Through enjoyment we endure

Dobra. Dawajcie mi ten bilet na samolot w ciepłe kraje, bo przysięgam, nie wytrzymam i nie chcę żadnych świąt.
Niestety na kolejnym bilecie stoi data za 20 dni od dziś – i kraj niezbyt ciepły, ale to nieważne. Byle dotrwać. Jakoś. Zacisnąć zęby, spiąć się, udać, że niczego nie widzę i nie słyszę, i po prostu przebrnąć.

Jakby tego było mało, bałagan w mojej głowie osiągnął rozmiary, których już nie potrafię opanować. Najchętniej nabawiłabym się amnezji. Odkochała zupełnie albo zakochała w kimś trzecim, zgodnie ze znanym powiedzonkiem o dwóch takich, co się biją. Tymczasem utrudniam sobie zadanie na wszelkie możliwe sposoby. Z jednym rozmawiam przed zaśnięciem, domyślając się, że zapewne przyśni mi się drugi – albo że obudzę się w nocy, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie przyszła od niego wiadomość.
– Jak to wyjechałeś? Ale wrócisz?
– Pewnie, że wrócę. To tylko na chwilę.
Och, koleżanko. Jak na Kogoś, Komu Ani Trochę Nie Zależy, zadajesz bardzo niestosowne pytania.

Wynajduję sobie różne zajęcia, żeby odseparować się od całego zamieszania, od serca stłuczonego w drobny mak, samotności w tym tłumie, przymusowego milczenia, bo komu o tym powiedzieć i po co. Codzienne drobiazgi są dobre. Piorę. Brwi wyskubuję. W wannie leżę. Po księgarniach chodzę (do końca roku ani jednej sztuki więcej, słowo daję – ale najświeższy nabytek jest doskonały i musicie go mieć), zamykam się w kuchni – przenośnie, bo w mojej kuchni zamknąć się nie sposób, nie ma drzwi – i piekę. Odkąd odkryłam, że umiem, robię to w niemal każdy weekend. Sprawia mi to ogromną przyjemność, nie tylko samo międlenie surowego ciasta, oblizywanie palców i wycieranie zabrudzonych cynamonem rąk w spodnie, ale też karmienie każdego, kto akurat się nawinie. Chłopaki w pracy się cieszą.
Jak na ironię moja wstydliwa słabość postanowiła dziś poinformować ludzkość, że też będzie piekła przy niedzieli. Świetnie. Wielkie umysły myślą podobnie.
Dodała z niezmierzonym okrucieństwem, iż jako że jest sama w domu, zamierza piec na golasa.
Eeehm.
Bezskutecznie próbuję wytrząsnąć sobie z głowy ten obraz. Dziękuję bardzo, doprawdy.
No, ale przynajmniej myślę o czymś innym niż dotychczas.

Dusza towarzystwa

Coś wam pokażę.
wpid-dsc_00172.jpg.jpeg
Opróżniałam wczoraj skrzynkę na listy i między rachunkami znalazłam, cóż, list właśnie. Niedużą kopertę opatrzoną pieczęcią AIR MAIL i znajomym logo, którego widok natychmiast rozpromienił mój osowiały pyszczek.
Wewnątrz był mały prezencik, który mnie niesłychanie ucieszył.
Adresu na kopercie nie było, niemniej albo dzięki elfom, albo dzięki jakiejś hipernowoczesnej technologii trafiła we właściwe ręce.
Miłe.

Takoż wczoraj byłam na imprezie.
Z której uciekłam.
Nie jest to dla mnie zachowanie typowe, w każdym razie dotychczas nie było. Onegdaj znana byłam z tego, że opuszczałam lokal w momencie jego zamykania o świcie. Gorszące szczegóły pozwolę sobie przemilczeć. A wczorajszego wieczoru po raz pierwszy w życiu poczułam, że to już kompletnie nie moja bajka. Nie to, że nagle przestałam lubić ludzi, z którymi miałam spędzić wieczór; muzyka też była niczego sobie. Po prostu w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że siedzę sama w kącie i czytam sobie coś na telefonie, i to, co czytam, interesuje mnie bardziej niż toasty i tańce, nie chce mi się nawet podejść do baru po kolejne piwo i w ogóle najchętniej poszłabym do domu.
Była raptem dwudziesta pierwsza.
Towarzystwa przybywało, lód grzechotał, śmichy chichy, wszystko bardzo fajnie, a ja jak ten kołek.
W końcu zabrałam płaszczyk i wymknęłam się dyskretnie. Bo w domu jednak fajniej. W domeczku. W domuniu. Z moimi ulubionymi smętami.

Atmosfera już wszędzie bardzo dzwoneczkowa, a u mnie nieszczególnie. To nie będą zbyt wesołe święta i z chęcią bym je zignorowała. Wyjechała daleko, zamiast barszczyku poczęstowała się winem w samolocie, może przeleżała parę dni na plaży. Albo chociaż udawała, że po prostu ich nie ma.
Niecierpliwie za to czekam na to, co po świętach. O tak. Mój zawieszony chwilowo na kołku szelmowski uśmiech wróci w swoim najlepszym wydaniu.

Akty strzeliste i genitalia, czyli zakres usług doradczych

Nie no.
Ja bym naprawdę chciała wiedzieć, co powoduje człowiekiem, który tak uporczywie tych gołych scen w teatrze szuka i wskutek poszukiwań trafia tutaj, bo może mogę jakoś pomóc.
Szósty raz w ciągu ostatnich trzydziestu dni.
Na drugą nóżkę mamy trafienia religijne, w dwójnasób, gdyż autorowi tekstu „jak nazywa się góra na kturą mojrzesz się wdrapał i dostał tablice” wyraźnie trzeba przebaczyć, gdyż nie wie, co czyni.
Synaj. Synaj się nazywa. Nie ma za co.
Pieśni religijnej o świętej Ricie (patronce od spraw beznadziejnych, warto nadmienić) też ktoś poszukiwał na moim blogasku. Niezły miks, prawda? Sacrum i profanum, co kto woli.

Skoro już przy tej nagości jesteśmy, to chciałam sobie zarezerwować bilecik na jedno przedstawienie w Albionie. Przedstawienie zbiera świetne recenzje, ale jest opisane jako takie dla dorosłych, bo panowie w rolach głównych ochoczo błyskają czymś zgoła – ZGOŁA – innym niż talent. Wszystko świetnie, biletów cała masa do wyboru, gdy wtem zauważyłam ich cenę i zaparskałam ekran.
Ja nie wiem, co oni w tym spektaklu swoimi penisami robią, ale sądzę, że co najmniej składają origami.

Poza tym wszystkim mam za sobą straszny wtorek. Mózg mnie rozbolał – tak, wiem, że teoretycznie nie może boleć, ale mnie bolał z rozpaczy i frustracji. Dzionek cały upłynął mi na tłumaczeniu w tę gorszą stronę, na domiar złego tekstów, których w ojczystym języku nie rozumiem, bo tak źle są napisane. Po polskiemu napisane są. Wystarczy powiedzieć, że na co drugie zdanie gapiłam się w powątpiewaniu, próbując rozkminić, gdzie jest orzeczenie. Właściwie płodziłam całość od nowa, żywiąc szczerą nadzieję, że dobrze odczytuję, co autor oryginału miał na myśli. Nie ma co się dziwić, że z tak przeoranym umysłem udało mi się – we własnym mieszkaniu – zgubić telefon. I okulary. Jedno i drugie zgubiłam bardzo skutecznie. Telefon znalazłam dopiero rankiem, gdy się odezwał. Wielkie brawa dla tej pani, kiedyś zgubi głowę. Och, wróć. Już od dawna w miejscu głowy ma naczynie wypełnione kleikiem.
Dziś musi być lepiej.
Przekornie bardzo smutna piosenka, która troszkę złamała mi serce dziś rano. Nadal zbyt wcześnie wstaję – w tych godzinach, gdy wszystkie nerwy ma się na wierzchu i wszystko czuje się jakoś bardziej.

Kill the house lights

W sobotni wieczór na Kazimierzu, gdy tłum na ulicach i w knajpach akurat zaczyna gęstnieć, żegnam się ze znajomymi, zakładam płaszcz, wciskam pięści w kieszenie i maszeruję przez most.wpid-dsc_0012_16.jpg
Idę do ICE, żeby na rok zakończyć przygodę z Boską Komedią – w towarzystwie Drugiej kobiety.

Czytałam kiedyś piękny felieton Caitlin Moran o jej spotkaniach z fanami – prawdziwymi fanami, nie łowcami autografów. Napisała, że uważa tych ludzi za niesłychanie odważnych, bo często przychodzą z bardzo intymnymi wyznaniami – odsłaniają miękki brzuch przed zupełnie obcym człowiekiem w nadziei, że chociaż przez 30 sekund będą dla niego tak ważni, jak on dla nich; dziękują za inspirację, za uratowanie życia w trudnym czasie, przynoszą w prezencie szalik, który sami zrobili, wyznają miłość. Potem odchodzą uśmiechnięci jak najszczęśliwsi ludzie pod słońcem. Nie mogą wiedzieć, czy idol w istocie nie okaże się tępym dupkiem zupełnie niezainteresowanym ich historią, ale odkładają na bok strach przed upokorzeniem. Nie ośmielają się nawet pomyśleć, że te krótkie momenty mogą wywrzeć na idolu jednakowo silne wrażenie, co na nich. I od takiego właśnie spotkania, tylko tragicznego w skutkach, zaczyna się ten spektakl.
Szum miasta, cienie przechodniów z parasolkami, chaos i histeria pod stage door. Fanka rzuca się na szyję wychodzącej z teatru gwieździe i woła, że ją kocha. Odepchnięta przez ochronę, chwilę później wpada pod samochód i ginie.
Gwiazda wraca do swojej bezpiecznej samotni, do niewyczerpanych zapasów whisky i fajek, do wiernego, wpatrzonego w nią jak w obrazek garderobianego, który zawsze czeka ze słodkim komplementem i przygotowanym drinkiem. Próby do nowego spektaklu idą fatalnie. Reżyser nie panuje nad tym, co się dzieje, między gwiazdą i jej partnerem zero chemii, zblazowana autorka tekstu ciągle ma pretensje. W sztuce gwiazda ma zagrać kobietę w swoim wieku, ale broni się przed tym jak może, argumentując, że wiek jest nudny. A do tego wszystkiego w lustrze, w którym gwiazda się przegląda, naciągając sobie policzki i pijąc do odbicia – naraz pojawia się duch zmarłej fanki. Nie będzie chciał odejść tak sobie. Zresztą może to wcale nie duch, tylko utracona młodość prześladująca dojrzałą kobietę, samą jak palec, niepogodzoną z metryką.
Na premierę gwiazda dociera spóźniona i zalana w sztok. A jednak wychodzi na scenę, zatłukłszy wcześniej swojego demona. Gwiazda ma jasny, coraz bardziej potargany kok. Jej bohaterka – ciemne, krótkie włosy. Jak Danuta Stenka, która przypadkiem ją gra. Staje przed przejętą publicznością ze śladem łzy na policzku i pyta: „Naprawdę chcecie wiedzieć, ile mam lat? Chcecie?”.
Ciekawe zresztą, że wszyscy bohaterowie – poza nią i jej nemesis w różowej sukience – noszą imiona aktorów. Sceniczny partner, z którym nie potrafi się dogadać, a który robi wszystko, żeby jakoś tę katastrofę odratować, jest Adamem, aktor grający kochanka ma na imię Dawid (szkoda, że tak go mało w tym przedstawieniu, bo jest irytująco utalentowany – nie tylko dlatego, że umie na klarnecie; spójrzcie na jego rolę w „Chce się żyć”, w „Jesteś Bogiem”, w teatralnym „Nietoperzu”; rodzi nam się supernowa). Zrozpaczonego reżysera wołają Roman. A w kąciku siedzi szemrzący przez interkom inspicjent.
Bardzo lubię teatr w teatrze – takie chwile, gdy nie wiem, czy to, co widzę, jest ciągle sceną ze spektaklu, czy już nie. Gdy opadająca kurtyna albo zapalające się nagle światła to może kolejny artystyczny zabieg. Coś mnie w tym dzieciacko ekscytuje, bo to jakby otwierał się świat, do którego zazwyczaj widzowi nie wolno zajrzeć.
Dawno nic mnie tak nie wgniotło w fotel. Wyszłam bardzo poruszona. Zapewne są w tym kraju przedstawienia lepsze i bardziej przejmujące, ale to akurat z jakichś przyczyn wyjątkowo mnie dotknęło.
Główną rolę w tym spektaklu gra Danuta Stenka i wiecie – ona nie jest z tej planety. To postać z innego, lepszego uniwersum. Niebywałe zwierzę sceniczne. Innych aktorów przy niej nie widać. To jest nasze wielkie dobro narodowe. Chapeau bas.

A dzisiaj kocyk, odgrzewana kaczka i książki. „Angole”, którymi próbuję się zniechęcić do wyjazdu – ze zmienną skutecznością – i wspaniała opowieść o Misi Sert. Och, czemuż ja nie mogę być z zawodu protektorką artystów… W odróżnieniu od większości kobiet z jej kręgu rozumiała, że przyjemność tkwi nie w konkretnych rzeczach, ale w sposobie, w jaki się z nich korzysta (…) Unikała nudy i uwielbiała się śmiać, w przeciwieństwie do innych kobiet, które ze strachu przed zmarszczkami rzadko sobie na to pozwalają.
Starała się uciec od nieuniknionego losu. Zagłuszała prawdę marzeniami.
Niepokojąco mi to bliskie.

Oh, come forth into the storm

Ja nie jestem jakoś bardzo światowa ani bardzo wyrafinowana. Nie przeszkadza mi krzywo położona serwetka w knajpie, nie czepiam się kiczowatego wystroju, nie muszę mieć oliwy truflowej do skropienia sobie sałatki (choć bardzo lubię oliwę truflową i w moim idealnym świecie czekałaby na mnie na stoliku w każdej restauracji), nie oczekuję karty win wymieniającej omszałe butelki zakorkowane sto lat temu – bo i tak mnie nie stać – ale to nie znaczy, że zawsze wszystko mi się podoba.
Nie podoba mi się na przykład, gdy czekam na jedzenie tak długo, że zapominam, co właściwie zamówiłam. Tak długo, że odtwarzam z pamięci „Przeminęło z wiatrem” i jestem już przy drugim tomie.
Chciałabym napisać, że było warto. Otóż nie było.
Czasami lepiej zostać w domu i zrobić sobie frytki.
Strzeżcie się lokali, które wyglądają, jakby architekt poświęcił im czas i wysiłek porównywalny z tym Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej, które szczycą się utytułowanymi kucharzami, i których kierownictwo wyraźnie liczy, że gość – jeśli tego słowa można w ogóle użyć w tym kontekście – będzie arcyzachwycony samym przebywaniem w tak podniosłej atmosferze, mniejsza o nakarmienie go.
Dla równowagi – na Floriańskiej, czyli na ulicy, którą tutejsi raczej wymazują z kulinarnej mapy miasta, ukrywa się od niedawna bardzo przyzwoity Balkan Express Grill, który daje naprawdę dobrze jeść, dobrze i tak dużo, że kończyłam moją pljeskavicę metodą „za mamusię, za tatusia”. I cóż z tego, że w papierku.

Jeśli chodzi o inne mniej lub bardziej ciekawe wydarzenia, to nie było ich zbyt wiele, bo w okropnym niedoczasie żyję ostatnio i nie mam okazji do przygód. Może to i lepiej. Kupiłam sobie jedynie perfumy, zupełnie inne niż chciałam – to akurat jest normalne – ale tak mnie uwiodły, że nie mogłam wyjść ze sklepu bez nich. Ogromnie lubię zapach ambry, mogłabym się w niej tarzać i to właściwie zrobiłam tuż po powrocie do domu (tj. rozpakowałam flakonik i wypsikałam się niemiłosiernie, pohukując z zachwytu). A potem znalazłam opinię innej zadowolonej w internecie i pozwolę sobie zacytować, bo mnie ujęło:
Despite being a sexy, musky scent, it still smells clean to me. It makes me want to snuggle up with someone and if I had Benedict Cumberbatch here with me, I’d be nuzzling him big time. Or he would be nuzzling me because I’d be smelling so fabulous.
Benedykta może sobie koleżanka zachować, osobiście wolałabym się pościskać z paroma innymi, ale sens pozostaje. W punkt. Ten zapach jest tak przyjemnie zmysłowy, tak ciepły i cielesny, że istotnie tylko z kimś pod kołdrę wleźć.
Co dziś wieczorem bardzo mądrze będzie zrobić, nawiasem mówiąc, bo nadciąga orkan Aleksandra. Nie ufałabym tak nazwanemu zjawisku atmosferycznemu, ani trochę bym nie ufała.

PS Aleksandra doleciała do Krakowa, sądząc po czystym powietrzu, szumie ciepłych podmuchów i gnących się drzewach. Jeśli o mnie chodzi, może zostać.

Czego potrzebujesz, duszeczko, żeby się dostać do nieba?

Dzień na służbowym wygnaniu. W ostatniej minucie ostatniego spotkania autorka łapie laptop, zarzuca szalik i pędzi co koń wyskoczy na dworzec, żeby zdążyć na 18:30 do Krakowa, bo Boska Komedia. Autorka mogłaby co prawda prosto z delegacji udać się do ICE, ale postanawia zadać sobie dodatkowe utrudnienie, gdzie taka zdrożona, upocona, z tobołami będzie leciała obcować z kulturą; otóż wpadnie jeszcze do domu, ździebko się odświeży, toboły rzuci i wyjdzie li z gustowną torebusią.
Plan był idealny, tylko miał jedną wadę.
Zakładał, że żaden z moich środków transportu się nie spóźni.
Jako często podróżująca powinnam była to przewidzieć, ale czasem mam napad optymizmu.
Na szczęście moje napady optymizmu w pewnym sensie usprawiedliwia wieloletnie doświadczenie – ergo, dziesięć minut po przybyciu do domu wybiegałam z niego gotowa na doznania, zdążywszy wziąć ultraszybki prysznic, na nowo upudrować nos, wyszczotkować włosy i zmienić ubranie. I nie spóźniłam się na przedstawienie.

Boska Komedia to w moim grudniowym kalendarzu punkt stały i niezmienny. Co roku idę na tyle spektakli, na ile tylko mogę (nota bene strasznie bym chciała, żeby można było kupować karnety na całość). Z każdym początkiem zimy w tłumie czekającym, aż otworzą się drzwi na widownię, zauważam te same twarze. Oglądam wspaniałe rzeczy. Nie zawsze do końca mi te rzeczy pasują, czasami gryzę palce w przejęciu, czasami wstrzymuję oddech, czasami coś zupełnie nie gra w mojej tonacji i zastanawiam się, ile do następnego tramwaju – ale zachwyca czy nie, oglądam do końca. Nigdy z żadnego spektaklu nie wyszłam.
Nie lubię tylko nienumerowanych miejsc, bo zwłaszcza w obiektach tak dużych jak ICE numerowanie ich ogromnie uprościłoby sprawę i pozwoliło uniknąć sytuacji jak w tanich liniach lotniczych, gdy każdy bieży jak oszalały do wejścia na parterze, depcząc cudze wypastowane stopy i waląc po żebrach.

Czytałam „Dziady”, każdy czytał, każdy wali cytatami niechcący, czterdzieści i cztery, nazywam się milion, ciemno wszędzie, niewinni czarodzieje i tak dalej et cetera – ale wczorajszego wieczoru olśniło mnie, może naiwnie, jak bardzo uniwersalny jest ten tekst. Na dobrą sprawę można go przyłożyć do każdej opowieści, niezależnie od szerokości geograficznej, na której żyją ciemiężcy i ciemiężeni (a teraz spróbujcie takiej szerokości nie znaleźć). Do każdej historii z trupami w szafie i oczami zaciskanymi w ciemności, żeby tylko duchy z kątów nie wylazły.
Te akurat „Dziady” zostały włożone w foremkę amerykańskiej popkultury. Macie swingujące trio w długich rękawiczkach, cheerleaderkę i chłopaków grających w kosza – jak się okaże za chwilę, chłopaki wolą inną, znacznie bardziej brutalną grę. Macie przemówienie Martina Luthera Kinga i gospel w przepięknej scenie. Macie telewizję, popcorn i automat z coca-colą. Macie upiorne dzieciątka z „Lśnienia” recytujące, że do mamy lecą, do mamy… Macie Marilyn, jej falującą sukienkę i jej tęsknoty za JFK. Macie rodzinny obiad u Senatora, z udziałem tęgiej niewolnicy – pani Rollison – i Ku-Klux Klanu. Macie wreszcie Guślarza, który wygląda jak Joker i moim zdaniem kradnie to przedstawienie. Jest fenomenalny. To nie Gustaw/Konrad gra tu główną rolę (choć zblazowany, zarośnięty luzak Gustaw jest świetny), ale właśnie Guślarz, z pięknym głosem, z namalowanym krzywo uśmiechem, szepczący skrzekliwie do ucha nieszczęsnym bohaterom, krążący w tle jak upiór.
Wtem zapada ciemność i słychać tylko dudniący głos Holoubka w słynnym monologu z Lawy. Każde słowo dociera, nie sposób uronić. W pewnym sensie nie macie wyjścia – musicie tego wysłuchać.
W kolejce do szatni nasłuchałam się rozmaitych opinii – że zbyt groteskowe, że krew sika, że po co w ogóle to w jakąś Amerykę wsadzać, gdy to takie polskie…
No, otóż to nie takie polskie, jakbyśmy chcieli myśleć. Nie tylko u nas rodzili się męczennicy. I nie aż tak znowu groteskowe, choć groteskę i przesadę w teatrze akurat lubię bardzo. Chyba po to teatr jest, żeby przesadzać? Kto by chciał oglądać na scenie swoje zwykłe 24/7?…

There is something about riding a unicorn, for those people who still can, which is unlike any other experience

Zanim będziemy brylować wśród znanych i lubianych, trzeba jeszcze trochę się poszarpać za włosy z rzeczywistością niezbyt błyszczącą i barwną; ze smętną pętlą autobusową w poniedziałkowy poranek, mgłami nad miastem obserwowanym z wysoka, właściwie nad mętnymi zarysami miasta. Stojąc z nosem przy szybie osiem godzin później, w oknie naprzeciwko zauważam ciemną sylwetkę kogoś, kto też tak stoi i patrzy – chyba bardziej na swoje odbicie niż na gęstniejącą znowu szarość w dole. I tak się gapimy, dwoje zupełnie sobie nieznajomych ludzi liczących na to, że otchłań też na nich spojrzy.
Wracam do domu, podsłuchując rozmowę pijaczków dyskutujących o cenach wiśniówki i przewadze seksu z żoną nad nieżoną, przeraźliwie starając się myśleć o wszystkim, co trzeba ogarnąć, wszystkich dokumentach do przeczytania, spotkaniach do odbycia, ale w pewnym momencie znowu wszystko ucieka mi z głowy, menelska pogawędka w tle cichnie, jakby wcale mnie tu nie było.
Nie mogę sobie pozwolić na jeszcze bardziej gwałtowne oderwanie od rzeczywistości, więc zachowuję pozory i robię, co trzeba, ale mam coraz bardziej wywalone – na ludzi również. Wcale mnie to nie zasmuca; przeciwnie, czuję się w pewnym sensie uwolniona.

Whatever Lola wants, Lola gets

Ohoho. Pan i władca się odezwał. Nawet miło nam się rozmawiało.
I tak właśnie z nimi jest, no, zawsze tak samo – muszą poczuć, że coś im się wyślizguje z rąk. Wtedy nagle, czarodziejsko okazuje się, że jednak coś pod tym pancerzem jest.
Ciągle go uwielbiam, ciągle to najbliższe mi stworzenie, ciągle najpiękniejsze, z nikim tak dobrze się nie dogaduję, nikt inny nie wie, o co chodzi, gdy tylko wykrzywię buzię – ale ja już chyba potrzebuję czegoś więcej, niż ten pan może mi dać. Bardzo chciałabym się mylić. Raczej się nie mylę.
Zobaczymy.

Ktoś tu od kilku dni wchodzi w poszukiwaniu nagich scen w teatrze. Sądząc po trafieniach z wyszukiwarek, od lat jestem – niechcący – ekspertką od wódki i penisów, ale cóż. Każdy powód, żeby pójść do teatru jest dobry, natomiast z przykrością zawiadamiam, że nie prowadzę rejestru golizny. Lada dzień zaczyna się Boska Komedia, więc być może będę mogła coś w temacie dodać.
Skoro jednak zeszliśmy na mojego konika, to mogę wam szepnąć, że jestem dziś bardzo ucieszona.
W lutym zasuwam do miasta, którego nie ma – na walentynki akurat. Nigdy ich nie obchodziłam, ale skoro termin wycieczki taki a nie inny, postanowiłam obejść je z przytupem, w towarzystwie tego tutaj koleżki (gwoli ścisłości, nie chodzi o Barry’ego Manilowa). Dzień wcześniej oczywiście idę do teatru, a dzień później, ahem, na rozdanie nagród.
Zawsze chciałam pójść na takie coś. Kto by nie chciał. Niestety nie należę do kręgów zapraszanych na tego rodzaju wydarzenia – może kiedyś. Ale wczoraj przeczytałam, że WhatsOnStage, portal specjalizujący się w wiadomym temacie, uruchomił sprzedaż biletów na rozdanie własnych nagród, przyznawanych przez publiczność, która najpierw nominuje do nominacji (co niżej podpisana również uczyniła), a później podejmuje ostateczną decyzję. To jest dość duża impreza, sławne ludzie przychodzą, inne sławne ludzie występują. Miałam inne plany, gdy wtem coś mnie tknęło i postanowiłam jednak uszczęśliwić się biletem.
Dziś ogłoszono nominacje i muszę powiedzieć, że czuję się, jakbym wygrała milion euro. Oczywiście wszyscy wiedzą, która z nominacji uradowała mnie najbardziej, więc tej sekcji nie będziemy omawiać, ale kurza stopa, no. Hiddleston, Strong, Armitage i ja. W jednym pomieszczeniu. Dziękuję za uwagę. Może i to pomieszczenie jest duże, może i oni mnie nie znają (ich szczęście), ale fakt pozostaje faktem, nie?
Pozostają nieco ponad dwa miesiące na kupienie jakiejś fajnej sukienki.
Choć z drugiej strony czemu właściwie miałabym się przejmować odzieniem. Tutaj macie galerię zdjęć z dzisiejszego uroczystego ogłaszania nominacji. Wszyscy odstawieni jak śledzie na święto morza, gdy wtem na zdjęciu nr 20 pojawia się uroczo bezceremonialny Straszny Sweterek. Znowu. Jak już pisałam zbyt wiele razy, ta istotka jest rozbrajająca, ale wyraźnie modę ma w swoim kształtnym głębokim poważaniu, chyba ma tylko dwa komplety ubrań na zmianę i sweterek jest w każdym z tych kompletów, i to właściwie jest jeszcze bardziej rozbrajające.

Tymczasem w poniedziałek debiutuję zawodowo w nowej roli i boję się strasznie. Trzymajcie wszystkie kciuki, żebym się nie wyłożyła, bo czasu na przygotowania nie miałam zbyt wiele.

Think locally, fuck globally

Zgodnie z wielkimi nadziejami Gogol Bordello wyciągnął mnie za włosy z nastroju, który można opisać jako „nie przeszkadzaj mi, rozważam nad sensem życia”. Naskakałam się nieprzyzwoicie. Jeśli nóżka wam przy tym nie chodzi, to obawiam się, że mogliście nie zauważyć, iż jakiś czas temu umarliście (wersja live, gdyby kto chciał się upewnić – i tak, frontman szybko pozbywa się koszuli, a energia bije z niego taka, że aż dach się unosi). Kto ma twarzoksiążkę, może zobaczyć, jak Burdele śpiewają Breakout. Kto nie ma, wyjaśnię, że zagrali Ona poszła inną drogą, po polsku jak najbardziej, bo Eugene pochodzi z Ukrainy i całkiem ładnie po naszemu gada. Publika była w histerii.
Chyba najlepszy koncert, na jakim kiedykolwiek byłam – a najbardziej urocze jest to, że właściwie przypadkiem. Co ponownie dowodzi, że najciekawsze rzeczy w życiu przytrafiają się niechcący, między jednym a drugim starannie układanym planem, bo jakoś tak samo wyszło.
Opuszczałam stare, dobre mury Rotundy czerwona na pysku i spływająca potem. Powiadam, dobrze było. Wspaniale. Nawet koszulkę sobie kupiłam i z wielką chęcią będę nosić ją pod grzecznie zapiętymi marynarkami.
Mam tego roku wyjątkowe szczęście do wydarzeń urywających głowę.

Nie dziwota, że rano z wielkim trudem zwlokłam się z łóżka (tym bardziej, że po powrocie z Oleandrów, zamiast pójść po bożemu spać, od razu – zrzuciwszy tylko za pomocą kopniaków buty – rzuciłam się do jutuba, by dalej słuchać, oglądać i tupać nóżką), dzień ciągnął się niemożebnie, a na jego zakończenie wyjaśniałam uprzejmemu inaczej panu z gazowni, dlaczego nie mam stołu. Musiał wypełnić zatrważającą liczbę papierów potwierdzających, że niżej podpisana nie zatruje się tlenkiem węgla i z czarowną uprzejmością zapytał:
– Se siąść gdzieś mogę?
Zaprosiłam gestem do wnętrz mojego przepastnego apartamentu.
– Stołu pani nie ma – zauważył. No, nie mam. Stołu jako takiego obecnie rzeczywiście nie mam. Mam bar oddzielający część kuchenną od części, ekhe, salonowej i mam stolik, przy którym miło sączy się kawunię do zmierzchu i płyny wyskokowe po zmierzchu.
– Czemu pani stołu nie ma, jak to tak bez stołu?
Normalnie.
– A jak święta będą, to co?
Ech.

A żeby nawiązać do tytułu – i ponieważ nie można ciągle latać tylko do Londynu, wszak wszyscy byli w Londynie i, jak się ostatnio dowiedziałam, w Londynie nie ma niczego ciekawego – za trzy miesiące wydarzy się takie coś.
Tesla
Wybieram się tam tylko dlatego, że jeszcze tam nie byłam.

Not going home

Wygląda na to, że mieszkam i pracuję tutaj, ale moje życie już toczy się gdzieś indziej. Obudziłam się dziś z poczuciem, jakbym je zostawiła samopas, jakby tam czekało, aż wrócę (wrócę – ciekawie dobrane słowo).
Szlag by to wszystko.
Tutaj funkcjonuję coraz bardziej jak automat, robię co trzeba i nic ponadto, niezbędne minimum, takie na przetrwanie i nic więcej, bo i po co się wysilać. Coraz rzadziej znajduję coś, co mnie cieszy; jakbym wyczerpała dostępną pulę uciech. Tam sprawy mają się zgoła inaczej.
Niby dobrze mieć za czym – i za kim –  tęsknić, ale chyba bezpieczniej, a na pewno spokojniej nie mieć.

Byle przetrwać ten miesiąc, na moje szczęście burzliwy i niesprzyjający rozmyślaniom. Później będzie już z górki. Jutro Gogol Bordello, więc może wytańczę z siebie ten rozstrój, bardzo na to liczę.
Ale się pozmieniało. ALE się pozmieniało…

Jesus dies on page 681

Najwyraźniej czarnopiątkowa tradycja rozszerza się na Europę, co nie cieszyłoby mnie zbytnio, gdyby nie zniżki w księgarniach. I z tej okazji mam obserwację. Miałam ją już wcześniej, bo zauważyłam taki trend na blogach.
Trudno powiedzieć, czy bardziej mnie bawi, czy zatrważa, gdy ktoś zamieszcza w sieci recenzję filmu lub książki historycznej, o wydarzeniu dobrze znanym (jak mi się wydaje) i zaznacza z namaszczeniem, iż poniższe zawiera spoilery. To Krzysztof Kolumb dopłynął do Ameryki, poważnie? Henryk VIII wysyłał żony na szafot?? Niemcy nie wygrały drugiej wojny światowej???
Po przemyśleniu – chyba jednak bardziej mnie to zatrważa. Albo nie świadczy dobrze o wiedzy autorów tychże recenzji, albo ich grupy docelowej. Z drugiej strony o ile czytelnik ma prawo nie wiedzieć wszystkiego o świecie, o tyle nie należy traktować go jak przygłupa. Ja tam wolę, gdy mnie ktoś stymuluje intelektualnie, nie tłumaczy wszystkiego jak pięciolatce, tylko zmusza do podjęcia wysiłku, wyszukania wiedzy, której mi brakuje.

Dziś miał być wpis o czymś innym i on właściwie powstał – wczoraj wieczorem, gdy dotarłam do domu przeraźliwie zgorzkniała i obolała, obiecując sobie, że jeszcze raz i rzucę to wszystko w diabły. Pisałam, słuchając smutnej muzyki i smarkając w rękaw. Przy muzie zgoła innej przeczytałam dziś rano wczorajsze wynurzenia i uznałam, że lepiej będzie nigdy tego nie publikować, bo nie chcę, żeby mój blogasek zmienił się w kopalnię smętów, narzekań i ubolewań wyjękiwanych spod kocyka. Poza tym to tylko utrwaliłoby moje nieprzyjemne uczucia. Tym samym nacisnęłam Ctrl+A+Del i tekst poleciał w kosmos.
Powiem tylko jedno – zawsze bałam się ludzi, którzy nigdy się nie uśmiechają i nigdy nie żartują. Jak się okazało, słusznie.
Na pociechę przydarzył mi się zresztą bardzo efektowny sen. Obawiam się jedynie, że bohater tego snu znowu będzie pojawiał się co noc, jak już kiedyś bywało. Śnił mi się chyba przez dwa miesiące cięgiem. To wcale nie jest takie urocze, gdy każdej nocy śni wam się ta sama osoba w sytuacjach bardzo niedwuznacznych, bo kiedy za dnia ją widzicie, trudno pozbyć się zakłopotania i nawet zastanawiacie się, czy macie wszystko w porządku z głową (ja co prawda od dawna jestem przeświadczona, że mam kuku na muniu, nawet sobie test zrobiłam na tę okoliczność, niemniej rezultaty zaprzeczyły). A żeby było ciekawiej, to wcale nie jest ta osoba, z którą akurat sypiacie. Jak widać, mój kręgosłup moralny nawet w snach ma upiorną skoliozę.

My tu gadu-gadu, a tymczasem teatr w Hiszpanii w akcie protestu przeciwko wzrostowi opodatkowania cen biletów do instytucji kulturalnych zaczął dystrybuować świerszczyki. Bo, jak się okazuje, podatek od pornografii jest pięciokrotnie niższy. Taka ciekawostka na piątek.

I love everything about you that hurts

Khhh.
Już mi lepiej.
Dużo mi lepiej.
O, jak mi dobrze.
Jaki piękny dzień dziś mam.

W lutym wyjeżdżam, dokąd wyjeżdżam, w związku z tym biorę się powoli za organizowanie sobie rozkładu jazdy. I na ten przykład dziś zdobyłam bilecik na przedstawienie, które bardzo, ale to bardzo chciałam obejrzeć. Sprzedaż zaczynała się o godzinie 10:00, więc ustawiłam sobie przypominajkę w kalendarzu i o 09:59 już warowałam w kolejce na stronie agencji sprzedającej bilety. Jak pisałam niedawno, bywa, że zdobywanie ich to Mortal Kombat. Trzeba być twardym, używać wszelkich dostępnych środków, uciekać się niekiedy do podłych sztuczek i próbować wystrychnąć przeciwnika na dudka. A nade wszystko trzeba być cierpliwym. Raz kupowałam bilet przez ponad cztery godziny, wlepiając coraz bardziej zmęczone gały w obracające się kółeczko.
I jestem podekscytowana niezmiernie. Cieszę się jak dziecko.
Przyczyn, dla których chodzę do teatru, jest kilka. Czasami interesuje mnie treść sztuki (przy czym wyjątkowym zamiłowaniem darzę historie niejasne, ponure i/lub perwersyjne). Czasami ściągają mnie recenzje. Czasami chodzę dla reżyserów, czasami dla kompozytorów, czasem, bo ktoś znajomy nad tym pracował. Czasami po prostu nie mam planów na wieczór, a to już nie te lata, gdy dzwoniło się po towarzystwie z pytaniem, gdzie dziś melanż. Czasami daję się skusić stronie wizualnej, a czasami idę dla obsady. To ostatnie znosi wszystkie poprzednie, tj. nie ma dla mnie wówczas szczególnego znaczenia, o czym to jest, kto to wyreżyserował, dlaczego dali temu tylko jedną gwiazdkę, czy będę musiała zarobić ciałem na absurdalnie drogi bilet i tak dalej. Na swoją obronę dodam, że kryterium obsadowe stosuję najrzadziej (i wcale nie wydłużył mi się nos w tej chwili).
Dzisiejsza przyczyna nosi wdzięczne imię Rufus i wygląda tak, że nie potrafię wybrać zdjęcia, bo chciałabym podlinkować wszystkie. Rozumiemy się? Świetnie.

Jestem na nowo szczęśliwym króliczkiem. Niemal zupełnie szczęśliwym, tylko wydarzenia ostatnich dni otworzyły mi oczy na sprawy i zjawiska, których owszem, domyślałam się, ale wolałam nie być ich pewna. Ta mglistość dawała mi złudne, ale bardzo potrzebne przekonanie, że wszystko w porządku. Gorzko mi i nieprzyjemnie. Nie lubię cynizmu, nie pasuje do mojej naiwnej osobowości a’la Pollyanna, ale teraz głównie z cynizmu się składam. Znowu wróciła myśl, której już prawie się pozbyłam. Nie tyle może myśl, co dziwny niepokój, który trudno uciszyć.

PS Myślę, że słowem, które dobrze odda kontekst, będzie pożądam. Ogromnie chciałabym wybrać się na tę wystawę. Niestety jakoś wątpię, by dotarła do naszej sielskiej krainy, przecież promocja zboczeń.

I’m gonna explode like atomic bomb

Nadal mam „jeden z tych dni”, tylko że dziś jest „jeden z tych dni”, gdy oblewam się kawą, zaczyna walić żabami dwie minuty po moim wyjściu z domu, podczas kupowania biletu w automacie wytrząsam sobie zawartość portmonetki w kałużę, starannie rozczesywane włosy przegrywają sromotnie w starciu z aurą i wyglądam, jakbym wsadziła sobie na głowę mop lub wylazła z dziczy jakiejś (nigdy nie zrozumiem tej rażącej niesprawiedliwości, że niektóre kobiety mają przez dzień cały sierść idealnie gładką, a ja mogę sobie szczotkować, prasować, odżywki nakładać, a godzinę później każdy kłak w swoją stronę). I to nie koniec, bo kalendarz na grudzień rozpada się z wielkim hukiem, a poza tym uświadamiam sobie, że odkryta parę dni temu, excusez le mot, chujnia z grzybnią jest chujnią rozmiarów wprost nieopisanych. To ostatnie to niby nie mój problem, ale znacznie więcej roboty niewątpliwie.
Och, i jeszcze dostałam ofertę pracy w bardzo interesującej branży, po czym przeczytałam całą wiadomość i zwiesiłam nos na kwintę, bo wymagana jest znajomość języka, którego z pewnością nie znam, ani pół słóweczka w nim nie znam.
Jakby to nie wystarczało, mam ochotę powiedzieć parę słów od serca mojemu życiu osobistemu, bo zirytowało mnie niezmiernie. Są ostatnimi czasy chwile, gdy rozważam odwieszenie życia osobistego na kołek w ogóle. Dzieci mogą mieć wymyślonych przyjaciół, to ja sobie zorganizuję wymyślonego kochanka. Zero nieporozumień, zero stresów, święty spokój, jest zawsze, gdy potrzebuję i znika, gdy nie; jak mi się znudzi, to mu zmienię kolor włosów albo imię. Coś w stylu męskiej wersji Galatei, ale istniejącej tylko w mojej wyobraźni.
Powiadam. Jeśli przed północą nie zdarzy mi się coś miłego, to chyba pęknę.
I pomyśleć, że cała ta dzisiejsza seria zaczęła się tak niewinnie i zwodniczo, od jednej z ulubionych piosenek w radiu. Coś mi się wydaje, że ten mój zabobon nie działa.

Gdzieś tam w świecie są szerokie, ciepłe plaże, drinki z palemką, surferzy z rozwianym włosem, miękki piasek i kiczowate zachody słońca.
Tylko mnie tam nie ma.
Ale jeszcze 45 dni i będę miała całą dobę urlopu.

Security blanket

Wczoraj był niedobry dzień, bo ogarnęła mnie wielka smuta – nie bez przyczyny, ale o tym nie chcemy mówić. Na wielką smutę działają w moim przypadku trzy lekarstwa:
1. bilet dokądś,
2. chędożenie,
3. lody.
Pierwszego sobie odmówiłam, jak wiadomo. Na drugie w miniony weekend nie było szans, a szkoda, bo odczuwałam pewne ciśnienie. Ale trzecie dało się zastosować. Tym samym spędziłam niedzielne popołudnie zwinięta pod kocykiem, karmiąc się obficie lodami o smaku białej czekolady i oglądając film, do którego oglądania (nie po raz pierwszy…) nigdy w życiu się nie przyznam, bo chyba bym umarła ze wstydu, a wyczerpałam już limit przypadków umierania ze wstydu na ten rok. No, czasem trzeba. Nie mogę zawsze być wyrafinowana, przemądrzała i zafascynowana kulturą wysoką; wystarczy, że nie czytam głupich książek i nie oglądam telewizji. Są dni, kiedy człowiek po prostu musi się odmóżdżyć przy beznadziejnym, ale dziwnie lubianym filmie albo musi się nagapić na ciacha w koszulach rozpiętych/mokrych/podartych/wszystko naraz, ewentualnie na skaczące pingwinki, bo inaczej zwariuje lub zapłacze się na śmierć. Nie ufam ludziom, którzy nie mają żadnych guilty pleasures.
Nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam na dno. Dno opakowania, rzecz jasna. Koniec z lodami do końca roku.

I shall be miserable if I have not an excellent library

Z cyklu „nie mam większych problemów” – zawsze mi trochę niewygodnie, nie, nie trochę, bardzo niewygodnie, gdy ktoś z moich znajomych publikuje na fejsbuku jakiś rasistowski albo homofobiczny tekst. Wicie rozumicie – wydaje wam się, że wiecie całkiem dużo o człowieku, lubicie go, a ten nagle wyjeżdża z opinią, za którą najchętniej byście go spoliczkowali (co prawda nigdy tego nie zrobiłam, bom z natury raczej łagodnie usposobiona, ale to nie oznacza, że nie miewam przemożnej ochoty).
Ech.
Jeśli dzisiejszy dzień skończy się tak, jak się zaczął, to istnieje poważne ryzyko, że ktoś rzeczywiście oberwie z liścia. Bo mam nowych sąsiadów. Studentów. Sąsiedzi studenty to zło w czystej postaci. Studenty lubią z piątku na sobotę wracać nawalone do granicy przytomności. Ponieważ moje drzwi są tuż obok ichnich drzwi, studenty niekiedy mylą się i dobijają do mnie. To nie jest wcale takie zabawne, gdy ktoś wam usiłuje wejść do mieszkania – pozamykanego na trzy spusty oczywiście, ale jednak – o trzeciej w nocy.

Na otarcie łez odkryłam coś wspaniałego.
Bibliotekę na Orkadach. I teraz bardzo chcę polecieć na Orkady, zwłaszcza że trochę sobie o nich od rana poczytałam.
Stali czytelnicy wiedzą, że ja miewam dziwne fascynacje i nie zawsze mądrze jest klikać to, co linkuję na blogasku – ale może wyjaśnię, czemu nagle zainteresowałam się biblioteką na Orkadach. Otóż radio, którego codziennie rano do kawy słucham ostatnimi czasy, każdego tygodnia ma inny motyw przewodni i ostatnio były to książki, a dokładniej biblioteki. I dzięki temu właśnie dowiedziałam się o istnieniu takiej, na krańcach naszego kontynentu, dalej już tylko ocean (miasteczko, w którym ten przybytek się mieści, ma całe dziewięć tysięcy mieszkańców – i średniowieczną katedrę – a autorka bardzo kocha średniowieczne katedry). O tej bibliotece nikt nigdy by się nie dowiedział, gdyby nie fakt, że jeden z jej pracowników (zdjęcia niestety nie znalazłam, ale jeśli wygląda tak dobrze, jak pisze…) prowadzi w jej imieniu konta w portalach społecznościowych, konta fenomenalne i nagradzane. Dawno się tak nie ubawiłam, jak dzisiejszego ranka, pokwikując nad bibliotecznymi znaleziskami – mają w zbiorach książki tak przeokropne, że 50 twarzy Greya to niemal Proust, książki z najkoszmarniejszymi okładkami (ta druga przyprawiła mnie o spazmy – nie wiem, czy bardziej niefortunne jest foto, czy układ graficzny tytułu), książki o czymś takim, że nie uwierzylibyście, iż ktokolwiek o tym książkę napisał, książki wreszcie szalenie przydatne, bo o szyciu strojów na bale przebierańców. I to wszystko okraszone zwięzłym, ale pysznie zjadliwym komentarzem.
Czyli jednak fejsbuki et al. mogą przydać się do czegoś dobrego. Borges byłby zadowolony.
A ja nawet nie wiem, gdzie moja najbliższa biblioteka – za bardzo lubię mieć moje własne, pachnące jeszcze drukarnią książki. Może czas się zapisać.

Don’t you drain those big blue eyes

Neil Gaiman (którego nie sposób nie kochać za całokształt twórczości, a jeśli nie, to chociaż za loki) napisał kiedyś, że każdy z nas nosi w sobie tajemniczy świat, którego inni nie potrafią sobie nawet wyobrazić, wspaniały, głupi i niesamowity – świat, a może nawet tysiące światów.
W jednym z moich właśnie trwa impreza, bo przeczytałam wspaniałą wiadomość. Wiadomość na pierwszy rzut oka jest zła, ale dla mnie jest fantastyczna. Dzięki niej zapomniałam o wielkim bólu, jaki zdarzył mi się wczoraj. Bo wczoraj w Warszawie odbył się koncert, o którym dowiedziałam się na godzinę przed jego rozpoczęciem – aż tak szybko pociągi w naszym kraju nigdy nie będą jeździć, a ja na karierę świętej szans nie mam i bilokacja odpada. Dodajmy, że był to koncert mojej ukochanej ostatnio kapeli. Wykształciłam sobie nawet taką małą obsesję na jej punkcie; poza tym kojarzy mi się z przyjemnie niegrzecznymi październikowymi wieczorami. Ja to potrafię ważne rzeczy przegapiać. No cóż, trzeba ponosić ten koszt, gdy żyje się na chmurce, od czasu do czasu jedynie spoglądając w dół na rzeczywistość.

Zwyciężyłam nad moim małym rozumkiem i wyperswadowałam sobie kuszącą przygodę, której wizja zamęczała mnie przez kilka dni – nie bez trudu, bo już siedziałam na stronie Norwegian, już witałam się z gąską w postaci karty pokładowej i w ostatniej właściwie chwili usłyszałam głos mówiący „zaprzestań, kobieto, weź zmądrzej na parę dni chociaż”. Obiecałam sobie jakąś przyjemną nagrodę za unieruchomienie mojego zbyt ostatnio ruchliwego tyłka w Krakowie, spodziewam się zatem, że w niedzielę znowu będę narzekać, jak nagrzeszyłam. Jedną małą nagrodę właściwie już dostałam, gdyż mama zadzwoniła z takimi oto wieściami:
– Wiesz, zobaczyłam dziś w sklepie buty i pomyślałam, że by ci się spodobały, więc kupiłam.
– O, to świetnie, dzięki. A jaki kolor?
– Różowe.
Nie będę tego komentować.

I must get my soul back from you

Nad ranem wraca. Staram się o tym nie myśleć za dużo, ale jednak gdzieś pod spodem, pod wszystkimi splątanymi warstwami to tkwi cały czas, 24/7, w wiecznym trybie czuwania – i czeka na właśnie takie okazje. Na czwartą rano, kapanie deszczu, chłód zza niedomkniętego okna. Wtedy cały ten głęboko zakopany ferment wyłazi na wierzch.
Naiwnością było przekonanie, że łatwo będzie to odchorować, przejść do porządku dziennego i udać, że nic nigdy się nie wydarzyło. Bo w gruncie rzeczy gdyby to się nie wydarzyło, nie byłabym tu, gdzie dziś jestem. Gdyby się nie wydarzyło, nie wiedziałabym tego, co wiem. Gdyby się nie wydarzyło, byłabym zupełnie innym człowiekiem i nie ma co ściemniać sobie, że to bez znaczenia.
A poza tym nikt nigdy tak na mnie nie działał. Z nikim innym nie czułam tej dziwnej mieszanki napięcia i rozluźnienia. Na niczyj widok nie czułam natychmiast, jak mi się wszystko w środku rozpływa – trochę z czułości, ale bardziej z oszałamiającego podniecenia, które mi odbierało rozum; z paraliżującego pożądania. Niczyj dotyk nie działał jak impuls elektryczny. Niczyjej skóry nie pamiętam tak dobrze. Żadne inne oczy, żadne inne ręce i tak dalej, wiadomo, nuda, piosenka znana ludzkości od zarania dziejów, choć podobno niektórym udaje się nigdy jej nie usłyszeć.
Być może to tylko projekcje umysłu przywykłego do wiecznego emocjonalnego haju, po czym nagle odciętego od tego swojego opium – ale mam przeczucie, że to wcale nie koniec tej historii. Któregoś dnia nastąpi kolejny zaskakujący bohaterów dramatu zwrot akcji.

Wiem, że już nie zasnę, więc wstaję, kawa, radio, gorąca piana, włosy, rzęsy. Zaraz minie. Zaraz się zapomni, bo trzeba będzie tyle ważnych rzeczy zrobić. I mija.
Tyle rzężenia o moich krętych dróżkach w życiu pozablogowym.
Z innych nowości – znowu toczę wewnętrzną walkę i tłumaczę sobie, że tak naprawdę to ja wcale czegoś nie chcę, zresztą byłoby głupie, nieodpowiedzialne i ogólnie rzecz biorąc, w telegraficznym skrócie: NIE. Autorka jest wielką miłośniczką spontanu, alleluja i do przodu, bo niby czemu odpuszczać wspaniały i pojawiający się znienacka pomysł wyjazdu z dnia na dzień, zarwania nocy przed ważnym spotkaniem lub wydania oszczędności przeznaczonych na zgoła inne cele, żeby pójść na koncert? Tym razem jestem już całkiem bliska wyperswadowania sobie impulsywnego przedsięwzięcia, ale wiem, że lada dzień znajdę sobie następną ciekawą fantazję do zrealizowania ASAP.

PS Pewna firma, której nazwy przez grzeczność nie wymienię, śmieci mi na Twitterze reklamami – cytuję – streetowego looku. Poważnie? Jestem utterylnie zbafflowana i zappallowana, honestnie. Tak, wiem, znowu się czepiam, ale już mnie bolą jelita od tych wynalazków.
Wybrałam przynajmniej zachwycającą metodę łagodzenia moich cierpień na wszystkich płaszczyznach.

PPS Gdyby paniom – i panom również – było dziś smutno, polecam rozważyć nabycie kalendarza. Znalazłam to przypadkiem (oczywiście), szukając czegoś innego (oczywiście). Wiedziałam, że wioślarstwo to efektowny sport, ale nie miałam pojęcia, że aż tak…

01:30 CET

Z niejasnych przyczyn obudziłam się dziś święcie przekonana, że już trzeba wstawać. Ziewnęłam i podreptałam dokonać ablucji, dziwiąc się, że za oknami jakoś cicho jak na poniedziałkowy poranek (bo że ciemno, to wiadomo, listopad), by następnie w drodze z łazienki do kuchni rzucić okiem na zegar wskazujący godzinę pierwszą trzydzieści i mocno się zafrasować. Autorka upewniła się, iż zegar tyka, plasnęła rączką w czółko, po czym z zadowoleniem pośpieszyła nazad w pościel, żeby przespać kolejne przysługujące jej w dniu roboczym pięć godzin.

Czasami miewam napady ostrego zakręcenia (czasami? miewam?!) i dziś wyraźnie nie jest mój dzień. Bo jakby tego było mało, od rana – to jest, od momentu, gdy wstałam po raz drugi – nie mogę pozbyć się wrażenia, że z kimś się umówiłam, ale nie pamiętam, z kim ani po co. Jeśli zatem ktoś akurat czeka na mnie w kawiarni, na siłowni (musiałabym być bardzo chora lub pijana, żeby umówić się z kimś w poniedziałek na siłowni, poziom masochizmu nie do przyjęcia, aż tak źle chyba ze mną nie jest), pod kinem, muzeumem lub gdziekolwiek indziej i wyzywa mnie od najgorszych, to ja przepraszam bardzo.
Chyba muszę sobie kupić jakieś witaminy.

Za to jest plan na kolejny urlop. Mam na myśli taki prawdziwy urlopowy urlop, a nie ganianie z wywieszonym językiem po trzecim wśród największych miast kontynentu. Skoro na razie nie stać mnie na oglądanie torbaczy na antypodach – co nie przeszkodziło mi zwiększyć ostatnimi czasy częstotliwości sprawdzania cen biletów – to sobie je obejrzę w Irlandii, bo przecież jak wszyscy wiemy, Irlandia stoi kangurami.
Prześlicznie wygląda ta wyspa. Znowu przypomniało mi się – o, wreszcie coś mi się przypomniało! – jak rozmawiałam kiedyś z jednym naszym podróżnikiem i wtem usłyszałam, że on Europę zostawia sobie na emeryturę, bo reszta świata jest zbyt ciekawa, żeby po naszych nieciekawych okolicach jeździć. No, nie wiem. W promieniu półtora tysiąca kilometrów – w każdą stronę – od mojego przedmieścia mam do zobaczenia tyle miejsc, że wątpię, żeby mi vis vitalis starczyło.

Neon lights, shimmering neon lights

Zawsze natrząsałam się z grodzonych osiedli i mam za swoje.
Ogrodzili mój przepastny apartament.
Płot rósł od dni paru, a ostatecznie wyrósł wczoraj, gdy siedziałam w domu, bo 1) miałam pisać artykuł, 2) głowa była nieco ciężka po długim wieczorze, więc oglądałam zwierzątka na Jutubie i czytałam bardzo złe blogi.
Zrobili to tak sprytnie, że dziś rano wyjście do sklepu po bułeczki urosło do rangi problemu, gdyż nie mogłam znaleźć furtki. Być może któregoś dnia dostrzegę sens w tym pomyśle, ale dziś jeszcze nie jest ten dzień. Wiem, że wielu sąsiadów chciało. Osobiście wolałabym, żeby nam wspólnota zorganizowała jakiś piknik zapoznawczy, a nie ostrokoły stawiała.
Ponieważ rankiem znowu obiecałam sobie, że napiszę ten cholerny tekst, wyszukuję sobie dziwne zajęcia, słucham muzyki chóralnej na przemian z Deanem Martinem, na przemian z Charlotte Gainsbourg, na przemian ze Starwalker i zdobywam ciekawą, zupełnie niepotrzebną wiedzę.
Oto przykład tej wiedzy. Wszyscy pamiętają, jak mniej więcej półtora roku temu poszłam do teatru i gwałtownie stałam się bardzo religijna, bo przez bite trzy godziny modliłam się żarliwie: „Panie Boże, ja cię proszę, niech on na mnie spadnie”.
Nic takiego się nie stało.
Nie boleję, opatrzność mi wynagrodziła z nawiązką. Właściwie to powinnam być wdzięczna, że moje modły nie zostały wysłuchane, bo oto dowiedziałam się, że moja wstydliwa słabość rzeczywiście raz wzięła i spadła ze sceny. Na widza. Widz pewnie byłby wniebowzięty, gdyby nie fakt, że spadająca gwiazda niechcący wymierzyła mu solidnego kopniaka w fizys.
Przy całym bezmiarze moich zachwytów nie jestem pewna, czy chciałabym mieć pamiątkę w postaci szwu na twarzy.

Poranna prasówka pozwoliła mi dowiedzieć się również, że mieszkam w mieście, dla którego nie ma ratunku. Ruja i porubstwo (co, nawiasem mówiąc, jaskrawo ilustruje poprzedni wpis). No i jak żyć.

Now he rocks me gently

– Może ja najpierw wyjaśnię, po co tutaj jestem…
– Nie trzeba, wiem. Już mi o tobie mówili.
– O. Mam nadzieję, że nic złego.
– Powiedzieli, że jesteś bardzo miła.
Tyle dobrego. Jestem bardzo miła. Jeśli chodzi o złe – coś, co miało być prostą robótką, parę godzin i pozamiatane, okazało się upiornym bagnem bez dna i nie robótką, ale orką. Tygodnie, jeśli nie miesiące zajmie mi ogarnięcie tego szamba. Będę ryła w nie powiem czym jak świnia brodata. Jest sobotnie popołudnie, a ja z przerażeniem myślę o poniedziałku.

Jest sobotnie popołudnie po piątkowym wieczorze, który miał być spokojny, a nie był. Śmiałam się do bólu brzucha (i gardła, ale to odkryłam dopiero dziś), dowiedziałam się, że ładnie wyglądam z długimi włosami i zapomniałam, jak cudownie smakuje niezdrowe jedzenie o czwartej nad ranem. A że knajpy zamknęli, gdy było jeszcze TYLE do omówienia, towarzystwo wylądowało u mnie w domu i kolega gej spał na mojej kanapie, by opuścić ją rano po starannym wyściskaniu mnie (najwyraźniej uruchamiam tryb Bridget Jones, do kompletu brakuje skrupulatnego notowania wagi, wielkich majtasów i skomplikowanego życia erotycznego… chwileczkę…).
Nota bene – nie podoba mi się zupełnie kierunek, w którym zmierza Plac Nowy. Neon kręgielni, krążące fury, nastolatki chwiejące się na niebotycznych obcasach. Zmarszczyłam się w wielkim smutku, gdy zaśpiewano mi 23 złote za drinka. Hola, to nie Covent Garden. I to nie był courvoisier.
Na szczęście ciągle są miejsca, które opierają się upływowi czasu i zawsze jest w nich tak samo, nawet ludzie przy barze ci sami.
I my. Też się opieramy.

Check ignition and may God’s love be with you

Dzielny mały Philae troszkę się pogubił, ale ciągle siedzi na komecie. Wiecie, że każdego z nas, Europejczyków, jego dziesięcioletnia podróż kosztowała raptem odrobinę ponad trzy eurasy? Jeśli o mnie chodzi, proszę bardzo, zużywajcie tak moje podatki.
Nawiasem mówiąc, on i sonda Rosetta, która go na kometę wyniosła, mają konta na Twitterze, piszą w pierwszej osobie i prowadzą słodkie konwersacje. Jasna sprawa, że wszystkie tweety płodzi jakiś Ziemianin, ale niesamowite, jak wiele taki prosty – i bezpłatny – zabieg PR-owy może zdziałać. Lądownik dorobił się fanów. Gdyby to był kawałek blachy wystrzelony w kosmos, nikt by się nie przejął, co chwila coś wystrzeliwują. Ale ten kawałek blachy ma imię i „mówi” – i tysiące ludzi piszą do niego, żeby życzyć mu bezpiecznej podróży, żeby się tam trzymał jakoś sam w kosmosie.

Skoro mowa o kosmosie.
Wczoraj miałam dzień z poezją Vogonów, psia jego mać.
Jak być może zdążyliście zauważyć, toczę beznadziejną walkę z wtykaniem anglicyzmów wszędzie tam, gdzie ze spokojem można użyć ładnych polskich odpowiedników, mających w dodatku kilka lub więcej synonimów, gdyby człowiek chciał zabłysnąć.
Usłyszawszy, że ktoś ma poważne hezitejszyn odnośnie skołpu i w związku z tym zastanawia się, czy by nie sholdować całej inicjatywy, bo być może ona jest juzles, poczułam, że zaraz zacznę w rozpaczy walić łbem w biurko. Mózg miałam i tak zlasowany po paru dniach grzebaniny w bardzo złożonych tematach, i łamanie czyjegoś paskudnego szyfru językowego tylko pogarszało mój stan.
Sama nie jestem całkiem kryształowa, używam angielskich skrótów i popularnych terminów-wytrychów, bo czasem tak wygodniej i szybciej, ale gdy kiedykolwiek skonstruuję zdanie takie jak powyżej, zamilknę ze wstydu na resztę życia.

Poza tym nowy David Bowie. Mnie się podoba.
Jak ja go kiedyś nie cierpiałam. Coś mnie w nim drażniło niebywale. Nie pamiętam, jak to się stało, że znienacka trafił na listę moich sekretnych miłości, a wiecie, co się dzieje, gdy ktoś na tę listę trafia. Wielbię i wszystko, co facet robi, łykam jak młody pelikan. Marzę, żeby z nim na drinka pójść. Raczej mi to nie grozi, więc po prostu oglądam sobie jego koncerty i wzdycham.

When you touch down from outer space

Szantażu emocjonalnego ciąg dalszy, tym razem w innym wydaniu, niekoniecznie bardziej znośnym. Cały długi weekend upłynął mi na przygryzaniu warg, żeby nie warknąć w końcu „weź się k**** ogarnij”. Bardzo przykre jest obserwowanie, jak człowiek wpycha innych w poczucie winy, bo wszystko mu nie pasuje i wszyscy mu zawadzają; ochrzania, bo w przyniesionej mu pod nos kawie za mało mleka, bo śniadania o tej porze to on nie będzie jadł, bo w ogóle to on nie ma na nic ochoty i idzie spędzić dzień zamknięty w pokoju z książką – nieważne, że na zewnątrz przepiękne słońce. Nieważne, że książka była moja, przeczytana w połowie i pech chciał, że zostawiłam ją na wierzchu.
Mam mieszane uczucia. Z jednej strony jestem istotą niezbyt społeczną i dobrze wiem, jak to jest, gdy nie ma się ochoty na obcowanie z nikim (poza tymi, którzy mają do mnie dostęp 24/7, ale to bardzo mała grupa). Doskonale to uczucie rozumiem. Z drugiej strony – jeśli nie mam na obcowanie ochoty, celowo się izoluję. Dla obopólnej korzyści, żeby nie wkurwiać innych i nie męczyć siebie samej. Z trzeciej strony zdarzają się wyjątki, bo głupio mi odwalać aliena, gdy wiem, że komuś zależało, żeby się ze mną spotkać, gdy obiecałam wcześniej to i owo &c &c. Nie potrafię czerpać przyjemności z samoumartwiania i jednoczesnego pokazywania światu: „patrzcie, jaka jestem nieszczęśliwa bidusia”, a tym bardziej z wyżywania się na innych, bo mam akurat bad hair day.
Wiecie, jak to jest. Jeden osobnik sączący kwas w otoczenie wystarczy, żeby za jakiś czas struli się wszyscy, tym samym z – w założeniu – miłego rodzinnego zjazdu zrobiła się może nie tyle wojna, co wymiana ostrzegawczych salw, a niektórzy od razu wycofali się i zakamuflowali. Przez bite 72 godziny starałam się być empatyczna, ale z każdą kolejną moja wyrozumiałość słabła, aż w końcu jej wskaźnik zjechał na czerwone pole. Zasznurowałam wtedy pepegi, zabrałam słuchawki i pośpiesznie wyszłam na długi spacer. DŁUGI spacer. Nieopodal akurat Via Regia przebiega; dobrze, że w nią nie skręciłam, bo mogłabym z rozpędu i wścieku znaleźć się w Akwizgranie. Albo i pójść za znakiem muszli do samego Santiago. Albo nawet tam, gdzie nieustraszony Philae. Nota bene – też się tak ucieszyliście, gdy wysłał sygnał, że wylądował? Ja się po dzieciacku ekscytowałam całą tą historią z kometą.

Wiąże się z tym moim upiornym weekendem jeszcze jedna ponura sprawa – mianowicie dotarło do mnie, że era beztroski dobiega (lub już dobiegła) końca. Dorosłość gubi brokat, zmarszczki wyłażą na wierzch. Impreza już była, teraz pora po niej sprzątać. Czas wziąć odpowiedzialność za własny bajzel i przyzwyczajać się do myśli, że nie można dłużej być rozpieszczanym juniorem, bo trzeba będzie złapać za rogi sprawy dotychczas odsuwane w kąt świadomości; sprawy, które do tej pory dotyczyły innych, tylko innym się zdarzały, a lada moment zdarzą się mnie. Toteż wróciłam do Krakowa raczej przygnębiona i z poczuciem ulgi, że teraz będę mogła odpocząć we własnym domu. Przez chwilę.

Jest jedna dobra wiadomość w ten prawie poniedziałek. Otóż wróciłam do Krakowa nie tylko ja, ale również British Airways.
Zaczną latać w pobliżu moich urodzin akurat. Bardzo dobrze. Bardzo w związku z moimi pobożnymi podróżniczymi marzeniami, bo jak sobie popatrzę, do ilu miejsc można zalecieć z Heathrow… Czas uruchomić świnkę-skarbonkę; świnki jako takiej nie mam, ale na któreś tam urodziny dostałam skarbonkę w kształcie pękatego samolotu z wymalowanym uśmiechem i nieco zezującymi oczami. Zalega obecnie gdzieś na dnie szafy, pod moim boa (tak, ciocia ma takie rzeczy, ciocia ma w szafie bardzo różne rzeczy), szpilami we wzorek z wężowej skóry, dekoracjami świątecznymi i płytami, które wstydziłam się ustawić na półce. Może, idąc za ciosem, te płyty również dumnie wyjmę.

Sugar sugar honey, pumpkin pie

Sobota służy temu, żeby człowiek powłóczył się po mieście w ulubionym towarzystwie, zjadł zbyt obfite śniadanie, przeszedł kilkaset metrów, żeby napić się czeskiego piwa – zdecydowanie zbyt dobrego – a wreszcie polazł na obiad, bo skoro już jesteśmy na Kazimierzu, skoro dzień taki miły, to czemu by nie dobić swoich arterii i żołądka.
A potem można wrócić do domu i spędzić wieczór na gadaniu przez telefon, jakby cały dzień nie wystarczył, by się nagadać.
Na całe moje nieszczęście przechodziłam w drodze powrotnej przez Plac Nowy, a tam akurat małe targi dizajnu trwały. Nie wiem, jak to się stało, ale do domu wróciłam jeszcze bardziej brzęcząca niż zwykle…
wpid-dsc_000422.jpg.jpeg
Temu służy sobota.
Niedzielne poranki służą za to czasami nieśmiałym łzom, bo lipcowe nastroje – a ileż to wszystko wtedy trwało, 48 godzin? – jakoś mi gwałtownie wróciły. Fatalna kombinacja, zmysłowy sen, tryb losowy w odtwarzaczu i nie ten kawałek (można było dawno temu usunąć z playlisty; nie wiem, czemu tego nie zrobiłam po powrocie, chyba chciałam mieć jakiś smutek na zapas), kapiący deszcz. Na moje szczęście nastroje przebywają w bezpiecznej odległości, w GMT i nie ma co rwać sobie blond włosów. Cześć pieśni. Gdy kiedyś będę pisać autobiografię, poświęcę pół rozdziału – a może nie, może lepiej nie mówić nikomu – ale teraz trzeba zapomnieć. Kiedyś przestanie się śnić, przestanie się przypominać i będzie dobrze. Będzie jak dawniej.
Albo i nie.

Postanowiłam dziś łzy otrzeć raz na zawsze.
Nie żebym sobie kupiła bilet do Australii (jest w planach). Otóż nie. Upiekłam ciasto. Bo ja lubię piec. Nawet bardzo. Pieczenie mnie relaksuje. Tym samym przed południem śmiało zabrałam się za tres leches. Przed pieczeniem pozbyłam się dżinsów – mam taki nieszczęśliwy zwyczaj, że gotując, wycieram ręce w tylne kieszenie lub uda, w związku z czym zawsze jestem przeraźliwie upaćkana – toteż piekłam ubrana do połowy.
Wyszło doskonale. Prawie całkiem doskonale. Kiedy mozolnie ubijałam śmietankę na wierzch, nastąpiła przykra sprawa.
– Myślisz, że ona już jest gotowa?
– Łatwo sprawdzić, musisz odwrócić miskę i…
CHLAST.
– …
– Chyba niegotowa.

I tak się zje.

Handsome experience

Po kilku dniach wysiłku intelektualnego zdobyłam nową umiejętność do wpisania w CV. Ku mojemu zdziwieniu rzecz okazała się o wiele bardziej interesująca, niż się obawiałam. Nigdy nie sądziłam, że moja kariera skręci w takim kierunku, ale po raz pierwszy w życiu mogę powiedzieć, że lubię to, co robię, nie czując przy tym, jak wydłuża mi się nos.
A że dziś piątek, umysły błądziły niezbadanymi ścieżkami. Podczas zajęć w podgrupach ja próbowałam się wzbić na wyżyny kreatywności – nie było łatwo, co wie każdy, kto musiał coś wymyślić w piątkowych poobiednich godzinach – a sprytniejszy kolega wziął na siebie rolę skryby.
– Hands-on experience…. Czekaj, napisałeś ‘handsome’. ‘Hands-on’, nie ‘handsome’.
– O, rzeczywiście. Ale to by ci nawet pasowało jako wymaganie, no nie?
– To jest warunek wyjściowy.

Przy okazji zdobywania wiedzy poznałam chyba najbardziej zasadniczą osobę w tej części galaktyki. Wiecie, ja ze Śląska jestem. Lubię porządek. Ale mój grafik zawiera sporą, poszerzającą się z każdym rokiem rubrykę „inne”. Boję się ludzi, którzy nie mają tej rubryki, działają od A do Z, nie przewidując żadnego przypisu, nawiasu, żadnego odchylenia od normy. A tu poznałam kogoś, kto nawet życie po godzinach – randki, zakupy, knajpy, leżenie na kanapie z książką – ma rozpisane stosownie. Żadnego spontanu, żadnego pozwalania sobie na poluzowanie krawata.
To ja już chyba wolę drama queens.

Dziś od godzin ciężko rannych męczę Kate Bush. Ulubione radio puściło mi, gdy akurat po ciemku wlokłam się do łazienki, zahaczywszy po drodze o kuchnię, żeby kawa była gotowa, kiedy wyjdę spod prysznica.
Przez długie lata nie znosiłam Kate Bush. Bo co tu lubić, piszczy taka i skacze po wrzosowiskach. Potem gwałtownie się w niej zakochałam. A erotyczny ładunek tego klipu niezmiennie powala mnie na łopatki.

Fool moon

W tym tygodniu mamy w grajdołku halny i pełnię księżyca jednocześnie. Wybuchowe połączenie. Spodziewam się wielu ciekawych wydarzeń (a także drobnych problemów ze snem, ale to akurat nic nowego). Jeżeli znowu ktoś kogoś będzie gonił z maczetą lub grabiami, albo napadnie na bank, grożąc klamką – ani trochę się nie zdziwię.
Mnie tam halny wielce cieszy, ale na niektórych warunki atmosferyczne chyba już wpłynęły negatywnie.
Jak ja nie lubię drama queens.
Zwłaszcza w wydaniu męskim. Zawsze mam ochotę poprosić takiego, żeby przestał mi jęczeć nad uchem i wrócił, jak mu przejdzie. Ale jeśli takiej królewnie-histeryczce powie się, by nieco wyluzowała, królewna uderza w tony jeszcze bardziej dramatyczne, bo nikt go nie rozumie, nikt go nie kocha, ludzie to wilki. No i teraz królewna jest na mnie obrażony – pociesza mnie jedynie to, że poza mną jest obrażony na cały świat. A uściślając, pocieszałoby, gdybym należała do osób, na które takie metody działają. Tymczasem moją jedyną reakcją na szantaże emocjonalne jest narastająca irytacja i potrzeba szybkiego odseparowania się od lamentującej męczydupy.

Wczoraj wspominałam pytanie o seks u dentysty, więc dziś pojawiło się nowe cudne trafienie – seks z robotnikiem. No ludzie. Ja mam bujną przeszłość, ale aż tak obeznana nie jestem, żeby móc zaprezentować tutaj cykl poświęcony poszczególnym zawodom i ich talentom łóżkowym.
Och, skoro już o tym mowa – słyszeli, że Benny Cucumber się żeni? Fanki dookoła globu leją ślozy i ostentacyjnie występują ze swojego kościoła zapewne.
(I po co ta zjadliwość).

Why must I keep needing things

Narzekałam niedawno na gnoma, któremu na tyle podobają się moje dokonania, że chętnie sobie z nich korzysta. Na szczęście jest też ktoś, kto moje dokonania również docenia, ale wybiera tradycyjną metodę wyrażania aprobaty, to jest po prostu mówi mi o tym. Jest to tym milsze, że ten człowiek niechętnie prawi komplementy, jest raczej wymagający i bardzo cyniczny. Przyznam, że dzięki temu znowu mi się zachciało i znowu poczułam, że wbrew pozorom może jest jakiś sens w tym, co robię.

Nic przyjemniejszego nad poranny przegląd statystyk. Trafienia z wyszukiwarek to zawsze gwarancja udanego dnia. Ostatnimi czasy zostałam zapytana, jak słuchać przez ścianę. Szklanki nigdy nie przykładałam, ale ze słuchaniem przez ścianę nie mam problemu, niestety przymusowo, bo moi nowi sąsiedzi darzą obsesyjnym zamiłowaniem jeden kawałek hiphopowy i potrafią tłuc go przez godzinę w kółko. Ja też potrafię tłuc przez godzinę w kółko, ba, przez pół nocy w kółko, niemniej od pewnego czasu jestem świadoma istnienia zmyślnego wynalazku zwanego słuchawkami i dzięki temu oszczędzam innym mieszkańcom ryzyka, że nauczą się na pamięć każdej nutki rzępolenia, które akurat przypadło mi do gustu, i będą dostawać przykrych torsji, słysząc to trzydziesty raz jednego wieczoru.
Inne zapytanie dotyczy kolegi z pracy, który się podoba, ale chyba czuje się osaczony, bo unika. Hm. W tym nie pomogę, ponieważ nie mam doświadczenia w osaczaniu. Jak wiele razy wyjaśniałam, w starciu z atrakcyjnymi osobami płci przeciwnej często zachowuję się jak ktoś, kto niedawno przeszedł lobotomię – trudno kogokolwiek osaczyć, wpatrując się bez słowa w podłogę. Znam jednak kobietę, która potrafi za wybrankiem po mieście jeździć. No, co kto lubi.
Pytano mnie jeszcze o seks u dentysty, ale niestety (?) w tym obszarze wprawę mam jeszcze mniejszą niż w nachodzeniu wyględnych kolegów. Coś mało przydatny ten mój blog.
Nawiasem mówiąc – to byłoby arcyciekawe, choć dość ryzykowne doświadczenie, gdyby potraktować zapytania ludzi trafiających tu z Gugla jak wyzwania. Robić to wszystko i opisywać.

Toczę właśnie wewnętrzną walkę, bo dostałam wiadomość z ucieszną informacją, że bilety na coś, co już widziałam cztery razy, są przecenione o połowę w tym tygodniu.
Mam przemożną ochotę potraktować to jak palec boży.
Prawda jest taka, że gdy ja w ogóle toczę wewnętrzną walkę, to znaczy, że już tę walkę przegrałam. Pozamiatane. Nigdy nie udało mi się wmówić sobie, że czegoś nie chcę, nie potrzebuję, nie mogę teraz. Ogólnie rzecz biorąc, sprawy w moim życiu dzielą się na dwie proste kategorie:
1. obojętne, może być, jak nie będzie, nie zatęsknię,
2. ubóstwiam, szaleję i oddam za to nerkę (niekoniecznie własną).
Ach, szlag by to wszystko trafił, gdzie moja karta?…

Jakby tego było nie dość, moje ulubione tego roku miejsce we wszechświecie uruchomiło platformę, na którą wrzuca zarejestrowane przedstawienia i nie tylko. Będę mogła leżeć na mojej sofce z orzeszkami i białym winem, i oglądać do nieprzytomności.
Nie taki najgorszy ten wtorek.

Windshear

Dziś jest drugi listopada.
Nie, nie zalogowałam się tutaj, by ogłosić prawdę objawioną. Przedzierałam się rankiem przez mgłę do osiedlowego sklepiku, bo mi się kawa skończyła, a jak można bez kawy po śniadanku, i tak sobie myślałam, drugi listopada, coś mi się z tą datą kojarzy, ale co?…
Przypomniałam sobie.
(Po kawie, rzecz jasna).
Tego dnia mój pierwszy prawdziwy chłopak po raz pierwszy mnie pocałował.
To było piętnaście lat temu. Doskonale ten wieczór pamiętam. Kluczowa scena miała miejsce zasnutych mgłą na Błoniach, po długim spacerze nadwiślańskimi bulwarami. Później poszliśmy na piwo – żadnego z nas nie było stać na bardziej wyrafinowany sposób świętowania, a romantycznych knajp z widokiem na niebo i rzekę jeszcze w tym mieście nie było.
Spędziliśmy razem trzy lata, przy czym rok ostatni upłynął na bezsensownych próbach reanimowania nieboszczyka. To nie mogło się udać. Różniło nas wszystko, absolutnie wszystko. Ale wtedy, w tamtym listopadzie byłam wściekle zakochaną dziewiętnastolatką, która właśnie wyrwała się z domu i w swoim oszołomieniu bardzo wielu rzeczy nie widziałam. Nie uważam tego czasu za zmarnowany; sporo wyniosłam z tej historii. Miłość do gór na przykład.
Anno domini 2014 on jest (mam nadzieję, że nadal) żonaty, a ja, cóż, jestem jak marynarz.
Piętnaście lat temu. W mordę.

Nie pamiętam dat innych pierwszych pocałunków – no, poza jednym. Żadnemu późniejszemu nie towarzyszyły takie emocje.

Obiecałam sobie, że skoro nie wyjeżdżam donikąd w cmentarny weekend, to wreszcie uprzątnę ciuchy, wypiorę firanki, dokończę tekst o Smallsbury – moim wakacyjnym miasteczku z piernika, które wyprzedziło znacznie większy i na pierwszy rzut oka kuszący bardziej imponującymi cudami Wiedeń w rankingu miejsc do odwiedzenia w 2015 podług Lonely Planet – ale wyszło jak zwykle. Nic nie robiłam. Oglądałam serial (o rety, jakie to jest dobre, jacy wszyscy są pokręceni) i rosyjskie musicale, snułam wyjazdowe plany na przyszły rok, leżałam zbyt długo w pianie, piłam gorącą kawę w pościeli, nurkowałam wśród poduszek z książką, odbyłam wszystkie te weekendowe rytuały, żeby zakończyć je świńską rozmową i pytaniem „kiedy wracasz?”.
Lubię, gdy niby nic się nie dzieje…

Piętnaście lat temu inaczej wyobrażałam sobie moje życie za piętnaście lat. Swoją drogą ciekawam bardzo, co będzie w 2029; może zamieszkam w kontenerze w Nowej Zelandii…

The ghosts of long-dead cookies

Jakby mój grajdołek nie był dość dziwnym miejscem, okazało się dziś, że w tutejszych cukierniach można było nabyć bułeczki z dodatkowym nadzieniem. Psychoaktywnym. Niestety nikt mi o tym nie powiedział wcześniej, a policja skonfiskowała bułeczki, zanim przed cukierniami ustawiły się długie kolejki krakusów. Szkoda, przydałoby się akurat.

Po pierwsze primo, zamieszanie w sprawach damsko-męskich ma się dobrze i najwyraźniej nie zamierza się zwijać. W szczegóły wchodzić nie będę, bo z wiekiem przechodzi mi zapał do opisywania życia erotycznego i/lub uczuciowego na blogasku, a poza tym sama nie ogarniam.
Po drugie primo, są na tym najlepszym ze światów ludzie, których kiedyś chciałam przytrzymywać pod wodą, ale teraz już tylko smutny uśmiech pogodnej rezygnacji u mnie wywołują. Nie jestem pewna, czy to w istocie postęp.
Po trzecie primo, może to jest dziwne, ale bardzo nie lubię, gdy ktoś bierze sobie moją robotę i prezentuje ją jako własną. Na domiar szczęścia spotyka mnie to drugi raz w ciągu bodaj miesiąca. Jeśli delikwent nie umie sam, to może powinien rozważyć przerzucenie się na inne zajęcie albo poprosić o pomoc, której chętnie udzielę, albo, do kurwy nędzy, zwyczajnie spytać, czy może skorzystać z tego, co wyprodukowałam – ale zrzynanie jest brzydkie. Zrzynanie przyprawia autorkę o niezgorszy wściek. Człowiek się wysila, rwie włosy z głowy, gdy proces twórczy nie idzie, stara się, żeby to wszystko miało ręce, nogi i do tego nie powielało znanych do bólu schematów, wypija przy tym za dużo kawy – po czym jakiś czas później odkrywa, że komuś bardzo, za bardzo spodobał się efekt jego wielogodzinnej męki.
Zabawne, że takie gamonie są przekonane, iż nikt się nie zorientuje. A nawet jak się zorientuje, to przecież nic takiego się nie stało. Inspiracja taka. Komplement właściwie.
Ale czemu ja się w ogóle dziwię, ech. Kiedyś, wiele lat temu czytałam dokument spłodzony przez mojego ówczesnego przełożonego i zdziwiłam się, że tak mu się angielski poprawił (bo nie był dobry – oględnie rzecz ujmując). Z ciekawości skopiowałam pierwszy akapit i wbiłam w wyszukiwarkę. Koleś cały tekst ściągnął z internetu.

Oj. Właśnie doczytałam, że stężenie narkotyku w ciasteczkach było tak niskie, iż na samopoczucie nie mogło wpływać. Ubolewam i poszukuję innego sposobu na uspokojenie – z cichutką nadzieją, że miłośnik pożyczania bez pytania dostanie straszliwej wysypki wszędzie, a najbardziej w miejscach intymnych tuż przed rozbieraną randką.
Jeśli go przyłapię trzeci raz, zobaczy, jak wredni potrafią być mili ludzie.

W Weltschmerzu towarzyszy mi ten bezbłędny i piękny numer, ale słuchałam go już tyle razy, że weźcie go ode mnie, nim mi zaszkodzi. Ten rytm, ten rytm.

Memory’s fog is rising

Na mojej szerokości geograficznej bez zmian. Oto dzisiejsza droga do domu.

wpid-dsc_0001.jpg

Kraków mógłby nieźle zarabiać na filmowcach, udostępniając jesienią plenery do kręcenia horrorów.
Po wszystkim, co dziś usłyszałam i przeczytałam, mogłabym w takim horrorze gościnnie wystąpić jako zmasakrowany zewłok. Dawno nie zdarzyło mi się takie nagromadzenie irytujących istot wokół. Może karma taka, nie wiem, ostatnio zwinęłam z hotelu szampon i teraz opatrzność stosuje wobec mnie sankcje negatywne. W każdym razie rzadko mi się zdarza, że całą energię poświęcam na unieruchomienie szyi, by nie kręcić głową z politowaniem. Dziś cały boży dzień mi na tym upłynął. Nieprzyjemne to jest bardzo, gdy nagle tracicie wspólny język z kimś, kogo przez lata lubiliście, taki fajny wam się wydawał, wszystkie jego żarty was bawiły, tyle wspólnych doświadczeń, pod tyloma stwierdzeniami chcieliście się podpisać – i wtem. Jakby inny człowiek. Albo wy jesteście inni. Coś się zmieniło i zmieniło się na gorsze. Już nie chcecie podpisywać się pod tym, co mówi, o nie, zastanawiacie się raczej, o czym on w ogóle mówi i po co, a jedyny komentarz, jaki pcha się wam na usta, brzmi PFFF.

Boska Komedia klepnięta. W grudniu znowu będę łazić niewyspana i lekko głodna, bo prosto z pracy do teatru. Oby tylko nie było takiego mrozu, jak dwa lata temu, gdy czekając pod cholernym studiem w cholernym Łęgu na późnowieczorny autobus po raptem pięciogodzinnym spektaklu, prawie uświerkłam. Ot, poświęcenie maniaka.
Jakby tego było mało – dawno niczego nie knułam, więc pomyślałam, że najwyższy czas poknuć i jest już pierwszy efekt. Szanowni państwo, zagadka. Z kim spędzę walentynki 2015?
Odpowiedzi na kartkach pocztowych.

Medea was in love, and nothing could cause her rest

Przez ostatnie dni Krakowa nie było. Co roku o tej porze przerabiamy to samo; miasto nam znika. Mieszkańcy popadają w niewdzięczną melancholię i snują się po ulicach, tęskniąc za widokiem własnego cienia – za widokiem czegokolwiek właściwie. Jesienią mój grajdołek, zanurzony w gęstej mgle, staje się miejscem bardzo fotogenicznym i jeszcze bardziej depresyjnym (szczególnie dla tych, co nie mogą udać się na urlop, bo nasze lotnisko, jeden z czołowych małopolskich powodów do dumy, w takiej pomroce nie działa).

Wydarzenia ostatnich dni zaowocowały jedną tylko refleksją. Bardzo otóż cieszę się z tego, że odkąd pamiętam, nie znoszę i unikam przynależności. Zawsze byłam bardzo „osobna”. To z pewnością nie czyni ze mnie łatwej w obejściu, ale chroni mnie przed sytuacjami, w których muszę deklarować lojalność, przed kwasami w towarzystwach wzajemnej adoracji itepe. W życiu swoim całym tylko raz należałam do stowarzyszenia – jeszcze na studiach. Wytrzymałam trzy miesiące. Klasycznie rozumianą paczkę przyjaciół miałam tylko w liceum, później odkryłam, że lepiej mniej, ale lepiej. Im jestem starsza, tym bardziej mi się pogłębia to przekonanie. Moja uporczywie podkreślana niepodległość nie jest cechą wspaniałą i godną naśladowania, nie mam co do tego złudzeń, ale nie zamierzam nad tym pracować. Językiem biznesowym mówiąc – to moje akceptowalne ryzyko. A gdy obserwuję, jak dorośli ludzie powtarzają czyjeś mętne bzdury i przyklaskują sobie nawzajem bez cienia pomyślunku, żeby tylko nie wypaść z łask towarzystwa, to mi trochę słabo się robi.

Jeżeli nie macie dziś wieczorem nic do roboty, a macie w pobliżu Multikino, przypominam o Medei. Bo autorce się podobało. Wiecie, że ja podejrzanie lubię mroczne historie, mrocznych bohaterów, wątki ciemne, dołujące i niejasne moralnie, i trudno byłoby znaleźć historię lepiej pasującą do moich upodobań. Przy czym to jedna z tych rzeczy, które pozbawiają was dobrego humoru w taki sposób, że chcielibyście, by ktoś was codziennie dobrego humoru tak pozbawiał. No i ścieżka dźwiękowa. Mam wielką słabość do Goldfrapp, więc moja opinia siłą rzeczy jest wykrzywiona, ale gdy muzyka przyprawia mnie o dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa, to znaczy, że jest dobrze. O ile nie odstraszy was przeraźliwy krzyk w pewnym momencie, tutaj więcej. A tu, wśród tych niepokojących dźwięków, zaraz wydarzy się wiadome zło.

I zaraz ogłaszają tegoroczny program Boskiej Komedii. Końce roku to taki smutny czas. Kojarzą mi się wyłącznie z wbijaniem zębów w ścianę po tym, jak kupiło się za dużo biletów na wszystko, co chciałoby się obejrzeć.