bardzo mnie uspokaja. Ponadto dziwnie kojąca jest myśl, że przez moment mam coś wspólnego ze wszystkimi, którzy siedzą nieruchomo, choć od dawna powinni chrapać, obejmują kolana rękami i przyglądają się uważnie jasnej tarczy w nadziei, że wyczytają z niej odpowiedź na dręczące ich pytanie. Albo też skrycie liczą, że ta odpowiedź przyśni im się, gdy/jeśli wreszcie zasną.
Sądzę, że wczorajszej nocy było nas całkiem sporo.

Poza wszystkim wyraźnie się starzeję. Moja świeżo sklecona playlista składa się wyłącznie z muzyki poważnej. Za to mój sąsiad od kilku dni męczy w kółko ten sam hiphopowy kawałek, więc trudno orzec, co gorsze.

PS. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu zaległy tekst pisze się z prędkością tysiąca znaków na godzinę. Chyba pójdę leżeć krzyżem z wdzięczności. Wystarczyło trochę zamieszania w życiu i zaraz wena wróciła.

I have called you by name, you are mine

Mieszałam sobie wczoraj kawę w służbowym kambuzie, gdy wtem wszedł mój kolega, spojrzał na mnie i powiedział:
– Jak ty wypiękniałaś!
Że co proszę? Człowieku, obudziłam się o drugiej w nocy, by przez kolejną godzinę chlipać w poduszkę, i twoim zdaniem wypiękniałam od tego?
Mężczyźni nigdy nie przestaną mnie zadziwiać.
(Co nie zmienia faktu, że opuściłam służbowy kambuz o jakieś 30 centymetrów wyższa i o 30 centymetrów szerzej uśmiechnięta).

Dobrze, że chłopak nie widział mnie dziś, po niespodziewanym, a bardzo przyjemnym wieczorku towarzyskim, w trakcie którego pięć osób opróżniło nie-wiem-ile-ale-za-dużo butelek wina. Bawiliśmy się pysznie. Nawet udało mi się podać taksówkarzowi właściwy adres mojej kwatery głównej, co nie było proste. Gdy obudziłam się o siódmej rano, natychmiast zapragnęłam, żeby ktoś mnie zdekapitował.
Ale było mi to bardzo, bardzo potrzebne. Deprecha ostrożnie się wycofuje.

Los ostatnio nie tyle subtelnie trącał mnie paluszkiem, co walił pięściami po głowie, potrząsał mną i wrzeszczał: „Co jeszcze muszę zrobić, żebyś wreszcie zrozumiała?!”. Postanowiłam go posłuchać, toteż od powrotu zdążyłam zaktualizować profil na karierowych portalach i złożyć pierwsze aplikacje. Niech się dzieje wola nieba. Ani trochę nie wierzę już w przypadki.
Tym samym nieprzypadkowa piosneczka na dziś nosi tytuł I’m Not Going Home.

Stronger than lover’s love is lover’s hate

Powłócząc nogami, wchodzę do biura.
– Jak było? Poznałaś jakichś ciekawych ludzi?
Khhh. Zabawne, że pytasz.
– Nie… – odpowiadam z nadzieją, że moje policzki nie zmieniają właśnie koloru na buraczkowy.

No dobrze, brnijmy dalej we wspomnienia.
Czwartkowego popołudnia poszłam chłodzić się w Trafalgar Studios w towarzystwie ostatniego z dynastii Plantagenetów. Chłodzić się dosłownie, albowiem tamtejszy bar jest tak bardzo klimatyzowany, że po trzydziestu minutach byłam sina i skostniała. Chciałabym powiedzieć, że spektakl mnie rozgrzał, ale prawda taka, że pierwszy akt momentami ciągnął się niemożebnie. Zaczęło się mocno i głośno, a później obroty coraz bardziej zwalniały. Jedyną bardziej przejmującą sceną było topienie księcia Clarence – nie, nie w mitycznej beczce z winem, ale w akwarium z rybkami. Podtopionemu poderżnięto gardło, woda poczerwieniała. Dość obrzydliwe to było, ale niezdrowo fascynujące.
Skoro o krwi mowa, sporo jej kapało w tym przedstawieniu. Dla zilustrowania – parę dni wcześniej dostałam od Trafalgar Studios mail z następującą informacją, wytłuszczoną na czerwono:
Patrons seated in rows A, B, C and D of the auditorium seating and row AA of the stage seating please be prepared for the strong possibility of being splashed with stage blood and dress accordingly.
Sama nie zostałam zbryzgana, acz owszem, siedziałam na scenie. Frapujące doświadczenie. Zwłaszcza że – ten fragment się wytnie – pan usher, który mnie na tej scenie usadził, był doskonale pięknym ciemnoskórym olbrzymem o urodzie Sfinksa. Nie że mu nosa brakowało, broń Boże. Miał po prostu ujmująco dostojny profil i zagadkowy uśmiech. Pewnie też jest lub chce być aktorem, i będzie mógł wpisać sobie w CV: stałem na scenie w „Ryszardzie III”.
Swoją drogą naprawdę nie rozumiem, jak to się stało, że z widza siusiającego po kostkach ze strachu na samą myśl o ewentualnej możliwości interakcji z aktorami zmieniłam się w maniaka, który tylko na tę interakcję czeka i z uporem wybieram miejsca, które mnie na nią narażają.

Poniekąd w nawiązaniu do mojego wypracowania o wielbionych celebrytach (dwie notki poniżej) mogłam zaobserwować to zjawisko na własne oczy. Obok mnie bowiem siedziały trzy przejęte panienki z rączkami złożonymi jak do modlitwy i każda szeptała: Oh my God, oh my God, I’m gonna die…. Nie wiem, ile zapamiętały ze sztuki, bo nieustająco coś mamrotały do siebie, no – ale przynajmniej na nią poszły.

Drugi akt szczęśliwie był nieporównanie bardziej żywiołowy. Nie wykluczam, że to przez Ginę McKee, która jest bez dwóch zdań boska i uderzająco piękna, a jej chropawego, złamanego głosu trudno pozbyć się z uszu jeszcze długo po spektaklu. Freeman, mimo że nie można odmówić mu starań, jakoś przy niej niknie. Miałam nadzieję, że wyskoczy ponad przyklejony do siebie image porządnego gościa z sąsiedztwa, zadziwi publiczność i ją sponiewiera, ale nie do końca to się chyba udało.
Szekspirowski Ryszard III był grywany przez największe nazwiska, jakie możecie sobie wyobrazić. To nie jest kochany miś; raczej psychotyczne monstrum o wrażliwości betonu. Na ogół zgarbione i niezbyt atrakcyjne fizycznie. Ten nie jest inny – taki dość niepozorny, z niewładną jedną ręką, a przy tym bardzo okrutny. Tylko że to nie jest okrucieństwo przerażające, raczej groteskowe.

Przerażająca była za to Medea. Absolutnie straszna i wycierająca widzem podłogę. Dreszcze na całym ciele.
Wiecie, o czym jest historia, prawda?
Medea zabiła własne dzieci.
Z zemsty na mężu, który ją porzucił.
Zrobiła potworną rzecz, to nie podlega dyskusji. A jednak widz siedzi na brzegu swojego niewygodnego fotela i trzyma jej stronę, nie potrafi nią pogardzać; to niemożliwe. Nie da się jej znienawidzić. Raczej się jej współczuje… nawet trochę rozumie. To nie jest proste i bardzo niewielu aktorom udaje się przekonująco zagrać kogoś, kto jednocześnie jest katem i ofiarą, wprawiać publiczność w nieprzyjemny stan moralnego powątpiewania, bo oto żałują mordercy. Poza tym Helen McCrory, drobniutka taka, boso i w bojówkach, zadziorna i załamana, rządzi sceną i kradnie całą uwagę widza, cokolwiek działoby się w tle (a dzieje się dużo).
Przy okazji to było bardzo piękne przedstawienie. Wizualnie olśniewające, z fantastyczną muzyką. Bardzo bym sobie życzyła, żeby ścieżkę dźwiękową wydano, bo wprawiła mnie w niemy zachwyt. Medea będzie w naszych kinach jakoś jesienią, idźcie koniecznie i jeśli po seansie będziecie mieli żałosnego doła, możecie kierować pretensje do mnie.

I to wszystko. Tym razem.
Zaznaczam, że przez jakiś czas może tu być nieco mniej treściwie, bo nadal czuję się, jakbym po tygodniu fruwania w obłoczkach gruchnęła z prędkością terminalną o ziemię.

Lend me your ears

Jestem, jestem. Żyję – w pewnym sensie, bo czuję się, jakby w moim wszechświecie coś drgnęło, ba, nie drgnęło, ale eksplodowało i zmieniło ruch wszystkich planet. Miniony, pod każdym względem niesamowity tydzień bardzo dużo zmienił. Nie wiem, dokąd mnie te wydarzenia zaprowadzą, trochę się boję, ale z drugiej strony pokładam jakieś dziwne zaufanie w losie.

Zanim przejdę do spisywania dalszych wrażeń, przyznam się do tego, w jaki sposób mój urlop się zakończył.

Spóźniłam się na samolot.
Pierwszy raz w życiu ja, irytująco zorganizowana, która nigdy nigdzie się nie spóźnia – przegapiłam lot do domu. Zapomniałam nastawić budzik i zerwałam się dokładnie w chwili, gdy zamykała się bramka. Było za późno nawet na to, żeby się śpieszyć. Odmówiwszy żarliwą litanię złożoną ze wszystkich znanych mi brzydkich słów we wszystkich znanych mi językach, jęknęłam i padłam nosem w pościel.
Nie chcecie wiedzieć, ile kosztuje bilet kupowany w dniu wylotu. No cóż. Innego wyjścia człowiek nie miał. Zapewniwszy sobie rozwiązanie awaryjne – czyli lot o dwudziestej z minutami – uznałam z niepokojącym zadowoleniem, że w ten bezdennie głupi sposób zyskałam cały dodatkowy dzień w Londynie. Spakowałam tobołek i udałam się tam, gdzie udać się należy, gdy nad miastem, którego nie ma, świeci słońce.
wpid-dsc_00922.jpg.jpeg
Znaczy – do parku. Parki są fascynujące; w parkach można czytać i popijać wino, w parkach prowadzi się fascynujące obserwacje i poznaje nowych ludzi, albo po prostu leży się plackiem z muzyką w uszach. Londyńskie ulice w upale są miejscem paskudnie męczącym, metro jeszcze bardziej, bo tam nawet goręcej (bo bliżej jądra Ziemi, nie?…), za to parki pozwalają odetchnąć i posiedzieć w spokoju.
W spokoju, hm.
Rozsiadłam się pod rozłożystym klonem w sąsiedztwie jakiejś cudacznej grupki przebierańców, którzy wyglądali trochę jak amatorski teatr i chyba nim byli, sądząc po bardzo dźwięcznych głosach i nieco osobliwych zachowaniach. No chyba, że normalnym w tym mieście jest udawanie się do Hyde Parku w sobotni poranek w stroju Batmana i/lub średniowiecznego trubadura, bo tego również nie mogę wykluczyć. Grupka rozgrywała partyjkę frisbee i oczywiście, że krążek wylądował na gałęzi mojego drzewa. Drzewo zostało zatem zaatakowane przez jednego ze śmiałych młodzianów. Młodzian dosięgnął frisbee i zrzucił je na dół, ale sam utknął na konarze, więc kibicujące mu z dołu towarzystwo zaproponowało, żeby skoczył, a oni go złapią. Nie wyglądał na przekonanego, złaził bodaj kwadrans, zsuwając się po centymetrze i dostarczając mi niechcący fantastycznej rozrywki.
– Apologies – powiedział do mnie, dotarłszy na dół. – It seems you’ve picked the wrong tree…
– Oh no, I think I’ve picked the best one.

Tym razem udało mi się dotrzeć na lotnisko we właściwym czasie, znaleźć samolot, polecieć i wylądować. I gdy tylko wlazłam pod własną kołdrę, dopadła mnie najgłębsza deprecha w całej mojej karierze. Ale to osobny temat, o którym nie chcemy mówić. Jeśli pozwolicie, wrócę jeszcze na chwilę do wycieczki.

Gdy już dotarłam ze wsi do wielkiego miasta, głównie chodziłam do teatru.
Jak wszyscy wiedzą, to jest moje ukochane miejsce w Londynie. Dałabym się pokroić za pracę tam, jakąkolwiek, mogłabym kubki w barze zmywać.
wpid-dsc_0087.jpg
Jeślibyście kiedykolwiek chcieli pójść do teatru w Londynie, ale wiecie, że nie stać was na przyzwoity bilet na West Endzie (przyzwoity w rozumieniu taki, który nie oznacza miejsca za filarem lub zmuszającego do założenia sobie nóg na szyję, ani takiego, z którego wykonawcy wyglądają jak mróweczki; mam na myśli raczej miejsce, które pozwala oberwać tzw. aktorplazmą – domyślcie się…), albo też bilety na interesujący was spektakl są nie do zdobycia – wystarczy przebiec kładką na drugi brzeg, wręczyć panu w kasie piątala i ustawić się w kolejce do wejścia. Czekanie, aż otworzą się drzwi samo w sobie bywa ciekawym doświadczeniem. Można sobie nabyć piwo – moje ulubione London Pride albo Globe Ale (tak, oni warzą swoje piwa, czasem w ich absolutnie cudownym sklepie można kupić; w sklepie mają też na składzie, uwaga, RÓŻOWE hiphoperskie bluzy z napisem the world is a stage na piersi) – oprzeć leniwie o murek i spoglądać w dół na przechodzących ludzi, gapiących się na was jak na atrakcję turystyczną.
– Och, jesteś z Krakowa! – pan w kasie spojrzał na moją rezerwację. – Bardzo ładne miasto!
Sami rozumiecie, nie sposób nie kochać.
Za piątala przysługuje jedno z siedmiuset miejsc stojących, więc można zapomnieć o małej czarnej i szpilkach. Miejsce stojące oznacza, że czasami aktor przejdzie obok was, popchnie was albo szarpnie za ramię, czasami na was nawrzeszczy, czasem będziecie pierzchać przed scenografią jadącą wprost na was – ale to właśnie jest cała zabawa. Gwoli ścisłości, są też wygodne ławeczki na balkonach, ale to już nie to samo. Zresztą wielu mądrzejszych ode mnie znawców teatru uważa, że przedstawienia w Globe najlepiej ogląda się z perspektywy stacza. A są to na ogół – nie zawsze, ale na ogół – przedstawienia bardzo dobre, wystawiane tak, jak czterysta lat temu, ze świetną ekipą, która radzi sobie z przekrzykiwaniem huczących samolotów i motorówek (Globe nie ma dachu), a przekrzykuje je angielszczyzną tak piękną, że chciałoby się słuchać w nieskończoność.
Juliusz Cezar świetny, dynamiczny, wciągający – nie tak krwawy, jak Tytus, ale jednak troszkę posoki na widownię bryzgało. Wspaniały chór, fenomenalny Brutus z głębokim, chrapliwym głosem… Przez bite trzy godziny, nim mi go zabili, zastanawiałam się, skąd chłopa znam. Ależ tak. Jasper Tudor!
I znowu jig. Wiecie, że w czasach oryginalnego Globe niektórzy aktorzy byli najbardziej cenieni nie za grę, ale za to, że doskonale tańczyli i śpiewali sprośne piosenki na koniec? Świetnie się ogląda zamordowanych, ociekających krwią bohaterów ganiających wężykiem po scenie. Tym razem Kasjusz i Brutus pląsali zapamiętale i celowali do publiczności z wyimaginowanych pistoletów.
Fantastyczna rzecz. Strzeżcie się id marcowych.
Lekko odrętwiała, ale zachwycona opuściłam pit, żeby podreptać na mój brzeg. To nieznośne miasto oczywiście serwowało mi swój spektakl. Wetknęłam ręce w kieszenie sukienki i do hotelu poszłam pieszo – metrem dotarłabym w parę minut, szłam czterdzieści, ale kto by chciał jechać metrem w tak uroczy wieczór?…

Mosty i ulice zaniosły mnie w mój zakątek, do mojego maleńkiego pokoiku. Mogłam otworzyć okno i wdrapać się na coś na kształt balkonu, i siedzieć, przyglądając się, jak chłopaki na zielonym skwerze grają w kosza, śmiejąc się wniebogłosy, a nad dachami gęstnieje noc.

Kolejne westchnienia nastąpią w kolejnym wpisie, gdy autorka być może przestanie chlipać i zastanowi się, co ze sobą zrobić. Na otarcie łez parę widoczków Kasi ze Smallsbury, bardzo sympatycznej.
Witraża na pierwszej fotografii jeszcze trzydzieści lat temu nie było; w jego miejscu tkwił inny, całkiem przeciętny i prawie zupełnie przezroczysty. Przeor uznał, że katedra wygląda jak hangar – ona jest naprawdę ogromna – i zamówił takie piękne coś w Chartres. Może na zdjęciu przypomina rozsypane puzzle, ale oglądane z bliska nabiera sensu.

Przepraszam, idę wytrzeć nos.

Shagspear & Morelove

- „Nor shall death brag thou”…
– Nor shall… death?! Why death? Don’t mention death!
– Death is good. Go on, „when in eternal lines to Time thou grow’st”…
– What does that mean?!
– Just say it…

I tak właśnie William S. tworzył sonety – powtarzając za kolegą.
Lepiej będzie dla was, jeśli nie przeczytacie tego wpisu, ale skoro już zaczęliście…

Gdy dowiedziałam się, że toto będą wystawiać, pomyślałam: motyla noga, spektakl na motywach hollywoodzkiej komedii romantycznej? Poważnie? Co będzie następne, Park Jurajski? Tyle ciekawszych rzeczy, nie idę.
Podczas, gdy zapierałam się, że nie będę chciała tego oglądać, opatrzność chichotała, zacierając ręce.
Konsekwencja. Moje drugie imię.

Żywiłam pewną obawę, że nawet jeśli ten spektakl okaże się niestrawny, nieoglądalny, męczący i nudny, będę zachwycona, oraz że z dwudziestu ośmiu osób (i psa) w obsadzie zapewne nie zauważę dwudziestu siedmiu (ani psa) – mam taką dysfunkcję, że czasem wybiórczo tracę wzrok i słuch.
Ale – recenzje ociekały gwiazdkami. Jedno tylko zdanie wywołało u mnie pogardliwe prychnięcie. The cast is mostly unknowns.
Phi. Dla kogo unknowns, dla tego unknowns. Twój problem, drogi autorze, że znasz nie tych, co trzeba.

Najpierw dygresja.
Istnieją tacy aktorzy, którzy mają swoje kościoły – z milionami zaangażowanych wyznawców świadomych każdego kichnięcia (oczywiście najlepiej, żeby bóstwo nakichało na nich), obeznanych w biografii do ósmego pokolenia wstecz i skwapliwie liczących, ile razy w danej scenie bóstwo mrugnęło, ile słów na literę A wypowiedziało oraz dyskutujących – z możliwym uwzględnieniem rękoczynów – czy bóstwo wygląda lepiej z zarostem czy bez tudzież z przedziałkiem po prawej czy lewej. To jest ten poziom boskości, gdy w grę muszą wchodzić opancerzone limuzyny i ochrona o rozmiarach Golemów, bo inaczej fanki zaduszą, zadepczą i rozerwą na strzępy. Jeśli bóstwo gra w teatrze, ludzie nie pozwalają mu wypowiedzieć ani zdania bez frenetycznej owacji. Gdy w prasie przypadkiem pojawi się artykuł bóstwu poświęcony, sekundę później pojawiają się komentarze informujące autora, że jest niedouczony, niezorientowany, nie przygotował się i nie napisał wystarczająco czołobitnego peanu. Jak nie daj Boże skrytykuje, następnego ranka ma przebite opony i zdechłą rybę na wycieraczce.
Przykładów nie będę podawać, bo wszyscy znamy przynajmniej kilka; pamiętam te dialogi latające w przerwie transmisji Koriolana, „jakim prawem ta baba go całuje, baba won ze sceny” (zresztą poczytajcie sobie komentarze pod tym filmikiem i zadumajcie się) i temu podobne. Jestem pewna, że wiele blogerek ma już w wersjach roboczych zapisane pięciogwiazdkowe recenzje Hamleta z Cumberbatchem, choć premiera za rok. Tak czy inaczej, niektórzy mają kościoły i limuzyny, inni jeżdżą metrem i mają ledwie skromne kółka modlitewne, w których garstka zahipnotyzowanych oszołomów jest prowokowana do rozważań, o czym pisałby Shakespeare, gdyby w jego czasach żyły dinozaury. Temat do rozmowy jak każdy inny przecież. A pod artykułami o nich nikt się nie kłóci z haniebnie niedoinformowanym autorem, ponieważ tych artykułów na razie nie napisano.
Wolę tych drugich, bo pierwsi wydają mi się jacyś nierealni, a poza tym nie potrafię podniecać się kimś, kogo zapewne nigdy nie spotkam.
Tak pechowo się złożyło, że nabawiłam się pewnej wstydliwej słabości, którą w dodatku z masochistycznym upodobaniem pielęgnuję, gdy tylko mam okazję. Nie będę wchodzić w szczegóły, stali czytelnicy znają je lepiej, niżby chcieli, a niestali mogą znaleźć detale w archiwach, ale nie polecam. W dużym skrócie mówiąc, słabość sprowadza się do tego, że niżej podpisana ma oczy jak spodki i gumka w majtkach jej się luzuje.
Postanowiłam zwalczać słabość metodą „jak się napatrzę, to nienawidzę, że aż strach”.
Dwanaście miesięcy, kilka ciekawych wydarzeń i jeden uścisk ciepłej łapki później mogę powiedzieć jedno.

Ta metoda nie działa.

No cóż, każda dziewczyna ma swój gust. Gdzieś przeczytałam, że Martin Freeman to chodzący seks, więc wiecie.

Tyle opisów przyrody, teraz gołe fakty.

Film prawie wszyscy oglądali, ale dla tych, co nie widzieli – półminutowe streszczenie. Jest sobie niejaki Shakespeare, aktor i dramaturg, któremu ciężko idzie pisanie, a napisać coś trzeba. Na razie chłopak ma tytuł – Romeo i Ethel, córka pirata (albowiem każdy rasowy pirat nazwałby córkę Ethel, nieprawdaż). Jest też dziewczę z dobrego domu, któremu marzy się aktorstwo, ale w owych czasach na scenie prężyli się tylko faceci, więc co poradzić, trzeba zostać facetem. Oczywiście on i ona się spotykają, iskry fruwają, dramaty nagle same się piszą, a wszystko zmierza ku niewesołemu końcowi.
W teatrze jest zupełnie inaczej niż w filmie, choć to ciągle opowieść o tym, jak zmagający się z twórczą niemocą chłopak stał się największą literacką gwiazdą wszech czasów. Ale nie jest to spektakl li o romansie barda z ponętną blondynką – również o innych ludziach, którzy odegrali znaczącą rolę w jego życiu. W tym o najjaśniej lśniącej teatralnej gwieździe schyłku szesnastego wieku pod nazwiskiem Christopher Marlowe. Gwiazda świeciła, aż pewnej nocy została zamordowana. JEŚLI została, bo podług jednej z wielu teorii spiskowych sfingowała swoją śmierć i zwiała za granicę. Dodajmy, że pracowała na drugim etacie jako szpieg Jej Królewskiej Mości – Anglia w czasach elżbietańskich nie była miejscem zbyt sielskim i miała już całkiem sprawnie działający zalążek przyszłego MI6. Jakby nie było dość zagadkowo, naukowcy ostatnio stwierdzili, że portret uchodzący za jedyną podobiznę Marlowe’a przedstawia kogoś innego. Tropicieli spisku zastanawia też fakt, że Shakespeare niczego nie napisał przed zniknięciem Marlowe’a, więc próbują dowieść, że ci dwaj w gruncie rzeczy byli jedną osobą i tak naprawdę to, co przypisujemy bardowi ze Stratford – który ponoć nie miał w domu ani jednej książki, a jego córki były analfabetkami – spłodził Marlowe, doskonały poeta i tłumacz, znacznie lepiej wykształcony, obyty w świecie i mówiący językami (ponadto zdeklarowany ateista i niemal na pewno gej; jedno i drugie w jego czasach było grubym przewinieniem, ale jakby tego było mało, był sądzony za morderstwo). I w sztuce Marlowe wyłania się z ciemności w ostatniej scenie, żeby zajrzeć piszącemu Willowi przez ramię i na jego przerażone: ty nie żyjesz! odpowiedzieć z bezczelnym uśmiechem: no, tak mówią… W rzeczywistości tych dwóch panów prawdopodobnie wcale się nie przyjaźniło, być może nawet nie spotkało, choćby dlatego, że więcej ich dzieliło niż łączyło; poza tym William był w istocie osobą dość nudnawą, a Kit wprost przeciwnie – jeden z profesorów literatury opisał go jako „veteran street fighter, a counterintelligence agent, and generally bad news”. Muszę powiedzieć, że ten opis bardzo pasuje, gdyż nasz drogi sceniczny Marlowe emanuje łobuzerskim wdziękiem i jest niezaprzeczalnie uroczy (chciałabym powiedzieć, że na moją opinię w tej sprawie nie mają wpływu jego raczej imponujące łydki, ale to niestety nieprawda). I jest jedną z głównych postaci, darzącą tytułowego bohatera subtelnie dwuznacznym uczuciem. Jest trochę kumplem, trochę rywalem o lotnym umyśle i przeraźliwie ciętym języku, podszeptującym Williamowi słynne frazy.
Romeo is Italian, always in and out of love. He falls for Juliet, the daughter of his enemy.
– What about Ethel?…
– Oh, she gets married to the Moor who strangles her with a handkerchief.

Ach, tak. Williamowi, właśnie. To jest przedstawienie o Williamie. Jak mogłam zapomnieć. No to poświęćmy mu dwa zdania.
Chłopiec w roli tytułowej daje radę, ale rozpędza się dopiero, gdy komedia zmienia się w tragedię. Wtedy jest przejmujący. Proszę, dwa zdania.
(Informacja dla Demirji – ten koleżka, co Ci się podobał na obrazku, z całą pewnością nie ma tatuażu, chyba że na jedynej części ciała, której widzowie nie mogli zaobserwować).
Jest też John Webster, który w przyszłości też zostanie wielkim dramaturgiem, ale na razie to jeszcze dzieciak, dość niepokojący psychol z jednym oczkiem kaprawym, a drugim zezującym. Coś cudownego.

Och, i jest jeszcze pies. Pies oczywiście budzi w publice euforię. Miałam wrażenie, że wszyscy czekają tylko na występ psa.
Całość jest nieopisanie przyjemna dla oka i ucha. Scena balkonowa, w której biorą udział nie dwie, ale trzy osoby, jest histerycznie zabawna. Muzyka jest śliczna, cała na żywo i przepięknie wykonywana. Scenografia jest śliczna. Wchodzicie do teatru i… wchodzicie do teatru, bo na scenie widzicie scenę. Nie, nie zapętliłam się – spędzacie trzy godziny wewnątrz teatru Rose (którego ruiny, nota bene, są od pewnego czasu przywracane do teatralnego życia). W pewnej chwili widownia staje się kulisami. Światło jest śliczne, momentami zmieniające scenę w olejny obraz, a bohaterów w mgliste cienie. Aktorzy są śliczni i śliczne noszą kostiumy. I wszyscy mówią pięknie pentametrem jambicznym, czyli w metrum, w którym Shakespeare pisał – dziesięć sylab w parach po dwie w wersie, akcent na drugą sylabę w każdej parze, co daje efekt przypominający bicie serca. To jest doskonale słyszalne w oryginale i brzmi mniej więcej tak: shall-I-com-PARE-thee-TO-a-SUM-mer’s-DAY albo what-AN-gel-WAKES-me-FROM-my-FLOWE-ry-BED, albo a-RISE-the-SUN-and-KILL-the-EN-vious-MOON, albo oczywiście a-HORSE-a-HORSE-my-KING-dom-FOR-a-HORSE. Zresztą cała ekipa musiała przejść trening odpowiedniego mówienia. Bez dwóch zdań trenowała pilnie.
Któryś z recenzentów napisał, że to przedstawienie jest jednym wielkim listem miłosnym do teatru. Trudno się nie zgodzić. Końcowe sceny, gdy spektakl, który miał być katastrofą – bez psa, bez odtwórców głównych ról, z niemożebnym jąkałą wygłaszającym prolog i charczącą basem Julią – zmienia się w arcydzieło, są w jakiś sposób wzruszające. Poza tym efekty specjalne są, jak onegdaj, robione ręcznie, więc rzeka wyczarowywana jest za pomocą dwóch wiader z wodą i szmat. Kurtyny nie ma, scenografię noszą aktorzy. No i jig! Zamiast pospolitych ukłonów obsada wykonuje dość wariacki taniec – tak się kończyły przedstawienia w elżbietańskim teatrze. Tak nadal kończą się w Globe.
Udało się uchwycić tajemnicę miejsca, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje, a jednak dostarcza najprawdziwszych wrażeń. Na sąsiednich scenach musicale kipią od wodotrysków i fajerwerków, regularnie generując horrendalne straty finansowe, a to genialne w swojej prostocie przedstawienie mówi widzowi – potrzebujesz tylko wyobraźni. To jest cały twój teatr.

Ze zdjęć pojawiających się czasami w tych bardziej mrocznych odmętach internetu można wywnioskować, że kulisami też dzieje się wiele ciekawych rzeczy; panowie świetnie się bawią, wyżebrali całą lodówkę piwa od jednego z browarów, założyli bibliotekę, a w wolnych chwilach tarmoszą swojego kolegę po fachu.

Nie miałabym nic przeciwko oglądaniu tego codziennie. Albo choć raz w tygodniu.
W związku z tym zastanawiam się właśnie, co ze sobą zrobić dziś wieczorem, bilety jeszcze są… Bo po południu Ryszard III ze wspomnianym Freemanem.

On the road to imminent disaster

image

- To miejsce jest fascynujące – mówię najzupełniej szczerze do poznanego kwadrans wcześniej człowieka. Śmieje się.
– Wiem – mówi. – Pracuję tu od trzydziestu lat i ciągle odkrywam coś nowego. Poza tym codziennie poznaję ciekawych ludzi – mruga do mnie. – Też macie średniowieczną katedrę w Krakowie, prawda?
Och, proszę pana, średniowiecza to my mamy na hurt i na detal.

Serce mnie bolało, gdy wlokłam się na dworzec. Ociągałam się, wstąpiłam na jeszcze jedną pintę, żeby wreszcie odkryć, iż ostatni autobus do Londynu odjechał godzinę temu, toteż pozostaje pociąg – dwa razy szybszy i trzy razy droższy. W mordę. Nie będzie nowej torebki.
Pola malowane zbożem rozmaitem z wolna ustępowały miejsca zagonom niewyraźnych szeregowych domków, centrom handlowym i piętrowym parkingom; wreszcie na horyzoncie wyrosły szklane wieże. We are now approaching London Waterloo, this train terminates here.

Żeby złagodzić szok, porzuciłam plecaczek w hotelu i ruszyłam obcować z przyrodą. Mogłam oczywiście spodziewać się, że w tak słoneczny dzień na ten sam pomysł wpadnie każdy turysta oraz wszystkie londyńskie matki, ale na szczęście Kew Gardens są na tyle duże, że można snuć się po nich chwilami tylko we własnym towarzystwie. No to się snułam.

Jak widać, że względu na bliskie sąsiedztwo Heathrow obcowanie z przyrodą jest mniej więcej raz na minutę zakłócane przez lądujący samolot, ale po pewnym czasie człowiek przestaje to słyszeć. Po prostu idzie przed siebie albo siada pod krzakiem lawendy, albo pod drzewem tak ogromnym, że nie sposób dostrzec czubka.

A później nadeszły godziny szczytu i obsługa monitoringu na stacji King’s Cross St Pancras mogła zobaczyć prawie ten sam co zawsze ludzki strumień, te same mundurki. Czarny. Granatowy. Czarny. Granatowy. Czarny. Granatowy. Czarny. Wtem błąd w matriksie pod postacią maszerującego dziarsko malinowego różu.
Wysączyłam gin z tonikiem, obejrzałam sobie cudowne przedstawienie, po zakończeniu skręciłam w kierunku przeciwnym niż reszta wychodzących i pogawędziłam z bardzo miluchnym chłopcem, który zdążył znaleźć mnie na Twitterze (nie mam pojęcia, jak – I stand in awe, sir!) i wysłać mi arcyuprzejmą wiadomość z ukłonami za konwersację, zanim dotarłam do hotelu. Z wrażenia potknęłam się o własną szczękę.
Chyba
natychmiast
muszę
się
położyć…

The Kingdom of Heaven is someone searching for something very beautiful and precious

Wysiadam z autobusu, gdy jest już zupełnie ciemno. Ze mną przyjechały tylko dwie osoby – nie licząc kierowcy, który przez całą drogę mówił do mnie dear; dokąd jedziesz, dear, nie masz żadnej walizki, dear?…
Nie mam, dear, ale mój plecaczek zmieścił dwie torebki, trzy sukienki i tyleż par butów! I książkę, i lustrzankę, i perfumy, i kurtkę przeciwdeszczową, bo nie ufam waszemu klimatowi, choć wiem, że roczna suma opadów wyższa jest w Rzymie niż w Londynie, jak na ironię.
Gapię się przez chwilę na mapkę wywieszoną na murze, starając się zapamiętać trasę od czerwonego punktu zaznaczającego miejsce, w którym stoję, do krańców mapki, gdzie mam mieszkać. Prosta w sumie droga. Wzdłuż rzeczki. Nie powinnam się zgubić. Tylko czy oni nie mogliby jakoś gęściej umieszczać tabliczek z nazwami ulic? Oraz, luźna sugestia, lamp? Jeśli w tym mroku źle skręcę i wlezę na czyjąś łąkę…
A jeśli o łąki chodzi, jest tu w czym wybierać.

Pięknie. Spokojnie. Motyle fruwają, krowy muczą, słońce praży jak oszalałe. Można iść przez otwarte przestrzenie, z rękami w kieszeniach i oczami wpatrzonymi w horyzont, od czasu do czasu mijając innego osobnika, na ogół w towarzystwie psa.
To miejsce sprawia wrażenie o całe galaktyki odległego od rzeczywistości, jest tak sielskie i błogie. Cieszę się, że tu przyjechałam. Mam zresztą piękny pokoik na poddaszu, pachnący rumiankiem, z biblioteczką pełną książek (wiersze zebrane Sylvii Plath między innymi) i łóżkiem, na którym mogę się pokładać wśród siedmiu wypełnionych pierzem poduszek. Na śniadanie dostałam specjalnie dla mnie usmażone naleśniki z malinami, cały dzbanek świeżo zaparzonej kawy i niedzielną prasę do poczytania – jestem jednym z dwojga gości, więc czuję się trochę jak z wizytą u nadopiekuńczej cioci. Bardzo w porządku.
Spokoju mojego snu pilnuje ta oto wcielona groza.
image

A poza tym – właściwie to przypadkiem – byłam dziś rano w kościele. Na mszy. Wlazłam z ciekawości i zostałam na półtorej godziny. Ja, bezbożnica. I nawet się przejęłam. Zwłaszcza w chwili, gdy chór zaryczał potężnie, a wpadające przez okna światło zupełnie mnie oślepiło.
I jeszcze poza tym, choć to już temat na inną opowieść, którą może kiedyś postanowię się podzielić – przydarzyło mi się coś raczej nieprawdopodobnego. Być może opatrzność uznała, że moje długo wyczekiwane pojawienie się w kościelnej nawie trzeba jakoś nagrodzić, nie wiadomo.
Tak, może kiedyś wam opowiem. Teraz napiję się wina, ciesząc się tylko, że nie wywaliłam się na pysk, potknąwszy się o korzeń, który wyrósł mi pod nogami akurat wtedy, gdy wytrzeszczyłam oczy na coś innego.

Nagłówek, nawiasem mówiąc, to fragment kazania – jak ulał pasuje do ostatnich 24 godzin. Dawno aż tyle nie przytrafiło mi się jednego dnia, w dodatku na pachnącej sianem prowincji, gdzie z założenia guzik się dzieje; a biorąc pod uwagę, że to dopiero początek moich wakacji, obawiam się ich końca…

Just smile and wave

Poważnie rozważam, czy by nie zaciągnąć się jako wolontariuszka na piknik lotniczy w Nowym Targu. Mogłabym polerować skrzydła szmatką do połysku albo coś w tym guście. Albo zwyczajnie stać i się uśmiechać, w czym jestem raczej dobra. To mi chyba w życiu wychodzi najlepiej.

Naprawdę nie dzieje się nic. Pracuję. Pakuję się (dziś, o ironio, Dzień Włóczykija, więc mogę oficjalnie celebrować moją ekscytację rychłym wyjazdem i niemożność usiedzenia na tyłku). Walczę z nieco przytłaczającą mnie rzeczywistością, od której na szczęście niebawem ucieknę. Nadal męczą mnie przesadnie erotyczne sny. Tym samym na trochę zamilknę; dam wam zatęsknić za moim niezbyt uporządkowanym strumieniem świadomości. Ale nie lękajcie się, cisza w eterze nie potrwa zbyt długo. Jestem dziwnie przekonana, że w przyszłym tygodniu obejrzycie trochę krzywo wykadrowanych zdjęć (chciałabym powiedzieć, że to zawsze zabieg artystyczny…) i zrozumiecie, dlaczego żadne szacowne czasopismo kulturalne nigdy nie poprosi mnie o pisanie recenzji teatralnych (podpowiedź – ponieważ bywają rzewne niczym „Pokuta Aweryli”).
Och, i nie wykluczam, że będzie trochę o pończochach.

 

PS. W sprawie nieszczęsnego  prezentu – ludzkość uratowana, zimny pot z czoła otarty. To jest tak fajna rzecz, że wcale nie mam ochoty tego oddawać, mimo całej sympatii do osoby obdarowywanej.

The madness of the eyes is the lure of the abyss

Narobiłam w życiu sporo zakupów przez internety i nigdy nie narzekałam (pomijając przypadek firmy kurierskiej z cyfrą w nazwie, dla której zbyt wielkim trudem okazało się podwiezienie przesyłki pod inny adres i musiałam gnać pod Kraków, żeby ją odebrać).
I oto zdarzył się dzień, gdy potrzebowałam prezentu dla kogoś. Deadline – najbliższa sobota. Żeby nie obudzić się z przysłowiową rączką w nocniku, postanowiłam raz w życiu podejść do sprawy metodycznie i rozpoczęłam poszukiwania trzy tygodnie wcześniej. Lubię ludzi obdarowywać, ale nie znoszę prezentów, że tak powiem, generycznych. Bardzo byłam dumna z tego, co tym razem wymyśliłam. Puchłam z dumy do chwili, gdy odkryłam, że tego właściwie nie sposób kupić, bo „produkt niedostępny”. Już prawie oklapłam jak przekłuty balonik, gdy z odsieczą przyszedł mi Merlin. Merlin obiecał sześć dni. Doskonale, jeszcze zdążę zapakować i napisać okolicznościowy wierszyk.
Dnia szóstego, o godzinie dwudziestej kurwa trzeciej, Merlin wysłał mi wiadomość, iż ups. Taki mały problemik. Mogę poczekać, aż będzie wiadomo, czy moje zamówienie da się zrealizować. Za czternaście dni powinni wiedzieć.
Za czternaście dni.
Za czternaście dni to ja sobie będę mogła mojego zamówienia użyć do wymiatania pajęczyn. Za czternaście dni planeta Ziemia może nie istnieć. Ja w ogóle nie znam takiego słowa jak czternaście. John, fetch me my revolver.
Cała zabawa zaczyna się od nowa, a dziś przecież mamy już wtorek. Przed piątkiem będę siwa jak gołąbek, jeśli tego cholerstwa nie znajdę. A można było kupić wazonik. Albo butelkę wina. Albo nadmuchiwanego smoka wawelskiego.

Tymczasem naukowcy potwierdzili – no, brawo! – że po spojrzeniu można określić, czy ktoś jest nami zainteresowany. Inaczej łypiemy na kogoś, z kim chętnie powędrowalibyśmy do ołtarza, a inaczej na tego, kogo chcielibyśmy wychędożyć na najbliższym stole.
Pół sekundy. Tyle nam potrzeba, żeby ocenić, które z powyższych rozwiązań bardziej nas pociąga.
Zawsze uważałam, że całe te podchody i serenady pod oknami to niepotrzebne odwlekanie nieuniknionego.
Skoro już o podchodach wspominam, miły przypuszcza atak, mówiąc rzeczy, których na ogół nie mówi. Nie można było tak od razu? Mimo wszystko nadal czekam na działania; wygląda na to, że kobiety z wiekiem stają się coraz bardziej odporne na słowa.

I can laugh and you’ll be free

Mamy w grajdołku budkę z belgijskimi frytkami.
Jestem nieopisanie szczęśliwa.
Inni mogą sobie kochać sashimi i jagódki goji, dla mnie boskim pokarmem są niestety pospolite frytki, a gdy jeszcze są oblane sosem… Ochhh, tak. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie odwiedziła wspomnianej budki. Wcześniej towarzystwo wyciągnęło mnie na czeskie piwa (świetne miejsce, dobre węgierskie wina też mają), więc znowu oczywiście jestem na diecie. Przez najbliższy tydzień – liść sałaty dziennie. Będzie to o tyle proste, że budzi się już we mnie podekscytowanie, a ono zwykle odbiera mi apetyt, bo kto by o jedzeniu myślał, gdy tyle się dzieje.

Długie letnie poranki dają mi mnóstwo czasu na myślenie. Mam o czym myśleć chwilowo.
Zawsze czuję się jakoś nieswojo – przyjemnie, ale nieswojo – gdy piszę coś, wciskam wyślij i sekundy później odkrywam, że ktoś napisał niemal dokładnie to samo, co ja i w tym samym czasie, co ja. Gdy znowu mówi coś, co mam na końcu języka. Gdy trafia w miejsce, w którym akurat chciałam być. Jeśli to dzieje się raz, w porząsiu, przypadek. Jeśli dzieje się po raz nie-pamiętam-który, mam ochotę spytać: kim ty jesteś? Ale tak naprawdę, kim ty jesteś i skąd?
Czasami mam szczere wątpliwości, czy ktoś jest żywą istotą, czy wytworem mojej wyobraźni, tak bardzo nieprawdopodobny mi się wydaje.
Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Miałam wrażenie, jakbym patrzyła na kogoś, kogo już znam. Nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć, to było bardzo dziwne uczucie. Trochę to niewygodne dla takiego sceptyka jak ja – bo niby co, mam uwierzyć, że znamy się z poprzednich żyć? Albo jesteśmy jakimś gwiezdnym rodzeństwem? Większość moich przyjaźni rodziła się bardzo powoli. To jest coś innego.
Być może rozum mi odbiera, ale powiem wam, że z wolna tracę wiarę w zbiegi okoliczności. Zaczynam za to wierzyć, że nasze życie w gruncie rzeczy rozgrywa się w tych niewidocznych wymiarach z teorii strun.
Nie zdarzamy się sobie przypadkiem, chyba nie.

Z innej beczki – wiadomości nadal nie czytam, nie oglądam i nie słucham.
Przejeżdżałam przez izraelsko-palestyńskie checkpointy ubiegłej wiosny – dzieciak, ze dwadzieścia lat najwyżej, z przewieszonym przez ramię karabinem, zaspanymi oczami zaglądał do wnętrza samochodu i machał ręką, jedźcie.
Wolałabym tak to wszystko zapamiętać.
W gruncie rzeczy wolałabym, żeby w ogóle nie musiał tam być.
Mam już serdecznie dość tego wszystkiego, ale ludzi z mocą sprawczą to w żaden sposób nie obchodzi niestety.

Midgets and dwarfs have very little in common

Kurwa.

Wróciłam do domu głodna, marząc o długiej kąpieli w pianie. Chciałam tylko sprawdzić, co się dzieje w świecie podczas gdy podgrzewał mi się obiad. Odpaliłam laptop i natychmiast zrozumiałam, że obiadu nie zjem.
Świecie, przestań już. Po prostu przestań. Weź się ogarnij. Z góry dziękuję, bo coraz bardziej boję się czasów, w których przyszło mi tu być.
Mam nadzieję, że wszelkie instytucje odpowiedzialne za pokój i dobrostan na planecie wreszcie przestaną „wyrażać głębokie zaniepokojenie” i inne podobnie żałosne pierdoły wygadywać ze swoich miękkich foteli.

W samolotach na ogół drzemię, usypiana dźwiękiem silników spokojnie mruczących w zabójczym mrozie za szybami i głęboko pewna, że ta maszyna doniesie mnie do domu, to w końcu niezawodne cudo techniki, które jest w stanie lecieć i wylądować nawet, jeśli te silniki wysiądą.
Oczywiście pod warunkiem, że ludzie mu na to pozwolą.
Nie dość, że włosy mi dęba stają podczas czytania wiadomości z Gazy, to jeszcze to.

Znowu mam potrzebę błyskawicznej ucieczki, zniknięcia, zamknięcia się w bezpiecznej skorupce. Nie żeby pod moim własnym sufitem, z moim własnym widokiem na szumiące drzewa było źle, ale…
Uciekam dopiero za tydzień. Wpatrywanie się w zegarek niestety nie sprawia, że wskazówki suną naprzód szybciej, a szkoda, bo mam na co czekać niecierpliwie. Po pierwsze – Zakochanego Szekspira wystawiają od raptem dwóch tygodni, a ludzie już chodzą na to po kilka razy i kwiczą z zachwytu, że jest piękny, cudowny i wzruszający. Podobno trwa ponad trzy godziny – bardzo dobrze, dla mnie mógłby trwać nawet osiem, co wyjaśnia załączony obrazek, ale nie będę zbaczać z tematu. Wszystko w swoim czasie.
Po drugie – mój znajomy poszedł na Medeę i wyszedł na kolanach, więc też sporo sobie obiecuję. Wygląda magicznie. Też będziecie mogli zobaczyć, albowiem trafi do kin jesienią.

A poza wszystkim bardzo bawi mnie dowcip z nagłówka. To tak żeby nie kończyć zbyt smutno.

If a black cat crosses your path, it signifies that the animal is going somewhere

Jak może zauważyliście, niżej podpisana jest zabobonna niczym średniowieczny kmiot. Duchów co prawda nie wywołuje, nie zarzyna kogutów o północy ani z różdżką po domu nie lata, ale ma swoje specjalności. Wróży sobie z radia, wierzy, że silny wiatr zawsze coś przynosi (na ogół stare gazety i powietrze znad kombinatu), łapie się za guzik na widok kominiarza, zawsze siada na sekundę, kiedy musi po coś wrócić do domu, a gdy na czymś bardzo jej zależy, nigdy nie mówi o tym głośno, żeby nie zapeszyć. Nosi swoje brzęczące bransoletki, koraliki, cornicelli, a mieszkanie ma obwieszone przywożonymi zewsząd pierdółkami, które niby mają przynosić szczęście. Takie moje niegroźne dziwactwo. Nie zaszkodzi przecież.
Z Azji przywiozłam sobie malutkiego uśmiechniętego Buddę z jadeitu. Nie rozstawałam się z nim przez ostatnie miesiące, aż któregoś poranka odkryłam, że sznureczek się przetarł i Budda trzyma się siłą woli właściwie, na ostatniej słabej nitce. Cud, że go nie zgubiłam.
Wysłużony sznureczek został zastąpiony mocnym łańcuszkiem i książę Siddhartha wrócił tym samym na swoje miejsce, to jest w mój dekolt. Od razu lepiej. W najbliższych tygodniach spodziewam się bowiem wielu sytuacji, w których będę ściskać go nerwowo z nadzieją, że mi pomoże.
Zdumiewająco mocno wdrukowałam sobie przeświadczenie, że on działa. Córka inżyniera, kształcona, raczej bezbożna, ogromnie sceptyczna wobec wszelkiej ezoteryki. I proszę bardzo.

Wróciłam z terenu. W terenie było naprawdę przyjemnie, dużo nowych wyzwań, dużo nowych twarzy, praca z ludźmi, którzy dobrze znają Józefa, a na domiar szczęścia wieczorem można było pochlapać się w bąbelkach. Konieczność częstych wyjazdów poza grajdołek ogromnie mi odpowiada, choć cierpi na tym moje życie towarzyskie, bo im piękniejszy mam pomysł na wakacje, tym bardziej muszę go zmieniać, a znajomi, nawet ci obdarzeni świętą cierpliwością, nieco się irytują, gdy po raz trzeci przesuwam spotkanie. Nie dziwię się – też tego nie lubię u innych. Powoli do mnie dociera, że w obecnej sytuacji planowanie czegokolwiek z wyprzedzeniem większym niż tydzień lub dwa nie ma najmniejszego sensu. Ale – sama chciałam takich zmian, więc nie ubolewam. Z czasem nauczę się w tym funkcjonować.
Wróciłam i od razu mi ciśnienie wzrosło. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że na wywczas udam się z kartonikiem, na którym będzie stało WILL WORK FOR FOOD. Albo lepiej WILL WORK FOR GIN.

Tymczasem we wsi, do której się wybieram, odbędzie się weekend archeologiczny. Napisali na stronie, że ręce ubabrane po łokcie są absolutnie konieczne, natomiast bat i kapelusz – opcjonalne.
Może pójdę? Nie będę przecież całymi dniami czatować na farmera.

Och, i niech mi ktoś wyciągnie z uszu ten kawałek. Architecture In Helsinki od zawsze lubię, ale ten akurat numer tak się mnie uczepił, że choć mam go dość, nie mogę przestać słuchać.

Do not swear by the moon for she changes constantly

Nie mam o czym pisać, droga redakcjo, ponieważ w przerwach pomiędzy odliczaniem godzin do urlopu odliczam minuty do urlopu. A jeśli zdarzy się chwila, gdy nie spoglądam na kalendarz ani zegarek, gotuję się na miękko w salach konferencyjnych.
Toteż w oczekiwaniu na wenę i przypływ wolnego czasu pokażę wam obrazek. Owszem, to jest to, co myślicie.
Te różowe wstążeczki – coś pięknego. Takie to jest ładne, że aż szkoda byłoby… no, sami wiecie.

Dwie noce pod ogromnym księżycem sprawiły, że budziłam się niepewna, czy się obudziłam. Sny miałam nieziemskie, zmysłowe i wyraziste. Co jakiś czas wyrywało mnie z nich jasne światło zza okien i siadałam na łóżku ogłupiała, nie wiedząc, gdzie jestem i gdzie podział się ktoś, kto przed chwilą tu ze mną był, no przecież był, jestem pewna. Nie?…

I choose to take back my life

Zastanawiam się, jak to jest, że niektóre kobiety potrafią tak łatwo wejść w kolejny związek – tak szybko; czasami trzymają tę drugą gałąź jeszcze przed puszczeniem pierwszej. Przynajmniej zauważają wokół jakichś kandydatów. U mnie zawsze było inaczej. Kochliwa nie jestem jakoś bardzo, nie umiem spotykać się z kimś dla samego spotykania, dla tej przysłowiowej pary gaci w domu i ramienia w pobliżu. To znaczy umiem, ale budzi to we mnie emocje niewiele większe niż podróż MPK z domu do roboty i prędzej czy później dochodzę do wniosku, że mi to niepotrzebne. Nie lubię niczego, co raptem letnie – słabej kawy, półwytrawnych alkoholi, stonowanych barw, plumkającej muzyki, łagodnych obyczajowych powieści. Niestety, niestety. Mnie musi uderzyć, sparaliżować, oszołomić.
Liczę po cichu, że jeszcze kiedyś oszołomi.

Nie narzekam, bo dni właściwie płyną całkiem przyjemnie. W pracy inne powietrze (dosłownie – bo chwilowo przebywam na wygnaniu w terenie), nowe doświadczenia, wspólne obiady na mieście, kąśliwe żarty. Po pracy planowanie powrotu z Wysp – nie całkiem to wyszło tak, jak chciałam onegdaj, bo ograniczył mnie zakładowy grafik, ale jakoś wyszło – i zniecierpliwienie coraz większe.
Świat dał mi następujący wybór:
1. podróż na trasie Wielka Brytania-Polska za ponad 1000 peelenów (żeby nikt nie miał złudzeń, tanią linią; pogięło)
2. podróż na trasie Wielka Brytania-Polska z przystankiem w Holandii, całodziennym, pozwalającym wyjść do miasta na śledzia i piwo, za niespełna połowę tej kwoty.
Ech, gdybyż świat codziennie dawał mi tak proste wybory…
Idąc za ciosem, przygarnęłam bilet na Medeę (przeraźliwie chciałam zobaczyć, odkąd wiem, że muzykę robi Goldfrapp) i na Juliusza Cezara. Na tego drugiego zapragnęłam pójść, gdy wyczytałam, że akcja znowu rozgrywa się w dużej mierze wśród audytorium. Innymi słowy – mała czarna nie wchodzi w grę, za to dżinsy i pepegi owszem. Fantastycznie.
A gdy próbują osiąść mnie najczarniejsze kruki, przypominam sobie, że za dwa tygodnie czeka mnie kolejny bolesny seans tortur lukrem i toffi. Na samą myśl wypływa mi na pyszczek nie do końca inteligentny uśmiech. Tego się trzymajmy; kruki boją się takich uśmiechów.

Wszystko będzie dobrze.
Wszystko będzie dobrze.

Pełnia za oknami; może dlatego tyle we mnie pary. All for you, oh hungry moon

PS. Być może to księżyc sprawił, że nastąpiła próba przełamania spiętrzonych lodów. Bardzo miło, ale czyny, chłopaku, czyny.

Nikodem Żaboklicki, czyli przed czym drży nasza bohaterka

Czasami człowiek gapi się na strugi deszczu za oknem, niesłusznie przekonany, że robi to bezmyślnie. Ale tak naprawdę myśli o czymś bardzo, bardzo intensywnie, nie od wczoraj i przez cały czas; to wgryzło się w jego głowę tak głęboko, że przestał to zauważać.
Myśli, że za czymś tęskni. Za emocjami.
Te ukradkowe spojrzenia najpierw, uparte udawanie, że nie widzi się przeciwnika. Spojrzenia coraz dłuższe, aż do nagłego uświadomienia sobie, że ktoś wam się przygląda i wcale nie zamierza odwracać wzroku. Przeciwnie, zmusza was do podjęcia gry w „kto pierwszy się podda”. A później następują jeszcze ciekawsze rzeczy, dialogi bez użycia słów i uśmiechy, a później ktoś w końcu ośmiela się odezwać, a później temperatura rośnie. Sprawy nabierają tempa albo umykają bez śladu, zostawiając po sobie tylko mgliste, ale przyjemne wspomnienie. Tak czy inaczej na początku scenariusz zawsze jest ten sam, nihil novi sub sole, przynajmniej od czasu, gdy wyszło z mody łupnięcie maczugą i zaciągnięcie za włosy do jaskini.
Ostatnio mój mięsień sercowy jest nieco udręczony, już mu się nie chce i nic nie wskazuje na to, by sprawy miały pójść ku lepszemu. Gdyby mi się trafił jakiś coup de foudre, nie broniłabym się wcale. Bogiem a prawdą – nawet liczę, że mi się trafi.
Czuję się jak ta pogoda za oknem – ubolewam tylko, że nie mam możliwości tłuczenia piorunami.

Skoro o piorunach mowa, zmienię może temat, zanim moje serce i libido zaczną przemawiać za mnie. Otóż spotkała mnie dziś przygoda mrożąca krew w żyłach.
Muszę się przyznać do trzech fobii. Pierwszą jest woda, bo kiedyś omal nie utonęłam i do tej pory na samą myśl, że moja głowa mogłaby znaleźć się pod wodą, robi mi się słabo. Na jacht, prom, kajak et cetera wsiadam tylko wtedy, gdy muszę.
Drugą są burze. Ubóstwiam je, ale tylko pod warunkiem, że znajduję się w bezpiecznym miejscu. Nie ma takiej możliwości, żebym podczas burzy znajdowała się na zewnątrz, po prostu nie i już. Przyczyna jest prosta, otóż pięć lat temu podczas górskiej wycieczki nie zdążyłam przed burzą uciec i piorun uderzył kilka metrów ode mnie. Od tamtej pory panikuję.
Trzecią fobią, eee, są żaby.
Nie lubię. Zawsze się obawiam, że skoczą mi na twarz.
Dziś, wracając do domu w samym środku apokalipsy, którą ostatnimi czasy mamy w Krakowie każdego popołudnia (i zastanawiając się, czy jednak nie lepiej byłoby nieść buty w ręce, skoro i tak całkowicie przemokły), nagle zauważyłam na chodniku, na MOIM chodniku, pod MOIM domem, coś malutkiego, co poruszało się w przód metodą niewielkich podskoków. O Boże Boże żaba. Ze wszystkich zwierząt zamieszkujących królewskie miasto stołeczne akurat żaba. A co, jeśli spróbuję ją wyprzedzić i ona mi wtedy wskoczy na stopę?…

Do domu dotarłam. Teraz siedzę na mojej jakże ukochanej sofce i z wolna odzyskuję równowagę.
To dobrze, bo mam dziś jeszcze bardzo poważną rzecz do przemyślenia.