Go drunk, you’re home

Jest lepiej, bez dwóch zdań lepiej. Tylko muzyka nadal niezbyt dynamiczna.
Wczoraj było o dźwiękach aż zbyt przyjemnych, to dziś będzie odwrotnie. Mój biurowy kolega (nie, nie strzelający ócz błękitami chłopaczek) ma te takie relaksujące chińskie kulki i relaksuje się z ich pomocą przez długie godziny. Otoczenia kulki te nie relaksują bynajmniej, ponieważ brzęczą jak jasny pieron. Jeszcze trochę i sama będę musiała sięgnąć po podobne rozwiązanie – może strzelanie z folii bąbelkowej albo ciamkanie gumy do żucia.
Ale nie o tym chciałam.

Co jakiś czas zdarza mi się gdzies przeczytać bohaterski tekst o kobiecie, która coś zrobiła sama.
Zapisała się na siłownię albo pojechała na wakacje. Nie z namiotem na pustynię Gobi, tylko – powiedzmy – na Ibizę, ogólnie w cywilizowane miejsce (Ibiza to może zły przykład wobec tego; postawmy na Sztokholm). To jeszcze jestem w stanie zrozumieć; jeśli ktoś dotychczas nie podróżował sam, może mieć drobnego stresa. No bo jednak trzeba sobie zorganizować czas, trzeba się samemu pilnować, uważać, żeby nie wsiąść do złego pociągu, nie zaplątać się w jakieś ciemne kąty, nie przepłacić za taksówkę, nie utonąć w morzu (mnie się prawie udało, ale nie chcemy o tym mówić), nie zostać rażonym piorunem w górach (to też mi się prawie udało). Ja mam odwrotny problem, mianowicie stres pojawia się wtedy, gdy wyjeżdżam z kimś. Tak już mam, że najbardziej lubię własne towarzystwo – to żaden powód do dumy, ale trudno mi z tym walczyć i socjalizować się na siłę. Zresztą samotne podróżowanie chyba jednak pozwala przeżyć więcej – no i daje poczucie absolutnej wolności. Mimo wszystko rozumiem zarówno obawy, jak i ekscytację.
Dziś tymczasem przeczytałam wywiad z pewną panią, dość znaną między Bugiem a Odrą. Pani nie posiadała się z dumy, że poszła sama do kina.

To ci dopiero.

A poza tym wiecie, gdzie szuka się prezentów dla trzydziestoletnich mężczyzn?
W dziale „dla dzieci”.
Serio.

Woke up lost

Są takie chwile w życiu niżej podpisanej, gdy czuje się, jakby ktoś jej powiedział, że nie ma świętego Mikołaja.
Mam przykrą skłonność do bujania w obłokach, snucia mętnych planów, tworzenia sobie wyimaginowanych światów pod powiekami, tonięcia w alternatywnej wersji rzeczywistości, obmyślonej tak starannie, że niemal namacalnej.
Wszystko pięknie do czasu, gdy obłoki bezceremonialnie strącają mnie na glebę. Coś ty sobie myślała, dziewuszka? Że twoje życie jest baśnią? Że jesteś wyjątkowym zjawiskiem? Spójrz w lustro czasem, przyjrzyj się uważnie temu, co widzisz. Zwykłą, trzydziestoparoletnią kobietę z niedużym mieszkaniem na przedmieściu, włosy przeciętnie długie, oczy przeciętnie niebieskie, biurwę bez perspektyw na nagrodę Nike w najbliższym czasie, ze średnio udanym życiem miłosnym i ciągłym debetem na koncie. Takich jak ty są miliony. Po co w ogóle rozdmuchiwać sobie ego myślą, że to, co ci się przytrafia, jest niezwykłe? Po co zakładać, że ludzie, w których życiu się pojawiasz, w ogóle cię zapamiętają? Że któregoś dnia – no właśnie, KTÓREGO dokładnie dnia? – rzeczywiście dotkniesz czegoś niesamowitego?
Jeśli wolisz, śnij dalej.
Ale to zawsze będą sny. A ty jesteś tutaj, w swojej zagraconej kuchni, ze swoimi nieotwartymi rachunkami i zachrzanem w pracy, i powinnaś lepiej o tym pamiętać. Nie przywiązywać się do omamów.

W związku z powyższym na playliście same smęty, wyjątkowo zresztą adekwatne.

Żeby was nie zostawiać z taką deprechą, śpieszę poinformować, że mam nową miłość. Zostało mi toto perfidnie podesłane na twarzoksiążce (znajomi za dużo o mnie wiedzą; muszę chyba bardziej się tajniaczyć z moimi fetyszami, choć o największych obsesjach i tak z uporem milczę, żeby wstydu nie było) i spędziłam bardzo uroczy wieczór wczoraj. Gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości – mam na myśli tego młodszego, ryżego. Wielkie nieba, co za głos. Co za olśniewający głos. Ryży nie tylko gra, on też książki pisze. Mam nadzieję, że wydaje je w wersji audio i sam czyta. Mam ochotę zmontować sobie wielogodzinną pętlę i słuchać przed zaśnięciem, co dziś akurat nie byłoby wcale złym pomysłem, biorąc pod uwagę, że zasnąć z pewnością będzie trudno. Nie lubię zostawać sama z moimi smutkami.

We should all, always, look like that, each with his eyes full of horror at his own, inescapable solitude

Jeszcze tylko trzy tygodnie, trzy krótkie tygodnie i wszystko znów przez chwilę będzie dobrze, na swoim miejscu, jak należy, moje nieodłączne ostatnimi czasy poczucie rozdarcia nieco przygaśnie i może nawet przez jakiś czas będę się czuła najzupełniej szczęśliwa, pewna, że jestem tam, gdzie powinnam być i z ludźmi, z którymi powinnam być.
Trzy krótkie, zbyt długie tygodnie. Tymczasem ciągle jestem tutaj i od czasu do czasu w środku nocy budzi mnie przykra samotność. Ona nigdy nie zjawia się w słoneczne przedpołudnie – nie, zawsze wtedy, gdy człowiek budzi się z dziwnego snu zmęczony i zlany potem, w tych ciemnych godzinach, gdy za oknami panuje przeraźliwa cisza, a wskazówki zegara przesuwają się nieznośnie powoli, może nawet zatrzymują się zupełnie, gdy nie patrzy się na nie. Wtedy właśnie ta sucz najbardziej lubi wpadać z wizytą, przynosząc wszystkie wypierane tęsknoty i strachy.
Za dnia bardzo dobrze idzie mi niemyślenie o tym, czego bym chciała i o tym, kogo bym chciała, ale nocami kompletnie sobie z tym nie radzę.
Wystarczy.

Żeby was przy poniedziałku nie dołować jeszcze bardziej – wpadło mi dziś w oko ogłoszenie o castingu. Poszukiwana kobieta w średnim wieku.
Uwaga.
32-36 lat.
Tom się uśmiała… Co prawda znam osoby, które uważają, że po TYCH urodzinach powinno się rytualnie spalić lub przynajmniej zakopać tenisówki, koszulki z bohaterami kreskówek, krótkie spodenki i zbyt kolorowe ubrania, ustatkować się, zamienić piątki w knajpie na soboty w hipermarkecie, a polowania na bilety zastąpić oszczędzaniem na działkę pod miastem, ale osobiście jestem raczej odporna na tego rodzaju sugestie. Człowiek w swoich latach trzydziestych moim skromniuchnym zdaniem wcale nie jest w wieku średnim i jeszcze długo nie będzie – wyjąwszy oczywiście te przypadki, które już rodzą się stare i przez całe życie reprezentują ten sam zgrzybiały światopogląd.

Nie wiem, czy chciałabym poznać organizatorów tego castingu.
Trzydziestoletnia kobita w średnim wieku, niech mnie kule biją.
Swoją drogą ciekawa jestem, jak wygląda klasyfikacja wiekowa mężczyzn.

Don’t go for second best, baby

Jak onegdaj wspominałam, przeniesiono mi biureczko.
Bardzo nie lubię zmieniać miejsc, nie lubię też przemeblowań ani niczego podobnego. W związku z tym kręciłam nosem od lewa do prawa.
Ale już się nie gniewam.
Jakiś rok temu zostałam wytypowana na ochotnika, by wyszkolić się w obszarze, który nigdy nie wydawał mi się szczególnie przyjazny. Szkolenie było fascynujące, ale nie tyle dzięki przekazywanym treściom, co uroczemu zestawowi uczestników, a szczególnie jednemu uczestnikowi, który nie dość, że był wyględny (i miał neonowo błękitne oczy), to jeszcze nieustannie się śmiał. A ja bardzo lubię ludzi, którzy dużo się śmieją. Jeszcze bardziej lubię ludzi, którzy sprawiają, że płaczę i boli mnie brzuch. Poza tym jestem starym lubieżnym satyrem w wersji damskiej, więc oględnie rzecz ujmując, nie nudziłam się na tym szkoleniu.
No i teraz się okazało, że chłopaczek rezyduje właśnie tam, gdzie mi biureczko przeniesiono.
I on mnie chyba pamięta.
Bo mi się przygląda i śle te cholerne uśmiechy.
Wolałabym, żeby tego nie robił. Jak człowiek ma się skoncentrować w takich warunkach? Nie zniesę.

Tom sobie ponarzekała, a teraz do rzeczy.
– Ależ szybko ci się marzenia spełniają – usłyszałam dziś przy porannej rozpuszczalnej. – Gdybym ja tak miał, to już leżałbym na Hawajach. Jakieś czary odprawiasz czy co?
Szybko? No, nie wiem. Owszem, jeśli zafiksuję się ostro i muszę coś zdobyć lub przeżyć natychmiast, muszę, bo inaczej pęknę – wtedy owszem, prę do przodu z uporem maniaka i jestem gotowa ponieść dowolny koszt. Trochę to makiaweliczne, ale tak jest. Najzupełniej szczerze pisząc, nie chciałabym sama sobie stanąć sobie na drodze w takiej sytuacji, bo wiem, że moje skrupuły kurczą się wtedy do rozmiarów niedostrzegalnych gołym okiem.
Tak czy inaczej, większość moich marzeń nie spełnia się szybko (jeśli spełniają się w ogóle). Problem w tym, że moje plany na przyszłość nigdy nie są, że tak powiem, S.M.A.R.T., gdyby przyłożyć do nich korporacyjne miary. Chcę wielkich rzeczy i chcę ich już. Zamiast zastanowić się, czy moje pobożne życzenia mają w ogóle ręce i nogi, zamiast przysuwać się do nich dziecięcymi kroczkami, rzucam się na główkę, bez pomyślunku zupełnie. I czasami pożądam czegoś, co jest absolutnie szalone lub umiarkowanie prawdopodobne. Nie potrafię metodycznie planować, nie oceniam trzeźwo moich szans na to czy owo; idę na żywioł i liczę, że może jakimś cudem mi się poszczęści. Anglojęzyczni mają bardzo ładny idiom opisujący podobne nastawienie – „on a wing and a prayer”. Jakoś dolecimy. Niestety nastawienie to rzadko sprawdza się w praktyce, toteż często kończę z potłuczonym tyłkiem, płaczem na końcu nosa i smętną refleksją, że ech, przynajmniej próbowałam.
Ale – różne moje cudaczne wypadki nauczyły mnie, że im bardziej niemożliwe coś się wydaje, tym większa szansa, że któregoś dnia wpadnie mi w ręce. Jakiś czas temu przestałam pozwalać sobie na myśli z gatunku „to nigdy się nie wydarzy, zapomnij o tym, otrząśnij się, rzuć te mrzonki”. Wolę trzymać się nieznośnie romantycznej, naiwnej koncepcji „dum spiro, spero” i czekać na kolejne zrządzenia losu.

Z innych nowinek – otrzymałam przerażający mail pod tytułem Zawiadomienie o zmianie rozkładu lotów. Jak zwykle mam grafik urlopowy naćkany co do minuty nieomal, więc blady strach na mnie padł. Okazało się, że zmiana zmusza mnie do pozostania u celu kilkanaście godzin dłużej.
Och jej.
Zdążyłam sobie już zagospodarować ten czas. A że dosłownie drzwi obok znajduje się drugi teatr i bilety jeszcze były – cóż
Można cmokać z politowaniem.

Amanita muscaria

Napisałam dziś dwadzieścia stron.
Nie, nie mojej wymarzonej powieści gotyckiej. Raportu w pracy. Obiecałam sobie pójść za ciosem i w domu przysiąść nad nieco bardziej twórczą pisaniną, ale po drodze przeczytałam tekst, który boleśnie stępił mi pióro. Niektórzy ludzie są tak obrzydliwie zdolni, że powinni zostać zabronieni. Każde zdanie było idealnie spiętą, melodyjną całością, wdzięcznie i gładko łączyło się z poprzednim i kolejnym, metafory były błyskotliwe i rzucane od niechcenia, a w chwili, gdy czytelnik lekko się zasmucał, autor gwałtownie skręcał w kierunku zabawnej puenty. A co najgorsza, wszystko to sprawiało wrażenie napisanego na kolanie, bez jednego skreślenia, bez gryzienia palców nad klawiaturą, bez tuzina wersji roboczych – ten tekst po prostu płynął. Nagle poczułam się smętną grafomanką z niekończącym się writer’s block.
Umysł człowieka piszącego w taki sposób musi być miejscem nie z tego świata. Niesamowitym. Muszę go kiedyś poznać.

Dlatego właśnie dzisiejszego wieczoru nie będzie fajerwerków literackich, a sucha relacja.
Żeby nie było zbyt sucho, dołożę obrazki.
Dawno w górach nie byłam. Jakoś nie mogłam się zebrać, bo tego lata ciągle coś się działo, ciągle mnie nie było i nie składało się. Wystarczyło krótkie spotkanie z dawno niewidzianymi znajomymi, żeby podjąć śmiałą decyzję – jedziemy. Niedaleko, w Beskid Wyspowy. Ludzie lubią go omijać, jadąc dalej na południe – bo szlaki są dość strome, bo właściwie nie ma schronisk, a wierzchołki bywają zarośnięte (co nie zmienia faktu, że przy odrobinie szczęścia macie Tatry jak na dłoni).
Żeby nie było zbyt lekko i przyjemnie, postanowiliśmy, że nie pojedziemy ot, tak sobie, ubrudzić się i zadyszeć, o nie. My pojedziemy NA GRZYBY.
Tak. To już ten wiek, gdy człowiek jeździ na grzyby lub zaczyna wędkować.

Wstaliśmy bladym świtem, wjechali z krakowskich przedmieść w przepiękne morza mgieł i wreszcie ruszyli z buta w górę.
Całe życie sądziłam, że mam grzybną ślepotę i grzybów zwyczajnie nie zauważam, choćbym się o nie potykała.
Otóż nic bardziej mylnego.
Pojęcia nie miałam, że ich zbieranie to taka frajda. Przez pierwsze minuty w lesie okropnie się nudziłam, wszyscy w euforii znajdowali jakieś muchomory, a ja nic. Chrzanię taką imprezę, poczekam na nich na górze, pomyślałam, GDY WTEM!
Przez kolejne dwie godziny autorka zaglądała pod każdą paproć, rzucała się plackiem na mech, z narażeniem spodni przeskakiwała powalone drzewa i uwieszała się gałęzi. I uzbierała całkiem sporo. Co prawda od części znalezionych trofeów odskakiwała z obrzydzeniem, bo ładny z wierzchu kapelusz krył pod spodem całą falangę glizd wszelakich, a wiele zebranych nie przetrwało późniejszej domowej selekcji, ale i tak duma rozpierała.
I takie rzeczy widziałam po drodze.
SONY DSC
– O, jaki ładny, jaki kosmaty…
– Nie dotykaj! W horrorach takie zawsze skaczą do tętnicy!
(Poniewczasie okazało się, że to jadalna odmiana purchawki).

Pierony sięgają niemal kolan. Ogromne rosną.
SONY DSC

Jeśli macie nieprzystojne skojarzenia, to się nie martwcie – ten grzybek nazywa się sromotnik bezwstydny. Bywają też idealnie wyprostowane. Są trujące, ale ponoć młode po odpowiednim przyrządzeniu można zjeść, coś jak z rybą fugu. Kiedyś z tych grzybków eliksir miłosny przyrządzano. Obawiam się, że mógł zadziałać tylko raz, a dobrze…
SONY DSC

W przyrodzie nic nie ginie, wiecie.
SONY DSC

SONY DSC

I wreszcie gwiazdy – musicie przyznać, urodę mają filmową.
SONY DSC

SONY DSC
Z której strony chcielibyście ugryźć?…

Po drodze popas drobny musiał być. Prawie jak u skautów. Słodycze, kanapki, termos i… nie, to nie woda w moim kubeczku.
SONY DSC
Nalewka. Broń Boże nie zachęcam do opilstwa w górach, ale banieczka na rozgrzanie i w nagrodę za trudy nie zaszkodzi.

Szliśmy pięć godzin. Zgadnijcie, ilu po drodze spotkaliśmy ludzi.
A to naprawdę piękne góry, puste i niebywale malownicze. Salamandra pierzchająca wam spod stóp nie jest w nich zjawiskiem wyjątkowym (dodajmy, że to czterdzieści minut jazdy od Krakowa). Stan szlaków chwilami woła o pomstę do nieba, ale z drugiej strony to, że są trochę pozostawione same sobie, jest ich wielką zaletą.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Szlak wreszcie się wypłaszczył, poniósł nas w dół przez jabłkowe sady. Zdrowo zmęczeni dotarliśmy do celu, czyli, emm, do browaru. Bo w Szczyrzycu przy nieźle karmiącej restauracji jest malutki browar, który produkuje bardzo dobre piwa. Można je sobie nabyć na wynos – jest świeżuchne, przed chwilą zabutelkowane, kobieta za ladą przy was nakleja etykietki.
Wracaliśmy do miasta krętymi dróżkami, mijając kolejne ogniska – sezon na wykopki – i przystanki pekaesu z wyczekującymi kursu do miasta odprasowanymi młodzianami. Wracaliśmy w ciszy, wszyscy zmęczeni, nie chcąc wracać, bo ubłocone buty, ciuchy do natychmiastowego prania, potargane włosy, nos błyszczący i piegowaty od słońca to zawsze pełnia szczęścia.

First love is the best love

Kolejne piękne trafienie z wyszukiwarki.
„Czy Ben Whishaw lubi seks”.
Droga osobo – z wielką przykrością stwierdzam, że nie znam chłopaka aż tak dobrze. A nawet gdybym znała, to obawiam się, że i tak bym się nie dowiedziała ze względu na fakt, iż mamy jednakowe upodobania w temacie płci partnerów.

Przeczytałam wczoraj kolejne tomiszcze moich pamiętników – dotarłam do matury i dałam sobie spokój. Oczywiście w kółko to samo. Po tym, jak już przestałam podkochiwać się żałośnie w aktorze, który prowadził u nas zajęcia teatralne, znalazłam sobie nowy obiekt westchnień. Żeby zarysować tło historyczne – w trzeciej klasie liceum dołączył do nas chłopak, który absolutnie zawrócił mi w głowie. Imponował mi szalenie, bo miał prawo jazdy i nawet brał udział w rajdach samochodowych. Trzeba mu przyznać, że był nawet fajny, choć ewidentnie wiedział o mojej słabości i dość perfidnie z niej korzystał – plaskałam rączką w czoło co pięć minut, czytając moje ckliwe wspomnienia. No, ale człowiek siedemnastoletni bierze wszystko za dobrą monetę i z uporem maniaka nagina rzeczywistość do swoich romantycznych wyobrażeń. Jeden zeszycik składa się w całości z: ach jaki piękny, ach jaki mądry, ach jaki zabawny, ach jakie ma cudowne dżinsy, ach popatrzył na mnie, ach odezwał się do mnie (tu zawsze dokładny cytat i pięć stron rozważań nt. możliwej interpretacji), spać nie mogę, bo go kocham i jestem taka nieszczęśliwa.
Swoją drogą – któregoś dnia odważyłam się powiedzieć mu o moim wielkim uczuciu. Z nieznanych przyczyn uznałam, że to będzie świetny pomysł. Nie był. Za to przynajmniej mam za sobą scenę jak ze słabego dramatu – wiecie, deszcz, wycieraczki, długie chwile ciszy.
Ostatni raz widziałam go jakoś w czerwcu 1999; ciekawa jestem, co u niego słychać. Jeszcze bardziej ciekawa jestem, czy moje serce choć odrobinę by drgnęło, gdybym zobaczyła go po tylu latach. Wątpię, choć może?…
Wyobraźcie sobie, że raz się z nim całowałam. Niezły był w te klocki. Jakim cudem nie zeszłam wtedy na rozległy zawał, pozostaje dla mnie zagadką do tej pory.
Ale – są też inne ciekawe wątki.
Po pierwsze internet. Bardzo się zachwycałam internetem, bo on akurat wtedy wchodził pod strzechy. Mogłam sobie wczoraj przypomnieć każdy ton piszczącego modemu po wybraniu osławionego numeru 0202122 (i nerwowe gryzienie palców, gdy w skrzynce pocztowej pojawiała się koperta z rachunkiem od Tepsy). Niesłychanie ekscytująca była możliwość porozmawiania sobie z kimś z Kalifornii, zarejestrowania się na forum miłośników Z Archiwum X, obejrzenia ładujących się sto lat zdjęć z premiery nowych Gwiezdnych wojen i poświntuszenia przez IRC. Emocji co niemiara.
Po drugie bezdenna głupota i niefrasobliwość. Szczerze wam powiem, że po przeczytaniu tego okołomaturalnego tomu moich zapisków nie mogłam uwierzyć w to, jacy my byliśmy durni.
Wybraliśmy się raz – w środku srogiej zimy – na wagary w góry, w piątkę jednym rozklekotanym samochodem. Bo przecież to taki świetny pomysł, mieć prawko od dwóch miesięcy i ruszyć polonezem na wycieczkę po krętej, oblodzonej drodze. Wypijaliśmy oceany alkoholu – teraz człowiek padłby trupem po takiej dawce przyjętej w tak krótkim czasie. Pomaturalna popijawa na dzikiej plaży nad jeziorkiem też oczywiście być musiała. A że koleżeństwo miało swoją – bardzo amatorską, ale jednak – kapelę, niejeden raz lądowałam na pokoncertowej imprezie z samymi facetami (matka jednego z moich kolegów wyjeżdżała na tyle często, że chłopak mieszkał praktycznie sam, więc miał wolną chatę); więcej szczęścia niż rozumu, podejrzewam. Sytuacje okołoerotyczne w naszej paczce były zresztą dość powszechne, w różnych konfiguracjach.
Wydawało nam się wtedy, że na tym właśnie polega dorosłość – na przesuwaniu granic i sprawdzaniu, ile możemy zrobić bez ponoszenia konsekwencji.
Potem okazało się, że ona jednak polega głównie na płaceniu rachunków na czas.

Ech, nie mogę się powstrzymać. Dołożę wam jeszcze parę perełek.
Kwiecień 1994.
Boże. Już nic mnie w życiu nie zdziwi.
A założymy się?…

Zachód słońca był taki chiński.
?

Więcej poezji, oszczegam.
Jesteś prawdziwy do krańcowej rozpaczy.
I dlatego nie patrz tak rzadko, tylko często.

Pociąga mnie to. Świat zabawny, artystyczny, pełny dymu, kolorów i twórczych zmagań.
I ja czuję w sobie twórczy rozmach.
Może napiszę wiersz.

Boże uchowaj.

Człowiek budzi się, sięga po książkę i po chwili znajduje się w grobie.
Nie, to nie była kolejna filozująca myśl, tylko fatalny skrót myślowy, bo akurat czytałam „Bogów, groby i uczonych” Cerama.

Byłam wczoraj w kinie na Bondzie. Chyba jednak powinnam nakręcić własny film. Składałoby się na niego dużo ładnych dźwięków, tylko ukochane pejzaże. Bez akcji. Takie powolne płynięcie.
Oj kochana, ludzie zabijaliby się o bilety na taki blockbuster.

Oczy tego robala, czyli old habits die hard

Pozdrawiam dzielnie brnących przez moje archiwa – a pisałam niedawno przecież, że nie polecam.
Zastanawiam się, jak to jest, że największą popularnością cieszą się te wpisy, których najbardziej się wstydzę i w których wyłazi ze mnie płycizna, pensjonarstwo, galopująca melodramatyczność, nieskomplikowanie umysłowe, skłonność do obsesji i przeświadczenie, że moje refleksje są niebywale odkrywcze.

Dlatego przygotowałam dziś dla Was coś specjalnego.
Gwoli wyjaśnienia – rejestrowaniem moich dziwnych przypadków zajmuję się, odkąd nauczyłam się pisać. Nadal przechowuję wszystkie moje pamiętniki i wczoraj wieczorem, korzystając z faktu, że padł mi w domu internet, sięgnęłam po najstarszy z nich. Zaraz wam udowodnię, że jestem dokładnie na tym samym etapie rozwoju emocjonalnego, na którym byłam jako trzynastolatka.

Chyba jestem jak drzewo. Rosnę razem z korzeniami, a one rozrastają się. Chyba zrozumiałam cały trud – nie wolno uschnąć, jeśli chce się coś osiągnąć.
Immanuel Kant mode on. Nie mam pojęcia, co miałam na myśli, ale podejrzewam, że pora na zrobienie quizu „jakim drzewem byłabyś, gdybyś była drzewem”.

Pomógł mi na matmie. I na historii. Ale dawno już postanowione, że zakocham się w kimś lepszym od niego.

(W szkole podstawowej zostałam posadzona w ławce z chłopakiem, który okropnie mi się podobał).

Uwaga. Poezja będzie.
Wzrok wbity / w puste ciemię / Oczy pragnące / najbardziej ze wszystkich / Musnąć pocałunkiem / zwoje drucianych włosów etc.
Puste ciemię i druciane włosy.
Gdyby ktoś był zainteresowany, mam tego więcej.

Kocham facetów z zarostem. Lubię takich trochę dzikich.
Czyli już wtedy wiedziałam, co mi się podoba. Niedogolony i nieostrzyżony zawsze spoko.

Po przemyśleniu wszystkiego doszłam do wniosku, że życie nie jest ani ciężkie, ani trudne.
Seeeerio?…
Dziesięć stron dalej rozważań życiowych ciąg dalszy.
Życie jest trudne (powtarzam przecież – konsekwencja to moje drugie imię), poskręcane, śliskie i paskudne jak dżdżownica. Można je albo rzucić komuś na pożarcie, albo wcisnąć z powrotem w ziemię, albo zdeptać czy zamoczyć w chemikaliach i wyrzucić na śmietnik, albo schować do pudełka i karmić sałatą, można też w ogóle się nie przejmować i pomyśleć: „Hej! Oczy tego robala należą do mnie!”.

Panowie, brace yourselves.
Płeć męska jest wspaniała. Jest kapitalna.

Jaki to jest fajny chłopak! I ma bardzo ładne oczy. W odcieniu kasztana. A ja ludzi oceniam po oczach. Ale się w nim nie zakocham.
O ile dobrze pamiętam (i jak dowodzą późniejsze dramatyczne wpisy), zakochałam się na zabój.

Mistrzowski poziom samokrytyki.
Strasznie mi się podoba mój wczorajszy zapis. Naprawdę jest ładny i chociaż nie do końca wiadomo, o co chodzi, jest taki pełny.

Plan na ferie zimowe anno domini 1994.
Pewnie pojadę do Krakowa. Wspaniałe miasto. No i muszę pójść do TEATRU!
Gdyby ktoś tej dziewczynce powiedział wtedy, że w tym „wspaniałym mieście” zamieszka, a jej teatralna mania urośnie do rozmiarów wiodących ją na skraj niewypłacalności…

Mistrzowski poziom samokrytyki kontraktakuje.
Jakie ja wartości sobą reprezentuję, poza wartościami chłodnej intelektualistki?

Nasza bohaterka znowu się zakochała. I ten właśnie fragment dowodzi, że przez ostatnie dwie dekady nic się nie zmieniło.
Głupio mi się na niego gapić, a muszę. Czasem on też patrzy na mnie. A ma takie piękne oczy! Ma trochę dłuższe włosy (chcesz startować do autorki – zapomnij o fryzjerze na jakiś czas). Jest niesamowity. Nigdy nikogo takiego nie widziałam. Mam bardzo dziecinny wzrok, gdy na niego patrzę, czuję to.

Doskonale wiem, że urodziłam się artystką.
Yeah, right.

Immanuel Kant mode on ponownie.
Myślę, że życie nie jest takie, jakim je dziś widzę, jutro będzie inne i tak w kółko.

Znikam w tłumie. Uciekam w głąb chodnika.
Głąb chodnika.

Sięgnęłam w rowek depresji.

Rowek depresji.

Myślę, czy by się nie zająć pantomimą.
Trzeba było – z pożytkiem dla wszystkich.

Usiłowałam poderwać go ustami, których natura mi nie poskąpiła.
Eeeem…

Jestem osobą, która poprzez mordercze samodoskonalenie się dąży do samounicestwienia.
Raczej mordercze bimbanie sobie, ale niech będzie.

Jestem wiatrem niesionym ręką Boga po świecie pełnym motylich kwiatów.
Bez komentarza.

Mam fantastyczne sny. Śniło mi się na przykład, że spotkałam dwóch przystojnych chłopaków. Dookoła nich fruwały gołębie.

Sami widzicie.
Niewiele rzeczy na świecie potrafi człowiekowi przynieść tyle radości, co stary pamiętnik. Całkiem zresztą ładny, zamykany na kłódeczkę, z dziewczynką siedzącą wśród kwiecia na okładce. A na dole okładki wydrukowane są słowa Come live with me and be my love.
Wiecie, kto je napisał?
Christopher Marlowe :D

My temper I cannot vouch for

Nie zawsze chce mi się być zabawną. Czasami przychodzi taki dzień, że czuję się, jakbym biła ten rekord. Przy życiu utrzymuje mnie myśl, że wrócę do domu, przełączę telefon w tryb samolotowy – a dzwońcie se na zdrowie – włączę łagodne smęty i pozwolę całemu światu zapomnieć o mojej skromnej, udręczonej osobie.

Po pierwsze przeżyłam dziś napad takiej frustracji, że byłam o włos od czegoś, co zawsze chciałam zrobić, czyli złapania torebki i pójścia w pi… pójścia bardzo daleko. Powstrzymało mnie to, że jestem w miarę dobrze wychowana.
– Ten fragment mi się nie podoba. Czy możesz to zmienić na [tu fraza miażdżąca wszystkie możliwe zasady poprawności językowej]?
– Ale to jest niepoprawne…
– E, mnie się wydaje, że jest okej. Zmień proszę.
Z zaciśniętymi zębami, krwawiącym sercem i moim wewnętrznym gramatycznym nazistą skręcającym się z bólu zmieniam. Pociesza mnie jedynie myśl, że to nie ja będę ten dokument wysyłać innym ludziom i nie ja będę się wstydzić.
Po drugie bardzo nie lubię, gdy ktoś potrzebuje ode mnie czegoś na zaraz, tylko zapomina mi o tym powiedzieć, w związku z czym ja zapominam o piciu i siusianiu (dla mięczaków…), rzucam wszystko i zasuwam, poganiana co pięć minut, z rosnącym poczuciem, że przed końcem dnia niezbędne mi będzie coś takiego.
Po trzecie człowiek, który mi troszkę namieszał parę tygodni temu, przebywa akurat z córką na wakacjach po naszej stronie kanału La Manche. I co wieczór do mnie pisze. Nie ułatwiasz mi zadania, kolego.
Znacie być może takie uczucie, gdy wszystko jest cudowne, piękne i wyluzowane, keine Grenzen, słońce wam świeci nad głową 24/7 i w ogóle alleluja, po czym nagle człowiek wypada z tej fantastycznej karuzeli z wrażeniem, że zaraz się porzyga. No więc ja właśnie tak się czuję.
Prawda jest taka, że jestem bardzo zmęczona.
Ostatnie miesiące to była jedna wielka jazda bez trzymanki, przygoda za przygodą, emocja za emocją. Żyję teraz w rozkroku i ten rozkrok zaczyna mi przeszkadzać. Odsuwam się od tego, co miałam dotychczas, ale nie zbliżam do tego, co chcę mieć. Wydaje mi się czasami, że trochę za szybko to wszystko pędzi i w końcu stracę nad tym kontrolę. Absolutnie nie narzekam – sama na siebie to wszystko sprowadziłam, sama chciałam, mam (oględnie mówiąc) ciekawe życie. Tylko niekiedy przydałby się ktoś, kto złapałby mnie za warkoczyk i powiedział – ej, hamuj.

Oraz – jeśli mnie czyta ktoś z Trójmiasta lub pobliża, śpieszę zawiadomić, że Globe do was przyjeżdża niebawem. Nie będę pisała, że polecam, bo wiadomo, że polecam. Idźcie i opowiedzcie mi, jak było.

Brave Captaine, through death we’ll follow thee

Och, kurza melodia.
Piątego października w Londynie wystąpi Shah Rukh Khan. W towarzystwie innych bollywoodzkich superhipergwiazd. Wyobrażam sobie, jaka to będzie porywająca impreza, ale niestety nie mogę wziąć w niej udziału. Piątego października idę bowiem na piratów. Przebrnęłam z mozołem przez to dzieło, pokręcone do ósmej potęgi i jestem pewna, że to będzie raczej długie popołudnie. Coraz silniejsze mam też przeczucie, że będę gorzko żałować wybrania miejsca w pierwszym rzędzie. A w ogóle to co ja na siebie włożę…

Nieważne. Z rzeczy ważnych – ogłoszono konkurs na mural na Rondzie Mogilskim. Zwycięzca przygarnie pięć kafli. Konkurs już, ku mojemu ubolewaniu, rozstrzygnięto, a szkoda, bo chciałam zaproponować znakomity projekt, mianowicie mój akt. Wygraną nawet mogłabym przeznaczyć na dobroczynność.
Mmhm. Już widzę, co by się działo, gdyby gdziekolwiek w tym mieście zawisła goła baba. Świynte oburzenie zatrzęsłoby ziemią.

PS. Zapomniałam dodać. Jeśli jesteście w Krakowie, idźcie koniecznie na wystawę o czeskim symbolizmie w MCK. Ostatni tydzień. Bardzo warto, szczególnie gdy lubi się baśnie, mroczne historie, powiastki o piekle i niebie, o śmierci i seksie, strzygi, gobliny, duszki, błędne ogniki…

Coincidence is God’s way of remaining anonymous

Dziś jest poniedziałek. Jeszcze ciągle nie wrzucili do sieci tego, na co czekam (z egzaltowanym piskiem na końcu języka), więc mogę sobie troszkę popisać. Albowiem bardzo uroczy weekend mam za sobą.

Cały problem z moim grajdołkiem polega na tym, że zdarza mi się wyskoczyć rano tylko na szybką kawę i wrócić do chałupy po zmroku. Wczorajszego ranka miałam nadzieję, że zrobię całą masę pożytecznych rzeczy, okna umyję, artykuł wyślę, pranie ogarnę, przeczytam parę stron mądrej książki – ale zadzwonił znajomy z pytaniem, czy przypadkiem nie miałabym ochoty na śniadanie. I tu przechodzimy do mojego drugiego problemu, mianowicie jako niepoprawna hedonistka zawsze mam ochotę na jedzenie (no, prawie; pominę milczeniem fazy ostrego zakochania, bo wówczas posiłki są mi całkowicie zbędne). Tym samym, przymknąwszy oko na fakt, że właśnie przełknęłam bułeczkę oraz serniczek, natychmiast uznałam śniadanie za wyśmienity pomysł i udaliśmy się do Kolanka, gdzie do południa można jeść, aż żołądek pęknie.

Później okazało się, że po mieście włóczy się jeszcze kilka znanych mi osób i postanowiliśmy połączyć siły, w związku z czym śniadanie gładko przeszło w obiad, a obiad w pogaduszki nad piwem. Sporo było masowania przepony i nieco prztykania się o palące kwestie polityczne – znowu wyszło, że jestem nieuleczalną idealistką.
I wtem nastąpił zwrot akcji jak z bardzo słabej telenoweli (typowe w moim życiu – mnie lubią się przydarzać rzeczy, nazwijmy to, umiarkowanie prawdopodobne). Podczas całkowicie przypadkowej konwersacji na całkowicie przypadkowy temat okazało się bowiem, że ja i osoba, którą znam od piętnastu lat i która jest jedną z najbliższych mi w tym mieście, otóż że ja i ta osoba najpewniej jesteśmy spokrewnione. I to wcale nie jakaś siódma woda po kisielu. Wiedziałam niby, że mamy w Małopolsce rodzinę, z którą kontakt urwał się wiele lat temu w dość dramatycznych okolicznościach, w czasie wojny – ale nigdy bym nie przypuszczała, że ta rodzina jest tak blisko mnie.
Ja cię kręcę, doprawdy. Ten rok jest jedną wielką niespodzianką, wybuchającą co chwila fajerwerkami i confetti.

I know I can do this because I went to London on my own

Mam problem z teatrem w kinie. Oczywiście uważam, że retransmisje to wspaniała sprawa, ale troszeczkę czuję tę czwartą ścianę jednak. Niezaprzeczalną zaletą teatru na żywca jest to, że gdybyście nieco się wychylili, moglibyście złapać aktora za kostkę (nie żebym próbowała to robić), a bardziej serio: że całkiem prawdopodobna jest interakcja pomiędzy wami a nim. Ponadto co wieczór coś jest inaczej, bo ktoś się pomyli albo ugotuje, albo będzie musiał improwizować, jedna scena będzie dłuższa, a inna krótsza i wiecie, że gdy pójdziecie na ten sam spektakl po raz drugi, szósty, dwunasty, nie będzie tak samo. No i koniec końców jest – choć nie zawsze, rzecz jasna – ta dziwna chemia, dość ulotne poczucie wspólnoty. Kamera to bardzo skutecznie zabija.
Mam też taki problem, że na końcu chcę klaskać, ale byłoby głupio.
Tym razem naprawdę bardzo chciałam.

Najpierw była książka.
Książkę zaadaptował na deski niejaki Simon Stephens – ten sam, który napisał Sea Wall. Po obejrzeniu Sea Wall cierpiałam na ostry bezsens życia przez dobę, więc domyśliłam się, że mogę spodziewać się czegoś, co mnie uszczypnie w miękki brzuszek. I tak było.
Jest scena, niezbyt duża, otoczona widownią z każdej strony, scenografii zero. Jest autystyczny nastolatek (w rzeczywistości odtwórca głównej roli miał w momencie rejestrowania tego spektaklu 28 lat, jeśli możecie w to uwierzyć), który znajduje zadźganego widłami psa sąsiadki. Lubił tego psa, więc postanawia przeprowadzić śledztwo i dowiedzieć się, kto zabił. Ale dowie się przy okazji rzeczy, które zburzą cały porządek jego delikatnego świata i ruszy w odważną podróż pociągiem do Londynu, żeby odkryć prawdę.
Odważna podróż pociągiem do Londynu brzmi śmiesznie, co? To nie polowanie na grubego zwierza. Wystarczy wstukać punkt docelowy w automacie biletowym, wsunąć kartę albo wrzucić pinionszki, przeczytać na ekranie, z którego peronu odjeżdża najbliższy pociąg, wsiąść doń i wysiąść u celu, po czym zjechać schodami ruchomymi piętro niżej do metra. W metrze miła pani czyta nazwy kolejnych stacji, więc człowiek się nie pogubi. Tak to zazwyczaj wygląda. Łatwizna. Tylko wyobraźcie sobie, że pociągi hałasują tak, że pęka wam głowa, ktoś gada z głośników, jakieś światło miga, ludzi jest za dużo i wszyscy się na was pchają, i was dotykają, choć tego nie znosicie. A wy nigdy dotąd nie ruszyliście się sami donikąd – cóż dopiero do tak ogromnego miasta. Jesteście przerażeni szalonym światem wokół was, ale jeszcze bardziej przeraża was wizja powrotu do świata, który wydawał wam się znany.
To jest bardzo zabawne, jeszcze bardziej wzruszające – tata Christophera, prosty człowiek, któremu trafiło się arcytrudne zadanie opieki nad dzieckiem tyleż inteligentnym, co emocjonalnie niedostępnym, pocił mi oko, ilekroć się pojawiał – i ogromnie wciągające. A już zupełnie uwodzi ostatnia scena – gdy bohater (który przez tę chwilę jest aktorem w przedstawieniu na motywach napisanej przez siebie książki, choć może to już aktor grający bohatera grającego aktora?…) tłumaczy, jak rozwiązał zadanie z algebry i robi to za pomocą oświetlenia, uruchamiając całą teatralną maszynerię. To jest ten moment, gdy widzowi opada szczęka.
Nie wiem, czy kina będą to jeszcze powtarzać, ale jeśli tak, idźcie koniecznie.

Dziś tymczasem mam dzień marudy, nic na to nie poradzę. Może dlatego, że mało spałam. Będę się czepiała. Uwaga, zaczynam.
Mam otóż uczulenie na słowo „totalnie”.
Gdy widzę słowo „totalnie”, zwłaszcza w czymś, co ma uchodzić za fachowy tekst, a już nie daj Boże w druku, budzi się we mnie mój mały wewnętrzny psychopata. A gdy budzi się we mnie mój mały wewnętrzny psychopata, nigdy nie jest dobrze. Mojego małego wewnętrznego psychopaty należy unikać za wszelką cenę.
Jakaś taka cudaczna moda nastała, że teraz filmy są totalnie dobre, książki totalnie nudne, kobiety totalnie zakochane, woda w morzu totalnie zimna, a język polski totalnie sponiewierany.
Absolutnie. Całkowicie. Nieopisanie. W pełni. Bez reszty. Do cna. Kompletnie. Niebywale. Stuprocentowo. Bezwzględnie. Niemożebnie. Do szpiku kości. Nieprawdopobnie. Dogłębnie. Na amen. Mogę tak przez cały dzień.
Polszczyzna jest taka bogata – na cholerę kopiować z amerykanckiego?
Drugi punkt na liście dzisiejszych uczepień to kontynuacja wspominanej w poprzednim punkcie historii z hasłem reklamowym. Jakoś tak się obawiałam, że wymyśliła je kobieta, która zresztą twierdzi, że z tej właśnie przyczyny slogan nie jest seksistowski. Ciekawy tok rozumowania i chyba za nim nie nadążam.
Na domiar złego nie wiem, jakie mam plany na sobotę, albowiem osoby, które mi złożyły wstępne propozycje wspólnego korzystania z różnych miejskich atrakcji – czyli głównie jedzenia – postanowiły nagle zamilknąć, wstąpiły do zakonu lub wyemigrowały, nie wiem. W każdym razie nie lubię takich zagrań i lada moment na wszystkich się wypnę, postanawiając spędzić weekend z serialami.

Ale – dzień marudy osładza mi fakt, że w poniedziałek (dlaczego dopiero w poniedziałek?) pojawi się w dziewiątym kręgu piek… internetu coś, co zapewne obejrzę siedemdziesiąt razy z nosem przyklejonym do monitora. Pozwolę sobie oszczędzić wam linka. W każdym razie gdybym milczała w przyszłym tygodniu, nie lękajcie się – to będzie znaczyło, że nadal jestem bardzo zajęta oglądaniem i mam już oczy jak Marty Feldman. Trzeba mieć jakieś radości w tym totalnie smutnym życiu, nie?

I shall look forward personally to exterminating you

Uczestniczyłam dziś w arcyważnej dyskusji.
Tak mi się wydaje.
Przez niemal cały czas jej trwania nie miałam pojęcia, o co chodzi i zastanawiałam się, czy ktokolwiek takie pojęcie ma. Miałam wrażenie, że niekoniecznie, ale ponieważ bezpieczniej udawać zrozumienie, uczestnicy przerzucali się długimi słowami, skomplikowanymi skrótami i frazesami nadającymi się do użycia w każdej okazji. Główny dyskutant posługiwał się do tego angielszczyzną tak okropną, tak boleśnie kulawą, tak gęsto najeżoną bezmyślnymi kalkami z języka ojczystego, że naszą bohaterkę, znaną miłośniczkę (ba, fetyszystkę) potoczystej wyspiarskiej mowy ze stosownym akcentem, bolało serduszko.
A propos angielszczyzny – jeżeli czyta mnie jakiś wysoki, bardzo wysoki osobnik płci męskiej, który od dzieciństwa marzy o zostaniu gwiazdą filmową, to niniejszym informuję, że pojawiła się szansa. Właśnie ogłoszono casting na czarny charakter w nowym filmie o Bondzie. Ja tam ciągle liczę, że któregoś dnia ta rola trafi w urocze rączki mojej wstydliwej słabości, ale z pewnością nie tym razem, bo podstawowego kryterium słabość nie spełnia, choćby się Bóg wie jak naprężała.

Też bym chciała zagrać takiego bondowskiego szwarccharaktera, najlepiej jakąś wredną, dwulicową sucz ze sztyletem za gołymi plecami, która oczywiście ginie straszliwą śmiercią, ale dopiero po tym, jak… no, wiadomo, w końcu to Bond.
Ech. Tyle talentu się marnuje.

Kontynuując wątek okołofilmowy – jutro oczywiście idę do kina, czyli do teatru, bo czegóż innego można się po mnie spodziewać. Powinnam chałupę ogarnąć, o sobie nie wspominając, bo wszystko, co już dawno powinnam była zrobić, leży odłogiem. Czasami mam wrażenie, że przydałby się ktoś, kto stałby nade mną z batem i walił za każdym razem, gdy w mojej głowie pojawia się myśl „och, przecież mogę zrobić to później”.

PS. Pomysłodawca – lub pomysłodawczyni – hasła mającego przyciągnąć sponsora tytularnego nowej hali w moim grajdołku powinien – lub powinna – dobrze zastanowić się nad tym, czy copywriting to właściwy kierunek. Nalewanie piwa w knajpie też może być ciekawe.

Does it hurt to be so beautiful?

Nic się nie dzieje. Deszcz kapie. Rozkłady jazdy zmieniają na powakacyjne. Wszyscy już chyba oblali się lodowatą wodą, przyprawiając damską połowę świata o migotanie komór, miłośniczki Marl Szekspira o wzdech (Barney!), czytelników o napad miłości, a fanów Star Trek o zachwyt staromodną klasą i ironią. Jesień nadciąga – nie znoszę zapachu końca lata, takiego gorzkiego, nieprzyjemnego, dziwnie duszącego, kojarzącego się natychmiast z mgłą, rozmytym światłem, wysychającymi trawami i żółknącymi liśćmi. Pociesza mnie jedynie perspektywa październikowego wyjazdu, który będzie oczywiście absolutnie wariacki, niemądry i w ogóle dorośnij wreszcie, ale nic na to wszystko nie poradzę. Tęsknię już.

Ktoś tu wszedł, poradziwszy się wujka Gugla w sprawie tyleż dramatycznej, co dobrze znanej wielu z nas. Mianowicie, cytat dosłowny, „jak się zemścić za to że mi ktoś zawrócił w głowie przez swoją urodę”, koniec cytatu.
Zemścić? Ale na kim, na sobie za to, że się uległo, czy na tym/tej, co wprawia naszą biedną głowę w ostre turbulencje? Bo jeśli to drugie, to nie wiem. Może łypać nienawistnie albo plwać ukradkiem do herbaty, choć w sumie to nie człowieka wina, że się ładny urodził. Obawiam się mimo wszystko, że w przypadkach, gdy bardzo nam się w głowie kręci, medycyna jest bezradna. Opór bezcelowy. Trzeba po prostu się przyzwyczaić. Prędzej czy później każdą śliczność przestaje się zauważać – a czasami taki anioł gwałtownie brzydnie, gdy otwiera usta i okazuje się, że to jakaś tempa szczała.

Kiedyś pojawiło się inne pytanie, które zbiło mnie z tropu. „Co zrobić, żeby neurotyk zatęsknił za swoją partnerką”. Jakieś pomysły, szanowni? Osobiście starałam się całe życie trzymać możliwie z daleka od neurotyków, więc nie bardzo mogę pomóc odnośnie wzbudzania w takowym tęsknot. Chyba nawet nie chciałabym, żeby jakiemuś niestabilnemu emocjonalnie mężczyźnie ckniło się za mną.

Jest jeszcze osoba, która regularnie zagląda tu w poszukiwaniu przystojnego kelnera z Trufli (niestety nie znam, choć w Trufli bywam) oraz wysokiego nordyka. No cóż.
Co prawda w sprawach sercowych, sądząc po moim życiu uczuciowym, zdecydowanie nie powinnam doradzać, chyba że ludziom ze znikomym instynktem samozachowawczym – ale wolę takie trafienia z wyszukiwarek niż pytanie, z powodu którego kiedyś na chwilę stanęło mi serce, mianowicie „czy mysza (tak było napisane – przyp. aut.) może wejść do gardła człowieka”. Odkąd znalazłam toto w moich statystykach, przed zaśnięciem zaglądam pod łóżko.

Aha – czy ktoś wie, o jakich firankach marzyła Ania Shirley? Bo ja pamiętam, że pragnęła sukienki z bufami, ale o firankach nic, a jakaś biedna dusza też chciała się dowiedzieć.

Her smile, I’m sure, burnt Rome to the ground

– Jaka uśmiechnięta! Od razu widać, że piątek.
To nie piątek, mój drogi.
W gruncie rzeczy nie mam zbyt wielu powodów do uśmiechania się, ale ponieważ hormony niezmiennie robią mi z mózgu kleik waniliowy, to i chodzę z przynajmniej jednym kącikiem ust stale uniesionym.
Tymczasem same nieszczęścia. Poranki już zimne. Przeniesiono mi biureczko w fabryce i muszę na nowo się przyzwyczajać. Dziś rano dotarłam do łazienki po omacku i skonkludowałam z przerażeniem, że z kranu nic nie płynie. Ani woda, ani lemoniada, ani niestety wino, nic po prostu. Nie będzie mojej porannej herbatki. Tragedia. Tym samym niechcący zostałam buntownikiem, umyłam ząbki w resztce mineralnej i opuściłam kwaterę główną na brudasa. Wychodząc, natknęłam się na mojego lokalnego Stanisława Anioła, który zapewnił, że już wezwał wodociągi i nie omieszkał dodać, że całe to osiedle to w ogóle niedługo się zawali, niektórym już pękają ściany i na moim miejscu by się wyprowadzał. Dzięki.

Dobra wiadomość jest natomiast taka, że Zakochanego Marl Szekspira przedłużają do połowy stycznia (a potem być może poleci na Broadway). Będę mogła wybrać się znów. Wspaniale. Obsada się nie zmieni. Wspaniale.
No bo czyż on nie jest piękny?…

Ach. I znalazłam wywiad z moim idolem, o którym onegdaj pisałam (zdjęcia polecam obejrzeć…). Nie ma dziewczyny, ojej. A taki boży chłopiec. Na domiar złego nie zarabia nic a nic. Widzicie, on też nie ma powodów do uśmiechania się.

Bollocks

W moim życiu zdarzają się czasem dni, gdy chcę przeciąć sobie kabel od internetu i powstrzymuje mnie jedynie to, że mam bezprzewodowy.

Z wiekiem tracę zrozumienie dla przemożnej chęci wyrażania siebie.
Robi mi się bardzo smutno, gdy za pisanie biorą się ludzie, którzy pisać nie powinni. Może inaczej – niech sobie piszą, ale dla siebie. Coś jak ze śpiewaniem pod prysznicem.
Robi mi się jeszcze smutniej, gdy piszą o czymś, na czym akurat ja się znam, a oni nie. Budzi się we mnie wtedy wredny belfer, mam ochotę wyjąć czerwony mazak i pisać pod każdym akapitem: „źle”, „nieprawda”, „też nieprawda”, „tym bardziej nieprawda”, „a w ogóle to nie jest po polsku”. Koniec końców gryzę się w język, czy też raczej w palce i ze zwieszoną głową idę tylko nalać sobie kieliszek wina na uspokojenie.
Nie zrozumcie mnie źle – nie mam na myśli sytuacji, gdy ktoś ma inny pogląd niż ja co do najlepszej piosenki z filmów o 007 albo najgorszej kawy w Krakowie, ale sytuację, w której ktoś z absurdalną pewnością siebie wali merytoryczny byk za bykiem, a niżej podpisana, przebrnąwszy w ciągu ostatniej dekady przez ładnych parę tysięcy stron na temat, rwie bezsilnie włosy z głowy.
Internet jest oczywiście cudownym wynalazkiem, ale daje też pole do popisu ludziom skrajnie niekompetentnym, którzy bardzo by chcieli uchodzić za jedynych specjalistów w danej dziedzinie po tym, jak przeczytali o niej artykuł w Wikipedii. Może trzeba było wybrać inną dziedzinę. Nie wiem, lakiery do paznokci albo zupki chińskie.
Dostrzegam w tym wszystkim jedną jasną stronę – demonstrowana publicznie ignorancja motywuje mnie do działania. Bo skoro ktoś może pisać o czymś, nie mając o tym pojęcia, to ja mogę tym bardziej.

Kontynuując rozważania nad tym, czy internet naprawdę pomieści wszystko – pewnie czytaliście o egzekucji korespondenta w Syrii. I o tym, że film ją dokumentujący trafił do sieci. Został usunięty, ale gdzieś tam jeszcze krąży, jak podejrzewam, choć rodzina poprosiła, żeby go nie udostępniać i nie oglądać. Brytyjska policja ostrzegła, że takie próby mogą zostać uznane za wykroczenie – i zaczęły się kuriozalne jęki o wolności mediów oraz o tym, że nie można karać za ciekawość. Ja przepraszam. Kto normalny jest ciekaw, jak wygląda dekapitacja na żywo?
Mam coraz silniejsze wrażenie, że jako gatunek osuwamy się w mrok.
Ale może to tylko PMS lub otrząsanie się z gwałtownego zakochu. Może mam zły dzień. Tak, to na pewno tylko zły dzień.

My own feeling is that if adultery is wickedness then so is food

Obiecałam sobie, że dokończę tekst, który kończę od pół roku. w związku z tym zrobiłam całą masę niepotrzebnych rzeczy, obejrzałam całe mnóstwo głupawych filmików i przeczytałam ostatni rok mojego blogusia – to jest przerażające, jaka ja czasami mądra się sobie wydaję, och jaka mądra; człowiek powinien publikować notki dopiero, gdy poleżą parę tygodni lub miesięcy.
Podczas lektury wybuchnęłam kilka razy niepohamowanym śmiechem. Wiecie co, to jest nieco dziwne, nie, nie nieco dziwne, to jest BARDZO dziwne, ale ja sobie to wszystko wykrakałam. Przepowiedziałam. Zwał jak zwał.
Albo też zaprogramowałam się tak skutecznie, że mechanizm samospełniającego się proroctwa zadziałał bez zarzutu.
Boję się myśleć, co wobec tego będzie za rok, choć z drugiej strony czuję takie miłe mrowienie w dole pleców, jak przed czekającą podróżą albo randką.

Jakby mi było mało własnych rozterek, męczeństwa i dusiołka, robię ostatnimi czasy za psychoterapeutę.
Mam otóż znajomego. Nie przyjaciel, ale dobry znajomy. Znajomy przez ładnych parę lat był zaręczony z dziewczęciem, które widziałam bodaj dwa razy w życiu, bo dość starannie izolował pannę od reszty towarzystwa. Czemu – łatwo zgadnąć. Zdradzał ją.
Kiedyś tam powiedziałam mu, że moim zdaniem powinien z panną uczciwie się pożegnać, bo prędzej czy później sprawa się rypnie. O ile kobieta nie jest ślepa, głucha i ma iloraz inteligencji wyższy niż owca, w końcu doda dwa do dwóch, skojarzy fakty, wyciągnie wnioski i zmieni zamki.
No i wczora z wieczora siedzę sobie spokojnie w domu z książką (oraz smętną muzyką, nie inaczej), gdy wtem mój telefon piszczy rozpaczliwie.
Odeszła. Ładnych paru lat jakby nigdy nie było. Koleżka zrozpaczony.
Nie, nie westchnęłam do słuchawki „a nie mówiłam…”. Nie zmyłam chłopu głowy, bo już dostał za swoje i niepotrzebne mu wykłady; zresztą jestem ostatnią osobą nadającą się do umoralniających gadek. Wysłuchałam i zapewniłam, że gdyby potrzebował wylać ślozy nad browarem, to służę towarzystwem. Tyle mogę zrobić.

Rozbraja mnie czasami naiwna wiara w to, że nigdy nie zbierzemy burzy, zasiawszy wiatr i że ludzie w naszym otoczeniu nigdy nie zorientują się, co właściwie im robimy. Część oczywiście przymknie oko i uda, że wszystko w porządku – ze strachu przed samotnością, z obawy przed zaczynaniem od nowa, ale większość w końcu wyśle nas do diabła.

The stars move still; time runs; the clock will strike

Trzy dni niepogody, trzy książki. Uroczo i spokojnie, tak spokojnie, że szlag trafia. I znowu dziwne sny, nadzwyczaj prawdziwe, o miejscach, w których byłam i które wżarły mi się w głowę tak mocno, że nie potrafię funkcjonować bez ciągłej tęsknoty za nimi z tyłu głowy.

Popołudnie spędzam – dla odmiany… – w towarzystwie tej zacnej lektury. Wątpię, czy ją przełożą na nasze, ale serdecznie polecam. Masa ciekawych historii i biografii, przy których Casanova i hrabia Monte Christo to cienkie Bolki. Za wielką – i tą mniejszą – sztuką tamtych czasów nie stali wcale uduchowieni lirycy, ale chirurdzy, którzy w wolnych chwilach pisywali dramaty, fałszerze pieniędzy, bluźniercy posądzający Chrystusa o homoseksualizm i spiskowcy chcący wytruć całe katolickie seminarium. Można się dowiedzieć, jak wyglądało szesnastowieczne tournee po wioskach (z trupą wlokącą się pieszo od jednej do drugiej) i jak autorzy żebrali o forsę u właścicieli teatrów, zobowiązując się do dostarczenia nowej sztuki na wczoraj, żeby wybłagane szylingi następnie pożyczyć bardziej potrzebującym – bywało, że artysta w końcu trafiał do więzienia za długi. W czasach elżbietańskich młodzi chłopcy bywali wyłapywani na ulicach i zmuszani do grania; musieli odsłużyć swoje. Dorośli za to aktorzy to niezłe puszczalstwo było i panie widzki często posyłały po jednego z drugim po spektaklu, coby je w alkowie odwiedził z prywatnym monodramem. Innymi słowy, w cenie biletu na porządku dziennym były dodatkowe usługi.
Znowu urodziłam się za późno.
No i po co było zmieniać coś, co dobrze działało?…
(Może o to chodziło Noel Coward Theatre, gdy pytali, czy chcę VIP Treatment. A ja głupia odmówiłam).

Do kompletu przed oczami trochę skandynawskiej przemocy i trochę literatury górskiej – żeby zatęsknić; dokądś chyba ruszę we wrześniu, pokonanie pieszo odpowiedniej odległości ma zbawienny wpływ na zdrowie psychiczne. I niezmiennie smętna muzyka w słuchawkach.
Dziś mijają trzy tygodnie, właśnie teraz, w tej chwili. Nadal tego nie pojmuję, nie jestem pewna, po co się zdarzyło. Może ten nowy początek był od razu końcem, może był halucynacją. A może czegoś nie wiem. Czas pokaże. W każdym razie nigdy nie będzie tak samo, nigdy podobnie, jak przed tym niedzielnym popołudniem w miasteczku pełnym domków jakby z piernika. Coś na dobre się zmieniło, a ja tu muszę z tym żyć, wstawać rano, chodzić do pracy i codziennie zastanawiać się, po co to było, co będzie – jeśli będzie – dalej.

Epic fail

Nie jestem fanką synthpopu, a La Roux to już w ogóle serdecznie nie cierpiałam dotychczas, bo zapadło mi w pamięć za bardzo, gdy cztery lata temu leżałam godzinami na kozetce w goprówce ze zwichniętym kolanem. Panowie ratownicy w pokoju obok oglądali w telewizorze jakiś kanał muzyczny i to ohydne Bulletproof leciało razy kilka. Było coraz później, zimno, niewygodnie, chciało mi się siusiu i byłam głęboko pewna, że mam nogę złamaną z przemieszczeniem. Jak La Roux miałoby kojarzyć mi się dobrze?
Muszę odszczekać, bo wysłuchawszy nowej płyty – zupełnym przypadkiem zresztą – wpadłam w głęboki zachwyt. Zaprawdę powiadam, że dawno nie słyszałam piosenki tak pięknej i wzruszającej.

Mam za sobą ciężki dzień.
Wysłałam dziś najdziwniejszą aplikację w moim życiu – załączywszy do niej chyba pierwszy szczery list motywacyjny, jaki kiedykolwiek napisałam. Szanse powodzenia oceniam na mniej więcej 1:40000000, ale że ostatnio działo się wiele rzeczy prawie niemożliwych (i dzieją się nadal), głupio byłoby nie spróbować.
A później strasznie się namęczyłam.

Jednym z moich wielkich marzeń jest bycie zimną i wyniosłą. Opanowaną i enigmatyczną. Rzucającą od czasu do czasu wyrafinowanym dowcipem.

Chciałabym taka być zwłaszcza wtedy, gdy ktoś mi się podoba. Niestety – nie w tym życiu. Afekt natychmiast po mnie widać i obawiam się, że jest to widok komiczny – a może raczej przykry. To już zależy od poczucia humoru człowieka po drugiej stronie.
Pierwszym i podstawowym sygnałem jest to, że nie patrzę na ofiarę. Chyba że na jej buty, tak, buty mogą być. Do dziś pamiętam żarówiasto zielone sznurówki człowieka, który mnie swoim powabem absolutnie zniewolił. Ale jeśli staram się za wszelką cenę uniknąć twojego wzroku, wykazując niezdrową fascynację podłogą, ścianą, sufitem, krzesłem, własnymi trampkami, ludźmi przechodzącymi obok, ogólnie całą resztą świata – wiedz, że coś się dzieje. Jeżeli wysławiam się jak osoba o ilorazie inteligencji ślimaka i takim też refleksie – wiedz, że coś się dzieje. Jeśli robię wszystko, żeby jak najprędzej pożegnać się i szybkim krokiem odejść – wiedz, że coś się dzieje (ucieczka, cóż za świetna metoda na podryw). Jeżeli – cholera, jak ja tego nienawidzę! – co piętnaście sekund odgarniam włosy, tym bardziej wiedz, że coś się dzieje.

Chyba powinnam zacząć ćwiczyć przed lustrem, żeby następnym razem nie pragnąć rozpaczliwie, by ziemia się pode mną rozstąpiła, zanim znowu zachichoczę głupawo i zarzucę grzywą. Następnym razem to w ogóle upnę włosy w ciasny kok, usiądę tyłem do efektownego rozmówcy i na wszelki wypadek na rękach, żeby niczego głupiego z nimi nie robić. A parę wyrafinowanych dowcipów przygotuję sobie wcześniej i wykuję na pamięć.

Co ciekawe, kilku mężczyzn na tym świecie uznało, że temu cudacznie zachowującemu się dziewczęciu z rozbieganymi oczami warto dać szansę. Odważni.

Left hand of darkness

Dziś jest ważne święto.
Prawdopodobnie najważniejsze w tym roku. Cokolwiek robicie, zaprzestańcie natychmiast i biegnijcie dać soczystego buziaka osobom, których to święto dotyczy.
Trzynasty sierpnia to międzynarodowy dzień leworęcznych. My nie mamy łatwego życia, każdy słoik jest dla nas wyzwaniem, więc raz w roku można się nad nami pochylić.

Rozmawiałam przy tej okazji z kumplem, też lewusem, który dziwił się niezmiernie, że zauważyłam jego leworęczność od razu, podczas gdy jego dziewczyna zorientowała się po paru miesiącach (sic!). Lewusy w mgnieniu oka rozpoznają innych lewusów, wystarczy jeden zaobserwowany drobiazg. Kubek ustawiony po lewej stronie biurka albo telefon trzymany przy lewym uchu.

Bodaj troje znajomych, świadomych moich osobliwych zamiłowań, przesłało mi link z informacją o wielogodzinnych bataliach z przeciążonymi serwerami Barbican Centre w dniu, gdy rzucili bilety na wspominanego niedawno „Hamleta” z Cumberbatchem. I z pytaniem, czy mam już swój bilecik.
Otóż nie.
Nie mam i mieć nie zamierzam.
Mam natomiast swoje zdanie na temat wystawiania najbardziej znanej sztuki świata z najbardziej obecnie znanym aktorem świata w roli głównej. Jeśli to ludzi przyciągnie do teatru i sprawi, że zakochają się w tym niezwykłym miejscu, to oczywiście dobrze, ale mnie cały ten pomysł wydaje się zimną marketingową kalkulacją. Osobiście dziękuję, postoję.
Za to tę tutaj bardzo ciekawą adaptację opowiastki o duńskim księciu z rozkoszą obejrzę.

Wyzłośliwiałam się niedawno, że pewnie zagorzałe fanki na rok przed premierą mają gotowe pochlebne recenzje i wiecie co? Miałam rację. W mrokach internetów powstaje już, wyobraźcie sobie, fanfiction. Inspirowane „Hamletem”. Och, William, gdybyś ty dożył naszych czasów, to by ci skarpetki spadły…

Ja tam w październiku będę miała atrakcje być może nie tak spektakularne i nie opromienione blaskiem niczyjej oszałamiającej sławy, ale za to frapujące i, jak się obawiam, raczej pokręcone. Mianowicie seks, piratów i masakrę, w tej dokładnie kolejności, chyba że o czymś nie wiem. Ten plan podoba mi się dużo bardziej. Przyznaję jednak, że zapytana wczoraj przez familię, czy niebawem znowu się dokądś wybieram, nie miałam serca odpowiedzieć, że tak.

Try a banana in your shoe

Jest wiele spraw na tym świecie, których nie rozumiem.
Sens życia, oczywiście.
Matematyka.
Składki na ZUS.
Popularność „Doktora Who”.
Ludzie nielubiący psów.
Dlaczego na burzę zbiera się zawsze wtedy, gdy wychodzę z pracy, choć opatrzność musi doskonale wiedzieć, że panicznie boję się burzy (w dodatku jakoś tak mam, że nie lubię moknąć).
Dlaczego w dni powszednie zwleczenie się z łóżka o siódmej to nadludzki wysiłek, ale w sobotę człowiek świeżutki i zirytowany budzi się o piątej.
I przede wszystkim dlaczego kasowniki w tramwajach NIGDY nie znajdują się w pobliżu automatów biletowych, ale w odległości zmuszającej do przeciskania z narażeniem życia się przez wściekły tłum. Być może jest w tym pewien ukryty sens, którego jeszcze nie rozgryzłam, albo po prostu kierownictwo naszego zbiorkomu czerpie perwersyjną przyjemność z oglądania walki o życie ludzi, którzy z najwyższym trudem dopchali się do biletomatu, obsesyjnie pocierali o ścianki biletomatu wypluwanymi przezeń monetami, zanim w kark zadyszy im kontroler, aż wreszcie sukces, udało się – po czym rozglądają się skonfundowani, gdzież ten cholerny kasownik.
Plus – można wymienić wiele uśmiechów, grając w tramwajowe „podaj dalej”. Taka refleksja po wczorajszym popołudniu, gdy w ciągu dziesięciominutowej podróży skasowałam siedem biletów. Być może więc ma to na celu zacieśnianie więzi międzyludzkich. Speed dating w wersji MPK.

Jeśli zastanawiacie się, dlaczego małą i niezbyt rozumną główkę zaprzątam sobie tak nieistotną kwestią, wyjaśniam, iż jest to temat zastępczy, bo nie jestem w dobrym humorze. Rano w windzie wysłuchałam konwersacji dwóch eleganckich i pięknie umalowanych panien na wiadomy dziś temat. Panny przytakiwały sobie nawzajem, jakoby nie istniało nic takiego, jak depresja, ot, wóda, prochy i człowiekowi odwala, a poza tym czemu niby ktoś z udanym życiem miałby być smutny.
To był ten przykry moment, gdy życzyłam im serdecznie, by drzwi windy przytrzasnęły im te odprasowane kiecki.
Wysiadły przede mną, więc mogłam na głos podzielić się z pustą kabiną moją refleksją, która brzmiała:
– Ja pierdolę.
Bo czasami bardzo trudno znaleźć inne słowa, wiecie.

Make the moon drop from her sphere

Obiecałam sobie, że najbliższy tydzień spędzę na porządkach. W łazience, która wygląda, jakby żona i kochanka, obie z problemem kontroli gniewu, pobiły się w niej o faceta. W lodówce (to będzie proste – świeci pustkami). W torebkach (z nimi będzie gorzej; ostatnio znalazłam w jednej poszukiwaną od dwóch lat, niedoczytaną książkę). W głowie, w której mam tajfun, sztorm i trąbę powietrzną jednocześnie. Te ostatnie porządki będą najtrudniejsze. Zresztą ani trochę nie chcę ich robić. Wiem, że muszę, bo moja rzeczywistość – przynajmniej na razie – jest jednak tutaj, na moim przedmieściu, z moją przepaloną żarówką nad lustrem, moimi rachunkami do zapłacenia, zaległymi tekstami do napisania (chcesz wracać za dwa miesiące, słoneczko? to pisz i nie próbuj tego odkładać na jutro) i wszystkim, czym trzeba się zająć.
Poczyniłam pewne postępy, bo deprecha już wzięta za mordę została. Oraz zamknięta w komórce pod schodami do odwołania. W leżakowy weekend pochłonęłam trzy uroczo głupie powieści, a zamiast wycierać nos w każdej chwili samotności, gapiłam się w ogromny księżyc. Księżyc i ja pozostajemy w jakimś dziwnym, nie do końca zdrowym związku – podczas pełni nie mogę spać, ale to zimne światło bardzo mnie uspokaja. Ponadto dziwnie kojąca jest myśl, że przez moment mam coś wspólnego ze wszystkimi, którzy siedzą nieruchomo, choć od dawna powinni chrapać, obejmują kolana rękami i przyglądają się uważnie jasnej tarczy w nadziei, że wyczytają z niej odpowiedź na dręczące ich pytanie. Albo też skrycie liczą, że ta odpowiedź przyśni im się, gdy/jeśli wreszcie zasną.
Sądzę, że wczorajszej nocy było nas całkiem sporo.

Poza wszystkim wyraźnie się starzeję. Moja świeżo sklecona playlista składa się wyłącznie z muzyki poważnej. Za to mój sąsiad od kilku dni męczy w kółko ten sam hiphopowy kawałek, więc trudno orzec, co gorsze.

PS. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu zaległy tekst pisze się z prędkością tysiąca znaków na godzinę. Chyba pójdę leżeć krzyżem z wdzięczności. Wystarczyło trochę zamieszania w życiu i zaraz wena wróciła.

I have called you by name, you are mine

Mieszałam sobie wczoraj kawę w służbowym kambuzie, gdy wtem wszedł mój kolega, spojrzał na mnie i powiedział:
– Jak ty wypiękniałaś!
Że co proszę? Człowieku, obudziłam się o drugiej w nocy, by przez kolejną godzinę chlipać w poduszkę, i twoim zdaniem wypiękniałam od tego?
Mężczyźni nigdy nie przestaną mnie zadziwiać.
(Co nie zmienia faktu, że opuściłam służbowy kambuz o jakieś 30 centymetrów wyższa i o 30 centymetrów szerzej uśmiechnięta).

Dobrze, że chłopak nie widział mnie dziś, po niespodziewanym, a bardzo przyjemnym wieczorku towarzyskim, w trakcie którego pięć osób opróżniło nie-wiem-ile-ale-za-dużo butelek wina. Bawiliśmy się pysznie. Nawet udało mi się podać taksówkarzowi właściwy adres mojej kwatery głównej, co nie było proste. Gdy obudziłam się o siódmej rano, natychmiast zapragnęłam, żeby ktoś mnie zdekapitował.
Ale było mi to bardzo, bardzo potrzebne. Deprecha ostrożnie się wycofuje.

Los ostatnio nie tyle subtelnie trącał mnie paluszkiem, co walił pięściami po głowie, potrząsał mną i wrzeszczał: „Co jeszcze muszę zrobić, żebyś wreszcie zrozumiała?!”. Postanowiłam go posłuchać, toteż od powrotu zdążyłam zaktualizować profil na karierowych portalach i złożyć pierwsze aplikacje. Niech się dzieje wola nieba. Ani trochę nie wierzę już w przypadki.
Tym samym nieprzypadkowa piosneczka na dziś nosi tytuł I’m Not Going Home.

Stronger than lover’s love is lover’s hate

Powłócząc nogami, wchodzę do biura.
– Jak było? Poznałaś jakichś ciekawych ludzi?
Khhh. Zabawne, że pytasz.
– Nie… – odpowiadam z nadzieją, że moje policzki nie zmieniają właśnie koloru na buraczkowy.

No dobrze, brnijmy dalej we wspomnienia.
Czwartkowego popołudnia poszłam chłodzić się w Trafalgar Studios w towarzystwie ostatniego z dynastii Plantagenetów. Chłodzić się dosłownie, albowiem tamtejszy bar jest tak bardzo klimatyzowany, że po trzydziestu minutach byłam sina i skostniała. Chciałabym powiedzieć, że spektakl mnie rozgrzał, ale prawda taka, że pierwszy akt momentami ciągnął się niemożebnie. Zaczęło się mocno i głośno, a później obroty coraz bardziej zwalniały. Jedyną bardziej przejmującą sceną było topienie księcia Clarence – nie, nie w mitycznej beczce z winem, ale w akwarium z rybkami. Podtopionemu poderżnięto gardło, woda poczerwieniała. Dość obrzydliwe to było, ale niezdrowo fascynujące.
Skoro o krwi mowa, sporo jej kapało w tym przedstawieniu. Dla zilustrowania – parę dni wcześniej dostałam od Trafalgar Studios mail z następującą informacją, wytłuszczoną na czerwono:
Patrons seated in rows A, B, C and D of the auditorium seating and row AA of the stage seating please be prepared for the strong possibility of being splashed with stage blood and dress accordingly.
Sama nie zostałam zbryzgana, acz owszem, siedziałam na scenie. Frapujące doświadczenie. Zwłaszcza że – ten fragment się wytnie – pan usher, który mnie na tej scenie usadził, był doskonale pięknym ciemnoskórym olbrzymem o urodzie Sfinksa. Nie że mu nosa brakowało, broń Boże. Miał po prostu ujmująco dostojny profil i zagadkowy uśmiech. Pewnie też jest lub chce być aktorem, i będzie mógł wpisać sobie w CV: stałem na scenie w „Ryszardzie III”.
Swoją drogą naprawdę nie rozumiem, jak to się stało, że z widza siusiającego po kostkach ze strachu na samą myśl o ewentualnej możliwości interakcji z aktorami zmieniłam się w maniaka, który tylko na tę interakcję czeka i z uporem wybieram miejsca, które mnie na nią narażają.

Poniekąd w nawiązaniu do mojego wypracowania o wielbionych celebrytach (dwie notki poniżej) mogłam zaobserwować to zjawisko na własne oczy. Obok mnie bowiem siedziały trzy przejęte panienki z rączkami złożonymi jak do modlitwy i każda szeptała: Oh my God, oh my God, I’m gonna die…. Nie wiem, ile zapamiętały ze sztuki, bo nieustająco coś mamrotały do siebie, no – ale przynajmniej na nią poszły.

Drugi akt szczęśliwie był nieporównanie bardziej żywiołowy. Nie wykluczam, że to przez Ginę McKee, która jest bez dwóch zdań boska i uderzająco piękna, a jej chropawego, złamanego głosu trudno pozbyć się z uszu jeszcze długo po spektaklu. Freeman, mimo że nie można odmówić mu starań, jakoś przy niej niknie. Miałam nadzieję, że wyskoczy ponad przyklejony do siebie image porządnego gościa z sąsiedztwa, zadziwi publiczność i ją sponiewiera, ale nie do końca to się chyba udało.
Szekspirowski Ryszard III był grywany przez największe nazwiska, jakie możecie sobie wyobrazić. To nie jest kochany miś; raczej psychotyczne monstrum o wrażliwości betonu. Na ogół zgarbione i niezbyt atrakcyjne fizycznie. Ten nie jest inny – taki dość niepozorny, z niewładną jedną ręką, a przy tym bardzo okrutny. Tylko że to nie jest okrucieństwo przerażające, raczej groteskowe.

Przerażająca była za to Medea. Absolutnie straszna i wycierająca widzem podłogę. Dreszcze na całym ciele.
Wiecie, o czym jest historia, prawda?
Medea zabiła własne dzieci.
Z zemsty na mężu, który ją porzucił.
Zrobiła potworną rzecz, to nie podlega dyskusji. A jednak widz siedzi na brzegu swojego niewygodnego fotela i trzyma jej stronę, nie potrafi nią pogardzać; to niemożliwe. Nie da się jej znienawidzić. Raczej się jej współczuje… nawet trochę rozumie. To nie jest proste i bardzo niewielu aktorom udaje się przekonująco zagrać kogoś, kto jednocześnie jest katem i ofiarą, wprawiać publiczność w nieprzyjemny stan moralnego powątpiewania, bo oto żałują mordercy. Poza tym Helen McCrory, drobniutka taka, boso i w bojówkach, zadziorna i załamana, rządzi sceną i kradnie całą uwagę widza, cokolwiek działoby się w tle (a dzieje się dużo).
Przy okazji to było bardzo piękne przedstawienie. Wizualnie olśniewające, z fantastyczną muzyką. Bardzo bym sobie życzyła, żeby ścieżkę dźwiękową wydano, bo wprawiła mnie w niemy zachwyt. Medea będzie w naszych kinach jakoś jesienią, idźcie koniecznie i jeśli po seansie będziecie mieli żałosnego doła, możecie kierować pretensje do mnie.

I to wszystko. Tym razem.
Zaznaczam, że przez jakiś czas może tu być nieco mniej treściwie, bo nadal czuję się, jakbym po tygodniu fruwania w obłoczkach gruchnęła z prędkością terminalną o ziemię.

Lend me your ears

Jestem, jestem. Żyję – w pewnym sensie, bo czuję się, jakby w moim wszechświecie coś drgnęło, ba, nie drgnęło, ale eksplodowało i zmieniło ruch wszystkich planet. Miniony, pod każdym względem niesamowity tydzień bardzo dużo zmienił. Nie wiem, dokąd mnie te wydarzenia zaprowadzą, trochę się boję, ale z drugiej strony pokładam jakieś dziwne zaufanie w losie.

Zanim przejdę do spisywania dalszych wrażeń, przyznam się do tego, w jaki sposób mój urlop się zakończył.

Spóźniłam się na samolot.
Pierwszy raz w życiu ja, irytująco zorganizowana, która nigdy nigdzie się nie spóźnia – przegapiłam lot do domu. Zapomniałam nastawić budzik i zerwałam się dokładnie w chwili, gdy zamykała się bramka. Było za późno nawet na to, żeby się śpieszyć. Odmówiwszy żarliwą litanię złożoną ze wszystkich znanych mi brzydkich słów we wszystkich znanych mi językach, jęknęłam i padłam nosem w pościel.
Nie chcecie wiedzieć, ile kosztuje bilet kupowany w dniu wylotu. No cóż. Innego wyjścia człowiek nie miał. Zapewniwszy sobie rozwiązanie awaryjne – czyli lot o dwudziestej z minutami – uznałam z niepokojącym zadowoleniem, że w ten bezdennie głupi sposób zyskałam cały dodatkowy dzień w Londynie. Spakowałam tobołek i udałam się tam, gdzie udać się należy, gdy nad miastem, którego nie ma, świeci słońce.
wpid-dsc_00922.jpg.jpeg
Znaczy – do parku. Parki są fascynujące; w parkach można czytać i popijać wino, w parkach prowadzi się fascynujące obserwacje i poznaje nowych ludzi, albo po prostu leży się plackiem z muzyką w uszach. Londyńskie ulice w upale są miejscem paskudnie męczącym, metro jeszcze bardziej, bo tam nawet goręcej (bo bliżej jądra Ziemi, nie?…), za to parki pozwalają odetchnąć i posiedzieć w spokoju.
W spokoju, hm.
Rozsiadłam się pod rozłożystym klonem w sąsiedztwie jakiejś cudacznej grupki przebierańców, którzy wyglądali trochę jak amatorski teatr i chyba nim byli, sądząc po bardzo dźwięcznych głosach i nieco osobliwych zachowaniach. No chyba, że normalnym w tym mieście jest udawanie się do Hyde Parku w sobotni poranek w stroju Batmana i/lub średniowiecznego trubadura, bo tego również nie mogę wykluczyć. Grupka rozgrywała partyjkę frisbee i oczywiście, że krążek wylądował na gałęzi mojego drzewa. Drzewo zostało zatem zaatakowane przez jednego ze śmiałych młodzianów. Młodzian dosięgnął frisbee i zrzucił je na dół, ale sam utknął na konarze, więc kibicujące mu z dołu towarzystwo zaproponowało, żeby skoczył, a oni go złapią. Nie wyglądał na przekonanego, złaził bodaj kwadrans, zsuwając się po centymetrze i dostarczając mi niechcący fantastycznej rozrywki.
– Apologies – powiedział do mnie, dotarłszy na dół. – It seems you’ve picked the wrong tree…
– Oh no, I think I’ve picked the best one.

Tym razem udało mi się dotrzeć na lotnisko we właściwym czasie, znaleźć samolot, polecieć i wylądować. I gdy tylko wlazłam pod własną kołdrę, dopadła mnie najgłębsza deprecha w całej mojej karierze. Ale to osobny temat, o którym nie chcemy mówić. Jeśli pozwolicie, wrócę jeszcze na chwilę do wycieczki.

Gdy już dotarłam ze wsi do wielkiego miasta, głównie chodziłam do teatru.
Jak wszyscy wiedzą, to jest moje ukochane miejsce w Londynie. Dałabym się pokroić za pracę tam, jakąkolwiek, mogłabym kubki w barze zmywać.
wpid-dsc_0087.jpg
Jeślibyście kiedykolwiek chcieli pójść do teatru w Londynie, ale wiecie, że nie stać was na przyzwoity bilet na West Endzie (przyzwoity w rozumieniu taki, który nie oznacza miejsca za filarem lub zmuszającego do założenia sobie nóg na szyję, ani takiego, z którego wykonawcy wyglądają jak mróweczki; mam na myśli raczej miejsce, które pozwala oberwać tzw. aktorplazmą – domyślcie się…), albo też bilety na interesujący was spektakl są nie do zdobycia – wystarczy przebiec kładką na drugi brzeg, wręczyć panu w kasie piątala i ustawić się w kolejce do wejścia. Czekanie, aż otworzą się drzwi samo w sobie bywa ciekawym doświadczeniem. Można sobie nabyć piwo – moje ulubione London Pride albo Globe Ale (tak, oni warzą swoje piwa, czasem w ich absolutnie cudownym sklepie można kupić; w sklepie mają też na składzie, uwaga, RÓŻOWE hiphoperskie bluzy z napisem the world is a stage na piersi) – oprzeć leniwie o murek i spoglądać w dół na przechodzących ludzi, gapiących się na was jak na atrakcję turystyczną.
– Och, jesteś z Krakowa! – pan w kasie spojrzał na moją rezerwację. – Bardzo ładne miasto!
Sami rozumiecie, nie sposób nie kochać.
Za piątala przysługuje jedno z siedmiuset miejsc stojących, więc można zapomnieć o małej czarnej i szpilkach. Miejsce stojące oznacza, że czasami aktor przejdzie obok was, popchnie was albo szarpnie za ramię, czasami na was nawrzeszczy, czasem będziecie pierzchać przed scenografią jadącą wprost na was – ale to właśnie jest cała zabawa. Gwoli ścisłości, są też wygodne ławeczki na balkonach, ale to już nie to samo. Zresztą wielu mądrzejszych ode mnie znawców teatru uważa, że przedstawienia w Globe najlepiej ogląda się z perspektywy stacza. A są to na ogół – nie zawsze, ale na ogół – przedstawienia bardzo dobre, wystawiane tak, jak czterysta lat temu, ze świetną ekipą, która radzi sobie z przekrzykiwaniem huczących samolotów i motorówek (Globe nie ma dachu), a przekrzykuje je angielszczyzną tak piękną, że chciałoby się słuchać w nieskończoność.
Juliusz Cezar świetny, dynamiczny, wciągający – nie tak krwawy, jak Tytus, ale jednak troszkę posoki na widownię bryzgało. Wspaniały chór, fenomenalny Brutus z głębokim, chrapliwym głosem… Przez bite trzy godziny, nim mi go zabili, zastanawiałam się, skąd chłopa znam. Ależ tak. Jasper Tudor!
I znowu jig. Wiecie, że w czasach oryginalnego Globe niektórzy aktorzy byli najbardziej cenieni nie za grę, ale za to, że doskonale tańczyli i śpiewali sprośne piosenki na koniec? Świetnie się ogląda zamordowanych, ociekających krwią bohaterów ganiających wężykiem po scenie. Tym razem Kasjusz i Brutus pląsali zapamiętale i celowali do publiczności z wyimaginowanych pistoletów.
Fantastyczna rzecz. Strzeżcie się id marcowych.
Lekko odrętwiała, ale zachwycona opuściłam pit, żeby podreptać na mój brzeg. To nieznośne miasto oczywiście serwowało mi swój spektakl. Wetknęłam ręce w kieszenie sukienki i do hotelu poszłam pieszo – metrem dotarłabym w parę minut, szłam czterdzieści, ale kto by chciał jechać metrem w tak uroczy wieczór?…

Mosty i ulice zaniosły mnie w mój zakątek, do mojego maleńkiego pokoiku. Mogłam otworzyć okno i wdrapać się na coś na kształt balkonu, i siedzieć, przyglądając się, jak chłopaki na zielonym skwerze grają w kosza, śmiejąc się wniebogłosy, a nad dachami gęstnieje noc.

Kolejne westchnienia nastąpią w kolejnym wpisie, gdy autorka być może przestanie chlipać i zastanowi się, co ze sobą zrobić. Na otarcie łez parę widoczków Kasi ze Smallsbury, bardzo sympatycznej.
Witraża na pierwszej fotografii jeszcze trzydzieści lat temu nie było; w jego miejscu tkwił inny, całkiem przeciętny i prawie zupełnie przezroczysty. Przeor uznał, że katedra wygląda jak hangar – ona jest naprawdę ogromna – i zamówił takie piękne coś w Chartres. Może na zdjęciu przypomina rozsypane puzzle, ale oglądane z bliska nabiera sensu.

Przepraszam, idę wytrzeć nos.

Shagspear & Morelove

- „Nor shall death brag thou”…
– Nor shall… death?! Why death? Don’t mention death!
– Death is good. Go on, „when in eternal lines to Time thou grow’st”…
– What does that mean?!
– Just say it…

I tak właśnie William S. tworzył sonety – powtarzając za kolegą.
Lepiej będzie dla was, jeśli nie przeczytacie tego wpisu, ale skoro już zaczęliście…

Gdy dowiedziałam się, że toto będą wystawiać, pomyślałam: motyla noga, spektakl na motywach hollywoodzkiej komedii romantycznej? Poważnie? Co będzie następne, Park Jurajski? Tyle ciekawszych rzeczy, nie idę.
Podczas, gdy zapierałam się, że nie będę chciała tego oglądać, opatrzność chichotała, zacierając ręce.
Konsekwencja. Moje drugie imię.

Żywiłam pewną obawę, że nawet jeśli ten spektakl okaże się niestrawny, nieoglądalny, męczący i nudny, będę zachwycona, oraz że z dwudziestu ośmiu osób (i psa) w obsadzie zapewne nie zauważę dwudziestu siedmiu (ani psa) – mam taką dysfunkcję, że czasem wybiórczo tracę wzrok i słuch.
Ale – recenzje ociekały gwiazdkami. Jedno tylko zdanie wywołało u mnie pogardliwe prychnięcie. The cast is mostly unknowns.
Phi. Dla kogo unknowns, dla tego unknowns. Twój problem, drogi autorze, że znasz nie tych, co trzeba.

Najpierw dygresja.
Istnieją tacy aktorzy, którzy mają swoje kościoły – z milionami zaangażowanych wyznawców świadomych każdego kichnięcia (oczywiście najlepiej, żeby bóstwo nakichało na nich), obeznanych w biografii do ósmego pokolenia wstecz i skwapliwie liczących, ile razy w danej scenie bóstwo mrugnęło, ile słów na literę A wypowiedziało oraz dyskutujących – z możliwym uwzględnieniem rękoczynów – czy bóstwo wygląda lepiej z zarostem czy bez tudzież z przedziałkiem po prawej czy lewej. To jest ten poziom boskości, gdy w grę muszą wchodzić opancerzone limuzyny i ochrona o rozmiarach Golemów, bo inaczej fanki zaduszą, zadepczą i rozerwą na strzępy. Jeśli bóstwo gra w teatrze, ludzie nie pozwalają mu wypowiedzieć ani zdania bez frenetycznej owacji. Gdy w prasie przypadkiem pojawi się artykuł bóstwu poświęcony, sekundę później pojawiają się komentarze informujące autora, że jest niedouczony, niezorientowany, nie przygotował się i nie napisał wystarczająco czołobitnego peanu. Jak nie daj Boże skrytykuje, następnego ranka ma przebite opony i zdechłą rybę na wycieraczce.
Przykładów nie będę podawać, bo wszyscy znamy przynajmniej kilka; pamiętam te dialogi latające w przerwie transmisji Koriolana, „jakim prawem ta baba go całuje, baba won ze sceny” (zresztą poczytajcie sobie komentarze pod tym filmikiem i zadumajcie się) i temu podobne. Jestem pewna, że wiele blogerek ma już w wersjach roboczych zapisane pięciogwiazdkowe recenzje Hamleta z Cumberbatchem, choć premiera za rok. Tak czy inaczej, niektórzy mają kościoły i limuzyny, inni jeżdżą metrem i mają ledwie skromne kółka modlitewne, w których garstka zahipnotyzowanych oszołomów jest prowokowana do rozważań, o czym pisałby Shakespeare, gdyby w jego czasach żyły dinozaury. Temat do rozmowy jak każdy inny przecież. A pod artykułami o nich nikt się nie kłóci z haniebnie niedoinformowanym autorem, ponieważ tych artykułów na razie nie napisano.
Wolę tych drugich, bo pierwsi wydają mi się jacyś nierealni, a poza tym nie potrafię podniecać się kimś, kogo zapewne nigdy nie spotkam.
Tak pechowo się złożyło, że nabawiłam się pewnej wstydliwej słabości, którą w dodatku z masochistycznym upodobaniem pielęgnuję, gdy tylko mam okazję. Nie będę wchodzić w szczegóły, stali czytelnicy znają je lepiej, niżby chcieli, a niestali mogą znaleźć detale w archiwach, ale nie polecam. W dużym skrócie mówiąc, słabość sprowadza się do tego, że niżej podpisana ma oczy jak spodki i gumka w majtkach jej się luzuje.
Postanowiłam zwalczać słabość metodą „jak się napatrzę, to nienawidzę, że aż strach”.
Dwanaście miesięcy, kilka ciekawych wydarzeń i jeden uścisk ciepłej łapki później mogę powiedzieć jedno.

Ta metoda nie działa.

No cóż, każda dziewczyna ma swój gust. Gdzieś przeczytałam, że Martin Freeman to chodzący seks, więc wiecie.

Tyle opisów przyrody, teraz gołe fakty.

Film prawie wszyscy oglądali, ale dla tych, co nie widzieli – półminutowe streszczenie. Jest sobie niejaki Shakespeare, aktor i dramaturg, któremu ciężko idzie pisanie, a napisać coś trzeba. Na razie chłopak ma tytuł – Romeo i Ethel, córka pirata (albowiem każdy rasowy pirat nazwałby córkę Ethel, nieprawdaż). Jest też dziewczę z dobrego domu, któremu marzy się aktorstwo, ale w owych czasach na scenie prężyli się tylko faceci, więc co poradzić, trzeba zostać facetem. Oczywiście on i ona się spotykają, iskry fruwają, dramaty nagle same się piszą, a wszystko zmierza ku niewesołemu końcowi.
W teatrze jest zupełnie inaczej niż w filmie, choć to ciągle opowieść o tym, jak zmagający się z twórczą niemocą chłopak stał się największą literacką gwiazdą wszech czasów. Ale nie jest to spektakl li o romansie barda z ponętną blondynką – również o innych ludziach, którzy odegrali znaczącą rolę w jego życiu. W tym o najjaśniej lśniącej teatralnej gwieździe schyłku szesnastego wieku pod nazwiskiem Christopher Marlowe. Gwiazda świeciła, aż pewnej nocy została zamordowana. JEŚLI została, bo podług jednej z wielu teorii spiskowych sfingowała swoją śmierć i zwiała za granicę. Dodajmy, że pracowała na drugim etacie jako szpieg Jej Królewskiej Mości – Anglia w czasach elżbietańskich nie była miejscem zbyt sielskim i miała już całkiem sprawnie działający zalążek przyszłego MI6. Jakby nie było dość zagadkowo, naukowcy ostatnio stwierdzili, że portret uchodzący za jedyną podobiznę Marlowe’a przedstawia kogoś innego. Tropicieli spisku zastanawia też fakt, że Shakespeare niczego nie napisał przed zniknięciem Marlowe’a, więc próbują dowieść, że ci dwaj w gruncie rzeczy byli jedną osobą i tak naprawdę to, co przypisujemy bardowi ze Stratford – który ponoć nie miał w domu ani jednej książki, a jego córki były analfabetkami – spłodził Marlowe, doskonały poeta i tłumacz, znacznie lepiej wykształcony, obyty w świecie i mówiący językami (ponadto zdeklarowany ateista i niemal na pewno gej; jedno i drugie w jego czasach było grubym przewinieniem, ale jakby tego było mało, był sądzony za morderstwo). I w sztuce Marlowe wyłania się z ciemności w ostatniej scenie, żeby zajrzeć piszącemu Willowi przez ramię i na jego przerażone: ty nie żyjesz! odpowiedzieć z bezczelnym uśmiechem: no, tak mówią… W rzeczywistości tych dwóch panów prawdopodobnie wcale się nie przyjaźniło, być może nawet nie spotkało, choćby dlatego, że więcej ich dzieliło niż łączyło; poza tym William był w istocie osobą dość nudnawą, a Kit wprost przeciwnie – jeden z profesorów literatury opisał go jako „veteran street fighter, a counterintelligence agent, and generally bad news”. Muszę powiedzieć, że ten opis bardzo pasuje, gdyż nasz drogi sceniczny Marlowe emanuje łobuzerskim wdziękiem i jest niezaprzeczalnie uroczy (chciałabym powiedzieć, że na moją opinię w tej sprawie nie mają wpływu jego raczej imponujące łydki, ale to niestety nieprawda). I jest jedną z głównych postaci, darzącą tytułowego bohatera subtelnie dwuznacznym uczuciem. Jest trochę kumplem, trochę rywalem o lotnym umyśle i przeraźliwie ciętym języku, podszeptującym Williamowi słynne frazy.
Romeo is Italian, always in and out of love. He falls for Juliet, the daughter of his enemy.
– What about Ethel?…
– Oh, she gets married to the Moor who strangles her with a handkerchief.

Ach, tak. Williamowi, właśnie. To jest przedstawienie o Williamie. Jak mogłam zapomnieć. No to poświęćmy mu dwa zdania.
Chłopiec w roli tytułowej daje radę, ale rozpędza się dopiero, gdy komedia zmienia się w tragedię. Wtedy jest przejmujący. Proszę, dwa zdania.
(Informacja dla Demirji – ten koleżka, co Ci się podobał na obrazku, z całą pewnością nie ma tatuażu, chyba że na jedynej części ciała, której widzowie nie mogli zaobserwować).
Jest też John Webster, który w przyszłości też zostanie wielkim dramaturgiem, ale na razie to jeszcze dzieciak, dość niepokojący psychol z jednym oczkiem kaprawym, a drugim zezującym. Coś cudownego.

Och, i jest jeszcze pies. Pies oczywiście budzi w publice euforię. Miałam wrażenie, że wszyscy czekają tylko na występ psa.
Całość jest nieopisanie przyjemna dla oka i ucha. Scena balkonowa, w której biorą udział nie dwie, ale trzy osoby, jest histerycznie zabawna. Muzyka jest śliczna, cała na żywo i przepięknie wykonywana. Scenografia jest śliczna. Wchodzicie do teatru i… wchodzicie do teatru, bo na scenie widzicie scenę. Nie, nie zapętliłam się – spędzacie trzy godziny wewnątrz teatru Rose (którego ruiny, nota bene, są od pewnego czasu przywracane do teatralnego życia). W pewnej chwili widownia staje się kulisami. Światło jest śliczne, momentami zmieniające scenę w olejny obraz, a bohaterów w mgliste cienie. Aktorzy są śliczni i śliczne noszą kostiumy. I wszyscy mówią pięknie pentametrem jambicznym, czyli w metrum, w którym Shakespeare pisał – dziesięć sylab w parach po dwie w wersie, akcent na drugą sylabę w każdej parze, co daje efekt przypominający bicie serca. To jest doskonale słyszalne w oryginale i brzmi mniej więcej tak: shall-I-com-PARE-thee-TO-a-SUM-mer’s-DAY albo what-AN-gel-WAKES-me-FROM-my-FLOWE-ry-BED, albo a-RISE-the-SUN-and-KILL-the-EN-vious-MOON, albo oczywiście a-HORSE-a-HORSE-my-KING-dom-FOR-a-HORSE. Zresztą cała ekipa musiała przejść trening odpowiedniego mówienia. Bez dwóch zdań trenowała pilnie.
Któryś z recenzentów napisał, że to przedstawienie jest jednym wielkim listem miłosnym do teatru. Trudno się nie zgodzić. Końcowe sceny, gdy spektakl, który miał być katastrofą – bez psa, bez odtwórców głównych ról, z niemożebnym jąkałą wygłaszającym prolog i charczącą basem Julią – zmienia się w arcydzieło, są w jakiś sposób wzruszające. Poza tym efekty specjalne są, jak onegdaj, robione ręcznie, więc rzeka wyczarowywana jest za pomocą dwóch wiader z wodą i szmat. Kurtyny nie ma, scenografię noszą aktorzy. No i jig! Zamiast pospolitych ukłonów obsada wykonuje dość wariacki taniec – tak się kończyły przedstawienia w elżbietańskim teatrze. Tak nadal kończą się w Globe.
Udało się uchwycić tajemnicę miejsca, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje, a jednak dostarcza najprawdziwszych wrażeń. Na sąsiednich scenach musicale kipią od wodotrysków i fajerwerków, regularnie generując horrendalne straty finansowe, a to genialne w swojej prostocie przedstawienie mówi widzowi – potrzebujesz tylko wyobraźni. To jest cały twój teatr.

Ze zdjęć pojawiających się czasami w tych bardziej mrocznych odmętach internetu można wywnioskować, że kulisami też dzieje się wiele ciekawych rzeczy; panowie świetnie się bawią, wyżebrali całą lodówkę piwa od jednego z browarów, założyli bibliotekę, a w wolnych chwilach tarmoszą swojego kolegę po fachu.

Nie miałabym nic przeciwko oglądaniu tego codziennie. Albo choć raz w tygodniu.
W związku z tym zastanawiam się właśnie, co ze sobą zrobić dziś wieczorem, bilety jeszcze są… Bo po południu Ryszard III ze wspomnianym Freemanem.